•  

    Tego popołudnia, rozlany na kanapie, otoczony swoimi gratami, walczyłem z myślami kłębiącymi się pod moją czaszką. Dopadły mnie tak zwane demony przeszłości i na spółkę z tymi od teraźniejszości pilnowały, aby moje samopoczucie nawet nie starało odbić się od dna. Czułem się potwornie źle, beznadziejnie wręcz. Ten stan zdawał się utrzymywać dłuższą chwilę i już zdążyłem się z nim pogodzić, zaakceptować na resztę życia, gdy raptownie przeszedł. Czarne myśli pouciekały jak cień, w zakamarki psychiki, chowając się przed promieniami wschodzącej nadziei na to, że wszystko jakoś się ułoży. Spodziewałem się tego uśmiechając się w duchu. Po nocy zawsze przychodzi dzień, po wojnie pokój, a po zjebanym humorze poprawa nastroju. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Przecież tuż przed sekundą pomyślałem, że chcę tkwić w kiepskim nastroju do końca życia. Zapragnąłem nie być już szczęśliwy. Chciałem tego, a tymczasem wbrew sobie poczułem się lepiej. Potrząsnąłem głową z niedowierzaniem. Jak to tak? Czyżbym nie miał wpływu nawet na to, w jakim chcę być nastroju? Co w takim razie ma na to wpływ? Zadumałem się nad tym odpalając papierosa. Światło poszatkowane przez żaluzje oświetliło dym, przynosząc odpowiedź. Chemia o wszystkim decyduje. Pokiwałem sam sobie w aprobacie. To musi być chemia. Złe same poczucie wytworzyło pewne substancje chemiczne, którym przeciwdziałały inne wywołujące nadejście dobrego humoru. Czyżby naprawdę głupie reakcje chemiczne decydowały o tym jak się czuje? Nie, wcale nie głupie. Rozgniotłem kiepa w popielnicy – to algorytmy. Reakcje chemiczne, powiązania między nimi. Jedna powoduje drugą, druga następną. Wszystko układa się w logiczny ciąg. To właśnie algorytmy panują nad wszystkim. Zaraz, a gdzie w tym wszystkim ja? Moje ciało może działać na zasadzie kierujących nim pewnych skryptów, ale ja? Przecież ja, to… w zasadzie ja. Dusza nieśmiertelna, zaklęty w ciele byt, który doświadcza otaczającego go świata przez owe ciało właśnie. Istota wolna, ale czy na pewno? Cóż to za wolność, skoro nawet nie mogę zostać w stanie permanentnego wkurwu na świat, bo galaretowata masa komórek w mojej głowie, a właściwie mechanizmy nią sterujące zadecydują że wystarczy już tego użalania się nad sobą, pora poczuć się lepiej. Z drugiej strony, sam nie wiem czemu założyłem, że jestem, że kiedykolwiek byłem istotą wolną. Następny szlug w ustach podpowiedział, że ową wolność kojarzę z nieśmiertelnością duszy. W sumie kto nie kojarzy? Nieśmiertelność to mechanizm obronny przed tym, że po śmierci będzie dokładnie tak, jak było przed narodzinami, czyli nijak. Nie potrafimy sobie tego wyobrazić, bo jest to stan niewyobrażalny, więc stworzyliśmy przeciw niemu mechanizm obronny w formie nieśmiertelności. Czy możemy pogodzić się z myślą, że należymy do tego brudnego padołu? Stworzył nas, wyprodukował ze swoich cząsteczek i rozbije nas w pył, kiedy nadejdzie odpowiedni czas. Nic więcej, nic ponad to. Nie, to nie tak. Dusza łączy się z ciałem kiedy to zaczyna żyć. Potem ciało umiera, a my żyjemy gdzie indziej. Trafiamy do nieba, do piekła, lub tam gdzie sobie ktoś wymyśli i w to wierzy. Przeświadczenie o tym, że coś tam jest po drugiej stronie jest tak silne, że zdaje się być prawdziwe. Jednak przeświadczenie to tylko przeświadczenie… lub mechanizm obronny naszego umysłu. Algorytm. Czasami popadamy w zadumę nad własnym życiem i aby nie popaść w obłęd algorytm podsuwa nam silne przeświadczenie, że czeka nas coś więcej. Niebyt wcale nie nadejdzie. Jest to niezawodny skrypt, który ratuje mnie czasami w środku nocy, kiedy rozmyślam o tym, że mogę umrzeć w każdej sekundzie i nawet tego nie spostrzec. Pieprzone algorytmy rządzą wszystkim. Czy naprawdę nie dalibyśmy sobie bez nich rady? Czy nie jesteśmy na tyle samodzielni? Być może u niektórych zawodzą i kończy się to schorzeniami psychicznymi, samobójstwami. Z chwilą gdy algorytm przestaje działać odnajdujesz prawdę? Zostaje ci objawiona? Odzyskujesz wolność? Kolejne pytania wlewały mi się do głowy, wraz z kolejnymi łykami wina przedzierającego się przez mój przełyk. Odstawiłem butelkę na stół. Ten nałóg. Wino i fajki. To algorytm, który sam sobie stworzyłem. Wykona się niemal zawsze bez najmniejszych oporów. Więc jednak zostało mi trochę wolnej woli. Mogę tworzyć sobie kolejne algorytmy. Ale czy na pewno sam go stworzyłem? Czy sam postanowiłem o tym, że popadnę w alkoholizm i zostanę palaczem? Pić zacząłem na imprezach, bo łatwiej było nawiązywać znajomości. Palić zacząłem w pracy, żeby mieć więcej przerw. Jedno i drugie wyniknęło z życia w pewnej społeczności, z relacji między ludzkich, a to… o matko. Przetarłem dłonią twarz na moment prostując krzywe plecy. Relacje między ludzkie to cała kawalkada skryptów, algorytmów, zachowań mimo wolnych. Wszystkich oceniamy, obojętnie czy tego chcemy czy nie, na bazie swoich wzorców. Ktoś powoduje w nas niechęć, bo tak został oceniony przez jakiś program w naszej podświadomości. Koleś choćby był dla nas jak miód na serce, już zawsze będzie traktowany z dystansem, z pewną dozą nieufności. I na odwrót. Możemy kogoś bardzo lubić, sami nie wiemy dlaczego i będziemy tą osobę szanować, rozmawiać z nią bardziej otwarcie, mimo że owa osoba nie będzie do końca odwzajemniała naszego podejścia, co nie przeszkodzi nam w wybaczaniu jej jakichś dziwnych zachowań względem nas, które odbierzemy na przykład jako żarty. W nozdrza wpadł mi zapach, który już od dłuższej chwili sączył się powoli z kartonu. Instynkty, programy samozachowawcze, czy algorytmy. Jak zwał tak zwał. Nawet, gdybym mocno nie chciał, to i tak pochyliłbym się w stronę pudełka z pizzą, a do mojej zniewolonej duszy dotarłoby przeświadczenie, że przecież tego chciała. Pierwszy, soczysty kęs tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Dokładnie na to dziś czekałem. Powoli przeżuwałem cienkie ciasto z podwójnym serem, pieczarkami i szynką, pytając sam siebie ile jest sytuacji w życiu, kiedy to możemy działać automatycznie, lub chociaż wpółświadomie. Mimo bajzlu w moim pokoju odnajduje się w nim bez problemu. Wystarczy, że jakaś rzecz jest potrzebna, od razu wiem gdzie leży. Kiedyś moja była w kółko robiła swoje porządki. Nic nie miało swojego miejsca na dłużej niż tydzień. Pamiętam, że już samo przebywanie w tym pomieszczeniu sprawiało mi dyskomfort. Podobnie w pracy. Z czasem dopada nas rutyna. Pracując w jednym zakładzie kilkanaście lat na jednym stanowisku jesteśmy przygotowani na każdą sytuację. Każdy problem jaki może nas zastać nie będzie stanowić większej przeszkody, bo przeżyliśmy już wszystko, co mogło się wydarzyć. Po co więc potrzebna nam świadomość? Cóż, na pewno nie jest bezwartościowa, skoro wyszliśmy już dawno temu z jaskiń i latamy samolotami, zamiast bezmyślnie cielić się jak bydło na łąkach. Samoświadomość, zdolność abstrakcyjnego myślenia. Tylko to różni nas od innych gatunków. To nasz dar i nasze przekleństwo jednocześnie. Wraz z pierwszym pomysłem, jak coś usprawnić na pewno pojawiła się myśl, po co w ogóle to usprawniać? Czemu ma być nam lepiej? Jaki ma to sens. Pewnie też i wtedy pojawiły się pierwsze algorytmy dbające o to, żeby abstrakcyjne myślenie nie okazało się zbyt abstrakcyjne. Abyśmy nie wpadali w pętlę beznadziejności, że szukanie rozwiązania nie ma sensu, bo nasze życie nie ma znaczenia. I wtedy mnie to dopadło. Myśl tak ciężka i sromotna, że nie zdążyłem sięgnąć po następny kawałek pizzy. Dusza nie istnieje. To jedynie wymysł stworzony na potrzeby nieśmiertelności. Niby po co nieskończony byt miałby doświadczać świata złożonego z zupełnie obcej mu materii w ciele złożonym również z tej materii, aby koniec końców powrócić do swojego świata? Nie, duszy wcale nie ma, a my nie mamy wolnej woli. Jesteśmy trochę mądrzejszą zwierzyną, gatunkiem który na drodze ewolucji odkrył świadomość. Nie długie pazury pozwalające lepiej polować, nie szybkie odnóża, czy wytrzymałe ciała, a świadomość. Nasza samoświadomość to narząd skrzący się gdzieś w trzewiach naszych synaps. Dzięki niemu możemy wszystko wymyślić, ale też i wszystko zniszczyć, włączając w to siebie. Złapałem się za głowę. Nie, to nie możliwe. Ja to przecież ja! Nie mogę być zwykłym narządem jak moje płuca, jelita, czy fiut! Uspokoiłem się, czy to jakaś wbudowana struktura kazała mi się uspokoić po chwili załamania. Ile razy w życiu wykorzystałem swoją świadomość? Kiedy musiałem wykorzystać swoje abstrakcyjne myślenie? W sumie ciężko mi przytoczyć takie przykłady. Szkoła to czas kreatywnego myślenia. Nie, tam zawsze zżynałem, a prace plastyczne najzwyczajniej miałem w dupie. Może prowadzenie auta? Po chwili ze zgrozą stwierdziłem, że autem jeżdżę w sumie tylko do pracy, no i do marketu. Droga objechana przeze mnie tyle razy, że znam ją na pamięć. Na wszelkich rondach i światłach to pewnie jakiś algorytm, który sobie wyprodukowałem, chroni mnie przed wypadkiem. Czyli jazda samochodem też odpada. Uśmiechnąłem się w nadziei. A praca? Mam na myśli początek, pierwszy miesiąc, tydzień. Wtedy nie mogłem za wiele ogarniać. Musiałem wykorzystywać swoją świadomość, żeby rozwiązywać nowe sytuacje w życiu. Wrócenie pamięcią do tamtego okresu okazało się trudniejsze niż sięgnięcie po ostatnią fajkę z paczki, która dziwnym trafem znalazła się dalej, poza zasięgiem ręki. W sumie nie mam zbyt ambitnej pracy. Nie wiele trzeba przy niej myśleć, a i ogarnięcie jej przyszło mi dość łatwo, w towarzystwie znajomych, którzy mnie tam wkręcili. Zostałem z pustką w głowie. Czyżbym naprawdę przez całe moje życie nie używał świadomości? Czyżby to był ten pierwszy raz, kiedy to używam świadomości do rozmyślania o świadomości. Skoro nie używałem tego narządu, to jestem zdziwiony, że nie zanikł. Nie! Nie, nie, nie, nie! To nie narząd! Świadomość to nie serce, które ma do usranej śmierci powtarzać w kółko jedną czynność w tempie narzuconym przez… a jakże, algorytm. Świadomość to ja. Dusza nieśmiertelna, która po tym wszystkim trafi do nieba, czy gdzieś, gdzie będą jakieś dziewice… w sumie nigdy nie byłem zbyt wierzący. Właśnie zrozumiałem, że moje szanse na życie wieczne w raju spadły. Jednak to nie ważne, czy w raju, czy w piekle. Ważne, że jestem czymś ponad tą psującą się dzień w dzień kupą mięsa i mechanizmów nią sterujących. A co jeśli jednak nie? Tak czy inaczej opcje są dwie. Jeżeli jestem nieskończoną istotą, nie z tego świata, to po śmierci wrócę do domu. Jeżeli jestem organem regulowanym przez inne organy, to po śmierci doświadczę nieistnienia, niebytu. W ten właśnie sposób zrozumiałem, że jest tylko jeden sposób, aby się przekonać, co jest prawdą. Czyżbym właśnie świadomie przekonał się do samobójstwa? Nie czułem strachu sięgając po nóż leżący tuż przy sosie do pizzy. Myśl, którą wytworzył mój organ, choć nie chcę tak o tym myśleć, sprawiła że raptownie zapaliły się wszystkie lampki kontrolne. Czułem się jak kapitan atomowej łodzi podwodnej, który świadomie wydaje rozkaz o przeciążeniu reaktora. Mimo wszystko, w przeciwieństwie do niego, ja byłem ciekaw tego co będzie później. On niekoniecznie. Przytknąłem ostrze do lewego nadgarstka. Organizm szalał zalewając mnie prośbami i rozkazami. W głowie kłębiły mi się myśli, które nakazywały przestać, obiecując, że jeszcze wszystko się ułoży. Nie zależało mi już jednak na układaniu wszystkiego, a na prawdzie. Nim docisnąłem ostrze do skóry, przez chwilę dotarła do mnie myśl, jakby z samego sedna, z samej istoty mnie. Miałem zły humor i raptownie mi się poprawił, czy naprawdę chcę z tego tytułu się zabić? Czy chwilowe pragnienie bycia nieszczęśliwym przez wieczność sprawiło, że dotarłem do punktu w którym jestem? A może tą myśl też wytworzyło za mnie ciało? Może każda moja myśl jest wytworem żyjącego organizmu, który teraz panicznie boi się o utratę tego życia. Otrząsnąłem się szybko. To nic nie zmienia. Ciało próbuje się obronić za wszelką cenę, trzymając mnie w okowach niewoli. W końcu dotarłem do wniosku, że przecież abstrakcyjne myślenie i samoświadomość również mogą być algorytmami, które sprawiają że czujemy, że istniejemy. Koniec tego. Zdecydowałem poznać prawdę. Wykonuję więc jeden jedyny akt mojej woli jaki mogę wykonać. Coś o czym decyduję naprawdę ja, a nie żyjący organizm. Tą jedyną rzeczą jest odebranie mu życia. Ostry ból przeciął skórę i układ krwionośny tuż przed dłonią. Poczułem jak ciepło zalewa moje ramię. Po chwili cała kanapa była czerwona, a ja zrobiłem się jakby śpiący, osowiały i odrętwiały. Stała się rzecz niesamowita. Prawdziwe katharsis tuż przed śmiercią kliniczną. Poczułem się jakby wszystkie blokady spadły, a ja wreszcie stałem się wolny. Tyle że ciągle uwięziony w ciele. Obraz powoli ciemniał, rozmywał się i nawet nie wiem kiedy opadły mi powieki. Na oddech przestałem zwracać uwagę. Zadawało mi się że jeszcze był, choć bardzo ciężki. Ogarnął mnie strach. Co ja zrobiłem! Umieram. Czyli ciało jeszcze walczyło. Mózg wysyłał mojej, jeszcze splątanej z nim duszy, ostatnie wyrzuty sumienia, ale wkrótce przestał nadawać. Zapadła ciemność. Nie czułem już nic. Mogłem jedynie myśleć, tylko to mi zostało. Więc co teraz? Pustka, brak bodźców. Poczułem zażenowanie. Więc to jest to słynne życie pozagrobowe? Zamykamy oczy i przestajemy czuć? To, że poczułem zażenowanie, było mocnym nadużyciem. Po chwili to do mnie dotarło. Ja nic nie czuję. Nie mogę wykrzesać z siebie jakiejkolwiek emocji, choć bardzo chcę. Chcę być teraz smutny i przerażony. Zostałem w pustce z własnymi myślami, sam ze sobą i nawet nie mogę być na siebie wściekły za to, co zrobiłem. Być może nie mogłem niczego czuć, bo emocje były tym co zgasło wraz z umierającym ciałem. Sam przyznałem przed sobą, że brakuje mi mojego ciała. Gdybym miał język to ugryzłbym się w niego. Nie wiem ile czasu minęło, o ile czas dla mnie płynął. Pustka wypełniała mnie coraz bardziej, a pustki rodziło się palące pragnienie poczucia czegokolwiek. Myśli szalały, załamywałem się, pękałem i formowałem na nowo – z niebytu w niebyt. Niczym fluktuacja kwantowa w próżni robiłem wszystko żeby stać się czymś, co pozwoli mi choć na jeden bodziec, lub emocję. Zimno, ból, oddech, smutek, zranienie się, radość, głód, nasycenie. Cokolwiek! Poczuć cokolwiek choć przez ułamek. Zrozumiałem, że przestałem definiować samego siebie, bo nie byłem już nikim. Ze zmysłów, prócz myśli został mi chyba wzrok. Pustka była czarna, czernią przeszywającą wszystko. Zacząłem wyobrażać sobie, że w tej czerni pojawia się światło, jak w tunelu. Nie wiązałem z tym jednak żadnej nadziei, bo nie mogłem jej poczuć, choć bardzo tego pragnąłem. Tylko pragnienie… Błagam o światło. Niech to będzie rozwierająca się wagina mojej nowej rodzicielki! Ale nic takiego w pustce nie miało prawa się wydarzyć. Tak samo nie osądzono mnie i nie trafiłem ani do piekła, gdzie czułbym ból, ani do nieba, gdzie przepełniałaby mnie radość. Zostałem skazany na to, na co sam właściwie się skazałem. Chciałem zobaczyć co tu jest i teraz patrzałem na to przez wieczność. Deformując się w tej niczym nieograniczonej, nieistniejącej przestrzeni zrozumiałem w końcu co jest sensem życia. Odpowiedź tak banalna, że wielu rozczaruje. Co jest sensem życia? Dowiesz się po śmierci. Nie doświadczysz na ziemi tego, wśród przyjaciół, śmiejąc się, czy upijając w samotności, zastanawiając się nad sensem tego wszystkiego. Nawet nie wiesz jak bardzo potrzebujesz tych doświadczeń, aby móc czuć. Móc przeżywać. Kiedy to zrozumiałem pragnienie jakby ustało, a moje względne, teseraktowe załamywanie się w sobie jakby ustało. Czas zastygł? Usłyszałem dźwięk, czym przejąłem się tak mocno, że prawie umarłem drugi raz. Nie przemawiał do mnie jednak żaden super byt. To było coś narastającego. Budowało niepokój, który raptownie zacząłem czuć i chłonąć go niemal z radością, że czuję strach. W szczytowym momencie dźwięk ustał, aby po sekundzie nastąpiła potężna eksplozja. Otworzyłem oczy. Dalej znajdowałem się w moim pokoju na kanapie. Rozjebane bongo leżało na ziemi tuż obok butelki wina, która przed upadkiem obrzygała wszystko na blacie lepką czerwoną mazią. Przyglądałem się przedmiotom na stole. Pad od x’a, pilot, paczka chesterfieldów, piątka świeżo kupionego towaru, który musiał wywołać we mnie ten stan. Wszystko w winie. No właśnie, tylko jaki stan? Przeświadczenie, że właśnie poznałem tajemnicę sensu życia, przerodziło się w myśl o tym, że śniło mi się coś niesamowitego, aby w następnej sekundzie zapomnieć o wszystkim. Rozglądałem się otępiale, trafiając wzrokiem na rękę. Cała dłoń łącznie z nadgarstkiem uwalona była w keczupie. Dzierżyłem w niej nóż, którym wysmarowałem siebie i pizzę. Cała pizza w keczupie.
    - Co tu się przed chwilą odjebało? – Zapytałem sam siebie na głos. – Pizza z keczupem to już przesada. Chyba musze rzucić jaranie.

    #pasta #ciezkarozkmina
    pokaż całość

    +: KleKotka, W.......5
  •  

    Dobrze pamiętam czasy gdy miałem 17 lat. Środek technikum, brak problemów, wszędzie znajomi, imprezy co weekend i co ważniejsze brak poczucia bezsensowności. Byłem wtedy duszą towarzystwa, uśmiech właściwie nie schodził mi z twarzy. Miałem całkiem sporą paczkę przyjaciół z którymi spędzałem najwięcej czasu. Mieszkam w miejscowości położnej kilkanaście kilometrów od morza i ziomek, który dojeżdżał do szkoły znad morskiego kurortu zaproponował pewnego razu, żebyśmy zerwali się z lekcji i pojechali na plażę. Pamiętam że był to wyjątkowo ciepły maj, więc zarządziłem, że zabieramy w plecaki po kilka browarów i jedziemy nad Bałtyk. W trakcie rozmów w pksie padł temat opuszczonego ośrodka wczasowego, który stoi gdzieś na uboczu miasta, kilkadziesiąt metrów od klifu prowadzącego na plażę. Zaintrygowany stwierdziłem, że musimy to sprawdzić. Wtedy po raz pierwszy trafiłem na tą miejscówkę i o rety. Zakochałem się w niej bez opamiętania. Kompleks dwóch, pięciopiętrowych bloków połączonych dwupiętrowym mostem zachwycił każdego z nas. Długie korytarze, brak drzwi i okien, ściany na których twórcy graffiti pokazywali pełny wachlarz swoich możliwości, swobodny dostęp na dach. Bez końca można było chodzić i podziwiać. Pikanterii dodawały takie atrakcje jak klatki schodowe bez poręczy i szyby windowe, w których nigdy żadna widna nie zagościła. Obawiałem się o moich zbyt dzielnych ziomków, jednak ile razy tam bywałem, nigdy nic nikomu się nie stało. Koronacją naszego wypadu był jednak dach drugiego budynku położonego bliżej morza. Miał być tarasem widokowym, który ekipa budowniczych zdążyła zaopatrzyć w barierki, nim prac nad obiektem zaniechano. Nie zapomnę nigdy momentu, kiedy przekroczyłem próg prowadzący na część tarasu skierowaną ku morzu. Czubki drzew nie sięgały tak wysoko, a za nimi rozciągał się horyzont wodnego bezmiaru ścierającego z nieboskłonem. To miejsce skradło moje serce. Ten pierwszy trip zakończyliśmy właśnie tutaj, wspaniałą imprezą. Nie zapomnę szczegółu, kiedy już totalnie napruty zobaczyłem napis na mruku, jeden z wielu, jakie ktoś tam zostawił, ale właśnie ten utkwił mi w głowie. „Nie mam subaru, ale mam imprezę”. Rozbawiło mnie to okrutnie, a taras z widokiem na Bałtyk jeszcze nie raz został przeze mnie odwiedzony. W ogóle cały ośrodek przez wszystkie lata technikum stał się naszą mekką imprezową. Robiliśmy grille na dachu, zaczynaliśmy i kończyliśmy tam rok szkolny, nawet wpadaliśmy tam zimą na wigilie klasowe. Co ciekawe miałem wrażenie, że niedokończony ośrodek odwdzięcza się nam za to, że tak dobrze bawimy się w jego skromnych, surowych progach. Dawaliśmy mu namiastkę tego, do czego miał służyć. O co dokładnie chodzi? Już mówię. Wśród znajomych i ludzi spoza mojej klasy panowała obiegowa opinia, że ten obiekt jest spalony i nie nadaje się do zwiedzania czy picia. Straż miejska, czy też policja zgarniały wszelkich zwiedzających, nim ci zdążyli dotrzeć na szczyt pierwszego bloku. Nie zliczę ile razy odwiedziłem to miejsce, ale na palcach jednej ręki policzę ile razy mieliśmy tam przypał z bagietami. I nawet nie muszę do tego liczenia używać palców. To miejsce zapamiętałem cudownie. Pierwszy blant, pierwszy seks, pierwsza wóda. Pamiętam, że na jednym z grilli powiedziałem kumplowi, że jakbym wygrał w lotka, to kupił bym to miejsce, ale nie remontowałbym go. Utrzymywałbym je w permanentnym stanie lekkiego podniszczenia i bawił się w nim bez końca.

    Jednak to było kiedy miałem 17 lat i chodziłem do technikum. Teraz mam 25 lat i świat jest nieco inny. Przede wszystkim po technikum zakończyłem swoją ścieżkę edukacji i brak poczucia bezsensowności zniknął. Wszyscy moi znajomi rozjechali się po świecie. Czy to studia w innych miastach, czy praca za granicą. Na ich profile w mediach społecznościowych nawet nie mogę już zerkać. Szczęście wylewa się z każdego obrazka. Albo trzymają w dłoniach dyplomy magistrów, albo swoje dzieci, albo klucze od nowych aut, domów. Ja tymczasem nawet nie wyprowadziłem się od rodziców. Przytyłem, wstaję w kółko o piątej, żeby zdążyć do obozu pracy na szóstą i wyjść z niego o szesnastej. W weekendy chleje, albo marnuje bez sensu gaz w golfie kręcąc się po mieście jak w pętli. Do dziewczyn boję się nawet zagadać. Zresztą z kimkolwiek w pracy rozmowa przychodzi mi z trudem. Co pół roku zmieniam firmę, bo liczę że w tej następnej będzie lepiej, że polubię to miejsce. Tym czasem dzień świra trwa, a ja tylko zastanawiam się nad tym co stało się z gościem, którym byłem, a później nienawidzę siebie za to, co sobie zrobiłem. Płaczę w środku, przybierając na zewnątrz obojętną na wszystko maskę wyjebania, a kilka browarów i pornhub premium to moi jedyni przyjaciele. Dobija mnie dodatkowo przeklęta nostalgia. W kółko wracam wspomnieniami do chwil w których czułem się super, do czasów kiedy jeszcze poczucie sensu mnie nie opuściło. Czasy technikum wynoszę na piedestał, sam modyfikując wspomnienia tak, aby pamiętać tylko to, co było dobre. Dobre wspomnienia zmieniam w jeszcze lepsze, niż w rzeczywistości, dlatego nie wiem czy to co napisałem wcześniej o opuszczonym ośrodku wczasowym w stu procentach pokrywa się z prawdą, czy czegoś nie podkoloryzowałem, a wszystko przez nostalgię. Prawda jest taka, że od końca technikum nie zdarzyło się nic takiego, co byłoby godne zapamiętania, a ja popadłem w spiralę nadwagi, depresji, alkoholizmu i masturbacji.

    Po raz kolejny pracowałem przez całe wakacje, bo od ciągłych zmian zakładów, nigdzie nie mogłem zapracować na dwadzieścia dni urlopu. Wrzucili nam wszystkie soboty pracujące z automatu. Nie zgadzałem się tym, ale wszyscy w kółko powtarzali, że polityka firmy i przynajmniej więcej zarobimy. Jak na złość pogoda aż zapraszała do wypoczynku, kiedy ja w pocie czoła musiałem sortować górę jakiegoś gówna. Stwierdziłem, że po robocie uderzam na plażę. Mimo, że mieszkam tak blisko, to przez ostatnie kilka lat nie widziałem morza. Czas do końca zmiany płynął, a wyjazdowi nad morze nadałem mitycznego znaczenia. Wierzyłem, że gdy siądę w piachu i wlepię wzrok w morskie fale, to coś się wydarzy, natchnie mnie jakaś myśl, która pozwoli mi wyskoczyć z karuzeli spierdolenia. W końcu doczekałem się fajrantu. Po przejechaniu siedemnastu kilometrów w godzinę dotarłem do zakorkowanego kurortu, gdzie następną godzinę szukałem darmowego parkingu. Wreszcie postawiłem furę prawie w lesie. Po wyjściu z auta, zamajaczył mi między drzewami znajomy widok. Coś jak flashback wojenny. Podążyłem w tamtym kierunku, a na mojej twarzy malował się coraz szerszy banan. Ciągle tam stał. Minęło tyle lat, a niedokończony hotel piętrzył się wśród drzew pękając od upływu czasu i korzeni obrastającej go roślinności. Dopiero z bliska zauważyłem w jak opłakanym był stanie. Kilka balkonów przegrało walkę z grawitacją, podobnie jak jedne ze schodów prowadzące na dolny poziom mostu. Nie to mnie jednak zmartwiło. Obiekt w całości otaczał wysoki płot, na siatce którego wisiały tabliczki: Zakaz wstępu, obiekt przeznaczony do rozbiórki. A więc skarbiec moich cennych wspomnień miał zostać wysadzony w powietrze. Poczułem się, jakby ktoś chciał wyrwać mi kawałek duszy, wymazać kilka stron z mojego życiorysu. Zacisnąłem dłonie na siatce ogrodzenia. Nie! Nie pozwolę na to tak po prostu. Skoro chcą zniszczyć miejsce, z którym łączy mnie tyle pozytywnych wspomnień, to wypadałoby chociaż godnie pożegnać się z hotelem. Szedłem wzdłuż ogrodzenia, aż dotarłem do ścieżki rowerowej prowadzącej między ośrodkiem, a brzegiem morza. Tam trafiłem na dziurę w siatce. Przechodząc, zadarłem głowę wysoko. Mój taras. Był tam u góry, wołał mnie, choć jego betonowa barierka leżała już tu na dole, potrzaskana. Okazało się, że wszystkie wejścia zostały zamurowane. Było to potwornie frustrujące, zwłaszcza że już znalazłem się w miejscu zabronionym. Ryzykowałem mandatem, a nie mogłem nawet wejść do środka. Przed laty znałem rozkład wszystkich pomieszczeń niemal na pamięć. Odkurzenie tej wiedzy i wyrwanie jej z podświadomości okazało się pomocne, gdyż znalazłem przejście, którego ktoś zapomniał zablokować. Podobnie w środku musiałem zmierzyć się z labiryntem nowych, ceglanych ścian, jednak zawsze gdzieś na końcu znajdowało się przejście. Zupełnie jakby ktoś celowo je zostawił. Im bliżej znajdowałem się wejścia na taras, tym więcej zagubionych wspomnień do mnie wracało. Śmiałem się sam do siebie, na głos opowiadając sobie co gdzie się wydarzyło. W końcu do nich dotarłem. Schody prowadzące na dach. W promieniach słońca przybrały złocisty kolor i choć były poszczerbione i popękane, dla mnie faktycznie wydawały się być ze złota. Wszedłem na górę i dotarłem do celu mojej pielgrzymki. Choć nic nie zmieniło się w moim życiu to i tak warto było powrócić w to miejsce. Nowe wrzuty na ścianach przysłaniały te stare, które były świeże w czasach gdy tu imprezowałem. Szukałem złotej myśli na temat subaru imprezy, jednak musiała leżeć już na dole, rozbita na kawałkach betonu. Czas nie oszczędził tego miejsca, jednak widok na morze wcale się nie zmienił. Wpatrywałem się w żaglówki na horyzoncie, czując się niemal jak osiem lat temu, jednak raptownie odezwało się moje dzisiejsze spierdolone ja. Naszła mnie bowiem idiotyczna myśl: miejsce mało dostępne, a ja jeszcze nie dusiłem dziś węża. W pierwszej chwili wyśmiałem ten pomysł, jednak każda kolejna sekunda przemawiała za tym, aby to zrobić. Ile można trzepać się do pornoli? Ile jeszcze okazji będę miał w życiu, aby zrobić to z tak majestatycznym widokiem w tle? Może w ogóle pójść na całość i zrobić to nago? Tego było już za wiele. Potrząsnąłem głową zaskoczony tym, jaki pomysł się w niej narodził. Nieśmiało podszedłem do krawędzi. Gdzieś tam na dole, między gałęziami, przemieszczali się ludzie po ścieżce rowerowej, całkowicie nie świadomi tego, że jestem tu u góry. Poczułem że mogę to zrobić. Niczym astronauta oddający mocz podczas spaceru kosmicznego, lejący na cały świat, który i tak nie jest tego świadom. W taką właśnie myśli ubrałem argumentację, która przemawiała za tym, aby zwalić konia nago na szczycie budynku grożącego zawaleniem. To miał być mój manifest przeciwko światu, za to jakim się okazał, kiedy skończyłem szkołę i poszedłem do pracy. Chciałem upodlić świat w ten sposób, a świat podobnie jak z perspektywy kosmonauty szczającego na orbicie, miał nie być tego świadomy. Serce waliło mi jak głupie, a ręce zlały się potem, kiedy ściągałem spodnie. Oddech miałem nierówny i zacząłem się martwić, że dostanę zawał. Z arytmii wyrwała mnie myśl o tym jak spierdolona by to była sytuacja, gdyby znaleźli na dachu nagiego trupa z fujarą w łapie. A skoro już o fujarze mowa. Chwyciłem w rękę sprzęt i przez chwilę naszła mnie refleksja. Naprawdę to robię? Nie chodzi nawet o akt ekshibicjonizmu i samogwałtu w miejscu publicznym, ale naprawdę nadaje masturbacji znaczenia symbolicznego? Odpowiedź przyszła do mnie z głębi duszy. Właśnie tak, dokładnie to robię. Chwyciłem go mocniej w rękę i zaczęła się jazda. Właściwie nie myślałem o niczym podniecającym. Wpatrywałem się po prostu w Bałtyk skupiając się od czasu do czasu na przelatujących mewach. Mimo żadnych erotycznych bodźców czułem zbliżający się finał. Może to przez sam fakt robienia czegoś tak ekstremalnie pojebanego. W końcu oddałem salwę honorową na cześć miejsca które zapewniło mi tyle wspaniałych wspomnień. Wspominałem, że ośrodek przynosił mi w przeszłości szczęście? Cóż, tym razem chyba nie spodobało mu się to co zrobiłem na dachu, bo jak tylko skończyłem, usłyszałem za plecami głos powodujący ciarki na jajach. „Skończyłeś już? To pomachaj do kamery.” Dwóch strażników miejskich patrzyło się na mnie nie kryjąc zażenowania. Dopiero po chwili dotarł do mnie dźwięk nieustannego bzyczenia i dostrzegłem drona kołującego nad dachem, wraz z mewami które próbowały go upolować. To dlatego tyle się ich tu kręciło. Poczułem jak płonę na twarzy, a jeszcze chwilę później dotarło do mnie w jakiej sytuacji się znalazłem i że ciągle trzymam fiuta w łapie, zamiast go zakryć. Zestaw takich bodźców przeanalizowany przez mój mózg dał mi tylko jedną odpowiedź. Skacz, pierdol to, po prostu skacz. To było pierwsze co przyszło mi do głowy i chyba musiałem spróbować, bo w następnej chwili leżałem już skuty na posadzce z popękanego lastryko. Słuchałem jak wzywają wsparcie, że jestem prawdopodobnie chory na umyśle, żeby przysłali karetkę. Nawet mnie nie ubrali. Leżałem nagi wśród coraz większej liczby osób. Wpatrywałem się w drona który nie spuszczał mnie z oka. Cóż, zapomniałem że mamy końcówkę drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku i służby mundurowe z powodzeniem wykorzystują takie zabawki w pracy. Tymczasem ktoś w końcu zainteresował się mną w inny sposób niż żartując sobie ze mnie. Owinięto mnie w koc i zawinięto z opuszczonego hotelu.

    Następne dni przynosiły ze sobą coraz więcej mroku. Psychiatra orzekł, że jestem zdrowy na umyśle. Milczenie spowodowane zamknięciem się w sobie potraktował jako próbę olania go, kiedy wyciągał do mnie pomocną dłoń. Później dowiedziałem się, że zamiast mandatu sprawę skierowano do sądu. Wszystko przez to, że ktoś w straży miejskiej nie wytrzymał i uległ pokusie wysłania filmu z akcji do sieci. Czytałem kiedyś, że przez internet ziemia stała się globalną wioską. Myślę, że mało osób przekonało się tak boleśnie o prawdziwości tego stwierdzenia, jak ja. W pracy rozpoznali mnie od razu. Słyszałem o sobie, że o mało nie zwaliłem się z dachu, próbowano przybić mi sto ksyw, ale to snajper wygrał przetarg i dostałem wpierdol od współpracowników po pracy za bycie innym. Rzuciłem robotę, a potem starzy wyrzucili mnie z domu. O ile nie za bardzo umieli w komputer, tak nagranie mojego wybryku w telewizji i zdjęcia w lokalnej gazecie sprawiły, że zostałem wydziedziczony i nie godny noszenia nazwiska mojego ojca. Tego wieczoru miałem skończyć ze sobą, ale prędzej zgarnęli mnie na dołek. Skatalogowali mnie na równi z pedofilami i gwałcicielami. Sprawa wrzała i zainteresował się nią jakiś młody dupek prokurator, który marzył, aby jego nazwisko pojawiło się w dzienniku. Kiedy przedstawiał mi zarzuty, z miejsca stwierdził, że brzydzi się takimi jak ja i wyjawił iż wierzy, że strażnicy powstrzymali mnie przed skokiem tylko dlatego, że nie byłoby chętnych zbierać z ziemi takiego ścierwa jak ja. Przemowę zakończył słowami, że będzie starał się o pięć lat bez zawiasów, a swoją argumentację miał popierać tym, że w tym ośrodku bawi się nieletnia młodzież, a ja tylko czekałem na to, żeby zgwałcić jakąś małolatę. Każde jego słowo było jak nóż, prosto w moje serce. Zrozumiałem wtedy w jaki sposób doszło do tego wszystkiego. Jedna drobna decyzja. Jedna czynność sprawiła, że moje życie całkowicie się odmieniło. W nocy zapragnąłem zacząć wszystko od nowa, więc przełożyłem prześcieradło przez kratę i zacząłem wiązać je na szyi. Powstrzymali mnie tylko współtowarzysze z celi, którym było wszystko jedno, ale nie mieli zamiaru odpowiadać za moją śmierć. Pobili mnie tak, że przez resztę nocy leżałem w bezruchu.

    Nie mam pojęcia ile dni spędziłem w celi i co właściwie działo się dookoła. Pamiętam że miewałem wtedy chwile całkowitego wyłączenia. Nie spałem, ale też nie myślałem o niczym. A kiedy tylko zaczynałem myśleć, świat wokół mnie sypał się jeszcze bardziej. Nawet gdy wyjdę, to zostałem już napiętnowany. Bekę toczył cały kraj, a nim jeszcze mnie zamknęli widziałem przynajmniej pięć memów ze sobą w roli głównej. W końcu ktoś chciał się ze mną widzieć. Obawiałem się że to rodzice. Nie bardzo wiedziałem co mam im powiedzieć po takim czasie. Zamiast mamy i taty w pokoju spotkań zastałem gościa w garniturze. Przedstawił się, zareklamował jako jeden z najlepszych prawników w tym kraju. Wyraził przerażenie widząc w jakim jestem stanie. Zlecił natychmiast obdukcję i złożył zażalenie na ośrodek karny, w którym oczekiwałem rozprawy. Następnego dnia udało mu się wypuścić mnie z pierdla. Spotkaliśmy się już w jego gabinecie, w stolicy. Tam w końcu zadałem mu pytanie dlaczego się mną zajął i że raczej mnie na niego nie stać. Ten tylko zapewniał, żebym się nie martwił, że zaraz nakreśli całą sytuację. W spotkaniu towarzyszyło nam jeszcze parę osób. Ciągle byłem w traumie więc niewiele rozumiałem. Ktoś z jakiegoś portalu, ktoś od ochrony praw człowieka i jakiś przedstawiciel środowisk ludzi wyzwolonych, lgbt, czy jakoś tak. Czułem się jak we śnie, siedząc w luksusowym gabinecie, a zebrani w nim ludzie, na czele z moim prawnikiem zaczęli mi opowiadać, że to ja jestem ofiarą, męczennikiem który oddał swoją prywatność, aby społeczeństwo mogło przejrzeć na oczy. Puścili mi nagrania wydań wiadomości z poprzednich tygodni. Tłumy zebrane pod opuszczonym hotelem. Ludzie protestowali przeciwko zburzeniu obiektu, przeciw inwigilacji i kontroli przez służby porządkowe. Sforsowali ogrodzenie i zabunkrowali się w budynku. W następnych dniach miało tam miejsce oblężenie twierdzy przez policję. Tłum domagał się wypuszczenia mnie z więzienia. Zbudowali mi nawet kaplicę na moim tarasie. Policji udało się ostatecznie odbić hotel, jednak wszyscy w akcie solidarności rozebrali się do naga podczas akcji masowych zatrzymań i aresztowań. Patrzałem na to wszystko i niedowierzałem. Ponownie zapomniałem, że mamy końcówkę drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku i wszystkie dziwne zachowania są traktowane jako coś postępowego lub chęć zwrócenia uwagi na ważne problemy trawiące społeczeństwo. W tym przypadku moje trzepanie się dachu zapoczątkowało kolejną wiosnę ludów. Z drugiej strony jednak miałem wrażenie, że ponownie kręcą mnie z ukrycia. Ktoś mnie wkręcał i zainwestował w to dużo pieniędzy. Jednak czy wyraz zdezorientowania na mojej mordzie był warty takiej forsy? Prawnik podsunął mi komplet dokumentów. Wytłumaczył, że nagranie wyciekło do internetu niezgodnie z prawem, przez co w konsekwencji zostałem narażony na straty moralne w postaci wykluczenia przez społeczeństwo, a także utraty zdrowia psychicznego. Z samego nagrania można wywnioskować, że służby mundurowe dopuściły się haniebnego pogwałcenia praw człowieka, pozostawiając mnie skutego nago, aż do przybycia pogotowia. Według prawnika mogliśmy sami wytoczyć proces i powalczyć o odszkodowanie wahające się w kwocie kilku milionów złotych. Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, zadano mi jedno proste pytanie, na które niestety nie znałem już odpowiedzi. Dlaczego to zrobiłem? Przełknąłem ślinę. Nie pamiętałem już idiotycznej argumentacji, którą wtedy przyjąłem za słuszną, ale patrząc na tych wszystkich ludzi, którzy poszli w moje ślady, odpowiedź nasuwała się sama. Chciałem znowu poczuć się wolny. To chyba złapało, bo mój sztab wojenny pokiwał głowami z aprobatą. Ktoś zadał mi jeszcze pytanie, czemu akurat dach budowli przeznaczonej do rozbiórki. Powiedziałem, że z tym miejscem łączy mnie wiele wspomnień. Pamiętałem, że rodzina raczej mnie już nie przyjmie, więc w razie porażki nie miałem gdzie mieszkać, dlatego dodałem, że traktuję ten hotel jako mój drugi dom i to musiało kupić ich do końca. Ruszyła maszyna medialno-marketingowa. W ciągu kilku miesięcy zrobili ze mnie celebrytę walczącego o wolność ludzi. Zacząłem udzielać dziesiątek wywiadów, spotykałem się z ludźmi na wiecach. Stałem się Gandhim dzisiejszych czasów, który z naciskiem ze strony władz walczył poprzez masturbację w miejscach publicznych. Dotarła do mnie wiadomość, że odwołano rozbiórkę hotelu i ufundowano jego wykończenie z publicznej zbiórki. W końcu doszło do rozprawy. Wygraliśmy ją bez trudu, a moje konto zasiliła pokaźna, siedmiocyfrowa suma. Hotel nazwano moim imieniem, a mi zaproponowano posadę dyrektora ośrodka. Kawałek plaży przed hotelem stał się plażą nudystów, a na tarasie widokowym postawili sporą nadbudówkę będącą moim gabinetem.

    Teraz mam pracę marzeń. Codziennie podziwiam widok Bałtyku, który jeszcze mi się nie opatrzył. Udzielam się przy wielu akcjach społecznych i prowadzę dwie fundacje. Tamten wyjazd na plażę, gdzie miało wydarzyć się coś, co odmieni moje życie, faktycznie okazał się wyjątkowy. Moje życie ponownie nabrało sensu, wziąłem się za siebie i jestem duszą towarzystwa. Wstyd przed tasowaniem się nago na zewnątrz przekułem w odwagę do podejmowania trudnych decyzji, choć to społeczeństwo chciało, abym tak o tym mówił. Ja w głębi duszy uważam, że odwaliłem wtedy coś, na co nie odważyłbym się drugi raz, jednak z drugiej strony, jeżeli z tej historii ma płynąć jakiś morał, to walcie konia w różnych dziwnych miejscach, a może i Wam przydarzy się coś niesamowitego ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #pasta #przegryw #wygryw #spierdolenie #tfwnog #lgbt

    Aby dodać wiarygodności całej historii wrzucam zdjęcie rzeczonego obiektu (jeszcze przed remontem).
    pokaż całość

  •  

    Dzień dziecka w galerii handlowej. Morze ludu, a w tym morzu ja, złapany przez nagłą potrzebę fizjologiczną, znaną szerzej jako nr 2. Wpadam więc do kibli i wiem że przy tej liczbie bydła w galerii nie sposób będzie się załatwić w cywylizowanych warunkach. Nie myliłem się. Kabina nr 1: ktoś chyba chciał sprawdzić czy jego strumień sięgnie sufitu. W kabinie nr 2 czyjaś dupa eksplodowała na dwie sekundy przed przyklejeniem się do muszli, w efekcie czego cała ściana ma piegi. W kabinie nr 3 pływa rolka papieru od tak, po prostu. Pozostałe kabiny nie wygladają dużo lepieij, aż raptownie jest. Kabina nr 6. Czysto, w kiblu nic nie pływa, deska błyszczy w świetle. Myślę, niemożliwe, kurwa, pewnie nie ma papieru. Sięgam pod blaszaną obudowę. Jest cała rolka. I tak stoję nad tym kiblem i zamiast się wysrać, węsze podstęp. #gownowpis pokaż całość

  •  

    Grube baby pracujące w maku są jak etykiety "palenie zabija" na papierosach.

  •  

    #pasta #pdk

    Zacznę od tego, że nienawidzę banku Millenium. Ich pracownicy zrobią wszystko by zdobyć klienta. Nie cofając się przed niczym dopilnują, aby umowa została podpisana. Jeśli natomiast będziesz na tyle asertywny, żeby im odmówić, zemszczą się tak, że będziesz się bał wyjść z domu. Do rzeczy.

    Popołudnie spędzałem spacerując po galerii handlowej. Ot zwykły window-shopping, poprzedzony małymi zakupami w markecie. Kilka chińskich zupek i takie tam. Kiedy już obmacałem wszystkie smartofny w Media Markcie stwierdzając, że moje xiaomi i tak lepsze, skierowałem swoje kroki w stronę knajp czując ssanie w brzuchu. Ku mojemu zaskoczeniu mój ulubiony kebab zniknął, a w jego miejsce otworzyli kuchnię chińską. Moją uwagę przykuł szyld: „Restauracja Hui Ping Pong, Wielkie otwarcie, 40% zniżki!”. Nie wiem czy samo czterdzieści procent skojarzyło mi się z wódką, czy przekonała mnie tak duża promocja, ale postanowiłem spróbować. Okazało się, że nie tylko ja. Cała knajpa wypchana była rodzinami, smrodem psiej wołowiny na ostro i wszechobecnymi kitajcami, latającymi od stołu do stołu z tacami żarcia. Wybrałem samotny stolik w rogu i kaczkę słodko-kwaśną. Chciałem wierzyć, że to kaczka. Zapłaciłem naprawdę mało, a fura żarcia, z jaką przyszło mi się zmierzyć, była ogromna. Nie było to złe. Kwaśne i słodkie, ale też w opór ostre. Przetarłem zlane potem zakola i wycierając rękę o spodnie zamówiłem małą fante. Napój nie był już w promocji. Nie zdążyłem go jednak odebrać. Poczułem jak w kichach zaczyna się przemeblowanie. Ktoś się tam wprowadzał, więc kto inny dostał eksmisję. I to taką w trybie natychmiastowym. Wystrzeliłem z restauracji zostawiając im napiwek w postaci piekącego pierda. Podejrzewam jednak, że wymieszał się z zapachami kuchni i nikt go nawet nie poczuł. Wpadłem do najbliższego WC, a wraz ze mną kilku innych klientów Hui Ping Ponga. Niestety, ci którzy wyszli przed nami, zdążyli zająć wszystkie kabiny. Unosił się tu taki sam smród jak u żółtków w knajpie. Tymczasem w moim kotle gotowało się coś, co zaczynało napierać na zwieracz. Spojrzałem po szeroko otwartych oczach pozostałych. Wszyscy byli w podobnym stanie. Wśród ciszy padło hasło: „Kible na drugim końcu, szybko!”. Zerknęliśmy po sobie wszyscy. Było pewne, że kabin jest mniej niż chętnych. Kilku ostatnich będzie musiało wysrać się do pisuarów. Jak na dźwięk pistoletu, który okazał się dźwiękiem sraki uwalnianej w jednej z kabin, ruszyliśmy do wyścigu. Z boku musiało wyglądać to komicznie. Ośmiu chłopa wybiegło z toalety i rzuciło się w stronę ruchomych schodów, zbiegając nimi na poziom zero. Dla nas niestety nie było to już takie śmieszne. Bieg z zaciśniętymi pośladami, aby nie zgubić w drodze zbędnego balastu, okazał się trudniejszy niż myślałem. Mimo to szło mi całkiem nieźle. Przez moment byłem na czele stawki. Marzenia o porcelanowym tronie rozbiła jednak wysepka banku Millenium, a właściwie trzy pracowniczki stojące w rządku. Niczym trzy sępy siedzące na gałęzi martwego drzewa, wypatrywały ofiar. Ponownie pierdłem i to ostra woń padliny musiała przykuć uwagę jednego z sępów. W myślach błagałem, żeby mnie nie zaczepiła. Niestety na próżno. Młoda blondynka stanęła mi na drodze.
    - Dzień dobry panu, czy mogę zająć chwilkę?
    Kątem oka zerknąłem jak pozostałe sępy próbowały się dorwać do reszty wyścigu. Jeden z zawodników był zbyt szybki, drugi kosztem dwóch pozycji w stawce postanowił ominąć stanowisko banku szerokim łukiem. Koniec końców okazało się, że tylko ja dałem się złapać. Z utęsknieniem patrzałem jak peleton do ziemi obiecanej oddala się. Postanowiłem się nie poddawać. Dałem krok w lewo, ale blondyna powtórzyła mój ruch, blokując mnie niczym figura szachowa.
    - Błagam pana, regionalny ma mnie na oku. Jak niczego pan ode mnie nie weźmie, to wyleje mnie z roboty.
    Maska sztucznej uprzejmości spadła z jej twarzy. Na moment odkryła swoje prawdziwe oblicze i chyba tylko dlatego uległem. Siadłem z nią do stanowiska sapiąc ciężko. Wyobrażałem sobie, że niczym niektórzy mnisi potrafiący zwolnić akcję serca, ja potrafię zwolnić perystaltykę swoich jelit. Niestety na próżno. Blondynka na nowo przybrała sztuczny, wesolutki ton głosu i z wyćwiczonym uśmiechem zaczęła zadawać mi pytania, na które nie miałem ochoty odpowiadać. Zauważyłem, że z kamienną twarzą przygląda się jej ruda lafirynda. Kierownik regionalny. Można było pofantazjować na jej temat, niestety spóźniona przesyłka wymagała znalezienia najbliższego paczkomatu, w możliwie jak najkrótszym czasie. Przypomniała o sobie donośnym bulgotaniem, które na pewno słyszały obie pracowniczki banku. Zlał mnie zimny pot. Zaczęło dzwonić mi w uszach. Odpowiadałem zdawkowo na pytania blondynki, zgadzając się na wszystko, co mi proponowała. Chciałem jak najszybciej stamtąd iść. Ostatkami sił powstrzymywałem się przed apokalipsą, która odstraszyłaby potencjalnych klientów co najmniej na miesiąc. W końcu podsunęła mi jakiś papier. Poprosiła o dowód. Drżącą dłonią wydobyłem go z portfela. Miałem go już przekazać blondyneczce, kiedy moją uwagę przykuła jedna linijka w tekście dokumentu. Właściwie nie linijka, a fraza: „… kredyt gotówkowy w wysokości 11 000 pln…”. Jebana bladź widziała jak się czuję i postanowiła to wykorzystać do wciśnięcia mi kredytu. Zerwałem się krzesła, żałując że nie mogę zostawić im bąka, gdyż w tej sytuacji pierdnięcie bez kleksa było niemożliwe. Dotarłem ostatni na metę, a co za tym idzie, nie było dla mnie miejsca na podium. Podjąłem desperacką decyzję. Wracam do domu. Właściwie nie miałem daleko, choć w moim stanie przejście kolejnych dziesięciu metrów było sporym sukcesem. Sytuacja zaczęła się zmieniać. Kret oprócz nacisku fizycznego zaczął wywierać na mnie presję psychiczną. Wszystko zaczęło mnie wkurwiać. Zwłaszcza ludzie na ulicy. Typ idący w bluzie, cieszący głupio ryja. Babka z psem, który mało nie wlazł mi pod nogi. Na domiar złego ktoś zaczął się dobijać na mój telefon. Zamiast odebrać, pieprzone xiaomi zrobiło zdjęcie. Wkurwiony na maksa, spoconym palcem, w końcu odebrałem.
    - Halo! Kto mówi!
    - Halo, proszę pana, proszę wrócić, nie podpisał pan naszej umowy!
    Zagotowało się we mnie. W przenośni i dosłownie. Blondyna z banku miała czelność jeszcze do mnie dzwonić?
    - Nie podpisze żadnej umowy! Skąd w ogóle ma pani ten numer?!
    - Sam pan mi go podał.
    Najwidoczniej przyćmiony wizją posrania się w gacie podałem więcej informacji, niż miałem zamiar. Blondyneczka dalej nawijała do słuchawki wyćwiczonym akcentem.
    - Niech pan dalej nie idzie. Widzę pana, zrobił pan przed chwilą zdjęcie telefonem.
    Spojrzałem się przez ramię. Biegła w moją stronę, wymachując niepodpisanym kredytem. W tej chwili stwierdziłem że trudno, najwyżej wyrzucę spodnie do śmieci. Zmusiłem się biegu. Nie wiem jakim cudem, ale chwilę później siedziałem już na klopie w domu, odkorkowując gównianego szampana. Liczba nieodebranych połączeń od kredytowej akwizytorki tymczasem rosła. Przypadkiem wyświetliło się zdjęcie z mojej gównianej ucieczki. Odreagowałem wrzucając je do neta z jakimś chujowym komentarzem. Parę godzin później ponownie zagotowało mi się w kichach, kiedy zobaczyłem smsa z numeru, który miałem właśnie zablokować.

    “Nie podpisałeś kredytu i zwolnili mnie z pracy. Widziałam twoje zdjęcie na wykopie. Wystalkuje cie, jak tylko wyjdziesz na dwór.”
    - Wariatka. - Mruknąłem sam do siebie. - Taki wygląd wasz normicy.
    pokaż całość

    +: m......h, DroMak +7 innych
  •  

    Bądź mną
    Studiujesz informatyke w Poznaniu
    W zasadzie końcówka
    Pracę inżynierska piszesz z palcem w dupie, bo jesteś mega nerdem
    Przez całe studia nie wypiłeś mililitra piwa, ani nie wciągnąłeś grama żadnego gówna
    Wiesz że wszyscy na roku mieli z ciebie pizdę, ale to nie ważne
    Teraz skomlą żebyś napisał im pracę, nawet za hajs
    Wyjebane w nich
    Wiesz że już za dwa tygodnie zaczynasz pracę frimie do której aplikowałeś
    Przyjeli cie z miejsca, nie musiałeś iść nawet na rozmowę
    Czas leci. Odbierz papier inżyniera i patrz na ludzi z roku poległych na obronie
    Ktoś na korytarzu rzuca klątwę "Spalisz ten dyplom"
    Co kurwa?
    Nie przejmój się typem. Ty już jesteś tam, gdzie on chciałby być
    Już jutro wielki dzień. Pierwszy dzień w robocie
    Wcześnie rano. Nie chcesz się spóźnić
    Kierujesz się na adres, który dostałeś w mailu
    Stara willa, prawie w centrum
    O ja jebie. Czujesz ciarki ekscytacji na karku
    Przekraczając próg posiadłości zastanwiasz się ile koła netto dostaniesz na umowie
    Wchodzisz schodami na górę. Nikogo nie ma
    Czuj się dziwnie.
    Przez uchylone drzwi na końcu ciemneg korytarza wydostaje sie światło
    Cisnienie rosnie z każdym krokiem. Za drzwami pewnie zobaczysz setki takich jak ty
    Jak się przywitać. Może jakiś żart branżowy. Nie, wezmą mnie za debila
    Jesteś przy drzwiach
    Zamykasz oczy
    Głęboki oddech
    Raz się żyje
    Pełny spontan
    Otwierasz oczy chcąc to samo zrobic z drzwami, ale to co widzisz sprawia, że dłoń blokuje się na klamce
    Zastygasz
    Przy biurku jakiś gość na oko po czterdziestce posuwa grubasa ostro w dupe
    Typiara na podłodze patrzy na nich i dojeżdża się trzonkiem szpadla
    Czujesz jak pot z dłoni spływa po klamce
    Nie możesz jej póśić
    Nie możesz zamknąć oczy
    Ledwo bierzesz kolejny oddech
    Walczysz z pawiem kiedy twoi przyszli współpracownicy spuszczają się: jeden na podłogę, a drugi w dupie pierwszego
    Grubas czyści oralnie przyrodzenie ruchacza z jego wydzieliny i swoich złogów kałowych
    Grubas i locha z podłogi wylizują palce stóp ruchacza
    Widać że grubas robi to z pasji
    Loszka nie wytrzymuje i puszcza pawia
    Coś w tobie pęka i tylko dzięki temu możesz puścić klamkę, odwrocic się i iść
    Iść, biec, spierdalać stamtąd
    Wybiegasz z willi: pojebanego kurwidołku
    Chcesz uciec stamtąd tak szybko, że zatrzymujesz taksę, rzucając się pod nią
    "Panie kurwa, co pan!"
    Wsiadasz do jego passata i rzucasz stówe
    "Jedź pan stąd jak najszybciej!"
    Wąsacz z zadowoleniem pochłania banknot i rusza
    W trakcie drogi pyta czy coś się stało
    Dopiero czujesz łzy na policzkach
    Wysiądź bez słowa
    Płacz w pozycji embrionalnej przez resztę dnia
    Złap swój dyplom inżyniera i na oczach współlokatora podpal go nad kuchenką

    #pasta
    pokaż całość

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika Esecior

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (1)