Wsadził mu lufę pistoletu w usta. Co się działo w pubie Moskwa?

Wsadził mu lufę pistoletu w usta. Co się działo w pubie Moskwa?

@kinlej warszawa.wyborcza.pl #warszawa #muzyka

Jak zaczynało się życie klubowe Warszawy w latach 90

  •  

    pokaż komentarz

    W tym miejscu miksowała się postpunkowa załoga z klientelą mającą niewiele wspólnego z rock’n’rollowym stylem. Pub Moskwa działał tylko kilka sezonów, ale burzliwą historią zapisał się mocnym rozdziałem w dziejach Warszawy początku lat 90.
    Załoga na melanżu snuje marzenia

    Ta historia ma początek pod koniec lat 80., kiedy spotkało się trzech chłopaków: Borsuk, Zając i Długi.

    Borsuk nie pamięta, kiedy poznał Zająca. – Na pewno jeszcze przed studniówką w liceum optycznym na Siennickiej, na której robiliśmy za fotografów. A to było w 87. roku – mówi. Połączyła ich pasja do fotografii i muzyki. Borsuk mieszkał z rodzicami na Ochocie. Zbierał płyty i zmagał się z egzaminami na wydział malarstwa ASP. Zając był przystojny, wysoki, łaknął przygód. Pochodził z Chocianowa na Dolnym Śląsku. Towarzysko związany z Mikrofonami Kanionami, legendarnym muzycznym kolektywem z Lubina. Zaprzyjaźnili się.

    W 1988 r. Borsuk poznał Długiego. Perkusistę o nieprzeciętnym wzroście, który zaliczył przygodę z punk rockiem, kochał soul i funky. Spotkali się w policealnym Studium Nauczycielskim o profilu plastycznym, gdzie zapisali się, żeby uniknąć wojska. Studium mieściło się koło ronda Wiatraczna w budynku, w którym działał też Szkolny Ośrodek Socjoterapii, czyli sławny SOS, szkoła dla zbuntowanej młodzieży. Skończył ją m.in. pisarz Andrzej Stasiuk. Z kolei absolwentem studium plastycznego jest Paweł Althamer.

    Wkrótce Borsuk się ożenił i osiadł z żoną w Malichach pod Pruszkowem.

    Przy domu był warsztat, który prowadził Borsuk. Reperowali tu auta ludzie z warszawskiej załogi. Starego volkswagena ogórka parkował tam Dariusz Hajn, znany jako Skandal, pierwszy wokalista punkowej kapeli Dezerter.

    Do Malich zjeżdżali plastycy i muzycy - na jam sessions, na spotkania towarzyskie. Przycumował tu też na jakiś czas Zając. Na weekendy wpadał Długi. Pojawił się Jasiu, kumpel Zająca z Chocianowa. - Jasiu był ofiarą kuracji psychiatrycznej - opowiada Długi. - Przed wojskiem symulował chorobę psychiczną i trafił do szpitala. Tam przeżył historię jak z „Lotu nad kukułcznym gniazdem”. Dostał tyle psychotropów, że się rozjechał. Mówił powoli i widać było, że coś z nim nie tak.

    W Malichach skleiła się ich paczka. Melanżowali i marzyli o kolorowej artystycznej przyszłości.
    Kowbojki, fura i klub

    Zając wyfrunął z Malich, gdy związał się z Anią, córką znanego trębacza jazzowego, znajomą Długiego z osiedla. Związek rozwijał się tak dobrze, że nie zwlekając wzięli ślub. W podróż poślubną pojechali za pieniądze ojca Ani do Singapuru. Był rok 1990.

    Z Azji Zając wrócił odmieniony. W nowej skórzanej kurtce i butach kowbojkach. Szybko kupił sobie furę. - Ojciec Ani grał na dewizowych trasach i wszyscy myśleli, że za zmianą sytuacji Zająca stoją pieniądze teścia - mówi Długi.

    Pewnego wieczoru spotkali się w Malichach. Do składu dołączył wtedy Mutant, znajomy z Warszawy. Zając oświadczył, że ma gotówkę i zamierza otworzyć coś swojego. - Uradziliśmy, że zrobimy klub muzyczny. Piwo, kawa i muzyka – mówi Długi. Zając miał być inwestorem i szefem, pozostali mieli tam pracować. To był szczyt marzeń.

    Borsuk i Zając znaleźli miejsce - przybudówkę do tylnej ściany kina Moskwa przy Puławskiej. Dotychczas urzędował w niej malarz wielkich afiszy filmowych wywieszanych na frontonie kina. Długi: - Miejsce na klub było w sam raz.

    •  

      pokaż komentarz

      1 październka 1990 r. Zając podpisał z kinem umowę najmu. Lokal miał zaledwie 31 m. kw. i dwa wejścia, z przodu i z tyłu. Jako działalność gospodarczą wpisał wypożyczalnię i skup płyt kompaktowych i analogowych. Wymurowali didżejkę i barek, w którym sprzedawano piwo. Przy dwóch ścianach stanęły barowe stołki. Szklankę można było postawić na przyściennym blacie. Za barem stawali często Zając i Dominika, dziewczyna Długiego. W barmańskim teamie byli jeszcze Jasio i Mutant. Borsuk i Długi zostali didżejami. Ten pierwszy był też menadżerem klubu. – Przywiozłem swój sprzęt – wspomina Borsuk. - Gramofon i wieżę z dwukieszeniowym kasetowcem. Do tego masa płyt: reggae, funky, soul, rock, rap, jazz i elektronika.

      Pub zaczął działać z końcem 1990 r. Z daleka na białej ścianie było widać wielkie litery z nazwą klubu - A & P. Inicjały Ani i Piotrka (tak miał na imię Zając). Ale wszyscy mówili Pub Moskwa. Na początku prowadzili też wspomnianą wypożyczalnię płyt. Płyty jednak nie wracały. Z trzystu kompaktów po jakiś czasie zostało kilkanaście.

      Do pracy przychodzili o szesnastej. O siedemnastej schodzili się ludzie. Impreza trwała do następnego dnia. Ostatni wychodzili nierzadko w południe. - Byliśmy młodzi, mieliśmy niespożyte zapasy energii i zdrowia - mówi Długi. Pracowali na dwie zmiany, co drugą noc, żeby solidnie odespać.

      To przeszło nasze wyobrażenia

      Lotem błyskawicy rozeszła się fama, że za kinem Moskwa powstał pierwszy w mieście bar dla frików. Co noc ludzie tłoczyli się w środku i przy wejściu. Postpunkowa załoga miksowała się z normalsami. Częstym gościem był aktor Dariusz Jakubowski. Do zielonej amerykańskiej parki przyczepiał biały znaczek zespołu Armia. Wpadał Szymon Majewski pożyczyć od didżeja płyty, które puszczał potem w radiu. - Chcieliśmy zrobić kameralny klub. To co się wydarzyło przerosło nasze oczekiwania - mówi Długi.

      Wchodziło się na wizjer. Trzeba było zapukać, a wtedy uchylała się klapka w drzwiach i jeśli pracownik baru uznał, że chce kogoś wpuścić, to wpuszczał. Jak się wkrótce okazało powodem tego rytuału był również strach Zająca z powodu jego licznych zadłużeń u dostawców i innych osób. Oni zwykle pukali w drzwi do godziny szesnastej. Do tej godziny pracowała też kierowniczka kina, potem nie było stresu, że przyjdzie, gdy w „wypożyczalni” będzie sprzedawany alkohol.

      Dni zlewały się z nocami w niekończący się korowód imprez. Co jakiś czas grały zespoły. Perkusja lądowała w didżejce, a muzycy grali na stołach. Wkrótce na Polu Mokotowskim otwarto pub Marylin. Ludzie spędzali noce krążąc między Moskwą a Marylin.
      Kryształki pod wycieraczką

      Nocami w Moskwie na ogół było spokojne. Zając prosił, żeby nie palić w środku marihuany. Ludzie wychodzili i palili w kółku. Trzymając szklanki z piwem, bo wtedy konsumpcja piwa poza lokalem nie była wykroczeniem.

      Nie obowiązywała też restrykcyjna ustawa antynarkotykowa. Narkotyki wlewały się szeroką rzeką w zachłystujący się wolnością kraj. Nagle w zasięgu ręki była marihuana, haszysz, amfetamina z Trójmiasta, grzyby halucynogenne i LSD, czyli kwas. Trawę i kwas z Amsterdamu przywoziło kilku chłopaków. Kwas produkowany w formie kryształów, przypominających małe kamyczki wysypywali w Holandii na podłogę auta, potem kładli na to wycieraczki. Gdyby celnicy podnieśli wycieraczki, była szansa, że pomyślą, że to tylko zwykłe kamyki.

      Kursowali volskwagenem T3 Wojtka, chłopaka z Mokotowa. Wszyscy byli stałymi bywalcami Moskwy i z reguły to ona była ich pierwszym przystankiem po powrocie. Skandal rozdał kiedyś w Moskwie kilkanaście kwasów. Tamtej nocy pub przeniósł się w inny wymiar.
      Pieniądze z Singapuru

      Pewnego popołudnia, zanim jeszcze zrobił się ruch, do pubu weszło dwóch gości. Podeszli do baru. Za kontuarem stali Zając i Dominika. - Ty jesteś Zając? - zapytali. - Tak - padła odpowiedź. Wtedy jeden z facetów wyjął pistolet i wsadził lufę w usta Zająca. Powiedział:- Masz 24 godziny, by oddać kasę.

      Okazało się, że Zając dostał pieniądze od kogoś w Singapurze, by oddać komuś w Polsce. Ale dość długo nie oddawał, bo zrobił za nie pub. Po wizycie dwóch gości pożyczył kasę od ojca Ani. I to jej ojciec stał się formalnie właścicielem klubu. Na krótko.

      Sprzedał go Jackowi Romańskiemu z Mokotowa, który w latach 80. był w punkowej załodze. Transakcja odbyła się 4 września 1991 r.

      Jacek Romański: - Dostałem informacje od Skandala, z którym organizowałem wcześniej pierwsze imprezy techno, a znaliśmy się z punkowych czasów, że człowiek, który ma undergrounowy klub nie ma gotówki i lokal podupada. Doceniałem lokalizację i postanowiłem spróbować.

      Muzycy grają nago

      Jacek był akustykiem. Pracował w firmie, która nagłaśniała największe festiwale i trasy koncertowe w Polsce. Został road menadżerem reggae grupy „Living Spiryts” z Berlina Zachodniego. Postanowił zrobić klub, który był sumą jego doświadczeń towarzysko- muzycznych oraz klubowych podróży na trasie Berlin - Madryt.

    •  

      pokaż komentarz

      Po remoncie Moskwa ukazała nowe oblicze. Nad barem pojawił się napis: „Mistrzów świata uprasza się o spokój”. Poza muzyką graną co wieczór przez innego didżeja odbywały się koncerty. W Moskwie wystąpiły Imanuel, Houk, Apteka, This Things, Illusion, Faul, The group 36’6, Zgoda, Gott Vater Gott, The Rebels, Max i Kelner Techno Horror i wielu innych. Jazz zagrała formacja This Things, w której grał m.in. popularny w załodze saksofonista Alek „Korek” Korecki. Były akcje performatywne, wystawy obrazów, fotografii Ady Lyons, grafik satyrycznych Macieja Jerzego i innych sympatyków Moskwy.

      Do legendy przeszedł show zespołu reggae Immanuel. Jego członkowie wystąpili nago, a przed stołami, na których grali tańczyły dziewczyny topless. Koncert oglądała pięćdziesiątka bywalców. Wieść, że muzycy występują nago okrążyła miasto i następnego dnia zjawiło się ponad trzysta osób plus ekipa BBC. Większość chętnych nie zmieściła się w środku, a kapela wystąpiła w ubraniach.
      Facet z granatami

      Borsuk, Długi i Dominika w pewnym momencie mieli już dość zwariowanego, nocnego życia. – Wiele z osób, które wtedy jechały bez trzymanki dziś już nie żyje. Nie wytrzymali naporu narkotyków i prozy codzienności - mówi Długi.

      Zmienił się personel klubu. Za barem stanął Tomek „Gogo” Kożuchowski sławny perkusista punk rockowy, znany z zespołów TZN Xenna, Moskwa i Tilt. Jacek zgodził się zatrzymać Zająca, który od tej pory był barmanem. – Wiedziałem o tej historii z pistoletem. Było mi go żal. Wszystko mu się sypało. Odeszła od niego Ania – wspomina Jacek.

      Pewnego wieczoru Jacka wywołał na zewnątrz jakiś facet. Miał rosyjski akcent i zapytał, czy jest wspólnikiem Zająca. Potem podeszło dwóch mówiących po rosyjsku gości. Jeden pokazał granat. Powiedział, że ma ich więcej. Oświadczyli, że przyszli po resztę długu Zająca - dziesięć milionów plus odsetki. Dali Jackowi dwadzieścia minut. – Jak nie oddasz kasy, to wrzucamy do baru granaty – zapowiedzieli. Jacek wytargował dwa razy więcej czasu. Błyskawicznie zebrał jakąś część kwoty (w milionach, bo było przed denominacją). Dał im pieniądze i wszedł do klubu. I wtedy zwolnił Zająca.
      Człowiek z kosą

      W klubie panowała pacyfistyczna, hipisowka atmosfera. Jednak kiedyś Jacek przeżył straszną przygodę. Z powodu Michała jednego ze stałych bywalców. Michał trenował sztuki walki, malował psychodeliczne obrazy i miał zaburzenia psychiczne. To był dla niego trudny okres. Jednego dnia przebierał się za śmierć i stał z kosą przed wejściem. Innym razem rzucił w Goga tarczą od piły, która wbiła się w cennik na barze. Jacek zapowiedział, że po kolejnym wybryku, zaprowadzi go na policję. Ostrzeżenie nie poskutkowało. Michał pojawił się i rzucał z odległości kilku metrów nożem w drzwi klubu. Ludzie wchodzili i wychodzili tylnym wyjściem.

      Jacek nie wytrzymał i wyszedł. Michał zaczął się oddalać. Spotkali się na przejściu dla pieszych przez Puławską. Jacek chciał go złapać, ale nadział się na nóż, który przebił mu żebra. Cudem wrócił do baru. Powiedział:- „Chyba dostałem kosę”. I upadł. Karetka dotarła na szczęście szybko i lekarze uratowali mu życie.

      W czasie, gdy dochodził do siebie po ataku w klubie zapanował chaos. Moskwa zjechała do świata ciemności. - Przestałem tam chodzić, bo widziałem Centralny - wspomina Długi.

      Moskwa stała się gorącym spotem narkotykowych dilerów. Co jakiś czas przyjeżdżała pod klub policja. Dilerzy nagle opróżniali z towaru kieszenie i plecaki, wyrzucali narkotyki na podłogę i uciekali z klubu. Kiedyś podjechał radiowóz i klub opustoszał. Zostało tylko kilku gości tak zamroczonych, że chyba nie zdawali sobie sprawy z sytuacji. Stróże prawa nie weszli do środka, a oni pozbierali narkotyki z podłogi i balowali kolejne dni. Na ostatnim koncercie zagrali Max i Kelner, czyli nieżyjący już obaj Robert „Afa” Brylewski Paweł „Kelner” Rozwadowski.
      Koniec kubu, koniec kina

      Wszystko skończyło się w 1993 r. Klub dostał wypowiedzenie najmu. Niemały udział miał w tym Marek Kotański, który planował tam świetlicę Monaru. Ostatniego wieczoru barmani i klienci zrobili happening i demolkę.

      W powstałej tu potem świetlicy Kotańskiego zamiast piwa można było kupić herbatę i kanapki. Na tyły kina zaczęli ścigać heroiniści, bywało, że leżeli pokotem przed wejściem. Przerażeni tym okoliczni mieszkańcy wymusili zamknięcie świetlicy.

      Kino rozebrano w 1996 r. Pozostałością po nim są dwa kamienne lwy na chodniku przed budynkiem Silver Screen. Żeby zobaczyć, gdzie był pub Moskwa trzeba przejść na jego tyły. Był tam, gdzie znajduje się tylne wejście do biurowca Europlex.

    •  

      pokaż komentarz

      Zając zmarł w 1998 r. Nie wytrzymało serce, miał 32 lata. Jest pochowany w Chocianowie. Ekipa jeżdżąca po kwasy wpadła kiedyś na granicy i jeden z chłopaków spędził prawie dwa lata w niemieckim więzieniu. Wojtek którego busem jeździli, zabił się w czołówce z tirem. Skandal odszedł zimą 1995 r. Wstrzyknął sobie amfetaminę brudną igłą. Długi został w Warszawie. Jest grafikiem komputerowym, dziennikarzem i gra na perkusji i kongach. Borsuk od kilkunastu lat mieszka w Izraelu. Niedawno otworzył studio fotograficzne w Hajfie. Jacek mieszka w Warszawie z Lidką. Pomagała mu prowadzić klub - od tamtej pory są razem.

    •  

      pokaż komentarz

      @kinlej: wracają stare czasy , rośnie inflacja , przestępczość, złodziejstwo, handel narkotykami , bieda, patologizacja (✌ ゚ ∀ ゚)☞

      źródło: youtube.com 18+

  •  

    pokaż komentarz

    Dzięki za przekopiowanie ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Ciekawy artykuł