•  

    pokaż komentarz

    Po obiedzie opuszczamy świetną pozycję, by marszem ubezpieczonym dotrzeć do Kutkorza – gdzie nas informują, że mamy iść na Zadwórze, które jest obecnie obsadzone przez poważne siły bolszewickie. Maszeruję do mostu torem kolejowym, gdzie padają pierwsze strzały. Otrzymujemy rozkaz rozwinięcia tyraljer i zapuszczamy się w zagajnik po prawej stronie toru. Jak długo trwała przeprawa przez zarośla nie zdaję sobie dziś dokładnie sprawy. Dopiero na łące ujrzeliśmy masy nieprzyjacielskiej kawalerii, którą przywitaliśmy gradem strzałów. Na wołanie do poddania się odpowiedzieliśmy okrzykami hurra i salwami strzałów karabinowych. [...]

    Przed nami wyłoniła się wioska i nadzieja wstąpiła mi w piersi, by tylko do wsi dotrzeć. Niestety, nie cieszyłem się dość długo, bo gdy tylko jeźdźcy znikli wśród zabudowań, powitał nas wprost huraganowy ogień kartaczowy i karabinów maszynowych. O atakowaniu zabudowań, do których było 150 do 200 kroków nie było mowy. Ci, którzy pozostali przy życiu po pierwszych strzałach kartaczowych, a było nas niewielu, nie mogli nic uczynić. Tyraljera biegła dwa kroki jeden od drugiego, pierwsza więc serja strzałów kartaczowych zmiotła prawie że ¾ żołnierzy.

    Leżąc na polu ostrzeliwałem się artylerji i grupie kawalerji, która wyłoniła się na lewo od toru kolejowego. Jak długo trwał ogień nieprzyjacielski nie mogę dziś powiedzieć, wiem tylko, że ogień ustał, chciałem się poderwać z ziemi, by z kilkoma towarzyszami dotrzeć do lasu po lewej stronie, gdy usłyszałem okrzyk „wszystko przepadło”. Budieńcy byli o 2 kroki za nami, a głos komisarza górował nad wszystkiem „Ne rubi!”. Zrywamy się momentalnie z ziemi, padają strzały, kilku bolszewików zlatuje z koni, reszta cofa się z wrzaskiem. [...]

    Za nasypem znajdujemy osłonę, na przedzie widzimy walczące nasze oddziały. Dobiegamy do nich, ostrzeliwując się na prawo i na lewo. Przebiegamy stację kolejową, aby naprzód. Nikt nie zważa na pękające granaty. Zaczynamy zdawać sobie sprawę, że trudno będzie stąd unieść głowę. Przechodzimy stację kolejową ostrzeliwując się silnie. Bolszewicy uciekają do wsi, strzelając do nas z karabinów maszynowych ustawionych na taczankach. Na lewo znów ukazuje się masa kawalerji bolszewickiej. Nasi ustawiają na wale kolejowym karabin maszynowy, który niestety niedługo warczy złowrogo, zacina się raz po raz.

    Na przodzie znów pojawia się kawalerja, istne piekło. Już nie myślimy o wyjściu cało, teraz byle sprzedać jak najdrożej swe życie. Na przodzie nasi dobiegają do budki kolejowej, przy dzisiejszej mogile. Na chwilę budka kolejowa zamienia się w redutę, ale wyczerpują się nam naboje, a co gorsza nasze karabiny się zacinają. Mam ręce spieczone od karabina, wreszcie, na dobitek złego, urywa mi się wyciąg przy broni; jestem bezbronny.

    Bolszewicy podjeżdżają coraz śmielej. Duża ich grupa zjeżdża na nas niespodziewanie pędem z lewej strony toru. Nie wiem, czy dostałem kolbą, czy też zostałem przewrócony przez konia, dość, że znalazłem się w rowie. Nie mogłem się podnieść i bolały mnie wszystkie kości. Zostaliśmy po prostu zalani masą kawalerzystów, którzy zaczęli drzeć z nas mundury, a następnie zagonili do wsi.

    Jeden z kolegów, który był rozebrany do naga i miał zwichniętą czy też stłuczoną nogę nie mógł biec na równi z końmi. Transportujący nas kozak ciął go pałaszem przez plecy, tak, że biedak został na placu. Na koniec dodam, że widziałem, wśród całej masy naszych rannych i poległych żołnierzy, w straszliwy sposób poszarpane szczątki plut. Kirkiewicza i byłem świadkiem bohaterskiej śmierci plut. Staszkowa, z którym to żyłem w wielkiej przyjaźni.

    Mieczysław Iwanicki