Gorące dyskusje ostatnie 12h

  • avatar

    Witajcie, ostatnie 4 lata spędziłem w Oceanii i Azji i mam do opowiedzenia wiele ciekawych historii, a jako że od paru lat przeglądam mikroblog to pomyślałem że założę konto i opiszę wam historię z Wysp Salomona, może komuś się spodoba. Mam tylko 24 lata ale dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności w 2012 roku dostałem propozycję półrocznego wylotu do Oceanii. Zanim przejdę do rzeczy to szybki wstęp - po maturze w 2011 wyjechałem na rok do Londynu popracować, zebrać pieniądze z zamiarem powrotu do Polski za rok-dwa i założeniu biznesu. Pracowałem w różnych miejscach, a że mam smykałkę do technicznych spraw to załapałem się do firmy telekomunikacyjnej gdzie pracowałem jako typowy gość który jeździł naprawiać kabelki od telewizora i internetu.

    Miałem w pracy kolegę z Hiszpanii imieniem Andres, który był bardzo towarzyski i zawsze miał dobre relacje z przełożonymi. Pewnego dnia w pracy Andres podchodzi do mnie i mówi że ma ofertę wylotu na Wyspy Salomona bo nasz szef zdradził mu się w pubie że firma potrzebuje tam dwóch ludzi do pracy, ale nie ma chętnych bo zarobki marne (1300 funtów miesięcznie, a w Londynie dostawaliśmy 2100) a i na miejscu ponoć nieciekawie. Zawsze lubiłem podróżować i próbować nowych rzeczy, ale przecież przyjechałem do UK zarabiać, z zamiarem powrotu do Polski... W sumie do dziś nie wiem co mnie tknęło aby przyjąć tę ofertę, ale po tygodniu rozważań pomyślałem że to przecież tylko pół roku, że tam też coś zarobię, no i będzie ciepło i słonecznie a nie ponuro i deszczowo jak tutaj i może warto zaryzykować. Firma odpowiadała za wszystkie sprawy, przeloty, szczepienia i w czerwcu 2012 ruszyłem w podróż, która całkowicie odmieniła moje życie.

    Wyspy Salomona. Cóż, wiedziałem o nich tylko tyle, że są gdzieś w Oceanii, były brytyjską kolonią (UK dalej utrzymuje tam wpływy), jest tam ciepło, wysp jest sporo, no i są nazwane na cześć Salomona. Oczywiście poczytałem trochę więcej, ale dalej ten kraj był dla mnie zagadką. Po dwóch przesiadkach w końcu wylądowaliśmy na jedynym międzynarodowym lotnisku w stolicy kraju, Honiara, na największej wyspie Guadalcanal (możecie kojarzyć z II WŚ). Wspomnę jeszcze, że państwo dzieli się na 9 regionów, generalnie sytuacja jest napięta, kilkanaście lat temu doszło do wojny między plemionami i szerzyła się malaria. Wyspy Salomona zamieszkują głównie Salomończycy, są też Polinezyjczycy, Mikronezyjczycy, bywają też biali, Chińczycy i Japończycy. Z lotniska odebrał nas niejaki Mark, który był naszym przewodnikiem.

    Zakwaterowano nas w budynku który miał zaskakująco cywilizowane warunki i po krótkim odpoczynku i kąpieli udaliśmy się na rozmowę biznesową. Mieliśmy zajmować się ciągłymi awariami prądu oraz telewizji Solomon Islands Broadcasting Corporation. Po rozmowie przeszliśmy się po stolicy, szału nie robiła, za to bardzo ciekawili mnie tubylcy. Białych ludzi jest tam niewiele, więc wszyscy nam się przyglądali, niektórzy wrogo (kiedyś biali wyłapywali Salomończyków i wywozili z kraju), a inni z zaciekawieniem. Honiara to miasto portowe, było sporo knajp i statków. Po chwili podszedł do nas tubylec i łamaną angielszczyzną pyta po co tu przyjechaliśmy. Zdziwiliśmy się, ale mówimy że pracujemy w firmie itd., ale po paru minutach inny gość też się nas o to spytał. Mark wyjaśnił nam, że Salomończycy wciąż są bardzo podejrzliwi względem białych, ale jak zobaczą, że nie mamy wrogich zamiarów to będą bardzo sympatyczni. Tylko, że nie wiedziałem że aż tak bardzo.

    Początkowo ciężko było zaadaptować się w tym środowisku, ale po tygodniu ogarnąłem już gdzie co jest, co jeść, gdzie co kupić, a tubylcy byli bardzo mili i niektórzy pozdrawiali nas codziennie siedząc w tym samym miejscu nad morzem. Na Wyspach Salomona ogólnie jest bieda, ale ludzie są szczęśliwi - mało pracują, zwłaszcza w miastach, głównie siedząc na molo i się obijając, grając w gry i pijąc alkohol. Mój pierwszy klient był przesympatycznym człowiekiem, zwał się Manass, mieszkał w małym domku z żoną i 9 dziećmi. Jak naprawiłem im telewizor i poprawiłem kilka sprzętów elektrycznych które mieli to zaprosił mnie na obiad i narodowy napój 'kava' i wypytywał o to jak się żyje tam daleko w wielkim świecie. Opowiadałem to i owo, gość był fanem piłki nożnej więc mieliśmy sporo tematów, zachwycał się moim zdjęciem ze stadionu Arsenalu na którym raz byłem po czym zawołał swoją najstarszą córkę i mi ją przedstawił. Dziewczyna była bardzo ładna, miała polinezyjsko-azjatyckie rysy twarzy, 17 lat i od razu zrozumiałem, że Manass chce nas wyswatać.

    Przywitałem się, porozmawialiśmy chwilę ale musiałem spadać, więc podziękowałem za wszystko i wróciłem do domu. Dwa dni później Mark mówi mi że znowu jest zgłoszenie od Manassa. Zdziwiony jadę tam, patrzę a tu przecięty kabel. Awaria wymagała sporo zachodu, pomagał mi nawet Andres, który zauważył, że Manass ewidentnie chce mi wepchnąć swoją córkę. Naprawiałem usterkę dwa dni podczas których byłem karmiony owocami, ryżem a Vaner (imię córki) ciągle przynosiła mi orzechy kokosowe i wypytywała o wszystko. Mark powiedział mi potem, że to normalne i tubylcy zawsze pragną aby ich dzieci miały lepsze życie, więc starają się swatać córki z białymi, Chińczykami i Japończykami. Vaner była bardzo ładna, ale nie miałem zamiaru żenić się jako 20-latek z Salomonką. Z drugiej strony, Manass był przemiły, bardzo go polubiłem, wprowadził mnie i Andresa w życie towarzyskie i poznałem wiele ciekawych osób. Raz zaprosił mnie do pobliskiej szkoły gdzie jego brat był nauczycielem abym przez jedne zajęcia opowiadał dzieciom o życiu w Europie. W klasie było z 25 dzieci w wieku 8-10 lat, słuchały pilnie moich wypocin, a ja opowiadałem jak żyją tam dzieci w ich wieku i że dorośli mają mało dzieci, całe dnie spędzając w pracy poza domem, co bardzo je dziwiło. W sumie spoko dzieciaki, ciekawe świata.

    Manass znał wszystkich. Portem rządził dwumetrowy Polinezyjczyk Patrick, który miał trzy żony i ogromną posiadłość. Najlepszą knajpę miał Chińczyk Xi u którego przesiadywały setki osób, zaś dwóch Australijczyków prowadziło przewóz statkami na pobliskie wyspy. Był też jeden Papuas który żonglował butelkami i zbierał sporo datków. Ja i Andres zaprzyjaźniliśmy się z młodym Japończykiem Masahiko który przybył tutaj z Osaki a kilka lat wcześniej był na 2 miesiące w Londynie. Życie powoli płynęło, zarabiałem 1300 funtów brytyjskich co było fortuną jak na tamte warunki, a typowy dzień wyglądał tak że wstawałem o 7:00, szedłem kilka minut pieszo do biura Marka, który zlecał mi zadanie i zwykle w ciągu dnia miałem jedno-dwa zlecenia u ludzi oraz trochę papierkowej roboty. O 12:00 zawsze stołowałem się u Chińczyka jedząc owoce i popijając piwem (bardzo popularne), o 15:00 kończyłem pracę i spacerowałem sobie po porcie zaczepiany pytaniami przez miejscowych.

    Generalnie tam jest tak, że idziesz sobie i nagle ktoś cię pyta co sądzisz o tym, skąd jesteś, czy napijesz się piwa, czy zagrasz w karty, ludzie ciągle ze sobą rozmawiają, zagadują się na ulicach, fajny klimat. Polubiłem te rozmowy i czułem się jak podróżnik, który odkrył nowy świat, opowiadając o starym. O 18:00 zawsze jadłem obiadokolację z Andresem i Masahiko, potem przesiadywaliśmy w porcie i o 22:00 powrót do domu. Oczywiście było też życie towarzyskie, kilka burdeli z których korzystali Mark i Andres, ale nie chciałem nigdy dmuchać dziwek, preferując normalne relacje. Na wyspie było kilka białych kobiet, ale były tak oblegane, że mogłem o nich zapomnieć. Pozostawały aseksualne Chinki oraz młode tubylcze dziewczyny, jak Vaner. Manass ciągle zapraszał mnie na kava a Vaner oprowadzała mnie po mieście. Co weekend udawaliśmy się na wycieczki w głąb wyspy. Na Wyspach Salomona panuje niezły patriarchat więc za każdym razem musiałem informować Manassa że Vaner będzie u mnie nocowała. Normalnie to nie takie proste, ale Manass bardzo mnie lubił i miał bardziej europejskie myślenie. Życie toczyło się tak przez dwa miesiące aż do pewnego sierpniowego wieczoru gdy Vaner przybiegła do mnie z płaczem krzycząc, że tata nie żyje.

    Pobiegłem szybko wraz z Andresem do domu, a tam okoliczny lekarz (swoją drogą niezły z niego skurwiel) badał ciało Manassa. Okazało się że zmarł na jakąś chorobę serca, zasłabł nagle, serce nie wytrzymało i po chłopie, 38 lat. Strasznie mi go było żal, zwłaszcza że odszedł tak nagle, no ale tym gorsze było to że osierocił tyle dzieci i żonę. Od razu pomyślałem, że są ważniejsze rzeczy niż pieniądze i oddawałem co miesiąc część swojej pensji dla rodziny Manassa, aby mieli za co żyć. Vaner przeniosła się do mojego mieszkania i długo nie mogła podnieść się po stracie ojca. Życie razem z Vaner okazało się bardzo fajne. Kobiety są tam w 100% uległe wobec mężczyzn, zwłaszcza białych (xD) więc usługiwała mi we wszystkim, robiąc prace domowe, będąc świetna w łóżku a jednocześnie będąc ciekawą rozmówczynią (szkolnictwo nie jest obowiązkowe, ale Manass wysyłał dzieci do szkół chcąc by były wykształcone).

    Minął wrzesień, w trakcie którego był mały huragan, pierwszy raz w życiu byłem świadkiem czegoś takiego, mieszkańcy stolicy zostali dobrze poinformowani i radzono nie wychodzić z domu. Przez okno obserwowałem jak wicher roznosi w pył krzesła, stoły i inne rzeczy zgromadzone na podwórzu, a na ulicy zerwało znak drogowy. Po huraganie powietrze jest niezwykłe, wszyscy wychodzą pospacerować i zerknąć na szkody, jednocześnie wdychając świeże powietrze. Przyszedł październik a ja zacząłem się zastanawiać co zrobię w grudniu gdy będę musiał wrócić do Londynu. Nie było się co oszukiwać - wcale nie chciałem tam wracać. W Londynie może i zarabiałem 1800 funtów, ale fatalna pogoda i marazm nie zachęcały do powrotu. Tu miałem wszystko czego chciałem - rajski krajobraz, rajskie życie, spokojną pracę gdzie siła nabywcza wypłaty była wyższa niż w UK, do tego śliczną dziewczynę, znajomych.. Szybko się przyzwyczaiłem. Jednak kontrakt to kontrakt.

    W październikowy weekend udaliśmy się na wyspę Malaita - generalnie już wcześniej podróżowaliśmy na inne wyspy, ale ta jest najciekawsza, bo tam żyją ludzie w dzikim stanie, są przepiękne krajobrazy oraz muszelkowe pieniądze. Między wyspami można się przemieszczać za pomocą stateczków, wynajmowanych przez lokalnych bogaczy, albo samolocikami linii Solomon Airlines. A, mówiąc my mam na myśli naszą ekipę czyli ja, Vaner, Andres, Masahiko i jego dziewczyna Carval. Biedny samotny Andres wolący dmuchać dziwki. Wybraliśmy samolocik, który lądował... w trawie. W stolicy wyspy, Auki, pełno było barów, knajp i innych takich witających ludzi z Honiary. Zagłębiliśmy się w wyspę i oczom ukazały się dzikie wioski, pełne chatek budowanych na palach i nagich dzieci biegających we wszystkie strony.

    Dokonaliśmy kilka transakcji za pomocą muszelek - muszle z morza rozbija się na kawałki, wierci otwory, nawleka na sznurek i paraduje z takim sznurkiem, za pomocą którego kupuje się ziemię, świnie lub nawet kobietę. Kupiec mówił nam, że świnia kosztuje 5 sznurków, kobieta 30 sznurków, a swoją córkę sprzeda nam za 100 sznurków. Chcieliśmy ją wykupić dla Andresa, ale biedak odmówił. Za wyspą roztaczały się niezwykłe krajobrazy, laguny, sztuczne wyspy, te widoki zapierały nam dech w piersiach, ale bardziej interesowali nas dzicy mieszkańcy w sercu wyspy, którzy ponoć ciągle prowadzili ze sobą walki plemienne i do których można było się bezpiecznie wybrać. Na brzegu jeden Chińczyk organizował tam wycieczki i wykupiliśmy jedną wraz z 5 Anglikami.

    Zawieziono nas 2 samochodami terenowymi na skraj dżungli, gdzie krępy melanezyjski przewodnik zaprowadził nas do wioski. Mieszkało tam ze 100 osób, nie wyglądali zbyt przyjaźnie i łypali na nas wrogo, chociaż dzieci podbiegały do nas śmiejąc się i śpiewając. Chińczyk podarował to i owo i szef wioski przyjmując dary odwołał kilku ludzi i pozwolił nam chodzić i badać różne rzeczy. Dziwnie się poczułem, jakbym z butami wchodził komuś do domu. Anglicy robili wszystkim zdjęcia, generalnie w ogóle mi się to nie podobało. Chińczyk opowiadał o tym że ciągle zdarzają się tutaj plemienne walki, wyrzynają się w pień i trzeba być ostrożnym. Po dwóch godzinach w końcu wracamy a tu nagle na skraju lasu prosto pod koła wyszły dwie dzikie dziewczynki. Kierowca nie zdążył wyhamować i akurat nasz samochód jadący na czele wpadł prosto w mniejszą z nich.

    Dziewczynka padła ciężko ranna, ale co gorsza przez gwałtowny skręt w lewo i próbę hamowania, Andres uderzył z impetem o szybę i strasznie się połamał. Jeden z Brytyjczyków znał się coś na pierwszej pomocy i medycynie, szybko opatrzył dziewczynkę, ale przy Andresie jasno powiedział, że natychmiast potrzebny jest szpital. My cali biali, Andres leży nieprzytomny, otoczyła nas gromada tubylców którzy wpatrywali się w tę przykrą scenę, niektórzy z groźnymi minami z powodu poranionej dziewczynki. Unieruchomionego Andresa dowieźliśmy do Auki, a tam miejscowy lekarz opatrzył go i też powiedział, że trzeba do szpitala. Dzięki pomocy Marka udało się załatwić przelot do Honiary, a stamtąd przewieziono go do szpitala w.. Brisbane. My oczywiście zostaliśmy w Honiarze, bo i tak fakt, że firma wykosztowała się na taki szpital budził respekt. Oczekiwaliśmy z niepokojem na wieści, aż w końcu przyszły. Złamany kręg szyjny.

    To był szok. Człowiek z którym wybrałem się w podróż życia, najlepszy przyjaciel, nagle walczy o życie w odległym szpitalu. Wiedziałem, że po czymś takim już tu nie zostanie, i w ogóle jego życie zmieni się o 180 stopni. Po paru tygodniach przetransportowano go do Londynu, ma sparaliżowane nogi i porusza się na wózku. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy, utrzymujemy tylko kontakt internetowy. Zostałem sam na Wyspach Salomona, wiedząc że niebawem i ja powrócę do Europy. Listopad mijał bardzo szybko, a 15 grudnia miałem powrotny lot do Londynu. Nie było mowy o przedłużeniu umowy, Mark nie mógł nic wskórać, mnie i Andresa miało zmienić dwóch nowych ludzi. Zastanawiałem się co zrobić. Oczywiście mogłem zostać w Honiarze, miałem oszczędności na co najmniej rok życia. Jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi to przybyłem na Wyspy Salomona z przyjacielem z Hiszpanii a nagle zostałem tam z miejscową narzeczoną oraz gościem z Japonii. Życie pisze ciekawe scenariusze. Do czego tak naprawdę miałem wracać? Do Londynu? Do Polski? Nie.. W ogóle mnie nie ciągnęło. Podświadomie czułem, że to jest miejsce w którym powinienem teraz zostać. Uznałem, że zostanę jeszcze miesiąc w Honiarze, przemyślę wszystko dokładnie i ewentualnie wówczas powrócę do Europy. Nie chciałem zostawiać Varen. Na święta Bożego Narodzenia Masahiko i Carval zaproponowali dwutygodniowe wakacje na Fidżi, gdzie już kiedyś był i znał właściciela hotelu, przez co wakacje byłyby śmiesznie tanie. Zgodziłem się i w czwórkę z Vaner udaliśmy się na Fidżi. Odlatując z Honiary byłem pewny, że wrócę tam za 2 tygodnie, jednak nigdy więcej nie wróciłem na Wyspy Salomona. No, ale o tym to opowiem może innym razem, o ile ktoś wytrwał aż dotąd.

    #truestory #coolstory #podroze #podrozujzwykopem #oswiadczenie #azja #wygryw #pracbaza #rozowepaski #niebieskiepaski #feels
    pokaż całość

  • avatar

    Oficjalne zdjęcie koronacyjne.
    Memiczność poza skalą.
    Działajcie.
    #cenzoduda #polityka