•  

    pokaż komentarz

    Nasze szkoły wyższe dają po prostu pracę leśnym dziadkom. Programy zajęć układa się tak, żeby każda miernota miała godziny dydaktyczne, bo na nich zarabia. Z tego powodu wciska się idiotyczne przedmioty, czasem w ogóle nie związane z profilem, albo zgodne z nim tylko z nazwy.

    Kretyni prowadzą potem zajęcia, a swój brak kompetencji maskują tym, że sprawdzają obecność na wykładach. Gdyby tego nie robili, zbyt oczywiste by było, że nikt nie chce słuchać ich pierdzielenia. Dobrzy wykładowcy nie muszą się czegoś takiego obawiać.

    •  

      pokaż komentarz

      @frytex2: Niestety ten kraj jest skorumpowany od góry do dołu. Wszędzie bylejakość.

    •  

      pokaż komentarz

      @frytex2: @puruga: Akurat żeby wykładać na uczelni wyższej trzeba być ogarniętym. Przynajmniej tak wydaje się być na PWr.

    •  

      pokaż komentarz

      Z tego powodu wciska się idiotyczne przedmioty, czasem w ogóle nie związane z profilem, albo zgodne z nim tylko z nazwy.
      @frytex2: Dokładnie tak, na przykład na AGH uczy się elektrotechniki studentów od metalurgii. Po co? Żeby leśne dziadki miały ileś godzin miesięcznie wyrobione do pensji. Do tego namawianie na zakup skryptów, bo bez tego nie ma kasy u wykładowców a u studentów nie ma zdanego egzaminu

    •  

      pokaż komentarz

      Akurat żeby wykładać na uczelni wyższej trzeba być ogarniętym. Przynajmniej tak wydaje się być na PWr.

      @Marek1991: chyba sobie żartujesz...albo jesteś na 1. roku. Tak czy inaczej jesteś w błędzie, i to grubym...

    •  

      pokaż komentarz

      @masaj: A mogę wiedzieć kiedy nabywa się kompetencje, by oceniać wykładowców? Czy na drugim roku już jest się bystrzejszy od profesorów? Napisz coś więcej xdddddd
      Wykop nie zawodzi...

    •  

      pokaż komentarz

      @Marek1991: Z kim ty rozmawiasz? Przecież to głównie dzieci, studia widzieli na obrazku.

    •  

      pokaż komentarz

      @biliard: widzisz kończyłem W4, i o ile była cześć wykładowców która ogarniała i było Ok to były tacy którzy czytali książkę na wykładzie na głos...jeden z przykładów. Jeszcze coś?

    •  

      pokaż komentarz

      @masaj: Własna książka jest osobistym osiągnięciem prowadzącego. Jeśli ktoś spieszę wlasne poglądy, usysytematyzuje je, to nagle przestają się nadawać do prezentacji? Przeciwnie, książka ułatwia potem organizacje materiału.
      No chyba, że cały wykład czyta książki innych autorów, w co wątpię. Cos jeszcze?
      Nie odpowiedziałeś na pytanie, kiedy nabywamy kompetencje oceny wykładowców.

    •  

      pokaż komentarz

      @biliard: uważasz ze czytanie książki na wykładzie na głos to jest prowadzenie wykładu?! Naprawdę?!

    •  

      pokaż komentarz

      @masaj: Sugerujesz, że jak ktoś spieszę wykład i go wyda, to nie powinien mieć prawa ustnego głoszenia tych poglądów? Wszystko zależy od formy. Nie wyobrażam sobie choćby, by matematyk powtarzał definicję mniej precyzyjnie niż ma to w podręczniku. Co innego, kiedy mowa o wykładzie literatury klasycznej.

    •  

      pokaż komentarz

      @biliard: już spieszę z odpowiedzą...zdrowy rozsądek pomaga w ocenie wykładowcy, ale jak widzę kolega poszedł na PWri myśli ze trafił na MiT.

      Nie nie mam pytam wtedy!

    •  

      pokaż komentarz

      @masaj: Nigdy nie studiowałem na politechnice. Gratuluję zdolności dedukcyjnych. A na którym roku uzyskuje się ten mityczny zdrowy rozsądek, który pozwala wznieść się ponad prowadzących?
      Bardzo poważna sprawa...

    •  

      pokaż komentarz

      Dokładnie tak, na przykład na AGH uczy się elektrotechniki studentów od metalurgii. Po co?
      @notdot: Bo cała metalurgia dzisiaj stoi na prądzie. Podstawy elektrotechniki trzeba mieć choćby po to aby się dogadać z utrzymaniem ruchu.

    •  

      pokaż komentarz

      @notdot: Problem nie leży w tym, że uczą elektrotechniki. Uczyć jej powinni, podstawy powinien znać KAŻDY inżynier, bo w dzisiejszych czasach prąd jest wszędzie. Problem w tym, że np. u mnie na uczelni nauka elektrotechniki zatrzymała się w latach '60. I to jest szkopuł, sam przedmiot uważam za potrzebny i przydatny.

    •  

      pokaż komentarz

      @biliard: @notdot: @muwatilis: podstawy spoko, ale nauczanie wyższe ogólnie to jakaś patologia. Studiujesz automatykę i to co jest najbardziej poszukiwane przez pracodawców jest lajtowe i trwa pół semestru, a to co jest jakimś p??$@@$olo musi być oczywiście największym wrzodem. Super, mam papiery inżyniera tylko po cholerę mi były te wszystkie godziny spędzone nad ręcznym liczeniem jakiś poj###nych całek, sucha teoria elektrodynamiki i innych gówien, których już dzisiaj nie pamiętam i nie umiem, bo w pracy jest to nieprzydatne? Skoro wiedza okazała się nieprzydatna w życiu i uległa zapomnieniu to znaczy, że czas poświęcony na jej naukę był czasem straconym, który można było zainwestować inaczej, chociażby w koło naukowe. To co mnie boli w studiach to brak jakiegoś rozróżnienia na przedmioty ważne i „ciekawostki”, bo obecnie każdy psorek uważa, że jego przedmiot jest ważny. A tak nie jest. I dlatego przykładowo szanuje kobietę od światłowodów, bo wiedziała że spawaczami światłowodów nie będziemy więc nas nie cisnęła tylko prowadziła laboratoria na zasadzie ciekawostki „niech panowie sobie spróbują pospawać” :)

    •  

      pokaż komentarz

      ręcznym liczeniem jakiś poj%$?nych całek...
      @PikPak: Pozwolisz, że odpowiem. Psychologia nie od dziś uczy o zależnościach pomiędzy poszczególnymi skladowymi inteligencji. Czy zdajesz sobie sprawę, że istnieje zależność pomiędzy zdolnościami matematycznymi oraz umiejętnościami posługiwaniem się językiem albo orientacją w otoczeniu? A czy wiesz, że istnieje nawet pomiędzy tymi zdolnościami oraz poczuciem rytmu? Takowych jest duuuuzo więcej. Cóż, człowiek to istota złożona.
      Mam nadzieję, że już załapałeś, czemu edukacja obejmuje ćwiczenie zdolności, które NA POZÓR wydają się niepotrzebne i nie mają przełożenia na życie. Ignorance is a bliss.

    •  

      pokaż komentarz

      @biliard: dalej nie wiem po ch* mi to skoro i tak już nie umiem tego policzyć, a a razie potrzeb jest Matlab.

    •  

      pokaż komentarz

      @PikPak: Chodzi o to, że ćwicząc pozornie oderwane od rzeczywistości umiejętność wchodzące w skład inteligencji zarazem ulepszasz te skorelowane, które już tak oderwane od rzeczywistości się nie wydają. W ten sposób wspierasz własną inteligencję jako całość.

    •  

      pokaż komentarz

      @biliard: jednak będąc na studiach dość ściśle kierunkowych wolałbym poświęcać czas na umiejętności przydatne w życiu i szukane przez pracodawców.

    •  

      pokaż komentarz

      @PikPak:
      No toć mówię, że sam przedmiot jest konieczny. Ale dla każdego kierunku w takim wymiarze, w jakim jest mu potrzebny. Tymczasem u nas każdy kierunek z wyjątkiem energetyki, jedzie tym samym schematem ucieranym przez prowadzących od lat komunizmu łupanego.

      Teoretycznie takim rozróżnieniem w pewnym stopniu są ECTSy. W praktyce niestety masz rację, że są takie wybieralne gówno-przedmioty za 1-2 ECTS, które wykładowca traktuje jako istotę twojego kierunku. Mimo iż przedmiot nosi nazwę "Muzyczny kanon chemika" :P.

    •  

      pokaż komentarz

      @PikPak: Nie zrozumiałeś wypowiedzi. Otóż ćwicząc choćby liczenie na poziomie bardziej złożonym, niż ci to potrzebne na codzień, ponosisz pozostałe umiejętności wchodzące w skład inteligencji, która na codzień się jednak przydaje, bez wzlgdu na twoje wyobrażenia na temat działanie umysłu.
      Trzeba już łapiesz? Xdd

    •  

      pokaż komentarz

      @frytex2 Dokładnie najgorsi wykładowcy to zawsze którzy zawsze sprawdzają
      Co ciekawe ci dobrzy sami mówią za przychodzi kto chce a itak zawsze maja komplet
      Do tego najgorsi sa wykładowcy z "misja", maja jakiś nic nie znaczący dolepiony na sile przedmiot a uczyć sie na niego trzeba więcej niż na przedmioty faktycznie związane z tym co sie studiuje (╥﹏╥)

    •  

      pokaż komentarz

      @biliard: sorry, wolałem jednak ściągać na gównoprzedmiotach i rozwijać inteligencję projektując w wolnym czasie płytki PCB ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      pokaż komentarz

      @PikPak: Ale dokładnie to, czego byś chciał, jest przyczyną niskiej pozycji polskich uczelni w rankingach. Oczekujesz, żeby uczelnie wyższe były zawodówkami, tylko do nieco bardziej skomplikowanych zawodów, a to chyba nie powinno tak wyglądać, nie sądzisz?

    •  

      pokaż komentarz

      @hasztag_andrzej: to jaki jest sens dość wąskich inżynierskich kierunków? Niech zamienią je na szerokie tematy jak ogólnie pojęta "elektronika" i wtedy będę widział sens ręcznego liczenia anteny.

      Oczekujesz, żeby uczelnie wyższe były zawodówkami, tylko do nieco bardziej skomplikowanych zawodów

      A co w tym złego? Inżynier - zawód jak inne. W zależności od specjalizacji ma dać wiedzę jak zaprojektować urządzenie, jak postawić budowlę, jak rozwiązać problem klienta, czyli ma dać pieniądze na życie. Uczelnia wydając dyplom poświadcza, że jego posiadacz jest na tyle kompetentny, by za pieniądze klienta rozwiązywać jego problemy w zakresie ukończonych studiów.

      Jak to jeden z doktorów z własną firmą powiedział - chcecie być inżynierami by kosić kasę, a klient chce produktu i dokumentacji, więc kładł zajebisty nacisk na dokumentowanie projektu. Nie oczekiwał, że jako studenci będziemy badać jakieś wyniosłe zagadnienia, tylko pokazał co jest ważne.

    •  

      pokaż komentarz

      @biliard: @biliard: Może ja pomogę z odpowiedzą na pytanie " kiedy nabywa się kompetencje, by oceniać wykładowców?". Aktualnie mamy styczeń a więc minęło 3 miesiące od początku studiów dla studentów pierwszego roku wiec śmiem twierdzić że to jeszcze za wcześnie dla nich na ocenianie prowadzących. Sytuacja się natomiast diametralnie zmienia gdy student jest tuż przed końcem studiów np na 3-4 roku gdy robi się licencjat albo inżyniera - wtedy człowiek sobie uświadamia jak wiele godzin zmarnował na niektórych przedmiotach prowadzonych przez niekompetentne osoby. A jak określić czy osoba nauczająca była niekompetentna? Nic prostszego - jeśli skończyło się przedmiot z oceną powyżej 3 a i tak nic się z tego nie umie to znaczy że przedmiot był do dupy.

    •  

      pokaż komentarz

      Oczekujesz, żeby uczelnie wyższe były zawodówkami, tylko do nieco bardziej skomplikowanych zawodów

      @hasztag_andrzej: o, nawet dwa pierwsze przykłady z brzegu - Uniwersytet Morski i kierunki nawigacja oraz mechanika. Studiujesz, by zdobyć zawód i obsługiwać statek handlowy.

    •  

      pokaż komentarz

      @PikPak: Dobry przykład to lekarze - studia medyczne działają w pewien sposób jak zawodówki bo mają duży nacisk na praktyki i dlatego uchodzą za najlepsze.

    •  

      pokaż komentarz

      @frytex2: Problem jest bardziej złożony.
      Trzeba sobie najpierw odpowiedzieć czy uniwersytety mają służyć jedynie pracy dydaktycznej czy także pracy badawczej. Jeśli to drugie to trzeba pamiętać, że nie każdy naukowiec jest świetnym dydaktykiem a nie każdy dydaktyk jest dobrym badaczem. A u nas każdy ma być jednym i drugim (wyrobić pensum i mieć publikacje).

      Drugi problem to przyjmowanie wszystkich chętnych. Są kierunki gdzie przyjmowani są wszyscy bo brakuje studentów. Kolejne wyże demograficzne mijają, ludzie sa bardziej świadomi ze wybor kierunku jest ważny i chętnych do studiowania pewnych kierunków już po prostu nie ma. A skąd uczelnia ma pieniądze? Ma je za każdego studenta, więc przyjmowani są wszyscy i w dodatku są przepychani przez kolejne lata aby tylko kasa się zgadzała.

    •  

      pokaż komentarz

      Sugerujesz, że jak ktoś spieszę wykład i go wyda, to nie powinien mieć prawa ustnego głoszenia tych poglądów? Wszystko zależy od formy. Nie wyobrażam sobie choćby, by matematyk powtarzał definicję mniej precyzyjnie niż ma to w podręczniku. Co innego, kiedy mowa o wykładzie literatury klasycznej.

      @biliard: Należy nie tylko sugerować, ale również egzekwować to, ze skoro pan profesor wydał książkę i dostał za nią wynagrodzenie to niech teraz nie dąży do bycia wynagradzanym po raz kolejny za już zapłaconą robotę. I skoro ma płacone za przeprowadzenie wykładu to niech prowadzi wykład, a nie udaje i czyta sobie książkę (choćby i swoją).

      To trochę podobnie jak z playbackiem na koncercie - możesz sobie kupić płytę swojego ulubionego wykonawcy za 50 PLN, ale możesz również iść na koncert, zapłacić 500 PLN i... przestać mieć ulubionego wykonawcę, bo czujesz się oszukanym, że zapłaciłeś za produkt A, a dostałeś jego namiastkę w postaci playbacku.

      Jeżeli jako student idę na wykład i poświęcam swoje 2h to chcę usłyszeć wykład, zdobyć wiedzę, a nie odsłuchać marną czytankę, gdzie wykładowca w 2h odczyta 10 stron (w tym samym czasie samodzielnie przeczytam zdecydowanie więcej i nie będę tracił bez sensu czasu). Zrozum, że wszelkie zasoby są odnawialne, oprócz czasu - możesz odzyskać straconą kasę, możesz odzyskać stracone dobra, ale nie odzyskasz straconego czasu.

      Ja czasy studenckie mam już dawno za sobą, ale z uwagi na mój zawód wciąż się dokształcam, zdobywam nową wiedzę i jakbym wziął udział w płatnym szkoleniu, które miałoby postać czytanki to bym się mocno wkurzył i zażądałbym zwrotu kasy. A to jest dokładnie taka sama sytuacja, tylko za studia płaci nie student (zwykle) tylko podatnicy.

    •  

      pokaż komentarz

      Dokładnie tak, na przykład na AGH uczy się elektrotechniki studentów od metalurgii. Po co? Żeby leśne dziadki miały ileś godzin miesięcznie wyrobione do pensji. Do tego namawianie na zakup skryptów, bo bez tego nie ma kasy u wykładowców a u studentów nie ma zdanego egzaminu

      @notdot: Tu akurat się nie zgodzę. Pewne podstawy muszą mieć, a skoro metalurgia obecna jest mocno powiązana z prądem i jego sterowaniem to chociażby po to byś potem w pracy nie rozłożył rąk przy najmniejszym problemie musisz znać podstawy. Jeszcze walnij hasło po co na metalurgii uczyć podstaw fizyki lub matematyki. Przecież "nie są potrzebne" jak uważa wielu tumanów.

    •  

      pokaż komentarz

      @frytex2: Nie moga maskować tego "sprawdzaniem obecności" bo wykłady są nieobowiązkowe, ale... wykład (obecność) może zwalniać z kolosa i to już jest argument powodujący tłumy na zajęciach

    •  

      pokaż komentarz

      @frytex2: Bylem na 3ech kieunkach i zawsze ludzilem sie, ze bedzie lepiej. Zamiast dac na pierwszym roku wedke do zdobywania wiedzy, to dostajemy mase bezsensownych przedmiotow, ktore potrafia niezle zniechecic do dalszej pracy. Szczegolnie osoby, ktore jeszcze szukaja siebie.

    •  

      pokaż komentarz

      @frytex2 Dokładnie. PG na wydziale Oceatechniki i Okrętownictwa na pierwszym roku miałem filozofię. ))¯_(ツ)_/¯

    •  

      pokaż komentarz

      @frytex2: A propos przedmiotów bezużytecznych wciskanych na siłę. Na pierwszym roku jak jeszcze było nas najwięcej mieliśmy piękny przedmiot historia muzyki prowadzona co tydzień w poniedziałek o 15:20. Oczywiście zakończone pisemnym zaliczeniem. PŚK takie piękne.

    •  

      pokaż komentarz

      Nasze szkoły wyższe dają po prostu pracę leśnym dziadkom. Programy zajęć układa się tak, żeby każda miernota miała godziny dydaktyczne, bo na nich zarabia

      @frytex2: ale programy zajęć nie są brane do rankingów. Ranking uczelni na świecie opiera się nie na dydaktyce a na badaniach naukowych. Szkoły wyższe mają dwa główne zadania:
      1. Kształcenie ludzi wiedzą już poznaną
      2. Badania naukowe i zdobywanie nowej wiedzy

      Te pierwsze jest u nas na wysokim poziomie, kształcimy dobrych inżynierów. problem jest z badaniami i związanymi z nimi publikacjami w j. angielskim. Powód? Zwyczajnie brak kasy. Nawet jak jest dobre odkrycie, to nie ma kasy go dalej popchnąć, a właśnie na tym opierają się rankingi.

    •  

      pokaż komentarz

      @eL-Ko: 1 rok jest aby odsiać słabych. Dlatego tak wygląda

    •  

      pokaż komentarz

      @frytex2: Nasze uczelnie są po prostu średniakami. A przez brak publikacji w języku angielskim nigdy nie osiągniemy wysokich miejsc w rankingach

    •  

      pokaż komentarz

      Akurat żeby wykładać na uczelni wyższej trzeba być ogarniętym

      @Marek1991: Głównie ogarniętym towarzysko lub rodzinnie na danej uczelni.

    •  

      pokaż komentarz

      Akurat żeby wykładać na uczelni wyższej trzeba być ogarniętym

      @Marek1991: haha

    •  

      pokaż komentarz

      @Pshybysz: tak, zawsze tak mowili, zdawalem te trudniejsze przedmioty, ale jesli nie uczysz sie tego na czym Ci zalezy, to jest to zwykle p%$!#@%amento.

    •  

      pokaż komentarz

      Nie, żebym bronił obecnego stanu rzeczy na uczelniach, ale...

      Studiujesz automatykę i to co jest najbardziej poszukiwane przez pracodawców jest lajtowe i trwa pół semestru, a to co jest jakimś p@$%?$@olo musi być oczywiście największym wrzodem. Super, mam papiery inżyniera tylko po cholerę mi były te wszystkie godziny spędzone nad ręcznym liczeniem jakiś poj$@?nych całek, sucha teoria elektrodynamiki i innych gówien, których już dzisiaj nie pamiętam i nie umiem, bo w pracy jest to nieprzydatne?

      @PikPak: Wbrew pozorom te rzeczy są jednak przydatne, bo dają ogół wiedzy technicznej. W pracy zawodowej jako inżynier nie powinieneś skupiać się wyłącznie na swojej działce, bo prowadzi to do dziwnych efektów dla projektu, jako całości. Być może nie wykorzystujesz całej przekazanej ci wiedzy, ale jakiś jej fragment pozwala ci robić lepiej to, co obecnie robisz. I może faktycznie, automatykowi nie jest konieczne liczenie całek, jakie są na przedmiocie podstawy elektrotechniki. Ale przedmiot ten ma także pomóc ci w byciu lepszym inżynierem - tak ogólnie. Choćby po to, abyś mógł sobie oszacować pewne kwestie związane z innymi branżami (np. napięcie zasilania, prądy i wynikający z nich przekrój przewodów itp.).

      Skoro wiedza okazała się nieprzydatna w życiu i uległa zapomnieniu to znaczy, że czas poświęcony na jej naukę był czasem straconym, który można było zainwestować inaczej, chociażby w koło naukowe.

      @PikPak: Mózg to dziwna sprawa. Coś, o czym wiesz, ale z tego nie korzystasz, wbrew pozorom zostaje w twojej głowie. Mając o tym cień pojęcia, wiesz choćby gdzie szukać, a jak znajdziesz, to szybciej sobie przypomnisz o co w tym chodziło. I to bardziej o to chodzi, jak o zapamiętanie konkretnych spraw, z których, jak już wspomniałeś, na co dzień nie korzystasz.

      To co mnie boli w studiach to brak jakiegoś rozróżnienia na przedmioty ważne i „ciekawostki”, bo obecnie każdy psorek uważa, że jego przedmiot jest ważny. A tak nie jest.
      @PikPak: Oczywiście, bo wybierasz kierunek dla siebie, a program układany jest dla wszystkich. Może komuś akurat ten przedmiot będzie w życiu bardziej przydatny? Oczywiście, pełno w programach zapchajdziur i eksperymentów typu "odchamiacze" (po co przyszłemu inżynierowi przedmiot pt. kultura języka polskiego na 5-6 semestrze kształcenia wyższego? ).

      Błędem jest przekonanie, że studia nauczą cię tego, co się w robocie przydaje. Tak naprawdę takich rzeczy przez lata uczyły szkoły zawodowe. Niestety, pogoń uczelni za studentami, spowodowany przez płatność "ode łba" spowodowało, że obecnie na studia idzie każdy, bo bez studiów ciężko o pracę. Kiedyś sporo osób kształcenie kończyło na zawodówkach lub technikach. Każdy ich absolwent powie ci, że właśnie tam się nauczyli najwięcej. A studia w założeniu przekazują wiedzę na najwyższym poziomie. Tylko likwidując fabryki i działy projektowe, w dobie lokalizacji produkcji w części azjatyckiej, taka wiedza w Polsce kompletnie nie jest potrzebna.

      Poszukiwane przez pracodawców umiejętności możesz także zdobyć na kursach specjalistycznych. Inna sprawa, że poszły one, wzorem uczelni, także w ilość. Obecnie ciężko o uzyskanie na nich jakiejkolwiek wiedzy - często liczy się "podpis i papier"... To jest bardzo smutne.

    •  

      pokaż komentarz

      chyba sobie żartujesz...albo jesteś na 1. roku. Tak czy inaczej jesteś w błędzie, i to grubym...

      @masaj: czemu?

    •  

      pokaż komentarz

      @Marek1991: jaja sobie robisz. Wyznacznikiem jakości uczelni technicznych jest ilość zgłaszanych patentów. Znam firmę w Danii z 10 osobowym działem rnd, ktora rocznie ma więcej patentów niż jakakolwiek Polska politechnika.

      Polskie politechniki to dno pod względem naukowym ale jeszcze dają w miarę dobrą pracę. Absolwenci uniwerków są praktycznie niezatrudnialni. Kadra naukowa cytowana najwyżej przez inne Polskie "uczelnie".

    •  

      pokaż komentarz

      to niech teraz nie dąży do bycia wynagradzanym po raz kolejny za już zapłaconą robotę
      @Erie: Rozumiem, że - przykładowo - matematyk powinien wymyślać nową definicję zbioru za każdym razem, gdy prowadzi o tym zajęcia. Co wiecej, każda grupa musi mieć inna definicję, nie mówiąc o kolejnych rocznikach. I nie, to że prowadzący wykłada jakieś skrystalizowane poglądy, nie znaczy, że nie pracuję nad kolejnymi. Możesz wierzyć albo nie, ale prowadzący maja obowiązek raportowania przebiegu pracy naukowej, a nie prowadzonych zajęć dla małolatów. Nie ta liga. Czy ty w ogóle rozróżniasz pracę dydaktyczną od naukowej?

    •  

      pokaż komentarz

      @biliard: Ja już w podstawówce (ośmioletniej) zdawałem sobie sprawę, że polonistka mówiąca do nas "nie wstajcie" popełnia błąd, a geografka twierdząca, że ziemia jest "okrągła" ma poważne braki w wykształceniu. W liceum dostrzegałem jeszcze więcej niedostatków wykładowców, nie mówiąc już o studiach. Co nie zmienia faktu, że większość osób mnie uczących doceniam i uważam swoje wykształcenie za solidne głównie dzięki nim.

    •  

      pokaż komentarz

      @iddqd: Po pierwsze, opatentowanie nie jest za darmo. Po drugie, nie wszystko opłaca się patentować.

      Ja tam czuję dobrze. Gdybym nie poszedł na studia to pewnie do końca życia pracowałbym w gównofirmie jako robol. Ja się na PWr bardzo rozwinąłem, koło naukowe, szkolenia no i ogólna wiedza.

    •  

      pokaż komentarz

      @S0Cool: Jak czujesz się mocny to zgłaszasz się na uczelnie, z miejsca otwierasz przewód i cyk - obrona doktoratu. Nieśmiało przypominam, że stopień dr nie wymaga studiów doktoranckich (te są tylko opcjonalne).
      W czym problem? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      pokaż komentarz

      @Marek1991: ale co czemu?
      Na jednym z wykładów, miałem gościa który przedstawił się, następnie zaczął pisać na tablicy listę książek a po 45 minutach usiadł, otworzył jedną z nich i zaczął nam czytać na głos jej zawartość

      Na jeszcze innym wykładzie musiałem nauczyć się zasadny działania oraz budowę telefonu stacjonarnego - w 2008 roku bodajże

      Wiec tak, myśle ze cześć ludzi tam siedzących trzyma się stołka bo inaczej roboty by nie znalazła

    •  

      pokaż komentarz

      @biliard: Nie, ma przygotować wykład i go przeprowadzić tak aby zainteresować słuchaczy. Za to ma zapłacone. Dodatkowo jeżeli chce mieć 50% koszty uzyskania (aby płacić jak najmniejsze podatki) za pracę twórczą to niech przygotowuje na nowo materiały, dodaje do nich nowe rzeczy, wprowadza ciekawostki, które poprawią koncentrację słuchaczy itd, a nie czyta bezmyślnie (w dodatku nie potrafiąc poprawnie operować głosem) swoją książkę na głos.

    •  

      pokaż komentarz

      @biliard: Po co? Mam pracę, którą lubię. Ostatnią rzeczą, którą chciałbym robić jest uczenie innych. Zresztą mam do tego wrodzony antytalent. Ale nie muszę być mistrzem w kuchni, żeby oceniać, czy jedzenie mi smakuje, prawda? Niektórzy wykładowcy na uczelniach są beznadziejni, pogódź się z tym.

    •  

      pokaż komentarz

      @frytex2: No i kolejny mądry człowiek, który widzi problem. Ja u siebie kapnąłem się gdzieś w okolicach II roku, że oni nie uczą nas roboty, ale uczą żeby uczyć.

    •  

      pokaż komentarz

      @PikPak poj#?$nych całek? Ty chyba chciałeś do zawodówki iść a nie na politechnikę. Tam właśnie uczysz się "rzeczy pożądanych przez pracodawców" a nie j#?$nej matematyki :)

    •  

      pokaż komentarz

      @mbn-pl: tylko pracodawcy żądają wykształcenia wyższego technicznego po kierunkach automatyka, elektronika lub telekomunikacja, to się przebiłem przez te poj@?%ne całki i równania różniczkowe choć dalej nie wiem jak je rozwiązywać inaczej jak matlabem, zapomniałem jak to się robi ręcznie i skutecznie wyparłem to gówno z pamięci ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      A za Wolfram Alpha na telefony ktoś powinien dostać pokojowego Nobla ʕ•ᴥ•ʔ

    •  

      pokaż komentarz

      @S0Cool: Od kiedy to doktor skazany jest na bycie nauczycielem? Przecież nawet praca na uczelni to przede wszystkim prowadzenie badań naukowych, kwestia dydaktyki jest trzeciorzędna (nie wszystkie jednostki naukowe je w ogóle prowadzą, o PAN słyszałeś?).
      Zresztą tylko niewielu doktorów decyduje się na pracę na uczelnii (porównaj liczbę osób z tym stopniem oraz liczbę wykładowców w kraju...)
      Oj, Mirku, chyba nie wiesz, co piszesz xdd
      I, owszem, musisz byc bardzo wykształcony, by pojąć, jak działa nauka. Ot, dziedzina jest elitarna. Nie dla psa kiełbasa xdd

    •  

      pokaż komentarz

      @Marek1991: Studia nie pomogły - dalej jesteś osiołkiem. Prawdopodobnie zarabiasz coś około 13k BRUTTO jak dobrze poszło i myślisz, że jesteś królem życia.

      Prywatne firmy nie wydają pieniędzy na bezsensowne patenty. Polskie politechniki produkują dobrych niewolników do korporacji, opłacanych w miarę dobrze jak na nasze warunki. Same praktycznie nic nie wymyślają i nie uczą ludzi wymyślać nowych rzeczy.

    •  

      pokaż komentarz

      @PikPak: w UK możesz skończyć po pierwszym lub drugim roku i to już się liczy jako kwalifikacje zawodowe. Możesz zrobić Foundation Degree gdzie uczysz sie tylko rzeczy pptrzebnych do wykonywania zawodu jako szeregowy inżynier od utrzymania. Masz wyższe ambicje? To kończ bachelor, master czy phd. Ale po co sie uczyć zagadnien na poziomie magistra do wykonywania pracy do której potrzebujesz tylko nieco bardziej szczegółowej wiedzy niż tej z technikum?

    •  

      pokaż komentarz

      @iddqd: to nadal więcej niż zarabiają ludzie po technikum, Lo czy zawodowce, mimo że nie stracili 5 lat na studia

    •  

      pokaż komentarz

      @frytex2 popieram, wpisujcie uczelnie!! Politechnika Warszawska

    •  

      pokaż komentarz

      @PikPak mnie też nigdy nikt o całki na rozmowie nie pytał a o matlaba się zdarzyło (✌ ゚ ∀ ゚)☞
      @biliard

    •  

      pokaż komentarz

      @cactooos: o tym mówię ( ͡º ͜ʖ͡º)

    •  

      pokaż komentarz

      @bi-tek nie są obowiązkowe a później całkiem przypadkiem dostajesz wykuty z egzaminu 3, bo była jedną głupia lista na której cię nie było bo wykładowca na zajęciach czytaj slajdy xd albo jeszcze lepiej obecność na wykładach daje 3 i zwalnia z zaliczenia xddd

    •  

      pokaż komentarz

      @notdot: Co do bezsensowności to się nie zgadzam. Oczywiście słuchanie jakiegoś nudziarza Dąbrowskiego (AFAIR) to tortura sama w sobie ale podstawy wiedzy dotyczącej jednej z podstawowych dziedzin wypadałoby mieć. Inżynier powinien mieć jakiekolwiek ogólnotechniczne rozeznanie. Niestety często te tzw. zapychacze są o wiele za surowo rozliczane a przedmioty kierunkowe po łebkach. Później nie dość, że oceny jako takie są zaniżone przez zapychacze (u mnie filozofia) to jeszcze człowiek nie ma siły uczyć się tego co powinien znać najlepiej. No i sam musi nadrabiać czego go nie nauczyli. Często dydaktycy nie mają pojęcia czego uczą a na zwrócenie uwagi reagują agresją. Niestety doktorantów/drów. mówiących wprost co nie bangla jest znaczna mniejszość więc nie ma co liczyć na zmiany. "Jak ci się nie podoba na uczelni to wypad do przemysłu, ewentualnie PANu"

    •  

      pokaż komentarz

      @notdot: ja na wacie na mechanice miałem kiedyś zajęcia z zarządzania xd

    •  

      pokaż komentarz

      @frytex2 zgadzam się w 100%.
      Niektóre przedmioty na profilach inzynieryjnych to poprostu kpina. Pamiętam że miałem kilka takich humanistycznych zapychaczy planu. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to że wykładowcy z tych przedmiotów nie raz dawali takie wymogi na egzamin/zaliczenie że człowiek zamiast się uczyć na przedmioty które naprawdę mu się w życiu przydadzą to siedział nad jakimiś śmieciami. Te przedmioty dla mnie były tak wartościowe jak obowiązkowa matura dla humanisty. Nie potrzebny stres, strata czasu i pieniędzy na książki, druki czy dojazdy na uczelnie. A szkoda strzepic...
      Naprawdę fajnie jakby ktoś się za to wziął.

    •  

      pokaż komentarz

      @notdot ja sobie nie wyobrażam inżyniera który nie zna elektrotechniki.

    •  

      pokaż komentarz

      @mocarnyknur bo na końcu studiów masz jednak wykształcenie wyższe. To zobowiązuje. Lub zobowiązywać powinno.

    •  

      pokaż komentarz

      @PikPak: Akurat matematyka to jest coś co jest podstawą dla zrozumienia wielu rzeczy i jeszcze może się przydać. Analiza, statystyka, algebra to są rzeczy, które mi się przydawały gdy uczyłem się np. machine learningu. Nawet ta fizyka jest przydatna do zrozumienia wielu zjawisk (ja studiuję elektronikę). Natomiast największy rak to napakowanie obowiązkowych przedmiotów, które nie dają żadnych realnych umiejętności, ale są po to, żebyś ZNAŁ TEORIE z jakiejś dziedziny która i tak cie nie interesuje. I tak będąc na którymś semestrze elektroniki masz wykład z 2 godzinnym wyprowadzaniem wzorów na przepływ nośników w półprzewodnikach, potem spędzasz 3h na laborce gdzie mierzysz rozkład pola w metalowej rurce, wykuwasz się na pamięć różnych wzorów, rodzajów kodowań, rozchodzenia się fal w przestrzeni. Ale na praktyczne umiejętności nie zostaje już czasu

    •  

      pokaż komentarz

      Akurat matematyka to jest coś co jest podstawą dla zrozumienia wielu rzeczy i jeszcze może się przydać.

      @WykresFunkcji: W żadnym stopniu tego nie neguję, podstawy tak, ale nie jakieś doj?@#ne zadania z koniecznością wykucia wszystkich wzorów na pamięć (po cholerę, po coś stworzyli tablice). Miałem przygodę z matematyką, z której zakres nie miał wykorzystania nigdzie później (jakieś bazy KeR, Im T, jakieś równania quasi-liniowe,itd.). I co z tego, że się tego uczyłem i zdawałem z tego egzamin skoro już tego nie umiem, bo nawet nie wiem gdzie mógłbym tego użyć. k##?a, nie tędy droga.

      A potem ludzie po elektronice nie wiedzą jak wylać pole masy na płytce xD

    •  

      pokaż komentarz

      @PikPak: U nas zawsze były karty wzorów. Faktycznie liczenie mega skomplikowanych całek czy równań ręcznie nie jest przydatne. Natomiast przydaje się rozumienie mniej-więcej pojęć z kilku działów matematyki, których się najczęściej używa. Resztę można doczytać w miarę potrzeby

    •  

      pokaż komentarz

      Faktycznie liczenie mega skomplikowanych całek czy równań ręcznie nie jest przydatne. Natomiast przydaje się rozumienie mniej-więcej pojęć z kilku działów matematyki, których się najczęściej używa. Resztę można doczytać w miarę potrzeby

      @WykresFunkcji: o to mi właśnie chodzi, nic dodać, nic ująć.

    •  

      pokaż komentarz

      @puruga: System wyższej edukacji akurat powoli (może jednak zbyt wolno) pnie się w górę. Gorzej jest z systemem szkół podstawach, ewidentnie działa selekcja negatywna, co odbija się na dzieciakach.

    •  

      pokaż komentarz

      Nasze szkoły wyższe dają po prostu pracę leśnym dziadkom. Programy zajęć układa się tak, żeby każda miernota miała godziny dydaktyczne, bo na nich zarabia. Z tego powodu wciska się idiotyczne przedmioty, czasem w ogóle nie związane z profilem, albo zgodne z nim tylko z nazwy.

      @frytex2: ja mialem przedmiot- gospodarka a srodowisko. Cwiczenia polegały na tym, że na początku semestru grupy losowały tematy i robiły prezentacje.

      innym hitem- prawo rodzinne

      studiowalem finanse i bankowość.

    •  

      pokaż komentarz

      @PikPak: no to nie masz się czym chwalić. Umęczyły mnie te całki 15 lat temu strasznie. Nie używałem ich latami, i z ciekawości przeliczyłem kilka przykładów - dalej coś tam umiem. Ale nie o samo liczenie chodzi, a o głębsze zrozumienie co to jest i po co. W prawdziwej pracy inżynieryjnej to się przydaje, oczywiście jeśli "inżynier" to ktoś od serwisowania maszyny z coca-colą albo taśmy na sortowaniu jabłek to zgoda, całki to głupota. Tylko że przyuczać do takich zawodów ma zawodówka, ew. technikum jak ktoś ma ambicje, a nie politechnika.

    •  

      pokaż komentarz

      @mbn-pl: to były przykłady, których rozwiązanie ciągnęło się przez dwie strony arkusza kancelaryjnego? Coś takiego mam na myśli pod hasłem "p#@!$ene całki", a nie coś normalnego do zamknięcia w trzech linijkach.

    •  

      pokaż komentarz

      @mocarnyknur: na translatoryce uczy się historii Anglii, a nie uczy się korzystania z programów CAT, oraz korzystania z glosariuszy czy słowników online. tzn. coś tam się wspomina, ale mało, zamiast robić zajęcia praktyczne. potem tłumacze kompletnie sobie nie radzą - akurat wiem to, bo regularnie siedzę na forum o tej tematyce co roku fala absolwentów pyta o to samo, a pytania na poziomie przedszkola.

    •  

      pokaż komentarz

      Nasze szkoły wyższe dają po prostu pracę leśnym dziadkom.

      @frytex2: p?$$#$!eni. Bo u nas akceptowalne jest ściąganie i tyle.

    •  

      pokaż komentarz

      @frytex2: takie dziadki uczą fortrana i innych narzędzi z eopki kamienia łupanego np zamiast c++ 17 z stl i boost.

    •  

      pokaż komentarz

      @biliard: Piszesz dokładnie takie bzdury jakie wyobrażam sobie, że może pisać doktorant, po pierwszych kilku miesiącach "pracy" na uczelni (Szczególnie doktorant o nazwisku przypadkowo zbieżnym z nazwiskiem innego starszego wykładowcy tej samej uczelni.)
      Samo twierdzenie, że nie ma nic złego w prowadzeniu wykładu poprzez czytanie własnej publikacji, jest karygodne i zatrważające, z nie jednej uczelni o wyższej renomie można wylecieć na zbity pysk po dwóch-trzech skargach studentów na taką formę wykładu. Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz miał możliwości wykładać, bo tylko wyżądzisz krzywdę studentom.

    •  

      pokaż komentarz

      @Homarokoszmar: Rozczaruję cię, takie założenie jest chyba tylko w planie studiów. Od studentów wymaga się wykucia na blachę podręcznika, najlepiej pod interpretację egzaminującego. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Piszę o ŚUMie.

    •  

      pokaż komentarz

      Nasze szkoły wyższe dają po prostu pracę leśnym dziadkom.

      @frytex2: które są bardzo zawistne. Jest jakaś nagroda za zrobienie doktoratu przed 35 rokiem bodajże. Znam przypadek gdzie naukowcowi specjalnie przeciągneli procedurę byle jej nie dostał. Jest też masa profesorów w wysoce zaawansowanym wieku na etatach, wręcz zgrzybiałych. Jeden z nich na jednej z lubelskich uczelni narobił w spodnie i nawet tego nie wiedział snując się po korytarzach uczelni. A za nim szczęśliwe sprzątaczki ze ścierami na granicy puszczenia pawia.

    •  

      pokaż komentarz

      Własna książka jest osobistym osiągnięciem prowadzącego. Jeśli ktoś spieszę wlasne poglądy, usysytematyzuje je, to nagle przestają się nadawać do prezentacji? Przeciwnie, książka ułatwia potem organizacje materiału.

      @biliard: przykład z autopsji: leśny dziadek, który dawno powinien być na emeryturze prowadzi kilka przedmiotów (dla informatyki w ilości 5), wszystkie w oparciu o dwie książki jego autorstwa (ogólnie wg PBN wydał 7), chociaż naprawdę tylko jeden jest z nimi bezpośrednio związany. W swoich książkach nie posiada niczego odkrywczego w stosunku do innych autorów zagranicznych ani polskich. Nie jest to też profesor, którego książki znajdują się w literaturze innych polskich autorów (vide prof. Chwaleba w dziedzinie metrologii). Co więcej sugeruje swój własny sposób rozwiązywania zadań rozbieżny z tym co znajduje się w literaturze z całego świata, z tym co można znaleźć w tutorialach i wykładach na YT. Co z tego, że matematycznie wszystko się zgadza i są podane prawidłowe wzory jak w przykładach pominięte są przypadki, w których algorytm rozwiązywania napotyka dziwne zachowania? Sprowadza się to do tego, że koniec końców ludzie sięgają po literaturę światową - rozwiązują te same zadania metodą światową (podpierając się w razie problemów youtubem czy różnymi stronami internetowymi) i porównują co mają zrobić w sposobie PANA PROFESORA (zwyczajnego żeby nie było że to jakiś noname) aby zdać jego przedmiot. Zmusza doktorantów do prowadzenia zajęć jego sposobem, a na egzaminie jedyne z czego można korzystać to jego książka.

      Po zaznajomieniu z merytoryką "osiągnięć prowadzącego, który spisał swoje poglądy i je usystematyzował" czy uważasz, że czytanie (i wyświetlanie na rzutniku) swojej książki z laptopa w wordzie nie dodając żadnego słowa ani nie ruszając tyłka do tablicy nawet kiedy jest proszony o wyjaśnienie pewnych kwestii jest dobrym sposobem prezentacji i przekazywania wiedzy?
      Uprzedzając to pytanie jest retoryczne. Odpowiedziało sobie na nie już setki studentów, rokrocznie wykazując frekwencję na poziomie 5-10% na wykładach. Wiedzą o tym nawet planiści wykłady planując w mniejszej sali niż egzamin. Ale nikt go nie zwolni bo profesor liczy się do statystyk w chorym systemie oceniania uczelni stosowanym w Polsce, a dodatkowo ten człowiek uczył i zatrudniał pewnie z połowę obecnych pracowników wydziału...
      Po co mam chodzić na wykład czytany z książki? Sam przeczytam to szybciej i w bardziej dogodnym dla mnie czasie, wrócę do fragmentu, w którym czegoś nie zrozumiałem lub policzę na boku żeby upewnić się, że dobrze rozumiem. Czego wg Ciebie (odwołując się do tego co mówiłeś o rozwoju innych umiejętności w oparciu o te wydawałoby się zbędne i nieistotne) mogę się nauczyć od takiego gościa w porównaniu z sięgnięciem do jego literatury, że o literaturze używanej przez wszystkie inne uczelnie w kraju i zagranicą nie wspomnę (którą i tak trzeba ogarnąć jeśli ktoś chce się tym zajmować zawodowo żeby dogadać się ze współpracownikami)?

  •  

    pokaż komentarz

    Jako doktor jednej z uczelni Krakowskich mogę powiedzieć, że problemów jest dużo więcej. Uczelnia np. nie finansuje badań,bo nie ma na nie pieniędzy. Żeby mieć pieniądze trzeba starać się o granty. Całą papierkologia zajmuje mnóstwo czasu, a szanse nie są zbyt duże na zdobycie grantu. Jak ma się niepopularny temat to szanse jeszcze bardziej maleją.
    Inną kwestią jest też np. niesamowita polityka wewnątrz uczelniana, jak się nie ma dobrych znajomości to można zapomnieć o podwyżkach, awansach, ba nawet zatrudnieniu na adiunkta. Gdybyście widzieli jak niektórzy profesorowie się zachowuję, to jest czasem poziom gorszy niż w gimnazjum, zawiść, zazdrość, kłótnie o pierdoły.
    Jeszcze inną kwestią, którą już tutaj ktoś poruszył są osoby nieogarnięte prowadzące zajęcia. Tutaj mam mieszane uczucia, faktycznie są tacy, ale mniej niż by się studentom wydawało. Generalnie Ci, którzy nieudolnie prowadzą zajęcia przeważnie nie są dobrymi dydaktykami i tyle, są za to rewelacyjnymi naukowcami. Niestety obowiązkiem każdego jest uczenie, a nie każdy się do tego nadaje. Dodatkowo często uczy się przedmiotów, które nie są w żaden sposób związane z tematyką badań naukowych jakie dana osoba prowadzi, przez co nie jest w stanie przekazać wiedzy, którą ma, a przekazuje wiedzę książkową, którą sam często ma niewiele większą niż student chodzący na dane zajęcia.
    Co do swojego komputera przez 4 lata studiów doktorancki i kolejne 4 lata etatu adiunkta, nie dostałem swojego komputera, wszystko robiłem na prywatnym laptopie.
    Miałem przyjemność przez prawie 2 lata pracować na uczelni zagranicznej (uczelnia w pierwszej 100 najlepszych uczelni wg rankingu Szanghajskiego). Komfort pracy, nacisk na naukę, na przekazywanie faktycznej wiedzy jest nieporównywalny. Sposób podejścia do samej nauki i do dydaktyki był rewelacyjny.

    •  

      pokaż komentarz

      @TomLuk: No niestety, muszę przyznać rację. Sam jestem na etacie technicznym na uczelni, również krakowskiej, no ale widzę co się wokół dzieje. Przeraża to o tyle, że moim celem jest mimo wszystko stanowisko naukowo-dydaktyczne.

      Profesor kierujący katedrą w której pracuję zwykł mawiać, że uczelnie są jednym z najtrwalszych bastionów komunistycznej mentalności. W dużej mierze jest to prawda, co widać po rozbuchanych procedurach przez które należy przepuścić każdą czynność służbową. No i polityce wewnętrznej, co uczelniane to niczyje.

      Słusznie podkreśliłeś, że "nieogarniętość" dydaktyków nie zawsze wynika z ich "nieogarniętości" ogólnej, lecz po prostu niechęci do nauczania innych. No taka jest niestety cecha wielu naukowców, że niezbyt służą im i nie podobają się złożone interakcje międzyludzkie. Niektórzy dydaktycy z kolei ani na polu nauki, ani nauczania nie błyszczą, bo po prostu są to przeciętniaczki-kujoni, którzy nie widzieli dla siebie życia poza uczelnią. No i co taki może pokazać poza wiedzą książkową, skoro innej nie posiada? Pół biedy jak przynajmniej robi to z jakąś pasją, ale niestety często nawet to jest na odpiernicz. Sam martwię się by nie wpaść w pułapkę braku praktyki i nie zostać uczelnianym gryzipiórkiem...

      Przyczyn słabości polskich uczelni jest wiele. Zła organizacja. Często dobór kadr oparty na znajomościach, a nie kompetencjach. Niedostatki środków na potrzebne sprzęty, a czasem nawet publikowanie w znaczących czasopismach. Bardzo rzadko też istnieje ta złota proporcja między ilością prowadzących, a liczbą studentów. Niektóre jednostki naukowe są tak rozbuchane, że chwycą się każdej godziny dydaktycznej, nawet na najbardziej odległym dla nich przedmiocie, aby tylko dać sens istnienia swoim pracownikom. Często zbędnym pracownikom. Inne z kolei jadą na nadgodzinach, przez co nie pracownicy nie mają czasu na pracę naukową... Nie ma co problem spłycać i powtarzać w kółko "a bo to wszystko te gupie doktory, źle uczo, gałgany". Choć i w tym jest czasem ziarno prawdy...

    •  
      Spizgany_Dalajlama

      -4

      pokaż komentarz

      @TomLuk: dokładnie. Dla doktora prowadzenie zajęć ze studentami to wiązanie butów.

    •  

      pokaż komentarz

      @TomLuk: Dlatego powinno się rozdzielić pracowników uczelnianych na tych, którzy zajmują się tylko i wyłącznie dydaktyką (bo np. bardzo lubią), tych, którzy wolą poświęcić się pracy naukowej, badaniom oraz tych łączących obie dziedziny. Skoro ktoś nie nadaje się do dydaktyki to po kit wciskany jest na siłę.

    •  

      pokaż komentarz

      Niektórzy dydaktycy z kolei ani na polu nauki, ani nauczania nie błyszczą, bo po prostu są to przeciętniaczki-kujoni, którzy nie widzieli dla siebie życia poza uczelnią.

      @muwatilis: Stąd m.in. wzięła się opinia że na uczelniach zostają tylko Ci którzy byli za słabi żeby znaleźć pracę poza nią. Niewiele jest przypadków gdzie oprócz pracy ma się jeszcze czas na zajęcia na uczelni. Aczkolwiek spotkałem kilku takich i mam do nich spory szacunek za wiedzę i zacięcie do tego żeby jednak poświęcać swój czas na nauczanie innych, gdzie patrząc na rozstrzał pensji, nie było im to specjalnie do niczego potrzebne.

    •  

      pokaż komentarz

      @TomLuk: Pracuję w sektorze otoczenia nauki. Mam wiele do czynienia z naukowcami starającymi się o granty. Wspieram ich w tym wysiłku. Zgadzam się z tym, co powiedziałeś. Chcę jednak przedstawić inny punkt widzenia na dwa twoje twierdzenia.

      1. "Całą papierkologia zajmuje mnóstwo czasu, a szanse nie są zbyt duże na zdobycie grantu".

      Przedstawiam badaczowi statystykę sukcesu w prestiżowym zagranicznym grancie. Mówię, że współczynnik sukcesu to 15% [licząc tylko wnioski, które zdobyły min. 70% punktów ten sam współczynnik to 40%!]. I słyszę często: To ja się nie podejmuję próby :( WTF?! Jakby oczekiwani 100% ;) Swoją drogą - wciąż zbyt wiele wniosków [jak na mój gust] grantowych polskich badaczy jest niskiej jakości. Trochę (ale tylko trochę) usprawiedliwię badaczy. Widzę, że - ogólnie rzecz biorąc - kształcenie doktorantów jest zbyt wąskotorowe i przestarzałe. Dodatkowo nawet na najlepszych polskich uczelniach [patrząc na zagraniczne jednostki koszące granty jak zboże] działy wsparcia nauki są szczątkowej liczebności, przeciążone, niedoinwestowane [żeby szkolić pracowników na światowym poziomie!]. Jest też problem z priorytetyzacją grantów wśród władz uczelni [choć coś "drgnęlo" :)]. Niektórzy dziekani zwalniają, tych naukowców co mają granty, z dydaktyki [motywacja pozapłacowa].

      2. "Jak ma się niepopularny temat to szanse jeszcze maleją".

      Mam fundamentalny problem z akceptacją tego argumentu. Niepopularny temat nie oznacza, że jest on niepotrzebny. Nikt nie jest skazany na dożywocie z tematem, którego nikt nie chce sfinansować. Jeżeli tak jest, to temat jest źle sprzedany bądź [aktualnie] nikomu niepotrzebny. Wtedy szuka się innego tematu [ja nie mówię, że to proste].

    •  

      pokaż komentarz

      Skoro ktoś nie nadaje się do dydaktyki to po kit wciskany jest na siłę.
      @Linuksiarz1: Odpowiedź jest w filmie: bo inaczej "uczelnia na nim nie zarabia". ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      pokaż komentarz

      @muwatilis: tak pamiętam jednego cwiczeniowca że studiów, gość bardzo ogarnięty jak naukowiec autor wielu monografii i podręczników, ale dydaktyk bardzo słaby. Ćwiczenia u niego wyglądały tak że przychodził po kwadransie akademickim, pół godziny maglował jedną osobę z grupy, drugie pół godziny maglował drugą osobę z grupy. W 10 minut zrealizował temat zajęć (głównie czytając z podręcznika do przedmiotu) i 5 minut przed czasem kończył zajęcia każąc wykuć na blachę co do joty przedmiot ćwiczeń, bo bedzie z tego pytał na następnych zajęciach. Gość bardzo specyficzny, taki bym powiedział wykopek - przegryw po czterdziestce, prawdopodobnie też asperger, taki co po za uczelnią nie zrobiłby nigdzie kariery.

    •  

      pokaż komentarz

      @TomLuk: wiem, że się czepiam, ale ten błąd jest plagą na wykopie ostatnio, a ja mam zboczenie na jego punkcie xD

      Generalnie Ci, którzy

      - 8 lat podstawówki
      - 4 lata liceum
      - 5 lat studia magisterskie
      - 4 lata studiów doktoranckich
      - 4 lata etatu adiunkta

      Łącznie około 25 lat nauki. Setki przeczytanych książek i wszystko jak krew w piach, bo piszesz błędnie "ci" - wielką literą ( ͡° ͜ʖ ͡°) #grammarnazi

    •  

      pokaż komentarz

      @4kroki: Racja. Generalnie zbyt często piszę "Ci" w różnego rodzaju wiadomościach do bliskich znajomych i to już chyba pamięć palców, że piszę "Ci"

    •  

      pokaż komentarz

      @Linuksiarz1: Problem chyba w tym, że nasze uczelnie nie są nastawione na badania, ale na prowadzenie nauczania. Etat wiąże się przede wszystkim z dydaktyką, a reszta jest przy okazji. Kiedyś usłyszałem czy przeczytałem (nie pamiętam źródła) takie zdanie o MIT, że jest to właściwie instytut badawczy, którzy przy okazji posiada ileś tam tysięcy studentów. Jeśli głównym zadaniem naszych uczelni jest dydaktyka, to raczej trudno w nich szukać szansy na rozwój.

    •  

      pokaż komentarz

      @RoninX: Polemika na temat przyznawania grantów jest w moim odczuciu jednak trochę subiektywna i przedstawiłem subiektywne zdanie. W końcu ciężko podchodzić do tematu bez emocjonalnie, kiedy samemu się nie dostało kilka razy grantu z wytłumaczeniem na zasadzie "Nie, bo nie". W tym co piszesz jest dużo racji, jednak co do ostatniego zdania to się nie zgodzę. Zmiana tematu badań to często wyrzucenie do kosza kilku miesięcy albo i lat pracy. Potem przestawienie się na coś nowego też zajmuje czas, a tu wszędzie presja, że artykuły, że habilitacja itp. itd.

    •  

      pokaż komentarz

      @TomLuk: Nie mogę się zgodzić do końca, że kiepski dydaktyk jest dobrym naukowcem. Jak ktoś nie umie scałkować prostego równania z Resnicka to jak ma prowadzić poważne badania? Spotkałem słabego dydaktyka i dobrego naukowca w jednym ale można powiedzieć, że był pasjonatem. Koleżanka została dr i szczerze mówiąc po pierwszym roku wyglądała na taką co buty na odwrót ubiera. Totalne dno intelektualne i pamięciówa. Dobry naukowiec to i duża wiedza i inteligencja.

    •  

      pokaż komentarz

      Przedstawiam badaczowi statystykę sukcesu w prestiżowym zagranicznym grancie. Mówię, że współczynnik sukcesu to 15% [licząc tylko wnioski, które zdobyły min. 70% punktów ten sam współczynnik to 40%!]. I słyszę często: To ja się nie podejmuję próby :( WTF?! Jakby oczekiwani 100% ;)

      @RoninX: 10% "success ratio" to jest typowy współczynnik w dużych konkursach. I to jest chore. Przygotowanie wniosku to napisanie często 100-150 stron dość skomplikowanego tekstu, w języku angielskim jeżeli jest to grant zagraniczny. Żeby dobrze przygotować taki tekst to trzeba poświęcić miesiąc w 2-3 osoby. Inaczej będzie słabej jakości i w ogóle można sobie podarować.

      A to nie jest tekst typu "zrobię sobie nowy komputer, a nóż mi wyjdzie". To jest obietnica: "Zrobię nowy komputer", jak mi nie wyjdzie to będę musiał zwrócić kasę :-/ Więc to nie jest tylko techniczna praca pisania ale dość spory research na temat tego co jest możliwe, żeby było nowatorskie (czyli ryzykowne bo może nie wyjść) żeby miało szansę na akceptację ale też żeby było realne do zrobienia.

      Czyli mały zespół musi w praktyce non-stop pisać wnioski i zgłaszać 2-3 rocznie, żeby zapewnić sobie ciągłe finansowanie projektami trwającymi 2-3 lata. To nie jest coś co chcieli by robić naukowcy (poświęcać swój czas na pisanie wniosków), to na całym świecie jest "skrzywione" i niestety nie ma dobrego rozwiązania.

      A później, jak wniosek przejdzie, to się okazuje, że naukowiec może sobie wypłacić dodatkowo do pensji max 40-60% pensji podstawowej bo uczelnia nałożyła sobie limit. A dodatkowo uczelnia zabierze sobie z tych wszystkich pieniędzy wywalczonych przez zespół 30%. Nikt z administracji uczelni palcem nie kiwnie w przygotowaniu wniosku, nie dołożą się później do wyjazdów, sprzętu, etc... ale 30% całych kosztów chętnie przygarną motywując, że przecież naukowiec korzysta z prądu na uczelni :-/

      Z programu horyzont 2020 jest limit 800 zł do pensji miesięcznie :-) Czyli przez dwa miesiące będziesz tyrać żeby napisać wniosek na 3 melony (Euro) potem będziesz go musiał realizować i masz za to 800 zł miesięcznie ;-) Przy krajowych zarobkach na uczelniach, granty to był sposób na dorobienie do rozsądnej pensji, teraz ta możliwość się skończyła więc naukowcy przestali starać się o granty.

    •  

      pokaż komentarz

      @kwanty: Poprawka: teraz jest 40% zabierane przez uczelnię. W grancie NCNu jako kierownik można było maksymalnie wpisać 2000 złotych brutto (zanim wszystkie narzuty z tego pozabierają), ale jakiegoś postdoca jak chce się zatrudnić, który palcem nie kiwnął przy pisaniu wniosku... to można aplikować o 12 000 złotych miesięcznie brutto dla niego, gdzie żadnych uczelnianych obowiązków...

    •  

      pokaż komentarz

      Poprawka: teraz jest 40% zabierane przez uczelnię. W grancie NCNu jako kierownik można było maksymalnie wpisać 2000 złotych brutto (zanim wszystkie narzuty z tego pozabierają), ale jakiegoś postdoca jak chce się zatrudnić, który palcem nie kiwnął przy pisaniu wniosku... to można aplikować o 12 000 złotych miesięcznie brutto dla niego, gdzie żadnych uczelnianych obowiązków...

      @TheUlisses: Ja rozumiem taką politykę bo to ułatwia zatrudnienie na kontrakt postdoca który odwali główną robotę a kierownik będzie koncepcyjnie tylko myślał ale pod warunkiem, że kierownik będzie otrzymywał z uczelni godziwą wypłatę a nie podwójną pensję kasowej z biedronki.

      Na "zachodzie" tak to właśnie działa. Pieniądze z grantów dla pracowników są bardzo obcięte, za to można się doposażyć w sprzęt i opłacić personel. Z drugiej strony jest obowiązek pisania grantów (rozliczają w ocenie okresowej) ale też jest to poparte odpowiednimi dochodami podstawowymi. A u nas nawet na dobrze prosperujących uczelniach technicznych podstawa wynagrodzenia zachęca do jak najszybszej ucieczki do przemysłu...

    •  

      pokaż komentarz

      ? Skoro wiedza okazała się nieprzydatna w życiu i uległa zapomnieniu to znaczy, że czas poświęcony na jej naukę był czasem straconym, który można było zainwestować inaczej, chociażby w koło naukowe. To co mnie boli w studiach to brak jakiegoś rozróżnienia na przedmioty ważne i „ciekawostki”, bo obecnie każdy psorek uważa, że jego przedmiot jest ważny. A tak nie jest. I dlatego przykładowo szanuj

      @TomLuk: Nie tylko w Krakowie tak jest. W zapyziałej Częstochowie jest identycznie. Jak zawieje wiatr politycznych zmiana na uczelni tak spadają niepotrzebne nowej władzy liście w postacie pracowników. Czystki zaczynają się na samej górze a kończą na sprzątaczkach i to dosłownie.

      Zostają tylko lizidupy, które są w komitywie, bo i tak nigdzie nic nie zrobią.

      I później tak wygląda siatka tak, że są przedmioty na liście "do wyboru" ale nie dla studenta a dla dziekana ;]

      A komunizm to też widać tam zaryty bardziej, niż pracowników w fabrykach PRL-owskich. Szkoda gadać, jak ludzie targają nawet papiery toaletowe do domu albo mydła. Wszystko co uczelniane to niczyje, nie trzeba dbać, można brać. Sale które stoją wyposażone, ale nikt nie potrafi ich obsługiwać, albo przedmiot zniknął zaraz z siatki i się sprzęt kurzy.
      Urządzenia za kilkaset tysięcy, źle dobrane do zadań, stoją nieużywane. Pisanie specyfikacji do przetargów, np. na komputery do symulacji w których, można grać w gry ale zupełnie nie są obsługiwane programy graficzne. Dużo absurdów, na prawdę dużo.

      Nikt za to nie odpowiada, więc jest olewka.

      Pamiętam, jak sam byłem na studiach (około 10 lat temu) i weszła jakaś "super ustawa", że prowadzący nie może pracować gdzieś indziej oprócz uczelni (nie pamiętam dokładnie jaki był zapis, ale taki był wydźwięk) bo się nie skupiają odpowiednio na pracy na uczelni. No i efekt był taki, że gros osób (w sumie wszyscy, który moim zdaniem mieli skilla) sobie poszła pracować tylko prywatnie. Rachunek był prosty i ekonomicznie nieopłacalny aby pozostać na uczelni. Zostali ci co mieli firmy na żony, albo jeszcze inne rozwiązania.

      A czemu ludzie, posiadający swoje firmy, albo pracujący w dużych firmach mieli skilla? No bo zderzyli się z jakąś praktyką a nie bazowali na gołej wiedzy i gówno skryptach pisanych przez ich starszych kolegów.

      Poziom nauczania to już jest inna bajka, jechanie na schematach i gnojenie za inne podejście, bo prowadzący umieją tylko tak a inaczej już nie. To już w technikum miałem babkę od matematyki, zaraz po studiach, z którą można było zdecydowanie lepiej podyskutować i jak coś się zrobiło inaczej to dociekała czemu tak a nie kreśliła bo źle.

      Albo babka na analizie matematycznej, na laborkach, jedną ręką pisała a drugą zmazywała zaraz po. Nie szło nawet tego przepisać.

      Robienie jakiś ludzików na grafice, gdzie człowiek był na sieciach... Ogólnie mnożyłby człowiek i mnożył.

      Drugi raz na studia bym nie poszedł, albo poszedł tylko po papier, a na pewnie nie przyjąłbym takiego sposobu przejścia przez nie, bez tracenia czasu na pierdoły. Mądry człowiek po szkodzie.

  •  

    pokaż komentarz

    Bo nawet matematyka realizowana jako wkuwanie wzorów i książki na pamięć to żadna nauka. Tylko tresura dla tępaków.

    Leśne dziady chronione przez koneksje towarzyskie, układy i związki zawodowe po prostu inaczej nie potrafią. Do tego wmówili hołocie że zakucie książki na pamięć to szerokie horyzonty. I biznes się kręci.

    •  

      pokaż komentarz

      @juesend_ej koniecznie książki, których sa autorami bądź współautorami xD
      A do prac naukowych warto używać bibliografii opartej o nazwiska z danej uczelni. Tak się kręci :)

    •  

      pokaż komentarz

      Bo nawet matematyka realizowana jako wkuwanie wzorów i książki na pamięć to żadna nauka. Tylko tresura dla tępaków.

      @juesend_ej: pamiętam u mnie na matematyce na AGH :D

      Panie doktorze, w tej całce którą Pan pisze, jest chyba błąd
      Gostek się odwraca, i mówi

      Panie, ja tą całkę 10 lat rozwiązuję, tam nie ma błędu ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      pokaż komentarz

      @juesend_ej: bo w większości przypadków matematyka na kierunku studiów jest po to, żeby ją stosować - stąd nacisk na praktykę i konkretne wykorzystanie ściśle określonych dziedzin w życiu zawodowym. Tak jest z każdym przedmiotem, który nie jest celem nauki na danym kierunku sam w sobie, ale ma się poznać podstawy stosowania.

      Jeżeli na powiedzmy ekonomii (mgr) potrzeba znać zamknięty zasób twierdzeń i prawideł oraz umieć z nich skorzystać, to jaki sens jest wykładać ją kilka lat i uczyć inaczej, niż tresować do konkretnego zadania. Dla porównania - jeżeli na tym samym przedmiocie potrzebna jest - z zakresu IT - wiedza nt. arkusza kalkulacyjnego i VBA, to po co wychodzić poza zakres "tresury" w tym temacie, wkuwania formuł i zaj@@$ć materiałem nt programowania w C++, komputerach kwantowych i sztucznej inteligencji? Jeżeli na medycynie potrzeba wiedzieć jak wygląda prawo dotyczące służby zdrowia, co wolno, czego nie wolno, jak wygląda organizacja opieki zdrowotnej - to po co poza te "tresowanie" uczyć studentów kilka lat wstępu do prawoznastwa, prawa rzymskiego, konstytucyjnego i prawa morza?

      Nie przesadzajmy i nie wymagajmy gruntownego wykształcenia z jakiejkolwiek dziedziny danej nauki, które się tylko przenikają w NIEKTÓRYCH aspektach i których jest od k?%$y, tylko po to, żeby… właśnie, co? Jak na przedmiotach w których matematyka jest dodatkiem i pomocą, chcesz wykładać matematykę (i dla konsekwencji - w innych przedmiotach też dowalać pełnym materiałem który jest li tylko dodatkiem) to jest to przepis na jeszcze gorze gówno w systemie szkolnictwa wyższego.

  •  

    pokaż komentarz

    Studiuję na politechnice śląskiej zaocznie i niestety te studia to parodia, przedmioty które rzeczywiście są fajne można policzyć na palcach jednej ręki.
    Jestem na kierunku Informatyka i zacząlem specjalizacje Bazy Danych...
    Gdyby nie to że sam w domu się uczę z tych studiów naprawdę można wyniesć BARDZO MAŁO. Jak się potem idzie do pracy to i tak zaczynasz naukę od nowa... bo to kompletnie inna liga.

    Studia teraz to tylko papier, fajnie brzmi że ktoś skończył Informatykę ze specjalizacją Bazy Danych, ale dla ludzi w temacie czyli całe współczesne IT, skończenie takiego kierunku mówi o tobie tylko tyle że umiałeś tak kombinować że udało Ci się to skończyć. Brawo! Zostałeś kombinatorem!

    Bywa że profesorowie wiedzą że dany przedmiot jest niepotrzebny na kierunku i bywa że sami "olewają" i ostatecznie zaliczą wszyscy... ale nie jest tak zawsze.

    Teraz mam przedmiot Network Technologies, fajnie brzmi... znowu coś fajnie BRZMI.... ale to co sie tam odwala to jest jedna wielka KATORGA.

    Na laboratorium jest w większości bardzo fajnie, ciekawe tematy poruszają, web socket, protokół ARP i inne. To odczuwam że rzeczywiście sie przyda, chociażby żeby znac teorię, w końcu kierunek bazy danych.

    ALE wykłady? Kur%a mać! Już nie mówiąc o tym że ANI JEDEN poruszany na wykładach temat nie pojawił sie na laboratorium.... to dodatkowo zamiast opisywać protokoły sieciowe, działanie i możliwe zastosowania w mojej specjalizacji.... na wykładach profesor przez WSZYSTKIE zjazdy wykłada wzory.... wzory na jakieś transmisje... media transmisyjne... miliony całek... macierzy... po co to komu... to nie jest specjalizacja "sieci komputerowe".... ja nie będę siedzieć i liczyć czy jeden metr kabla miedzianego mi wystarczy na przesłanie danych do komputera obok i jakiej mocy potrzebuję.... (tutaj strzelam bo nie mam pojęcia co tam się dzieje na tyhc wykładach).

    Gość wykłada tak jakbyśmy byli po elektronice, tranzystory, cewki.... jak to wszystko działa w najniższej warstwie... najniższej z najnizszych... czyli samego liczenia kabli...

    Niesamowicie mnie to wk^%wia bo jeszcze uważa że to najważniejszy przedmiot na uczelni i egzamin nigdy się nie powtórzył, ogólnie nikt nie wie co tam się dzieje... bo my nic o elektronice nie wiemy...

    Ehh.... się rozpisałem a w pracy jestem, parodia... byle tylko zaliczyć. Masakra ;d

    •  

      pokaż komentarz

      @szaolny: spokojnie, zaraz ktoś ci odpowie, że to wszystko po to by rozwijać inteligencję, a jakoś się zapomina o tym że papier ma być trampoliną do zarabiania kasy i powinien być poparty wartościowymi przedmiotami.

    •  

      pokaż komentarz

      @szaolny: o ch?% xD u nas na IT była historia polski przez jeden semestr -.-

    •  

      pokaż komentarz

      @szaolny: ah szkoda strzepić ryja, jeszcze jakiś tam wyżej baran się pruje, że to wszystko jest potrzebne xD w edukacji nie są potrzebne zmiany tylko rewolucja

    •  

      pokaż komentarz

      @lucasy : No ja w następnym (6-stym) semestrze będę mieć WF.... na studiach zaocznych, z którego na koniec semestru mamy EGZAMIN pisemny :P

      Ja to widzę wf na 8 rano w sobote i potem cały dzień siedzieć po wysiłku... ale no w ogóle wf? serio ? ( ͡º ͜ʖ͡º)

    •  

      pokaż komentarz

      @szaolny: Nawet na specjalizacji "sieci komputerowe" nie dałbym zagadnień typowo elektronicznych tak jak opisujesz xD Faktycznie bardziej zagadnienia dla fizyka, czy tam elektronika niż informatyka. Ale tak to w Polsce jest, gdzie na każdym kierunku, który jest spokrewniony z innymi dziedzinami musi wszystko się po trochu pojawić, a to co powinno być to nie ma ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      pokaż komentarz

      @lucasy: To samo tutaj, kierunek IT. Na kolosa uczyłem się dat XDDDDD. Oczywiście obecność na wykładach sprawdzana bo inaczej byłoby pusto na sali xD.

    •  

      pokaż komentarz

      spokojnie, zaraz ktoś ci odpowie, że to wszystko po to by rozwijać inteligencję

      @PikPak: nie inteligencję, a wytrwałość.

    •  

      pokaż komentarz

      @szaolny: U nas na politechnice, informatyka, wydział informatyki, był w-f, etyka, pełno przedmiotów typu automatyka, robotyka, pełno przedmiotów z elektroniki, elektrotechniki, pełno matmy, często bez pokazania jej praktycznych zastosowań w informatyce. Samej informatyki, w porywach do 50% całości.
      Natomiast jak już przychodzi do jakości to może 20% przedmiotów da się ocenić pozytywnie, dzięki dobrym prowadzącym, jakby wyciągnąć esencję z tego i tylko co było dobre i przydatne, to można całość skrócić do 2 semestrów.

    •  

      pokaż komentarz

      @szaolny: niewiele się zmienia z tego co widzę, ja szkołę kończyłem z 10 lat temu i też było nawalone syfu zbędnego. Były sieci komputerowe z pasjonatem, który zrobił z nami ceryfikację CISCO, były też zajęcia z c++ z Jolką K. i było fajnie bo konkretnie i praktycznie prowadzone. WF też był, była ta historia durna, była przedsiębiorczość xD, elektronika i inne cuda wianki z dupy. Totalnie nieprzydatne przedmioty na których człowiek tracił czas, kasę (na kserówki) i włosy (zaliczenia).
      Może kiedyś będzie lepiej.

  •  

    pokaż komentarz

    To ja jeszcze dopiszę: podręczniki. Na studiach matematyki wolałem się uczyć z angielskiego podręcznika mimo, że orłem z języków nie jestem. Te same tematy były napisane super przystępnie. U nas podręcznik to zapewne praca na obronę dyplomu profesora pisany po to, żeby komisja widziała wysoki poziom broniącego się a nie w celach edukacyjnych.

1 2 3 4 5 6 7 ... 13 14 następna