http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,19258392,prezes-indykpola-ttip-wykonczy-polskiego-indyka.html
Prezes Indykpolu: TTIP wykończy polskiego indyka
Rozmawiała Patrycja Maciejewicz
28.11.2015 01:00



Patrycja Maciejewicz: Unia Europejska negocjuje z USA wielką umowę handlową. To zniesienie barier jest Polsce potrzebne?

Piotr Kulikowski, prezes zarządu firmy Indykpol: Nie wiem jak Polsce, jak Unii, ale nam, drobiarzom, z pewnością nie. Jesteśmy dzięki Bogu w UE, mamy z tego korzyści, ale i ponosimy konsekwencje. Trzeba sobie zdawać sprawę, że interesy poszczególnych krajów są bardzo różne, ale i interesy poszczególnych branż, patrząc ponadnarodowo. Musimy lobbować o ochronę interesów europejskiego drobiarstwa, ale ścieramy się z interesami innych grup.

Na przykład?

Na przykład branży motoryzacyjnej. Na rządy idą naciski, niektórzy mówią: "Odpuśćmy, na czym im zależy, a sami naciskajmy na coś innego". Tylko to "odpuśćmy" może się okazać kosztem drogiego rolnictwa europejskiego. Jesteśmy skazani na to, by być niekonkurencyjni w stosunku nie tylko do rolnictwa w USA, ale w obu Amerykach.

Tam są wielkie zautomatyzowane latyfundia...

W Stanach gospodarstwo na 10 tys. hektarów to normalność, u nas 1 tys. hektarów to gigant. Więc oni mogą kupić większe maszyny, mają mniejszy udział kosztów na hektar.

Ale to wcale nie najważniejsze. Mają przecież tańszą energię. Ropa, gaz kosztuje w Stanach znacznie mniej. Dla nas mniej, a to przecież bogaty kraj. Bogaty kraj bogatych konsumentów, którzy dużo chętniej kupują piersi kurze i są w stanie za nie więcej zapłacić.

Ma to znaczenie, bo my nie handlujemy kurczakami w całości. W obrocie jest pierś i ta tak zwana ćwiartka. Problem polega na tym, że jeżeli bogaty kraj kurczaka wyprodukuje tanio, a za pierś klient płaci dużo, to znaczy że ta ich ćwiartka wychodzi prawie za darmo.

I za małe pieniądze mogą sprzedać ją do Europy.

Dokładnie. Jak ta tania ćwiartka do nas przypłynie, to rozreguluje nam całą produkcję. Nasza branża działa na rentowności 1,5-2 proc. I jeśli na ćwiartce stracimy tylko 2 proc., to dla nas już być albo nie być.

Jaka jest pozycja ćwiartki w Europie?

Im kraj bogatszy, tym mniejsze zapotrzebowanie na ćwiartkę. Z Polski eksportujemy głównie piersi, do Niemiec, Francji, Anglii. A ćwiartki, jako ten tańszy produkt, zostają u nas.

Teoretycznie konsument byłby zadowolony. "Mogę kupić sobie tanie udka ze Stanów". Ale za 10-15 lat drobiarstwo byłoby zniszczone, produkcja spadłaby o 60-70 proc. Te same obawy mają i Niemcy, i Anglicy.

Nie możemy konkurować z Amerykanami, bo mamy dwa różne systemy jakościowe. Ktoś kto mówi: "Niech wygra rynek", nie wie, że do ringu wsadza jednego zawodnika wagi piórkowej i drugiego wagi ciężkiej. A dla nas przestrzeń tej walki jest mocno regulowana przez normy i przepisy.

Jak słyszę: "normy", to myślę od razu: "żywność modyfikowana genetycznie". Zaleje nas GMO?

Nie ma żadnych dowodów na to, że żywność GMO jest szkodliwa. Wiele osób wcale nie wie, że to szkodzi, tylko wierzy, że to szkodzi. A o wierze trudno dyskutować.

Drób wymaga białka. Podstawowym źródłem białka na świecie jest soja. I bez soi GMO nie wyobrażam sobie hodowli zwierząt, mówię to otwarcie. Jesteśmy w stanie przeżyć zakaz upraw GMO w Polsce, ale nie jesteśmy w stanie zaakceptować zakazu stosowania soi GMO (bylibyśmy jedynym krajem w Europie). Jest soja "nie-GMO", ale jej cena jest o 15 proc. wyższa, i to w sytuacji, gdy mało kto ją kupuje. Gdybyśmy zaczęli ją zamawiać, cena by skoczyła. Wyoutowało by nas to z rynku europejskiego i zabiło drobiarstwo w Polsce. Bo klient, gdyby miał do wyboru tańszego niemieckiego kurczaka i droższego polskiego, wybrałby tańszego. Patriotyzm konsumencki kończy się, gdy sięgamy do portfela.

Ale to nie koniec różnic w normach między Europą a Stanami.
Oni używają mączek mięsno-kostnych, my nie możemy. Naszym zdaniem krzyżowe stosowanie mączek (dla drobiu - wieprzowo-wołowe, dla trzody i krów - drobiowe) jest bezpieczne. Dziś zwierzęce białka zastępujemy aminokwasami dodawanymi do pasz, bo nie da się wszystkich dostarczyć z soi i pszenicy. Jednak zwierzęta byłyby zdrowsze i lepiej się rozwijały, gdyby jadły troszkę mączki w paszy.

A ubojnie nie miałyby problemów z utylizacją odpadów.

Doskonale sobie poradziliśmy z utylizacją. To, co było przerabiane na mączkę, dziś sprzedajemy na karmę dla psów i kotów (proszę spojrzeć na reklamy, tam się pokazuje, że karma jest produkowana z drobiowej piersi! Bzdura totalna).

Do tego przemysł farmaceutyczno-kosmetyczny produkuje z tego kolageny i inne półprodukty.

Nasza marża by się nie poprawiła, gdybyśmy stosowali mączkę, ale ptaki rosłyby zdrowiej. Nie ma jednak takiego, który chciałby powiedzieć: "zezwalamy".

Pasza bez mączek, ale za to z antybiotykami. Nawet pana koledzy z branży, firma Farmio, ostrzegają, że w Polsce w 2013 roku zużyto 562 tony antybiotyków. A na świecie do produkcji zwierzęcej zużywa się cztery razy więcej antybiotyków niż do leczenia ludzi.

Wbrew temu, co się w Polsce mówi, antybiotyki są używane restrykcyjnie. Przez wiele lat były dopuszczone dwie grupy antybiotyków wydzielone spośród tych, które podawano ludziom. Stabilizowały florę bakteryjną. Dziś nie mamy prawa używać tego w mieszankach pasz. Antybiotyk może przepisać tylko lekarz, jak u ludzi. Ale z zachowaniem okresu karencji, czyli antybiotyk zostanie całkowicie usunięty z organizmu przed ubojem.

Ale poza Europą dodawanie antybiotyków do pasz jest dopuszczone! Dziś zaczyna się mówić, że McDonald's w Stanach pod presją ekologów zacznie kupować mięso tylko od tych, którzy nie stosują antybiotyków. Pierwszy koncern, który to powiedział, i tylko dlatego, że ma gorsze wyniki.

Gdy wycofywaliśmy antybiotyki, musieliśmy inaczej zadbać o dobrostan zwierząt.

Większe klatki?

I hormony. Pani powtarza mit za mitem.

Tak jak nigdy w Polsce nie były stosowane hormony, tak żaden brojler nie jest hodowany w klatkach. W czasach, kiedy można było stosować antybiotyki, ktoś to nazwał stabilizatorami wzrostu. A od stabilizatora wzrostu już blisko do hormonu wzrostu.

Dobrostan jest wypadkową kilku rzeczy. Kurczak najlepiej się czuje, jak ma nie za sucho, nie za wilgotno, nie za zimno, nie za ciepło, nie ma przeciągów, jest świeże powietrze. Plus dobra pasza i czysta woda. Trzeba myć poidełka, dbać, by żaden gryzoń nie wszedł, bo to one roznoszą choroby, dbać o wentylację.

Dużo zrobiliśmy, by poprawić izolację ferm. Im lepsza izolacja, tym zimą jest cieplej, latem chłodniej i nie trzeba regulować tej temperatury. Lampy nagrzewające działają na gaz, w czasie spalania którego powstaje para wodna. I zaczyna być wilgotno, a to brojlerom nie służy. Dbamy też o ściółkę, by nie wnosić z nią salmonelli. Robimy dużo bardziej dokładne badania na grzyby i toksyny niż młyny, które przyjmują zboże na mąkę. Bo jak wyprodukujemy złą paszę, skończy się to dla nas źle. Oszczędność 100 zł na zbożu byłaby bez sensu.

Stado, w którym lekarz nie musi interweniować, daje mi najlepszy wynik finansowy.

Ale ciągle jeszcze nie skończyliśmy porównywać ferm europejskich i amerykańskich.

Kurczaki jadą do rzeźni.

Po wyjęciu wnętrzności tuszka przechodzi przez prysznice. Jest opłukiwana, by mięso było jak najbardziej jałowe. My używamy kranówki, wody, która jest dopuszczona do celów spożywczych. Potem mięso chłodzimy powietrzem. Natomiast w USA tuszki płucze się w roztworze substancji antyseptycznych. To bardzo duża różnica. Oni uzyskują zamierzony efekt nie przez standardy sanitarne, tylko profilaktycznym zalewaniem odkażalnikiem.

Ale to chyba taniej nie jest. Woda plus coś jest droższe niż sama woda.

Gdyby tak było, to stosowałaby pani w łazience czy kuchni samą wodę, a nie detergenty. To im obniża koszty. A chłodzenie wodą "nasącza" mięso. Takie rzeczy (zarówno po stronie przepisów, jak i kosztów produkcji) powodują, że nie mamy szans z nimi konkurować.

Są branże, nawet spożywcze, które na TTIP mogą coś ugrać. Np. sery francuskie, wina, szynka parmeńska. Amerykanie postawili warunek, że możliwe będzie utrzymanie niespełna 100 chronionych produktów regionalnych, a w Europie jest już ich zarejestrowanych około 3 tys.

Z drugiej jednak strony ci, którzy są tylko przetwórcami mięsa, którzy nie mają własnych rzeźni, tylko skupują mięso z rynku, będą się cieszyć tanim surowcem. I w Brukseli firmy takie mają swoją osobną organizację i ona mówi, że to dobrze, gdy przyjedzie do nas tańsze mięso amerykańskie.

To, co się dziś mówi - "niech konsument ma prawo wyboru" - jest iluzoryczne. Nie będzie go miał. Nasze produkty będą droższe, na tamtych będzie tylko mały napis: "wyprodukowano z surowców z USA".

Klient chce tanio kupić, sklepy chcą mu zaoferować jak najniższą cenę.

Mam traumatyczne doświadczenia z naszymi bardzo dobrymi produktami, które oferowałem z ujemną marżą. Dobry produkt wcale nie musi się obronić, bo dla sklepów niekoniecznie jest potrzebny. Patrzą, jaki jest obrót na metrze półki - jeśli produkt jest droższy, a rotuje za wolno, to nie ma zmiłuj się.

Czego się pan spodziewa po negocjacjach TTIP?

Cieszę się, że w Europie jest Francja, kraj skoncentrowany na branży rolnej, z dużymi tradycjami i dziedzictwem kulinarnym. Myślę, że będzie pilnować naszych interesów.

O tym, jak negocjacje przebiegają, wiemy niewiele. Ale nasi przedstawiciele muszą trzymać karty przy orderach! Po jednej stronie mamy jeden kraj z mocnym aparatem władzy, która w mało co się miesza, ale jak się już miesza, to porządnie, ze skonsolidowanym przemysłem, a po drugiej stronie rozdrobnioną Europę. Największa firma mięsna na naszym kontynencie jest dopiero w drugiej dziesiątce firm na świecie. A największa firma polska jest w drugiej dziesiątce firm europejskich. Nasz zespół negocjacyjny ma reprezentować kilkadziesiąt państw i kilkaset firm. Gdyby nie trzymali negocjacji w tajemnicy, to wszystko byłoby zaraz wiadome po drugiej stronie Atlantyku.

Mam pewne doświadczenie z Amerykanami i wiem, że w zakresie prawa są mistrzami. Myślą globalnie, strategicznie. Nie liczy się to, co będzie przy kolejnych wyborach, tylko to, co za 15-20 lat. Po drugie, umieją wycisnąć z prawa wszystko, co się da. To kraj prawników. Nic nie ujmując pojedynczym prawnikom polskim, holenderskim czy hiszpańskim, tam ta kultura prawna jest na zupełnie innym poziomie.

Przekonałem kolegów z europejskiego związku przemysłu drobiarskiego, byśmy wynajęli bardzo dobrą kancelarię, która przeanalizuje dokumenty (gdy już będą opublikowane) dokładnie pod kątem interesów naszej branży. Boję się, że negocjatorzy zapiszą coś za pomocą ogólników, a potem nastąpi uwolnienie zgodnie z jakimś paragrafem. Że nie wspomną o istnieniu furtek, z niewiedzy bądź niechęci, by takie rzeczy obwieszczać.

Na ile uzgodnienia TTIP będą szczegółowe co do branż, produktów, norm?

Amerykanie chcą jak najbardziej uogólnić, bo Stany są ostoją krwiożerczej konkurencyjności. Szczegółowe regulacje będą dotyczyły tylko tzw. segmentów wrażliwych. Chcemy, by drobiarstwo zostało do nich zaliczone, bo nie mamy szans konkurować.

Strona europejska już powiedziała, że nie chce pozwolić na stosowanie chemii do płukania tuszek, a Amerykanie nie zgodzili się. Widać, jak trudno im będzie dostosować się do naszych standardów. Gdyby to nie był problem, to powiedzieliby: "dobra, jak komuś będzie zależało na eksporcie do Europy, to zmieni swoje normy".

Ameryka drobiarzom nie jest potrzebna?

Nie mamy prawie nic do wygrania, a bardzo wiele do stracenia. Mój dział eksportu przeanalizował szanse Indykpolu w USA i stwierdziliśmy, że nie będziemy starać się o certyfikaty. Co innego Azja, Bliski Wschód i Afryka.

Zresztą wystarczy spojrzeć na Kanadę. Tam branża drobiarska jest mocno chroniona, zarówno jeśli chodzi o produkcję, jak i obrót. Jeśli sąsiad tak się boi USA, to i my powinniśmy się bać.

Statystyki zobacz

© copyright 2019 by Wykop.pl