Boję się, że moja mama zniszczy moją przyszłość...

Z góry przepraszam za tyle tekstu, ale musiałem z siebie to wszystko wyrzucić. Przepraszam także za wszelkie błędy, ale jestem bardzo zestresowany i po prostu piszę co myślę.


Mam 20 lat i już od jakiegoś czasu mój świat stopniowo zaczął się walić. Przez głupotę (z mojej perspektywy inaczej tego nie mogę nazwać) mojej matki mamy ogromne długi (mieszkanie, media). Chodzi tutaj o to, że moja matka nie interesuje się niczym co w tym momencie ważne (czyli zajmowanie się odkręceniem jakoś sprawy tych długów, jakimś ogólnie zainteresowaniem w tej kwestii). Nawet kiedy były pieniądze nie płaciła żadnych rachunków (jedynie za internet i telewizje), a tak naprawdę dała by radę zapłacić wszystkie i starczało by nam na przeżycie (ja przez cały czas myślałem, że same opłaty są na tyle wysokie, że nie starczało by nam na jedzenie). Teraz, kiedy dowiedziałem się o wszystkim ta sprawa wydaje się dla mnie być o tyle nie pojęta, że całe te rachunki nie były wcale takie wysokie i nie potrafię pojąć dlaczego moi rodzice (głównie moja mama, ale o tym zaraz) nie potrafili raz na cholerny miesiąc iść i zapłacić. Zresztą kiedy były jakieś problemy z pieniędzmi, albo przychodziły jakieś ponaglenia o zapłatach, rodzina zawsze starała się im pomóc, ale niestety do czasu...


Pięć lat temu zmarł mój ojciec, który tak naprawdę był jedyną "ostoją" w moim domu, bo tak naprawdę większość dobrych wspomnień jest związane właśnie z nim. Od tamtej pory moja mama przestała utrzymywać kontakt nawet ze SWOIMI RODZICAMI, KTÓRZY ZAWSZE CHCIELI DLA NIEJ DOBRZE I ZAWSZE STARALI SIĘ JEJ POMÓC. Uwierzcie lub nie, ale z dwojga moich rodziców, to właśnie mój tata utrzymywał największe kontakty z rodzicami mojej mamy. Kiedy było coś do zrobienia, to zawsze do nich chodził (ja zresztą też) i pomagał. Taka sama sytuacja tyczy się również mojej cioci (siostry mamy), która też niezliczone razy próbowała pomóc mojej mamie w tych problemach, ale niestety bez odzewu (i to nie jest tak, że moja mama najzwyczajniej w świecie tej pomocy odmawiała). Naprawdę nie wiem jakie są motywy "sporu" pomiędzy moją mamą, a tak naprawdę wszystkimi dookoła. Nigdy z moją mamą nie odbyłem szczerej rozmowy na temat jej problemów, ponieważ nawet jeżeli chce z nią pogadać na jakiś temat związany z nią, to ona reaguje agresją (wyzywa mnie, każe mi "wyp*erdalać", trzaska drzwiami). Agresją reaguję zresztą tak naprawdę na wszystko, nawet przy zwykłej rozmowie, jeżeli się z nią nie zgodzisz, to ona zaczyna krzyczeć i się denerwować. Pamiętam sytuację, kiedy nie mieliśmy pieniędzy i kiedy moja mama nie miała papierosów (jest nałogową palaczką), kazała mi wtedy pójść do dziadka aby pożyczył nam jakieś pieniądze. Pamiętam, że wtedy zacząłem na nią krzyczeć odnośnie tych papierosów, że dlaczego ona je pali wiedząc na własnej skórze jakie są tego konsekwencje (mój ojciec zmarł na raka płuc). Zdenerwowała się wtedy do tego stopnia, że rzuciła telefonem w ziemie, a ten roztrzaskał się w drobny mak (a telefon do najgorszych nie należał, do tego nie było nas stać na kupowanie sobie co chwile nowego). 


W skrócie, to moja mama ma totalnie wywalone na wszystko co się dzieje dookoła. Interesuje ją tylko żeby ona wszystko miała, ale od siebie nie potrafi nic dać. Przychodzi z pracy do domu, a potem siedzi na internecie lub ogląda telewizję (nawet nie utrzymuje porządku w domu, jedyne co robi to włącza pralkę i czasami wytrze blat). Już od dłuższego czasu (kiedy mieszkam tylko z mamą) czuję się jakbym był sam, jakby moja mama była tylko jakąś współlokatorką. Nie rozmawiamy ze sobą (sporadycznie na temat jakichś dupereli, zresztą z mamą powinno się rozmawiać o wszystkim), nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek odbył z moją mamą jakąś szczerą rozmowę na jakiś temat. Każda poważniejsza rozmowa, kiedy przedstawia się jakieś swoje racje kończy się agresją i wyzwiskami z jej strony.


Teraz, kiedy dorosłem i zrozumiałem powagę sytuacji w jakiej się znajdujemy zacząłem sam zajmować się tymi wszystkimi sprawami związanymi z długami matki. Przerwałem nawet studia aby móc teraz iść do pracy i jakoś to wszystko odkręcić. Moja mama widzi, że staram się to wszystko odkręcić, że próbuję jej pomóc. W miarę możliwości staram się z nią rozmawiać o tych wszystkich problemach i że chce żeby w końcu było lepiej.

Sprawa niestety dalej wygląda tak samo. Ja staram się to wszystko odkręcić, rzucam studia żeby iść do pracy i sam ganiam po wszystkich urzędach i innych tego typu, a ona dalej siedzi i się niczym nie przejmuje (przynajmniej nie okazuje jakiegoś zbytniego zainteresowania tym, że chce jej pomóc z tymi długami). Dzisiaj powiedziałem jej, żeby pojechała do elektrowni zapytać się jak sprawy mają się na dzień dzisiejszy, a ona powiedziała tylko żebym sam pojechał. Zapytałem się jej "a ciebie to nie interesuje?". Oczywiście zaczęła na mnie wrzeszczeć, wyzywać, trzaskać drzwiami. Według mnie moja mama wie co się dookoła niej dzieje, ale nie potrafię zrozumieć dlaczego nie chce zrobić nic, aby było lepiej. Staram się jak mogę aby to wszystko jakoś uspokoić, ale kiedy widzę tak negatywny odzew od mojej matki to zaczynam w to wszystko wątpić i boję się, że pociągnie mnie ze sobą na dno.


Powiedzcie mi proszę co sądzicie o tej całej sprawie patrząc z perspektywy trzeciej osoby, ponieważ już sam nie wiem co powinienem w tej sytuacji robić.



Statystyki zobacz

© copyright 2019 by Wykop.pl