•  

    pokaż komentarz

    Tekst reportażu:

    Czwarta rano, komisariat policji. Cicho i pusto. Natalia staje przy okienku oficera dyżurnego.
    – Dobry wieczór, chciałam zgłosić gwałt.
    – Jaki gwałt? – policjant odrywa się od telewizora.
    – Na koleżance. Została zgwałcona.
    Funkcjonariusz podpiera się na łokciach, wychyla głowę, a Natalia wskazuje dłonią Agnieszkę. Siedzi na krześle, ubrana w sukienkę na ramiączkach, łzy ciekną jej po policzkach, wzrok wbity w podłogę.
    – Kiedy została zgwałcona?
    – Dziś w nocy.
    – Gdzie?
    – W Sopocie.
    – To dlaczego zgłaszacie to tu? Przecież to Rumia, a nie Sopot.
    Natalia chwilę na niego patrzy. Miasta dzieli 20 kilometrów. – Jakie to ma znaczenie, gdzie zgłaszam przestępstwo? – mówi w końcu, ale dyżurny nie odpowiada. Do Agnieszki podchodzi drugi policjant i pstryka palcami przed jej oczami. Pyta: „Co brałaś? Czego się naćpałaś?”.
    Nic nie brała, niczego się nie naćpała. Agnieszka wybiega, siada na krawężniku, twarz chowa w dłonie. Natalia próbuje jeszcze negocjować: – To co mamy zrobić? Zawieźcie nas chociaż do szpitala.
    – Weźcie taxi i jedźcie – słyszy.
    Natalia wychodzi i tłumaczy koleżance, że pojadą teraz do szpitala. Ale Agnieszka już trzęsie się od płaczu. „Chcę do domu, chcę się umyć” – decyduje.
    Gdy wejdą do mieszkania, pójdzie prosto pod prysznic. Sukienkę i bieliznę wrzuci do pralki. Potem się położy i ani razu nie odezwie. Nie pozwoli się dotknąć. Następnego dnia wsiądzie w samochód i wróci do siebie, na Dolny Śląsk. Przez kolejne trzy tygodnie najpierw nie będzie mogła zmrużyć oka, potem przesypiać będzie całe dnie. A policja straci najważniejsze dowody w sprawie.

    Guma do żucia

    Natalia tę noc zapamiętała tak: – Piątek, 1 lipca 2016. Aga przyjechała do mnie w odwiedziny. O godzinie 17 pojechałyśmy do Sopotu. To był drugi raz, kiedy wyszłam z nią na imprezę. Jest raczej nieśmiała, rzadko mówi o facetach. Wtedy znałyśmy się już ponad rok, razem pracujemy, codziennie rozmawiamy. To było typowe babskie spotkanie, nie szukałyśmy towarzystwa. Najpierw poszłyśmy na sushi, potem odwiedziłyśmy dwa puby. Wypiłyśmy trochę wina i kilka shotów.
    Tuż przed drugą w nocy wyszły na zatłoczony Monciak. Noc była ciepła, siadły na betonowym klombie.
    – Zrobiłam się głodna, odeszłam na bok, żeby kupić zapiekankę. W tym momencie do Agnieszki przysiadł się chłopak w czapce z daszkiem – opowiada Natalia. – Wróciłam po kilku minutach, bo nie mogłam zapłacić kartą. Ten chłopak już Agnieszkę obejmował. Zdenerwowało mnie to, zapytałam, czy wszystko OK. Odpowiedziała, że tak. Sprawiała wrażenie zmęczonej. Była już druga, pomyślałam, że musimy się zbierać. Zaproponowałam, że pójdę po kebab i zaraz wrócę. Zapytałam Agnieszkę, czy na mnie poczeka. Zgodziła się. Wróciłam po ośmiu minutach, bo była za duża kolejka. Jej już nie było. Dzwoniłam 15 razy. Nie odebrała.

    „Liż mi dupę”

    Agnieszka tę noc zapamiętała tak: – Gdy ten chłopak się dosiadł, poczęstował mnie gumą do żucia. Pamiętam, że była w listku i że podał mi ją z dłoni, nie z opakowania. Po tym jak Natalia poszła po kebab, wziął mnie za rękę i zaprowadził do samochodu. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego się zgodziłam. Pamiętam jeszcze, że się chwiałam na nogach. Reszta wspomnień w strzępach, choć do dziś czuję ten szczypiący zapach potu.
    Wie, że było ich trzech, samochód był duży, terenowy, z jasną tapicerką. Jak potem ustali sopocka policja, zaparkowali blisko Monciaka, w miejscu słabo oświetlonym i bez kamer monitoringu. Posadzili ją na tylnej kanapie. Dwóch obok, trzeci usadowił się w fotelu kierowcy. Gdy zdejmowali z niej majtki, nie reagowała.
    – Byłam jak szmaciana lalka – mówi. – Nie mogłam ruszyć ani ręką, ani nogą. Krzyknąć lub odepchnąć. A oni gwałcili mnie na zmianę, zamieniając się miejscami. Robiłam, co chcieli.
    Sam gwałt im jednak nie wystarczał. Gdy któryś uderzył ją w pośladek, to samo robili pozostali. „Ty kurwo”, „ty suko” – powtarzali przy tym. Dostała też z otwartej dłoni w policzek. Na koniec jeden z nich usiadł jej na twarzy i powiedział: „Liż mi dupę”.
    Trwało to mniej więcej pół godziny. Po wszystkim nie zatrzymywali jej. – Jakby to nie był ich pierwszy raz – mówi Agnieszka. Założyła majtki, bez słowa wyszła z samochodu i ruszyła w kierunku Monciaka. Wtedy zobaczyła ją Natalia.
    – Szła płacząc, cała drżała – zrelacjonowała potem w prokuraturze. – Włosy miała rozczochrane, sukienkę wymiętą, twarz czerwoną. Wtuliła się we mnie i szlochała. Pytałam, co się stało, ale ona powtarzała tylko: „Chcę do domu”. Wsiadłyśmy do taksówki. Drążyłam dalej, a ona: „Natalia, chcę się tylko umyć”. Domyśliłam się, że została zgwałcona. Zapytałam wprost. Kiwnęła głową. Wtedy kazałam kierowcy jechać prosto na komisariat.
    Padło na Rumię, bo tam nocowały.

    •  

      pokaż komentarz

      @Takiseprzecietniak:

      Pierwszy ślad: nagrania z kamer

      Agnieszka po powrocie dzwoni do matki: – Cały czas płakała. Wsiadłam w samochód i do niej pojechałam.
      – Przyjechała i przekonała mnie, mówiąc, że jeżeli tego nie zrobię, przecież to samo mogą zrobić komuś z moich bliskich – dodaje Agnieszka.
      Wstaje więc z łóżka i jedzie do Wałbrzycha. Zeznania składa, wciąż się trzęsąc, policja zawozi ją do szpitala. Chodzi o zabezpieczenie śladów DNA i badanie ginekologiczne, czyli to, czego nie zrobili policjanci z Rumi. Ci z Wałbrzycha zabierają też odzież, w której była tej nocy, ale wiedzą już, że na niewiele się to zda: Agnieszka sukienkę i bieliznę wyprała. Gdy je wkładają do foliowego worka, wciąż są mokre. Lekarz odnotowuje siniaka na lewym udzie i pobiera krew.
      Jest 3 lipca. Od gwałtu minęły dwie doby. Sprawa zostaje przekazana policji w Sopocie, która jeszcze tego samego dnia analizuje, co zarejestrowały kamery monitoringu. I okazuje się, że relacja obu kobiet jest spójna: o godzinie 2.07 wychodzą z baru i idą w kierunku popularnego Krzywego Domku. Mijają go i siadają na wielkiej donicy. Po chwili Natalia idzie po kebab.
      Druga kamera rejestruje trzech młodych mężczyzn w krótkich spodenkach. Jeden z nich ma czapkę z daszkiem. Podchodzi do dziewczyn, by po chwili odejść z Agnieszką w kierunku postoju taksówek. Co potem, nie wiemy. Pewne jest, że jej telefon za 20 minut zaloguje się na jednej z bocznych uliczek.
      Śledztwo prowadzi zastępca Prokuratora Rejonowego w Sopocie Anna Piórkowska. 22 lata w zawodzie, zawsze elegancka, włosy upięte, oczy podkreślone czarną kredką.
      – Poleciłam ustalić personalia wszystkich trzech mężczyzn i odnaleźć ten samochód – mówi, gdy przychodzę zapytać o sprawę. – Policjantka, która rozpytywała Agnieszkę w Wałbrzychu, ma doświadczenie w pracy z ofiarami gwałtów. Powiedziała, że sposób, w jaki relacjonowała tę noc, był wiarygodny, a emocje, które jej towarzyszyły, trudno udawać.
      Policjanci namierzają mężczyzn dzięki analizie nagrań z kamer. Wiedzą, które knajpy tej nocy odwiedzili. Na podstawie wideo ze środka ustalają, kiedy używali kart płatniczych. Stąd prosta droga do nazwisk. Jest jeszcze jeden ślad – smartfony 27-letnich Artura, Rafała i Jacka logują się o drugiej w nocy na sopockim Monciaku, dokładnie tam, gdzie spotkali dziewczyny.

      Drugi ślad: wyjaśnienia, samochód

      Oni tę noc zapamiętali tak: Przyjechali do Sopotu, żeby się zabawić. Jacek poznał dziewczynę, chwilę flirtował i zabrał ją do samochodu. On wsiadł, oni zostali na zewnątrz. Jacek mówi, że usiedli na tylnej kanapie. Najpierw zrobiła mu loda, potem był seks. Sama chciała. Nigdy nie widział, żeby kobieta była tak wilgotna. Dlatego trwało to tylko kilka minut. Nie był w stanie dłużej. Guma do żucia? Jaka guma? Żadną gumą nikogo nie częstowaliśmy.
      To, jak zapamiętali tę noc, początkowo będzie się różnić. Na przykład Artur powie policjantom, że Agnieszki nie
      było w samochodzie. Potem zmieni zdanie i już prokuratorce wytłumaczy, że spanikował. A Rafał dopowie, że zaglądali do środka i widzieli, jak Jacek na niej leży. Ich wersje w końcu będą identyczne, opowiadając będą używać tych samych słów, a reprezentować będzie ich ten sam adwokat.
      Operacyjni pół roku po gwałcie dotrą też do auta. Należy do ojca jednego z nich. Jest taki, jak zapamiętała Agnieszka: duży, terenowy, z jasną tapicerką. Oględzin dokona biegły z zakresu badań genetycznych, który pracował przy sprawie Ewy Tylman. I znajdzie blond włos. Ale nie będzie to włos Agnieszki.

    •  

      pokaż komentarz

      @Takiseprzecietniak:

      A krew? Co z badaniem krwi?

      – Nic nie wykazało. Pigułka gwałtu we krwi pozostaje około ośmiu godzin, w moczu 12. Dwie doby to wieczność – mówi mi jeden z sopockich śledczych.
      Chcę wiedzieć, czy mogła zostać podana w gumie do żucia i zacząć działać tak szybko. Dzwonię do dr. Krzysztofa Żuka, biegłego sądowego z zakresu seksuologii i psychiatrii. Ma doświadczenie, wydawał opinie w sprawach o gwałty.
      – GHB, czyli kwas gamma-hydroksybutanowy łatwo rozpuszcza się w płynach, więc mogła zostać nasączona – wyjaśnia. – Działanie jest nasilane przez alkohol, dlatego sprawcy swoich ofiar często szukają w pubach czy dyskotekach, bo tam trudniej upilnować drinka. GHB działa szybko, nawet po dziesięciu minutach. Kobieta po spożyciu nie broni się, robi wszystko, o co się ją poprosi i nie protestuje. A potem niewiele pamięta, bo substancja sprawia, że na około 45 minut traci się pamięć, o czym sprawcy dobrze wiedzą. Przy dużej dawce można nawet stracić przytomność. Gwałty nieczęsto są zgłaszane, a te, do których doszło z użyciem pigułki gwałtu, już wyjątkowo. Jednym z powodów jest to, że ofiara przemocy seksualnej z użyciem pigułki nie pamięta sprawców oraz samego zdarzenia.
      Ustalam, co jeszcze widać na kamerach monitoringu.
      Policjant: – Ci chłopcy całą noc kręcili się po Sopocie. Gdybym miał to ocenić, to zachowywali się tak, jakby
      szukali okazji.

      Okazanie

      Same poszlaki, ale wszystko układa się w całość – prokurator Piórkowska chodzi po pokoju od ściany do ściany i w myślach analizuje dowody. W dodatku biegły psycholog nie ma wątpliwości: Agnieszka nie kłamie. Zostaje tylko jedno do zrobienia, żeby elementy układanki wskoczyły na swoje miejsca.
      Artura, Rafała i Jacka policja wyciąga z ich łóżek o szóstej rano 23 maja 2017 roku. Pakują ich do radiowozów i przewożą do gdańskiej komendy. Tam czeka na nich Agnieszka. 25-latka wchodzi do ciasnego pomieszczenia, a razem z nią biegły psycholog, prokurator i sędzia. Po drugiej stronie czterech mężczyzn stoi z opuszczonymi rękami i wpatruje się w brązową szybę w ścianie. Jednym z nich jest Jacek.
      – To lustro weneckie – tłumaczy jej prokurator Piórkowska. – Oni pani nie widzą.
      Agnieszka siada na krześle i podnosi wzrok. Wskazuje na Jacka i prosi, żeby podszedł bliżej. Oczy jej wilgotnieją, zaciska pięści. Wstaje, mruży oczy.
      – Nie potrafię sobie przypomnieć, było ciemno... – mówi cicho.
      Artura i Rafała też nie rozpozna, ale poprosi ich o wystąpienie z grupy, żeby im się przyjrzeć. Gdy dojdzie do okazania głosów (będą mówić np. „Ty suko”), zacznie dygotać. O powtórzenie wypowiedzi poprosi tylko Artura, Rafała i Jacka. Obecny przy okazaniu biegły psycholog wyjaśni potem, że tak wygląda intuicyjne rozpoznanie. Agnieszka nie wskazała palcem, ale jej mózg odebrał ich jako znajomych.
      Natalia rozpozna Jacka jako tego, który dosiadł się do jej koleżanki.

      Komu wierzy sąd

      Prokurator Piórkowska wszystkim trzem stawia więc zarzut gwałtu zbiorowego i wnioskuje o trzymiesięczny areszt. Grozi im od trzech do dwunastu lat oraz istnieje obawa – podkreśla – że będą mataczyć. Oni nie przyznają się do winy, a sopocki sąd rejonowy, 25 maja 2017, czyli dwa dni po zatrzymaniu, stwierdza, że „materiał dowodowy nie jest wystarczający”.
      Upraszczając uzasadnienie sądu: jeżeli można kogokolwiek podejrzewać o gwałt, to Jacka. Przyznał, że uprawiał seks z Agnieszką, co potwierdzili też jego koledzy. Tak więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że popełnił przestępstwo. Nie można jednak tego powiedzieć o pozostałych podejrzanych. Dowody to same poszlaki, a badanie krwi nie wykazało w organizmie Agnieszki żadnych środków odurzających. Dlatego sąd zastosował trzymiesięczny areszt tylko wobec Jacka, zastrzegając, że jeśli wpłaci 50 tys. zł poręczenia majątkowego, wyjdzie na wolność.

    •  

      pokaż komentarz

      @Takiseprzecietniak:

      Jacek wpłacił pieniądze już następnego dnia. 12 czerwca decyzję sopockiego sądu podtrzymał sąd okręgowy.
      – Tymczasowe aresztowanie należy stosować tylko w celu zabezpieczenia prawidłowego toku procesu i tylko wtedy, gdy jest to niezbędne – mówi Tomasz Adamski, rzecznik Sądu Okręgowego w Gdańsku. – Co do dwóch pozostałych podejrzanych, prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa nie było wystarczające.
      Pytam, skąd pewność, że Jacek ponownie nie zgwałci.
      – W ocenie obu sądów zastosowane środki zapobiegawcze są wystarczające – odpowiada sędzia Adamski. – Oskarżony jest uważany za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie udowodniona i stwierdzona prawomocnym wyrokiem.
      Jacek dostał jeszcze dozór policji (trzy razy w tygodniu musi pokazywać się na komisariacie) i zakaz opuszczania kraju połączony z zabraniem paszportu. Paszport 27-latka jest nieaktualny, więc nie można mu go zabrać, a sąd nie wyśle postanowienia o dozorze do właściwej jednostki policji, więc początkowo nie będzie on realizowany.
      Agnieszka: – Byłam przesłuchiwana przez policję, sąd, uczestniczyłam w okazaniu pojazdu i sprawców. Od półtora roku powtarzam to samo i konsekwentnie mówię o trzech gwałcicielach, bo to niestety zapamiętałam bardzo dobrze. Ale moje zeznania, jak widać, nadal nie są wystarczające. Gdybym mogła cofnąć czas, nie zgłosiłabym, że zostałam zgwałcona. Może szybciej bym się od tego odcięła. A tak w kółko wracają te same obrazy.
      Podejrzanych reprezentuje warszawski adwokat Łukasz Krupa, który bronił „Froga”. 25-latek zasłynął szaleńczym rajdem ulicami Warszawy. Już wydawało się, że uniknie kary, ale na trzy dni przed przedawnieniem został prawomocnie skazany.
      – Prokuratura nie ma żadnego dowodu przesądzającego o winie moich klientów – mówi mi mecenas Krupa i to jedyny komentarz, na jaki się godzi. – Zobaczy pani, że dowiedziemy tego przed sądem.

      Kary dla policjantów

      Policjanci z Rumi tę noc także zapamiętali inaczej: Natalia, zgłaszając przestępstwo, nie powiedziała o gwałcie, dziewczyny były pijane i agresywne. Potem Agnieszka wybiegła z komisariatu, to co mieli zrobić?
      W ich sprawie policja wszczęła postępowanie dyscyplinarne, a prokuratura karne o niedopełnienie obowiązków. Pierwsze zakończyło się w styczniu najlżejszą w skutkach naganą, po której nie ma już śladu, śledztwo wciąż trwa.
      "Kary dyscyplinarne podlegają zatarciu po upływie sześciu miesięcy od uprawomocnienia się orzeczenia" – pisze w mailu asp. sztab. Anetta Potrykus, rzecznik prasowy Komendanta Powiatowego Policji w Wejherowie, który wyjaśniał sprawę. - Obaj pełnią dziś służbę na dotychczas zajmowanych stanowiskach w komisariacie w Rumi. Jeden jest dyżurnym, drugi funkcjonariuszem wydziału kryminalnego.
      Prokurator Piórkowska pod koniec września wysłała do sądu akt oskarżenia. Upiera się przy gwałcie zbiorowym.
      Imię pokrzywdzonej – na jej prośbę – zostało zmienione.

      Co mówią liczby? Niemoc systemu

      Od stycznia 2014 r. gwałt ścigany jest z urzędu, a nie na wniosek pokrzywdzonej. To oznacza, że ciężar dowodowy spoczywa na organach ścigania. Co to zmieniło? Niewiele.
      W 2014 roku Komenda Główna Policji zarejestrowała 2444 postępowania wszczęte na podstawie art. 197 Kodeksu karnego (zgwałcenie), z czego potwierdzono 1329. Dla porównania: w 2013 r., czyli przed wejściem w życie nowych przepisów, było to 1326 spraw. W 2016 r. policja wszczęła 2426 postępowań, ale tylko 1383 potwierdzono. Rok wcześniej było to tylko 23 proc. gwałtów.
      Z kolei z danych ministerstwa sprawiedliwości wynika, że 1/3 spraw o gwałt kończy się potem wyrokami w zawieszeniu. W latach 2010-16 tzw. zawiasy dostało od 31 do 41 proc. skazanych.
      Jak pokazują badania, statystyki nie odzwierciedlają skali zjawiska: zaledwie od 15 do 30 proc. przypadków zgwałceń jest zgłaszanych na policję. Jak czytam w raporcie z 2016 r. o przemocy seksualnej Fundacji na rzecz Równości i Emancypacji STER, 87 procent respondentek spotkało się w swoim życiu z jakąś formą molestowania seksualnego, 37 procent uczestniczyło w aktywności seksualnej wbrew swojej woli, 23 procent doświadczyło próby gwałtu, a 22 procent gwałtu. W większości wypadków sprawcą była osoba bliska: obecny (22 procent) lub były partner (63 procent), a do zdarzenia doszło w mieszkaniu (55 procent).

      Kontakt z autorką: katarzyna.wlodkowska@gdansk.agora.pl

  •  

    pokaż komentarz

    Mam ciarki jak to czytam, sk#%@ysyny

  •  

    pokaż komentarz

    Jak tu nie wsadzić takiego szamba na 25 lat kamieniołomu za to? Więzienie jest za łagodne dla takiego czegoś.

  •  

    pokaż komentarz

    Ktos jeszcze wchodzi na strony tego szmatławca?

  •  

    pokaż komentarz

    odpowiedz jest prosta nikt, pasożyty (lewctwo) wykorzystują gwałt jako narządzie polityczne, efekt jest taki, ze po kolejnej fałszywce dziennikarze, ludzie zaczynają ignorować takie wydarzenia.

    •  

      pokaż komentarz

      @mobilisinmobile: Tu jest inny problem ludzie falszywie wierza w swoje prawa, np prawo do nie byci zgwaconym i wylaczaja zdrowlrozsadkowe myslenie. Swego czasu w wawie zgwalcono dziewczyne ktora bigala w parku po nocu :). Miala prawo biegac gdzie i koedy chce ale gwalciciel mial to gdzies. Itpnitd