I came here for the waters.

  •  

    Jakież było moje zdziwienie, gdy wcześniej w tym tygodniu wchodząc na reddita, na głównej stronie o polskim filmie było.

    "Okrzyknięty jednym z najlepszych sci-fi, dostępny bezpłatnie w HD - arcydzieło Andrzeja Żuławskiego pt. Na srebrnym globie"

    Czy rzeczywiście jest jednym z najlepszych filmów science-fiction w historii? Potężne pytanie, które raczej jednoznacznej odpowiedzi nie znajdzie. Ale w tym samym czasie jest to rzeczywiście jeden z najważniejszych polskich filmów, z którym warto jest być zaznajomionym. Nie tylko z powodów tego co się dzieje na ekranie.

    Żuławski na miejsce w panteonie wielkich polskiego kina zdecydowanie zasłużył. Choć nie wracam do jego filmów nazbyt chętnie, to nie odmówię mu wprawnego oka i charakterystycznego stylu tak zręcznie balansującego między sensualnym erotyzmem a przepełnioną przemocą grozą.

    Ten styl nie podobał się władzy komunistycznej - jego film z 1972 pt. "Diabeł" został półkownikiem właśnie przez nadmierne okrucieństwo i odważną erotykę. Widzowie będą mogli go obejrzeć dopiero 16 lat później. W międzyczasie Żuławski pokłócił się też z Wajdą (u którego często był drugim reżyserem) i poczuł, że jego wizja artystyczna raczej w Polsce nie jest mile widziana. Wyjechał do Francji, tam z ogromnym sukcesem zrealizował "Najważniejsze to kochać" i po ciepłym przyjęciu tego filmu wrócił do Polski, żeby zrealizować swój magnum opus.

    Adaptacja trylogii science-fiction z początków XX wieku, napisanej przez jego prastryja Jerzego Żuławskiego, miała porażać rozmachem. Zdjęcia na Kaukazie, pustyni Gobi, nad morzem i w jaskiniach; gigantyczna scenografia i kostiumy zapierające dech w piersiach. Planowano w tym samym czasie nakręcić dwa filmy. Właśnie, planowano. W 1978 zmienił się wiceminister kultury, który obejrzał dotychczasowy materiał i stwierdził coś w stylu:
    "no chyba was pojebało."
    Projekt został skasowany, taśmę filmową zamknięto pod kluczem, scenografię nakazano zniszczyć, a Żuławskiemu pokazano środkowy palec.

    Kto by się nie wkurwił, gdyby po raz drugi wasze dzieło zostało zamknięte w piwnicy? Po tym wszystkim Żuławski na stałe wyjechał do Francji i później tylko jeden film zrealizował w Polsce: "Szamankę" w 1995 r.

    Późniejsze losy filmu były burzliwe. Po śmierci owego wiceministra kultury była szansa, żeby wyciągnąć ten film i dokończyć, ale ponoć Żuławski domagał się wyciągnięcia także swojego wcześniejszego "Diabła". Inna anegdotka mówi o tym, że Żuławski na nielegalu montował dotychczas nagrany materiał, z dwóch filmów ułożył trzygodzinną układkę (roboczo ułożony film, bez większych zabiegów montażowych czy dialogów), którą przeszmuglował na festiwal w Cannes. Tam, nieskończone sceny i nienagrane dialogi uzupełniał sam opowiadając o filmie z offu. Nietypowy sposób prezentacji filmu spotkał się z olbrzymim entuzjazmem i sprawił, że ostateczna wersja, którą oglądamy jest dość podobna i równie niekonwencjonalna.

    Film zaczyna się i kończy monologiem właśnie Andrzeja Żuławskiego, który tłumaczy, dlaczego widz nie może obejrzeć skończonego produktu. Jak zapewnia nas reżyser, nakręcone zostało 4/5 filmu, a brakujące 20% jest wypełnione kadrami ówczesnej Warszawy z Żuławskim czytającym elementy scenariusza. Uzupełniającym dla nas luki. To rewelacyjny zabieg, który świetnie pasuje do całej konwencji.

    Na srebrnym globie docelowo miał być ambitnym kosmiczno-filozoficznym sci-fi. Mała grupa astronomów wyrusza na inną, bardzo podobną do Ziemi planetę, celem założenia nowej kolonii. Obserwujemy to z pierwszej osoby Jerzego (granego przez Jerzego Trelę), który za cel postawił sobie nagrywanie całej wyprawy. Ostatecznie staje się on ostatnim z pierwotnych kolonizatorów, który obserwuje popadającą w chaos wioskę - z każdym pokoleniem prymitywizującą się i wpadającą w co raz to większy obłęd.

    W pewnym momencie twarde kosmiczne science-fiction znika, obserwujemy plemienność i rytualność nowego świata. Powtarzalność błędów kolejnych pokoleń przypomina mi Marqueza ze Stu lat samotności, pustynna stylistyka Diunę Herberta, a postapokaliptyczny obłęd - wizję z Mad Maxa Millera. Jest kwasowo. Bardzo mocno, jak u Jodorowskiego. W kolejnym rozdziale, wiele lat później na planetę przybywa zupełnie inny astronom, żeby zobaczyć co się stało. I z miejsca zostaje okrzyknięty Mesjaszem. Religijnych tropów zobaczymy w tym filmie wiele, ale trudno jednoznacznie ocenić w jakim zwierciadle się one znajdują.

    Nie chcę udawać że wszystko rozumiem z tego filmu, ale nawet jak czegoś nie rozumiem to ogromną przyjemność mi sprawia zgadywanie o co mogło chodzić. Zachwycające kadry, ujmująca futurystyczna muzyka Andrzeja Korzyńskiego, niesamowity popis umiejętności aktorskich nie tylko Andrzeja Seweryna - pomimo że to film nieskończony to tam gdzie trzeba to zdecydowanie film kompletny.

    I ten Żuławski, narratorujący niektóre brakujące elementy. Wyższa konieczność, czy metakomentarz do filmu w filmie? Patrzenie na widza, który spogląda na film?

    Więc jeżeli potrzebujecie przykładu żeby zamknąć usta malkontentom twierdzącym, że:

    a) Polacy nie umieją robić filmowego science-fiction
    b) polskim filmom brakuje rozmachu
    c) Polskie kino było płytkie

    i nie chcecie zrywać znajomości z takim ignorantem to Na srebrnym globie posłuży jako idealny kontrapunkt dla wszystkich powyższych.

    Film w HD, przynajmniej na razie, można obejrzeć tutaj.

    Mojego podcastu Coś Obejrzanego poświęconemu właśnie Na srebrnym globie można posłuchać na Spotify, Apple czy Google

    #film #filmy #kino #scifi #dziesiatamuza light #cosobejrzanego
    pokaż całość

    źródło: Zrzut ekranu 2020-04-19 o 12.53.25.png

    •  

      @Joz: oglądałem niedawno w kinie. I tylko dlatego, że byłem w kinie obejrzałem do końca. Momenty naprawdę bardzo ciekawe, interesujące pomysły zmuszające do myślenia. Niestety wszystko to połączone niesamowitymi dłużyznami i w ogólnym rozrachunku przeraźliwie nudne. Pamiętam, że bardziej interesujące były przerywniki nagrywane z ręki gdzieś na mieście z mówionym streszczeniem akcji.

    •  

      Słuchałem wczoraj twojego podcastu jak i innych i robisz świetną robotę.

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    W LESIE DZIŚ NIE ZAŚNIE NIKT
    #film #dziesiatamuza #kino

    W horrorach jeśli ludzie się rozdzielają to giną

    Wyobraź sobie na chwilę, że jesteś studentem i strasznie zachlałeś pałę. To nie musi być trudne do wyobrażenia, ale za chwilę robią się schody. Wyobraź sobie, że zachlałeś cały semestr i budzisz się na gigantycznym kacu w dzień oddania zaliczenia. Przypominasz sobie, że masz do zrobienia projekt scenariusza, jedyny wymóg to żeby to był horror. Trzeba napisać zalążek fabuły i opisać jakimi środkami wyrazu chcesz podkreślić że to jest horror. Najgorsze, że nawet specjalnie nie oglądasz horrorów — jakieś tam szczątkowe, istotne dla popkultury znasz, ale szczytem ambicji kina, które pochłaniasz to są, nie wiem, bracia Coen.

    Co robisz? Na szybko na kolanie wymyślasz najbardziej oklepaną fabułę będącą kolażem trzech horrorów, których nawet nie widziałeś, ale ktoś ci o nich opowiadał, dodatkowo obudowujesz to wyświechtanymi zabiegami reżyserskimi, żeby „strasznie” było i tak „niepokojąco”.

    Oddajesz tę pracę, prowadzący nie może cię ujebać, no bo w zasadzie jest to horror, jedyny wymóg jest spełniony, tylko patrzy na ciebie z niesmakiem, a ty co? W sumie stać cię na więcej, ale hej, przedmiot zdany, idziemy chlać dalej.

    No, to w sumie tak można opisać „W lesie dziś nie zaśnie nikt”. To chyba jedyne uzasadnienie.

    Trochę się zmartwiłem tą epidemią i zamykaniem kin, ale potem ucieszyłem, że nie dokończę swojego fantastycznego maratonu z polskim kinem. Począwszy od 365 dni, Zenka, przez Bad Boya i Swingersów, a kończąc na Sali Samobójców. Hejter - to nawet dobre zakończenie było, tak na pozytywnej nocie. Jednak nie, #netflix musiał zrobić tę niespodziankę i wypuścił z zaskoczenia ten film. To niespodzianka stojąca raczej obok „ruchałem twoją siostrę” niż „wygrałem na loterii”

    Kurwa, nawet głupio jest opisywać jakąkolwiek fabułę tutaj. Najbardziej przeruchany schemat - grupa nastolatków w lesie, bez dostępu do technologii i własnego rozumu i coś ich zaczyna wybijać po kolei. Ale przecież na przemielonej do porzyga papce można zbudować coś dobrego i świeżego — by nie wspomnieć o Krzyku czy Cabin in the Woods. Tu tak nie jest. Widz może się łudzić, że to nagromadzenie tropów będzie służyć czemuś konkretnemu, ale najkonkretniejszy powód to chyba pocieranie sobie fujary ”o patrzcie ile nawiązań rzuconych w przestrzeń”

    Mamy w ekipie standardową gromadę rodem ze Scooby Doo — przystojniaka-ruchacza (który jak się okazuje, jest prawiczkiem, HIHIHI BOŻE JAK ŚMIESZNIE), bully-jocka (który jak się okazuje jest gejem, CHLIP CHLIP BOŻE JAK MU TRUDNO W ŻYCIU), tępą blondyneczkę (która jak się okazuje jest dokładnie tępą blondyneczką), zamiast psa jest otyły nerd (który jak się okazuje jest bezużyteczny) i szarą myszkę, która oczywiście jako jedyna uchodzi z życiem.

    W szarą myszkę wciela się Julia Wieniawa. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale fakt, że prędzej wymienię jej dwóch ostatnich facetów, niż dwa ostatnie filmy w których grała, sprawia, że się domyślam. Wieniawa jest w tym filmie słaba i drętwa, co w sumie mogłoby pasować do typu roli którą gra, ale jeżeli choć raz widzieliście ją poza tym filmem (np. na ściance, albo na Pudelku) to ani przez moment nie uwierzycie w jej szaromyszkowość. A jak musi się wydrzeć albo grać przerażoną — uch, no nie jest dobrze.

    Oczywiście kurwa, że jej postać musiała być targana jakąś tajemnicą, to mamy wprowadzone już na początku, ale myślisz sobie: nah, to nie może być coś tak oczywistego, jak to, że jej starzy zginęli w wypadku

    Otóż jest. To jedyny aspekt charakterologiczny, który został jej nadany. To i tak o 100% więcej niż pozostałym postaciom.

    A! Chwila! Czy ja wspominałem, że ten film był reklamowany jako PIERWSZY POLSKI HORROR, jakby to miało kogokolwiek przekonać do wybranie się do kin? Primo, to raczej pierwszy polski slashem będący tak bezczelną zrzynką z amerykańskich produkcji, ale rozumiem że to się nie mieści na plakacie. Bo horrorów mieliśmy w polskim kinie nawet kilka, zarówno w latach 80, jak i w ostatnim czasie. Ale ja nie o tym. To jest polski horror, więc musimy zbudować atmosferę, pokazać, ze to jest Polska, a nie jebany Saskatchewan. Zatem mamy księdza.

    W rolę księdza wciela się Piotr Cyrwus, który od paru lat usilnie próbuje odciąć się od roli Ryśka z Klanu, ale niestety, cierpi on na podobny problem co Wieniawa — jak go raz zobaczysz w roli Ryśka, to już nieodzobaczysz. Ksiądz Rysiek jest złym skurwielem. Wiemy to od początku? Skąd wiemy. Bo przyjeżdża w jednej z pierwszych scen w drogim czarnym mercedesie. I ma złoty zegarek. Więc jest skurwielem.

    Ale tak na wypadek jakbyśmy nie wiedzieli, że jest skurwielem, to jeszcze jest pedofilem. Gdy jeden z bohaterów podczas ucieczki zacznie szukać schronienia w kościele, to ksiądz Rysiek zdzieli go w głowę, zwiąże, zaknebluje sprzętem do sado-maso i zacznie się do niego zalecać. Mówiąc:

    ja znam takich jak ty, wy tak lgnięcie, nęcicie, drugiego człowieka wciągacie.

    Serio. TAK KURWA, SERIO, TEN CYTAT POLECIAŁ W TYM FILMIE. Mało wam Polski? Nieporadny policjant narzekający kurwie na swoje problemy i na korupcję w małomiasteczkowej gminie dostaje zgłoszenie, że jakiś tam Jurek z Zenkiem się najebali w lesie, przebrali w mundury Wehrmachtu i świętują urodziny Hitlera.

    HYHY, BO WIECIE

    Taka jest ta Polska właśnie. Takiego kurwa ścierwa spodziewałbym się po kolejnym gniocie Małgorzaty Szumowskiej, ale tutaj? Ksiądz pedofil, nacjonaliści z tortem w lesie, to jest to dziedzictwo, nasza godność kurwa.

    Jak w każdym horrorze, musi być też zło. Ja się na horrorach nie znam, ale z tego co wiem to miarą klasycznych najlepszych horrorów jest ikoniczność antagonistów. Całe szczęście, że tutaj widok na „morderczego potworasa” dostajemy po pół godzinie, a jego całe backstory w połowie filmu. Motyw jest taki — wiele, wiele lat temu hurr durr była sobie matka która miała dwójkę dzieci. Te dzieciaki znalazły kiedyś w lesie meteoryt, wsadziły go pod łóżko, w nocy wylazło z tego czarne gówno i je ogarnęło więc wpierdoliły psa. A potem po trzydziestu latach zaczęły mordować dzieciaki w lesie.

    Normalnie kurwa Koszmar z Ulicy Ćwiartki 3/4.

    Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że ten nerd, ten Julek, pełni taką rolę łamacza czwartej ściany. Bo wiecie, on w te gierki grywa, filmy ogląda hyhy, taki przegryw normalnie i on jako jedyny pełni rolę świadomego bohatera, bo w pewnym momencie mówi: „a bo w horrorach to zawsze…” a potem wymienia grzechy ludzi z horroru, w tym ten z początku. I spoko, hehe, takie mrugnięcie do kamery.

    Tylko nic z niego kurwa nie wynika. Żadnej zabawy formą, nic. Grubcio sam potem łamie wszystkie zasady i okazuje się być jak można było przewidzieć, bezużytecznym balastem.

    Ten film się jakoś tam kończy, ale prawdę mówiąc już nie pamiętam jak. To chyba była zrzynka z Get Out!, tak jak scena wrzucenia księdza do rozdrabniarki była zrzynką z Fargo. Takich zrzynek odnotowałem w głowie kilkanaście.

    różnica między zrzynką a hołdem, leży w głowie twórcy i zależy od jego intencji. Zrzynka jest wtedy jak się robi to bezrefleksyjnie, bo jest się leniuszkiem

    Nie to, żebym się jarał przesadnie mocno horrorami, kompletnie nie mój gatunek, ale darzę go niezmiernym szacunkiem. Wierzę, że zrobienie porządnego i odkrywczego horroru wymaga naprawdę solidnego warsztatu; to obok inteligentnej komedii jeden z najtrudniejszych gatunków. Dlatego mogę kłaniać się w pas Ariemu Asterowi czy Jordanowi Peele’owi, którzy w ostatnich latach mocno pchnęli horror do przodu, wyrywając go z okowów schematów i jumpscare’ów.

    A tutaj? Najbardziej niewiarygodne jest to, że ktoś dał na to pieniądze, ktoś inny bez wyrzutów sumienia wziął za to pieniądze i być może ktoś na tym zarobi pieniądze. Na projekt na miarę skacowanego studenta bez pomysłu. A mówią, że w Polsce trudno się zbiera hajs na wyprodukowanie filmu, W lesie dziś nie zaśnie nikt ewidentnie temu zaprzecza.

    To co mnie pociesza, to jakaś taka karma od losu. Bo podejrzewam, że dla twórców, którzy ciężko pracowali na jakieś dzieło, musi być ogromną frajdą zobaczyć owoc swojej pracy na dużym ekranie, usłyszeć owacje podczas dużej premiery.

    Marna pociecha z koronawirusa.

    ———————————
    #cosobejrzanego #filmy

    Nie polecam tracić godziny i czterdziestu minut cennego czasu siedzenia w domu na ten film. O wiele lepiej podobny czas spędzić słuchając mojego podcastu o Na dobre i na złe. Albo innych pozostałych, sporo tego mam - o tuuu (stąd możesz wejść na player podcastowy którego używasz). Albo lajkując mojego Facebooka i Instagrama. Jutro będzie o tym Lesie. Jak będzie mi się chciało nagrywać pod kołdrą. Bo w kwarantannie mam tak dużo rzeczy do roboty, że mogę wybierać.
    pokaż całość

    źródło: w lesie gowno gowno gowno.png

    •  

      @Joz Hej, oglądałem kiedyś dość ciekawy horror, dodam że polski, gdzie bohaterzy udają się na biwak? Nie pamiętam zbyt dobrze, ale wiem że trafili do jakiejś wioski gdzie w ogóle nikt nie chciał z nimi rozmawiać, a jak już to ich wyganiali do domu, bo to źle miejsce. Jesteś w stanie nie powiedzieć co to mógł być za film?

    •  

      @Joz: Według mnie ten film jest potrzebny polskiej kinematografii. Mimo, że jest co najwyżej średniej jakości, to robi krok w stronę inną niż dramaty z alkoholem i gwałtem w tle albo cukierkowe komedie z Karolakiem. Może za kilkanaście lat ten film będzie wspominany jako zaczątek polskiej branży filmów grozy. Im więcej osób próbuje zrobić film, tym więcej jest szans że komuś się uda zrobić dobry.

    • więcej komentarzy (9)

  •  

    SALA SAMOBÓJCÓW. HEJTER (2020)
    #film #dziesiatamuza

    Oczekuję, że zrobisz to jak dobry pracownik, a nie zjebany millenials.

    Wszystko wskazuje na to, że Jan Komasa musiał zepsuć całkiem niezłe Boże Ciało wydumanym i kretyńskim zakończeniem, po to aby uratować od przeciętności Hejtera… swoim wydumanym i kretyńskim zakończeniem. Uwielbiam i nienawidzę je zarazem, a takie wewnętrzne rozterki na skutek filmy są po prostu oznaką dobrego seansu.

    Bogu dziękuję, że podjąłem się katorżniczej pracy oglądania w lutym chujowych polskich filmów. 365 dni (podcast), Zenek (podcast), Bad Boy (podcast o Ziemi Obiecanej) i Swingersi (podcast, a jakże) były mi bardzo potrzebne do obejrzenia, aby wyrównać skalę. Jak się przez dłuższą metę ogląda skrajnie dopracowane i głębokie filmy, to trochę to zaćmiewa ogół. Bez tego, prawdopodobnie bym się czepiał totalnych głupot w Hejterze, które odwróciłyby uwagę od krytyki esencji. A tak — doceniam.

    Nie jest to film zły i chętnie wejdę w polemikę z każdym kto takie zdanie posiada. Nie jest to też film wybitny i polemika z taką tezą byłaby jeszcze łatwiejsza. Pozostawia przyjemniejszy smak w ustach niż Boże Ciało i na pewno wzbudza więcej emocji w widzu niż pierwsza Sala samobójców czy Miasto 44. I to te emocje moim zdaniem będą najciekawszą rzeczą, która pozostanie po tym filmie; w tym reakcje społeczne i medialne. Ale możliwe, że nie takie jak Komasa oczekuje.

    Pokrótce — bardzo niefajnie, że ten film załatkowany jest jako element „sagi” Sala samobójców. Rozumiem, że to mógł być efekt marketingowy (bowiem w niektórych kręgach pierwsza część to film niejako kultowy), ale osłabia to wagę filmu oraz element niespodzianki, który niestety w tym momencie nie jest już niespodzianką. Tego elementu można było się domyślić ale i tak osadzę w spoiler, bo to całkiem interesujące.

    pokaż spoiler Hejter nie jest kontynuacją Sali Samobójców i przez 75% czasu w żaden sposób poza grą komputerową do Sali nie nawiązuję, jednak potem na skutek twistu okazuje się, że postać grana przez Kuleszę jest tą samą matką Dominika z pierwszej części. Czy jest to potrzebne? Absolutnie nie. Ale czy jest to zajebiste, gdy jeden jedyny raz w filmie ktoś przytacza historię z jedynki, aby jej wygarnąć fakt, że wykończyła swojego syna? Oczywiście że tak. To jeden z elementów rozdarcia, które mam.


    Zamykając Hejtera w jakieś ramy gatunkowe, najbliżej mu do political fiction, wpadającego momentami wręcz w political fantasy. Zdecydowanie daleko tu do West Wing, prędzej House of Cards z piętnastoma fikołkami po drodze. Film wychodzi od realnych i dość wiarygodnych założeń uziemionych w rzeczywistości, ale gdzieś w trakcie odlatuje i wznosi się na wyżyny absurdu. Przybiera formę biblijnej przypowieści — w końcu uczniowe Jezusa wiedzieli, że nie było żadnego Samarytanina, który ulitował się nad bliźnim, ale no w sytuacji bardzo specyficznej gdyby mnóstwo dziwnych warunków zostało spełnionych a Jowisz wszedł w koniunkcję z Saturnem to… no może mogłoby się tak stać. Więc political fiction, będące niechcianym dzieckiem Jokera i Social Network.

    To trochę rodzi problem. Ponieważ pod względem czysto rozrywkowym ten film wychodzi obronną ręką - niewiele było momentów w których się nudziłem, więc też nie spisuję tych dwóch godzin na straty. Jednak rozważając walor ewentualnej wymowy filmu czy przekazu: no to jest to dramat. Potencjalnie szkodliwy dramat.

    Żeby nie było, że mówię na wyrost, sam Komasa obiera trochę moralizatorski ton. W wywiadzie dla poniedziałkowego Newsweeka (10/2020) mówi tak:

    […] historia „Hejtera” to konsekwencja tego, co w Polsce już było. Suma a w właściwie średnia wszystkich strachów. Mój strach przed apokalipsą zaczął grawitować w stronę społecznego rozpadu. Przestaliśmy ze sobą rozmawiać, ulegliśmy niechęci dobrych ludzi do dobrych ludzi

    W innym zaś miejscu mówi:

    […] Dziś spotkasz kogoś na Zbawiksie, a jutro słyszysz że jest na AA. Wypluwamy ludzi, którzy sobie nie radzą. W przypadku „Hejtera” różnica polega na tym, że robiliśmy political fiction, które przestało być „fiction”.

    W pewnym momencie tego wywiadu Komasa wchodzi trochę w korwinizm i mówi o Hitlerze w sposób taki, że słyszę w głowie dziadzia z muszką. Zignorowałem to myśląc, co on pierdoli, ale okazuje się, że znajduje to swoje odzwierciedlenie w filmie. Tylko znowu, chyba nie tak jak Komasa by zamierzał

    I tego się trochę obawiam. Tak jak pierwsza część Sali Samobójców była wzięta na sztandary przez niedojebanych pedagogów szkolnych, którzy wszędzie zaczęli dostrzegać „problemy ideologii emo” oraz przez bananowych rodziców, którzy przegapili element zaniedbywania swoich dzieci, za to od razu wskoczyli na wagon: te cholerne gry mieszają w głowach naszych dzieciaków, tak tutaj może być podobnie. Na seansie porannym na którym byłem, większość sali była wypełniona przez szkolną wycieczkę. Wychodząc podsłuchałem ich komentarze. I sorry, ale bardzo prosta przestroga: ”hejt jest zły” w filmie, który w założeniu miał o tym mówić kompletnie się tu rozpływa.

    Bo film jest trochę o Tomku. Tomek jest społecznym przegrywem. Konta na Wykopie wprost nie ma, ale zdecydowanie ma bordo. Jest wypierdolony za plagiat ze studiów prawniczych i w swojej pierwszej interakcji z dziewczyną ucieka się do założenia podsłuchu, żeby sprawdzić czy go lubi.

    Tomek jest spierdoksem i skurwysynem. Dostajemy to w tym filmie na start. Ale nie jest ukochanym skurwielem, którego uwielbiamy nienawidzić jak Walter White, ani postacią do której czujemy współczucie jak Arthur Fleck aka zeszłoroczny Joker. W tym względzie o wiele bliżej mu do Marka Zuckerberga wykreowanego przez Jessego Eisenberga w filmie Finchera sprzed 10 lat. Jest po prostu chujkiem, ale gdyby nie fakt, że staje się kreatorem wszystkich wydarzeń w filmie to trudno dawać o niego jakiekolwiek jebanie.

    Jego marzeniem jest przeskoczenie z niższej do wyższej klasy. Jednak nie dostrzega tego, że jest spierdoksem i dlatego ma pod górkę w życiu, a nie z powodu jakiejś zmowy klasowej. Dostaje pracę w „agencji PR”, która zajmuje się tymi mrocznymi odmianami marketingu i wykorzystuje to jako okazję do zemsty i ugrania swojego.

    I tu dochodzimy do mojego najistotniejszego problemu z Janem Komasą. Zarzut, który miałem przy jego czterech poprzednich filmach, tylko w innych odmianach. Powierzchowność. Komasa się nie „wgryza” w swoich bohaterów ani ich realia. Posiadając jakieś konkretne wyobrażenie świata, który chce przedstawić, robi to właśnie w ten sposób, nie próbując zmierzyć się z faktem, że w prawdziwym życiu nie zawsze jest tak jak sobie wyobrazimy. Stąd wieś w Bożym Ciele musiała być durna i prosta, a młodzież w Mieście 44… ech, nawet nie chcę zaczynać tego tematu. W skrócie tłumacząc powierzchowność - tworzenie świata pod tezę, a nie odwrotnie.

    W Hejterze natomiast jest to tak ewidentne, że muszę naprawdę dłużej się zastanowić, czy to aby na pewno nie jest celowy zamysł, którego założeń nie rozumiem. Może to trochę jak alternatywne rzeczywistości Tarantino? Naprawdę muszę wgryźć się jeszcze raz w filmografię Komasy żeby to zrozumieć. Nie zmieni to jednak faktu, że jeżeli taki był zamysł poprzednich filmów Nominowanego Jana, to dopiero w tym miało szansę to zadziałać

    Bo „elity” są do bólu „elitarne” — urodziny córki to bankiet na 50 osób z kwartetem smyczkowym i studiami na Oxfordzie. Warszawska agencja marketingowa jest do bólu „korpo-skundlona” — mobbing wykręcony do stopnia wywołującego bardziej śmiech niż strach, abstrakcyjne przekleństwa, wszechobecny chłód i zero barier czy granic moralnych. Natomiast środowiska narodowcowe to monolityczne, tępe, bezmyślne masy porozumiewające się ze sobą wyłącznie za pomocą sloganów.

    Naprawdę zdumiewające jest to, że pomimo premiery w tym tygodniu ten film został nakręcony w listopadzie 2018 roku, bo zbyt wiele jest tutaj podobieństw do Jokera, którego Komasa widział dopiero podczas jego światowej premiery w Wenecji latem 2019.

    jeżeli zastanawiacie się, dlaczego w takim razie premiera jest tak po czasie, to polecam sobie przypomnieć dzień 13 stycznia 2019. Zdecydowanie zły czas żeby wypuszczać political fiction o hejcie

    Największa paralela między Jokerem a Hejterem to zwalenie winy za grzechy głównego bohatera na społeczeństwo. Tak, domyślacie się — prawdziwym Hejterem nie jest tak naprawdę Tomek, tylko „elita”, która wyśmiewa jego ubiór, zachowanie i pochodzenie. Prawdziwym Hejterem jest firma będąca fabryką hejtu za hajs, Tomek jest tylko wynikiem takiego społeczeństwa. Co samo w sobie nie byłoby złym założeniem - wszak jedna z najlepszych opowieści klasowych ostatnich lat dostała 4 Oscary, Parasite był krytyką rozwarstwień klasowych, ale nie wszedł w łatwą retorykę „uuu bogaci źli”, tylko pokazał, że dwa środowiska mogą być do siebie bardzo podobne, nawet jeżeli wychodzą ze zgoła odmiennych środowisk. Co więcej Bong Joon-Ho nie zatrzymał się na symetryzmie bo końcówka filmu nie była jednoznaczna w swojej ocenie. Nie zostało powiedziane wprost, która strona jest gorsza, a widz nie mógł się tak od razu rzucić z własną opinią.

    Natomiast Komasa trochę symetryzuje. Obie strony konfliktu są jednorako złe. Elity (które możemy nazywać dalej lewackim establishmentem) są apatyczne wobec drugiej strony, odnoszą się z pogardą i wyniosłością, natomiast narodowcy (nazywani prawicą) są głupi więc reagują agresją. Hej chłopaki, żadna strona nie jest fajna, tylko oświecony centryzm! — zdaje się wołać Komasa.

    I właśnie ta niechęć do zabrania jednoznacznego stanowiska doprowadza nas do nieszczęsności końcówki jak i przez to całego filmu. Nie dość, że politycznie, Komasa stoi w rozkroku między morałem a rozrywką. Trudno wyciągnąć arntyhejterskie przesłanie z filmu, który pokazuje hejt wyłącznie jako zjawisko instytucjonalne — obrzydliwe i podjudzające komentarze w internecie są WYŁĄCZNIE wymysłem pracowników firm marketingowych, a ludzie wpadają w ślepy pęd i grają dokładnie tak jak mądre warszawskie głowy ze start-upu na Mordorze sobie wymyśliły. Prawicowcy hejtują, bo tak ich manipulują inni za pieniądze, lewica hejtuje bo jest elitarystyczna i wyniosła. A co z ludźmi, którzy są po prostu perfidni? Może nie byłoby to tak ciekawe (via rozrywka) zagłębić się w głowę przeciętnego hejtera, ale byłoby bardziej pouczające (via morał) niż sieć marionetek i rozgrywanie polskiej polityki przez jedną grupę rodem z dobrych teorii spiskowych.

    Ostatecznie, zakończenie wybiera aspekt rozrywkowy wyrzucając moralizm przez okno. I zarazem ratuje całość, bo to zakończenie, które powinno pozostawić widza z ogromnym niesmakiem, a może wręcz krzykiem: „co kurwa?!” Bo kończy się tak:

    pokaż spoiler Film kończy się zorkiestrowaniem przez Tomka morderstwa kandydata na prezydenta Warszawy. Jednak wbrew swoim oczekiwaniom staje się obecny podczas zaplanowanej przez siebie masowej strzelaniny, więc rzuca się na napastnika. Dostaje kosę pod żebra, ale przez swoje działanie, najemnika udaje się schwytać. Tomek staje się narodowym bohaterem uwielbianym przez kraj. Co więcej - nie dość, że nie spotyka go żadna odpowiedzialność za to, bo ma haki tam gdzie to potrzebne, to na koniec filmu otrzymuje nagrodę - zostaje przyjęty do rodziny z „elit” o którą tak bardzo na samym początku filmu zabiegał.


    Prawda, że wydumane i kretyńskie, nie? A zarazem cudowne, cyniczne i wyrachowane. Pod względem rozrywkowym to nawet bomba, pod względem przestrogi przed hejtem? Kurwa, oczywiście, że nie. Dostojewski się w grobie przewraca.

    Tylko, że ja mogę to sobie tak odbierać. Hejt, zwłaszcza w internecie, znam od czasów, gdy takie pojęcie na to zjawisko nie istniało jeszcze w powijakach. Zagrywki polityczne i rolę marketingu w nim też trochę kojarzę. Dostrzegam te elementy wyolbrzymione i je z łatwością wskazuję. Od początku nie łapałem się pod morał.

    Natomiast w łazience usłyszałem chłopaka właśnie w wieku licealnym jak mówił do kolegi zaciekawionym głosem:

    Ty ale serio są takie firmy, że dostajesz hajs za komentarze i niszczenie influencerów?

    I kto wie, może wybierze sobie taką ścieżkę kariery. Zresztą, dlaczego by nie miał, skoro tak naprawdę ten film, w żaden sposób jej nie potępia? Może Komasa lubi patrzeć jak świat płonie? Wyraża skryte fantazje? Zdecydowanie bliżej temu to do political fantasy niż do political fiction

    Dlatego mam olbrzymi problem z jednoznaczną oceną Hejtera w reżyserii Jana Komasy. Zazwyczaj takie określenie jest zarezerwowane dla blockbusterów czy prostych łupanek, ale w przypadku nowego filmu nominata do Oscara chyba najlepsze będzie polecenie ”wyłącz myślenie i po prostu oglądaj bez zastanowienia”

    To chyba kolejne podobieństwo do biblijnej przypowieści.

    —————
    #kino #filmy  #cosobejrzanego

    Jak chcesz więcej to zostaw mi lajka na martwym FacebookuInstagramie i słuchaj bardzo żywego podcastu na Spotify albo gdzieś indziej. Analiza Komasy może jeszcze dziś, ale może być też jutro.
    pokaż całość

    źródło: ssh.jpg

    •  

      @Joz: dwa razy dzisiaj w TVN24 słyszałem, że Hejter dobry film i dobrze pokazuje zjawisko hejtu.

      a opinia o Hitlerze to trochę jak w tych memach

      źródło: i.kym-cdn.com

      +: tyrald
    •  

      @Joz: Świetna recenzja, naprawdę dobrze się je czyta. Przez epidemie i zamknięcie uczelni mam sporo czasu i chciałem spytać cię, jakie filmy warto obejrzeć? Może zrobiłbyś jakąś listę, która według ciebie jest podstawą, fundamentem i dlaczego trzeba to obejrzeć. W twoim wykonaniu pewnie byłoby to fenomenalne, oczywiście jeśli znajdziesz trochę czasu.

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    Rabini się wypowiedzieli. Michnik u Lisa vol. 2

    #neuropa #polityka

    źródło: IMG_20200302_125732.jpg

  •  

    SWINGERSI
    #dziesiatamuza #kino #swingersi

    — Ty pewnie chcesz się bawić plastikowym ogórem, ale warzywa to ja mam w dupie!
    śmiech o mocy tysiąca słońc płynący z widowni. ludzie ze śląska są przerażeni, bo mylą salwy rechotu widzów z tąpnięciami w kopalni

    Wszyscy wiedzieli, że Swingersi to będzie gówno. Film wyprodukowany z pieniędzy takich firm jak Cyfrowy Polsat i Plus a dystrybuowany przez Mówi Serwis dystrybucja, spółkę córkę Polsatu współfinansowaną z pieniędzy unijnym (o czym informują na swojej stronie) jest gównem kompletnym; ja skupię się tylko na czymś bardziej frasującym, anomalii wynikającej z dwóch rzeczy - nie mam wątpliwości, że niektórym ten film się spodoba. Dlaczego? Bo najwyraźniej homofobia i gagi o chujowości małżeństwa dalej są w cenie.

    365 dni mnie znudziło. Zenek zniesmaczył frywolnością wydawania moich pieniędzy. Bad Boy mnie rozbroił swoim kretynizmem. Natomiast Swingersi? Ten film mnie po prostu wkurwił.

    Ale ja jestem prostym wykopkiem. A co na to Onet.pl:

    „Swingersi" to nieprzyzwoicie śmieszna komedia pomyłek, która pokaże, że zabawa w dużym gronie oznacza czasami duże kłopoty.

    (mega mnie bawi, jak sobie przypomnę fikołki red. nacz. Onetu, Bartka Węglarczyka równo miesiąc temu w rozmowie w Tok.fm jak musiał występować przeciwko Tomaszowi Machale z WP.pl, mediaworkingowi i nie do końca jawnym reklamom w materiałach dziennikarskich, podczas gdy Onet pisze takie coś)

    w założeniu chciałem przytoczyć wszystkie pozytywne zapowiedzi tego filmu z poważanych mediów, ale poza Onetem znalazłem tylko Fakt i Vivę, więc nie jest tak źle

    Jak na komedię, która sygnalizuje swoim tytułem, zwiastunem, plakatem i wszystkim co możliwe ”niegrzeczną zabawę w duuużym gronie” faktycznego ruchania w tym filmie jest niewiele, bo jedno. Cała reszta jak można było oczywiście zgadnąć opowiada o tym jak PRZEZ ZUPEŁNY PRZYPADEK dwie pary wplątują się w „zabawę swingerską” a potem próbują to odkręcić żeby wyjść z twarzą.

    Przynajmniej takie chyba były intencje, bo nawet to nie wyszło.

    Film zaczyna się od panoramy nocnej Warszawy do muzyki Ryszarda Straussa ”Also sprach Zarathustra”, w trakcie której Misiek Koterski wychodzi na balkon i wrzeszczy: „Wygrzmocę was wszystkich!”, jednak muzyka drastycznie się urywa, gdy ptak sra mu na ramię.

    A potem poziom spada.

    Muzyka klasyczna natomiast wróci pod postacią Edwarda Griega i jego najsłynniejszego ”W grocie Króla Gór”

    Mamy dwie pary — jedną typowo „polacką”, z meblościanką w rozpadającym się mieszkaniu: Czeczota, zmęczonego nauczyciela i Ostrowską napaloną księgową. Pal licho jedną z pierwszych scen w filmie kiedy ona się do niego dobiera napalona, a on wielokrotnie protestuje i próbuje przerwać to napastowanie — to typowy gag nt. wyglądu zużytego małżeństwa, ale na szczęście nie jest to odwrócony seksizm: analogiczna scena powróci gdy Koterski dobiera się do Ostrowskiej pomimo jej protestów. Nic tak nie rozładowuje atmosfery jak mały gwałcik!

    Druga to para wielkomiejska — Misiek Koterski jest obrzydliwie bogatym dziennikarzem motoryzacyjnym (do teraz zastanawiam się po chuj było to podkreślane że motoryzacyjnym, ten wątek prowadzi do nikąd), natomiast jego partnerką jest Liszowska: literalnie nikt, gold digger z Radomia (hyhyhy!), pozostająca w związku z nim w miłości, mierzonej hajsem i szansą na karierę. Główną motywacją dla Koterskiego jest ruchanie, ale nie dlatego że jest niewyżyty tylko, że to się dobrze sprzedaje „we internecie” i tego oczekuje od niego „siedemset tysięcy folołersów”. Żeby się ruchał. Próżno szukać więcej logiki.

    Czeczot gra w grę VR-ową w łazience, więc z tego powodu wydaje okrzyki zmęczenia. Ostrowska wnioskuje z tego że się masturbuje i myśli o innych kobietach, więc zaprasza do ich domu parę Liszowska-Koterski.

    Plottwist, o ile makaron spaghetti możemy nazwać świderkami, jest taki, że gdy przychodzi co do czego to początkowo niechętny Czeczot widząc Liszowską nagle nabiera ochoty na „f*gle”, natomiast Ostrowska dochodzi do wniosku, że trochę jednak chujowo że jej mąż podnieca się innymi kobietami i staje się niechętna. Okazuje się, że Liszowska to jego dawna miłość która porzuciła go dla Koterskiego, ale on cały czas ją kocha i teraz chce porzucić żonę żeby bzykać się z Liszowską. Ona odwzajemnia to uczucie, ale nie jest głupia, więc obstaje przy Koterskim. Film kończy się w ten sposób że Koterski się oświadcza Liszowskiej, a Ostrowska odchodzi od Czeczota, bo próbował bzyknąć swoją byłą. _Lubimy się bawić w duuuuuużym gronie._

    I tyle. Grażyniarskie żarty marriage bad są tak typowe jak można się spodziewać. Zakończenie wydaje się być, głębokie, refleksyjne, niejednoznaczne - no bo nie kończy się tak dobrze! Taki komentarz przeczytałem na Filmwebie:

    Ja już widziałem i mocno mnie zaskoczył. Film jest całkiem śmieszny, ale to co ciekawe niesie za sobą również dosyć poważny przekaz dotyczący relacji międzyludzkich w dzisiejszych czasach. Na pewno jest to odskocznia od standardowych komedii romantycznych. Szczególnie błyszczą Koterski, Ostrowska, Czeczot. Oświeciński zagrał za to zupełnie inną rolę niż zazwyczaj. Na pewno warto iść, bo zwiastuny nie do końca oddają to, czym jest ten film.

    Przy założeniu, że to nie komentarz kogoś zaangażowanego w promocję, tylko naprawdę ktoś tak uważa — cóż, jeżeli ktoś całe życie mieszkał w lepiance pod ziemią, to nawet wysypisko śmieci może robić wrażenie. Na seansie na którym byłem, doliczyłem się osiemnastu osób - niezbyt reprezentatywna grupa, ale trudno. Większość zarykiwała się ze śmiechu, a wychodząc jedna z pań stwierdziła do partnera: on to był zupełnie jak ty! A ponieważ nie przylecieli helikopterem, to zakładam, że chodziło o parę czeczotową. Bardziej mnie to smuci niż wzbudza jakąkolwiek emocję, że są ludzie, którzy bezrefleksyjnie potrafią doszukać się w ekranowym patoduecie podobieństw do siebie. Kogoś dziwi, że młodzi ludzie nie chcą brać ślubu, skoro utrwalony jest archetyp, że każde małżeństwo jest piekłem? Jebać.

    Ale: musi faktycznie wymrzeć następne pokolenie żeby zmieniło się myślenie na ten temat. To mnie nie dziwi - w mniej lub bardziej zbliżonej formie ten aspekt wojny płci pojawia się w praktycznie każdej komedii, bo jest łatwy, więc do tego się tak nie doczepiam. Jednak pojawienie się innego elementu w tym filmie wyjątkowo mnie zaskoczyło, bo nie spotkałem się z tym od paru ładnych lat.

    HYHY, GEJE! JEDYNA ŚMIESZNIEJSZA RZECZ OD CHŁOPA PRZEBRANEGO ZA BABĘ!

    Nie zapomniałem o zapowiedzianej w pierwszym akapicie homofobii. Obok całej historii faktycznie powiązanej ze Swingersami dzieje się też drugi wątek, który W ŻADEN SPOSÓB nie jest powiązany z przedstawionymi wcześniej wydarzeniami na ekranie. Sobie tak egzystuje ten fragment filmu, w przeciwnym wypadku nie starczyłoby materiału na nawet sześćdziesięciominutówkę. Biorą w nim udział trzy osoby dramatu — Antek Królikowski, Barbara Kurdej-Szatan oraz onegdaj zaangażowany w działalność w zorganizowanej grupie przestępczej Tomasz Oświęcimski. Ich wątek zaczyna się od tego, że półnaga Barbara znajduje się na zamkniętym balkonie, po czym przedostaje się na sąsiedzki balkon należący do Antka Królikowskiego. Antek szykuje kolację. Zdaje się dobrze gotować, stara się w przygotowaniach, ewidentnie na kogoś czeka. Ale ratuje z opresji Barbarę, daje jej odzienie i próbuje pomóc. Ona jest rozgoryczona, że on będzie dzisiaj ruchał - skoro przygotował kolację - a ona nie (bo na tym balkonie to ją zamknął facet bo przyszła jego żona i on się z nią ruchał hehe). Antek w tym czasie dostaje gniewne esemesy zakończone emotkami - „ty się nie starasz :(((”, „nie chcę cię znać :’( to koniec” etc. Wkurwiony, że wszystkie przygotowania na nic postanawia się najebać razem z Barbarą i trafiają do łóżka.

    Widz wie doskonale co się dzieje już od samego początku, ale ostatkiem sił liczy, że nie będzie to aż tak żałosne. Twórcy filmu decydują się jednak przetrzymać nas w niepewności tak mniej więcej do połowy, kiedy wprowadzona jest postać gangstera Tomasza Oświęcimskiego. W sensie, on w tym filmie gra gangstera, który wozi kogoś w bagażniku co jest megaśmieszne w ogóle; dlatego czułem się w obowiązku podkreślić jego przeszłość. Którą zostawił za sobą. Ech.

    Więc, Oświęcimski przyjeżdża z kwiatami, a my powinniśmy uwierzyć w to, że idzie z nim do Barbary, ale nie!

    ON PRZYJEŻDŻA DO ANTKA! JEST GEJEM! :O SZOK

    Kwiatuszku, orzeszku przebacz mi, nie chciałem na ciebie nakrzyczeć — nie, to ty mi przebacz, nie byłem dla ciebie dobry. Jedynym źródłem gagów jest to, że oto potężny aktor Tomasz Oświęcimski, który gra zatwardziałego gangstera jest… gejem. A przecież to takie niemęskie. Więc wykręcamy to do maksimum, jest wrażliwy, ckliwy, uroczy… BO JEST GEJEM.

    W galerii obleśnych i prymitywnych żartów w tym filmie prym wiedzie ten, gdy Oświęcimski odkrywa obecność Barbary w mieszkaniu i mdleje z wrażenia. Antek sugeruje Barbarze usta-usta, po czym ona pyta:

    — Co on tam miewa najczęściej?
    — A zgadnij!

    Brakuje tylko, żeby Królikowski odwrócił się do kamery i zrobił śmignięcie językiem po wewnętrznej stronie języka. Bo chodzi o kutasa. Bo jest gejem. Więc lubi ssać penisy. Chodzi o żart z uprawiania seksu przez mężczyzn. Że jeden posiadacz siurka bierze do ust drugiego siurka. A jak są dwa siurki w jednym ciele to poziom męskości sinusoidalnie z wartości 1 przechodzi do 0. Dokładnie o to chodzi. R-U-C-H-A-Ń-S-K-O nie jest tak śmieszne, ale H-O-M-O-R-U-C-H-A-Ń-S-K-O?! Jakże się nie zaśmiać.

    Oczywiście to ordynarny, średnio śmieszny żart, ale czy to powód żeby mówić o homofobii? Według niektórych, mogło to być za mało, więc film bardzo wyraźne i podświadomie daje nam do zrozumienia swoje intencje wobec osób nieheteroseksualnych. W scenach, w których widz ma tkwić w niepewności, czyli być skończonym kretynem i nie domyślić się wątku gejowskiego w tym filmie, zarówno Antek Królikowski jak i Tomasz Oświęcimski grają normalnie. Zupełnie tak, jakby geje byli normalnymi ludźmi, nie? Jednak gdy prawda wychodzi na jaw, cała kreacja się zmienia, niemalże z automatu stają się wyuzdani i flamboyant (w języku polskim nie ma chyba słowa wyrażającego ten przymiotnik, które jest cenzuralne, wiadomo o co chodzi). Są wrażliwi i emocjonalni - BO SĄ GEJAMI. Płaczą i wyznają sobie miłość - BO SĄ GEJAMI! Antek umie gotować i podać do stołu - BO JEST GEJEM!

    Jezus kurwa ja pierdolę i wszystkie świętości jakiejkolwiek kurwa przyzwoitości i normy, który my mamy wiek? Pytam o wiek, nie o rok, bo ten film jest bardziej cofnięty w rozwoju społecznym niż filmy z początku lat 2000.

    Tu nie chodzi o to, że homoseksualizm jest świętością, wobec której nie wolno żartować. Jednak czy sam fakt obecności pary gejowskiej w filmie jest czymś wywołującym salwy śmiechu? Nie. Tak samo jak para heteroseksualna nie jest zabawna. Może dodając kontekst „starego polackiego małżeństwa” jak w pozostałej części filmu może to kogoś rozbawić. Ale tu tego brakuje. Tu jest tylko chłop + chłop. Śmiej się, paziu.

    Najgorsze jest jednak to, że to do niektórych ludzi trafi. Istnieje wcale nie taka marginalna część społeczeństwa, która wyjdzie z kina uchachana od ucha do ucha, która będzie na tym filmie konać ze śmiechu. Ba, podejrzewam, że i części wykopków by się spodobał - w końcu wątek p0lki i przegrywa grającego w gierki obsypane pogardą wobec homoseksualistów — nie udawajmy, że takich grup użytkowników tutaj nie ma. #neuropa to przecież zwariowana lewacka mniejszość świrująca na punkcie politycznej poprawności, nie?

    Pytanie tylko co z tego. Nie każdy żart jest warty opowiedzenia. To rzecz trochę ponad podziałami politycznymi, ale zakorzeniona bardzo mocno w podziałach intelektualnych. Twórcy pozostając na takim poziomie mówią wprost - na to najwięcej nas stać, na to najwięcej zasługujecie. Nie wierzę w istnienie ludzi, który rozbawi TYLKO taki humor. Ale taki jest zrobić najtaniej i najprościej. Jeśli nie widać różnicy to po co przepłacać, wspaniale! Przyzwyczajajmy widza do chujozy. A już boże broń nie wkładajmy w to żaden wysiłku. A potem bądźmy zdziwieni że otaczają nas idioci.

    Stonoga miał rację. Trzeba nas Polaków ruchać i na nas zarabiać. Brawo Solorz. Ciekawą rzeczą jest to, że oceniając przez pryzmat materiałów promocyjnych, ten film po prostu powstał. Ot, tak, jak pstryknięcie palcami.

    Nie ma reżysera, nie ma scenarzysty. Bardzo trudno do informacji kto jest autorem tego gówna dotrzeć. To wiedza niejawna. Oczywiście na Filmwebie mamy to napisane wprost, ale nie o to chodzi. Reżyserem oraz scenarzystą jest niejaki Andrejs Ēķis — wyszukanie jego nazwiska nic nam nie powie w polskojęzycznym źródle. Można się jednak dowiedzieć, że jest łotewskim reżyserem, autorem między innymi łotewskiego filmu „Swingers” z 2016 roku.

    Tak, tak. To po prostu chujowy, bezpośredni remake łotewskiej komedii, która jak na standardy łotewskie miała przełamać tabu o seksie. Bo na Łotwie seks to temat tabu. Na Łotwie o seksie się nie mówi.

    Polska już od wielu lat nie jest tak pruderyjna. W Polsce o seksie się mówi i to sporo. Ale jeżeli mamy mówić tak jak mówią o tym Swingersi to może powinniśmy zamknąć kurwa ryj.

    ______________________________________________

    #cosobejrzanego

    Jak chcesz więcej to zostaw mi lajka na martwym FacebookuInstagramie albo słuchaj bardzo żywego podcastu na Spotify albo gdzieś indziej. Ostatnio o Vedze się zmuszałem, teraz przymuszam się do tego, ale bardzo źle się z tym czuję. Zrobię to. To przez poczucie misji. Chujowymi filmami nadaję swojemu życiu sens. Nie idźcie tą drogą.
    pokaż całość

    źródło: swingersi.png

  •  

    BAD BOY (2020) - reż. Patryk Vega
    #film #cosobejrzanego #badboy #dziesiatamuza #kino

    — Pracujesz pod przykrywką, chcesz to rozpierdolić?
    — Sytuacja jest dynamiczna.
    — Twoja cipa jest dynamiczna!


    Zazwyczaj na początku recenzji umieszczam cytat z omawianego filmu, który najlepiej oddaje ducha minionego seansu. To wychodzi dość organicznie, zawsze coś zapada w pamięć. Tym razem miałem nie lada zagwozdkę — raz, że kwiatków tego pokroju było w tym filmie mnóstwo i trudno z oceanu chujozy wybrać najmniej cuchnącą szambem przystań, a dwa - oczywiście, że kurwa POŁOWY DIALOGÓW NIE SŁYSZAŁEM.

    Patryk Vega już na starcie pokazuje, że robi film dla Polaków czyli zgodny ze standardami niesławnej polskiej szkoły realizacji dźwięku. Oczywiście kurwa, dlaczego miałoby być inaczej?! Nic w tym filmie nie jest zrobione nie „na odpierdol się”, to dlaczego dźwięk dla odmiany miałby być zrobiony poprawnie?

    Ale to przecież Vega, tego można było się spodziewać.

    To już trzeci tydzień mojego osobistego wyzwania z polskim kinem. Dopiero trzeci film - po 365 dniach i Zenku (których podcastów możecie posłuchać kolejno tu i tu). I ja już mam dość. Nie daję rady. Jest mi słabo. Jak sobie pomyślę, że przecież na pewno są w tym kraju ludzie, którzy oglądają wszystkie polskie filmy (nie wiem, chociażby w PISFie, czy gdzieś), to chce mi się płakać, bo to wielka niesprawiedliwość. Szambonurek dostaje przynajmniej specjalny kombinezon.

    Obiecywałem sobie, że ograniczę wulgaryzmy i słowa powszechnie uznawane za niecenzuralne. Ale przy tym filmie się nie da. To nie jest kwestia dostosowywania języka do odbiorcy czy dzieła - po prostu mogę tym samym udowodnić, że problemem u Vegi nie są nadużywane przekleństwa, które są naturalną częścią języka, ale prymitywność w obchodzeniu się nimi. Można przeklinać z gracją, wyczuciem, poezją (pozdrowienia dla Marka Koterskiego), ale można też mieć wyjebane i pisać pierwsze lepsze zdanie, które przyjdzie nam na myśl. Vega niewątpliwie ma wyjebane, ale nie oskarżę go o to, że jakakolwiek myśl przesłania mu wizję pieniędzy podczas pisania scenariusza.

    Ale to przecież nie jest nic nowego, to przecież Patryk Vega, człowiek symbol chałtury, ikona komercjalizacji kina i żerowania na durnocie polskiego społeczeństwa. Fakt. Niniejszy tekst w tej kwestii nic nie zmieni. Nie odkryję Ameryki, nie wystąpię w roli obrońcy, nie powiem nic, czego nikt by wcześniej nie wiedział. To dobry moment żeby przestać czytać. Śmiało, zostaw plusa, zescrolluj dalej, nie poświęcaj ani minuty więcej swojego życia na jakąkolwiek dalszą refleksję nad Patrykiem Vegą. Nie jest tego wart. Ten film nie jest tego wart.

    Już w tej chwili w pisanie tego strumienia świadomości włożyłem więcej wysiłku i serca niż ktokolwiek zaangażowany w produkcję włożył w ten film. Ba, nawet ty, czytelniku, docierając do tego miejsca, dałeś od siebie więcej niż byłoby od ciebie wymagane przy tworzeniu Bad Boya.

    To jest film zły. Niedobry. Przeokropny, chałturzący, przeraźliwy, koszmarny, beznadziejny, horrendalny, wybrakowany, cienki, fatalny, płytki, ordynarny, kiepski. Widzicie ile z głowy wymienię przymiotników pokazujących bogactwo języka polskiego? To i tak cztery razy więcej niż liczba rodzajów przekleństw znanych Vedze. Ale to przymiotniki opisujące ładunek emocjonalny, czyż nie? Spokojnie drogi widzu, żaden z nich nie wynika z faktycznego seansu. Bad Boy nie zapewnia emocji. Nawet wkurwienie czy rozczarowanie — to przychodzi później. Chyba raz podczas seansu ktoś się zaśmiał, ale nie umiem tego wyjaśnić. Chyba z przyzwyczajenia, że cokolwiek w kinie powinniśmy czuć.

    Bad Boy sprawił, że zacząłem doceniać Blankę Lipińską, którą przecież ostatnio tak strasznie zjechałem. Ona także opanowała do perfekcji sztukę ruchania na swoich odbiorcach i plucia im w twarz. Ale jednak! Jako początkująca, jeszcze nie przesiąknęła cynizmem i wierzę, że ona naprawdę wierzy w jakościowość swoich dzieł. Vega nikomu nie wmówi i nikogo nie oszuka, że robi to tylko po to aby bardziej srać pieniędzmi. Nie żeby w kapitalistycznym świecie to było coś złego. A nie, poprawka — to wszystko co złe, w kapitalistycznym świecie.

    365 dni w porównaniu z Bad Boyem to głęboki i wielowarstwowy traktat filozoficzny, który z pasją i należytym researchem naukowo wręcz analizuje seksualność we współczesnym świecie i z szacunkiem podchodzi do problemów współczesnych kobiet. I o dziwo przez Bad Boya doceniłem kunszt w kuriozum scen seksu w filmie Blanki Lipińs— przepraszam, Barbary Białowąs.

    Chuj wie o czym jest ten film. Naprawdę, nie umiem nawet tego filmu spłycić dostatecznie żeby to było rozsądne. Producent i dystrybutor też chyba nie wiedział, bo początkowo to był film UKAZUJĄCY PRAWDĘ O KULISACH POLSKIEJ PIŁKI NOŻNEJ, no ale chuje w dupie dzikie węże, nikt się już na to nie nabiera, bez względu na to, że umieścisz trzydziestosekundowy występ gościnny Turbodzbana i Pacaneszko. Dlatego w ostatniej chwili, przez ostatnie dwa tygodnie reklamowano to jako romantyczną opowieść o jednej kobiecie, która stoi w rozkroku między dwoma braćmi - Kainem i Ablem, dobrem a złem.

    Porównanie do Kaina i Abla faktycznie pojawia się w filmie. Takich popkulturowych smaczków znajdziemy na ekranie więcej. Ale w skrócie - zaczynamy od pociągu, którym jadą kibole. Pociąg się zatrzymuje i z krzaków wyskakują inni kibole. Napierdalają się. Ponieważ w Polsce nic się nie zmieniło przez dwie dekady, ta scenka rodzajowa może równie dobrze dziać się we współczesności, albo kiedykolwiek wcześniej kiedy istniały pociągi. Ostatecznie okazuje się, że to rok 2005, ale Patryk ma kompletnie w piździe to czy to pokaże czy nie. Widz, który pewnie i tak się tego domyśli po sumiastym i kuriozalnym wąsie Grabowskiego nie musi się domyślać niczego. Widzu, kurwa, nie myśl na moim filmie byku, nie?

    Koleś, który zatrzymał pociąg to ojciec dwójki głównych bohaterów - Macieja Stuhra i Antoniego Królikowskiego. Napierdala żonę, wylewa zupę, drze japę z szalikiem nad obiadem. W końcu młody Antek nie wytrzymuje i sprzedaje mu kosę pod żebra po czym spierdala. Następnie młody Stuhr pod wpływem perswazji w ogóle nie odmłodzonego Grabowskiego, ale posiadającego wąsa żeby zaznaczyć upływ czasu, sprzedaje brata psiarskim. W ciągu pierwszych 8 minut mamy zarysowany konflikt dobra i zła — Antek zostaje ultrasem, a Stuhr policjantem, tak jak pokłosie zamordowania ojca im to naznaczyło

    Widzu, proszę cię, nie zastanawiaj się dlaczego Morderczy Antek zostaje ultrasem i kibicem ukochanego przez znienawidzonego ojca klubu. Nie musisz. Vega wszelkie rozterki zamyka puentą filmu: dzieciństwo ryje banie, nie byku?, to są motywacje bohaterów

    Fabuła rozkręca nam się jak gówno w betoniarce. Umiera matka ich obu i Antek przychodzi na pogrzeb z oprawą stadionową i ultrasami śpiewającymi hymn klubu nad grobem. Stuhr załamuje ręce, bo jeszcze nie wie, jaką chujozę będzie odpierdalał za pół godziny. Potem przychodzi Grabowski do Stuhra i mówi mu - słuchaj ziomek tera pracujesz pod przykrywką, udupmy twojego brata Stuhr się opiera, ale po tym jak dostaje wpierdol na stadionie wraca i mówi okej, udupmy mojego brata. Antek trafia do aresztu pod zarzutem rozboju, seksowna, ale nie dająca się stłamsić pani prokurator grana przez Małgorzatę Kożuchowską (która na potrzeby tej roli musiała włożyć wiele pracy - np. zmienić uczesanie grzywki z lewej strony na prawą) stawia warunki, ale okazuje się ŻE TO WSZYSTKO UKARTOWANE PRZEZ GRABOWSKIEGO (bo Kożuchowska jest jego byłą żoną to jest ważne dla fabuły)

    Nadążacie?

    Wpadają na pomysł, aby w klubie umieścić wtykę. Z tego powodu ściągają swoją tajną broń - Olę. Ola jest adwokatem po aplikacji, ale jest także policjantką, bo, tu cytat: nie chce spędzić reszty życia za biurkiem. Pędząc szybko dalej zanim dotrze do nas, jak bardzo to nie ma sensu, Grabowski uknuł iście szatańską intrygę: Stuhr i Ola będą mieszkać razem i udawać parę, po to aby Ola mogła jako adwokat wyciągnąć Antka Królikowskiego z więzienia, a potem dając mu dupy (bo wiadomo, że po bracie smakuje najlepiej) uczestniczyć w jego przejęciu klubu i być zarazem świadkiem niecnych interesów.

    W tym momencie muszę nadmienić bardzo ważny wątek, który w przeciwieństwie do byłego małżeństwa Grabowskiego i jego przygód na siłowni (jest trwająca pięć minut sekwencja jak Grabowski wstaje z łóżka, idzie do lekarza, ten mu mówi żeby iść na siłownię, Grabowski idzie na siłownie, zaczyna zażywać suplementy, zaczyna wstrzykiwać sobie testosteron, podczas kardio w parku napotyka jakąś typiarę, idzie z nią do łóżka po to aby w trakcie ujeżdżania powiedzieć ”wiesz co, ja to jednak wolę się kochać niż ruchać” po czym wraca do swojej byłej żony Kożuchowskiej — ten absolutnie pokurwiony podwątek ma więcej sensu niż cała reszta filmu) — w przeciwieństwie do Grabowskiego, ten wątek jest istotny dla reszty filmu - STUHR JEST IMPOTENTEM.

    Ola i Stuhr aby podtrzymać swoją przykrywkę muszą się ruchać. Problem w tym, że mu nie staje. Nie staje mu z nią, nie staje mu jak ogląda pornola i wali sobie konia i widzimy pośladki Stuhra jak wali sobie konia i próbuje dojść. Zaczynają rozmawiać dlaczego mu nie staje. To dlatego, że jego brat był bardziej kochany, a on mniej i że w ogóle dzieciństwo ryje banie. Niesamowicie dużo czasu jest poświęcone na impotencję Stuhra, zdecydowanie więcej niż wgryzienie się w szczegóły ambitnego planu przejęcia klubu przez ultrasów.

    Ola nawiązuje nić porozumienia z Antkiem, zaczynają się ruchać — on w więzieniu przeczytał Księcia autorstwa Niccolo Machiavelliego i uknuwa iście szatańską intrygę aby przejąć klub: nawiązuje „sztamę z Ajaxem, a potem z Moskwą i Bukaresztem”, czyli dogaduje się z bojówkami ichniejszych klubów na wymianę narkotykową. Oni mu haszysz, heroinę, ecstasy, kokainę i marihuanę, a on im… no właśnie co.

    Amfetaminę. W mojej iście ulubionej scenie w 20 sekund Antek Królikowski tłumaczy że polska amfetamina jest znana na całym świecie, ale laboratoria „zbyt często wpadają bo ludzie po zapachu wyczuwają że ktoś gotuje fetę”, dlatego Antek wymyśla MOBILNE LABORATORIA UMIESZCZONE W TIRACH, których nikt nie wykryje.

    jeśli myśleliście, że to jedno z tych zawoalowanych odniesień do popkultury, to nie dawałbym aż tyle zaufania. Patryk po prostu podjebał pomysł Breaking Bad, prawdopodobnie nie oglądając serialu, ale hyhyhy, brzmi fajnie

    Antek zarabia hajs, odpierdala burdy na stadionie żeby przekonać prezesa do oddania mu klubu, ale po tym jak to nie przynosi rezultatu to musi uciec się do uczciwych metod. Dokonuje agresywnego przejęcia zarządu klubu - nie wchodząc w szczegóły, wiąże się to z uczeniem dresów gry w szachy, a skutkuje to sceną kiedy banda dresów na walnym zebraniu zarządu drze japę jeden po drugim ”JESTEM WALNYM ZGROMADZENIEM”

    to jest to nawiązanie do popkultury, bo scena ta niemal idealnie żałośnie imituje jedną z najpiękniejszych scen kinematografii czyli aresztowanie Spartakusa z filmu Kubricka, ale tak jak w przypadku Breaking Bad, nie sądzę aby Patryk w ogóle wiedział co małpuje

    Fast forward - prezesem klubu zostaje Ola, a Antek steruje wszystkim zza kulis, bo, tu kolejny cytat: będę kurwa jak Kaczyński. Zastraszają zawodników, torturując ich po każdym przegranym meczu, a jednak pomimo pasma samych porażek, klubowi udaje się doprowadzić do spotkania kwalifikującego do europejskich pucharów. Przy okazji ruchają się na murawie. Nie wiem dlaczego czułem potrzebę umieszczenia tej informacji tutaj, tak jak nie wiem dlaczego ta scena w ogóle pojawiła się w filmie.

    I teraz uwaga — policja ma już dość dowodów żeby zamknąć sprawę, ale Oli tak dobrze się rucha z Antkiem że namawia ich, aby poczekali na ostateczny gwóźdź do trumny, czyli transport tony koksu. JEDNAKOWOŻ podczas meczu z hiszpańską drużyną z europejskich pucharów, naćpany koksem Antek Królikowski w przypływie frustracji rzuca scyzorykiem z loży VIP i trafia w zawodnika przeciwnej drużyny!

    O nie! To koniec! Dopiero teraz policja mu się za niego wziąć. Antek zamyka interes, ale ma jeszcze jedną ostatnią rzecz do załatwienia — czyli przyjęcie tony koksu. Ale! Ola zapomniała, że jest adwokatem-ukośnik-policjantem i ostrzega go o całej obławie. Udaje im się aresztować płotki, Grabowski jak przystało na polskiego policjanta jest skołowany i nie wie co się dzieje.

    Ola z Antkiem wpadają do mieszkania żeby zabrać rzeczy przed ucieczką, ale co to, uwaga uwaga. W mieszkaniu czeka na nich Stuhr! I trzyma broń. Bokiem. Jak gangster. To symbolizuje jego upadek. Mówi, że są aresztowani i że „na glebę kurwa!” Wydaje się, że sytuacja jest już podbramkowa i cała sprawa zamknięta. Jednakże…

    tak, tak, wiem że wiedzieliście, że to się stanie, wraca temat impotencji Stuhra, jak się okazuje to był naprawdę istotny wątek!

    Ola do niego podchodzi pewna siebie: nie strzeli. nie ma jaj. jest impotentem. siurak mu nie staje. konar nie chce zapłonąć. niech to wybrzmi — Stuhr jest impotentem i jego dysfunkcyjna kuśka jest gwarancją jego niemęskości, z tejże przyczyny nie strzeli w nas

    I co za niespodzianka. Strzela. Trafia w Antka. Wrzask i krzyk. Antek osuwa się na ziemię. Ola drze japę. Stuhr bierze ją za włosy i zaczyna napierdalać jej głową w ścianę. A potem…

    tak jak w tym obrazku: | <— do tego się nie posunie, a jest już oooo, daleko, daleko, o tu: | o

    …wyciąga swoją kutangę, która WRESZCIE MU STOI PO ZAMORDOWANIU BRATA I ZACZYNA GWAŁCIĆ OLĘ. Zerwał z klątwą, może teraz bezkarnie ruchać. Stosunkowo szybko zaczyna dochodzić, jednakże w momencie orgazmu…

    oczywiście, że spodziewaliśmy się kolejnego plottwistu

    STRZELA DO NIEGO ANTEK, RATUJĄC SWOJĄ UKOCHANĄ.

    tym razem, raczej już nieświadomie, Vega małpuje kultowe w swoim patosie zakończenie drugiego sezonu O.C.

    Stuhr umiera w konwulsjach, czy to z powodu orgazmu, czy to z powodu śmierci. Nie wiem. Jednak dla Antka jest już za późno. Kula przeszła na wylot. Jednak wsiadają razem z Olą do samochodu i odjeżdżają w miasto, w kierunku zachodzącego słońca. Ekran gaśnie. Plansza końcowa. Wreszcie koniec.

    Z ogromną satysfakcją spoileruję wam cały film, żebyście nawet nie pomyśleli o pójściu na ten film z ciekawości. Nie trzeba. Jak powiem, że opisałem to miliard razy ciekawiej niż pokazał to Vega i tak wykazuję się mniejszym samozachwytem niż Vega myślący, że ma kiedykolwiek szansę na Oscara.

    Ten film jest chujowy. Nikogo to przecież nie zaskakuje. Ale nawet na standardy Vegi jest chujowy-chujowy. Wybija się na tani komercjalizm, tak tani, że gdyby był przesyłką na AliExpress nikt by go nie zamawiał, no bo kurwa nie ma głupich.

    Koniec. Skończyłem już kurwa z bronieniem aktorów którzy grają u Vegi i nie akceptuję już argumentu że jakoś na chleb trzeba zarobić plus fajne godziny pracy są i można potem grać w teatrze, kurwa no nie. Aktorzy i aktorki grający u Vegi nie mają godności ani integralności artystycznej. Kropka. Są jebanym odpowiednikiem politdruków i propagando-mediaworkerów zatrudnionych na etat przy tworzeniu Wiadomości na TVP.

    Mamy ich całą plejadę tutaj. Są ludzie, którzy w przypływie bezrozumnego oszołomienia byli w stanie stwierdzić, że Maciej Stuhr jest utalentowanym aktorem - na szczęście swoją rolą impotenta o ekspresji Beaty Szydło rozwiał wszelkie wątpliwości.

    Stuhr jest w tej roli tak mierny i tak irytujący, że zupełnie szczerze rozważam oddanie głosu na Andrzeja Dudę w wyborach prezydenckich, bo może kolejne pięć lat Stuhrowego ujadania w mediach społecznościowych w jakiś sposób zrekompensuje mi godzinę czterdzieści oglądania jego impotenckiego ujadania na ekranie.

    Oczywiście tego nie zrobię, bo na Polsce zależy mi bardziej niż Stuhrowi. Dowód? Nie wystąpiłem w żadnym filmie Vegi, a Maciej Stuhr już w dwóch. 0:2, mofo.

    Jest także Antek Królikowski, człowiek określany przez Vegę jako polski Leonardo DiCaprio. Trochę rozumiem tę analogię - Leoś zaczynał swoją karierę na dużym ekranie od wyśmienitej roli w Co gryzie Gilberta Grape’a, gdzie tak dobrze wcielił się w rolę chorego umysłowo chłopca, że ludzie, zastanawiali się czy to gra, czy on naprawdę jest taki. Z kolei Antoś, którego oglądamy czy tego chcemy czy nie na naszych ekranach od 15 lat, teraz wciela się w rolę która budzi podobne wątpliwośc—

    Okej, to byłoby za daleko. Ten żart nasuwa się od razu, ale nie chcę znęcać się nad kwiatem polskiego aktorstwa kosztem chorych ludzi. Zostawmy tę sztukę Vedze.

    Przy swojej roli nie korzysta z żadnej powszechnie znanej metody aktorskiej, ale wydaje się, że uzewnętrznia swojego wewnętrznego Sebastiana Fabijańskiego. To inny aktor młodego pokolenia, także znany z grania filmów u Patryka Vegi, ale przynajmniej Sebastian jest trochę jak jedzenie z baru mlecznego nieopodal dworca kolejowego - you get what you’re paying for, znalazł swój własny unikalny styl i w każdej roli robi to samo, to nie jest złe, aktorzy charakterystyczni też są potrzebni.

    Ale z racji tego, że Fabijański i Vega się chyba trochę pokłócili, to młody Królikowski musiał się zmierzyć z rolą opartą na chaotycznym bujaniu głową, tikach nerwowych, darciu japy bez krzty wyczucia i patrzeniu w przestrzeń znajdującą się za bohaterem niż w bohatera. Wychodzi kuriozalnie.

    Ale znowu! Przecież to nie zaskakuje! Tak jak chujowość filmu Vegi nie zaskakuje, tak tragiczny poziom aktorski Królikowskiego i Stuhra też nie zaskakuje. Dziwi was to? Jeśli tak, to przeczytajcie jeszcze raz, ale bardzo powoli nazwiska „S-T-U-H-R” oraz „K-R-Ó-L-I-K-O-W-S-K-I” i zapytajcie sami siebie dlaczego ci panowie znajdują się obecnie w tym miejscu w którym się znajdują.

    ale to przecież też nie zaskakuje, chyba każda sztuka artystyczna jest tym zjawiskiem obarczona

    Gdybym był spin doctorem albo fałszywą gnidą, która za pieniądze musiałaby bronić najnowszy film Patryka Vegi, o dziwo nie byłoby to tak trudne. Polska widownia łyka to od ponad 7 lat. Mógłbym powiedzieć, że z iście autorskim wyczuciem Patryk Vega rzuca nas w świat swojej własnej osobistej fantazji. Że tak jak Quentin Tarantino buduje od zera świat każdego filmu, który uzupełnia popkulturą oraz uzasadnioną wyfetszyzowaną przemocą aby wytknąć widzowi jego własne pragnienie prymitywizmu, tak i Patryk Vega kreuje fałszywą narrację — świat w którym relacje międzyludzkie dzielimy na rżnięcie oraz na ruchanie, ludzie są głupi albo bardzo głupi, a przemoc po prostu zajebiście wygląda.

    Może tak jest? Może Patryk Vega jest mistrzem antropologicznej obserwacji i w patusiarski sposób pokazując świat patusiarstwa, chce też nas skłonić do refleksji nad naszym własnym patusem, który drzemie w każdym z nas. Może Bad Boy to komentarz na temat coraz to popularniejszych patostreamów - serwując nam wyreżyserowany spektakl odpowiadający naszym potrzebom.

    Problem w tym, że żadnej refleksji nie ma. Żadnej przyjemności też nie. O zaspokajaniu potrzeb też można zapomnieć. Nic kurwa nie ma i niczego nie będzie. Bad Boy jest merytorycznym odpowiednikiem programu Kononowicza w wyborach na prezydenta Białegostoku. I wizualnym odpowiednikiem kuców, którzy obok niego stali z ramienia KWW PODLASIE XXI WIEKU.

    JEDNAKŻE, jeżeli teza o podobieństwie Tarantino i Vegi jest prawdziwa, należy pamiętać, że w świecie fantazji Tarantino umiejscawia też sam siebie. Zaspokaja się każdym filmem - głównie metafizycznie, ale może też fizycznie. Tarantino jest znany ze swojego zamiłowania do kobiecych stóp, dlatego w każdym jego filmie będziemy mieli kobiecą postać chodzącą boso.

    Czy w takim razie istnieje jakieś głębsze uzasadnienie wprowadzania wątku BOHATERA KTÓRY JEST IMPOTENTEM I KTÓREMU NIE STAJE SIUSIAK GDY WIDZI SEKSOWNĄ KOBIETĘ, A JEDNAK STAJE MU WTEDY GDY ZABIJA SWOJEGO BRATA I MOŻE ZGWAŁCIĆ NAJBLIŻEJ ZNAJDUJĄCĄ SIĘ OBOK NIEGO SEKSOWNĄ KOBIETĘ.

    Nie wiem. Ale trochę się domyślam.

    pokaż spoiler Jest jeden aspekt rzeczywistości Vegi, osadzony w prawdziwym świecie. Najbardziej realistyczną rzeczą jest plan budowy osiedla mieszkaniowego zaraz przy stadionie.


    ——————————————————————————————————

    #kino

    Jak chcesz więcej to zostaw mi lajka na martwym FacebookuInstagramie albo słuchaj bardzo żywego podcastu na Spotify albo gdzieś indziej. Niedługo będzie o Vedze, ale nie ma opcji, że zmuszę się do mówienia więcej niż kwadrans o tym chłamie.
    pokaż całość

    źródło: badboy.png

    •  

      @Joz: Ty ale zaszales z objetoscia tekstu. Mniej lania wody i pierrdolenia a wiecej konkretow.

    •  

      @Joz: przeczytałem dwa miesiące temu i śmiechłem, korzystając z tego, że mamy któryś dzień kwarantanny i Netflix wspiera polskich twórców obejrzałem ten film i wróciłem do tej recenzji - stwierdzam, że to takie 9/10 wśród recenzji oddaje idealnie ducha filmu z niewielkimi uwagami.
      Bardziej bym podkreślił, że ilość idiotyzmów poraża, co chwila Antek odkrywa jeden prosty trik na rozwiązanie problemu np jak prowadzić klub? Proste trzeba komuś wpierdolić:
      - jak piłkarz wziął w łapę by wbić mega oczywistego samobója, to wpierdol aż wyda od kogo wziął i wpierdol temu kto dał łapówkę
      - jak piłkarz grał na kacu, to trzeba mu rozpierdolić nogę, na boisku więcej już nie zagra, to może sobie pić
      - jak piłkarz myślał o puszczającej się żonie podczas ważnego meczu tak intensywnie, że odpłynął w samym środku akcji i nawet nie zauważył że ktoś do niego podał, to robimy wyjątek, trzeba chłopu pomóc - wpierdolić kochankowi żony.
      Pomijam nawet takie szczegóły, że krew raz się leje gdy nie powinna innym razem gdy powinna jest jej zaskakująco mało.

      Z plusów jeszcze - film wydawał mi się lepszy niż Kobiety Mafii 2, tylko nie zrozumcie mnie źle, ostatnia reklama Laysów jest lepsza niż Kobiety Mafii 2, ten film to dno i metr mułu od Vegi, więc nie jest tak ciężko się w to dno nie zaryć tak głęboko płynąć kolejny raz.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (14)

  •  

    ZENEK
    #dziesiatamuza #film #zenek

    — Jak wyglądam?
    — Jak chuj w torcie.


    Faktyczny cytat z filmu Zenek dość trafnie oddaje ducha i klimat filmu. Jednak, o dziwo, nie jest to film tak słaby, jak ktoś mógłby się spodziewać. Powiedziałbym, że to film, który nawet ma swoje momenty i chwilami można go lubić. A już na pewno, stoi on daleko od pochwały gatunku jakim jest disco-polo czy wywyższania na piedestał Zenka Martyniuka… ale po kolei.

    ———

    Z polskim filmem jest trochę jak z polską piłką nożną.

    Jasne, mamy Roberta Lewandowskiego, który reprezentuje światowy poziom i zdobywa Oscary, jest kilku rokujących dobrze zawodników, którzy odnoszą pomniejsze sukcesy, ale wciąż na naszych rodzimych boiskach - wieje chujem. Mecze Ekstraklasy cieszą się olbrzymią popularności, podczas gdy jakością - mocno odstają.

    Luty z polskimi premierami kinowymi jest jak oglądanie sześciu kolejek Ekstraklasy z rzędu.

    Maraton zaczął się od 365 dni Blanki Lipińskiej, przepraszam, Barbary Białowąs. O nim możecie poczytać trochę więcej tutaj - a jeżeli nie lubicie czytać, to podcast można znaleźć tutaj.

    Jednak o tyle o ile wskoczenie na pociąg do wylewania pomyj na pseudoerotyk normalizujący gwałt było stosunkowo proste, to jednak z Zenkiem tak łatwo nie jest.

    Disco polo jakoś specjalnie nie słuchałem, ale czy je nienawidzę? Wydaje mi się, że większą antypatią pałam do niektórych polskich piosenek granych w RMF czy innych głównych stacjach. Podobnież postać Zenka Martyniuka gdzieś istnieje poza mną, wiem tyle ile z nienawistnych przekazów ludzi, którzy mówią, że disco polo nienawidzą, ale doskonale znają przekrój zespołów i ich wykonań.

    Takie podejście zapewnia mi jakąś dozę braku uprzedzeń do tego filmu. Oczywiście nie spodziewałem się arcydzieła ale po dwóch godzinach w głowie Blanki Lipińskiej tydzień temu naprawdę byłem w stanie nie oczekiwać niczego.

    Zacznę od negatywów, bo mam wybór w tej kwestii. Tak, są też pozytywy.

    Pierwszy i naczelny to fakt, że jest to film niespójny, nietrafiony i kompletnie bez pomysłu. Losy naszego herosa śledzimy z trzech momentów w czasie - pierwszy to Podlasie między latami 1985-1988, drugi to koncert w Ostródzie w 2004 roku, a trzeci to... rok 2020, współczesność opowiadana w konwencji filmu dokumentalnego telewizji „POLO REX”, w której postacie do kamery uzupełniają luki w historii, udając że to jakiś reportaż telewizyjny.

    Trochę to ryje banie, bo te przeskoki w czasie zdarzają się w najbardziej losowych fragmentach. Nie są one niczym uzasadniane - zwłaszcza że film rozpoczyna się od Ostródy, po to by po pięciu minutach przeskoczyć do lat 80. a wyjść z nich dopiero po godzinie. Te wstawki dokumentalne są abstrakcyjne, jak wyrwane z reklamy kredytu konsolidacyjnego, ale co gorsza, są dość psychodeliczne, bo są w stanie w tym samym ujęciu wejść w zupełnie inną opowieść. Stoi Jan Frycz w 2020 i coś tam pierdoli, bo sobie chłop chyba długów narobił że w tym gra i nagle w tym samym planie kamera się przesuwa a tu zium, lata 80, Zenek przymiera buty. O co chodzi kurwa?

    Pomijając jego losowość, to dość ciekawy zabieg. Szkoda, że jest potem przeruchany osiem razy

    Drugi element chujowości, także dość naczelny także istnieje w warstwie formalnej filmu. Trudno jednoznacznie stwierdzić czym ma być ten dwugodzinny seans. Tak jak w niemalże każdym dziele fabularnym historia jest zbudowana na bazie jakiegoś konfliktu, tak trudno znaleźć tu jakiś jeden wspólny motyw. Konflikt jest rdzeniem, to są rzeczy proste i oczywiste znane ze starożytności - bohater wyrusza w podróż, napotyka przeciwności, w punkcie kulminacyjnym je przezwycięża, wraca do domu ale zmieniony.

    Tutaj tego nie uświadczymy. Najbliżej zamknięcia w jednym zdaniu odpowiedzi na pytanie „o czym jest ten film?” byłoby stwierdzenie, że o… miłości? Kurwa, nie wiem. Ten film próbuje być o wszystkim a ostatecznie wychodzi o niczym. Jedno wiem na pewno. Nie jest to laurka dla Zenka, jak można by się spodziewać.

    A, bo zapomniałem:

    MOŻNA POLUBIĆ TEN FILM, JEŚLI NIENAWIDZI SIĘ DISCO-POLO

    Kurwa, paradoks, nie? Ale tak trochę jest. Opcje są dwie - albo ja się doszukuję co mam w zwyczaju, albo ludzie zaangażowani w produkcję Zenka są najbardziej nieświadomymi istotami od Buga aż do Odry. Od samego początku ten film nie ucieka od szerokiego postrzegania disco-polo. A nawet utwierdza w tym przekonaniu - disco polo to muzyka dla wsiurskich przygłupów bez szkoły, nie wymagająca przesadnych umiejętności, oparta na kradzieży konceptów. Wykonawcy tej muzyki zajmują się tym bo nic kurwa innego nie potrafią, bo wychowują się w miejscowościach bez perspektyw, więc grają żeby zarobić na chlanie, a chlają żeby grać. Ponadto jak nie chlają to rzygają, a jak nie rzygają i nie chlają to rozmawiają na najbardziej wzniosły temat jakim jest gadanie o dupach. To nie jest moja opinia. Taki wizerunek tej grupy wyłania się z Zenka

    Kazimierz Kutz opowiadał kiedyś taką anegdotkę, że jak przyjeżdżał do niego czasami Cybulski to wyskakiwał z pociągu i witając się wołał ”dupy, dupy, dupy!”. Te trzy słowa są bardziej treściwe i wyrażają więcej szacunku do kobiet, niż jakikolwiek dialog o cycach z tego filmu

    Słuchaczy muzyki disco-polo lżono, wyśmiewano, wyszydzano. Zostali przez brzydzący się nimi establishment zepchnięci na margines. Dopiero dobry Pan PiS w postaci prezesa TVP Jacka Kurskiego upomniał się o ich prawa, wyciągnął do nich pomocną dłoń i pomógł im wstać z kolan, stając się największym promotorem tej muzyki w Polsce.

    Jeżeli zwieńczeniem lansowania disco-polo jest ten film, to ja cofam to co powiedziałem o kobietach zachwyconych 365 dni. Tutaj to nie jest już plucie w twarz, to jest ciepły strumień menelskiego moczu na mordę entuzjastów tej muzyki, to jest wyrzucenie im od serca: ”wy kurwa robaki, tuuuu mam was i waszą wsiurską muzykę, możemy zrobić z wami wszystko, a i tak będziecie z nami, bo lepiej z nami niż z tamtymi antypolakami” To trochę, jak z płaskoziemcami, którzy dostali dowód na kulistość ziemi. Odrzucą go i będą trwać w tym w czym są, bo do pewnych rzeczy się już nie wróci

    I niektórym może się to spodobać, mi dość średnio, ale o wiele bardziej mnie to frapuje z perspektywy jakiejś antropologii kultury. Pod wieloma warstwami to film fascynujący, ale niezbyt ciekawy w oglądaniu.

    Bo oprócz tej pogardy i prymitywności to jest to także film zmarnowanego potencjału. I tak, zdaję sobie sprawę, że mówię o biografii Zenka Martyniuka, ale nawet to dało się zjebać. Można tutaj było pójść na całość i stworzyć rzeczy niestworzone, wejść w magiczny realizm i pokazać świat disco-polo jako miejsce ucieczki od codziennego dnia, beztroskiej zabawy. Nadać trochę kolorytu? Zrobić z tego musical, wrzucić ludzi tańczących na ulicy, cokolwiek. Tu by przeszło. Tu by naprawdę wszystko przeszło.

    Chuja. Zenek co prawda mówi, że gra, żeby ludziom było lżej. Raz, a potem to kończy jakimś debilnym skwitowaniem, które kończy wątek. Dwa. Jest tu bardzo mało muzyki tak naprawdę. I znowu, dla tych, którzy nie lubią disco-polo to dobra wiadomość.

    Możliwe że sobie wymyślam teraz i za twórcami nie kryje się żaden cynizm i pogarda, po prostu nieumiejętność, braki warsztatowe, ale najlepszym dowodem, niech będzie fakt, że piosenki PRZEZ TWE OCZY ZIELONE w tym filmie nie uświadczymy.

    Czaicie? W filmie o Zenku nie ma jego największej piosenki? Przecież to kuriozum.

    znaczy, żeby nie było, że szerzę fake news - ona jest, w połowie, podczas drugich napisów końcowych, gdzie większości ludzi już w kinie nie było

    Serio chcę wierzyć, że reżyser Jan Hryniak dostając taką propozycję postanowił zakpić ze wszystkich i liczył na to że nikt w TVP w przypływie arogancji i własnego zaślepienia tego nie zauważy. Chyba się udało.

    Jednak bardziej od fanów disco polo żal mi jest tylko jednego.

    Samego Zenka.

    FILM „ZENEK” TO TAKŻE NAPLUCIE NA SAMEGO MARTYNIUKA

    I to mnie trochę dziwi. Ten film nie jest łagodny dla samozwańczego „króla disco-polo”. Abstrahując od tego, że jest tam pokazany jako przeciętny chłopek-roztropek ze wsi zabitej dechami, bez perspektyw. Ten film rozbija mit o ciężkiej pracy artystów disco-polo, wszelki sukces Zenka przychodzi mu w zasadzie bez jakiegokolwiek wysiłku, bez pokazania umiejętności - to kwestia jakiegoś zezowatego szczęścia.

    Co gorsza, dość duży nacisk położono na zaniedbywanie rodziny. Zenek począwszy od pierwszych piętnastu minut kreowany jest na złamasa, który bawi się uczuciami cyganki (tak, to jest istotne, że jest cyganką, serio)_ Sylwii, to później „w imię muzyki” zaniedbuje swoją rodzinę. Końcowy Zenek Martyniuk jest agresywnym pijusem, tatusiem starej daty, który co prawda „łoży na dobry byt rodziny, żeby we willi mieszkali”, ale w międzyczasie 80% roku spędza poza domem bezkarnie się kurwiąc i nakurwiając. Wychodzą z niego drastyczne kompleksy i małomiasteczkowość, a nie dobroduszność i talent eksportowy. Pod koniec filmu, naprawdę bardzo trudno sympatyzować z jego postacią - nie mówię o rzeczywistości, ale o zamknięciu się w bańce filmowej. Trochę wychodzi z niego antybohater wręcz, który nie odkupuje swoich win. Sceną finałową jest koncert z Limahlem. Serio kurwa? Mamy mu pogratulować czy o co chodzi?

    Ale.

    To jeszcze nie jest najgorsze.

    Jest wiele niedociągnięć w tym filmie i kompletnych nieporozumień. Na pochwałę zasługuje Jakub Zając, który no nawet nie jest najgorszy. Te błędy fabularne też dałoby się poprawić, gdyby za „konsultację scenariuszową” nie odpowiadała samozwańcza królowa polskiej telewizji Ilona Łepkowska. Jednak jest jedna rzecz w tym filmie absolutnie nie do przebaczenia, nie do przeoczenia, która wynosi ten film na wyżyny żenady.

    TEN PRZEKLĘTY KRZYSZTOF CZECZOT

    Powiedzieć, że to nie jest dobry aktor, to nie powiedzieć tak naprawdę nic. Reprezentuje poziom paradokumentalny, ale jakimś cudem przedostał się na wielki ekran.

    zanim wskoczę do studni frustracji, w imię dziennikarskiej sprawiedliwości nadmienię, że Krzysztof Czeczot daje radę, między innymi jako reżyser audiobooków. Ale jako aktor jest po prostu kurwa beznadzieny

    Jego obecność w tym filmie nie jest przypadkowa. Obstawiam, że rolę Zenka początkowo powierzono innym aktorom, a Czeczot był po prostu pierwszym, który się zgodził. W końcu piniondz to piniondz. Łatwy piniondz. Od człowieka który powiedział „tak” Vedze trzy razy i niewydanym jeszcze Swingersom nie oczekuję dbania o integralność artystyczną.

    Drugi element, który na siłę można przypisać na korzyść Czeczota w tej roli, to ten jebany sztuczny uśmiech. Nalegam - wpiszcie w szukajkę jego nazwisko, wejdźcie w obrazy i powiedzcie mi, że to nie jest najbardziej fałszywy, wymuszony i zakłamany uśmiech na świecie. W brytyjskim słowniku Oxforda pod hasłem punchable face nie znajdziecie jego zdjęcia, a definicję tej frazy. Bo wrzucenie jego zdjęcia do słownika obniżyłoby wartość wydawniczą. Ludzie nie byliby gotowi na tak namacalny dowód. A to z kolei pasuje do teorii o antybohaterskości Martyniuka o której pisałem przed chwilą. Fałsz, który wylewa się z ekranu za każdą rolą Czeczota tutaj mógł być zaplanowany, wyrachowany i cyniczny. Po to aby jeszcze bardziej obśmiać „króla disco-polo”.

    Krzysztof Czeczot wypada komicznie źle. Zwłaszcza, że gdy pojawia się na ekranie po półtorej godzinie filmu, mamy do czynienia z drastyczną zmianą klimatu - z prostej opowiastki wyłaniają się elementy sensacyjne. I ktoś każe Czeczotowi się wydzierać i brzmieć groźnie. Nie brzmi. Jak próbuje być hardy wychodzi kuriozalnie. Najbardziej gniewnie wychodzi mu zaczesywanie włosów. Jest to tak złe, że nie wierzę, że to nie było zamierzone.

    KURWA! CZECZOT JEST W TYM FILMIE TAK ZŁY, ŻE JAK OBOK NIEGO NA EKRANIE POJAWIA SIĘ
    Jarek kurwa Jakimowicz, tak ten od skupu katalizatorów Jakimowicz
    TO NAGLE MA SIĘ WRAŻENIE POWIEWU NOWEJ ŚWIEŻOŚCI I JAKOŚCI W KINIE

    I wróćmy do tego Zenka. Ja pierdolę, ale naprawdę mi go żal. Ja chłopa nie winię - dostał karierę na tacy to z niej korzysta, kto z nas by tego nie robił? Koleś, który teraz jest na świeczniku, wypełnia stadiony i sylwestry z dwójką, na benefisach śpiewa z prezesem telewizji i wojewodą, normalnie high-life, po kilkunastu latach udanej kariery na jej zwieńczenie dostaje „to”

    kurwa Krzysztofa Czeczota

    Na Sądzie Ostatecznym nawet największego zbrodniarza, Bóg dowiedziawszy się, że w biografii tego kogoś wcielał się w niego Czeczot, płacze, tak jak płakał nad losem Hioba. Mówi: "Idź, twoje grzechy są odpuszczone”, uświadamiając sobie, że szarańcza i plagi to jeszcze, ale teraz to już przesadził.

    ***

    Podsumowując. Jest źle, chociaż w całej swojej szczerości - mogło być gorzej. Sceną końcową w filmie jest koncert z Limahlem, który chyba jest kimś ważnym dla muzyki i gra koncert z Zenkiem. W sensie, najpierw gra z Czeczotem, potem na scenie pojawia się Zając, a na końcu prawdziwy Martyniuk. Cała czwórka. Nikt śpiewać nie umie. There you go, nie trzeba tego filmu oglądać.

    Chciałbym teraz wrócić do tej metafory piłkarskiej na początku. Porównałbym „Zenka” do jakiegoś zespołu, ale niestety, mam zdecydowanie za małą wiedzę piłkarską aby to zrobić, ale na potrzeby tej dyskusji umówmy się że byłby to Śląsk Wrocław, chociaż podejrzewam, że wiele miast ma podobny problem.

    Zenek jest jak Śląsk Wrocław. Nie jestem targetem, nie znam się na tym, niech sobie gra, co ci przeszkadza. Nie podoba się to nie przychodzisz na mecze, proste?

    Ale potem pojawia się takie kłujące uczucie w dolnej części pleców, że na ten stadion i grę tych patałachów dajesz ty. Czy tego chcesz czy nie. Mogą ci napluć w twarz i puścić ten stadion z dymem, ale to ty za to płacisz. Miliony. W wypadku Zenka i wkładu samego TVP to minimum 2 miliony. W skali produkcyjnej to grosze. Ale to wciąż twoje dwa miliony.

    A to dopiero początek. Bo wczoraj daliśmy im dwa miliardy. Na film tak naprawdę dla nikogo. Na środkowy palec o wiele większy i bardziej wyrachowany niż jakiejś typiary w Sali Plenarnej. Wiele można „Zenkowi” wybaczyć czy usprawiedliwić ale fakt, że to za nasze pieniądze zrobiono taką chujozę, powinien przekonać wszystkich do wyjścia na ulicę.

    ———

    #kino #filmy #cosobejrzanego

    Jak chcesz więcej to zostaw mi lajka na martwym Facebooku, Instagramie albo słuchaj bardzo żywego podcastu na Spotify albo gdzieś indziej. Jutro będzie o Zenku, ale tak jak przy Blance mogłem się wykpić czytając fragmenty jej książki, tak tutaj co mam zrobić, dramatycznie przeczytać teksty Martyniuka? Wyliczać rzeczy, które można kupić za dwa milardy?
    pokaż całość

    źródło: zenek.png

  •  

    Jak na razie najciekawszą rzeczą na tegorocznych Oscarach jest nawiązywanie do rozwodu Walkiewicza przez prowadzących na Canal+

    Ciekawe kiedy da im w mordę

    #oscary #canalplus

    źródło: CcWvteiW0AEArIH.jpg

  •  

    365 DNI
    #dziesiatamuza #film

    Wyobraź sobie, że ma 190 centymetrów wzrostu, zero tkanki tłuszczowej i ciało wyrzeźbione przez samego Boga
    Ale czy kutasa też mu sam Bóg rzeźbił?
    Diabeł.


    Po nominacji Bożego Ciała do Oscara oraz popularności filmów Pawlikowskiego ktoś mógłby powiedzieć, że polskie kino wstaje z kolan.

    Zamierzam te tezę obalić.

    Ja wiem, że sezon oscarowy i fajne filmy są do obejrzenia, ale jest to też czas kiedy polscy producenci postanowili naharać swojemu targetowi do ryła wypuszczając przez miesiąc filmy "bez prawa do jakości”. Tak je nazywam, ponieważ mogą między sobą i swoimi zwiastunami pretendować do miana filmów bardzo złych, jednych z gorszych w polskiej historii. Gdybym był Korwinem porównałbym to do szachów dla debili, ale może odwróćmy tę metaforę i sytuację gdy coś ściga się w byciu najgorszym nazywajmy "lutym w polskim kinie"

    7 lutego - 365 dni
    14 lutego - Zenek
    21 lutego - Bad Boy
    28 lutego - Swingersi
    6 marca - Sala Samobójców: Hejter
    13 marca - W lesie dziś nie zaśnie nikt


    Zwykle omijam takie filmy szerokim łukiem, ale za dużo filmów zdarza mi się oceniać „dość nisko”, więc dobrze mieć coś do porównania. Na pierwszy ogień zdecydowanie najgłośniejsza propozycja z wyżej wymienionych. Polska odpowiedź na "50 twarzy Greya", tak mówią przynajmniej. Twórcy? Dystrybutorzy? Ludzie pozbawieni zdolności budowania metafor?

    Zwróćmy uwagę że nie istnieje przykład polskiej odpowiedzi na X, która by była jakimkolwiek znakiem jakości. To PRowe mydlenie oczu, łagodne mówienie "jak na polskie to dobre".

    I teraz wyobraźmy sobie że tak nisko zawieszonej poprzeczki jak 50 Twarzy Greya ten film nie przeskakuje. W ogóle. Ale po kolei.

    365 dni to film będący adaptacją „bestsellerowej” powieści Blanki Lipińskiej, jedynej osobie która poza Noblistką może rywalizować z Remigiuszem „Pięć Książek Rocznie” Mrozem w zarobkach z samego pisania. Z twórczością pani Lipińskiej zapoznany nie byłem, dlatego po seansie udałem się do pobliskiej księgarni, żeby zweryfikować poziom. Przytoczę kilka cytatów:

    „Jego biodra przyspieszały a oddech gonił ich tempo. Cudowne tarcie, które czułam, rozlewało fale rozkoszy po moim ciele. Nagle zwolnił a ja odetchnęłam z ulgą. Wsunął mi rękę pod brzuch i uniósł moje biodra, kolanem rozkładając lekko zaciśnięte nogi.
    — Pokaż mi tę śliczną pupę - powiedział głaszcząc moje tylne wejście. Przeraziłam się, chyba nie chciał za pierwszym razem spróbować tego na co zdecydowanie nie byłam jeszcze gotowa.”


    Próbował hamować moje ruchy, jednak bezskutecznie.
    — Zwolnij — wysyczał, a ja zupełnie zignorowałam jego polecenie. Po chwili szaleńczego tempa, wyciągnął go, odpychając mnie od siebie. Oblizywałam się lubieżnie, kiedy stał i patrzył na mnie, ciężko dysząc. Załapał za moje barki i cisnął mnie na łóżko, po czym przekręcił na brzuch, przywierając do mnie całym ciałem.
    — Chcesz mi coś udowodnić? — zapytał oblizując dwa palce. — Rozluźnij się, maleńka — wysyczał i wsunął mi je do gardła. Wystarczyły dwa palce żeby mnie wypełnił.
    — Wydaje mi się że jesteś gotowa. Te słowa sprawiły, że po plecach przeszedł mnie dreszcz. Oczekiwanie, niepewność, strach i pożądanie mieszały się ze sobą. Massimo zaczął powoli wchodzić we mnie, czułam każdy centymetr jego grubego członka.


    Myślę, że łapiecie kontekst. Żeby nie było, że celowo wybrałem najgorsze fragmenty - wziąłem książkę do ręki i kartkowałem na oślep szukając pierwszej sceny seksualnej. To trafiło się za czwartym razem.

    Puentą i jedynym pozytywem wynikającym z tej recenzji, będzie stwierdzenie, że film przynajmniej nie jest gorszy od książki. Ta poprzeczka wisiała jeszcze niżej, do tego stopnia, że ktokolwiek inny mógłby się o nią potykać.

    Ktokolwiek inny. Właśnie. Słoniem w pokoju w tym całym anturażu jest reżyserka.

    Barbara Białowąs

    Autorka takich złotych przebojów jak „Wywiad z redaktorem Michałem Walkiewiczem dla Filmwebu”, oraz jakiegoś tam filmu. Mam problem z jej obecnością w tym filmie, ale trochę inny niż można by się spodziewać.

    Mam wrażenie, że to nie jest jej film i zwalanie jego chujowości na jej nazwisko, mogłoby być wobec niej (sic!) niesprawiedliwością.

    Wskazują na to dwa elementy - naczelny jest taki, że nie jest wymieniona jako jedyna reżyserka. Na samym końcu w napisach obok Barbary jako reżyser wymieniony jest producent Tomasz Mandes. Z racji tego, że reżyseria dwóch osób jednego filmu raczej nie istnieje (wyjątkiem są duety reżyserskie jak bracia Coen, Safdie, Russo), śmiem podejrzewać, że Barbara Białowąs w pewnym momencie stała się niuansem dla faktycznych twórców - czyli producenta Tomasza Mandesa oraz najprawdopodobniej Blanki Lipińskiej, która niewiarygodne parcie na atencję posiada - i ten film jej odebrali.

    Drugą rzeczą, która na to wskazuje, jest fakt, że jej poprzedni film - Big Love, był kiepski, ale nie aż tak kiepski. Nikt po studiach reżyserskich na de facto całkiem niezłej uczelni jaką jest katowicka Kieślówka nie złamie zasady 180 stopni, choćby chciał - bo będzie mieć to tak wryte w pamięć.

    Zatem, choć nie wierzę, że to powiem — leave Barbara alone

    ———————

    Dobra, to co z tym filmem. Na ogół jest tak, że podczas filmu robię sobie w notesie notatki, jakichś fajnych myśli, żeby nie zapomnieć. Przeciętnie zajmują mi tak od 2 do 3 stron. Tym razem zapisałem ich 27. Stron. Podczas filmu. Zaryzykuję tezę, że włożyłem w to więcej pracy niż ktokolwiek zaangażowany w produkcję.

    Historia opowiada losy Laury. Laura jest przebojowa, bo pracuje w San Francisco. Wiemy o tym, ponieważ gdy widzimy establishing shot i most Golden Gate pojawia się też napis „San Francisco”. Tyle zaufania do inteligencji widza mają twórcy. Laura pracuje jako ktoś ważny w hotelarskim korpo. Był jakiś fakap i jej polski współpracownik obwinia ją o fakap. Jej amerykański szef, którego z łamanym angielskim gra Przemysław Sadowski domaga się tłumaczeń. Laura była mistrzynią w grę w UNO i wyciąga kartę pułapkę, mówiąc że hotel zarobił a winę ponosi koleś. Kolejny dzień i kolejne zwycięstwo dla przebojowej Laury.

    Laura wraca do domu. Jej facet (albo mąż, już nie pamiętam 15 minut po wyjściu z kina) ogląda serial. Ona chce się ruchać. On nie chce. Potwór. Przecież jest napalona. A on jej mówi, że jest zmęczona i pewnie się jeszcze nie spakowała. A przecież zaraz jadą na Sycylię.

    Właśnie! Kurwa, Sycylia. Zapomniałem. Film zaczyna się jednak od czegoś innego. Na Lampedusie widzimy opuszczony zamek (?) na którym targu dobija ojciec głównego bohatera Don Massimo z jakimiś frajerami, którzy handlują dziećmi. Don Dona jest nieugięty, w końcu jak na gangstera ma zasady i dzieci nie rusza. Każe im spierdalać. Potem podchodzi do syna i chwilę rozmawiają. W pewnym momencie wypowiada przeklęte słowa „to wszystko będzie twoje, mój synu”. Po czym umiera. Ktoś go zastrzelił. Jakiś snajper z dużym kalibrem, bo przestrzelił przez ojca i trafił stojącego obok niego syna. Na wieży opuszczonego zamku. Skąd wiemy że jest opuszczony? Bo znajduje się pośród pustkowia na nadbrzeżu, i ujęcia z drona pokazują nam widok na 360 stopni dookoła. Nic tam kurwa nie ma. Skąd snajper? Skąd strzelał? To nie ma znaczenia. Widz już w prologu dostaje informację — nie zadawaj pytań, ptysiu.

    Dobra. Losy Jego i Jej przecinają się na Sycylii. Ona czuje się zaniedbana przez męża (chłopaka?), który poszedł na Etnę bez niej w dniu urodzin, więc wychodzi na miasto z płaczem. Po wejściu w ciemną alejkę zastaje drogi samochód. Gdy się odwraca - to stoi Massimo, który podchodzi do niej mówiąć: _”Zgubiłaś się, maleńka?” po czym Laura mdleje.
    Budzi się w wielkiej posiadłości. Massimo tłumaczy jej, że po śmierci ojca objawiła mu się we śnie i szukał jej przez cały czas. Teraz znalazł, więc porwał ją i daje jej 365 dni na zakochanie się w nim. Ma też zdjęcia jej męża. Bo ją zdradzał. Bo był takim złym mężem. Laura mówi - no, spoko.

    Massimo wielokrotnie próbuje ją wyruchać, ale jak przystało na gangstera z zasadami (pamiętacie ten motyw z dziećmi) JEJ WYJĄTKOWO mówi, że do niej się nie dobierze póki nie wyrazi zgody. No chyba, że macanko albo lizanko, wtedy to się nie liczy. Laura dzielnie stawia opór, ale Massimo kupuje jej drogie ciuchy i zabiera na imprezy. Laura czuje się jak księżniczka. Wreszcie jakiś inny gangster stosując tę samą taktykę mówi Laurze że ją wyrucha. Niestety jest brzydki. Massimo przestrzeliwuje mu obie ręce. Laura została uratowana. Potem z jakiegoś durnego powodu wypada za burtę luksusowego jachtu. Massimo wskakuje za nią i ją wyławia. Jej rycerz ratuje ją po raz drugi. Laura nie potrzebowała 365 dni. Jeżeli dobrze liczyłem wystarczył nieco ponad tydzień.

    Nie będę streszczał reszty filmu, bo prawdę mówiąc w tym momencie straciłem zainteresowanie.

    Kardynalnym grzechem tego filmu jest to, że gdy już dochodzi do „zbliżenia” to staje się kurewsko nudny.

    Zbliżenie to spory eufemizm. Scena trwa około 5 minut, a twórcy uparli się, żeby za pierwszym razem odhaczyć wszystkie możliwe pozycje seksualne. We wszystkich miejscach na jachcie. Przyznaję - tak kuriozalnej i wydumanej sceny seksualnej, jeszcze w kinie nie widziałem.

    Jednak brakowało w niej emocji. To że aktorzy się wykrzywiają i sapią nie oznacza od razu, że jest między nimi jakaś chemia. Przyznaję - widziałem filmy pornograficzne, które nie dość, że miały logiczniejszą fabułę, naturalniejsze dialogi, lepszych aktorów to jeszcze więcej emocji i lepsze udawanie zaangażowania między głównymi bohaterami niż w 365 dni. I to były filmy z serii podrywaczki.pl

    Ogólnie to później jest tak, że ona mu się oddaje jeszcze kilka razy przy kilku różnych okazjach, potem wracają do Warszawy, spotykają się z rodzicami, wprowadzone jest jeszcze kilka różnych wątków, które nigdy nie znajdują rozwiązania. Potem wracają do Włoch, Laura dowiaduje się, że jest w ciąży. Rozmawia przez telefon z Massimo jadąc samochodem. Jednak wjeżdża do tunelu. Sygnał się urywa. W międzyczasie przyjeżdża consigliere grany przez Bronka Wrocławskiego — chcą zabić Laurę. Kto? Nie wiadomo. Jak? Nie wiadomo. Co dalej? Chuja, też nie wiadomo, film kończy się cliffhangerem, bo policja stoi na końcu tunelu do którego wjechała Laura. Spoiler alert?

    Wszystko po to aby wydoić więcej pieniędzy. Dlatego apeluję - nie idźcie na ten film do kina. Jestem zadeklarowanym przeciwnikiem picia alkoholu w kinie, a bez tego ani rusz, i jestem przeciwnikiem dawania pieniędzy ludziom tak leniwym na hajs, że produkują coś takiego. Niech ta historia się urwie i nigdy nie znajdzie rozwiązania.

    Na dobrą sprawę - ja nawet nie wiem, kto jest targetem tego filmu? Serio. Nawet czytelniczki harlekinów mają jakieś standardy. Historia laski, która dzięki władzy, seksapilowi i pieniądzom przekuwa syndrom sztokholmski w prawdziwą miłość, nie dość, że jest problematyczna na wielu płaszczyznach, to jeszcze jest zajebiście wtórna. Nie sposób znaleźć w tym filmie czegokolwiek oryginalnego. Wszystko już było. I to było lepiej zrobione. 365 dni? Kurwa, mając nieograniczony zbiór małp z maszynami do pisania w 365 dni są w stanie napisać bardziej składną i oryginalniejszą opowieść. I prawdopodobnie to lepiej zagrają. Oglądamy wyświechtany zbiór największych klisz wyolbrzymiony do maksimum. Jeżeli jednak, znajdzie się ktoś, komu się ten film podoba, to najpewniej jest to typ osoby, której naplujesz w twarz, to jeszcze się uśmiechnie mówiąc: dawno nie padało.

    Szukając pozytywów, ale tak naprawdę się zmuszając, to nie jest to film najgorszy stylistycznie. Przypomina mi trochę styl sorrentyński. Ale to nawet nie jest imitacja Sorrentino. To trochę tak jakbyście po jednym obejrzeniu wyłącznie sceny otwierającej Wielkie Piękno, opisywali ten styl komuś bez wyobraźni, najlepiej w języku, którego oboje nie rozumiecie. Bunga, bunga w świetle neonów. I ta stylistyka jest trochę od czapy. To trochę jak polewanie fekaliów perfumami z bazaru z lat 80. Nie dość, że cuchnie kałomoczem, to jeszcze co gorsza tanimi perfumami z bazaru.

    Innym pozytywem, jest też to fakt, że jak na polski film, to nie stosuje się do zasad polskiej szkoły realizacji dźwięku i o dziwo słychać wszystkie dialogi. Ale to chyba, ze szkodą dla widza.

    __________________________

    #kino #filmy #365dni #cosobejrzanego

    Zostaw mi lajka na martwym Facebooku, Instagramie i słuchaj podcastu na Spotify albo gdzieś indziej. Jutro będzie właśnie o tym filmie, ale w wersji audio, co za magia internetu?
    pokaż całość

    źródło: 365 dni 1.png 18+

  •  

    Za długie i nie chce ci się czytać? Na dole masz wersję audio ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #film #filmy #kino #dziesiatamuza

    Wszyscy się bawią w podsumowania roku, to ja podbijam stawkę i robię kompletne, filmowe podsumowanie dekady (bowiem każde 10 lat to dekada, a nas interesuje ta którą możemy nazwać 2010s, czyli 2010-2019).

    Ponieważ istnieje taki błąd poznawczy, że bardziej lubimy te rzeczy, które są nam bliższe pamięcią, jako metodologię wybrałem po 5 najlepszych filmów z każdego roku, uszeregowałem (co było katorżniczo trudne) i przedstawiam wam pierwszą połowę, wraz z jednozdaniowym uzasadnieniem czemu:

    #25Whiplash (2013, reż. Damien Chazelle)

    za bycie najbardziej sztandarowym przykładem filmu sportowego, w którym nikt żadnego sportu nie uprawia

    #24Ostatnia rodzina (2016, reż. Jan P. Matuszyński)

    za zogniskowanie bolączek całego społeczeństwa na przykładzie kompletnie nieszablonowej rodziny

    #23A Ghost Story(2017, reż. David Lowery)

    za idealną i niebanalną interpretację jednego z najpotężniejszych ludzkich uczuć

    #22Incepcja (2010, reż. Christopher Nolan)

    za wprowadzenie nowej jakości w kino blockbusterowe i rozbudzanie w widzach poczucia, że są mądrzejsi niż są w rzeczywistości

    #21Mistrz / Nić widmo(The Master, 2012 / Phantom Thread, 2017, reż. Paul Thomas Anderson)

    za mistrzowskie konstruowanie bohaterów i ich natychmiastową dekonstrukcję

    #20Kochankowie z księżyca (Moonrise Kingdom, 2011, reż. Wes Anderson)

    za dziecięcą naiwność podkreśloną dojrzałym podejściem do tematu

    #19Wieża. Jasny dzień (2018, reż. Jagoda Szelc)

    za pokazanie uroków płynących z niezrozumienia kina

    #18Rok przemocy (A Most Violent Year, 2014, reż. J.C. Chandor)

    za dowód na to, że kino gangsterskie nie umarło i nie musi trącić myszką – musi tylko zmienić swoje priorytety

    #17Co jest grane, Davis? (Inside Llewyn Davis, 2013, reż. bracia Coen)

    za zamknięcie melancholii i magii muzyki folkowej w dniu z życia bohatera, którego nie sposób lubić, ale też trudno mu nie współczuć

    #16Pewnego razu w Hollywood (Once Upon a Time in… Hollywood, 2019, reż. Quentin Tarantino)

    dla Quentina Tarantino, za wypełnienie swojej ścieżki filmowej i zrobienie filmu, który wreszcie ma coś istotnego do przekazania

    #15Sugar Man (Searching for Sugar Man, 2012, reż. Malik Bendjellou)

    za opowieść dokumentalną tak niezwykłą i abstrakcyjną, że nigdy nie mogłaby powstać jako fabuła

    #14Drive (2011, reż. Nicolas Winding Refn)

    za zapoczątkowanie mody totalnej na synthwave, delikatną retromanię lat 80, oraz stanie się filmem kultowym od pierwszym sceny

    #13Ona (Her, 2013, reż. Spike Jonze)

    za nieznośną lekkość i piękność kompletnej samotności

    #12Mad Max: Na drodze gniewu (Mad Max: Fury Road, 2015, reż. George Miller)

    za niespodziewaną kreatywność w gatunku, który na oryginalność nie zasługiwał, ale bardzo jej potrzebował

    #11Przed północą (Before Midnight, 2013, reż. Richard Linklater)

    za nikomu niepotrzebny sequel sequela, którego nikt nie chciał, a którybije na głowę swoje niemal idealne poprzedniczki

    ——

    #10Zimna wojna (2018, reż. Paweł Pawlikowski)

    za najpiękniejsze pokazanie historii miłosnej dwójki ludzi, która szczerze się nienawidzi

    #9. Faworyta (The Favourite, 2018, reż. Yorgos Lanthimos)

    za otworzenie okna w zatęchłym pokoju kina kostiumowego

    #8. La La Land (2016, reż. Damien Chazelle)

    za nostalgię za kinem starej daty, opakowaną we współczesną otoczkę

    #7. Lubow – Miłość po rosyjsku (любовь – Kärlek på ryska, 2017, reż. Staffan Julen)

    za reporterską odwagę w odnajdywaniu prawdziwych emocji w najprostszych historiach

    #6. Polowanie (Jagten, 2012, reż. Thomas Vinterberg)

    za studium przypadku, które po latach okazało się bardziej aktualne niż wcześniej

    #5. Roma (2018, reż. Alfonso Cuarón)

    za przełożenie na wielki ekran ogromnej empatii pozwalającej przeżyć wspomnienia, których nigdy się nie miało

    #4. Pogorzelisko (Incendies, 2010, reż. Denis Villeneuve)

    za permanentne wtopienie się w umysł widza za sprawą odrętwiającego szoku przy każdym seansie

    #3. Szpieg (Tinker Tailor Soldier Spy, 2011, reż. Thomas Alfredson)

    za dowód na to, że slow cinema potrafi trzymać w napięciu od pierwszej do ostatniej sceny

    #2. Pentalogia dekady Terrence’a Malicka
    (Tree of Life, 2011 / To the Wonder, 2012 / Knight of Cups, 2015 / Song to Song, 2017 / A Hidden Life, 2019)

    za pozostanie prawdziwym autorem kina, skrzętnie przekazującym spójną wizję w skrajnie odmiennych filmach

    #1. Tamte dni, tamte noce (Call Me By Your Name, 2017, reż. Luca Guadagnino)

    za stworzenie filmu kompletnego, pozbawionego wad, który w masowym odbiorcy potrafi wzbudzić poczucie intymnej introspektywy

    Dobra, kłamałem, wytrawny czytelnik zauważy, że tych filmów jest więcej niż 25, ale nie mogłem się powstrzymać

    Za każdy film w tym zestawieniu ręczę głową, natomiast ich uszeregowanie było kwestią bardzo osobistą, ale chętnie podejmę dyskusję na ten temat. Za jakiś czas wrzucę podobny materiał, chociaż trochę krótszy dla seriali.

    _____

    To teraz trochę prywaty. Ostatnio mniej udzielam się tutaj z wami, bo eksploruję inne dziedziny rozmawiania o filmach i od jakiegoś czasu, tak jak wszystkie modne dzieciaki sprawdzam się w gatunku podcastowym. Gadanie jest zupełnie inną parą kaloszy od pisania, ale myślę, że idzie mi coraz lepiej, na tyle że nieśmiało mogę się tym tutaj pochwalić. Byłoby mi niezmiernie miło, gdybyście posłuchali, podzielili się opinią i fajnymi sugestiami, zasubskrybowali gdyby wam się podobało. Odcinki, najczęściej na temat nowości kinowych wlatują co tydzień w sobotę, długość optymalna na drogę do pracy (~30 minut) i w ogóle o. Cykl nazywa się "Coś Obejrzanego"
    i można słuchać na Spotifajach, Anchorach, iPhone'ach, Androidach, gdziekolwiek dusza zapragnie. Zainteresowanym otwieram tag #cosobejrzanego gdzie będę tostował nowe odcinki

    Tutaj też będę wrzucał jakieś tekstowe komentarze, bo jednak co pisanie dla plusów to pisanie ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    obiecane tl;dr dla leniuszków - sobie arbitralnie ustaliłem co było najlepszymi filmami ostatniej dekady oraz założyłem podcast, posłuchaj człowieniu

    a z tym Malickiem to wiem, że przesadziłem, ale kurde no, uwielbiam typa xD
    pokaż całość

    źródło: malick.png

  •  

    - Jesteś popularny. Masz na to sposób?
    - Staram się być sobą.
    - Gdy ja staram się być sobą, ludzie mnie nie lubią. Poza tym nie mam wyjścia - muszę być papieżem.


    DWÓCH PAPIEŻY (2019, prod. Netflix Films, reż. Fernando Meirelles) - #dziesiatamuza #film #netflix #filmy #kino

    Dobra, Wiedźmin wiedźminem, ale dzisiaj na Netflixie pojawiła się inna perełka, śmiem nawet zaryzykować że mocny pretendent o najlepszy film roku.

    film o spotkaniu papieża Benedykta XVI z kardynałem Bergoglio, późniejszym papieżem Franciszkiem

    Nie zrozumcie mnie źle, to jest film, który z założenia nie ma prawa działać. A jednak działa i robi imponujące wrażenie. Mógł wyjść z tego albo biograficzny patos z typową muzyką na kwartet smyczkowy, albo gorzej — film z gatunku kina chrześcijańskiego klasy B, które pomimo usilnych starań zawsze wychodzi słabo. Z kolei Dwóch papieży nie mogłoby być dalej od tych dwóch szufladek.

    Sam koncept jest abstrakcyjny, bo w pierwszej chwili od razu wydaje mi się, że jest adaptacją starej zagadki dla dzieci rodem z Przekroju

    - Jak witają się papieże?
    - Papieże się nie witają, głuptasie.

    Z tym, że ktoś pociągnął to dalej i zbudował z tego szermierczą walkę na cytaty z Biblii.

    Trudno zakwalifikować ten film jako biografię, bo choć bazuje na historycznym wydarzeniu, czyli abdykacji papieża i posiadania na stanie w Castel Gandolfo dwóch, to jednak sam obraz jest pozytywną wariacją na temat: „okej, a o czym by gadali?”

    Z tym, że byłoby to nudne, więc całość jest osadzona na założeniu, że spotykają się trochę wcześniej, w sytuacji gdy Benedykt bada teren.

    Od samego początku filmu obaj bohaterowie są osadzeni jako zaciekli przeciwnicy. Z tego względu rozpoczynamy od śmierci Jana Pawła II i następującego po nim konklawe, które rodem z Młodego papieża sygnalizuje rozłam wewnątrz kolegium kardynalskiego na dwie frakcje — konserwatywną, której zależy na kontynuowaniu dzieła JP2, skupiona wokół kardynała Ratzingera, który niczym wytrawny polityk lawiruje między panami w czerwieniu i skupuje głosy, oraz liberalna: zbudowana wokół kardynała Bergoglio, który w sumie to przyjechał sobie turystycznie na wycieczkę do Włoch i chętnie by już wrócił do Argentyny do swoich owieczek.

    A sama scena konklawe, zmontowana jest do Dancing Queen zespołu ABBA

    Ja w tym momencie już byłem kupiony xD. Zwłaszcza, że ma to w filmie uzasadnienie. Plus, sceny konklawe - rzadko to się w filmach pokazuje; chcę wierzyć że to naprawdę wygląda jak to zostało pokazane.

    Siłą rzeczy z racji starego konfliktu #4konserwy vs #neuropa, libki kontra konserwy, Benedykt zarysowany jest jako stary ramol, a przyszły Franciszek jako gwiazdor rocka, niejako mówiąc nam za kogo mamy trzymać kciuki, ale największym sukcesem tego filmu jest to, że pod koniec trudno jest oceniać negatywnie Benedykta. Tłumacząc się ze swoich decyzji w rozmowie z Bergoglio, tłumaczy też przed widzem, dlaczego obie wizje przyszłości KK mają swoje uzasadnienie.

    I tak jest ten film zbudowany. Panowie sobie chodzą po Ogrodach Watykańskich, potem po rezydencji papieskiej i sobie rozmawiają. Utarczki słowne, koniecznie z przypisami biblijnymi, przerywają czasami nawiązaniami do popkultury. Ale Dwóch papieży broni się właśnie dialogami. Nie będę was czarował, mówiąc, że są to dyskusje, które cały czas trzymają nas w mistrzowskim napięciu, ale słucha się tego i ogląda te kilkunastominutowe sceny świetnie. Zalatuje to sorkinizmami (West Wina, Social Network, The Newsroom) - pyk, pyk, pyk, perfekcyjnie wyegzekwowany one-liner i jedziemy dalej.

    Ale to byłoby w pewnym momencie nużące. Dlatego dostajemy przerywnik, który w każdym innym filmie byłby najgorszy elementem całej konstrukcji czyli — retrospektywa.

    Poznajemy backstory papieża Franciszka, które ma szansę trochę zbalansować sympatię widza wśród obu biskupów Rzymu, które niejako tłumaczy dlaczego Bergoglio tak wzbrania się przed objęciem papieskiego tronu. A jest skonstruowane bardzo zręcznie, momentami ogląda się to jak całkiem niezły thriller polityczny - takie trochę zmieszanie powieści Le Carre’a z Narcosowym klimatem.

    Wciąż, z tym wszystkim trochę mało aby mówić o jednym z najlepszych filmów roku. Zgoda — ale w grę wchodzi także mistrzowska gra aktorska. I tu bądźmy szczerzy, Jonathan Pryce jako Franciszek i Anthony Hopkins jako Benedykt XVI to chyba najleniwszy casting tej dekady. Już lata temu, zwłaszcza przy okazji Gry o Tron, pojawiały się memy wskazujące podobieństwo Pryce’a do Franciszka, a zaraz potem Hopkinsa do Benedykta. I znowu, ktoś to pociągnął dalej — panowie dostali trochę charakteryzacji, wczuli się w role i w połowie filmu trudno dostrzec Pryce’a. Natomiast oglądając potem przemowy prawdziwego Franciszka można się zastanawiać czy to na pewno nie ten koleś chciał globalnej wojny w Jutro nie umiera nigdy.

    Spoiwem w tym wszystkim jest reżyseria. Fernando Meirelles do najbardziej płodnych reżyserów nie należy, ale jak już coś robi to z pompą. Cidade de Deus, (którego nie lubię zbytnio, ale nie odmówię mu wizji i rozmachu), The Constant Gardener (który pozostaje jednym z najlepszych dramatów szpiegowskich), czy później bardzo polaryzujące widzów i krytyków Blindness oraz 360, łączy to, że są zrobione w stylu bardzo nieoczywistym. Podobnie tutaj: mamy wiele ujęć z ręki, trochę na kształt paradokumentu, nieoczywiste dobory muzyczne (jak wspomniana wcześniej ABBA czy mistrzowska Mercedes Sosa oraz montaż - krewki, ostry, dynamiczny, kompletnie rujnujący decorum. Podobnie jak wizja dwóch papieży jedzących pizzę w świętym miejscu, więc zgaduję, że w tym szaleństwie jest metoda.

    To film łatwy i niezobowiązujący, który jednak nie wstydzi się trudnych tematów, ale podchodzi do nich z potrzebnym wyczuciem. Trudno znaleźć mi jakikolwiek zarzut do tego filmu, tak jak trudno mi było po premierowym seansie na AFF we Wrocławiu znaleźć kogokolwiek, komu się ten film nie podobał.

    Zatem w momencie jak przesyci was Wiedźmin, to polecam to. Albo inaczej - zbliżają się święta i jak już wszyscy przeruchamy Kevina i zaskoczymy się faktem że Jerzy Kosiba to profesor Rafał Wilczur w Znachorze i wpadnie nam do głowy myśl aby obejrzeć coś w dość wybrednym gronie rodzinnym (a Wiedźmin to może być za dużo dla niektórych babć i dziadków) to serdecznie polecam odpalić Dwóch papieży. Zwłaszcza po kolacji wigilijnej, będzie można udawać że to transmisja pasterki z Watykanu.
    pokaż całość

    źródło: Zrzut ekranu 2019-12-20 o 11.25.51.png

    •  

      @Joz: widziałem Parasite, mój film roku. Irlandczyka też kocham trochę bardziej niż Historię Małżeńską, bo Scorsese, wiadomo. Dwóch Papieży obejrzę w weekend i wrócę do twojego tekstu :D

      Na koniec prywata - ostatnio sprawdzam się w innych formach opowiadania o filmach i może za jakiś czas zbiorę się na odwagę aby się tym chwalić na wypoku. Stay tuned ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      wreszcie <3 rynek opowiadaczy o filmach jest dosyć przesycony, ale z polskich recenzentów liczę się w sumie tylko z Michałem Oleszczykiem i chłopakami ze Ścieżki Dzwiękowej, więc jest miejsce na jakościowe mówienie o filmach. pamiętam twój tekst o Ghost Story, dzięki niemu przeżyłem jedno z moich najlepszych przeżyć filmowych ostatnich lat

      PS jeszcze ten chłopak z jutuba z kanału Skazany na film jest dobry :D
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    - Bardzo dziękuję, teraz Włodzimierz Czarzasty, proszę o wylosowanie jednego nazwiska i pokazanie widzom.
    - Władysław Kosiniak-Kamysz.
    - Bardzo proszę panie przewodniczący, pytanie do Władysława Kosiniaka Kamysza.
    - Drogi Władysławie, walczymy chyba obydwaj o to aby w Polsce przewietrzyć smog polityczny który jest duopolem, POPiSem... Podziwiam waszą walkę w tej sprawie, staram się też pokazywać swoje poglądy, chciałem się zapytać: Czy lubisz mnie Władysławie, w związku z tym?
    - Cóż za oryginalne pytanie, bardzo proszę, odpowiada prezes PSL
    - Mmm. Sympatia jest moja do ciebie, drogi panie Włodzimierzu, z uwagi nie tylko na twój piękny sposób wyrażania się, ale też z uwagi na to, że, w istocież, razem staramy się żeby nie było tylko wybierania mniejszego zła, tylko większe dobro. I to się udało w tej kampanii, jest kilka komitetów wyborczych: na prawicy jest wybór pomiędzy PiSem a Konfederacją, na lewicy jesteście wy, ale aspiruje do tego miana też Platforma Obywatelska, więc, a my jesteśmy w centrum, więc jest prawdziwy wybór, i moim zdaniem to są jedne, te wybory w których Polacy wybiorą większe dobro, a nie mniejsze zło.
    - Mądrze. Chciałem powiedzieć, że bardzo mi się spodobało to co powiedziałeś, z jedną uwagą - Platforma aspiruje zawsze na miesiąc, albo na tydzień, albo na trzy dni przed wyborami do partii lewicowej, dlatego że jak zwykle spadają jak zwykle zaczynają im spadać notowania szukają elektoratu w lewicy, ale myślę, że w tej chwili Polacy i Polki się na to nabrać nie dadzą. Pozdrawiam Zosię, mam wnuczkę miesięczną, wiem co to znaczy obserwować małe dziecko.
    - Dziękuję, wymiana uprzejmości, wspomniana Zosia, córka prezesa PSL. Skorzysta pan z prawa do riposty?
    - Jasne, jak jest przez chwilę w tej naszej batalii wyborczej trochę uśmiechu, trochę sympatii, pan premier Sasin się oczywiście oburzył wtedy...
    - Ależ skąd? Uśmiecham się cały czas.
    - Ale to dobrze, bo jest trochę tych spraw, które są najważniejsze, czyli rodzinnych, dziękuję za pozdrowienia dla Zosi, to jest sprawa najważniejsza.
    - Nie oburzam się, też pozdrawiam.
    - Bardzo dziękuję.


    Wybory mogą być wholesome, nagranie w linku (49:30)

    #debata #polityka #neuropa #4konserwy #pasta
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #czarnobyl #seriale #hbo #dziesiatamuza

    - Po co martwić się o coś, co się nie stanie?
    - Doskonałe motto. Powinno widnieć na naszych banknotach.

    Nie jestem w stanie stwierdzić czy ostatnia produkcja HBO to najlepszy serial w historii telewizji. Jest zdecydowanie za wcześnie żeby to stwierdzić, taka pozycja musi przyjść w czasie gdy cały entuzjazm opadnie. Podobnie kilkanaście sekund po ekspozji reaktora nr. 4, trudno byłoby przewidzieć całkowite konsekwencje tego zdarzenia łącznie z efektem domina w postaci upadku ZSRR. Ale pewne podejrzenia można było mieć.

    I ja także przeczuwam, że Czarnobyl na długo pozostanie w pamięci widzów.

    Stara, dobra zasada scenariopisarska mówi o tym, że ludzie kochają, to co znają. Już samo to pokazuje nam jak rewelacyjny jest zamysł serialu. Bo o katastrofie z 1986 roku słyszał każdy, niemalże bez względu na położenie geograficzne, czy wiek (tak, nawet ci głupi amerykanie, czy te niesforne postmillenialsy, samo hasło każdy kiedyś słyszał). Samo słowo urosło do synonimu spektakularnej katastrofy i przez lata rozbudzało fantazje żądnych apokalipsy szurów czy zwyczajnych przeciwników energii jądrowej.

    Każdy słyszał, ale mało kto zna. Pokazać jak to wyglądało, ze sznytem i dokładnością dokumentalisty oraz fabułą i kreacją bohaterów godną największych klasyków. Już tyle by wystarczyło, żeby osiągnąć sukces.

    Ironicznie, ogromny wkład w popularność Czarnobyla mają David Benioff i D.B. Weiss, niesławny duet D&D odpowiedzialny za Grę o Tron - jej wzrost i spektakularny upadek. Rozczarowani fani, ostatkiem sił przed anulowaniem subskrypcji HBO GO sięgnęli po coś, co wydawało się inne ale dobrze znane. W dodatku mało odcinków, wygląda ciekawie, co szkodzi zajrzeć? Mam wrażenie, że to także przez to Czarnobyl jeszcze przed samym zakończeniem serii został wywindowany na szczyt listy IMDb. Oglądając ósmy sezon GoT można zapomnieć jak rewelacyjne rzeczy można zrobić przy pomocy tak plastycznego medium jakim jest telewizja.

    Ale pokazać coś znanego to nie jest taka łatwa sprawa. Punkt wyjścia wszyscy znają - eksplozja w elektrowni jądrowej. Pokłosie, niestety też - żyjemy, świat się nie skończył. A mimo to, napięcie i poczucie wszechogarniającej paniki i nadchodzącego armaggeddonu czuć przez cały czas w powietrzu. Bo wiemy, że ostatecznie katastrofa nuklearna nie ogarnie całego świata, ale nie wiemy jakim kosztem. Pośrednio znamy skutki choroby popromiennej, ale nie chcemy sobie zwizualizować rozpadającego się ludzkiego ciała. Domyślamy się jakie skutki ta katastrofa wywołała pośród lokalnej ludności, ale nie myślimy o czymś tak przyziemnym jak eksterminacja skażonych zwierząt. I jakie skutki psychologiczne się z tym wiążą.

    Czarnobyl może zasługiwać na miano jednego z najlepszych seriali w historii, bo prawdę mówiąc nie widzę powodów dlaczego by nie miał.

    To serial, który wszystko robi fenomenalnie. Żaden z elementów nie wybija się ponad pozostałe i wszystko reprezentuje tu najwyższy poziom. Chciałbym powiedzieć, że najbardziej podobała mi się subtelna strona wizualna, z dynamicznym bleknięciem kolorów czy delikatnym zawrotem głowy kamery, ale potem przypominam sobie o rewelacyjnej muzyce rodem z reaktora jądrowego przemieszaną z ludowymi pieśniami kozaków. Z kolei przypominam sobie, że technikalia to nie wszystko i przypominam sobie wzruszenie gdy dwóch umierających ludzi przekonuje się nawzajem, który jest mniejszym bohaterem, wtedy też uświadamiam sobie że nie sposób nie wspomnieć o fantastycznej grze aktorskiej - zarówno tych, którzy pojawiali się przez cały odcinek Harris jak Skarsgaard, jak i tymi którzy pojawiali się na dwie sceny; ich geniusz z kolei wynikał z zapadających w pamięć, trafnych dialogów oraz prostego ale bardzo wiarygodnego rozwoju postaci, i tak dalej, i tak dalej...

    Rozumiecie do czego zmierzam - to trochę jak z Ojcem Chrzestnym. Nie wymieniłbym go w ścisłym gronie moich ukochanych filmów życia, ale pójdę na miecze z każdym kto zasugeruje, że nie jest to film idealny. Czarnobyl w ramy "ideału" także się wpisuje.

    Świetny kawałek telewizji, który w ciągu zaledwie pięciu tygodni był w stanie wygenerować niesamowitą społeczność budującą memy, zachęcić ludzi do odkrywania pozostałych tajemnic, które skrywa Czarnobyl (polecam reportaże Swietłany Aleksiejewicz), czy pogłębiania wiedzy na temat elektrowni jądrowych.

    Nie jest to dokument i nie pretenduje do tego aby nim być, ale jednak zachowuje się jak trzeba - dając closure w napisach końcowych, co dzieje się z poszczególnymi bohaterami i przyznaje się do licentia poetica, choćby w stworzeniu nieistniejącej postaci, będącej zbiorczym hołdem dla kilkunastu nieumieszczonych. Nawet ten angielski nie razi - przeciwnie, różnorodnością akcentów tylko pokazuje zróżnicowanie językowe w ZSRR.

    Czarnobyl to naprawdę perełka, która na miejsce w panteonie wielkich seriali telewizyjnych na pewno zasługuje. A odcinek numer 5 zwieńczeniem, na które nie zasługiwaliśmy, ale bardzo potrzebowaliśmy.
    pokaż całość

    źródło: nb25l45g29231.jpg

    •  

      Nie jest to dokument i nie pretenduje do tego aby nim być, ale jednak zachowuje się jak trzeba - dając closure w napisach końcowych, co dzieje się z poszczególnymi bohaterami i przyznaje się do licentia poetica, choćby w stworzeniu nieistniejącej postaci, będącej zbiorczym hołdem dla kilkunastu nieumieszczonych. Nawet ten angielski nie razi - przeciwnie, różnorodnością akcentów tylko pokazuje zróżnicowanie językowe w ZSRR.

      @Joz: Przyznaję, że nie oglądałem serialu, ale właśnie ta konwencja niby dokumentu, ale nie do końca, trochę mnie zniechęca do tej produkcji. To taka forma zabezpieczenia, że dosyć wiernie oddajemy historię, ale jednak zostawiamy furtkę, że jeśli coś nie jest zgodne z prawdą, albo po prostu nie znamy dokładnego przebiegu wydarzeń, uzupełniamy własną wizją artystyczną. Nie jestem wielkim znawcą katastrofy w Czarnobylu, ale swojego czasu trochę się interesowałem tym tematem i obawiam się, że przy oglądaniu serialu cały czas będę się zastanawiał i weryfikował, które historie są prawdziwe, a co zostało podkoloryzowane na potrzeby widza, co odbierze mi całą przyjemność z jego oglądania,

      Natomiast jeśli chodzi o język angielski, to uważam, że jest to poważny mankament, o czym zresztą mówi wiele znajomych osób, które oglądały "Czarnobyl"
      pokaż całość

    •  

      Nie jestem w stanie stwierdzić czy ostatnia produkcja HBO to najlepszy serial w historii telewizji
      @Joz: bo nie jest, nie da się w żaden sposób porównać ze sobą Czarnobyla, który jest 5 odcinkowym serialem opartym na faktach i opowiadającym znaną od dawna historię, z takim np Breaking Bad, które zostało od początku do końca wymyślone i napisane i miało 5 długich sezonów. I to nie tyczy się tylko porównań do BB, a każdego długiego serialu. To są po prostu dwie osobne kategorie. Czarnobyl można nazwać według mnie co najwyżej najlepszym kilkuodcinkowym serialem opartym na faktach. pokaż całość

    • więcej komentarzy (23)

  •  

    Parę słów po konwencji partii #wiosna we #wroclaw

    Szumnie, głośno, z pompą, w amerykańskim stylu, ale z wyciąganiem wniosków na błędach. Nie trzeba być wytrawnym politycznym obserwatorem, że porównania kampanii Biedronia do Petru przed cztery laty są trochę nie na miejscu. Przy Nowoczesnej entuzjazm był, ale jednak nie tak wymiernie duży jak tutaj. Bliżej temu trochę do Kukiza, z tym że Biedroń ma łatwiej w dwóch aspektach:

    a) lepiej zarysowany oponent - kapitalizowanie anty-PiSu to sięganie po tak nisko zawieszone jabłuszko, że wręcz trzeba się schylać. W przeciwieństwie do retoryki Kukiza, że wszyscy którzy są w polityce są źli, a my jak wejdziemy w politykę to będziemy lepsi. Działalność PiSu jest namacalna, dotykalna i bardziej oczywista dla wszystkich, którzy nie są żelaznym elektoratem partii rządzącej. Biedroń oczywiście też polaryzuje, ale robi to zręczniej z powodu drugiego:

    b) większe doświadczenie polityczne - w tym, uczenie się na błędach, nie tylko swoich ale też poprzednich lat, w tym Kukiza, który dał się ograć jak dziecko, wpuścił do Sejmu narodowców i antyszczepionkowców, prawdopodobnie że sam za bardzo uwierzył w brednie o kruszeniu betonu i JOWach, które głosił. Zabrakło mu trzeźwej głowy, która w polityce (a zwłaszcza, gdy chce się być liderem) jest bardzo potrzebna, a niezależnie od tego co się sądzi o Biedroniu, tego nie można mu odmówić. Cierpliwie czekał, badał rynek, romansował z polityką szczebla krajowego a potem mozolnie jeździł po kraju i budował markę. Te kilkanaście procent w sondażach to nie zmowa, kolesiostwo i pompowanie ze strony Sorosa, ale realna suma efektu nowości i pracy u podstaw.

    Ale miało być o samej konwencji. Miała swoje plusy i minusy:
    - to było show. jakby mierzyć czas, to więcej zabrało hype'owanie tłumu, budowanie napięcia, oprawa artystyczna, filmiki i śmieszki niż merytoryczna dyskusja, a to po pewnym czasie nużyło.
    + to było show. może mnie nie przekonuje, ale większość widzów z tego co widziałem bawiła się świetnie i w szampańskich nastrojach. dla każdego coś dobrego, event o którym będą rozmawiać ze znajomymi i dzielić się wrażeniami.

    Takiego dualizmu jest więcej i on najlepiej będzie świadczył o tym, że Biedroń to trzeźwo myślący gracz, który ma dobrze opracowany plan oraz kampanię. Bo nie myśli tylko o tym najbardziej charakterystycznym targecie młodzieżowo-zaangażowanym (dotychczas kojarzonego głownie z partią Razem), ale o wszystkich, którzy byliby skłonni oddać na niego głos.

    Średnia wieku wynosiła raczej ~35-45, bliżej jednak tej górnej granicy. Było sporo ludzi młodych, ale też było dość dużo ludzi w podeszłym wieku, którzy mogli skutecznie zawyżyć średnią. Stąd z takiego wydarzenia wyjdzie szczęśliwa Pani Grażyna lat 58, która usłyszy że Kaczyński jest niski i ma kota i że fajnie żeby wszyscy się kochali, jak i Tymoteusz, lat 24, zadowolony że geje będą mogli brać ślub i parytety dla wszystkich.

    Minusy, ale to tak subiektywnie:
    -- dużo sztuczności w naturalności - przyszedłem na tyle wcześniej, że było mało osób, ale już były osoby, które gadały z organizatorami, a potem siedziały w konkretnych miejscach, że podczas interakcji hypemana przed właściwą konwencją mogły udzielać ciekawych odpowiedzi. Nie mówię, że wszyscy, nie mówię że za pieniądze, ale trochę mi to zgrzytnęło przy całej otoczce "au naturel". Ale cóż, takie życie, czasy spontanu i Burz Mózgów minęły, pora na jasną kalkulację. A gawiedź się uraduje

    - chór i dyregent na scenie - po pewnym czasie od rozpoczęcia na scenę wyszli potencjalni działacze na Dolnym Śląsku i wolontariusze, ustawili się w trzech rządkach jak chór i potem robili tło dla Biedronia. W nich wszystkich, najbardziej rozpoznawalny był pan z boku, który dyrygował przedsięwzięciem, rozpoczynał klaskanie i okrzyki (chociaż oddam mu, że minimalnie się starał to ukrywać). wisienką na torcie było podbicie głośności mikrofonów na scenie, w momencie gdy wchodził Biedroń aby stworzyć wrażenie skandującego tłumu na całej sali: "Robert, Robert!" podczas gdy pośród widzów na tym etapie mało kto już dał się tak ponieść emocjom.

    -- piosenka wyborcza - na scenę wyszła niejaka DAGA: nie mam pojęcia kto to jest, ale internet podpowiada mi że to nowy głos w disco-polo i ma 7 tysięcy lajków na FB, która zaczęła odmieniać "wiosna" przez wszystkie przypadki i "gibać się jak pierdolony rezus". I nagle straciłem poczucie miejsca - czy dalej jestem na konwencji politycznej we Wrocławiu czy odpuście we wsi pod Jaworem.

    --- ironiczny cringe to dalej cringe - okej, piosenkę mogę przeboleć bo znów nie ja jestem targetem, ale co się odjebało dalej to przechodzi ludzkie pojęcie. Pod koniec, Biedroń zaczął mówić że jest na sali ktoś specjalny, a może jest ich więcej hihi, ale nie zdradzając, chodzi o Adama, jest wolontariuszem i Robert coś dla niego ma, bo obchodzi dzisiaj 18 urodziny, ale halo, czy ktoś jeszcze jest na scenie kto ma dzisiaj urodziny, zapraszam, zapraszamy. Adam się zdążył wzruszyć, chyba za bardzo nie wie co się dzieje, Biedroń wręczył mu książkę, swojego autorstwa (tym których wywołał na scenę nie, przynajmniej nie widziałem) i mówi: "Śpiewamy"
    I gdyby w tym momencie cała sala zaczęła śpiewać sto lat, to byłoby to naprawdę kurewsko urocze, fajne, ciepłe, milusio by się zrobiło na serduszku.
    Ale tak się nie stało. Na scenę wyszła znowu DAGA i zaczęła śpiewać "Happy Birthday Mr... Adam" w stylu nafukanej Marylin Monroe. Żenuncjometr wyjebało poza skalę, ale niektórzy dookoła mnie zachowywali się radośnie w stylu "hej, kojarzę to nawiązanie"

    - prezencja tylko telewizyjna - Robert bardzo ładnie wygląda na scenie, jest bardzo świadomy swoich ruchów oraz mimiki (co prawda, tylko wtedy gdy przemawia, gdy oddawał mikrofon komuś innemu i wchodził w tło to trochę się zapominał), umie porwać tłum, ale czy zwróciliście uwagę jak on mówi? Nie chodzi mi o treść, o tym za moment, ale o sam warsztat wypowiadania się. Bardzo leniwie i bardzo niechlujnie. Zjadanie głosek na początku i na końcu wyrazów na początku dziennym, bezdźwięczne "w" na początku wyrazów w ogóle nie istnieje (stąd "spierać" zamiast "wspierać"), czasami faflunienie (zbyt długo zajęło mi zorientowanie się że chodzi mu o "oddłużenie państwa" a nie "odurzenie państwa"). Jeżeli ktoś ze sztabu to czyta, załatwcie mu jakiegoś nauczyciela od wymowy, to żaden wstyd, wysiłku nie wymaga zbyt wiele, a zaowocuje natychmiastowo.

    - wtórność wypowiedzi - w erze social media i natychmiastowego dostępu do informacji musi też się zmienić kampania wyborcza. To już nie ten moment kiedy można jeździć od wsi do wsi i wciskać im ciągle to samo, mówiąc słowo w słowo te same zdania, bo mogę sobie w dowolnej chwili sprawdzić co było powiedziane wczoraj w Zielonej Górze czy jutro w Łodzi. Były stałe punkty programu, żarty w dokładnie obliczonych miejscach i slogany możliwe do wykrzyczenia w każdym mieście (Mandaryna i "Jak się bawicie... Sopot?"). Oczywiście, łechtanie wrocławskiej widowni też było, ale wyjątkowe suche, coś na zasadzie: "Robert, tu modne jest X i Y, weź to porusz", niż realne zawiązanie więzi z elektoratem lokalnym. Ale to niuans, mało kto zwróci na to uwagę.

    -- precz z podziałami, ale trochę jednak nie - niech ktoś zwróci uwagę osobie piszącej przemówienia, żeby przeredagować tekst i zmienić kolejność: aby po hasłach o zerwaniu z podziałami, Polską A i Polską B, lepszym i gorszym sortem, tylko jedność, Polska jest jedna, nie leciał fragment z retoryką: "Oni mówią że jesteśmy chujowi, ale tak naprawdę to oni są chujowi, my jesteśmy super, oni są be". Strasznie gryzi w oczy. Oczywiście, podgryzywanie PiSu jest niezbędne dla Grażyny lat 58 o której mam nadzieję, że nie zapomnieliście, ale Tymka w tak bliskim sąsiedztwie może razić. Zrobić build-up.

    Trochę lepiej z kolei inne rzeczy
    ++ uczenie się na błędach - po konwencji na Torwarze poważnym zarzutem było zapomnienie o polskim hymnie. Tutaj też go na początku nie było, co trochę rozczarowało, ale w połowie pojawiła się gadka o tym, że to też nasza Polska, i mamy do niej prawa, i możemy śpiewać hymn, bo jesteśmy Polakami i znamy wszystkie zwrotki, po czym pojawiła się komenda: "Do hymnu!" i wszyscy wstali aby odśpiewać hymn. O dziwo, bardzo łatwo wzbudzić dumę narodową nawet u lewaków, bo nawet się wzruszyłem
    - ale wzruszenie trwało krótko, bo to kurwa trochę przypał po sloganach że "znamy wszystkie zwrotki" puścić tylko jedną. no come on, słyszałem głośny jęk zawodu z sali, sam byłem rozczarowany, chciałem hymn pośpiewać, tak mało do tego okazji.

    + przyswojenie nowomowy - początkowo chciałem dać w jednoznaczne minusy, bo przed samym wyjściem Biedronia rzucił hasło powtarzane już na wszystkich tych spotkaniach, że "o to wychodzi człowiek chcący odnowić oblicze tej ziemi", czyli parafraza JP2 warta przewrócenia oczami. Ale im dłużej zacząłem o tym myśleć (a samo odwołanie do tych słów w trakcie całego wydarzenia przewinęło się pięć razy), tym bardziej zacząłem dostrzegać metodę w tym szaleństwie. Nowomowa (tak jak i manipulacja) z założenia nie jest ani zła, ani dobra, to zjawisko polegające na modyfikowaniu języka, przyspoabiania pewnych zwrotów i zmieniania ich znaczeń. Biedroń przyswajając sobie słowa jednoznacznie kojarzone ze środowiskiem swoich największych oponentów (antyklerykalizm jest przecież numerem 1 na liście jego postulatów, a nie rozliczanie PiSu) oraz nadając im indywidualny spin, sprawia, że to zapada w pamięć. Jest charakterne, przekorne, kontrowersyjne - ale hej, wzbudzające emocje niskim kosztem
    (konwencja zakończyła się już nie parafrazą, a konkretnym cytatem z uznaniem autorstwa o. Tadeusza Rydzyka: "Alleluja i do przodu", za to też duży plus)

    Na definitywny plus
    +++ znajomość swojego elektoratu i umiejętność reagowania - po Biedroniu przyszła kolej na jego ludzi. Najpierw Michał Syska z Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle'a wygłosił płomienne przemówienie o równości i tolerancji, potem Beata Maciejewska jeszcze bardziej podbuzowała tłum mówiąc o kobietach i ekologii a na koniec wyszedł... Waldemar Olik, szef struktur na Dolny Śląsk, najpierw u Palikota, potem w Nowoczesnej, ogółem starszy człowiek, politycznie na dawną młodę. Boże, jak zaczął ględzić, jak zaczął nudzić, w mig ostygł wszelki entuzjazm, ludzie zaczęli ziewać, wychodzić, a on absolutnie nic konkretnego czy ciekawego nie powiedział, tylko opowiadał o trudach swojej pracy. Biedroń to zauważył i w porę zareagował: przerwał mu, mówiąc "Waldek, zaraz tu zanudzisz wszystkich", a potem jeszcze walnął żartem odnośnie długości mówki swojego człowieka. Trochę szydera, nie wiem na ile zaplanowana, ale wyszło zręcznie i dość naturalnie. Ludzie od razu potem się pobudzili. Biedroń wie czego ludzie z którymi się spotyka chcą.

    I tu dochodzimy do istotnej kwestii - ludzi z którymi się spotyka. Bo raczej na taką konwencję nie pójdzie nikt, kto stoi w opozycji do Biedronia (chociaż po cichu liczyłem na taką konfrontację). Ale nie tym razem. Im bliżej będzie wyborów, zwłaszcza tych do polskiego parlamentu, tym częściej będzie musiał się ścierać z poglądami dalekimi od swoich, w sytuacjach, w których nie będzie się dało zablokować krytykanta na Twitterze. Miejmy nadzieję, że do tego czasu albo znajdzie sposób na wyjście z takiej sytuacji, albo będzie miał zbudowane już takie poparcie, że nie będzie to miało żadnego znaczenia.

    #biedron #polityka #neuropa
    pokaż całość

    źródło: NVlGoLwNlV.jpg

    •  

      @Joz Kilka godzin temu też byłem na tej konwencji, w Katowicach. Było identycznie jak napisałeś, też przyszedłem dużo wcześniej ale przypadkiem :D Na wiele tych elementów które odpisałeś nie zwróciłbym uwagi. Ta Daga no cringe ogromny xd Żarcik z Rydzykiem też wpadł. Rzeczywiście mało mówił, tylko ta trójka z którą był najwięcej konkretów mówiła. W każdym razie jest to dla mnie coś nowego i już pomijając ten fakt- kupuje to

    •  

      @Joz: biedroniowaty skończy jak palikot, ale wcześniej powsadza wam kije w doopy i zrobi z was pacynki

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    Dwie osoby ranne na razie. Marszujacy rzucali petardy, race oraz butelki w stronę stojących przy Świdnickiej

    #wroclaw #neuropa #marszniepodleglosci

    źródło: IMG_20181111_184510.jpg

    +: L......................e, Zefey +28 innych
  •  

    Zważ wafelku z kim się kruszysz.

    Zawsze bardzo mi się podobała seria GTA od strony fabularnej. Trochę to kwestia nostalgii, biorąc pod uwagę jak dawno w to grałem. Ale nawet po latach jak już odkryłem, że niemalże każdy aspekt fabularny w każdej części to element hołdu dla popkultury, wciąż doceniałem jak bardzo to do siebie pasowało. Nawet przerywniki, które opierały się na zasadzie - przychodzisz w miejsce A, bohater B na ciebie krzyczy i każe ci pojechać w miejsce C, i zrobić D. I tak do skończenia gry.

    Ślepnąc od świateł od HBO to jest dokładnie taki zlepek cutscenek z GTA przykryty rzeczami mającymi odwrócić uwagę widza, że wcale tak nie jest.

    Wiem, że może się spóźniam dopiero teraz wskakując na pociąg nowej superprodukcji #hbo, ale też szanujmy się, dużo się działo żeby tak w tygodniu ogarnąć ośmioodcinkowy serial, a długi weekend to świetna okazja do nadrobienia. Też dobrze było poczekać, aby nie wkładać kija w mrowisko egzaltacji, jakie można było zaobserwować w kwestii tego serialu. Od tych łagodnych opinii mówiących że to najlepszy polski serial w historii po te bardziej pobożne wieszczące, że to najlepsza produkcja HBO i w ogóle sprzedawać w całości za granicę, ludzie na całym świecie będą zachwyceni.

    Z tym, że nie jest. Ani tym, ani tamtym. Ślepnąc od świateł w najlepszym wypadku może rościć sobie prawo aby być średniakiem.

    Na wstępie jednak zaznaczę, że nie darzę sympatią Jakuba Żulczyka, prowodyra całego zamieszania. Serial jest napisany do kupy z Krzysztofem Skoniecznym, ale jednak, książka i cały zamysł jest Kubusia, więc do niego większość zarzutów będzie adresowana. Nie trawię twórczości Żulczyka, nie kupuję jego konwencji głosu pokolenia, nie uważam aby dialogi zerżnięte z internetu z najebanymi kurwami w każde zdanie były świeże czy adekwatne do rzeczywistości, nie uważam jego spostrzeżeń za mądrych czy ironicznie głupich. Ten pogląd buduję na dwóch serialach, które napisał, bo żadnej z dwóch jego książek, które zacząłem nie skończyłem. Więc, jeżeli ktoś jego twórczość lubi, to może sobie resztę czytania odpuścić, nic odkrywczego tu nie będzie.

    Bo z Żulczykiem jest tak, że on dobrze osadza świat swoich prac. Z perspektywy Ślepnąc... czy nawet Belfra mamy do czynienia z paroma fajnymi elementami. Jest kilka ciekawych postaci, parę interesujących wątków, sceny zapadające w pamięć, ogółem elementy na plus. Na potrzeby metafory, nazwijmy je kropkami. I mamy tych kropek całą masę - trochę lepszych, trochę średnich i stosunkowo mało gorszych. Problem tkwi w tym, że nie umie ich połączyć w sposób spójny.

    U kogoś kto ma nam z założenia opowiedzieć historię to największy kryzys, gdy nie umie dobrze opowiedzieć historii.

    Naprawdę idzie zaakceptować szeroko pojęte żulczykizmy. Serial startuje z dość dużego dołu, w pierwszym odcinku krąży nie wiadomo wokół czego, język razi bardziej niż przenosi w świat, nie wyznacza na początku do czego to wszystko dąży. Nawet główny bohater grany przez Kamila Nożyńskiego zwyczajnie przeszkadza, zwłaszcza w scenach gdy gra z kimś kogo możemy śmiało nazwać aktorem. Wypluwa z siebie te kwestie mechanicznie, jak gimnazjalista z okrojonym pojęciem co to znaczy "grać". I z tego dołu ten serial się wydostaje jakoś w połowie, ale wciąż utrzymuje sinusoidalną formę. Potrzebowałbym drugiego maratonu, aby stwierdzić czy to kwestia przyzwyczajenia czy faktycznej poprawy jakości, ale dalej da się to oglądać. Nożyński w końcowych odcinkach daje radę, języka słucha się przez palce ale aż tak nie żenuje, historia dalej jest średnia i zmierza donikąd.

    I wracamy do Belfra, drugiego sezonu, bo wmawiam sobie że w pierwszym współautorka scenariusza Monika Powalisz trochę ogarniała odpały Żulczyka - natomiast w drugim mamy kilka konceptów, które w sferze myślenia o nich brzmią nieźle, ale wymagają wprawy aby z nich się wykopać. Żulczyk jej nie ma. Serwuje nam niczym nie uzasadnione deus ex machiny, wątki, które wygodnie w ostatniej chwili się zamykają, tworzy swój własny indywidualny świat fantasy, które dla obserwatora spoza jego głowy wydaje się być zwyczajnie głupi.

    Porozmawiajmy o pozytywach, bo negatywy faktycznie w całości zamkniemy wokół postaci twórcy. Po Hardkor Disko, Krzysztof Skonieczny udowadnia że rozumie co jest grane. To zmyślny serial - jest wiele rozwiązań, których bym się nie spodziewał, a jednak są, rozmywają się jednak przy scenariuszu. Tak jak wspominałem na początku, Skonieczny stara się jakoś urozmaicić te elementy rodem z GTA i czasami mu wychodzi. Zdjęcia Englerta, muzyka Maseckiego, no to wszystko świetnie się prezentuje, ale jak jeszcze raz usłyszę, że "tego nigdy nie było w polskim serialu", to mnie krew zaleje. Odsyłam do Artystów, a konkretniej moich [1] recenzji [2] sprzed [3] dwóch [4] lat. W tym względzie nic nowego nie ma.

    Aktorsko, a przez to charakterologicznie jest na plus. Bo nie można o Żulczyku mówić samych złych rzeczy, kreuje postaci co do których mamy emocji - czasem pozytywne, czasem negatywne, czasem i jedno i drugie i to mu wychodzi. Najwięcej emocji będzie wokół postaci Daria, stworzonej przez Jana Frycza i bardzo kurwa jego mać słusznie, bo to człowiek, który grał najlepsze role w najlepszych teatrach w Polsce, gdzieś tam świadomości widzów zawsze był, ale za co konkretnie? Przypominam sobie tylko Pręgi i Pornografię z trochę ambitniejszych dzieł, bo przecież nie za Grocholę będę go pamiętał. I tutaj dostaje kolosalny popis swoich umiejętności, rola na którą dobry aktor może czekać całe swoje życie, bo jest zaprzeczeniem wszelkich oczekiwań jakie wokół aktora można mieć. Nie będę z tym w żaden sposób handlował. Jest świetny, na tyle na ile mu pozwala scenariusz.

    Ale nie tylko Frycz kradnie ekran, bo nawet nie wiecie jak miło było zobaczyć Cezarego Pazurę w roli, która coś od niego wymaga. Utylizuje świetnie jego komediowe portfolio, w tym doskonale wyuczoną świadomość ciała i aktorstwo fizyczne, w roli pospoły śmiesznej jak i bardzo smutnej. To jego najlepsza rola od czasów porucznika Sznajdera w Oficerach (pamiętacie w ogóle taki serial? niezły był). Nawet ten Nożyński o którym pisałem, pod koniec już nie ma takich scen, które by tak irytowały. Wybranie go na osobę wokół której zbudowany jest cały serial to ryzyko, a ono opłaciło się tylko w połowie.

    A mimo tego wszystkiego, całość ogląda się źle. Serial ma elementy dobre, które nie wiadomo do czego dążą. Zaczyna się od ciężkich wdechów i mruczenia pod nosem "echh, dlaczego", a kończy się na bezpośrednich bluzgach _"kurwa, serio?!" Wziąć książkę, jej bazę i wokół niej zbudować lepszy serial, to droga która w tym wypadku byłaby właściwa. To trochę tak jak z Dexterem, kto czytał książki, ten wie, że gdzieś w połowie pierwszej części, trzeba wszystko wyrzucić do kosza i robić coś swojego bo, grafomania Lindsaya na dłuższą metę nie przejdzie.

    Ślepnąc od świateł nie jest ani specjalnie odkrywczy, ani innowatorski, ani też jakoś mocno wciągający. Ma kilka zalet, które przyćmiewają rażące wady. Wszystko się sumuje do przeciętniaka. Może 5-6 lat temu taka produkcja zrobiłaby wrażenie i można byłoby wpaść w zachwyt. Ale w międzyczasie telewizja, w tym polska, poszła naprzód, więc i widz wymaga trochę więcej. Z czytelnikami jest tak samo, ale jednak fani Żulczyka zadowalają się tym co od niego dostają. I to oni tym serialem będą zachwyceni.

    #slepnacodswiatel #belfer #seriale #dziesiatamuza
    pokaż całość

    źródło: maxresdefault.jpg

  •  

    Za mało Koterskiego w Koterskim - 7 uczuć (2018)

    #dziesiatamuza #film #filmy #kino #7uczuc

    Idąc do kina na film, to oczekuje się raczej filmu, nie? Dlatego można się rozczarować otrzymując coś innego. Na przykład teatr telewizji. Na podstawie spektaklu jaki mógłby się pojawić w większości teatrów współczesnych w Polsce (trzy główne założenia - krzyki, wulgaryzmy, ruchanie). I to w dodatku mający coś z Ferdydurke Witolda Gombrowicza, ale z na tyle pozmienianymi elementami żeby rodzina się nie upomniała o profity z praw autorskich. Tak się można poczuć idąc na najnowszy film Marka Koterskiego.

    Koterskiego, którego bardzo lubię i właśnie przez pryzmat tej sympatii nie wstydzę się powiedzieć, że skończył się gdy osiągnął sukces. Jego filmografia utrzymywała tendencję zwyżkową aż do momentu gdy do kin wszedł Dzień Świra, otrzymał najważniejsze nagrody w Polsce i z miejsca stał się klasykiem. Potem zaczęło to spadać: najpierw powoli (Wszyscy jesteśmy Chrystusami), a potem drastycznie (Baby są jakieś inne). Pamiętam wypowiedź z któregoś wywiadu że w 2002 poczuł się naprawdę doceniony za pokazywanie wewnętrznego "ja" na ekranie i stąd trochę spoczął na laurach.

    Tytułowe 7 uczuć to zestaw podstawowych emocji, które powinien posiadać prawidłowo funkcjonujący człowiek, a których brakuje głównemu bohaterowi Koterskiego - Adasiowi Miauczyńskiemu. I już na wstępie mamy wrażenie delikatnego pogubienia - czy to potytułowe plansze z napisami powinny objaśnić filozoficzny kierunek filmu, czy może scena otwierająca? W niej widzimy Adasia takiego jakim go zapamiętaliśmy najlepiej z całej serii, tak jak go wykreował Marek Kondrat - wyświechtanego, zmęczonego życiem, z zarysowaną siwizną i beznamiętnym wyrazem twarzy, w brudnej marynarce, w zużytym ciele bez przyszłości. Jednak nie Marek Kondrat w tej roli się pojawia, a syn reżysera - Michał, kiedyś Misiek Koterski (o nim będzie za chwilę, ale już teraz zaznaczę - jest naprawdę niezły, na pewno nie jest najgorszym odtwórcą tej roli).
    Punktem wyjścia jest wizyta Miauczyńskiego u terapeutki, która w poszukiwaniu źródła jego problemów odsyła go w antynostalgiczną podróż do swojego dzieciństwa. W tej roli Krystyna Czubówna, a skoro jest i ona, to przyjmuje także rolę narratorki, która przerywa co jakiś czas rozgrywaną akcję aby opatrzyć całość jej charakterystycznym, dokumentalnym komentarzem.

    I trochę w tym momencie zaczyna się to sypać, bo do niczego to nie prowadzi.

    Do sceny "teraźniejszej", z terapią wracamy w filmie tylko trzy, albo cztery razy, więc nie ma co się nad tym rozdrabniać. Mam wrażenie, że to taki niezbyt subtelny ukłon w stronę prostszego widza, który mógłby być zaskoczony głębokim, psychologicznym stylem Koterskiego, który liczyłby raczej na zbiór smutno-śmiesznych scen, w których można odnaleźć siebie samego.

    Właściwa akcja dzieje się w jakimś obrębie podstawówkowego dzieciństwa Miauczyńskiego. Film na samym początku mówi nam, że jako dziecko żyjemy około 5000 tysięcy dni, z czego pamiętamy niecały miesiąc, ale na pewno akcja filmu na przestrzeni miesiąca się nie dzieje. Początkowo, mamy delikatny wgląd na to co ukształtowało ukochanego neurotyka Polski, jednak młody Adaś przejawia od początku zachowania socjopatyczne, niż nerwicę natręctw. Ale tak, jest to pokazane przez nadopiekuńczą matkę, która jednak faworyzowała brata, standardowego, brutalnego ojca, przejebaną oraz stłamszoną seksualność, która rzutowała na późniejsze życie głównego bohatera - no, typowy anturaż.

    Później jednak za namową terapeutki odchodzimy od wczesnego dzieciństwa i przenosimy się do szkoły. W tym momencie widz mógłby oczekiwać rozdziałowej narracji filmu (tytuł z cyferką w nazwie też do tego zachęca) - siedem uczuć, siedem rozdział, siedem scenek z dorastania.

    Nic bardziej mylnego, w tej szkole zostajemy aż do końca.

    I na swój sposób, choć takie odwrócenie oczekiwań nie jest do końca zrozumiałe, działa to jednak na korzyść filmu. Wciągnięci w pastiż dziecięcego świata, dopiero możemy w jakimś sposób bardziej wsiąknąć w to co zostało przedstawione na ekranie, zbliżyć się do poruszanej tematyki. Nie jest to jakoś bardzo mocno zawoalowana tematyka, bo przekaz - ludzie mają problemy przez dzieciństwo, oraz dzieci trzeba traktować jak ludzi jest stary jak świat (albo przynajmniej jak Gombrowicz patrz: upupianie). Forma jest ciekawsza.

    To jest dobry moment żeby zwrócić uwagę na jedyny element filmu, dla którego możnaby rozważać pójście do kina, coś czym ten film powinien się promować od początku, ale gdzieś to rozeszło się bez echa.

    Rolę dzieci w wieku 11-12 lat odgrywają dorośli aktorzy. I robią to zajebiście.

    Oczywiście, to nie jest pomysł w żaden sposób oryginalny, nie jest to odkrywcze, ale poniekąd odważne (i dla takiego filmu konieczne, bo kto by chciał oglądać przez tyle czasu ekranowego dziecięcych aktorów, a także byłoby to dla nich demoralizujące, robić to co robili tutaj "mali dorośli"). Taka zagrywka, to zabieg znany z teatru i nie dziwota że w tym filmie wychodzi to teatralnie. Bo nie sposób tego grać normalnie, trzeba to podkręcić.

    To dowód aktorstwa najwyższej klasy. Bo gdy popatrzymy normalnie na Andrzeja Chyrę, nie sposób doszukać się w nim dziecięcej niewinności. Jednak gdy wchodzi w szkolnym mundurku do klasy ze zmierzwioną czupryną od samego początku do końca widzi się na ekranie chłopaka-archetyp samotnika, z dobrego domu bez miłości. I to jego najlepsza rola od lat. Podobnie Marcin Dorociński, który od razu staje się łobuziakiem co na podstawówkowym życiu dobrze się zna. I to jego najlepsza rola od lat. Gabriela Muskała, która napisała Fugę pod siebie aby wykorzystać swoje aktorskie atuty, jako klasowa kujonica wypada o wiele bardziej przekonująco niż babka z syndromem wyparcia. Do tego Katarzyna Figura, Robert Więckiewicz, Andrzej Mastalerz (który zawsze jest rewalacyjny i czekam aż polskie kino go odkryje na nowo i zrobi z niego supergwiazdę), Magda Ciunelis, Tomasz Karolak (tak wiem, ale w tej małej roli daje radę), czy Cezary Pazura, który pojawia się w tym filmie na niecałe 30 sekund. I jest to jego najlepsza rola od lat.

    a już konwencja aby rodziców tych "dzieci po trzydziestce" grali aktorzy znacznie młodsi od nich - świetne

    Michał Koterski zasługuje na osobny akapit. Bo oglądając filmy jego ojca można było obserwować jak Misiek się zmieniał i ewoluował jako aktor. Bo w "Dniu Świra" dość krótko jako Sylwunio-Synunio, trochę przychlast odnajdywał się świetnie, natomiast we "Wszyscy jesteśmy Chrystusami", gdzie trzeba było pokazać trochę więcej głębi zupełnie nie pasował, to były za wysokie progi.

    Dwanaście lat obycia ze sceną i gry w Pierwszej Miłości uczyniło pierdolone cuda, bo raz, że wypadł wiarygodnie jako stary Adaś (choć było tego za mało, było to źle wykorzystane), to dwa jako wrzeszczący i płaczący bachor zutylizował doskonale to na czym się wybił i wypromował. Miałem wątpliwości odkąd po raz pierwszy przeczytałem, kto przejmie stery nad tą jedną z najbardziej ikonicznych postaci w historii polskiego kina, ale Misiek, tj. Michał na szczęście to rozwiał.

    Obsadzenie własnego syna w roli własnego alter ego podkreśla bardzo silny osobisty stosunek do opowiadanej historii. I nie mam wątpliwości, że Marek Koterski tym samym odgrzebuje stare rany i robi trochę taki rachunek sumienia, i że naprawdę starsze pokolenie widzów odnajdzie w pokazanej szkole lat 50. swoje własne dzieciństwo, przypomni sobie śmieszne rymowanki z elementami sprośnymi (których w tym filmie jest kurwa do zajebania). Widz młodszy natomiast, porówna swoją sytuację szkolną, z tamtą i zerknie z ukosa na utarte schematy. To jednak trochę mało, czegoś tu brakuje. To film prywatny, ale brakuje w nim Koterskiego - już nie jako osoby, ale jako reżysera.

    Bo jako reżyser niekwestionowanie zasłużył na miano prawdziwego autora polskiego kina, z oryginalnymi pomysłami, z własnymi, charakterystycznymi elementami i indywidualnym stylem. Idąc na film Koterskiego ma się oczekiwania i nikt nie powinien nam kazać się ich pozbywać. A 7 uczuć odstaje od całej filmografii bardziej niż Baby są jakieś inne.

    Nie ma już kwiecistych dialogów oraz monologów pisanych trzynastozgłoskowcem, które zapadają w pamięć od pierwszego obejrzenia. Gagi się zdarzają, ale raczej na poziomie zaprezentowanym nam w pierwszym teaserze (ta scena została napisana do tego filmu chyba właśnie na potrzeby zwiastunu). Bardziej wymagający humor wynika z repetycji, powtarzania sytuacji abstrakcyjnych tak długo, że zanim staną się całkowicie zwyczajne, znajdą złoty środek który najzwyczajniej bawi. Bo trudno nie uśmiechnąć się, gdy po raz czwarty, czy piąty oglądamy kolejną lekcję geografii o dorzeczach i odnogach Nilu z Gabrielą Muskała recytującą wykute formułki za całą klasę. Dzień świra odniósł taki sukces bo idealnie balansował przez cały czas trwania na granicy genialnej komedii, tragicznego dramatu oraz autorefleksji. Ten film nie balansuje nigdzie, raczej skacze pomiędzy tymi kategoriami, będąc jednak przez lwią część w powietrzu, gdzie nie jest ani jednym ani drugim.

    Koterski próbuje to zrekompensować w sposób najpierw dość miły, potem jednak chamski i bardzo na siłę - cytuje sam siebie. Oczywiście nie ma nic złego w zachowaniu ciągłości powtarzanej cały czas postaci Adasia Miauczyńskiego, ale obsadzanie tych samych aktorów i pokazywanie "patrz, pamiętasz ją/go z moich poprzednich filmów - to inna postać, ale nawiązuję do tamtej jakoś". Zbyt częste parafrazowanie też nuży niż interesuje, kojarzy się z lenistwem. Cytowanie verbatim najbardziej kultowych tekstów z własnego filmu sprzed 15 lat w piosence końcowej film przyprawia o lekkie ciarki żenady. Subtelność znika, #pdk zostało rozszerzone o wszystkich widzów na sali. Koterski mruga do widza tak mocno i tak często, że można odnieść wrażenie że coś mu wpadło do tego oka. Oczu.

    Nawiązań jest więcej także do innych dzieł popkultury, jak np.

    pokaż spoiler Cezary Żak jako konduktor/kontroler w tramwaju <3, albo ojciec Andrzeja Chyry jest z zawodu Komornikiem


    Ale niczemu tak naprawdę one nie służy. Uśmiechnąłem się, wypuściłem mocniej powietrze nosem, jutro o tym zapomnę.

    Ewidentnie coś się stało przy produkcji tego filmu. Nie wiem czy Koterski w trakcie pisania / kręcenia zmienił diametralnie koncepcję, dzięki czemu otrzymujemy pokraczny patchwork dwóch filmów, czy może producent położył swoje łapska i nakazał uczynienie tego filmu bardziej przystępnym - tego się nie dowiemy ale ewidentnie coś poszło nie tak. Zamiast tego dostajemy masę skrajności - to najbardziej psychologiczny z filmów Koterskiego od lat, ale zarazem najpłytszy. Najbardziej spójny reżysersko i aktorsko, ale najgorszy fabularnie i montażowo. Chciałbym aby podczas oglądania wzbudził we mnie chociaż jedno z tytułowych 7 uczuć, ale niestety z nudą Adaś Miauczyński radził sobie akurat bardzo dobrze.
    pokaż całość

    źródło: cdn.natemat.pl

  •  

    Szanowni państwo Łódź była i jest miastem filmowców. Napiszemy więc tutaj, w Łodzi taki film na miarę Oskara. Mamy już znakomitą ekipę filmową, mamy reżysera Waldemara i niech to będzie film z happy endem dla Łodzi, dla mieszkańców, bo do tej pory to co przez ostatnie 8 lat siedziało to raczej chyba taka jakaś tragikomedia czy coś w tym stylu

    http://niezalezna.pl/238312-pis-ma-konkretny-plan-na-lodz-premier-napiszemy-tutaj-film-na-miare-oskara

    Wchodzimy zatem na FilmPolski.pl. Odszukajmy tam film z 2013 roku zatytułowany Ida, jak na razie jedyny polski film pełnometrażowy nagrodzony Oscarem.

    Plenery: Łódź (ul. Legionów, Rzgowska, Dowborczyków 13, Cmentarz Żydowski, cmentarz na Dołach przy ul. Smutnej), Klemensów (Pałac Zamoyskich), Mianów, Jeżew, Dzierżanów, Pabianice, Szczebrzeszyn, Zgierz (ul. Dąbrowskiego 18, skrzyżowanie ul. Wróbla i Szerokiej).

    pokaż spoiler O Ziemi Obiecanej, nominowanej do Oscara, która dosłownie opowiadała o losach Łodzi nie wspominam, bo to film o zgubnym wpływie bankierów na życie szarego człowieka, więc raczej Morawiecki o nim nie słyszał.


    Pan premier niech się lepiej zajmie grzebaniem w cudzych kieszeniach, a nie górnolotnymi porównaniami.

    #film #neuropa #polityka #bekazpisu
    pokaż całość

    źródło: pap.pl

  •  

    Prochrześcijański, ale antyklerykalny - o Klerze i Smarzowskim słów kilka.

    We Wrocławiu znajduje się 7 kin, przez kina miejskie, arthouseowe, po multipleksy. Podliczyłem tylko dzisiaj - #kler w reż. Wojtka Smarzowskiego można było obejrzeć w dniu premiery podczas 80 seansów.

    Bojówki ONR zapowiadały że będa blokować wejścia do kin. Mam wrażenie, że było więcej seansów do obskoczenia niż wszystkich członków ONR w mieście. Więc się wycofali.

    Ale dało się poczuć niepokój w kinie. Wzmożona, wcześniej niezauważalna ochrona. W kinie? Tłok, pomimo że to jeszcze dzień roboczy, pora wczesna, sporo emerytów. Sala jest wypełniona w 70-80%. Jak sprzedał się Kler dowiemy się za parę miesięcy, ale z czystej obserwacji jest to chyba najlepszy weekend otwarcia jaki widziałem. A mamy dopiero piątek.

    Fama poszła, mleko się rozlało. W jednym z felietonów przeczytałem rozczarowanie autorki tekstu, że liczyła że choć raz kościół zachowa się pijarowo jak powinien, położy uszy po sobie, skwituje chłodnym zdaniem i może by się to rozeszło po kościach. Tak się nie stało. Politycy, spin doctorzy, lobbyści jednej i drugiej strony wzieli sobie na sztandary ten film aby go wychwalać/ganić, iść z nim na sztandarach jako argument w wojnie kościoła ze społeczeństwem. Potraktują go tak zwyczajni ludzie, nie mam wątpliwości, że pewnie tak połowa widzów wyciągnie z niego zerojedynkowe "Kościół jest be" lub "smarzowski to antypolak" w zależności po której stronie stoją, utwierdzą swoje przekonania.

    A szkoda, bo Kler to film wielowarstwowy, niejednoznaczny (chociażby w swoich ocenach),a nawet skłaniający do refleksji.

    Pójdę bez spoilerów o krok dalej - to film promujący w swojej warstwie metaforycznej wartości jak najbardziej chrześcijańskie. Ale po kolei.

    Technicznie, to typowy Smarzowski. Jego montaż jest charakterystyczny i w takiej historii sprawdza się rewelacyjnie budując napięcie. Muzyka Trzaski jest oszczędna ale trafia w punkt w najistotniejszych elementach filmu. Aktorsko - mamy genialny kwartet, który Smarzowski doskonale czuje i utylizuje.

    Bohaterami filmu są czterej księża - Kukuła (Jakubik), Trybus (Więckiewicz), Lisowski (Braciak) oraz arcybiskup Mordowicz (Janusz Gajos). Każdy z nich reprezentuje niektóre z grzechów Kościoła - znajdziemy tu cały wachlarz: pedofilia, alkoholizm, rozpusta i żądza, pycha, chciwość, władza. Każdy z tych księży ma wprowadzoną swoją historię i jest targany swoimi demonami. Częścią wspólną jest ta sama społeczność, która ma swój sposób na rozwiązywanie takich problemów. "Kościół jest święty, ale tworzą go ludzie grzeszni" - zdanie ze zwiastuna, które najbardziej zapada w pamięć, wypowiedziane w cyniczny sposób niejako staje się mottem filmu, na pewno w tej drugiej części. Pokazani są grzesznicy, Smarzowski zrywa z wiejskim mitem niepokalaności księdza i pokazuje ich jako zwykłych ludzi, z konkretnymi słabościami, uprawiających konkretny zawód, ale co ważniejsze (i co zniesmaczy drugą stronę dyskursu) - nie demonizuje ich.

    W tym tkwi przesłanie chrześcijańskie, bo każdy z nich na swojej drodze natrafia na szansę na odkupienie swoich win. Każdy z nich może się zbawić: zarówno na swojej drodze krzyżowej, jak i w oczach widzów. Mogą z niej skorzystać, albo ją odrzucić, podążać śladem Chrystusa, lub nie. Ich wola.

    Jednoznacznie źle, jest pokazany jednak Kościół - jako instytucja, jako istniejąca od wielu lat firma zmagająca się z wieloma problemami, czy też jako rak na umiarkowanie zdrowej tkance społeczeństwa. Mafia, klika, i tak dalej, wieloma określeniami można nazwać Kościół Rzymskokatolicki pokazany w filmie. Ich metody są wyrachowane i cyniczne, obliczone na wspólne, większe dobro. Nim jest oczywiście Kościół. Wieczne zbieranie na rynny, dojenie ludzi z ostatniego grosza, budowanie niepotrzebnego sanktuarium, rozgrywki polityczne, kontrola władzy, potępienie dla inności. To wszystko co było w zwiastunie dobrze oddaje jak pokazany jest Kościół. I też rzecz ze zwiastuna - pokazane są tam wszystkie żarty w filmie. Cała reszta jest smutna, przykra oraz rozbrajająca.

    Takie pokazanie Kościoła nie wydaje się wyolbrzymione czy zmyślone, z perspektywy grzesznych bohaterów to nawet logiczne postępowanie. Kryjąc się nawzajem zabezpieczamy nas i nasz wspólny interes. Ktoś mógłby się kłócić że wcale tak nie było, ale Smarzowski nigdy nie wyolbrzymia jak Vega. Szczegółowo wybiera konkretne, prawdziwe wydarzenia i podaje je jako przykład. Film jest fikcyjny, ale bardzo mocno inspiruje się prawdziwymi skandalami która żyła cała Polska. To taki bezpiecznik dla Smarzowskiego, który zawsze może wyciągnąć prawdziwe cytaty z hierarchów Kościoła, które umieścił w filmie. Albo historię siostry Bernadetty, na której pokazanie także miejsce się znalazło. Nazwiska jak zwykle zmyślone.

    To zirytuje wielu, którzy mieli zupełnie inne oczekiwania wobec tego filmu. Smarzowski odpowiada w tym samym filmie na reakcje ludzi, hamuje radykalne oskarżenia że "każdy ksiądz to pedofil", albo "każdy ksiądz to złodziej". Zaznacza, że pokazuje incydenty, które rzutują na ogół tylko przez przyzwolenie większości. Jednak to się gdzieś tam rozmyje - ludzie idąc na ten film mają już konkretne oczekiwania i będą wycierać sobie gęby tym filmem i podpierać argumenty za i przeciw w największym aktualnie sporze w naszym kraju. Smarzowski w tym filmie nie zabiera radykalnego stanowiska, bo przecież nie jest to dokument, tylko rzuca hasło żeby ludzie się pozjadali. Bo to mu wychodzi najlepiej. Szkoda tylko, że widownia przegapi albo zapomni o tym angażując się w swoje wojenki. Ta fama opisywana na początku pod względem kasowym, pomoże jak nigdy wcześniej, natomiast pod względem artystycznym: zaszkodzi w prawidłowym zrozumieniu filmu.

    Czy Smarzowski to przeczuwał reżyserując film o takiej tematyce? Może trochę. To film, który powstaje w idealnym momencie w tym kraju. Wcześniej byłoby za wcześnie, później już by było po ptakach. W Irlandii katolicki entuzjazm oklapł w ciągu kilku lat, wcześniej nie podejrzewałbym analogicznej sytuacji w Polsce. Teraz, myślę że może ten film zmieni trochę myślenie przeciętnego Polaka. Znormalizuje mówienie bez skrępwania o grzechach instytucji i traktowanie księży jak zwyczajnych ludzi. Powoli to już się zmienia, na drodze bolesnych i krzykliwych sporów między ateuszami a katolami. Przez to film w odbiorze straci, społeczeństwo zyska. To typowa ofiara, którą na każdej wojnie, prędzej czy później trzeba ponieść.

    #dziesiatamuza #film #kino #kler
    pokaż całość

    źródło: KLER_A4_300-002.jpg

  •  

    Gdyby istniała, chętnie bym przeczytał książkę na podstawie której Kamerdyner mógłby być nakręcony. Bo film ogląda się miło, ale jednak jak spłyconą adaptację.

    #film #dziesiatamuza #kamerdyner #oscary2018

    Melodramat to dość specyficzny gatunek kina. Obwarowany jest tak wieloma niepisanymi regułami i cliche'ami, że tylko czasami można jasno określić co jest melodramatem, a co nie. Nie podejmę się wyzwania ich spisania, ani tam bardziej przekonywania kogokolwiek, że to gatunek warty uwagi. To się czuje.

    W tej kwestii jest bardzo podobny do westernu. Niby umiejscowienie akcji na głębokim dzikim zachodzie wskazuje na jasny podział, co jest westernem, a co nie - ale są przecież westerny dziejące się w Europie czy na południu Stanów Zjednoczonych - są uwspółcześnione westerny jak rewelacyjny serial Justified, co to w Kentucky XXI wieku się dzieje. To raczej zespół cech wpływających na atmosferę, historię wpływa na to co nazwiemy westernem, a co nie. Oczywiście, niebezspornie.

    Oglądając zarówno melodramat jak i western, już na samym początku akceptujemy konwencję. Trudno iść na western i mieć pretensje do kogokolwiek innego niż do siebie, że nie spodobało nam się takie, a nie inne postrzegania świata. Pozornie zerojedynkowe postacie, fabuła co najwyżej niewymagająca, konflikt cynizmu i idealizmu, a dialogi mocno oszczędne. To tylko przykłady, bo Tarantino w swoich dwóch ostatnich westernach temu zaprzecza, a raczej nikt nie będzie się kłócił, że nie mamy do czynienia z westernem.

    Melodramat to przede wszystkim wyolbrzymienie. Greckie melos, miód, który jest jednoznacznie słodki i dramat, który w Grecji oznaczał po prostu sztukę, teraz raczej umiejscowimy go po drugiej stronie spektrum od słodyczy. Melodramaty bywają słodko-gorzkie, acz zdarzają się tylko słodkie i tylko gorzkie. Jedno jest jednak pewne, coś trzeba czuć. Nie może być miałki, musi być wydumany. Idąc do teatru akceptujemy sceniczne dialogi i grę aktorską, idąc na melodramat akceptujemy odwoływanie się przede wszystkim do uczuć wszelkiej maści, niż do logiki. Melodramat też zawsze uderza w skrajności. Jak miłość, to tylko na zabój, jak śmierć to tylko podczas wojny czy pojedynku, jak bohaterowie to zawsze albo skrajnie bogaci lub skrajnie ubodzy (najlepiej gdy i jedno i drugie) i zawsze - dobrzy albo źli. Czasami dobry, ze złymi intencjami, czasami źli z dobrymi intencjami, czasami na początku źli a potem dobrzy, a czasami na odwrót.

    Trzeba dać się w to wciągnąć. Przełknąć i zaakceptować, albo się zachwycić. Bo inaczej, nawet najlepszy melodramat się nie spodoba.

    --

    Piszę to wszystko na wstępie, w ramach przestrogi. Film Kamerdyner w reżyserii Filipa Bajona, nie spodoba się każdemu, bo taka jest cecha gatunku. A jak się w nim sprawdza? Wydaje się, że całkiem nieźle.

    Oglądając go, trochę trudno odejść od skojarzeń do tych wielkich - jest w nim coś z Przeminęło z wiatrem, jest w nim coś z powieści Steinbacka i jego kilku rewelacyjnych adaptacji. I jest to po prostu polskie. Boże broń, nie mówię tego używając aspektu narodowości w negatywnym świetle. Po prostu, nie mamy za wiele typowo polskich melodramatów. Choć sporadycznie i dość regularnie próby nakręcenia takowego się pojawiają. Z różnym skutkiem.

    Gdyby nie to, że jest już narodową epopeją, fabularnie Pan Tadeusz jest wręcz wymarzonym melodramatem. I to narodowym. Wersja Wajdy od tego nie ucieka. Później Quo vadis, choć osadzone w Starożytnym Rzymie, ramy gatunkowe wypełnia. Potem, mogę wspomnieć o Małej Moskwie, ale tam się tego tak nie czuło (dużo będzie dzisiaj "czucia", z którym można zgadzać się lub nie), tej narodowości tak bardzo nie było, choć było o konflikcie polsko-rosyjskim. Samotność w sieci? No niby też, choć tak współcześnie. Ktoś mógłby się spierać że ukochany przeze mnie Znachor jest melodramatem, ale tę rękawicę może podniosę w innym tekście.

    Tak czy siak, tak uwznioślonych i ogólnonarodowych melodramatów na naszym rynku nie było. I pod tym względem Bajon pokazuje nieznane dotąd "u nas" tereny. A w Hollywood są one od początku kina. _Zapamiętajcie to zdanie, będzie bardzo ważne za kilkanaście akapitów. _

    Historia filmu pokazuje sztywno określone 45 lat, od 1900 do 1945 roku, pewnej wsi i pewnego pałacu na Kaszubach. Nękanego wojnami, zewnętrznymi i wewnętrznymi terenu, w którym ścierają się różne nacje - Niemców (vel. Prusów), Polaków oraz Kaszubów, które także żyć ze sobą muszą. Główny bohater, tytułowy Kamerdyner grany przez Sebastiana Fabijańskiego, jak w dobrej opowieści raczej służy jako punkt do interakcji z pozostałymi, o wiele ciekawszymi bohaterami, jak między innymi niemiecki hrabia na włościach Hermann von Krauss(grany przez Adama Woronowicza) i jego rodzina, oraz kaszubski "król" Bazyli Miotke grany przez Janusza Gajosa. I zawiłe relacje pomiędzy tymi bohaterami w różnych kierunkach są punktem wyjścia całej opowieści.

    Pod tym względem muszę przyznać, że to naprawdę ciekawa opowieść. Chętnie dowiedziałbym się więcej o przedstawionym świecie. Pod tym względem Bajonowi udała się rzecz niesłychana - nakręcił na swój sposób typową polską adaptację dla szkół lektury. Z tym, że żadnej lektury nie ma, a scenariusz był oryginalny. Powtórzę to co napisałem na początku - gdyby istniała, chętnie bym przeczytał książkę na podstawie której Kamerdyner mógłby być nakręcony. Bo film ogląda się jak spłyconą adaptację, co z wielu przyczyn poszła na ustępstwa.

    Przyczyn tego może być kilka. Bajon jest niezłym rzemieślnikiem. Nie oczekiwałbym niczego mniej od człowieka który przez wiele lat był dziekanem wydziału reżyserii łódzkiej filmówki. I pod względem warsztatu film jest świetny, technikalia godne podziwu. Brakuje w nim odrobinę większego wyczucia, kierowania się intuicją i sercem. To czy w melodramacie jest istotne wcale nie jest takie oczywiste, dlatego odpowiedź pozostawiam wam.

    To rzemiosło też widać u dwóch głównych graczy - Woronowicza i Gajosa. Tego pierwszego nie trawię, ale w roli skurwysyńskiego hrabiego naprawdę odnajduje swoją niszę i wykorzystuje swoje atuty. Gajos zaś? Role życia już raczej nakręcił jakiś czas temu i na tę chwilę obsadzenie go w jakiejkolwiek roli to po prostu pewniak, że się z niej wywiąże i zagra to dobrze. Tu jest identycznie. Fabijański, któremu pomimo tytułowości roli (abstrahując jak bardzo nieadekwatny do treści jest tytuł), dalej trudno będzie się przebić na naszym rynku jako "leading role type" nie przeszkadza. Na plus - Szyc, który w tym filmie i ostatnio w Zimnej wojnie wyrasta na eksperta od ról drugoplanowych. A pamiętacie jak kiedyś go forsowano do pierwszoplanowych? Tsk, tu lepiej pasuje.

    Wracając - są wątki miłosne, są wątki rodzinne, są wtrącenia polityczne, społeczne, ale też humorystyczne urzeczywistniające świat. Ale zbyt często są tylko liźnięte, stąd to poczucie, którego nie sposób się wyzbyć "ciekawe jak to było w książce". Bo ma się wrażenie, że wiele materiału zostało po prostu pominięte. Może wróci to w formie serialu w kilkunastu odcinkach, a może taki był zamysł i tak ma być. Mimo to jest to film zmyślny, tak bym go ujął. Tylko w paru momentach traktuje widza jak idiotę - to to o czym mówiłem przed chwilą o Bajonie, że czasami nie mógł się powstrzymać od wyjaśniania subtelności, tylko musiał powiedzieć wprost, jak krowie na rowie. Inny reżyser powstrzymałby się od wypowiedzenia wprost wielkiego twistu całej opowieści, gdzieś tak na poziomie 1/3 filmu, Bajon uznał że to nie jest tak ważne i wali wprost. Ktoś inny nie pokazywałby brutalnego pokłosia egzekucji, bo sama implikacja wywiezienia ludzi do lasu mroziłaby krew w żyłach. Ale jak na tak długi film, to rzeczy marginalne.

    Nie dotarłem do informacji ile wyniósł budżet tego filmu, ale prawdę mówiąc nawet jej nie potrzebuję. W przeciwieństwie do dwóch ostatnich polskich dzieł o Bitwie o Anglię, tutaj w żadnym momencie nie czuć aby na czymś skąpiono, czegoś brakowało. Świetne kostiumy, zdjęcia, scenerie, kreacje, historie i muzyka - niewiele w polskim kinie filmów tak spójnych na wielu płaszczyznach.

    Ale to melodramat. Deal w stylu take it or leave it.

    Ja lubię ten gatunek więc taką koncepcję z łatwością łykam, kupuję i szanuję. To po prostu przyjemnie spędzone w kinie dwie i pół godziny, a niewiele współczesnych filmów nieakcji zasługuje na takie określenie. Dla kogoś innego - prawdopodobnie męka._

    --

    I tu dochodzimy do klu całej opowieści. Jest rzecz, o której w branży mówi się ciszej i głośniej od jakiegoś czasu. Nawet nie od rozpoczęcia festiwalu w Gdyni, a jeszcze wcześniej - od ogłoszenia Komisji Oscarowej. Chodzą głosy że nasz absolutny faworyt nagrodzony w Cannes czyli Zimna wojna, na te Oscary może nie pojechać. Bo nie jest wygodny politycznie. Bo taki nie nasz. Co się wymienia w kuluarach zamiast? Właśnie Kamerdynera. Przecież nie Kler, lol.

    Jak będzie dowiemy się w ciągu najbliższych tygodni. Po seansie, to plotki tym ciekawsze, że Bajon nie wpada w narodowościową nutę. Nie ma tam bicia peanów w stronę uwielbienia polskości, przeciwnie - nacja nie jest tam ważniejsza od innych wartości. Oczywiście, dużo jest o Kaszubach w dobrym smaku, ale nawet przez chwilę nie dopatrzyłem się tam krytyki politycznej ani w jedną, ani w drugą stronę. Raczej to, że politycy szkodzą, wojny szkodzą, a najlepiej to jakby wszyscy zostawili się w spokoju. Tak naprawdę, jedyne co w tym filmie się wpasowuje w retorykę Komisji Oscarowej przychylnej Ministrowi Kultury, to oczywiście dobitnie pokazana martyrologia narodu polskiego. Znowu. Jak Katyń.

    To kolejny powód dla którego Kamerdyner jest gorszym wyborem od Zimnej wojny. Ludzi na świecie nie interesuje cierpienie Polaków, nie interesuje też cierpienie Kaszubów. Zaskoczę was, ale nawet cierpienie Żydów to za mało żeby się przebić na Oscarach, musi być ono zręcznie zawoalowane i pokazane z innej strony, w innych kontekstach, jak Ida czy Syn Szawła.

    Co teraz jest w modzie, naprawdę zręcznie przewidział Pawlikowski. Artyzm. Prostota. Uwielbienie najczęstszych uczuć. Radość i smutek. A nawet czerń i biel. Co jest obecnie wymieniane jako jeden z pewniaków w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczne obok Zimnej wojny? Roma w reżyserii Alfonso Cuarona. I nie uwierzycie, wszystkie te aspekty posiada.

    Kolejna rzecz, to to zdanie które kazałem wam zapamiętać chwilę temu. Na zachodzie, melodramaty już nie zrobią na nikim wrażenia. Przeminęło z wiatrem to rok 1939. Kamerdyner bardziej odkrywczy niż opowieść o Scarlett O'Harze nie jest. To film dobry na nasze poletko. Ma szansę nawet stać się kultowym i uwielbianym do świątecznego obiadu za 15 lat. Za granicą - się nie sprzeda.

    Nie życzę mu aby był polskim pretendentem do Oscara. Przez to, byłby oceniany jeszcze surowiej bo przez pryzmat Zimnej Wojny, a że nie taki, że nie tak dobry, że długi, że przeciągły. Nie potrzebuje tego, bo to film, jak cały czas powtarzam, wbrew wszelkim oczekiwaniom dobry. Wciąż, do kina na Kamerdynera warto się wybrać. Przynajmniej w tym tygodniu, bo od przyszłego piątku na językach wszystkich będzie przecież Kler Smarzowskiego.
    pokaż całość

    źródło: next-film.pl

    •  

      @Joz: Film generalnie mi się podobał, szczególnie to co wyprawiali Gajos i Woronowicz. Historia była wciągająca, życie w pałacu i okolicznych wsiach miało swój niepowtarzalny klimat, kaszubski kontekst historyczny to niewątpliwie nowość dla Polskiego kina. Zaskoczyło mnie pozytywnie to, że film się tak rozciągnął w czasie i stał się swego rodzaju epopeją z pięknymi plenerami, scenografią i zdjęciami.

      Na początku Bajon delikatnie pokazywał (i bardzo dobrze) , czy to przez "buciki bohaterki" czy przyprowadzenie dziecka pokojówki do pałacu i aluzja do hrabiego "jest sierotą i niech tak zostanie", że tytułowy kamerdyner to dziecko hrabiego. Niestety tak jak wspomniałeś w 1/3 filmu pojawia się Olbrychski , który nagle palnął łopatologicznie "tak w ogóle to jest bękart hrabiego" - poczułem się jakby reżyser mi plasnął w twarz - i za chwilę dodaje oczywistą oczywistość "a to jest jego siostra" - drugie plaśnięcie.
      To była najgorsza scena filmu, pewnie producent mu kazał ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Wątek romantyczny nie do końca zagrał, szczególnie jego zakończenie. Motywacje złęgo Pana od muzyki nie były jakoś zbytnio wyjaśnione i to też pewna wada, wątek homoseksualno-trans? trochę na siłę, nic nie wnosił.

      Moja ocena filmu jednak pozostaje wysoka 7/10

      PS: Nie ma książki, na której podstawie powstał scenariusz, ale jest książka która powstała na podstawie scenariusza :D http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4856668/kamerdyner-milosc-wojna-zbrodnia
      pokaż całość

    •  
      J...................n

      0

      Na plus - Szyc

      @Joz: Serio? Ja prawie musiałem odwracać wzrok jak coś mówił, tak to sztucznie wyglądało.

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    #neuropa obgadujo #biedron2020 #polityka

    pokaż spoiler beka z transformacji kuców jarmuża na biedronowców, ale nigdy nie jest za późno na nawrócenie

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: Screenshot_20180907-202713.png

    +: Tom_Ja, B.............a +7 innych
  •  

    #zimnawojna #dziesiatamuza #film #kino #filmy

    - Znajdź sobie kogoś, kto będzie w stanie z Tobą wytrzymać.
    - Jeszcze się taki nie urodził.


    Pawlikowskiemu udało się stworzyć doskonały film o parze ludzi która ewidentnie się szczerze nienawidzi. Przy okazji zdołał oszukać wszystkich oczekujących prostego, romantycznego filmu. Jakkolwiek sprzecznie to nie zabrzmi to jest to dalej "film o miłości", tylko pokazujący wszystko to czego na ogół nie uświadczymy w tym rodzaju kina gatunkowego, z miłością toksyczną, zaborczą, zmuszoną. Prawdziwą.

    Przypomnijcie sobie stare kino. Francuska "nowa fala", włoski neorealizm, cinéma vérité i ruchy słów-life. W polskim kinie? Wajda i "Niewinni czarodzieje". Filmy Godarda, w których "nic się nie dzieje", bohaterowie ze sobą są, żyją życiem na chwilę, cieszą się. Ich przypadkowe spotkania są rozwlekane w czasie, każda sekunda dziewiczego kontaktu rozdrabniania na mniejsze i pokazywana w najdrobniejszych szczegółach. Długie spacery i rozmowy o niczym zawiazujące relacje między parą, pozwalające widzom zakochać się w ich romantycznej eskapadzie. Chemia wylewająca się z ekranu.

    Pawlikowski w Zimnej wojnie rezygnuje z tego wszystkiego. Bezczelny i brutalny montaż filmu jest bardzo urywkowy, pokazuje nam tylko krótkie wycinki z życia głównych bohaterów na przestrzeni 20 lat. Czas ekranowy półtoragodzinnego filmu nie jest spożytkowany na zapoznanie się z Wiktorem (Tomasz Kot) czy Zulą (Joanna Kulig). W ich relacji dostrzeżemy wszystko prócz szczerej, bajkowej miłości - jest boleść, żal, rozczarowanie, gorycz. Ich pierwsze spotkanie a pierwszy stosunek oddzielają 3 sceny. Nie ma tutaj romantyzmu. Nie ma powolnego odkrywania się. Jest tylko dzika chuć, mechaniczne zaspokajanie swoich pragnień i żądz. Rysuje nam się przez to związek toksyczny, nieoparty na żadnych racjonalnych fundamentach. Najbardziej wymowne jest to co Pawlikowski w swoim filmie pomija, komentuje milczeniem. Urywając sceny nagle, za wcześnie, kończąc je fade-to-black, wskazując na wyrwy, które widz musi sam w głowie uzupełnić.

    W swoich scenach razem, nasi bohaterowie o wiele częściej się kłócą niż godzą. Obserwujemy ich w różnych miejscach w różnym czasie na różnych etapach swojego związku. Nie uświadczymy czułych słówek, a wszelkie zapewnienia o miłości aż po grób brzmią fałszywie, pusto, rzucone w przestrzeń bez jakiejkolwiek wiary w ich znaczenie. Dwójka samotnych ludzi, szukających w życiu czegoś, sami nie wiedząc czego. Można się łudzić, że będąc ze sobą tak długo, w scenach niepokazanych byli ze sobą szczęśliwi. Tak byłoby w idealnym świecie, ale raczej nie tym który jest spowity "zimną wojną".

    Wiktor jest kompozytorem, dyrygentem i pianistą. Zaraz po wojnie wraz ze swoją partnerką Iloną, graną przez Agatę Kuleszę, zakłada zespół pieśni i tańca "Mazurek". Nawiązań do prawdziwej historii powstania zespołu "Mazowsze" i burzliwego życia jego twórcy Tadeusza Sygietyńskiego jest mnóstwo, ale bynajmniej nie mamy tutaj do czynienia z jakąkolwiek formą biografii. Bardziej inspiracją, wariacją co by było gdyby. Marzy o wyrwaniu się ze stalinistycznej klatki ograniczającej artystyczne swobody, marzy też o jakiejś wersji miłości, czymś pobudzającym jak muza? Zula, wieśniaczka z przeszłością wydaje się być idealnym urzeczywistnieniem marzenia. Oryginalna, zadziorna, charakterna. Też marzy o wyrwaniu się ze swojego świata, ale innymi środkami niż Wiktor. Ostatecznie wszystko pozostaje w sferze domysłów, ponieważ intencji bohaterów nigdy nie poznajemy za dobrze. Wiktor jawi się jako rozczarowany, cyniczny, ale wciąż beznadziejny romantyk, oczekujący chwil cierpienia, a nawet czerpiący z nich satysfakcję. Zakochany na zabój nie w samej Zuli, ale w jej wypaczonym ideale, który wykreował w swojej głowie. A ona? Daje się poznać jako wyrachowana, roszczeniowa i bezwzględna kobieta nieprzebierająca w środkach aby osiągnąć swój cel, osiągnąć cokolwiek. To tylko pozy, które przybierają przed lustrem. W istocie jest to tragiczna historia dwójki ludzi głęboko w sobie zakochanych, lecz nie mogących ze sobą wytrzymać.

    Pod względem technicznym mówimy o arcydziele, po prostu. Łukasz Żal wyciąga z czarno-białych kadrów wszystko to co najpiękniejsze pokazując przygnębienie bierutowskiej wsi, by w następnej scenie mamić nas egzotyką Jugosławii czy beztroską Paryża. Światło i choreografia scen sprawiają że warto się na ten film wybrać do kina tylko po to aby się na piękno obrazu napatrzeć. Muzyka także jest mocnym punktem filmu. Najbardziej kojarzone utwory Mazowsza, czy to w oryginale czy w aranżacji jazzowej kreują tak unikalny klimat, który chłonie się z każdym taktem. Dobrze to ze sobą współgra. Aktorsko - dostatecznie dobrze. Zachowałbym nadmierne zachwyty na inną okazję, Kot i Kulig grają na tyle dobrze, że wydobywają ze scenariusza Głowackiego & Pawlikowskiego to co najlepsze, ale bez przyćmiewania historii. Kulig gra w sposób bardzo wyrównany, wręcz wykalkulowany. Natomiast Kot ma swoje momenty, gdy drastycznie epatuje aurą zbitego psa, przekazuje energię rozczarowanego idealisty lepiej niż Bogart, ale w paru momentach jest po prostu Tomkiem Kotem, który próbuje coś tam ugrać. Niespójnie. W filmie pojawia się też Borys Szyc, w roli partyjnego aparatczyka. To rola w której mógłby błyszczeć, ale ponieważ jest jaki jest, nijaki, oślizgły i niemrawy, film tylko na tym zyskuje. Chociaż stworzył chyba moją ulubioną postać w tym filmie, raczej nie będzie to rola, która zreaktywuje jego karierę. Ale na pewno jest krokiem w dobrą stronę.

    Wszelka krytyka tego filmu będzie rozbijać się o opowiedzianą historię - czy jesteśmy skłonni zaakceptować konwencję Pawlikowskiego. Padną, bo paść muszą, argumenty że jest to film antypolski, który pokazuje polską rzeczywistość jako smutną, przygnębiającą i beznadziejną. Że Polacy to nawet jak się kochają to gorzko. Nie sądzę aby taka była bezpośrednia intencja twórcy. Gra politycznymi realiami tamtych czasów jest jednym z głównych mechanizmów narracyjnych, ale nie wydaje się ani przez moment wyolbrzymiona. Ogromną krzywdę temu filmowi wyrządził przepiękny zwiastun i egzaltyczne recenzje polskich krytyków z Cannes, obiecując coś na kształt historii o prostej miłości w niezbyt prostych czasach, podczas gdy nie mogłoby być inaczej. A już Torbickiej, która przyrównała ten film do "polskiej Casablanki", zabrałbym legitymację dziennikarską i paszport RP, bo najwyraźniej nie widziała ani jednego ani drugiego filmu.

    Obejrzę go koniecznie drugi raz przy okazji szerokiej premiery. Zimna wojna to film, który trzeba odpowiednio przetrawić. Pawlikowski przejawia w nim oblicza geniuszu, ale nie takiego które uderza od razu. Mnogość interpretacji i przewrotność opowiadanej historii, czyni pożegnalną opowieść Janusza Głowackiego jedną z jego najsilniejszych. Objawia się to w samym tytule, który bardziej niż do czasu w którym umiejscowiony jest film, pasuje do relacji w nim pokazanej. W zależności od nastawienia widza może to być nieopowiedziana nigdy przedtem historia miłości zwyczajnej, lub przepiękna wydmuszka pozbawiona niezbędnych emocji. A może i jedno i drugie, bowiem prawdziwa miłość nigdy nie jest jednoznaczna.
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

    +: r......7, n......e +74 innych
    •  

      @Joz: ale żeś się kurwa rozpisał

      +: Kunnorinno, F......k +3 innych
    •  

      @Joz Pzed chwilą wyszłam z sali kinowej. Wywało na mnie dosyć pozytywne wrażenie. Tylko film dla mnie nie jest o miłości ani nawet ludzi zakochanych. Ani nawet tych nienawdzących się, czy toksycznych (i co trzeba docenić, Pawlikowski nie idealizuje tego typu uczucia czy gwałtwonych szkodliwych uniesień tak jak większość tworów popkultury). Moim zdanem Wiktor i Zula nie darzą się prawdziwym uczuciem, raczej są zakochani w wykreowanym obrazie. Zula nie znająca z autopsji uczucia kochania i bycia kochanym raczej uwielbia to, że Wiktor wielbi ją jak muzę i jest wyżej postawiony, jest przepustką do kariery. On ją niejako wykreował jak Pigmalion. Jeśli jednak w 100% się nie poświęca, ona "zawodzi" się na nim. Wiktor z kolei kocha stan, w którym jest zakochany i może cierpieć. I nawet jeśli ludzie z boku widzą, że zakochał się w nieogarniętej wieśniarze, to on ma to gdzieś. Jest niczym idealistyczny Don Kichot widzący bardziej fantazję niż stan faktyczny. Pięknie zostało ukazane to, jak zamiast "czaru zakochania, odnalezienia się w samotności" mamy granie kliszami (jak wycieczka w Paryżu, końcowa scena) I ten klimat żelaznej kutyny potęguje ten absurd ich relacji. I to też jest sposób ukazywania związków w tamtych czasach.
      Ale kadry są przepiękne, widać, że Pawlkowski czuje się w tej estetyce jak ryba w wodzie. Ale to nie jest film antypolski, po prostu tak było, żdnej krytyki czy idealizowania komunizmu nie było.

      I jabym tak podsumowała: nieopowiedziana nigdy przedtem historia miłości w postaci przepięknej wydmuszki pozbawionej niezbędnych emocji.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Kill Billa 3 nie będzie

    Jeśli mieliście co do tego jakiekolwiek wątpliwości, jeżeli łudziliście się, że trzecia część sagi o Pannie Młodej będzie finalnym (bo dziesiątym) filmem Quentina Tarantino - to porzućcie wszelką nadzieję, którzy wchodzicie. Powód? Relacja między Tarantino a Thurman na tę chwilę jest prawdopodobnie nie do uratowania.

    Może wydawać się dziwne - wszak Tarantino zawsze wydawał się mówić o Thurman w samych superlatywach, nazywając ją swoją muzą i nawet zapewniając jej współautorstwo na Kill Billem. Tymczasem rzeczywistość okazała się być zgoła odmienna, a wszelka zażyłość jaką między nimi się kreśliła w mediach podczas promocji filmu była niczym innym jak fasadą, kreacją odgrywaną przez Thurman. Bo nie miała innego wyjścia.

    W opublikowanym dzisiaj przez NYTimes wywiadzie - This Is Why Uma Thurman Is Angry, w szczerej rozmowie Uma zwierza się z bardzo komplikowanej relacji zarówno z Tarantino jak i Weinsteinem, w tym o próbie gwałtu ze strony tego drugiego. Jednak kroplą, która przelała czarę goryczy, było coś zupełnie innego - fakt, że przez lekkomyślność Tarantino, Thurman o mało nie zginęła:

    With four days left, after nine months of shooting the sadistic saga, Thurman was asked to do something that made her draw the line.
    In the famous scene where she’s driving the blue convertible to kill Bill — the same one she put on Instagram on Thanksgiving — she was asked to do the driving herself.
    But she had been led to believe by a teamster, she says, that the car, which had been reconfigured from a stick shift to an automatic, might not be working that well.
    She says she insisted that she didn’t feel comfortable operating the car and would prefer a stunt person to do it. Producers say they do not recall her objecting.


    “Quentin came in my trailer and didn’t like to hear no, like any director,” she says. “He was furious because I’d cost them a lot of time. But I was scared. He said: ‘I promise you the car is fine. It’s a straight piece of road.’” He persuaded her to do it, and instructed: “‘Hit 40 miles per hour or your hair won’t blow the right way and I’ll make you do it again.’ But that was a deathbox that I was in. The seat wasn’t screwed down properly. It was a sand road and it was not a straight road.” (Tarantino did not respond to requests for comment.)

    Thurman then shows me the footage that she says has taken her 15 years to get. “Solving my own Nancy Drew mystery,” she says.
    It’s from the point of view of a camera mounted to the back of the Karmann Ghia. It’s frightening to watch Thurman wrestle with the car, as it drifts off the road and smashes into a palm tree, her contorted torso heaving helplessly until crew members appear in the frame to pull her out of the wreckage. Tarantino leans in and Thurman flashes a relieved smile when she realizes that she can briefly stand.


    Pokłosiem wypadku była kłótnia z Tarantino, który choć przepraszał, nie traktował całości serio:

    Thurman says her mind meld with Tarantino was rattled. “We were in a terrible fight for years,” she explains. “We had to then go through promoting the movies. It was all very thin ice. We had a fateful fight at Soho House in New York in 2004 and we were shouting at each other because he wouldn’t let me see the footage and he told me that was what they had all decided.”

    Now, so many years after the accident, inspired by the reckoning on violence against women, reliving her own “dehumanization to the point of death” in Mexico, and furious that there have not been more legal repercussions against Weinstein, Thurman says she handed over the result of her own excavations to the police and ramped up the pressure to cajole the crash footage out of Tarantino.

    “Quentin finally atoned by giving it to me after 15 years, right?” she says. “Not that it matters now, with my permanently damaged neck and my screwed-up knees.”

    I fragment, który moim zdaniem jest kluczowy, żeby zrozumieć dlaczego Kill Bill 3 nigdy nie powstanie:

    “When they turned on me after the accident,” she says, “I went from being a creative contributor and performer to being like a broken tool.”
    Thurman says that in “Kill Bill,” Tarantino had done the honors with some of the sadistic flourishes himself, spitting in her face in the scene where Michael Madsen is seen on screen doing it and choking her with a chain in the scene where a teenager named Gogo is on screen doing it.
    “Harvey assaulted me but that didn’t kill me,” she says. “What really got me about the crash was that it was a cheap shot. I had been through so many rings of fire by that point.I had really always felt a connection to the greater good in my work with Quentin and most of what I allowed to happen to me and what I participated in was kind of like a horrible mud wrestle with a very angry brother. But at least I had some say, you know?” She says she didn’t feel disempowered by any of it. Until the crash.


    Oczywiście odsyłam was do całości artykułu, aby delikatnie wgryźć się w całe zagadnienie. Oczywiście, ktoś powie - słowo przeciw słowu, z perspektywy Tarantino mogło to wyglądać zupełnie inaczej. Prawda, chociaż nagranie z wypadku nadaje wypowiedzi Thurman rzetelności. Natomiast co do degradacji ze strony Quentina, nikt nie powinien mieć problemu aby w to uwierzyć, bo jego zwyrolskie zapędy są powszechnie znane. W ten sposób, szanse na to że otrzymamy powrót do czasów Kill Billa maleją niemalże jednoznacznie do zera, ale kto wie, może się pogodzą.

    Pozostaje liczyć na to, że przynajmniej projekt roboczo zatytułowany "1969" z Leonardo DiCaprio, potencjalnymi Margot Robbie, Alem Pacino, Tomem Cruisem i Bradem Pittem i polskim aktorem w roli Romana Polańskiego niejako otrze łzy.

    #dziesiatamuza #film #kino #killbill #tarantino #weinstein
    pokaż całość

    źródło: uma3.jpg

    +: A.......h, Scorub +20 innych
  •  

    Dzisiaj do kin wchodzi nominowany do czterech Oscarów (Film, Aktor pierwszoplanowy, Scenariusz adaptowany, Piosenka) film w reżyserii Luki Guadagniniego - Tamte dni, tamte noce ("Call Me By Your Name"). Z tej okazji pozwolę sobie przypomnieć moją recenzję sprzed trzech miesięcy, wraz z erratą na końcu jak oceniam ten film po czasie.

    Gwoli zachęty: idę na niego dzisiaj czwarty raz.

    #dziesiatamuza #film #kino #lgbt #oscary2018

    "Nazywaj mnie swoim imieniem, a ja Ciebie będę nazywać moim."

    Chyba większości ludzi tak się zdarzyło, iść ulicą i jedno przypadkowe zdarzenie, coś zupełnie losowego, jak dźwięk z niczym szczególnym niezwiązany albo zapach, o tak, w moim przypadku wyjątkowo zapach, potrafi przywołać wspomnienia sprzed lat. Wspomnienia, ale czasami nawet nie konkretne wydarzenia a emocje jakie nam wtedy towarzyszyły, a idąc o krok dalej nawet - nastrój, atmosferę stanu dawnego.

    Gdyby zamknąć go w ramach jednego zapachu, flakonik opatrzony tytułem "Call Me By Your Name" pachniałby jak ostatni dzień beztroskiego lata, podczas którego przez większość czasu nie robiło się nic poza odpoczynkiem, a dopiero gdy jego kres był już na horyzoncie nastąpowała kulminacja zdarzeń które wypalały się w pamięci, lata wieku dojrzewania kiedy świat tak jak my sami był niezbadany, nieodkryty, dziewiczy, a przez to ciekawszy, smaczniejszy i zwyczajnie lepszy, lata spędzanego na wsi w sielankowej atmosferze inności i powolnego stylu życia.

    Byłby też zapachem, którego delikatna słodkawo-kawowa woń byłaby w stanie doprowadzić mnie do łez.

    "Call Me By Your Name" jest jednym z najpiękniejszych filmów jakie przyszło mi obejrzeć. W życiu.

    Oskarżcie mnie o recenzencką egzaltację, a nawet nie podejmę tej walki bo to chyba prawda - zdarzyło mi się w ostatnich miesiącach kreować osądy skrajne, w zeszłym roku La La Land, w tym aż A Ghost Story, Blade Runner 2049, a teraz ten. Jednak łączy te filmy wspólna cecha, że wychodząc z kina czułem się odmienną osobą, niż gdy siadałem w kinowym fotelu. Nie tyle chwilową zmianę, jak poprawa nastroju, zabicie nudy, ale elementarne przejście w inny stan. W przypadku tego filmu, spotkało mnie pewnego rodzaju katharsis, które sprawiło emocjonalny reset w mojej głowie i sercu.

    To sfera subiektywna, ale na szczeblu uniwersalnym, odbierania przez każdego widza ten film też się broni.

    Nie skłamałem z tym latem. Film opowiada o końcówce pewnego upalnego lata we Włoszech na początku lat 80. I klimat tamtego miejsca i tamtych czasów jest wyczuwalny od pierwszej sceny i trzyma do samego końca, ale robi to w sposób nietypowy, bo zachowuje swój uniwersalizm - widz nie potrzebuje przypomnienia co chwila "spójrz, to lata 80." bo nie wnosi to nic do film - dla nieuważnego widza, ten film równie dobrze mógłby się dziać 30 lat wcześniej, albo 30 lat później, jest tak dobrze nakręcony. I to nie tylko paleta pastelowych barw, wiejskich plenerów, czy fikuśnych strojów, to także bardzo charakterystyczna i minimalistyczna ścieżka dźwiękowa - piosenki autorskie od Sufjana Stevensa, tak urokliwe i melancholijne w swojej naiwności, ale też fortepianowy instrumental, który choć jest kolażem dzieł znanych i mniej znanych jest spójny jak mało co. Urzeka też historia.

    Ponieważ w swojej esencji mamy do czynienia z historią miłosną w okresie dojrzewania. Kropka. Coming of age love story, to jeden z najprostszych i najchętniej wykorzystywanych zalążków opowieści i ten film jest dokładnie tym. Serio. Tylko tyle i aż tyle. Oczywiście na pewno w szerokiej dyskusji o tym filmie nacisk zostanie położony na fakt, że jest to gejowska historia o miłości, ale skupianie się na tym aspekcie jest bardzo ignoranckim podejściem. Nie jest to Moonlight, a pierwszą osobę używającej takiego przeskoku myślowego, że jest to zeszłoroczny oscarbait dla białych będę bił po twarzy, tym bardziej nie jest to też ordynarne Życie Adele sprzed czterech lat. W tej opowieści płeć kochanków może być absolutnie dowolna w różnych konfiguracjach (choć element delikatnego tabu jest wskazany) i nie wpłynie to w żaden sposób na wymowę tego filmu, to dalej będzie opowieść o najczystszej, najbardziej niewinnej z miłości.

    taa to niby dlaczego znowu promują tych gejów, w dodatku żydzi nooo

    Nie wiem, nie zastanawiałem się, nie mam pojęcia. Jeśli tylko po to aby wprawić w obrzydzenie homofobów, to nawet popieram, już dwie osoby z grona znajomych wyrzuciłem.

    Historia, która jest wyważona. Ma naturszczykowe dialogi, gdy to potrzebne i zawiłe monologi gdy zachodzi taka konieczność. Film jest delikatny, ale nie boi się uciec do wulgarności rodem z American Pie, tylko po to aby po chwili zaskoczyć widza wyjątkową wrażliwością. Nie żartuję, jestem fanem zachowywania decorum w kinie (a przynajmniej, niewrzucania takich rzeczy tylko w imię wrzucania, Życie Adele i sceny z porno wspominam z przewracaniem oczami) i gdy pojawiła się pewna, aż nazbyt graficzna scena ten film wyrwał mnie z estetycznego amoku i niemalże zniszczył idylliczną otoczką jaką wokół tego filmu sobie budowałem. Ale zrobił to świadomie, aby w następnej scenie usprawiedliwić to i wpędzić w widza w zakłopotanie, żę jak mógł wątpić w brak pomyślunku. To wszystko jest wsparte wspaniałym aktorstwem. Timothée Chalamet, znany z Homeland czy Interstellar nawet nie tyle daje radę, co daje popis naprawdę dorosłego aktorstwa, a Arnie Hammer - bezcharyzmiak #1 Hollywood, znajduje dla siebie idelaną rolę, w której może wykorzystać swoje atuty. Ale największą gwiazdą jest tutaj Michael Stuhlbarg, który nie jedną osobę zaskoczy. Jego fanem jestem od Zakazanego Imperium i zawsze milej oceniam film z jego udziałem, ale tutaj dał popis. Pokazuje jak powinno się robić role drugoplanowe - błyszczy gdzieś tam na drugim planie, gdy się pojawia jest zauważalny, a gdy pojawia się jego moment by skraść serca, robi to kurwa idealnie i zasługuje na Oscara w tej kategorii (Oscara oczywiście nie dostanie bo nie dostał nawet nominacji i jest to bezapelacyjnie największe zaniechanie tego roku). Jest jak dobra przyprawa, która nadaje potrawie charakter, ale nie zmienia jej smaku ani jej nie dominuje, wydobywa z niej to co najlepsze.

    Ten film osiąga sukces na jeszcze jednym polu. Nie ma się do czego przyczepić. Niby proste, ale przecież zawsze można się do czegoś przyczepić. Ale idziemy o krok dalej. Wszystkie aspekty tego filmu reprezentują równy, mistrzowski poziom. Bardzo, ale to bardzo niewiele jest filmów w historii kina o których mógłbym to powiedzieć, wiele moich ukochanych filmów nie przeszłoby tej kategorii. Nie da się powiedzieć "ej, co jest największą siłą tego filmu?", bo ciężko byłoby się zdecydować co tak naprawdę się wybija. To tak jak z Ojcem Chrzestnym, że możesz się kłócić, że wybitne aktorstwo, ale potem przypominasz sobie o mistrzowskiej muzyce, inspirujących zdjęciach, o tych wspaniałych kostiumach i tak dalej i tak dalej.

    A wiecie co świadczy o prawdziwym kunszcie tego filmu? Polski tytuł. Wszak tytuł "Call Me By Your Name", jest w istocie nieprzetłumaczalny dosłownie na polski (a jest to cytat z filmu który zawarłem na początku, jest on niezgrabny). Z kolei tłumacz za przyzwoleniem Barańczaka zastosował 100% poezji, a 0% wierności, bo po polsku film nazywa się Tamte dni, tamte noce. I ja to kupuję, ponieważ oddaje charakter tego filmu w całości. Bo przecież kto z nas, słysząc o tamtych dniach i tamtych nocach nie wspomina z rozrzewnieniem tamtych czasów, kiedy życie było beztroskie i smakowało jak nigdy później?

    --

    Addendum:

    Obejrzałem ten film już trzy razy polując na niego przy okazji różnych przedpremier. Za każdym razem wierząc, że z kolejnym obejrzeniem będzie podobał mi się mniej. Jest wprost przeciwnie. Urzeka każdy element i nie mogę przestać o tym filmie myśleć. To bez dwóch zdań najlepszy film 2017 roku, roku którego poziom i tak był cholernie mocno wyśrubowany w górę. Ale tutaj mówimy o filmie, który z automatu wręcz staje się klasykiem, obrazem definiującym dekadę w której powstaje.

    Zróbcie sobie tę przysługę i obejrzyjcie ten film w kinie. Naprawdę warto.
    pokaż całość

    źródło: clovertheater.com

  •  

    Nawet przy spokojnej lekturze człowiekowi musi wyskoczyć znikąd Wykop.pl

    "Zawód", Kamil Fejfer, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, 2017, Rozdział V: "Multi-level Marketing"

    #wykop #ksiazki #polska i poniekąd #neuropa, bo to książka o tym że w kraju nie ma pracy i młodzi muszą się chwytać najchujowszych zajęć. Jak np. MLM. pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

    +: r......7, jagto89 +2 innych
  •  

    #neuropa #skrotwiadomosci #tvpis #polityka #wyborcza

    Kawał dobrej roboty ze strony dziennikarzy Wyborczej, którzy dotarli do słynnych paskowych z TVP

    http://wyborcza.pl/7,75398,22907192,to-one-robia-paski-grozy-w-tvp.html

    treść poniżej, ale zachęcam do kupienia subskrypcji

    To one robią "paski grozy" w TVP
    Wojciech Czuchnowski, Agnieszka Kublik
    17 stycznia 2018 | 06:00

    Ujawniamy, kto pisze propagandowe "paski" w TVP Info i w "Wiadomościach". To młode dziennikarki - niektóre skończyły szkołę ojca Rydzyka, inne pracowały w komercyjnych portalach i telewizjach. Jest też autorka skandalizującej powieści o mediach.

    „Paski” w bezwzględny sposób atakują opozycję i przeciwników PiS, a dokonania rządu wychwalają pod niebiosa: „Państwo Tuska oddało 35 mln złotych gangsterom”, „Obrońcy pedofilów i alimenciarzy twarzami oporu przeciwko reformie sądownictwa”, ” Agresja i chamstwo – tyle zapamiętamy z dzisiejszej manifestacji przed Sejmem”, „Przyjaciele Sorosa radzą, jak obalić polski rząd”, „Platforma Obywatelska niezadowolona ze wzrostu znaczenia Polski na świecie”, „Rok po nieudanym puczu – totalna opozycja wciąż nakręca spiralę agresji”, „Totalna opozycja w totalnej rozsypce”.

    Nazywane są „paskami grozy” i stanowią niewyczerpany temat żartów w internecie.

    TVP pilnie strzeże tożsamości „paskowych”, ale „Wyborczej” udało się poznać ich nazwiska. Nie są to znane osoby, dlatego w tekście – poza jednym przypadkiem – operujemy imionami.
    "Prezes Kurski chwali się widownią i przy okazji oszukuje". Juliusz Braun w "Crash teście" o sytuacji w TVP

    Można nieźle zarobić

    „Paskowych” jest dziesięć: dwie Anny, dwie Sylwie, Elżbieta, Monika, Agnieszka, Karolina, Kalina i Jolanta. W pracy mają rozpisane na godziny dyżury – od 5 do 11, od 11 do 16, od 16 do 24. Zwykle biorą po dwa. Siedzą w reżyserce w studiu na stołecznym placu Powstańców, stale odbierają telefony z instrukcjami, co ma być na „pasku” – opowiadają pracownicy TVP Info.

    Kto przekazuje instrukcje? Nasi rozmówcy twierdzą, że płyną one albo od szefa anteny Grzegorza Pawelczyka, albo nawet bezpośrednio od prezesa TVP Jacka Kurskiego. Coraz więcej „pasków” jest jednak pisanych przez dziennikarki, które wiedzą już, jaka powinna być narracja.

    „Paskowe” nieźle zarabiają, za dyżur dostają ok. 300 zł. Przy podziale na tyle osób oznacza to, że miesięcznie mogą zarobić od 4 tys. zł w górę. Ale najważniejsze jest to, że to wstęp do kariery, występów na wizji, prowadzenia własnego programu czy prezentowania serwisów.

    Prześledziliśmy dorobek „paskowych” i ich aktywność w internecie. I tak jedna z Ann prowadzi w Warszawie firmę „usługi dziennikarskie”. Kiedyś wygrała konkurs recytatorski w Zamościu, a poza TVP udziela się też w portalach piszących o rolnictwie. Ela pracowała w bezpłatnej gazecie miejskiej na Pomorzu. Druga z Ann zaczynała w portalu Onet.pl. Jeszcze w 2015 r. relacjonowała jedną z miesięcznic smoleńskich w tonie niechętnym obecnej partii rządzącej: „Zgromadzenia organizowane przez Prawo i Sprawiedliwość pod Pałacem Prezydenckim stawały się w minionych latach manifestacjami przeciwko rządom PO i miejscem forsowania teorii o zamachu”.

    Agnieszka studiuje na warszawskiej uczelni Collegium Civitas. Na portalu Tvp.info są jej artykuły o policjantach poszukujących przestępców ściganych listami gończymi i o problemach osób niepełnosprawnych. Z jej profilu na Facebooku nie widać wielkiego zaangażowania politycznego. Reklamuje programy TVP Info, wrzuca zdjęcia psa, z imprez czy wakacji, które lubi spędzać nad wodą. Jest też patriotką. 1 sierpnia pisze: „Jestem dziś bardzo dumna z Warszawy, mojego miasta, którego serce przez chwile biło w rytm powstania. Cześć i chwała bohaterom”.

    Pierwsza Sylwia też ma firmę dziennikarską, skończyła Wydział Teologii na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim. Druga Sylwia wcześniej była w Polsat Biznes i w Programie 1 Polskiego Radia, a od 2014 r. pracuje w „Wiadomościach”, gdzie przygotowuje materiały reporterskie – np. na temat marszów dla życia i rodziny. Na Facebooku chwali się wypiekami, wakacjami i narzeczonym. Zero polityki.

    Informacje z życia prywatnego są też na profilu Karoliny. Kalina, studentka (a może już absolwentka) Wyższej Szkoły Kultury Medialnej w Toruniu ojca Rydzyka, jest bardziej zaangażowana – na Facebooku zaprasza na spotkanie z posłem PiS oraz czci rocznicę katastrofy smoleńskiej. O Monice nie udało nam się niczego dowiedzieć.

    Jedyną w tym gronie publicznie znaną osobą jest Jolanta Mokrzyńska. Jak na dzisiejsze warunki w TVP, gdzie wymieniono większość kadry, jest weteranką. Pracuje tam od co najmniej pięciu lat, w 2015 r. wywołała środowiskowy skandal, publikując powieść „Wszystkie świństwa świata”.

    200-stronicowe dzieło jest połączeniem „50 twarzy Greya” i „Bridget Jones”. Pracownicy telewizji publicznej rozpoznawali w nim siebie i kolegów, a sama Mokrzyńska nie ukrywała, że utożsamia się z wiodącą narratorką Joanną, która w książce trudni się... pisaniem pasków informacyjnych. „Paskowy, niezgrabne określenie na bardzo użytecznego pracownika. Tego, który czuwa nieustająco, pilnując literek przesuwających się w dole ekranu, depesz i nowości” – pisała Mokrzyńska.

    Fabuła książki jest prosta. W telewizji, gdzie atmosfera wprost ocieka seksem, młoda dziennikarka wdaje się w toksyczny romans z żonatym prezenterem Aleksandrem. Gdy ten rzuca ją dla koleżanki o imieniu Paulinka, morduje go, a ciało ćwiartuje. Na koniec popełnia samobójstwo. Chyba, bo nie jest to do końca jasne.

    W powieści Mokrzyńskiej nie brakuje mocnych scen erotycznych. Relacje pomiędzy kochankami opierają się na brutalnym pożądaniu wyrażanym w SMS-ach typu: „wybór nowego papieża to świetna okazja, by cię zerżnąć”; „Chciałbym wypełnić Twoje usta i patrzeć, jak spoglądasz na mnie z dołu szeroko otwartymi oczami” czy „Orgazm jak bomba tlenowa. Naprawdę doskonałe. Uważałam, że nie muszę mu tego mówić, ale widziałam, jak bardzo zadowolonym go to uczyniło. – I to w Wielki Piątek – dodał tonem, który można było interpretować jako ironiczny. Sądzę, że sam Jezus nie miałby nic przeciwko temu. Akurat on na pewno by nam wybaczył”.

    Bohaterom „Wszystkich świństw świata” nie podobają się np. obchody smoleńskie. Komentują: „Prezes PiS z pretorianami w szarych oparach świtu na Powązkach ustawił wszystko na poziomie wysokiego C z lekkim fałszem”. Sama główna bohaterka z ubolewaniem pisze o „zawłaszczonym Krakowskim Przedmieściu, o żenującym poziomie występów na zaimprowizowanej scenie, o reaktywowanym fanatyzmie obrońców krzyża”. Jej partner użala się: „Biedna Joanna, musiała tego wszystkiego słuchać i cytować te brednie tak jakby były coś warte”.

    Kurski jest zadowolony

    Prezes TVP Jacek Kurski jest zadowolony z pracy „paskowych” i samych pasków. Na niedawnym posiedzeniu sejmowej komisji kultury ocenił, że większość komunikatów w TVP Info jest trafna. – Nie uważam „pasków” w TVP Info za propagandę. Jeśli zdarzają się takie, które nie powinny się zdarzyć, są one wyjątkiem potwierdzającym regułę rzetelnego standardu telewizji publicznej – stwierdził.
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    "Ostatnio na forum ktoś wrzucił historię z internetu, o wędkarzu. Takie jaja... mówię ci..."

    Fanatyk Michała Tylki to na pewno film o monumentalnym znaczeniu. Kamień milowy przy długiej i wyboistej drodze historii polskiej kinematografii, świadectwo że zaledwie w ciągu dekady internetowe memy, z przeznaczonej dla bardzo zamkniętej, hermetycznej grupy odbiorców, stały się wytworem kultury o wpływie na społeczeństwo porównywalnym z epicką powieścią. Internetowa pasta staje się tym samym odrębnym gatunkiem literackim z własnymi cechami dystynktywnymi i własnymi prawami; film ten jest dowodem na to, że niezależnie od tego ile by z tym nie walczyć lub przed tym wzbraniać, sfera internetum i realum są ze sobą wymieszane już na dobre. Miesiące hype'u i nakręcania się, podniecenia internetowej społeczności, że prosty żart przebył tak daleką drogę i stał się "czymś prawdziwym".

    Tylko czy przekłada się to na de facto dobry film?

    No, tak średnio.

    Gdyby spróbować podsumować Fanatyka jednym słowem, najadekwatniej byłoby go określić sformułowaniem, że jest to film poprawny. Znaczy to mniej więcej tyle, iż wszystkie jego elementy pod względem warsztatu i wykonania sprawują się dobrze, ale jednak brakuje jakiegoś elementu, jakiegoś niewypowiedzianego pierwiastka, który wyniósłby ten film na "wyżyny" bycia chociażby "dobrym". Bo ten film przez pół godziny ogląda się... okej, bez nadmiernych rewelacji w którąkolwiek stronę, od niechcenia, niczym Familiadę w pierwszy dzień świąt, bo jest się zbyt przejedzonym aby zmienić kanał. Z tego powodu można by pomyśleć że słowo poprawny jest eufemizmem na określenie nudny. To nie do końca tak działa.

    Warsztatowo jest w porządku. Miło zobaczyć że grant na scenariusz, pomoc PISFu oraz hajsy od internautów nie zostały przepierdolone na głupoty, tylko mamy do czynienia z profesjonalną produkcją, a nie "kinem niezależnym-kręconym-iPhonem". Daje to także nam, widzom, argument do ręki pozwalający na bezwzględną krytykę wszystkich elementów, bowiem nie ma miejsca na usprawiedliwienia w stylu "to tylko taka zabawa", "to tylko głupia historia z internetu", "to tylko eksperyment". Nie, to film z krwi i kości. Widać wyraźne inspiracje najlepszym polskim filmem ostatnich lat jakim była Ostatnia rodzina i to jest okej - począwszy od scenografii, doboru ujęć, palety kolorystycznej aż po samą tematykę toksyczności polskiej rodziny. Momentami, aż za bardzo, zwłaszcza w postaci Wioletty Gałeckiej, czyli matki polki z cichą aprobatą na wszystkie inby. Aktorsko - tu już bywa różnie. Postać Anona vel. Jakuba wizualnie się broni, ale jako głos z offu będący narratorem całej historii: już kompletnie nie. Za dużo jest nadymania i sztuczności.

    Słoniem w pokoju, o którym niestety trzeba wspomnieć jest Piotr Cyrwus w tytułowej roli Andrzeja. Nie mam zamiaru tworzyć tu wyolbrzymionych sądów, jakoby pan Piotr był słabym aktorem, bo ponoć w teatrze zdarza mu się błyszczeć, to niestety tutaj jest niewypałem, a może i zmarnowanym potencjałem. Niemalże w każdej scenie widać nadmierny trud i wysiłek jaki wkłada w wypowiadanie każdej kwestii i każdą minę, przez co ogląda się Cyrwusa z wąsem który przeaktarza każdą kwestię, zamiast Andrzeja Gałeckiego, co to najebał rangę sum na forum xD. Najbardziej widać to w trzech scenach kiedy jego występ zestawimy z trójką bez wątpienia lepszych aktorów - Marianem Dziędzielem, Dariuszem Kowalskim i Janem Nowickim. I choć ich role są wręcz gościnne, ograniczają się do pojedynczej sceny, to są zniuansowane i zapadają w pamięć nienachalnością, której całemu filmowi brakuje. Po części chciałbym o to obwinić reżyserię - w dwóch scenach Cyrwus działa: retrospektywa wyjazdu na ryby z młodym Anonem oraz ostatnia scena-epilog. I są to dwie jedyne sceny w których pokazana jest ta łagodniejsza strona fanatyka, więc wniosek jaki z tego wysnuwam - Piotr Cyrwus do dynamicznej i krzykliwej roli się zwyczajnie nie nadaje.

    Od zawsze byłem przeciwnikiem teorii utylitaryzmu kina, używania argumentu: "A czy to jest w ogóle potrzebne?". Kino nie musi być potrzebne, żadna z dziedzin kultury nie powinna być obostrzona jakąkolwiek potrzebą, powstaje bo może, tyle. Ludzie posługujący się tą logiką, najczęściej przy wszelkiej maści adaptacjach dość niedokładnie próbują wyrazić nieidealne przeniesienie historii z jednego medium do drugiego. Film będący adaptacją internetowej pasty, nawet tak popularnej i mainstreamowej jak ta miał niełatwe zadanie. Zadania:

    1. Zachować oryginał pasty w taki sposób, aby spodobał się fanom oryginału
    Bowiem to oni będą pierwszymi oglądającymi to dzieło i to za sprawą ich marketingu wirusowego, film może trafić do szerszego odbiorcy

    2. Być przetłumaczonym na tyle, aby spodobał się ludziom nie znającym kontekstu
    Ich grupa jest o wiele liczniejsza, stanowią widownię która w drugiej kolejności zaznajomi się z filmem i dla ewentualnego "sukcesu" ich aprobata jest niezbędna. Posługując się czanmową - trzeba go odpowiednio znormifikować. Tak jak dobry mem, który nawet gdy trafi w mainstream potrafi jeszcze bawić rdzenny target.

    Moim zdaniem ten film nie jest dla ani jednych ani dla drugich, czyli jest de facto dla nikogo, czyli spłycając / upraszczając "hurr jest niepotrzebny". Pomijam tu aspekt społeczny, pomijam elementy zza kulis i znaczenie przetartych szlaków, które ten film za sobą pozostawia bo o tym za chwilę; oceniam go w bańce takim jakim jest. A prawda jest taka, że nie jest tak śmieszny jak oryginalny tekst, nawet w minimalnym stopniu. Oblewa tym samym egzamin z zadania nr. 1 - pasta charakteryzowała się niewyobrażalną lekkością, wodząc oczami po tekście płynęło się z rozbawieniem, każde kolejne zdanie rozbawiało i to bez rozróżnienia czy było "punchem" czy wprowadzeniem doń. W filmie to nie działa, nawet przy elementach zaczerpniętych żywcem z pasty. Winę za to ponosi montaż, który to ostatecznie ma największy wpływ na flow całego obrazu. Elementy wprowadzające są za długie a wyprowadzenie komediowych puent - bardzo ciężkie i toporne.

    Doceniam konwencję komediodramatu, czyli wzbogacenie filmu o elementy tworzące iluzję prawdziwej historii, dodające element ludzkiej tragedii - pasta mogła być ich pozbawiona, skupiając się wyłącznie na elementach satrycznych, bowiem czytelnik sobie kontekst dointerpretuje: "boże, nawet jeżeli część z tego jest prawdziwa to musi być pojebana rodzina". Film z krwi i kości (a przyjęliśmy że z takim mamy do czenienia) musi mieć te elementy wprowadzone bardziej wprost bo inaczej jest zlepkiem skeczy. One tu są, ale są pokazane dość nieudolnie, bowiem dopiero bardzo późno o ile w ogóle możemy mieć poczucie, że postacie na ekranie są rzeczywistymi bohaterami. Ich prezentacja jest niewystarczająca, przez większość filmu żaden z członków rodziny nie jest odpowiednio zhumanizowany i ma się wrażenie obcowania z kartonowymi wycinkami które wypluwają kwestie niż z czymś noszącym znamiona prawdziwej osoby.

    Ta konwencja idealnego balansu między komedią a tragedią została w polskim kinie doprowadzona do perfekcji przez Marka Koterskiego, zwłaszcza w Dniu świra. To tak naprawdę zlepek losowych scenek rodzajowych z życia nad którymi panuje większa, spójna oś głównego bohatera, rozwijająca się z każdą, niepozorną sceną. To idealny przykład filmu "z życia codziennego" o kolosalnym wpływie na polską popkulturę, nie mam wątpliwości że mógł być inspiracją podczas pisania oryginalnej pasty i prawdopodobnie dlatego reżyser chciał uciec od tych inspiracji jak najdalej, żeby nikt nie powiedział: "o, to taki amatorski Dzień świra z rybami". A szkoda, bo jeżeli coś jest dobre i działa to wynajdowanie koła od nowa nie ma do końca sensu. Wolałbym "Dzień świra z rybami" niż to.

    Na końcu dochodzimy do tego co ten film oznacza - dla przyszłości kina, dla przyszłości internetowej popkultury, co on za sobą niesie. Niezależnie od tego czy film się ludziom spodoba czy nie, poziom nakręcenia na niego był tak duży, że producenci będą o wiele chętniej sięgać po sferę internetową. Najpewniej po pasty. W tym konkretnym przypadku Michał Tylka miał szczęście, że odnalazł i zweryfikował twórcę - Malcolma XD (abstrahując od tego, czy pasty w ogóle powinny mieć autorów, czy anonimowość twórcy nie jest warunkiem koniecznym gatunku?) i mógł się z nim dogadać. Co w przypadku setek past anonimowych, czy one są w domenie publicznej, czy może twórcy będą się pojawiać by na nich zarabiać? Internet bazuje na antyautorskiej odtwórstwie, prawdziwe życie i branża filmowa nie znosi takich niejasności. Ale to jedna rzecz - do tej pory byliśmy przyzwyczajeni, że gdy media tradycyjne próbują przerobić na swój format nowe media, wychodzi kompletne zażenowanie (patrz przykład ostatni, opowiadanie w telewizji o młodzieżowym słowie roku "xD" i "odjaniepawlić"). Fanatyk broni się tym, że wzbudza zażenowanie tylko czasami i to bez ciarek wstydu. Czy przyszli twórcy będą mieli na tyle taktu? Nie myślcie że wróżę z fusów, ta "rewolucja" już się dzieje - współpraca Malcolma XD z Tylką ma zaowocować serialem na Showmaxie gdzie każdy odcinek ma odpowiadać innej paście, a to dopiero początek. Nic nie możemy z tym zrobić, tylko komentować, krytykować, punktować - oceniać, to w internecie wychodzi najlepiej.

    Podsumowując, Fanatyka da się obejrzeć, chociaż bez egzaltacji, ot w ramach ciekawostki. Nie dorównuje poziomowi oczekiwań jaki sam sobie nakręcił, ale też nie jest w żaden sposób zbrodnią przeciw internetowi. Ani to szczupak, co to jest królem wód (o, zrobienie z tego tekstu kaczfrazy głównego bohatera było tym elementem "żeżu"), ani ukleją czy też płotką. Jest jak karp na wigilijnym stole, mulasty i pełen ości, ale można spróbować gdzieś pomiędzy rybą po grecku a sałatką jarzynową. Więc na te święta życzę Wam, aby przypadkiem ten karp nie stanął Wam ością w gardle.

    #film #fanatyk #pasta #kino #dziesiatamuza
    pokaż całość

    źródło: Zrzut ekranu 2017-12-24 11.43.57.png

    +: G......t, K...w +342 innych
  •  

    Godny polecenia optyk we #wroclaw? Bardziej zależy mi na zaufanym, dobrym rzemieślniku niż sieciówkowych pierdołach z obostrzeniami.

    +: Antonyo77, A.............h +4 innych
  •  

    #dziesiatamuza #film #kino

    "Nazywaj mnie swoim imieniem, a ja Ciebie będę nazywać moim."

    Chyba większości ludzi tak się zdarzyło, iść ulicą i jedno przypadkowe zdarzenie, coś zupełnie losowego, jak dźwięk z niczym szczególnym nie związany albo zapach, o tak, w moim przypadku wyjątkowo zapach, potrafi przywołać wspomnienia sprzed lat. Wspomnienia, ale czasami nawet nie konkretne wydarzenia a emocje jakie nam wtedy towarzyszyły, a idąc o krok dalej nawet - nastrój, atmosferę stanu dawnego.

    Gdyby zamknąć go w ramach jednego zapachu, flakonik opatrzony tytułem "Call Me By Your Name" pachniałby jak ostatni dzień beztroskiego lata, podczas którego przez większość czasu nie robiło się nic poza odpoczynkiem, a dopiero gdy jego kres był już na horyzoncie nastąpowała kulminacja zdarzeń które wypalały się w pamięci, lata wieku dojrzewania kiedy świat tak jak my sami był niezbadany, nieodkryty, dziewiczy, a przez to ciekawszy, smaczniejszy i zwyczajnie lepszy, lata spędzanego na wsi w sielankowej atmosferze inności i powolnego stylu życia.

    Byłby też zapachem, którego delikatna słodkawo-kawowa woń byłaby w stanie doprowadzić mnie do łez.

    "Call Me By Your Name" jest jednym z najpiękniejszych filmów jakie przyszło mi obejrzeć. W życiu.

    Oskarżcie mnie o recenzencką egzaltację, a nawet nie podejmę tej walki bo to chyba prawda - zdarzyło mi się w ostatnich miesiącach kreować osądy skrajne, w zeszłym roku La La Land, w tym aż A Ghost Story, Blade Runner 2049, a teraz ten. Jednak łączy te filmy wspólna cecha, że wychodząc z kina czułem się odmienną osobą, niż gdy siadałem w kinowym fotelu. Nie tyle chwilową zmianę, jak poprawa nastroju, zabicie nudy, ale elementarne przejście w inny stan. W przypadku tego filmu, spotkało mnie pewnego rodzaju katharsis, które sprawiło emocjonalny reset w mojej głowie i sercu.

    To sfera subiektywna, ale na szczeblu uniwersalnym, odbierania przez każdego widza ten film też się broni.

    Nie skłamałem z tym latem. Film opowiada o końcówce pewnego upalnego lata we Włoszech pod koniec lat 80. I klimat tamtego miejsca i tamtych czasów jest wyczuwalny od pierwszej sceny i trzyma do samego końca, ale robi to w sposób nietypowy, bo zachowuje swój uniwersalizm - widz nie potrzebuje przypomnienia co chwila "spójrz, to lata 80." bo nie wnosi to nic do film - dla nieuważnego widza, ten film równie dobrze mógłby się dziać 30 lat wcześniej, albo 30 lat później, jest tak dobrze nakręcony. I to nie tylko paleta pastelowych barw, wiejskich plenerów, czy fikuśnych strojów, to także bardzo charakterystyczna i minimalistyczna ścieżka dźwiękowa Sufjana Stevensa (coś zupełnie innego, czego możnaby oczekiwać od niego, tak jakbyło w przypadku Trenta Reznora czy Jonny'ego Greenwooda), ale też opowiadana historia.

    Ponieważ w swojej esencji mamy do czynienia z historią miłosną w okresie dojrzewania. Kropka. Coming of age love story, to jeden z najprostszych i najchętniej wykorzystywanych zalążków opowieści i ten film jest dokładnie tym. Serio. Tylko tyle i aż tyle. Oczywiście na pewno w szerokiej dyskusji o tym filmie nacisk zostanie położony na fakt, że jest to gejowska historia o miłości, ale skupianie się na tym aspekcie jest bardzo ignoranckim podejściem. Nie jest to Moonlight, a pierwszą osobę używającej takiego przeskoku myślowego, że jest to zeszłoroczny oscarbait dla białych będę bił po twarzy, tym bardziej nie jest to też ordynarne Życie Adele sprzed czterech lat. W tej opowieści płeć kochanków może być absolutnie dowolna w różnych konfiguracjach (choć element delikatnego tabu jest wskazany) i nie wpłynie to w żaden sposób na wymowę tego filmu, to dalej będzie opowieść o najczystszej, najbardziej niewinnej z miłości.

    taa to niby dlaczego znowu promują tych gejów, w dodatku żydzi nooo

    Nie wiem, nie zastanawiałem się, nie mam pojęcia. Jeśli tylko po to aby wprawić w obrzydzenie homofobów, to nawet popieram, już dwie osoby z grona znajomych wyrzuciłem.

    Historia, która jest wyważona. Ma naturszczykowe dialogi, gdy to potrzebne i zawiłe monologi gdy zachodzi taka konieczność. Film jest delikatny, ale nie boi się uciec do wulgarności rodem z American Pie, tylko po to aby po chwili zaskoczyć widza wyjątkową wrażliwością. Nie żartuję, jestem fanem zachowywania decorum w kinie (a przynajmniej, niewrzucania takich rzeczy tylko w imię wrzucania, Życie Adele i sceny z porno wspominam z przewracaniem oczami) i gdy pojawiła się pewna, aż nazbyt graficzna scena ten film wyrwał mnie z estetycznego amoku i niemalże zniszczył idylliczną otoczką jaką wokół tego filmu sobie budowałem. Ale zrobił to świadomie, aby w następnej scenie usprawiedliwić to i wpędzić w widza w zakłopotanie, żę jak mógł wątpić w brak pomyślunku. To wszystko jest wsparte wspaniałym aktorstwem. Timothée Chalamet, znany z Homeland czy Interstellar nawet nie tyle daje radę, co daje popis naprawdę dorosłego aktorstwa, a Arnie Hammer - bezcharyzmiak #1 Hollywood, znajduje dla siebie idelaną rolę, w której może wykorzystać swoje atuty. Ale największą gwiazdą jest tutaj Michael Stuhlbarg, który nie jedną osobę zaskoczy. Jego fanem jestem od Zakazanego Imperium i zawsze milej oceniam film z jego udziałem, ale tutaj dał popis. Pokazuje jak powinno się robić role drugoplanowe - błyszczy gdzieś tam na drugim planie, gdy się pojawia jest zauważalny, a gdy pojawia się jego moment by skraść serca, robi to kurwa idealnie i zasługuje na Oscara w tej kategorii. Jest jak dobra przyprawa, która nadaje potrawie charakter, ale nie zmienia jej smaku ani jej nie dominuje, wydobywa z niej to co najlepsze.

    Ten film osiąga sukces na jeszcze jednym polu. Nie ma się do czego przyczepić. Niby proste, ale przecież zawsze można się do czegoś przyczepić. Ale idziemy o krok dalej. Wszystkie aspekty tego filmu reprezentują równy, mistrzowski poziom. Bardzo, ale to bardzo niewiele jest filmów w historii kina o których mógłbym to powiedzieć, wiele moich ukochanych filmów nie przeszłoby tej kategorii. Nie da się powiedzieć "ej, co jest największą siłą tego filmu?", bo ciężko byłoby się zdecydować co tak naprawdę się wybija. To tak jak z Ojcem Chrzestnym, że możesz się kłócić, że wybitne aktorstwo, ale potem przypominasz sobie o mistrzowskiej muzyce, inspirujących zdjęciach, o tych wspaniałych kostiumach i tak dalej i tak dalej.

    A wiecie co świadczy o prawdziwym kunszcie tego filmu? Polski tytuł. Wszak tytuł "Call Me By Your Name", jest w istocie nieprzetłumaczalny dosłownie na polski (a jest to cytat z filmu który zawarłem na początku, jest on niezgrabny). Z kolei tłumacz za przyzwoleniem Barańczaka zastosował 100% poezji, a 0% wierności, bo po polsku film nazywa się Tamte dni, tamte noce. I ja to kupuję, ponieważ oddaje charakter tego filmu w całości. Bo przecież kto z nas, słysząc o tamtych dniach i tamtych nocach nie wspomina z rozrzewnieniem tamtych czasów, kiedy życie było beztroskie i smakowało jak nigdy później?
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Przez tydzień filmowy Wrocław żyje Ameryką. Trwa 8. American Film Festival, czyli święto kina... przystępnego. Tak jak Festiwal Nowe Horyzonty może zrażać mniej wymagających widzów niektórymi swoimi propozycjami, tak AFF wynagradza z nawiązką, prezentując przedpremierowo filmy, które dopiero za kilka miesięcy staną się głośnymi laureatami nagród, wszystko to co najlepszy rynek filmowy na świecie ma do zaoferowania. Szeroka widownia to docenia i kino przy Kazimierza Wielkiego pęka w szwach nawet przy tych wydawać by się mogło mniej oczywistych pokazach.

    Polecam w sumie każdemu kto lubi kino wybrać się na festiwal jakiśtam. Taki kinowy "bingewatching" oferuje zupełnie inne doznania od popcornowego, cotygodniowego seansu. Specjalnie mówię innego, ponieważ nie chcę oceniać czy lepszego czy gorszego. Proponuję wziąć sobie chociaż jeden dzień wolny od pracy i wypełnić go filmami pokazywanymi co chwila. Zmęczenie jakie będzie towarzyszyć pod koniec tego dnia będzie dziwne do opisania. W zależności od jakości ogladanych filmów będzie to coś w stylu emocjonalnego wyczerpania, intelektualnego wyzucia i wręcz fizycznego napięcia.

    buuu, życie takie straszne, siedzieć cały dzień i filmy oglądać

    No niby tak, do pracy w kopalni tego nie porównam, ale wymaga to trochę wyrzeczeń, ale na plus. Jednak należy dobierać filmy ostrożnie - na festiwalu nie ma chwili na wytchnienie, a najczęściej pokazywane są tam filmy które tylko by na chwili refleksji zyskały. Dzisiejszego wieczoru, jak nigdy miałem tego dowód. Z powodu słabego ułożenia kalendarza zaraz po sobie umieściłem dwa filmy które bardzo chciałem obejrzeć - The Killing of a Sacred Deer oraz Call Me By Your Name. Oba skrajnie odmienne filmy, choć im dłużej o tym pomyśleć to mają wiele wspólnych pierdół. Oba filmy zasługują na ogromną ścianę tekstu, bo oba odcisnęły na mnie duchowe piętno. Ale napiszę to i wrzucę dopiero rano, ponieważ oba należy przetrawić. Dla clickbaitu powiem, że jeden z nich może być filmem dekady, a dyskusje na temat jego ewentualnego przereklamowania, będą bardziej legendarne niż La La Land.

    Jak gdzieś się tam kręcicie po obiekcie, to dajcie znać, może zbijemy pionę.

    pokaż spoiler Albo lepiej nie, pewne relacje nie powinny wychodzić poza internet xD


    #dziesiatamuza #film #americanfilmfestival #nowehoryzonty #kino
    pokaż całość

    źródło: i.ytimg.com

  •  

    Pierwszy zdjęcie z planu "Nielegalnych", bazujących na bestselleorwej powieści szpiegowskiej Vincenta V. Severskiego pod tym samym tytułem.

    Produkcja Canal+, po dobrze przyjętym Belfrze potrafi rozbudzić oczekiwania. Kupuję tę konwencję, może aktorzy nie są dobrani kropka w kropkę, to mają na tyle zdolności aktorskich aby udźwignąć książkowe postaci. Oczywiście, lwia część roboty spoczywa na ramionach Konrada Wolskiego, w tej roli Grzegorz Damięcki - i choć jego wybór przyjąłem z delikatnym entuzjazmem i niepewnością, to im dłużej o tym myślę tym bardziej to kupuję. Właśnie w Belfrze pokazał że ma na tyle charyzmy aby udźwignąć główną ikoniczną rolę, a w świadomości szerokiej widowni jest nikim, tabulą rasą aby stworzyć bohatera polskiej popkultury.

    Propsy.

    #seriale #nielegalni #severski #ksiazki #canalplus
    pokaż całość

    źródło: 22291111_1671135422959012_6717021297454990423_o.jpg

  •  

    "Szkoda, że nie dane jest jej żyć! Lecz z drugiej strony, komu jest?"

    Pamiętam jak niecały rok temu wychodziłem z kina po obejrzeniu filmu z Ryanem Goslingiem dziejącego się w Los Angeles. Miałem takie poczucie że byłem świadkiem czegoś niezwykłego i takie uczucie zachwytu po wyjściu z kina już nigdy nie wróci.

    Na szczęście są na świecie jeszcze twórcy, którzy potrafią mnie wyprowadzić z błędu.

    Albo to na serio jest kwestia Goslinga i Los Angeles, bo przecież po Drive też wychodziłem urzeczony

    nie będzie tu spoilerów dotyczących fabuły, ale rzeczywiście najlepiej ten film obejrzeć nie wiedząc nic.

    Blade Runner 2049 to kontynuacja filmu, o którego kontynuację nikt nie prosił. Nikt nie musiał, dzieło Ridleya Scotta z 1982 roku ma zapewnioną szczególną pozycję w historii kinematografii. Nie jest to film który wymyślił cyberpunk, ale zdecydowanie go zdefiniował na swoją modłę - stworzył unikatowy klimat powielany w późniejszych latach przez wielkich i małych, mniej lub bardziej udolnie. W ten sposób nie było potrzeby kontynuacji, bo po co skoro kilkanaście udanych filmów dostatecznie się inspiruje Scottem i na swój sposób mu hołdują utrwalając tym samym pozostawione dziedzictwo.

    A może to też prostota niejasności fabuły? Oczywiście mówimy tutaj wyłącznie o wersji finalnej, ponieważ jakieś tam abstrakcyjne edycje z dodanym komentarzem z offu nie są w żaden sposób uznawane za kanon - zakończenie dwuznaczne, idealnie komponujące się w przesłanie całego filmu, tu już nawet nie jest kwestia oczekiwań, nikt nie chce rozwiązania zagadki bo niepewność tylko napędza dyskusję.

    Zatem w jaki sposób w ogóle zabrać się do kręcenia fabularnej kontynuacji takiego giganta? Prosto. Z marszu. Denis Villeneuve zrobił to w niecały rok. Jeżeli on może w mniej niż 365 dni zmierzyć się z legendą to co, ty nie zagadasz do dziewczyny która ci się podoba?

    Podchodziłem ostrożnie do tego projektu od samego początku. Począwszy od pierwszych informacji o nieśmiałych planach, po radosnych informacjach mówiących o braku ingerencji Ridleya Szkodnika Scotta, po zaangażowanie w projekt Goslinga i Forda aż po zatrudnienie Villeneuve'a, reżysera którym świecił na czerwono na radarach kinomaniaków minimum od 2014 roku. I mimo że było mnóstwo tych pozytywnych aspektów, wciąż pozostawał niepokój, no bo jak to, to się nie może udać, to jest zbyt duża legenda żeby się z tym zmierzyć.

    Prawda. Wchodząc do sali kinowej jeszcze odczuwałem niepokój, już wtedy miałem przeświadczenie że mam do czynienia z ogromnym przehypeowaniem tego filmu, że nie ma szans aby ten film im dorównał. Że będę wkładał palec z dziegciem w beczkę miodu studząc entuzjazm ludzi spuszczających się nad tym filmem. Że będzie conajwyżej dobry, bo przecież to nie ma prawa się udać.

    A jednak.

    To dobry moment aby wtrącić coś o samym Denisie Villeneuvie który swoim najnowszym filmem udowadnia że dekada 2010s jest jego autorską dziwką, coś na wzór tego co Francis Ford Coppola zrobił z latami 70. Jedną z jego cech charakterystycznych jest to że zna doskonale widza swoich filmó i potrafi z łatwością odwrócić jego oczekiwania.
    Pomyślcie, jaka to wyjątkowa sztuczka, wszak filmy oglądają ludzie z różnych grup społecznych, różnych targetów, do tego stopnia że nie da się im jako grupie przypisać konkretnych cech. Villeneuve o tym wie, dlatego w każdym filmie kreuje świat przyprawiający widza o zestaw pewnych konkretnych oczekiwań i przyzwyczajeń po to aby je całkowicie odwrócić. I co ważne, nie robi tego na siłę. Widać to w doskonałym Pogorzelisku, które śmiało mogę oceniać na mistrzowskie 10/10 ale też w pozostałych jego produkcjach.

    Zatem teraz, do puenty.

    Blade Runner 2049 jest filmem, który z całym powodzeniem można nazwać arcydziełem. Nie używam tego słowa lekko, chociaż patrząc przez pryzmat dekady faktycznie się trochę rozstrzelałem z tym słowem, jednak w tym kontekście mam na myśli to, że jest to film o monumentalnym znaczeniu dla historii i dalszego rozwoju kina, który z marszu można okrzyknąć kultowym klasykiem i co więcej, inspirującym przyszłe pokolenia twórców. (nie to, że mam szklaną kulę i wiem w którym kierunku pójdzie kino, ale przeczucia można mieć)

    To jest dosłownie Blade Runner naszych czasów.

    Gdy myślę nad prostotą tego założenia jeszcze bardziej nie mogę wyjść z podziwu nad Villeneuvem. Popatrzcie na to z tej strony w kontekście tego co mówiłem na początku - Blade Runner zasadniczo wykreował cyberpunk taki jakim znamy. Od warstwy wizualnej, palety barw, inspiracje wielkomiejską dżunglą z azji, brudem i neonem, muzyką typową dla epoki ale przerobioną na futuryzm, aż po krytykę społeczną "high tech & low life". (jakkolwiek ciężko nie jest w to uwierzyć, ale najlepszy literacki manifest cyberpunku jakim jest Trylogia Ciągu Williama Gibsona powstaje równolegle/po Łowcy Androidów).

    Rozsądnym więc oczekiwaniem wobec kontynuacji tej serii, byłoby powielanie tego co się sprawdza, nieustanny fan service i hołdowanie oryginałowi, utopienie się w nim. W końcu, gdy odejdziemy za daleko, wtedy fani mogą się obrazić.

    Nie z Villeneuvem te numery. Blade Runner 2049 tam gdzie to konieczne odwołuje się do ridleyowskiego cyberpunku, ale w rzeczywistości rozgałęzia się i tworzy osobny podgatunek, coś unikalnego pod względem motywów jak i estetyki, ale też nie na tyle odosobnionego, żeby nie odnaleźć elementów typowych dla serii.

    Ma to o wiele więcej sensu niż na pierwszy rzut oka się wydaje. Historia dzieje się 30 lat później, więc byłoby to conajmniej nierealistyczne gdyby w dalszym ciagu panowała tam stylistyka typowa dla Los Angeles roku 2019. Ten film idzie jednak o krok dalej i nie wiem na ile świadomie a na ile nie, ten film retconnuje zaniedbania Ridleya Scotta.

    Przynajmniej czysto teoretycznie Blade Runner i Alien dzieją się w tym samym uniwersum. Zaczęło się od prostego gagu z Weilandem w Blade Runnerze, a skończyło się na wieloletnich spekulacjach fanów. Tyle wystarczyło jako punkt zaczepienia dla Blade Runnera 2049. Skoro Alien jest bardzo twardym kosmicznym sci-fi i dzieje się w 2122, a pierwszy Blade Runner coś tam wspominał o koloniach, ale prawdę mówiąc średnio się w to zagłębiał, był bardzo uziemiony w rzeczywistości, przynajmniej jeśli chodzi o sprawy kosmiczne, więc dostajemy coś pomiędzy, moment przejścia i wczesnych początków eksploracji kosmicznej. Ci którzy się liczą w społeczeństwie już dawno wyemigrowali w kosmos, na Ziemi został najuboższy szlam tej cywilizacji. Zawarte są w tym elementy postapokaliptyczne, ale nie do końca. Opustoszały industrial też ma swoje miejsce ale w innym stylu. Liczę że w najbliższym czasie, ktoś wymyśli adekwatną nazwę na to, co BR2049 robi. Świat z 2019 roku był wypełniony przepychem, ale wszystko to było na pokaz, był dowodem próżności. Nie zliczę ilości wizualnych nawiązań do epoki klasycyzmu, która nie miała żadnego pokrycia w warstwie fabuły. 30 lat później, mamy do czynienia z jeszcze większym postępem cywilizacyjnym, ale po przepychu kontrastującym z nizinami społecznymi nie ma śladu. O dziwo, jest pustka. Samotność to jeden z motywów przewodnich tego filmu i może być rozumiany w wielu aspektach.

    Fabuła jest mocną stroną. Bo budowanie świata budowaniem, bez dobrej historii byłoby to niczym wydmuszka na święta. Pierwszy Blade Runner jest idealnym przykładem gatunkowego neo-noir, które odwołuje się do kina noir lat 40' nie tylko estetyką, ale przede wszystkim fabułą. Jest zbrodnia, jest emocjonalny twardziel, jest intryga i wplątanie się w nią przez przypadek i zbieg mnóstwa przypadków, które kształtują opowieść w pewien wzór. W nowej części, też mamy styczność z typowym neo-noir, ale mimo wszystko pozostaje to inne, świeże, nie jest to odtwórstwo jak powiedzmy w przypadku Star Wars ANH -> TFA. Są inne klisze, są inne tropy, ale fan gatunku ani przez moment nie poczuje się obco. Pojawia się też charakterystyczne "zostaw swoją broń i odznakę." ale do ciężkiej cholery nawet tak banalne mrugnięcie okiem do widza jest przez swój kontekst zrobione w sposób nieoczekiwany. Drugim ważnym elementem była część filozoficzno-etyczna, bowiem Blade Runner dokładnie zadawal to pytanie - co to znaczy być człowiekiem? Myślicie że świat przedstawiony znalazł przez 30 lat na to odpowiedź? Oczywiście, że nie, ale pytanie się przekształciło, wyewoluowało. Jednak nie będę udawał że są to zagadnienia całkowicie innowacyjne, nie, ten film podtrzymuje retorykę przedstawioną na dużym ekranie ostatnimi czasy w filmaieHer (2013) czy serialu Westworld (2016). Ale tych pytań filozoficznych na pierwszym planie jest o wiele mniej niż możnaby się spodziewąć. Są bardzo zręcznie poukrywane w tle, co świadczy tylko i wyłącznie o mistrzowskim budowaniu świata.

    Mimo wszystko Blade Runner 2049 jest arcydziełem niepozbawionym wad. Od razu przychodzi na myśl rażąca i niepasująca muzyka Zimmera i nie zrozumcie mnie źle - nie jestem w tym momencie apolegetą Vangelisa i nie płaczę, że to wcale nie brzmi jak cyberpunk, ba, ja doskonale rozumiem i szanuję pewne odejście od znanych nam brzmień z powodów wspomnianych wcześniej - po prostu nie podoba mi się obrany kierunek, jest w tym za dużo charakterystycznego Zimmera w Zimmerze, który może się sprawdza w filmach Nolana, ale tutaj kompletnie nie pasuje; ale nawet nie to że nie pasuje na zasadzie kontrastu, nie, on po prostu jest tu od czapy, ale może niektórym się spodoba. Nie ma też dialogów, które by dźwięczały w uszach, były celne i oczywiste w punkt. To jednak jest mniejszy problem, bowiem ten film o wiele więcej komunikuje w warstwie niewerbalnej. I tutaj wchodzi do gry Gosling w prawdopodobnie jednej ze swoich najlepszych ról - on jest dobry aktorem, ale na pewno nie w sposób oczywisty, jego charyzma sceniczna rzadko kiedy wylewa się z ekranu na widza, dlatego gdy dostaje rolę w której liczą się subtelności, zdecydowanie daje radę. Harrison Ford, zupełnie tak jak w przypadku TFA nie przeszkadza.i w sumie tyle wystarczy. Wszystkie te niesnaski jednak gubią się niczym łzy w deszczu wobec spójności wizji filmu.

    Właśnie, biorąc pod uwagę to wszystko, czy Villeneuve stanie się nowym Nolanem? Wszak to Chris Nolan jeszcze jakiś czas temu był synem obiecanym który miał wprowadzić balans i jakość do blockbusterów, miał być Spielbergiem 2.0. Nie będę udawał, że kiedyś się nie zachłysnąłem twórczością brytyjczyka, ale z wiekiem zacząłem dostrzegać jego kinematograficzne grzechy i jakoś przestało mnie to tak natychmiastowo urzekać. I choć możę być to efekt mody, to nawet w swoich najmocniejszych filmach Nolan był o wiele płytszy nie tylko w tematyce, ale też w wykonaniu swoich filmów. Może na takie postrzeganie ma wpłw naturalizm Nolana, zestawiony z bogactwem Villeneuve'a, to rzecz wymagająca głębszego pomyślunku. Tak czy siak, wszystko wskazuje na to że Villeneuve pracuje na miano złotego dziecka Hollywood, osoby o nieprzyzwoicie dużej swobodzie artystycznej. I dobrze, bo na to zasługuje.

    Blade Runner 2049 jest filmem który trzeba przetrawić, ale zostaje w pamięci. Jest lepszy niż ktokolwiek mógł racjonalnie oczekiwać, ale nie oznacza to, że fani oryginału pokochają go tak samo. Będą ci którym oryginał podejdzie bardziej, będą ci, którzy polubią to świeższe spojrzenie, ale nie zmienia się to, że pod przykrywką cybernetycznego thrillera dostajemy bardzo wolny, artystyczny film naszpikowany etycznymi dylematami których nie powstydziłby się niejeden reżyser-artysta z festiwalu filmowego w Supraślu na który przychodzi 50 osób. I to w najlepszym tego sformułowania znaczeniu.

    #dziesiatamuza #film #kino #bladerunner #cyberpunk
    pokaż całość

    źródło: i.4cdn.org

    +: R..............y, WstretnyOwsik +73 innych
    •  

      w swojej recenzji z LA LA LAND zacytowałeś tekst wypowiedziany przez Goslinga w tym filmie. Analogicznie w tej recenzji powinieneś zacytować jakiś tekst z Blade Runner 2049, ale jednak zacytowałeś z Blade Runner (1982).

      @okrim: Staram się wybierać cytaty, które niejako definiują nastrój bądź przesłanie filmu i recenzji i wszystkie pasujące z 2049 byłyby spoilerami, a ten pochodzący z oryginału idealnie pasuje do nowej części, ba, jest parafrazowany często. Ale to prawda, że brakuje soczystych dialogów w stylu hardboiled, brakuje monumentalnych monologów, ale odwołałem się do tego tu:

      Nie ma też dialogów, które by dźwięczały w uszach, były celne i oczywiste w punkt. To jednak jest mniejszy problem, bowiem ten film o wiele więcej komunikuje w warstwie niewerbalnej. I tutaj wchodzi do gry Gosling w prawdopodobnie jednej ze swoich najlepszych ról

      Villeneuve nie jest monologistą i jeśli spojrzysz na historię jego filmów o wiele więcej mówi w nich cisza, niż wzniosłe słowa. Choć nie jest to konwencja, którą pokochałem w noirze i pierwszym BR, jest to na tyle autorskie że jestem w stanie to zaakceptować, bo pasuje do reszty.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (8)

  •  

    Ja próbuję go wrzucić do więzienia a sądy mi w tym przeszkadzają.

    Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, 24 września 2017 r., program Kawa na Ławę

    Proszę mi przestać wypominać wykształcenie, mam takie samo jak Donald Tusk, magisterskie humanistyczne

    Absolwent politologii z Opola który chce bezprawnie wsadzać ludzi do więzienia o absolwencie historii z Gdańska który piastuje ważną europejską funkcję, jednak jak powtarzają jego przeciwnicy polityczni - głównie reprezentatywną, bez realnej władzy gdzie wskazane byłoby specjalistyczne wyższe wykształcenie.

    Z Patryka wychodzi taki mały totalitarysta, ale jak widać dalej ma kompleksy małego opolanina bez wiedzy prawniczej. Powoli się rozpada medialnie i w sumie nikt płakać po nim nie będzie.

    #neuropa #polityka #bekazpisu #patrykbylejaki
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg 18+

  •  

    ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Gdynia 2017. #filmpolski #film #fpff

    źródło: 21951793_774996182672589_1587479336_o.jpg

    +: s......m, Cooo +10 innych
  •  

    The Deuce - czyli telewizja i lata 70. tym razem zrobione dobrze (miejmy nadzieję).

    Xianist wywołał mnie parę dni temu, a ja prawdę mówiąc pochłonięty nawałem rzeczy i Twin Peaks kompletnie zapomniałem że i jedna z najbardziej wyczekiwanych tegorocznych premier serialowych, no, miała swoją premierę.

    The Deuce to produkcja #hbo i dziecko jednego z najwybitniejszych scenarzystów jaki gościł w tej stacji - Davida Simona. Serial ten zdaje się być kwintesencją ostatnich 20 lat tej stacji i świetnym ucieleśnieniem hasła "seks & przemoc", które towarzyszyło tamtejszym produkcjom. Widzieliśmy setki produkcji o gangsterach, widzieliśmy setki produkcji o latach 70. i ni jest to też pierwszy raz kiedy ktoś próbuje wziąć na warsztat przemysł pornograficzny. Więc gdzie jest różnica?

    David Simon jest geniuszem, jeśli chodzi o budowanie świata przedstawionego i odpowiednie zaludnienie go. To największa siła jego magnum opus jakim jest #thewire ale było to też ewidentne w #treme czy nawet #showmeahero, chociaż tam nie wysuwało to się na pierwszy plan, ale wciąż było obecne.

    Jego serial powtarza ten sukces - miałbym spore trudności w wybraniu trójki ulubionych postaci spośród całej galerii osobowości nam przedstawionych. Nie mam kompletnie pojęcia w którym kierunku to może pójść, ale możliwości są przeogromne. Nawet James Franco i Maggie Gyllenhaal których na co dzień nie wymieniłbym jako moich faworytów, tutaj nawet nie tyle nie przeszkadzają, co prezentują ciekawy poziom. Z przyczyn oczywistych The Deuce nie stanie się nową Grą o Tron, ale czymś odrobinę wytrawniejszym - bez takiej widowni, co pozwoli na większą swobodę, bez spłycania do masowego odbiorcy. Taką mam nadzieję.

    Na pewno nie uniknie się porównań do Vinyla, nieudanego projektu Terrence'a Wintera, autora świetnego #boardwalkempire. Jednak tam, problemem była chęć zrobienia zbyt wielu rzeczy na raz zamiast powolnego sprawdzania co się sprawdza i wykorzystywania atutów (np. Ray Romano, który wbrew oczekiwaniom kogokolwiek okazał się rewelacyjny). Początek od trzęsienia ziemi, a potem nieudolne próby przebicia tego. Tutaj mamy sytuację zgoła odmienną - po 90 minutach dalej nie mam pojęcia jaka jest konkretna fabuła tego serialu i chcę obejrzeć więcej aby się przekonać. Zatem pilot spełnił swoją rolę idealnie.

    Tak jak The Wire i Show Me a Hero było przekrojem społeczeństwa amerykańskiego danego okresu, tak nie mam wątpliwości że analogiczna sytuacja będzie miała miejsce tutaj. #madmen idealnie pokazało idealną americanę lat 60', sen który się ziścił, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Gdy się skończył, stworzył lukę na pokazanie kolejnej dekady, równie bogatej i charakternej. Chcę wierzyć, że ten serial to wszystko nam dostarczy.

    Jest też D'Angelo Barksdale, więc czego chcieć więcej?

    #seriale #thedeuce
    pokaż całość

    źródło: pics.filmaffinity.com

  •  

    "Pokot" polskim kandydatem do Oscara.

    Trochę zwlekałem z wypowiedzią na temat tegorocznego wyboru. Odrobinę dlatego, że jak w zeszłym roku dałem upust swojej frustracji, to parę dni później Andrzej Wajda się wziął i umarł, a mnie było minimalnie głupio.

    W skrócie - jestem wkurwiony na tę decyzję, ale zasadniczo się z nią zgadzam.

    Krytykę w internecie (a zwłaszcza na wykopie, ale tutaj strzelam w ciemno, bo wchodzenie na główną jest intelektualnym masochizmem) można podzielić na dwie kategorie, które spróbujemy odeprzeć:

    niemerytoryczna: hurr dlaczego nie wołyń, jebane lewaki, prawda was wyzwoli

    Wyłączmy się na chwilę z rozważań na temat tego który z tych dwóch filmów jest lepszy, bo to kwestia absolutnie indywidualna i chcąc nie chcąc uzależniona od politycznych poglądów. Na potrzeby dyskusji przyjmijmy też na chwilę że komisja Oscarowa (Paweł Pawlikowski (przewodniczący), Grażyna Torbicka, Stefan Laudyn, Arthur Reinhardt, Tomasz Wasilewski, Agnieszka Smoczyńska oraz Magdalena Sroka), która podjęła decyzję kierowała się największym prawdopodobieństwem na wygranie Oscara, a nie rozgrywką polityczną i udowadnianiem teraz kurwa my!

    Pokot ma większe szanse na wygraną niż Wołyń z prostego powodu - jest filmem uniwersalnym. Podejmując rękawicę dyskusji na temat weganizmu, szacunku do zwierząt i polowań, Pokot porusza motywy uniwersalne, tematykę która pozostanie aktualna za 5, 10, a nawet 20 lat. Nawet jeżelim, o zgroza!, za pół stulecia lewacka machina wegeterroru i propagandy zakaże uboju i jedzenia zwierząt, ten film będzie zalążkiem szerszej debaty publicznej. I w drugą stronę to samo.

    Wołyń jest natomiast filmem:
    - koniunkturalistycznym
    - hermetycznym

    Co to znaczy - koniunkturalizm odnosi się do tego, że w tym konkretnym momencie w relacjach polsko-ukraińskich, pojawia się potrzeba rozliczenia zbrodni wołyńskiej i postawienia rozeznania między zbrodniarzem a ofiarą. Czy stosunki polityczne między tymi dwoma państwami się polepszą czy pogorszą za kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat, bez znaczenia, ten film w takim sam sposób będzie przypominał o punkcie w historii. Nie mam tam natomiast uniwersalnych motywów, z których może być wyciągnięta lekcja, przesłaniem Wołynia nie jest "nie ufaj swojemu sąsiadowi bo przyjdzie i nadzieje cię na widły", ani nic z tych rzeczy. Hermetyczność tego filmu poniekąd z tego wynika, to jest film dla Polaków/Ukraińców, którzy swoje poglądy na temat drugiej narodowości chcą uzależniść od uwarunkowań historycznych, lub dla ludzi którzy chcą się dowiedzieć czegoś o tym konkretnym wydarzeniu historycznym. Ale osoby, których nie interesują zawiłości relacji polsko-ukraińskich, nie odnajdą w tym filmie nic oprócz brutalności.

    hola hola lewaku, a co z Katyniem?

    Był nominowany, ale nie miał najmniejszych szans na zwycięstwo. Trochę zadziałało nazwisko Wajdy (którym w zeszłym roku kierowała się komisja przy Powidokach), a trochę zadziałała sytuacja polityczna na świecie - wszyscy byli delikatnie cięci na Rosję w tamtym okresie, a masywność zbrodni katyńskiej i zakłamania na jej temat które towarzyszło są jednak nieporównywalnie większe z Wołyniem

    hola hola, i pewnie W ciemności Hollandowej też będziesz bronił

    Najlepsza rzecz jaką sprawił "W ciemności" to przypomnienie widzom jakimi dobrymi filmami była Lista Schindlera i Kanał, bo sam w sobie jakoś nie powalał i też bym miał ból tyłka o ten wybór, nawet pomimo tego że dostał nominację. Początkowo chciałem powiedzieć, że w 2011 roku chyba nie wyszło nic co by mogło konkurować z Holland, ale sprawdziłem, w tamtym roku wyszła też Róża Smarzowskiego. Cóż, on jest chyba jednak wyklęty przez środowisko, musi zacząć sobie przyjaciół robić w PISFie

    --

    Jest też drugi argument krytyki, bardziej merytoryczny:

    film jest nudny / polityczny / lewacki, Holland odcina kupony

    Z tym nudnym to bym się nie zapędzał - oczywiście, jeśli ktoś poszedł na to spodziewając się skandynawskiego kryminału w Karkonoszach, to trochę sam jest sobie winien, że samo nazwisko Olgi Tokarczuk nie pozbawiło go tych oczekiwań. Polityczność może działać na plus - pamiętam że Pokot miałem przyjemność obejrzeć kilka tygodni przed premierą, a tym samym: przed gównoburzą którą wywołał. Po samym seansie pamiętam że byłem zaskoczony tym, że nie był skrajnie upolityczniony, a przedstawił obie strony dyskusji jako niepozbawione wad (oczywiście, nie na równym poziomie, argument że ksiądz był zły i film jest antyklerykalny, no straszne w chuj). Idąc o krok dalej - jeżeli ktoś po seansie twardo opowiadał się po stronie "protagonistów" bądź "antagonistów", to trochę nie zrozumiał wymowy. Film był niejednoznaczny, chociaż faktycznie faworyzował stronę "natural". Ale nie było to skrajne i do bólu.

    Komisja najwyraźniej starała się nauczyć na błędzie z Powidokami i na sukcesie Idy. Oczywiście, malkontenci powiedzą, że Ida wygrała bo była antypolska i nawiązywała do Żydów, ale tak po prawdzie to wygrała dlatego że podchodziła do tematu delikatnie i od innej strony. Wspominając Idę najpierw pamiętam delikatność Agaty Trzebuchowskiej i jej interakcje z Kuleszą, przepiękne zdjęcia i muzykę, a dopiero tam w tle, cicho w podświadomości widzę pustkę po Holocauście.

    Natomiast czy jest to odcinanie kuponów od Agnieszki Holland - troooooochę tak, chcąc nie chcąc od śmierci Wajdy i medialnego samobójstwa Polańskiego, pani Agnieszka jest najbardziej rozpoznawalnym i cenionym polskim reżyserem na świecie. Nie tylko jest przewodniczącą Europejskiej Akademii Filmowej, to jest także aktywną reżyserką serialową w Hollywood i jest cenionym głosem w dyskusjach nie tylko artystycznych, ale też polityczno-społecznych. A na domiar złego - w tym roku udało jej się zrobić jej najlepszy film od 20 lat. Niewiadomo kiedy uda jej się ten sukces powtórzyć. W przeciwieństwie do Wajdy.

    Ale na samym wstępie napisałem, że jestem tą decyzją wkurwiony. Dlaczego?

    Dokładnie za tydzień rusza 42. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdynii. Nazywany polskim Cannes, jest to festiwal prezentujący potencjalnie najlepsze polskie filmy danego roku, te w których pokładany jest największy potencjał. Oraz Volta Machulskiego, z nieznanych mi przyczyn. Jest to miejsce na filmy, które już miały swoją premierę jak Pokot czy Sztuka kochania, ale też dla tych których nikt nie widział, jak Najlepszy czy Pomiędzy słowami

    Czy Pokot wygra w Gdynii? Prawdopodobnie tak.
    Czy pokazywane są tam filmy lepsze niż Pokot? Najpewniej i owszem.
    Czy gdyby Komisja Oscarowa poczekała z decyzją dwa/trzy tygodnie, czy zmieniłoby to ich zdanie? Raczej nie.

    Więc o co cały ból tyłka? O jebane pro forma, o pokazanie że polskie kino to coś więcej niż cztery nazwiska, że szansę na wybicie się na świecie mają wszyscy porówno, że to środowisko nie jest tak jednoznacznie zabetonowane, mimo że jest i wszyscy o tym wiedzą. Jesteś młodym twórcą i mogłeś stworzyć swoje arcydzieło, ale Agnieszka Holland miała udany film, więc możesz iść się jebać, nie ma dla ciebie miejsca. Z Ostatnią rodziną w zeszłym roku było to samo, i fakt że w tym roku można było wynagrodzić krzywdy i nominować - z bólu nie wspominam.

    I oczywiście standardowo - wszystkie nagrody i rywalizacje filmowe to żart i smyranie się po pisiach, wszyscy o tym wiedzą. Ale byłby to mniejszy żart, gdyby wygrywały filmy które nam się podobają.

    #dziesiatamuza #film #filmy #kino #pokot #oscary2018
    pokaż całość

    źródło: pbs.twimg.com

    •  

      @Joz: Czyli mamy chyba odpowiedź, czemu nie mogła w ogóle zostać nominowana. Data premiery klasyfikuje na zeszły rok, a warunek 7 dni z rzędu było już później (po momencie możliwości nominowania na tamten rok). IMHO warunku daty premiery - jeśli jest to data festiwalowa, być nie powinno, jedynie pokazy publiczne. Przykład: film ma premierę festiwalową w maju, a w kinach na min. 7 dni pojawia się w grudniu danego roku = nie łapie się na żaden rok. I podobnie było z OR. pokaż całość

    •  

      czemu nie mogła w ogóle zostać nominowana

      @marcinst: To tak nie działa, bo Amerykańska Akademia nie stosuje rygoru aż tak dyskwalifikującego. W przypadku każdego filmu AA jest skłonna rozwiać wszelkie wątpliwości na temat tego czy dany film się kwalifikuje. Kategoria filmu nieanglojęzyczna jest w tej kwestii specyficzna, że bardzo często filmy mogą wstrzelić się w dwa konkursy. Ida rywalizowała rok później niż teoretycznie mogła, albo 80 milionów też było tak wystawione. pokaż całość

    • więcej komentarzy (9)

  •  

    Dla tych którzy zastanawiali się w jaką stronę pójdą Wiadomości pod kierownictwem Jarosława Olechowskiego, który zastąpił wypierdoloną przez Twittera Marzenkę Paczuską:

    Jest gorzej

    W takim sensie, że nie będzie już tak nachalnie, tak na odpierdol się propagandowo, ale o wiele subtelniej. I nie, oczy mi się nie świecą bo będzie to możliwość analizowania czegoś więcej NIŻ "TOTALNA OPOZYCJA GWAŁCIŁA MAŁE DZIECI"

    Może to nic nie znaczy. Może 15 sierpnia nie jest dniem w którym można wiele się wysilać. Ale pierwsze dziesięć minut poświęcono na relację z defilady - no spoko, patrzcie jaki nasz kraj jest dumny. Potem więcej defilad ze szczegółami - jeszcze dumniej. Potem heroiczni żołnierze którzy pomagali w usuwaniu skutków klęski żywiołowej - jak pięknie. Wojsko napędza gospodarkę, patrzcie jakie to wspaniałe, jak ta stal i armatochałbice błyszczą w słońcu. Polska odbudowuje zniszczony przez "poprzednie rządy" a nie PO przemysł zbrojeniowy.

    Ta zmiana w retoryce jest drastyczne w swej subtelności. To nie rząd Prawa i Sprawiedliwości jest Chrystusem narodów. Liczy się Polska. To Polska inwestuje w armię i wypełnia założenia NATO. Tego typu mentalności w obozie trzymający obecnie władzę nie słyszałem od czasu kampanii wyborczej. To też wymowne.

    Zaznaczyłem, że jest gorzej a przecież można wyciągnąć wniosek, że podobał mi się ten serwis. Owszem, choć to dalej serwis agitacyjny, to teraz robi to bardziej w stylu chińskiej narodowej niż InfoWars.

    Przekaz pozytywny jest o wiele trudniejszy do obalenia. Wskazywanie metod manipulacji w materiałach tak krzepiących i dumnych, może minąć się z celem, wszak skoro się nie zgadzasz to występujesz przeciwko Polsce, jesteś antypatriotą. To trochę kazus krytykowania decyzji o Powstaniu Warszawskim.

    Naprawdę z przyczyn czysto egoistycznych mam nadzieję że Olechowski zostanie na dłużej. Jeżeli rzuca mi rękawicę czymś subtelniejszym niż Bugałą, to proszę państwa - game's on. To przecież Olechowski bawił się w zmiany kadrów aby zmniejszyć liczbę protestujących, jak na TVP to poziom zaawansowany. Wiadomości, a mówię to z perspektywy osoby która jest pierwsza do psioczenia, na dzień dzisiejszy stały się odrobinę lepsze. Na Boga, znalazło się miejsce na temat międzynarodowy jakim jest tragedia na Maderze i sport z memoriał Kamili Skolimowskiej. To krok ku lepszemu, ale jestem na tyle cyniczny że nie wierzę w czyste intencje. #dobrazmiana nie pozwoli na utratę takiej tuby propagandowej.

    Chcecie najlepszy dowód na zmianę? Prze cały serwis ani razu nie padło słowo "opozycja" - ani w wersji totalnej, ani wymieniani z imienia. Choć powodów, choćby z Twittera było sporo. A tego jeszcze nie grali.

    #skrotwiadomosci #neuropa #polityka #tvpis #idzienowe
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg 18+

  •  

    Dla mirków i mirabelek z #wroclaw którym nie bardzo po drodze z filmowymi Nowymi Horyzontami, a chcieliby się dowartościować kulturalnie ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Jutro w Muzeum Miejskim rusza wystawa mistrza polskiej szkoły plakatu, Waldemara Świerzego i jego ostatniego dzieła jakim jest Nowy Poczet Władców Polskich. Zamysłem wystawy jest swego rodzaju odpowiedź na najbardziej rozpowszechnioną galerię wizerunkową polskich monarchów ołówka Jana Matejki. Świerzy zrezygnował z matejkowskich konceptów królów dumnych i rysowanych na jedno kopyto, a także uzupełnił poczet o paru władców z których mistrz Jan celowo zrezygnował. Myślę, że to gratka nie tylko dla fanatyków historii i miłośników współczesnych ilustracji. I obejrzeć na żywo ostatnie dzieła Świerzego (zmarł kilka tygodni po ukończeniu Poniatowskiego a tym samym całego cyklu) też jest czymś niezłym.

    Na zachętę - portret Bolesława II Szczodrego w dobrej jakości i notka historyczna która była punktem odniesienia do stworzenia takiego wizerunku:

    Podziwiamy odwagę i energię Bolesława, ale okrucieństwo jego było nieokiełzane, a pycha niebotyczna. Pomysły polityczne Bolesława były genialne, lecz wykonanie godne bywało szaleńca i wszystko psuło. Słynął z gestu wobec rycerzy i poddanych oraz z zamiłowania do walki. Do legendy przeszło powitanie księcia kijowskiego Izasława, którego Bolesław publicznie targał za brodę oraz brutalne ukaranie niewiernych żon i rycerzy, którzy opuścili go w czasie wojennej wyprawy. Skazanie na śmierć biskupa krakowskiego Stanisława wywołało bunt możnowładców i król musiał uchodzić za granicę.

    #swierzy #polskaszkolaplakatu #kultura #sztuka
    pokaż całość

    źródło: nowypoczet.pl

    +: NieBojeSieMinusow, n.................e +17 innych
    •  

      „Nowy poczet władców Polski” to seria 49 portretów namalowanych przez wybitnego polskiego grafika profesora Waldemara Świerzego w latach 2003 – 2013 na podstawie najbardziej aktualnej wiedzy historycznej.

      Na wystawie „Nowy poczet władców Polski. Waldemar Świerzy kontra Jan Matejko” we Wrocławiu można porównać dzieła współczesne z reprodukcjami 42 rysunków sprzed ponad 100 lat. Portretom towarzyszą barwne opisy fizyczności władców.

      W części edukacyjnej są zaprezentowane kolekcje monet, banknotów, znaczków pocztowych i kopert wykorzystujących wizerunki władców Polski, kilka oryginalnych rysunków Jana Matejki wypożyczonych z Muzeum Narodowego we Wrocławiu, a także eksponaty Muzeum Miejskiego Wrocławia: srebrne medale z wizerunkami władców Polski wykonane z inicjatywy króla Stanisława Augusta, wizerunki książąt i królów Polski wg W.E. Radzikowskiego oraz wydawnictwo „Poczet Królów Polskich – zbiór portretów historycznych. Rysunki Jana Matejki”, z komentarzami historycznymi Stanisława Smolki i Augusta Sokołowskiego, Wiedeń 1893 r.

      Do tej pory wystawa była prezentowana na Zamku Królewskim w Warszawie oraz w Muzeum Narodowym Oddział Zielona Brama w Gdańsku. Planowane są wystawy w kolejnych miastach.

      @slodki_jezu: http://nowypoczet.pl/

      Kuratorem wystawy jest Andrzej Pągowski, też jeden z mocarzy polskiej szkoły plakatu, autor między innymi tego arcydzieła.
      pokaż całość

      źródło: czasnawnetrze.pl

    •  

      @Joz: dziękidziękidzięki

      A Pągowski to jest potęga.

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    Jakiś czas mnie tu nie było w ujęciu filmowym, tylko ta polityka i polityka, więc pomyślałem że dobrze to nadrobić - a i okazja ku temu świetna.

    Wczoraj wystartował 17. Międzynarodowy Festiwal Filmowy T-Mobile Nowe Horyzonty. Wydarzenie, które przez wielu (w tym i przeze mnie) uważane jest za święto szerokopojętego kina w Polsce jak i myślę że w tej części Europy. 200 filmów w 10 dni, największe perełki z festiwalów w Cannes, Wenecji czy Sundance, kino niezależne i klasyka kina. Przez dziesięć dni Wrocław miast stawać się mekką hipsteriady i studenckiego bumelanctwa zostaje filmową ziemią obiecaną.

    I właśnie wczoraj podczas gali otwarcia kiedy to wszystkie szychy zjawiły się by oglądać najnowszy film Francoisa Ozona (mierny, jak jego większość), mnie przyszło obejrzeć inny film, mniejszy film, film który może podbić serca wielu osób, ale może też podzielić jak i łączyć.

    A Ghost Story w reżyserii Davida Lowery'ego to bardzo ezoteryczna opowieść o stracie i przemijaniu. Już sam tytuł filmu jak i otwierający go cytat z opowiadania Virginii Woolf "Nawiedzony Dom":

    Whatever hour you woke, there was a door shutting.

    Wskazują na wyjątkową bezpośredniość w podejściu do tematu. Z drugiej strony nie oczekiwałbym niczego innego od filmu w którym główny bohater przez większość czasu jest duchem ubranym w dosłowne prześcieradło z dziurami na oczy.

    i z perspektywy kinematograficznej była to genialna decyzja, ale o tym za chwilę

    Idąc na ten film, a w zasadzie oglądając go przypomniałem sobie, że poza zwiastunem zarejestrowałem na jego temat tylko dwie informacje:

    1. Na potrzeby tego filmu, aktorka Rooney Mara po raz pierwszy w życiu zjadła ciasto

    2. Film składa się w 10% z Rooney Mary jedzącej ciasto

    Te dwie, zupełnie abstrakcyjne informacje tylko dodały pikanterii w oglądaniu tej dziwacznej odysei. Ale to nie jest film o przemijaniu, w takim ujęciu jak na przykład Niebieski Krzysztofa Kieślowskiego, chociaż widać wyraźne inspiracje tym dziełem. Scena w której Rooney Mara przez dziewięć nieprzerwanych minut je na podłodze ciasto a Casey Affleck zasłonięty prześcieradłem po prostu nad nią stoi bez ruchu jest swego rodzaju rzeszotem dla oglądających. Bo cierpienie i sposób radzenia sobie ze stratą nie jest motywem przewodnim tego filmu, to nie jest Manchester by the Sea z rewelacyjnym Caseyem.

    Ten film w sposób dla mnie niewyjaśniony obraca się bardziej w sferze exegi monumentum, dziedzictwa i pamięci która po nas zostaje po śmierci. Bierze tak proste, a wręcz prymitywne motywy jak duch w prześcieradle czy trzęsące się szafki i zjawy w szafie i przerabia ja na swoją filozoficzną modłę która nie boi się wejść w tak niebezpieczne dla filmowców tematy jak przenikanie czasu czy koniec świata.
    A to dalej jest prosty film o duszku który smęta się po zwyczajnym domu i z niego się nie rusza.
    Ale ja nawet nie o fabulę chcę powiedzieć, o historii z której każdy wyczyta coś innego, chociaż ogromną pomocą w interpretacji jest też prawie dziesięciominutowa scena nieprzerwanego pijackiego monologu, która znowu abstrakcyjnie zaznacza kilka kwadracików naraz w tym "O chuj chodzi w tym filmie".

    W trakcie seansu moją najczęstszą myślą było to jak bardzo był to imponujący film, zwłaszcza w najdrobniejszych szczegółach. W technikaliach, które gdyby pozbawić go naprawdę prostej historii która mimo to jest ciekawa, broniłby się dokładnością technicznego wykonania. Unikatowego spojrzenia.

    To co uderza nas na samym początku to nietypowy format obrazu - 4:3 z zaokrąglonymi rogami, który z jednej strony uchwyca zamkniętość, ograniczenie sobie pola widzenia i powściągliwość w kręconym materiale, ale też przypomina zwyczajną polaroidową pocztówkę, synonim wspomnienia. Ale nawet mając ten bardzo kwadratowy kształt kadru reżyser nie boi się zawężać swojego pola widzenia jeszcze bardziej w bardzo Fordowskim stylu (The Searchers). Kadrowanie jest zrobione tutaj po mistrzowsku co jest niezmiernie ważne przy statycznym podejściu i długich ujęciach - gdy postawisz kamerę w jednym miejscu przez dziesięć minut to aby zachować uwagę widza musi on mieć na co popatrzeć, nawet jeżeli nic się nie dzieje.

    Każdy kadr mógłby być obrazem, a miałem skojarzenia i z Malczewskim jak i z typowym amerykańskim gotykiem. Przy poprzednim filmie Lowery'ego, uwspółcześnionym westernie z Caseyem Affleckiem i Rooney Marą Ain't Them Bodies Saint, zwracano uwagę na wiele wizualnych inspiracji wczesnym Terrencem Malickiem, które tutaj także są obecne - i dobrze, bo jest się kim inspirować.

    Kolejna rzecz która powinna nas uderzyć od razu, choć nie jest tak bardzo oczywista to kostiumy, a raczej jeden kostium, który jest przykładem niemalże szwajcarskiej precyzji i absurdalnej prostoty. Kostium ducha. Stary jak świat. Prześcieradło z dziurkami na oczy. Banalne? Otóż wcale nie, bo jak pomyślę ile pracy musiało zostać w to włożone to aż zaczyna mnie boleć głowa. To prześcieradło w każdej scenie układa się tak jak trzeba, ileż misternej, tytanicznej pracy musiało zostać włożone w to żeby fałdy na nim układały się tak jak się układały, aby czarne miejsca na oczy były w stanie przekazać czasami tyle emocji i tyle empatii ile przekazały, to nie mogło być dzieło przypadku. I tu dochodzimy do kolejnego bardzo ważnego elementu ale jeszcze nie mogę się całkowicie zdecydować z czego on wynika.

    Casey Affleck przez zdecydowaną część filmu znajduje się właśnie pod tym prześcieradłem. Nawet nie chcę przyjmować do wiadomości oskarżeń że "hehe, po co takiego drogiego aktora, przecież każdy statysta mógł stać przykryty". To jest wyjątkowe osiągnięcie aktorskie, móc przekazywać emocje wyłącznie za pomocą swojej postawy i spowolnionych ruchów, to jest pójście o krok dalej niż genialny Michael Fassbender który na potrzeby filmu Frank, przez większość czasu nosił ogromny hełm całkowicie zasłaniający twarz a i tak błyszczał ekspresją, bo tutaj Affleck nie miał nawet głosu aby nim operować. To jest współpraca aktora z jak już wspomniałem z departamentem odpowiedzialnym za kostiumy, jestem niemalże przekonany że jakieś doświadczenie lalkarskie musiało tam być zawarte.

    Jest też piękna muzyka która fenomenalnie buduje sceny, to są wszystko pojedyncze elementy składowe które gdy wyszczególnione wybijają się swoją oryginalność, ale razem składają się na coś wyjątkowego co bardzo ciężko opisać.

    A Ghost Story to film który może wgnieść w fotel tak jak to zrobił ze mną, bo idąc z zerowymi oczekiwaniami dokonał dokładnie to czego chciałem żeby dokonał w trakcie oglądania, ale może też sprawić że ktoś wyjdzie z kina mówiąc "meh." Nie mówię, że jest to film który wszyscy powinni kochać, to nie jest film który zmieni czyjekolwiek życie ale byłoby miło gdyby został doceniony przez szerszą widownię. Myślę że ciężko byłoby przejść obok niego obojętnie, w dużej mierze dlatego, że pokazuje zupełnie inne spojrzenie na kino. Pokazuje że da się i powinno się robić rzeczy inaczej. Świeżo. Uroczo.

    A jeśli chodzi o festiwal Nowe Horyzonty, to postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko jeśli chodzi o następne seanse, bo A Ghost Story szybko trafił na czołówkę jeśli chodzi o moje ulubione filmy tego roku. Albo i dekady.

    pokaż spoiler a do tych wielu którzy często piszą, że postawiliby mi piwo za niektóre teksty - kto wie, uważnie wypatrujcie w NH albo w Arsenale.


    #aghoststory #film #kino #nowehoryzonty #dziesiatamuza
    pokaż całość

    źródło: cdn3-www.comingsoon.net

  •  

    W dzisiejszej POLITYCE (31/2017) red. Anna Dąbrowska w bardzo interesujący sposób przybliża sylwetki dwójki nowookrzykniętych bohaterów opozycji - Borysa Budki i Kamili Gasiuk-Pihowicz.

    Oczywiście osobom które śledziły proces obdzierania TK ze swojej godności nie sprawi niespodzianki odkrycie tej pary przez media to myślę że można zwrócić uwagę na ostatnie akapity, które wskazują że promowanie tej dwójki nie są do końca na rękę kierownictwu ich własnych partii.

    A na Wykopie jak w lesie największym argumentem przeciw pozostanie powielanie Pawłowiczki i krzyczen "myszka-agresorka". Nawet już nie reaguję.

    #neuropa #polityka #zamachlipcowy #teambudka
    pokaż całość

    źródło: kgpbb_polityka.jpg

  •  

    TVN czy TVP?
    Andrzej Duda czy Beata Szydło?
    #neuropa czy #4konserwy

    Zapraszamy na #skrotwiadomosci, gdzie powiedzieć słowo "symetryzm" to zbrodnia.

    W dzień taki jak dziś aż ciężko byłoby nie oglądać Wiadomości. W dzień znamienny i we współczesnej historii polskiej polityki - wyjątkowy. Prezydent zrobił coś niespodziewanego i zawetował dwie z trzech przedłożonych mu na biurko ustaw. Natychmiast pojawiły się głosy pisowskiego damage control, że znowu genialny strateg z Nowogrodzkiej sobie dokładnie to zaplanował i wszystko idzie po jego myśli, bo przecież chciał przepchnąć różne ustawy przez Sejm i Senat specjalnie aby były dłużej procedowane aby jeszcze bardziej zbłaźnić opozycję, czekaj co

    Bunt Dudy nie był częścią planu. Chcecie najlepszy dowód?

    Wiadomości nie miały jakiegokolwiek przekazu oceniającego prezydenta

    Ja wiem, że to może być szokujące, że jest to w ogóle możliwe aby zrealizować materiał informacyjny bez epatowania przez reportera poglądami swoimi bądź wydawcy. Przez systematyczne oglądanie Telewizji Polskiej zupełnie zapomniałem jak to może smakować, zupełnie jak z knyszą z wrocławskiego starego dworca, albo bezwarunkową miłością.

    W wykonaniu TVP rzetelne dziennikarstwo bardziej smakuje jak trzydniowa knysza niż miłość, no ale cudów nie oczekujmy

    Dzisiaj był niewątpliwie jeden z najbardziej polaryzujących i informacyjnogennych dni w polskiej historii postsmoleńskiej. Jak wyglądał spis newsów Wiadomości?

    1. Weto prezydenta
    2. / 3. / 4. Jebanie na sądy (w tym jedno human story)
    5. Polacy jeżdżą do Czech aby leczyć zaćmę xD
    6. Robert Kubica może wrócić do F1
    7. (obowiązkowe human story) Strażak z Grodziska zorganizował charytatywny bieg i festyn dla strażaków w Afryce
    8. (obowiązkowe human story #2) Nastolatek ma raka, więc bracia zdobywali polskie szczyty aby mu pomóc.

    Telewizja Polska nigdy nie była tak bardzo Telewizją Pomocy Społecznej, ale trudno się dziwić takim decyzją - cóż lepiej pozwala zapomnieć o życiu politycznym jak pokazanie że ktoś ma chujowo w życiu

    A teraz coś wyjątkowego w #skrociewiadomosci - jak do tego zagadnienia podeszły Fakty TVN? Cały program został poświęcony dzisiejszym wydarzeniom, w takiej kolejności.

    1. Weto prezydenta
    2. Premier i marszałkowie Sejmu i Senatu u prezydenta
    3. Protesty wciąż trwają
    4. Sonda: co ludzie sądzą o wecie.
    5. Przypomnienie przyczyn całej sytuacji
    6. Komentarze za granicą
    7. Materiał bez komentarza: Jak wyglądały protesty na ulicach przez ostatni tydzień

    To teraz, skoro się bawimy to pokażę wam jak właśnie pokazał to profesjonalnie TVN, reportaż trwał 5 minut i 22 sekundy i zaczynał się tak:

    --

    Prezydent zawetował kluczowe zmiany w sądownictwie które chciało wprowadzić Prawo i Sprawiedliwość

    Video: prezydent mówi: "zawetuję ustawy o Sądzie Najwyższym jak i ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa". Krótko i w punkt

    Prezydent nie zgodził się na reformę uchwaloną w parlamencie.

    Video: prezydent mówi "te reformy mają zostać naprawione aby były do przyjęcia"

    Prezydentowi szczególnie nie spodobało się zwiększenie kompetencji ministra sprawiedliwości, który nadzoruje prace prokuratury

    Video: prezydent mówi "nie ma u nas tradycji aby prokurator generalny mógł w jakikolwiek sposób ingerować w pracę, funkcjonowanie Sądu Najwyższego"

    O zawetowaniu ustaw przesądziła negatywna opinia Zofii Romaszewskiej, znanej opozycjonistki z czasów PRL która dzisiaj współpracuje z prezydentem Dudą.

    W tle: Romaszewska z dzisiaj o tym jak przekonała prezydenta

    Decyzja prezydenta zaskoczyła liderów PiSu

    Pojedyncze gwiazdy partii rządzącej wchodzące do budynku na Nowogrodzkiej

    Spotkali się w siedzibie partii tuż po ogłoszeniu decyzji prezydenta. Przed budynkiem szybko zebrali się przeciwnicy zmian w sądownictwie

    Wypowiedź Terleckiego, o tym że układ zyskał chwilowe wsparcie z decyzją prezydenta

    Reforma sądownictwa to jeden z najważniejszych punktów programu PiSu

    Wypowiedź Karczewskiego, o tym że zmiany w sądownictwie są konieczne

    Wicepremier Morawiecki, wchodzący do siedziby PiS mówiący że jest rozczarowany i że to bardzo ważne reformy (mamrotał, więc jest audiodeskrypcja)

    Decyzją prezydenta są zaskoczeni także sędziowie. Choć - oni pozytwnie. Zapowiadają kolejne uliczne protesty

    prezes Iustitii o tym że już zwyciężyli

    Prezes Jarosław Kaczyński nie chciał dzisiaj komentować decyzji prezydenta

    Kaczyński wchodzi do siedziby swojej partii mówiąc krótkie "bez komentarza"

    Kilka dni temu w wywiadzie telewizyjnym mówił że liczy na poparcie prezydenta dla proponowanych zmian w sądach

    Fragment wywiadu telewizyjnego w którym Kaczyński mówi "Jestem pełen wiary że pan prezydent podpisze tę ustawę, wniósł poprawki, miał oczywiście do tego prawo"

    Politycy PiSu przypominają że Andrzej Duda obiecał reformę sądownictwa w kampanii przed wyborami prezydenckimi

    archiwalne materiały, Duda podczas kampanii: "Będę robił wszystko żeby polskie sądownictwo odzyskało ten wymiar który rzeczywiście powinno mieć"

    Dlatego teraz wielu Polaków jest rozczarowanych decyzją prezydenta

    sonda: 3 głosy popierające reformę.

    Dzisiaj Andrzej Duda zapowiedział że przedstawi własne projekty ustaw o Sądzie Najwyższej i Krajowej Radzie Sądownictwa. Prezydent zapewnia że nowe ustawy będą szeroko konsultowane. Już po ogłoszeniu decyzji o zawetowaniu ustaw Andrzej Duda spotkał się z pierwszą prezes Sądu Najwyższego profesor Małgorzatą Gersdorf oraz z przewodniczącym KRS, Dariuszem Zawistowskim

    wypowiedź Gersdorf po spotkaniu: "oddajemy się do dyspozycji intelektualnej i możemy pomóc przy tworzeniu tej ustawy"

    Prezydenckie projekty ustaw mają być gotowe w ciągu najbliższych dwóch miesięcy.

    głos eksperta, mówiący o tym że prezydent wziął sprawy w swoje ręce

    Jednak zdaniem publicystów, inicjatywa prezydenta nie zakończy sporu politycznego wokół reformy sądownictwa, a może tylko utrudnić lub uniemożliwić jej przeprowadzenie

    głos drugiego eksperta, mówiący o niezadowoleniu opozycji

    głos trzeciego eksperta, popierający tezę drugiego i wzmacniający ją

    Na razie nie wiadomo jak będzie wyglądał polityczny scenariusz po prezydenckich wetach. Po południu prezydent spotkał się w Belwederze z premier Beatą Szydło oraz marszałkami Sejmu i Senatu. Cały czas trwają też polityczne konsultacje w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości.

    --

    I co, można dobrze?

    Ech.

    Oczywiście nikt się nie nabrał, to był materiał Jarosława Olechowskiego z TVP. Ale hej, warto było spróbować. Jak bym miał wprowadzać tutaj swoje własne osądy, to było nawet rzetelne, w takiej formie że materiał w sposób zachowawczy pokazywał wyłącznie potwierdzone fakty, nie siląc się na jakąkolwiek inwencję i znamiona dziennikarskiej roboty.

    Mam nadzieję że pomimo tego co wam tu uskuteczniałem, nie stwierdziliście nagle że ideałem dziennikarstwa byłoby prezentowanie wyłącznie suchych faktów. 50 lat temu i może, teraz tę rolę spełniają agregatory informacji, notki prasowe oraz twitter, wszystko ogólno dostępne

    Dziennikarz ma pełne prawo formułować hipotezy, ba, ma nawet prawo wygłaszać je w sposób wskazujący na własną opinię. Chodzi tylko o to, aby nie bawić się w tanie sztuczki, nie stosować żałosnej manipulacji i nie sprawić aby część opiniotwórcza nie przyćmiła części informacyjnej.

    Sondy w ogóle nie liczę i nie biorę pod uwagę, bowiem jest to najłatwiejsza w manipulacji forma dziennikarska, która już dawno powinna być karana więzieniem, ale z niewiadomych przyczyn wszystkie media dalej ją stosują. Ale nikt nie bierze jej na poważnie, ani za coś więcej niż zapychacz antenowy.

    W zasadzie to nie są takie niewiadome przyczyny. Ludzie uwielbiają się znaleźć w telewizji czy w radiu więc się jarają takimi banałami

    Materiał był drętwy ale merytorycznie poprawny. To absolutnie wszystko czego możemy oczekiwać od #tvpis i dobrze że chociaż to się stało. Następny materiał od Marcina Tulickiego skupiał się na jebaniu opozycji że dalej będą protestować i że bronią układu i że nie mogą się ustatkować, co jak na materiał Tulickiego i tak było łagodne. Wszystko ubogacone komentarzem dziennikarki Polityki o tym że "PiS przecwelował prezydenta"

    kurwa to zbydlęcenie języka w sferze publicznej przez dziennikarzy jednej i drugiej strony wkurwia mnie niemiłosiernie, chryste ja pierdolę trochę decorum ludzie

    Potem trzy materiały o sądach - co się zmieni, a raczej tendencyjne banały czemu reforma jest potrzebna i jak bardzo będzie lepiej, materiał o ukrytych majątkach sędziów, zwłaszcza o Gersdorf, jej milionach na koncie i komentarzu że za taką kwotę można żyć na prowincji (oczywiście, bez jej przeprosin za tę wypowiedź z dzisiaj), oraz historia jednego gościa który przez 17 (powtarzam, siedemnaście!) lat walczył w sądzie.

    Tego gówna o zaćmie nawet nie każcie mi komentować.

    --

    Jednak skoro już jesteśmy przy kontrastach, chciałem wam zwrócić uwagę na organizację pracę tych dwóch redakcji. Na TVN wydawca miał jaja podejmując decyzję o zrobieniu monotematycznego programu. Takie są zazwyczaj podejmowane w sprawach wagi ogólnopolskiej, ogólnoświatowej i podyktowane są zazwyczaj prostym pytaniem:

    czy jesteśmy w stanie przygotować ~sześć różnych materiałów na ten temat?

    TVN jak widać dał radę. Tematy były spójne i zazębiały się, tworzyły spójną narrację:

    - najpierw materiał poświęcony głównemu bohaterowi całej sprawy czyli PREZYDENTOWI Andrzejowi Dudzie, jego uzasadnienie i rola w sporze
    - zaraz potem natychmiastowe reakcje najważniejszych osób w państwie - pani PREMIER i MARSZAŁKÓW dwóch izb parlamentu, chaos na Nowogrodzkiej
    - trzeci w kolejności, materiał o LUDZIACH KTÓRZY WYSZLI NA ULICY, co można argumentować było punktem zapalnym do dzisiejszych wydarzeń
    - pozytywne reakcje AUTORYTETÓW, osób które nie są związane z polityką, ale zabrały głos w tej sprawie.

    Na tym etapie, bardzo łatwo byłoby znudzić widza, czy wręcz zalać go monotonną narracją, dlatego w drugiej części materiału dostajemy:

    - przypomnienie KALENDARIUMo Sądzie Najwyższym, dzień po dniu jak wyglądały poszczególne głosowania w Sejmie i eskalacja wydarzeń
    - następnie: opinie ZA GRANICĄ, czyli jakie nagłówki na świecie dotyczyły Polski
    - i na koniec, materiał bez komentarza, zbiorowe materiały ludzi którzy wyszli na ulice wraz z sygnalizacją tego że będą to robili w PRZYSZŁOŚCI

    Da się? Dwa materiały TVP były strasznie od siebie odseprowane i gdyby stanowiły całość mogłyby pretendować do miana idealnego, ale bądźmy szczerzy - to za dużo zagadnień aby poruszyć to w 7 minut.

    Jeden do zera dla TVN.

    Jeden do zera dla demokracji.

    #polityka już nietaka #dobrazmiana #zamachlipcowy
    pokaż całość

    źródło: Zrzut ekranu 2017-07-24 21.26.11.png

  •  

    Nie wiedząc z jakiej strony ugryźć prezydenta a nie swoją partię, Wiadomości TVP przez przypadek wyemitowały stosunkowo rzetelny i względnie obiektywny materiał o prezydenckim wecie na jedynce, ja chyba śnię.

    #neuropa #skrotwiadomosci #polityka #tvpis

    źródło: gersdorf.PNG

    +: ambereyed, z.....................i +66 innych
  •  

    #skrotwiadomosci

    Tyle razy obiecywałem sobie że nie będę się przejmował sprawami na które nie mam wpływu. Że nie będę oglądał informacyjnej sekcji TVP, bo z informacjami ma niewiele wspólnego. Tak to jest jak człowiek weźmie sobie wolne i przychodzą mu do głowy durne pomysły.

    Do oglądania wieczornych wiadomości zainspirowała mnie Panorama o 18:00, która składała się wyłącznie i w tej kolejności:

    1. Księżna Kate i jakiś łysy
    2. Pięć materiałów o nadzwyczajnej kaście
    3. Polskie państwo wstaje z kolan, pogrzeb po latach


    W akapicie drugim, tyle było pierdolenia że Adrian Stankowski z GPC musiał się trzy razy wypowiadać.

    Był taki materiał w którym przez dwie minuty pokazywano atak na dziennikarza TVP przez szKODników i spontaniczną obronę osoby, która nie przyszła tam protestować tylko żeby obserwować, do tego stopnia że ta spontaniczna osoba zgodziła się na dwie spontaniczne setki bez zająknięcia dla Republiki i TVP. Potem był Michnik którego oceniał Wojciech Biedroń z wSieci, mówiąc:

    Nie ma pytań prowokacyjnych. Albo dziennikarz pyta, albo nie pyta.

    xD

    Z tych pięciu tematów najbardziej charakterystyczny wydał mi się ten, który wziął się za rozliczanie osób które wystąpiły na wiecu. Zaczęło się niewinnie, że miało nie być polityków i Barbara Nowacka się wkurwiła, potem sobie przypomnieli że Leszek Balcerowicz był w Instytucie Marksizmu przez KC PZPR (ale mu wyciągają brudy z przeszłości które sam opisywał w biografii), aż na końcu doszliśmy do jakiejś aktorki która przez 30 sekund krzyczała na scenie, ale cztery lata temu wstawiła się za Polańskim, mówiąc że jej syn ma koło dwudziestu lat i mówił jej czego te kobiety chcą a w ogóle to Polańskiego też ci źli sędziowie nie chcieli wydać amerykanom woah takiego powrotu to się nie spodziewałem istny emocjonalny rollercoaster.

    Co zaserwowało nam główne wydanie Wiadomości?

    KSIĄŻE WILLIAM I KSIĘŻNA KATE W POLSCE.

    "Są w Polsce."

    "Zadaniem księżnej Cambridge jest po prostu być."

    "Tysiące uściśniętych dłoni. Godziny uśmiechów. Taka praca."

    Dobrze, właśnie zaoszczędziłem 3 minuty materiału. Jestem jeszcze bardziej utwierdzony w przekonaniu że Maria Stepan przespała w gimnazjum lekcje o zdaniach złożonych

    ------

    NIE BĘDZIE OPŁATY PALIWOWEJ

    Ludzki pan. Powiedział w wywiadzie: "Nie będziemy sięgać do kieszeni obywateli." A mógł strzelać. Zmieniamy temat.

    --

    OPOZYCJĘ WIĘCEJ DZIELI NIŻ ŁĄCZY

    Opozycja jest opozycją totalną i będzie zwalczać, jak mówi, SZKODLIWĄ ustawę o sądownictwie. Deklaruje wolę współpracy ale nie wiedzą jak ona ma wyglądać. Dam sobie rękę uciąć że pół roku temu padło to samo zdanie i nie wiem o czyjej nieudolności to świadczy bardziej. Kukiz w dalszym ciągu woli nie zajmować stanowiska bo lepiej być w obozie który wygra. Ale hola hola jet i on:

    WŁADYSŁAW FRASYNIUK WYWOŁYWAŁ NA SCENĘ POLITYKÓW A CZTERY LATA TEMU MÓWIŁ ŻE SCHETYNA JEST SKOŃCZONY W POLITYCE I MÓWIŁ ŻE JAKBY BYŁ TUSKIEM TO BY GO ZABIŁ A TRZY LATA TEMU MÓWIŁ ŻE SCHETYNA ZBIERAŁ HAKI A SCHETYNA NIE CHOWAŁ URAZY NO PATRZCIE PAŃSTWO, BLIŹNI PRZEBACZA.

    Coś tam w Sejmie dzisiaj było. Posłowie PO, bo przecież nikogo innego tam nie było, wysłuchali "krytyków reformy".

    Nie autorytetów.

    Nie ludzi których ta ustawa dotyczy.

    Krytyków.

    Malkontentów kurwa.

    Ale rzeczniczka PiSu powiedziała że to nie jest zwiększenie władzy Ziobry. A no jak tak to spoko.

    --

    NIEUDOLNA OBRONA TEGO CO BYŁO

    Frekwencja była niska. Celebryci chcieli przyciągnąć tłumy. Okazało się że nie działa praktyka straszenia Prawem i Sprawiedliwością. Marcin Tulicki pokazuje zegar w prawym dolnym rogu. Tłum pod Sejmem jest pokazywany z dwóch perspektyw. O 15 był, o 17:00 nie było. Zwłaszcza wieczorem, gdzie przecież impreza jak rozumiem przeniosła się w zupełnie inne miejsce w Warszawie? Nie wiem, nie było mnie tam, Tulickiego chyba też.

    "NAWET ORGANIZATORZY PRZECENILI SWOJE MOŻLIWOŚCI!"

    Frasyniuk i Krzywonos mówią że są przeziębieni i głos im odmawia posłuszeństwa.

    xDDDDD

    "KAMIL DURCZOK KTÓREMU ZARZUCANO MOBBING WOBEC SWOICH PODWŁADNYCH Z WNĘTRZA SWOJEJ LIMUZYNY ZACHĘCAŁ LUDZI DO WYJŚCIA NA ULICĘ."

    Michnik był niezadowolony że tylu ludzi nie przyszło i dlatego nie panował nad językiem gdy atakował dziennikarzy TVP. Nawet w obecności pana posła Budki i jego żony która zasiada w radzie programowej TVP Katowice

    tego nie wiedziałem, hmm, wreszcie jakaś funkcja informacyjna

    Jan Grabiec rzecznik Platformy Obywatelskiej dokumentował wydarzenie! Wątpliwe autorytety sędziowskich elit. A jakaś tam sędzina SN orzekała w PRL. W różnych miastach różne protesty. Marna frekwencja. Tylko starzy ludzie.

    Panorama zrobiła to lepiej, zupełnie tak jakby bycie reporterem Wiadomości wysysało energię życiową i gotowość do pracy.

    --

    S&P SIĘ TŁUMACZY ALE NIE PRZEPRASZA

    hurr durr zaniżyli nam indeks, zupełnie tak jakby ekonomia nie była wróżeniem z fusów, to był atak na Rzeczypospolitą, opozycja obniżyła rating i wprowadzała inwestorów w błąd durr

    To jest znowu kazus Tuska, który z jednej strony jako Prezydent Europy jest figurantem, ale samodzielnie blokuje rozwój Wolnej Polski i przerabia dzieci na mace. Serio, jeśli mamy opozycję która potrafi tak swobodnie kontrolować wolny rynek, to wybierałbym.

    --

    OCELENI OD ZAPOMNIENIA

    Gałczyński i żołnierze wyklęci xD

    No, mógł być Leśmiań. A nie, czekaj, Rok Matki Boskiej mamy.

    Zasadniczo przy każdym materiale dotyczącym ekshumacji i grzebania wyklętych używa się tych samych sloganów, tych samych materiałów i dwóch / trzech setek z wydarzenia. W sumie nie zdziwiłoby mnie to, gdyby mieli gotowe szablone z możliwością wstawiania tylko nowych miejsc i dat. Ułatwiłoby to wiele pracy.

    --

    PAMIĘĆ O OFIARACH ROSYJSKIEJ ZBRODNI

    O dziwo nie Smoleńsk. Trzecia rocznica katastrofy samolotu z holenderskimi pasażerami. Putin się wypiera. Akurat w przypadku tej katastrofy międzynarodowa komisja miała rację. Stojący zegar, hmm.

    --

    WALKA Z PRZEMTYNIKAMI IMIGRANTÓW

    "Unia Europejska chce walczyć z kryzysem zakazując sprzedaży pontonów".

    _kurwa, w sumie międzynarodowo dzisiaj. Spodziewałbym się więcej o rodzimym podwórku, ale odkąd Ewa została szefową serwisów informacyjnych to nie ma komu robić tylu paszkwili

    Później była historia dziennikarza PAPu który wybudził się ze śpiączki i napisał książkę kucharską. Tradycyjnie lekarze nie dawali mu szans na przeżycie a jednak. Teraz cieszy się życiem ale musi mieć rehabilitację, a kiedyś robił zdjęcia przygotowanych potraw i cieszył się życiem. Ach, klasyk. Nie ma to jak dobry human story na zakończenie dnia. Dobra robota wszyscy.

    Na zakończenie goście senator z PO i PiS. Jest pluralizm. Posłuchajmy pana panie senatorze jak cztery lata temu pan powiedział że macie swoich sędziów:

    Sędzia nam sprzyjał. Chyba do PiSu nie należał.

    O kurwa, media TVP odkryły chyba żyłę złota - mogą brać do programów zniedołężniałych senatorów, bo tam trafiają ofiary losu których słów nawet nie trzeba za wiele przekręcać.

    Po kilku miesiącach od ostatniego seansu Wiadomości, moja ocena tego jest taka - dalej jest chujowo, dalej jest propagandowo, ale trzeba być wyjątkową łajzą żeby robiąc przez rok cały czas to samo, w jakiś sposób nie stać się w tym lepszym. Dalej Wiadomości są nie do oglądania ale prawdę mówiąc myślałem że znowu zrobię tutaj orkę na osiem szpalt plus heady. Więc albo im wszystkim to spowszedniało, albo ja mięknę na starość i już mi się nie chce. Wracam do hibernacji.

    #neuropa #bekazpisu #tysiacurojenniezaleznychmediow #polityka
    pokaż całość

    źródło: de4c5spw0aaolji.jpg

  •  

    Za każdym razem gdy jakiś natchniony młokos świętuje wielkie zwycięstwo prawicy pytając Adama Michnika kiedy przeprosi za brata, nie sposób nie uśmiechnąć się gorzko z powodu przewrotności historii:

    https://www.facebook.com/jan.kran.7/posts/1389020481188954

    Michnik miał jeszcze wtedy cierpliwość, żeby odpowiadać idiotom. Krótko opisał biografię Ozjasza i Stefana, a potem dodał zdanie, które zapamiętałem do dzisiaj: Uważam, że publiczne wyrzekanie się własnej rodziny jest paskudnym bolszewickim zwyczajem. A jeszcze ohydniejszym bolszewickim zwyczajem jest żądanie od kogoś, żeby to zrobił

    #neuropa #bekazpodludzi #dobrazmiana #ehhhhhhhhh #polityka #bekazpisu
    pokaż całość

    źródło: michnik.PNG

  •  

    Trochę mi imponuje politycznie dzisiaj Władysław Kosiniak-Kamysz.

    Program Kawa na Ławę o godzinie 10:45 - temat numer jeden, sądy rozjebane.

    Podczas gdy Trzaskowski z PO cytuje verbatim internetowe memy krążące po Twitterze, Joanna Scheuring-Wielgus coś pierdoli o wylewaniu kubła zimnej głowy na głowę Ziobry, a Agnieszka Ścigaj vel "Blondynka od Kukiza" udaje że wcale jej nie po myśli z partią rządzącą i irytuje się że stary Morawiecki przynajmniej przestał być obłudny...

    Po drugiej stronie stołu siedzi on, pieprzony Stańczyk naszych czasów. Wpatrzony gdzieś w dal, taką samą pogardę kieruje zarówno w pisowczyków jak i w opozycję. On wie, że już za późno na krzyki. Co on ma do stracenia, stabilny elektorat, zawsze wejdą do Sejmu, nie musi się martwić wyborami. Może martwić się o Polskę:

    - To już nie działa. Ile razy krzyczeliśmy że "zamach stanu", że "koniec pewnej epoki", te hasła się już zdewaluowały. Nie robi to na nikim wrażenia.

    Woła do współopozycjonistów. On wie że sposób prowadzenia polityki się zmienił. Nie ma konsultacji społecznych i ludzie nie mają świadomości że coś się majstruje przy systemie prawnym. "Elity" krzyczą że dzieje się strasznego, a Kowalski z Podlasia nie rozumie w jaki sposób jakieś wrzaski w Warszawie go dotyczą.

    - Jako opozycja musimy wykazać się sprytem jeżeli chcemy to zatrzymać. Trzeba wyjść z propozycją, choćby do posłów PiSu którzy nie do końca zgadzają się z taką polityką. Tylko trzeba pokazać że mamy pomysł.

    Nie rzuca nierealnych rozwiązań. Mówi, że trzeba wrócić do podstaw i wyjść do ludzi i pokazać im że można inaczej. Spokój. Rozsądek. Rozgoryczenie.

    KANCELARIA PREZYDENTA: hurr durr książe William i księżna Kate przyjeżdżają do Polski, na tym się skupmy, reee

    Może faktycznie głos na PSL? Przynajmniej rolnicy będą mieli dobrze i Piechociński by się spełniał będąc szefem GUSu. A i ja sam bym się czuł lepiej głosując na kogoś zbliżonego rozczarowaniem i cynizmem do mnie.

    #neuropa #polityka #ehhhhhhhhh
    pokaż całość

    źródło: koskams.PNG

    +: yeron, C.......y +81 innych
  •  

    The Deuce wygląda niebezpiecznie jak śp. Vinyl, też z produkcji HBO.

    Co prawda - Terrence'a Wintera zgubiła jego własna pycha i poczucie bezpieczeństwa że może wszystko, z kolei David Simon w swoich produkcjach stawiał na oszczędny hiperrealizm: patrz #thewire czy Show Me a Hero.

    Tak czy owak - premiera 10 września.

    #seriale #thedeuce #vinyl #hbo pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: K.........a, Xianist +6 innych
  •  

    Herbie Hancock na zakończenie festiwalu Jazztopad we #wroclaw

    http://www.nfm.wroclaw.pl/kalendarium/wydarzenie/6051
    https://www.facebook.com/events/1984690281751818

    Niesłychana gratka dla fanów jazzu, dużych i małych. Jedna z ostatnich żyjących wielkich legend jazzu przyjeżdża do Wrocławia gdzie w NFM zagra jeden koncert. Ceny biletów od 100 do 300 zł, polecam kupować póki są, bo długo czekać na chętnych nie będą musiały.

    Pozostały line-up Jazztopadu nie powala, ale tym jednym nazwiskiem przeskakuje tegoroczny Jazz nad Odrą, który mimo wszystko był wykurwisty

    #jazz #herbiehancock #hancock #muzyka
    pokaż całość

    źródło: herbiehancock.PNG

    +: A.............h, gumiguta +6 innych

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika Joz

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.