•  

    pokaż komentarz

    Moja szwagierka miała okazję grać z Nim na kilku koncertach. Żadnej bufonady i gwiazdorzenia. Podobno przemiły człowiek.

  •  

    pokaż komentarz

    Zawsze podobała mi się jego fryzura. Trzymaj się Zbychu!

  •  

    pokaż komentarz

    Prawdziwy artysta z doskonałym warsztatem - bez skandali obyczajowych, durnych wypowiedzi, rynsztokowego języka, pokazywania gołej dupy itp. idiotyzmów tak charakterystycznych dla dzisiejszych debilnych celebrytów. Szanuję bardzo i życzę powrotu do zdrowia.

  •  

    pokaż komentarz

    Te udary to jest jakaś j#@#na plaga. Częściej spotykane, niż rak

  •  

    pokaż komentarz

    To prawda, że na koncertach publika krzyczy: „Graj pszczołę!”?

    Krzyczy. Ale ja ich rozumiem. Najpierw mnie to irytowało. W końcu jednak zmądrzałem. Przecież chodzi o sentyment. Kiedy mi ktoś dziś zaśpiewa: „Tam daleko za mgłą jest rodzinny mój dom…” od razu mam mokre oczy. Bo wracam momentalnie do dzieciństwa. I na tym polega fenomen Pszczółki i w ogóle przebojów jako takich. Kiedyś opalam się na plaży w Australii w Canberze. Słońce praży nie do wytrzymania. Nagle słyszę, ktoś mówi po polsku. Podnoszę głowę i widzę, że idzie w moją stronę mężczyzna i ciągnie chłopca za rękę. Stanął przede mną i mówi: „Popatrz Jasiu, to jest ten pan, co śpiewa Pszczółkę Maję”. I w tym momencie zaczynają mu płynąć łzy jak grochy. Głupio mi się zrobiło. Wtedy uświadomiłem sobie, że Pszczółka to dla niego babcia, która nie żyje; boisko za rogiem; barszcz z uszkami i Bóg wie co jeszcze. Po prostu tęsknota. Od tamtej pory przestałem kląć na Pszczołę. A tak w ogóle to wiecie, że kompozytor tej melodii popełnił niedawno samobójstwo?

    Mieliśmy właśnie pytać o Karela Svobodę.

    Nagrywałem tę piosenkę u niego w domu. O, facet pięknie mieszkał! To był chyba 1979 rok. Pszczoły nie chciałem nagrywać, bo śpiewał ją Karel Gott. On jest tenor, a ja baryton. Nie moja tonacja. Mimo wszystko jednak pojechałem do Pragi. Fiatem 126p, tym od trzynastu warstw lakieru. Wtedy może miał dopiero siedem. Miałem adres, myślę sobie: „co tam, znajdę”. Wjeżdżam do Pragi w nocy, zatankowany do pełna, kanapki mam, wszystko pod kontrolą. Jest w pół do drugiej, pusto, nikogo, nie jedzie ani jeden samochód. Praga jest olbrzymia, kilka razy większa od Krakowa. A ja głupi się tego kompletnie nie spodziewałem. Jadę wielką oświetloną ulicą i myślę sobie: „No to żeś się Zbyszek urządził”. Po jakimś czasie mija mnie samochód. Nagle hamuje i zawraca. Strach. Zatrzymują mnie. Ze środka wysiada dwóch Bułgarów, gimnastyków – kolegów z dawnych lat. Kiedyś razem występowaliśmy. Lecą do mnie i krzyczą, że w błysku latarni zobaczyli moją szopę na głowie. Z nieba mi spadli. Poprowadzili mnie do Svobody. A on od razu whisky na stół. Rano nagranie. Okolica przecudowna. Dom nie-dom, raczej zameczek, pałacyk jak z czołówki Disneya, przed nim staw, na stawie kołysze się jachcik, nad stawem mały domek, a w nim studio. Bajka, mówię wam.