•  

    pokaż komentarz

    Używki były zawsze. Alko nigdy nie piłem. Pojawiło się to znikąd. Nie pamiętam konkretnego dnia bo go nie było. Pojawiła się niechęć do wszystkiego. Kiedyś byłem duszą towarzystwa, teraz unikam ludzi jak tylko mogę. Myśli samobójcze są praktycznie codziennie. Wrażenie że wszyscy patrzą na mnie jak na czuba jest ze mną cały czas. To jest straszne chujstwo. Zabiera nie tylko psychikę ale i zdrowie fizyczne.

    •  

      pokaż komentarz

      @Kafecz: @Bielas: W mocnej depresji nie są najgorsze dni, gdy nic się nie chce i leżysz w łóżku cały dzień, grasz na kompie po 14h czy po prostu pijesz. Najgorsze są te momenty, gdy nagle odzyskujesz siły, próbujesz się ogarnąć i zdaje Ci się, że już będzie lepiej. Wtedy znowu zaczyna się wszystko pieprzyć, ale Ty masz przynajmniej siły by odebrać sobie życie. Gdy masz dni dołka to człowiekowi nawet nie chce się odebrać sobie zycia.

    •  

      pokaż komentarz

      @Sztucznooki: najgorsze jest chyba wrażenie odrealnienia i świadomość braku zrozumienia ze strony bliskich. Każdy wokół puszcza słodkie frazesy "będzie dobrze", "ogarnij się", "myśl pozytywnie". I są dni kiedy człowiek budzi się uśmiechnięty i nagle jebs, uderzenie wszystkiego o czym chcesz zapomnieć. Fizycznie organizm też dostaje swoje. Zaburzenia serotoniny mają wpływ nie tylko na psychikę. Borykam się z bólem wszystkich mięśni, stawów. I w tym wszystkim nigdy bym nie pomyślał że "głowa" może niszczyć wiele innych rzeczy. Większość postrzega to jako hipochondrię. "Bo jak to stary co ty p%?%??!isz że wszystko Cie boli, wkręcasz sobie"

    •  

      pokaż komentarz

      @Bielas: Nie chcą dać się wciągnąć w Twoją sytuację, bo ich własna jest wystarczającą trudna. Lub nie mają empatii. Tak czy siak.
      Co mają powiedzieć? Co np Ty chciałbyś usłyszeć w takiej sytuacji? Rzucają frazesy bo nie wiedza co powiedzieć.

    •  

      pokaż komentarz

      @T4ng10r: oczywiście że każdy próbuje dać oparcie w jakiś sposób ale w tym wszystkim wolałbym chyba nie słyszeć nic. Z drugiej strony jak ktokolwiek może mieć szanse realnej pomocy jeśli człowiek (idąc moim przykładem) nie potrafi się otworzyć i porozmawiać otwarcie. W depresji trwa się samotnie bo na prawdę nie łatwo jest o tym rozmawiać. Na wykopku ma się chociaż jakieś względne poczucie anonimowości.

    •  

      pokaż komentarz

      @Bielas: Znam to uczucie. Podobne zachowanie widziałem na twarzach osób składających kondolencje na pogrzebie.
      Ci ludzie kryli się za tymi frazesami, bo ... co powiedzieć? Jak zareagować? Przytulić bez słowa? Posiedzieć razem?
      Ja nauczyłem się rozdzielać samotność od samodzielność i na tym drugim się skupiłem. Powiązałem to z doświadczeniami buddyjskiego Zen - wszyscy jesteśmy samotni. To jest normalne. A teraz szukaj celu i zdążaj do niego. Samodzielnie.
      PS. Nauczyć się siedzieć obok drugiego człowieka i milczeć - to jest sztuka którą wciąż doskonale.

    •  

      pokaż komentarz

      @Bielas:

      najgorsze jest chyba wrażenie odrealnienia i świadomość braku zrozumienia ze strony bliskich. Każdy wokół puszcza słodkie frazesy "będzie dobrze", "ogarnij się", "myśl pozytywnie".

      Te słodkie frazesy mogą wynikać z tego, że:
      1. nie każdy wie jak się zachować w takiej sytuacji.
      2. ludzie mają swoje problemy i nie chcą brać na swoje barki jeszcze Twoich problemów.
      3. ludzie mają Cię w dupie, ale nie powiedzą tego wprost.

      Dlatego ja się już dla 95% osób zamknąłem w sobie. Wiem, że wszyscy odetchną w końcu z ulgą po mojej śmierci bo są po prostu zmęczeni moją osobą. Ewentualne łzy będą wynikały z szoku, że mi się w końcu udało i moje słowa zostały zamienione w czyny.

    •  

      pokaż komentarz

      @funthomas: I takie też wrażenie odnoszę. Że im wszystkim było by lżej gdyby zniknął problem. problem który dla wielu jest wyimaginowany i naciągnięty do granic możliwości. Chciałbym mieć choć jedną osobę, szczerą, oddaną i wierną. Ale tak jak mówisz funthomas'ie, nie możemy od nikogo niczego oczekiwać. Sam nie wiem czy byłbym zdolny do tego kroku. Były już dwie próby i w obu przypadkach spękałem. Strach wziął górę nad emocjami. Albo na odwrót. Nie potrafię już logicznie myśleć. Widzę też że jestem na etapie pozbywania się dóbr materialnych, bo rozdaję po znajomych wszystko co mam. Pytanie co dalej. To jest błędne j%%#ne koło.

    •  

      pokaż komentarz

      @Bielas: Ja byłem już kiedyś na etapie rozdawania rzeczy, miałem przygotowany nawet list pożegnalny żeby się wytłumaczyć, ale popierdzieliłem to w cholerę.
      Nie mam zamiaru niczego się pozbywać. Najwyżej niech sobie rodzina sprzeda żeby mieć jakąś kasę po śmierci.
      Z listu pożegnalnego również zrezygnowałem, bo po co przypominać ludziom o sobie i pisać swoje ostatnie zdanie. W końcu za życia oni wiedzieli lepiej co mi jest, więc niech tak dalej myślą. Mają w końcu odetchnąć z ulgą, a nie rozczulać się.
      Ja aktualnie prowadzę podwójne życie. Jedno z przyklejonym uśmiechem, a drugie to chodzenie po różnych miejscach z liną. Teraz tylko pora w końcu szukać jaj.

    •  

      pokaż komentarz

      @funthomas: doskonale rozumiem Twoje podwójne życie. Chciałbym Ci powiedzieć że lina to żadne rozwiązanie ale oszukał bym i Ciebie i siebie

    •  

      pokaż komentarz

      @Bielas: jak bym czytał swoje wewnętrzne ja :)

    •  

      pokaż komentarz

      @Husey: takich ludzi jak my w tym kraju są tysiące. Na to ma wpływ milion różnych małych rzeczy. Życiowe nie powodzenia, brak perspektyw na przyszłość, wszystko drogie w ch.j, a zarobki każdy wie jakie są(choć pewnie zaraz się dowiem że trzeba było dobry kierunek wybrać). Presja ze strony otoczenia, pęd życia. Ogólnie to chwilowo mam w głowie trociny. 25 lat na karku i żadnego startu w życie. Mieszkając na krzywy ryj u dziadków. Co to dużo mówić. My się zrozumiemy ale każdy kto stoi obok widzi tylko "nieporadnego człowieka który wmawia sobie problemy których nie ma"

    •  

      pokaż komentarz

      Myśli samobójcze są praktycznie codziennie.

      @Bielas: Chyba czas do psychiatry, nie sądzisz? :)

    •  

      pokaż komentarz

      @cooles: jest psychiatra, są psychotropy. Co wizytę zmiana leków bo nie mogą mi żadne przypasować. Albo robią ze mnie radosnego poj@$? albo warzywo że tylko bym spał.

    •  

      pokaż komentarz

      @Bielas: Tak, dobranie leków to czasami czasochłonny proces. Pod uwagę brałbym też zmianę psychiatry po kilku lekach, może nie ma wyczucia. ;) Generalnie "radosny pojeb" nie brzmi tak źle i szedłbym w tym kierunku, po kilku tygodniach powinien nastąpić pstryk i wiele rzeczy wróci do normy.

    •  

      pokaż komentarz

      @cooles: stoję właśnie przed decyzją zmiany lekarza. Drugą sprawą jest to że obecny po prostu wystawiał receptę i o nic nie pytał. Nie było żadnego wywiadu tylko z grubej rury od razu leki. Bez żadnego rozpoznania. A miło by było móc się komuś wygadać, kto chociaż będzie udawał że rozumie.

    •  

      pokaż komentarz

      @Bielas: To jeszcze nie zapisałeś się na psychoterapię? Same leki to mało. Psychiatrzy zazwyczaj robią krótki wywiad ale jednak jakiś powinien być.

    •  

      pokaż komentarz

      @cooles: nie nie zapisałem się na psychoterapię ponieważ lekarz był zdania że najpierw muszę się wyciszyć i dać działać lekom. W sobotę wybieram się właśnie pierwszy raz do psychoterapeutki żeby wiedzieć co robić bo sam już sobie z tym wszystkim nie radzę a i widok bezradnej rodziny w niczym nie pomaga

    •  

      pokaż komentarz

      @Bielas: Dziwny ten twój psychiatra, nie sądzę by psycholog ci zaszkodził. A być może to być jedyna osoba która cię zrozumie. Idź. :)

  •  

    pokaż komentarz

    Ponoć faceci najczęściej kłamią, że wszystko u nich w porządku.

  •  
    s......j

    +84

    pokaż komentarz

    Dlaczego ludzie nie pokazują tego, że walczą? Otóż dlatego, że mają przez to problemy. Jak ja dawałem pewne sygnały, to dzięki osobom z zewnątrz, którym wydawało się, że mi pomagają, zrobiłem pewne rzeczy, których nie zrobiłbym pewnie bez ich tzw. pomocy. Desperat jest jak tykająca bomba, dlatego ja swojego czarnoprochowca nie trzymam nigdy załadowanego, bo wiem, że bym się zastrzelił w byle jakim momencie. Sznur i tabletki mogą sobie być, to nie ma znaczenia. Pamiętam jak pierwszy raz powiedziałem, że palę marihuanę, kochana rodzina pod pretekstem wywiozła mnie do Warszawy i tam zaczęli mi wmawiać, że jestem największym uzależnionym ćpunem i muszę iść do ośrodka, albo mnie wyrzucą z domu, czy inaczej załatwią, dla swojego dobra. Siedziałem tam ileś dni, potem odwieźli mnie do "San Damiano" w Chęcinach, gdzie poznałem faktycznych ćpunów i ogólnie ludzi niechcianych, pozostawionych samym sobie. Poczułem się, jak bym za przejście na czerwonym świetle, poszedł do więzienia dla najgorszych bandytów. Oczywiście na drugi dzień wyszedłem, ale pozwolili mi dopiero wieczorem, jak już nie było autobusów, ani żadnego transportu. Pewnie myśleli, że się rozmyślę i wrócę do nich. Długo szedłem, aż trafiłem stopa. Wysadził mnie w mieście i doszedłem do domu. Oczywiście atmosfera nieprzyjemna. Rano budzę się, robię sobie śniadanie, chcę coś ukroić, szukam noży, ale nigdzie nie ma. Potem pytam się matki, gdzie pochowała, ona na to, że mówiłem przez sen "zajebię Cię stara kurwo" i ze strachu wszystko pochowała. Bodajże jeszcze tego samego dnia przyjechał z ośrodka po mnie jakiś gościu, ale nie chciałem iść, potem policja i wyprosili mnie z domu. Ogólnie sytuacji w moim życiu było sporo. Pogotowie też raz przyjechało i jeden z nich zapytał kim chciałbym być i odpowiedziałem "ratownikiem". W 2015 zdobyłem licencjat z ratownictwa. Moje życie, to koszmar i wydawało mi się, że przechodząc przez pewne rzeczy będę w stanie innym pomóc przetrwać, jednakże sam nie potrafię pomóc sobie. Od tych wszystkich wydarzeń minęło sporo czasu, zmieniłem swoje podejście. Przy ludziach jestem kimś innym, tym kogo oni oczekują, cały czas w masce, odgrywam jakąś rolę, a w samotności jestem sobą. Byli psycholodzy, terapia, psychiatrzy, leki, sugerowanie mi pobytu w szpitalu. Wyobraźcie sobie teraz co by było, gdybym powiedział, że sznur przygotowany mam pod łóżkiem, mleczko ze wszystkich tabletek jakie mi zostały, gotowe do picia i pistolet. Ludzie przeważnie nie pokazują, bo nie wierzą już w nic, mają złe doświadczenia, brak siły i wiary. Jak ja się p@?!##@nę, to pewnie się wszyscy zdziwią, takiego im psikusa zrobię. Cały czas opowiadam o swoich planach, rozwijam się jako tako, zdobywam nowe papiery i ogólnie coś robię. Oszukuję wszystkich tych sk$##ysynów. Tylko nie dostanę za to Oscara. W sumie z całego świata, kilka osób zna moją pełną historię, a to i tak za dużo. Teraz czekam na odpowiedni moment, szkoda mi tylko moich rzeczy, mieszkania które bym odziedziczył i trochę ziemi na wsi. Wszystkim się pewnie wydaje, że ze mną już w porządku, a rany się co najwyżej zabliźniły i pozostał ślad. Tak to wygląda. Desperaci w pewnym stadium mogą szukać pomocy na swój sposób, ale nie tak, że oni do kogoś wychodzą, tylko czekają, aż ktoś do nich przyjdzie, a potem już im wszystko jedno.

    •  

      pokaż komentarz

      wnie się wszyscy zdziwią, takiego im psikusa zrobię. Cały czas opowiadam o swoich planach, rozwijam się jako tako, zdobywam nowe papiery i ogólnie coś robię. Oszukuję wszystkich tych sk%$!ysynów. Tylko nie dostanę za to Oscara. W sumie z całego świata, kilka osób zna moją pełną historię, a to i tak za dużo. Teraz czekam na odpowiedni moment, szkoda mi tylko moich rzeczy, mieszkania które bym odziedziczył i trochę ziemi na wsi.

      @samozboj:
      mieszkanie możesz mi zapisać w spadku

    •  

      pokaż komentarz

      @samozboj: Od siebie dodam jeszcze: zazwyczaj ludzie z depresją nie chcą pomocy innych. Dlaczego? Bo zazwyczaj to jest pomoc na WARUNKACH innych osób - koleżaneczek, koleżków pożal się Boże. Zazwyczaj znajomi nie zdają sobie sprawy, jak poważny jest stan chorego. Uśmiechnij się, jutro będzie lepiej, znajdź nową pracę i zajmij czymś umysł - standardowe teksty, które w głębokiej depresji można sobie wsadzić w tyłek. Po takich próbach ci niezawodni przyjaciele częstują chorego stwierdzeniami "kiedyś byłaś/eś inny, lubiłeś wychodzić do ludzi"; "znajdź sobie hobby, depresja przejdzie" - w moim przypadku wmawianie mi standardowego tekstu "to nie depresja, jesteś leniwa" nie miało racji bytu, bo określenie "leniwa" to chyba ostatnia rzecz, jaką można o mnie powiedzieć. A jeśli już się przed kimś otworzysz, to najpierw pseudoprzyjaciel będzie zafascynowany słuchaniem o tej chorobie. Przesiedzi z tobą cały wieczór, potakując głową, zadając pytania, udając, że rozumie. A potem usłyszysz, że to niemożliwe, by "chorować na smutek" - bo przecież prawilne choroby to rak, białaczka, złamania, wirusy... I tak przestajesz spełniać oczekiwania swoich przyjaciół, którzy nie mają czasu na wymyślone choroby swoich znajomych. I w większości przypadków okazuje się, że osoby, które nazywałeś przyjaciółmi nigdy nimi nie były. Co więcej, często jest tak, że ta przyjaźń działała tylko z jednej strony - to Ty byłeś przyjacielem dla nich. Nie mówię, że tak się dzieje we wszystkich przypadkach - może ja nie miałam szczęścia; ale przynajmniej w moim przypadku, większość osób zniknęła z mojego życia, skasowałam numery telefonów. Liczyć mogłam na osoby, o których nigdy nie pomyślałabym w ten sposób - w sensie, że będą dla mnie i będą chciały mi pomóc. Ale nie uszczęśliwiając mnie na siłę, tylko słuchając, czego ja akurat potrzebuję. I jeszcze jedno - nawet najbardziej oddane osoby i bliskie, które zostaną przy chorym - mogą mu pomagać, próbować ułatwiać egzystencję i wyciągać chorego z tego bagna. Jednak nigdy, ale to nigdy, go nie zrozumieją. Człowiek, który nigdy nie chorował na depresję nigdy nie zrozumie drugiego chorego. I ja przed tym wszystkim też niezbyt rozumiałam, choć nigdy nie zostawiłam nikogo, komu później przepisywano furgony dopaminy. Udawanie, że wszystko gra? Cumplu, jak ja dobrze Cię rozumiem. Chociaż mam wrażenie, że po dwóch latach wychodzę na prostą, to jednak muszę stwierdzić, że chyba do końca życia będziemy zmuszeni grać w tę grę pod tytułem "i'm ok".

    •  

      pokaż komentarz

      @the_hanged_man: z tego wszystkiego najbardziej nie rozumiem "znajdź sobie hobby".
      Jak niby można znaleźć sobie hobby?
      To tak samo jak "zakochaj się".
      Na rozkaz.

    •  

      pokaż komentarz

      @the_hanged_man: Masz rację, ale stale wciskając sobie do głowy takie twierdzenia, up#@#$!!asz sam siebie. To mówię ja, który po zdobyciu tego co mało komu udało się osiągnąć, stracił wszystko w jednej chwili i przez 2 lata żył jakby w letargu, walcząc z samym sobą. I poradził sobie sam, bo wierzy w to, że choćby szedł ciemną doliną, niczego się nie ulęknie, bo jest największym sk!$@ielem w tej dolinie.

    •  

      pokaż komentarz

      @the_hanged_man: ooooo jak ja Cię rozumiem. Kiedyś nie było dnia bym nie był pośród ludzi. Imprezy, wspólne wypady na wakacje, wyjścia na miasto. Przez rok byłem w związku z kobietą o której myślałem że to ta jedyna. I co? i nie minął w sumie cały rok. Odeszła. Nie potrafiła postawić się w mojej sytuacji bo jak. Nie mogłem tego od niej oczekiwać. Jedyne czego potrzebowałem to oparcia i jej bliskości. Odeszła bo jak to mówi co to za życie ze mną. Nigdzie nie chce wyjść, tylko bym siedział w domu i patrzył się w sufit. I wiem że mam to puste spojrzenie, że czasem złapię klina i patrzę się w jeden punkt masę czasu, że ciężko do mnie dotrzeć, że się nie odzywam albo jak już zacznę to nie da się mnie słuchać bo tyle gadam. I znowu coś co budowałem i wierzyłem że się uda legło w gruzach. To był kolejny cios. Stan apatii wzrósł do granic możliwości. Uciekam od wszelkiego kontaktu z ludźmi. Najchętniej uciekłbym gdzieś daleko ale tak bardzo jak chciałbym to zrobić tak bardzo boję się samotności i tego że już nigdy w życiu nie spotka mnie nic dobrego.

    •  

      pokaż komentarz

      @sambadi87: Źle mnie zrozumiałeś. No to jest nas dwoje, chociaż boję się powiedzieć, że już sobie z tym poradziłam bo z tym to chyba gorzej niż bycie trzeźwym alkoholikiem. To nie twierdzenia, typu: jestem sam ze sobą, nikt mi nie pomógł, na nikogo nie mogłem liczyć i już zawsze tak będzie. To mój wniosek, że tak było. I przychylam się do Twojego zdania, że inni ludzie są lub ich nie ma w twojej walce z chorobą - ale przede wszystkim, jest to walka 1:1, ty i mrok. Ja na nikogo nigdy nie liczyłam, nigdy nikogo nie prosiłam o pomoc ani nie umywałam rączek mówiąc bliskim, że mają chorobę pokonać za mnie. Ale w zamian za to dostałam dużo gorzkich słów i gestów, których, moim zdaniem drugi człowiek nigdy nie powinien dostać nawet od obcych (a mi sprezentowali tak zwani bliscy). Nie masz pojęcia, jak miło było słyszeć gdy po raz pierwszy od dwóch miesięcy wyszło się z domu (zakupy przez internet itd.) i spotkało z przyjaciółką, że jestem żałosna, bo nie spytałam danego dnia, jakiego koloru był jej czwarty z rzędu próbny makijaż weselny. Zamiast tego powiedziałam = pierwszy raz od rozpoczęcia choroby, że sobie nie radzę i nie mam siły żyć (to był pierwszy raz, kiedy przestałam udawać przed kimkolwiek). I pierwszy raz to ja chciałam porozmawiać o moim życiu. Temat nie pasował, najwidoczniej ludzie z depresją są mało atrakcyjni. Takich akcji było multum. Przewartościowałam swoje życie, dotarło do mnie, jak wyglądały moje relacje. I wierz mi, też miałam spadek z samego szczytu i bolało bardzo. Ale ten upadek był dla mnie największą lekcją dotychczas. Trzymam za Ciebie i za każdego, kto zmaga się z tym świństwem, kciuki. I oby coraz więcej nas przechodziło na tą jaśniejszą stronę mocy :)

      @aardwolf: Ha, dobre pytanie. Wujkowie "mam dla ciebie dobrą radę", to jeden z najgorszych elementów walki z depresją.

    •  

      pokaż komentarz

      @the_hanged_man: Ja z własnego wygodnego mieszkania wróciłem po wegetacji i narobieniu ogromnych długów do domu do ojca, tego samego który od dziecka mi wpierał że nic ze mnie nie będzie i generalnie na tym opierała się jakakolwiek komunikacja z nim przez większość mojego życia. Na dzień dobry zostałem wyszydzony i potraktowany jak intruz z ultimatum, że mam natychmiast znaleźć sobie pracę albo wyp%?@?!!ać, bo darmozjada nie będzie trzymać w domu. Dziś on pożycza ode mnie pieniądze bo mu rzadko kiedy starczy z miesiąca na miesiąc :v
      Przyjaciele?
      Miałem tylko jednego, który zainteresował się sytuacją, tego samego z którym spędziłem całe dzieciństwo, ktory w czasie moich sukcesów często wpadał, żarł i spał u mnie. Na początku jak zaczęło się sypać, stary damy radę, jak co to dzwoń wal jak w dym, stary ja Ci się nie pozwolę stoczyć, jesteś dla mnie jak brat. Tak mi bratował że potem zabrał się za moją niedoszłą żonę i od 2 lat z nią jest i ze sobą nie rozmawiamy :v
      Nigdy nie licz na innych. Jedyne na co możesz liczyć to Ty sama. Nigdy nie wierz w to że na coś Cię nie stać, stać Cię na wszystko a jedyne co może Cię ograniczać, to zwątpienie. Mi nie pomogło p?%@?!$enie w stylu "będzie dobrze, uśmiechnij się" i łagodne traktowanie. Wręcz przeciwnie. Trzeba sobie uświadomić, że świat to miejsce w którym żyje się dobrze tylko wtedy, kiedy dupsko masz twarde i nie dasz się uj%@#ć niczemu i nikomu. Spoglądasz w lustro i jeśli samemu widzisz tam przegrywa, to przegrywasz ze samym sobą, a to jest koniec. Albo się poddajesz temu wszystkiemu i czekasz na ch%$ wie co w sumie, masz jaja powiedzieć samemu sobie w wewnętrznym dialogu "co k$!$a lamusie, poddajesz się?" i nie walczyć, bo świadomość tego że musisz walczyć kosztuje siły których wtedy nie masz, to raczej zmiana postrzegania celów. Tu nie chodzi o szarpanie się ze sobą Nie musisz walczyć kiedy wiesz że dasz radę i wszystko jest w Twoim zasięgu, a jak ktoś w Ciebie nie wierzy, to raczej kwestia tego że sam jest j%@#nym przegrywem i w życiu stawia sobie głupie cele, przejmuje się opinią na swój temat, pragnie być lubiany za wszelką cenę etc. Ja mam wyj%@#ne w to czy ktoś mnie lubi czy nie, mam to naprawdę bardzo głęboko gdzieś, o nikogo nigdy nie zabiegałem i nie mam zamiaru.
      Miałem w życiu dużo, na tyle żeby ci którzy mówili mi że będę nikim samemu niczym szczególnym się nie wyróżniając patrzeli z zazdrością i niedowierzaniem jak zmieniam sobie samochody jak skarpetki i śliniąc się na moją dziewczynę mogli wyczytać z mojego spojrzenia GO FUCK YOURSELF. I kiedyś faktycznie myślałem że to jest wygryw życia, że spełniłem swój cel. Ch%$ tam. Największą radość sprawiło mi to, że właśnie dałem radę się podnieść. To że potrafię już jak dziecko, cieszyć się z małych rzeczy, na powrót. Że wierzę w siebie i nie potrzebne mi słuchać pochwał, bo właśnie to że nadal żyję i dałem radę się ogarnąć jest osiągnięciem samym w sobie i właśnie ludzie z depresją są w stanie to zrozumieć. Myślę że każdemu z ludzi których to dotknęło nic nie sprawi większej radości, niż pozbycie się tego stanu.

      źródło: youtube.com

    •  

      pokaż komentarz

      @sambadi87: Ciekawy wpis. Ja uważam że życie, to jak głosi tytuł pewnego polskiego filmu, to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową.
      Nie wiem czy mam depresję... Ale zwyczajnie wolałbym się nie urodzić. Skoro jednak już tu jestem, to obejrzę ten "film" do końca.
      Rozpatrując obiektywnie, jako już prawie zbliżający się do 40-tki człowiek co jest cenniejsze: Urodzić się i doświadczyć tego wszystkiego a potem umrzeć, czy zwyczajnie nigdy się nie urodzić, nigdy nie istnieć, wolałbym tę drugą opcję.
      Życie jest przereklamowane a przede wszystkim, akt rozmnażania się człowieka wynika w większości wypadków z czystego egoizmu a nie jakiś wzniosłych, prawdziwie transcendentalnych i pozytywnych przeżyć.
      Fakt że kobieta i mężczyzna chcą (lub nawet nie chcą ale tak wyszło) się rozmnożyć, to tylko efekt naturalnych błędów poznawczych, nazwanych "zdrowiem".
      Problem w tym, że nadal ciężko zdefiniować co jest zdrowe. Można jedynie podać ogólną definicję, że zdrowie, zwłaszcza psychiczne funkcjonuje nie w dziedzinie jednostki ale w dziedzinie społecznej. Inaczej; zdrowie w sensie fizjologicznym jest powiązane ściśle z układem autonomicznym, jakim jest ciało człowieka, wraz zachodzącymi w nim procesami fizyko-chemio-biologicznymi, ale już zdrowie psychiczne jednostki jest pojęciem ściśle relatywnym, wyznaczającym środek ciężkości i istotności nie po stronie jednostki, ale kolektywu, społeczeństwa, niezależnie od tego, jak bardzo przekonania tego kolektywu są zdrowe.

      Możemy wymyślić dowolnie absurdalne prawa i obyczaje, system wartości itp. Np: Im większą facet ma stulejkę w sensie fizjologicznym, tym bardziej oznacza to, że jest wybrańcem bogów, najczystszym z mężczyzn. W efekcie wszyscy w plemieniu zaczną się okaleczać, by udowodnić męstwo. A Ty, jeśli nie chcesz się dostosować, zostaniesz wygnany, albo nigdy nie "zaruchasz", doznasz głębokiego ostracyzmu i popełnisz w końcu samobójstwo.

      Wydaje mi się że podobny mechanizm działa u ludzi z depresją, którzy widzą więcej, mają większe potrzeby emocjonalne, oczekują więcej od życia, szukają tej prawdziwej miłości o której słyszały w dzieciństwie, albo tej miłości, której nigdy nie dostali od swoich rodziców w pełni.
      Wszystkich nas od dziecka uczono, że miłość jest piękna, oglądaliśmy bajki, ale mieliśmy zj##?nych rodziców, którzy ciągle się kłócili, bili, może pili. Zobaczyliśmy że jednak coś w tym wszystkim nie gra. Że życie wcale nie jest takie piękne.

      A potem, spotkaliśmy ludzi którzy również zostali jakoś doświadczeni, chcieliśmy ich pokochać, ale okazało się, że sami zaczęliśmy pakować się w złe związki, że dramat naszych rodziców nie skończył się tam za drzwiami w domu, ale że on dopiero się rozkręca, przejmując nasze życia.

      W końcu np. między 30 a 40 rokiem życia, zaczęliśmy rozumieć już większość zjawisk, reguł jakimi rządzi się świat. Naszą naturalną, choć zwichrowaną przez rodziców emocjonalność, nauczyliśmy się w pełni kontrolować, dawać innym ludziom to, czego od nas oczekują w imię "normalności". Udaje nam się w końcu znaleźć żonę, mieć dzieci...

    •  

      pokaż komentarz

      @sambadi87:

      Zaczynamy funkcjonować tak jak inni, ale jest pewien istotny problem! Czujemy wewnątrz siebie, że to nie jesteśmy już my. Że to jest tylko taka gra, że musimy zakładać maski, że gdybyśmy pokazali siebie tej kobiecie, mężczyźnie, to przegralibyśmy. Nasza prawdziwa emocjonalność nie jest dostępna, zrozumiała dla większości. Okazuje się że nawet wyuczenie się doskonale społecznych oczekiwań, pogłębia jedynie wewnętrzny dysonans, a nie przynosi ulgi.
      Bo nasze prawdziwe ja, ciągle krzyczy, ale jednocześnie przeraźliwie obawia się zdemaskowania.

      To dlatego ludzie z depresją potrafią popełnić samobójstwo, bo mają dość tej walki. I wcale nie trzeba im podawać psychotropów, doradzać bzdur w powierzchownym tonie: "Idź pobiegaj, wyjdź do ludzi". Należy im pomóc znaleźć więź, pomóc odkryć powiązania między ich szczerymi i głębokimi emocjami, a rzeczywistością, która wcale tych emocji nie jest pozbawiona w interpretacji/ujęciu "normalnych" ludzi.

      Ja bym się jednak sprzeczał, czy depresja jest stanem patologicznym, czy raczej "lśnieniem", specyficznym wglądem w rzeczywistość. Według mnie, ludzie z depresją to geniusze myśli ludzkiej, którzy najnormalniej w świecie zostali oszukani, którym nie dostarczono tego, co obiecywano. To są ludzie, którzy uwierzyli w piękny świat, miłość, przyjaźń i chcieli to zawsze realizować. Jednak odkryli że się nie da, że zostali okłamani, że życie jest po prostu chujowe.
      Tacy ludzie widzą bardzo wyraźnie hipokryzję, fałsze, gierki "normalnych" ludzi. Takich ludzi, którzy bez cienia refleksji zakładają rodziny, krzywdzą swoje dzieci itp. Widzą pary w beznadziejnych i fasadowych związkach. I zastanawiają się nieustannie: "k?$$a, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z nimi?" Podczas gdy "normalni" ludzie, nie przejmują się tym, tylko trzepią hajs, zdradzają, bez wyrzutów, bez depresji... Można? Można!

      Musisz być silny, cyniczny, mieć twardą dupę! Ale kiedy zaczniesz w ten sposób myśleć, traktować to jako pewnik, wzór, przepis na rzeczywistość życia człowieka, po prostu ciężko jest popatrzeć w oczy współmałżonkowi, a jeszcze trudniej powiedzieć to swoim dzieciom. Nie wytłumaczysz im tego nigdy!

      Możesz trzymać te dzieci w bańce, pod kloszem iluzji, albo nap#!%%%!ać pasem za każde przewinienie tłumacząc: "Życie jest ciężkie, kiedyś mi podziękujesz za to że cię biłem, dzięki temu będziesz mieć twardą dupę". Ale życie z twardą dupą jest nic nie warte!

      Życie w bańce iluzji też jest nic nie warte, ale przynajmniej przyjemniejsze. Kiedy wierzysz w siebie, wierzysz w miłość, dostałeś miłość od własnych rodziców, wiesz czym się kierować w życiu. Jest łatwiej. Nie musisz ciągle zużywać energii na wskrzeszanie autoafirmacji, bo ją dostałeś jako kochane dziecko.

  •  

    pokaż komentarz

    Gdyby załamani, smutni, czujący się słabo i potrzebujący wsparcia ludzie nie byli odbierani jako antypatyczni, to by nie trzeba było im szkolić umiejętności aktorskich, czyli zakładania masek pogodnych, bezproblemowych, uśmiechniętych ludzi.

    Nawet lekarze potrafią ocenić człowieka który czasem się uśmiecha w rozmowie (czasem śmieje się z "kompetencji" lekarza, ale o tym zaraz, co jest uśmiechem przez łzy) jako takiego, który depresji nie ma BO JEJ NIE WIDZĄ. Oceniają chorobę duszy poprzez pryzmat tego co widzą na zewnątrz. Do tego pamiętajmy, że często są wahania nastrojów, więc różne zachowania można zaprezentować w przeciągu jakiegoś okresu czasu i tak dalej, a lekarz spojrzy tu i teraz, oceni i dla niego problemu nie ma, więc osoba z depresją, czyli jednym z poważniejszych problemów jest potraktowana z lekceważeniem.

    Jeszcze sporo wody upłynie nie tylko zanim społeczeństwo zacznie dostrzegać depresję, zanim umieć się z nią obchodzić, ale nawet lekarze nie są wtajemniczeni tak jak powinni. Dla niektórych jedyny obraz depresji to ten gdzie człowiek płacze i już kompletnie nic nie mówi, tylko leży wbity w łóżko. A to nieprawda, bo są różne stany depresji, różne poziomy, bo nawet bezczynność może powodować frustrację, niepotrzebne dodatkowe napięcie, które wraz z depresją jest wyniszczające.

    A otoczenie swoje, zdrów jak ryba, leń. Czy to dziwne? Nie wiem, ale staram się zrozumieć, że jeśli człowieka widzisz zmiennego, to możesz mu nie ufać i pewnie o to chodzi. Niestety na pewne rzeczy w depresji się wpływu nie ma. Tak jak na przynajmniej męskie ukrywanie słabości, by nie były potępione, by dało się jakoś funkcjonować, bo przecież to niemęskie, a niemęskość nie ma dobrej opinii u obu płci. Do kobiety jeszcze ktoś wyciągnie rękę, chociażby typ empatycznego mężczyzny, ale już do mężczyzny - rzadkość, margines, lub wcale.

    W depresji nie ma motywacji, nie ma wiary, nie ma energii, nie ma sensu. Jest gniew, złość, lęk, smutek, przygnębienie, żałoba, ospałość na zmianę z małymi, dobrymi chwilami w życiu i poczuciem pogodności. Często powodowanymi innymi ludźmi, którzy są pozytywnie nastawieni. Ale czasem i to jest za mało, bo można mieć sławę, pieniądze, rodzinę, nie wiem czy miłość, taką prawdziwą, bo to też pomaga, tam gdzie ludzie się dobrze traktują, szanują, rozumieją i uznają swoje potrzeby.

    Póki schemat życia pewnych ludzi polega i polegać będzie na wzajemnym zwalczaniu się, negatywnej rywalizacji, obgadywaniu, szukaniu w ludziach porażek, to ludzie z depresją tak jak nawet już w wikipedii jest zapisane będą poddawani ostracyzmowi i tymi którzy są najłatwiejszym celem.

    •  

      pokaż komentarz

      @nowywinternetach: "choroba duszy" podoba mi się to okreslenie

    •  

      pokaż komentarz

      "choroba duszy" podoba mi się to okreslenie

      @Gu3scik: @nowywinternetach Ja osobiście nie przepadam za tym określeniem, co więcej - uważam, że jest ono szkodliwe. Mówiąc, że depresja jest chorobą duszy, odbieramy tej chorobie pewnej powagi, dajemy złudne poczucie, że można z nią sobie poradzić bez odpowiedniej pomocy, że wystarczy być blisko człowieka z depresją żeby pomóc mu zmienić nastawienie, wyleczyć go, wyleczyć jego duszę. To bzdura - i to bardzo szkodliwa bzdura.

      W środowisku lekarskim nie ma wątpliwości, że depresja jest chorobą mózgu, a więc jak najbardziej jest to choroba ciała. Zauważ, że gdy chorujesz na serce, nerki, wątrobę - nikt nie próbuje leczyć cię swoją obecnością, nikt nie mówi ci "zmień nastawienie", "wyjdź do ludzi", "zacznij biegać". Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nie da się wyleczyć wady serca, uszkodzonych nerek czy wątroby zmianą nastawienia. Tak samo nie wyleczymy w ten sposób mózgu, jednego z najważniejszych i najbardziej skomplikowanych organów naszego ciała. Osoba z depresją może mieć wokół siebie tłum ludzi, może mieć świetną pracę, wspaniałą rodzinę, ale mózg tej osoby nie potrafi we właściwy sposób odbierać tych bodźców, powodując, że osoba taka czuje się samotna, wyobcowana, cierpi. Dlatego tak ważne jest by uczyć ludzi, że depresja jest normalną chorobą, którą należy leczyć z pomocą lekarzy specjalistów.

      źródło: youtube.com

    •  

      pokaż komentarz

      @a__s: Zgadzam się z Twoim komentarzem, ale nie do końca chodziło mi o to w kontekście duszy. Lekarz nie może ocenić duszy - czyli nawet pracy mózgu, jeśli będziemy techniczni, tylko patrząc na powłokę człowieka. Tego czy się uśmiecha, czy okazuje negatywne emocje. Przecież wielu ludzi w depresji idzie w agresję, gdzie jest to zamaskowany wewnętrzny problem z tak naprawdę nieszczęściem. Są dwa typy reagowania na bodźce negatywne, albo użalaniem się, płaczem, albo agresją. Kiedyś wrzucałem to tutaj https://www.wykop.pl/link/3731507/specyfika-meskiej-emocjonalnosci/

      Chodzi tylko o to, że nie można oceniać choroby tylko po tym co się widzi, a wielu lekarzy to robi.

      Pojadę Paulo Coelho ale najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. I to nie ma być tylko romantyczna wstawka, ale nawet dla lekarzy, bo dany zestaw emocji, czy osobowości to jest nasze przysłowiowe "wnętrze". Upraszczając można nazwać to duszą, bo jednak jesteśmy inni dzięki czemuś. Dzięki hormonom, ilorazie inteligencji emocjonalnej? Może.

      Zobaczmy, że najwięcej problemów z emocjami mają ludzie wrażliwi, melancholicy i neurotycy. Czy to zaburzenie pracy mózgu, kiedy ma się taką osobowość i taki charakter? Inaczej się podchodzi do ludzi, życia i innych rzeczy się oczekuje w życiu. Inne rzeczy cieszą, a inne smucą. Jak masz zbyt dużą dawkę empatii w sobie (czyli masz osobowość współodczuwającą, czy "chorą" na mózg?), to jest to udręka, bo często nawet przejmujesz się problemem całkiem nieznanej Ci osoby, świata, a co dopiero kogoś bliskiego.

  •  

    pokaż komentarz

    Zdjęcia, które dowodzą, że ludzie cierpiący na depresję często nie okazują tego, jak walczą

    No właśnie oni już nie walczą. Już nie...