•  

    pokaż komentarz

    "Heweliusz" zatonął w morzu kłamstwa
    Autor: Marek Błuś

    http://www.ida-octopus.pl/klamstwa.html

    - Ostatnia pozycja
    Na taśmach z Rgen zapisany jest następująca rozmowa z godz. 4.48 (11 minut po nadaniu MAYDAY przez "Heweliusza"): Kpt. Chodkowski: "Jan Heweliusz - Silesia. Czy mógłby pan podać pozycję? My jesteśmy na zachód 22 mile od Arkony, tak że zdaje się, jesteśmy około osiem mil od pana. Kpt. Ułasiewicz: "...moja ostatnia pozycja, którą robiłem, by... (szum) ...szesna... (długi szum) ...osiemdziesięciu stopni..." Kpt. Chodkowski: "Tak, rozumiem". Otrzymanej pozycji kapitan "Silesii" nie rozgłosił. I nikt nigdy w zeznaniach nie wspomniał o tym dialogu. Dodajmy, że nawigator, który ustalał tę pozycję, ocalony III oficer z "Heweliusza", zapamiętał tylko odległość: 16,4 mil morskich. Namiaru nie potrafił sobie przypomnieć. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejszy jest ten szum, wyraz ciszy w eterze. Ale szum, który przerywa wypowiedź zmarłego kapitana, nie jest objawem zaniku sygnału.

    Ten sygnał dotarł w całości do anten radiostacji, zapisał się na taśmie i wraz z nią przyjechał do Polski. Dopiero tutaj coś mu się stało. Cała historia "Heweliusza" oparta jest na psychologicznych fałszach. Samobójczy zwrot... Armator, który nic nie wie o sposobie eksploatacji promu... Kapitanat portu, który nie zna zanurzenia statku... Kapitan samodzielnie podejmujący decyzje zastrzeżone dla dyrektorów firmy... I śledczy, których nigdy nie zainteresowała zawartość taśm z Rgen...Oficjalnie przyznana wersja zdarzeń wygląda mniej więcej tak: wścibski reporter ustalił w 1996 r., po ogłoszeniu kolejnego orzeczenia, że taśmy znajdują się przy aktach Izby Morskiej w Gdyni. Zapytał wówczas jej prezesa, sędziego Witolda Kuczorskiego, czy zna treść nagrań. Ów odpowiedział, że nie, bo nie udało się mu znaleźć odpowiedniego magnetofonu. Reporter zaoferował się, że magnetofon odnajdzie. Panowie uzgodnili jeszcze, że reporter nie będzie prowadził poszukiwań w organach MSW. Po kilku tygodniach cywilny magnetofon był gotowy do pracy. Sędzia i reporter wysłuchali rozmów z tragicznej godziny i nagrali je na swoich dyktafonach. Dziennikarz zobowiązał się zrobić stenogram z nagrania i doręczyć go sędziemu, z czego się wywiązał.

    . Cisza trwała półtora roku. W grudniu 1997 r., na kilka dni przed rozpoczęciem procesu w Odwoławczej Izbie Morskiej, raporter opublikował w lokalnej gazecie artykuł "Taśmy prawdy". Powstał okropny galimatias. Proces trzeba było bezterminowo odłożyć z powodu choroby sędziego, jak sugerowała prasa, "na polecenie z góry". Aż sześć tygodni trwały konsultacje, zanim podjęto decyzję o skierowaniu nagrań do laboratorium kryminalistycznego.
    . Niesłuszne fakty Nieoficjalna wersja losu taśm jest banalna i niebanalna zarazem. Oczywiście wysłuchano je w tajemnicy już podczas postępowania w Izbie Morskiej w Szczecinie. Treść nagrań była ciosem dla reżyserów szczecińskiego spektaklu. Żywe słowa ujawniały fałsze w dokumentach i w zeznaniach.Nikt, kto usłyszałby spokojny głos kpt. Ułasiewicza, nie mógłby uwierzyć w psychiczną niedyspozycję tego człowieka. I co najgorsze, ten przylądek, od którego nie można być NA ZACHÓD. Podjęto więc próbę poprawienia treści dowodu i usunięto z taśmy materiał magnetyczny niosący słowa kapitana o ostatniej pozycji promu: "...była - odległość szesnaście i pół mili od Kollicker Ort, namiar około dwustu osiemdziesięciu stopni..." Jednak wkrótce uznano, że ten jeden zabieg nie wystarczy a jednocześnie zabrakło tupetu, aby proceder wycierania niesłusznych wypowiedzi kontynuować. Taśmy skazano więc na milczenie.

  •  

    pokaż komentarz

    Taka mała anegdotka. Mieszkałem z bratem w Szczecinie na studiach w okolicach Wałów Chrobrego. Duży wysoki blok. Na przeciwko naszych drzwi mieszka/mieszkał (głupio że nawet nie wiem) Pan, który przeżył tą katastrofę. Zresztą było z nim sporo wywiadów i słuchowisk radiowych.
    Nazywa się Edward Kurpiel. Bardzo sympatyczny jegomość.