•  

    ej mireczki od #pokemongo dawno nie grałem i mam pytanko, urodziły mi się pokemony z jajek, ale mają uszkodzone HP, co mogło się stać?

  •  

    Niedługo nikogo tutaj nie będzie, bo część z nas zejdzie na zawał, a pozostali zdążą wcześniej umrzeć z nudów. Kolejny mecz postarzający człowieka o kilka lat i utrzymujący Legię w grze o mistrzostwo.

    Mecz był absolutnie koszmarny i jednym z jego niewielu pozytywów jest wynik. W niecałe trzy dni od spotkania pucharowego nie mogło się wiele zmienić, bo niby jak. Trzeba było jakoś to wymęczyć, co udało się zrobić w najgorszym możliwym stylu. Jeżeli przerwa na kadrę nie przyniesie poprawy, to cienko to widzę. Łatwe mecze właśnie się skończyły, a i tak w każdym kolejnym mieliśmy coraz większe problemy.

    W pierwszej połowie, jak na to, że nie działo się nic, udało się parę sytuacji wykreować. Były celne strzały na bramkę, ale właściwie żaden z nich nie był naprawdę groźny. Mimo wszystko przez pewien czas Legia starała się grać atakiem pozycyjnym i mimo że wychodziło jej to słabo, to przynajmniej bywały zalążki dobrych akcji. Tak też było na początku drugiej połowy. Najpierw po podaniu Martinsa niezłą okazję miał Cafu, a parę minut później był rzut karny. Gol oczywiście cieszył, ale niestety oznaczał to samo co w poprzednich meczach – gra w piłkę ze strony Legii w tym momencie się kończyła.

    Nie ma nic złego w bronieniu wyniku, jeżeli robi się to umiejętnie i czeka na swoje szanse z kontrataku. Jednak Legia w miarę upływu czasu robi to coraz bardziej prymitywnie i aż prosi się, żeby stracić gola. Co stoi na przeszkodzie, żeby grać tak jak przez pierwsze 50 minut, gdzie pod bramką Cierzniaka nie było ŻADNEGO zagrożenia? Ostatecznie udało się go wypromować na jednego z bohaterów meczu, ale nie o to w tym powinno chodzić. Już od jakiegoś czasu obawiam się, że tego typu gra może się zemścić w końcówce, kiedy nie będzie już czasu na reakcję. I teraz było bardzo blisko, aby tak się stało. Jeżeli to nie da trenerowi i jego sztabowi do myślenia, to już nie wiem co. Wciąż będę się upierał, że mamy zawodników, którzy w takiej sytuacji boiskowej umieją uspokoić grę i utrzymać się przy piłce albo wywalczyć stały fragment. Jednak z jakiegoś powodu tego nie robią, a coraz częściej tylko wybijają piłki na ślepo. Ciężko coś takiego zrozumieć.

    Zmiany w składzie wyszły nam raczej na plus. Majecki ostatnio bronił raczej solidnie, ale Cierzniak po długim okresie bez bronienia wszedł i znowu bronił bardzo pewnie. Dwie świetne interwencje na linii oraz kilka na przedpolu – w drugiej połowie, kiedy miał co robić, stanął na wysokości zadania.

    Od Hlouska trudno było wypaść gorzej, a gdy do tego grał na bezproduktywnego Musondę, to Rocha miał wielką szansę, aby zaprezentować się z dobrej strony. Na razie grał w mało wymagających dla siebie meczach, a to co zdążył dać z przodu, to kluczowe zagranie przy rzucie karnym. Nieźle operuje piłką i jak będzie miał kogoś konkretnego do współpracy, to może będzie to jakoś wyglądać. Z Nagyem spróbowali właśnie w tej jednej akcji, i to też z pewną dozą szczęścia, a potem próby gry kombinacyjnej, jak w całym zespole, skończyły się.

    Po drugiej stronie mogłem znowu być rozczarowany, że Vesović trafia na obronę, podczas gdy mógłby grać przed Stolarskim. Pierwszą połowę miał bardzo dobrą, duża aktywność i zagrożenie dla bramki Śląska po akcjach z Medeirosem. W drugiej zupełnie zniknął i może bronił nieźle, jednak od takich zawodników trzeba oczekiwać więcej. Znowu kończy mecz bez gola ani asysty.

    Ponadto wrócił Szymański, co mimo wszystko jest dobrą wiadomością, bo pokazuje, że rzeczywiście wszystko goi się na nim jak na psie. Jednak tego meczu nie zaliczy do udanych, na początku jeszcze był aktywny i sporo akcji przechodziło przez niego, potem wyróżniał się głównie byciem faulowanym, choć chyba trochę dokładał od siebie w niektórych sytuacjach. Nie wiem, czy z powodu tej kontuzji nic się nie zmieniło, ale pewnie znowu pojedzie na kadrę, a może przydałoby mu się popracować w spokoju przez dwa tygodnie. Widać, że to na pewno nie jest jego najwyższa forma.

    Z innych zawodników chcę zwrócić uwagę przede wszystkim na Jędrzejczyka – dla mnie gracz meczu. Stoczył niezliczoną liczbę pojedynków z Robakiem, czyli najwyższą półką jeśli chodzi o napastników w naszej lidze, a pod względem budowy i przygotowania fizycznego – zdecydowanie top 1. Jędza nie pozwolił mu zupełnie na nic, do tego przeciął dużą liczbę wrzutek ze stałych fragmentów i bardzo dobrze asekurował Rochę. Właściwie występ kompletny i trudno od stopera oczekiwać czegoś jeszcze lepszego. Warto pamiętać, że największe zagrożenie ze strony Śląska było po strzałach z dystansu, a akcja z odwołanym rzutem karnym poszła z prawej strony. Dlatego większe pretensje miałbym do środkowych pomocników, którzy zostawiali za wiele miejsca, a wspomniana akcja z karnym zaczęła się od błędu Andre Martinsa. Jeden z lepszych meczów w tym sezonie zagrał też Wieteska, który podjął duże ryzyko pod sam koniec pierwszej połowy, ale mu się to opłaciło. Jeżeli Cafu będzie musiał długo pauzować, to może pomysł z Remym na środku pomocy nie będzie taki głupi, o ile Wietes nadal utrzyma ten poziom.

    Zwracałem też baczną uwagę na Medeirosa, który bardzo słabo zaczął, długo holując piłkę i ładując się z nią w największy tłok. Dopiero po jakimś czasie coś mu przeskoczyło i zaczął dobrze współpracować z Vesoviciem. Niestety w drugiej połowie zniknął z radarów. Dziś, jak i w Częstochowie, niewiele pokazał, a okazji do gry ma coraz więcej. Można oczywiście czekać aż odpali, tyle że tu niedługo sezon się kończy, a tu może nie być nawet wiadomo, czy warto go zostawiać, czy nie. Po pojedynczych zagraniach widać, że ma umiejętności, ale powinien pokazywać to częściej, a nie raz na jakiś czas.

    Pozostałych ofensywnych zawodników trudno jakoś wyróżniać, choć Carlitos strzelił gola, a Kucharczyk, Nagy i nawet Kulenović mieli swoje okazje. Nie jest to nawet 50% tego, co powinni pokazywać, a jedynie Hiszpan jakoś się obronił poprawą statystyk (jak by na to nie spojrzeć – trzeci kolejny mecz ligowy z golem). Co ciekawe, rundę zaczęliśmy od gola obrońcy, ale wszystkie pozostałe to dzieło Carlitosa, Kulenovicia, Kucharczyka (z pozycji napastnika) i Medeirosa. Gdyby udało się im stwarzać więcej sytuacji, to może nie wyglądałoby to aż tak źle? Bo ciężko mówić o braku skuteczności, gdy nawet nie ma się z czego strzelić. Teraz strzelamy z niczego, ale nie wiem, jak długo można tak pociągnąć.

    Wątpię, aby ktoś chciał znać moje zdanie odnośnie kontrowersji (jak i w ogóle moje opinie na temat tego meczu czy innych), ale krótko się odniosę. Ręka Tarasovsa idiotyczna, ale była. Być może gdyby zablokował piłkę tak, że ta nie przeszłaby do zawodnika Legii, byłoby jeszcze mniej wątpliwości, a tak to widziałem dziwne próby kwestionowania tego karnego. Sytuacja w naszym polu karnym była dużo trudniejsza i bez powtórek właściwie nie do rozstrzygnięcia. Fajne było to, że w transmisji czy w skrócie widać dokładnie te ujęcia, które są pokazywane sędziemu w analizie VAR. Z nich widać wyraźnie, że to Stolarski był pierwszy przy piłce i to Piech kopnął w niego.

    W przypadku Cafu wydaje mi się, że on nie tyle chciał opluć Piecha, co sam się zapluł wykrzykując to, co wykrzykiwał. Nie będę jednak dyskutował z czerwoną kartką czy nawet z wysokością kary. Bardziej martwi mnie, że znowu w takiej sytuacji zawodnik Legii traci głowę. Już nieraz zagrzał się Vesović, w środę po meczu w Częstochowie Agra rzucał się do przeciwników i musiał go wyjaśnić Jędrzejczyk i odesłać do szatni. Często irytujący bywa Carlitos. Ja rozumiem, że z jednej strony trener daje im zły przykład, z drugiej – oni sami powinni mieć swój rozum i jakoś się kontrolować. Wkładają tyle energii w zupełnie niepotrzebne akcje i choć czasami trzeba pokazać przeciwnikowi że się nie odpuszcza albo stanąć w obronie kolegi… To takie sytuacje jak dzisiaj są po prostu głupie i należy ich unikać. Bo potem daje się pretekst do czerwonej kartki i spodziewam się, że mało kto będzie doszukiwał się tam dobrej woli Cafu (czyt. braku celowej próby oplucia rywala). Pewnie tak jak Remy dostanie wysoką karę… A mi się nawet nie chce ciągnąć tego wątku, bo jakby to rozszerzyć na inne sytuacje z naszej ligi to można by dyskutować bardzo długo.

    Czy może być gorzej? Oczywiście, wystarczy spojrzeć na Jagiellonię i Lecha. Powinniśmy z nimi i z Lechią walczyć we czwórkę o mistrzostwo, tak jak dwa lata temu. Tymczasem te dwa zespoły (a jeśli już, to raczej jeden z nich) mogą nawet spaść do dolnej ósemki. My gramy tragicznie, ale przynajmniej z ostatnich trzech meczów ligowych wyciągnęliśmy maksimum. Podsumowując okres od rozpoczęcia rundy, na pewno najbardziej szkoda odpadnięcia z Rakowem oraz porażki z Lechem. Jedna wpadka z Cracovią mogła się zdarzyć i nie wiem czy była do uniknięcia. Natomiast zwłaszcza przegrać z tak słabym Lechem (o którym już wtedy pisałem, że nic szczególnego nie pokazał) to była kompromitacja. Mimo wszystko nie punktujemy najgorzej – 12 punktów w 6 meczach wiosny daje przyzwoitą średnią 2 punktów na mecz, niemal identyczną mamy w całym sezonie (1,96). Pinto na konferencji poniekąd miał rację, że Legia punktuje podobnie jak rok temu i nie to jest głównym problemem. To, że Lechia ma tych punktów jeszcze więcej, to jest inna sprawa. My będziemy musieli spojrzeć na to, jak my możemy się poprawić. Wbrew pozorom bilans bramek może być ważny. Niewykluczone, że po 30 kolejkach będziemy mieć tę samą liczbę punktów, a w meczach bezpośrednich było dwa razy po 0:0. Wtedy stawką m.in. tego, czy gramy w 33. kolejce u siebie, czy na wyjeździe, byłyby bramki, a w nich na razie jesteśmy o 4 do tyłu.

    Teraz jest trochę przerwy, ale dużej części zespołu nie będzie, a po powrocie do ligi znowu czekają nas mecze co trzy dni. To jeden z ostatnich momentów aby się ogarnąć. Jeżeli tego nie zrobimy, w końcu doigramy się i stracimy jakieś punkty, bo czekają na nas lepsi przeciwnicy, którzy prędzej coś takiego wykorzystają niż Śląsk. Absolutnie ostatnim takim momentem będzie grupa mistrzowska, ale to już zależałoby od tego, jaka byłaby sytuacja wyjściowa. A tu mamy jeszcze cztery kolejki i ciężko coś przewidywać. Lechia i Legia odskoczyły stawce, ale Piast gra jeszcze jutro, a w 27. kolejce jedzie do Gdańska. Niczego więc nie można wykluczać.

    #kimbalegia #legia
    pokaż całość

    •  

      @palodisko: Tylko w ten sposób potrafisz dyskutować? To co on niby takiego wczoraj zrobił, że nie był bezproduktywny?

      @tyrytyty: Tak pewnie będzie, czyli jak zwykle nie prowadzi to do niczego dobrego.

      @miki4ever: Jeśli już, ja się zachwycam jedynie Jędrzejczykiem, Wieteska był słabszy od niego, ale mi się wydaje, że zagrał lepiej niż choćby ostatnio z Arką. Śląsk tak naprawdę nie wykreował wiele, dwie dobre akcje z gry przeprowadził w doliczonym czasie pierwszej i drugiej połowy. Poza tym strzały z dystansu, które Cierzniak obronił i stałe fragmenty, które udało się skasować. Nie tyle z samym bronieniem był problem, co z utrzymaniem się przy piłce, które dałoby choć trochę spokoju w drugiej połowie. pokaż całość

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Nie wiem co bardziej odrażające - wyniki i gra Lecha czy te nagłówki na kkslech.com (nieoficjalnej stronie).

    #ekstraklasa #lechpoznan

    źródło: nekrofilia.png

  •  

    Lech przegrał a Zelek się mało nie rozplakal prowadząc studio pomeczowe. Nikt o dziwo nie mówił by zwalniać trenera. W przypadku kilku innych stołków już mowiliby o zmianie. Tak wygląda obiektywne dziennikarstwo? Nikt nie umarł a prowadzący zachowuje się jakby tak się stało... #ekstraklasa #mecz

    +: BLOCHU
  •  

    W tym roku najbardziej skompromitowały się Legia i Arka. Jak można było przegrać z takim Lechem?

    #mecz

  •  

    I tak miałem już plany na majówkę… Legia nie obroni Pucharu Polski i jej jedyną szansą na trofeum pozostaje już tylko mistrzostwo. Chciałoby się powiedzieć że sezon jest tak samo słaby jak poprzedni, ale wtedy był puchar, a teraz go nie będzie.

    Dziś przegraliśmy czwarte rozgrywki w tym sezonie, czyli już prawie wszystko. Oczywiście „nieprzegranie” Ligi Mistrzów czy Ligi Europy to byłby udział w fazie grupowej, ale nie udało się dojść nawet do ostatniej rundy eliminacji. Najmniej istotny Superpuchar jak zwykle w plecy. Już nieco ważniejszy puchar też trzeba będzie spisać na straty. W poprzednich sezonach w większości przypadków szło nam w tych rozgrywkach bardzo dobrze, ale nie pierwszy raz odpadamy z I-ligowcem po dogrywce.

    Trochę czułem pismo nosem. Pisałem w sobotę, że obawiam się tego meczu i że Raków będzie trudnym przeciwnikiem. I szczerze mówiąc… spodziewałem się więcej z ich strony. Ich sposób gry jest nietypowy i mało widowiskowy, ale bardzo skuteczny. W dodatku nie mają kompleksów i starają się „siąść” na każdym przeciwniku, niezależnie od jego siły. Mecz zaczął się w zasadzie tak samo, jak było to w 1/16 finału z Lechem – od szybkiego 1:0. Legia przez długi czas nie wiedziała co się dzieje. Skorzystała wprawdzie z prezentu podarowanego przez nieporozumienie w defensywie Rakowa, ale poza tym wypracowała bardzo niewiele. Remis do przerwy był przyzwoitym rezultatem.

    Druga połowa, m.in. dzięki wejściu Carlitosa, była już niezła i to wtedy przede wszystkim zawaliliśmy sprawę. Trzeba było wykorzystać ten lepszy okres i zamknąć mecz już wtedy. Mimo wszystko wciąż najgroźniejszą bronią były strzały z dystansu lub nieudane dośrodkowania – tylko wtedy Szumski musiał interweniować lub było jakieś zamieszanie. Gdybyśmy mieli trochę więcej szczęścia, to Kasperkiewicz załadowałby sobie swojaka i pewnie byśmy wygrali. Tylko ile można polegać na szczęściu? I to zwłaszcza, gdy to nie my mamy strzelić, tylko przeciwnik sam sobie? Mimo że ten fragment był w naszym wykonaniu wyraźnie lepszy, to nadal nie tyle, aby miał być zadowalający.

    To wszystko zemściło się w dogrywce, kiedy Legia czekała już chyba tylko na rzuty karne. W dodatku mogło się wydawać, że Raków już nie ma siły, a w dodatkowych 30 minutach to on dyktował warunki. Ten czas został przez nas kompletnie zmarnowany. Nie dość że przed meczem ligowym, który notabene już w sobotę, trzeba było podjąć dodatkowy wysiłek, to okazał się on kompletnie bezproduktywny i skończyło się to jeszcze gorzej niż po 90 minutach. Skład na boisku był coraz bardziej zbliżony do optymalnego (a przynajmniej do tego, który wystąpił w poprzedniej kolejce w Gdyni), ale gra nie ulegała poprawie. To, jak zagraliśmy tę dogrywkę, było najbardziej rozczarowujące w całym meczu, a że chronologicznie było na końcu, to najbardziej zapadło w pamięć.

    Generalnie to był mecz na remis. Legia zagrała w tym roku sześć takich meczów, z których połowę wygrała, a połowę przegrała. Przy takiej grze to niestety nie może dziwić. Gdy są one tak stykowe, to raz szala przechyli się w jedną, raz w drugą stronę. Raz szczęście dopisze, innym razem nie. Oczywiście był pech w tym, że Rakowowi wpadł gol samobójczy, a nam nie. Jednak wciąż chcę wracać do tego, czy w ten sposób chcemy rozstrzygać mecze.

    Jeżeli spojrzymy dokładniej na nasze tegoroczne występy, to zauważymy, że najlepsze były te z absolutnym dołem Ekstraklasy, od którego gorsze jest tylko Zagłębie Sosnowiec. Z nich zresztą tylko jeden był taki, który można było wysoko wygrać, i niestety miał on miejsce już dość dawno, bo miesiąc temu. Poza tym przegraliśmy z będącymi w gazie Cracovią i Rakowem, a także daliśmy się przełamać Lechowi, który chyba na tym zakończył swój sezon, biorąc pod uwagę jego kolejne mecze.

    W tym sezonie czekam już tylko na dwie rzeczy (poza wynikami i mistrzostwem). Chciałbym w tym sezonie zobaczyć, jak Legia wygrywa z mocnym przeciwnikiem. Mocnym = będącym w dobrej formie albo wysoko w tabeli. Do końca rundy zasadniczej może to dotyczyć przede wszystkim meczu z Pogonią i może z Jagiellonią, ale w tym drugim przypadku aktualna forma przeciwnika nie pozwala oceniać go wysoko. Następne szanse będą w rundzie mistrzowskiej, gdzie zwykle Legia budziła się w poprzednich sezonach. Teraz też będzie to konieczne, a czekają nas tam m.in. mecze z Lechią, Piastem czy Cracovią – i mówię to zupełnie serio – które trzeba traktować śmiertelnie poważnie.

    Drugą rzeczą, na którą czekam, jest wygrana w dobrym stylu, niekoniecznie z mocnym rywalem. Chciałbym zobaczyć zwycięstwo nawet nie wysokie, ale takie jak np. ze Śląskiem jesienią. Często przywołuję też mecze z Wisłą Kraków i Górnikiem. Jesienią takie mecze nam się zdarzały. Teraz właściwie tego nie ma i to coraz bardziej martwi. Wymęczone wygrane są bardzo ważne, ale wprowadzają niepokój i nie udowadniają, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

    Jeżeli tego przez najbliższe dwa miesiące nie będzie, to będę miał poważne wątpliwości co dalej. Jak najbardziej stać nas na wyrwanie kolejnego mistrzostwa, tylko co dalej. Proporcje coraz bardziej przechylają się w stronę bezbarwnych porażek, których jesienią było mało, a teraz są już trzy w ciągu miesiąca. I tak naprawdę nie możemy mieć pretensji do nikogo poza sobą. Wprawdzie Pinto prędzej skasuje swoją fryzurę niż przyzna się publicznie do popełnienia błędu czy bycia (jako zespół) słabszym w danym meczu, ale mam nadzieję, że wewnątrz drużyny on i zawodnicy zdają sobie sprawę, jak to wygląda. O ile jesienią zdecydowanie był postęp, zwłaszcza biorąc pod uwagę pułap z jakiego startowaliśmy… to teraz nie idziemy dalej, tylko cofamy się albo w najlepszym razie stoimy w miejscu. I to w sytuacji, w której trener personalnie poukładał już sporo tak jak chciał, a do tego miał do dyspozycji czas na zimowych przygotowaniach (zresztą pierwszy raz w ogóle jako trener, bo wcześniej nie miał w żadnej lidze tak długiej przerwy zimą).

    Generalnie po kolejnej porażce nie jestem zwolennikiem wyrzucenia wszystkich, z trenerem na czele. Jednak dopóki nie będzie wyraźnych symptomów poprawy, to spokojnym nie można być. Weryfikacja jest coraz bliżej, a takie mecze jak dziś, które też są pewną weryfikacją, na pewno nie napawają optymizmem.

    Wracając jeszcze do samego dzisiejszego meczu. Biorąc pod uwagę napięty terminarz trzeba było trochę zarotować i tak naprawdę tylko na pozycji napastnika wyglądało to na papierze słabo. Paradoksalnie Kucharczyk, grając nominalnie na tej pozycji, strzelił gola w sposób typowy dla napastnika. Mimo wszystko nie sądzę, aby personalia były tego dnia problemem. Co najwyżej mogliśmy przekonać się, że uzależnienie gry całego zespołu od formy (czy tym razem nieobecności) Andre Martinsa jest bardzo duże. W dodatku zrobił się ewidentny problem z lewą stroną. Hlousek od początku roku nie dojeżdża i na jego konto idzie m.in. pierwsza bramka. O ile przez długi czas byłem przekonany, że powinien zostać, tak teraz mam wątpliwości. Że z przodu mało daje, jestem w stanie to przeboleć, ale popełnia coraz poważniejsze błędy w defensywie, zwłaszcza w grze 1 na 1. Tu nieoczekiwanie występuje potrzeba dalszego sprawdzania Rochy. Niestety zjazd zaliczył też Nagy, który o dziwo tylko raz tej wiosny trafił na ławkę, a i tak zdołał zrobić idiotycznego karnego dla Lecha. Miał przebłyski z Miedzią i Arką, ale generalnie zupełnie zgasł i to też jeden z powodów, dlaczego gra jest gorsza. Więcej obaw miałem o prawą stronę, ale tam Stolarski zdaje się wyrabiać, a po powrocie Vesovicia będzie można ją w miarę konkretnie obsadzić. Choć akurat dziś Medeiros zawiódł, na jego sztuczki nikt się nie nabierał, a jeden dobry strzał z dystansu został obroniony.

    Mimo wszystko, jak na krajowe rozgrywki, jest kim grać. Ośmielę się sądzić, że tacy zawodnicy jak Carlitos, Medeiros, Nagy czy nawet Kulenović powinni wystarczać na taki Raków. Tymczasem oni nie byli w stanie nic zrobić, a gola strzelił Kucharczyk, i to z podania Hamy, który poza tą asystą też nic ciekawego nie pokazał, a miał jeszcze dwa spektakularne pudła. Nie jest to nie wiadomo jaki gwiazdozbiór, ale minimum kreatywności można oczekiwać.

    Zaskoczyła mnie rola stałych fragmentów gry w tym meczu. Otóż Raków szedł zdecydowanie w jak największą liczbę wrzutek. Mają potężnych chłopów na środku obrony, zapędzających się w pole karne rywali przy każdej możliwej okazji, czasem nawet bez SFG. Nie dziwię się, że takie dorzucanie piłki na głowę Petraska działa w I lidze. Natomiast Legia broniła się w tych sytuacjach stosunkowo dobrze. Jędza, Remy czy nawet Hlousek (w powietrzu dużo lepszy niż na ziemi) w miarę sobie z tym radzili. Aż do 112. minuty… Z drugiej strony Legia miała stałych fragmentów w ofensywie bardzo mało. A gdy tak się dzieje, to z góry wiadomo, że odpada nam jeden z najważniejszych atutów. Nie było wprawdzie Martinsa, ale Antolić mimo przeciętnego meczu parę razy nieźle dorzucił ze stojącej piłki. Może gdyby miał ku temu więcej okazji, udałoby się coś wcisnąć.

    Występy Agry czy Remy’ego wolałbym przemilczeć, ale nie mogę się powstrzymać. Portugalczyk przyciąga nieszczęścia, a na razie jego znakiem firmowym są proste straty w newralgicznych miejscach na boisku. Nie mówię jednoznacznie że to zły piłkarz, ale jego udane zagrania można wyliczyć na palcach jednej ręki. Co do Remy’ego odniosłem wrażenie, że był elektryczny i mało pewny. Wyglądało jakby to teraz, a nie jesienią, miał kilkumiesięczną przerwę w grze. Jest bardzo potrzebny po przerwie reprezentacyjnej, więc niech się weźmie za siebie, bo lepszego stopera obok Jędzy naprawdę nie mamy.

    Tak serio to szkoda mi tego pucharu, a na majówkę oczywiście nie mam planów, bo jestem przegrywem. Ale nie wiem czy będzie mi się chciało oglądać mecz finałowy czy nawet wcześniejszą rundę. Kto by nie wygrał, będzie ciekawie, bo zespoły pozostające w grze mają łącznie zdobyte trzy puchary, z czego ostatni w 2010 roku. Biorąc pod uwagę jak wygląda Raków oraz jaką mają przewagę w lidze (być może będą mogli nawet coś w niej odpuścić kosztem pucharu) nie zdziwiłbym się, jakby byli w stanie postraszyć Lechię czy Jagiellonię. Jak będzie w Ekstraklasie – nie wiem, bo ten entuzjazm kiedyś się skończy, a do ligi w dobrym stylu wchodziły Sandecja czy Miedź i dobre wyniki dość szybko się skończyły. Ale już wiem, że w przyszłym sezonie prawdopodobnie dochodzi kolejny rywal, któremu trzeba się zrewanżować. I niestety na pewno nie jedyny…

    W sobotę czeka nas ciekawy mecz z podtekstami, bo do Warszawy wrócą m.in. Broź i Mączyński. Śląsk to przeciwnik, którego należy pokonać, a brak dobrego wyniku znowu cofnie nas o kilka kroków. Mimo wszystko, jak byśmy nie byli słabi, to wciąż liczymy się w grze o mistrzostwo. Wnioski chyba nam są znane od kilku lat. No przykry jest to dzień, a nawet jeśli sezon zakończy się mistrzostwem, to i tak nie będzie można się tym zadowalać. Zostało już tylko 12 meczów i miejsca na potknięcia będzie coraz mniej.

    #kimbalegia #legia
    pokaż całość

  •  

    Kiedy jednego dnia odpadają 2 drużyny z pucharów którym kibicujesz ( ͡° ʖ̯ ͡°)
    Teraz trzeba czekać do niedzieli na mecz Milan - Inter, aby Piątek poprawił humor.
    #mecz #legia #bayernmonachium

    GIF

    źródło: media1.tenor.com (152KB)

    •  

      @matixrr: Widzę bardzo dużo reakcji, nawet na głównej jest znalezisko i to z płomieniem. Chyba wszyscy myślą, że Raków to jakaś przypadkowa drużyna, która akurat skrzyknęła się i pokonała Legię. Najważniejsze to zachować spokój, ale nie jest łatwo...

    •  

      @matixrr: Pierwszoligowcem jest w zasadzie już tylko z nazwy, a moim zdaniem gorzej grać z takim zespołem ciągle wygrywającym niż dostającym w czapkę.

      Niestety im więcej takich meczów, tym mniejsza nadzieja, że coś z tego będzie. Pozostaje tylko powtórzyć cykl z zawalonym latem i zwolnionym trenerem, a pewnie już się z tego nie wygrzebiemy (zwłaszcza przez stratę współczynnika pucharowego).

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    @Kimbaloula będzie dziś felieton? nie pamiętam czy piszesz po pp

  •  

    Dobra robota w trudnych warunkach i cel osiągnięty. Z piłką nożną nie miało to wiele wspólnego, o spokoju w końcowych minutach też ciężko mówić. Trzeba było się namęczyć, ale efekt końcowy jest taki, jaki powinien być.

    Zdecydowanie głównym tematem meczu Arki z Legią była murawa i trudno się dziwić. Nawet u nas, mimo że też jest w kiepskim stanie, nie wygląda to aż tak tragicznie. W takiej sytuacji można zdać się głównie na przypadek, a losowanie stron boiska przed meczem ma dużo większe znaczenie. Wybór jednak nie jest łatwy, bo teoretycznie łatwiej się bronić na większym błocie, ale z drugiej strony zbyt wiele pozostawia się przypadkowi i można stracić gola z niczego. Nie mówiąc o poważnych utrudnieniach w rozgrywaniu piłki od tyłu. Takie warunki mieliśmy w drugiej połowie i nie ułatwiały nam one bronienia, za to mogliśmy zaatakować na tę lepszą stronę i zwłaszcza przy drugiej bramce się to opłaciło, bo piłka chodziła aż miło. Summa summarum dobrze wyszło, ale wiele zależało tu od szczęścia, bo w każdej chwili piłka mogła się inaczej odbić i kto wie, jak by było.

    Przez długi czas nie dopuszczaliśmy do zagrożenia pod bramką Majeckiego, ale poza jedną-dwiema składnymi akcjami sami nie zrobiliśmy zbyt wiele w polu karnym przeciwnika – tak wyglądała pierwsza połowa. To był raczej mecz na remis, gdzie zanosiło się na to, że tylko stały fragment i/lub przypadek będą mogły cokolwiek zmienić. Na szczęście mamy w drużynie zawodnika, który potrafi zrobić coś z niczego. Tego, co zrobił Carlitos, nie sposób nie przeceniać, bo zrobił różnicę, która okazała się decydująca. Głównie dzięki bramce na 1:0 udało się szybko strzelić drugą, bo Arka za bardzo się otworzyła. Wprawdzie szybko padła bramka kontaktowa, ale ważnym i godnym zapamiętania momentem była też interwencja Majeckiego po strzale z dystansu. W większości meczów nie ma w ogóle co robić, a przy traconych golach rzadko kiedy mógł zrobić coś więcej. Do tej pory miał więc mało spektakularnych interwencji, teraz taką zaliczył, co powinno jeszcze go podbudować.

    Trochę nam się wysypał skład, bo zabrakło trzech podstawowych zawodników. W takim klubie jak Legia nie powinno to stanowić problemu, ale zawsze jest niepewność, jak poradzą sobie ci wchodzący. Wieteska grał trzeci mecz z rzędu i nie wiem, czy ten nie był najsłabszy, mimo że wynik był lepszy od tego w Poznaniu. Stolarski od dawna nie grał i trochę było to widać, ale starał się nadrabiać zaangażowaniem i trzymał solidny poziom, siadł dopiero w końcówce jak cały zespół. Ciekawy był wariant z Carlitosem i Kulenoviciem z przodu, bo do tej pory to się właściwie nie zdarzało. Chorwat wykonał mnóstwo czarnej roboty, a Hiszpan miał trochę więcej swobody. Trudność polegała na tym, że nie bardzo miał z kim pograć, a już zwłaszcza na tym boisku, ale w jego grze było dużo więcej pomysłu niż jesienią. Wtedy zbyt często był to z jego strony ogromny chaos, a teraz Carlitos gra jakby bardziej zespołowo. Ważne, że obaj napastnicy zdobyli po bramce, i że musieli wykazać się przy tym jakimś kunsztem. Okazało się, że mamy wariant, który w pewnych warunkach może być przydatny.

    W zasadzie każdego należałoby oceniać przez pryzmat trzech różnych fragmentów meczu – pierwsza połowa, pierwsze 20 minut drugiej połowy oraz końcówka. Po bardzo udanych i skutecznych akcjach cofnęliśmy się za głęboko i pozwoliliśmy rozpędzić się Arce. Oni pewnie tak czy siak próbowaliby mocniej zaatakować, ale my tylko ich do tego zachęcaliśmy wybijając piłkę, faulując i w ogóle nie starając się przy niej utrzymać. Nie pomogły zmiany, bo Agra znowu nic nie pokazał, Astiz w środku pola był wiecznie spóźniony, a Medeiros wszedł zdecydowanie za późno. Jeśli nie miał żadnych problemów ze zdrowiem, to trzymanie go na ławce tak długo było niezrozumiałe. Ani Nagy, ani Kucharczyk nie grali nic wielkiego, choć Węgier trochę się przebudził w tym najlepszym fragmencie w drugiej połowie.

    Mecz pokazał też, jak ważny był środek pola, bo gra Andre Martinsa i Cafu znowu była kluczowa. Zszedł ten pierwszy i utrzymywanie piłki w zasadzie się skończyło. Znowu, gdy tylko miał trochę swobody, dyrygował całą grą, choć też często miał problem, nie mając komu podać. Cafu miał kilka bardzo ciekawych ofensywnych wejść, dobrze czując wolną przestrzeń i wbiegając na pełnej szybkości tam, gdzie powinien. Zwłaszcza było to widoczne w akcji bramkowej. Szkoda tylko jednej akcji, gdzie piłka nieszczęśliwie odbiła mu się od ręki, można było wtedy wyprowadzić coś bardzo groźnego.

    Normalnie staram się nie czepiać zanadto, ale kolejny raz bardzo nie podobała mi się końcówka. Jesienią aż tak źle to nie wyglądało, a teraz z Wisłą Płock i Arką była zbyt rozpaczliwa obrona wyniku. Co stoi na przeszkodzie, aby utrzymać piłkę z dala od naszej bramki czy po prostu grać jak w pierwszej połowie? Czyżby nie mieli na to siły? W głowach na pewno też się coś przestawia po strzeleniu gola, bo to widać, ale aż takie upraszczanie gry jest moim zdaniem niepotrzebne. Już teraz Arka miała sytuacje i była blisko wyrównania. Kiedyś coś wpadnie w końcówce i będzie płacz.

    Generalnie ciężko mówić o jakimś postępie, ale zdaję sobie sprawę, że można z łatwością wszystko zrzucić na murawę, a oczekiwać czegoś więcej dopiero w następnych meczach. Poza indywidualnymi przebłyskami znów bardzo istotne było to, że graliśmy z zespołem znacznie słabszym, gdzie z roli faworyta o dziwo potrafimy się wywiązać. No i sam fakt strzelenia gola na 1:0 – gdy to się udaje, szansa na końcowy sukces mocno wzrasta w przypadku Legii. Do tej pory 13 takich meczów w lidze i tylko jeden remis (z Wisłą Kraków), reszta to zwycięstwa. W pucharze była taka sytuacja i remis z Piastem, ale zakończony awansem po rzutach karnych. Natomiast przegraliśmy taki mecz w Superpucharze… z Arką na początku sezonu.

    Mało widowiskowo, ale robimy powoli te punkty i to jest bardzo ważne. To jednak nadal jest mało i trzeba zrobić wszystko, aby przed przerwą reprezentacyjną wygrać oba mecze, które nam zostały. Po powrocie z Gdyni do Warszawy trzeba się będzie udać w kolejną podróż w drugim kierunku i to może być mecz-mina, bo jednak odbywa się w marcu, a nie w lutym, przez co Raków zdążył już jakieś mecze rozegrać i je oczywiście wygrać. Będą pewnie bardzo nakręceni na ten mecz, więc trzeba będzie być bardzo uważnym. Zmiany w naszym składzie będą nieuniknione, a do tego, nawet jeśli zagra Majecki, trzeba będzie mieć zabezpieczenie w postaci minimum jednego młodzieżowca na ławce. Jak z tego wyjdziemy obronną ręką, to będę bardzo zadowolony, bo imponuje mi to, jak Raków poczyna sobie w I lidze i na pewno inaczej się gra przeciwko drużynie będącej w takim gazie, niż przeciwko stałym bywalcom Ekstraklasy.

    #kimbalegia #legia

    pokaż spoiler To chyba jeden z najgorszych moich tekstów tutaj. Zero weny i jakiegoś logicznego ciągu, choć mecz oglądałem tak samo uważnie jak zwykle. Kilka fajnych momentów było, ale chyba szybko będę chciał o nim zapomnieć.
    pokaż całość

  •  

    Kiedy ostatnio ktoś strzelił 6 na wyjeździe w naszej ekstraklasie?
    #mecz #pilkanozna #ekstraklasa

  •  

    Jeśli Lechia dzis wygra to w normalnej lidze powiedziałbym że już pozamiatane. Ale zbyt długo oglądam polską ligę żeby stawiać aż tak odważne tezy.
    #mecz #legia #ekstraklasa

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika Kimbaloula

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.