•  

    pokaż komentarz

    - Jasiu gdzie się tak dobrze nauczyłeś pływać?
    - Jak byłem mały to ojciec wypływał na środek jeziora i wyrzucał mnie z łódki.
    - O!!! To musiało być bardzo trudne tak dopłynąć do brzegu.

    pokaż spoiler - Najtrudniej to było się wydostać z worka.

  •  

    pokaż komentarz

    My, dzieci PRL. Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć. Oh, wait!

    •  

      pokaż komentarz

      Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać

      @xpert17: Raczej każdy potrafił pływać, bo ci co nie potrafili potonęli, tylko nie było internetów żeby o tym czytać, a w reżimowej telewizji nie wypadało mówić że w komunizmie ktoś tonie... Ale poza tym się zgadza.

    •  

      pokaż komentarz

      @xpert17 w mojej okolicy są historię o dzieciach które zmarły sąsiadkom. Ktoś zachorował. Ktoś inny się utopił w basenie albo jeziorze. Ktoś spadł z dachu. Chyba też było coś o grzybach. Nigdy nie pytałem o śmiertelność. Na wsi dzieci musiały pomagać i nie były pilnowane. Dorosłości dożyło średnio po 4-5. Nie wiem ile było rodzonych. Z tych żyjących dorobili się już tylko po 2-3 ale większość nic.
      Kiedyś ludzie się nie przejmowali bo mieli więcej dzieci bo nie było pewności czy przeżyją. Teraz śmiertelność bardzo mała więc ludziom się nie chce bo mają czas. Tylko pato rodziny mają dużo dzieci i nie zawsze wiadomo które czyje. Ruski dziadek zrobił kilka i się nie przejmował bo i tak część podświadomie była spisana na straty. Był wychowany w innych czasach i to było normalne. Teraz matka zrobi jedno chore i do końca życia musi się zajmować bo samo nie umrze. Nie znam tych dawnych śmiertelnych czasów ale wydaje mi się że było normalniej. Przesadne przejmowanie się matek to efekt postępu cywilizacyjnego.

    •  

      pokaż komentarz

      jeżu, piszecie jak gdybyście naprawdę nie znali tej pasty

    •  

      pokaż komentarz

      @xpert17: Te Kuba Czarnoksiężnik kup se czapkę magiczkę wreszcie i przestań pierdzielić

    •  

      pokaż komentarz

      My, dzieci PRL. Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy

      @stooley32 @xpert17: Jakby ktoś chciał całość #pasta :
      My, urodzeni w przeszłości, z nostalgią wspominamy tamten czas. Nikt nie narzekał.

      Było nas jedenaścioro, mieszkaliśmy w jeziorze... na śniadanie matka kroiła wiatr, ojca nie znałem, bo umarł na raka wątroby, kiedy zginął w tragicznym wypadku samochodowym, po samospaleniu się na imieninach u wujka Eugeniusza. Wujka Eugeniusza zabrało NKWD w 59. Nikt nie narzekał.

      Wszyscy należeliśmy do hord i łupiliśmy okolicę. Konin, Szczecin i Oslo stały w płomieniach. Bawiliśmy się też na budowach. Czasem kogoś przywaliła zbrojona płyta, a czasem nie. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka odcinała stopę i mówiła z uśmiechem, "masz, kurna, drugą, nie"? Nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że wszyscy zginiemy. Nikt nie narzekał.

      Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z gruźlicą, szkorbutem, nowotworem i polio służył mocz i mech. Lekarz u nas nie bywał. Chyba że u babci – po mocz i mech. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Jedliśmy muchomory sromotnikowe, na które defekowały chore na wściekliznę żubry i kuny. Nie mieliśmy hamburgerów – jedliśmy wilki. Nie mieliśmy czipsów – jedliśmy mrówki. Nie było wtedy coca-coli, była ślina niedźwiedzi. Była miesiączka żab. Nikt nie narzekał.

      Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał karę. Dół z wapnem, nóż, myśliwska flinta – różnie. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo — jak zwykle. Potem ojciec wracał do domu, a po drodze brał sobie nowe dziecko. Dzieci wtedy leżały wszędzie. Na trawnikach, w rowach melioracyjnych, obok przystanków, pod drzewami. Tak jak dzisiaj leżą papierki po batonach. Nie było wtedy batonów, dzieci leżały za to wszędzie. Nikt nie narzekał.

      Latem wchodziliśmy na dachy wieżowców, nie pilnowali nas dorośli. Skakaliśmy. Nikt jednak nie rozbił się o chodnik. Każdy potrafił latać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji, aby się tej sztuki nauczyć. Nikt też nie narzekał.

      Zimą któryś ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Czasem akurat wtedy nadjeżdżał jelcz lub star. Wtedy zdychaliśmy. Nikt nie narzekał.

      Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Podobnie jak wybite zęby, rozprute brzuchy, nagły brak oka czy amatorskie amputacje. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego. Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a od pomocy, to jeszcze nikt nie umarł. Ciocia Janinka powtarzała, "lepiej lanie niż śniadanie". Nikt nie narzekał.

      Gotowaliśmy sobie zupy z mazutu, azbestu i Ludwika. Jedliśmy też koks, paznokcie obcych osób, truchła zwierząt, papier ścierny, nawozy sztuczne, oset, mszyce, płody krów, odchody ryb, kogel-mogel. Jak kogoś użarła pszczoła, to pił 2 szklanki mleka i przykładał sobie zimną patelnię. Jak ktoś się zadławił, to pił 3 szklanki mleka i przykładał sobie rozgrzaną patelnię. Nikt nie narzekał.

      Nikt nie latał co miesiąc do dentysty. Próchnica jest smaczna. Kiedy ktoś spuchł od bolącego zęba, graliśmy jego głową w piłkę. Mieliśmy jedną plombę na jedenaścioro. Każdy ją nosił po 2-3 dni w miesiącu. Nikt nie narzekał.

      Byliśmy młodzi i twardzi. Odmawialiśmy jazdy autem. Po prostu za nim biegliśmy. Nasz pies, MURZYN, był przywiązany linką stalową do haka i biegł obok nas. I nikomu to nie przeszkadzało. Nikt nie narzekał.

      Wychowywali nas gajowi, stare wiedźmy, zbiegli więźniowie, koledzy z poprawczaka, woźne i księża. Nasze matki rodziły nasze rodzeństwo normalnie – w pracy, szuwarach albo na balkonie. Prawie wszyscy przeżyliśmy, niektórzy tylko nie trafili do więzienia. Nikt nie skończył studiów, ale każdy zaznał zawodu. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. To przykre. Obecnie jest więcej batonów niż dzieci.

      My, dzieci z naszego jeziora, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli jak nas należy „dobrze" wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez słodyczy, szacunku, ciepłego obiadu, sensu, a niektórzy – kończyn.

      Nikt nie narzekał.

    •  

      pokaż komentarz

      @Rzuku: To wygląda na pastę, tamto nie. Wygląda jakby ktoś to napisał zupełnie na serio. Może jest to tylko wycinek, ale w moim odczuciu w 100% pokrywa się z własną opinią autora, dlatego tym bardziej mam go za idiotę, bo nawet sam tego nie wymyślił.

    •  

      pokaż komentarz

      @xpert17: wykop elita internetu który bierze pasty na serio xD

    •  

      pokaż komentarz

      Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.

      @xpert17: Taaa? Byłem gówniarzem może 8-letnim, była zima z tamtych lat, czyli kupa śniegu i zimno. Nigdy nie lubiłem nosić czapki i przy każdej możliwej okazji ją zdejmowałem (a rękawiczki miałem na sznurku, bo gubiłem). Któregoś dnia szedłem sobie z kolegami, rzucaliśmy się śniegiem i nagle słyszę "eee, załóż czapkę!!!" z budynku oddalonego o jakieś 300m xD Moja ciotka mnie przylukała.

    •  

      pokaż komentarz

      @Syskiev: to pasta z 2010 roku, może w tym czasie mieli tylko ciufcię na liście dozwolonych stron

    •  

      pokaż komentarz

      @flamezz: mało powiedziane wspolczuje jednemu z rodziców takiego mądrego taty. Chyba będzie koniec więzi rodzinnych.

    •  

      pokaż komentarz

      @flamezz: ja pamietam podobna nauke plywania, ze wzgledu na liczne chorobska moja obecnosc na basenie w drugiej klasie byla mizerna (standardzik,zima, nie ma czasu sie porzadnie wytrzeć, wysuszyc lba, ale juz pedzimy z powrotem!) totez w kwestii plywania podczas wakacji nadal ani me ani be. Dziadek smieszkujac zepchnal mnie z pomostu nad jeziorem twierdząc, ze tak sie naucze. Woda akurat mnie zakryla, oczywiscie panika,woda lala mi sie do ust, wyciagneli mnie. Pamietam to mgliscie ale jednak pamietam, jako cos zdecydowanie traumatycznego mimo ze rodzina podeszla do tego jak do zartu. Udalo mi sie na spokojnie nauczyc pływać rok pozniej.

  •  

    pokaż komentarz

    Nas tak uczył pływać nauczyciel wychowania fizycznego w podstawówce na początku lat 90tych(mieliśmy chyba 9 lat). Na basenie staliśmy w kolejce, każdy wskakiwał na rozkaz(od tej strony gdzie woda jest najgłębsza), trener dawał Ci kilka sekund na nauczenie się pływać, jak się nie udało, to podawał Ci długi kij(walił nim w głowę, bo byłeś już pod wodą), łapałeś się kija, wyciągał cię i na koniec kolejki i tak aż do skutku. Kto nie chciał skakać, tego popychał kijem, albo wyręczał się klasowymi łobuzami.
    Ja już za pierwszym razem nałykałem się wody, oczy czerwone od chloru, nie wiedziałem co się ze mną dzieje, coś jak tortury wodą.

    Ten trener to był agent: Mówiliśmy na niego Trupek, gruby, pijacka spuchnięta czerwona(z biegiem lat fioletowa) morda, pił jabole(serio) na boisku na ławeczce jak graliśmy na betonie w nogę, czasem wysyłał chłopaków z ósmej klasy by mu kupili fajki i browara.
    Raz naj?!%ny wytargał mnie za koszulkę i zwyzywał od pedałów, bo nie miałem stroju, innemu koledze sprzedał takiego kopa w dupę jak mu pysknął, że tamten się złożył w pół i wpadł pod ławkę, aż Trupek na chwilę wytrzeźwiał ze strachu, zakazał nam o tym mówić.
    Jak mu klasa podpadła, to żeby nastawiać pał robił klasówki z "włefu", pytania były o przebieg jakichś meczów z czasów Bońka i Deyny, wymiary boisk, inne takie.

    W którąś zimę nawalony jak bela zabrał nas na staw przeciwpożarowy i kazał biegać po lodzie w kółko, ale były gleby, jak sam wbiegł to zaczęło trzaskać, Trupek się osrał i się musieliśmy czołgać do brzegu

    Kiedyś startował na radnego, rozdawał wszystkim uczniom ulotki dla rodziców, dostał jeden głos(chyba swój własny), pamiętam jak naj?!%ny chodził po boisku i k@!@ił na żonę że na niego nie zagłosowała.

    Co roku na dzień nauczyciela dostawał od szkoły wędkę z okazji przejścia na emeryturę, osiem lat chodziłem do podstawówki i co roku dostawał wędkę z okazji przejścia na emeryturę, podobno ciągnęło się to 20 lat, znając go, to zostawił sobie jedną wędkę by sobie w weekendy i wakacje kimać nawalonym nad Bugiem, a resztę zamienił na alkohol.

    W 2000 latach kuratorium zrobiło trochę porządek z tymi nauczycielami starszej daty, bo się rozpasali, że strach było chodzić do szkoły, największy przypał był jak przyjechał TVN Uwaga, bo baba od religii, stara panna ropucha biła po głowie dzieci biblią jak gadały lekcji, jakiemuś młodemu wykształconemu z dużego miasta nie podpasowało że mu dzieciaka pismem świętym biją i zrobił dym, a żydkom z TVNu dwa razy mówić nie trzeba było.
    Mi tam bardziej przeszkadzał piskliwy głos babsztyla niż samo walenie biblią, choć raz zamiast w czoło dostałem w potylicę(moja wina, próbowałem zrobić unik), to mnie zamroczyło na chwilę, ale nic nie mówiłem, bo w mojej klasie sama patologia z baraków, nie można było okazywać słabości("kolega" z klasy pobił mnie moimi własnymi sankami jak nie chciałem mu ich oddać).

    Telewizja w sprawie tego bicia biblią przyjechała jak już byłem w technikum, ale przyszliśmy z ziomkami zobaczyć TVN, nawet nas nagrali jak gramy w gałę na betonie, z komentarzem: "absolwenci chętnie wracają do szkoły", mnie nie było widać, tylko moją nogę, dobrze że nas wicedyrektorka przegoniła, bo już do nas szla z mikrofonem babeczka, a my nafukani aż nam zęby skrzypiały.
    Trupek już nie żyje. Zachlał się. ja się wyprowadziłem, to tak nie chlam, ale reszta chłopaków tylko wóda pod sklepem i kryształ.
    a pływać dalej nie umiem.