•  

    Wczoraj dla bydgoskiego pogotowia był smutny dzień.

    Nasz kolega, Grzesiu, jadąc motoambulansem do pacjenta, uczestniczył w wypadku. Mimo heroicznej walki jego przyjaciół z pogotowia i ekipy SORu nie udało się Grzegorza uratować - odszedł, zostawiając z pustką w sercu narzeczoną, półrocznego synka, rodzinę i przyjaciół.
    Grzesiu był wspaniałym ratownikiem. Takim, że gdyby ktokolwiek z Was albo ja sama znalazła się w ciężkiej sytuacji, chciałabym właśnie jego zobaczyć w drzwiach. Zarówno na dyżurach jak i pomiędzy nimi dawał z siebie wszystko, dodatkowo pracując w Dyspozytorni Medycznej, na uczelni jako wykładowca i właśnie jako ratownik medyczny na motoambulansie.
    To ostatnie było jego marzeniem. Dumnie pokazywał jak kask i pozował do zdjęć na pierwszym swoim dyżurze.
    Myślę, że w pewnym sensie nas wszystkich dotyka jego śmierć - mnie, bo straciłam kogoś, kto był mentorem w moich pierwszych krokach jako ratownik. Wy, bo każdego z nas może spotkać nieszczęście i w chwili obecnej o jednego mniej wspaniałego, doświadczonego ratownika na tym świecie.
    Uratował wielu i umarł, poświęcając się w pełni temu, co kochał.

    W chwili obecnej prowadzimy zbiórkę, która pozwoli pomóc rodzinie Grzesia. Niewiele więcej możemy zrobić.
    Proszę Was, jeśli nie o datek, to o udostępnienie zbiórki. O użycie tagów #zbiorkadlapiorka i #pomozjakgrzesiek by więcej osób dowiedziało się o tym, że Grzegorz był wspaniałym ratownikiem i przyjacielem.
    https://zrzutka.pl/wr6455

    #pomoc #zbiorka #medycyna #ratownictwo #ochronazdrowia #sluzbazdrowia
    pokaż całość

  •  

    Czarna komedia szpitala ciąg dalszy.
    Dyrektor zwołał zebranie, na którym w ramach oszczędności zaproponował redukcję etatów, poczynając od, uwaga uwaga, SORu.
    Szczęśliwie jego pomysł został szybko obalony, jak ktoś mu powiedział, że to trochę słabe, żeby usuwać pracowników z pierwszej linii frontu.

    Niemniej jednak trochę zbiera mi się na gorzki śmiech, jak zastanawiam się, czym powinnam się teraz martwić.
    Koronawirusem?
    Ewentualnym zwolnieniem?
    Czy tym, że jeśli zwolnią kogoś innego, będę musiała jeszcze więcej zapierdalać niż teraz?

    W jakim ja, cholera, kraju żyję (╥﹏╥)

    #logikaszpitali #ochronazdrowia #koronawirus
    pokaż całość

  •  

    Kraj z dykty, do cholery.
    Jak przedstawia się sytuacja w województwie Kujawsko-Pomorskim? Kolorowo. Biała wyspa, azyl przed wirusem, wyspa nadziei!
    Taki ch*$.
    Pracuję w SOR (Szpitalny Oddział Ratunkowy) jednego z nielicznych szpitali, które się nie zamknęły - w powiecie przynajmniej cztery inne szpitale zamknięto z powodu podejrzenia koronawirusa, dzięki czemu wszystkich pacjentów dostawaliśmy my i tak niedzielny dyżur zamienił się prawie w imprezę masową.
    Przez weekend zdążyło nam zabraknąć ręczników papierowych, części wody i mydła w niektórych dozownikach. Stroi przygotowanych na ewentualną izolację sztuk ok. PIĘĆ.

    Do meritum jednak!

    Pogotowie odwiedzało nas tak często, jakbyśmy oferowali im darmowe drinki za każdego pacjenta. Nagle się okazało, że do dwóch naszych gabinetów (łącznie są ich trzy: urazówka, ambulatorium i interna; chodzi o dwa ostatnie) Ratownicy przywieźli pacjentów z różną dusznością i gorączką powyżej 38* C. Z tego co słyszałam, jednego z ratowników, którzy przyjechali, ściągnięto nawet z dyżuru z uwagi na podejrzenie kontaktu z zarażoną osobą.
    Nasze śmiesznie niedopracowane procedury nakazały szybkie powiadomienie dyżurnego lekarza i czekanie na dalsze informacje. Po 40 (!) minutach, kiedy już Mądre Głowy w GiSie i innych instytucjach nieśmiało stwierdziły, że przydałaby się izolacją, pacjenta z ambulatorium przewieziono na gabinet internistyczny. Po kolejnych 20 MINUTACH padło stwierdzenie, że personel stamtąd ma się ubrać, ale tylko dwie osoby z trzech, bo to za dużo ludzi. No i strojów pewnie mało ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Całą resztę SORu wyrzucili w zasadzie na poczekalnie, bo przecież największy z gabinetów trzeba spryskać. Pozostały personel, który miał kontakt z dwoma podejrzanymi o koronawirusa, wciąż zajmował się pozostałymi pacjentami - ilu się dało, tylu wypisało (3 tygodniowe bóle, ból po dźwignięciu i reszta rzeczy, która pewnie nie musiała siedzieć w poczekalni pełnej chorych), pozostawiając w sumie tych pijanych, którzy nie byli w stanie ustać na nogach. Wszak wolne, to i napie%$&ić się można.
    Po 4h diagnostyki izolowanych zadecydowano o wysłaniu ich do Szpitala Zakaźnego. Izolowany personel dostał przykaz kąpieli (i tu warto wspomnieć, że personel pielęgniarsko-ratowniczy nie ma własnego prysznica, trzeba było się podzielić lekarskim). Potem wszyscy ubrali jednorazowe piżamy i tak siedzieliśmy do rana, czekając na pojawienie się pielęgniarki epidemiologicznej.

    Po jakimś czasie Szpital Zakaźny odesłał nam jednego z pacjentów, stwierdzając, że brak podstaw, bo pacjent nie miał kontaktu z obcokrajowcami. Argument średni, bo w chwili obecnej Polacy zarażają już innych Polaków, ale zrobili test paskowy (który w 60% daje wynik FAŁSZYWIE UJEMNY) i odesłali tak po prostu, żebyśmy przyjęli na oddział.

    Rano stwierdzono, że nie ma szpitalnej procedury wobec personelu narażonego na kontakt z zarażonym. Nikt nie potrafił odpowiedzieć, co mamy zrobić. Wyniki drugiego pacjenta mogą być dziś wieczorem albo jutro rano (bo wysyłane są do Warszawy) - część personelu obecnego na dzisiejszej nocce ma jutro dniówki, więc może dowiedzą się o pozytywnym teście już w pracy.
    Spisano CZĘŚĆ personelu na listę do sanepidu. To było rano.

    O 14:00 Powiatowa Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna nic o takiej liście nie wie, o sytuacji tym bardziej. Radzą pytać szpital, co dalej. Ten sam, który nie ma stworzonych procedur.

    Brak mi po prostu już słów na to wszystko. Nasze wielkie przygotowanie to jakaś mrzonka i ze swojego serduszka radzę, że jeśli nie musicie przychodzić na SORy to serio lepiej siedzieć w domu - bo więcej możecie z nich wynieść, niż byście chcieli.

    Mam wrażenie, że Kujawsko-Pomorskie nie ma podejrzeń, bo jest zwyczajnie upośledzone w kwestii badania pacjentów. Na moim SORze czekają ludzie od piątku na informację, czy podejrzana pacjentka była w końcu zarażona koronawirusem, czy nie. OD PIĄTKU.

    Czekamy na informację ze szpitala. Niespecjalnie wiemy, co zrobić.

    Dodatkowo ludzie z Bydgoszczy chyba się wyjątkowo pewnie poczuli, skoro nie ma u nas potwierdzonego przypadku, bo na ulicach widać było rano całe tabuny. Tyle z #zostanwdomu.

    #2019ncov #koronawirus #ochronazdrowia #szpital
    Chciałabym, żeby to była pasta, ale to niestety prawdziwe życie.
    pokaż całość

  •  

    Pamiętam taką nockę. Końcówka kwietnia, jeszcze nie jakoś specjalnie ciepło, ale już bliżej w odczuciu do lata - idealna pogoda na przystanięcie w polarze przy drzwiach i wyglądanie kolejnych karetek, zwożących pacjentów z typową, piątkową przypadłością. Już trzech nam chyba takich pod kroplówkami trzeźwiało, na szczęście zaskakująco spokojnych. Praca parła na przód, krzesełka na poczekalni mozolnie pustoszały, ludzie pliczkami recept machali nam na pożegnanie i życzyli dobrej nocy. Pamiętam, że myślałam sobie wtedy, że ta nocka nie zapowiada się szczególnie źle.
    Telefon dostaliśmy po 23. Wypadek komunikacyjny, poszkodowany w ciężkim stanie, podejrzenie poparzenia żrącą substancją.
    Zanim jeszcze karetka zdążyła pojawić się na podjeździe, już mieliśmy w sali reanimacyjnej przygotowany sprzęt i personel (choć zdecydowanie okrojony, bo przecież logiką dyrektorów na nocach nic się nie dzieje i nie potrzeba tylu ludzi, co na dniówkach). Ocena sytuacji - skąd leje się krew, jaka powierzchnia poparzenia, jakie inne dolegliwości, czy wciąż wydolny krążeniowo-oddechowo; jednym uchem wysłuchiwanie tego, co mówią ratownicy, drugą tego, co już zleca lekarz.
    Intubacja, leki, zaopatrywanie olbrzymiego złamania na nodze, próba nie poślizgnięcia się na krwi wokół. Krótkie polecenia, cisza przerywana pikaniem monitora.
    Maseczka dawała tyle, co nic. Oczy łzawiły, gdy nachylałam się do założenia wkłucia obwodowego, gdy podawałam leki - pacjent wręcz parował tym, co zdążyło się na niego niedawno wylać; opary wypełniły pomieszczenie do tego stopnia, że każdy kolejny lekarz od razu zasłaniał usta. Wszystkie drzwi otwarte, wentylacja nie wyrabiała, sprawiając, że każdy głębszy oddech palił w gardle i wymuszał kaszel. Pamiętam, że lekarz też niemal płakał, gdy nachylał się do intubacji. Łapaliśmy krótkie oddechy poza salą, wracając znów i dalej robiąc swoje, przygotowując i stabilizując stan pacjenta do kolejnych badań. USG, tomograf, rentgen. Szyna na złamanie, kolejne leki w pompie.
    Pompa nie działała, bieg po kolejną, znów szybko, prędko, żwawo.
    Wydawało się, że minęły całe wieki, że godzinami walczymy z cieknącą krwią i żrącym powietrzem. Z drugiej strony, gdy przekazywaliśmy pacjenta na blok, zaopatrzonego, gotowego na dalsze leczenie szpitalne, było jakoś przed trzecią. W ciszy pościeraliśmy krew, zdezynfekowaliśmy co było do zdezynfekowania, oddaliśmy do sterylizacji, co należało oddać. Wietrzyliśmy. Siebie i małą salkę.
    Potem co jakiś czas ktoś tylko rzucał w eter pytanie, czy już coś wiadomo. Czy nasz pacjent już opuścił blok. Czy nasz pacjent już na oddziale.
    Poranna ulga, gdy okazało się, że pacjent trafił na oddział.
    Wspomniałam tę nockę, ponieważ jakiś czas temu dzięki facebookowi przypadkiem dowiedziałam się, że pacjent dzięki rehabilitacji zaczyna chodzić. Widzi, żyje, funkcjonuje, dalej walczy o powrót do pełni zdrowia.
    Płakałam.
    Potem dowiedziałam się, że napisał podziękowania dla szpitala. Podziękowania! Święty Graal systemu ochrony zdrowia - każdy słyszał, ale nikt nigdy nie widział. Czytaliśmy wszyscy. Podziękowania dla oddziałów, które postawiły go na nogi. I chociaż trochę zabolało, że my i blok zostaliśmy pominięci (chociaż ciężko pamiętać o miejscach, w których było się nieprzytomnym), to i tak jakoś tak miło, że ten pacjent z kwietniowej nocki sam mógł napisać podziękowania.
    Jeden z takich momentów, że aż daje kopa do pracy. :D

    #chwalesie #pracbaza #szpital #rozneprzypadki

    (Oczy i gardło piekły jeszcze trochę w nocy, ale dowiedzieliśmy się wcześniej od odpowiednich instytucji, że nie jesteśmy narażeni na żadne powikłania z tytułu samego wdychania, mieliśmy tylko starać się za długo nie nachylać nad pacjentem.)
    pokaż całość

  •  

    http://www.rynekzdrowia.pl/Uslugi-medyczne/Szumowski-szpitale-otrzymaja-sprzet-monitorujacy-prace-personelu-SOR-ow,194279,8.html

    Myślałam, że po ostatnich wypadkach ktoś pomyśli, że może niewydolność systemu wynika między innymi z braków personelu, sprzętu i choćby kozetek, na których można by tych pacjentów w cięższych stanach położyć.
    Myślałam, że jak puszcza kontrolę, to przez ich ograniczone umysły przejdzie myśl, że "kurcze, dwie osoby zajmują się wszystkimi pacjentami internistycznymi, dwie wszystkimi chirurgiczny i i urazowymi, dwie neurologicznymi i czy to wystarczy, kiedy przyjeżdża reanimacja albo inny ciężki stan?" (dopisek od autorki: nie wystarczy, potem jak ktoś znika z jednego z tych gabinetów, żeby o stawić taki ciężki stan, to czas oczekiwania przedłuża się nawet od 2 do 4 godzin dla już oczekujących; tak to przynajmniej wygląda w praktyce w moim szpitalu).
    Ale nie, skądże. Najlepiej zatrudnić gościa, co będzie smagał batem, żeby ta garstka ludzi zapierdzielała jeszcze bardziej. Żeby ta resztka lekarzy, co jeszcze chcą brać dyżury (bardzo ich mało, serio, cały sor obstawia w sumie paru lekarzy, którzy mają pod sobą dziesiątki/setki pacjentów) wyciskała z siebie ostatnie poty i każdemu poświęcała góra pięć minut.
    Po prostu ręce mi opadają. Czuję, że jak zaczną nas monitorować, to już w ogóle będzie miecz obosieczny i szybko okaże się, że ministerstwo w ogóle nie ma planu na funkcjonowanie ochrony zdrowia. Wyjdzie na wierzch całe niedofinansowanie, wybuchnie kipiące w społeczeństwie i personelu zirytowanie i frustracja.
    Nie dziwie się, że jest taki przemiał wśród pracowników, bo każdy szuka sobie pracy w innym miejscu. I to najczęściej niezwiązanym z medycyną :(
    #pekamiserduszko #szkodamimojejpracy
    pokaż całość

    +: Robuz
    •  

      @BeetleJuice: szczerze przyznam, że nie wiem jak wygląda to na większości oddziałów. U nas jest dwóch lekarzy ratunkowych oraz internista. Reszta lekarzy schodzi ze swoich oddziałów, nierzadko zajmują się naraz pacjentami u siebie i u nas. W czasie ostatniego dyżuru wszyscy jedliśmy po kanapce przy naszej głównej ladzie, bo nie było kiedy wyjść - i to norma.
      Co do empatii, to wiem, że wielu pacjentów rzeczywiście wyrzuca nam jej brak. Przyznaję, że sama bywam czasem tak sfrustrowana tym, z czym ludzie potrafią przyjść na sor, że zniżam się do poziomu niektórych rozmówców. Nie zdarzyło mi się jednak widzieć, żeby zabrakło empatii do osoby, która faktycznie potrzebuje pomocy.
      Ale nie mogę wypowiadać się za wszystkich. W każdym zawodzie znajdą się ludzie, którzy się do niego nie nadają. Naturalna kolej rzeczy, że człowiek czasem trafi na kogoś, kto kocha swoją robotę albo na kogoś, kto jakby wykonywał ja za karę.
      pokaż całość

    •  

      @Furanokumaryna: Mądrze mówisz. Dziękuję ci za twoją ofiarną pracę. Jako pacjent wielce doceniam.

    • więcej komentarzy (3)

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika Furanokumaryna

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (1)