•  

    pokaż komentarz

    Artykuł z GW 2016 rok:

    Dziś mija 12. rocznica śmierci Zdzisława Beksińskiego. Tych, z którymi się nie przyjaźnił, Zdzisław Beksiński przyjmował w stroju wizytowym. Przy bliskich był ubrany na luzie. Gdy znaleziono go martwego, miał na sobie szorty i koszulę z krótkim rękawem.
    Ciało leżało na zabudowanym szybami balkonie. Zabójca zamknął za sobą drzwi, częściowo przekręcił klamkę. W przedpokoju rozgardiasz, jakby po szamotaninie. Na podłodze, na meblach rozmazane ślady krwi. Ktoś nieudolnie próbował je wytrzeć.

    Mieszkanie było zamknięte na klucz. Framuga - nietknięta. Żadnych znaków, które świadczyłyby o włamaniu. Zdzisław Beksiński ufał tylko najbliższym, nie wpuściłby do mieszkania byle kogo. Zanim odryglował zamek w ciężkich, wzmocnionych drzwiach, zerkał w obraz na małym monitorze podłączonym do przemysłowej kamery.

    Jej oko musiało widzieć zabójcę. Ale nie nagrało jego twarzy.

    Godzinę połączenia mam zapisaną

    W poniedziałek 21 lutego 2005 r. wieczorem Krzysztof K. brał prysznic w swoim domu w podwarszawskim Wołominie. Nie słyszał dzwonka telefonu. Gdy wyszedł z łazienki, zobaczył na wyświetlaczu komórki dwa nieodebrane połączenia. Dzwonił Beksiński. K. próbował oddzwonić. Bez skutku. Na automatycznej sekretarce nagrał się jego głos. "Panie Zdzisławie, dzwonił pan przed chwilą do mnie. Czy coś się stało? Nie mogę się do pana dodzwonić. Halo, panie Zdzisławie!".

    - Wcześniej nigdy się to nie zdarzało - opowiadał później Krzysztof K. - Godzinę połączenia mam zapisaną w aparacie: 21.30. I 58 sekund.

    Zaniepokojony wybrał numer do szwagra malarza. Jeszcze przed północą spotkali się pod drzwiami mieszkania na trzecim piętrze bloku na Służewie, przy Sonaty 6. Domofon milczał, na pukanie nikt nie odpowiadał. Nie mogli się dostać do środka. Zdecydowali się wybić dziurę przy drzwiach. Poszło łatwo, ten fragment ściany był z płyty gipsowo-kartonowej. Krzysztof K. o tym wiedział, bo sam ją stawiał, gdy łączył dotychczasowe mieszkanie z kupioną przez malarza po sąsiedzku kawalerką.

    K. i szwagier artysty przez chwilę bezładnie chodzili po ogromnym mieszkaniu. Beksińskiego nigdzie nie było. Wreszcie zajrzeli na balkon.

    Niedługo potem przyjechali policjanci. Po nich, już następnego dnia rano, pierwsi dziennikarze.

    Gwałtowna śmierć powszechnie znanego artysty zawsze wzbudza zainteresowanie. A co dopiero, gdy ginie malarz, w którego pracach śmierć i to, co z nią związane, były najważniejszym motywem.

    •  

      pokaż komentarz

      Zdzisław Beksiński zawsze grzecznie się kłaniał

      Po studiach na architekturze fotografował, potem rzeźbił, wreszcie zajął się rysunkiem i malarstwem. "Malował sceny o charakterze makabrycznym, w których powtarzały się obsesyjne motywy: czaszki, szkielety, ukrzyżowania, rozkład ciał, turpistyczna erotyka. Technicznie doszedł do swego rodzaju perfekcji. Jego wypracowana przez lata stylizacja wabiła lśniącym, laserunkowo położonym kolorem, gładką, pozbawioną śladu pędzla powierzchnią obrazów" - pisała na łamach "Wyborczej" Dorota Jarecka. I jeszcze: "Podzielił swoją publiczność na dwa nieprzejednane i zwalczające się obozy. Jedni widzieli w jego sztuce żywy nurt myśli filozoficznej i ? piękno najwyższej próby ?- jak pisał krytyk Wojciech Skrodzki. Drudzy uważali jego wyszlifowane formy za czysty estetyzm, za nic więcej niż tylko schematyczną maskę, za którą nie kryje się żaden ani egzystencjalny, ani metafizyczny przekaz".

      W ostatnich latach, zafascynowany nowymi technologiami, eksperymentował z fotografią cyfrową i programami do obróbki zdjęć.
      Opinia sąsiadów była skrajnie różna od tego, co laik mógł wyczytać z jego dzieł. - Przesympatyczny człowiek, pogodny, uśmiechnięty, o wielkiej kulturze. Zawsze grzecznie się kłaniał. Gdy tworzył, z otwartego okna słychać było piękną muzykę - opowiadali.

      Do Warszawy przyjechał 28 lat wcześniej z rodzinnego Sanoka. Od początku mieszkał na Służewie. Tam tworzył, tam stracił najbliższych. Żona Zofia zmarła wiosną 1998 r. po ciężkiej chorobie. Rok później, w wigilię świąt Bożego Narodzenia, ich syn popełnił samobójstwo. Tomasz, popularny dziennikarz muzyczny i tłumacz, mieszkał kilka domów dalej. Z odebraniem sobie życia nosił się od młodości. Zdzisław spodziewał się tego. Wchodził na dach swojego bloku i przez lornetkę obserwował mieszkanie syna.

    •  

      pokaż komentarz

      Zlecił własne zabójstwo?

      Policjanci w mieszkaniu przy Sonaty spędzili aż 15 godzin, choć zwykle na oględziny miejsca zbrodni wystarczają trzy, cztery. Szukali odcisków palców, włosów, nitek z ubrania, śladów pozostawionych przez buty. Czegokolwiek, co pozwoliłoby im dotrzeć do sprawcy. Szczegółowo analizowali, co zginęło z mieszkania. Wertowali listy, zajrzeli do poczty elektronicznej, sprawdzili telefon. Czyli robili to co zwykle, tylko znacznie dokładniej. Tak by nawet najmniejszy ślad nie pozostał niezauważony.

      Członek policyjnej specgrupy powołanej do wyjaśnienia zagadki morderstwa mówił nam jeszcze tego samego dnia: - Mamy kilka sznurków, za które musimy pociągnąć, ale na razie nie wygląda to najlepiej.

      Być może jednak już wtedy podejrzewał, że zabójca jest na wyciągnięcie ręki.

      To musiał być ktoś bliski albo przynajmniej ktoś, kogo Beksiński dobrze znał. Osoby, z którymi się nie przyjaźnił, przyjmował w stroju wizytowym. A przecież gdy znaleziono go martwego, miał na sobie szorty i koszulę z krótkim rękawem. I, to pewne ponad wszelką wątpliwość, swojego oprawcę musiał wpuścić do domu sam.

      Ale jaki był motyw? Zemsta? Zaogniony konflikt? Bo raczej nie rabunek. Z mieszkania nie zginęły pieniądze. Na swoich miejscach pozostały obrazy. Szwagier, który był u Beksińskiego kilka dni wcześniej, nie dostrzegł istotnych braków w wyposażeniu. Zwrócił jedynie uwagę, że nie ma aparatu. Ale kto by mordował dla aparatu fotograficznego, choćby cyfrowego?

      - Mógł stać się ofiarą własnej twórczości. Myślę, że jego sztuka działała na chorych ludzi, schizofreników, nadwrażliwców - mówił malarz Edward Dwurnik. - Może z kimś takim się zaprzyjaźnił? A może kogoś o to poprosił? Może zaplanował i zlecił własne zabójstwo? Wcale bym się nie zdziwił. To byłoby dopełnienie jego sztuki.

    •  

      pokaż komentarz

      Nie cierpię żadnych zmian

      Krzysztof K. znał Zdzisława Beksińskiego przynajmniej od dziesięciu lat. Robił dla niego drobne prace remontowe, przeróbki w mieszkaniu, czasem pomagał w zakupach. Szwagier artysty mówił o K.: - Przypadł Beksińskiemu do gustu, złota rączka, fachowiec.

      Był na każde zawołanie malarza, spał z włączoną komórką w oczekiwaniu na telefon. Na Służew z Wołomina jeździła też żona K. Sprzątała mieszkanie, robiła pranie, prasowała. Czasem zabierała ze sobą dzieci, najstarszego syna i dwie córki. Jeszcze później nastolatkowie do pracy przyjeżdżali sami. Beksiński skarżył się, że po tych wizytach giną mu pieniądze. Kwoty były niewielkie, czasem monety z przedpokoju (na napiwki dla dostawców pizzy), czasem 100-200 zł z grubszej gotówki, którą trzymał w szufladzie biurka w pracowni.
      Rodzina K. spłacała Beksińskiemu dług, który zaciągnęła u niego na zakup nowego samochodu. Znajomi artysty zwracali mu uwagę, że znacznie przepłaca za usługi. On sam był tego świadomy, ale nie chciał interweniować. "Zapewne jest to drożej niż standard, ale nie będę zmieniał układu, który się uklepał i funkcjonuje. Nie cierpię żadnych zmian (...). Moją zapewne największą wadą jest brak asertywności i nieumiejętność targowania się, bo targowanie jawi mi się jako mało eleganckie, podobnie jak dłubanie w nosie" - tłumaczył w jednym z listów do dziennikarki Liliany Śnieg-Czaplewskiej.

      W końcu kupił jednak niewielki sejf, z cyfrowym zamkiem. Krzysztof K. zamontował go w pracowni malarza kilka miesięcy przed jego śmiercią.

      Osoba K. od początku nie dawała policjantom spokoju. Opanowany, ale czujny. Bez oporów rozmawia z dziennikarzami, ale wydaje się trochę wycofany. Jest jeszcze w szoku po śmierci pracodawcy czy może po prostu nie mówi wszystkiego, co wie?

      Śledczy zastanawiają się, dlaczego od razu nie wezwał policji albo straży pożarnej, która weszłaby do mieszkania po drabinie? Po co rozkuwał ścianę, zamiast poszukać wśród bliskich ofiary osoby, która miała klucze? Jak to się stało, że miał przy sobie narzędzia potrzebne do przebicia płyty?

      I jeszcze jedno: co w poniedziałek pod wieczór robił jego syn?

    •  

      pokaż komentarz

      Wiedziałem, że stchórzysz

      Policja zatrzymała 44-letniego Krzysztofa K. w środę wieczorem, dwa dni po zabójstwie. Ale nie tylko jego. Na drugie piętro Pałacu Mostowskich przyprowadzono też jego 19-letniego syna Roberta oraz jego kuzyna Łukasza K., 16-latka.

      W piątek rano wszystko było już jasne. Ojciec nie miał z morderstwem nic wspólnego. Zabił Robert, Łukasz mu pomagał.

      W Wołominie szok. Nikt nie wierzy, że za zbrodnię, która wstrząsnęła całą Polską, odpowiadają dwaj chłopcy z normalnych, porządnych, jak to się mówi w telewizji, domów.

      Prokuratura jest pewna, że byli w zmowie od początku. Łukasz miał stać na czatach, Robert - zamordować, gdyby zaszła taka konieczność. Do Beksińskiego pojechał, by poprosić o 10 tys. zł pożyczki. Potrzebował pieniędzy, bo szantażowali go lokalni bandyci. Od jednego z nich, tłumaczył później w prokuraturze, pożyczył w dyskotece 200 zł, nie oddał i dług drastycznie urósł. Grozili, że zrobią krzywdę siostrom Roberta.

      Liczył się z tym, że artysta odmówi, więc wziął ze sobą nóż. Gdy już było po wszystkim, Łukasz pomógł mu wynieść ciało na balkon. Mopem starli (wiadomo, że nieudolnie) krew z podłogi. Zabrali dwa aparaty fotograficzne (każdy wziął po jednym) i setkę płyt CD.

      Ale czy rzeczywiście Łukasz od początku wiedział, że jadą do Warszawy zabić malarza? Przed sądem twierdził, że spotkał kuzyna przypadkowo, do samochodu wsiadł, bo Robert zaproponował odwiedziny u swojej dziewczyny. Dopiero po drodze zorientował się, że jadą w innym kierunku. Pomysł zabójstwa, o którym Robert powiedział mu podczas jazdy, potraktował jako makabryczny żart.

      Sąd nie był pewny wersji przedstawionej przez prokuraturę. Oskarżeni mówili co innego, zmieniali przedstawiane przez siebie wersje wydarzeń. Różniły się szczegóły, ale istotne. Ostatecznie Robert K. został skazany za zabójstwo na 25 lat więzienia. W przypadku Łukasza K. sędziowie nie byli jednomyślni. Przewodniczący pięcioosobowego składu i jeden z ławników złożyli zdania odrębne. Łukasz K. za pomoc "psychiczną" w zabójstwie dostał cztery lata.

      W wersji wydarzeń przyjętej przez sąd kuzyni po przyjeździe na Służew długo nie wchodzili do bloku. Robert chciał już nawet wracać do Wołomina, gdy odezwał się Łukasz: - Wiedziałem, że stchórzysz.

      Wtedy starszy z kuzynów wcisnął przycisk domofonu.

      21.30 i 58 sekund

      Do dziś nie do końca wiadomo, co wydarzyło się za ciężkimi, wzmocnionymi drzwiami mieszkania przy Sonaty 6. Pewne jest, że na początku Łukasz został na klatce schodowej, Robert do środka wszedł sam. Beksiński wpuścił chłopaka, bo myślał, że jest z ojcem. - Zagadała go sąsiadka z parteru, zaraz będzie - wyjaśnił Robert. Potem wyjawił, z czym przyszedł.

      Beksiński się wściekł. Chwycił za komórkę i zadzwonił do Krzysztofa K. Była 21.30 i 58 sekund, gdy Robert sięgnął po starą harcerską finkę z brązową rękojeścią i zadał pierwszy cios. Malarz upadł do tyłu, razem z krzesłem, na którym siedział. Nóż zagłębił się w jego ciele jeszcze 19 razy, z czego osiem w klatce piersiowej, dwa w samym sercu.

    •  

      pokaż komentarz

      @JanParowka: Ciekawe co tam u Roberta K. Mam nadzieje, ze dalej odsiaduje te 25 lat na jakie zostal skazany:

      Kara 25 lat więzienia dla Roberta K. za zabójstwo malarza Zdzisława Beksińskiego jest prawomocna - utrzymał ją Sąd Apelacyjny w Warszawie. Nastoletni kuzyn skazanego - Łukasz K., oskarżony o pomoc w tej zbrodni, będzie miał ponowny proces przed stołecznym sądem okręgowym. 17-05-2007

    •  

      pokaż komentarz

      @JanParowka: Ostatni obraz który namalował : Proroczy ?

      źródło: wykop.pl

    •  

      pokaż komentarz

      @moon_bluebird: Podziurawiony kawałek skóry i krzyż. Ten obraz stał na sztaludze kiedy znaleźli jego ciało.

    •  

      pokaż komentarz

      @janek_kenaj: imo ten ostatni obraz przedstawiał jego rodzinę. 3 kwadraty - 3 nieodległe śmierci w rodzinie. Jego matki, żony i syna. On był ostatnim żywym.

  •  

    pokaż komentarz

    Jak miałem chyba z 10 lat i byłem w Sanoku na wakacjach z rodzicami to ten obraz pamietam do dzis, moj ulubiony:

    źródło: i.wpimg.pl

  •  

    pokaż komentarz

    Z jego twórczością zapoznał mnie kuzyn, jak miałem naście lat. Czytałem wtedy dużo książek sci-fi i ogólnie siedziałem w klimatach fantasy-scifi i geekowych, więc mocno to na mnie zadziałało...

    źródło: rynekisztuka.pl

  •  

    pokaż komentarz

    O co chodzi na jednym z jego najsłynniejszych obrazów:

    GIF

    źródło: media.giphy.com (4.5MB)