Jak sądy RFN rehabilitowały zbrodniarzy. Historia wyroku sprzed 65 lat

Jak sądy RFN rehabilitowały zbrodniarzy. Historia wyroku sprzed 65 lat

Ofiary mordu sądowego postrzegano jako „uciążliwych malkontentów”.

  •  

    pokaż komentarz

    Frankfurt nad Menem, jesień 1946 roku, proces denazyfikacyjny nauczyciela:

    „Ale pozwany przedstawia sześciu świadków na dowód swej niewinności, świadków, którzy zapewniają, że nigdy nie słyszeli, żeby się wypowiadał w duchu nazistowskim, i zaświadczają, że słuchał zagranicznego radia (jak wszyscy oskarżeni). Następnie powołuje żydowskich świadków, którzy widzieli, że zachowywał się przyzwoicie wobec Żydów (takich świadków mają wszyscy oskarżeni; jeden kosztuje kilkaset marek), oraz dyrektor szkoły, który co prawda nie był na żadnej jego lekcji, ale zadziwiająco dużo o nich wie, i na końcu młodziutką bibliotekarkę z seminarium nauczycielskiego, która zapewnia, że pozwany jest prawdomówny, ofiarny, obowiązkowy, dba o książki i jest dobry dla dzieci oraz psów (…)”.

  •  

    pokaż komentarz

    Jak sądy RFN rehabilitowały zbrodniarzy. - Czyli historia niemieckiej hipokryzji i podwójnej moralności.

  •  

    pokaż komentarz

    może po prostu byli niewinni? ¯\_(ツ)_/¯

    •  

      pokaż komentarz

      @SmacznyPies:

      XD

      Jasne, że byli niewinni. Niemieccy zbrodniarze tłumaczyli się przecież, że "tylko wykonywali rozkazy" - to i ci sędziowie mogli śmiało powiedzieć, że tylko "egzekwowali obowiązujące prawo". Wszystko proste i logiczne, oni są oczywiście niewinni, można się rozejść, co nie?

      Mało kto już pamięta, że wymiar sprawiedliwości RFN był przesiąknięty funkcjonariuszami z nazistowską przeszłością. Początkowo alianci ostro się za nich wzięli - w 1944 roku po prostu odcięli wymiar sprawiedliwości dla byłych wąsikolizów, urządzali procesy całych grup zawodowych (w tym prawników zamieszanych w zbrodnie sądowe), przywrócili sędziów sprzed 1933 roku.

      Ale szybko się zorientowali, że w ten sposób zostało za mało sędziów i prawników na bieżące potrzeby (po wojnie przestępczość - niespodzianka! - zakwitła) i zarządzili szybką "weryfikację". Komu się dobrze z oczu patrzyło i nie brał bezpośredniego udziału w mordowaniu ludzi - tego przywracano do zawodu. Rezultat - wiadomy. Niemiecki wymiar sprawiedliwości stał się bardzo niechętny ściganiu i oskarżaniu ludzi, którzy "tylko wykonywali rozkazy" ¯\_(ツ)_/¯. Gdyby nie upór idealistów typu Fritza Bauera (facet był jednym z tych, których wyrzucono i prześladowano po dojściu Wąsika do władzy), procesy takie jak "drugi proces oświęcimski" nigdy by nie doszły do skutku.

      Nie tylko wymiar sprawiedliwości zresztą miał problem z byłymi hitlerofilami - cała masa polityków miała za sobą działalność w NSDAP albo w swoim czasie otwarcie tasowali wacława pod przemówienia Hitlera. To między innymi dlatego w RFN nastąpiły trzy duże amnestie dla niemieckich zbrodniarzy, dzięki którym bandyci pokroju Josefa Bressera wychodzili na wolność już po kilku latach zamiast po kilkudziesięciu lub w ogóle. Najbardziej zbrodnicza jest amnestia 1960 roku, ponieważ w praktyce uznawała za przedawnione prawie wszystkie zbrodnie wojenne i od tego momentu liczba procesów byłych nazioli w RFN gwałtownie poleciała na pysk.