"Now I just act like I don't remember and Mary acts like she don't care."

  •  

    2032 + 1 = 2033

    Tytuł: Zima
    Autor: Andrzej Stasiuk
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★★★★☆☆☆

    I nawet gdy stoi pod sklepem z facetami, to widać, że stoi sam.

    Paweł, Mietek, Grzesiek, Paris-London-New York, Zima. I tyle. Pięć tekstów, po kilka stron każdy. I koniec. Krótka to była zima. I może dobrze.

    W pierwszych czterech esejach znalazłem wspólny mianownik. Traktują one o tęsknocie. Nie jakiejś konkretnej, ta jest – wydaje mi się – całkiem jeszcze znośna. Autor przy pomocy szkiców raczej niż opowieści o ludziach ukazuje tęsknotę za czymś nieznanym. Za czymś lepszym, bo przecież gdzieś musi być lepiej. Za czymś czego może i by się chciało, ale trochę strach albo jakaś niepewność? Bo jednak gdzie indziej na pewno jest inaczej, tylko czy inaczej to koniecznie znaczy że lepiej? No i w dodatku to jednak nieznane. Tutaj może nie jest wspaniale, ale jest stabilnie. Wiadomo czego się spodziewać. A zmiana to jednak ryzyko.

    Temat to bardzo ciekawy i dość ciekawie, choć na tyle nie wprost przedstawiony, że może autor chciał napisać w ogóle o czymś zupełnie innym, a ja tylko znalazłem to co znaleźć chciałem. To, co nie tyle mi przeszkadzało, ale zdziwiło w tych pierwszych czterech tekstach to mała zawartość Stasiuka w Stasiuku. Po kilku książkach tego, jednego z najwyżej przeze mnie cenionych, autora spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Ba, pan Stasiuk przyzwyczaił mnie do czegoś innego. A tutaj jednak zmiana. Zaburzona stabilność. Coś jest inaczej. Czy lepiej? Nie mam pojęcia. O tyle wpłynęło to na mój odbiór, że biorąc Zimę do ręki nie chciałem w tej lekturze szukać żadnej zmiany. Chciałem znaleźć stasiukową stabilność.

    Sytuację – wyłącznie z przedstawionego wyżej punktu widzenia – ratuje ostatni esej, tytułowa Zima. Tam są dokładnie wszystkie te emocje i obrazy, które, kiedy było mi ich potrzeba, znajdowałem na tych kilkuset gramach papieru z nazwiskiem Andrzej Stasiuk na okładce. To jest zupełnie moje osobista uwaga, ale odniosłem wrażenie, jakby ten ostatni tekst, moim zdaniem nie pasujący do reszty, tak tematyką jak i stylem, został tam umieszczony specjalnie dla czytelnika takiego jak ja. Czytelnika, który – w tym konkretnym przypadku – wie czego chce. I ten esej jest wyjątkowo piękny, nawet na tle wielu innych pięknych, które wyszły spod pióra pana Stasiuka.

    Tak sobie myślę, że gdybym, dajmy na to w lutym, stojąc przemarznięty na przystanku gdzie czekałbym na spóźniony autobus, który – być może – nie potrafi poradzić sobie z wjazdem pod górkę po oblodzonej jezdni, gdybym wtedy, okutany w grube ubrania i okręcony szalikiem, patrząc na wydobywające się z nosa kłęby pary, bo te wydobywające się z ust już dawno zamarzły na nieszczęsnym szaliku, klnąc na mróz, spóźniający się autobus i niemal wieczną lutową ciemność, gdybym spotkał na tym przystanku pana Stasiuka, to powiedziałbym mu tak:
    – Panie Andrzeju, ta Zima to tak jako całość nie całkiem panu wyszła. Niech się pan jednak nie przejmuje; zima, moim zdaniem, to jako całość w ogóle nie wyszła. Panu Bogu, Matce Naturze czy procesom fizycznym kształtującym klimat na naszej szerokości geograficznej. Tyle jednak dobrego, że i w zimie, i w Zimie można znaleźć coś naprawdę wyjątkowego i pięknego. Fakt, że zwykle dopiero pod koniec.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #literaturapieknabookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

  •  

    2028 + 1 = 2029

    Tytuł: Bezpowrotnie utracona leworęczność
    Autor: Jerzy Pilch
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★★★★★★☆

    Pytanie: dlaczego diabeł przyszedł w czwartek? jest dla mnie jednym z możliwych początków literatury, jednym z powodów pisania, jednym z pierwszych impulsów – jakby Mariana Stalę sparafrazował Heidegger – literaturoodczucia, literaturoodczucia świata.

    Stało się. Zarwałem nockę. Z rosnącą przykrością i rozczarowaniem coraz mocniej doświadczam faktu, że wzrost dyskomfortu związanego z nieprzespaną nocą jest wprost proporcjonalny do dystansu czasowego jaki dzieli dzień dzisiejszy od dnia moich narodzin. Ale nie o efektach nieprzespanej nocy miałem, a o przyczynach. A przyczyną tego co stało się wczorajszej nocy był niejaki pan Pilch, imieniem Jerzy i jego zbiór felietonów czy może esejów tytułem Bezpowrotnie utracona leworęczność. Świadomy nawet mniej-więcej czekających mnie porannych konsekwencji, choć nieświadomy jeszcze ich skali, rozsądnie odkładałem książkę po kolejnym przeczytanym fragmencie. Później przewracałem się z boku na bok i, starając się nie myśleć o tym co właśnie przeczytałem tylko zasnąć, myślałem o tym co właśnie przeczytałem. A kiedy skończyłem myśleć sięgałem, po ciemku i po omacku, po raz kolejny po czytnik i czytałem kolejny tekst. Ta kolej rzeczy powtarzała się (czy badacze takie zachowania mogliby nazwać „cyklem Pilcha”?) do momentu, kiedy to, w czasie lektury ostatniego fragmentu okazało się, że za oknem jest już jasno.

    Generalnie lubię eseje. Mają tę podstawową zaletę, że są krótkie. Nie trzeba wobec tego pamiętać imion bohaterów i śledzić wątków pobocznych (czy autor będzie pamiętał żeby go zamknąć? a może wykorzysta jakiś detal później i ten wątek poboczny wcale taki poboczny nie jest?). Moja wrodzona dociekliwość podszepnęła mi pewnego razu żeby sprawdzić czym charakteryzuje się esej. Poszukałem więc co nieco informacji na temat tego tak lubianego przeze mnie gatunku i okazało się, że nie ma w tej sprawie zgody wśród „uczonych w piśmie”. Być może to też urok tej formy prozatorskiej? Ważniejsze jednak jest to, że jeśli chodzi o eseistykę, każdy z autorów może (a może nawet powinien?) mieć swój własny styl. No i pan Pilch taki styl ma. Niepowtarzalny. Nie będę go porównywał do innych, cenionych przeze mnie autorów. To nie ma sensu. Pisał on od nich inaczej, choć co najmniej równie pięknie.

    W Bezpowrotnie utraconej leworęczności, jak to w zbiorze esejów (czy felietonów) tematyka jest przeróżna, głównie jednak osobista. Jest trochę o narratorze, którego z autorem utożsamiać nie należy, poza tekstem Seans z wielbicielką, w którym to właśnie autor wyjaśnia dlaczego też z narratorem utożsamiać go nie należy. Jest trochę o ludziach, bliższych i dalszych, których narrator spotykał, trochę o przegapionym, choć spodziewanym, pojawieniu się w domu kota (i to kota nie byle jakiego, bo francuskiego!), jest trochę o szarej epoce gierkowskiej i jednak kilku jej zaletach w porównaniu to teraźniejszości. No i – w końcu to pan Pilch – jest trochę o alkoholu i kobietach, przy czym, znów wyraźnie pragnę zaznaczyć! – te tematy potraktowane są ze smakiem i klasą.

    Szczególnie podoba mi się to, jak pan Pilch pisze o kobietach. Nie ma znaczenia, że jak zaznacza (znów, w tekście Seans z wielbicielką) są to kobiety wyobrażone. W końcu gdzie, jeśli nie w wyobraźni, można mieć kobietę – piszę z męskiego punktu widzenia, ale wydaje mi się, że z kobiecego wygląda to co najmniej podobnie – dokładnie taką, jaką się chce. Przy czym wcale nie musi być idealna. Szczególnie podobają mi się przesłanki czy też pretesty, jakie skłoniły pana Pilcha do napisania na ten właśnie, a nie inny temat. Kiedy czytam kilka stron o tym, jakie impresje wywołało w autorze spojrzenie na zachwaszczone krakowskie Błonia albo zdanie: Z upodobaniem analizuję subtelny związek pomiędzy gwiazdozbiorem Psa a kostiumem bikini, to po pierwsze jestem pod wrażeniem ile można znaleźć w małym, nic w zasadzie nie znaczącym szczególe otaczającej nas rzeczywistości. A po drugie czuję się mniej samotnie(?) ze swoją skłonnością do tego typu przemyśleń.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #literaturapieknabookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

  •  

    2027 + 1 = 2028

    Tytuł: Odyseja
    Autor: Homer
    Gatunek: klasyka
    Ocena: ★★★★★★★★☆☆
    Tłumacz: Lucjan Siemieński

    Nigdyśmy jeszcze takiej nie mieli zabawy,
    Zsyła nam ją widocznie jakiś bóg łaskawy,
    Uwierzcie-ż, że Iros z tym drugim przybłędą
    Wyzwali się na pięści i wnet się bić będą?
    Chodźmy szczuć ich nawzajem.


    Po raz kolejny poczułem się oszukany i to po raz kolejny przez szkołę. Mówiono mi bowiem, że Odyseja traktuje o tułaczce Odyseusza po wojnie trojańskiej. I jest to prawda, ale nie cała. Odyseja opowiada o tej wędrówce, ale opowiada też o powrocie z niej i to jest jej punkt kulminacyjny i w moim rozumieniu główny problem tego utworu. Przecież po to chyba Homer opowiedział o tym wszystkim co było wcześniej, żeby doprowadzić do tego co było później. Tak mi się wydaje. A później, to znaczy na końcu, pojawia się istna deus ex machina, a może raczej (o ile Tłumacz Google się nie myli) ένας θεός από τον Όλυμπο. W końcu to starożytna Grecja, więc gdzie im tam do łaciny, a i taka interwencja z Olimpu nie jest w tym przypadku czymś dziwnym i nie na miejscu. Choć spodziewałem się innego zakończenia. Ale może to degeneracja mózgu literaturą współczesną.

    To, co ja znalazłem w Odysei to wcale nie niezłomna postawa dzielnego i roztropnego Odyseusza, nawet nie jego spryt i przebiegłość (choć na podstawie tej postaci można by niezłą rozprawkę napisać na temat „Czy cel uświęca środki?”). To oczywiście też tam jest, ale mnie bardziej zainteresowały zachowania czy cechy bohaterów pobocznych, głównie gachów Penelopy. Przegląd tych cech, jakie oni sobą reprezentują – wydaje mi się – do dziś jest aktualny. Kołtuństwo, warcholstwo, „hulaj dusza, piekła nie ma” (tylko Hades) i później, kiedy przychodzi do konsekwencji czy zapłacenia za to co się zrobiło usprawiedliwianie się w najprostszy możliwy sposób, to jest poprzez szukanie kozła ofiarnego. Nic się przez te trzy tysiące lat nie zmieniło! To takie najmocniejsze wrażenie. Jest ich oczywiście więcej, jak choćby słuszna zemsta, która według mnie jest głównym tematem utworu (choć pan Dumas w Hrabim Monte Christo z tym tematem poradził sobie lepiej, oceniając względem mojego gustu), ale za dużo by tu o nich tu pisać. Zresztą wrażenia każdy może mieć swoje.

    Nie poczułem za to epickości tego poematu epickiego. Owszem, są przygody, są homeryckie porównania, są opisy otoczenia i walk, ale jakoś nie przypadły mi one do gustu. Sama historia dużo bardziej wciągająca niż Iliada (bo i więcej się dzieje), ale moją przyjemność z lektury zmniejszył przekład. O ile w przypadku Iliady w tłumaczeniu pana Dmochowskiego byłem zachwycony, tak pan Siemieński, tłumacz wydania Odysei które czytałem, moim zdaniem nie stanął na wysokości zadania. Zabrakło mi u niego rytmu, raziły też zupełnie niepasujące formy niektórych słów (choćby „wniesła”) użyte wyłącznie po to żeby się rymowało. Aż dziwne, że pan tłumacz używał konsekwentnie na końcu wersów powodującego dysonans słowa „kobiety”, podczas gdy „kobity” rymowało by się dużo ładniej.

    I właśnie, à propos „kobit”: w czasie tej tułaczki Odyseusza musiała w Itace nastąpić jakaś inflacja (być może spowodowana wojną z Troją albo przeżeraniem przez gachów zgromadzonego przez roztropnego Odyseusza kapitału), bo jeśli w Iliadzie czytamy, że kobieta była warta czterech wołów, tak w Odysei cena podskoczyła do wołów dwudziestu.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #klasykabookmeter
    pokaż całość

    źródło: wolnelektury.pl

  •  

    2017 + 1 = 2018

    Tytuł: Nędznicy
    Autor: Victor Hugo
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★★★★★★★
    Tłumacz: Wincenta Limanowska
    Wydawnictwo: Aleksandria
    Forma książki: e-book

    Trudno mi określić tę książkę inaczej niż jako arcydzieło. Powieść z prawdziwym rozmachem i niezwykle mocnym przesłaniem moralnym.

    Na kartach "Nędzników" spotkamy wielu ubogich, pokrzywdzonych przez los i społeczeństwo ludzi. Różne historie i różne sposoby radzenia sobie z doświadczaną nędzą. W przypadku niektórych skutkiem jest zło i zbrodnia, czasami jest to występek o niskiej szkodliwości społecznej (jak np. kradzież jabłka - a mimo to karany przez prawo wieloletnimi galerami), a wreszcie - bywa też dobroć i pokora.

    W przerwach od snucia fabuły Victor Hugo przedstawia swoje przemyślenia na tematy dotyczące społeczeństwa, prawa, sprawiedliwości, rewolucji francuskiej i kilku innych francuskich tematów politycznych. Jest tu wiele trafnych spostrzeżeń, choć przyznaję, że nie ze wszystkimi poglądami autora jestem w stanie się zgodzić.

    Nie zmienia to przy tym faktu, że całościowo oceniam tę powieść na solidną "dziesiątkę". Owszem, miałem momenty, kiedy kilkudziesięciostronicowe dygresje nieco mnie nużyły i wahałem się nad wystawieniem "zaledwie" oceny 9, ale ostatnie rozdziały były naprawdę mocne i finalnie pozostawiają mnie z uczuciem usatysfakcjonowania lekturą.

    Ogromne wrażenie zrobił na mnie zwłaszcza początek książki i wręcz jaśniejąca świętością postać biskupa Myriela, ale końcowe wydarzenia, pokazujące jak ogromna w rzeczywistości przemiana zaszła w życiu głównego bohatera, Jana Valjean, w niczym nie ustępuje pierwszej części powieści.

    "Nędznicy" to książka, która momentami potrafi przynudzić (jak na przykład na około 100 stronach opowiadając przebieg bitwy pod Waterloo, choć i tu korzyścią dla czytelnika jest możliwe powiększenie wiedzy historycznej), ale ma też fragmenty absolutnie porywającej i wciągającej fabuły, w której akcja toczy się dynamicznie, a panujące napięcie wręcz nam się udziela.

    Uważam jednak, że to co najlepsze w tym dziele to opisy wewnętrznej przemiany bohaterów. Opisy zmagania się z własnym sumieniem, zaglądania do głębi swej duszy, wznoszenia się na wyżyny człowieczeństwa lub też upadania najniżej jak tylko można. W tych fragmentach Victor Hugo zaprezentował prawdziwe mistrzostwo, albowiem stworzył opowieści, które są w stanie mocno poruszyć czytelnika, a nawet zacząć go zmieniać.

    Co jeszcze można rzec o "Nędznikach"? Język! Piękny, bogaty i aż wzbudzający zazdrość, że w tak urzekający sposób można opisywać niektóre zjawiska i wydarzenia.

    Gorąco zatem polecam lekturę "Nędzników" i nie zniechęcanie się prawie dwoma tysiącami stron. Trzeba przy tym uważać na tzw. "wydania skrócone", bo niekiedy są one słabo oznaczone i sam prawie się na jedno nabrałem (na szczęście po kilkunastu stronach zorientowałem się z czym mam do czynienia).

    Na koniec jeszcze parę zapisanych przeze mnie cytatów (większości tych ciekawych nawet nie zaznaczałem, bo nie sposób - ta książka jest pełna ładnie ubranych w słowa i wartościowych myśli):

    Książka ta jest dramatem, którego pierwszą osobą jest nieskończoność.
    A człowiek drugą.
    A zatem, gdyśmy spotkali na drodze klasztor, musieliśmy zajść do niego. Czemu? Bo klasztor właściwy zarówno wschodowi jak zachodowi, zarówno starożytności jak i czasom nowożytnym, zarówno pogaństwu, buddyzmowi i mahometanizmowi jak chrześcijaństwu, jest przyrządem optycznym, przez który człowiek patrzy w nieskończoność


    Nic w tym mieszkaniu nie zapowiadało obecności jakiejkolwiek pracy, nie było tam ani krosien, ani kołowrotka ani żadnego narzędzia. (...) Było to odrętwiałe lenistwo, które idzie w ślad za rozpaczą, a poprzedza konanie".

    Lecz surdut ten był zielony. Marjusz więc wychodził z domu, kiedy noc zapadała. Robiło to jego surdut czarnym. Chcąc być zawsze w żałobie, okrywał się nocą.

    Kochanie wystarcza. Nic więcej nie żądajcie. Nie znajdziecie piękniejszej perły w tajemniczych fałdach życia. Miłość jest spełnieniem wszystkich pragnień.

    Nie mogłem nakazać milczenia komuś, co pocichu mówi do mnie, gdy sam jestem.

    Jestem uczciwym człowiekiem. Już taka fatalność na mnie ciąży, że mogąc tylko mieć kradzione poważanie, upokarza mnie to i gnębi w duchu i abym się szanował, muszą mną gardzić. Wówczas podnoszę głowę.

    Widok mężnie przyjmowanej śmierci zawsze wzrusza ludzi

    #bookmeter #czytajzwykopem #ksiazki #literaturapieknabookmeter
    pokaż całość

    źródło: static2.redcart.pl

  •  

    1985 + 1 = 1986

    Tytuł: Czarna
    Autor: Wojciech Kuczok
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★☆☆☆☆☆☆
    ISBN: 9788365157218
    Wydawnictwo: Od deski do deski
    Liczba stron: 240

    Jeremi jest zamożnym, przystojnym mężczyzną, wspaniały ojciec i świetny przedsiębiorca. Tylko ma jeden problem – potrafi myśleć o Beacie już tylko jako żonie i matce swoich dzieci. Maryśka miała być dla niego namiętną przygodą tylko na chwilę. Sam Jeremi gubi się w swoich uczuciach, nie przypuszczał też, że kochanka może go pokochać miłością aż do granic obłędu. Czarna jest małą miejscowością, plotki szybko docierają do rodziny Maryśki i rodziny Jeremiego.

    Nie ukrywam, że na niską ocenę książki wpłynął między innymi fakt, że jest ona (luźno) oparta na faktach. Zamiast reportażu mamy powieść z dialogami napisanymi w kaleczonej polszczyźnie (autor chyba tak wyobraża sobie język głębokiej prowincji). Przydługie opisy, żenujące (ale tak na serio żenujące) sceny seksu nie niosą w sobie niczego odkrywczego. Postacie są sztampowe, nic ich od siebie nie odróżnia, nawet posługują się tym samym językiem. Tak, mamy tu małomiasteczkowe wady, przywary, kołtuństwo itd., ale całość to zwykłe powielanie stereotypów. Drażni również pretensjonalny język autora.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #czytajzwykopem #ksiazki #literaturapieknabookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

  •  

    1945 + 1 = 1946

    Tytuł: Spis cudzołożnic
    Autor: Jerzy Pilch
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★★★★★★☆

    Wpatrywał się wpatrywał w topiel Orinoka, i bawił się, sam się bawił w co najmniej pięćdziesięcioosobowy bankiet.

    Sprawa w zasadzie wydaje się prosta. Do Polski przyjeżdża z delegacją szwedzki humanista. Polski humanista, imieniem Gustaw, magister i pracownik intelektualny na „wydziale” dostaje zadanie, aby w zastępstwie starszego kolegi zająć się gościem. Okazując słynną polską gościnność oprowadza Szweda po Krakowie prezentując mu bogactwo kulturowe miasta, jak i szeroki wachlarz dostępnych w nim trunków, z koniakami albańskimi na czele. Kłopot w tym – i od tego zaczyna się opowieść – że gość zażyczył sobie spotkania z kobietą. I prosta sprawa się komplikuje, bo czy z kobietami cokolwiek może być proste?

    Polska gościnność wymaga jednak żeby życzeniu gościa stało się zadość. Gustaw, postawiony wobec takiego faktu, wyciąga z kieszeni swój notesik czy kalendarzyk (tytułowy spis cudzołożnic z zapisanymi numerami telefonów i udaje się do budki telefonicznej (rzecz dzieje się przed 1989 rokiem, choć nie jest dokładnie określone kiedy) gdzie staje przed problemem który też numer wybrać. Zastanawia się nad jego rozwiązaniem i te właśnie rozważania stanowią jedną z osi tej historii. Drugą jest opis samej wizyty Szweda.

    Numery telefonów, przynajmniej te, o których wspomina Gustaw wiążą się ze wspomnieniami. Wspomnienia te dotyczą kobiet, które zagościły w życiu Gustawa czy też Gustaw zagościł w ich życiu – zależy jak na to patrzeć. Część ich życia okazała się w każdym razie wspólna, nawet jeśli było to kilka minut czy parę godzin. Te kobiety są tak rozmaite i opisane w tak fantastyczny sposób, że przy lekturze nie pozostaje nic innego, jak podziwiać kunszt pana Pilcha. Głównie literacki. Zachwyciło mnie to w jak subtelny sposób autor potrafił stworzyć w kilku zdaniach czy krótkim dialogu atmosferę – czy to nerwowości, czy niepewności, czy erotycznego napięcia. Przy czym, to należy mocno zaznaczyć, wszystko to napisane jest ze smakiem. Jeśli ktoś, z twarzą (a może nie tylko) nabiegłą krwią oczekuje soczystych opisów aktów (zarówno jeśli chodzi o akty współżycia, jak i o akty spożycia), to ich tutaj nie znajdzie. Co dla mnie jest zaletą. Cóż w końcu bardziej zmysłowego niż zostawić pole dla wyobraźni?

    Poniżej, aż do odwołania, możliwe spoilery!

    Żeby nie być gołosłownym pozwolę sobie na przeprowadzenie czegoś w rodzaju studium przypadku, biorąc na tapet historię z Jolą Łukasik.

    Pomówmy o pryncypiach. Jola Łukasik była kobietą samotnie wychowującą dziecko, ja zaś – mężczyzną od dwudziestu lat żonatym i obarczonym niezliczoną ilością zadań intelektualnych. Ergo: byliśmy dla siebie stworzeni.
    Tak zaczyna się część poświęcona tej pani. Prawda, że pięknie? Prawda, że intrygująco? A dalej jest tylko lepiej! Niezwykle umiejętnie została zarysowana słowem atmosfera tego „trójkąta”, czyli siedzącego za stołem Gustawa, po kilku już koniakach albańskich, Joli Łukasik krzątającej się po domu i Aleksandra, syna Joli, bawiącego się na dywanie. Niezwykle barwny jest język, jaki w usta Gustawa włożył pan Pilch. Choćby te opisujące nastrój przed wizytą: Niczego nie wówczas nie byłem tak skończenie pewien jak właśnie tego, iż z Jolą Łukasik zawrę niebawem – jak powiada Kołakowski – porozumienie erotyczne, na mocy którego uda mi się choć na kwadrans zażegnać fenomen obojętności świata.

    Gustaw, mimo niewątpliwego dowodu w postaci spisu cudzołożnic w kieszeni świadczącego za tym, że w jego życiu sporo było epizodów, nie jest typem macho. Przeżywa swoje rozterki, które autor opisuje w następujący sposób: W chwili słabości, która mnie ogarnęła, zacząłem całkiem na serio rozważać możliwość wprowadzenia pewnej zmiany, pewnej drobnej korekty w starannie zaplanowanym wieczorze. Od rzeczy ostatecznej, to znaczy , od zażegnywania fenomenu obojętności świata nie zamierzałem, naturalnie, odstępować. Zastanawiałem się jedynie, czy aby nie zmienić sposobu, czy mianowicie nie zrezygnować z zażegnywania fenomenu obojętności świata przy pomocy ciała Joli Łukasik na rzecz zażegnywania go przy pomocy koniaków albańskich.

    Koniec spoilerów

    To moje drugie podejście do tej książki. Pierwsze miałem kilka lat temu, kiedy to jeszcze spożywałem sporo alkoholu i miałem się za intelektualistę; temat kobiet taktownie przemilczę ;). Z perspektywy patrząc wydaje mi się, że był to wtedy pewien rodzaj pozy, spóźnionego nastoletniego buntu, czy też snobizmu. I to chyba ten właśnie snobizm kazał mi sięgnąć po coś spod pióra pana Pilcha. Wydawało mi się, żeby osoba taka jak ja znała tę twórczość. No i nie przebrnąłem. Myślę, że wtedy zbyt serio traktowałem to wszystko. Dziś, nabrawszy trochę luzu i dystansu, znalazłem niemałą przyjemność w lekturze Spisu cudzołożnic. Bo ta książka, mimo że traktuje o sprawach dość poważnych i delikatnych napisana jest z pewnym rodzajem humoru i dystansu właśnie. Co – moim zdaniem – stanowi tylko jej dodatkową zaletę.

    I jeszcze tylko jedna rzecz. Zastanawiałem się, jak sprytnie wpleść jeszcze jeden cytat, który szalenie mi się spodobał, a dotyczy wspomnień. Stąd może to moje wspomnienie o pierwszym podejściu do tej książki, bo i cytat wspomnień dotyczy. Ale jakoś mi nie pasował do poprzedniego akapitu, zostawię więc go tutaj na końcu, luzem:

    A Kubas i Barteczko? Może do nich zadzwonić po dwudziestu latach? Jedna miała piersi kuliste, druga – gruszkowate. Która miała które?

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #literaturapieknabookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

  •  

    1983 + 1 = 1984

    Tytuł: Czarna
    Autor: Wojciech Kuczok
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★★★★★★★

    – Pani też okłamuje wszystkich. Pani chce zabrać mi tatę. Babcia powiedziała, że pani jest starą kurwą i że panią wyrzucą ze szkoły.

    To, przynajmniej do pewnego momentu, może być historia o Twoim sąsiedzie. Nie wiem dokładnie o którym, bo takie rzeczy raczej się ukrywa, choć czasami wychodzą na jaw. Jej fragmenty mogą być o Tobie, a zdecydowanie niektóre są o mnie (ale nie przyznam się publicznie które).

    Czarna to opowieść o zwykłych, przeciętnych ludziach, prowadzących zwykłe, przeciętne życie. Takie zwykłe, przeciętne życie ma to do siebie, że zawsze w nim czegoś brakuje. Czasami da się z tym brakiem pogodzić, czasami jest on tak przejmujący, że robi się coś – a może robi się wszystko? – żeby brakować przestało. Czasami wbrew sobie, czasami wbrew normom społecznym. A przecież społeczeństwo patrzy, ocenia i komunikuje, że coś jest nie tak. Nie mówiąc o tym, że sam na siebie człowiek patrzy, ocenia i czuje. Że coś jest nie tak nawet wtedy, kiedy już nie brakuje.

    Opowieść dotyczy Jeremiego, któremu żona, Beata, urodziła (tak, jemu urodziła) upragnionego syna. Dotyczy też Marii, starej panny, przynajmniej w oczach mieszkańców Czarnej, małego miasteczka gdzieś na północnym wschodzie Polski. Nie ma w tej książce dobrych ludzi. Nie ma w zasadzie też ludzi złych. Są ludzie znajdujący się pomiędzy własnymi pragnieniami a normami narzucanymi przez innych albo może przez siebie samych. I jest tragedia, a nawet kilka tragedii. Przyjmowane (co mnie dziwi, ale nie zaskakuje) z obojętnością, i tak samo opisane. A jeśli już nie przyjmowane z obojętnością to z odrzuceniem. Bo przecież porządny człowiek (taki jak ja) takich rzeczy nie robi, a kiedy je widzi, to trzyma się od nich z daleka. Bo jeszcze… No właśnie? Można się „zarazić”? A może kiedy, zamiast kogoś piętnować, zastanowić się nad tym dlaczego coś takiego się wydarzyło można dojść do niebezpiecznego wniosku, że ja w zasadzie też jestem po części świnia, egoista i egocentryk?

    Przy całej treści język, jakim napisana jest Czarna wydaje mi się sprawą dość drugorzędną, choć tutaj zakładam, że mogę się mylić – w końcu niejedna dobra historia została zepsuta przez kiepską narrację. W każdym razie ja nie zachwycałem się tym, jak pan Kuczok tę książkę napisał, kiedy ją czytałem. Przeglądając jednak po zakończonej lekturze zaznaczone cytaty doszedłem do wniosku, że powinienem się zachwycać. Nie byłoby więc uczciwe o tym wspaniałym języku nie wspomnieć.

    Tak naprawdę nie potrafię powiedzieć o czym jest ta książka dokładnie. Nawet nie bardzo potrafię nazwać co ja w niej dokładnie znalazłem. Mogę stwierdzić tyle tylko, że część z myśli, które w czasie lektury przyszły mi do głowy były bardzo blisko mnie. I nawet jeśli to efekt jakiegoś filtrowania czy patrzenia na treść przez pryzmat własnych przemyśleń i doświadczeń, to przecież po to czytam książki.

    Czarną przeczytałem po zachęcającym wpisie kolegi @ali3en, który już z nami nie pisuje. A szkoda.

    Aha. Zwykle staram się pisać te wpisy po jakimś czasie od zakończenia czytania, tym razem jest inaczej. Książkę skończyłem dosłownie przed chwilą. Stąd wpis może być bardziej zagmatwany i okraszony większą ilością potknięć niż zazwyczaj, a ocena trochę na wyrost. Z drugiej jednak strony emocje, jakie wywołała we mnie Czarna są na tyle silne, że muszę jakoś sobie je uporządkować, a jakiż jest lepszy sposó niż napisać kilka zdań? I może właśnie dla tego właśnie ta książka zasłużyła na taką ocenę, nawet jeśli zaraz przypomnę albo uświadomię sobie jakieś w niej potknięcia.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #literaturapieknabookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

    •  

      @ali3en: Ja miałem ostatnio refleksję po dodaniu wpisu na temat Kobiet pana Bukowskiego, kiedy to bot przypomniał mi mój własny wpis sprzed sześciu lat. Wtedy się tą książką zachwycałem, dziś mnie niemal brzydziła. Możliwe więc, że gdybyś Czarną polecił sześć lat temu, to też bym Cię zawołał pożalić się na zmarnowany czas. ;)

      Ale do rzeczy. Generalnie, i to jest w porządku, każdy oczekuje czegoś innego od książki, nie ma tak (całe szczęście!), że wszystko się musi wszystkim podobać. A jeśli ktoś dobiera sobie lektury tylko dlatego, że komuś innemu się podobało, albo ogólnie się ludziom podoba, to może sam nie wie czego chce? pokaż całość

      +: ali3en
    •  

      @ali3en:

      szuka opinii ludzi z podobnym gustem

      No to akurat uważam, że jest spoko. Generalnie, w związku z tym tagiem ja mam tak, że jest kilka osób, których wpisy są dla mnie o tyle cenne, że rzadko się zawodzę. Z drugiej strony, są osoby, których wysoka ocena jest dla mnie raczej ostrzeżeniem. Nie to żebym uważał, że się nie znają, czy czytają jakieś gówna. Mamy po prostu zwyczajnie inny gust. Ale spodziewanie się nie wiadomo czego bo na przykład podobało się trzem osobom, to, uważam, nie najlepszy sposób doboru lektur. I można się zawieść. Jak ja z panem Saramago na przykład. ;)

      Z drugiej, a w zasadzie już trzeciej, strony, nawet polegając na opinii kogoś, kto zwykle nie zawodzi można trafić na coś, co mnie się nie będzie podobać. Jak pan Saramago na przykład. ;)

      I jeszcze, czasami warto przeczytać kiepską książkę, żeby mieć odniesienie. Nie mówiąc o tym, że to czytelnicze ryzyko. I -- moje niedawne odkrycie -- kiepskich książek nie trzeba kończyć!

      Za to ja kończę, bo coś mnie na teoretyzowanie wzięło ciut za mocno chyba.

      pokaż spoiler Wniosek, do którego chciałem doprowadzić używając tylu niepotrzebnych słów wyżej, jest prosty: dodawaj, kurde, wpisy gościu! ;)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    1974 + 1 = 1975

    Tytuł: Drzwi percepcji. Niebo i piekło
    Autor: Aldous Huxley
    Gatunek: publicystyka literacka, eseje
    Ocena: ★★★★★★★★★☆
    Tłumacz: Marta Mikita

    Większość ludzi prowadzi życie w najgorszym razie tak bolesne, w najlepszym zaś tak monotonne, ubogie i ograniczone, że chęć ucieczki, tęsknota, wy wykroczyć poza nie bodaj na kolka chwil stanowi i zawsze stanowiła jedną z głównych pokus duszy.

    Pan Huxley z wielką chęcią, jak sam pisze, wziął on udział, jako „królik doświadczalny”, w eksperymencie polegającym na zażyciu przez niego meskaliny. Połowa tego eseju to opis przeżyć, jakich doświadczył pod wpływem tej substancji, druga część to wnioski ogólne na temat autotranscendencji.
    Sam opis eksperymentu jest dość barwny i ciekawy. Wspomnienia dotyczą reakcji Huxleya na rozmaite bodźce: obraz, dźwięk, światło. Nie ma co prawda relacji z doświadczanych wizji, bo i wizji jako takich autor nie miał, z czego zresztą tłumaczy się twierdząc, że on nie myśli obrazami. Ten fragment jest ciekawy o tyle, że napisany jest z właściwą Huxleyowi elokwencją i erudycją. Swoją drogą, te właśnie dwa słowa sprawiają, że czuję lekki dyskomfort i silną zazdrość czytając tego autora, bo też bym chciał tyle wiedzieć i umieć się tak wysławiać (oczywiście w tym miejscu również ukłony dla tłumacza). Chociaż w połowie. Mimo tego dyskomfortu i zazdrości naprawdę czyta się to świetnie.
    Wnioski ogólne są raczej gorzkie. W zasadzie streszczone one są w tym zadaniu-cytacie, którym pozwoliłem sobie otworzyć ten Dotyczą naszej ludzkiej potrzeby transcendencji, czy może ucieczki, choć na chwilę od świata. O metodach, jaki próbujemy, żeby uzyskać efekt choćby zbliżony do takiej wycieczki poza siebie. I o tym, że świat, jaki budujemy niekoniecznie zmierza w kierunku zaspokojenia tych naszych, według autora (i trochę według mnie też), naturalnych potrzeb. Raczej stara się je zagłuszać, ewentualnie kierować obok nich.

    O ile z przyjemnością przeczytałem pierwszą część i w zasadzie zgadzam się z założeniami części drugiej, o tyle nie bardzo po drodze mi z metodą, jaką autor zaproponował dla osiągania tej transcendencji. Upatrywał on bowiem (esej jest z roku 1954) szansy w farmakologii połączonej z psychologią, która – miał nadzieję bądź przypuszczał – odkryje kiedyś środek lepszy od meskaliny, nie powodujący u nikogo niepożądanych objawów (meskalina źle działa na ludzi z depresją). Być może powodem tej mojej różny w wizji drogi prowadzącej do tych drzwi percepcji jest to, że części z wrażeń, których pan Huxley doznał pod wpływem meskaliny i części pytań, które się wtedy u niego pojawiły doświadczam na trzeźwo. I być może spowodowane jest to tym, że – jak czytamy w eseju – cząsteczka meskaliny ma podobną budowę do cząsteczki adrenaliny, którą przecież moje ciało jakoś tam sobie syntetyzuje.

    Na koniec trochę prywaty. Ponieważ pojawiły się ostatnio kalumnie wymierzone w moją stronę (i to na forum publicznym!), że niby wołam tylko kiedy mi coś nie pasuje, to tym razem chciałem (na forum publicznym) podziękować koleżance @rassvet za polecenie mi Drzwi percepcji i sugestię, żeby otworzyć ich okładkę i zajrzeć co tam za nią jest. Było warto.

    pokaż spoiler Tym razem.


    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #publicystykaliterackabookmeter #esejebookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

    •  

      @rassvet: Bo ja naprawdę jestem pod bardzo mocnym wrażeniem elokwencji i erudycji pana Huxleya. Poza tym od powstrzymywania się można dostać wrzodów.

      pokaż spoiler [Tu](https://www.wykop.pl/wpis/66900743/1968-1-1969-tytul-kobiety-autor-charles-bukowski-g/) nie ma plusa. ;)

    •  

      @rassvet: A to akurat jedna z większych wartości, jaką udało mi się wyciągnąć z tej lektury i w ogóle z wypoka (bo to bot mi o tej mało chwalebnej ocenie przypomniał). To jest niesamowite, jak przez krótki czas -- bo sześć lat to niedługo w zasadzie -- zmieniło się moje postrzeganie. Może jeszcze nie otworzyłem drzwi percepcji, ale filuję przez judasza.

      +: rassvet
    • więcej komentarzy (3)

  •  

    1977 + 1 = 1978

    Tytuł: Lew, czarownica i stara szafa
    Autor: Clive Staples Lewis
    Gatunek: literatura dziecięca
    Ocena: ★★★★★★★★★☆
    Tłumacz: Andrzej Polkowski

    Oczywiście nie było to w porządku z gramatyką, ale tak już bobry mówią, kiedy są bardzo podniecone – w każdym razie w Narnii, ponieważ w naszym świecie przeważnie w ogóle nie mówią.

    Był sobotni wieczór. Z jednej strony miałem ochotę coś poczytać, z drugie z kolei nie miałem nastroju na rozważania, analizy i zastanawianie się. A już na pewno nie na odnoszenie tego co czytam do tego co obserwuję. Na szukanie analogii między światem moim a światem literackim, jak to mam w zwyczaju i całkiem lubię. Potrzebowałem czegoś lekkiego, jakiejś wciągającej przygody. Najpierw przejrzałem zawartość mojego czytnika, ale nic mi nie podeszło. Zacząłem wertować tag i też coś nie bardzo. Jakoś nie mogłem znaleźć nic, co spełniałoby moje wymagania.
    – „No cóż, chyba pora na CS-a” – pomyślałem. I w ten oto sposób zabrałem się za Opowieści z Narnii.

    To nie jest długa książka. Tyle co na jeden wieczór. Mimo to jest wspaniała. Jest w niej wszystko: podróż bohaterów (tak w sensie fizycznym, czy nawet parafizycznym, jak i w znaczeniu przemiany); jest zbrodnia i kara (i nawet odkupienie winy); jest przyjaźń i poświęcenie; jest walka dobra ze złem i zwycięstwo tego pierwszego; jest nawet miłość, choć bratersko-siostrzana. Aha, i jest Święty Mikołaj! Czego więc chcieć więcej? Może tylko tego, żeby cała historia była dobrze opowiedziana? Ależ proszę bardzo, jest! Pan Lewis miał niewątpliwy talent narracyjny. Owszem, to jest literatura dziecięca, więc sprawy przedstawione są prosto, sceny batalistyczne są uproszczone w zasadzie do opisu głównego wydarzenia, postacie nie są szczególnie mocno rozbudowane (choć kłamstwem byłoby gdybym powiedział że są płaskie czy nijakie), a cała opowieść to połączenie dobrze znanych motywów, ale wykonane bardzo zgrabnie i leciutko. Oprócz tego w historii we wspaniały sposób przemycone są morały, czy też walory edukacyjne. Skierowane do dzieci, ale są to wskazówki czy przykłady na tyle uniwersalne, że warto od czasu do czasu je sobie odświeżyć. Kto wie, może w końcu którąś z nich uda się zastosować?

    Wybór Opowieści z Narnii to był taki trochę ślepy strzał z mojej strony, ale, jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę. Książka zaczyna się dedykacją dla Lucy, chrześnicy pana Lewisa. Stwierdza on w niej, że ta opowieść miała być prezentem dla niej. Tyle, że okazało się, że dziewczynki dorastają szybciej niż książki. Na szczęście z chłopcami jest inaczej.

    Oprócz tych wszystkich rzeczy, które wymieniłem wyżej w książce nie zabrakło też jeszcze jednej rzeczy: cliff hangera. Bardzo mnie to cieszy, tak samo jak i fakt, że jeszcze sześć historii ze świata Narnii przede mną. Przez jakiś czas nie będę miał problemu z tym, jaką lekturę wybrać na lekki sobotni wieczór.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #literaturadzieciecabookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

  •  

    1968 + 1 = 1969

    Tytuł: Kobiety
    Autor: Charles Bukowski
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★☆☆☆☆☆☆☆
    Tłumacz: Lesław Ludwig

    Facet potrzebuje wielu kobiet tylko wtedy, kiedy żadna z nich nie jest nic warta. Można utracić tożsamość pieprząc się na lewo i prawo.

    Ponieważ ostatnio coś mnie wzięło na kobiety (i alkohol, bo jak się okazuje na podstawie przeczytanych dzieł „dobra” te wykazują pewną komplementarność), po świetnym Spisie cudzołożnic zabrałem się za (jak się okazuje dużo mniej świetne) Kobiety. Sam nie wiem jak to możliwe, że kiedyś, jak wszystkie chyba książki pana Bukowskiego, i ta mnie fascynowała. Choć może nie do końca nie wiem, bo po części domyślam się. Kobiety w zasadzie są o tym, o czym ja lubię czytać. To znaczy jest tutaj bohater-narrator (Henry Chinaski, jakże by inaczej?): nierozumiejący świata, trochę w nim zagubiony człowiek, próbujący sobie jakoś radzić z mało pociągającą, a czasami wręcz odrzucającą codziennością. Perypetie takiego bohatera zwykle bardzo mnie interesują i nie ma znaczenia w jaki sposób sobie z tym wszystkim radzi. Tak samo jest tutaj – to, że Chinaski zagłusza pustkę za pomocą kolejnych kobiet, kolejnych drinków i zakładów na wyścigach koni mogłoby być w porządku (jeśli chodzi o przyjemność z lektury) gdyby było dobrze napisane. Ale nie jest.

    Ze stron wylewa się wulgarność balansująca na krawędzi kiepskich opowiadań erotycznych publikowanych czasami w internecie przez napalonych nastolatków w różnym wieku. Bywały momenty w czasie lektury, kiedy miałem ochotę policzyć które słowo pojawia się w kobietach najczęściej. Czy jest to „stanął”? „Wsadziłem”? Albo może po prostu „cipa”? To nie jest tak, że mam coś przeciwko wulgarności w ogóle, co to, to nie. Tyle że, przynajmniej dla mnie, z wulgarnością jest jak z solą. Sól zaostrza smaki, to prawda. Potrawy bez soli są mdłe i nijakie. Z drugiej jednak strony, jeśli przesadzić, to nie czuje się innych smaków oprócz słonego. Te kilka innych smaków, które udało mi się pod tą słonością wyczuć były, owszem, ciekawe. Na wiele kwestii mam podobne spojrzenie do Chinaskiyego (może powinno mnie to zacząć martwić?), jednak (przynajmniej póki co) stosuję trochę inne sposoby radzenia sobie z ich wpływem na mnie. Owszem, mam jakieś „samcze” odruchy, czasami choćby, nawet trochę instynktownie czy nie do końca świadomie, zdarzy mi się zlustrować kobietę na ulicy. Od stóp do głów, albo odwrotnie, z dwoma krótkimi przystankami po drodze. Staram się jednak być przy tym niezbyt nachalny. To chyba świadczy o jakim-takim zdrowiu i że nie jest jeszcze ze mną tak źle? Przynajmniej tak to sobie tłumaczę.

    Tak jak pisałem, sam temat, jaki podejmuje pan Bukowski w Kobietach jest szalenie interesujący. To, że zrobiłem małą roszadę w moi czytelniczym planie po lekturze Spisu cudzołożnic sprawia, że podczas czytania porównywałem sobie te dwie książki – Pan Bukowski, przynajmniej dla mnie, jest co najmniej dwie długości za panem Pilchem. Szukałem też w głowie innych porównań. I tak motyw burzliwego związku Chinakyego z Lydią, ze wszystkimi rozstaniami i powrotami skojarzył mi się z tekstem pana Młynarskiego (tutaj w wykonaniu zespołu Raz Dwa Trzy, bo nawet pan Młynarski nie potrafił zaśpiewać Młynarskiego tak ładnie jak pan Adam Nowak); same opisy aktów miłosnych i w ogóle tematu pożądania i używania życia można też przestawić ładniej, jak choćby w tekście pani Osieckiej (znów Raz Dwa Trzy!), czy też nieco dosadniej, tak jak zrobił to Kid Rock. Te przykłady podobają mi się dużo bardziej niż Kobiety pana Bukowskiego. Ale to zapewne kwestia gustu.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #literaturapieknabookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika George_Stark

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (7)