•  

    O ile każdy dzień wydaje się z dupy i klasycznie mało ciekawy, tak dzisiaj po wyjściu z roboty wydarzyło się coś, co nieco urozmaiciło mi moje nudne życie. Miałem farta i spotkałem ziomka z podstawówki, z którym siedziałem w ławce całe lata. Wiadomo, typowy trash talk: "jak tam stary, masz tam jaką żonkę, hehe" itp. Możliwe, że zamieniliśmy zdania w mniej niż 5 minut. Potem rozeszliśmy się w swoje strony i tyle go widziałem.

    Po powrocie do domu myślałem o tym cały czas. Niby znasz kogoś przez lata, najlepsze ziomki, zawsze wstawiałeś się za nim i na odwrót. W pewnym momencie drogi się rozchodzą, spotykasz się gdzieś przez przypadek po długim czasie i jedynie na co stać obydwie osoby to parę typowych zdanek o niczym. No, ale kurwa, wtedy na prawdę dla takiego kumpla mogłem zrobić wszystko, wiedziałem, że mogę na niego liczyć. Poza tym nasza przyjaźń to nie było byle co. Kiedyś wyciągnął mnie z ładnych tarapatów, być może ocalił nawet życie. Przyznam, że feelsy złapały za serducho mocno. Przez to wszystko przypomniała mi się wycieczka klasowa, na której to wszystko się wydarzyło. Zatem pozwólcie Mircy, że podzielę się z Wami tym co przytrafiło mi się lata temu.

    Typowy dzień w szkole. Ostatnia lekcja, a ja myślę, już tylko o tym, żeby to gówno nareszcie się skończyło, bo chce wrócić do domu i obejrzeć Dragon Ball Z na RTL o 13:30. Pamiętam to jak dziś. Ścigaliśmy się z przystanku autobusowego do chaty, bo każdy chciał zdążyć i obejrzeć jak Songo ratuje świat. Jeden taki koleś co był gruby, zawsze po paru metrach już biegł zaspany i miał łzy w oczach, bo nie zdąży na odcinek . Raz mu nawet pozwoliłem obejrzeć u mnie, miałem akurat o tyle dobrze, że mieszkałem z 20 metrów od przystanku.

    W każdym razie lekcja się kończyła i każdy zaczął pakować zeszyty i piórniki do plecaka. Oczywiście facetka na początku o to spięła, ale w ostateczności każdy miał na nią wyjebane. Widząc, że nikt nie słucha wstała i poprosiła, żeby nikt jeszcze nie wychodził. Z początku każdy miał to w dupie, ale gdy padły słowa "wycieczka klasowa", wszyscy nagle wrócili na swoje miejsce i grzecznie słuchali co ma do powiedzenia. Nauczycielka zaczęła wyjaśniać, iż możliwy jest wyjazd na wycieczkę klasową. Do wyboru były 3 miejsca, a to gdzie pojedziemy, zależało od wyboru większości. Pierwsza propozycja to Pałac Kultury - wszyscy obojętnie gapili się w ściany i nikt nie wyraził jakiegokolwiek zainteresowania. Następnie facetka zaproponowała Ogród Zoologiczny - przyznam szczerze, że to przyciągnęło moją uwagę. Bez wahania podniosłem rękę, zaraz po mnie kumpel z ławki i jeszcze jedna osoba w klasie. Chuj mnie strzelił jak to zobaczyłem. W takim wypadku nie było szans na wyjazd w to miejsce. Ostatnią propozycją okazała się Siedziba PZPN. No ja pierdole, jak to mogło w ogóle znaleźć się na liście potencjalnych miejsc na wycieczkę dla dzieci. Oczywiście co się wydarzyło? Większość patafianów podniosła ręce do góry i zaczęło drzeć mordy, że tam chcą właśnie jechać. W zasadzie darcie mordy to mało powiedziane, tak się podjarali, że powstało jakieś jebane pandemonium. Bez kitu, przez ten czas nie słyszałem własnych myśli. Kurwa nawet rozjuszony Człowiek Maupa wydawałby się przy tym gwarze jedynie trzepotaniem skrzydeł motyla. Całe szczęście po parudziesięciu sekundach wszyscy zaczęli wychodzić z klasy. Niestety większość wybrała trzecią opcję. "Demokracja to kurwa" - tak sobie wtedy pomyślałem.

    Spytacie dlaczego tak bardzo się o to wkurwiałem, że to beznadziejne miejsce na wycieczkę, ale mimo to pojechałem. Zawsze miałem wyjebane w piłkę nożną, nie rozumiem czym się tu jarać w tym sporcie. Na lekcjach WF zawsze wszyscy napierdalali w piłkę, ale były też wyjątki. Razem z Pisakiem graliśmy w tzw. pingla. Tak, na kumpla z ławki wszyscy wołali "Pisak" i dobrze to do niego pasowało. Ksywka jak każda inna miała jakąś genezę. W jego przypadku chodziło o to, że pewnego razu w pierwszej klasie podstawówki typiara dała nam malowanki do pokolorowania. Miałem wtedy cały zestaw flamastrów, a Pisak żadnego. Zgodziłem się, żeby pożyczał sobie kiedy chce wszystkie kolory. On natomiast wybrał tylko jeden. Dokładnie tak! Użył jednego koloru do pomalowania całej Myszki Miki. Co w tym niezwykłego zapytacie? Jednym kolorem pokolorował to w taki sposób, że wszędzie można było zauważyć zróżnicowane odcienie jednego koloru oraz pocieniowane elementy rysunku. Po tym gdy każdy zobaczył jak potrafi zajebiście operować jedynie pojedynczą barwą, zaczęliśmy na niego wołać "Pisak". Trochę odbiegłem od tematu, ale wróćmy do lekcji WF. My z Pisakiem zawsze napierdalaliśmy w ping-ponga. No przyznam szczerze, że nikt nie mógł się z nami równać. Gdy oni biegali sobie za tą swoją piłką, my ćwiczyliśmy serwowanie i ściny. To były czasy. Nikt nie potrafił tak zagrywać z forehandu jak Pisak. Natomiast ja najlepiej wykonywałem podkręcony serwis. Raz nawet wystartowaliśmy w zawodach w debla. Zdobyliśmy bez problemu pierwsze miejsce i potem każdy nas w chuj za to szanował. Teraz już wiecie dlaczego wyjazd do siedziby PZPN nie był dla mnie jakoś szczególnie interesujący. Zwyczajnie nie obchodziła nas piłka nożna. Mimo to chcieliśmy pojechać na wycieczkę, żeby nie mieć lekcji zastępczych.

    Tydzień potem odbył się ten cały nieszczęsny wyjazd. Po dotarciu pod siedzibę PZPN wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. To nie wyglądało na zwyczajny budynek, tak ładnej budowli nigdy nie widziałem. Trzeba przyznać, że siedzibę to sobie ładną odstawili, jak na tamte czasy to nikt nawet z nas nie wiedział, że takie możliwości stwarza ówczesna technologia. Przed wejściem nauczycielka zaczęła wygłaszać przemówienie na temat, że mamy się godnie zachowywać, niczego nie dotykać, nie odłączać się od grupy itd. - typowe zasady w takich sytuacjach. Zanim skończyła gadać jakiś starszy pan wyszedł na zewnątrz i powitał nas słowami "A więc to są mali ciekawscy, którzy przyszli obejrzeć jak tworzy się historia hehe. No który z was już myśli, żeby kiedyś zagrać dla naszej reprezentacji hehe". Facetka zaczęła się płaszczyć przed nim i dziękować za możliwość "oprowadzenia młodzieży, po tej wspaniałej placówce". Starszy pan, po chwili znudzony jej pierdoleniem, zaproponował żebyśmy weszli do środka, ponieważ "to nie linia szesnastki byśmy tak stali hehe".

    Gdy wszyscy przestali się przepychać, aby wejść do środka, starszy pan zaczął opowiadać o sali, w której sie znajdowaliśmy. Była to tzw. "Sala Tradycji" - pewnie chcieli, żeby ich siedziba sprawiała dobre pierwsze wrażenie. Starszy pan uprzejmie poprosił całą grupę, abyśmy podeszli bliżej do jednej ze szklanych gablotek. Mieściło się w niej ogromne zdjęcie Reprezentacji Polski po rozegraniu meczu na Wembley w 1974 roku. Nasz przewodnik ochoczo zaczął wychwalać tamto pamiętne spotkanie. W pewnym momencie wspomniał, że sędzia to menda i niesprawiedliwie przyznano wówczas Bulzackiemu żółtą kartkę. Po krótkiej chwili zaprosił nas do następnej, dużo szerszej gabloty. Wszyscy klasowi fanatycy footballu rozdziawili gęby. Za szkłem znajdowała się ewolucja wszystkich modeli piłek, którymi grano podczas mistrzostw Europy. Trzeba przyznać, że nawet na mnie wywarło to niemałe wrażenie. Być może dlatego, że lubię patrzeć na unikatowe kolekcje. Starszy pan zaśmiał się i stwierdził, że "to dopiero początek malcy, najlepsze jeszcze przed nami". Z początku nie wiedziałem co może być zajebistszego od pięknej kolekcji, która przedstawiała kawał historii. Krótko potem zaprosił nas do sali obok. Wtedy wiedziałem co miał na myśli. Po całym pomieszczeniu porozstawiane były prostopadłościenne gabloty, a w każdej z nich strój Reprezentacji Polski od najstarszych lat, do tych najbardziej aktualnych. Pan przewodnik patrzył tylko z uśmiechem jak wszyscy biegają od jednego stanowiska, do następnego, podziwiając piękne koszulki, spodenki, getry i buty - wszystkie w naszych ojczystych barwach. Tak, to trzeba przyznać, że taka kolekcja, zgromadzona w jednym miejscu potrafi człowieka ładnie zaskoczyć swą nadzwyczajnością. Kiedy już każdy okrążył wszystkie stanowiska po parę razy, starszy pan zaprosił nas do następnego punktu wycieczki.

    Szliśmy pięknymi szklanymi schodami na pierwsze piętro. Staliśmy przed ogromnymi drzwiami z eklektycznymi zdobieniami. Na środku widniała tabliczka "biuro prezesa". Starszy pan chwycił za klamkę i pewnie wszedł do środka. Szczerze powiedziawszy to w żadnym wypadku nie wyglądało to jak biuro. Na środku znajdowało się ogromne jacuzzi. Na przeciwko niego wisiał na ścianie wielki telewizor, w którym akurat leciał jakiś program informacyjny. Pod ścianą po lewej stronie stał wspaniały stół do piłkarzyków - akurat to nie zaskakiwało tak bardzo. Po przeciwległej stronie znajdowało się kilka automatów z grami - przy każdym z nich widniał wpisany rekordzista "Grzechu". Daleko od nas, na przeciwko wejścia, stało ogromne biurko, a po jego obydwu stronach kilka wielkich regałów z ogromną ilością papierów i kartonowych teczek. Nie trzeba było długo czekać, a cała grupa rozpierzchła się po wszystkich atrakcjach. Facetka podeszła wtedy do starszego pana i zaczęła "bardzo dziękujemy za zaproszenie. Cała wycieczka przygotowana została bardzo profesjonalnie panie Grzegorzu". Gość tylko uśmiechnął się i krótko odpowiedział "czego to się nie robi, by rozbudzić miłość do piłki hehe".

    Kilka osób z klasy stanęło przed telewizorem zawieszonym na ścianie i zaczęło bacznie oglądać program informacyjny. Co ciekawe pokazali zdjęcia starszego pana, który oprowadzał nas po siedzibie. Pod zdjęciem widać było pasek informacyjny z napisem "Nadchodzące zmiany w PZPN. Czy Pan prezes poda się do dymisji?". Wtedy kilka osób zaczęło się cieszyć i odwróciło w stronę pana Grzegorza. Wyciągnęli ręce i wskazujesz na niego paluchem zaczęli wołać "ej patrzcie, to on haha". Nie zdawali sobie wtedy sprawy jak ogromny błąd popełnili.

    Starszy pan przestał się uśmiechać, a jego twarz poczerwieniała. Wyciągnął z kieszeni malutki pilocik i pstryknął w czerwony guzik. Drzwi za nami zostały zasłonięte metalową pokrywą. Wielkie szklane okna, również zostały przesłonięte metalowymi prętami. Jacuzzi, które stało po środku, nagle wysunęło się w górę, a pod nim paliło się ogromne ognisko. Wszystkie światła zgasły, a po chwili zapaliły się malutkie czerwone lampki w podłodze. Wydawało mi się, że formują się one w jakiś określony kształt. Nie myliłem się, lampki łączyły się w ogromnego feniksa, a w jego środku stało właśnie jacuzzi. Starszy pan popatrzył tryumfalnie i wycedził przez zęby: "Do dymisji? Mając zakładników, oni spełnią wszystkie moje żądania". To było straszne, pierwszy raz nie zaśmiał się na końcu zdania. Początkowo wszyscy wpadli w panikę i odsunęli się pod ścianę. Sam nie wiedziałem co począć. Stwierdziłem, że trzeba było pierdolić to i nie jechać na tę wycieczkę. Nawet lekcje zastępcze z dyrektorem, który zawsze pierdolił o swojej kolekcji ołówków, wydawały się wyśmienitą zabawą w porównaniu z tym, co się właśnie działo. Zatrzymałem się na chwilę, strzeliłem sobie porządnie po mordzie i zacząłem trzeźwo myśleć. Wyszedłem kilka kroków przed całą grupę, spojrzałem mu prosto w oczy i powiedziałem "niby co nam możesz zrobić". On tylko zaśmiał się, wskazał ręką jacuzzi, które teraz bardziej przypominało ogromną beczkę i zagroził, że wszyscy zostaną poddani torturom we wrzącej wodzie. Spytał się z przekąsem "kto chce pierwszy hehe". Ku memu zdziwieniu dwie osoby wyszły pewnie przede mnie. Był to taki jeden Filip i Kryśka. Cały czas chichotali pod nosem i powiedzieli "my się zgłaszamy, panie kierowniku". W tym samym momencie zniknęli mi z oczu. Jakby zupełnie wyparowali. Prawda była zupełnie inna. Z ogromną prędkością wyskoczyli w górę, a w locie zdarli z siebie ubrania. Starszy pan również zdarł z siebie ubrania, pozostając w spódniczce zrobionej z bambusa, potem wyciągnął ukulele, na którym zaczął grać "It's my life". Biegając wokół beczki zaczął wkopywać co parę metrów kawałek drewna. Popatrzyłem co z Filipem i Kryśką. Stali sobie pośrodku beczki z owłosionymi klatami. Sprawnie zdjęli maski i zaczęli drzeć mordy:

    pokaż spoiler BO LATO ROZPALA KAŻDEEEEGO GÓRALA


    pokaż spoiler I OGIEŃ WYZWALA W KAŻDYM Z NAAAAS


    Wtedy starszy pan odwrócił się do pozostałych członków grupy i kazał wskakiwać kolejnym osobom. W tej samej chwili Pisak wyszedł przed szereg. "Tylko nie on" - pomyślałem. Popatrzył na mnie i z uśmiechem na ustach, chwycił za pobliski kawałek drewna. Sprawnie przerzucił ciężar ciała na prawą nogę. Ruszył piruetem w stronę zagrożenia i celnie uderzył osobnika prosto w potylicę. W tym samym momencie antyterroryści przebili się przez drzwi. Okazało się, że facetka w całym tym zamieszaniu zadzwoniła po odpowiednie służby. Pisak podszedł do mnie, również zdjął maskę i powiedział "tak na prawdę, to mam na imię Zbyszek". To właśnie Zbyszek ocalił nas przed niebezpieczeństwem. Mimo to, nie należy zapominać, dzięki komu zdobył on potrzebny czas na opracowanie odpowiedniego planu. Tak to właśnie oni poświęcili się dla nas tamtego dnia - bracia Pierdolec, jak ja ich kurwa szanuje.

    #pasta #heheszki #braciapierdolec
    pokaż całość

    +: Godziu73, J...............o +3 innych
  •  

    6 grudnia - słynne Mikołajki. Co roku o tej porze ogromny ból rozpierdala mi serducho. Pozwólcie Mirki, że podzielę sie z Wami historią, która przydarzyła mi się kilka lat temu.

    Moja mała córeczka od zawsze uwielbiała łakocie. Zapewniam, że nie ważyła nie wiadomo ile. Akurat miałem wystarczająco dużo zdrowego rozsądku żeby nie doprowadzić jej do otyłości. Ale nie o tym mowa. W każdym razie postanowiłem, że na Mikołajki sprawię jej paczkę ze słodyczami jakich jeszcze dotąd nie jadła.

    Miałem farta, gdyż niespełna miesiąc przed 6 grudnia, odbywał się niedaleko jarmark, na którym sprzedawano słodycze z różnych zakątków świata. Nie myślałem długo i postanowiłem się tam wybrać. Choć prezent w postaci łakoci miał być niespodzianką, to nie chciałem kupować niczego, co zawiodłoby oczekiwania małej. Zdecydowałem się zatem zabrać ją ze sobą pod pretekstem, że ma pomóc mi w wyborze słodyczy dla jej młodszych kuzynów i kuzynek. Tak bardzo się cieszyła, że mało się nie posrała ze szczęścia.

    Dojechaliśmy na miejsce, w którym odbywało się to całe wydarzenie. Do dzisiaj wspominam to z motylami w brzuchu. Co tam było, albo lepiej czego tam nie było. Wszędzie porozstawiane ogromne ciastkowe ludziki. Gdy przyjrzałem się jednemu z bliska i zauważyłem jego ciastolinowe guziczki, wnet przypomniał mi się obraz jednej z kultowych postaci ze Shreka - Ciastka. Mała również to zobaczyła i krzyknęła "tata, patrz Ciastek." Jestem dumny z tego jak wychowałem moją małą, gdyby startowała w teleturnieju, w którym trzeba odgadywać postacie z bajek z pewnością zakasowałaby pozostałych uczestników- ale to nie temat na teraz, wróćmy do jarmarku. Oprócz tego znajdowały się tam domki z pernika, na widok których miałem ochotę zajebać porządnego gryza. Nie dziwie się, że Jaś i Małgosia dali się skusić wiedźmie, jeżeli posiadała przynajmniej w połowie tak zajebisty domek, to wspomniana wcześniej dwójka zostaje jak najbardziej usprawiedliwiona za swe zidiocenie., fontanna z czekolady, no po prostu każdy fan słodyczy poczułby się jak w jebanej utopii. Moja mała nie mogła się nadziwić niezwykłym zjawiskom. Chodziliśmy od stoiska do stoiska i cały czas zaskakiwały nas coraz to ciekawsze wynalazki cukiernicze.

    W pewnym momencie miałem już ręce wypchane jakimiś dojebanymi czekoladami, jakieś nadziewane cukierki i inne żelki. Mimo wszystko to nie mogło się równać z tym co ukazało się w następnym momencie mym oczom, nie wspominając już o reakcji mojej małej. Na kolejnym stoisku stała podświetlona pozytywka zrobiona z czekolady o doskonałej konsystencji. Po środku stała marcepanowa dziewczynka, jej postać miała idealne detale jak na wyrób cukierniczy. To wyglądało tak zajebiście, że szkoda byłoby wsadzić owe arcydzieło do mordy.

    Gdy podeszliśmy bliżej mała, aż krzyknęła z zachwytu. Przyznam szczerze, że się nie dziwie, pamiętam jak za gówniaka cieszyłem się z kawałka czekolady. Dlatego nie dziwne, że coś takiego zapewne rozpierdalało dzieciakowi mózg. Stwierdziłem, że kupie jej to, ale niech najpierw poprosi - aż tak łatwo to nie ma. Długo nie musiałem czekać, aż usłyszałem "tato, kup mi to, proszę". Z uśmiechem na ustach podszedłem do Janusza i pytam "ile to kosztuje". Niestety nie zdążyłem usłyszeć odpowiedzi.

    W ułamku sekundy coś śmignęło tuż koło mnie. Stanąłem zszokowany i przyjrzałem się kto lub co to dokładnie było. Zauważyłem, że stoi przede mną gość w kucu i z pokrowcem na broń w ręce. Już chciałem go spytać "co to kurwa było?". Jednak zanim wykrztusiłem cokolwiek, to znowu coś śmignęło koło mnie z ogromną prędkością. Drugi taki sam koleś stał tuż obok tego drugiego. Szybko zorientowałem się, co to się właśnie odpierdala. Napad! Nie inaczej, broń wszystko wyjaśniała. Biorąc pod uwagę prędkość z jaką się poruszali, nie było szans żeby uciec. Jakakolwiek walka z nimi również nie wchodziła w grę. Czułem, że mogę nie wyjść z tego cało, jednak miałem na to wyjebane, w tym momencie liczyło się życie i zdrowie dziecka. Nie zastanawiając się długo złapałem moją małą w ramiona i postanowiłem zasłonić ją własnym ciałem cokolwiek by się nie działo. Kątem oka zauważyłem, że bohaterowie całego zamieszania rozpinają pokrowce. Ku memu zaskoczeniu wyciągnęli z nich trąbki i zaczęli drzeć mordy:

    "GDY WIDZE SŁODYCZE TO KWICZEEE

    A OCZY MI ŚWIECĄ JAK ZNICZEE

    LECZ DOBRZE O TYM WIESZ

    ŻE POŁKNĄŁBYM JAK ZWIERZ

    CO TYLKO, CO TYLKO TYLKO CHCEEEEESZ"

    Odwróciłem się i chciałem zadać mało dyskretne pytanie "co tu się kurwa odpierdala". Zanim cokolwiek powiedziałem, patrzę, a na ziemi leży rozjebana czekoladowa pozytywka i jeden z nich napierdala w nią trąbką. W tym momencie wszystko się zjebało. Moja mała zobaczyła co stało się z jej niedoszłym prezentem. Zaczęła płakać i kopać osobników. Jeden nie pierdolił się w tańcu i zajebał jej trąbką w potylicę. Dziewczynkę odrzuciło na parę metrów, wstała, skręciła się w swastykę i odleciała. Smutny wróciłem do domu, a co gorsza tego samego dnia usłyszałem o zamachu na world trade center. To właśnie oni niecnie postanowili wykorzystać moje dziecko jako broń do owego zamachu. To wszystko ich sprawka, bracia Pierdolec, jak ja ich kurwa nienawidzę...

    #pasta #braciapierdolec #heheszki
    pokaż całość

  •  

    Witam Was Mirki. Ostatnio ze znajomymi stworzyliśmy nasz pierwszy film i chciałbym się z Wami nim podzielić. Liczę na Wasze opinie! :) #gta #wlasnatworczosc #film #tworczoscwlasna #grandtheftauto #sanandreas #rozrywka

    pokaż spoiler Nie usunę konta! ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika Double_M

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (1)