Jednym zajmowało to trzy lata, innym nawet osiem. Najpierw się głodzili, a potem systematycznie truli. Dziś, żywcem zmumifikowani, przynoszą zdrowie i siłę.
O samomumifikacji i mnóstwie innych ciekawych rzeczy związanych z mumiami i trupami mówił pan Marek Huberath na poznańskim Pyrkonie przez ostatnie parę lat. Mam nadzieję, że w tym roku będzie jeszcze jedna część "Pochwały trupa"!
Kiedyś ktoś mi opowiadał o tych zmumifikowanych mnichach, że czując nadchodzącą śmierć wypijali osoloną wodę aby wysuszyć ciało od środka, ale to raczej zwykła ściema.
Buddyzm zawsze fascynował . A to jeden z wielu przykładów wyższości nad całym pseudo-chrześcijaństwem. Zamiast bać się "stwórcy" , doskonalą Siebie , wyciszają się w medytacji i nie robią tego pod żadnym przymusem.
Innym przykładem doskonałości wewnętrznej mnichów jest Thích Quảng Ðức , który w proteście przed represjonowaniem buddyzmu w Wietnamie przez katolicki rząd dokonał samospalenia w miejscu publicznym i ani drgnął ...
Coś mi się nie wydaje, by Siddhartha Gautama pochwalił tych wysuszonych dziwaków. Z japońskiego buddyzmu tylko zen rinzai jest bliskie oryginalnemu przekazowi Buddy.
Ciekawy ten link co sha4ky umiesciles znalazlem na necie takze zdjecie tego plnacego mnicha to by sie nadawalo na jakis artykul do gazetki szkolnej lub na neta jest juz na wykopie?
No strach przed 'stwórcą' nie jest spoko, dlatego pseudo-chrześcijaństwo generalnie przegrywa z Buddyzmem, gdzie sfera sacrum gra drugorzędne znaczenie.
Rinzai bliskei oryginalnemu przekazowi Buddy? Szczególnie z laniem kijami po plecach. A o therawadzie kolega słyszał? Ja wiem, że tybetański i zę jest modny ale jak mówimy o korzeniach to warto do książki czy chociaż do wikipedii zajrzeć.
Mimo, że sam jestem buddystą to nie podzielam tych haseł o wyższości jednej religii nad drugą. Chrześcijaństwo też ma bogatą tradycję monastyczną w której są przykłady równie szczerej i intensywnej pracy nad sobą bez pretensji i pouczania wszystkich na około. A tzw. buddyzm oficjalny w krajach azjatyckich też niewiele ma wspólnego z tymi obrazkami wytrwale trenujących mnichów jakie do nas docierają. Wierzcie mi, stopień arogancji, deprawacji i upolitycznienia kleru buddyjskiego przerasta przynajmniej dwukrotnie wybryki naszych "czarnych". Mało osób wie, że większość mnichów buddyjskich w ogóle nie uprawia medytacji.
Matero: Zupełnie nie wiem na jakich danych bazujesz, stosując takie ciężkie uogólnienia: "Wierzcie mi, stopień arogancji, deprawacji i upolitycznienia kleru buddyjskiego przerasta przynajmniej dwukrotnie wybryki naszych "czarnych". Mało osób wie, że większość mnichów buddyjskich w ogóle nie uprawia medytacji."
Podaj na ten temat jakieś wiarygodne źródła :) Bo jak dla mnie to jest duża przesada.
Normalnie ten artykul na stronie fokusa ukazal sie dzien przed ukazaniem sie numeru fokusa w kioskach w ktorym takze jest o tych mumiach. Poprostu redakcja wrzuca niektore artykuly na stronke (np. te malo warte publikacji w czasopismie) ten akurat zostal zucony i tam i tam jednoczesnie.
Sorki, że tak nie na temat. Może mi ktoś powiedzieć jak to się dzieje, że te artykuły są dostępne na oficjalnej stronie magazynu Focus? To są materiały już opublikowane, z archiwalnych numerów Focusa? Napisane przez społeczność strony? Jak to jest z tymi artami tam? :)
@sha4ky
Chrześcijanin też się doskonali, w buddyzmie nie ma strachu przed Bogiem, ale strach przed piekłami jest dość istotny jako motywacja do praktyki i do tego przywiązuje się uwagę. Mnisi wyciszają się w medytacji, ale też nie pracują tak jak mnisi chrześcijańscy, którzy np. mają hodowle pszczół albo robią lekarstwa ziołowe. Wśród mnichów buddyjskich nie ma też takiej posługi dla ludzi jak w przypadku zakonników chrześcijańskich, którzy np. opiekują się chorymi. Mnicha buddyjskiego możnaby porównać do chrześcijańskiego mnicha z zakonu kontemplacyjnego.
Sam praktykuję w tradycji Soto Zen i uważam, że w ogólnym obrazie buddyzm jest doskonalszą doktryną niż chrześcijaństwo, jednak nie podoba mi się to co oraz w jaki sposób napisałeś. Wiele osób buddyzm fascynuje, bo jest egzotyczny. Powinno się ewentualny zachwyt pozostawić na moment gdy już się pozna podstawowe nauki, weźmie się udział w przynajmniej 10 ceremoniach, porozmawia z mnichem buddyjskim na żywo. Wtedy będzie można próbować oceniać. W praktyce buddyjskiej jest bardzo dużo zwyczajności, wierzcie mi. Dodatkowo problem stanowi różnica kulturowa, zwłaszcza jeśli ma się do czynienia ze szkołą z Japonii, Chin lub okolic.
Owszem , jednak w mojej wypowiedzi chciałem ując to co stało się z kościołem. Przez setki lat żerującym na naiwności ludzi , weźmy na przykład odpusty sprzedawane w średniowieczu . A każda oznaka herezji była naglona i karana. Nie wspominając już o mordach w imię chrześcijaństwa gdzie podczas krucjat z krzyżami na pelerynach i piersiach mordowano setki niewinnych. Dziś mamy to samo , tylko w łagodniejszej formie i bardziej "nowoczesnej" formie , głównie przez propagandę . A kjak sam pewnie wiesz w buddyzmie nie ma miejsca na przemoc , chodź zdarzają się wyjątki , jak wszędzie .
Użyłem słowa pseudo , ponieważ mimo że sam mam poglądy ateistyczne , szanuje ludzi głębokiej wiary . Przykładem może być Karol Wojtyła , obejmując "urząd" Papieża , nie kierował się cynizmem , ale dawał wszystko od siebie innym.
Zależy wszystko od zrozumienia - piekła w buddyzmie interpretuje się m.in. jako stany świadomości, które powodują dane cierpienia przez to, że pojmowanie rzeczywistości w dany a nie inny sposób doprowadza często do działania, które powoduje dany rodzaj cierpienia - rozsiewania go naokoło siebie oraz wewnątrz siebie , tak że żyjesz w wewnętrznym piekle... Można uznać za takie piekło z którego trudno się wyzwolić przykładowo niektóre choroby psychiczne, jakieś skrzywienia mentalne itd.
Samo w sobie praktykowanie różnych technik wywodzących się z różnych tradycji czy to taoizmu jak w Zen czy szamanizmu jak w Buddyzmie Tybetańskim i różnych innych metod które zostały na potrzeby nauk buddyjskich po prostu dostosowane i nie mają same w sobie z nim powiązania, ma tylko bardzo symboliczne znaczenie i raczej jest formą zwiększenia motywacji wewnętrznej i zmagazynowania energii do głównego celu - rozwoju duchowego - oraz właściwego pojmowania czy kultywowania w jak największym stopniu jasnego widzenia praw istniejących w tej rzeczywistości w odniesieniu do umysłu i ducha człowieka by potem zastosować je wobec własnego siebie (własnego ducha i umysłu zgodnie z naukami) by czerpać z nich pozytywne rezultaty. Nie da się tego jednak osiągnąć bez zrozumienia bo samo gotowanie obiadu bez zrozumienia co z nim potem zrobić tylko dla samego gotowania (jakby samo gotowanie miało Cię nasycić) jest też banalne i bez sensu.
Buddyzm jest o tyle "złą" religią (chociaż wg mnie bardziej właściwe słowo to filozofia) i powierzchownie prostą i banalną, że nikt nie daje przepisu w stylu "zrób to a pójdziesz do raju" "zrób tamto a wygrasz w lotto", a to dlatego, że nie zwala odpowiedzialności za zło i cierpienie na świecie na siły wyższe (buddyzm uczy że bierze się ono z ignorancji ludzi) i mówi o tym że możliwe jest wyzbycie się cierpienia w rzeczywistości jakiej się teraz znajdujemy i w pewien sposób stworzenie "raju na ziemi", tylko przez wyzbycie się tej ignorancji a narzędziem do tego jest zrozumienie zasad działania ludzkiego umysłu i powodów cierpienia we własnym życiu i podsuwa tylko różne techniki, nauki i narzędzia człowiekowi, który jak chce może z nich skorzystać, natomiast to w jaki sposób będzie się nimi operowało i co się osiągnie zależy to od samego człowieka który z buddyzmu ma czerpać inspirację i może wybrać praktyki które akurat jemu pomagają osiągnąć zrozumienie i rozwijać się duchowo w celu polepszenia swojej "jakości" jako człowieka. Samo więc codzienne czyszczenie klasztoru przykładowo przez mnichów jeżeli jest pojmowane jako sucha czynność jest powierzchowne, banalne i bez sensu (bo klasztor jest czysty następnego dnia), natomiast jeżeli jest to symbolika dająca motywacje by to samo robić potem przykładowo ze swoim umysłem i dbać codziennie również by żadne niepotrzebne śmieci się tam nie znalazły, daje pewne przypomnienie i motywację do wewnętrznej pracy nad sobą - którą każdy musi wykonać sam z własnej woli w zrozumieniu o co chodzi, z własną analizą i myśleniu za siebie - inaczej do niczego nie zaprowadzą go te nauki i filozofia - bo buddyzm nie opiera się na wierze, banalnych czynnościach, wyższych siłach, Bogu czy posłuszeństwie, tylko na sprawdzaniu nauk w nim zawartych empirycznie we własnym życiu (bo tylko na własnych doświadczeniach można się czegoś nauczyć) by potem dzięki większemu zrozumieniu żyć właściwiej...
Dlatego główną "siłą motoryczną" do praktykowania buddyzmu nie jest strach przed niczym a na pewno nie przed piekłami, a celem jest zakończenie cierpienia i "zła" (a właśnie strach, jakieś obawy itd. jest jego podstawowym składnikiem) poprzez rozwój duchowy i umysłowy a metodyką do tego nie jest życie w klasztorze, ślepe wykonywanie czynności, czy bycie mnichem - chyba że ktoś czuje że akurat to mu jest potrzebne i mu służy w danym okresie życia (bo mnichem nie trzeba być całe życie) - ale głównie i przede wszystkim świadome przeżywanie życia, własny rozwój i unikanie ignorancji jako źródła wszelkiego zła i poszerzanie zrozumienia na temat siebie i świata dookoła :)
Oryginalne przesłanie i filozofia (nauki) buddy jednak w niektórych regionach stały się bardziej elementem kultury niż inspiracją co prowadzi potem do zbytniego poświęcenia się kultowi (otoczce a nie celowi) niż praktykowania rozwoju duchowego i czerpania inspiracji z nauk - dlatego zamiast nauką i metodyką buddyzm stał się bliższy religii w niektórych częściach świata...
Przy czym wg mnie i i tak każdy jest buddystą - bo wg filozofii - samsara i karma razem z cierpieniem jako bodźcem do zmian człowieka na lepsze i zrozumienia (poszerzania świadomości) jako zmyślna konstrukcja, prowadzą przez swój ciąg i naturalną
kolej rzeczy do wzrostu duchowego na przestrzeni inkarnacji (bo każdy i tak z życia jakieś, nawet małe nauki wynosi a poprzez karmę jest zmuszony do ponownego odrabiania lekcji jeżeli jest oporny:P ), tyle że z buddyzmem jako inspiracją do większego rozwoju, można ten wzrost przyspieszyć i teoretycznie osiągnąć oświecenie (całkowite zrozumienie tej rzeczywistości) już w tym wcieleniu :)... Oczywiście nie jest on dla każdego i prawdopodobnie większość ludzi by nie umiała, nie chciała lub nie widziała sensu korzystania z niego (tak jak z Linuksa :P ) więc niech każdy korzysta z tego z czego chce ale z głową, analizą i zrozumieniem i na pewno nie pod wpływem strachu...
[Podwójny komentarz bo żem się tak rozpisał że ucięło :] ]
@sha4ky
"Nie wspominając już o mordach w imię chrześcijaństwa gdzie podczas krucjat z krzyżami na pelerynach i piersiach mordowano setki niewinnych. Dziś mamy to samo , tylko w łagodniejszej formie i bardziej "nowoczesnej" formie , głównie przez propagandę . A kjak sam pewnie wiesz w buddyzmie nie ma miejsca na przemoc , chodź zdarzają się wyjątki , jak wszędzie ."
To co piszesz, to demagogia - nie mamy dzisiaj tego samego, bo nie morduje się ludzi w imię chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo jest dzisiaj najbardziej prześladowaną religią, bo nie tylko co mniej cywilizowani muzułmanie na Bliskim Wschodzie albo komuniści w Chinach stosują wobec nich fizyczną przemoc, ale i w krajach zachodu powszechne jest kpienie z chrześcijaństwa i symbole żadnej innej religii nie są tak często profanowane, jak chrześcijańskie.
W buddyzmie nie ma miejsca na przemoc, ale też się zdarzała - zobacz zresztą jacy Japończycy byli okrutni w czasie II WŚ. Kiedyś klasztory buddyjskie miały własne armie, ludzie walczyli ze sobą o sutry i też było pełno syfu dokonanego rękoma buddystów.
@Quadri
"piekła w buddyzmie interpretuje się m.in. jako stany świadomości, które powodują dane cierpienia przez to, że pojmowanie rzeczywistości w dany a nie inny sposób doprowadza często do działania, które powoduje dany rodzaj cierpienia"
Piekła w buddyzmie to są konkretne miejsca, stany egzystencji w których sie istota odradza i w których doznaje niewyobrażalnego cierpienia.
"człowiekowi, który jak chce może z nich skorzystać, natomiast to w jaki sposób będzie się nimi operowało i co się osiągnie zależy to od samego człowieka który z buddyzmu ma czerpać inspirację i może wybrać praktyki które akurat jemu pomagają osiągnąć zrozumienie i rozwijać się duchowo"
No nie do końca. Człowiek sam sobie wybiera tradycję ale żeby coś osiągnąć musi praktykować pod okiem nauczyciela, który jest jego przewodnikiem i to nauczyciel powinien wskazywać jakie praktyki powinien podjąć uczeń. Nauczyciel musi ocenić owoce praktyk bo łatwo jest zboczyć z drogi i wejść w jakieś stany w których się będzie doświadczało różnych przyjemnych odczuć i wziąć to za oświecenie.
"bo buddyzm nie opiera się na wierze, banalnych czynnościach, wyższych siłach, Bogu czy posłuszeństwie, tylko na sprawdzaniu nauk w nim zawartych empirycznie we własnym życiu"
To sprawdź sobie empirycznie, że odradzanie zachodzi. Albo że prawo karmy zachodzi i możliwe jest doświadczenie konsekwencji obecnych działań w np. 4 życiu po obecnym. Albo że Buddowie i Bodhisattwowie istnieją. Albo że mantry i dharani mają jakąkolwiek moc. Albo że istnieje 6 sfer egzystencji. Albo... No i tak można wymieniać - w buddyzmie jest wiele rzeczy w które trzeba uwierzyć, aby nabrać przekonania, że to co się robi ma sens.
"Dlatego główną "siłą motoryczną" do praktykowania buddyzmu nie jest strach przed niczym a na pewno nie przed piekłami"
Główną nie, ale w krajach buddyjskich we wszystkich tradycjach przywiązuje się do tego wagę, aby człowiek nie popełnił złego czynu choćby ze strachu, np. nie zabił kogoś z zemsty. Na Dhamma Media Channel, tajskiej telewizji buddyjskiej regularnie pokazywane są obrazy piekieł.
"Piekła w buddyzmie to są konkretne miejsca, stany egzystencji w których sie istota odradza i w których doznaje niewyobrażalnego cierpienia"
No tak ale napisałem "między innymi" w moim komentarzu, bo stan egzystencji to głównie stan świadomości/stan umysłu który powoduje cierpienie i z takim stanem możesz się odradzać bardzo długo i mieć różne skłonności np. do poważnych nawracających zaburzeń depresyjnych, paranoi itp.lecz są też konkretne miejsca w których odradzają się bardziej negatywne istoty które żyjąc razem zadają sobie cierpienia aż nie oczyszczą się karmicznie (nie zrozumieją czegoś) :] tak jak na ziemi przykładowo - choć nie jest aż tak źle że jako noworodek od razu wjeżdżasz do "kotła z gotującą się smołą" jak to wyobrażają sobie katolicy :P to słodko też nie jest jak 3/4 ziemi jest w głodzie wojnie lub biedzie więc jest to pewien rodzaj powiedzmy "czyśćca"... ;)
"Człowiek sam sobie wybiera tradycję ale żeby coś osiągnąć musi praktykować pod okiem nauczyciela, który jest jego przewodnikiem i to nauczyciel powinien wskazywać jakie praktyki powinien podjąć uczeń. Nauczyciel musi ocenić owoce praktyk bo łatwo jest zboczyć z drogi i wejść w jakieś stany w których się będzie doświadczało różnych przyjemnych odczuć i wziąć to za oświecenie."
Tak, nauczyciel jest przewodnikiem i jest bardzo przydatny natomiast nie miałem na myśli pisząc to co napisałem że jest niepotrzebny - bardziej to że nauczyciel jest tylko "nawigatorem" a nie "kapitanem statku" - kapitanem statku jest uczeń który sam się rozwija i sam decyduje co chce osiągnąć a nauczyciel daje tylko kierunkowskazy z których uczeń może skorzystać - tak samo również na początku wybierasz też m.in. rodzaj buddyzmu jaki Ci najbardziej odpowiada - potem oczywiście musisz się trzymać podstawowych reguł jeżeli się zdecydujesz na intensywną praktykę w jakimś zgromadzeniu buddyjskim ale to też Twój wybór wyłącznie i nie musisz tego robić by wynosić coś z nauk buddyjskich i być buddystą chociaż też jest to przydatne. Natomiast jeżeli chodzi o zboczenie z drogi, to jedynie można czegoś nie zrozumieć lub robić nietrafnie co raczej nie prowadzi zwykle do jakiś paranoi i wzięcia za oświecenie przyjemności czy stanu spokoju ducha :) ale na pewno wydłuża drogę nauki i może wyrobić złe nawyki np podczas nieumiejętnego praktykowania różnych technik medytacji. Oświecenie z tego co mówią mnisi następuje wtedy gdy rozumiesz wszystkie nauki Buddy i dodatkowo przykładowo świadomie się inkarnujesz i posiadasz inne atrybuty "oświeconego" czyli Buddy no i dodatkowo osiągniesz wyzwolenie się ze wszelkich pragnień i nieograniczone współczucie i miłość do innych istot. Oświecenia nie należy mylić z przyjemnymi odczuciami podczas praktyk :)
"To sprawdź sobie empirycznie, że odradzanie zachodzi. Albo że prawo karmy zachodzi i możliwe jest doświadczenie konsekwencji obecnych działań w np. 4 życiu po obecnym. Albo że Buddowie i Bodhisattwowie istnieją. Albo że mantry i dharani mają jakąkolwiek moc. Albo że istnieje 6 sfer egzystencji. Albo... No i tak można wymieniać - w buddyzmie jest wiele rzeczy w które trzeba uwierzyć, aby nabrać przekonania, że to co się robi ma sens"
Trzeba albo nie trzeba - wg mnie nie trzeba bo tak naprawdę, myślę że nie ma to większego znaczenia i nie odgrywa większej roli w życiu dla Ciebie czy mnie jeżeli nie doświadczamy tych rzeczy i faktycznie nie mogę na razie osobiście potwierdzić tego czy tak jest. Natomiast są ludzie którzy świadomie się inkarnują i jeżeli to nie jest prawda to jakieś sztuczki magiczne robią podając miejsce i datę następnego swojego urodzenia i imię matki albo pamiętając poprzednie wcielenia z których dane się potwierdzają w szczegółach podczas sprawdzania dokumentów historycznych :) działanie mantr akurat można sprawdzić empiryczne na sobie obserwując jak wpływają m.in. na stan ducha/umysłu (jak nie skutkują po prostu szkoda na nie czasu :) ) ze sferami egzystencji i innymi rzeczami też - można je doświadczyć przez techniki medytacyjne tak samo jak można nauczyć się lewitować, przesuwać przedmioty siłą umysłu, wychodzić z ciała czy wprowadzić ciało w stan pośmiertnej hibernacji - może być to wszystko ściema a może być potwierdzeniem różnych teorii i nauk - natomiast zawsze można sprawdzić praktykując odpowiednie techniki i prędzej czy później samemu doświadczyć tych rzeczy - Budda nie kazał wierzyć na słowo żadnemu pismu kaznodziei i mnichowi tylko sprawdzać więc wszystkie rzeczy przez niego opisane muszą być możliwe w ten czy inny sposób do sprawdzenia inaczej sprawdzanie i to zdanie wypowiedziane przez niego nie miałoby sensu :)
"Główną nie, ale w krajach buddyjskich we wszystkich tradycjach przywiązuje się do tego wagę, aby człowiek nie popełnił złego czynu choćby ze strachu, np. nie zabił kogoś z zemsty. Na Dhamma Media Channel, tajskiej telewizji buddyjskiej regularnie pokazywane są obrazy piekieł."
No tak ale wyżej przewidziałem to, że tak będzie ktoś pisał i napisałem że to bardziej element kultury niż w pełni analityczne korzystanie z nauk. Buddyzm w takich krajach jak Tajlandia jak sam powinieneś wiedzieć się upolitycznił częściowo, skomercjalizował lub wypaczył przez zmieszanie z lokalnymi obrządkami i wierzeniami oraz stał się "pospolity" (piszę o zwykłych ludziach nie wgłębiających się za bardzo w te nauki tylko kultywujących buddyzm jako tradycje a nie naukę) i to że w telewizii pokazują obrazy piekieł ludziom to ani ich nie uczy niczego ani nie ma żadnego przesłania więc też nie przywiązywałbym do tego większej wagi i utożsamiał z samym buddyzmem - chyba że istnieje jakaś tradycja w Tajlandii gromadząca mnichów którzy regularnie pokazują im te zdjęcia podczas praktyk i nauk w klasztorze :) wtedy może to być faktycznie ciekawa odmiana buddyzmu... Nigdy jednak nie słyszałem od żadnego mnicha że piekło to kupa ognia gdzie się smażysz czy szatan miesza Cie w kotle z gotowaną smołą - piekło z tego co zrozumiałem z przesłania symbolizuje bardziej cierpienia duchowe niż fizyczne zaś istoty które je przeżywają same na siebie je ściągają poprzez "niefortunne" (złe karmicznie) zachowania - i to zarówno w małej skali - tu na ziemi i w dużej - podczas kolejnych inkarnacji oraz miejsc i postaci swojego odrodzenia które ułatwiają potem takiej istocie "odrobienie lekcji" która potem oczyszcza je karmicznie i nie jest "za karę" a w celach nauki "dla bardzo opornych" i nie trwa to wszystko wiecznie więc się sens tego przekazu oraz sam obraz wg mnie dość znacznie różni w porównaniu do tego jak to przykładowo opisuje kościół katolicki - więc nie ma co obrazkami straszyć ;)
Do buddyzmu nic nie mam, jedynie pozostaje mi kilka rzeczy typu "nie chcem ale muszem";):
@Ornament:
W Chrześcijaństwie strach przed Bogiem nie jest jedynym i najlepiej by nie był głównym czynnikiem motywującym człowieka do działania. Może zahaczę w tym momencie o herezję, ale w bodaj newageowskiej książce "Rozmowy z Bogiem" było opisane, jak to czyny są motywowane strachem lub miłością. W przypadku Boga bojaźń co prawda nie jest czymś złym, jednak o wiele lepiej w każdym aspekcie jest, gdy człowiek jest dobry z miłości.
@Sha4ky:
Krucjaty były zainicjowane w celu odzyskania Jerozolimy zajętej przez muzułmanów. Co się działo poza tym celem(mordowanie i grabienie, burzenie i wznoszenie budynków) to już efekt dobrej lub złej woli zwykłych ludzi, którzy poszli wypełnić swoją misję.
@Quadri:
No offence, bo nie wiem czy konieczne jest bym to pisał... Również w religiach chrześcijańskich(większości; jeden odłam protestancki neguje istnienie czegokolwiek o nazwie 'piekło') piekło uznaje się jako stan duszy po śmierci, stan oddalenia od Boga i Jego miłości, udręka, tęsknota, odrzucenie, cierpienie... Taki mega-full-emo-dół, gdyż Bóg jest miłością, a bez Niego nie ma jej wcale.
Buddyzm jest o tyle "złą" religią (chociaż wg mnie bardziej właściwe słowo to filozofia) i powierzchownie prostą i banalną, że nikt nie daje przepisu w stylu "zrób to a pójdziesz do raju" "zrób tamto a wygrasz w lotto", a to dlatego, że nie zwala odpowiedzialności za zło i cierpienie na świecie na siły wyższe (buddyzm uczy że bierze się ono z ignorancji ludzi) i mówi o tym że możliwe jest wyzbycie się cierpienia w rzeczywistości jakiej się teraz znajdujemy i w pewien sposób stworzenie "raju na ziemi", tylko przez wyzbycie się tej ignorancji a narzędziem do tego jest zrozumienie zasad działania ludzkiego umysłu i powodów cierpienia we własnym życiu i podsuwa tylko różne techniki, nauki i narzędzia człowiekowi, który jak chce może z nich skorzystać, natomiast to w jaki sposób będzie się nimi operowało i co się osiągnie zależy to od samego człowieka który z buddyzmu ma czerpać inspirację i może wybrać praktyki które akurat jemu pomagają osiągnąć zrozumienie i rozwijać się duchowo w celu polepszenia swojej "jakości" jako człowieka.
W Chrześcijaństwie w przeciwieństwie do Buddyzmu(jeśli dobrze czytam) są po prostu podane rady i zalecenia w formie przykazań i innych nauk, które umożliwiają zbliżanie się do Boga. Oczywiście każdy może decydować się co wybiera i kiedy wybiera jeśli cokolwiek wybiera, ale ostatecznie są dwie drogi - życie po śmierci w Bożej miłości lub poza nią.
Jeśli chodzi o możliwość stworzenia swoistego raju na ziemi. To jest zacne:). Co prawda Katolicyzm neguje stricte taką możliwość, gdyż prawdziwy raj był na "początku" i ma być po Sądzie Ostatecznym(inaczej twierdzą chyba jehowici), jednak tutaj się absolutnie zgadzam w tym sensie że człowiek jest w stanie... nie wiem jak to w skrócie opisać, doskonalić siebie, zmieniać świat na lepsze, emanować miłością...
bo buddyzm nie opiera się na wierze, banalnych czynnościach, wyższych siłach, Bogu czy posłuszeństwie, tylko na sprawdzaniu nauk w nim zawartych empirycznie we własnym życiu (bo tylko na własnych doświadczeniach można się czegoś nauczyć) by potem dzięki większemu zrozumieniu żyć właściwiej...
W Chrześcijaństwie też zaleca się rozeznawanie i poznawanie, gdyż... Może nie jest to najlepszy argument, ale np. wielu ludzi bez tego zostaje przy stopniu wtajemniczenia z dzieciństwa(np. że Bóg to dziadek co w chmurach siedzi), no i siłą rzeczy odchodzi od wiary jakiejkolwiek. A szkoda, bo choćby same filozofie buddyjska i chrześcijańska są wcale godne..
Coś chyba bez naszej wiedzy wprowadzili cięcie komentarzy...
I znowu pewnie będzie w 2 częściach - tyle pisze że liczba liter przekracza dopuszczalną na jeden post :] Ale jak już jest ktoś do dyskusji... ;)
BioZ :) żadnego offence oczywiście nie ma - ucieszyłem się jedynie, że są jeszcze ludzie, którzy potrafią bardziej dogłębnie analizować to co słyszą/czytają i zamiast suchych cytatów i zasłyszanych oklepanych zdań potrafią zachowując otwartość umysłu wysnuć z różnych doświadczeń i zostawionej nam wiedzy tak jej esencje, że jest widziana jako szerszy i głębszy horyzont znaczeń. ;]
Prawda jest faktycznie taka, że praktycznie od każdej zostawionej nauki, filozofii czy kultury można się wiele nauczyć - nawet od nietrafnej ponieważ można poprzez jej analizę i porównanie z własnymi i innymi doświadczeniami/przemyśleniami wysnuć wniosek, że jest nietrafna diagnozując punkt widzenia jej głosiciela. :)
Piekło w filozofii buddyjskiej w moim pojęciu o tyle różni się w samym swym znaczeniu od wizji którą podałeś, że człowiek nie trafia tam za karę na wieczne męczarnie, lecz na pewien czas w celach nauki gdy tylko w ten sposób może zrozumieć (odrobić lekcję przez własne doświadczenie) dlaczego ma błędne pojmowanie słuszności swojego postępowania ew. dostać energii motorycznej do pracy nad sobą i zmiany przez zwiększone bodźce gdy wpadnie w jakieś paranoje. Co więcej, nie wystarczy sam czyn do tego by wyrabiać tak złą karmę, lecz cel i intencja oraz nauka która z niego płynie - doświadczenie życia mówi, że nikt nie jest doskonały "od razu", dlatego błędne działania również są po to by się na nich uczyć ;) zaś naturalne prawo przyczyny i skutku (jedno z podstawowych praw w Buddyzmie), nie działa za każdym razem tak samo więc nie można przewidzieć jaki skutek będzie miał jakikolwiek czyn - wszystko zależy od celowości i trafności jego użycia w konkretnej sytuacji oraz tego czy ktoś wyniesie naukę z nietrafnego czynu czy nie i jeżeli nie to jakieś doświadczenie osobiste będzie musiało prawdopodobnie zaistnieć w celu pomocy w zrozumieniu lub w celu przypomnienia o tym, że jakiś czyn był "niefortunny". Nie ma więc w Buddyzmie przykazań - są wskazówki i nauki jak unikać takich przypomnień i jak nie igrać z prawem przyczyny i skutku :)
Następna kwestia - Buddyzm wyznaje zasadę iż tylko rozumiejąc można pomagać, uczyć itd. nie zaś przez samą czynność - by to zrozumieć można przeanalizować pomoc Afrykańczykom którzy dostając dary żywności i różnych artykułów zrzucane z samolotów, przestali rozwijać własny przemysł i rolnictwo. Dlatego w buddyzmie "pomoc" trzeba zrozumieć tak jak każde inne słowo czy zdanie analizując je dogłębnie i studiując przez obserwacje życia i wyciąganie wniosków - bo sam tekst jest tylko mapą zaś kroczyć i sprawdzać czy budynki i drzewa są na swoich miejscach trzeba samemu. Tym bardziej, że nauczyciele buddyjscy (w tym i być może również sam Budda który kazał nie wierzyć w ani jedno jego słowo ;) ) często stosują formę nauki podając błędne informacje, ponieważ można często weryfikując je szybciej i bardziej zrozumiale dojść do prawdy samemu przez weryfikację "z drugiej strony" niż słuchając poprawnych wykładów na ten sam temat i szukać ich potwierdzenia ;) W Chrześcijaństwie nie przywiązuje się takiej wagi do analizy i weryfikacji nauk tylko się je po prostu przyjmuje w wersji i interpretacji jaka została na tą chwilę podana - w tym samym przykładzie pomocy, są zdania typu "nakarm głodnego, napój spragnionego" przekazywane dosłownie jako pomoc w każdym przypadku a nie szczególnym czy jako symbolika.
Jeżeli chodzi o ten raj na ziemi, to właśnie głównym elementem różnic interpretacyjnych wg mnie jest wizja człowieka. W Buddyzmie, człowiek przedstawiony jest jako istota doskonała w swej naturze połączona wręcz bezpośrednio z "absolutem" więc nim (jako jego integralna część) bezpośrednio będąca (absolut jest swego rodzaju Bogiem-osobowym ale w takim bardzo prostym ujęciu w nieskończonej postaci energetycznej która nie ingeruje w żaden sposób w naukę istot żyjących na ziemi i reszcie świata oprócz tego że stworzyła rzeczywistość tak by sama byłą nauką i sama przez swą konstrukcję weryfikowała proces rozwoju) - Człowiek w tym wszystkim to istota która ucząc się sama, żyje by być dla innych istot swego rodzaju Bogiem-opiekunem (w sensie dobroci, miłości, współczucia, opieki, troski, pomocy, szacunku itd.) zaś natura ta (natura Buddy) jest nieodkrywana po prostu przez wielu ludzi przez ich ignorancję, niewiedzę, do której prowadzi brak rozwoju w ich życiu, bezmyślne przeżywanie życia, nałogi (w Buddyzmie przywiązywanie się do jakiejś myśli jest nałogiem przykładowo ;] np. do jakiś przykazań lub nauk uznając je za
jedyną słuszność tak, że osoba nie chce poddawać ich ponownej analizie i weryfikacji przez co zahamowana jest w rozwoju, a nie rozwijając się często zachowuje się niefortunnie gdy to co uzna za pewnik jest błędne) rozwijanie w sobie egoizmu zamiast współczucia (egoizm utrzymuje człowieka w przeświadczeniu że jest odrębną częścią od świata i nie należy do niego, przez co nie potrafi z niego czerpać żadnych nauk) i różne inne rzeczy o których można by się znowu rozpisać niewąsko ;) . Streszczając - gdyby pozbyto się ignorancji znikłoby wszelkie "zło" ponieważ cierpienie jako bodziec do rozwoju (zastanowienia się "czemu jestem nieszczęśliwy") jest skutkiem niefortunnych czynności rodzących się z niewiedzy.
W Chrześcijaństwie człowiek rodzi się z grzechem pierworodnym i żyje tylko dlatego by przez cierpienie odkupić swoje grzechy i przede wszystkim ma przeżyć życie w posłuszeństwie spełniając wolę Boga jako Pana a tylko wtedy da mu on raj po osądzeniu czy je odkupił. Dlatego ta wizja roli człowieka - boska istota która ma żyć by wspólnie tworzyć raj i grzeszna która może dostać raj jest wg mnie głównym powodem tych różnic.
Najciekawsze jest to, że osobiście w Nowym Testamencie nie znalazłem ani jednej rzeczy sprzecznej z naukami buddyjskimi - co innego w Starym Testamencie który niewiele z Buddyzmem ma wspólnego - doszedłem też do wniosku, że Jezus był w opozycji do tych nauk ze Starego Testamentu oraz w opozycji do przeświadczenia o ich trafności jaką mieli ówcześni mu kapłani (faryzeusze - uczeni w piśmie) (chociaż podejrzewam że jednocześnie odczuwał szeroko pojętą kulturową presję, którą musiał uwzględnić by być zrozumianym) stąd może tyle sprzeczności "oko za oko ząb za ząb" - "nadstaw drugi policzek", "Bóg surowy karzący za grzechy" - "Bóg miłosierny" "Będziesz miłował Boga swego całym sercem itd." - "Miłuj bliźniego swego" itd. a same nauki Chrystusa z wizją Buddystów tylko różnią się interpretacją przez ludzi i sposobem wyciągania z nich wniosków zaś nie aż tak treścią i przesłaniem - jest też taka nauka Buddyjska która głosi, że jakikolwiek tekst, słowa czy przekaz są bezwartościowe jeżeli równolegle nie jest rozwijana świadomość dzięki której można go zrozumieć :] dlatego też tylu ludzi pewnie nie wprowadza przesłania miłości(Główne przykazanie), wybaczania(m.in. Ukrzyżowanie/Powrót syna marnotrawnego), współczucia (m.in. Przypowieść o Samarytaninie) i skupiania się na tym co w życiu ważne by żyć mądrze (m.in. Panny roztropne i nieroztropne) tylko zajmuje się dogmatami, kultem kaznodziei, klątwami, bezmyślnie powtarzanymi cytatami, nienawiścią i nietolerancją i kompletnym niezrozumieniem tego w co ślepo bez żadnego zrozumienia "nałogowo" wierzą... ;) A takie fajne nauki tam mają napisane :)
Prawda jest faktycznie taka, że praktycznie od każdej zostawionej nauki, filozofii czy kultury można się wiele nauczyć - nawet od nietrafnej ponieważ można poprzez jej analizę i porównanie z własnymi i innymi doświadczeniami/przemyśleniami wysnuć wniosek, że jest nietrafna diagnozując punkt widzenia jej głosiciela. :)
Ano^^...
Generalnie teraz niezbyt chciałem odpisywać bo niezbyt wiedziałem co może to wnieść, jednak spróbuję jeszcze odnośnie tych rzeczy które cytujesz nieco dopowiedzieć;).
Piekło w filozofii buddyjskiej w moim pojęciu o tyle różni się w samym swym znaczeniu od wizji którą podałeś, że człowiek nie trafia tam za karę na wieczne męczarnie, lecz na pewien czas w celach nauki gdy tylko w ten sposób może zrozumieć (odrobić lekcję przez własne doświadczenie) dlaczego ma błędne pojmowanie słuszności swojego postępowania ew. dostać energii motorycznej do pracy nad sobą i zmiany przez zwiększone bodźce gdy wpadnie w jakieś paranoje.
Hmm... Wydaje mi się że funkcję tą spełnia poniekąd czyściec, kiedy to człowiek nie odrzucił Boga, poczuł żal za swoje grzechy i wolę odcięcia się od nich by żyć "w Bogu" po śmierci, jednak fakt, iż za życia nie poszło mu super kolorowo sprawia, że jeszcze musi po prostu czas do Sądu Ostatecznego "przeczekać". Jest to jednocześnie coś pozytywnego i smutnego... Wydaje mi się że różnica jest też z tego powodu, że w Chrześcijaństwie praktycznie nie ma reinkarnacji - dlatego nauka i przemyślenia po śmierci nie wydają się być jakby najistotniejszym czynnikiem, chociaż... W zasadzie w czyśćcu tak, kiedy to człowiek ma czas przemyśleć całe swoje życie i jeszcze lepiej przygotować się do raju;).
Nie ma więc w Buddyzmie przykazań - są wskazówki i nauki jak unikać takich przypomnień i jak nie igrać z prawem przyczyny i skutku :)
Hmm... tutaj też przyda się być może jedno sprostowanie, robię to profilaktycznie... Tzn. nie sprostowanie, ale jak to z Chrześcijaństwem jest... Chrześcijaństwo w przeciwieństwie do Buddyzmu jest jakby... nie wiem jak to powiedzieć, ale... no w obrębie Chrześcijaństwa uznaje się, że te zasady, które zostały objawione przez Trójjedynego są wystarczające do życia, oczywiście trzeba je rozszerzać o kolejne aspekty życia, można też czerpać z innych systemów filozoficznych i religijnych, byle nie stały w sprzeczności z tym co - jak wierzymy - objawił Bóg w ST, w NT jako Jezus lub za pośrednictwem ludzi przepełnionych działaniem Ducha Świętego. I generalnie... Przykazania w zasadzie też są swojego rodzaju wskazówkami. Możesz robić tak lub tak, ale lepiej, byś robił tak. Wizja sfery sacrum w Chrześcijaństwie jest tak zbudowana, że po śmierci są dwie główne opcje - zbawienie i potępienie. Przykazania i inne elementy etosu chrześcijańskiego starają się po prostu wytyczyć - niekoniecznie prostą - drogę do zbawienia...
Z piekłem natomiast jest o tyle ciężko... Wiele opiera się na objawieniach i domysłach, nie wszystko wiemy, jednak główie chyba panuje taki pogląd, że nie można nigdy stwierdzić, czy ktoś jest potępiony, a to z dwóch powodów - nieskończone miłosierdzie Boga i hipotetyczna możliwość, że tuż przed śmiercią lub po niej, gdy człowiek "zobaczy" ogrom Boga, przełamie się i jego serce zostanie tym żalem jakby oczyszczone... Tak "naprawdę" żeby iść do piekła trzeba być niesamowicie twardym człowiekiem i odrzucić Boga w chwili sądu po śmierci. Gdyż i wtedy jest czas na skruchę, a Bóg i wtedy może wybaczyć(jak to z synem marnotrawnym), jednocześnie zostawiając decyzję człowiekowi - czyli nawet jak ten w oczach Boga zasłuży na niebo czy czyściec, może powiedzieć że woli być zdala od Boga(choć to by było dziwne), wtedy Bóg uszanuje ten wybór...
Jednak niechętnie o tym piszę co powyżej, gdyż niektórych może to rozleniwić moralnie. Np. niedawno jeden z odłamów protestanckich stwierdził, że nie ma piekła i Szatana, bo Bóg jest zbyt miłosierny, i wszyscy i tak będą zbawieni. Być może, ale postawienie sprawy w ten sposób jest jeszcze większym wypaczeniem niż stwierdzenie, że do zbawienia wystarczy sama wiara(przy tym warto zaznaczyć że nie zawsze, gdyż niektórzy nie znają Chrystusa - http://online.biblia.pl/rozdzial.php?id=271 ).
Następna kwestia - Buddyzm wyznaje zasadę iż tylko rozumiejąc można pomagać, uczyć itd. nie zaś przez samą czynność - by to zrozumieć można przeanalizować pomoc Afrykańczykom którzy dostając dary żywności i różnych artykułów zrzucane z samolotów, przestali rozwijać własny przemysł i rolnictwo. Dlatego w buddyzmie "pomoc" trzeba zrozumieć tak jak każde inne słowo czy zdanie analizując je dogłębnie i studiując przez obserwacje życia i wyciąganie wniosków - bo sam tekst jest tylko mapą zaś kroczyć i sprawdzać czy budynki i drzewa są na swoich miejscach trzeba samemu. Tym bardziej, że nauczyciele buddyjscy (w tym i być może również sam Budda który kazał nie wierzyć w ani jedno jego słowo ;) ) często stosują formę nauki podając błędne informacje, ponieważ można często weryfikując je szybciej i bardziej zrozumiale dojść do prawdy samemu przez weryfikację "z drugiej strony" niż słuchając poprawnych wykładów na ten sam temat i szukać ich potwierdzenia ;)
Tu też się zgadzam, pomoc trzeba udzielać rozsądnie. Z drobnym zastrzeżeniem w tej konkretnej sytuacji - gdy Afrykańczyk poprosi o chleb, gdyż jest głodny, nie odmawiać... A przy tym nie rozleniwiać;). Tia, chyba to się w pełni pokrywa u nas.
W Chrześcijaństwie nie przywiązuje się takiej wagi do analizy i weryfikacji nauk tylko się je po prostu przyjmuje w wersji i interpretacji jaka została na tą chwilę podana
Chyba tak, jest jednak drobne zastrzeżenie, by dalej rozeznawać... Bo na przykład niektórzy(co zdarza się widzieć) zostają na "stopniu wtajemniczenia" z lekcji religii w podstawówce, i myślą że Bóg to dziadek co w chmurach siedzi i wszystko widzi i jest surowy jak tata gdy usłyszy że dostałem jedynkę... Natomiast co do konkretnych nauk moralnych wierzy się, że zostały one dane przez Boga poprzez natchnienie Duchem Świętym(lub bardziej naukowo mówiąc - że ktoś miał skilla) i że są zgodne z tym rdzeniem, którym jest Pismo Święte. Przy tym i tak nad każdą moralną kwestią chyba pracuje jakaś grupa teologów/filozofów, by sprawdzić dokładnie, czy pogląd głoszony przez kogoś jest zgodny z tym, co już jest... Tzn. nie wiem czy do końca tak to wygląda z jakimiś tezami moralnymi, ale np. nad interpretacją Pisma bodajże czuwa jakieś tzw. magisterium które sprawdza, czy np. interpretacja jakiegoś fragmentu została prawidłowo zrobiona pod względem kontekstu fragmentu, kontekstu kulturowo-historycznego, zgodności z resztą Pisma Świętego itp. itd...
w tym samym przykładzie pomocy, są zdania typu "nakarm głodnego, napój spragnionego" przekazywane dosłownie jako pomoc w każdym przypadku a nie szczególnym czy jako symbolika.
Hmm tak, jednak - mając na uwadze to, co napisaliśmy wcześniej - nie wydaje mi się to zły zapis zawarty w Biblii. Pomagać 'należy', i należy to robić rozważnie, jednak trzeba przy tym pamiętać, by nie dojść też do absurdu w drugą stronę, że gdy(prozaicznie mówiąc) zagłodzony Afrykańczyk poprosi o kawałek ryby, my damy mu samą wędkę...;)
Jeżeli chodzi o ten raj na ziemi, to właśnie głównym elementem różnic interpretacyjnych wg mnie jest wizja człowieka. W Buddyzmie, człowiek przedstawiony jest jako istota doskonała w swej naturze połączona wręcz bezpośrednio z "absolutem" więc nim (jako jego integralna część) bezpośrednio będąca (absolut jest swego rodzaju Bogiem-osobowym ale w takim bardzo prostym ujęciu w nieskończonej postaci energetycznej która nie ingeruje w żaden sposób w naukę istot żyjących na ziemi i reszcie świata oprócz tego że stworzyła rzeczywistość tak by sama byłą nauką i sama przez swą konstrukcję weryfikowała proces rozwoju) - Człowiek w tym wszystkim to istota która ucząc się sama, żyje by być dla innych istot swego rodzaju Bogiem-opiekunem (w sensie dobroci, miłości, współczucia, opieki, troski, pomocy, szacunku itd.) zaś natura ta (natura Buddy) jest nieodkrywana po prostu przez wielu ludzi przez ich ignorancję, niewiedzę, do której prowadzi brak rozwoju w ich życiu, bezmyślne przeżywanie życia, nałogi (w Buddyzmie przywiązywanie się do jakiejś myśli jest nałogiem przykładowo ;] np. do jakiś przykazań lub nauk uznając je za
Tu Ci ucięło komentarz:(...
Generalnie chyba właśnie różne wizje o tym decydują. Ludzie wg filozofii chrześcijańskiej są skażeni grzeszną naturą, żądzami, i od nich i ich ciężkiej pracy nad sobą zależy, czy dzięki nim świat stanie się lepszym miejscem. Jednakże ludzie sami nie są w stanie wprowadzić na Ziemi stricte raju, gdyż... nie wiem, patrząc realistycznie - trzebaby gruntownie przebudować gospodarkę, sposób myślenia wszystkich ludzi, kwestie dbania o środowisko, zwierzęta i innych ludzi, by nikomu nic nie brakowało, każdy był zdrowy(w raju dodatkowo ma panować nieśmiertelność) itp. itd... W obliczu tego, jacy są póki co ludzie, raj na Ziemi - jeszcze zanurzony w Bogu - jest natenczas jedynie utopijnym obrazem, tak trudnym do urzeczywistnienia, że raczej niemożliwym. Choć warto, by każdy się starał na miarę swoich możliwości...
Przy tym wydaje mi się faktycznie istotnym jeden z problemów, który zawarłeś w komentarzu, mianowicie ignorancja, stagnacja, bezmyślne przeżywanie życia... To sprawia że człowiek jakby wyjaławia się duchowo:/.
Jeśli zaś chodzi o Boga - też raczej dziś wydaje się nie ingerować w konkretny sposób w losy świata, ale przy tym służy ludziom pomocą;). Jako natchnienie, łaska wiary, przezwyciężania trudności, optymizmu... Nie wiem jak to sprecyzować, ale naprawdę chcąc i prosząc o to Bóg może ujawnić swoją obecność w życiu człowieka, parę razy też doświadczyłem samemu tak sugestywnych splotów zdarzeń, że ciężko mi powiedzieć o tym jak o prostym zbiegu okoliczności... A przy tym przecież Bóg jest tak nieznany, że możliwe, że właśnie zbiegi okoliczności są 'pisane' Jego ręką;).
W Chrześcijaństwie człowiek rodzi się z grzechem pierworodnym i żyje tylko dlatego by przez cierpienie odkupić swoje grzechy
Jeno przyjmując Chrzest zostaje obmyty z tego grzechu, co pozwala mu z Bożą pomocą lepiej pracować nad sobą. Od momentu Chrztu jest w stanie łaski uświęcającej, nie posiada grzechów, i gdyby nie wiele czynników, byłby w stanie utrzymać tę łaskę nieskalaną aż do śmierci, wtedy nie byłoby mowy o odkupianiu swoich grzechów;)... Wydaje mi się że głównym celem życia człowieka wg Chrześcijaństwa(nie jestem pewien czy to w pełni zgodne) jest powołanie do świętości(do bycia świętym), do nieustannej pracy nad swoim duchem(ew. i ciałem), do oddania się swojemu powołaniu(poza tym do świętości), do pomagania innym i sprawiania, by ten świat doczesny stawał się coraz lepszym miejscem, by dawać innym ludziom nadzieję...
i przede wszystkim ma przeżyć życie w posłuszeństwie spełniając wolę Boga jako Pana a tylko wtedy da mu on raj po osądzeniu czy je odkupił.
Wydaje mi się że najlepszym - nawet już dość utartym - porównaniem byłoby porównanie Boga do Ojca. Jest Panem, a jednocześnie jest Ojcem, a jednocześnie(w osobie Chrystusa) jest Przyjacielem... Te wszystkie "formy" się nawzajem wypełniają i równoważą. Człowiek winien być posłuszny, ale... no, tu jest właśnie istotny topos miłości i miłosierdzia... Wydaje mi się że nie jest to aż tak "surowe", jak piszesz;).
Dlatego ta wizja roli człowieka - boska istota która ma żyć by wspólnie tworzyć raj i grzeszna która może dostać raj jest wg mnie głównym powodem tych różnic.
Ano, możliwe, właśnie różne są w Buddyzmie i Chrześcijaństwie właśnie wizje świata, człowieka i sfery sacrum...
A tak btw... Kojarzysz przypowieść o słoniu? Ponoć buddyjska:)... Że tam kilkoro ludzi poszło z zamkniętymi oczami dotknąć słonia, każdy dotknął co innego i co innego pomyślał, że ten słoń jest... To może moim zdaniem w najprostszy sposób ukazać różnice w postrzeganiu tego wszystkiego, istnienie różnych religii... Ludzie - kultury, elementy słonia - wizje sfery sacrum, Stwórcy i funkcji tego świata nadmaterialnego... A przy tym np. podobna w dotyku skóra, stąd ewentualne zbieżności... Tak mi się wydaje:).
Najciekawsze jest to, że osobiście w Nowym Testamencie nie znalazłem ani jednej rzeczy sprzecznej z naukami buddyjskimi - co innego w Starym Testamencie który niewiele z Buddyzmem ma wspólnego - doszedłem też do wniosku, że Jezus był w opozycji do tych nauk ze Starego Testamentu oraz w opozycji do przeświadczenia o ich trafności jaką mieli ówcześni mu kapłani (faryzeusze - uczeni w piśmie) (chociaż podejrzewam że jednocześnie odczuwał szeroko pojętą kulturową presję, którą musiał uwzględnić by być zrozumianym)
Pogląd na to jest taki, że Prawo mojżeszowe i w ogóle cała ta surowość miała przygotować - było nie było - dość prymitywne jeszcze moralnie ludy(na co dowodów nie brak w ST) na przyjście Chrystusa.. Gdzieś to jest napisane, że "Prawo było wychowawcą".
stąd może tyle sprzeczności "oko za oko ząb za ząb" - "nadstaw drugi policzek", "Bóg surowy karzący za grzechy" - "Bóg miłosierny"
Tak, to wygląda zupełnie różnie, ale to właśnie Chrystus miał napełnić ludzi prawdziwym "tchnieniem" Boga, już wolnym od nakazów i zakazów, surowo pilnowanych...
Co do samego "nadstaw drugi policzek" - niekoniecznie ma to podłoże dotyczące np. fizycznej lub materialnej napaści, że ktoś Ci coś zabierze, to daj mu jeszcze... Jest uprawnione i zalecane bronienie się przed napaścią i tak dalej, nadstawianie policzka ma bardziej sens duchowy, kiedy np.... No, odnosząc się choćby do chrześcijan w pierwszych wiekach po Chrystusie... Obrażani, dyskryminowani, kiedy ktoś ich napadł oczywiście bronili się, ale kiedy ktoś ich znieważał z racji ich wiary - "nadstawiali drugi policzek", wybaczali i w imię swojego Boga byli gotowi przyjąć kolejne zniewagi lub zginąć na arenie z lwami... Nie do końca teraz mi wyszło chyba wyjaśnienie tego, ale mam nadzieję że rozumiesz;). Pewnego rodzaju postawa miłości przejawiona w wybaczeniu i cierpliwości wobec cierpień zadawanych z racji ich wiary. Nie patrząc zaś na kwestie wiary to chyba głównie chodzi o wybaczanie.
"Będziesz miłował Boga swego całym sercem itd." - "Miłuj bliźniego swego"
To są oba wymienione przez Chrystusa;). Streścił niejako cały Dekalog - pierwsze trzy(czy tam cztery zależnie od wersji Dekalogu) w relacjach do Boga, i kolejne w relacjach do bliźnich. Przy tym widać to, co powiedziałeś wcześniej - trzeba analizować, rozmyślać, gdyż wzięcie tego na dosłownie niewiele ze sobą niesie;).
itd. a same nauki Chrystusa z wizją Buddystów tylko różnią się interpretacją przez ludzi i sposobem wyciągania z nich wniosków zaś nie aż tak treścią i przesłaniem - jest też taka nauka Buddyjska która głosi, że jakikolwiek tekst, słowa czy przekaz są bezwartościowe jeżeli równolegle nie jest rozwijana świadomość dzięki której można go zrozumieć :] dlatego też tylu ludzi pewnie nie wprowadza przesłania miłości(Główne przykazanie), wybaczania(m.in. Ukrzyżowanie/Powrót syna marnotrawnego), współczucia (m.in. Przypowieść o Samarytaninie) i skupiania się na tym co w życiu ważne by żyć mądrze (m.in. Panny roztropne i nieroztropne) tylko zajmuje się dogmatami, kultem kaznodziei, klątwami, bezmyślnie powtarzanymi cytatami, nienawiścią i nietolerancją i kompletnym niezrozumieniem tego w co ślepo bez żadnego zrozumienia "nałogowo" wierzą... ;) A takie fajne nauki tam mają napisane :)
Hehe dokładnie, niestety wielu ludzi - było nie było z boskiego punktu widzenia najistotniejszą sferę życia - spycha na dalszy plan, czasem zupełnie o niej zapominając...
Osobiście zbyt wielu nauk buddyjskich nie znam, jednak swego czasu rajcował mnie buddyzm i konfucjanizm jako filozofie. Przy tym nadal czuję do nich głęboki respekt... Przykładowo urzeka mnie też prezentowana - choćby przez Dalajlamę XIV - niesamowita pokora i życzliwość nawet wobec wrogów... No i poza tym chyba bezwarunkowy szacunek do każdej formy życia...
P.S. Przepraszam że tak pocięte ale faktycznie chyba jakiś limit jest, może wkurzyli się na flame'y:D... No a rozpisałem się nieco x]...
Nie obraź się , lecz żeby już tyle nie pisać nie odniosę się do całego tekstu, ale jeden fragment Twojej wypowiedzi szczególnie oddaje główne znaczenie tego mojego całego wywodu:
Co do samego "nadstaw drugi policzek" - niekoniecznie ma to podłoże dotyczące np. fizycznej lub materialnej napaści, że ktoś Ci coś zabierze, to daj mu jeszcze Jest uprawnione i zalecane bronienie się przed napaścią i tak dalej, nadstawianie policzka ma bardziej sens duchowy, kiedy np.... No, odnosząc się choćby do chrześcijan w pierwszych wiekach po Chrystusie... Obrażani, dyskryminowani, kiedy ktoś ich napadł oczywiście bronili się, ale kiedy ktoś ich znieważał z racji ich wiary - "nadstawiali drugi policzek", wybaczali i w imię swojego Boga byli gotowi przyjąć kolejne zniewagi lub zginąć na arenie z lwami...
Tak jak napisałem , większość Chrześcijan nie analizuje tekstów i nie weryfikuje ich - bierze po prostu je dosłownie i stąd większość różnic - Prawda i mądrość-jeżeli ma taką być jest zawsze uniwersalna-nie ma że wtedy to nadstaw a wtedy to nie bo nawet nie wynika to z tego zdania ;) dlatego dla mnie "nadstaw drugi policzek" w sensie dosłownym nie ma sensu - nie dlatego że trzeba się bronić czy dać sponiewierać - wg mnie następne nie przynoszące nikomu pożytku zrozumienie i w jednym i drugim przypadku - działając faktycznie mądrze (do czego potrzeba rozwoju znowu) zależy co przyniesie większy pożytek Twojemu oprawcy :) czy jak "poprosi" o portfel a ty mu dasz wszystko oprócz majtek to zmusi go do myślenia czy jak Ty mu portfel zabierzesz :) "nadstaw drugi policzek" natomiast rozumiem w całym kontekście tylko i wyłącznie symbolicznie jako nie czuj nienawiści do tego kto Cię uderzył jako uniwersalną prawdę i mądrość: emocje negatywne powodują nieprzemyślane i nie przynoszące nikomu pożytku działania. I tyle :) żadnych aren tygrysów i analizy pod kątem czy dać się sponiewierać czy nie a jak tak to czy nożem czy torpedą :) To wg mnie nie jest żadna uniwersalna prawda - jak zwykle zbyt dosłownie ;) I zaznaczam że nie chodzi tu o wybaczanie - po prostu nie kierowanie się emocjami by myśleć racjonalnie w tym momencie jak wykorzystać taką sytuację by przyniosła ogólny pożytek :) (Wiem że to trudne i czasami wydaje się niewykonalne ale to właśnie m.in. mnisi studiują całe życie ;) )
BTW W Buddyzmie nie ma Boga - jest absolut który nie jest kompletnie Bogiem - w praktyce dla nas jest energią trzymającą w kupie materię i niczym więcej :) więc nie warto się na tym poziomie nad tym roztkliwiać ;) a już na pewno gdy nie doświadczamy osobiście jego realnej egzystencji w jakiejś postaci oprócz materii, światła, minerałów i istot żywych ;) gdyby takowa istniała osobno to faktycznie wtedy teologicznie byłoby co analizować i opisywać :) Przypowieść o słoniu zaś to raczej takie obrazowe przedstawienie autosugestii niż "zgaduj zgadula" - ale ogólnie zgadywać nie należy - trzeba się zająć sprawdzaniem tego co można sprawdzić i uczeniem w takiej skali jaka pozwala nam rzeczywistość i nasza świadomość a nie zgadywanie :) Nauka z tego wszystkiego płynie taka: Jak czegoś nie widzisz lub nie doświadczasz po prostu nie jest Ci to potrzebne i zajmij się tym co masz pod nosem :) najbardziej potrzebne nauki są obok nas cały czas a nie gdzieś w chmurach...
Jednym zajmowało to trzy lata, innym nawet osiem. Najpierw się głodzili, a potem systematycznie truli. kolejny przykład na to, że religie są dewiacją umysłową i chorym fanatyzmem. Jeżeli tak naprawdę chcieli zaprzeczyć swojej fizyczności to znam szybsze metody na próbę potwierdzenia tych teorii - mogli od razu rzucić się w przepaść...
Nie no, po prostu polemizowałbym z uproszczeniem głodzenia i trucia do stricte zaprzeczenia fizyczności. Wszak wszyscy wiemy(oni pewnie też) że są inne sposoby(jeden podałeś). No i że niby religie są dewiacją umysłową i chorym fanatyzmem. Jest tak z Twojego punktu widzenia. Jednak dowodem to to nie jest.
Można też spytać ludzi z tamtej lub innej odległej mentalnie kultury jak wiele rzeczy u nas to dewiacje i fanatyzm;).
No w takim ujęciu zaprzeczenia swojej fizyczności to najlepsza by była kremacja :) a tak ponieśli sromotną porażkę jeszcze bardziej swą fizyczność konserwując dzięki czemu przetrwała aż do dziś ;)
A na poważnie wg mnie bardziej im chodziło o to, by pozbyć się w sobie naturalnego przekonania, że "ciało to ja" a nie zaprzeczyć jego istnieniu :). Tak jak wielu ludzi bardziej obchodzi jak wyglądają czy co na siebie ubiorą i zaniedbują przy okazji to kim są w środku, tak oni jak przypuszczam poszli w drugą skrajność by odkryć to kim są w środku przez te swoje techniki dzięki którym uwalniali umysł od przeświadczenia stałego identyfikowania się z ciałem i potem nie obawiali się medytacji na mrozie, głodu czy nawet zakopania żywcem, które pewnie im dodatkowo służyły nie tylko za ćwiczenia w osiągnięciu tego celu ale też za element próby :] Więc wg mnie ci co przeszli tą drogę zaprzeczenie swojej fizyczności osiągnęli wzorowo jeżeli dali się zakopać żywcem bez mrugnięcia okiem natomiast do żadnej mądrości ich to raczej nie doprowadziło :) Tym bardziej że pierwszy Budda sam na początku zanim osiągnął oświecenie próbował się okaleczać i zadawał sobie cierpienie ale szybko stwierdził że nie jest od tego mądrzejszy i porzucił to :) i faktycznie jak uderzać się codziennie przyĸładowo młotkiem w rękę to się nie mądrzeje - analogicznie wysnuwam wniosek że od zakopania się żywcem się też nie mądrzeje i raczej oświeconym się nie staje :) Na pewno tak jak napisane wspierali ludzi swoją postawą podczas głodu czy kataklizmów dając przykład na pojmowanie fizycznych cierpień jako czegoś pobocznego (jak latająca mucha kołu ucha ;) ) i pewnie dlatego a po części z podziwu za wytrwałość do dziś ich mumie mają taki szacunek...
BTW Podobne praktyki się stosowało kiedyś (już nie stosuję się ich również) w paru klasztorach na kontynencie m.in. w Chinach - gdzie mnisi ćwiczyli odcięcie się od bodźców zewnętrznych dzięki maksymalizacji skupienia która była potem rozwojowa do innych technik medytacyjnych i uczyli się kontrolować jakby sygnały w mózgu tak, że przykładowo wbijał im ktoś pod paznokieć szpilkę a oni bez mrugnięcia okiem siedzieli i robili swoje więc nie było to aż tak drastyczne i trochę inny cel - zamiast wmówienia sobie "oświecenia na skróty" i wyzbycia się fizyczności , chcieli osiągnąć pełną kontrole nad ciałem za pomocą umysłu... Inna rzecz o której gdzieś słyszałem (ale ciężko stwierdzić czy prawdziwa) to taka, że po pewnym stopniu zaawansowania w medytacyjnych technikach "paranormalnych" takich jak lewitacja, wychodzenie z ciała, telekineza, telepatia itd. obieg krwionośny nie nadążał już z dostarczaniem tlenu do mózgu przy bardziej zaawansowanym użyciu niektórych technik i jeżeli chcieli dalej się rozwijać to jedynym wyjściem było odkrycie mózgu za pomocą wyrzucenia wszystkiego mniej więcej od czoła wzwyż :) jak się na to zdecydowalł taki delikwent to żył potem max do 2 tygodni ale podczas intensywnej kontynuacji praktyk z "neuronami na świeżym powietrzu" opanowywał rzeczy w stylu fizyczne i świadome bycie w kilku miejscach na raz :) Pewnie to bujda ale kto wie :). W każdym bądź razie należy zauważyć że Buddyzm dawał i daje dużą wolność w odkrywaniu nauk i samym "studiowaniu" życia, zaś klasztory i mnisi byli (a w niektórych miejscach jak Tybet nadal są) jedynym organem "naukowym" oraz dziedzictwem i laboratorium wiedzy i sztuki zarazem studiującym różne rzeczy i techniki - oraz uczącym np dzieci czytać, analizować, uprawiać ziemie itd. a to że nie kroili i nie przeprowadzali doświadczeń na zwierzątkach ani innych ludziach tylko sami na sobie z własnej woli to inna sprawa :) inna też czy do czegoś ważnego i przełomowego w końcu ich to zaprowadziło i czy osiągali cel :) pewnie w większości przypadków nie tak jak inni "wynalazcy" :)
Reklamy Google