•  

    pokaż komentarz

    Hm... No na przyklad dlatego, ze na studiach probowali mnie uczyc budowy robota przemyslowego na ~40-letnim polskim manipulatorze PRO-30, w dodatku od lat niesprawnym. Programowania robotow na ~20-letnich maszynach z demobilu.
    A automatyzacji na polskim, starenkim systemie TOR, ktory od samego poczatku byl fiaskiem. A do tego byl niesprawny...

  •  

    pokaż komentarz

    Przecież nasze uczelnie lecą tylko na hajs, więc czego tu oczekiwać. Up?%!$#%anie z jednego przedmiotu po kilka razy i hajs się zgadza. Gdybym wiedział że tak będzie to bym lepiej w siebie zainwestował.

  •  

    pokaż komentarz

    Wiadomo, wiele jest do zrobienia ale na początek proponuję wprowadzenie znanego z Zachodu standardu: zakaz zatrudnienia swoich własnych absolwentów.

    •  

      pokaż komentarz

      @Assailant: aż tak to nie jest potrzebne, raczej to powinno być wpisane w etykę zawodową. Jeśli chodzi o nauczycieli akademickich, to przede-wszystkim powinni być kompetentni pod względem przekazywania wiedzy, po prostu, bardzo małe pole do manewru wykładnia, kiedy ktoś ma wadę wymowy, nie umie budować zdań i tym podobne.

  •  

    pokaż komentarz

    Zawodowo mam styczność z pewnym człowiekiem. Jest to doktor habilitowany profesor nadzwyczajny na dużym uniwersytecie. Od kilkudziesięciu lat wykłada literaturę współczesną na polonistyce. Ma też kilka pobocznych zajętości. Jest "wybitnym specjalistą", cenionym, odznaczanym i gratyfikowanym pracownikiem naukowym, takim z topu uczelnianego. Faktycznie to idiota. Niechże i nawet idiota, byle by tylko wywiązywał się ze swoich zadań, można by rzec. No niestety, przerozmawiałem z człowiekiem już kilkanaście godzin i... "wybitny specjalista w dziedzinie literatury współczesnej" NIE WIE kim jest Stephen King czy Michel Houellebecq. Jakoś tam, w zupełnie podstawowy, hasłowy sposób, kojarzy Coelho, Tolkiena, Joyce'a czy Masłowską. Na zajęciach tłucze Junga, Freuda i nie pamiętam teraz jakiego, zapomnianego polskiego pisarza z dwudziestolecia (bo o nim pisał doktorat:). Napisał kilkanaście książek, żadna z nich nie została wydana w nakładzie większym niż 200 szt. Bo doprawdy trudno jakiemukolwiek edytorowi wydawać w sensownym nakładzie coś co jest, bezmyślnym, przypadkowym zlepkiem "mądrych" haseł, "mądrych" słów i cytatów. W pierwszym kontakcie, owszem, można się nabrać, że ów człowiek jest naukowcem-intelektualistą. Później wyłazi to samo co z jego książek. Czyli bezmyślny, pseudonaukowy bełkot, nie niosący żadnego znaczenia.
    Przez długi czas zachodziłem w głowę, dlaczego ten człowiek jest tzw. cenionym wykładowcą a nie letko fizolofującym cieciem na budowie. Odpowiedź jest prosta: bo polskie uniwersytety są zaludnione właśnie takimi "uczonymi". Dziesięciolecia doboru negatywnego, kunktatorstwo, kolesiostwo, mizerne płace, sekowanie i zarzucanie czapkami ponadprzeciętnych indywidualności. Chcesz być wykładowcą na filozofii, socjologii, politologii czy polonistyce? Po pierwsze: musisz kogoś "znać". A jak już kogoś "znasz", to wystarczy abyś używał słów ze słownika wyrazów trudnych (nie musisz rozumieć ich znaczenia, wystarczy że używasz), ogarnął zestaw haseł typu "postmodernizm", "historiozofia", " metafizyka", "dehumanizacja", "paradygmat", etc. i stosował w dowolnej, przypadkowej, konfiguracji, sytuacji i kontekście. I to działa. I to sprawiło, że uniwersytety są poobsadzane przez kolesi, miernoty, idiotów, leniów, znajomych-znajomych. To jest patologia, tak nie powinno być. Ale tak jest i będzie jeszcze długo. Dopóki się nie rozgoni wszystkie humanistyki oprócz UW czy UJ.

  •  

    pokaż komentarz

    Inną sprawą, że jak już uczą na uczelniach. To często gęsto, nauka polega na wkuwaniu i wymaganiu znajomości regułek słowo w słowo. Rzadko uczą jak dane elementy zastosować w praktyce.

    Rzadko daje się konkretny warsztat naukowy. Zajęcia - szczególnie na kierunkach humanistycznych - to sprawdzanie czy studenci przeczytali teksty i czy potrafią je odtworzyć. A przecież zajęcia powinny być polem do dyskusji i rozmowy na dany temat.

    •  

      pokaż komentarz

      @Caharin: szczerze to mam odmienne doświadczenia. Na kierunkach humanistycznych jeszcze można podyskutować ale na technicznych to jest k#!$a dramat. Uczą jak debili: naucz się tabelek i wzorów. Wspaniały system, konkuruj z komputerem długopisem i kartką xdd Trochę mnie to jednak nie dziwi bo mało kto potrafił myśleć, tresura wkuwania daje spektakularne rezultaty. Tylko potem ja, pieprzony humanista (nauczyciel) w korpo, muszę uczyć ludzi jak myśleć i szukać poszlak bo jak czegoś nie ma w podręczniku to następuje paraliż umysłu.

    •  

      pokaż komentarz

      @Baccon: no to u mnie właśnie był taki dramat jak opisujesz. Studiowałem historię i europeistykę (dwa świetne kierunki z przyszłością ;)
      W każdym razie w obu przypadkach ćwiczenia to było odtwarzanie przeczytanego tekstu. na europeistyce to jeszcze luz, bo zadawali do przeczytania z 70 stron, ale na historii to lipenia. Tam tekstów szło po kilkaset stron na tydzień - średnio koło 400-500.

      Gorsze, że jak nawet próbowałeś pociągnąć temat i podyskutować. Zastanowić się dlaczego tak a nie inaczej. To ćwiczeniowcy wchodzili w tryb panika i możliwie najszybciej próbowali wrócić do odtwarzania tekstu. A co gorsi ćwiczeniowcy, jak się raczyłeś nie zgodzić z autorem przeczytanego tekstu, robili z ciebie kozła ofiarnego do końca semestru. Jak raz zwątpiłem w słowa pana doktora i chciałem z nim popolemizować na temat wikingów. To się wkur#($, powiedział, że nie mam racji, bo nie! I to był koniec dyskusji :D

      To jeśli chodzi o historię. Myślałem, że inaczej będzie na europeistyce. W końcu nauki społeczne. Ale też nie. Masz wykuć na pamięć i koniec. Zero nauki myślenia!

    •  

      pokaż komentarz

      @Caharin: dyplomowani historycy to klasa sama w sobie xD znam wielu ale chyba żadnego którego możnaby określić "w pełni normalnym człowiekiem".