SKANDALICZNE ZACHOWANIE W SZPITALU IM. ŚW. ZOFII NA ŻELAZNEJ W WARSZAWIE
Opowiem jaka skandaliczna sytuacja nas zastała w wyżej wymienionym szpitalu:
godzina: 6:00 - żona budzi się z bólami (jest już w 9 miesiącu ciąży), 5 dni po terminie (nie było szans na normalny poród ze względu na ułożenie płodu, więc na cesarkę była umówiona 13.04 chyba, że wcześniej się zacznie) godzina 6:20 - jesteśmy już w szpitalu, z torbą, żona przeżywa ogromne męki i bóle godzina 6:45 - w końcu przychodzi lekarz, zaczyna ją badać po czym mówi: Wracajcie do domu, termin jest na 13tego, jak by bóle się nasiliły proszę wrócić (po tym żona o mało nie zdębiała a ja tłumaczę lekarzowi, że skoro nie ma szans na naturalny poród, nie ma na co czekać, bo już jest po terminie, a żona naprawdę przeżywała ogromne męki (miała duże problemy z zejściem z 3 schodków...) godzina 7:00 - po małej kłótni z lekarzem wychodzimy ze szpitala, jednak postanawiamy, że nie będziemy wracać do domu, tylko jedziemy gdzie indziej na cesarkę, godzina 8:00 - jesteśmy w szpitalu na Inflackiej, czekamy, czekamy...chętnych do porodu ok. 8 Pań (w tej samej sytuacji, więc trzeba czekać) godzina 10:00 - czekamy, czekamy... godzina 11:00 - w końcu żona wchodzi do gabinetu, gdzie następuje momentalna decyzja o jak najszybszym cesarskim cięciu, schodzi lekarz, żonę na wózek i na I piętro do sali operacyjnej godzina 11:10 - żona już w sali, ja na korytarzu z niecierpliwością czekam (tak szybko to się działo...) godzina 11:30 - naglę wybiega jakaś pielęgniarka z sali, biegnie gdzieś do pokoju, wraca z 3 lekarzami na biegu i z powrotem do sali (ja juz nerwowo nie wytrzymuje, bo nikt mnie o niczym nie informuje) godzina 12:00 - dalej nic nie wiadomo (zazwyczaj cesarka to jest 20-30 minut, ja naprawdę już opadam z sił, w głowie czarne scenariusze...) godzina: 12:10 - wychodzi 6 czy 7 lekarzy - już po wszystkim, dopadam jednego a on do mnie: - Urodził się synek, jednak były komplikacje, potrzebna była reanimacja, ledwo się udało przywrócić do życia...ale żyje, oddycha, dostał 5 pkt na 10 (mało...) godzina 12:40 - stan dziecka się poprawia bardzo szybko, żona po woli dochodzi do siebie godzina 12:50 - drugie badanie dziecka, już ma 10 na 10pkt, żona już okej. godzina: 13:00 - rozmawiam z lekarzem i opowiadam, że rano byliśmy w szpitalu Św. Zofii na żelaznej i lekarz kazał wracać do domu mimo ogromnych bólów...ale się uparliśmy i tu dojechaliśmy od razu na to lekarz z Inflackiej: - Niemożliwe! Przecież gdyby żona trafiła 15 minut później, dziecko by już na 100% było martwę, co gorsza matka też mogłaby tego nie przeżyć, mógłby Pan jechać na Powązki... Przez kilka następnych godzin w korytarzach słychać było rozmowy na temat "fachowości" lekarza z żelaznej... W związku z tym, że byłem pod napięciem postanowiłem nie jechać od razu z awanturą (jestem pewny, że na obiciu mordy by się nie skończyło), odczekałem...Już jest 2 miesiące po porodzie, synek rośnie i jest zdrowy ja jeszcze nie pojechałem z awanturą. Zastanawiam się, czy jest jakaś możliwość prawna, żeby w inny sposób niż obicie mordy i groźby załatwić sprawę z tym pseudolekarzyną. WYKOP ku przestrodze dla przyszłych rodzących mam...