Bubu :)

  •  

    Podczas wycieczki trzaska się czasami sporo zdjęć, a później przeglądając je niekiedy znajduje się coś, co człowiekowi bardzo się spodoba. Tak jest w przypadku tego zdjęcia - może dla wielu nie będzie to nic specjalnego, ale mnie i mojej dziewczynie bardzo się spodobało. Cyknięte w Nowym Jorku podczas zabawy z filtrami w S7 : )

    #norkiwpodrozy #zdjecia #mojezdjecie #fotografia #usa #nowyjork pokaż całość

  •  

    Obiecałem ostatnio, że napiszę o rozmowie z urzędnikiem imigracyjnym na lotnisku w Stanach, co też uczynię właśnie dzisiaj.

    Najpierw może jednak napiszę o tym, jak przypadkowo pokonaliśmy jetlag : )

    Ponieważ lot do Chicago mieliśmy koło godziny 13 w niedzielę, przez co na lotnisku musieliśmy się stawić te 2-3 godziny wcześniej (przezorny zawsze ubezpieczony:), a połączenia z Kielc do Warszawy są takie sobie, postanowiliśmy zawitać w stolicy w sobotę, odwiedzając przy okazji koleżankę, która nas przenocowała. Zjedliśmy obiad, pospacerowaliśmy, a wieczorem grzecznie poszliśmy spać.
    I teraz w dużym skrócie: pobudka w niedzielę o 8, śniadanie, transport na lotnisko koło 10, start samolotu około 13. Czekało nas 9 godzin lotu. Na miejscu byliśmy koło godziny 16 miejscowego czasu, stanie w kolejce, rozmowa z urzędnikiem (szerzej będzie opisana poniżej), bodajże o 18 byliśmy już "wolni" i odebrano nas z lotniska. U kuzyna zjedliśmy kolację, odpoczęliśmy po locie i koło północy (już liczę miejscowym czasem) udaliśmy się na spoczynek... Niestety ja praktycznie nie zmrużyłem oka z uwagi na załączającą się co jakiś czas klimatyzację - o 3 czekała nas pobudka, więc ja jakoś się przemęczyłem, za to moja dziewczyna spała jak zabita : D 3 godziny odpoczynku (lub "odpoczynku" w moim przypadku), pobudka, Uber na lotnisko, 5:50 odlot do NY. 2 godziny lotu i na miejscu byliśmy tuż przed 9 (przesunięcie czasu w stosunku do Chicago). Tutaj po bagaże, rozeznanie się z komunikacją (poświęcę na to osobny wpis) i transport autobusem->metrem do mieszkania, później obiad, zwiedzanie i zasłużone kimono około północy. Można więc powiedzieć, że na niemal 48 godzin spaliśmy jakieś 3 (w samolocie do Chicago oglądaliśmy filmy, a lot do NY był za krótki, żeby myśleć o komfortowym wypoczynku). Tym oto sposobem uniknęliśmy jetlagu i mogliśmy się cieszyć normalnym rytmem dnia i nocy.

    No ale dobrze, dotarliśmy na miejsce i czekał nas jeden z najtrudniejszych etapów podróży - rozmowa z urzędnikiem imigracyjnym. Spore kolejki, masa ludzi różnych narodowości (tam co chwilę ląduje i startuje jakiś samolot!), na szczęście część rzeczy załatwiliśmy w kolejce - są tam bowiem automaty samoobsługowe, gdzie można zrobić sobie zdjęcie, zeskanować paszport i odciski palców, dzięki czemu ten etap pomijamy w okienku. Zazdroszczę ludziom, którym nie pocą się ręce - ja mam z tym problem od wielu wielu lat i możecie sobie wyobrazić "pana gąbkę", próbującego 5 minut zeskanować wszystkie palce u każdej dłoni : D Niemniej w końcu nam się udało i przeszliśmy do kolejnej części kolejki, ustawiającej się do okienek z urzędnikami. Wypatrzyliśmy sobie taką kobitkę i pomyśleliśmy, że fajnie byłoby uderzyć do niej. Kolejnym razem chyba wybierzemy jednak jakiegoś faceta. Czekając w kolejce podsłuchałem rozmowę jakiegoś gościa (nie był Polakiem i bardzo dobrze mówił po angielsku). Twierdził, że przyleciał na kilka tygodni, ale nie wie, kiedy będzie wracał i chyba nawet nie miał nigdzie noclegu załatwionego. Urzędnik ciągle dopytywał i stwierdził, że jak ma mu uwierzyć, że zamierza wrócić, skoro nie wie, kiedy wróci i gdzie się zatrzyma. Koniec końców jednak go wpuszczono - jak zatem widzicie, wiele może zależeć... w sumie nie wiadomo od czego : D

    No ale przyszła kolej na nas. Sporo naczytaliśmy się o tych rozmowach - niektórzy twierdzili, że to formalność, inni, że potrafią ostro przemaglować, a nawet sprawdzić twój telefon, pocztę, ewentualnie przetrzepać, czy nie masz czegokolwiek, co rzucałoby chociaż cień podejrzeń na cel twojej wizyty. Przebieg rozmowy wyglądał z grubsza tak:

    - Dzień dobry, jak się pani miewa : )
    - <cisza>
    Po chwili jednak: - Paszporty proszę. Do kogo przylecieliście?
    - Do kolegi.
    - Czym się zajmuje kolega?
    - Ma firmę.
    - Jaką?
    - Z elektryką.
    - Długo się znacie?
    - Ponad 15 lat.
    - Często ze sobą rozmawiacie?
    - Rzadko.
    - Kiedy ostatnio rozmawialiście?
    - Kilka tygodni temu.
    - W jaki sposób się kontaktowaliście?
    - Przez telefon.
    - Macie tu jakichś innych znajomych lub rodzinę?
    - Tak, znajomych, ale nie utrzymujemy większego kontaktu.
    - Jaki jest cel wizyty?
    - Zwiedzanie.
    - Czym się zajmujesz?
    - Jestem tłumaczem.
    - A ty?
    - Pracuję w bibliotece.
    - Ile chcecie tu być?
    - 3 tygodnie.
    - Macie kupione bilety powrotne?
    - Tak.
    - Ile macie pieniędzy?
    - Około 4 000 dolarów.
    Ciach, ciach - pieczątki wbite.

    Niestety na pieczątkach brak informacji co do tego, na ile przyznano wjazd. PODOBNO (jeśli ktoś ma konkretne informacje na ten temat, może się wypowiedzieć, ja nie będę się mądrzył) jakiś czas temu się to zmieniło. Podbiłem jeszcze do innego urzędnika i pokazuję mu paszport i pytam, na jak długo dostaliśmy wjazd. On pyta, na ile chcieliśmy - 3 tygodnie. Odpowiedział, że dostaliśmy na więcej niż trzeba.
    Nasze bagaże czekały na nas jakieś 2 godziny, ale ostatecznie bardzo cieszyliśmy się, że jesteśmy na miejscu i nas wpuszczono. Do okienka można podejść w kilka osób, największa grupa, jaką widzieliśmy, miała 6-8 osób. Nie widziałem, żeby kogoś odesłano z kwitkiem. Pani, która nas obsługiwała, zachowywała cały czas powagę i miałem wrażenie, że w każdej chwili może mnie zastrzelić ; ) Myślę, że kolejnym razem będziemy uderzać do jakiegoś gościa, bo z tego co się napatrzyłem, podchodzili do sprawy dużo luźniej (przykład gościa, który brzmiał, jakby miał tam zostać do końca życia na nielegalu, a mimo to został wpuszczony).

    Czy mogę mieć jakieś rady? Trudno powiedzieć, na pewno trzeba pamiętać, że jednak większość osób zostaje wpuszczona i tylko jakiś procent musi wracać do domu. Nie mam zielonego pojęcia, co tak naprawdę decyduje o odesłaniu (poza jakimś oczywistym krętactwem, gubieniem się w zeznaniach, itp.). Domyślam się, że osoby bezrobotne mają większą szansę na odrzucenie wniosku (może nawet na etapie wizytacji w ambasadzie czy konsulacie, ale znowu - to są tylko moje domysły i zapewne znajdzie się wiele osób bezrobotnych, którym wjazd umożliwiono).

    Czy dostanie wizy sprawi, że kolejne starania będą prostsze? Wydawać by się mogło, że tak - wpuszczono cię raz, wyjechałeś, nie robiłeś problemu. Jednak od kuzyna wiem, że bratu jego dobrego kolegi odmówiono ponownego wjazdu. Zobaczymy, jak to będzie w naszym przypadku, ponieważ z pewnością wykorzystamy okazję, żeby się tam wybrać ponownie.

    Z takich śmiesznych sytuacji - kiedy tylko opuściliśmy budynek lotniska, uderzyło nas chicagowskie gorąco : D To jest nie do opisania, kiedy lecisz z 30 stopni w Warszawie do 35 stopni w Chicago, okraszonych 70% wilgotnością. Nawet mój lot do Irlandii sprzed 12 lat nie był dla mnie takim szokiem, kiedy z -30 przyleciałem na +15.

    Kolejny wpis poświęcę zapewne początkom w Nowym Jorku. Na zdjęciu tymczasem początek naszej podróży i zatrważająca perspektywa 9 godzin lotu.
    Sam samolot wygodny, jedzenie całkiem w porządku, niezłe filmy do obejrzenia. Przygód podczas lotu brak, oczywiście obowiązkowe klaskanie po wylądowaniu.

    W razie pytań jestem do dyspozycji, mogę rozwinąć jakąś kwestię, ewentualnie wspomnieć o czymś kolejnym razem.
    Zachęcam do obserwowania tagu #norkiwpodrozy : )

    #usa #podroze #podrozujzwykopem
    pokaż całość

    •  

      @kondradt: Znajomi nie pokazywali swoich wiz : D Tak czy inaczej temat zamknięty - zdziwiliśmy się, że w paszporcie wyraźnie nie napisano, do kiedy jest wiza a i sami urzędnicy zapytani na lotnisku nie powiedzieli, że to na pół roku ("more than enough" to nadal nie jest "pół roku":).

    •  

      @kondradt: A to ciekawe. Mnie z kolei zatrzymali w Polsce, jak taszczyłem dwie walizki (moja dziewczyna poszła przodem) i przechodziłem przez bramkę "nic do oclenia/zadeklarowania" : D Chyba wyglądałem na grubego przemytnika, bo mi wszystko poprześwietlali i kazali otworzyć każdy bagaż.

    • więcej komentarzy (38)

  •  

    Kolejny wpis spod tagu #norkiwpodrozy i kolejny raz pragnę zaznaczyć na wstępie, że wszystkie opisane pod tym tagiem sytuacje i przygody pisane są z perspektywy osoby, która ich doświadczyła, a która też doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że każdy, kto wybrał się do Stanów czy gdziekolwiek indziej, przeżywa taką wycieczkę na swój sposób i przez pryzmat własnych doświadczeń : ) Dziś będzie nieco praktycznych informacji.

    No dobrze, to wylądowaliśmy w Nowym Jorku 18 czerwca ok. godziny 9 rano.
    Podróżowanie wewnątrz kraju jest o tyle przyjemniejsze, że (mając rzecz jasna wbitą wizę) nie użeramy się z rozmowami i cała lotniskowa przygoda odbywa się dużo sprawniej.
    W podróż z Chicago do NY wybraliśmy się samolotem tanich linii - Spirit. Lot trwał niecałe dwie godziny, a my po ponad 24 godzinach podróży (i "przespanych" trzech - pisałem o tym ostatnio) chyba byliśmy zbyt nabuzowani emocjami, żeby odczuwać jakiekolwiek zmęczenie. Bagaż dotarł z nami bez problemu i mogliśmy zacząć nowojorską przygodę.

    Jeśli wybieracie się do Nowego Jorku na kilka dni, gorąco polecam zaopatrzenie się w MetroCard (koszt 1 dolar za wyrobienie) i np. siedmiodniowy bilet. Z tego co się zorientowałem, bilet ważny jest od dnia, w którym go zakupimy, a nie od danej godziny przez 7 dni, dlatego super się stało, że byliśmy w mieście z samego rana. Zakup karty jest bezbolesny i bezgotówkowy, a tygodniowy bilet kosztuje 32 dolary - zwraca się po jednym czy dwóch dniach. Za jeden przejazd zapłacicie 2,75 dolara, przy czym warto pamiętać, że czasem w cenie jednego biletu można przesiąść się w obrębie danego dworca (choć nie zawsze). Automat z MetroCard znajduje się np. przy wyjściu z lotniska, zaś obok jest punkt informacyjny (np. z zupełnie niepomocnym Hindusem:). Co nas zaskoczyło, to że nawet posiadając tygodniowy bilet, należy "nabyć" (rzecz jasna nie płacimy nic ponad to, co zapłaciliśmy za wyrobienie i nabicie karty) bilet na autobus. Wciskamy sobie taki guzik w automacie obok przystanku, wkładamy MetroCard i z tym świstkiem wsiadamy do autobusu.

    Jeśli macie załatwiony nocleg na Manhattanie lub w jego pobliżu (ewentualnie w pobliżu jakiejś stacji metra), warto zawczasu ogarnąć, jak najlepiej się tam dostać. Jeśli wybieracie się pierwszy raz do NY, to zalecam ogarnąć stacje metra w pobliżu noclegu - nawet jeśli do przejścia mielibyście kilka przecznic, to najlepiej moim zdaniem doturlać się tam właśnie metrem, zamiast przesiadać na autobusy, chyba że nocleg jest w takim miejscu, że stwierdzicie inaczej. Proszę mieć także na uwadze fakt, że my przylecieliśmy na lotnisko LaGuardia i tylko o nim wspominam. Może ktoś ma coś do dodania w związku z innymi lotniskami, sam chętnie się dowiem, bo zapewne kolejny lot do NY odbędziemy na lotnisko JFK.

    W każdym razie transport z lotniska do stacji metra to kilkanaście minut jazdy autobusem. Mając adres mogliśmy doturlać się już na mieszkanie, jednak my właśnie pojechaliśmy w kierunku przystanku autobusowego, z którego później musieliśmy drałować w upale (tak, dla nas to był upał) pod sam dom. Za to okolica odrobinkę rekompensowała niedogodności temperaturowe - widzieliśmy sporo fajnych graffiti, no i wszystko było dla nas nowe. W końcu dotarliśmy na mieszkanie (poświęcę temu osobny wpis), zostawiliśmy bagaż, doprowadziliśmy nieco do porządku i ruszyliśmy na... poszukiwanie obiadu.
    Pech chciał, że tuż obok drzwi do naszego budynku było KFC, a że nie wiedzieliśmy, gdzie się stołować (teraz jesteśmy mądrzejsi o te doświadczenia), to uderzyliśmy właśnie tam - nie było wiadomo, kiedy trafilibyśmy na porządny lokal. Krótko mówiąc nie był to najlepszy wybór, pani z obsługi na 2 osoby doradziła zestaw za 25 dolarów, którym spokojnie najadłyby się 4 osoby. Zaliczamy go jako jeden z dwóch najgorszych posiłków w Stanach - co zabawne, pod koniec naszego pobytu w NY okazało się, że lokal jest zamknięty, bo będą go remontować...

    Jak już przy innej okazji wspominałem, świetnie do zwiedzania sprawdza się GPS. Mieliśmy jednak także małą mapkę Manhattanu, zabraną bodajże z lotniska - pozwalała nam dość sprawnie ustalić, w jakie linie metra wsiąść, żeby dostać się tam, gdzie trzeba. A ponieważ pierwsze wykupione wycieczki mieliśmy zaplanowane za 2-3 dni, to poniedziałek postanowiliśmy poświęcić na jazdę bez konkretnego celu (no dobra, cel jako taki był - Times Square). Dla nas wszystko było nowe i fascynujące.

    O czym warto pamiętać podczas podróżowania metrem? Bilet można "odbić" na bramce raz na 10 minut. Raz mieliśmy taką sytuację, gdzie weszliśmy na peron, ale okazało się, że musimy iść gdzieś indziej i nie chciało nam przyjąć biletu, mimo że na czytniku pokazywało, że bilet jest jeszcze ważny. Na szczęście pracownicy stacji są bardzo pomocni i można do nich uderzyć o pomoc. Zdarzają się oczywiście kombinatorzy, ktoś może nas poprosić o "odbicie" biletu dla niego, widzieliśmy też parkę wchodzącą naraz przez bramkę (co jest niezłym wyczynem:). Może i metro nie zapewni wam dojazdu bezpośrednio w każde wymarzone miejsce, jednak trzeba pamiętać, że to największe metro na świecie - 27 linii i niemal 500 stacji. Dlatego planując podróż naprawdę warto zadbać o mieszkanie w relatywnie bliskim sąsiedztwie jakiejś stacji. Dzięki temu można pozwolić sobie na późne przyjazdy do domu, co pozwoli skorzystać także odrobinę z wieczornego lub nocnego życia.

    Co działało nam na nerwy podczas pobytu w Nowym Jorku to liczba zaczepiających nas ludzi (głównie Murzynów) w miejscach, gdzie kręci się masa turystów. Potrafią próbować wcisnąć każdy kit, zaczynając często rozmowę od tego, jak fajną masz koszulkę. Najlepiej takich ludzi ignorować, oni znajdą sobie kolejny obiekt ataku. Można też odpowiadać po polsku, że ich nie rozumiecie i tyle. Pod żadnym pozorem nie wyciagamy przy nich portfela, nie dajemy żadnego dolara, nic. Raz zaczepili nas "muzycy" i dali nam do rąk swoje (taaa) płyty, już wypisywali autografy, już chcieli wyciągać rękę po pieniądze. Po prostu radzę unikać wyciągania portfela z kieszeni. Śmialiśmy się też, że bezdomni okupują każde skrzyżowanie, ale i ich można rzecz jasna ignorować. Najgorzej to wdać się w dyskusję z takim natrętem - jeden gość chciał nas zaprosić na jakiś wieczór komediowy, a kiedy powiedziałem, że nie jesteśmy zainteresowani, to zacząl gadkę w stylu "ale jeszcze nie wiesz, co chcę zaproponować, a już odmawiasz?". No i przegadałem z nim bite 10 minut na temat tego, jaki to jest "prawdziwy Nowy Jork", że to nie "Hard Rock Cafe", bo tam nowojorczycy prawdziwi nie chodzą, że to nie sklep z M&Msami (fakt, ceny z kosmosu). Nie mówię, że się mylił, ale chodzi o to, że trudno czasem szybko spławić takiego uparciucha, kiedy wdamy się w rozmowę.

    Pierwszy dzień w Nowym Jorku zleciał nam jak z bicza strzelił. Zaczęliśmy coraz bardziej odnajdywać się w tej rzeczywistości, coraz sprawniej korzystaliśmy z komunikacji i coraz bardziej uświadamialiśmy sobie, że musimy znaleźć jakieś polecane knajpy, żeby zjeść coś dobrego - i to się udało, ale o tym będzie w kolejnych wpisach. W komentarzach dodam jeszcze kilka zdjęć z tego dnia.

    Na zdjęciu jedno z graffiti, które rzuciło nam się w oczy w drodze na mieszkanie.

    #usa #podroze #podrozujzwykopem #nowyjork #newyork
    pokaż całość

  •  

    Pytanie głównie do #niebieskiepaski :)
    Czy mielibyście jakiś problem z tym, że wasze #rozowepaski poprosiłyby was o kupno podpasek/tamponów podczas zakupów?
    Bo ostatnio dowiedziałam się, że niektórzy się wstydzą/boją/jest to niehonorowe męskich zakupów ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Czy kupilibyście dziewczynie podpaski/tampony gdyby was o to poprosiła?

    • 503 głosy (63.67%)
      Tak
    • 252 głosy (31.90%)
      Nie
    • 35 głosów (4.43%)
      Tak, ale bym ukrył pod innymi zakupami :)
  •  

    Wiem, że tag #januszepolonizacji porosły pajęczyny, ale pomyślałem, że wrzucę coś nowego, akurat tłumaczymy sobie Captain Spirit od Dontnod i wpadłem na taki tekst, który od razu też przetłumaczyłem:

    BEAVER CREEK
    THE BEST DAM TOWN IN AMERICA

    BEAVER CREEK

    pokaż spoiler NAJLEPSZE MIASTO STAMOWE W AMERYCE


    pokaż spoiler Pomyślałem, że fajna będzie tu gra słów: stanowe, z tamą -> stamowe.


    Pozdrawiam : )

    #angielski #angielskizwykopem #tlumaczenie #jezykiobce #jezykpolski
    pokaż całość

  •  

    [Wybaczcie, że ten wpis będzie może nieco bez polotu, ale od następnego polecimy już za wielką wodę]

    Skoro w poprzednim wpisie załatwiliśmy kwestię wiz (tak, zdaję sobie sprawę z tego, że jedni dostają, inni nie, a jeszcze część zawracana jest na lotnisku w Stanach, ale piszę tutaj ze swojej perspektywy), tak nadszedł czas przygotowań. Śmialiśmy się z dziewczyną, że dobrym sprawdzianem przed dużą podróżą będzie dla nas wyjazd do Danii, który miał miejsce tuż przed rozmową wizową. Pech (a może szczęście) chciał, że zepsuła nam się duża walizka, a że i tak planowaliśmy kupić nową, to wyczekaliśmy dobrą promocję i nabyliśmy dwie walizki kilka tygodni przed podróżą do USA.

    Nie zamierzam tutaj radzić w kwestiach bagażu, walizek, pakowania - to bowiem jest kwestia indywidualna. Mam to szczęście, że moja dziewczyna nie jest pudernicą i nie wozi ze sobą tony kosmetyków - miała swoją kosmetyczkę i z grubsza to tyle. Ponieważ lecieliśmy najpierw do Chicago, by stamtąd polecieć do Nowego Jorku (dlaczego? Taniej było kupić lot Wawa-Chicago-Wawa i osobno Chicago-NY-Chicago krajowymi liniami, niż kombinować w inny sposób), jeszcze w Polsce zadbaliśmy o to, by rozłożyć bagaże jak należy (uwzględniając limit wagowy w tanich liniach amerykańskich, którymi lecieliśmy - około 18 kilogramów), żeby zaoszczędzić sobie przepakowywania i ważenia wszystkiego na miejscu. Koniec końców dzień wylotu zbliżał się wielkimi krokami, a w nas - jak zwykle - budziło się podejście "na co nam to wszystko" : )

    Dużym plusem okazała się pogoda - nie powiem, czy polecam każdemu wyjazd latem, czy jesienią, wiem jedno - im cieplej, tym lepiej sprawa wygląda z ubraniami, ponieważ bierzesz krótkie gacie, koszulki, a jak zamierzasz chodzić w sandałach, to nawet nie bierzesz skarpet (chyba że jedną lub dwie pary awaryjne, np. do... przymierzania butów na miejscu ;). Na szczęście LOT ma limit bagażu na poziomie 23 kilogramów (do tego jeszcze podręczny), więc lecąc w dwie osoby naprawdę można się nieźle dopakować. Trzeba także mieć na uwadzę ewentualne zakupy w Stanach i ująć je w obliczeniach, ale tego chyba nie muszę nikomu uświadamiać : )

    Nie jesteśmy doświadczonymi podróżnikami i dla nas było to największe podróżnicze przedsięwzięcie (do tej pory), dlatego podchodziliśmy do sprawy ostrożnie, czasem może wręcz analitycznie.
    Jeszcze w kraju zakupiliśmy dwie wycieczki w Nowym Jorku (1 World Trade Center oraz Liberty/Ellis Island), lot krajowymi liniami na trasie Chicago - NY, a krótko przed wylotem także ubezpieczenie i... byliśmy gotowi do drogi.
    Nie chciałem pomijać tego etapu w opowieści, ale też nie chciałem go rozwlekać. Podczas przygotowań nie było żadnych niespodzianek : ) Ale jeśli miałbym się na czymś skupić w kolejnych wpisach, lub poświęcić jakiś wpis konkretnemu zjawisku czy też moim spostrzeżeniom na dany temat, dajcie proszę znać.

    Zachęcam do obserwowania tagu #norkiwpodrozy - kolejne wpisy będą dotyczyć już pobytu w Stanach!

    Na zdjęciu nasze wspaniałe walizki (lokowanie produktu:D).

    #usa #podroze #podrozujzwykopem #nowyjork #chicago
    pokaż całość

  •  

    Każda wycieczka zaczyna się od pomysłu, planowania, kupienia biletów - u nas jedną z pierwszych rzeczy, jakie musieliśmy załatwić, było zdobycie wiz do Stanów.
    Początkowo podchodziliśmy do całego procesu sceptycznie - można się tyle nasłuchać o odrzuconych wnioskach, problemach, itd. Jak często się okazuje, obawy były niepotrzebne.

    Myślę, że na wielu stronach problem jest wyolbrzymiony. Fakt, jakiś procent wniosków zostaje odrzucony, ale naprawdę wypełnienie papierów (poprawne!) zajmuje może godzinę. Zrobienie odpowiedniego zdjęcia to najmniejszy problem - wszystkie szczegóły i wymiary podane są na stronie, ale też fotograf najczęściej orientuje się w tej kwestii i zrobi dobre zdjęcie. Umówiliśmy się na wizytę w konsulacie na konkretny dzień i zawitaliśmy pełni obaw do Krakowa. Na miejscu okazało się, dlaczego ludzie tak panikują - wyobraźcie sobie, że trafiły się przynajmniej dwie osoby, które wypełniając wniosek umówiły się na rozmowę w Warszawie. Inny przykład - znajomy mojej mamy, który także wybierał się do USA, miał problemy ze zdjęciem i kazali mu zrobić gdzieś obok konsulatu (tu zrodziły się teorie spiskowe na temat współpracy konsulatu z sąsiednim fotografem:D). Ludzie zwyczajnie mają problem z rozumieniem tego, co czytają - a do wypełniania wniosków wizowych jest w sieci sporo pomocy, jeśli ktoś nie ogarnia do końca angielskiego. Zresztą dla pewności i my mieliśmy otwartą jedną czy dwie takie strony, a wypełnianie każdego okienka wiązało się z podwójnym czy nawet potrójnym sprawdzeniem informacji.

    Straszy się ludzi także samą rozmową. Sugeruje, że należy przynieść jakieś świadectwa, dyplomy, a najlepiej jeszcze zaświadczenie od dentysty. My nie braliśmy niczego ze sobą - tylko paszporty.
    Spotkanie w konsulacie wspominamy jak najmilej. Najpierw okienko paszportowo-odciskowe, później powrót do krótszej kolejki i czekanie na zwolnienie się jednego z trzech okienek z osobami, które nas będą egzaminowały (tekst mojej dziewczyny: Tylko nie do Murzyna, tylko nie do Murzyna...). Rozmowa wyglądała mniej więcej tak i z zegarkiem w ręku zajęła nam 2 minuty (tu także pobierają/sprawdzają odciski palców):

    - Dzień dobry, do kogo państwo lecą?
    - Do kolegi.
    - Czym się pan zajmuje?
    - Tłumaczę gry.
    - O, więc możemy przejść na angielski?
    - Yes : D [i tu rozmowa po angielsku]
    - Jaki jest cel wizyty?
    - Zwiedzanie.
    - Gdzie pan mieszka?
    - W Kielcach, był pan tam kiedyś?
    - Tak, ze trzy razy. A pani gdzie pracuje?
    - W bibliotece.
    - Na jak długo chcą państwo lecieć?
    - 3 tygodnie.
    - Mieszkają państwo razem?
    - Tak.
    - Poproszę paszporty.
    - Miłego dnia : )

    Teraz pozostało nam tylko kupić bilety i czekać na dzień odlotu. Złotówki na dolary zaczęliśmy wymieniać niemalże w dołku, kiedy za dolara płaciliśmy ok. 3,35.
    Paszporty odebraliśmy na miejscu (koszt wysłania dwóch paszportów to gdzieś cena 1,5 biletu w obie strony, a cebula jest w nas silna) po niecałym tygodniu, z wbitymi wizami - a właściwie to promesami wizowymi, pamiętać bowiem należy, że jest to coś na kształt obietnicy wjazdu do Stanów, o czym i tak decyduje urzędnik na miejscu.
    No i, jak to zawsze w naszym przypadku, zaczęło się biadolenie: na co nam ta Ameryka... : D

    Rzecz jasna nie mogło obyć się bez przygód, ale o tym wspomnę w kolejnych wpisach spod tagu #norkiwpodrozy - zachęcam do obserwowania.

    Dla podbicia atencji zdjęcie - nasze ulubione (nazywane przez nas "cebulowymi") rolki sushi w naszej ulubionej krakowskiej suszarni - Genji. Cebulowe, bo za takie cudo w czwartki zapłacicie 18 złotych. Po udanej rozmowie w konsulacie smakowało jeszcze lepiej : )

    #podroze #podrozujzwykopem #usa
    pokaż całość

  •  

    Tydzień temu wróciliśmy z dziewczyną z trzytygodniowych wakacji w Stanach. Napstrykaliśmy trochę zdjęć i pomyślałem, że może kilka co ciekawszych ujęć wrzucę na mirko raz na jakiś czas. Nie wiem, czy będę robił osobny tag (nie mam pomysłu na nazwę), niemniej zachęcam do rzucenia okiem : )

    Dla zainteresowanych - 8 dni w Nowym Jorku i niecałe 2 tygodnie w Chicago.
    Zdjęcia robione S7.

    Na początek wieczorna fotka z okolic Chinatown w NY.

    #mojezdjecie #usa #fotografia #zdjecia #nowyjork #podroze #podrozujzwykopem
    pokaż całość

    •  

      @callmemiro: @kizimajaro: Pozwolę sobie jeszcze dodać kilka słów od siebie.

      Ogólnie to uważam, że w przedziale 12-15 dolarów człowiek może najeść się porządnie. Lokale, do których chodziliśmy, oferowały posiłki właśnie w takich cenach. Do naszych ulubionych w NY należą dwa: Joe's Shanghai oraz Jin Ramen - i gorąco polecam odwiedzić oba. W pierwszym przepyszna kuchnia chińska - od pierożków przez makarony, gong bao i kurczaka w sezamie - nażarłem się takich "chinoli" w Polsce i przyznam z ręką na sercu, że ani razu nie jadłem czegoś tak pysznego jak tam.
      Z kolei Jin Ramen to nie tylko rameny - mają także dużo innych specjałów - wrzucę niedługo mały wpis o każdym z tych lokali, bo oba mnie zachwyciły (klimatem, pysznością i ceną :D). Sprawa napiwku faktycznie, warto się upewnić, czy nie doliczają sami i ZAWSZE samemu sprawdzić rachunek od kelnera. Nastawialiśmy się na jedzenie właśnie w przedziale 10-20 dolarów i zawsze mieściliśmy się w budżecie.

      Statua Wolności - my jeszcze w Polsce kupiliśmy wycieczkę na Liberty Island i Ellis Island - tylko nie wchodziliśmy nawet na statuę/cokół, a obeszliśmy ją sobie. Gwoździem programu była wyspa Ellis - gorąco polecam, można tam spędzić spokojnie z 6 godzin.

      Muzea i sugerowana cena - racja, do większości wchodziliśmy za darmo, do Guggenheima daliśmy chyba dychę za nas oboje (i tak, wiedzieliśmy, że opłata jest dobrowolna:).

      My chodziliśmy od rana do wieczora. Co do nocnych eskapad to wszystko zależy MOIM zdaniem od kilku czynników: z kim jesteś, gdzie jesteś i gdzie mieszkasz. Warto zadbać o miejscówkę blisko metra, bowiem BARDZO ułatwia ono i umila zwiedzanie. Warto, jak wspomniałem wcześniej, zrobić rozpiskę darmowych miejscówek i zobaczyć, co jest blisko siebie w dane dni (niektóre mogą być darmowe cały czas) i tak rozplanować pobyt, żeby zaliczyć je wszystkie w okolicy w ciągu dnia. Na przykład dzielnica finansowa + WTC + Ellis/Liberty Island, bo to są te same okolice (fakt, że nie są to darmowe miejscówki, ale daję przykład^^).

      Kupno biletów na konkretne wydarzenia/wycieczki jeszcze z kraju oprócz szansy na zakup czegoś taniej pozwala na ominięcie kolejek - wbijasz na konkretną godzinę i tyle.

      Trasa z punktu 10. kolegi @callmemiro też jest fajna, możesz pójść dalej za siedzibę ONZ i wieczorem obejrzeć sobie rzekę i widoki.

      My mieliśmy o tyle szczęście z kartą SIM, że załatwił ją kuzyn. Niemniej warto podrążyć temat i zawczasu być przygotowanym, bo dostęp do netu bardzo ułatwia poruszanie się po NY. I polecam także mapkę Manhattanu, gdzie wyszczególnione są linie metra.

      Czego nie polecam?
      Wybraliśmy się na Coney Island i ogólnie po drodze mijasz już takie slumsy bym powiedział. Na miejscu jest plaża, park rozrywki, a nas skierowały tam dobre recenzje pizzerii Totonno's. Czy było warto? Wróciliśmy z tamtej okolicy w jednym kawałku więc raczej tak ; )

      Buty faktycznie - warto : D Ja zajeździłem sandały i do tej pory szoruję stopy : D
      pokaż całość

    •  

      @kizimajaro: Jasne, uzgodnię wspólną wersję z różowym i dam znać ; )
      A tak na szybko - mniej darmowych wejściówek (np. tylko dla mieszkańców Illinois) - chociaż jest kilka zajebistych miejsc, gdzie wbijesz za darmo każdego dnia, jedna z bibliotek i centrum kultury (sprawdzę w wolnej chwili i dam konkretne nazwy).

      Na pewno warto kręcić się w okolicy downtown, Navy Pier i ogólnie miejsca łatwo dostępne dzięki liniom metra. Mieszkaliśmy 15 kilometrów od centrum i (bez prawka) jazda autobusem to od nas była godzina dwadzieścia. Autobus spod domu, ale zatrzymywał się na przystanku co 20 czy 30 sekund : D

      Byliśmy na Willis Tower (stare Sears Tower) i powiedzmy, że widok w stronę jeziora Michigan fajny, a na zachód już taka lewizna straszna i paździerz : D
      Ogólnie polecam ROZWAŻYĆ (my nie rozważaliśmy:D) City Pass - zwłaszcza jeśli chcesz spędzić tam 3-4 dni, będzie idealne. Wejście na Skydeck (czyli to Willis Tower) fast passem - nie czekasz 1-1,5 godziny na wjazd na górę, tylko wchodzisz i idziesz do windy. Do tego Art Institute of Chicago (nie weszliśmy, bo wejście chyba 25 dolanów od osoby, darmowe wejście bodajże w czwartek, ale dla mieszkańców Illinois). Wbij w link to zobaczysz, co Ci się spodoba : )

      Darmowe zoo z łatwym dojazdem z okolic Navy Pier. Samo Navy Pier fajne i polecam wbić, dobre do robienia fotek, podobnie jak okolice planetarium (też znajdziesz w Googlu bez problemu).

      Odpuściłbym Chinatown - grzybnia i paździerz do kwadratu, nie umywa się do tego w NY i gorąco odracam tracić czas - mówię to jako fan azjatyckich klimatów). Dobre żarcie znajdziesz w centrum - Big Bowl, Ramen San, sporo miejscówek z deserami. Mam też jeden lokal włoski do odradzenia : D

      Nie załapaliśmy się na wodną taksówkę, bo najpierw były spore upały, a później już daliśmy sobie siana (upały zniechęcały nas do przebywania długo na słońcu, a tak wygląda w dużej częsci rejs taksówką) - za to cenowo spoko, 9 dolarów na cały dzień jazdy (wsiadasz/wysiadasz). No i koniecznie Giordano's i ich deep dish pizza - gorąco polecam, byliśmy 3 razy.

      To tak na szybko, pewnie więcej rozpiszę się w konkretnych wpisach okraszonych zdjęciami^^
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (23)

  •  

    Od czego warto zacząć naukę #unity ? Mam podstawy c# w sumie nawet więcej niż podstawy i chciałabym zrobić jakąś gierkę 2d z własnymi sprite'ami
    Ktoś, coś?
    #programowanie #gamedev

  •  

    Murki szukam nastepnej #grybezpradu #gryplanszowe. Mam:
    - pandemie (zwykla)
    - catan
    - carcassone
    - terraformacja marsa
    - puerto rico
    - tajniacy, 5 sekund, alias, tabu
    - 7 cudow swiata
    - splendor

    Myślę nad
    1) Robinson Crusoe albo
    2) Pandemia Legacy
    Kiedyś wyporzyczyliśmy Horror w Ankrahm ale nam nie przebrneliśmy przez pierwszą rozgywke ( ͡° ʖ̯ ͡°).
    Może jakieś inne propozycje - co-op lub nie warte uwagi do gry w gronie 4 osob?
    pokaż całość

    •  

      @elmyn: Robinson też nie jest zbyt przyjemny podczas pierwszego kontaktu - robiliśmy dwa podejścia. Horror podszedł nam nieco bardziej i kilka razy graliśmy : )

      Jeśli lubisz ciekawe gry + motyw zombie, to na 4 osoby fajnie sprawdza się Zombie 15. U mnie często króluje Zombicide, czasem Talisman, Martwa Zima - ta ostatnia świetnie się skaluje, ale "Gra rozdroży" to versus, nie pamiętam, ale chyba Długa Noc wprowadza element współpracy. pokaż całość

    • więcej komentarzy (14)

  •  

    Hej Mirki, na pewno jesteście mega ciekawi jak wygląda życie programisty, który zrobił gierkę i ją wypuścił na sklep i jest rozbudowana i w ogóle super ( ͡° ͜ʖ ͡°) Dzisiaj mija miesiąc od premiery mojego idle clickera CryptoCoin, Inc. Dla tych którzy jeszcze nic o tym nie słyszeli grę robiłem 10 miesięcy sam w Unity.
    No więc do rzeczy jak dla mnie całkowita klapa, trochę ponad tysiąc pobrań, zarobek rzędu 500 zł (reklamy + mikro), dzieląc to na 10 miesięcy to na aktualny stan rzeczy zarobiłem 50zł / miesiąc :D dramat xD. Reklamy były na wykopie, reddicie (płatne też) i na stronach zajmujących się grami indykami.
    Ocena jest słaba - 3.5 głównie dlatego że na początku było trochę błędów które wyszły po premierze a w testach nie i ludzie wystawili po 1 gwiazdce, pomimo tego że naprawiałem je natychmiast i odpisywałem im że już naprawione nie zmieniali oni swoich ocen co jest dość przykre. Btw Google powinno jakoś wagowo te oceny wyliczać żeby stare oceny liczyły się mniej czy coś.

    Dla tych którzy jeszcze nie widzieli / nie mieli okazji pograć albo grali na początku i coś było zbugowane (przy okazji zapraszam do poprawy oceny jeżeli problem znikł) zapraszam oczywiście do zapoznania się z grą https://play.google.com/store/apps/details?id=com.wexgames.cryptocoin

    Niedługo wrzucę we wczesną bete moją kolejną grę, dam znać!

    #gamedev #unity3d #wexgames
    pokaż całość

    źródło: ccoininc.png

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika CKNorek

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.