•  

    Festyn

    W zeszłym roku wkopałam się w dyżur w trakcie festynu, który cyklicznie odbywa się w wakacje w miasteczku, w którym dorabiam na SORze. Po tym dyżurze obiecywałam sobie, że już nigdy więcej. Przez rok zdążyłam zapomnieć, że taka impreza się odbywa, więc w tym roku jak ostatnia kretynka sama wpisałam się na dyżur na piątek - pierwszy dzień festynu.
    Z zeszłego roku, kiedy dyżur miałam w sobotę, w drugi dzień festynu, pamiętam tylko dziki tłum ludzi przez całą dobę. Karetki co jakiś czas przywoziły pijanych, pobitych pijanych, pijanych po napadach padaczkowych, pojedynczych normalnych pacjentów (nie pijanych). Od zapadnięcia zmroku już tylko najebani.
    W tym roku musiałam wytrzymać tylko siedemnaście godzin festynowego dyżuru. W rytm przebojów disco-polo, które słychać było doskonale w całym szpitalu, kolejne najebane mordy przybywały do SOR różnymi drogami, a po pogotowiem, a to z policją, czasem na piechotę prosto z festynu. Nie wiem czy w tym roku nie było nawet gorzej niż w zeszłym jeśli chodzi o ilość nawalonych, pobitych pacjentów.
    Niestety tego co się zobaczy, nie da się od-zobaczyć. Dziesiątki najebanych opuchniętych mord, kalejdoskop wybitych zębów, ran i potłuczeń. Przez całą noc, przez całą pierdoloną noc.
    Koleś lvl 20 ze złamaną kością jarzmową. Twierdził, że wracał z tego zafajdanego festynu sam i kilku nieznanych sprawców poskakało mu po głowie.
    Kolejny lvl może 28, po przeszczepie, poszedł sobie na piwko na festyn. Wrócił pogotowiem z twarzą zmienioną w kotleta schabowego przez oczywiście nieznanych sprawców.
    Inny z wybitymi kilkoma przednimi górnymi zębami kopem w twarz.
    Lekko zmenelony facet w ubraniu jak Bob Budowniczy miał 5,6 promila alkoholu we krwi.
    Leżący obok niego koleś, trochę młodszy, ale bardziej zmenelony miał jedyne 4,4 promila.
    Była kobieta, która jak oni wszyscy miała patolstwo wypisane na mordzie. O dziwo nie po pobiciu, a po zasłabnięciu. Miała 3,5 promila i zachowywała się prawie jakby była trzeźwa. Nie bełkotała nawet. Wypisała się na własne żądanie.
    - Muszę iść do pracy - stwierdziła i poszła.
    Robiła jakieś jedzenie na tym festynie.
    Całości tej degrengolady dopełniały wizyty policji z zatrzymanymi do badania.
    Nawet nie pamiętam już która to była godzina, może północ, może późnej. Grali “Twe oczy zielone”. Policja przyprowadziła kolesia lvl może 23, który kopniakiem wybił koledze kilka przednich górnych zębów (tak temu, który zgłosił się może z godzinę wcześniej). Jedną rękę miał w gipsie, twierdził, że się przewrócił dwa dni temu i złamał rękę. Biedaczek. Pewnie dlatego musiał użyć nogi. Chciał żebym w papierach policyjnych napisała, że stan zdrowia nie pozwala mu przebywać w pomieszczeniu dla zatrzymanych. Gdy powiedziałam, że nie ma takiej opcji bełkotliwie zapytał.
    - Czy pani jest lekarzem z powołania? - miało to chyba zasugerować, że wysłanie go do pierdla przeczy powołaniu lekarskiemu.
    - Nie - ucięłam, nie chcąc wdawać się w dyskusje z najebanym idiotą.
    Jeśli istnieje powołanie to chyba je mam, ale tej nocy jakoś tego nie czułam.
    Za dużo wyziewów alkoholowych ze szczerbatych mord, za dużo podbitych, zapuchniętych oczu. Aż mi się rzygać chciało od tego smrodu przetrawionego alkoholu.
    Za dużo wyzywania policjantów od psów i kurew.
    Ta bezradność wszelkich służb publicznych wobec agresji i bezmyślności festiwalowego tłumu.
    W kontekst wieczoru pięknie wpisał się policjant, który dostał lecąca z tłumu butelką po piwie w głowę. Na szczęście nic mu się nie stało.
    A to tylko niektóre, z naprawdę wielu rzeczy jakie zdarzyły się tej nocy.
    Tak oto upłynęło te kilkanaście godzin. W rytm festynowego disco-polo, oglądałam kolejne szczerbate zapijaczone mordy, zaglądałam i świeciłam latarką w przekrwione oczy, pielęgniarki pobierały krew, podłączały płyny. Kolejne SOR-owe łóżka, leżanki i ławki zajmowane były przez kolejnych najebanych kolesi.
    Dzicz. Jedyne słowo jakie przychodzi mi do głowy, gdy myślę o tym czego byłam świadkiem.

    #patologiazewsi #patologiazmiasta #szpitalnadoriel

    ###

    Jak mówią słowa znanej piosenki “to już jest koniec, nie ma już nic”. Tak oto moi wspaniali Czytelnicy dotarliśmy do końca moich opowieści. Nie mówię, że jest to koniec definitywny, jednak na pewno kończy się czas systematycznych niedzielnych wpisów i to na długo. Powody dla których muszę zakończyć swoją pisarską działalność na Mirko są zbyt osobiste żeby o nich pisać, ale wierzcie mi, że innej możliwości nie ma.
    Bardzo dziękuję wszystkim Czytelnikom za uwagę, wsparcie, dobre słowa jakie pojawiały się pod wpisami. Mam nadzieję, że mój cel, jakim było pokazanie niektórych aspektów pracy lekarza (w sposób subiektywny) został osiągnięty. Pamiętajcie, że większa część mojej pracy przebiega z normalnymi, najczęściej całkiem miłymi ludźmi, a opisywane przypadki były pewnymi ekstremami. Ale to właśnie takie ekstrema najbardziej zapadają w pamięć i potrafią zaburzyć funkcjonowanie nawet na wiele dni.
    Przez te kilka miesięcy dzięki Wam Czytelnicy mogłam rozwinąć i doszlifować swój warsztat pisarski, za co także bardzo dziękuję.
    Kończąc regularne wpisy, szczerze mówiąc odczuwam ulgę. Rosnąca popularność odbierana jest przeze mnie jako obciążenie, a nie powód do radości czy źródło przyjemności.
    Mam nadzieję, że osoby, którym podobało się czytanie moich historii zrozumieją mój punkt widzenia. Rozumieliście mnie w moich wpisach, myślę, że i teraz tak będzie.
    Ja nauczyłam się wiele od Was, mam nadzieję, że i Wy czegoś się nauczyliście ode mnie.
    Jeszcze raz dziękuję za wspólnie spędzony czas.

    Doriel
    pokaż całość

  •  

    Ostatnie "Okruchy życia" na jakiś czas. Nie wiem na jak długi. Zebrały się prawie same smutne opowieści, ale w sumie wpasowują się w ten ponury jesienny klimat.

    Okruchy życia część 13

    Nadszedł dzień, że wróciła na SOR matka z upośledzoną, utuczoną jak prosię córką. Mamusia karmiła swoim zwyczajem na leżąco i kobieta się zachłysnęla. Dostała od tego zapalenia płuc, ostrej niewydolności oddechowej i po kilku dniach pobytu na OIOM-ie zmarła.
    W swoim krótkim życiu niczego się nie nauczyła, nigdzie nie była, niczego nie poznała poza żarciem, kilogramami żarcia wtłaczanymi w nią jak w hodowaną na pasztet gęś.
    Czy musiało tak być? Nie wiem.

    Pewnego dnia pojawił się na neurochirurgii dziadek z guzem mózgu. Guz okazał się być nieoperacyjny. Dawał mu nieznaczne zaburzenia widzenia. Facet drugiego dnia pobytu na oddziale zaczął dziwnie się zachowywać. Okazało się później, że był alkoholikiem i prawdopodobnie zaczynał się zespół abstynencyjny. Przy wieczornym roznoszeniu leków trafiła na niego akurat młoda pielęgniarka. Dała mu taki plastikowy kieliszeczek z tabletkami. Dziadek nieufnie zaczął wypytywać co to za tabletki. Zanim dziewczyna zrozumiała co się dzieje rozkręcił się na całego, zaczął krzyczeć, że kobieta chce go otruć. Zanim pozostała część personelu, w postaci jeszcze dwóch pielęgniarek i lekarza dobiegła do pokoju, w którym przebywał pacjent, dziewczyna dostała porcelanowym kubkiem w głowę, a tym co pozostało po uderzeniu psychotyczny dziadek rozorał jej połowę twarzy. Wylądowała na OIOMie ze wstrząsem mózgu. Blizna na twarzy pozostanie jej do końca życia.
    Pacjent w opinii psychiatrów nie był winien tego co się stało. Zrzucili wszystko na guza mózgu. Neurochirurdzy mieli odmienne zdanie, ale niewiele mogli w tym temacie zdziałać.
    Może rzeczywiście za psychozę odpowiedzialny był guz, a może ponownie alkoholik zrobił komuś wielką krzywdę i uniknął odpowiedzialności.

    Pewnego dnia pogotowie przywiozło do SORu pacjenta, który tak po prostu padł na ulicy nieprzytomny. Zaintubowany przez kogoś z zespołu karetki z powodu zaburzeń oddychania. Pomimo tlenoterapii wciąż nie udawało się uzyskać odpowiedniego natlenowania krwi.
    - Proszę odessać drogi oddechowe.
    Okazało się, że z drzewa oskrzelowego pacjenta pielęgniarka odessała kawałki smażonej kapusty. Facet zjadł obiad, a zaraz po tym wyszedł na ulicę gdzie padł. Gdy stracił przytomność treść z pełnego żołądka cofnęła się do gardła, a stamtąd została zaaspirowana do dróg oddechowych. Jedno oskrzele zostało całkowicie zatkane tym obiadem.
    To wyjaśniło niskie utlenowanie krwi. Ciężko mieć prawidłową wymianę gazową z płucami pełnymi żarcia.

    Była na SORze nie tak dawno temu Karyna lvl 30. Przyjechała w asyście policji. Idąc zebrać wywiad przeglądałam dokumentację, której w sumie nie było zbyt wiele, same SORowe papierki i dołączona do nich mała karteczka. Na tej karteczce informacja, że kobieta jest obecnie na terapii substytucyjnej metadonem - substytucja uzależnienia od dożylnych opiatów, najczęściej heroiny. Na karcie z pogotowia stało, że Karyna wypiła alko i zemdlała. Na koniec ratownik dopisał jeszcze - pacjentka w pierwszym trymestrze ciąży.
    Karyna była dość mocno pobudzona, ale nie agresywna, opowiadała dużo. A to o tym, że ona nie rozumie czemu mdleje po alkoholu, na przykład tego dnia wypiła dwa piwa 9%, ale zdarzało jej się zemdleć i po jednym 6%. Opowiadała o swoich chorobach, że ma raka, że ma guza w głowie, cholera wie ile z tego było prawdą. Słowotok co chwilę przerywało pytanie.
    - Mogę iść na papierosa?
    Wsadzała wtedy fajkę do ust i prawie biegła do drzwi SORu, a policjant za nią.
    Zanim wypuściłam ją na papierosa zapytałam kontrolnie:
    - Czy to prawda, że jest pani w ciąży?
    - A dla ułatwienia niech pani napisze, że nie jestem - odparła kobieta z uśmiechem.
    Dla ułatwienia czego i komu?
    Mi jakoś nie było do śmiechu.

    Pewnego dnia przyszedł do SOR starszy pan. Dziesięć dni wcześniej zmarła mu żona, z którą przeżyli wspólnie sześćdziesiąt lat. Nie mógł się pogodzić z tą stratą. Nie mógł znaleźć sobie miejsca w świecie bez niej.
    Przyszedł do szpitala prosić o zastrzyk usypiający, po którym by się już nie obudził.

    Dobrych kilka lat temu będąc na stażu podyplomowym byłam świadkiem jak na chirurgię przyjmowany był młody człowiek lvl ok 21 z guzem jądra. Przed zapisem na oddział został poinformowany o celu hospitalizacji, którym była operacja usunięcia tego chorego jądra. Problem zaczął się w momencie, gdy na wejściu chłopakowi podsunięto do podpisu wstępną zgodę na zabieg operacyjny. Szczerze mówiąc, szkoda mi go było jak stał nad tymi papierami i na przemian, to podnosił długopis, a to odkładał, chodził od drzwi do biurka pielęgniarki, próbował negocjować odroczenie zabiegu.
    - Bo wie pani - powiedział wtedy do pielęgniarki - ja mam w sumie ważny egzamin na studiach za parę dni, a przecież nie wyjdę dzień po zabiegu, prawda?
    - Będzie pan miał przełożony ten egzamin, wystawimy panu odpowiednie papiery - zgodnie z prawdą odpowiedziała pielęgniarka, wiedząc doskonale, że egzamin był tylko pretekstem żeby uciec ze szpitala.
    Sytuacja robiła się z każdą chwilą bardziej napięta, gdyż młodzieniec zaczął podawać coraz bardziej irracjonalne argumenty za odroczeniem przyjęcia. Co chwila łapał w rękę torbę ze swoimi rzeczami, by po chwili odstawić ją na podłogę.
    W końcu do akcji wkroczył będący w tym czasie na konsultacji na chirurgii pewien kardiolog. Pracowałam z nim na stażu podyplomowym przez długi czas, swoim zwyczajem nie mógł przejść obok trudnej sytuacji obojętnie.
    - Chłopie - jak zawsze bezpośrednio zwrócił się do młodego pacjenta - ja też bym nie chciał żeby mi jajko wycięli, ale ty masz podejrzenie raka, jak teraz nie zrobisz z tym porządku to umrzesz od tego.
    Młodego jakby ktoś w mordę strzelił. Nie wiem czy nie wiedział jakie ma podejrzenie, czy wypierał to cały ten czas, ale widać było że coś się w nim zmieniło po tych słowach.
    - Znałem kiedyś gościa - poszedł za ciosem kardiolog - który uległ nieszczęśliwemu wypadkowi i spadł z takiego rusztowania na krocze. Jedno jądro zostało całkowicie zmiażdżone i trzeba było je usunąć. Żył tak do końca życia z jednym jajkiem, w międzyczasie zrobił dwójkę dzieci swojej żonie.
    Nie wiem skąd wiedział, że to przekona młodego do poddania się operacji, ale przekonało.
    Jak się później okazało rzeczywiście miał raka jądra.

    #szpitalnadoriel
    #patologiazmiasta #patologiazewsi

    Poprzednie "Okruchy życia"
    pokaż całość

  •  

    Patowa sytuacja

    Któregoś dnia dostałam w spadku po poprzednim dyżurnym pacjentkę, którą jak zapewniał trzeba było tylko wypisać do domu. Babka lvl 85 koniec końców odmawiała wypisu przez ponad dobę. Mówiła, że nie może chodzić od pół roku, od śmierci męża. Chodziła bez problemu do toalety. Miała dobre wyniki badań, nie było wskazań co do przyjęcia do szpitala.
    Gdy pierwszy raz do niej podeszłam babcia dostała słowotoku, zresztą jak za każdym razem gdy ktoś do niej podchodził.
    - Pani doktor, niech mi pani pomoże, ja byłam księgową, ja widzę co tutaj się dzieje. Zgłosiłam, że mam uczulenie na captopril, a dostałam. Daliście mi truciznę! - pod koniec rozdarła się na pół SOR-u.
    - Ale czy coś się dzieje teraz?
    - No przecież cały czas powtarzam, że nie mogę chodzić! Mogę tylko biegać. Wtedy się nie przewracam, a jak chodzę to się przewracam. Wy nie wiecie co mi jest i pani chce mnie wysłać do domu?! - ponownie połowa SOR-u dokładnie usłyszała ostatnie słowa babci.
    Nie pomogły moje próby perswazji.
    - Odmawiam wypisu! Nie ruszę się stąd dopóki mi ktoś nie pomoże, żebym znowu mogła chodzić, a nie biegać. Bo ja pani doktor muszę biegać, bo inaczej się przewrócę - mówiła babcia.
    - Powinna się pani leczyć w ramach poradni neurologicznej, a nie w szpitalu. SOR jest od ostrych zachorowań, a pani twierdzi, że nie może chodzić od pół roku.
    - Pani doktor, ja mieszkam sama, boję się, że nie dam rady zadzwonić po pogotowie jak mi się pogorszy. Nie pójdę do domu. Musielibyście użyć siły żeby mnie stąd ruszyć.
    Pat.
    Nie miałam zamiaru sama szarpać się ze starszą kobietą, ani wzywać do niej policji. Kiedy wyobrażałam sobie, że dzwonię na policję ze słowami - 85-latka odmawia wstania z leżanki - ogarniał mnie pusty śmiech.
    Miałam bardzo dużo pacjentów, więc staruszka okupowała leżankę do rana. Rozmawiała z każdym nowym pacjentem pojawiającym się na sali, na której miała “swoją” leżankę, jadła ciastka i piła herbatę przyniesioną przez sąsiadkę. Normalnie piknik.
    Przekazując dyżur kolejnemu lekarzowi, a trafił się stary SOR-owy wyjadacz z wieloletnim doświadczeniem w różnych sytuacjach, powiedziałam szczerze:
    - Pacjentka nie daje się wypisać, twierdzi, że podaliśmy jej truciznę i nie wiemy co jej jest i dlatego wysyłamy ją do domu…
    Miałam do niej policję wzywać?
    - Rzeczywiście pacjentka jest trudna - włączył się chirurg, który słyszał część moich rozmów z pacjentką.
    - To może wyślemy ją na psychiatrię? - zagaił ktoś.
    - Ale musiałaby się zgodzić… Doriel, no nie wierzę, że nie umiesz wypisać jakiejś babki… - wtrąciła się jedna z internistek z nowej zmiany.
    - Nie ma objawów psychiatrycznych… Sama idź z nią pogadaj i wypisz, proszę bardzo - powiedziałam.
    Dyskusja w takim tonie trwała jeszcze chwilę i została zakończona przez lekarza, który miał się zająć po mnie pacjentką. Z drwiącym uśmieszkiem powiedział tylko:
    - Ja sobie poradzę.
    Gdy przyszłam następnego dnia do pracy i zapytałam co zrobił z tą babcią usłyszałam:
    - Próbowałem ją wypisać, ale się nie dało, więc przyjąłem ją na neurologię, bo na psychiatrię też się nie nadawała.
    Oddział zapewne niewiele babci pomoże.
    Nie ma leków na samotność.

    #szpitalnadoriel
    pokaż całość

  •  

    Okruchy życia część 12

    Na SOR trafiła pewnego dnia dziewiętnastolatka po omdleniu w autobusie. Jechała do pracy. Twierdziła, że poprzedniego dnia wypiła dwa kieliszki szampana. Wszystkim wydawała się jakaś dziwna, więc na wszelki wypadek miała wykonany poziom alkoholu we krwi i narko-test z moczu. Narkotyków nie stwierdzono, za to poziom alkoholu 1,5 promila. Szok i niedowierzanie.
    Te kieliszki pewnie jakieś niewymiarowe były.

    Był kiedyś na SOR-ze facet z bólem brzucha. Oznaczony był w Triage jako zielony (może czekać do 6 godzin). Jednak tak głośno darł mordę, że go ten brzuch “NAPIERDALA”, że podeszłam do niego bardzo szybko.
    Koleś lvl ok 40, cały w słabej jakości i estetyce tatuażach, łącznie z twarzą i dłońmi. Miał nawet wytatuowany brzeg dolnej powieki, jak karykatura Jacka Sparrowa, tylko do tego trochę straszna. Okropnego efektu dopełniały blizny na policzkach i całych rękach. Ożeszkurwa co to? - pomyślałam widząc faceta. Gdy mnie zobaczył od razu przestał się drzeć. Obok leżanki, na której go umieszczono stał Seba lvl ok 20. Synek. Nie mógł ustać w miejscu, tak był pobudzony.
    - Dzień dobry, nazywam się Doriel, jestem lekarzem. Co się dzieje? - zapytałam z profesjonalnym uśmiechem na twarzy.
    - Jaka pani jest ładna. Fajne okulary, pasują - usłyszałam w odpowiedzi.
    Nosz kurwa, podobno cię brzuch boli moczymordo jedna, pomyślałam.
    - Ale pani powie co ojcu jest?! - krzyknął w moją stronę Seba.
    Dom wariatów.
    Kontynuując profesjonalną maskaradę udało mi się zebrać wywiad i zbadać pseudo-Jacka. Twierdził, że nie pije od 3 dni po półrocznym ciągu alkoholowym. Wyglądał na trzeźwego. Później okazało się, że miał 2,5 promila alkoholu we krwi.
    Brzuch bolał go rzeczywiście bardzo, albo tak dobrze udawał.
    W trakcie oczekiwania na wyniki badań przyszedł do mnie ratownik, na którego sali był pseudo-Jack i pokazując mi kartę zleceń powiedział.
    - Czy można by było ewentualnie podać tę Pyralginę, co pani doktor wcześniej zleciła, w zastrzyku, a nie w kroplówce? Może coś jeszcze na uspokojenie? - zasugerował.
    - Wkurwił cię czymś? - zapytałam.
    - Tak. Zachowuje się jak zwierze szczerze mówiąc.
    - No to ok. Pyralgina w jednego poślada, Hydroxyzyna w drugiego.
    - Tak-jest! Na pewno go brzuch przestanie boleć po tym jak mu te zastrzyki zrobię - powiedział ratownik z uśmiechem.

    W piątkowy wieczór, około dziesiątej karetka POZ pojechała do pewnego Janusza. Na miejscu zastali owego siedzącego przed telewizorem z puszką taniego piwa w ręku. W całym domu ciemno, jedna słaba żarówka służyła za całe oświetlenie, syf, wszędzie puszki i butelki po alkoholu, pety, różne inne śmieci.
    Janusz twierdził, że nie dzwonił na pogotowie i nie wiedział nawet, że mieli przyjechać. Doktor wsadził go prewencyjnie do karetki i przywiózł do SOR.
    Gdy tylko zobaczyłam Janusza wiedziałam, że jest źle. Diagnoza uliczna: zdekompensowana alkoholowa marskość wątroby, bardzo zdekompensowana. Wodobrzusze, żółtaczka, obrzęki. Brzuszysko jak u żaby, białka oczu tak intensywnie żółte, jak jeszcze nie widziałam, nogi jak balony. Tragedia. Diagnostyka na CITO i po godzinie miałam już potwierdzenie diagnozy. Poziom żółtego barwnika - bilirubiny, uwolnionej z tej biednej rozpadającej się wątroby trzydzieści razy przekraczał normę (mój dotychczasowy rekordzista). Stąd tak intensywnie żółte oczy.
    Nie wiem czy Janusz przeżył, bardzo prawdopodobne, że nie.
    Jakie życie, taka śmierć.

    Pewnego popołudnia policja przywiozła do SOR dziadka lvl 75, który miał mieć zaburzenia psychiczne. W relacji żony biegał za nią z siekierą. Dziadek twierdził, że siedział sobie w składziku, ostrzył siekierę i za nikim nie biegał.
    To, że za nikim nie biegał od razu uznałam za prawdopodobne, gdy zobaczyłam, że ma duże problemy z chodzeniem. Psychiatra orzekł, że jest zdrowy.
    Żona okazała się być dwadzieścia lat młodsza od męża.
    Motyw jak z filmu. Może kiedyś się dowiem, czy to dziadek fiksował, czy zła żona chciała go wsadzić do psychiatryka i przejąć jego majątek?

    Na studiach na zajęciach z pediatrii widziałam dziecko z wrodzoną różyczką. Jaskra w jednym oku, zaćma w drugim, wada serca, głuchota, małogłowie. Straszny to był widok. Matka dziecka nie została zaszczepiona z nieznanych mi powodów.
    Może gdyby babcia tego dziecka jednak zaszczepiła swoje dzieci, to maleństwo miałoby szansę żyć? Może wtedy matka dziecka nie przeszłaby bezobjawowo różyczki w pierwszym trymestrze ciąży?

    Miała to być smutna historia z morałem, ale taka nie będzie.
    Kilka tygodni temu doszła mnie wiadomość, że Karyna, ta żulica od padaczki i wiecznie zaszczanych spodni nie żyje. Podobno doznała zatrzymania krążenia w trakcie kolejnego napadu padaczkowego, nikt ze świadków zdarzenia nie podjął próby reanimacji, więc w momencie przyjazdu pogotowia kobieta była już warzywem. Zresuscytowana trafiła na oddział szpitalny, by tam po kilku godzinach zakończyć swój żywot. Wszyscy przyjęli tą wiadomość z umiarkowanymi emocjami. Żule zazwyczaj umierają raczej wcześniej niż później.
    Emocje zaczęły się w momencie gdy okazało się, że kobieta, która umarła na oddziale szpitalnym wcale nie była Karyną, tylko inną osobą. Za pomyłkę odpowiedzialna była osoba z policji, która “rozpoznała” ją w szpitalnym łóżku.
    Pomyłka wyszła na jaw, gdy Karyna swoim zwyczajem zjechała na SOR po kolejnym napadzie padaczkowym. Cała i może nie do końca zdrowa, ale zdecydowanie żywa.
    Zmartwychwstanie jest możliwe. Przynajmniej w programie informatycznym do obsługi chorych.

    #szpitalnadoriel
    #patologiazewsi #patologiazmiasta

    Poprzednia część tutaj. Do jeszcze wcześniejszych części trzeba się przeklikać.
    pokaż całość

    •  

      czy ta część o januszu którego przywieźli juz praktycznie żółtego nie dotyczy szpitala na borowskiej we Wrocławiu?

      @dyslexia: Myślę, żę takich przypadków jest w Polsce co najmniej kilka (naście?) tygodniowo. Z różnymi poziomami uszkodzenia narządowego, ale wszystkie podobne.

    •  

      @Doriel czytając te komentarze już wiem czemu odechciało Ci się pisać kolejnych części... Wdawanie się w dyskusję z wypokowymi specjalistami od wszystkiego jest bez sensu. Schemat był taki jak zawsze - w dyskusji sprowadzą Cię do swojego poziomu debilizmu, a potem zabiją doświadczeniem.

      Żule to pasożyty społeczne, nic od siebie nie dają, za to oczekują pomocy na każdym kroku. Zasługują na pomoc raz, może drugi, ale taka "recydywa" powinna być płatna z góry, albo w ogóle nie powinno się im udzielać pomocy. Pije na umór, znaczy chce zdechnąć, jego/jej sprawa.

      Rób swoje, podziwiam za wytrwałość. I wróć kiedyś do pisania :-)
      pokaż całość

      +: Doriel
    • więcej komentarzy (163)

  •  

    Korytarz

    Jest taki Korytarz na jednym z SOR-ów. Nazywany jest różnie, przez jednych “aleją VIP-ów”, przez innych “strefą zieloną”, czy “poczekalnią”. Codziennie kiedy przychodzę do pracy i kiedy z niej wychodzę muszę pokonać większą część tego Korytarza. Idąc do gabinetu jeszcze w cywilnych ubraniach czuję się tak cudownie anonimowa. Jestem tylko kolejnym człowiekiem przemierzającym szpitalne korytarze.
    Po jednej stronie pacjenci porozkładani na leżankach jak towar na sklepowych półkach, po drugiej kolejne otwarte i zamknięte drzwi. Strefa zielona ma to do siebie, że umieszcza się w niej najlżej chorych. W praktyce większa jej część wypełniona jest różnej maści żulami, pomiędzy którymi muszą przebywać normalni pacjenci. Kto może czeka w innej części SOR-u na krzesłach, kto musi mieć kroplówkę ląduje w fetorze Korytarza. Gdy idę tą aleją cierpienia, wkurwu i smrodu czuję na sobie spojrzenia tych bezimiennych w większości istot czekających nie wiadomo na co. Gdy jest szczególnie dużo ludzi, idąc przez Korytarz spotykam dziesiątki par pytających oczu. Przykro mi, nie mam telepatycznego połączenia z innymi lekarzami i nie wiem co się dzieje ze wszystkimi czterdziestoma osobami obecnymi w danej chwili w SOR. Nie mam też kabla od internetu w dupie żeby na bieżąco poznawać wyniki badań. To po prostu tak nie działa.
    Mijam więc te stare i młode twarze obojętnie. Unikam spojrzeń w oczy. Po co dawać komuś fałszywą nadzieję, że jego sprawa została już rozwiązana, a minęło dopiero osiem godzin od momentu rejestracji. Pacjentów jest tak wielu. Trzeba więc czekać: na rejestrację, na badanie lekarskie, na pobranie krwi, na usg czy tomograf, na wyniki badań, na kontrolne wyniki badań. Czasem sprawa, którą można by rozwiązać w kilka godzin zajmuje kilkanaście. A to do tomografii jest kolejka na trzydzieści osób, a wszystkie badania mają status pilne, a to pogotowie przywozi jednego za drugim ciężko chorego i ci lżej chorzy po prostu muszą czekać. Często kiedy uporam się z jednym problemem nie wiem później za co mam się brać - badać nowe osoby, które czekają już od godziny, sprawdzać wyniki badań, uzupełniać dokumentację?
    Najlepiej by było, gdybym była robotem. Wtedy nie musiałabym marnować czasu na toaletę, picie i jedzenie.
    Gdy po południu, pod koniec dnia pracy po raz kolejny przemierzam drogę do gabinetu, Korytarz najczęściej jest już przepełniony do granic możliwości. Łóżka, leżanki, wózki stoją po prostu wszędzie. Ludzie wypełniają wszystkie wolne przestrzenie jak woda - chorzy, zdrowi, odwiedzający, pacjenci, wszyscy stłoczeni na tym pieprzonym Korytarzu.
    Spojrzenia robią się coraz bardziej natarczywe.
    Często ktoś zawoła:
    - Pani doktor! Pani doktor!
    Ni w ząb nie wiem kim jest ten, który woła. Korytarz ludzi patrzy na mnie. Czy zatrzymam się na wołanie chorego, czy przejdę dalej obojętnie?
    Nikogo nie obchodzi, że skończyłam pracę 30 minut temu, a zostałam z poczucia obowiązku. Gdybym nie została dłużej, pacjenci których diagnozowałam mogliby czekać na wypis kolejne kilka godzin.
    - Co się dzieje? - pytam tego, który wołał.
    - Czy wiadomo już jakie mam wyniki badań?
    - A czy ja pana leczyłam?
    - No, nie...
    Wibracje telefonu w kieszeni przypominają mi, że obiecywałam mężowi wyjść o czasie. Jak zwykle nie udało mi się dotrzymać słowa.
    - Proszę zapytać swojego lekarza prowadzącego o wyniki, przepraszam, muszę już iść.
    Odchodzę szybko, bez oglądania się za siebie. Zatrzaskuję drzwi gabinetu.
    Gdy ostatni raz tego dnia przebywam Korytarz, stapiam się z tłumem. Większość osób, które jeszcze przed chwilą łowiły tak natarczywie moje spojrzenie, nawet mnie nie poznaje.
    Rozpuszczone włosy i krótka letnia sukienka zmieniają mnie znowu w człowieka.
    Kolejną anonimową postać przemierzającą szpitalne korytarze.

    #szpitalnadoriel
    pokaż całość

  •  

    Okruchy życia część 11

    Ostatnio znana z poprzednich wpisów Karyna obawiała się, że jest w ciąży. Przyjechała oczywiście po napadzie padaczkowym, najebana tylko do 3,5 promila. Włosy zaczęły jej już odrastać. Ciekawe od ilu lat nie widziała ich naturalnego koloru? Tym razem nie pogadałyśmy za długo bo wyszła z SOR-u jak tylko poznała wynik testu ciążowego. Na szczęście dla ogółu ludzkości nie urodzi się kolejne upośledzone dziecko.
    Nawet nie usłyszałam “do zobaczenia”.

    Pewnego dnia przejmując dyżur dostałam w spadku Janusza z majaczeniem alkoholowym. Brudny i śmierdzący, w zmarszczkach na szyi miał warstwy czarnego brudu. Chwilę przed moim przyjazdem miał napad padaczkowy, więc dostał końską dawkę leków uspokajająco-przeciwdrgawkowych. Gdy obudził się po kilku godzinach podjęłam próbę dogadania się.
    - Musi pan pojechać do szpitala psychiatrycznego na leczenie odwykowe, czy się pan zgadza? - zapytałam.
    - Nie - wyburczał Janusz.
    - Ale dlaczego?
    - Byłem raz i mi nie pomogło. Chcę do domu.
    A takiego…
    Nie mogłam żula wypisać do domu bo mógł umrzeć, albo popełnić samobójstwo w trakcie majaczenia alkoholowego. Świadomość miał zaburzoną, więc w sumie nie mógł wyrazić ani świadomej zgody, ani odmowy.
    Pocieszona tą myślą poszłam do Janusza jeszcze raz i zastałam ciekawy obrazek.
    Kaprawe ślepia zwrócone były na taką wystającą ze ściany butelkę, która jest częścią aparatury do podawania tlenu. Wyciągnął powoli rękę i delikatnie dotknął tej butelki, tak jak chłopak dotyka twarzy ukochanej dziewczyny przed pocałunkiem.
    - Ktoś mi wódkę postawił, a mi się nie chce pić - powiedział z rozmarzeniem.
    Ja pierdolę, pomyślałam. Na głos powiedziałam tylko.
    - To nie wódka. Jedzie pan na konsultację do psychiatry.
    Mam wrażenie, że usłyszał tylko pierwsze zdanie.
    Widziałam autentyczny smutek w jego przekrwionych oczach.

    Na SOR zajechała któregoś dnia matka z upośledzoną córką. Wszystko byłoby fajnie gdyby nie drobny fakt, że kobieta została upasiona przez mamusię do 130-140 kg. Nie chodziła od kilku lat. Trudno było ocenić wzrost, gdyż patrząc na to ciało widziało się jakby powiększonego noworodka, bardziej pasowało ocenić długość ciała niż wysokość.
    Utuczona dziewczyna miała infekcję o nieznanym punkcie wyjścia. Zdjęcie rentgenowskie klatki piersiowej jakoś dało się zrobić, ale największym problemem okazało się pobranie moczu do analizy.
    Nie nasika na zawołanie, ogólnie mamusia sobie nie mogła wyobrazić jak miałaby pobrać ten mocz. Cóż zrobić… Cewnik do pęcherza.
    Potrzeba było 5 osób żeby ją utrzymać i założyć ten pieprzony cewnik. Te uda szersze niż mój tułów, ten wielki brzuch, który trzeba było trzymać żeby odsłonić okolicę krocza, ten kwik…
    Poczułam się jakbyśmy ją zgwałcili.

    Piątkowy wieczór, zwyczajowo zjechał pacjent z DPS.
    Nie było przy nim żadnych dokumentów, a z facetem ledwo się można było dogadać.
    - Co panu dolega?
    - Jestem głodny.
    Dopiero celowane pytania na zasadzie: czy boli brzuch? czy bolą nogi itp. pozwoliły mi dowiedzieć się czegokolwiek.
    Posadziłam pacjenta na poczekalni i zabroniłam mu jeść.
    Poszłam do gabinetu na 5 minut, a gdy wróciłam zobaczyłam faceta jak pożera jakiś placek.
    - Mówiłam że nie wolno panu jeść!
    Po moich słowach facet jak zwierzątko zaczął napychać sobie resztę tego placka do gęby, a stojąca obok gruba baba zaczęła mu go wyrywać.
    - Co pani robi? - zapytałam.
    - Łoj bo ja mu dała tego placka, bo prosił, mówił, że głodny. Zara mu zabiore.
    Wyrwała mu resztki tego jedzenia i schowała do foliowej torebki.
    - Jeść mi się chce - podsumował pacjent.

    Czasami trzeba zostać w pracy dwadzieścia sześć i więcej godzin bez przerwy.
    Przy jednym z takich przedłużonych dyżurów było wyjątkowo gorąco. Nie pomogły mycie się, dezodoranty i zmiany ubrania. Rano pod koniec dwudziestej piątej godziny dyżuru czułam swój zapach. Było lato, czas praktyk studenckich. Stałam na korytarzu i coś opowiadałam studentom kiedy poczułam nieprzyjemny zapach. Chcąc zlokalizować jego źródło półżartem powiedziałam:
    - Czuję nieprzyjemny zapach, czy to ja?
    - To pani - odpowiedział jeden ze studentów, a przynajmniej tak usłyszałam ja i wydaje się inni studenci, gdyż spojrzeli na kolegę z dziwnymi minami.
    Tłumaczył się po chwili, że źle usłyszał pytanie.
    Mam szczerą nadzieję, że nie śmierdziałam aż tak strasznie.

    Był kiedyś taki pacjent, który strasznie niewyraźnie mówił. Na dodatek nieziemsko go wkurwiało, że inni nie rozumieją co chce powiedzieć. Gdy podeszłam do niego wywiązała się “rozmowa”:
    - Dzień dobry, nazywam się Doriel, jestem lekarzem, co panu dolega? - poleciałam standardem, gdyż była najlepsza godzina na wizytę w szpitalu, czyli 2 w nocy.
    Usłyszałam tylko “noga”, reszta była niezrozumiałym bełkotem, ale nie pijaka, tylko człowieka pozbawionego zębów. Wzrokiem stwierdziłam, że miał ich może po 3 na każdą szczękę, wszystkie zepsute.
    - Czy mógłby pan powtórzyć?
    - Nooo kuhrwa, szo s fami jeszt? Głupia jesztes szy szo? Kolejna mnie nie roszumie! - mówił wkurwiony plując dookoła śliną z irytacji.
    - Mówi pan bardzo niewyraźnie, myślę, że przez brak zębów.
    - Ja mófie niefyrhasnie? Nosz kuhwa! To ty gfuha jestesz!
    W takim tonie rozmawialiśmy jeszcze kilka minut. Udawałam, że rozumiem co mówi, bo nie chciałam tego przedłużać. Dowiedziałam się, że pacjenta chyba boli noga, bez urazu. Trafił do neurologa. Szybko nastała godzina zmiany dyżuru i szczęśliwie nie musiałam się już dziadem martwić.
    Współczułam tylko kolejnej zmianie.

    #szpitalnadoriel
    #patologiazewsi #patologiazmiasta

    Poprzednia część tutaj
    Linki do jeszcze wcześniejszych części w tym wpisie.
    pokaż całość

  •  

    Głosy

    Pewnej nocy na SOR położyłam się ok. 2:00. Około 2:30 zadzwonił telefon. Jak zawsze, akurat udało mi się przysnąć. Podeszłam wkurwiona pod dyżurkę pielęgniarek. Na poczekalni siedzieli młodzi kobieta i mężczyzna. Zaprosiłam pacjentkę do gabinetu. Kolejna nerwica, pomyślałam z rezygnacją.
    - Co pani dolega? - zapytałam standardowo.
    - Pani doktor, dzisiaj słuchałam radia - ja pierdolę, pomyślałam po tych słowach, ale nie skomentowałam. Dobrze zrobiłam, że dałam jej powiedzieć do końca. - Już od trzech dni coś się dzieje. Ja w tym radiu słyszałam piosenki o sobie i ludzie w radiu mówili okropne rzeczy na mój temat i bluzgali mnie, a jak tu szłam to głosy gdzieś z tyłu wołały, że mam wrócić, groziły mi - końcówkę powiedziała już płacząc - Nie wiem co się dzieje - załkała - Błagam niech mi pani pomoże!
    - Czy przyjmowała pani jakieś leki, narkotyki, alkohol? - zapytałam.
    - Nie, nic nie brałam - wierzyłam jej.
    - Uważam, że ma pani omamy słuchowe, wymaga to co najmniej konsultacji psychiatrycznej.
    - Mam jeszcze takie uczucie, że ktoś jest za mną, zaraz poza zasięgiem widzenia. Czasem coś mówi, różne rzeczy...
    - Jakie? - zapytałam.
    - Różne złe rzeczy - powiedziała drżącym głosem kobieta.
    Okazało się, że była dotychczas całkowicie zdrowa. Tej nocy wróciła z pracy i usłyszała w wyłączonym radiu piosenkę o sobie. Później było tylko gorzej.
    - Słyszę szepty z tyłu głowy, że powinnam stąd iść. Mówią, że pożałuję jeśli nie wrócę do domu. Boję się - mówiła.
    Gdy czekała przestraszona, obserwowana przeze mnie w pustej poczekalni powiedziała w pewnej chwili:
    - Teraz widzę jak jakaś postać, jest trochę niewyraźna, otwiera i zamyka drzwi zewnętrzne - oczywiście nikogo tam nie było, a drzwi się nie ruszały.
    Kobieta miała duży wgląd w to co jest halucynacją, a co nie jest. Wydaje się, że miała potrzebę upewnienia się, czy coś jest wytworem jej umysłu, czy nie jest.
    Zamówiłam jej transport do szpitala psychiatrycznego. Nie chciałam stawiać rozpoznania w nie swojej dziedzinie, więc na skierowaniu napisałam “omamy wzrokowe i słuchowe”, ale podejrzewam, że była to schizofrenia, pierwszy epizod psychotyczny.
    Kolejna młodość przedwcześnie zakończona przez nieuleczalną chorobę. Tak po prostu.
    Nigdy nie wiadomo, kto od urodzenia jest jak bomba z opóźnionym zapłonem, która może wybuchnąć w każdej chwili.

    #szpitalnadoriel
    pokaż całość

    •  

      wkurwiłam się, bo nie mogłam odpocząc po 18 godzinach pracy.
      @Doriel: a nie byłaś przypadkiem w tym czasie nadal w pracy? odpoczywa się PO pracy, a nie w trakcie.

      Co złego było w pytaniu "Co pani dolega?". Gdzie było olewanie i złe wyrażanie się o pacjentce?
      już widzę jak je zadałaś, tak jak tysiące innych znudzonych lekarzy którzy mają pacjentów głęboko... w poważaniu rzecz jasna

      Jestem wręcz przerażona tym, że szczera wypowiedź na temat warunków mojej pracy spowodowała kolejną lawinę pomyj na mnie i ogólnie na całą OCHRONĘ zdrowia.
      napisałaś, że śpisz w pracy, wkurwiasz się, że ktoś śmiał cię obudzić i teraz dziwisz się, że wylewają na ciebie pomyje?
      nie mów proszę o OCHRONIE zdrowia bo nic takiego nie istnieje. robicie wszystko na odpierdol i na pewno nie jesteś wyjątkiem w tym spierdolonym systemie bo już na pewno zdążyłaś się do niego dostosować i jesteś jak wszyscy.

      i nie narzekaj tak na warunki pracy bo wcale nie macie aż tak źle. gdybyście ponosili realną odpowiedzialność za zrujnowane zdrowie tych wszystkich ludzi przez swoją niekompetencję, olewactwo i pychę to większość z was gniłoby w więzieniach. tymczasem jesteście bezkarni i poza jakimiś jaskrawymi przypadkami gdzie zaszywacie coś komuś w brzuchu jesteście poza prawem.
      pokaż całość

    •  

      @Doriel matko. ( ͡° ʖ̯ ͡°) tego boję się najbardziej. ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    • więcej komentarzy (242)

  •  

    Okruchy życia część 10

    Karyna wróciła ostatnio z wszawicą. Oczywiście najebana po napadzie padaczkowym. Gdy zobaczyłam ją po dekontaminacji, w zielonych jednorazowych ciuszkach z ogoloną na łyso głową, bez rzęs i brwi to mimowolnie się uśmiechnęłam.
    Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, gdy zobaczyłam jak opuszcza SOR. Miała na sobie niezbyt dopasowane ubrania z darów, gdyż jej własne poszły do spalenia ze względów epidemiologicznych. Znalazła się nawet czapeczka na łysą głowę.

    Pewnego piątkowego popołudnia syn przywiózł ojca do SOR. Janusz został posadzony na wózku i czekał na badanie lekarskie. Trafił akurat na zmianę dyżuru, więc stanęłam nad nim z lekarką, od której przejmowałam dyżur i zapytałam czy coś o pacjencie wie. Usłyszałam tylko:
    - Aaaa, ten to jakaś marskość.
    Tyle sama wiedziałam patrząc na Janusza - wodobrzusze, żółtaczka, anemia - marskość wątroby była pewnym rozpoznaniem.
    - Pił pan dzisiaj alkohol? - zapytałam.
    - Piłem - odpowiedział pacjent.
    Wszystko było już wiadomo. Nieważne było, że był akurat piątek, gdybym spytała w poniedziałek odpowiedź byłaby taka sama. Strassen diagnose - alkoholowa marskość wątroby.
    Chwilę po tym jak zalogowałam się w programie do obsługi chorych przyszedł neurolog na konsultację. Zobaczył Janusza i zapytał:
    - A temu co jest?
    - Aaaa, ten to jakaś marskość. Alkoholowa. - odpowiedziałam z głupawym uśmieszkiem.
    - No w sumie widać - skwitował neurolog.
    W tym momencie wszedł zespół z karetki PR. Lekarka widząc Janusza powiedziała tylko:
    - O, marskość wątroby.
    Tym razem Janusz nie wytrzymał i powiedział wkurwiony.
    - Co wy kurwa z tą marskością wątroby, nawet mnie nikt nie zbadał!
    - To nie moja wina, że od razu widać, że to marskość. Trzeba było mniej alkoholu pić.
    Janusz lekko się obruszył, ale zamilkł.
    Oczywiście badania potwierdziły rozpoznanie.
    Czasem do postawienia trafnej diagnozy wystarczy tylko bystre oko i umiejętność łączenia faktów.

    Pamiętam jak na stażu podyplomowym na chirurgii asystowałam do amputacji lewej nogi na poziomie uda. Trwało to coś około 3-4 godzin. Przez większą część operacji musiałam jedynie trzymać tę nogę w górze, od czasu do czasu ustawiałam ją pod innym kątem, zależnie jak chirurg mi polecił. Po godzinie poczułam się już zmęczona. Noga zrobiła się jak z ołowiu. Za radą chirurgów położyłam ją sobie na ramieniu, ale i tak z każdą minutą robiła się coraz cięższa. Gdy w pewnym momencie głęboko westchnęłam wszystkie oczy na sali operacyjnej zwróciły się na mnie, poza oczywiście oczami pacjenta. Zemdleje, czy nie zemdleje obstawiali w myślach. Uśmieszki było widać w oczach, bo wszyscy mieli dolną połowę twarzy zasłoniętą maską. Do omdlenia było mi bardzo daleko, westchnęłam bo bolało mnie ramię.
    - Dobrze się pani czuje? - zapytał stojący obok mnie chirurg.
    - Tak wszystko ok, tylko ta noga strasznie ciężka - odpowiedziałam. Śmiech na sali.
    Jakoś dotrwałam do końca operacji. Pod koniec przestałam czuć barki i ledwo stałam ze zmęczenia. W końcu przy jęku piły do cięcia kości noga została odłączona od ciała i odłożona na bok.
    Po operacji panowie chirurdzy podali mi ręce i podziękowali za asystę.
    Gdyby nie fakt, że słaniałam się ze zmęczenia po tym jak uczestniczyłam w obcięciu człowiekowi nogi, byłoby to wręcz urocze popołudnie.

    Był taki poranek na SOR-ze, którego długo nie zapomnę. Pomimo, że byłam tylko obserwatorem (pacjentami zajmowali się chirurdzy i anestezjolodzy).
    Był mężczyzna, który skoczył z 6 piętra. Jedna z jego stóp była nienaturalnie wygięta pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. W trauma scan (szybkie, przesiewowe CT prawie całego ciała) połamane nogi, miednica.
    Ledwo wyjechał z SOR-u na OIOM kolejna karetka przywiozła ofiarę wypadku samochodowego. Nieprzytomny, zaintubowany, we wstrząsie. Zdecydowano się otworzyć brzuch. Zgodnie z podejrzeniami jama brzuszna okazała się być pełna krwi, jednak rozmiar zniszczeń jakie się dokonały był po prostu przerażający - wątroba i śledziona w kawałkach, naderwana duża żyła prowadząca krew z nóg do serca. Krwawił z tak wielu dużych naczyń krwionośnych, że nie udało się go uratować.
    A to wszystko we wtorek przed 10 rano.

    Pewnego dnia przywieziono na SOR dziewczynkę lvl 19 z nowotworem mózgu.
    Z chorobą walczyła wraz z rodzicami od kilku lat.
    Taka drobna, jak ptaszek. Wygląd niezbyt rozwiniętej fizycznie piętnastolatki. Na brzuchu rozstępy jak po porodzie, twarz “chomika” - efekt leczenia sterydami, bez których już dawno by umarła. Zachowanie grzecznej dwunastolatki.
    Dziewczyna nigdy nie zazna szaleństwa młodości, zbyt późnych powrotów do domu, rozmów z przyjaciółkami, spotkań z chłopcami. W tym wieku powinna dostawać się na studia.
    Próbowała dostać się do szpitala żeby przedłużyć sobie życie.
    Pomyślałam tego dnia, że przynajmniej tyle dobrego, że nawet nie wie ile straciła, a dowiedzieć się już raczej nie zdąży.

    Pewnego dnia trafił na SOR żul po napadzie padaczkowym. Dzień jak co dzień. Kolejny napad wystąpił w trakcie badania lekarskiego. Szybko złapałam kolesia za fraki i obróciłam na bok, tak że wylądował twarzą w moją stronę. Drgawki były na tyle intensywne, że zanim otrzymał leki, jedna z jego rąk wysunęła się poza obręb leżanki i wylądowała idealnie na wysokości mojego tyłka.
    I tak trzymałam żula za zarzygane ubranka, żeby pozostał na boku i nie zadławił się wymiocinami, a ten klepał mnie rytmicznie po biodrze i pośladku do czasu zadziałania leków.

    #szpitalnadoriel
    #patologiazewsi #patologiazmiasta

    Linki do wszystkich poprzednich części znajdziecie w Części 9
    pokaż całość

  •  

    Śmierć w bieli

    Pierwszą śmierć widziałam na praktykach wakacyjnych po pierwszym roku studiów. Umarła wtedy staruszka. Zaczęła umierać w nocy, skończyła nad ranem. Stałam pod ścianą sali i patrzyłam jak wycieka z niej życie. Jak łapie ostatnie oddechy i po prostu gaśnie. Tak po prostu jak zdmuchnięty płomień świecy.
    Śmierć.
    Moja Przyjaciółka, mój największy Wróg.
    Raz krok przede mną, innym razem krok za mną. Wciąż tak blisko. Przychodzi w najmniej spodziewanych momentach. Czasem wyobraźnia podsuwa mi obraz Kostuchy w białym płaszczu szczelnie przykrywającym sylwetkę i twarz. W mojej głowie Śmierć stoi nad szpitalnym łóżkiem, zagląda mi przez ramię przy reanimacji. Czeka.
    Pierwszy raz widziałam nagłą śmierć młodej osoby na stażu podyplomowym. Uczestniczyłam w akcji reanimacyjnej przez ponad godzinę. Stanęliśmy w nierównej walce i przegraliśmy.
    Nie liczyłam nigdy ilu martwych ludzi widziałam, ile zgonów stwierdziłam, czy w ilu uczestniczyłam reanimacjach. Na początku czułam się zawsze nieswojo przy zwłokach. Teraz to po prostu kolejny martwy człowiek.
    Bardzo szybko musiałam nauczyć się, że wszyscy umierają prędzej czy później. Najczęściej starzy, czasem młodzi, prawie zawsze obcy.
    Niekończący się dyżur Śmierci.
    Nagle pojawia się bezładna, falista linia na monitorze - migotanie komór - zatrzymanie krążenia. Czas zwalnia. Czuję wlewające się w moje naczynia potoki adrenialiny. W nagle zgęstniałym powietrzu w zwolnionym tempie dopadam defibrylatora. Pielęgniarka tak powoli podciąga koszulkę pacjenta do góry. Na odsłoniętą klatkę piersiową padają dwa placki żelu przewodzącego. Rozsmarowuję je łyżkami defibrylatora.
    - Ładuję.
    Naciskam przycisk ładowania. Rozlega się charakterystyczny narastający pisk od którego dostaję gęsiej skórki.
    - Odsunąć się!
    Sprawdzam czy nogą nie dotykam pacjenta.
    Wyładowanie.
    Czuć lekki smród palonych włosów. Czas prawie wraca do normy.
    Przykładam palce do tętnicy szyjnej. Słyszę znajome piknięcie oznaczające wykrycie pracy elektrycznej serca równocześnie z falą tętna przepływającą pod palcami. Nawet nie trzeba było intubować.
    Taki scenariusz zdarzył mi się dotąd jeden raz.
    Tak na dobrą sprawę każda reanimacja to walka z poziomą linią na monitorze z zaintubowanym pacjentem bez własnego oddechu. Leki, masaż serca, leki, masaż serca, leki, cały czas masaż do powrotu własnej akcji serca bądź śmierci.
    Mija często ponad godzina, czasem dwie zanim nastąpi decyzja o odstąpieniu od akcji reanimacyjnej. O uznaniu zwycięstwa Śmierci. Trzeba wszystkie emocje schować w głowie, gdzieś głęboko, w końcu jesteśmy w pracy. Ktoś najczęściej pyta:
    - Odstępujemy?
    Chwila konsternacji. Echo serca - krew wykrzepiła w lewej komorze.
    Trup.
    - Odstępujemy.
    Gdy jest już za późno, aby zawrócić kogoś z tej drogi siadam do papierów, ubieram wydarzenia w słowa. Po lekarsku, bezemocjonalnie, wystukuję suche fakty na klawiaturze. Zazwyczaj takie samo zdanie na końcu - pacjenta uznano za zmarłego o godzinie, dnia, miesiąca, roku…
    Jak wiele jest takich pozornych wygranych ze śmiercią. Wraca akcja serca, a oddech i świadomość nie. Wtedy pozostaje czekać, czasem miesiącami. Czasem na życie, częściej na śmierć.
    Pamiętam wiele gwałtownych śmierci, trochę zgonów po wielogodzinnej reanimacji z krótkimi przerwami, w których wracała praca serca. Po takich dyżurach czułam się jak po przebiegnięciu maratonu.
    Było też kilka śmierci w szpitalnych łóżkach na ogólnych salach, zauważonych dopiero rano, tak po prostu, babcia lub dziadek umierał przez sen, cichutko.
    Śmierć nie jest śliczną dziewczyną prowadzącą gdzieś daleko, nie puszczasz ręki ukochanej osoby i nie idziesz za Południcą. Przynajmniej niewielu trafiającym do szpitala jest to dane.
    Śmierć, a może raczej walka z nią to krew i pot, to chrzęst pękających przy reanimacji żeber.
    Stajemy do tych bitew - lekarze, ratownicy, pielęgniarki, wiedząc, że może się nie udać, że zbyt często nie można zrobić już nic. Zbyt często zostaje potem tylko martwe ciało, takie blade, z połamanym mostkiem i wielkim krwiakiem na środku klatki piersiowej.
    Widzę tę poziomą linię, jak płynie po ekranie.
    Śmierć przychodzi w bieli, w smrodzie lateksu, środków dezynfekujących i płynów ustrojowych, w samotności, anonimowości.

    #szpitalnadoriel
    pokaż całość

  •  

    Drogie Mirki i Węgierki, Szanowni Czytelnicy #szpitalnadoriel

    W przeciągu ostatnich tygodni wiele zmieniło się w moim życiu. Na tyle dużo, że nie będę już w stanie regularnie tworzyć wpisów na tag. Gotowego materiału mam na około 2 miesiące i po tym czasie prawdopodobnie wpisy przestaną się pojawiać, albo będą pojawiały się bardzo nieregularnie.
    Liczę na Wasze zrozumienie.

    pokaż spoiler Pijcie ze mną kompot miraski.


    Oczekujcie wpisu w przyszły weekend.
    pokaż całość

  •  

    Okruchy życia część 9

    Ponad dziesięć lat temu na zajęciach z anatomii dotyczących kości kończyny górnej, asystent zapytał kto zna “Wierszyk o kościach nadgarstka”. Zgłosiłam się tylko ja, chociaż ten wierszyk znała ponad połowa grupy. Nie mając już drogi odwrotu zadeklamowałam.
    - Łódka płynie, księżyc świeci, trójgraniasty groszek leci, na trapezie, trapeziku, główka wisi na haczyku. Odpowiednio dla kości: łódeczkowata - os scaphoideum, księżycowata - os lunatum, trójgraniasta - os triquetrum, grochowata - os pisiforme, czworoboczna większa - os trapezium, czworoboczna mniejsza - os trapezoideum, główkowata - os capitatum, haczykowata - os hamatum.
    Zaskarbiłam tym sobie wieczystą sympatię asystenta od anatomii, który był na co dzień bardzo wymagający. Dzięki temu jeden, jedyny raz, kiedy zaliczenie wypadło dwa dni po juwenaliach, nie postawił mi dwói, pomimo, że się nie nauczyłam, tylko pozwolił mi przyjść za tydzień.
    On pozostał człowiekiem, lecz na swojej drodze spotkałam spore grono, któremu się to nie udało.

    Był taki czas, gdy do SOR-u trafiała codziennie lub co drugi dzień taka Karyna lvl 30. Młoda alkoholiczka spędzająca większą część swoich dni z żulami na dworcu. Miał ją kto chciał, pod warunkiem posiadania alkoholu. Karyna przyjeżdżała zawsze po napadach padaczkowych. Prawie zawsze z obszczanymi w kroku spodniami, czasem nawet obsranymi. Leżankę na którą trafiała nieprzytomna po kolejnym napadzie padaczki można było spokojnie namierzyć po zapachu moczu. Którejś nocy przywiozło ją pogotowie oczywiście po napadzie nachlaną do 3,5 promila. Rano wypisała się na własne żądanie.
    - Pić mi się chce, muszę stąd wyjść - usłyszałam od niej, gdy podpisywała stosowne papiery.
    Wróciła po trzech godzinach pogotowiem napierdolona do 5,2 promila. Nawet zdążyła się przebrać. W miarę świeże spodnie, na które zmieniła obszczane legginsy z poprzedniego dnia też już miały plamę moczu w kroku. Pielęgniarki przebrały ją w zielone jednorazowe wdzianko. Odespała kilka godzin w tzw. alei VIP-ów. Gdy wstała do toalety zgubiła gdzieś spodnie i tak człapała bosymi stopami po płytkach podłogi i świeciła gołym tyłkiem wystającym spod zielonej koszulki. Ponownie wypisała się na własne żądanie. Salowa przyniosła jej czerwony worek na śmieci, do którego włożono wcześniej jej ubrania. Spodnie i majtki nadal były mokre. Nasadziła na siebie obszczane, cuchnące ciuszki i opuściła SOR.
    To że wróci było niemal pewne. Pytanie brzmiało tylko - kiedy?

    Pamiętam, że zdarzyło się to po kilku dniach upałów. Do szpitala trafił młody mężczyzna z widoczną gołym okiem żółtaczką.
    - Od kiedy zauważył pan, że skóra jest żółtawa? - zapytałam.
    - Od trzech dni coraz bardziej żółknę - odpowiedział pacjent.
    - Czy coś pana boli?
    - Nie, czuję się tylko zmęczony.
    - A jak jest z piciem alkoholu?
    - Nie piję w ogóle ze względu na moją chorobę.
    Rzeczywiście młody człowiek miał chorobę, która powodowała u niego przewlekłą anemię. Z powodu tej niedokrwistości musiał mieć wielokrotnie przetaczaną krew.
    Badania laboratoryjne ujawniły ciężką anemię, tak ciężką, że od razu zaczęłam zamawiać krew.
    Żółtaczka i ciężka niedokrwistość - w mojej głowie zaczęła kiełkować straszna myśl, że pacjent ma niedokrwistość hemolityczną z powodu autoimmunizacji.
    Miałam rację. Potwierdziły to wyniki badań, które przyszły później.
    Prawdopodobnie wielokrotne przetoczenia krwi spowodowały u biedaka wytworzenie nieczynnych przeciwciał, które od lat krążyły w jego organizmie. Wysoka temperatura prawdopodobnie te przeciwciała “uruchomiła”. Zaczęły one rozpoznawać czerwone krwinki chorego jako obce i je niszczyć. Przez trzy dni zeżarły połowę krwi. Z rozpadłych krwinek uwalnia się hemoglobina, która w naczyniach krwionośnych rozpada się dalej do żółtego barwnika bilirubiny. To było powodem żółtaczki.
    Dobranie krwi, którą można by było w miarę bezpiecznie przetoczyć zajęło centrum krwiodawstwa wiele godzin, ale udało się.
    To był stresujący dzień.

    Pewnego dnia do SOR przyszła Grażyna lvl 40, która twierdziła, że ma krwawienie z odbytu. W takiej sytuacji trzeba było zbadać per rectum.
    Wzięłam bezbarwne rękawiczki, gazę i żel znieczulający. Mijając ratowników usłyszałam żartobliwy komentarz:
    - Szykuje się śliska impreza…
    Zbadałam kobietę. Krwawiła przez pochwę.
    Dlaczego potrzeba było lekarskiego palca w dupie, żeby stwierdzić krwawienie z narządu rodnego u dorosłej kobiety pozostanie dla mnie na zawsze tajemnicą.

    Zgłosił się kiedyś mężczyzna z bardzo silnym bólem kręgosłupa. Wyglądało na SOR-ową codzienność - zespół korzeniowy. Wyniki badań laboratoryjnych były książkowe, poza jednym, który sugerował, że pacjent ma nowotwór. Tomografia komputerowa ujawniła guz okolicy kręgosłupa z przerzutami w całym ciele. Na zdjęciach rentgenowskich nie było widać żadnych patologii. Dobrze dla mnie, że robię dużo badań, pomyślałam tego dnia. Dla pacjenta gorzej, bo jedyne co można było w tamtej chwili dla niego zrobić to przynieść ulgę w cierpieniu.
    Wyleczyć mógłby go już tylko cudotwórca.

    Pewnego dnia Starego Chirurga ponownie zebrało na opowieści. Tym razem wyjechali do wypadku komunikacyjnego. Gdy zajechali na miejsce zobaczyli faceta przebitego zaostrzonym drewnianym palem wystającym z otwartej przyczepy wypełnionej w całości podobnymi palikami. Człowiek jechał w nowych pięknych butach na rowerze i wyjeżdżając zza zakrętu nie zauważył tej przyczepy i po prostu nadział się klatką piersiową na najbardziej wystający kawałek drewna. Doktor logicznie uznał, że na tym palu wisi trup. Jakież było jego zdziwienie, gdy okazało się, że domniemane zwłoki nie dość, że posiadają tętno, to jeszcze oddychają. Szybko zarządzono akcję przepiłowania pala. Jako, że dobre dziesięć centymetrów drewna wystawało pacjentowi z obu stron klatki piersiowej nie można go było położyć na noszach w karetce. Gdyby ten pal przesunął się w klatce piersiowej mógłby spowodować nieodwracalne zniszczenia lub doprowadzić do śmiertelnego krwotoku. Mężczyzna został podwieszony pod dachem karetki na bandażach zawiązanych pod pachami. Stary Chirurg złapał się za głowę wspominając ten szalony wyścig ze śmiercią, a w jego oczach zobaczyłam tę lekarską dumę. Dumę, że znowu dało się radę. Dowieźli go na granicy życia i śmierci. Zespół kilku chirurgów operował go później przez długie godziny. Przeżył. Okazało się, że jakimś cudem drewniany pal ominął serce i duże naczynia krwionośne, przebił “tylko” osierdzie i płuco.
    Kilka dni po tym zdarzeniu zjawiła się u Starego Chirurga matka poszkodowanego. Przyszła z policją. Oskarżyła załogę karetki o kradzież tych pięknych nowych butów, które miał na sobie synek w dniu wypadku.
    Niesmak pomieszany z dumą pozostał do dzisiaj.

    #szpitalnadoriel
    #patologiazmiasta #patologiazewsi #medycyna #szpital #lekarz

    Część 8
    Część 7
    Część 6
    Część 5
    Część 4
    Część 3
    Część 2
    Część 1

    OGŁOSZENIE

    Szanowni Czytelnicy, Mirki i Węgierki,
    Ogłaszam przerwę wakacyjną na #szpitalnadoriel
    Kolejne opowieści pojawią się na tagu we wrześniu.
    pokaż całość

    •  

      Nie wiem, trzeba spytać ministra zdrowia.

      @Doriel: taaaaak, piękna, uniwersalna odpowiedź każdego pracownika służby zdrowia. Takie zawoalowane "spierdalaj, plebsie".

    •  

      było tak: "...wielokątna większa z (wielokątną) mniejszą się pokłóciły i główkę na haczyku powiesiły".

      Sam słyszałem o przypadku z dyszlem i nieoświetlonym wozem, który w nocy był pozostawiony na wiejskiej drodze, a oświetlenia w latach 80. tam nie było. Kierowca ciężarówki wziął z całym dyszlem poszkodowanego "na pakę" i tak zawiózł do szpitala.

    • więcej komentarzy (80)

  •  

    Pacjent ma czasem rację

    Całe życie się uczymy. Dyżury na SOR nie bez powodu nazywane są szkołą życia. Ta krótka historia jest o tym, że w zawodach medycznych zawsze trzeba być pokornym. Dobrze, że praktyka lekarska od czasu do czasu przypomina mi, że rutyna jest groźnym wrogiem, że pacjent może mieć to wewnętrzne przeczucie, że coś mu dolega, ale nie wie co i niestety mieć rację.
    Moim zadaniem jest dowiedzieć się o co chodzi.
    Dyżur dość pijacki. Alkoholowa marskość wątroby u Janusza, martwicze zapalenie trzustki u innego Seby. Godziny płynęły całkiem żwawo. W pewnym momencie wtoczyła się kolejna karetka PR zespół podstawowy (bez lekarza). Liderka znana mi już z niejednego dyżuru, kompetentna, miła ratowniczka powiedziała, że przeprasza, że przywozi babcię, której nic nie jest, ale rodzina i sama zainteresowana żądali przewiezienia do szpitala, co zresztą wpisała w dokumentację. Znam takie sytuacje i bez zbędnych komentarzy zapytałam o podstawowe parametry życiowe, zerknęłam na EKG i samą babuszkę i pożegnałam zespół PR z uśmiechem. Co mi za różnica jedna babcia w tę czy w tamtą w sumie.
    Babcia lvl około 80, chora na podstawowe choroby starych ludzi, ale bez wielkich ekstremów. Parametry życiowe ogólnie w normie, tylko trochę za szybka akcja serca. Mówiła, że czuje się zmęczona i jej duszno. Pewnie przez tę tachykardię. Ale co ją spowodowało? Wysłałam podstawowe badania, położyłam babunię na łóżku z kroplówką i czekałam.
    Wyniki, które przyszły lekko mnie zmiażdżyły i sugerowały urosepsę (stan, w którym bakterie z układu moczowego dostały się do krwi i powodują uogólniony stan zapalny). Szybkie przyjęcie na oddział, dezynfekcja połowy SOR-u i rąk do łokci.
    Nie miała gorączki.
    Ratownicy, którzy ją przywieźli zdębieli jak usłyszeli, że to podejrzenie sepsy.
    Pokora. Czasem pacjent ma rację, gdy upiera się, że jest chory, chociaż nie wygląda. Zważywszy na to, że nie ma możliwości przewidzieć, kiedy dokładnie nastąpi taka sytuacja jedynym rozsądnym wyjściem wydaje się zakładać, że choremu coś naprawdę jest, dopóki wszelkimi dostępnymi (w granicach rozsądku) środkami nie udowodni się, że jest zdrowy. Mój medyczny radar tym razem lekko zawiódł, gdyż byłam pewna, że babci nic nie jest.
    Pewna - zapomniałam, że w medycynie pewność nie istnieje.

    #szpitalnadoriel
    #medycyna #szpital #lekarz
    pokaż całość

  •  

    Okruchy życia część 8

    Dyżur SOR. Późny wieczór. Tłumy ludzi porozkładane na leżankach, łóżkach i siedzące na krzesłach. Podszedł do mnie ratownik medyczny i powiedział żebym lepiej szybko poszła do pacjentki Grażyny, starszej pani, bo jej syn zaczyna się awanturować.
    Kobieta leżała na końcu dość długiego korytarza na leżance. Gdy pokazałam się w drzwiach i skierowałam w stronę pacjentki jej syn zaczął głośno bić brawo i zawołał do mnie:
    - Nooo w końcu ktoś raczył się zjawić, dalibyście tu zdechnąć człowiekowi jakby się nie upominać!
    Wszyscy przebywający w okolicy zwrócili swój wzrok na mnie. Patrzyli i czekali co zrobię i powiem. Pomimo, że miałam ochotę odwrócić się na pięcie i uciec, podeszłam do chorej i jej syna. Wiedziałam, że nie warto tłumaczyć, że tego dnia karetki podjeżdżały pod SOR co dwadzieścia minut, że laboratorium nie wyrabiało się z wykonywaniem badań i na wszystko trzeba było czekać po 3-4 godziny, że robię co mogę, żeby zdiagnozować mamusię.
    - Dzień dobry panu, nazywam się Doriel, jestem lekarzem. Bardzo mi przykro, że tak długo muszą państwo czekać. W tym momencie już wiem, że będzie pani musiała pozostać w szpitalu, jednak nadal nie udało się postawić pewnego rozpoznania. Czekam teraz na konsultację specjalistyczną i po niej będzie decyzja co do oddziału, na który pani trafi.
    Wypowiedziałam to wszystko jednym tchem. Syn pacjentki popatrzył na mnie. Widziałam w jego wzroku, że walczy ze sobą. Zrobić awanturę, czy nie zrobić, mówiły jego oczy. W pewnym momencie jakby spuścił parę, zmalał, zrezygnowany utkwił wzrok w podłodze.
    - No to poczekamy jeszcze - wyburczał.
    Na szczęście jakieś dziesięć minut później zjawiła się oczekiwana lekarka. Od wejścia poinformowała, że dwie godziny wcześniej skończyły się łóżka na oddziale. Zajebiście.
    W momencie, gdy zobaczyła chorą jej mina powiedziała mi, że ona też już wie, że będzie musiała ją przyjąć.
    Starsza pani trafiła na oddziałową leżankę na kolejną dobę, dopiero po tym czasie zwolniło się normalne łóżko.

    Dyżur SOR około 2 w nocy. Zadzwoniłam do dyżurnej Nefrolog z prośbą o konsultację. Przyszła po kilku minutach i po zebraniu wywiadu i zbadaniu pacjentki poszłyśmy do gabinetu. Nefrolog fajna kobieta, zawsze miła i pomocna. Zaczęła czytać, co wpisałam w dokumentacji elektronicznej i w pewnym momencie wybuchnęła śmiechem. Popatrzyłam na nią pytająco.
    - Niech pani przeczyta co pani napisała - odpowiedziała ledwo łapiąc powietrze.
    Na ekranie stało:
    “Pacjentka od 2 tygodni odkrztusza większą ilość wydzieliny z dróg rodnych”
    - Z tak niezwykłą umiejętnością mogłaby wystąpić w jakimś “Mam Talent”, albo czymś podobnym - podsumowała Nefrolog.
    Popłakałam się ze śmiechu.
    Chodziło oczywiście o odkrztuszanie wydzieliny z dróg oddechowych.

    Na jednym dyżurze przyjechała pogotowiem babka lvl 80. Jaka ona była tłusta i zaniedbana. Brudna. W pachwinach, pod pachami, pod wielkimi jak worki cyckami miała paskudne czerwone odparzenia. Była godzina 23:30. Widząc tę kobietę przewidywałam całą noc na nogach i niewiele się pomyliłam.
    Babcia ciągle jęczała.
    - Noga mnie boli!
    - Która i od kiedy?
    - Łoj, ta lewa to od kilku lat, bo biodro mam zepsute, a prawa to też od kilku lat, łoj pani doktór mi pomoże! Boooli!
    Obejrzałam te nogi, obie zimne i sine, z czego prawa jakby bledsza. Tętna na prawej nodze nie było czuć w ogóle. Badania i konsultacja z chirurgiem naczyniowym. Prawa noga do amputacji, lewą może jeszcze uda się uratować.
    - Nie zgadzam się na żadne operacje - powiedziała babcia stanowczo.
    - Ale czy pani rozumie, że ta noga zgnije i pani umrze od tego?
    - No tak doktór chirurg mówił. Ale pani da jakąś kroplówkę od bólu.
    Nie było co robić scen. Koniec końców musiałam gdzieś babcię przyjąć. Była 3 w nocy, kiedy w końcu trafiła na wewnętrzny, koledzy z oddziału patrzyli na mnie z lekkim wyrzutem. Nie winiłam ich. Ja też nie chciałabym patrzeć jak te nogi czernieją i czuć tej charakterystycznej woni. Słodko-mdłego zapachu śmierci.

    Średnio raz w miesiącu przybywa do SOR taki Janusz. Były nauczyciel matematyki, stara pijaczyna. Zawsze jest taki brudny i śmierdzący, że trudno wytrzymać z nim w jednym pomieszczeniu. Kiedyś tak mu nogi śmierdziały, że czuć było pomimo butów. Pielęgniarka w końcu nie wytrzymała i leżącemu na leżance Januszowi nałożyła na nogi worek na śmieci. Dla pewności owinęła to wszystko kocem. Pijaczek na to:
    - Jaka ty jesteś dla mnie dobra. Pilnujesz żeby mi nogi nie zmarzły.
    Dziewczyna profesjonalnie powstrzymała wybuch śmiechu do przekroczenia progu pokoju socjalnego.

    Było pewnego dnia tak, że pogotowie przywiozło starego dziadka z rozpoznaniem - hipotonia, czyli bardzo za niskie ciśnienie. Szybko udałam się do sali intensywnego nadzoru celem zbadania pacjenta. Przekroczywszy próg zderzyłam się ze ścianą smrodu gówna pomieszanego z zapachem środków dezynfekujących. Pacjent - stary alkoholik, niepijący tylko dlatego, że nie był w stanie wychodzić z domu, a nie miał już kolegów, którzy by mu litościwie coś alkoholowego przynieśli. Odwiedzała go często córka, przynosiła mu jedzenie i podobno czasem go myła. Stan ogólny ciężki, ciśnienie tętnicze tak niskie, że prawie niemierzalne. Dziadek był tak skrajnie odwodniony biegunką, że strach było patrzeć. Pieluchomajtki, które miał na sobie były tak pełne, że wyciekała z nich rzadka maź o zapachu kojarzącym się ze stajnią. Obsrane były całe plecy i tylna powierzchnia ud. Całe nogi pokryte były warstwą brudu. Diagnoza organoleptyczna - infekcja ulubionym patogenem wszystkich lekarzy - Clostridium difficile. Zajebiście. Kompulsywnie dezynfekując ręce, choć oczywiście badałam chorego w rękawiczkach przyglądałam się jak cały zespół sprawnie rozbiera i myje dziadka, w trakcie gdy dostawał płyny z dwóch wkłuć naraz. Cały tyłek miał zaklejony warstwą gówna. Gdy salowa zaczęła zmywać z pośladków śmierdzącą maź to okazało się, że pod delikatnym dotykiem gąbki schodzą całe kawałki naskórka i wszystko to zaczęło lekko sączyć krwią i płynem surowiczym. Pośladki i okolicę odbytu miał tak odparzone, że nie wiadomo było co z tym dalej robić, czy zostawić do “wietrzenia” czy zawinąć z powrotem w pieluchomajtki. Opcja pieluchomajtek wygrała w momencie, gdy dziadek zaczął robić pod siebie w niekontrolowany sposób.
    Dobrze, że nie jadłam drugiego śniadania jak zaplanowałam, pomyślałam sobie przytykając do nosa pachnące środkiem dezynfekującym dłonie.
    Okazało się, że poza niskim ciśnieniem i potworną biegunką facet przestał produkować mocz. Przy takim odwodnieniu było to normalne. Dziwić się zaczęłam, gdy pomimo wlania w pacjenta półtora litra płynu, moczu nadal nie było. Dziadek zrobił się jedynie, jakby trochę grubszy niż wcześniej. Niestety wszystko zaszło już za daleko. Nerki stanęły całkowicie.
    Gdy tylko przyszły potwierdzające wyniki badań laboratoryjnych dziadek pojechał prosto do ośrodka hemodializ.

    W jednej mojej pracy jest taki pokój, w którym jest kilka stanowisk komputerowych. Moje zazwyczaj znajduje się pomiędzy neurologiem, a chirurgiem. W niektóre dni na stanowisku chirurgicznym siada taki Stary Chirurg. Rzeczywiście młodość ma już dość dawno za sobą. Z racji wieku, opowieści które czasami snuje mogłyby wypełnić niejedną książkę. Ostatnio w pracy uraczył nas historią następującej treści.
    Wyjazd karetką PR ze dwadzieścia lat temu. Jechali z miasta do pobliskiej malutkiej wsi. Wezwanie do urazu, ale nie wiadomo jakiego. Zajechali pod chałupę, a tam na podwórzu stało kilka babek i wszystkie zawodziły i płakały jak najęte. Stary Chirurg podszedł do jednej z mniej zawodzących kobiet i zaczął wypytywać co się właściwie dzieje i gdzie jest chory. Pomiędzy jednym, a drugim szlochem babka wyjąkała:
    - Odgryzł, łolaboga, odgryzł.
    - Ale kto, co odgryzł, komu? - dopytywał się skołowany lekarz.
    Gdy wszedł do chałupy zobaczył leżącego na łóżku młodego mężczyznę, który miał brzuch przykryty stosem poduszek. Doktor zdjął z niego to wszystko i zobaczył co zostało odgryzione. Udało się nawet znaleźć brakujący fragment penisa, którym była poszarpana żołądź prącia. Niestety była w tak złym stanie, że nie udało się jej przyszyć pomimo szczerych chęci chirurgów w szpitalu. Pacjent zeznał, że chciał zabawić się ze swoją dziewczyną, a gdy był w stanie maksymalnej erekcji, jego własny pies rzucił się na niego i odgryzł mu wspomniany kawałek penisa.

    #szpitalnadoriel
    #patologiazmiasta #patologiazewsi #medycyna #szpital #lekarz

    Część 7
    Część 6
    Część 5
    Część 4
    Część 3
    Część 2
    Część 1
    pokaż całość

  •  

    Godziny

    Bywają dyżury, na których przychodzi czterdzieści, pięćdziesiąt, a nawet i więcej osób.
    Bywają takie, na których po południu kończą się miejsca na oddziałach, co wcale nie zatrzymuje rzeki ludzi napływających do SOR. Z tego względu kilka godzin później kończą się także miejsca w oddziale ratunkowym. Po prostu fizycznie nie ma wolnych łóżek i krzeseł, na których można by spocząć.
    Niewiele z takich dyżurów pamiętam. Mija kilka dni i wydarzenia mieszają się, przypadki “zlewają” ze sobą.
    Moja pamięć nie jest doskonała, a muszę w krótkim czasie zapamiętać zbyt wiele istotnych informacji. W praktyce następuje “kompresowanie” danych w miarę napływu chorych: ten bez nogi co mu duszno, ta ze spuchniętymi nogami w chustce, ta otyła ze spuchniętymi nogami, ten młody z bólem kręgosłupa, dziewczyna z gorączką, babcia z gorączką, babcia z odwodnieniem, ten z zawałem, żul po napadzie epi…
    W miejsce jednego wypisanego pojawia się dwóch nowo przyjętych. Nie ma kiedy sprawdzić wyników badań. Czasami mam szansę to zrobić tylko raz na 2-3 godziny. Tylko na dyżurach i dobrych imprezach godziny płyną jak minuty. Patrzyłam na zegarek o 17:00, w mojej głowie minęła godzina, patrzę, a tu 21:00. Piętrzą się sprawy, które wypadałoby załatwić natychmiast, a nie ma kiedy, bo oto wjeżdża kolejny zespół PR z ciężkim chorym. Wszystkie wypisy, lekko i średnio chorzy spadają na koniec kolejki priorytetów. Mija kolejna godzina zanim jestem w stanie usiąść przed komputerem i sprawdzić wyniki badań. Pięć osób czeka na wypis, jedna osoba nie zbadana, do sprawdzenia wyniki ośmiu osób. Co zrobić najpierw? Przeglądam wyniki, wypisuję zlecenia na leki, badam nowego pacjenta i pisząc wypis rozmawiam z rodzinami. Kolejne godziny płyną jak woda. Porywa mnie prąd twarzy, klatek piersiowych, brzuchów, zapisów ekg, zdjęć rentgenowskich, tomografii i wyników badań laboratoryjnych. Mój mózg desperacko próbuje zapamiętać wszystkie istotne informacje, a jest ich tak dużo! Zaczyna się jeszcze większe skracanie danych: ten bez nogi, już nie pamiętam z czym przyjechał - do przyjęcia, babcia z gorączką - do przyjęcia, facet z bólem do wypisu... Myślenie przechodzi w tryb zero-jedynkowy, pacjent ma dobre, albo złe wyniki, do szpitala - do wypisu, stabilny - niestabilny. Przeładowanie pamięci krótkotrwałej powoduje, że potrafię zapomnieć, że z kimś rozmawiałam w momencie, gdy przestaję na tę osobę patrzeć. Świat kurczy się do rozmiarów SOR-u. Przez te dwadzieścia cztery godziny istnieją tylko ludzie pod moją opieką, gdy wychodzą z wypisem w ręku w moich myślach “znikają”, dematerializują się jakby nigdy nie istnieli.
    Napływ ludzi ustaje najczęściej około 2-4 w nocy. Jeśli nie ma akurat ciężkiego pacjenta to świat zaczyna wracać do normalnych rozmiarów. Odczytuję zaległe sms-y od męża, ostatnio odpisałam o 16:00, jest 3:30 w nocy. Jestem taka zmęczona. Muszę się położyć. Nie ma po co w tej chwili odpisywać.
    Czasem udaje mi się przespać nawet trzy-cztery godziny, najczęściej dwie, częściej niż bym chciała nie śpię w ogóle, a odpocząć mogę godzinę przez cały dyżur.
    Czasem kładąc się widzę rozbłysk niebieskiego światła na suficie i słyszę dźwięk otwieranej bramy wjazdowej dla karetek.
    Moje wewnętrzne dziecko płacze i bije pięściami w podłogę. Nie chcę, nie wstanę. Dzwoni telefon.
    - Pogotowie pani doktor. Podejrzenie udaru mózgu.
    - Idę.
    Wstaję, najczęściej jest około 4:00 rano. Typowy czas na udar mózgu.
    Zanim zakończę diagnostykę robi się 5:00 rano. Nie opłaca się już iść spać.
    W trakcie, gdy zaparzam sobie kawę wjeżdza kolejna karetka.
    Wiedziałam, że nie ma się już po co kłaść.
    Jak robot badam pacjentów, jak robot zlecam badania i leki.
    Czuję się jak robot. W mojej głowie kłębią się ćmy.
    Wybija 8:00 rano. Jeszcze tylko napisać raport i zdać dyżur.
    Gdy w końcu wyrywam się z tego świata chaosu i cierpienia jest 8:30-9:00 rano. Jadę do domu. W końcu. Czuję się jakbym w pracy spędziła kilka dni, a nie jeden. Czasem ból mięśni na klatce piersiowej przypomina mi przez jakiś czas, że pomimo godzinnej reanimacji znowu nie udało się kogoś uratować.
    A jutro kolejny dyżur. Trzeba odpocząć, zrzucić z siebie macki niedokończonych spraw, to już nie ma w tej chwili znaczenia.
    Wracam do domu. Nic innego nie ma w tej chwili znaczenia.

    #szpitalnadoriel
    #patologiazewsi #patologiazmiasta #medycyna #szpital #lekarz
    pokaż całość

  •  

    Okruchy życia część 7

    Było to na wakacyjnych praktykach po pierwszym roku studiów. Praktyki pielęgniarskie, czyli bardziej obycie się ze szpitalem, niż przyuczanie do zawodu, jak było w kolejnych latach. W trakcie tego miesiąca spędzonego na oddziale wewnętrznym dostawałam ambitne zadania w stylu: zanieść szybko badanie do laboratorium, zaprowadzić pacjenta na zdjęcie rentgenowskie czy tomografię.
    Pewnego dnia pielęgniarka z dziwnym uśmieszkiem powiedziała mi, że mam taką panią, nazwijmy ją Jadwigą zawieść na tomografię na drugi koniec szpitala. Rozkaz, rozkaz.
    Pamiętam jak ją zobaczyłam. Czarownica z bajki dla dzieci. Cała w paskudnych, czarnych, brązowych, cielistych i mieszanych, owłosionych i nieowłosionych brodawkach. Pomarszczona i skurczona. Do tego wszystkiego śmierdząca potem, moczem i starymi ludźmi tak, że strach było głębiej odetchnąć. Wsadziłam babę Jagę na wózek i jazda przez dziesiątki metrów korytarzy.
    Jechałyśmy windą, a smrodek bijący od kobiety powoli wsiąkał w moje ubranie. Trzecie… drugie… Winda zatrzymała się. Stalowe odrzwia powoli rozchyliły się i moim oczom ukazało się kilkanaście sylwetek ludzkich podświetlonych od tyłu przez wpadające przez wielkie okno słońce. Byli jak czarne cienie w morzu jasności. Już mieli się ładować do środka, kiedy doszedł ich zapach wypełniający windę.
    - Możecie państwo wchodzić - powiedziałam, widząc załamującą się ludzką falę tych, którzy jeszcze przed chwilą przepychali się, kto wejdzie pierwszy..
    - To my poczekamy na następną - powiedział ktoś z tyłu i drzwi powoli zamknęły się pogrążając mnie i babcię ponownie w metalowym śmierdzącym wnętrzu.
    Kobieta miała chorobę genetyczną, która zmieniła ją w Babę Jagę, życie odebrało jej także wzrok i rodzinę. Myślę, że pielęgniarki z własnego wyboru wysłały ją ze mną w takim stanie. Taki mały prztycznek w nos dla przyszłego doktora.

    Pamiętam jak przyjechałam na pierwszy dyżur na SOR-ze. Nie zdarzyło się na nim nic szczególnego, ale ja i tak umierałam ze strachu przy każdym nowym pacjencie. Ok. 24:00 zrobiło się pusto. Około 2:00 pielęgniarki wygoniły mnie spać do kanciapy. Nie dało rady. Przez całą noc chodziłam i sprawdzałam, czy nie ma nowych pacjentów, albo czy wszyscy pozostawieni na noc żyją. Nadal trochę się boję tych dyżurów, że stanie się coś na co nie będę przygotowana, ale reaguję zdecydowanie bardziej racjonalnie. Tak spokojnego dyżuru jak ten pierwszy nie miałam już nigdy.

    Pewnej nocy na SOR-ze był na obserwacji taki bardzo dementywny dziadek, który co chwilę chciał chodzić do toalety. Jak już zasiadał na kiblu to gadał przez kilka minut, oczywiście nawet się nie odlał, a następnie wracał na “swoje” łóżeczko. Jako że chodził dość słabo, każda taka wyprawa mogła zakończyć się upadkiem i było to ogólnie bardzo kłopotliwe dla personelu. Przy którymś kursie do kibla odbyła się taka rozmowa.
    - Gdzie pan idzie?
    - Do kibla - dziadek pokonał około połowy korytarza i stanął w pobliżu wózków.
    - Proszę pana nie powinien pan chodzić bez pomocy bo może się pan przewrócić - próbuję tłumaczyć po raz dziesiąty tej nocy. Dziadek, trzymając w ręku worek z moczem próbował usiąść na jednym z wózków.
    - Co pan robi?
    - Próbuję usiąść - odpowiedział jak najbardziej logicznie.
    - Ale po co?
    - Bo chcę się wysrać.
    Zachowując profesjonalizm pomimo, że coś we mnie umarło jak uświadomiłam sobie, że oto ja, lekarz, miałam ratować życie, a ratuję wózki przed obsraniem.
    - Nie powinno się oddawać stolca na wózki proszę pana, po to ma pan pampersa, pielęgniarki panu zmienią jak pan skończy.
    Dziadek poczłapał z powrotem na łóżko. Pamiętał, że ma nie chodzić przez jakieś pięć minut.

    Było pewnej nocy tak, że policja przywiozła chłopaka do badania do zatrzymania. Seba spokojny, grzecznie odpowiadał na pytania, dał się zbadać. Na twarzy miał bardzo liczne zadrapania od paznokci. Paznokci ukochanej, z którą “się pobił”. Cokolwiek to oznacza. Nie wnikam. Seba poszedł na “dołek”. Kilka godzin później w SOR-ze zjawiła się, nie kto inny jak Karyna, ukochana Seby. Przybyła po więcej niż kilku piwkach z kolegą około 2:00 w nocy i zażądała obdukcji. Dla podkreślenia dramatyzmu sytuacji odsłoniła szyję i pokazała naprawdę dużego siniaka. Nie wiem. Nie wnikam.

    Trafił pewnej nocy na SOR niedorozwinięty facet lvl ok 50 z DPS. Często w piątki od popołudnia zaczyna się wysyp transportów medycznych z domów pomocy, bardzo ciekawa prawidłowość. W relacji pracowników DPS-u koleś zaczął inaczej niż zwykle mówić i oddał bezwolnie mocz pod siebie. Jako że niedawno miał udar mózgu trzeba było wykluczyć, czy nie ma kolejnego. Jak badałam brzuch moją uwagę zwrócił guz w podbrzuszu. Wyglądało na skrajnie przepełniony pęcherz moczowy.
    - Nie ma kłopotów z sikaniem?
    - Nie - odpowiedział pacjent. Albo jest tak niedorozwinięty, że nie wie, że na pewno nie sika normalnie, albo kłamie.
    Próbowałam zacewnikować pęcherz moczowy, nie udało mi się. Chirurg próbował kilka razy różnymi cewnikami. Po każdej próbie, gdy okazywało się, że cewnik zawijał się w cewce moczowej chirurg wyciągał go na tyle energicznie, że chlapał dookoła krwawym płynem. Pewnie w ramach podziękowania za nocną pobudkę. W końcu udało mu się dostać do pęcherza takim sztywnym cewnikiem. Spłynęło 1,5 litra moczu. “Guz” podbrzusza w ciągu minuty zmniejszył się o połowę. W usg brzucha facet nadal miał taki zastój moczu, że moczowody i kielichy nerkowe (miejsca w których nerka łączy się z moczowodem) były rozdęte jak balony.
    Po wykluczeniu udaru pojechał na urologię.

    Był kiedyś taki, nazwijmy go Jacek dla odmiany, który niezbyt często się mył. Niestety trzeba mu było zrobić ekg. Do tego trzeba było ściągnąć gumofilce. Ściągnął. Pielęgniarka prawie się zrzygała. Po całym SOR-ze rozniósł się swąd niemytych stóp.
    - Kiedy pan te nogi ostatnio mył?
    Koleś myśli, myśli długą chwilę.
    - No jak na wiosne sie gumofilce wkłada, no to tak na cały sezon.
    Była jesień.

    Pierwszy dzień w nowej pracy. Znowu SOR.
    Nad drzwiami każdego SOR-u powinna wisieć tablica ze słowami: “Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”. Dotyczy to w takim samym stopniu pacjentów, co pracowników.
    Największy SOR w okolicy. Ja pierdolę.
    Do gabinetu wchodzi znajomy z innego oddziału, jeszcze jest na rezydenturze. W tamtej chwili wydało mi się, że na rezydenturze było tak fajnie. Gówno prawda, było beznadziejnie, ale pod innymi względami na teraz.
    - Doriel! Co ty tu robisz?
    - Pracuję.
    - POJEBAŁO cię? Tutaj?!
    - A no jakoś tak wyszło…
    Wszyscy obecni pokiwali ze zrozumieniem głowami.

    #szpitalnadoriel
    #patologiazmiasta #patologiazewsi #medycyna #szpital #lekarz

    Część 1
    Część 2
    Część 3
    Część 4
    Część 5
    Część 6
    pokaż całość

  •  

    Folia wszystko ukryje

    Było to kilka lat temu. Do małego szpitala na prowincji zgłosiła się Karyna lvl ok. 30 z matką Grażyną. Obie trochę otyłe, ale ta młodsza ewidentnie miała ciążowy brzuch. Obie wyglądały także na lekko niedorozwinięte.
    - Czy pani w ciąży? - pielęgniarka w rejestracji zapytała się córki.
    - Nie! No co pani? Ja z nikim nie śpię, z nikim się nie spotykam, na pewno nie jestem w ciąży - odpowiedziała pacjentka, a matka w tym czasie tylko pokiwała potwierdzająco głową.
    - Aha… To co się dzieje?
    - Córkę boli brzuch i spuchły jej nogi - odpowiedziała mamusia.
    Z lekką konsternacją pielęgniarka zaprowadziła panie do chirurga. Ten popatrzył na młodszą kobietę.
    - Pani nie w ciąży? - zapytał. Odpowiedź kobiety była nadal taka sama.
    - Niech ginekolog najpierw zbada pacjentkę - zawyrokował chirurg.
    Do gabinetu ginekologa poszła tylko Karyna z pielęgniarką.
    - Proszę się rozebrać do badania - padło standardowe w tej sytuacji polecenie.
    Karyna zdjęła spódnicę, majtki, a to co się później zdarzyło było jak surrealistyczny horror.
    Kobieta pod ubraniem miała brzuch, okolicę krocza i ud zawinięte w folię. Najpierw była warstwa czarnej folii jak z worka na śmieci, pod nią były kolejne majtki, pod którymi było kilka warstw ściśle zawiniętej folii spożywczej. Im więcej warstw pacjentka z siebie zdejmowała, tym bardziej do nosów wszystkich dochodził dziwny, niepokojący smród.
    - Proszę na fotel do badania...
    Karyna położyła się. Pomiędzy jej nogami znajdowała się czarna, gnijąca główka dziecka…
    Gdy pielęgniarka próbowała ruszyć tę główkę, sprawdzić czy to jest na pewno co się wydaje, ta częściowo odpadła, a z szyjki martwego noworodka i z pochwy pacjentki zaczęła wylewać się czarna śmierdząca maź.
    - Co pani zrobiła? - zapytał ze złością i wstrętem lekarz.
    - Mama nie może się o tym dowiedzieć - odpowiedziała tylko Karyna.
    Na oddziale wyłyżeczkowano kobiecie jamę macicy, pobrała 2 tygodnie antybiotyk i jak gdyby nigdy nic wróciła do domu…
    Mama się nie dowiedziała...

    #szpitalnadoriel
    #patologiazewsi #medycyna #szpital #lekarz
    pokaż całość

  •  

    Połowa dzisiejszego dyżuru za mną... wypijcie kompot za spokojną noc żebym jutro miała siłę wrzucić nową historię na #szpitalnadoriel ( ͡° ͜ʖ ͡°)

  •  

    Okruchy życia część 6

    Pogotowie przywiozło faceta lvl ok 50 pod hasłem zaburzenia mowy. Facet raz mógł mówić całkowicie normalnie, by po chwili nie móc wymówić nawet słowa. Wyglądało neurologicznie. Może udar, może coś innego. Pacjent nie miał żadnych niedowładów, więc miał przejść z noszy na łóżko przesuwając się po prostu w bok, bez wstawania. Biedak już miał przekładać tyłek na łóżko, gdy nagle zaczął mieć bardzo silne odruchy wymiotne. Staliśmy na środku korytarza, nie było pod ręką nawet ręcznika papierowego. Ratownik stojący koło mnie krzyknął zrozpaczony:
    - Tylko nie na nosze!
    Ratownik dobrze jeszcze nie skończył mówić, kiedy z ust faceta trysnęły wymiociny prosto na podłogę między nami. Rozbryzg na kilkadziesiąt centymetrów. Zaczął rzygać na całego. Na szczęście ktoś z personelu opamiętał się i zanim zarzygał nas całkowicie, podłożył mu pod twarz miskę. Wymioty trwały dość długo. Staliśmy i czekaliśmy aż lek przeciwwymiotny zacznie działać i będzie można w ogóle człowieka ruszyć z miejsca. W międzyczasie wszystkim śniadanie podeszło do gardeł, a SOR-owa poczekalnia magicznie opustoszała.

    Starszy kolega kiedyś opowiadał, że jak był młodym lekarzem i jeździł w karetce (lata 90’) to miał pewien niezwykły przypadek.
    Dyspozytor przekazał, że pacjent wzywa do siebie pogotowie, ale nie chce powiedzieć z jakiego powodu. Czy przyjmą takie zgłoszenie. Wiedziony ciekawością kolega wyraził zgodę. Podjechali spokojnie we wskazane przez faceta miejsce. Rzeczywiście stał tam Janusz z nietęgą miną. Podjechali do niego.
    - Co się stało? - zapytał kolega doktor.
    - Mam słoiczek od gerbera w dupie i nie zamierzam o tym dyskutować...

    Był kiedyś mężczyzna po trzydziestce, który został znaleziony wiszący na pętli w lesie w pobliżu swojego domu. Szybko go znaleźli. Ruszał się, gdy był odcinany. Jak pogotowie zajechało z nim na SOR był przytomny i w kontakcie. Jak się okazało miał uszkodzone tylko tkanki miękkie szyi. Zjechała się cała rodzina, młoda, ładna żona. Przywiozła karty informacyjne z pobytów w szpitalach - diagnoza - ciężka depresja. Druga prawie udana próba samobójcza. Facet po dwóch godzinach pobytu w szpitalu uznał, że wypisuje się na własne żądanie. Nawet za bardzo nie krył się z zamiarem dokończenia dzieła. Koniec końców został na obserwacji parę godzin, a później pojechał na kolejny turnus wypoczynkowy na psychiatrii.

    Pogotowie przywiozło babcię lvl 90 po hasłem - podejrzenie udaru mózgu. Przestała mówić i chodzić, dwa dni temu. Babcia rzeczywiście nie odpowiadała na pytania, wyglądała jakby była w innym świecie. W trakcie badania neurologicznego ocenia się reakcję na ból. Najdelikatniej jak się dało neurolog przytknął kłykcie prawej ręki do mostka pacjentki. Jękneła i zaczęła coś cichutko szeptać. Pochyliliśmy się nad babcią i słuchamy, a z jej ust wydobywa się, z każdą chwilą coraz wyraźniej, powtarzane w kółko zdanie z modlitwy: “Módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej”. Gdy neurolog ponownie nacisnął na mostek wykrzyknęła głośno i wyraźnie, aż na korytarzu było słychać: “W godzinę śmierci naszej! Śmierciii!”.

    Pamiętam pacjenta lvl ok 80, który nie mógł się wysikać. Na co dzień w pieluchomajtkach, gdyż czasem nie trzymał moczu.
    - Od kiedy pan nie oddaje moczu? - pytam.
    - Nie wiem.
    Próbowałam zacewnikować pęcherz moczowy, nie byłam w stanie. Zawołałam urologa, diagnoza - zarośnięcie cewki moczowowej. W usg brzucha pęcherz moczowy prawie pusty. W badaniach laboratoryjnych bez niewydolności nerek. Dopiero usg moszny wyjaśniło sprawę. Utworzyła się przetoka (nieprawidłowe połączenie pomiędzy narządami, jamami ciała, albo środowiskiem zewnętrznym) pomiędzy pęcherzem moczowym, a workiem mosznowym oraz w samej mosznie z ujściem na zewnątrz. Mocz płynął z pęcherza do moszny, a potem do pampersa przez prawie nie widoczną “dziurkę” z tyłu moszny.

    Było pewnego razu tak, że policja przywiozła kolesia do zatrzymania do wytrzeźwienia. Godzina 4:30 w nocy/rano. Wyłoniłam się z kanciapy i widzę obrazek taki. Zatrzymany - kafar wielki jak szafa, obok niego policjant wcale nie mały, ale wyglądający w tym zestawieniu dość mikro, a tak trochę z boku śliczna policjantka z nienagannym makijażem i włosami. W gabinecie badań zatrzymany zaczął odpierdalać. Ale naprawdę ostro. Podejrzewałam duży poziom przećpania amfetaminą. Zaczął krzyczeć tak głośno, że nie dało się rozmawiać, a nawet pomyśleć. Rzucał się, próbował walić głową w biurko. Wrzeszczał, że go “zabijamy”, że policja go napadła. Próbowałam go trochę uspokoić rozmową, ale nie dało się. Jak podeszłam bliżej próbował rzucić się w moją stronę. Policjant cały czas próbował go spacyfikować ze średnim skutkiem pomimo kajdanek. Wrzeszczał tak strasznie głośno “zaciśnij mocnej, mooocniej te kajdanki skurwysynu!” “zabijcie mnie! Zabijcie mnieeee!”. Policjantka stała, taka śliczna i czekała, aż skończę pisać. W asyście wrzasków i wyzwisk, głośnych jak przejeżdżający pociąg wypisałam odpowiednie papiery i policjant odprowadził faceta do radiowozu.

    #szpitalnadoriel
    #patologiazmiasta #patologiazewsi #medycyna #szpital #lekarz

    Część 1
    Część 2
    Część 3
    Część 4
    Część 5
    pokaż całość

    •  

      @ConanLibrarian:
      Pierwsza miała być zabawna.
      Trzecia to po prostu opowieść o smutnym losie człowieka z depresją.
      Czwarta miała zwrócić uwagę, że starsi ludzie są często pozostawieni sami sobie (babcia przestała chodzić i mówić 2 dni temu) z dawką czarnego humoru.
      Szósta porusza problem pracy z agresywnymi ludźmi, pracy w nocy, oraz tego, że mieszany patrol policyjny nie był dobrym pomysłem w tym przypadku.
      Nie wiem czego się spodziewałeś...
      pokaż całość

    •  

      @Doriel: Nie mogła być, gdyż pointa nie ma związku z treścią. Zabawne są zaskoczenia, suspensy, „kary” za wcześniejsze zachowanie, obnażenie głupoty, potraktowanie kogoś dokładnie tak, jak o to prosi itd.
      W tej - informacja, że ludzie się odsunęli, odeszli czy na chwilę wyszli nie jest śmieszna, ale oczywista. Tak reagują ludzie normalni - a że wcześniej nie ma o nich ani słowa, że np. (kombinuję na szybko) odgrażali się bezsensownie, iż nie wyjdą stamtąd za żadne skarby świata, bo mają numerki i pilnują kolejki czy coś takiego, to byłoby to śmieszne. A tak - wyszedł opis pacjenta, któremu zbierało się na wymioty, i który zwymiotował.
      Gdy odczytałem pierwsze zdanie następnego akapitu, to poczułem, że ktoś mi ukradł Doriel! Albo się pod nią podszywa!

      Kolejna historia, która wywołała podobne uczucia to ta, że człowiek z problemami psychicznymi trafił do placówki terapeutycznej. Na ustach pojawiło mi się moje tradycyjne: no i? Gość chciał się zabić, nie zabił się i zaczęto go leczyć. To prawie tak samo jakby napisać, że ktoś chciał zjeść czekoladę orzechami, poszedł do dentysty, wyleczył zęby i zjadł (czekoladę). Nadal bez pointy. Oddajcie mi Doriel!

      Kolejna to ciekawostka, którą odbieram tak: pan Jan kiedyś jeździł na Domaniewską Suwakiem z Marynarskiej, a teraz z Postępu, bo tamto połączenie zamknięto. Domyślam się, że miało zapachnieć Housem - wyniki OK, pęcherz OK, a to przecież niemożliwe. Ale przecież niemożliwe tylko pozornie, bo niemożliwe, by mocz dezintegrował się w człowieku, a materializował w pampersie.

      pokaż spoiler Może tu się już czepiam, ale...

      ...nadal brakuje mi Doriel.

      No i ostatnia - pacjent krzyczy, policjant go powstrzymuje i wyprowadza.

      Żądam powrotu starej* dobrej Doriel!
      :-)

      pokaż spoiler W pozytywnym znaczeniu tego słowa. :-)


      I sam nie wiem - czy wolałbym, byś nie miała o czym pisać, za to mieć spokojniejszą pracę, czy optować za ciekawą Twą pracą i ciekawymi wpisami.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (56)

  •  

    Każdy może się pomylić

    Dyżur SOR. Córka przywiozła mamusię lvl ok 70, która od kilku dni źle się czuła, miała kaszel i bolał ją brzuch. Dolegliwości brzuszne nie były istotne zdaniem pacjentki i jej córki. Mamusia chora na większość chorób starszych ludzi. Przyłożyłam stetoskop do pleców, a tam rzeczywiście orkiestra grała aż miło. Może zapalenie płuc, może oskrzeli, trudno powiedzieć bez dodatkowych badań.
    Wyniki badań obrazowych i laboratoryjnych były jednoznaczne. Nie dość, że kobieta miała infekcję dróg oddechowych (raczej zapalenie oskrzeli, a nie płuc), to jeszcze do tego miała ostre zapalenie trzustki (OZT). OZT ma to do siebie, że jest chorobą o bardzo niepewnym przebiegu i rokowaniu, szczególnie u starszych, schorowanych osób. Może się zdarzyć, że łagodne zapalenie trzustki w ciągu kilku godzin przeradza się w ciężkie z uogólnioną reakcją zapalną i może doprowadzić nawet do zgonu. Często ostre zapalenie przechodzi w przewlekłe i po różnie długim czasie (miesiące-lata) trzustka przestaje wydzielać swoje enzymy (niezbędne do trawienia) oraz hormony (np. insulinę - chory zaczyna mieć cukrzycę).
    Córka pacjentki od początku wydawała mi się jakaś taka nieufna, ale robiła wrażenie osoby na dość wysokim poziomie intelektualnym, więc “rozmowy” jaka się wywiązała po prostu się nie spodziewałam.
    Wzięłam obie (pacjentkę i córkę - starsi ludzie najczęściej nie są w stanie podjąć samodzielnie decyzji o pozostaniu w szpitalu) na rozmowę. Poinformowałam, że poza zapaleniem oskrzeli, szanowna mamusia cierpi na OZT i wymaga bezwzględnie leczenia szpitalnego na oddziale chirurgii. Opisałam na czym polega choroba, na jakiej podstawie została zdiagnozowana i jakie mogą być powikłania. Mina córki chorej - bezcenna - w oczach wypisana totalna niewiara w to co powiedziałam.
    - Ale skąd to niby zapalenie trzustki się wzięło? - zapytała córka.
    - Przyczyna nie jest do końca pewna, prawdopodobnie ma to związek z kamicą żółciową. W tej chwili najważniejsze jest podjęcie odpowiedniego leczenia, żeby zatrzymać postęp zapalenia trzustki.
    - Ale jak pani to stwierdziła?
    - Poziom enzymów trzustkowych we krwi jest sześciokrotnie powyżej górnej granicy normy, a w usg brzucha jest zmieniony obraz trzustki, dodatkowo pani mama ma objawy kliniczne ewidentnie sugerujące zapalenie trzustki, przecież mówiła jeszcze godzinę temu, że “boi się” jeść, bo po każdym jedzeniu boli brzuch…
    - Wcale tak nie mówiłam! - odzywa się mamusia, zdębiałam.
    - Mówiła tak pani, mam to zanotowane w historii choroby.
    - Ale co pani mówi, mamusia ma problemy z wątrobą, przecież pani mówiłyśmy - dodaje córka. Zbieram w sobie wszystkie pokłady cierpliwości i próbuję tłumaczyć
    - To co pani brała za dolegliwości z wątroby jest spowodowane zapaleniem trzustki.
    - Ale miało być zapalenie płuc! - przy tych słowach córka chorej popatrzyła na mnie jak na gówno.
    - Jest także infekcja oskrzeli, ale groźniejszą chorobą jest zapalenie trzustki - tłumaczę po raz kolejny.
    - Ale ja naprawdę nie wiem skąd pani to zapalenie trzustki wzięła… Co pani tak zależy żeby mama poszła na chirurgię to ja nie wiem...
    Już wkurwiona wytłumaczyłam kolejny raz od nowa. Ściana. Zaczęło się kombinowanie:
    - A tego w domu nie można wyleczyć, tego niby-zapalenia trzustki?
    - Nie można.
    Po kolejnych kilku minutach bezowocnych prób przetłumaczenia im, jakie jest rozpoznanie i że niezbędna jest hospitalizacja, w końcu powiedziałam:
    - Panie nie wierzycie w diagnozę, którą postawiłam. Nie rozumiem dlaczego. Badania są obiektywnym dowodem, że jest tak jak mówię.
    Lekka konsternacja u obu.
    Córka przywiozła mamusię z gotowym rozpoznaniem zapalenia płuc, a nie trzustki, a głupia siksa lekarka, przysłowiowy konował miała tylko to potwierdzić i przyjąć na wybrany przez panie oddział (w tym przypadku wewnętrzny, a nie chirurgia).
    W końcu szanowna mamusia oświadczyła, że jak tak się sprawy mają to ona wypisuje się na własne żądanie.
    Zajebiście.
    Uznałam, że spróbuję innej taktyki.
    - Zapalenie trzustki u pani stwierdziło poza mną jeszcze dwóch lekarzy, skoro mi pani nie wierzy, to czy uwierzy pani ordynatorowi oddziału wewnętrznego?
    - To może niech ten ordynator przyjdzie - mówi córeczka.
    Poczułam się jakby mnie opluła, ale sama zaproponowałam, więc poszłam do niego.
    Ordynator miły gość, przyszedł, powiedział plus-minus to samo co ja, odpowiedział tak samo na stawiane przez panie pytania. Nadal ściana.
    Zdaniem córki i jej szanownej mamusi nie było żadnego zapalenia trzustki. Miało być zapalenie płuc i leczenia zapalenia płuc sobie życzyły.
    Zastanawiam się w takich chwilach, co siedzi w głowie osoby, która traktuje wszystkich lekarzy jak automaty do wypisywania skierowań i recept? Skąd bierze się ta skrajna nieufność? Czy nieufność kończy się na osobach lekarzy, czy obejmuje całą wiedzę medyczną?
    Zaczęła się faza desperacji z mojej strony.
    - Nawet jak pani podpisze ten papierek, że wypisuje się pani na własne żądanie, to ja go nie przyjmę, gdyż uważam, że nie zdaje sobie pani sprawy z powagi sytuacji. Ja się nie podbiję pod wypisem osoby z ostrym zapaleniem trzustki. Naprawdę nie wiem jak jeszcze mogę pani udowodnić, że diagnoza jest prawdziwa, potwierdziło ją jeszcze dwóch starszych ode mnie lekarzy.
    - Każdy może się pomylić - podsumowuje córka.
    Koniec końców pacjentka została na chirurgii. Dzień po przyjęciu córka przyszła z mordą do ordynatora, że matka nie dostaje leków poza kroplówkami z płynami i antybiotykiem (na zapalenie oskrzeli) i co najgorsze jest głodzona To jej zdaniem potwierdzało, że diagnoza zapalenia trzustki była wyssana z palca.
    Podstawą leczenia ostrego zapalenia trzustki jest nawadnianie i głodówka...

    #szpitalnadoriel
    #patologiazmiasta #patologiazewsi #medycyna #szpital #lekarz
    pokaż całość

  •  

    Okruchy życia część 5

    Babcia lvl 85 zgłasza zaparcie. Badam chorą, a tam wyczuwalny przez powłoki guz jamy brzusznej średnicy 20 cm. Brawo ja.

    Jedna z pierwszych kardiowersji wykonanych samodzielnie (umiarowienie serca prądem w krótkim znieczuleniu ogólnym, które wyłącza świadomość, ale oddech pozostaje własny). Wyładowanie. Arytmia przerwana, ale zamiast normalnego rytmu serca jest pauza. 10 sekund. 20. 30. Wołam o leki. Już mam zaczynać uciskanie klatki piersiowej. Jest czynność serca! Okazało się z czasem, że taka sytuacja nie jest rzadka i nie było się czym emocjonować.

    Zdarzyło się, że w sobotni poranek przywieziono na SOR kobietę po nadużyciu leków uspokajająco-nasennych. Zasypiała na siedząco, trudno było z nią nawiązać kontakt. Budziliśmy ją cały czas. Płukanie żołądka, płyny dożylnie. Rzyga tabletkami, jest dobrze. Im więcej rzyga tym bardziej się budzi. Po pewnym czasie, jak już była w pełni przytomna i wymiotowała samą wodą bez treści, daliśmy jej spokój. Leżała tak i myślała.
    Później dowiedziałam się, że na szczęście zostawiła tylko psa samego w domu, a jej małymi dziećmi w tym czasie zajmowała się babcia. A ona była taka smutna, że mąż się z nią rozwodzi, że chodziła po mieście i co jakiś czas łykała tableteczkę na pocieszenie.

    Kiedyś był taki czas, że pracowałam w okolicy, w której mieszkało sporo cyganów. Zawsze zadziwiały mnie specyficzne “zwyczaje” panujące w tej grupie. Zazwyczaj chorą (bardzo rzadko chorego) przyprowadzała kilkuosobowa grupa, w której jeden lub dwóch mężczyzn mówiło po polsku, a dowód osobisty posiadał jeden z nich - szef. Zawsze następowała próba rejestracji na ten męski dowód, nie ważne jakiej płci był chory, oczywiście żeby nie płacić za usługę. Przy stwierdzeniu, że osoba musi zostać w szpitalu szef całej grupy zarządzał wypis na własne żądanie. Dwukrotnie zdarzyło się, że kobiety nie umiały się nawet podpisać.

    Mój znajomy miał kiedyś taką oto sytuację na dyżurze. Na izbę przyjęć wbiegają z impetem o godzinie 2 w nocy matka Grażyna z córką Karyną.
    - Pomocy! Córka ma kleszcza - prosi Grażyna.
    - Gdzie ten kleszcz? - pyta w gabinecie badań wyrwany ze snu kolega.
    - Na… Na, no.. cipce - odpowiada zaczerwieniona Karyna.
    - Proszę się rozebrać - zachowuje profesjonalizm kolega.
    Karyna odsłania co ma najcenniejsze, kolega poprawia okulary na nosie, patrzy, szuka tego potwora, szuka, ale coś znaleźć nie może.
    - A gdzie pani tego kleszcza widziała? - pyta kolega zaskoczony negatywnym wynikiem poszukiwań.
    - To mama widziała - odpowiada Karyna. Koledze coraz trudniej zachować kamienną twarz.
    - Proszę pokazać gdzie pani widziała tego kleszcza - mówi do Grażyny.
    - No przecież jest tam cały czas - odpowiada, wskazując na pieprzyk.

    Dyżur SOR. Oczywiście tłum ludzi, wszyscy czegoś chcą - ja tylko po receptę, ja mam sraczkę od 2 dni, ja mam 30 lat i “gorączkę” 37 stopni, co mam zrobić… Dyżur z takich kiedy połowa zgłaszających się powinna iść do apteki i zapytać Goździkowej co poleca. SORowo-poradnianą rutynę przerywa wjazd podstawowego PR. Babcia z gorączką. W wywiadzie standardowe choroby starych grubych ludzi. Pytam babcię jak mogę o jakieś objawy chorobowe. Wywiad niewiele wnosi. W badaniu fizykalnym też bez odchyleń, tyle że brzucha to się prawie zbadać nie dało przez otyłość. Zlecam standardowe w tej sytuacji badania laboratoryjne (w tym analiza moczu). Pielęgniarka zgłasza, że babcia nie może się wysikać. Jednak miała objawy, ale pytana czy ma problemy z oddawaniem moczu odpowiedziała, że nie, wszystko ok. No to dawajcie cewnik do pęcherza. W tym miejscu zaczyna się zdziwienie, pielęgniarka z dwudziestoletnim stażem pracy nie może zacewnikować. Szok i niedowierzanie. Co się dzieje jak pielęgniarka nie może czegoś zrobić? Lekarz ma to zrobić jako osoba wyżej wykwalifikowana. To nic, że kobiety cewnikują pielęgniarki i mają w tym większe doświadczenie niż lekarze. Nie można stracić twarzy przed pacjentem i resztą załogi, cewnikuję babcię bez problemu. Do worka z pęcherza moczowego spływa płyn konsystencji gęstej śmietany, tylko żółto-biały. Obserwujemy ile tego będzie - 500 ml - 1000 ml - 1500 ml. Trzeba wylać zawartość worka. Obserwujemy dalej, a tam zamiast tego ropomoczu zaczyna płynąc żywo-czerwona krew. Moja pierwsza myśl - wygląda jak tętnicza! Nie jest dobrze... Wołam urologa. Uspokaja mnie, że to “tylko” rozstrzeń pęcherza, taka reakcja krwotoczna na ogromny stan zapalny i zastój moczu. Babci wydawało się, że sika normalnie, a sikała po trzy kropelki, za to sto razy dziennie. Wyniki badań laboratoryjnych wskazywały na urosepsę (uogólniony stan zapalny spowodowany bakteriami z układu moczowego). Potencjalnie śmiertelne.
    Babcia pojechała do izolatki na leczenie trzema antybiotykami. Salowe zdezynfekowały pół SORu, a ja siebie.

    #szpitalnadoriel
    #patologiazmiasta #patologiazewsi #medycyna #szpital #lekarz

    Część 1
    Część 2
    Część 3
    Część 4
    pokaż całość

  •  

    Za nowe tło na #szpitalnadoriel dziękuję Mireczkowi @magiereczka
    Jest super! Jestem na prawdę bardzo wdzięczna :* ( ͡° ͜ʖ ͡°)

  •  

    #magdazuk #magdalenazuk #csiwykop

    Wrzucam poprawioną wersję mojego komentarza do znaleziska Jest to tłumaczenie-tłumaczenia z moim komentarzem (w nawiasach).

    Słowem wstępu: Hurghada znajduje się 286 km od Marsa Alam. Dość długa droga dla pacjenta w ciężkim stanie.

    Pacjentka płci żeńskiej została przyjęta do szpitala 30 kwietnia 2017 wczesnym rankiem (o której dokładnie?), przywieziona karetką pogotowia z Marsa Alam. (już po upadku z wysokości).

    Dolegliwości i wywiad: upadek z wysokości na ziemię na lewą stronę klatki piersiowej, powodujący ból przy oddychaniu po lewej stronie klatki piersiowej, ból okolicy obojczyka (którego?), brak wywiadu wymiotów i skurczów (?). Wysięk w lewej przedniej części klatki piersiowej (opłucnej?). Brak wywiadu spożywania alkoholu. (jak zebrano wywiad chorobowy? od kogo? niżej jest, że przy przyjęciu była nieprzytomna)

    Badanie: Pacjentka nieprzytomna, nie reaguje na bodźce bólowe, nie ma orientacji w czasie miejscu i co do własnej osoby. (niby jak miałaby mieć orientację skoro jest NIEPRZYTOMNA?)

    HR: 110/min; RR 100/50 mmHg Temp.ciała: 37 st.C
    RR: 25 (prawdopodobnie chodzi o liczbę oddechów na minutę)
    (przyspieszona akcja serca, niskie ciśnienie, przyspieszony oddech - wstrząs?)

    Klp.: Wyraźnie tkliwy obszar po lewej stronie klp, szmery oddechowe symetryczne obustronnie (zapewnie tak miało być, to ciekawe skoro miała krwiaka 2 litry w opłucnej, powinny być słabsze szmery oddechowe po stronie krwiaka)

    Serce: prawidłowe tony serca, bez szmerów patologicznych

    Brzuch: tkliwe podbrzusze, powłoki bez wzmożonego napięcia (zapewne o to chodziło), bez oznak urazu czy krwotoku

    GCS: 8/15 (dodam, że GCS równe lub mniej niż 8 to wskazanie do intubacji, patrząc na jej stan zastanawiam się czemu nie była zaintubowana i czemu anestezjolog się nią nie zajmował?)

    Badania:
    CT głowy: uogólniony obrzęk mózgu ze złamaniem lewej bocznej (i?) przedniej ściany.. (czego? oczodołu? zgaduję, nie wiem)
    CT-CS, CT-DC, CT-LSS to CT kolejnych odcinków kręgosłupa prawdopodobnie.

    USG brzucha: bez krwotoku brzusznego (ja rozumiem, że to były badania na CITO, ale żeby takie opisy dawać? bez oceny poszczególnych narządów?)

    CT klp: złamanie żebra lewostronne (którego?), odma brzeżna lewostronnie (prawdopodobnie o to chodzi), z klp usunięto 2000 cm3 krwi (wielki krwiak) (dlaczego o drenażu klatki piersiowej jest wspomniane przy opisie CT? skoro piszą o usunięciu płynu to czy mają jakieś poprzednie CT do porównania? nie wiem o co w tym chodzi, podejrzane to trochę, szczególnie, że nie ma nigdzie opisu samego zabiegu punkcji i ewakuacji tego krwiaka)

    RTG stawów ujawniają liczne złamania - stawu skokowego po nie wiadomo której stronie i lewej rzepki i kości piszczelowej

    Złamania leczone zachowawczo.

    Diagnoza: upadek z wysokości

    Postępowanie:
    Pacjentka przyjęta do szpitala po szybkiej ocenie w IP

    Zastosowano leczenie zachowawcze - po 12 godzinach CT.
    Jeśli chodzi o te leki to wygląda to tak:
    nalofin - brzmi jak opioid
    meronal (może to być antybiotyk meropenem, ale nie jestem pewna)
    tavanic (antybityk)
    controloc (lek przeciwko krwotokowi z przewodu pokarmowego, profilaktyka wrzodów stresowych?)
    solemadorol (pewne steryd, pewnie dawali żeby leczyć obrzęk mózgu, u nas daje się mannitol)
    lazex - nie mam pojęcia co to może być
    Przetoczenie albo świeżo mrożonego osocza, albo koncentratu krwinek czerwonych, nikt już nie toczy pełnej krwi wydaje mi się... (to jest bardzo duża różnica co jej przetoczyli, powinni koncentrat krwinek najpierw bo miała krytyczną niedokrwistość, patrz niżej).

    Testy laboratoryjne:
    HGB 6,2 g/dl - ciężka, zagrażająca życiu niedokrwistość
    mocznik - w normie, kreatynina (parametr wydolności nerek) - w normie, sód, potas - w miarę w normie, potas trochę niski,
    INR: 68 (co? ile? jak to nie pomyłka, to nie wiem co o tym myśleć, powinno, być około 1, nawet 6,8 to byłoby dużo za dużo).
    Dlaczego nie ma wyniku gazometrii?

    Ten dalszy ciąg to już kpina:
    U pacjentki doszło do zatrzymania pracy nerek (jak to stwierdzono? na podstawie czego?) i ostrej kwasicy metabolicznej (pytanie jak wyżej? gazometria krwi tętniczej by to pokazała) połączonej z opornością na leczenie (ale gdzie to leczenie wpisane, które stosowaliście?). Zatrzymanie akcji serca, bez reakcji na reanimację i reanimację… (albo tłumacz coś bardzo spieprzył, albo nie wiem o co chodzi).
    Pacjentka zmarła o godzinie 17:30. (powinno być - została uznana za zmarłą).

    Dodatkowo w takiej karcie powinien być opis akcji reanimacyjnej z podaniem leków, które były używane oraz opisu rytmu serca (asystolia? migotanie komór? PEA?).

    Ten protokół ma bardzo duże braki, albo jest nieautentyczny. Trudno mi ocenić. Ciekawi mnie co o tym myślicie?

    Dodatkowo dziwne jest, że w składzie leczącym nie było anestezjologa. Dlaczego wykonano tak mało badań laboratoryjnych? (albo dlaczego tak mało wyników jest w tym protokole?).
    pokaż całość

    •  

      @agatoryks: Nieprzytomny to termin medyczny oznaczający, że osoba nie jest świadoma co się dzieje, nie mówi, nie reaguje na głos, nie wykonuje ruchów ciała. Myślę, że to akurat dobrze przetłumaczył.

    •  

      @Doriel: Jasne. Napisałam tylko, że w raporcie właśnie nie użyto sformułowania "nieprzytomna", a "nie jest przytomna". Mogłoby to sugerować tłumaczenie z angielskiego albo unconcious albo not concious. Czy wiesz może jak np. w angielskich raportach medycznych jest przedstawiana sprawa właśnie braku przytomności a braku świadomości? I zaznaczam: moja wiedza medyczna ogranicza się do kursu pierwszej pomocy, więc nie mam fioletowego, a tym bardziej zielonego pojęcia jak powinien brzmieć profesjonalnie napisany raport. pokaż całość

    • więcej komentarzy (35)

  •  

    Drogie Mirki i Węgierki bardzo proszę kogoś kto ma jakieś zdolności artystyczne i wolny czas o zrobienie mi tła do #szpitalnadoriel ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #grafika

  •  

    Zgniłe jajo

    Jest sobie taki jeden dziad. Schorowany jak nieszczęście. Posiada większość chorób starych ludzi. Dorobił się do tego z biegiem lat tzw. zespołu psychoorganicznego. Objawia się u niego zaburzeniami zachowania, afektu, otępieniem, urojeniami, w praktyce znaczy to mniej więcej tyle, że jest paskudnym dziadem, który mówi różne dziwne prowokacyjne rzeczy i szkaluje wszystkich wokoło. Pisał parę razy skargi na szpitale i pracowników do lokalnych gazetek. Miałam raz z nim do czynienia na SOR-ze. Niezapomniane przeżycie.
    Pielęgniarki położyły go na sali intensywnego nadzoru. W trybie przyspieszonym zmierzyły wszystkie parametry życiowe, “okablowały” go i uciekły. Weszłam ja i zaczęła się “rozmowa”:
    - Dobry wieczór panu - padło ode mnie.
    - A pani to kto? - uprzejmie zagaił pacjent.
    - Nazywam się Doriel, jestem lekarzem SOR…
    - Tu na SOR-ze to sami debile pracują. Jest tylko jedna lekarka co jest mądra, cała reszta to konowały - powiedział pacjent. Oczywiście tą mądrą lekarką nie byłam ja. Wiedziałam, że czeka na moją reakcję.
    - Co panu dolega? - powiedziałam, zachowując poker-face.
    Zebranie wywiadu zajęło mi dość długo, bo facet odpowiadał na pytania jak chciał, dość często ignorował pytanie i dopiero po kilku powtórzeniach odpowiadał, często nie na temat. Usłyszałam jeszcze, że debilami są wszyscy lekarze na oddziale wewnętrznym, że pielęgniarki na SOR-ze nie umieją nic zrobić, że on ma znajomości i “pokaże” ordynatorowi interny, bo miało być dobrze, a nie jest.
    - Będzie pan miał pobraną krew na badania i dostanie pan kroplówkę - poinformowałam dziada.
    - Ja pani coś powiem, jak przyjdzie pielęgniarka, która nie umie zrobić dobrze swojej roboty - chodziło mu o założenie wkłucia i pobranie krwi - to niech lepiej w ogóle nie przychodzi.
    - Przyślę do pana najbardziej doświadczoną pielęgniarkę - odpowiedziałam i uciekłam, bo już nie mogłam znieść typa.
    Poszłam do najbardziej opanowanej pielęgniarki i mówię jaka sprawa. Zgodziła się, w sumie co miała zrobić, nikt nie chce doprowadzać do sytuacji, w której pada polecenie służbowe. Opowiadała później, że kazał jej pokazać identyfikator i dopytywał się o to co jest w kroplówce. Niby normalne pytania. Wyobraziłam sobie jak wyglądały w jego wydaniu, okraszone odpowiednim komentarzem na temat debilizmu i tępoty pracowników ochrony zdrowia.
    Jakiś czas później przyszła koleżanka z wewnętrznego. Znała pacjenta z wcześniejszej wizyty w ich oddziale. Opisywała podobne doświadczenia jeśli chodzi o rozmowy z nim. Tak na marginesie ostatni pobyt zakończył się kilka dni wcześniej. Dziada trzeba było przyjąć ponownie. Po krótkim pobycie w SOR-ze pojechał na internę odprowadzany uśmiechami personelu. Za tymi uśmiechami kryły się znane słowa.
    Baj baj maszkaro!

    #szpitalnadoriel #medycyna
    pokaż całość

  •  

    #heheszki #logikarozowychpaskow #logikaniebieskichpaskow #zwiazki
    Proś męża przez 3 lata z rzędu o zamontowanie na 2 maja flagi na balkonie. Nie da się.
    W tym roku wkurw się i zamontuj sama.
    Przychodzi niebieski, patrzy, marudzi, że źle zamontowana. Montuje sam.
    Trzeba było to zrobić 3 lata temu ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

  •  

    #szpitalnadoriel
    #patologiazmiasta #patologiazewsi #medycyna #szpital #lekarz

    Część pierwsza
    Część druga
    Część trzecia

    Okruchy życia część 4

    Babcia lvl 80 skarżyła się na ból po lewej stronie klatki piersiowej. Nie wiadomo było o co chodzi, bo serce było w dobrej kondycji w stosunku do wieku. W końcu ktoś kazał babci zdjąć stanik. Piersi już nie było, zastąpiło ją paskudne sączące owrzodzenie. Rak.

    Była w jednym ze szpitali w którym pracowałam taka pani sprzątaczka Grażyna, która bardzo skrupulatnie wykonywała swoją pracę i strasznie ją wkurwiało jak ktoś brudził świeżo umytą podłogę. Kiedyś byłam świadkiem takiej oto sytuacji.
    Podłoga umyta pięć minut wcześniej, jeszcze mokra, nawet do kibla strach iść. Na izbę przyjęć wtacza się koleś lvl ok. 30. Zatrzymał się w drzwiach gabinetu, z rękawa kurtki wystawały mu końcówki dwóch zakrwawionych palców, raz na kilka sekund słychać było takie cichutkie “kap”. Zanim zdążyłam się odezwać obok biedaka pojawiło się na podłodze już parę kropel krwi. W tym momencie weszła Grażyna.
    - CO MI KAPIE NA UMYTĄ PODŁOGE?! NIE MOŻE TEJ RĘKI DO GÓRY PODNIEŚĆ? - wydarła się i poleciała po mopa.
    Biedny pacjent podniósł rękę nad głowę, co było słuszne nie tyle z powodu czystości podłogi, a dlatego, że trzymanie ręki w górze zmniejsza w niej ciśnienie krwi, a co za tym idzie krwawienie. Ja poleciałam po wózek dla niego.
    Miał prawie odcięty środkowy palec przez jakiś rodzaj piły, której używał w pracy. Wystarczyła chwila nieuwagi. Na szczęście palec udało się przyszyć.

    Niemożliwe stało się możliwe. Na dyżurze SOR-owym trafił nawalony facet, który prawdopodobnie nie był alkoholikiem. Wyniki badań nie wskazywały na alkoholizm. Miał 3 promile alkoholu we krwi. Janusz miał imieniny i najebał się tak, że padł. Padając, uderzył głową o betonowy płot. Może się zdarzyć nawet najlepszym. Na szczęście wywinął się tylko otarciem naskórka na czole.

    Była kiedyś pod moją opieką taka strasznie otyła Grażyna lvl 75. Jaka ona była wielka, aż strach było patrzeć. Żeby przewrócić się na łóżku ta kobieta musiała przekładać zwały tłuszczu rękami na drugą stronę łóżka. Mogła spać tylko na boku, bo na plecach dusił ją jej własny brzuch. Zawsze jak wchodziłam do sali Grażyna albo coś właśnie żarła, albo miała resztki jedzenia na twarzy. Zawsze jak ta kobieta wracała na oddział to wszystkim się odechciewało słodyczy, a rozmowy schodziły na diety i zdrowie żywienie. Chodząca przestroga. Na jednej wizycie wywiązała się z taka rozmowa z szefem oddziału.
    - Dzień dobry pani Grażyno - mówi uprzejmie szef - jak się pani dzisiaj czuje?
    - Oj panie profesorze - to nic że koleś nie był profesorem - ciężko mi chodzić, próbuję, ale taka słaba jestem...
    - Pani Grażyno już pani tłumaczyłem, że ciężko jest chodzić bo za dużo pani waży, schudnie pani 50 kg to będzie łatwiej chodzić.
    - Ale ja nic nie jem! - oburzyła się Grażyna, jak większość grubasów, oni nigdy nic nie jedzą, z powietrza kurwa tyją.
    - Myślę, że jednak za dużo pani je i za mało się rusza, stąd ten tłuszcz na pani ciele - powiedział szef, na co Grażyna wykrzyknęła jeszcze bardziej oburzona.
    - To! To nie tłuszcz! To PUCHLINA GŁODOWA!
    Nie daliśmy rady. Nawet szef się zaśmiał.

    Był taki dyżur na izbie przyjęć. Pamiętam było lato, cieplutko, słoneczko świeciło. Stałam tego dnia przed wiatą dla karetek i łapałam poranne promienie słońca, kiedy przez bramę weszło pięciu napakowanych dresiarzy. Pomyślałam, że pewnie skracają sobie drogę przez teren szpitala, ale gdzie tam, azymut prosto na drzwi do izby przyjęć.
    Okazało się, że napakowanych dresiarzy nie było pięciu jak początkowo sądziłam. Piąty kompan także był dresiarzem, ale nawet w porównaniu ze mną wydawał się jakiś taki mały. Chudy jak szczapa.
    - Co panu dolega? - pytam grzecznie chudego. Zamiast Seby odzywa się kolega, pewnie mózg całej grupy.
    - Kolega źle się czuje i mu no, ten, no wie pani, to no serce mu szybko bije - widziałam ile wysiłku kosztuje go nie wtrącenie kilku kurew to tej wypowiedzi, widać było, że chłopaki kulturalnie przyszli prosić o pomoc i bardzo się starali być mili w ten sobotni poranek.
    - Panowie już wyszli z domu, czy jeszcze do niego nie dotarli po wczoraj?
    Cisza. Z tego wynika, że jeszcze nie dotarli do domów.
    Zbadałam chudego Sebe, akcja serca 110/min., osłuchowo szmer “papierosowy”, wokół nozdrzy biaława krystaliczna substancja.
    - A to takie białe wokół nosa to co to? - zapytam. Seba zrobił wielkie oczy i próbując wytrzeć nos z resztek substancji dość niewyraźnie powiedział.
    - Biała tabaka.
    Nie było możliwości zrobić testu na obecność amfetaminy, więc kto wie? Może i biała tabaka to była.

    Jest takie badanie kardiologiczne nazywające się koronarografia. Żeby je wykonać trzeba uzyskać dostęp do tętnicy, gdyż tą tętnicą przechodzi się następnie do aorty, a z niej do tętnic wieńcowych, czyli naczyń zaopatrujących serce. Można takim badaniem stwierdzić czy pacjent ma chorobę wieńcową, można też w trakcie wykonać zabieg angioplastyki i wyleczyć np. zawał serca. Można do tego badania użyć tętnicy promieniowej (ta na której czuć puls na ręku) albo udowej (w pachwinie). Pamiętam jednego pacjenta, taki dziadeczek lvl 80, był lekko niespokojny jeszcze przed badaniem, więc dostał lek uspokajający. Wszystko było fajnie, przysnął sobie i po badaniu został odwieziony łóżkiem do sali intensywnego nadzoru. W tętnicy udowej kardiolog pozostawił mu tzw. “koszulkę”, gdyż facet dostał leki przeciwkrzepliwe w trakcie badania i żeby wyjąć takie coś z tętnicy bez ryzyka krwotoku trzeba odczekać kilka-kilkanaście godzin żeby leki przestały działać. Taka “koszulka” jest długą plastikową rurką średnicy ok. 1-1,5mm i długości dobrych 10 cm (z czego ponad 8cm siedzi w tętnicy), w trakcie zakładania przyszywa się ją do skóry pacjenta (wcześniej podaje się znieczulenie). Wydawało mi się, że czegoś takiego nie da się wyjąć z naczynia bez oderwania od skóry, myliłam się. Ten fajny grzeczny dziadzio, prawdopodobnie pod wpływem tej tableteczki uspokajającej lekko "spsychoział" i wydłubał sobie tę “koszulkę” z tętnicy. Do dzisiaj nie jestem pewna jak on to zrobił. Przywołał mnie krzyk pielęgniarki o pomoc. Jak odkryła kołdrę zobaczyłam tylko strumyczek krwi tryskający z tej milimetrowej dziurki w tętnicy udowej. Rzuciłam się do uciskania tej tętnicy. “Koszulka” wisiała na szwach, którymi była przyszyta do skóry uda, na środku zgięta pod kątem 45 stopni. Od badania minęło 5 godzin, leki przeciwkrzepliwe jeszcze nie przestały działać.
    Tak więc stałam i uciskałam 10, 20, 30, 40 minut. Zniecierpliwiony pierwszy dyżurny zdążył zrobić wizytę. A ja stałam i uciskałam, aż przestałam czuć ręce. Po 45 minutach, które zdały się wiecznością krew w końcu przestała sączyć z rany i można było założyć opatrunek uciskowy.
    pokaż całość

    •  

      @Doriel jakie wyniki alkoholu w krwi mówią o alkoholizmie ?

    •  

      @worldmaster: odpowiem bo dopiero znalazłem tag, a w sumie pytanie z mojej dziedziny ( ͡° ͜ʖ ͡°).

      Prawda to że w takich przypadkach najlepiej przeprowadzić dodatkowe badanie 2-3 tygodnie pozniej aby się upewnić że nie ma krwiaków, torbieli itd.?
      Tak i nie. Te poważniejsze powikłania po urazach, np. wylew krwi poza oponę twardą, czyli do tej przestrzeni między mózgiem a czaszką, to stosunkowo łatwo jest wykryć przy obrazowaniu. Ale ta porada z odczekaniem paru tygodni ma za zadanie po prostu to, że gdyby taki krwiak istniał to po tych paru tygodniach nieco by sobie urósł, do tego stopnia, że jego wykrycie w badaniach klinicznych byłoby całkiem proste. Chociaż z drugiej strony jeżeli po paru tygodniach od wypadku nie ma objawów neurologicznych, to nie popadajmy w paranoje. Krwiak nadtwardówkowy daje swoje objawy szybko, to nie jest choroba prionowa by żył w ukryciu. pokaż całość

    • więcej komentarzy (60)

  •  

    #szpitalnadoriel

    Pewnie już gdzieś było, ale mogłabyś opisać to co masz jako tło w profilu? To jest zawał?
    @James_Earl_Cash i inni zainteresowani - na załączonym zdjeciu jest skuteczna defibrylacja napadu migotania komór (zatrzymanie krążenia). "Wstrząs nr 1 200J" to moment wyładowania defibrylatora, po którym powrócił prawidłowy rytm serca (początkowo wolny, później się znormalizował, ale już tego nie widać na zdjeciu) czyli powróciło pacjentowi krążenie. Pamiętam, że z tym pacjentem było jak w filmie - strzał i powrót funkcji życiowych (nie odzyskał w pełni przytomności, ale i tak bardzo spektakularne to było) Zdjecie ze zbiorów własnych ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    pokaż spoiler Będzie dzisiaj normalny wpis, ale po południu, muszę jeszcze doszlifować teksty ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

    źródło: defibrylacja.JPG

  •  

    #szpitalnadoriel
    #patologiazmiasta #patologiazewsi #medycyna #szpital #lekarz

    Część pierwsza http://www.wykop.pl/wpis/22962939/okruchy-zycia-czesc-1-szpitalnadoriel-patologiazmi/
    Część druga http://www.wykop.pl/wpis/23062707/szpitalnadoriel-patologiazewsi-medycyna-szpital-le/

    Okruchy życia część 3

    Znajomy doktor z oddziału, na którym pracowałam poprosił mnie żebym na dyżurze na izbie przyjęć przyjęła jego sąsiada, bo coś go gardło boli od paru dni. Pewnie angina. Tak, kurwa angina. Wywiad: 40 papierosów dziennie marki “z ukrainy”, alkohol codziennie lub prawie codziennie. Facet otwiera usta na ile pozwala mu ból, świecę latarką, a tam owrzodzenie na pół języka, z rozpadem tkanek, sączące, cuchnące, chyba z naciekiem na gardło, na szyi wyczuwalne pakiety węzłów chłonnych. Rak z przerzutami.
    - Od kiedy boli? - pytam - I wiem, że nie od tygodnia, tak jak pan na początku mówił tylko dłużej.
    - Od 3 miesięcy - mówi facet cicho.
    Nawet nie pytałam się dlaczego tak późno przyszedł. Nie miało to już żadnego znaczenia. Skierowanie powinien dostać do grabarza, ale dostał na laryngologię.

    Czasami (na szczęście bardzo rzadko) trafi się taki “doktor”, który nie wiadomo jakim cudem przeszedł przez studia, bo niewiele wie i potrafi. Kończy staż podyplomowy i na 2-3 roku rezydentury z psychiatrii (ewentualnie chirurgii) idzie zarabiać pieniądze w karetkach i nocnych pomocach lekarza rodzinnego. Pół biedy jak głupi “doktor” ma mądry personel, to jeszcze jakoś idzie, ale jak jest i głupi “doktor” i personel to wychodzą ciekawe rzeczy. Na jednym z dyżurów przychodzi facet ze skierowaniem od takiego właśnie “doktora”. Poprzednich dwóch pacjentów koleś przysłał całkowicie bezpodstawnie. Na skierowaniu na SOR “tachykardia” (przyspieszone bicie serca), ekg w załączeniu. Jak popatrzyłam na to ekg to zaczęłam się śmiać. Zazwyczaj tego nie robię, ale tym razem nie dałam rady, dzwonię do tego “doktora”. Dodam jeszcze, że cała akcja dzieje się o 3 w nocy.
    - Lekarz Doriel z SORu czy mogę prosić lekarza Sebe?
    - Już proszę.
    - Seba przy telefonie.
    - Przysłał pan Janusza z rozpoznaniem tachykardia i z ekg. Na tym ekg są artefakty ruchowe (błędy zapisu), które mają częstość 300/min. Niech się pan przez chwilę zastanowi, skoro rozpoznał pan tachykardię na podstawie tego ekg, to czy pacjent z akcją serca 300/min. będzie chodził i gadał do nas? Jak już pan rozpoznał tachykardię 300/min to dlaczego wysłał pan chorego na piechotę? Wystarczyło pomyśleć 30 sekund i na przykład ponownie zrobić ekg za chwilę, albo nie wiem, może zbadać pacjenta? Ja mam tutaj tłum ludzi, a wy nie potraficie najprostszych rzeczy zrobić!
    - No muszę przyznać, że to ekg mnie zmyliło - odpowiada Seba bez cienia zażenowania.
    Wracaj na studia, zmyliło cię, debilu…

    Dyżur SOR. Trzy osoby zakażone Clostridium difficile. Infekcja taka objawia się paskudną sraczką dzień i noc. Patogen wywołujący zakażenie jest uznawany za super-bakterię. Leczenie jest bardzo proste do zapamiętania, są dwa antybiotyki. Stosuje się najpierw jeden, a jak nie działa, albo jest nawrót do drugi. Jedna z zainfekowanych, niedorozwinięta kobieta z DPS właśnie ponownie narobiła pod siebie, dobrze, że miała pieluchomajtki i tylko trochę wyciekło na łóżko. Czekała na transport do oddziału zakaźnego. Na “jej” łóżko czekała w tym czasie już kolejna osoba. Jak tylko salowa skończyła psikać i ścierać łóżko wylądowała na nim babcia lvl 90 z zapaleniem płuc.
    Czy dało coś czyste jednorazowe prześcieradło? Albo moje dezynfekowanie rąk? Albo to, że mówiłam że trzeba poczekać te 5 minut aż dezynfekcja wyschnie?

    Była kiedyś na SOR-ze kobieta ze schizofrenią. Od miesięcy miała omamy i urojenia pomimo leków. Pamiętam jak pytała się czy jesteśmy aniołami, czy pójdzie do czyśćca czy do piekła. Miała straszne urojenia winy. Czuła się nawiedzana przez demony i wyrywana przez nie ze swojego ciała. A na SOR trafiła bo bolał ją brzuch.

    Był taki alkoholik lvl ok 40. Przywieziony przez pogotowie tak głęboko nieprzytomny, że rozważałam intubację i respirator. Wyszło mu 6,2 promila alkoholu we krwi. Po dużej ilości płynów i kilku godzinach odespania rozmawiał i jeszcze żartował. Przy 2,9 promila rano miał objawy zespołu abstynencyjnego. Straszne.

    Robiłam kiedyś wizytę na oddziale w zastępstwie. W ogóle nie znałam pacjentów. Każdego osłuchiwałam, pytałam o samopoczucie. Pacjenci w dużej części paliatywni. Jeden z takich nie mógł się podnieść do badania. Rozmawiając o czymś z pielęgniarką odsłoniłam jego klatkę piersiową i na ślepo położyłam na niej rękę. Poczułam coś jak rozfragmentowany ślimak. Oderwałam rękę z mimowolnym okrzykiem obrzydzenia. Pacjent z ogromnym rozpadającym się mięsakiem klatki piersiowej. Nadal mi głupio jak sobie o tym przypominam. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Facet popatrzył na mnie w bardzo dziwny sposób, ale nie skomentował. Dokończyłam wizytę z twarzą czerwoną jak pomidor. Po wyjściu z sali przez kilka minut kompulsywnie dezynfekowałam ręce. pokaż całość

  •  

    W tym tygodniu historii na #szpitalnadoriel nie bedzie. Dzisiaj mam dyzur, a jutro jade do mamusi jesc zurek i biala kielbase. Musze odpoczac, glownie psychicznie, od kilku miesiecy albo uczylam sie do egzaminu specjalizacyjnego, albo bylam na dyzurze. Takze milego swiatecznego weekendu wszystkim ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    pokaż spoiler Specjalista chorob wewnetrznych brzmi dumnie ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

  •  

    #medycyna #szpital #lekarz #feels
    #szpitalnadoriel

    Dzisiaj inaczej niż zwykle. Smacznego.

    Gorzka pigułka

    Zdarzyło się tak, że byłam kiedyś na stażu specjalizacyjnym w klinice hematologii. Przez kilka tygodni codziennie widziałam człowieka lat ok. 35 z chłoniakiem. Leżał w izolatce. Dolna połowa jego twarzy zmieniła się w wielkiego, owrzodziałego guza. Nowotwór groteskowo zniekształcił jego twarz, czyniąc go podobnym do ropuchy. Ten zapach. Woń śmierci. Słodko-mdła, przylepia się do warg, czuje się ją czasem przez wiele godzin po kontakcie z chorą osobą. Wszyscy to czuli i chory chłopak i jego dziewczyna i cały obecny personel. Dziewczyna trzymała go za rękę.
    Często później słyszałam szeptane na korytarzu rozmowy “dobra z niej dziewczyna”, “jaka z niej kochana dziewczyna”. Dziewczyna była naprawdę dobra, okazała miłosierdzie umierającemu i została z chłopakiem do końca.
    W gabinecie słyszy się historie o dziewczynach, a nawet żonach zostawiających chłopaka/męża w obliczu śmiertelnej choroby - “bo brzydki będzie”, “bo i tak nic z niego nie bedzie”, “niedlugo umrze to po co się nim przejmować”.
    Majestat śmierci został zachowany. Chłopak umarł, jak było mu pisane. Dziewczyna umożliwiła mu odejście z godnością. Do końca trzymała go za rękę.
    Nadal czasem widzę tę twarz, te oczy starca. Wraca wtedy smutek i gniew z powodu jego bólu,cierpienia, z powodu tych lat, które zostały mu odebrane.
    Gdybym tylko miała taką zdolność, dzięki której potrafiłabym usunąć komórki nowotworowe, wyleczyć, nie tylko jego, ale setki, tysiące innych, albo gdyby istniał lek, po którego zażyciu nie chorowało by się już do końca życia, jak wielu mogłoby żyć.
    Jak wiele twarzy wraca do mnie w takich chwilach. Twarzy tych, dla których nie było nadziei.
    pokaż całość

    +: kAdi, O.............................y +1081 innych
    •  

      @Daleki_Jones: nie wiem skąd atak "ad personam". Nigdy w takiej sytuacji nie byłam, a mężowi przysięgałam "dopóki śmierć nas nie rozłączy" i tego dotrzymam. Natomiast opiekowałam się kilkoma chorymi w rodzinie, m.in. z nowotworem cyz po udarze i często było tak, że wyżywali się oni na najbliższych. Nie każdy jest w stanie to wytrzymać.

    •  

      Natomiast opiekowałam się kilkoma chorymi w rodzinie, m.in. z nowotworem cyz po udarze i często było tak, że wyżywali się oni na najbliższych. Nie każdy jest w stanie to wytrzymać.

      @agataen: Problem z chorymi agresywnymi, a umierającymi jest ogromny. Takich przypadków jest wiele, na prawdę wiele. Współczuje.

    • więcej komentarzy (63)

  •  

    @Moderacja proszę o przydzielenie tagu autorskiego #szpitalnadoriel

    pokaż spoiler Dziękuję ( ͡° ͜ʖ ͡°)

  •  

    #gorzkiezale Jest 23, do konca dyzuru zostalo juz "tylko" 9 godzin, a ja mam dosc. Moze jutro cos wrzuce na #szpitalnadoriel ale nie wiem czy jest sens...

  •  

    #szpitalnadoriel
    #patologiazewsi #medycyna #szpital #lekarz

    Część pierwsza -> http://www.wykop.pl/wpis/22962939/okruchy-zycia-czesc-1-szpitalnadoriel-patologiazmi/

    Okruchy życia część 2

    Dyżur SOR. Wjeżdża zespół PR.
    - Hipoglikemia. Przedawkowanie insuliny. Glikemia od 15 do 0 gm% po podaniu stężonej glukozy - mózg do prawidłowego funkcjonowania potrzebuje poziomu glukozy we krwi na poziomie 60-80 mg%, tak niski poziom “cukru” jak u tego patolka powoduje śmierć szarych komórek.
    - Śpiączka hipoglikemiczna - wyrzuca z siebie ratownik - Próba samobójcza - dodaje - Nie pierwsza. Podał sobie całego pena insuliny, nie wiemy ile jednostek. Alkoholik. Wcześniej przez cały dzień pił wódkę z koleżkami.
    Pierwsza myśl - mam przejebane. Druga myśl - mogliście kurwa dać znać przez radio, że coś takiego wieziecie.
    Koleś dostał zatrzymania oddechu i prawie umarł.
    Wypijmy soczek za te szare komórki, które przetrwały ten “hipoglikemiczny holokaust”.

    Na dyżurach SOR-owych przyjeżdża policja z zatrzymanymi do zbadania. Pamiętam jednego faceta, który panicznie bał się tego aresztu. Jak go badałam to prosił mnie szeptem żebym nie pozwoliła go zamknąć w więzieniu, że on zrobi wszystko. Policjanci wykonują swoją pracę zatrzymując go, moją pracą jest go zbadać, a sędziego osądzić. Nie miał przeciwwskazań do zatrzymania. Po tym jak zaznaczyłam odpowiednią rubrykę w formularzu dla policji już się więcej nie odezwał. Wychodząc popatrzył na mnie z wyrzutem.

    Pogotowie przywozi dziadka. Ma założony na stałe cewnik do pęcherza moczowego. Ostatnia zmiana cewnika dobę wcześniej. Biedny pacjent zdejmuje gacie, a tu załupek. Jest to sytuacja, w której napletek nie daje się odprowadzić i “utyka” na żołędzi. Jak stulejka, przy której ta choroba występuje, jest bardzo “ciasna” to krew może do żołędzi napływać, ale z odpływem jest już problem. U niego była bardzo ciasna. Żołądź wyglądała jak czerwona piłka. Urolog musiał “wycisnąć” krew mechanicznie, pomimo znieczulenia dziadzio krzyczał z bólu. Trwało to długo. Na szczęście w końcu się udało.

    Przyjechał kiedyś prosto z baru karetką PR młodzieniec lvl 18 z naderwanym wędzidełkiem napletka. Twierdził, że stało się to w trakcie sikania. Nie wiem. Nie chcę wiedzieć co robił w tej toalecie.

    Jakie leki pan/pani przyjmuje?
    “Akapulko” - Accupro
    “bisexol” - Biosotal
    “halopierdol” - Haloperidol

    Na dyżurze na izbie przyjęć siedzę w takim otwartym punkcie przyjęć. Podchodzi dziadzio lvl ok. 80 i mówi, że potrzebuje doktora.
    - Ja jestem lekarzem, o co chodzi?
    Popatrzył na mnie podejrzliwie, nie dość, że młoda to jeszcze baba, mówiły jego oczy. W pewnym momencie jakby się poddał i cicho mówi:
    - Jaja mi spuchły - mówiąc to opuścił spodnie i gacie w dół.
    - Rzeczywiście spuchły - zdołałam wykrztusić na widok napęczniałej jak balon moszny dziadka - ok, widziałam, ubierze się pan. pokaż całość

    •  

      Chodzi mi o to ze taka odzywka jest tak samo chujowo, bo co to za tekst "ubierze sie pan"? Rozkaz jakis, polecenie czy co?
      Wystarczy troche kultury i empatii i mozna normalnie powiedziec "moze sie pan teraz ubrac" czy "prosze sie ubrac" a nie wydawac rozkazy


      @callmemiro: Wydawało mi się, że jest mniej chujowa, szkoda ;).
      Pisałam gdzieś wyżej, że zazwyczaj staram się mówić jak normalny człowiek "proszę się ubrać" itp., ale jak bardzo mi się śpieszy, albo są trudnosci w komunikacji z pacjentem (bo np niedosłyszy) to różne wychodzi.
      pokaż całość

    •  

      @Doriel: nie chciałbym być twoim pacjentem

      @GoraluCzyCiNieZal1 i inni krytykujący:
      zdarzało mi się wozić na Sor starsze osoby z rodziny albo sąsiadów, w różnych potrzebach, albo wzywać do nich karetkę, i obserwować lekarzy przy tych sytuacjach

      jak dla mnie absolutnie fachowa, konkretna, ogarniająca pani doktor

    • więcej komentarzy (111)

  •  

    Ptaszki spiewaja, niebo zaczyna sie rozjasniac... chyba nie ma po co isc juz spac...

  •  

    Okruchy życia część 1

    #szpitalnadoriel
    #patologiazmiasta #patologiazewsi #medycyna #szpital #lekarz

    Telefon do gabinetu w trakcie normalnego dnia pracy na oddziale.
    - Dzień dobry, z tej strony Grażyna, czy jest doktUr Doriel?
    - Przy telefonie, słucham?
    - Pamięta mnie pani?
    - Tak, oczywiście - panią trudno było zapomnieć ze względu na cechy charakteropatii alkoholowej oraz “prezent”, który dostałam od niej jak wychodziła ze szpitala, a były to: 2 butelki drinka Sobieski biały i czerwony, takie po 250ml oraz czekoladki z alkoholem, bardzo nie chciałam tego przyjąć, ale postawiła mi reklamówkę z tymi rzeczami na biurku i wyszła. Czekoladki wylądowały w wielkiej “szafce na czekoladki z alkoholem” na wieczyste zapomnienie, drinki w mojej torebce.
    - Co się dzieje pani Grażyno? - zapytałam ogólnie zadziwiona tym telefonem, bo od jej wypisu upłynęły dwa miesiące.
    - Na wypisie napisała mi pani w rozpoznaniach otyłość - słyszę i coraz bardziej się dziwię.
    - No tak, ale o co chodzi? - pytam.
    - Czy pani wie jakie to uczucie przeczytać coś takiego?
    - Ale czy według pani napisałam nieprawdę? - zapytałam.
    - Tu nie o chodzi o to, czy to prawda - odpowiedziała pacjentka.
    W tym miejscu zaczęła się już dość bezładna plątanina żalu nad sobą i tekstów w stylu “to jest niegodne lekarza”, “powinnaś się wstydzić”, “napiszę skargę do dyrekcji”. Posłuchałam tak kilka minut i jak Grażyna zrobiła przerwę na zaczerpnięcie oddechu powiedziałam, że nie mogę dłużej kontynuować rozmowy i rozłączyłam się.

    Pamiętam, jak kiedyś dostałam od pacjenta brandy. Dałam mężowi, gdyż nie lubię mocnych alkoholi. Ten któregoś pięknego dnia postanowił spróbować jaką brandy dostają doktory. Odkręca lekko zdziwiony, wącha, zapach taki dziwny trochę. Nalał sobie szklankę złocistego trunku, upił łyk, w ustach poczuł smak bejcy do drewna. Czyta skład: spirytus, brandy bonifikator…

    Koleżanka miała na sali alkusa-patusa z alkoholową marskością wątroby, któremu kochani koledzy przynieśli 3 puszki biedronkowego mocnego piwa. Zabrała mu je, “komisyjnie” zamknęła w kopercie i podpisała “własność Janusza”. W dzień wypisu patol podchodzi do koleżanki i widać, że chce coś powiedzieć, ale nie wie jak zacząć. Dziewczyna pomyślała - pewnie chce podziękować, albo coś, a Janusz do niej:
    - Odda mi pani moje piwo?

    W gabinecie na oddziale, na którym kiedyś pracowałam, była taka magiczna szufladka z alkoholami skonfiskowanymi pacjentom. Nie do końca rozumiałam po co trzymamy te wszystkie małpki i piwa z biedronki, ale starsi koledzy twierdzili, że “niech zostanie”. Modlili się do nich czy jak? Na pewno nikt tego nie pił, bo nie ubywało.

    Dyżur SOR. Pijany pacjent przywieziony przez PR.
    - Czy pił pan dzisiaj alkohol? - pytam.
    - Piłem - odpowiada całkiem wyraźne.
    - A ile tego było?
    - Litr wódki - mówi koleś.
    - Na dwóch? - pytam naiwnie.
    - No co pani? Sam wypiłem. To nie tak dużo wcale - mówił całkowicie poważnie.
    Miał 4,2 promila alkoholu we krwi.

    Jest kilka zabiegów medycznych, do których stosuje się krótkotrwałe znieczulenie ogólne. Pacjent zasypia, nie czuje bólu, nie pamięta co się działo, ale nie zatrzymuje mu się oddech. Taki stan trwa kilka minut po podaniu dożylnie leku. Niektórzy pacjenci mówią ciekawe rzeczy jak się budzą lub zasypiają:
    - To kiedy podacie to na spanie? - pyta pacjent po zabiegu.
    - Przed chwilą widziałem w swoim ręku kieliszek wódki - mówi pacjent przy wybudzaniu.
    - Zawsze miałem kompleks małego penisa - powiedział pacjent i zasnął.
    - Mogę dostać to jeszcze raz? - pyta Janusz z uśmiechem po wybudzeniu.
    - Widzę anioły - pacjent o żeńskim personelu.
    - To lepsze niż wódka. Ale faza - podsumował inny.

    Było to jeszcze na stażu podyplomowym. Ginekologia. Drugi dzień stażu. Na raporcie ordynator mówi:
    - Doriel dzisiaj będziesz mi asystować przy zabiegach.
    - Rozkaz, rozkaz.
    Doktor ordynator robił tego dnia tzw. małe zabiegi ginekologiczne, głównie różnego rodzaju “przypalanki”, do których podaje się krótko działające znieczulenie ogólne. Połączenie, co by tu nie mówić niezłego narkotyku (oceniam z reakcji ludzi, nie z autopsji) oraz grzebania w okolicy genitalnej, u niektórych osób działa ciekawie.
    Stoję obok nogi kobiety lvl ok 40, trzymam wzierniki, kobieta śpi, przy drugiej nodze stoi pielęgniarka, przy głowie znudzony jak zawsze anestezjolog, ordynator poprawia okulary i zaczyna zabieg. Z ust śpiącej kobiety wydobywa się jęk - zadowolenia? Nie jestem pewna. Po chwili pojękiwała już jak w pornolu. Popatrzyłam po obecnych, wszyscy kamienne twarze. Ja ledwo się powstrzymałam się żeby nie wybuchnąć śmiechem. Ordynator przerwał zabieg i mówi do anestezjologa:
    - Spróbuj ją uśpić trochę głębiej.
    Działania anestezjologa niewiele pomogły. Porno-jęki trwały jeszcze przez 15 minut, po których na szczęście zabieg się skończył.
    pokaż całość

    +: Dorrek, z..m +1245 innych
    •  

      (...) Hormony są podawane rutynowo do paszy dla zwierząt hodowlanych, w celu uzyskania przyspieszenia wzrostu. Nadrzędnym celem jest zwiększenie zysku. Jednak jest to procedura bardzo niebezpieczna dla zdrowia konsumenta, zwłaszcza , że zwierzęta są często zabijane zaledwie kilka godzin po podaniu pigułki hormonalnej.
      Dlatego też takie mięso zawiera duże ilości hormonów, które przy spożyciu dostają się do organizmów ludzkich. Skutkiem tego jest przedwczesne dojrzewanie młodzieży, a często także otyłość.
      U kobiet może prowadzić do raka sutka , raka jajnika, raka szyjki macicy,


      Hormony przyjmowane w mięsie powoduje u mężczyzn zaburzenia hormonalne, raka jądra i prostaty, dokuczliwe objawy andropauzy, zmęczenie, utrata libido, nasilają się objawy depresji, zanik jąder, powiększenie piersi, impotencja."

      @thalotor: Sorry za odkopywanie. Ale się mylisz.
      Przede wszystkim w UE, w tym i w Polsce jest CAŁKOWITY zakaz dodawania hormonów do pasz dla zwierząt. I ten zakaz jest bardzo pilnowany. W USA owszem, jest wolna amerykanka, i kurczaki się hormonami faszeruje.

      No i na koniec doczepię się jeszcze do tej bzdurki:

      zwierzęta są często zabijane zaledwie kilka godzin po podaniu pigułki hormonalnej.
      To zdanie ani nie jest logiczne ani nie ma sensu. Pierwsza sprawa - pigułki to się podaje ludziom czy psom, nie zwierzętom hodowlanym. Po drugie to byłoby marnowanie pieniędzy podawać takie preparaty przed ubojem. One nie będą miały czasu zadziałać, a za darmo nie są.
      Kontrola toksykologiczna / pozostałości po antybiotykach, itp w higienie mięsa też stoi u nas na całkiem wysokim poziomie.
      pokaż całość

      +: Mr_RIP
    •  

      @GregPelka: Sorry ale nie przekonało mnie to :)

    • więcej komentarzy (80)

  •  

    #gorzkiezale #medycyna Za pare godzin koncze 3 #dyzur w tym tygodniu. Tyle dobrego, ze godzine krócej niz normalnie przez #zmianaczasu. Przez caly dzien byl tylko jeden pijak i to do chirurga! Szok i niedowierzanie. Jak bede miala sile wrzuce na #szpitalnadoriel cos fajnego, ale to jak wroce rano do domu. Pozdrawiam Mirki i Mirabelki. Milej sobotniej nocy pokaż całość

  •  

    #medycyna #szpitalnadoriel #szpital #lekarz #patologiazewsi

    Dzisiaj krótko, nie mam czasu na pisanie. Egzamin specjalizacyjny sam się nie zda.

    Pan Pchełka

    Pasożyty od zawsze towarzyszyły człowiekowi. Dopiero podniesienie standardów sanitarno-higienicznych oraz osiągnięcia współczesnej medycyny pozwoliły ludziom na pozbycie się większości robali ze swoich ciał. Od czasu do czasu trafi się w każdym szpitalu taki Janusz alkoholik od 30 lat, prawie bez mózgu i wątroby, który nie wiadomo do końca jakim cudem jeszcze żyje. Widziałam kiedyś jednego żula po kilku trepanacjach czaszki (z powodu krwiaków po urazach po pijaku), w CT głowy mózgu prawie się nie stwierdza, a jakoś TO chodzi, żyje i nawet po zasiłek w kolejce stanąć umie. Jest taki delikwent najczęściej siedliskiem wszelkiego pełzającego cholerstwa jakie tylko może żyć na ludzkim ciele. Ubrania nie prane miesiącami, pod-sikiwane i pod-srywane przez tych pół-mózgich degeneratów przybierają najczęściej barwę brudnego brązu, o zapachu wolę nawet nie wspominać. Przy wszawicy żule potrafią mieć takie przeczosy (długie, głębokie zadrapania), że nie można znaleźć zdrowej skóry na ciele w zasięgu rąk. Wszędzie gdzie może się podrapać przeczosy, rany, wszystko zropiałe i zakażone. Aż szkoda patrzeć (i wąchać).
    Ale wracając do tematu głównego miałam kiedyś takiego pacjenta na sali. Bezdomny Janusz alkoholik, nazwany przez pielęgniarki “Panem Pchełką” lub po prostu “Pchełką” (przy jego nazwisku na tablicy, na której są wypisani wszyscy pacjenci na oddziale rysowały przez cały czas takiego małego robaczka). Jak był przyjmowany z SOR-u przywiozło go na noszach dwóch ratowników w pełnych “zbrojach ochronnych” (fartuchy jednorazowe, maski, przyłbice, podwójne rękawice, czepki). Na jego łóżku przez cały pobyt wisiała czerwona karteczka z napisem “IZOLACJA”. Facet poza tym, że miał zawał, miał świerzb i wszawicę, ale traktowany był jakby co najmniej rozsiewał HIV drogą kropelkową. Na szczęście pierwszy raz miałam z nim kontakt jak miał już ogolone wszystkie włosy na ciele (łącznie z brwiami i rzęsami, łonowe oczywiście też) i włączone leczenie tego zoo, które na sobie wyhodował.
    Pomimo dekontaminacji i właściwego leczenia oraz przestrzegania procedur przez personel, teoretycznie i tak można się zarazić. Tak informacyjnie mam włosy do pasa.
    pokaż całość

    •  

      @Twinkle: to widać, że nie znasz żadnych lekarzy

      "ta stara kurwa dalej żyje, ech łóżko tylko zajmuje" xD

    •  

      @Doriel: Na zajęciach z medycyny sądowej robiliśmy sekcję zwłok podobnego delikwenta NN. Po kolei zdejmowali mu kolejne pary spodni (tak, miał na sobie ich kilka) i koszul, aż zaczęło się coś sypać.... Facet miał wszawicę wszystkich włosów na ciele, łącznie z tymi na klatce piersiowej, o łonowych nie wspominając. Od padniętych i żywych jeszcze robaczków zrobiło się czarno wokół stołu. A tu jeszcze do zrobienia sekcja na zaliczenie!
      Od tej pory nie jestem w stanie usiąść na siedzeniu w autobusie jeśli w powietrzu unosi się zapach żula - a nuż to właśnie tutaj siedział niedawno i podzieli się zwierzątkiem...

      pokaż spoiler już kupa czasu minęła od twojego wpisu, ale może sobie ktoś przeczyta ku przestrodze
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (21)

  •  

    #medycyna #szpital #sor #szpitalnadoriel #dyzur #lekarz #psychiatria #schizofrenia

    Dziwny koleś

    Policja zatrzymała człowieka lvl ok 30 jak ok. 2 w nocy przechodził przez ulicę nie na pasach. Co do zasadności zatrzymania nie będę się może wypowiadać. Po zatrzymaniu stwierdzili, że koleś dziwnie się zachowuje. Na tyle dziwnie, że wezwali zespół PR z lekarzem. Akurat dyżur w karetce miała ordynatorka SOR-u. Przyjechali, zapakowali typa do karetki i pojechali na SOR. Od razu z wejścia lekarka z karetki powiedziała, że ona przyjechała żeby się zastanowić co z tym człowiekiem zrobić i żebym jej podpowiedziała coś, bo ona nie wie. Szok i niedowierzanie. Ta kobieta nie jest typem, który nie wie co zrobić, albo chce żeby jej coś “podpowiedzieć”. Siadamy w gabinecie w składzie pacjent, ja, lekarka z karetki, dwóch ratowników z karetki i pielęgniarka z SOR. Ledwo się pomieściliśmy w tej klitce. Pacjent rzeczywiście zachowywał się dziwnie. Był przytomny, bez żadnych objawów chorobowych na pierwszy rzut oka, nie miał zaburzeń orientacji co do miejsca gdzie przebywał i własnej osoby, ale po kilkuminutowej obserwacji i rozmowie dało się zauważyć ciekawe zachowania. Wielokrotnie zauważyłam jak machał ręką koło ucha (jakby odganiał muchę) i szeptał “cicho, cicho”. Ogólnie był taki napięty, momentami nie mógł usiedzieć na miejscu, ale agresywny nie był na szczęście. Twierdził, że nie jest pod wpływem żadnych legalnych, ani nielegalnych narkotyków, poza tym, wspominał w pewnym momencie, że był kiedyś w szpitalu psychiatrycznym i bierze lek psychiatryczny. Co i jak dokładnie nie chciał powiedzieć. I masz tu babo placek. Najgorsze przeszkody w przesłaniu człowieka do szpitala psychiatrycznego to zgoda pacjenta i wypełnienie skierowania, które ma dwie strony A4. Są w nim pytania o np. stan cywilny, liczbę rodzeństwa i inne bardzo istotne dla lekarza SOR dane. Zabieramy się do wypełniania tego badziewia. Pacjent siedzi grzecznie, nawet lekko zamula.
    - Co ja mam wpisać w rozpoznaniu? - zastanawia się głośno lekarka karetki.
    - JA CI POWIEM CO MASZ NAPISAĆ! PISZ! SCHIZOFRENIA PARANOIDALNA! - głosem wokalisty death metalowego odzywa się pacjent. Wszyscy obecni lekki szok. Lekarka PR grzecznie wpisuje “schizofrenia paranoidalna”. Koleś po tym “napadzie” znowu siedzi, zamula. Atmosfera robi się lekko napięta.
    - Pacjent ma podwyższone ciśnienie - odzywa się jeden z ratowników.
    - Weźmie pan tabletkę na ciśnienie pod język? - pytam się.
    - ON weźmie tabletkę - odpowiada już normalnym głosem pacjent, po chwili zaczął ponownie machać ręką koło ucha szepcząc - Cicho, cicho...
    Spoko. Rzeczywiście wziął lek bez problemu. Dochodzimy do najważniejszej kwestii.
    - Czy chce pan jechać do szpitala psychiatrycznego? - pyta lekarka PR.
    Napięcie rośnie, proszę drogi schizofreniku zgódź się - myślę sobie.
    - ON pojedzie do szpitala - odpowiada pacjent.
    Uff.
    Skoro się zgadza to wypadałoby zapytać o te szalenie istotne dane do skierowania:
    - Jaki jest pana stan cywilny?
    Koleś patrzy na szefową SOR-u jak na nienormalną, widać, że zdenerwowało go to pytanie. Lekarka odpuszcza i zostawia to cholerne skierowanie w spokoju.
    - Chce pan zastrzyk na uspokojenie w pośladek?
    - ON weźmie zastrzyk - odpowiada pacjent.
    Jak przyszła pielęgniarka ze strzykawką koleś wstał, rozpiął spodnie i lekko je zsunął odsłaniając górną połowę pośladków, po czym oparł się o ścianę. Moja pierwsza myśl - nie pierwszy raz ma zrobiony zastrzyk domięśniowy (większość “nowicjuszy” odsłania całe pośladki, często nawet zdejmuje spodnie do kostek). Nawet nogę lekko zgiął żeby zmniejszyć napięcie mięśni. Szanuję. Kolejna rzecz potwierdzająca, że rzeczywiście to choroba psychiczna, z obserwacji własnych, jak młody pacjent zachowuje się jak “stary szpitalnik” to bardzo często to schizofrenik.
    Po zastrzyku poszli do karetki, pacjent poszedł spać prawie od razu, a my na spokojnie skończyłyśmy wypełnianie tego skierowania. Zrobiła się 3:30. Zanim dojechali do psychiatryka była 4:30. Dyżurny psychiatra był bardzo zły, że musiał wstać o tej porze. Okazało się, że pacjent już bywał w tym szpitalu i rzeczywiście ma schizofrenię.
    Nadal ciarki mnie przechodzą jak przypominam sobie to jego “ON weźmie tabletkę”. Serio, to było jak scena z horroru.
    W dawnych czasach leczyli by go egzorcyzmami i przykuli łańcuchem do ściany, a teraz nawet bez unieruchomienia się obyło, więc postęp widać gołym okiem. Prawie happy end, jeśli pominie się, że ten człowiek przez swoją chorobę spędzi w szpitalu psychiatrycznym dużą część życia. Kto choć raz znalazł się za zamkniętymi drzwiami oddziału, niekoniecznie w roli pacjenta, ten wie, że nie jest to miejsce do którego chciałoby się wracać.
    pokaż całość

  •  

    #medycyna #szpital #sor #szpitalnadoriel #dyzur #lekarz #patologiazewsi

    Miłego piątkowego piwka.

    Czas pogardy

    Po dwóch latach pracy na SOR mam w głębokiej pogardzie wszystkich pijanych którzy trafiają. Jeden na stu po alkoholu trafia jako osoba przypadkowa, której “się zdarzyło” za bardzo najebać (tak naprawdę większość tych osób to też alkoholicy, ale lepiej kontrolujący swój nałóg, najczęściej z tzw. wyższych warstw społecznych). Pozostałe 99% to stali bywalcy, do których pogotowie jeździ średnio dwa razy w miesiącu, a na SOR trafiają średnio raz w miesiącu. ZAWSZE nawaleni, po 2-4 promile alkoholu we krwi. Często biją swoje matki/żony/partnerki jeśli je mają. Skąd to wiem? Bo wielokrotnie zdarzało się, że karetka przywiozła pobitą kobietę, a policja najebanego męża-alkoholika. Po drugim, trzecim razie kiedy taki “pacjent” trafia na SOR, najebany jak pisałam zawsze, w różnych połączeniach, pijany po urazie głowy, pijany po urazie ręki, pijany po urazie nogi, pijany z bólem brzucha, pijany z bólem głowy, pijany z bólem w klatce piersiowej, pijany po napadzie padaczkowym albo z wezwania “leży i nie reaguje” - znieczuliłam się. Znieczuliłam się na udawane boleści, omdlenia i napady padaczkowe. Na smutne historie rodzinne, miłosne, chorobowe.
    Jak Janusz alkoholik ma dobry dzień pomimo nawalenia potrafi być całkiem miły, ale jak ma zły dzień (czytaj najebany z agresorem) to klnie, drze ryja, wyzywa, a nawet potrafi uderzyć. Muszę przyznać, że żule prawie zawsze są wobec mnie grzeczni, dopóki mnie widzą to nawet nie wyrywają wenflonów, ani nie odpierdalają. Niestety jak tylko znikam takiemu z oczu to odwala.
    Nie rozumiem.
    Wchodzisz na SOR, a tam na podłodze surrealistyczny obraz z krwi i brudu? Bądź pewien że trzeźwiejący Seba po raz setny nie wie gdzie jest łazienka, więc wyrwał wenflon i kapiąc krwią na podłogę szuka kogoś z personelu. Schemat powtarza się raz za razem wśród wielu jakże podobnych mężczyzn, kobiet…
    Pielęgniarka po raz trzeci zakłada pijanemu wenflon. Zapowiedziała, że to ostatni raz, jak wyrwie to ona już nie zakłada. Rozumiem. Nie oceniam. Seba obiecuje, że będzie grzeczny.
    To nic nie znaczy, że będzie pamiętał o swojej obietnicy przez 15 sekund.
    Także to nic nie znaczy, że wyrywa nowy wenflon minutę po założeniu, bo chciał iść na szluga.
    I to nic nie znaczy, że pani salowa zmywa podłogę po raz czwarty w przeciągu godziny, a jest 3 w nocy.
    Czasem trudno wytrzymać, że ta sama osoba tylko dlatego, że napiła się alkoholu ponownie zajmuje czas karetce PR i SOR-owi. Znajome mordy potrafią mieć po 20 pobytów w SOR rocznie z powodu najebania. Większość zna imiona wszystkich pielęgniarek, mnie witają tekstami w stylu “ja panią znam”. Przy 8 dyżurach trafiałam czasem i dwa razy w miesiącu na tego samego zafajdanego żula. Jednej nocy Dr Jekyll - przywieziony po napadzie padaczkowym, spał całą noc, rano wstał i poszedł sobie w siną dal, innej nocy Mr Hyde - przywieziony pijany agresywny odmawia przyjęcia leków, już nie chce do szpitala, chciał, bo coś-tam, ale już nie chce. Próbuje iść do wyjścia, wypierdala się po drodze, leży, krzyczy, wyzywa, najczęściej w końcu wychodzi niezatrzymywany.
    Od czasu do czasu zespół PR przywozi tego czy tamtego Sebę lub Janusza po ciężkim oklepie od koleżków od picia, albo po bardzo niefortunnym upadku. Trzeba zrobić CT głowy. Patrzymy w historię badań obrazowych Seby (z tego jednego szpitala) - CT głowy wykonano z nagłych powodów trzy razy w ciągu ostatniego pół roku. To będzie czwarty. Jeszcze parę razy i gdyby Seba czytał, nie potrzebowałby lampki nocnej.
    Niektórzy odczuwają smutek i współczucie myśląc o alkoholikach. Ja czasem też. Rzadko i najczęściej tymczasowo. Do momentu, w którym Janusz po wyznaniach ze łzami w oczach i zgłaszaniu nadludzkich cierpień, zaczyna podrywać pielęgniarki. Poza tym jest po połowie miesiąca, więc kończy się kasa, a szpital zapewnia wszystko co trzeba, pić nie można, ale dają fajne tabletki i kroplówki.
    Szkoda mi było jednego Seby w moim wieku, który gdyby nie wóda pita przez mamusię jak była w ciąży i wóda, którą wypił sam Seba, byłby pewnie całkiem fajnym facetem. Sam siebie określił “skazanym na alkoholizm”, miał rodziców alkoholików, twierdził że jest alkoholikiem od 14 roku życia.
    Tak bardzo czasami nie mam ochoty podchodzić i badać pijaka. Kiedy jeszcze byłam na studiach nie myślałam, że pacjent może tak śmierdzieć, że można zwymiotować. Że może być tak zaniedbany pod każdym względem, że w ranach lęgną się larwy much. Naprawdę myślałam, że takie rzeczy już się nie zdarzają. Najczęściej szczęśliwie nie ma larw, a jedynie wymiociny, kał, mocz i inne wydzieliny ciała. Tak obrzydliwe jest cewnikowanie takiego brudasa. Napletek nie odsuwany od 1976, stulejka taka, że zastanawiam się jak ten koleś sikał. Ten smród. Ten widok. Te żółte oczy. Te wodobrzusza jakby miały pęknąć. Te przestraszone spojrzenia i drżące spocone ciała, gdy niebezpiecznie spada poziom alkoholu we krwi. Pewnych rzeczy nie da się od-zobaczyć.

    Jak można się do czegoś takiego doprowadzić - pytam samą siebie, ale nie znajduję racjonalnej odpowiedzi.
    pokaż całość

  •  

    #medycyna #szpital #sor #szpitalnadoriel #dyzur #lekarz #patologiazewsi

    50 smaków Dosi

    Dzisiaj kilka przypadków związanych z jedzeniem, piciem i wydalaniem.
    Niedorozwinięty chłopak lvl 20 ze sraczką po wypiciu ok. szklanki płynu do mycia naczyń “Ludwik”. Opiekunowie twierdzili, że on tak po prostu ma, że czasem zje lub wypije coś niespożywczego.
    Zasłyszany przypadek - alkoholik w delirium zjadł całe opakowanie proszku “Dosia”. Toksyczne uszkodzenie wątroby, oparzenie przełyku, z tego co pamiętam o dziwo obyło się nawet bez perforacji przewodu pokarmowego.
    Pielęgniarka wchodzi na salę chorych, a tam obok babci stoją 3 kubeczki z wydaje się herbatą. Pyta kobiety po co jej aż 3 kubeczki z herbatą. Babcia strzela buraka i tłumaczy się, że bardzo jej się siku chciało i to w kubeczkach to nie herbata. Szok i niedowierzanie. Pielęgniarka jak głupia drąży dalej temat i pyta jak się jej udało nasikać do tych kubeczków bez nalania na podłogę. Reakcja babci bezcenna, zaczyna zdejmować gacie ze słowami “To ja pani pokażę jak to zrobiłam”. Ta sama babcia nie mogła w nocy znaleźć toalety (chyba jej pielęgniarki wszystkie kubeczki zabrały) więc weszła na salę obok i prawie nasikała innej pacjentce do łóżka.
    Koleś lvl 40, budowlaniec, specjalista od wykończeń wnętrz (gładzie, podłogi, malowanie itp) trafił na moją salę po przypadkowym napiciu się rozpuszczalnika, oparzenie przełyku, uszkodzenie wątroby, ogólnie średnio ciekawie. Wierzyłam, że wypił ten rozpuszczalnik przypadkowo dopóki nie trafił do szpitala w którym pracowałam po raz drugi.. i trzeci… po przypadkowym wypiciu rozpuszczalnika oczywiście. Nie wiem, nie oceniam.
    Był jeden taki alkoholik, który regularnie trafiał na SOR najebany albo w delirium. Jak miał dobrą delirkę to chodził po SORze i podpijał płyny do dezynfekcji…
    Przychodzi facet lvl 60+ i mówi, że ma sraczkę po zjedzeniu grzybów. A co to były za grzyby? Nie wie. A skąd były? Nie wie. Sąsiad nazbierał grzybów w lesie. Czy sąsiad zna się na grzybach? Nie wie. Chciałoby się w tym momencie zakrzyknąć - na chuj pan jadłeś te grzyby? Na szczęście dla tego przygłupa nie były to muchomory.
    Na jednym dyżurze SOR-owym żul zesrał się pod prysznicem w dekontaminacji.
    Babcia lvl 88 przywieziona przez syna po zjedzeniu nieświeżego gołąbka z nudnościami, na pytanie po co jadła tego gołąbka odpowiedziała, że szkoda było żeby się zmarnował.
    Zasłyszane od starszego kolegi. Dziadek lvl 80 przypadkowo napił się rozpuszczalnika i prawie umarł. Jak to się stało? Dziadka bolał brzuch, babka powiedziała, że w piwnicy stoi flaszka z wódką z ziołami (czy coś takiego), która z pewnością pomoże mu na jego boleści. Dziadek prawie wcale nie pijący. Zszedł do piwnicy, przy żarówce 35V i z cholerną wadą wzroku próbował odnaleźć wspominaną przez babkę butelkę. Znalazł. Odkręcił, zatkał nos i szybko wypił kilka łyków… rozpuszczalnika.
    Przychodzi młoda pani roztrzęsiona ze łzami w oczach i mówi, że jest w ciąży bardzo wczesnej, a przypadkowo napiła się odkamieniacza do czajników. Jak to się stało? Mama pacjentki odkamieniła czajnik i zapomniała wylać tego płynu, dziewczyna zagotowała to co było w czajniku i zalała sobie tym kawę, dodała cukier, mleko, ale i tak jakaś taka niesmaczna ta kawa była. Po chuj ją piłaś zatem, do tego o 22 wieczorem? - rodzi się w mojej głowie pytanie. Dostała płyny i leki uspokajające. Szczęśliwie nic się nie stało.
    Alkoholik prawie bez mózgu już trafił na oddział na którym pracowałam z kolejną dekompensacją czynności wątroby, której marskość alkoholową posiadał. Wodobrzusze takie że wyglądał jak przysłowiowy “kasztanowy ludzik”. Twardo go odwadnialiśmy, więc miał założony cewnik do pęcherza. Jak chciał gdzieś iść do odłączał worek w którym się zbiera mocz i idąc kapał wszędzie moczem i można było jak w Jasiu i Małgosi prześledzić jego drogę. Jaka bajka takie okruszki.
    Zasłyszane od pewnego kardiologa. Wezwanie na SOR na konsultację. Już ma wchodzić do sali, w której leży chora, ale słyszy odgłos wymiotowania. Pyta się pielęgniarki po co wzywają go jak pacjentka wymiotuje. Z ust pielęgniarki pada - to nie pacjentka wymiotuje, to salowa która ją myje.
    Kolega próbował zaintubować, zamiast do tchawicy trafił do przełyku. Nagły przypadek więc pacjent nie na czczo. Z rurki intubacyjnej fontanna treści żołądkowej prosto na niego. Czyszczenie okularów z wymiocin - bezcenne.
    Były na sali dwie pacjentki, jedna z demencją chodząca, druga po udarze leżąca i nie mówiąca. Pielęgniarki twierdziły, że ta po udarze sika poza pampares do łózka jakiś cudem. Okazało się że to ta z demencją co noc używała łóżka tej drugiej jako kibelka.
    Któregoś dnia wchodzi wizyta na salę chorych, a tam pacjentka sra do kosza na śmieci.
    Kurtyna
    pokaż całość

    •  

      @Doriel w pewnym ekskluzywnym domu starców za zachodnia granicą mieszkała pewna pani, która nie pamiętam z jakiego powodu czuła przymus picia przez cały czas. Nic nie było w stanie ugasić jej pragnienia, wiadomo, co za dużo to niezdrowo wiec pielęgniarki musiały przed nią chować wszystko co nadawało się do picia. Leżała obok niej druga staruszka która kończyła swój żywot (chyba) z powodu raka żołądka. W każdym razie wymiotowala cały czas do wiaderka a w wymiotach oprócz soków żołądkowych znajdowały się kawałki błony śluzowej. Moja ciocia która jest tam pielęgniarką weszła do nich na salę i zastała taki widok: spragniona staruszka siedziała z pustym wiaderkiem i strzepkiem żołądka drugiej pani na brodzie.. zadowolona ze udało jej się zdobyć coś do picia. Żyje w lekarskiej rodzinie i ta historia jak do tej pory wygrywa jeśli chodzi o stopień obrzydliwosci ( ͡° ͜ʖ ͡°) pokaż całość

    • więcej komentarzy (43)

  •  

    #medycyna #szpital #sor #szpitalnadoriel #dyzur #lekarz #patologiazewsi

    O Sebie, co nie będzie srał

    Jest taki jeden SOR-owy Seba lat około trzydzieści. Przyjeżdża średnio raz w miesiącu albo najebany po urazie, albo po prostu najebany, albo najebany i po połknięciu leków. Te leki, które łyka wybiera całkowicie losowo z maminej apteczki. Oczywiście jest także alkoholikiem. Ostatnio zjechał z 3,5 promila alkoholu we krwi. Przywiozła go znajoma pani doktor. Na jej ustach widziałam taki dziwny uśmieszek jak przekazywała pacjenta. Po chwili dowiedziałam się dlaczego. Koleś twierdził, że tego dnia wypił 8 piw i 1,5 litra wódki, nie wiem, nie oceniam. Nawet nie jest istotne czy to kłamstwo czy nie. Dodatkowo twierdził, że połknął: kilkanaście tabletek kwasu foliowego (nieszkodliwe, jak pisałam wyżej wybiera leki całkowicie losowo), 8 tabletek antybiotyku (potencjalnie szkodliwe), 10 tabletek leku przeciwbólowego (potencjalnie szkodliwe), 10 tabletek nifuroksazydu... Z moich ust wymyka się samo:
    - Nie będziesz srał przez tydzień - do wiadomości profesorów językowych, dopasowuję słownictwo do poziomu rozmówcy - jeden z leków, które połknąłeś to lek przeciwbiegunkowy.
    Ze strony kolesia “facepalm” i ciche:
    - O kurwa…
    Śmiech ogarnia wszystkie najbliższe łóżka.
    Kurtyna.
    pokaż całość

    •  

      @TheMan: Absolutnie nie. To wynika z barwników które przenikają do moczu przy stosowaniu leków.

    •  
      S.............t

      +5

      @Doriel: dobra dobra, kiedyś w gimbazie wróciłem z koncertu i coś mnie wzięło na biegunkę. Problem był w tym że kolejnego dnia jechaliśmy do Belgii/Holandii autokarem na wycieczkę. Co zrobiłem? Wziałęm 4 stoperany przed wyjazdem. Nie srałem przez tydzień xD. Ostatniego dnia wyjazdu, w ośrodku w którym spaliśmy zajebałem taką kłodę że to było aż nieetyczne xD. Najlepsze sranie ever, ale nie zazdroszczę zapachu który potem musiała znosić obsługa sprzątająca xD pokaż całość

      +: Yubi, m.......d +3 innych
    • więcej komentarzy (30)

  •  

    #medycyna #szpital #sor #szpitalnadoriel #dyzur #lekarz

    Ratowanie życia

    Ból barków, dłoni, zapach potu, mojego, pielęgniarki stojącej obok? Pacjenta na pewno. Śmierdzi jak zawsze. Intubacja, resuscytacja, pielęgniarka miętosi Ambu. Śmierdzi gównem, bo pacjent właśnie zesrał się pod siebie. Ratujemy życie. No wróć do cholery! Migotanie komór, defibrylacja, rytm zatokowy, asystolia, resuscytacja, migotanie, defibrylacja, migotanie, defibrylacja, rytm zatokowy, astysolia, resuscytacja… I tak przez 2 godziny. Echo - serce jeszcze żyje, asystolia, resuscytacja, krew wykrzepiła w lewej komorze. NN lat 50 wygląda jak pobity. Od początku nie miał szans, miał sepsę i DIC. Majestat śmierci… Jaki kurwa majestat śmierci? pokaż całość

  •  

    #medycyna #szpital #sor #szpitalnadoriel #dyzur #lekarz #patologiazewsi

    Seba stwierdził, że czas na Relax

    Co jakiś czas trafia na SOR taki jeden Seba, lat około 25. Alkoholik od 14 roku życia. Złote dziecko pary alkoholików, wypełniające dokładnie program wdrukowany przez rodziców w dzieciństwie. Czasami Seba ma taki dzień, że uznaje, że czas do szpitala. Idzie wtedy do sklepu, kupuje nalewkę, obala ją (sam? z kimś? trudno powiedzieć) i prezentuje osobom akurat znajdującym się w pobliżu “napad drgawkowy”. Te napady wyglądają bardziej jak napady histerii u 4-latka, ale dla niewprawnego oka mogą być przekonujące. Prezentuje też często “omdlenia”, na przemian z “napadami drgawkowymi” prawdopodobnie po to żeby dostać tzw. Relkę. Ukochane przez żuli Relanium, zwane przez niektórych Relaxem. Część na dźwięk samej nazwy widocznie się uspokaja. Seba dostał leczniczy “opierdol” ode mnie i wszystkich pielęgniarek, następnie placebo-relanium z soli fizjologicznej i poszedł spać na dobrych parę godzin. Po przebudzeniu nie chciał już żadnej pomocy, skończyły się też "omdlenia" i "napady drgawkowe", poprawił wiszące na chudym tyłku spodnie i poszedł dalej tankować.
    Pożegnał się słowami "do zobaczenia wkrótce".
    Kurwa jak ja nie cierpię żuli.
    pokaż całość

    +: Dorrek, C........D +100 innych
  •  

    #medycyna #szpital #sor #szpitalnadoriel #dyzur #lekarz

    Wczoraj miałam dyżur, jeden z takich kiedy odechciewa się tej roboty i ogólnie wszystkiego. Z tej okazji historia z przeszłości o podobnym dyżurze.

    Nietypowa pomidorowa

    Dyżur na SOR. Wielka ilość teczek z historiami chorób przekładana jest z jednej kupki na drugą, bo nie do końca mam co zrobić z pacjentami. A to jeden czeka na miejsce na oddziale (jest sobota, miejsce będzie w poniedziałek), a to drugi czeka na trzecie z kolei badania biochemiczne, a to migotanie przedsionków nie chce się "umiarowić" itd. Itp. Godzina 1 w nocy, z impetem wpada zespół PR (ratownicy) z wesołym młodzieńcem, który twierdzi, że oto pożarł wszystkie antybiotyki na gruźlicę, które posiadał (po kilkadziesiąt sztuk w opakowaniach przywiezionych razem z nim, większość blistrów pusta) i popił wódką. Wcześniej przez cały dzień pił wódkę. Oczywiście celem “próby samobójczej”. Ogólnie liczy, że jego organy trafią do przeszczepu… Po kilku minutach bezsensownej konwersacji z nawalonym udało się nam przekonać go żeby poddał się wszystkim proponowanym zabiegom łącznie z płukaniem żołądka. Wylewają się z niego litry płynu o zabarwieniu pomidorowej - ryfampicyna. Mógł nie kłamać… Szybkie doczytanie na temat skutków przedawkowania ryfampicyny, etambutolu i pirazynamidu na raz. Ciężka niewydolność wątroby, łącznie ze śpiączką wątrobową i zgonem włącznie… Zaczynam się pocić. Telefon na toksykologię dla pewności czy nie ma odtrutki, o której nie piszą w książkach. Nie ma. Leczenie tylko objawowe. Mam przejebane.
    Facet nie wykazuje żadnych niepokojących symptomów. Prawdopodobnie jazda zacznie się za 12-14 godzin, kiedy organizm skończy metabolizować przyjęte substancje. A ile antybiotyków się wchłonie zależy od tego jak skutecznie wypłuczemy mu żołądek. Na razie rzyga, jest dobrze. Leję w niego litry płynów, sika, rzyga, znowu sika i rzyga i tak do 3 rano. Nie daję rady, jest dziewiętnasta godzina mojej pracy, wszyscy żyją, muszę się położyć. Senność jest obezwładniająca, plącze moje myśli, niweluje wszelką decyzyjność. Śpię 3 godziny, wstaję, głowa jak uderzona młotkiem. W drodze z gabinetu do toalety muszę podjąć dziesięć ważnych decyzji, a jeszcze się nie obudziłam. Wpycham słodką bułkę do ust, mój mózg przeżyje na glukozie. Jeszcze tylko godzina i pojadę do domu, jeszcze tylko godzina i będę mogła zdjąć z siebie ciężar odpowiedzialności za tych ludzi. Koleś od próby samobójczej ma dobre wyniki badań z krwi i wielkiego kaca.
    Kolejne życie uratowane...
    pokaż całość

  •  

    #medycyna #szpital #sor #szpitalnadoriel #dyzur #lekarz

    Historia z nożem w roli głównej

    Było to tak. Telefon do mojego gabineciku, godzina około 2 w nocy. Wyrwana z płytkiego snu schodzę na IP. Młode dziewczę z młodym mężczyzną siedzą sobie na ławeczce w poczekalni. Dziewczyna z przedramieniem zawiniętym w kawałek jak się wydaje prześcieradła lub czegoś takiego cicho pochlipuje, na białym materiale widać przeciekającą krew.
    Standardowo pytam co się stało. Odpowiadał głównie chłopak, że oto ukochana nerwowa jest i jakoś tak się dzisiaj zdenerwowała, że chwyciła nóż do ryby i próbowała sobie rękę obciąć. (WTF!!??) Pytam dziewczyny jak było, ogólnie potwierdza wersję partnera. Zaglądam pod “opatrunek”, a tam rana przypomina bardziej zadaną tasakiem aniżeli nożem. Tak na dobrą sprawę ostrze zatrzymało się na kości. Szybkie wezwanie chirurga, pomarudził ale przyszedł.
    W tzw. międzyczasie przybył zawał serca z bólem w klatce piersiowej od 10 rano, ale o tym może innym razem.
    Najbardziej mi się z tej całej sytuacji podobał chłopak-obrońca poszkodowanej. Kilkukrotnie otrzymałam od niego reprymendę że jestem niemiła, że krzyczę na ukochaną, a ona taka wrażliwa i delikatna (tak strasznie wrażliwa, że była w stanie prawie obciąć sobie rękę). Dzielnie trzymał dziewczynę za rękę (tę zdrową) pomimo paskudnej, obficie broczącej krwią rany. Chirurg oznajmił mu, że lepiej będzie jak na czas szycia opuści gabinet zabiegowy, ale NIE, chłopak nie dał za wygraną. Dopiero tak gdzieś w połowie szycia zzieleniał i wywinął orła. Na szczęście nic sobie nie zrobił.
    Puenta tej nocy - jak się zdenerwujesz obetnij sobie rękę.
    pokaż całość

    +: l.........k, Dorrek +40 innych
  •  

    #medycyna #szpital #sor #szpitalnadoriel #dyzur #lekarz

    Ginekolog dzwoni z pytaniem

    Dyżur SOR, dyżurna ginekolog dzwoni z takim oto pytaniem:
    - Widziałam przez okno gabinetu jak szła jakaś dziewczyna młoda w ciąży wydaje się, ledwo szła, prowadziła ją jakaś inna dziewczyna, pani spojrzy czy na poczekalni ktoś taki nie siedzi.
    Szybkim krokiem idę do poczekalni, nie mam ochoty odbierać porodu, a tam rzeczywiście siedzi dość młoda kobieta z widocznym pod ubraniem dużym brzuchem, ale jakaś taka twarz zniszczona, jakaś taka żółto-woskowa skóra.
    - Pani w ciąży? - dyskretnie zagajam.
    - Eeeee, niee… - pada ze szczerbatych ust.
    Strassen diagnose można by powiedzieć. Marskość wątroby, wodobrzusze, żółtaczka, niedokrwistość, zapomniałam o najważniejszym - oczywiście alkoholowa marskość wątroby.
    Dzwonię do ginekolog…
    pokaż całość

  •  

    #medycyna #szpital #sor #szpitalnadoriel #dyzur #lekarz

    Kolejny próbny wpis z moich historii dyżurowych. Poprzedniego zapomniałam otagować. Smacznego ;)

    Świąteczny pacjent

    Niektórzy pacjenci lubią wracać jak bumerang z najróżniejszymi uszkodzeniami ciała. Był pewien pacjent, który przybył na mój dyżur 11 listopada z naderwanym w trakcie stosunku seksualnego wędzidełkiem napletka. Na szczęście młodego człowieka, urologowi udało się przywrócić narząd do pełnej sprawności. Pacjent wrócił bodajże 1 maja. Tym razem przyszedł z gwoździem w głowie. Przypadek był o tyle ciekawy, że gwoździk, nie dość że wystawał ze skóry ostrą stroną, a nie łebkiem, jak można się było spodziewać, to do tego można było nim swobodnie poruszać. Rtg czaszki ujawniło, że gwoździk wbity był łebkiem w skórę na głębokość może 1 mm. Pacjent był przez cały czas lekko zażenowany całą sytuacją. Czekam z czym przyjdzie następnym razem, obstawiam że z czymś w odbycie... pokaż całość

  •  

    Witam Mireczki, od jakiegoś czasu mam ochotę wrzucić do internetu kilka bardziej pikantnych historii z mojej pracy. Jestem lekarzem. Na chwilę obecną pracuję w zawodzie około 5 lat, z czego od około 2 lat dyżuruję na SORze (Szpitalny Oddział Ratunkowy). Większość historii pochodzi własne z dyżurów SORowych. Na próbę wrzucam historię z początków mojej pracy.
    Imiona i wszelkie dane mogące prowadzić do identyfikacji osób z opowieści zostały zmienione.

    Acodin love story

    Dzień był paskudny i ciężki. Nieobecność etatowego lekarza Izby Przyjęć (IP) spowodowała, że poza normalną pracą na Oddziale musiałam co jakiś czas schodzić na Izbę i zajmować się zgłaszającymi się pacjentami. Nie było ich zbyt wielu, jednak odrywanie się od pracy (papierkologia stosowana) zazwyczaj skutkuje ogromnymi opóźnieniami w przygotowywaniu wypisów.
    Godzina około 15. Schodzę na IP. Przychodzą pojedyncze osoby, jeden pacjent czeka aż kroplówka rozkurczowa spłynie, inny czeka na konsultację, spokojnie, aż ciarki przechodzą. Nagle słychać krzyki, tupot stóp na korytarzu. Do zabiegowego wpada młodzieniec lat na oko dwudziestu kilku z młodą dziewczyną na rękach. Dziewczę płacze, drze twarz, że bębenki w uszach pękają, wierzga i rzuca się przy tym niemiłosiernie. Szybka obecna sytuacji. Panienka ląduje na leżance przytrzymywana przez chłopaka.
    - Co się stało? - zagaduję do obydwojga.
    - Ona się najadła jakiś tabletek. Zjadła tego bardzo dużo. Popiła jeszcze piwem. Nie wiedziałem co zrobić więc wsadziłem ją w samochód i przyjechałem tutaj - odpowiada młodzieniec.
    - Czemu nie wezwał Pan karetki? - pada z moich ust pytanie.
    - Bo trzeba by było długo czekać na przyjazd...
    Facepalm. Pomimo, że chłopak wzruszył mnie wielce swoim heroicznym czynem - narażając tapicerkę samochodową na obrzyganie przywiózł koleżankę do szpitala. Jednak nie każdy szpital posiada odpowiednie miejsce, gdzie można się taką panienką odpowiednio zająć. Nie każdy szpital posiada Oddział Toksykologii (większośc nie posiada) i specjalistów którzy wiedzą co z danym zatruciem robić. Chłopak chcąc przyspieszyć całą procedurę opóźnił ją o mniej więcej godzinę. Chciał dobrze, wyszło jak zwykle. Gdyby wezwał PR dziewczynka od razu pojechałaby na Toksykologię nie uraczając całej IP oraz wszystkich przebywających w niej ludzi widokiem i zapachem swoich wymiocin.
    Z relacji chłopaka wynikało, że dziewczę załamane odrzuceniem przez ukochanego chłopaka postanowiło targnąć się na swoje życie (w najbardziej kretyński sposób o jakim słyszałam) i siedząc na łączce nad rzeczką zajadała Acodin popijając malinowym Reeds’em.
    - Ile wzięłaś tabletek? - pytam niedoszłej samobójczyni
    - 230 - pada odpowiedź pomiędzy jednym a drugim rzygiem.
    - Dlaczego, co chciałaś tym osiągnąć?
    - Chciałam umrzeć - pada odpowiedź potwierdzająca wersję chłopaka.
    Szybki telefon na Toksykologię - przesyłam wam 19-latkę, zjadła ponad 200 tabletek Akodinu (bądź co bądź substancja na każdej toksykologii bardzo znana ze względu na upodobanie do niej wszelkiej maści gimnazjalistów), próba samobójcza, bardzo pobudzona, wysyłam transport z lekarzem, pozdro. Pani Dr z toksykologii bardzo miła, poradziła wykonanie w tzw międzyczasie płukania żołądka. Nie było potrzeby, bo pacjentka nadal sama skutecznie pozbywała się zawartości żołądka..
    Jako że na przyjazd transportu trzeba było troszkę poczekać wypytałam dziewczynę o co tak właściwie chodziło. Pomiędzy napadami płaczu, wrzasków, histerii i wymiotów opowiedziała nam jak to ukochany odrzucił ją jak zużytą chusteczkę, o tym , że dostała się na pierwszy rok psychologii (WTF?), oraz o tym jak nie mogła sobie poradzić z wewnętrznym bólem i postanowiła opuścić ten świat. Chłopak, który ją przywiózł okazał się jej kolegą, któremu w trakcie konsumpcji tabletek pisała łzawe sms-y informujące o aktualnym stanie nie-zdrowia.
    W końcu doczekaliśmy się przyjazdu PR. Trafili akurat na okres kiedy dziewczyna leżała sobie spokojnie w swoich wymiocinach (pomimo naszych usilnych nalegań nie chciała wymiotować na gazę tylko z wielkim wyczuciem celowała wszędzie dookoła). Panienka widząc, że coś-się-dzieje z wielkim przestrachem zaczęła szukać ręki opiekuńczego kolegi.
    - Sebastian, Sebastian! Jesteś? - wycharczała, wodząc w około błędnym wzrokiem
    - Jestem przy tobie.
    - Weź mnie za rękę! Kocham Cię Seba.
    - Ja też Cię kocham - odpowiedział, nie wiem czy zgodnie z prawdą młodzieniec sprytnie unikając kolejnej fali wymiocin.
    Zapakowali ja na nosze i pojechali.
    Kilka godzin później zadzwoniłam na toksykologię. Dziewczyna pozostała w stanie stabilnym. Czeka ją jeszcze konsultacja u psychiatry. Co dalej z nią będzie, nikt nie wie.
    Do dziś się zastanawiam czy Seba pozostał we friendzonie :)
    pokaż całość

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika Doriel

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (4)