Ja tu już nie tylko po śmieszne obrazki

  •  

    KRÓTKA HISTORIA NOWOCZESNEGO IZRAELA - PODSUMOWANIE - CZĘŚĆ 6 - OSTATNIA

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis
    Małe ogłoszenie - lista strasznie się rozrosła i w związku z tym stała się problematyczna do użycia (wykop wywala błąd przed zawołaniem wszystkich plusujących) z tego powodu na razie daje sobie spokój z wołaniem.

    #historiaiwojskowosc

    Resztki konwoju medycznego Hagany zmasakrowanego przez Palestyńczyków pod Górą Skopus, 1948 rok. W masakrze konwoju zginęło ok. 60 osób, głównie pielęgniarek i lekarzy, rozerwanych na strzępy gołymi rękami albo zarżniętych tępymi narzędziami

    A ten post powstał z myślą, żeby w razie gównoburz na temat statusu Izraela móc zauważyć rzeczy najważniejsze.

    Ocena powstania państwa Izrael jest generalnie dość trudna i nieszczególnie czarno-biała.
    Samym Żydom - jak zasadniczo każdemu narodowi - przysługuje prawo do samostanowienia. Żydzi konsekwentnie dążyli do utworzenia państwa już w XIX wieku. W tym celu zakupili pierwsze tereny w Palestynie.
    I tu:
    - Z jednej strony same zakupy odbywały się u osób prywatnych - Imperium Osmańskie nie interweniowało szczególnie w przeniesienie własności, a Arabowie (potrzebujący gotówki) oddawali Żydom ziemię całkiem chętnie. Mamy tu typową sytuację do której można się odwołać, czyli... volenti non fit iniuria...
    - Z drugiej strony Żydzi ukrywali rzeczywisty cel zakupów ziemi, czyli dążenie do powołania w odległym czasie państwa na tych terenach. Zdecydowanie nie było to działanie w złej wierze, ale... naprawdę? Naprawdę przybywają do ciebie uchodźcy w tysiącach, tworzą własne getta, gdzie stosują swoje prawa i powstają swoiste enklawy. Rzeczywistego celu mogliby nie zauważyć tylko najgłupsi ze zwolenników przyjmowania uchodźców :v
    - W ogóle to aktualny mechanizm napływu uchodźców do Europy ma bardzo podobny charakter do żydowskiej kolonizacji Palestyny. Mind that everyone.
    - Żydzi dostawali od Arabów zwykle ziemię wątpliwej jakości, do tego w większości nigdy wcześniej nie byli rolnikami. Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że doprowadzili enklawy i kibuce do działania swoją WŁASNĄ ciężką pracą... ale też pieniędzmi z zewnątrz, które pozwoliły im na przetrwanie najtrudniejszego początku. Kończąc nawiązania do aktualnych uchodźców to widać tu różnicę w nakierowaniu na cel. No i sposób i skuteczność spożytkowania socjalu
    - Podsumowując kwestię ziemi: w zasadniczej większości - co nie do końca aplikuje się do dzisiejszych osiedli Żydowskich na zachodnim Brzegu - Arabom żadna ziemia nie została "zbrodniczo wydarta", tylko Arabowie zwęszyli pieniądze
    - Palestyńczycy nie mieli błagać o pomoc wszystkich kolejnych "posiadaczy" Palestyny, tylko widząc narastający napływ Żydów zadziałać jako społeczność i odmówić im dalszej sprzedaży ziemi. Prawdopodobnie legalnie i bezkonfliktowo rozwiązałoby to problem. A przynajmniej Palestyńczycy mogliby sobie przyznać rację w tym konflikcie.

    Druga sprawa to pewna tendencja, która się uzewnętrznia po tym, gdy opadł arabski pęd na żydowski grosz. To jest faza, w której stopniowo narasta wrogość. Ale przede wszystkim rzuca się w oczy, że:
    - Arabowie przez całą awanturę z Palestyną byli zaprzeczeniem jakiejkolwiek koncyliacji.
    - Ludność Arabska najpierw nie chciała rozmawiać z władzami osmańskimi, potem brytyjskimi, a ostatecznie z ONZtem.
    - Wszystkie możliwe porozumienia zostały storpedowane konkretnie przez Arabów - Żydzi odmówili tylko jednego.
    - Arabowie konsekwentnie odrzucali jakiekolwiek prawo żydowskiej państwowości torpedując wszelkie możliwe próby porozumienia. Do tego odrzucali też państwo sfederalizowane, gdzie, zgodnie z polskim powiedzeniem, każdy rzepkę skrobać sobie może.
    - Z arabskiego podejścia wybija się dramatyczny egoizm (co samo w sobie nie jest złe, egoizm wewnątrz swojej grupy jest nawet wskazany). Gorzej, że jednocześnie uderza nie tylko krótkowzroczność, brak planowania, ale także megalomania i pogarda. Arabowie najpierw pomogli sami sobie w krótkim czasie wykreować przeciwnika... a potem zupełnie go nie docenili, za co pokutują do dziś.
    - W mojej opinii - co ważne - wojny izraelsko-arabskie nie wybuchły przez żydowską agresję, ale przez ślepy upór Arabów.

    Co do samego państwa Izrael:
    - Izrael jest tworem pragmatyzmy, nie jakiejś nienawiści do Arabów.
    - Mandat ONZ na ziemiach palestyńskich kończył się nieubłaganie, a żaden z problemów nie został rozwiązany, walki zaś trwały w najlepsze.
    - Gdyby Żydzi nie ogłosili niepodległości i nie przejęli inicjatywy pod koniec 1948 roku nadal nic nie byłoby wiadomo, a wkrótce zostaliby zaatakowani przez wszystkich sąsiadów.
    - W przypadku porażki zostaliby najpewniej wymordowani w drugim Holocauście. Ta opcja jest całkiem aktualna do dziś.
    - Sama deklaracja niepodległości nie była legalna na innej podstawie niż prawo do samostanowienia, jednak granice zostały wyznaczone w sporej części w oparciu o rezolucję ONZ, którą Liga Arabska i Palestyna storpedowały (bo rezolucja w ogóle zakładała jakąkolwiek władzę Żydów).
    - Palestyńczycy zostali wręcz koncertowo ostatecznie wymanewrowani politycznie przez konsekwentnie działającego adwersarza. Uważam sam manewr za wręcz doskonały i powinien być on szczegółowo nauczany na politologii.
    - Dalsze zmiany granic są wynikiem wojen, z których za trzema stoją państwa arabskie (1967, 1973, 1982), a za jedną Izrael (1956). Zmiany te podyktowane są już tylko polityką bezpieczeństwa tego państwa. Dalsze przesuwanie granic jest nadal jej następstwem.
    - Po ~100 latach ciągłego konfliktu z Arabami normalnym z Izraelskiej perspektywy jest logiczna świadomość, że nie można się już z nimi porozumieć.

    Autor postu: Lekcje wojskowości i historii z Marcinem

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #izrael
    pokaż całość

    źródło: 141412921_249394143432138_6231967925650956249_n.jpg

    •  

      @Mleko_O: Niestety w twoich opowiastkach kłuje w oczy twoje opowiadanie się po jednej stronie, ulewa się polska prawonacjololowość, pojawiają się przekleństwa i chamskie stwierdzenia niegodne hisotoryka (prawdopodobnie dlatego nie znamy twojej twarzy) w stylu "prawidłowego kierunku".

      Uważaj, bo nas Araby wykupią i zrobią kalifat w Europie, postrasz nas więcej, nacjololku. Mechanizm jest podobny tylko w jednym aspekcie: uchodżtwo, wszystko inne jest różne, a uchodźców na świecie i ich kierunków przepływu jest dużo więcej. pokaż całość

    •  

      Bezpieczniej byłoby uznać ze był to proces dekolonizacji.

      @rasmor: A po dekolonizacji jak to zwykle bywa dochodzi doi wojny domowej.

    • więcej komentarzy (127)

  •  

    KRÓTKA HISTORIA NOWOCZESNEGO IZRAELA - CZĘŚĆ 5

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Prawdopodobnie jedno z bardziej znanych zdjęć w historii Izraela - Dawid Ben-Gurion ogłasza niepodległość w dniu 14 maja 1948 roku

    Nastroje po II wojnie światowej były... co najmniej alarmujące. Z jednej strony zdesperowani Żydzi poszukujący w końcu kraju, który nie spisze ich z łatwością na straty jak przyjdzie co do czego.
    Z drugiej Arabowie, stający się mniejszością we własnym kraju.
    Pośród tego Brytyjczycy, którzy musieli komuś Palestynę oddać.

    Czas mijał, a Brytyjczycy nie potrafili zaproponować zadowalającego rozwiązania. W międzyczasie dochodziło do aktów terroru w wykonaniu zarówno arabskim, jak i żydowskim. Najbardziej znanym zamachem jest zamach na Hotel King David (będący też siedzibą brytyjskiej administracji wojskowej, która była celem). W zamachu zginęło 91 osób, a kilkadziesiąt innych zostało rannych. Brytyjczycy odpowiedzi uderzeniem w izraelski ruch niepodległości przeprowadzając operację Agatha i dokonując masowych aresztowań w całym kraju. Warto jednak dodać, że zamach został przeprowadzony przez skrajny odłam ruchów syjonistycznych, czyli fundamentalny Etzel.

    Wobec rosnących kosztów w życiu i pieniądzach nowy rząd Partii Pracy - po porażce konserwatystów Churchilla - zaproponował przedłożenie Palestyny przed nowo powstały ONZ.

    Przechodzimy więc do ostatniego aktu dramatu.

    Według planu opracowanego przez tzw. United Nations Special Comitee on Palestine (UNSCOP) pojawiła się pierwszy raz propozycja znana nam do dziś - czyli DWA OSOBNE PAŃSTWA, państwo żydowskie i arabskie. Terytorialnie państwa te miały występować względnie w granicach kontroli etnicznej i w przybliżeniu odpowiadały granicom Izraela z okolic ~1950 roku.

    Partie żydowskie plan poparły - Żydzi otrzymaliby Galileę, region Tel Awiwu, z wyłączeniem strefy Gazy oraz Zachodniego Brzegu i okolic miasta Akra.
    Jerozolima miała stanowić miasto neutralne i znaleźć się w zarządzie ONZ na podobnej zasadzie jak funkcjonowało w międzywojniu Wolne Miast Gdańsk.

    Arabowie odrzucili wszelkie propozycje z pełną mocą. Warunki arabskie były zasadniczo nie do spełnienia - żądali oni bowiem:
    1) Zupełnego wyłączenia możliwości powstania państwa żydowskiego
    2) Wyłączenia ludności żydowskiej z możliwości udziału w instytucjach rządowych niepodległej, jednej Palestyny

    A rzeczywistym celem działań arabskich była już tylko wola wyrzucenia wszystkich Żydów z Palestyny. W międzyczasie do Palestyny ściągały bojówki arabskie, a także członkowie Legionu Arabskiego, czyli pochodzącej z Jordanii jednostki muzułmańskiej dowodzonej w czasie II wojny przez brytyjskich oficerów. Wbrew temu co twierdzi się w szkołach, wojna o niepodległość Izraela wcale nie wybuchła w maju 1948 roku. Ona trwała w najlepsze już od 1947 roku, a w latach 1947-1948 zginęło około 5 tysięcy osób. Arabskie zamachy bombowe były już właściwie codziennością. Uzbrojeni mężczyźni wdzierali się nocami z bronią do żydowskich szpitali i mordowali pacjentów. Do tego w pewnym momencie nawet Tel Awiw został odcięty od dostaw żywności, a Hagana zaangażowała się w ciężkie walki z arabami, w których na porządku dziennym udział brały już lekkie czołgi czy wozy pancerne.
    W tym czasie Hagana zaczęła też stawać się już bardziej regularną armią, a pod koniec 1947 roku ogłoszono pobór powszechny, w tym dla kobiet, w celu przeszkolenia wojskowego. Jak zapewne Czytelnicy wiedzą, jest to standard do dziś.

    Ze względu na ciężkie walki z propozycji rezolucji UNSCOP wycofali się Amerykanie. Jednocześnie Brytyjczycy namieszali - i niejako pomogli Żydom na początku, a utrudnili w dłuższej perspektywie - gdyż zaproponowali, by większość Zachodniego Brzegu przypadła tworzącej się właśnie Transjordanii (dziś Jordanii), z którą mieli bardzo dobre stosunki. Jest to bezpośrednia podstawa udziału Jordańskiego Legionu Arabskiego w wojnie w latach 1948-49.

    Rezolucja ONZ ostatecznie więc upadła. Jednocześnie w dniu 15 maja 1948 roku wygasał brytyjski mandat kontrolny Palestyny. Ostatni brytyjscy żołnierze wycofali się z Palestyny 14 maja 1948 roku.

    I teraz co się podziało z samą państwowością?
    Generalnie motyw jest nieco... zabawny. Brak porozumienia wobec porażki misji UNSCOP doprowadził do próżni, istnego vacuum co do tego co legalne, a co nie do końca. Do tego vacuum na pewno konsekwentnie zmierzali Arabowie, którzy liczyli na bierność Żydów w kreowaniu własnej państwowości.
    Tymczasem Izrael ogłosił niepodległość w dniu, w którym Brytyjczycy nie mogli już interferować, ignorując fakt, że mandat obowiązywał jeszcze do 1 października 1948 roku. Był to oczywiście akt sprzeczny z prawem międzynarodowym i wziął wszystkich z zaskoczenia. Bezpośrednią przyczyną była tu jednak prosta kalkulacja - wszyscy wiedzieli, że wojna nadejdzie. Państwa Ligii Arabskiej w oświadczeniu z 13 kwietnia 1948 zapewniły, że zainterweniują chroniąc palestyńską państwowość. W rzeczywistości chodziło jednak o ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiego państwa. W maju 1948 roku położenie Hagany było naprawdę dobre. Dzięki zakupionej w Europie broni, głównie zdobytej na III Rzeszy, Hagana miała czołgi, artylerię i kształtujące się lotnictwo, podczas gdy państwa arabskie opierały się na mocno na lekkiej, zdezorganizowanej piechocie. W maju 1948 roku Palestyńczycy przegrywali na wszystkich frontach, a tysiące arabów uciekało przed linią frontu do wszystkich państw ościennych.
    Deklaracja niepodległości z dnia 14 maja 1948 roku była więc bardziej decyzją z tłem i charakterem militarnym aniżeli jakąś impulsywną reakcją władz Yishuv.

    Następnego dnia państwa arabskie wypowiedziały Izraelowi wojnę. Zaczął się konflikt lat 1948-49, w czasie którego Arabowie poniosą w większości sromotną porażkę z rąk lepiej uzbrojonego, wyszkolonego, a przede wszystkim zdeterminowanego wroga. Jedyne sukcesy ze strony wojsk arabskich będą miały miejsce na Zachodnim Brzegu, gdzie udział wojsk jordańskich będzie rozstrzygający. Jordania jednak i tak utraci te terytoria w dalszych wojnach w 1956 i 1967 roku.
    Ale to wszystko już inne historie.

    Autor postu: Lekcje wojskowości i historii z Marcinem

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #izrael
    pokaż całość

    źródło: 139853218_247490843622468_4933355492634256340_n.png

  •  

    KRÓTKA HISTORIA NOWOCZESNEGO IZRAELA - CZĘŚĆ 4

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Izraelski autobus szkolny w czasie rewolty arabskiej, 1936 rok

    Rewolta arabska z lat 1936-39 była podyktowana między innymi chęcią ukrócenia brytyjskiej dominacji w Palestynie. To był ten moment, w którym zaczynał się budzić arabski nacjonalizm, choć - jak wcześniej powiedziałem- zakwitnie dopiero za mniej więcej 20 lat.

    Żydzi w czasie trwania rebelii zdecydowali się na nieopowiedzenie po żadnej ze stron. Polityka ta znana jest jako "Haglava" i skonfliktowała nieco żydowskie środowisko w Palestynie - niektórzy Żydzi chcieli bowiem walczyć razem z Arabami przeciwko Brytyjczykom, a inni wręcz przeciwnie, wykorzystać rebelię w celu powołania Izraela.

    Polityka neutralności ostatecznie jednak przeważyła - wtedy to właśnie popularne stały się zdjęcia z zabezpieczonymi budynkami i autobusami, by uchronić Żydów przed atakami arabskiego motłochu. W tym czasie status Yishuv był podobny w pewnym sensie do sytuacji białych Afrykanerów z lat '90 - tylko, że szedł w odwrotną stronę...

    Rebelia była jednak ważna ze względu na dwa elementy:
    1) Pracę tzw. Komisji Lorda Peel - była to komisja z 1937 roku, która zaproponowała w odpowiedzi na rebelię utworzenie dwóch państw na terenie Palestyny, mniejszego Izraela i terytorialnie dominującego arabskiej Palestyny. Arabowie zdecydowanie odmówili prawa powstania Izraela, a taki na Żydów i Brytyjczyków jeszcze się nasiliły. Jest to ważna tendencja, bo wyjdzie ponownie za 10 lat...
    2) Tzw. The White Paper Plan - powiedzmy, że można to przełożyć jako "koncepcja polityki czystej karty" - wypracowana przez rząd nieszczęsnego Chamberlaina. Według tej koncepcji - ostatecznie przyjętej względnie pozytywnie w Palestynie - w okresie do 10 lat (dokument jest z 1939 roku) miała powstać niepodległa Palestyna z łączonym samorządem żydowsko-arabskim. Według postanowień dokumentu w latach 1940-1944 jedynie 75 tysięcy Żydów miało być wpuszczonych do Palestyny. Arabowie odrzucili dokument ze względu na nadanie Żydom jakiejkolwiek władzy, a Żydzi ze względu na poważne ograniczenia w emigracji.

    Krótko później wybuchła jednak II wojna światowa. Jej pierwszorzędny efekt to masowy exodus Żydów gdzie się tylko da. Oczywiście Palestyna była oczywistym wyborem. Jednocześnie Żydzi czuli na karku coraz większy oddech nazistowskich Niemiec i sprzyjających Niemcom Arabów. Sam Hitler zresztą nieraz wypowiadał się o Arabach w pozytywnym aspekcie i proponował im niepodległość. W efekcie kolaboracja z Niemcami była powszechna w Afryce Północnej, a także w Syrii. Przypominam też, że w 1941 roku Irak ogłosił sojusz z państwami Osi, a irackie wojska autonomiczne zwróciły się przeciwko Brytyjczykom (przy okazji mordując tysiące Żydów w Iraku).
    Powyższe raczej wskazuje, że Żydzi mieli się czego obawiać.

    Wtedy właśnie powstała organizacja Palmach - jej bezpośrednim "triggerem" była druga niemiecka ofensywa w pobliskim Egipcie oraz obecność niemieckich wojsk w Syrii. Palmach był czymś w rodzaju naszych Cichociemnych - specjalnej jednostki partyzanckiej, która miała siać terror i zniszczenie w sercach (i ciałach) Arabów oraz ewentualnych niemieckich okupantów.
    W czasie drugiej wojny światowej Żydzi wystawili też brygadę ochotników (ok. 4 tysiące ludzi), która walczyła w końcowej fazie kampanii włoskiej w latach 1944-1945.

    W międzyczasie Arabowie przygotowywali się na przyjęcie Niemców i ogłoszenie niepodległości Palestyny. Ostatecznie jednak - jak wiemy z podstawowej wiedzy historycznej - to Arabowie wybrali sobie źle sojusznika :v
    Pamiętajmy jednak, że Arabowie - a głównie bardzo dobry Legion Arabski - także walczyli jednak po stronie Aliantów.

    Lata 1945 i 1946 przywitały Arabów krytyką ze strony władz Brytyjskich za wątpliwe wsparcie wysiłku przeciwko nazistom oraz zmasowaną emigracją tego, co zostało z Żydów w Europie. Żydzi jako pierwsi nauczyli świat jak przepływa się Morze Śródziemne pontonami - tylko, że płynęli w prawidłowym kierunku :v
    W 1945 roku w Palestynie było już około pół miliona Żydów, a mniej więcej drugie tyle siedziało w obozach internowania w Syrii, na Cyprze i Egipcie, wyłapanych na pontonach przez Brytyjczyków. Żydzi w Palestynie osiągnęli 1/3 populacji, a gdyby ci z obozów dostali się do Tel Awiwu - Arabowie stanowiliby mniejszość.
    Co ciekawe, Żydzi osiadali cały czas na terenie wykupionym w latach wcześniejszych, w czasie II wojny bowiem Brytyjczycy zakazali Żydom wykupu zasadniczo większości ziem. Terytorialnie całe masy Żydów siedziały więc na zdecydowanie małych skrawkach przyszłego państwa.

    I w tych warunkach przytlił obie strony złoty i legendarny plan podziału Palestyny w wykonaniu ONZtu.
    Historia dobija do punktu kulminacyjnego.

    Cdn...

    Autor postu: Lekcje wojskowości i historii z Marcinem

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #izrael
    pokaż całość

    źródło: 139751382_246710030367216_3111371630553550722_n.jpg

  •  

    KRÓTKA HISTORIA NOWOCZESNEGO IZRAELA - CZĘŚĆ 3

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Rabini kupują ziemię od jej arabskiego właściciela, Palestyna, lata '20 XX wieku

    Brytyjczycy starali się prowadzić względnie wyrównaną politykę między arabami a Żydami - przynajmniej do czasu.

    Jednocześnie nadal trwały Alie - teraz już prościej dzięki przychylnemu spojrzeniu z Londynu - a Żydzi nabywali coraz więcej ziem, osiągając własność ok. 8% całego terytorium Palestyny. Były to ziemie coraz lepsze, lecz znów trzeba wskazać - co będzie ważne przy podsumowaniu - iż NIE BYŁO PRZYMUSU sprzedaży ziemi na rzecz Żydów. Ludność arabska była jednak po prostu uboga i często się na to decydowała i to pomimo utrudnień w handlu ziemią na terenie całej Palestyny.

    W tym czasie przyszły Izrael reprezentowały dwie główne organizacje: tzw. Agencja Żydowska działająca bardziej zewnętrznie i promująca emigrację do Palestyny, a także starająca się o podwaliny na rzecz proklamowania niepodległości - oraz reprezentacja Jiszuf (Yishuv - tłumaczenia z anglojęzycznych źródeł to jest jakiś dramat) - czyli ludności żydowskiej w Palestynie, która była pierwowzorem parlamentu i nazywała się Va'ad Leumi. Przy okazji to najsłynniejszym przewodniczącym Agencji Żydowskiej był Dawid Ben-Gurion

    W pierwszej połowie okresu istnienia Mandatu Palestyńskiego Arabowie i Żydzi żyli obok siebie we względnej zgodzie, choć nastąpiła tutaj prosta zależność - im więcej Żydzi mieli pieniędzy, tym więcej Arabowie mieli wątpliwości, że Żydzi się z nimi nie dzielą. Jednocześnie pieniądze otwierały drogę do lepszych układów z lokalną administracją... a to już jest punkt zapalny. Pierwszy raz poszło o prawo do... modlitwy przy Ścianie Płaczu przy pomocy krzeseł. Muzułmanie bowiem nie chcieli dopuścić do użycia czegokolwiek innego niż dywany, a wielu Żydów modlących się pod Ścianą było starych, schorowanych i nie mogli modlić się stojąc lub na klęczkach. W rozruchach z 1929 roku zginęły dziesiątki osób.

    Szykując się na nadciągające problemy Żydzi zaczęli się przygotowywać do ewentualnej konfrontacji z Arabami. I tak powołano tzw. organizację obrony Izraela, czyli HAGANĘ, która stanowiła w 1948 roku podstawę powstania Israeli Defence Forces, czyli IDF. Jednocześnie obok stricte defensywnej Hagany, w przyszłości powstanie jeszcze jednostka odwetowo-partyzancka, coś w rodzaju naszych Cichociemnych - czyli Palmach, choć historia Palmachu powiązana jest już bardziej z II wojną światową.

    W tym czasie w Rzeszy ogłoszono Ustawy Norymberskie i kolejna fala uchodźców napłynęła do Palestyny zapoczątkowując nową Alię. Tym razem nie przybywali już ludzie szukający swojego miejsca na świecie, by rozwinąć skrzydła - ale ludzie, którym te skrzydła podcięto. Lekarze, budowlańcy, inżynierowie, dawni weterani I wojny, działacze społeczni, prawnicy - wypisz wymaluj. Bardzo szybko społeczność Yishuv stała się jedną z bardziej elitarnych na świecie, a Tel Awiw - zbudowany raptem 40 lat wcześniej! - osiągnął największy odsetek lekarzy w stosunku do mieszkańców na świecie.

    Ten moment jest bardzo ważny, gdyż dobrze prowadzoną emigracją Żydzi osiągali nad Arabami coraz większą przewagę finansową oraz know-how. Ciężko powiedzieć, która jest ważniejsza, choć wydaje mi się, że ta druga. W tym czasie bowiem arabskie elity i koncepcje państwowości były jeszcze w powijakach (nacjonalizm arabski przebudzi dopiero Gamel Abdel Nasser pod koniec lat '50) i Arabowie nie mogli z Żydami skutecznie konkurować na żadnym polu poza tanią siłą roboczą.

    Napływ emigracji w związku z poczynaniami III Rzeszy stał się już ledwo kontrolowalny, a liczba Żydów w Palestynie osiągnęła już 400 tysięcy. Wtedy Brytyjczycy próbowali ograniczyć napływ imigrantów i starali się zmieniać prawo, jednak było już za późno.

    Arabowie zrozumieli, że arabska część gospodarki Palestyny już wkrótce się załamie. Wybuchło powstanie trwające od 1936 do 1939 roku. A zaraz potem przyszła II wojna światowa...

    Cdn...

    Autor postu: Lekcje wojskowości i historii z Marcinem

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #izrael
    pokaż całość

    źródło: 139508006_246193930418826_5487655761381754554_n.png

  •  

    KRÓTKA HISTORIA NOWOCZESNEGO IZRAELA - CZĘŚĆ 2

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Kontynuujemy wątek historii Izraela. Na zdjęciu Teodor Herzl, duchowy założyciel.

    W roku 1914 kończy się druga, największa Alia. W Palestynie jest ok. 40 tysięcy zrzeszonych Żydów, których reprezentuje coraz więcej organizacji lokalnych. Druga Alia ma przy okazji jeszcze jedno znaczenie - w ramach budowania żydowskiej tożsamości narodowej, co po latach okaże się kapitalnym rozwiązaniem, odżywa i modernizuje się język hebrajski. Wcześniej bowiem wśród Żydów Europy dominował jidysz, który z czasem prawie wymrze wyparty przez nowoczesny hebrajski, a także... rosyjski

    Obok syjonistycznych osad powstają kibuce. Te są zakładane przez żydowskich socjalistów, anarchistów, anarchosyndykalistów i cholera wie kogo jeszcze. Celem tych ludzi jest ukazanie, że... komunizm działa.
    I jakkolwiek znający mnie ludzie wiedzą o mojej słabości do wycieczek helikopterami, tak... Żydzi mieli rację :v
    O ile zasługuje to w ogóle na osobne wpisy, to kibuce według wielu analityków doktryn politycznych to jedyne usystematyzowane miejsca, które funkcjonowały w oparciu o zupełny komunizm i naprawdę dobrze im to szło. Dowodzi to poniekąd, że w bardzo małych społecznościach, maksymalnie kilkusetosobowych (choć kibuce był zwykle jeszcze mniejsze) komunizm zadziałać może, gdyż ludzie znają się i czują się wzajemnie od siebie zależni.
    To nie tylko moje spostrzeżenie. Gdy w 1961 roku Chruszczow odwiedzi Izrael, wizytując kibuc powie dokładnie te same słowa i skrytykuje własne państwo

    Wracając do tematu głównego: mamy 40 tysięcy Żydów żyjących w pokoju z Arabami, którzy w większej części dobrowolnie sprzedają im ziemię. Różną ziemię, lepszej lub gorszej jakości. Żydzi jednak - jak się szybko okazuje - są cholernie dobrymi robotnikami, a lata inwestycji w swoje dzieci i ich wykształcenie szybko się zwracają. Szkoła agrarystyczna wydaje plony: po chudych latach, gdy mieszkańcy gett uczą się jak to jest być rolnikami (i socjalu Rotschildta, który podtrzymuje niektóre enklawy przy życiu przez kilka lat) powstają kanały irygacyjne, systemie zarządzania ziemią, rozplanowane zbiory. Przywożona z Europy lub nawadniana ziemia bardzo szybko zyskuje na wartości i staje się lepsza od reszty Galilei. Wtedy Osmanowie pierwszy raz wokalizują swoje zastrzeżenia co do żydowskiej imigracji... ale jest już za późno.

    Wojna.

    Najwięcej pieniążków płynęło do Palestyny skąd? Z Wielkiej Brytanii, gdzie Rotschildt miał najpotężniejsze plecy. Nie dziwota więc, że żydowscy kolonizatorzy w konflikcie poparci Wielką Brytanię. Pod Gallipoli walczył nawet Legion Żydowski, lecz my nie o tym.

    W 1917 roku Brytyjczycy przeszli do kontrofensywy i załamali siły Osmańskie w północnej Palestynie. Wobec wsparcia udzielonego im przez Żydów - ale z przyczyn stricte politycznych, nie moralnych - Brytyjczycy zrobili pierwszą rzecz, która skomplikowała sytuację. Chodzi o tzw. deklarację Ministra Spraw Zagranicznych Artura Balfoura z 2 listopada 1917 roku. W tejże deklaracji władze Brytyjskie stwierdzały, że ich bezpośrednim zamierzeniem po zakończeniu wojny jest utworzenie państwa żydowskiego na części terytorium Palestyny. Jak można się słusznie domyślić, ludność Arabska dość mocno obsrała się tą deklaracją, jednak ze względu na napięcie polityczne nie była ona jeszcze aż tak destruktywna. W końcu Arabowie także zyskiwali pozbywając się okupanta (na rzecz innego, z którym jednak mogli dogadać się po swojemu).

    I tak powstał Mandat Palestyny. Tudzież po prostu Palestyna Brytyjska. I powoli zaczęło komplikować.

    Cdn...

    Autor postu: Lekcje wojskowości i historii z Marcinem

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #izrael
    pokaż całość

    źródło: 138690818_245599430478276_3977712796356785855_n.png

  •  

    KRÓTKA HISTORIA NOWOCZESNEGO IZRAELA - CZĘŚĆ 1

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    Trochę minęło od ostatniego wpisu, ale dzisiaj, w związku z ostatnimi gorącymi wydarzeniami jedziemy z nową serią, mam nadzieję, że się spodoba ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #historiaiwojskowosc

    W części pierwszej będziemy mówić o okolicach lat ~1880-1914. W części drugiej opiszę czym był Mandat Palestyny w latach 1920-1945, a w końcu będzie słowo o samym powstaniu państwa Izrael w latach 1945-1948.

    Historię zacząć należy od spojrzenia na mapę. Tę mapę, tu, w tym poście. Mapa przedstawia Bliski Wschód w roku pańskim 1914. Jak wiemy brytyjskie wpływy w regionie nie były jeszcze "at its height", co nastąpiło dopiero po I wojnie światowej. Zamiast tego na terenie większości bliskiego wschodu istniało jeszcze chwiejące się Imperium Osmańskie złożone z wielu terenów o dość dużej autonomii.

    Tymczasem kilka tysięcy kilometrów dalej, w Europie, a głównie Wielkiej Brytanii i Francji zaczął działać ruch na rzecz Żydów. Ruch ten nazywa się syjonizmem (ang. zionism), od, no cóż, Syjonu, czyli ziemi obiecanej Żydom według Talmudu. Żeby Syjon mógł dobrze funkcjonować, do tematu nareszcie trzeba było podejść przyziemnie i tym właśnie syjonizm się zajmował. Dotychczas bowiem Żydzi czekali na objawienie się Mesjasza, który do ów Raju miał ich poprowadzić. Jak jednak regularnie ginęli w pogromach - tu, dla jasności, niekoniecznie zupełnie niewinnie - dotarło w końcu, że może warto coś z tematem robić.

    Żeby stworzyć Syjon potrzebujesz:
    1) Idei
    2) Ludzi
    3) Pieniędzy

    W XIX wieku Żydzi zorganizowali się na tyle, że mieli w końcu wszystko w jednym momencie.
    Ad. 1 - ludzi dała im najpierw szkoła rolnicza w Dżaffie (Jaffa), a następnie uchodźcy uciekający głównie z terenów Ukrainy i Rumunii, gdzie w latach' 80 odbyły się pogromy na ludności żydowskiej skutkujący w tysiacach zabitych, rannych, zgwałconych i ograbionych z majątku. Ci ludzie potrzebowali idei i byli na nią szczególnie podatni.

    Ad. 2 - Ideę dał im ojciec nowoczesnego Izraela, nazwisko bardzo ważne, bo to troszkę taki żydowski Piłsudski, czyli TEODOR HERZL. Herzl był austriackim Żydem, któremu sprzyjała również austro-węgierska administracja szukająca ścieżki na przejęcie żydowskiej ziemi na legalnej drodze w Galicji i Siedmiogrodzie. Herzl znany jest z napisanej przez siebie książki - "Die Judenstaat" - w której szczegółowo opisał mechanizm i sposób w jaki powinno powstać państwo Izrael.
    A jak miał powstać? Głównie za sprawą mobilizacji żydowskiej diaspory, kontrolowanej kolonizacji Palestyny, oparciu się na społeczności agrarnej i autarkicznej (czyli samowystarczalnej gospodarczo) oraz wykupie ziem spod osmańskiej administracji. Do tego wszystkie potrzebne były jednak pieniądze.

    Ad. 3 - i tu wchodzi osoba wszystkim znana. Pieniądze na realizację marzenia o Izraelu dał żydowski milioner, bankier Lord Walter Rotschildt. Rotschildt przez całe swoje życie zresztą wspierał rozwój Izraela wielkimi pieniędzmi... choć nigdy w nim nie zamieszkał

    Mamy podstawy. To teraz co nieco o samych "wyprawie" zwolenników syjonizmu. Kolonizacja Palestyny postępowała w falach. Fale te nazywane są w angielskiej historiografii "Aliyah", na polski to chyba "Alie", co po hebrajsku znaczy "wzniesienie się" tudzież "ascendencja". W tym względzie Alie przypominają polską emigrację z tego okresu np. do Brazylii czy Argentyny - czyli start od zera, ale LEGALNYMI ŚRODKAMI. To jest kurewsko ważne w kontekście całej historii Izraela. Choć nie do końca jasne.

    Bo widzicie, administracja Turcji Osmańskiej przyjmowała Żydów - a głównie ich pieniądze - z zadowoleniem, bo w tym czasie w Istambule narastały protesty konstytucyjne oraz cały ruch tzw. Młodej Turcji, z której poniekąd wywodził się Ataturk, a prowincje, zwłaszcza peryferyjne jak Palestyna czy Hedżaz (Hejjaz) pozostały troszkę niedofinansowane. W efekcie Arabowie z chęcią sprzedawali Żydom ziemię, a Turcy klepali cały układ, a nawet naciskali na zawieranie kontraktów.
    Trzeba jednak sprawiedliwie zaznaczyć, że Turcy Osmańscy =/= Arabowie. Arabowie do dziś uważają Turków raczej za wieloletnich okupantów i ludzi o innym języku i kulturze (choć tożsamej religii). Rebelie, bunty i antyturecka partyzantka były na tych ziemiach standardem, na czym potem skorzystał "Lawrence z Arabii". Decyzji o kolonizacji izraelskiej nie podjęli więc Arabowie sensu stricto, ale ichniejszy "okupant". Trzeba jednak ciągle pamiętać, że Arabowie bynajmniej nie byli Żydom wrodzy.
    W tym czasie. Do dalszego etapu dojdziemy.

    Alii było łącznie około siedem. Siedem dużych emigracji, w ramach których wykupiono ok. 5,4% całej ziemi Palestyny. W pierwszych Aliach udział brali raczej stricte syjoniści napędzani słowami Herzla, ale wkrótce przyłączyli się także żydowscy socjaliści, czyli Kibucnicy, o których jeszcze wspomnę. Tak więc jak na rok 1914 Żydów wciąż było dość niewielu, ale mieli legalne oraz pewne miejsce w dzisiejszej Palestynie.

    Na tyle legalne i pewne, że zaczęli się liczyć jako siła polityczna.

    A ta miała być ważna już wkrótce, bowiem w Europie wybuchła wojna, a w listopadzie 1914 roku Imperium Osmańskie uderzyło na Brytyjczyków na Bliskim Wschodzie.

    Cdn...

    Autor postu: Lekcje wojskowości i historii z Marcinem

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #izrael
    pokaż całość

    źródło: 138061559_244374867267399_5607886598258386318_n.png

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    pokaż spoiler niestety wołanie nie działa jak powinno, spróbuję zrobić to ręcznie, zobaczymy co z tego wyjdzie


    #historiaiwojskowosc

    Ten wpis ma dość podstawowy charakter i wręcz rekomenduję, żeby weterani czytanek wojennych przeszli dalej i nie zaprzątali sobie nim głowy

    STRUKTURY SIŁ ZBROJNYCH

    Sporo osób niepotrzebnie czyta struktury od góry, więc idziemy z komentarzem od dołu.

    Najmniejszą i nieoficjalną jednostką jest BUDDYTEAM. Jak nazwa wskazuje, składa się ona z dwóch osób, zwykle dobrze znających się kolegów. Ich zadaniem jest osłanianie sobie wzajemnie dupska na polu walki, bowiem wojna to nie film grozy - tu raczej nikt się nie rozdziela. Najsłynniejszym przykładem buddyteamu mogą być dowolne zespoły snajperskie z filmów i gier.

    Następny w kolejce jest w dzisiejszych czasach FIRETEAM. Zdarza się jednak jeszcze takie coś jak GROUP lub ELEMENT - ale dzisiaj jest to już rzadsza rzecz. Group opiszę przy okazji drużyny. Fireteam to zwykle 2-3 buddyteamy, które współdziałają razem, żeby mieć dostatecznie dużo siły ognia w celu wykonania zadania. Jest to najmniejsza oficjalnie wskazywana na mapach jednostka. Dowódca FT to zwykle starszy szeregowy albo kapral.

    2-3 fireteamy, czyli 8-12 osób tworzy DRUŻYNĘ, a w angielskim systemie SEKCJĘ. Tutaj należy uważać, bo w polskim nazewnictwie sekcja jest czymś bliższym fireteamowi - a w każdym razie jest mniejsza od drużyny. Istotnie coś w tym było, bo angielski system przewidywał mniej liczne drużyny i zapewne stąd ta różnica.
    Historycznie fireteam został pierwszy raz wykorzystany koncepcyjnie przez US Marines w czasie WW2. Do znacznie późniejszych czasów jednak dominowało dzielenie drużyny/sekcji na nierówne elementy (group), zwykle ogniowe i wspierające. Dowódcą jest zwykle kapral lub ewentualnie sierżant.

    I tak też np. brytyjska drużyna (po ichniejszemu sekcja) z 1944 roku liczyła 10 osób - dowódcę (Section leader), zastępcę (Assistant Section Leader), strzelca RKMu Bren (Bren gunner) i siedmiu strzelców (Riflemen). W manewrze drużyna dzieliła się na:
    - Maneuver Group - złożony z zasady z 7 osób: dowódcy drużyny oraz sześciu strzelców. Czasem było to tylko pięciu strzelców, wszystko zależało od sytuacji
    - Gun Group - tym elementem dowodził zastępca i miał pod sobą strzelca RKMu Bren oraz jednego (lub dwóch) strzelców zwykłych pełniących funkcję osłony oraz tragarzy amunicji

    W walce taka drużyna działała tak, że dowódca brał większą grupę do flankowania i wzięcia przeciwnika szturmem, podczas gdy jego zastępca kierował ogień Brena na cele, które zagrażały grupie manewrowej.

    Podobny motyw można zauważyć w popularnej grze Brothers in Arms. Jest on tam jednak zgwałcony bez mydła, gdyż przez całą grę drużyna liczy może z 6 osób i dzieli się dosłownie jak popadło. Ja wiem, że można ponosić straty, ale przez wiele miesięcy walk, we wszystkich trzech częściach drużyna nigdy nie wraca do amerykańskiego stanu etatowego, czyli 12 osób :v

    Dla pokazania systemu fireteamów idealna jest dzisiejsza drużyna US Marines. Liczy ona 13 osób i składa się z dowódcy drużyny (Squad Leader) oraz trzech fireteamów po 4 osoby, którymi dowodzą Fireteam Leaders (w Polsce czasem niefortunnie tłumaczeni jako dowódcy "sekcji"!). Typowy FT składa się najczęściej z dowódcy, strzelca RKM, grenadiera i strzelca zwykłego - ale tu broń zmienia się w zależności od misji. Pamiętajmy, że fireteam ma pozostawać raczej w tym samym składzie rozmiarowym i sprzętowym, stąd jest to poniekąd jednostka "od wszystkiego". Bardzo realistycznie pokazywała to dla odmiany gra Full Spectrum Warrior, jeżeli ktoś miał okazję zagrać.

    Następnie mamy PLUTON.
    Pluton składa się z dowództwa plutonu oraz zwykle 2-5 drużyn lub brytyjsko rozumianych sekcji. Praktyką nie są skrajności, więc najczęściej jest to 3 (u np. Sowietów) lub 4 (w większości armii NATO).
    Pluton w efekcie może liczyć zwykle koło 40-60 ludzi. Mówimy jednak o tzw. plutonach liniowych, czyli tych, które dostarczają ludzi do wykonywania brudnej roboty. Plutonem dowodzi w większości armii już pierwszy z oficerów, czyli (pod)porucznik - ale nie zawsze, bo np. niemieckimi plutonami z okresu WW2 często dowodzili wyżsi rangą sierżanci. Przedstawienie plutonu w filmie jest zwykle trudne, bo ciężko mieć 50 rozpoznawalnych bohaterów, stąd od tego momentu widać zwykle tylko kilka osób, które cudownie ze sceny na scenę zmieniają swoje umiejscowienie w plutonie lub funkcję, jaką pełnią :v

    Jedną z ważniejszych jednostek strukturowo jest następnie KOMPANIA. Kompania składa się z 2-5 plutonów (da się już zauważyć pewną zależność?) i dowodzi nią zwykle kapitan, ale też różnie to bywa. Kompania jest bardzo ważna, gdyż to ona jest na tyle uzbrojona i liczy wystarczająco dużo osób, że może wykonywać z względną samodzielnością zadania, które mają już taktyczne znaczenie w skali konfliktu zbrojnego. Generalnie wszelkie ataki bardzo rzadko odbywają się siłami mniejszymi niż kompania. Kompanie - poza plutonami liniowymi - mają już na swoim wyposażeniu często plutony wyspecjalizowane, czyli tzw. plutony broni - ale częściej plutony broni składają kompanię broni, o której mowa niżej. Kompanie mają w praktyce zwykle ok. 150-250 ludzi.

    I tak dochodzimy do chyba najważniejszej w skali ogólnej jednostki, jaką jest dowodzony zwykle przez majora BATALION. Batalion ma na składzie - zaskoczenie! - od 2 do 5 kompanii ^^
    Mało kiedy jednak wszystkie są takie same, czyli liniowe. Najczęściej batalion składa się z trzech kompanii liniowych oraz kompanii broni. Kompania broni ma za zadanie grupować w jednym miejscu cały cięższy i wyspecjalizowany sprzęt. I tak na przykład w amerykańskiej kompanii broni batalionu zmechanizowanego w latach '80 mogliśmy znaleźć pluton moździerzy samobieżnych (czyli moździerzy trwale umieszczonych na gąsienicowych pojazdach), dwa plutony rozpoznania (zwiadu), aż dwa plutony samobieżnych wyrzutni przeciwpancernych pocisków kierowanych oraz pluton przeciwlotniczy.
    Jak widać, są to wszystko jednostki przeznaczone do innych zadań niż trzymanie linii, ale dzięki nim linia może być trzymana skutecznie, bo nic jej nie brakuje. I tym właśnie jest kompania broni. Łącznie batalion może mieć naprawdę różną ilość, jednak zwykle liczba żołnierzy oscyluje między ~500 a ~1500 (to drugie raczej za WW2 i liczniejszych armiach).

    Następnie system się trochę rozłazi. Nomenklatura też. Generalnie wyróżniamy w pewnym uproszczeniu dwa systemy: BRYGADOWY i PUŁKOWY. W systemie brygadowym grupa batalionów, zwykle kilku, ale tu liczby są już bardziej płynne, formuje się w BRYGADĘ - i jest to już jednostka stanowiąca poważną siłę bojową, której utrata lub uszczuplenie może dzisiaj zaważyć na biegu wojny. Brygadą dowodzi najczęściej brygadier lub generał brygady. W dzisiejszych czasach brygady podlegają zwykle już konkretnym dowództwom i dla mniejszych armii stanowią one największą dostepną jednostkę polową.
    Dla odmiany PUŁK, zwany też REGIMENTEM, jest co do zasady nieco mniejszy od brygady, choć też składa się z batalionów i dowodzi nim pułkownik - ostatnia ranga przed pierwszą generalską. Pułki zwykle podlegają w dowodzeniu DYWIZJI, która składa się - w zależności od systemu - z 2 do 5 pułków. Standardem jest jednak, że brygady również podlegają dywizjom. Taka sytuacja ma zresztą miejsce w Polsce czy omawianej kiedyś Rumunii. Pułki są zaś zarezerwowane dla jednostek specjalistycznych, jak artyleria czy saperzy.
    Należy po prostu zapamiętać, że pułk jest mniejszy od brygady - w systemie pułkowym najczęściej na poziomie dywizji przydziela się pułkom wsparcie (tak jak w batalionie z komapnii broni przydziela się je kompaniom liniowym). W przypadku brygad zaś często dowództwo brygady ma już do swojej dyspozycji szeroką gamę wsparcia i zabezpieczenia, np. integralną kompanię saperów czy batalion artylerii.
    Dywizja ma zwykle ok. 10 - 20 tysięcy żołnierzy na stanie.

    Powyższe zasady aplikują się generalnie do wszystkich rodzajów wojsk. W przypadku czołgów jeden czołg "liczy się" mniej więcej jak drużyna. Stąd pluton czołgów ma np. zwykle 3-5 maszyn, kompania od 10 do nawet i 20 (a bywają większe!), batalion ma kilkadziesiąt ma stanie.

    Artyleria analogicznie, z tym, że są tu pewne zmiany. Powszechnym na świecie jest, że artyleria nie ma kompanii - zamiast tego ma BATERIĘ dział. Bateria to zwykle od 4 do 8 luf (czyli armat). Pluton to zwykle 2-3 działa. W polskim nazewnictwie nie ma też za bardzo batalionów artylerii, choć na świecie funkcjonują normalnie. U nas są to DYWIZJONY. Aktualnie w Polsce dywizjon artylerii ma bodajże 18 luf (3 baterie po 6).

    Ponadto pojawia się także SZWADRON, w angielskim SQUADRON. Szwadron jest odpowiednikiem kompanii dla jednostek z kawaleryjskim rodowodem i jego użycie zwykle ma źródło w tradycji danej armii. W podobny sposób kompania może też być nazywana ROTĄ. Stąd np. w wojsku polskim w 1939 roku szwadronem ułanów dowodził rotmistrz, który był odpowiednikiem kapitana kawalerii
    Inne jednostki mogą mieć nazwę podyktowaną w ogóle tradycją narodową i wyłamują się z systemu. Na przykład hiszpańska legia Cudzoziemska nie ma batalionó tylko tradcycyjne TERCIO, które są jego odpowiednikiem.

    Potem już mówimy o jednostka o kosmicznych rozmiarach. I tak kilka dywizji, zwykle 3-5, tworzy KORPUS. Kilka korpusów tworzy to, co wydaje się być najbardziej logiczne, czyli ARMIĘ. Następnie kilka armii nazywa się po prostu GRUPĄ ARMII. A grupa armii tworzy FRONT, oczywiście w rozumieniu organizacyjnym. Kilak frontów połączonych ze sobą jest już niczym innym, jak TEATREM DZIAŁAŃ. I tak na przykład wschodni teatr działań podczas drugiej wojny światowej - zwany potocznie frontem wschodnim, co jest z perspektywy wojskowej błędem językowym (ale zrozumiałem uproszczeniem) - dla Sowietów składał się z kilku frontów, np. Frontu Ukraińskiego, Frontu Białoruskiego, Frontu Południowego etc. Niemcy zaś nie bardzo dzielili ten teatr na fronty, bo operowali mniejszymi siłami... ale kto choć trochę czytał o historii to wie, że pod Stalingradem zniszczona została niemiecka 6-ta Armia, a pod Kurskiem uderzono w niemiecką Grupę Armii Środek (Heeresgruppe Mitte). Mam nadzieję, że teraz jest zrozumiałe czym są te oznaczenia

    Słowo o lotnictwie.
    W lotnictwie najmniejsza jest również SEKCJA, która w ogóle nie zawsze funkcjonuje. Potem jednostką jest SKRZYDŁO, anglojęzycznie zwane FLIGHT. Składa się ono z 3-5 samolotów i w ten sposób zwykle lotnictwo prowadzi patrole nad danym terytorium (ostatnimi czasy Dunkierka jest dobrym przykładem). Następnie mamy SZWADRON (SQUADRON), który - co da się trochę wywnioskować z jego lądowego odpowiednika - ma od 12 do 24 samolotów.

    Potem się znów komplikuje, ale generalnie można przyjąć, że następne jest SKRZYDŁO (WING), który ma zwykle kilka szwadronów. Ale uwaga, gdyż w niektórych krajach w użyciu jest GROUP (nie mylić z tym od walki lądowej). Group jest zasadniczo większy od Wing i zachodzi między nimi relacja podobna jak regimentu i brygady. Jest to jednak mniej więcej ilościowo odpowiednik lądowego batalionu.

    Większa ilość skrzydeł lub grup tworzy już struktury zbliżone do lądowych: są pułki powietrzne, a nawet i dywizje powietrzne.

    No... właściwie to tyle. Floty ze względu na ich specyfikę pomijam. Mam nadzieję, że wyjaśnienie jest zrozumiałe, a przeczytanie tego ze 2-3 razy powoli zapamiętać to na przyszłość i pojęć nie mylić

    Autor postu: Lekcje wojskowości i historii z Marcinem

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: 136074323_239747487730137_7421256453122250094_o.png

  •  

    Jugosłowiańscy żołnierze desantują się z transportera opancerzonego M-60P podczas manewrów na poligonie.

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Jugosłowiańscy żołnierze desantują się z transportera opancerzonego M-60P podczas manewrów na poligonie. Zdjęcie pochodzi prawdopodobnie z końcówki lat '60 XX wieku

    Samo zdjęcie pojawiło się na bardzo dobrej stronie War is Hell, którą jednakże dość niewygodnie się taguje - ale bez większego kontekstowego czy technicznego opisu. Korzystając z okazji oraz fenomenalnego i rzadkiego ujęcia, krótka notka o samym wozie i Jugosławii tego okresu.

    Jugosławię Josefa Broz Tito często błędnie kwalifikuje się jako kraj Układu Warszawskiego. W istocie do rozbratu i scysji między Moskwą a Belgradem doszło już pod koniec lat '40. Zresztą wtedy Jugosławia została dość ostentacyjnie wywalona z większości internacjonalistycznych organizacji i wyautowana z bloku.

    Co było tego przyczyną?

    Generalnie to zupełnie inne podejście do komunizmu czy socjalizmu. W odróżnieniu od PZPR czy jej czechosłowackich/węgierskich odpowiedników, partia Tito miała w istocie poważne poparcie społeczne - w końcu Tito wywalczył Jugosławii niepodległość od niemieckiej i chorwackiej okupacji (choć sam był Chorwatem, a nie Serbem), a następnie przeprowadził nienajgorszą reformę gospodarczą kraju idąc gdzieś pośrodku pomiędzy ograniczonym kapitalizmem a socjalistycznym państwem opiekuńczym. Jako ciekawostkę można np. podać, że sporo fabryk - choć państwowych - wymagało posiadania przez robotników udziałów w przedsiębiorstwie, od których wypłacano dywidendy od zysków. W efekcie jeżeli np. taka fabryka samochodów Zastava sprzedawała produkty, to każdy pracownik dostawał swoją działkę od każdego sprzedanego wozu. Choćby na tym przykładzie łatwo można stwierdzić, że inaczej będzie wyglądać motywacja i dokładność pracy robotnika z Belgradu, a inaczej gdzieś z Warszawy...

    Słowem w kibolskim języku: Jugosławia położyła lachę na całą zabawę w internacjonalizm, szerzenie komunizmu, wojnę ideologiczną z zachodem i inne bzdury, które mogłyby kosztować ją niepotrzebny wysiłek. Zamiast tego skupiła się na maksymalnym bogaceniu oraz łagodzeniu napięć społecznych. To ostatnie - niestety - działało tylko ze względu na osobę samego Tito... no ale o tym co zaczęło się dziać po jego śmierci, wszyscy kojarzymy z telewizji.

    Jugosławia była jednym z państw założycieli Ruchu Państw Niezaangażowanych, czyli wspomnianej w kontekście wojny hindusko-pakistańskiej tzw. "trzeciej drogi".

    Wojsko Jugosławii będzie na pewno przedmiotem dużego wpisu w przyszłości. Co trzeba jednak wiedzieć: Jugoarmia przewidywała z oczywistych względów, że agresorami może być zarówno NATO jak i Układ Warszawski - w zależności od tego, kto w sytuacji geopolitycznej będzie miał akurat większy interes w naruszeniu terytorium Jugosławii. Z tego względu Jugosławia utrzymywała poprawne stosunki ze wszystkimi, a pod względem sprzętowym importowała z obu stron, a ile się dało produkowała sama.

    I tak powstał transporter M-60, obok wozu bojowego M-80 chyba najbardziej ikoniczna produkcja militarna tego kraju. Jest to zupełnie samodzielna konstrukcja czegoś, co było hybrydą między NATOwskim battle taxi - czyli transporterem od osłony, a nie walki - z czymś, co mogło ugryźć w razie czego. Pojazd był ogółem całkiem mobilny i niezawodny, ale cierpiał na chroniczne braki pancerza, które wyszły w czasie wojny domowej w latach '90. na zdjęciu jest też dobrze widoczny WKM M-2 amerykańskiej produkcji, który był w Jugosławii lokalnie wytwarzany. Ponadto istniały też wersje z zamontowanymi po bokach działami bezodrzutowymi (trochę jak w amerykańskim pojeździe typu Ontos), z których można było walczyć z czołgami lub pojazdami opancerzonymi wroga na dystansie do około kilometra.

    Transporter M-60 stanowił podstawowe uzbrojenie jugosłowiańskich formacji zmechanizowanych do pierwszej połowy lat '80, kiedy zaczął być wypierany przez wspomniany, nowszy M-80. Pozostawał jednak w rezerwach oraz w jednostkach drugiego rzutu - a w czasie wojny domowej został masowo wyciągnięty z magazynów i używany przez wszystkie główne siły konfliktu.

    Żołnierze na zdjęciu mają w rekach karabiny samopowtarzalne M59/66. Jest to jugosłowiańska kopia sowieckiego SKS, co można rozpoznać po nasadce na granaty nasadkowe (lufa jest jakby "dłuższa i grubsza"). Broń ta ładowała się z łódki (jak drugowojenne karabiny znane z gier) i mieściła w stałym magazynku 10 nabojów. Na początku lat '70 została wyparta przez M-70, czyli pierwszą z wielu jugosłowiańskich kopii Kałasznikowa.

    /MK

    Autor postu: Lekcje wojskowości i historii z Marcinem

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: 75557380_153932162978337_8582764733994596613_o.jpg

  •  

    TANQUE ARGENTINO MEDIANO - SIŁY PANCERNE ARGENTYNY

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    TAM w wersji MBT w czasie pokazów gdzieś pod Buenos Aires, czasy współczesne

    TANQUE ARGENTINO MEDIANO - SIŁY PANCERNE ARGENTYNY

    Temat może wydawać się nieco egzotyczny - czołgi Ameryki Południowej.

    Pamiętajmy jednak, że Argentyna to kraj w sporej części nizinny... w sumie chyba jako jedyny w Ameryce Południowej. Oznacza to, że Argentyna ma uzasadniony interes w tworzeniu i rozwijaniu sił pancernych. Dodajmy jeszcze argentyńskie mocarstwowe ambicje, które tlą się do dzisiaj... i mamy ciekawy temat co by było gdyby.

    Bardzo długo Argentyńczycy nie odstawali sprzętowo od stereotypowych armii Ameryki Południowej. Czyli idziemy w miarę nowoczesną broń piechoty, a dalej jakoś to będzie. Sprzęt był nieraz archaiczny i nie było pomysłu jak go użyć. Argentyna w sumie była w w 1982 roku w niezłym stanie, jeżeli chodzi o mobilność swoich wojsk. Trzon floty pancernej stanowiły na początku kupione od Commonwealthu Shermany Hybrid i Firefly, które kanibalizowały się nawzajem. W latach '70 Junta poszła o krok dalej i zmodernizowała flotę do standardu Super Shermana - ichniejszy wariant nazywa się Repotenciado. Czołg dostał armatę wysokociśnieniową francuskiej produkcji o kalibrze 105mm, co jak na tamte czasy wystarczyło z nawiązką na każdy czołg sąsiada. Brazylia dla przykładu do lat '90 nie wyszła za bardzo poza Shermany w wersjach drugowojennych, a Paragwaj używa ich do dziś!

    Podobnie wyglądały siły zmechanizowane: Argentyna miała sporo brygad o takiej dedykacji wożących się na M113 i M3 Halftrack - sąsiedzi mało kiedy byli w ogóle zmechanizowani w większej części. Tutaj słówko o pewnym micie: jakkolwiek uważam to za błąd strategiczny, to na Falklandach Argentyna rozmieściła w większości siły rezerwowe i jedną, niepełną brygadę piechoty morskiej, która mogła realnie rywalizować z Brytyjczykami. Wynikało to z tego, że Junta obawiała się mocno eskalacji konfliktu na terytorium Argentyny i najlepsze siły zostały zachowane w celu odparcia potencjalnej inwazji. Stąd nie byłbym aż tak krytyczny z wątpliwym taktycznymi sukcesami Ejercito na jakichś subpolarnych wysepkach.

    Wracając do tematu. Po oklepie na Falklandach wdrożono procedury modernizacyjne, bo uznano, że nie jest dobrze. jedną z takich procedur było poszukiwanie nowego czołgu, a raczej - co było rewolucyjne jak na tamte czasy - podwozia, które siłę czołgu zapewni...

    Ostatecznie podwozie to nabyto od Niemiec Zachodnich. Buenos Aires kupiło licencję produkcyjną na większość komponentów bojowego wozu piechoty Marder 1. W odważnym zamyśle Argentyńczyków wóz miał służyć jako podstawa do poszczególnych wersji. Myślano jednak o czołgu w pierwszej kolejności, z tego względu podwozie uzyskało nazwę Tanque Argentino Mediano, czyli TAM.

    Jak ktoś może grał w serię gier Wargame to może się teraz uśmiechnąć! Ponieważ potworek pod tytułem Marder VTS1 tak jakby istnieje! Oto bowiem TAM jest podwoziem z Mardera 1 z zamontowaną na niego wieżą będącą niemalże kopią tej z Leoparda 1A4 (po zdjęciu części pancerza). Tak więc mamy wóz o małym jak na czołg opancerzeniu, a jednocześnie poważnej sile ognia, bo brytyjskiej armacie L7A2 kalibru 105mm, używanej do teraz i wciąż uważanej za nowoczesną.

    Na podwoziu TAM opracowano również inne wozy, co jest sporym sukcesem argentyńskiej myśli wojskowej. przede wszystkim VCTP (Vehículo de Combate Transporte de Personal) - czyli podstawowy wóz bojowy Ejercito. VCTP bardzo przypomina Mardera, acz choć używa tego samego działka (20mm Rheinmetall Mk202), to w innej, bardziej prymitywnej wieży. Ponadto służy jeszcze wariant VCA-155, który dla odmiany montuje haubicę 155mm włoskiej firmy Palmaria i stanowi główny środek samobieżnej artylerii :)

    Ogółem, choć TAM nigdy nie został przetestowany w boju, wydaje się być solidną konstrukcją. Aktualnie trwa jego modernizacja poprzez poważne dopancerzenie oraz wymianę armaty na kaliber 120mm. Jeszcze do niedawna TAM mógłby zdominować pola ewentualnych bitew swojego kontynentu. Mógłby jak równy z równym rywalizować z brazylijskimi M60 Patton czy Leopardami 1, a także starszymi czołgami swoich sąsiadów. Układ sił obrócił dopiero zakup Leoparda 2 przez armię Chile...

    /MK

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: 24130324_1742167779141301_7218376867651927199_o.jpg

    +: y0dude, K...6 +178 innych
  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Mirbat krótko przed bitwą, zdjęcie z samolotu topograficznego

    ZAPOMNIANY BÓJ SAS - BITWA O MIRBAT - CZĘŚĆ 2 - OSTATNIA

    Po ogłoszeniu alarmu Keally oszacował swoje położenie. Brytyjczycy byli wyposażeni w karabiny L1A1 SLR kalibru 7,62mm, jak na 1972 bardzo nowoczesną broń. A przede wszystkim broń o wielkim zasięgu skutecznym w rękach wyszkolonego strzelca (ok. 800 metrów!). Do dyspozycji było ponadto kilka uniwersalnych karabinów maszynowych L7A2 o zasięgu ognia ok. 1400 metrów. W pobliżu fortu znajdował się wkm M2 kalibru 12,7mm o zasięgu ok. 2000 metrów. Ponadto na wyposażeniu BATT był jeszcze moździerz kalibru 81mm oraz tzw. później "Mirbat Gun", czyli drugowojenna haubica polowa 25-Pounder, z zasady służąca do prowadzenia ognia pośredniego na dystansie do ok. 10km.

    Omańscy "uczniowie" stanowili dalsze ok. 30 osób obsady i byli wyposażeni w starszą broń, głównie karabiny Lee-Enfield oraz rkmy Bren. Do walki przyłączyli się - w obliczu przeważających sił wroga - także łącznik wywiadu wojskowego oraz członkowie pakistańskiej administracji pomagający Brytyjczykom.

    Zasadniczo to zmobilizowali się ku*wa wszyscy. Wy też pewnie byście się zmobilizowali widząc co na was biegnie :v

    Widząc, że rebelianci Adoo podchodzą do zdecydowanego ataku, Keally rozmieścił swoich najlepszych ludzi w następujący sposób: jedną osobę wyznaczył do obsługi wkmu M2, dwie kolejne do obsługi moździerza, a resztę zebrał na umocnieniach w okolicy fortu. Pozostawała jeszcze haubica. Był jednak problem: 25-Pounder stał ok. 500 metrów otwartego pola od pozycji SAS (było tak ze względu na to, że haubica była ćwiczebna i odsunięta od miasta jeżeli miałby zdarzyć się "wypadek" podczas nauki). Sierżant Labalala zgłosił się na ochotnika i przebiegł ten dystans tak szybko jak potrafił by obsadzić haubicę.

    Chwilę później rozpętało się piekło. Setki rebeliantów otworzyły ogień na ślepo, licząc na wzbudzenie paniki u żołnierzy Sułtana. SAS i sojusznicy odpowiedzieli ogniem, a radiooperator natychmiast połączył się z bazą w Um Al Kharif, informując dowództwo o położeniu portu.

    Podczas gdy żołnierze SAS starali się trzymać wroga na dystans swoją przewagą wyszkolenia i dalekosiężną bronią, sierżant Labalaba wysyłał jeden pocisk po drugim strzelając z 25-poundera SAMODZIELNIE (ładował pociski ok. 40 sekund zastępując sześcioosobową załogę) i naprowadzając się, well, własnym wzrokiem, czyli "na czuja".

    Niestety, pozycja haubicy dostała się pod huraganowy ogień. Labalaba zameldował mętnie około godziny 6 rano, że jest ranny. Do pomocy rannemu zgłosił się jego rodak, trooper Sekonaia Takavesi. Takavesi - osłonięty ogniem wszystkich obrońców - przebiegł 500 metrów gołego pola pod ogniem co najmniej kilkudziesięciu rebeliantów uzbrojonych w Mosiny i Kałasznikowy (!), a także klucząc między pociskami moździerza, którym dysponowali atakujący. Dotarłszy do Labalaby, wtedy już rannego po raz pierwszy, Takavesi został wysłany po pomoc, żeby przyspieszyć ładowanie haubicy. Z pobliskiego fortu strażniczego wyciągnął do pomocy omańskich żołnierzy, ale wracając do armaty zostali oni ranni.

    Obaj żołnierze z Mikronezji obsługiwali armatę na osamotnionej pozycji i bronili się własną bronią osobistą. W najgorszym momencie rebelianci Adoo podeszli na ok. 30 metrów, ale zostali odepchnięci granatami oraz ogniem 25-Poundera prowadzonym na ślepo i z maksymalnym obniżeniem kąta lufy (!)

    Sam fort z kapitanem Keally'm miał swoje problemy. Perymetr niemalże pękł na całej długości, a fort został trafiony kilkoma pociskami z RPG w przeciągu jednej minuty. Niezależnie od tego Keally osobiście poprowadził troopera Tobina na pozycje swoich kolegów, żeby odciążyć ich od szturmu partyzantów. W tym czasie zginął sierżant Labalaba, gdy próbował rozstawić pozyskany wcześniej moździerz kalibru 60mm. Takavesi został postrzelony w międzyczasie kilkukrotnie, w tym twarz oraz w okolice kręgosłupa (bez paraliżu). W związku ze śmiercią Labalaby nadal bronił się sam przy użyciu haubicy, granatów i karabinu.

    Wkrótce dotarł do niego Keally z Tobinem. Drogę oczyściły im trzy omańskie samoloty odrzutowe BAC Strikemater, które wystartowały alarmowo z Um Al Kharif i właśnie dotarły nad pole walki. Samoloty zbombardowały atakujących i okładały ich bezlitośnie seriami z morderczych na otwartym terenie działek 30mm.

    W tym momencie Tobin (sanitariusz drużyny) ocenił, że Labielabie nie da się już pomóc. W tym momencie został trafiony w twarz i stracił większość szczęki oraz nosa; rana była - jak się okazało kilka godzin później - śmiertelna.

    Bój trwał już około godziny, ale zarówno pozycja haubicy jak i głównego fortu nadal odpierały atak Adoo i trzymały się dzielnie. Strikemastery spowodowały załamanie się ataku. W tym momencie na tyłach atakujących lądował już SAS G Squadron dowodzony przez kapitana Alastaira Morrisona. G Squadron dosłownie dzień wcześniej rozmieścił się w Um Al Kharif i gdy ogłoszono w bazie alarm jednostka miała akurat iść ćwiczyć strzelanie na strzelnicy. Komandosi zamiast na strzelnicę zabrali się prosto do śmigłowców i polecieli do Mirbat.

    Śmigłowce wylądowały pod ogniem rebeliantów, w tym ogniem rkmów. Widoczny na zdjęciu Huey został trafiony ośmiokrotnie, w tym trzykrotnie w kabinę pilota - nie było jednakże strat. G Squadron natychmiast rozmieścił się i zaczął przebijać przez zdezorientowanych atakujących. Pół godziny później obie jednostki połączyły się ostatecznie odciążając działo, a Tobin, Labalaba i Takavesi zostali natychmiast zabrani do szpitala. Takavesi przeżył, Tobin niestety nie.

    Morrison obsadził obecne w Mirbat Landrovery, co nie tylko podniosło siłę ognia obrońców, ale też zapewniło im mobilność. Tego było już zbyt wiele; Adoo stracili mnóstwo ludzi i nie osiągnęli wyznaczonych celów, uciekając w popłochu z powrotem w góry.

    Ostatecznie zginęło 2 żołnierzy SAS, a także jeden Omańczyk w samym forcie i kilku innych zamordowanych zaraz przed bitwą. Co do strat Adoo są rozbieżności: mówi się od 38 zabitych (tyle ciał potwierdzili żołnierze sprzątający pole bitwy) do 80 zabitych i nieznanej liczby rannych (na podstawie opisów bitwy oraz szacunków ile ofiar Adoo mogli ewakuować).

    PFLOAG nigdy już do końca swego istnienia nie podjął się tak odważnego ataku, ograniczając się do bomb pułapek i morderstw żandarmów.

    Za bitwę o Mirbat rozdano tylko trzy poważniejsze odznaczenia. Keally otrzymał Distinguised Service Order (DSO) za swoje dowództwo i przykład. Tobin otrzymał pośmiertnie Distinguished Service Medal. Labalaba otrzymał jedynie cytację (mention in dispatches). Czy to dlatego, że pochodził z Fiji? Być może. Bitwy nie nagłośniono, jako że rząd brytyjski nie chciał przyznać się do prowadzenia regularnej wojny w Omanie gdy akurat kończyła się interwencja w pobliskim Jemenie...

    Wiele głosów wśród brytyjskich historyków wojskowości twierdzi, że spośród obrońców przynajmniej sierżant Labalaba powinien był otrzymać Krzyż Wiktorii, najwyższe odznaczenie wojskowe Wielkiej Brytanii. Żaden z uczestników nie miał bowiem wątpliwości, że fort utrzymał się przede wszystkim dzięki jego poświęceniu i nadludzkiej wytrzymałości...

    Haubica z Mirbat została przetransportowana do Wielkiej Brytanii i otwiera ekspozycję Museum of Royal Artillery.

    Kapitan Keally zginął w 1979 roku podczas ćwiczeń SAS w Szkocji na wskutek wychłodzenia organizmu.

    /MK

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: 29136783_1854380077920070_5941156006321979392_n.png

  •  

    Jak żyć?
    #heheszki #koronawirus #2019ncov

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 1583932796101.jpg

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Widok na przedpola Mirbat, 1972 rok

    ZAPOMNIANY BÓJ SAS - BITWA O MIRBAT - CZĘŚĆ 1

    Niewielu ludzi, co poniekąd zaskakujące, słyszało o tej bitwie. Special Air Service, tudzież SAS, elitarna jednostka brytyjskich sił specjalnych, została powołana w roli patroli dalekiego zasięgu (LRDP) na froncie afrykańskim drugiej wojny światowej. W okresie powojennym mit jednostki jako najlepszej w British Army powoli rósł i SAS walczył na wszystkich frontach tzw. małych wojenek brytyjskich z pierwszej połowy okresu zimnej wojny.

    Słusznie wspomina się Patrol Bravo Two Zero ze względu na ich niesamowite osiągnięcie podczas pierwszej wojny w Zatoce. Ale ja dziś nie o tym. Dziś pierwszy z dwóch wpisów o zapomnianej bitwie SAS. A działa się ona w odległym Omanie, w roku pańskim 1972, gdy Brytyjczycy rozpaczliwie próbowali pomóc słabemu sułtanatowi w uniknięciu marksistowskiego przewrotu wojskowego...

    Wojna domowa w Omanie - znana też jako Rebelia Dhofar - trwałą mniej więcej 13 lat, od 1963 roku do pełnego rozbicia partyzantów w 1976. Partyzanci byli finansowani przez czołowych socjalistycznych graczy świata i działali w czterech głównych frakcjach, choć jak to bywa frakcje te ciągle łączyły się i rozdzielały. Jedną z takich frakcji była - naturalnie króciutka nazwa :3 - Popular Front for the Liberation of the Occupied Arabian Gulf - czyli w skrócie PFLOAG. Jako, że używanie tego skrótu nadal pozwalało opluć rozmówcę, powszechnie nazywało się ich Rebeliantami Adoo (Adu).

    Przeciwko rebeliantom stały fatalnej jakości wojska rządowe, czyli typowa arabska armia. Niezdyscyplinowani, fatalnie wykształceni i wyszkoleni żołnierze o szokująco niskim morale. W celu podniesienia zdolności bojowej armii sułtanatu Wielka Brytania wysłała między innymi instruktorów z SAS. Misja SAS nosiła nazwę British Army Training Team (BATT).

    Jeden z BATTów został założony w okolicy miasteczka portowego Mirbat. Sam port był otoczony najlepszymi budynkami w mieście, w tym małym fortem strażniczym, który przez niektóry byłby pewnie nazwany redutą czy basztą. W forcie tym szkolono omańską żandarmerię oraz tak zwanych "firqat", czyli rebeliantów, którzy w toku wojny zmienili stronę w zamian za cenne informacje. Za szkolenie odpowiadało 9 żołnierzy SAS (wtedy jeszcze nie "operatorów" :v) dowodzonych przez kapitana Mike'a Keally'ego.
    Co ważne dla całej historii, jednostka SAS składała się z sześciu innych "białych" żołnierzy, a konkretniej: sierżanta Boba Bennett, kaprala Rogera Cole, kaprala J. Taylora, starszego kaprala P. Warne'a, szeregowych (trooperów) Thomasa Tobina i Austina "Fuzza" Hussey'a.
    Dziewiątkę dopełniało dwóch żołnierzy SAS z Mikronezji: starszego sierżanta Talaiasi Labalaba oraz oraz szeregowego (troopera) Sekonaię Takavesi. obaj żołnierze otrzymali propozycję przejścia selekcji do SAS po ich bohaterskiej służbie w Auxilary Force w czasie Malayan Emergency oraz innych konfliktów.

    Rebelianci Adoo nie byli świadomi, że dziewiątka komandosów stacjonuje w Mirbacie i odpowiada za szkolenia wraz z łącznikiem brytyjskiego wywiadu i grupką Pakistańczyków. Wiedzieli jednak, że w miasteczku zapewniono miejsce zamieszkania dla firqat i ich członków rodzin. Plan partyzantów był prosty: wedrzeć się do miasteczka o świcie, splądrować je do zera i wymordować populację, co miało docelowo przeciwdziałać dalszym dezercjom z organizacji. W celu zwiększenia "medialnego" zasięgu akcji wewnątrz ruchu Adoo, zmobilizowano pokaźne siły do wzięcia udziału w masakrze.

    Szacunki są różne, jednakże w dniu 19 lipca 1972 roku grupa od 200 do 400 rebeliantów Adoo zeszła z gór i skierowała się na Mirbat. Około godziny piątej rano wymordowali w krótkiej wymianie ognia oba posterunki nasłuchowe obsadzane przez milicję firqat i szkolących się żandarmów. Wymiana ognia niosła się dobrze po otwartym podejściu do portu i zaalarmowała kapitana Keally'ego. Po tym jak posterunki nasłuchowe nie dawały znaku życia, a około 5:30 mrowie rebeliantów pojawiło się daleko na horyzoncie, został ogłoszony alarm...

    To, co stało się później, zapisało się w annałach SAS złotymi zgłoskami.

    Cdn...

    /MK

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: 29196357_1854323404592404_4043666702221705216_n.png

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Brytyjscy i francuscy żołnierze w 1939 roku

    Nuuu, cziki brki, to czas na podsumowanie tego, co mamy – i przykłady praktyczne :3

    SŁOWO O FRANCUSKIM ORAZ BRYTYJSKIM SPOSOBIE PROWADZENIA WOJNY – DOKTRYNY – CZĘŚĆ 7 – OSTATNIA

    Po rozwleklejszych niżbym sądził dywagacjach – acz myślę, że udanych – cza myślę na pewne podsumowanie.

    Nie powstała w historii świata doskonała doktryna militarna. Taka, która byłaby remedium na wszystkie problemy. Najlepszym rozwiązaniem na pokonanie konkretnej doktryny jest wbicie klinu w jej podstawę. Doktryna to system, jeżeli załatwisz macierz, pozostałe komponenty zaczynają się sypać jak domek z kart. Będzie o tym kiedyś przy którymś już raz wspominanym Airland Battle.

    Niemiecka doktryna blitzkriegu stała na manewrowaniu i budowaniu przewagi liczebnej lokalnej, a następnie na porażeniu zaplecza przeciwnika. Najlepszym remedium na nią było oczywiście pozbawienie Niemców możliwości manewrowania. To nie są wpisy o Blitzkriegu, lecz na pewno będziemy o niego zahaczać.

    Analogicznie, bitwa metodyczna i Grand Battle Plan mogły się umiejętnie wyłożyć, jeżeli nie pozwolono w ich przypadku „zbudować” pola bitwy.

    Jeżeli chodzi o Francuzów, to tu trzeba niestety przykładów szukać głębiej. Francuska doktryna nigdy nie została bowiem zrealizowana poza rokiem 1940 – wobec tego nie wiemy jak bardzo wydajna pozostaje w rzeczywistości. Acz miejscami możemy domniemywać, że wcale nie byłoby aż tak źle jak krytycy naszych wspaniałych sojuszników sądzą.

    Katastrofalna dla Francji (i całej Zachodniej Europy) bitwa pod Sedanem doprowadziła do sytuacji w Dunkierce. Sedan był produktem objechania francuskiej linii z ominięciem dobrych jakościowo francuskich wojsk. Jak do tego objechania doszło – i że to nie do końca jest wina Francuzów, a przynajmniej nie z perspektywy osób wtedy podejmujących decyzje – pisałem w innej serii.

    W czasie gdy jednak dział się pod Sedanem pierwszy akt dramatu, przez Belgię – tak jak w 1914 roku zgodnie z planem Schlieffena – nacierała Heeresgruppe B dowodzona przez późniejszego feldmarszałka Fedora von Bocka. Grupa ta składała się mniej więcej z dwudziestu dziewięciu dywizji, w tym trzech pancernych. Z tych trzech pancernych, dwie znajdowały się w Belgii. Były to kolejno 3 i 4. Panzerdivision – dywizje o mieszanym charakterze, nieco gorsze jakościowo od ich odpowiedników z Sedanu.

    Bardzo krótko inwazji na Belgię dnia 10 maja 1940 roku, Alianci wdrożyli swój plan obronny, zwany planem Dyle – od rzeki, gdzie należało założyć obronę – konkretniej w wariancie Breda, acz wariant jest tu dla nas drugorzędny. Problem planu Dyle był taki, że powstawał on przy założeniu, że Belgia nie jest neutralna i Alianci uzyskają czas na okopanie się. Nim jednak wybuchła wojna, nowego planu opracować się nie udało (ze względów bardziej jednak politycznych). W rezultacie kolokwialnie rzecz ujmując dzień 10 maja 1940 to był dzień, w którym obydwie strony – Niemcy i Alianci – przeprowadzili swoisty „Rush B”, czy też raczej „Rush D” – od Dyle :P Innymi słowy, obydwie strony wchodziły w jak najszybszym tempie do Belgii, a Alianci starali się zająć jak najkorzystniejsze pozycje.

    Siły francuskie w centrum oraz brytyjskie przy morzu, bardziej na północy, były osłaniane między innymi przez tzw. Korpus Kawalerii, dowodzony przez generała Rene Prioux. Zgodnie z opisaną przeze mnie doktryną, Korpus Kawalerii składał się przede wszystkim z 2. oraz 3. DLM, czyli dywizji kawalerii zmechanizowanych. Ich zadaniem – tak jak też opisywałem – był screening. Te formacje miały wyjść przed pozycje alianckie na linii Dyle i podjąć się walki kawaleryjskiej z niemieckimi czołówkami (w tym pancernymi) tak, by kupić czas głównym siłom na zbudowanie rozsądnej linii obronnej, gdzie zgodnie z fazą defensywną przyjęto by na siebie gross niemieckiego uderzenia.

    W tych okolicznościach – skądinąd mądrych i właściwych zgodnie z bitwą metodyczną – doszło do bitew pod Hannut i Gembloux w dniach 12 do 15 maja 1940.

    HANNUT I GEMBLOUX

    Hannut było do czasu bitwy pod Brodami, a potem Kurska, największą bitwą pancerną dla żyjących w ówczesnych czasach. Nie wchodząc w suuuper detaliczny przebieg bitwy (co wymagałoby osobnej serii), obydwie dywizje francuskiej kawalerii pancernej starły się z obydwoma (!) niemieckimi dywizjami pancernymi. I Francuzi bynajmniej nie zamierzali uciekać. Francuskie Somua S35 okazały się być rzeźnickie dla niemieckich głównie Panzerów II. Niemieccy pancerni po prostu nie byli w stanie spenetrować tego czołgu z dowolnej strony, z wyłączeniem strzałów z przyłożenia, i to z kalibru co najmniej 37mm. Niemcy próbowali wiązać walką Francuzów w jednym miejscu i przerzucać inne zespoły czołgów pomiędzy francuskimi czołgami, żeby wyjść na francuskie głębokie tyły. To jednak średnio się udawało, bo manewry te obserwowała piechota i na bieżąco naprowadzała na nie artylerię. Jednocześnie w kilku punktach francuskie czołgi w całości przełamały stawiany im opór likwidując całe bataliony Panzerów – lecz nie wychodziły na niemiecką głębię, bo ich zadanie było bardziej pasywne niż aktywne. Powszechnie(i nie do końca słusznie) uważa się to za błąd Priouxa.

    Myślę, że dramatyzm tego starcia obrazuje wydarzenie, gdy załoga jednego z Panzer I staranowała Hotchkissa H-35 wpierw podchodząc pod nią niezauważona, a następnie strzelec/dowódca tego Panzera zginął dość brutalnie próbując wspiąć się na czołg i zniszczyć jego przyrządy obserwacyjne za pomocą saperki (!)

    Hannut było pokazem wojny manewrowej z obydwu stron. Formacje pancerne często zmieniały pozycje, atakowały, kontratakowały i wycofywały się.

    Jednocześnie wychodziły zalety i wady francuskiej doktryny. Artyleria była w stanie blokować manewry całych dużych grup pancernych – bez zmian w stosunku do 1918 roku. Z drugiej strony w późniejszej analizie ze strony niemieckiej pojawiają się wskazania, że wielokrotnie Francuzi nie wykorzystali przewagi jaką mieli, albowiem leżał przekaz informacji. Nawet Somuy musiały walczyć z narażeniem flanek – ich załogi miały tylko radia odbiorcze, a jedynie dowódca plutonu mógł nadawać; starsze H-35 w ogóle dowodzone były… flagami. W tym samym czasie Niemcy koordynowali swoje działania jak leciało. Francuzi nieumiejętnie podchodzili do sprawy koordynacji dużych grup czołgów, ale to normalne przy taktyce kawaleryjskiej, bo kawaleria nie atakuje umocnionych pozycji. Francuskie kontrataki były łamane przez stacjonarne pozycje PaKów. Bardzo często Niemcom udawało się też wychodzić na flanki niewielkich zespołów (np. plutonów) dzięki lepszej komunikacji, te jednak nie dawały się otoczyć i wyeliminować.

    Ostatecznie pod Hannut stępiono niemieckie natarcie za cenę 120 francuskich czołgów. Niemcy utracili około 160 maszyn, jednakże tylko ok. 50 z nich nie udało się odzyskać mechanikom do kilku dni. Nie zmienia to jednakże faktu, że…

    …dzień później obydwie niemieckie dywizje wchodziły w rejon Gembloux w stanie przedagonalnym. Niemieckim dowódcom brakowało już ochoty na drugie takie starcie, bo obie dywizje mogły tego nie przetrwać.

    Pod Gembloux obrona francuska była już bardziej statyczna, a to dzięki dość znacznym stratom spod Hannut. W bitwie pojawili się też Brytyjczycy, jednakże ciężar walk spadł właściwie wyłącznie na Francuzów. Niemcy uderzali koncentracjami czołgów raz po raz, jednakże twardo trzymający się Dragons (czyli piechota zmechanizowana) nie porzucali pozycji na linii miasteczek Chastre-Villeroux i Gembloux. Niemieckie ataki najpierw grzęzły pod ogniem zmasowanej artylerii. Jeżeli czołgi przejechały przez ten ogień, nie dawała rady niemiecka piechota. Wtedy Dragoni strzelali z armat przeciwpancernych zadając spore straty. Finalnie kontratakowały lokalnie czołgi, zmuszając Niemców do odwrotu. Co gorzej dla Niemców, ci ulokowali swoje punkty dowodzenia zbyt blisko nieprzyjaciela i zostały one wykryte przez francuskie rozpoznanie. W rezultacie pierwszej nocy sztaby były właściwie pod ciągłym ostrzałem, na tyle celnym zresztą, że część musiała ewakuować się w panice, a czołgiści okopywać pod własnymi maszynami. Zwykła piechota w ogóle ledwo była w stanie egzystować.

    Ostatecznie wszystkie niemieckie ataki zostały zablokowane, a jedyny (słaby) przyczółek został następnego dnia zniszczony przez kontratak Brytyjczyków.

    Dzięki walkom pod Hannut i Gembloux Alianci zdołali zbudować linię Dyle – coś, na co mieli mieć czas od 1939 roku, gdyby mogli wtedy wejść do Belgii :V Obydwie bitwy są generalnie francuskimi zwycięstwami. Część krytyków nazywa je remisami, czy też nieprzynoszącymi rezultatów, ale to nieprawda. Zwykle logika tych ludzi opiera się na tym, że widząc chwianie się niemieckich ataków nie zniszczono ich w natychmiastowym kontrataku i nie pojechano od razu chyba na Berlin. Alianci mieli wtedy zupełnie inne cele strategiczne, a całkowita siłą niemieckiego impetu nie została przecież jeszcze zablokowana. To były walki straży przednich obydwu armii, które dowodzą jednakże tego, że Francuska kawaleria walczyć potrafiła i walczyła ostro.

    W obydwu bitwach uwidoczniło się wręcz zerowe alianckie wsparcie lotnicze, znów wskazana słabość doktryny. Luftwaffe dominowało w powietrzu, jednakże Stukasy nie wystarczyły do załamania oporu.

    Niestety, wszelki wysiłek z Hannut i Gembloux został strzaskany na południe, pod Sedanem, o którym cały czas wspominam. Sedan był trzymany przez dwie dywizje rezerwowe, obsadzone głównie przez czterdziestolatków, niedysponujących dostateczną ilością broni przeciwpancernej czy siły ognia w ogólności. Pozycje obrońców zostały zaatakowane jednym z potężniejszych do dnia dzisiejszego punktowych nalotów w historii wojen. Przeprowadzono niemalże cztery tysiące (!) nalotów na odcinku mającym około osiem kilometrów szerokości. Następnie na odcinek ten rzuciły się trzy dywizje pancerne. Jakkolwiek Niemcy napotkali masę problemów po drodze, takiej siły po prostu nie dało się zatrzymać tym, co mieli tam Francuzi.

    Powiedzmy jednak sobie szczerze – gdyby nie wielkie szczęście Niemców i seria dobrych decyzji na niskim szczeblu w maju 1940 roku, horror Malarza – który przewidywał ponad milion zabitych Niemców w toku kampanii francuskiej – mógł się ziścić.

    ***

    Jeśli zaś chodzi o Brytyjczyków, tu skupimy się na, powiedzmy, mid-warze.

    Z przykładów bitew typowych dla Grand Battle Plan weźmiemy de facto dwie operacje – Crusader z listopada i grudnia 1941 roku oraz Lightfoot, czyli bitwę pod El-Alamein, z października 1942.

    CRUSADER I ALAMEIN

    Przy analizie obydwu przykładów użycia brytyjskiej doktryny rzuca się w oczy, że operacji tych nigdy, ale to przenigdy, nie można rozstrzygać w oderwaniu od całokształtu przed i po – stąd właśnie „grand”, a nie „big” w przypadku ichniejszych battleplanów ;)

    Crusader jest przykładem bitwy kawaleryjskiej i w swoim przebiegu dość mocno przypomina Hannut co do ogółu. Jak pisałem wcześniej, Brytyjczycy bardzo dbali o budowanie swojej linii w ten sposób, by nieprzyjacielowi wydać bitwę na swoich, niepodważalnych warunkach.

    De facto Crusader – przynajmniej na etapie planistycznym – rozpoczyna się jeszcze pół roku wcześniej (!). Przede wszystkim chodzi o zachowanie Tobruku. Tobruk i jego monstrualny jak na tamtejsze warunki port były celem strategicznym, a jego kontrola umożliwiała Aliantom utrzymywanie niebywałej przewagi logistycznej, czyli kolejnego atutu Brytyjczyków, o którym wspominałem. Bez Tobruku Niemcy musieli dowozić większość zapasów aż z Trypolisu położonego niemalże tysiąc kilometrów na ich tyłach. Oczywiście wszystko w warunkach pustynnych, gdzie sprzęt masowo się zużywał i ciężarówki mogły padać i wymagać głębokiego serwisu dosłownie po jednej takiej trasie. Za zabezpieczenie logistyczne dbali głównie Włosi – najnormalniej w świecie nie wyrabiali z produkcją części zamiennych do transportu kołowego :V

    Wiedząc, że Tobruk jest ważny, ta twierdza została porządnie wzmocniona. Bez niej Brytyjczycy by sobie poradzili, ale Niemcy już niekoniecznie :3 To zaś – po pierwszych nieudanych szturmach – wymusiło na Niemcach i Włochach przystąpienie do oblężenia.

    Kiedy się oblega, to nie można manewrować, a twoje położenie jest przewidywalne. Mamy ustalone pewne miejsce bitwy? Mamy :3

    Tutaj szybkie obalenie mitu – jak coś to fazy przedcrusaderowe są jeszcze wcześniejsze, mniej więcej marzec-kwiecień 1941 roku i niemiecka ofensywa na Benghazi i Tobruk (Unternehmem Sonneblume). Wbrew twierdzeniom licznych idiotów Alianci nie zostali tam złamani, a co najwyżej zaskoczeni, że niemiecka ofensywa przyszła tak szybko i jednostki te (w większości australijskie) wycofały się w porządku i bez większych strat wiedząc, że jeśli wydadzą bitwę przed Tobrukiem, to przegrają. Jeszcze jeden przykład kontroli miejsca bitwy.

    Brytyjczycy próbowali też zająć lepsze pozycje wyjściowe do operacji Crusader i w maju 1941 roku przeprowadzili Operację Brevity, mającą na celu zajęcie Sollum i przejścia w Halfai. Operacja ta miała limitowany charakter i po krótkim zysku i wypchnięciu wroga Halfaya została odbita w ramach niemieckiej Unternehmem Skorpion. Także ostatecznie Crusader startował z gorszej pozycji.

    Sama operacja, która rozpoczęła się 18 listopada 1941 roku – notabene po zmyleniu Niemców co do jej rzeczywistego terminu tak, że Rommla ZNOWU nie było w Afryce (ten motyw się powtórzy xD) kiedy walki wybuchły – była oczywiście zaskoczeniem. Jednocześnie zaraz potem zamieniła się w chaos i obopólny rozpieprz. 22 Brygada Pancerna została zaorana po raz pierwszy przez Włochów rejonie Bir El Gubi przez włoskich czołgistów. W ogóle o 22 Pancernej to muszę zrobić osobne wpisy, bo chyba żadna jednostka nie została tyle razy zniszczona w całej brytyjskiej armii w jej historii, i tyle razy przez Włochów :V

    Podobnie wyszło, że jakkolwiek brytyjska kawaleria manewrować potrafi, to robi to gorzej od Niemców – jako iż jej rola jest pomocnicza. Większość brytyjskiej dywizji pancernej została zatrzymana w rejonie Sidi Azeiz i poniosła horrendalne straty. Zwłaszcza zwraca uwagę, że Brytyjczycy mieli w czasie swoich pierwszych dużych bitew pancernych tendencję do szarżowania na pozycje armat przeciwpancernych tak jak kawaleria w XIX mogła szarżować baterie armat, jak pod Bałaklawą. Właśnie – jak pod Bałaklawą, gdzie zniszczenie głównej rosyjskiej baterii kosztowało Brytyjczyków całą Brygadę Lekką :V

    Jednocześnie w całym tym syfie i chaosie Brytyjczycy potrafili sobie zapewnić dominację w powietrzu, jak również zapewnić dobrą komunikację przez radio z większością walczących sił. Gorzej poszło tu Niemcom – Rommel popełnił kilka błędów (w tym jeden, którego brak mógłby mu tę bitwę wygrać) i jego wojska desynchronizowały swoje manewry, co nie przerwało manewrów brytyjskich.

    Ostatecznie – jak wiemy – oblężenie Tobruku zostało przerwane (notabene sytuacja obrońców była bardzo dobra i Tobruk mógłby być oblegany jeszcze bardzo, bardzo długo), a wojska niemieckie i włoskie wycofały się z ciężkimi stratami (około dwukrotnie wyższymi w ludziach) aż do El Agheili (połowa drogi między Tobrukiem a Trypolisem). Mimo wszystko straty w czołgach były dla Brytyjczyków znacznie wyższe przez ich miejscami naprawdę wadliwe użycie.

    Bitwę też prowadziła artyleria, choć nie tak jak może Cunningham sobie to wymarzył :V Otóż w kilku sytuacjach artylerzyści z 25-Pounderami strzelając na wprost zatrzymywali całe niemieckie ataki pancerne.

    Teraz o El-Alamein.

    Klasycznie historia z Alamein zaczyna się wcześniej. Ta pozycja obronna była przygotowywana już od wiosny 1942 roku wskutek niepowodzeń w wąwozie Gazala. Notabene, gdyby Brytyjczycy nie dali sobie tego wąwozu z zaskoczenia odebrać to Alamein nigdy by nie było. Następnie miał miejsce odwrót na tę pozycję w toku bitwy o Mersa Matruh w czerwcu 1942 roku i w końcu pierwsza bitwa pod Alamein, gdzie zablokowano niemieckie natarcie. W międzyczasie Brytyjczycy próbowali też rajdów w rejonie Tobruku, żeby jeszcze bardziej osłabić możliwości logistyczne Osi – mowa tu o legendarnie spieprzonych rajdach w ramach operacji Agreement.

    Rommel rozumiał co się święci. Wiedział też o nadchodzących posiłkach Aliantów, a ci byli teraz cholernie blisko swoich portów – tu znów mamy przykład zmierzania do przewagi logistycznej. Samej pozycji pod Alamein nie dało się objechać, bo to kolejny głęboki wąwóz, ale idący w poprzek i klasyczne terenowe ucho igielne. A to znaczyło, że Oś musiała, że tak to ujmę, stand and fight.

    Chyyyyba żeby wyjść na brytyjskie tyły nim ci przygotują swoje pozycje, a co byłoby przejawem manewru w celu zdominowania przeciwnika. Tak wybuchła jedna z kluczowych „podbitew” El-Alamein, czyli Alam Haifa. Kolejny jednak z ważnych elementów wspierania wysiłku bitwy totalnej, czyli dążenie do dominacji wywiadowczej, rozwaliły Niemcom i Włochom plany, a do Alam Haifa zdążono przerzucić posiłki, w tym czołgi. Notabene na tym etapie Brytyjczykami dowodził jeszcze generał Auchinleck, Montgomery pod Alamein przyjdzie nieco „na gotowe”, pod sam koniec, krótko przed bitwą. Jakkolwiek walki były ciężkie, tak ostatecznie Niemców pod Alam Haifa zatrzymano i niejako zablokowano im możliwość manewrowania.

    I tu mamy PERFEKCYJNIE przygotowane miejsce bitwy, jest to szczyt osiągnięć GBP na etapie planistycznym. Rzekłbym nawet, że creme de la creme, ale już ktoś inny używa tego powiedzenia a poza tym to w języku żelipapą.

    Alamein otworzyło się podręcznikowo. Około tysiąc armat strzeliło jednocześnie w niemieckie i włoskie pozycje, kasując albo grzebiąc pod piaskiem rozpoznane pozycje pierwszej linii. W tym czasie – jeszcze po ciemku – saperzy usuwali druty kolczaste i starali się oczyścić miny. Przez pierwsze sześć godzin Royal Artillery wystrzelała pół miliona (!) pocisków. Następnie rozpoczął się creeping barrage, żeby wesprzeć wyrównane natarcie na całym froncie, zabezpieczane przez rozpoznanie w Bren Carrierach, które po przedarciu się przez miny były w swoim żywiole. Natarcie piechoty wspierały Infantry Tanks – Matildy, Valentiny, a także świeżutko dostarczone Shermany. Każdy z tych czołgów był przynajmniej frontalnie nieprzebijalny dla większości włoskiej i niemieckiej broni przeciwpancernej, a przez wyrównane natarcie nie było jak ich oflankować…

    Oczywiście przełamania nie powiodły się wszędzie. Szczególnie twardo bronili się Włosi z dywizji spadochronowej Folgore, walczący między innymi z 22 Brygadą Pancerną :V

    W kluczowych, najważniejszych fazach Rommla nie było w Afryce. Oczywiście zmylono wroga co do rzeczywistej daty ofensywy xD Acz to tylko ciekawostka, bo Rommel nie był jedynym decyzyjnym facetem na tamtym odcinku frontu.

    Przez wyrwy w obronie wlały się brygady czołgów i jęły ścigać przeciwnika, który pod miażdżącym ogniem próbował się wycofywać. Albo umierał. Walczyła dzielnie dywizja Ariete, ale tej walki po prostu nie dało się zwyciężyć – brytyjska siła ognia była niepokonywalna, a Niemcy i Włosi tańczyli dokładnie tak, jak Brytyjczycy planowali to co najmniej od tygodni, o ile nie miesięcy.

    Gdy skończono operację pomocniczą, czyli Supercharge w listopadzie 1942 roku, siła pancerna Niemców i Włochów spadłą do kilkunastu sprawnych czołgów. Za brytyjskim natarciem szli przygotowani do zadania inżynierowie. Budowali oni linię kolejową dosłownie jak szli (!), a linia ta używana jest do dziś. W półtorej miesiąca przeprowadzili też pełne naprawy Via Balbia, czyli drogi na wybrzeżu Libii i Egiptu. Z pracy brytyjskich inżynierów korzystano mniej więcej do 1967 roku, kiedy położono asfalt na nowo, czyniąc z niej autostradę. Jeżeli ktoś nadal jest nieprzekonany o logistycznym aspekcie tej doktryny, no to już niech naprawdę przemyśli swe życie.

    Nieco ponad miesiąc później, w połowie grudnia 1942 roku, obie strony walczyły już w środku Libii, a Trypolis upadł w styczniu. To był koniec Niemców i Włochów, jaki kojarzy nam się z (podobno) niezwyciężonym Afrika Korps – które statystycznie zwyciężyło mniej niż 50% bitew w czasie całej kampanii, a do tego tylko jedną spośród czterech największych i najważniejszych :)

    ***

    I myślę, że to dobrze konkluduje mój dość długi, a szczegółowy wywód, oparty aż o siedem części. Ale ktoś musiał to napisać. Być może kiedyś napiszę to nawet drugi raz – lepiej. Niestety praca źródłowa z tymi doktrynami jest cholernie trudna bo nie mają one jednego, jasnego dokumentu, gdzie w stu procentach wszystko jest wyłożone w całości, tak jak jest to Achtung Panzer! Guderiana oraz instrukcje Triandafiłowa w temacie głębokich operacji i trzeba opierać się na masie opracowań, często wyprowadzających błędne wnioski albo wręcz sprzeczne ze sobą.

    Brytyjczycy, jak i Francuzi – w 1943 roku mający już na froncie na powrót kilkaset tysięcy żołnierzy! – potrafili walczyć. Mit potężnych Niemiec każdorazowo opiera się na początkowej fazie szoku – ich prawo, na tym w końcu polegał sposób ich walki, na zaskoczeniu i szybkości. Lecz wojnę na lądzie nadal zwyciężyła na zachodzie metodyczna bitwa spadająca na Niemców raz po raz – jak młot, kiedy ty masz tylko tarczę. Odeprzesz pierwszy cios, drugi trzeci, ale twoja tarcza w końcu pęka pod energią młota, a tobie zostają tylko ręce. A potem młot jest w miejscu twojej głowy – tylko, że głowy już nie ma.

    Jak zawsze, pamiętajmy o jednym. Na końcu każdej doktryny – choćby nie wiem jak genialnej czy też niezwykle nieudanej – na jej szarym końcu są żołnierze. Ludzie. I ludzie ci zabijają, by nie być zabitymi. Pamiętajmy o tym nim nazwiemy kogoś mordercą (Niemców), mięsem armatnim (Rosjan), durniami (Amerykanów), tchórzami (Francuzi) czy też wyręczającymi (Brytyjczycy).

    /MK

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: 84248162_3003087209716012_1999894308123049984_o.jpg

    +: adrianpiotr, I.......h +92 innych
  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    No hej, tęskniliście? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #historiaiwojskowosc

    Francuski i brytyjski podział czołgów

    SŁOWO O FRANCUSKIM ORAZ BRYTYJSKIM SPOSOBIE PROWADZENIA WOJNY – DOKTRYNY – CZĘŚĆ 6

    Jako iż same doktryny są już omówione, to zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią przed wpisem końcowym – podającym przykłady z omówieniem – czeka nas teraz wpis konkretnie w przedmiocie broni i wojsk pancernych.

    Ten wpis częściowo aplikuje się również do Amerykanów, nie po raz pierwszy obserwujemy zresztą takie podobieństwo.

    Na początek co nieco o samej historii dywizji pancernej jako takiej.

    Jak zostało to wspomniane w części pierwszej, pierwszymi autorami czegoś, co można nazwać dywizją pancerną na Zachodzie byli Brytyjczycy. Podczas gdy szefem IGS był Montgomery-Massingberd powoływano do życia eksperymentalną strukturę, której celem było badanie optymalnego składu formacji opartej tylko i wyłącznie o w pełni zmotoryzowane siły. Formacja ta nazywała się – a jakże – Mobile Division. Dziś tradycje Mobile Division nosi 1st (UK) Armoured Division, która zresztą powstała w 1939 roku z przekształcenia eksperymentalnej formacji.

    Brytyjczycy doszli jednakże na początku do… dość specyficznych wniosków, by tak rzec xd

    Przed Mobile Division było coś takiego jak Experimental Mechanized Brigade. I jak pisze Guderian w Achtung Panzer! (samemu nie będąc jednak krytycznym!), ta brygada skład miała następujący:
    1) 1x Kompania tankietek Carden Lloyd do celów rozpoznawczych
    2) 2x Kompania samochodów pancernych Lanchester – również do celów rozpoznawczych
    3) 1x Batalion czołgów średnich na czołgach Vickers Medium – Guderian nie wyjaśnia ile kompanii było w tym batalionie, lecz pewnie trzy;
    4) 1x Holowany dywizjon artylerii polowej – na ciągnikach artyleryjskich zmechanizowanych Dragon Medium – tu nie tłumaczy ile było luf, ale przy standardowych sześciu lufach w batalionach ciężkich zapewne osiemnaście haubic 6-inch łącznie;
    5) 1x Samobieżna bateria lekka – to jest zabawna rzecz, bo chodzi tu o sześć wozów typu Birch Gun, pierwszych seryjnie produkowanych dział samobieżnych w historii wojskowości. Było to podwozie czołgu Vickers Medium z nałożoną nań armatą 18-Pounder, poprzednika 25-Poundera. Pamiętajmy, że Birch Gun był tylko w fazie eksperymentalnej i na manewrach część baterii udawały ciężarówki obudowane tekturą :V
    6) 1x Zmotoryzowany batalion CKM;
    7) 1x Zmotoryzowana kompania saperów;
    8) 1x Zmotoryzowana kompania łączności;

    W tej dość zabawnej strukturze rzuca się w oczy, że… tak, brygada pancerna nie miała organicznej osłony dedykowanej piechoty xD Saperzy służyli naturalnie oczyszczaniu przeszkód dla czołgów. Do teraz osobiście nie rozumiem po jakiego grzyba było im tyle CKMów extra, skoro ówczesne czołgi pełniły rolę opancerzonych CKMów. Zwraca za to uwagę, że około połowa wszystkich opancerzonych pojazdów pełni role rozpoznawcze. Jest to częściowo zgodne z brytyjską doktryną w tej kwestii, ale wynika też z aspektu historycznego. W latach ’30 broń przeciwpancerna nie była jeszcze tak powszechna i uważano, że jeden batalion czołgów średnich spokojnie przełamie wszelki opór, a poważne zabezpieczenie tego batalionu służy jego prawidłowemu użyciu przeciwko nieprzyjacielowi. Da się to zrobić z całą kompanią od radiowej łączności oraz takiej ilości rozpoznania do wspomnianego wcześniej screeningu.

    Pamiętajmy też, że ci ludzie nie mieli niczego, na czym mogliby się wzorować i wymyślali wszystko od podstaw. To tak, jakbyście dziś mieli wymyślać memy z kotami bez internetu :3

    Pierwowzory Mobile Division były kilkukrotnie zmieniane, rzuciłem tylko pierwszą strukturę jako ciekawostkę. Ostatecznie Mobile Division ukształtowała się mniej więcej w ten sposób – mniej więcej, bo źródła bywają rozbieżne kiedy cytują jeden z kilkunastu wariantów (tak, zmiany były tak częste, w końcu to eksperymentalna jednostka):
    1) 2x Brygada kawalerii pancernej – każda z batalionem samochodów pancernych, batalionem piechoty zmotoryzowanej oraz batalionem czołgów lekkich. Jej zadaniem był screening;
    2) 1x Brygada czołgów właściwych – z czterema batalionami czołgów średnich Vickers Medium;
    3) Wsparcie – tu źródła są bardzo luźne, Guderian twierdzi, że około batalion armat, batalion saperski i batalion łączności;

    Było tu łącznie około ~150 czołgów średnich, kilkadziesiąt lekkich, tyle samo samochodów pancernych i mniej więcej ~2000 żołnierzy piechoty do osłony plus kilkuset saperów i łącznościowców.

    Była to struktura już znacznie bardziej przypominająca to, co my dziś znamy jako dywizję pancerną – i było w niej porównywalnie tyle wozów ile w późniejszej niemieckiej dywizji pancernej, choć o lżejszym charakterze.

    Już w czasie wojny Brytyjczycy przejdą na nieprzekombinowaną strukturę dywizji pancernej z – zasady z trzema batalionami czołgów i jednym piechoty zmechanizowanej, przy czym te jednostki i tak zwykle będą rozdzielane, ale o tym niżej.

    Co do Francuzów, z powodu większych rozmiarów swojej armii Francuzi powołali znacznie więcej jednostek, acz były one z zasady aktywowane już po wrześniu 1939 roku, choć w oparciu o struktury wypracowane w latach 1936-1938 na podstawie nowego Regulaminu Polowego Armii Francuskiej z tegoż właśnie 1936 roku.

    Francuzi dysponowali trzema podstawowymi typami wojsk pancernych i/lub zmechanizowanych – bo oni jako pierwsi stworzyli coś, co można nazwać dywizją zmechanizowaną (uwaga, pomijam typowe dywizje zmotoryzowane, które też mieli):
    1) DLC – czyli dywizje kawalerii lekkiej (nie będę tego po francusku pisać bo i tak mi nie wyjdzie) – były wagowo „najlżejsze” i stanowiły zabezpieczenie rozpoznawcze korpusu kawalerii. Ich skład był mniej więcej następujący:
    a) Brygada kawalerii zmechanizowanej – w składzie:
    - pułku rozpoznania pancernego – w składzie dwóch batalionów rozpoznawczych, a w każdym kompania samochodów pancernych i kompania motocyklistów;
    - pułku kawalerii zmechanizowanej – w składzie dwóch batalionów kawalerii zmechanizowanej, a w każdym kompania czołgów rozpoznawczych oraz dwie kompanie piechoty zmechanizowanej z silną kompanią broni (CKMy, armaty ppanc. etc. – muszę skracać bo to będzie dłuższe niż ekonomia Chile);
    b) Brygada kawalerii – w składzie dwóch pułków kawalerii, tam zaś po dwa bataliony po dwie kompanie każdy i do tego znów dość ciężkie kompanie broni. Kawaleria jest na koniach;
    c) Pułk artylerii – z zasady dwa bataliony armat różnych kalibrów;
    d) Batalion artylerii wsparcia – z baterią ppanc kalibru 25mm, drugą kalibru 47mm i baterią przeciwlotniczą 25mm
    e) I wsparcie;

    Jak widać DLC był mobilną jednostką, ale dość słabą w sile ognia. W oczy rzuca się niepełna mechanizacja, ale przede wszystkim brak „poważnych” czołgów. Plusuje solidne wsparcie bronią przeciwpancerną jak na mały skład osobowy tej jednostki – bataliony są zwykle tylko dwukompanijne. Ale jest to cecha tradycyjnych jednostek kawalerii na całym świecie.

    2) DLM – czyli dywizja kawalerii zmechanizowanej – to jest backbone, czyli podstawa korpusu kawalerii. To ta jednostka w razie przełamania ściga nieprzyjaciela (przy osłonie flanek prowadzonej przez DLC), a także prowadzi akcje opóźniające i blokujące w defensywie. Skład był następujący:
    a) Brygada zmechanizowana (z nazwy), ale de facto pancerna – a w niej po dwa pułki czołgów kawalerii, w każdym po dwa bataliony, a każdy batalion złożony jest z dwóch kompanii – jednej czołgów Somua S35 i jednej czołgów R-35. Warto zwrócić uwagę na swoiste „rozbicie” najlepszych Somua S35 po jednostkach, co oczywiście osłabia koncentrację, ale też likwiduje słabe punkty – zgodnie z doktryną (nasza linia wszędzie jest silna tak samo). Dla uproszczenia – mamy cztery kompanie Somua i cztery kompanie R-35 łącznie, ok. 100 czołgów łącznie;
    b) Brygada zmechanizowana lekka – w składzie:
    - pułku rozpoznania pancernego takiego jak w DLC (samochody pancerne i motocykle) oraz
    - pułku kawalerii zmechanizowanej – a tam trzy bataliony piechoty zmotoryzowanej (ale na ciężkich ciężarówkach Laffly), a w składzie każdego z batalionów – dwie kompanie zmotoryzowane, kompania broni ciężkiej, kompania zwiadu motocyklowego oraz kompania lekkich czołgów rozpoznawczych – tak, to jest znów przykład potężnego batalionu, który do pokonania wymaga dużego nakładu sił i środków;
    c) Wsparcie – takie samo jak w DLC;

    Tutaj rzuca się w oczy, że batalion batalionowi nierówny, a pułk pułkowi – także. W ogóle warto zwrócić także uwagę, że od razu bataliony/pułki są bardzo przemieszane co do struktury – tu mamy przykład sztywnego francuskiego systemu zarządzania, który wykluczał tworzenie wszelkich ad hoc grup operacyjnych. Na przykład po co mieć dedykowany batalion czołgów rozpoznawczych i przydzielać go dragonom (tak nazywa się piechota zmotoryzowana w kawalerii francuskiej do dziś), skoro od razu można go rozdzielić po batalionach?

    Szybka uwaga – jeżeli piechota była zmechanizowana rzeczywiście, to chodzi o ciągniki zmechanizowane Citroen K-19, to był typowy halftrack, przy czym pozostawał nieopancerzony i nieuzbrojony. Działał jak bardziej mobilna ciężarówka.

    Oczywiście to musiało być logistyczne piekło.

    3) DC – czyli właściwa dywizja pancerna, która była pod dowództwem i zarządzaniem armii, a nie kawalerii, choć zachowywała elementy nazewnictwa kawalerii. Jej struktura w 1940 roku to:
    a) Brygada czołgów ciężkich – w niej dwa bataliony takich czołgów po trzy kompanie;
    b) Brygada czołgów lekkich – a w niej dwa bataliony takich czołgów po trzy kompanie;
    c) Na brygadę przypadał jeden batalion piechoty zmechanizowanej – a tam trzy kompanie piechoty liniowej i kompania broni z moździerzami i armatami ppanc. – przy czym była to mechanizacja właściwa na pełnych, gąsienicowych wozach opancerzonych typu Lorraine 37L, które jednakże były nieuzbrojone, acz RKM drużyny, którą przewoził, mógł z niego dość swobodnie strzelać;
    d) Pułk artylerii na ciągnikach zmechanizowanych;
    e) Kompania armat 47mm oraz kompania saperów;

    Taką dywizją dowodził m. in. Charles de Gaulle w czasie kampanii 1940 roku walcząc pod Abbeville (tak, tym Abbeville).

    W związku z tak stworzonymi wyżej strukturami – bo obok nich były oczywiście liczne samodzielne bataliony czołgów różnych typów, nie wchodzące w skład tak dużej struktury jak dywizja – Alianci wytworzyli podział czołgów taki jak na załączone grafice. Przekładając ją nieco na tekst:

    Czołgi dzielą się na:
    1) Czołgi piechoty – zwane we Francji Char (potem Blindee), a w UK jako Infantry Tanks zarządzane logistycznie przez armię i przynależne do armii. Te czołgi cechuje ograniczona prędkość, byleby nie były wolniejsze od piechoty i nie opóźniały natarcia, ale za to solidne uzbrojenie, pancerz i masa własna (do miażdżenia stanowisk wroga). Te czołgi mają operować w bezpośredniej bliskości piechoty i w tej sposób osiągać potężną siłę ognia na odcinku.
    Te jednak dzielono z zasady na:
    a) Char Legers, czyli dość nieintuicyjnie czołgi lekkie (co nie ma nic wspólnego np. z polskim lekkim 7TP) – tu chodzi o organiczne dywizyjne czołgi, najlepszy przykład to Renault R-35 towarzyszący francuskim dywizjom piechoty. Te czołgi miały być nietykalne dla zagrożeń typowych dla piechoty, czyli bunkry, umocnienia i stanowiska ppanc. Mogły też walczyć z wrogimi czołgami, ale średnio było z ich skutecznością na tym polu.
    b) czołgi typu Char de Bataille, służące przełamaniu. Te zwykle działały tylko jako niezależne bataliony na poziomie co najmniej korpusu i były przydzielane do punktu ciężkości natarcia. Po przełamaniu zwykle już nie nadążały, ale nie były tak bardzo potrzebne. To te charakterystyczne kolosy w stylu Chara B1 czy brytyjskich Matild.
    - ten podział jest rozmyty u Brytyjczyków, zwykle nie funkcjonuje, ale zdarza się podział na Infantry Tank i Heavy Infantry Tank.
    2) Czołgi kawalerii – czy też we Francji Automitrailesses (naprawdę, jebać ich język – mówię po niemiecku i to jest intuicyjne, oni przynajmniej nie seplenią), na szczęście Brytyjczycy zwą to po prostu Cruiser Tank. Te utrzymywane były przez kawalerię i miały być przede wszystkim szybkie, a nie ciężko opancerzone. Dzieliły się dalej na:
    a) Automitrailleuses de Combat – to były główne nośniki walki kawalerii, jak Crusader czy Somua S35, zwykle były szczytem technologii pancernej jaką kraj dysponował – to nimi atakowano i prowadzono walkę manewrową;
    b) Automitrailleuses de Reconeissance – to były czołgi służące screeningowi skrzydeł czołgów typu de Combat, były ekstremalnie szybkie, ale zwykle fatalnie uzbrojone;

    W późniejszym czasie, gdy Brytyjczycy zaczęli współdzielić technologiczne rozwiązania z Amerykanami, można zaobserwować, że podział nadal się utrzymuje. Z zasady do ról pełnionych przez Char Legers delegowano Shermany – bo Infantry Tanks to nadal były Churchille. Za to mało kiedy czołgi szybkie typu cruiser – a więc Cromwelle, potem Comety – delegowano do wsparcia piechoty, te działały zwykle samodzielnie.

    Innymi słowy podział był jak najbardziej aktualny do końca wojny, a Alianci z niego nigdy nie zrezygnowali.

    OK, wiem że jest przydługawo, ale jeszcze muszę chwilę pomęczyć, żeby wytłumaczyć sam mechanizm użycia czołgów.

    Dywizje pancerne – będące w Wielkiej Brytanii następcami dywizji kawalerii – tak jak pisałem wcześniej, w razie przełamania ścigały i eliminowały uciekającego nieprzyjaciela, tak jak kiedyś szarża kawalerii masakrowała złamane formacje wroga zadając ~80% strat w czasie całej bitwy. Nie bawiono się w Blitzkrieg, acz oczywiście jak była możliwość to jak najbardziej okrążano nieprzyjaciela, to nie tak że Brytyjczycy pozwalali im uciekać, żeby ich później pozabijać czy coś.

    Ważniejszy jest jednakże wątek czołgów towarzyszących piechocie. Bo wielu Wehraboos czy jak oni się tama nazywają – fanbojów Niemców ogólnie – twierdzi, że to taktyka nieprzystająca do nowoczesnego prowadzenia wojny, blebleble.

    Otóż mam złe wieści – to właśnie ta taktyka uwzględniona w doktrynach zachodnich wygrała wojnę XD I już tłumaczę dlaczego. Wychodzi to zwłaszcza w drugiej połowie 1944 roku.

    Alianci preferowali mieć więcej czołgów, ale ogólnie dobrych – czyli nie słabych i nie kosmicznych. Stąd też słuszna skądinąd koncepcja, że Sherman mógł być najlepszym czołgiem drugiej wojny światowej, bo łączył dobry pancerz z dobrą siłą ognia i dobrą mobilnością – po prostu, był we wszystkim dobry, choć w niczym nie był doskonały. Był też dość tani i dlatego mógł wspierać piechotę na każdym odcinku – tu przypominam, że cechą doktryn zachodnich jest ścisły nacisk na wyprowadzenie przewagi ekonomii produkcji i nie jest to wada. Bombardowania strategiczne Niemiec nie służyły tylko dobrej zabawie blessed good guy Harrisa – służyły zmaksymalizowaniu przewagi produkcyjnej Aliantów.

    W rezultacie, jakby spojrzeć na ogólną szerokość frontu, to Alianci czołgi mają zawsze i wszędzie, w porządnej ilości. Niemcy dla odmiany używają ich w koncentracji – ich dywizje pancerne sobie, a dywizje piechoty też sobie, skazane są tylko na niewielkie ilościowo wsparcie StuGów albo niszczycieli czołgów np. Marderów – bo to tylko takie jednostki pancerne wchodziły w skład niemieckiej dywizji piechoty i było to zwykle kilkanaście wozów na dywizję (!).

    W rezultacie, gdy Alianci atakowali tam, gdzie Niemcy mieli dywizje pancerne, zwykle przegrywali. Tylko, że porażka wyglądała w ten sposób, że Alianci dosyłali posiłki i starali się trzymać te dywizje w klinczu czy też szachu i zwalczać je artylerią i lotnictwem – zgodnie z brytyjską koncepcję pinning the enemy w ramach GBP. Te porażki są słynne medialnie, bo zwykle pojawiają się tam Tygrysy gwałcące małe Shermany czy kilka Panter zatrzymujących dzielne brytyjskie Cromwelle.

    OK, no działo się to, nikt tego nie neguje.

    Tylko że w tym samym czasie na reszcie frontu atakowały dziesiątki innych dywizji alianckich – i one wszystkie miały czołgi na doczepkę, cięższe lub lżejsze. W sile co najmniej batalionu (tak z 50 maszyn różnych typów), a zwykle znacznie większej. Przeciwko temu stała biedna, pierdolona niemiecka piechota i ich ciągnięte przez konie armaty przeciwpancerne i te kilka biednych Marderów z kradzionymi radzieckimi armatami. Pamiętajmy, że wszystkie te bronie były szczególnie podatne na ostrzał artylerii (słabe lub zerowe opancerzenie) oraz złapanie przez piechotę (zerowa mobilność).

    Oczywiście jakieś straty tam aliantom zadawano, trafienie z Paka 40 w Shermana to nie jest przyjemna dla Shermana rzecz. Ale zwykle te walki kończyły się tym, że Shermany/Churchille gwałciły małe niemieckie stanowiska i etapowo – masakrując jeszcze co trzeba artylerią i stabilnym atakiem piechoty – wypieprzały Niemców z powrotem do swojego kraju. I to pomimo tego, że Niemcy walczyli dzielnie i pomysłowo, używając maksimum terenu na swoją korzyść.

    Co z tego, że Niemcy zwyciężali w wojnie czołgów, jeśli przegrywali w każdej innej?

    Metodyzm i konsekwencja wygrały wojnę Aliantom. Metodyzm i dobre zarządzanie siłą ognia. I te okazały się obiektywnie lepsze i wydajniejsze niż odważne, samodzielne ofensywy Panzerwaffe – choćby te ostatnie budziły postrach i dominowały w narracji o wielkiej potędze Rzeszy.

    Na zakończenie – ten kto rozumie co chcę przekazać może już skończyć czytać, bo nic nowego się nie dowie – przykład dedykowany dla Wehraboos. Jeżeliby przełożyć realia historyczne i taktyczne do standardu gier komputerowych, znanych i popularnych, jak Steel Division czy War Thunder (WoT to takie gówno że nie będę się odnosił), to gry te powinny wyglądać następująco:

    Steel Division – po wybraniu jako Państwo Osi w lobby dywizji pancernej jako podstawy swojej talii, gra daje ci ~80% szansy na automatyczną zmianę twojej talii na dywizję piechoty – ups, po prostu tyle mniej więcej miałeś procentowej szansy, że na twoim odcinku frontu, dowódco, nie będzie czołgów. Alianci też powinni mieć ten limit – ale powinni mieć swobodny dostęp do czołgów w dywizjach piechoty.

    War Thunder – kiedy wchodzisz jako Niemcy do gry, gra daje ci losowe ~90% szansy na to, że automatycznie przekonwertuje przy spawnie twoją dzielną Panterę w stanowisko armaty przeciwpancernej, najlepiej PaK 38 albo PaK 40. Gra może łaskawie przy 50% szansy nałożyć na ciebie trawę. Alianci grają bez ograniczeń tym co sobie wybiorą 

    Jeżeli będzie mieć miejsce tzw. rage quit wskutek wyniku losowania, gra usuwa wasz klucz z bazy klientów bez zwrotu pieniędzy za produkt (za niesubordynację w Wehrmachcie można było mieć kłopoty. Poważne).

    W ostatniej części będzie podsumowanie i przykłady praktyczne.

    /MK

    EDIT: Jak mnie słusznie olśniono, wszelka francuska piechota zmechanizowana tego okresu nosiła już tylko miano dragonów. Szaserami zwano już wtedy formacje samochodów Pancernych, acz nazwa ta aplikuje się także do np. Kompanii motocyklowych w tych strukturach. Także byli w takich dywizjach i szaserzy i dragoni, ale przy piechocie liniowej kawalerii tylko i zawsze dragoni.

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: 83642619_2996580443700022_1358134668347572224_o.png

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Żołnierze Commonwealthu podczas walk w Afryce Północnej, 1942 rok. Czy to Brytyjczycy? Przyjrzyjcie się co jeden z żołnierzy ma w ręku ;)

    Nie sądziłem, że można dynamicznie opisać doktrynę, ale chyba mi się udało :V

    SŁOWO O FRANCUSKIM ORAZ BRYTYJSKIM SPOSOBIE PROWADZENIA WOJNY – DOKTRYNY – CZĘŚĆ 5

    Ostatnio było, przypomnę, głównie o strukturze batalionu, która w tym przypadku musiała być omówiona.

    A więc mamy ów potężny batalion, który będzie nam nośnikiem naszej bitwy.

    Przede wszystkim, ten sam batalion zapewnia, co zapewne gracze skądinąd słabego Hearts of Iron 4 będą znali, tzw. battle width. Czyli inaczej szerokość frontu jaki podpada pod konkretny batalion. Dla przykładu, batalion może mieć szerokość frontową na poziomie ok. 2 kilometrów. I niemiecki batalion będzie tam mieć trzy kompanie liniowe, a Brytyjski… cztery. To nie jest tak, że Brytyjczycy są „szersi”. Oni mają już na wejściu taktyczną przewagę ilościową na swoim odcinku samą swoją strukturą. Trzymanie frontu jako takiego – w odcinkach nie interesujących Brytyjczyków – robią przypominam sojusznicy, stąd mogą sobie na to pozwolić.

    Druga kwestia to coś, co dzisiaj w US Army nazywa się calories burning, czy też po prostu paleniem kalorii. Amerykanie tłumaczą to tak: mamy bieg na 400 metrów. Nasz oponent wystawia najszybszego biegacza świata na tym dystansie. My wystawiamy sztafetę czterech dobrych biegaczy. Z każdym okrążeniem nasz nieprzyjaciel będzie słabnąć, albowiem spala więcej kalorii – tymczasem nasza sztafeta będzie cały czas świeża.

    Zabezpieczenie batalionu czterema kompaniami pozwala w praktyce rozmieścić go następująco: dwie kompanie, np. A oraz B, z przodu. Kompanie C oraz D stanowią odwód batalionu i trzymają się w ataku około kilometr za siłami głównymi. W obronie bywa w praktyce różnie – zwykle jest rotacja 3:1, ale bywa i tak że wszystkie cztery kompanie są w linii. Ewentualnie Brytyjczycy budują obronę w głębi w oparciu o ten mechanizm. Brytyjska doktryna jednoznacznie nie działała w oparciu o wyraźne zasady prowadzenia obrony jako takiej, ale o tym za moment.

    W praktyce więc na poziomie brygady mamy 12 kompanii liniowych (4 w każdym z 3 batalionów). Przy typowym rozmieszczeniu 6 jest w linii. Jeżeli do tych sześciu przyporządkujemy batalionowe kompanie karabinów maszynowych to statystycznie wychodzimy mocniej w CKMach na batalion niż Niemcy czy Francuzi. Rozumiecie już dlaczego Brytyjczycy nie mieli w batalionie dedykowanych CKMów?

    Ale to nie koniec. Pamiętajmy o tej potężnej mechanizacji. Luki pomiędzy tymi dwoma kompaniami zapewnia te około ~20 transporterów opancerzonych, większość uzbrojona w dodatkowe karabiny maszynowe, odpornych oczywiście na ogień piechoty. Do zniszczenia Universal Carriera z zasady potrzeba ognia CKM lub broni przeciwpancernej. To będzie nasz pierwowzór późniejszego tzw. battle taxi

    Natarcie otwiera się huraganowym ogniem artyleryjskim – może to tez być ogień kroczący, Brytyjczycy przyjęli creeping barrage od Francuzów. Skąd się ten ogień bierze? A no z wielkiej ilości armat i haubic, w jaką Brytyjczycy także inwestowali. Były to głównie haubice 25-Pounder kalibru ~88mm. Szczególną cechą konstrukcyjną tych haubic był obrotowy tzw. gun carriage. W sumie widać to prawie na każdym zdjęciu – ta haubica stoi zwykle na takiej jakby obręczy. Wkładano na tę konstrukcję haubicę, a jej koła chowano do środka. Przy strzelaniu odrzut szedł w ziemię bezpośrednio pod nią, przez co działo w ogóle się nie przemieszczało, co pozwalało na bardzo wysoką celność ognia. Do tego obręcz można było bardzo szybko obracać, co pozwalało niemal natychmiast zmieniać pole ostrzału. Oczywiście w skali korpusu były i armaty oraz haubice wysokokalibrowe. Dla przykładu, w maju 1940 roku w składzie BEF było 19 samodzielnych batalionów różnych kalibrów. Do tego około 11 pod dowództwem każdego korpusu, no i w każdej dywizji – kolejne 3 bataliony. Daje to luźno 27+33+19=79 batalionów haubic. Mogłem się o kilka pomylić w liczeniu, ale to nic nie szkodzi :V

    To wszystko – te 79 batalionów – osłaniało około ~27 batalionów liniowej piechoty, bo mniej więcej tyle mieli Brytyjczycy we Francji. W praktyce – przy uwzględnieniu rotacji i tak dalej – jeden batalion w kluczowym momencie mógł liczyć na wsparcie około 4,5 bataliona haubic różnych kalibrów. Czyli na nieprzyjaciela spadały pociski z mniej więcej stu haubic naraz. Czy atakował czy się bronił, w sumie bez różnicy.

    Niemcy to tyle artylerii w jednym miejscu chyba nigdy nie widzieli :V

    Nie wspominam jeszcze o tych kilkunastu, może więcej, samodzielnych batalionach CKM na szczeblach armii i korpusu, dających kolejne setki CKMów Vickersa do dyspozycji xD

    Generalnie brytyjskie struktury nie dzieliły tego co ich francuski odpowiednik – czyli nie były sztywne. Normą było łączenie jednostek w zespoły ad hoc, oficerowie byli szkoleni – podobnie jak niemieccy – by przyjmować płynnie pod swoje dowództwo różne typy broni, a potem płynnie je oddawać. W całym procederze było sporo łączności radiowej oraz całych dedykowanych formacji łączników o wysokiej motoryzacji. Pod względem Command & Control Brytyjczycy bili Francuzów na głowę, a z Niemcami rywalizowali jak równy z równym.

    Pamiętajmy jednak, że Brytyjczycy nie stosowali koncepcji armii ludowej – przypominam, że ich siły były raczej mniejsze i dużo bardziej profesjonalne. BEF miał we Francji w swoim założeniu mieć (nie wszystko zdążyło dopłynąć) dziewięć Infantry Divisions. Na papierze jest to niespełna 10% stanu francuskiej armii. W rzeczywistej sile ognia – co najmniej trzy razy więcej.

    Trzeba było jednakże to wszystko logistycznie ogarnąć. I tu wchodzi… well, logistyka :3

    British Army ma kilka gałęzi, tzw. branchy, które działają w roli administracyjnego podziału armii. Do dziś większość armii dawnego Commonwealthu stosuje ten podział – na przykład siły zbrojne RPA. I tak obok Infantry Branch, Cavalry Branch czy Armoured Branch, mamy też dedykowany Signal Corps – jednostkę specjalizującą się konkretnie w zapewnianiu łączności, a organizacyjnie mającej status tak wysoki jak w Polsce teraz Obrona Terytorialna czy Wojska Specjalne czy Lotnictwo. Ale przede wszystkim mamy najpotężniejszą gałąź, czyli coś, co dzisiaj nazywa się Combat Sevice Support, a składają się na to trzy korpusy tzw. pomocnicze:
    1) Royal Logistics Corps – w czasie drugiej wojny kilkaset tysięcy (!) ludzi przeznaczonych dosłownie tylko do wsparcia logistycznego – organizacji transportu amunicji, zabezpieczenia umocnień, rozpoznawania potrzeb i zagrożeń logistycznych – nikt, ale to nikt, przez całą drugą wojnę, jak potężna i szeroka, nie miał tak doskonale zorganizowanej logistyki jak Brytyjczycy.
    2) Corps of Royal Electrical and Mechanical Engineers – czyli REME – kolejne kilkadziesiąt tysięcy dedykowanych inżynierów polowych działających w polowych warsztatach naprawczych, zwykle już w 1940 roku całkowicie zmotoryzowanych – nikt tego nie miał.
    3) Army Medical Services – w skład której wchodzi Royal Army Medical Corps, dedykowana jednostka konkretnie od zarządzania szpitalami i ewakuacją rannych (pełna motoryzacja oczywiście), oraz do tego Royal Army Dental Corps (! xD) – jednostka aktywna od 1921 roku i wyspecjalizowana konkretnie w zabiegach dentystycznych (!)

    Chyba nie muszę sugerować, że za tym wszystkim stało płynne przestawianie przemysłu na produkcję zbrojeniową?

    Czy znacie sytuacje, gdzie British Army musiała odstąpić od walki (nie licząc nieszczęsnej Dunkierki) w latach 1940-1945 z powodu trudności logistycznych?

    A więc rąbie nasza urocza artyleria. Piechota przygotowuje się do natarcia – piechocie mogą oczywiście asystować czołgi. Natarcie prowadzi zmechanizowane rozpoznanie. To już pierwszy zysk, bo np. Niemcy mają armaty przeciwpancerne w strukturze pułkowej i mogą ich nie mieć na tym odcinku. Klops. Jeśli mają to powodzenia życzę w strzelaniu w małe zwinnej Carriery. Rozpoznanie przekazuje na bieżąco informacje o zagrożeniach dla piechoty, lecz samo jednocześnie walczy – w końcu ma od tego opancerzone wozy i masę Brenów! Powoduje to już na dzień dobry chaos po stronie nieprzyjaciela, a do tego może prowadzić do błędnego ustalenia rzeczywistej siły tego rozpoznania. I na przykład pomylenia go z dużo silniejszą jednostką.

    Piechota naciera w sile co najmniej dwóch kompanii osłaniając się ogniem RKMów i celnym strzelectwem. Strzelectwu w British Army przykładano szczególnie dużo uwagi. Lepsze szkolenie strzeleckie najprawdopodobniej mieli tylko amerykańscy Marines. Od piechoty oczekiwano, żeby przede wszystkim – przy całym tym wsparciu, co dobrze działało psychologicznie – nacierała nieustępliwie i na bieżąco, własną inicjatywą i pomysłowością, eliminowała bieżące zagrożenia.

    Tu raz jeszcze wychodzi różnica względem Francuzów – mamy dużo mniej usztywnione dowodzenie, a oficerowie mogą wykorzystywać własną inicjatywę. Sprowadza się to jednak do niższego szczebla – jak widać cały mechanizm nacierania brytyjskiej armii to jest płynnie funkcjonująca maszyna profesjonalistów.

    Za piechotą podążają dalsze Universal Carriery przewożące po polu walki CKMy, moździerze, ewentualnie saperów – oraz meldunki. Być może CKMów brakuje Brytyjczykom (teoretycznie) na głowę. Ale Brytyjskie wsparcie jest niebywale mobilne w porównaniu do Francuzów czy Niemców – w przeciągu kilku minut jest w stanie pokonywać, nawet pod ogniem, wielkie dystanse na sektorze trzymanym przez batalion. Do tego dzięki transportowi mechanicznemu to wsparcie nie pali kalorii. Niemieckie obsługi CKM muszą przemieszczać się siłą własnych nóg po polu walki. Brytyjskie Vickersy będą tam znacznie szybciej i dużo niższym wysiłkiem. A w najgorszym razie transportery zadziałają jako tarcza zasłaniająca CKM na przykład przy przeładowaniu.

    Brytyjskie natarcia generalnie mało kiedy się załamywały. Trzeba pamiętać, że zwykle takie natarcie odbywało się na całym, szerokim odcinku – zgodnie z zasadą, że nie mamy słabych punktów. W rezultacie obrońcy ciężko jest ocenić gdzie ma skierować odwody, a metodyczne natarcie ciężko jest złapać kontratakiem z flanki.

    Właśnie. Flanki. Brytyjczyków interesowało przede wszystkim całkowite obezwładnienie nieprzyjaciela. Dlatego też było normą, że sektory, gdzie przełamanie szło najlepiej, gdy docierały do swojego limitu, wprowadzały własny odwód, czyli przysłowiowe kompanie C oraz D. Te kompanie – jeżeli z ataku przechodzono do obrony – zwykle miały przyjąć na siebie kontrataki. Sporo sił kontratakujących będzie zmęczonych wcześniejszymi walkami, bo paliły kalorie. Pamiętajmy, że wsparcie batalionu przechodzi pod te kompanie – i do tego jest mniej zmęczone dzięki mechanizacji, może walczyć dłużej. I tak znowu hordka Carrierów manewruje tam, gdzie akurat linia obronna się łamie i trzeba przywalić z moździerzy. Często zwiad działa jak mobilny odwód karabinów maszynowych przez duże ilości Brenów.

    W innym przypadku, jeżeli na przykład atak załamuje się u sąsiednich batalionów, kompanie C oraz D mogą zmienić kierunek natarcia pozostawiając obronę zmęczonym kompaniom A oraz B. Wtedy, przy zmianie kierunku natarcia, te kompanie wspierają sąsiednie bataliony, dając im jeszcze większą lokalną przewagę. Ludzie od taktyki drużyny zrozumieją, jeśli bowiem że brytyjskie natarcie piechoty to jest jeden gigantyczny 3 second rush! Jeden pcha do przodu, drugi kryje, zamiana, i tak dalej. A dla tych mniej obeznanych w taktyce drużyny – to jest tak jakbyście grali w szachy i zamiast pionków mieli w pierwszej linii same wieże. I moglibyście grać wszystkimi naraz w jednej turze.

    Podobnie jak Francuzi, Brytyjczycy raczej preferowali atakować w zasięgu własnej artylerii, choć dużo chętniej wychodzili poza niego dzięki inicjatywom dowódców. Często dedykowane zespoły artylerii miały za zadanie stawianie ognia zaporowego za linią nieprzyjaciela. W ten sposób wróg wycofując się byłby zmuszony przebiec przez pole śmierci artylerii, prawdopodobnie ginąc dziesiątkami. Dzięki temu często dochodziło do kapitulacji wrogiej jednostki przy przełamaniu, bo ta po prostu nie miała jak się cofać. W szczególności działało to na włoskich żołnierzy w Afryce, gdzie nie mieli za bardzo jak ukryć swoich manewrów. Opisywałem tę taktykę w serii wpisów o boju o Carmuset er Regem (Pojawi się na wykopie - Mleko) , gdzie Polacy zdołali zgarnąć kilkuset jeńców.

    Taktyka ta mało kiedy działała jednak na Niemców. Dzięki lepszym oficerom, Niemcy byli znacznie mniej przewidywalni na polu walki i byli w stanie wyślizgiwać się z takich ścian.

    I tak też wyglądało natarcie – Brytyjczycy raaaaczej nie preferowali wymuszać ataków jak Francuzi, za to chętnie zakładali skorzystanie z francuskiego rozwiązania, wchodząc zamiast Francuzów w fazę ofensywną bitwy metodycznej, zwłaszcza przy swojej przewadze technologicznej.

    W obronie – zwłaszcza w Afryce – Brytyjczycy używali (nauczeni po Francji) czegoś zbliżonego do hedgehog defence. Nazywało się to Brigade Boxes i były to zespoły oparte o strukturę brygady z dołączonymi jednostkami mobilnymi samochodów pancernych i czołgów, a artylerią w środku. Taką jednostkę ciężko było szybko wyeliminować, a pancerny i zmotoryzowany element pozwalał na prowadzenie rajdów zaczepnych, gdyby Brigade Box został objechany i zignorowany przez atakującego w blitzkriegu.

    Brytyjczykom ogólnie bardzo ciężko było przeszkodzić w takim ataku. Linia jest zwykle dobrze obsadzona i nawet atakiem prewencyjnym ciężko było wysadzić ich z siodła. Jeżeli już tego typu natarcia się nie powodziły, to działo się tak głównie za sprawą bardzo korzystnego terenu oraz bardzo wysokiej jakości żołnierzy przeciwnika, którzy potrafili np. przetrwać huraganowy ogień artylerii.

    Grand Battle Plan wyłożył się niestety w Birmie, gdzie teren był już ekstremalny. Tam porzucono ten motyw na rzecz walki w kolumnach wzorem jednostek zwanych Chinditami, o których może kiedyś napiszę.

    Pokrótce jeszcze jedno zdanie o roli kawalerii. Ta była bardzo podobna do roli francuskiej. Pierwsze czołgi to generalnie w armii brytyjskiej zmechanizowana kawaleria. Czołgi miały oczywiście gonić uciekających w przypadku przełamania – tak jak u Francuzów. W obronie miała też działać na zasadzie screeningu, co opisywałem ostatnim razem.

    Ale jest jeszcze jeden ważny motyw, i to bardzo istotna część Grand Battle Planu. W tej doktrynie szalenie ważnym jest, żeby to Brytyjczycy wybierali sobie MIEJSCE STOCZENIA BITWY. W założeniu GBP wystarczy kilka przyjętych przez przeciwnika walnych bitew do całkowitego zaorania jego możliwości bojowych. Wszelkie mniejsze bitwy czy starcia toczące się jakby „na przedpolu” służą tylko temu, żeby ostatecznie przeprowadzić bitwę na warunkach brytyjskich. W ten sposób więc Brytyjczycy budowali inicjatywę. W odróżnieniu od Francuzów nie czekali na atak nieprzyjaciela, ale raczej starali się skierować wroga w korzystne dla siebie miejsce do stoczenia bitwy. I temu służyła ich kawaleria. Jest to szczególnie widoczne pod El-Alamein, stąd rozpiszę się o tym przy przykładach.

    W Europie jest tylko jeden wyraźny przykład wyjścia z tej doktryny. Jest to oczywiście Market Garden, gdzie zdecydowano o szybkim nacieraniu w szpicy pancernej w celu połączenia ze spadochroniarzami. Jak to się skończyło? No chyba wszyscy wiemy. Brytyjska doktryna nie uczyła nic na temat szybkiego radzenia sobie z nagłymi stratami – co do zasady należało się zatrzymać, ocenić sytuację, sformować ekipę uderzeniową i zaatakować w oparciu o połączone siły czołgów, piechoty i artylerii. Tymczasem Niemcy byli uczeni, by stratami się nie przejmować i kontynuować – liczyła się szybkość. Brytyjczycy nieszczególnie zdawali się to rozumieć.

    Najlepszym przykładem perfekcyjnie wykonanego Grand Battle Plan jest El-Alamein. Ale ten wpis i tak jest cholernie długi, więc pozwolicie, że to będzie w części ostatniej

    A w następnej krótko o koncepcji czołgów obydwu krajów.

    Cdn…

    /MK

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: 84141067_2994445607246839_5126065960519729152_o.png

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Universal Carrier z rzutu od góry. Dobrze widoczny jest karabin przeciwpancerny Boys przy pozycji strzelca (a więc jest to Boys Carrier). Bren przewożony jest w prawym przedziale desantowym. Na środku widać stelaż, który może być rozłożony do postawienia na nim np. CKMu Vickersa

    SŁOWO O FRANCUSKIM ORAZ BRYTYJSKIM SPOSOBIE PROWADZENIA WOJNY – DOKTRYNY – CZĘŚĆ 4

    And now… it is tea time! :3

    Temat brytyjskiej doktryny niewątpliwie jest mi też bliższy. Acz jako iż Francuzów opisałem najpierw, postaram się do ich rozwiązań na wszelkie możliwe sposoby nawiązywać.
    Brytyjski koncept Grand Battle Plan – czasem będę pisać BGP (nie mylić z GMD :v) – w odróżnieniu od motywu francuskiego nie był jednoznacznie ani ofensywny, ani defensywny. U źródła brytyjskich założeń stoi jedna, podstawowa okoliczność.

    Tzw. manpower – czy też zasób ludzki jeśli chodzi o dostępnych żołnierzy. To on kreuje niebywale wielki zakres założeń Albionu.

    Jest taki dowcip. Rozmawia sobie Ziemia, Mars i Wenus. Wenus narzeka, że ma cholernie krótkie zachody słońca i noce. Mars narzeka w drugą stronę – jest położony daleka, dni ma długie i ogólnie mu się dłuży. Ziemia mówi, że ona jest całkiem zadowolona bo ma wyrównany czas dnia i nocy, a słońce zachodzi niemal o tej samej porze. Całej rozmowie przysłuchuje się Anglik i w pewnym momencie pyta: „Przepraszam – to wy macie jakieś zachody słońca?” :v

    W 1939 roku Commonwealth – czyli perła Imperium Brytyjskiego istniejącego de facto do 1956 roku – rozciągała się na ¼ powierzchni ziemi. W każdym miejscu czyhały zagrożenia i potencjalni nieprzyjaciele, nieraz o znacznym stopniu zagrożenia. Tamci nieprzyjaciele mieli jedną przewagę – nie byli oni mocarstwami z zasady w skali światowej (Niemcy przestały po 1918 roku), a byli mocarstwami kontynentalnymi (Rzesza, Japonia) lub regionalnymi (Włochy, w I wojnie Ottomani). A to oznaczało jedno – wszystkie te państwa mogły skupić swój wysiłek wojenny na ograniczonym obszarze geograficznym, podczas gdy obszar brytyjski pozostawał w dużej mierze nieograniczony.

    Tym samym nie bez powodu pierwsze skrzypce grała flota – którą tu nie będziemy się zajmować. Wielka Brytania byłą i jest wyspą. Oznacza to, że nawet na fronty europejskie konieczny jest przerzut sił w znacznie trudniejszych warunkach (morze) aniżeli np. u Francuzów – gdzie wróg dosłownie był za miedzą. Pomimo całej swojej potęgi było jasne, że Imperium nie podoła w wysyłaniu milionów ludzi we wszystkie zakątki ziemi.

    Z tego względu też:
    1) British Army powinna być profesjonalna – stojąca najlepiej na poborze ochotniczym, a jeżeli już mówimy o poborze obowiązkowym, to zdecydowanie nie nakierowanym na masowość. Armia jest szczególną instytucją państwową niosącą swoistą „brytyjskość”, ma też umożliwiać rozwój po zakończeniu służby.
    2) Armia nie może być za duża, bo wszędzie jej nie przewieziemy – wobec tego musi pozostawać względnie niewielka w skali strategicznej, ale duża w skali taktycznej, tak by taktycznie mieć przewagę.
    3) Armia musi stać na dobrym, sprawdzonym sprzęcie, a nawet najmniejsza jednostka musi reprezentować miażdżącą siłę ognia. Oficerowie muszą być niezwykle zawzięci i profesjonalni, a brytyjski żołnierz – nieustępliwy. Nie bez przyczyny brytyjskie regimenty obsesyjnie strzegą swoich tradycji i potrafią się ich doliczyć ponad 300 lat do tyłu! Pomiędzy jednostkami dbamy o koleżeńską, ale twardą rywalizację.
    4) Potrzebujemy perfekcyjnej logistyki, żeby obsłużyć te wszystkie siły i nadal wygrać z nieprzyjacielem na wyniszczenie.

    Co do samego prowadzenia bitwy, Brytyjczycy robili to podobnie jak Francuzi. A więc typowy brytyjski front nie miał per se słabych punktów i pozostawał wyrównany – a przynajmniej powinien. Ze względu na względnie niską liczebność Brytyjczycy mocno opierali się na trzymaniu linii przez swoich sojuszników. W Europie byli to przede wszystkim Belgowie i Francuzi, w wielu innych miejscach – wojska hinduskie, uważane za nieco (ale tylko nieco) gorsze od jednostek z wysp. Poza Hindusami powoływano licznie pułki lokalne, o lżejszym charakterze, ale takim samym standardzie szkoleniowym. O ile przynajmniej lokalna edukacja na to pozwalała. Bo wydaje się dość oczywiste, że bataliony The Kenya Rifles czy King’s African Rifles będą reprezentowali nieco niższy poziom niż np. Argyll and Sutherland Highlanders rekrutujący się z bodaj południowych Szkotów. Nadal jednak tzw. askarysi Commonwealthu stali na świetnym poziomie w porównaniu ze swoimi odpowiednikami. Przynajmniej w okresie drugiej wojny, bo w czasie pierwszej na eskapady Niemców nie było mocnych :V

    Kanadyjczycy i Australijczycy byli traktowani na równi z wyspiarzami.

    W ogóle kiedyś może zrobię wpis o nazewnictwie brytyjskich jednostek, bo jest żywcem wzięty z okresu późnej I Rzeczypospolitej i żyje do dnia dzisiejszego. I jest bardziej logiczny niż może się wydawać.

    W rezultacie brytyjskie jednostki z wysp często pełniły rolę tzw. shock force, czyli jednostek, z których budowało się przewagę na danym odcinku frontu i wykorzystywało je do przełamania.

    Typową formacją dla Brytyjczyków była – a jakże – Infantry Division.

    Brytyjczycy dzielili je na lower i higher establishment – czyli jakby jednostki lepszego i gorszego standardu. Jednostki lower establishment miały strzec wysp, podczas gdy higher establishment był siłą ekspedycyjną. Przy czym establishment był czymś innymi niż klasyczny podział organizacyjny na Professional Army i Territorial Army, gdzie w skład TA wchodzili przeszkoleni wcześniej ochotnicy. Tym samym Territorial Army przypominało bardziej nasz aktualny NSR (Narodowe Siły Rezerwowe) aniżeli Obronę Terytorialną.

    Territorial Army ma po ponad stu latach zostać rozwiązana na podstawie planu Army 2020 do 2025 roku – jej miejsce ma zająć nowa struktura o nazwie Army Reserve.

    I teraz będzie chwilę o strukturach, ale to ważne, żebyście zrozumieli jak Brytyjski sposób walki rewolweruje wokół nich.

    Z zasady Infantry Division składała się z trzech brygad piechoty i brygady artylerii. Z zasady – bo dywizja była dla Brytyjczyków tylko jednostką administracyjną, a nie bojową i można było je łączyć jak popadnie.

    Typowa brygada (też płynna, lecz w mniejszym stopniu) składała się z trzech batalionów piechoty. I to batalion piechoty jest tym, co wyróżnia Brytyjczyków i co pozwoli nam ładnie wyłożyć GBP. Etat brytyjski pozostawał w większej części niezmienny przez całą wojnę, stąd delikatnie go uproszczę.

    Batalion składał się z:
    - CZTERECH kompanii piechoty liniowej, zwykle oznaczanych literami A, B, C, D. Każda kompania miała trzy plutony liniowe. W skład jednego plutonu wchodziły trzy sekcje piechoty po 10 osób (w 1939 było to jeszcze 8 osób). Typowa drużyna piechoty dysponowała ręcznym karabinem maszynowym Bren oraz dziewięcioma karabinami Lee-Enfield. Potem wprowadzono ok. 2 pistolety maszynowe Thompson lub Sten na drużynę, zwykle dla dowódcy i jednego strzelca. Sekcja w boju walczyła w ten sposób, że zastępca dowódcy miał pod sobą celowniczego Brena i jego dedykowanego amunicyjnego (tzw. Gun Group), a pozostała siódemka z dowódcą głównym na czele tworzyła ekipę szturmową (tzw. Maneuver Group). Po wojnie Brytyjczycy wrócili do ośmioosobowej sekcji, ale taktyka pozostaje niezmienna do dziś. Do tego w plutonie był jeszcze tzw. 2-inch mortar, czyli moździerz kalibru ok. 5cm. Ta broń z zasady służyła tylko i wyłącznie do stawiania zasłon dymnych oraz strzelania flarami. Niemcy i Sowieci mieli podobne bronie w swoich armiach, lecz szybko się ich pozbyli. Brytyjczycy porzucili 2-inche reformą z 1986 roku (!) na rzecz granatników podlufowych. Brytyjski pluton ponad szybkość preferował możliwość postawienia zasłony albo zapewnienia iluminacji nad polem walki kiedy tylko chciał. Ma to sens w rozwiązaniu doktrynalnym. Do tego był jeszcze z zasady karabin przeciwpancerny Boysa, a potem PIAT.
    - Kompanii karabinów maszynowych oficjalnie NIE BYŁO – był od tego cały czterokompanijny batalion w dywizji, zwykle w sile 48 karabinów maszynowych Vickersa. Ten batalion był zawsze zmotoryzowany.
    - Każdy batalion wspierała kompania broni. I ta jedna kompania do swojej dyspozycji około (to się trochę zmieniało, jak mówiłem): dedykowany pluton saperski z miotaczami ognia, dziewięć moździerzy 3-inch (ok. 81mm) zabezpieczony trzema karabinami przeciwpancernymi (potem PIATami), pluton rozpoznawczy wyposażony łącznie w około ~11 Brenów oraz ok. 10-12 PIATów (wcześniej karabinów przeciwpancernych Boys), a w końcu ośmioma (!) armatami przeciwpancernymi, najpierw 2-Pounder (40mm), a potem 6-Pounder (57mm). WSZYSTKIE te formacje (poza saperami w początkowym okresie) były w pełni ZMECHANIZOWANE za pomocą transporterów polowych typu Universal Carrier. Carrier nosił swoją nazwę w zależności od tego co akurat przewoził. I tak w batalionie ten sam wóz był oznaczany jako Bren Carrier (w zwiadzie), Mortar Carrier (przy moździerzach) czy Vickers Carrier, jeżeli akurat przewoził CKM Vickersa, który mógł być też montowany na stelażu Universal Carriera – z zasady były takie 3-4 w batalionie, często po spiknięciu się z attachmentem (doczepieniem) z kompanii CKM.
    - Finalnie było jeszcze dowództwo kompanii z dedykowanym plutonem łączności oraz sekcją obserwatorów artyleryjskich – w 1940 zmotoryzowani, od 1942 roku na Universal Carrierach.

    Dla szybkiego porównania:
    Niemcy – trzy kompanie piechoty liniowej po mniej więcej tyle samo chłopa (etatowo), 8-12 CKMów w batalionie, 6 tub moździerzowych, pełne spieszenie lub biedki konne.
    Francja – trzy kompanie piechoty liniowej (ale po cztery plutony), 8 CKMów w batalionie, 4 tuby moździerzowe, 3 karabiny maszynowe przeciwlotnicze, 2 armaty przeciwpancerne 25mm, biedki konne.
    Polska – trzy kompanie piechoty liniowej (1 RKM Wz. 28 na 19 osób (! – we Francji i UK – 1 na 10, im niżej tym lepiej)), 12 CKMów etatowo w tym 3 przeznaczane z zasady na funkcję plot., 2 moździerze (!), biedki konne lub pełne spieszenie.

    W rezultacie mamy u Brytyjczyków braki w CKMach do walki na dystansie ok 400-1000 metrów (Vickersy), ale jako jedyna armia w KAŻDYM batalionie piechoty zwykłej mamy prawie pełną mechanizację (!) wszelkiej broni wsparcia w wozach, które służą też do walki i przenoszą karabiny maszynowe – co suplementuje oryginalne niedobory a pozwala, a jakże oszczędzić, na etatach. Mamy też dedykowanych saperów i ZMASOWANĄ ilość broni przeciwpancernej. Notabene 2-Pounder do końca 1942 roku był poważnym zagrożeniem dla niemieckich czołgów.

    Do tego zauważcie, że Brytyjczycy mają cztery kompanie liniowe, a ich oponenci (Włosi i Niemcy) mają po trzy. Tylko Japończycy z zasady wystawiali też cztery „liniówki”.

    Innymi słowy, to nie był fighting force. To był wpierdol force.

    Warto dodać, że większość hinduskich, australijskich i kanadyjskich dywizji była zorganizowana tak samo, z nieznacznymi zmianami. Jak mówiłem – te siły traktowano jako równe lub prawie równe jakościowo.

    A jak się tego używało? O tym w następnej części.

    Cdn…

    /MK

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: 83916689_2992433514114715_6005597111515611136_n.png

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Francuscy żołnierze zajmują pozycje w czasie walk pod Sedanem w maju 1940 roku - niestety nie wiem czyjego autorstwa jest ta grafika.

    SŁOWO O FRANCUSKIM ORAZ BRYTYJSKIM SPOSOBIE PROWADZENIA WOJNY – DOKTRYNY – CZĘŚĆ 3

    Tymczasem, w fazie ofensywnej, armia francuska miała działać na zasadach zmasowanego kontrataku. Francuzi przykładali jednak ograniczoną wagę do głębokiego rozpoznania, a kładąc nacisk na rozpoznanie taktyczne – interesowało ich przede wszystkim ustalenie prawidłowego punktu ciężkości w celu uzyskania przełamania. Czyli właśnie wybrania miejsca ataku tam, gdzie obrona nieprzyjaciela była najsłabsza. Oczywiście nie wykluczano także uderzeń z flanek czy haków mających na celu okrążenie jakichś pozycji nieprzyjaciela. Podobnie jak w czasach Wielkiej Wojny, uderzenie miało być poprzedzone zmasowanym uderzeniem artyleryjskim.

    Francuzi już w czasie pierwszej wojny światowej wymyślili coś takiego, co u nas zdaje się nazywa się ogniem kroczącym (creeping barrage). W okresie międzywojnia system ten został udoskonalony. Polega on na tym, że artyleria otwiera ogień na wyznaczoną linię, a następnie – zgodnie z przygotowanym grafikiem – ogień jest przesuwany z perfekcyjną precyzją na dalszy sektor, zwykle kilkaset metrów. W ten sposób ściana ognia uniemożliwia wspieranie przerzutem ludzi, a także prowadzeniem ognia (przy ostrzale artyleryjskim jest kupa dymu i nic nie widać) już poszatkowanych linii, które znalazły się za ścianą. Te linię zostają wzięte przez atak piechoty wspieranej czołgami. Wykorzystanie systemu ognia kroczącego wymaga jednak wielkich umiejętności załóg artylerii i bardzo dobrze przygotowanego do tego celu sprzętu.

    Francuzi doprowadzili temat do perfekcji. W latach ’20 i ’30 polepszono łączność piechoty z artylerią, komunikację uproszczono, umożliwiono przesuwanie ognia w obydwa kierunki na hasła oraz opracowano wzory umożliwiające błyskawiczną rekalkulację opracowanych planów.
    Francuski system kontroli ognia artylerii stanowił potem jedną z fundamentalnych podstaw zarządzania ogniem artylerii w NATO, a cyfryzacja stosowanych wzorów dała później zachodowi najlepsze systemy kierowania ogniem artylerii na świecie.

    Francuzi z zasady miażdżyli tyle linii, ile sięgała ich artyleria. Jak wiemy – metodyzm działania. Potem artylerię podciągano, oczywiście skokami, żeby nie pozbawić artylerii osłony. Potem otwierano ogień na nowe pozycje nieprzyjaciela, żeby zadać dalsze straty i być może zmusić go do kontruderzenia. Wtedy odpala się znów faza defensywna i miażdżymy kontrataki ścianą ognia armat i automatów.

    Generalnie jak widać, francuska doktryna kładła wysoki nacisk na zarządzanie siłą ognia tak, by doprowadzić do jak najbardziej wydajnych rezultatów.

    Oczywiście nic na świecie nie jest idealne. Bardzo ważna dla francuskiego działania była synchronizacja działań na wszystkich szczeblach oraz zmasowanie tego działania. To prowadzi do dwóch rezultatów.

    Pierwszym z nich jest największa bolączka całej doktryny, choć wynikająca bardziej z przyjętych rozwiązań niż ogólnej koncepcji, a którą tak bardzo przeciwnicy francuskiego wojska lubią wyciągać. Francuzi mieli JEBLA na punkcie całkowitej synchronizacji do tego stopnia, że dowodzono tylko w drodze rozkazu, a właściwie nigdy w drodze inicjatywy własnej. System był potwornie szczelny na wszystkich szczeblach, co oczywiście utrudniało dostanie się do francuskiego obiegu rozkazów. Tylko że ceną był ekstremalny zamordyzm wśród oficerów i zerowa elastyczność procesu rozkazywania.

    Naturalnie rozkazy padały tylko w oparciu o raporty, wobec czego ocena na miejscu nie istniała. Normą było wydawanie przez generałów dowodzących korpusami podczas gier wojennych rozkazów nawet pojedynczym batalionom (!).

    System ten zostanie trzydzieści lat później słusznie zmiażdżony przez wspomnianego ostatnio Johna Boyda jako przykład analnego gwałtu na pętli decyzyjnej.

    Pytanie, czy uwala to całą doktrynę? Moim zdaniem nie.

    Wystarczyło w mojej opinii położyć wysoki nacisk na nowoczesne środki komunikacji, nasycić dowództwa wszystkich szczebli radiem i umożliwić oficerom polowym częściową swobodę w inicjatywie z zachowaniem widełek zawartych w rozkazie. I jestem szczerze zdziwiony, że Francuzom te wnioski jakby średnio się nasunęły nawet w przededniu wojny.

    Druga kwestia – ta już być może nieco bardziej pozytywna – to wspomniany na początku łącznik przemysłu i wojska. To, że przemysł przestawiał się płynnie na produkcję wojskową, to wiemy (a przynajmniej powinien był). Francuzi mieli jednak świadomość, że są ekonomicznie oraz populacyjnie słabsi od Niemców. Wobec tego wojna była postrzegana jako cały, wielki, ogólnonarodowy wysiłek, pod który było przystosowane wszystko – od prawodawstwa, poprzez szkolnictwo, aż po rozmieszczenie garnizonów.

    Aspekt ten rzuca się w oczy znacznie bardziej niż u Sowietów. Koncept Wielkiej Wojny Ojczyźnianej to bardziej strategia propagandowa w obliczu wpierdolu, jaki Sowieci zbierali w czasie Barbarossy. Dla Francuzów koncepcja takiej wojny była oczywista od początku – w końcu przeżyli ją już raz i wiedzieli z czym się to wiąże. Co ważne, nie do końca prawdą jest, że Francuzi byli zmęczeni pierwszą wojną światową tak bardzo, że nie chcieli drugiej. To linia utrzymywana przez francuskich komunistów – skądinąd cholernie potężnych w całej nowożytnej historii tego kraju. To oni ukuli hasło „Nie chcemy umierać za Gdańsk”, choć w rządzie Daladiera byli raczej na uboczu (acz sam Daladier był radykalnym socjalistą, więc też bez laurów).

    Trzeba też jednak brać pod uwagę, że Francuzi w mojej opinii położyli zbyt mały nacisk na pokazanie opinii publicznej, że czasy się zmieniły. Gross doświadczeń militarnych budujących doktrynę bitwy metodycznej oparto na froncie roku 1918, gdzie minął już okres idiotycznego marnowania żyć żołnierzy w bezowocnych atakach. Wojnę wtedy prowadzono już dużo, dużo bardziej jak tą, którą znamy z lat 1939-1945. Opinia publiczna – zresztą polska też – kojarzy Wielką Wojnę przede wszystkim z wielką rzezią. Całą, bez wyjątku.

    W każdym razie z powodu ogólnonarodowego wysiłku przeciwko Niemcom bierze się francuski motyw tzw. armii ludowej – tak odmienny od Brytyjskiego – gdzie obsesyjnie pilnowano zasadniczej służby wojskowej, długiego czasu poboru (dwa lata – Pettain chciał trzy lata, lecz socjaliści to zablokowali) i utrzymywania wielkich sił rezerwowych. Poniekąd łączy się to z wyżej opisanym centralnym sterowaniem w procesie decyzyjnym – uważano (całkiem logicznie zresztą), że wojsko z tak ekstremalną ilością poborowych będzie niezdolne do samodzielnego interpretowania sytuacji na niskim szczeblu. Za uchylanie się od służby wojskowej groziły naprawdę, ale to naprawdę poważne kary, do tego zmierzano do stygmatyzacji społecznej takich osób.

    Jeżeli chodzi o lotnictwo, Francuzi mocno zaniedbali ten koncept doktrynalnie. W ogóle to bitwa metodyczna ograniczała lotnictwo do trzech ról:
    1) Rozpoznania powietrznego linii nieprzyjaciela
    2) Osłony myśliwskiej własnych linii
    3) Ograniczonych w skali bombardowań zaplecza przemysłowego nieprzyjaciela oraz jego infrastruktury (zwłaszcza drogowej – acz to będzie ważniejsze dla Brytyjczyków)

    Trzeba jednak pamiętać, że poza Rzeszą na lotnictwo szturmowe nie było koncepcji w większej części świata. Doktryna lotnicza Douheta dawała dość jasny pogląd na rolę bombardowań strategicznych, lecz Francuzom brakowało pionierów i środków na tym polu – co oczywiście jest kolejną słabością bitwy metodycznej.

    Dobrze obrazuje to zresztą przykład z początku wojny. 3 września 1939 roku Generał Maurice Gamelin, szef sztabu generalnego (Grand Quartier General), przekazał w związku z wybuchem wojny pierwszy tzw. rozkaz generalny – o mobilizacji, o przygotowaniu broni, o odwadze i tak dalej. Ale generalnie to w takim rozkazie GQG ma obowiązek poinformować całe siły zbrojne – armię, kawalerię, lotnictwo, flotę oraz gubernatorów kolonii – że wojna w ogóle wybuchła i coś należy uczynić.

    Tak – rozkaz otrzymali wszyscy poza lotnictwem. Gamelin po prostu nie wysłał go do dowódcy Armee de l’Air, Generała Josepha Vuillemina. Bo nie uznał tego za konieczne XD
    Vuillemin o rozkazie dowiedział się pocztą pantoflową, a o wybuchu wojny – bo słuchał radia i odezwy Daladiera. W końcu rozkaz oficjalnie dotarł do niego kilka dni później, a w rozkazie przeznaczonym dla Vuillemina był dopisek: „Mam nadzieję, że tak jak i w czasie Wielkiej Wojny, lotnictwo będzie stało po stronie Armii”.

    W przełożeniu na moje, niedyplomatyczne: „Typie od samolotów, jesteś jakiś dziwny, weź się nie wychylaj”.

    I taka też była bitwa metodyczna względem lotnictwa…

    Jeszcze słowo o Linii Maginota. Ówcześnie tak kosmiczne fortyfikacje jak ta linia działały bardziej na zasadzie jak dzisiejszy atom – odstraszająco. Nie tylko ta linia miała być gwarancją, że jej przełamanie będzie kosztować Niemców dużo, dużo więcej niż kosztowały ich walki pod samym Verdun w 1916 roku. Bo bitwa pod Verdun (zwłaszcza że ostatecznie Niemcy ją przegrali) żyła też w ich pamięci.

    Chodziło przede wszystkim o uczynienie potencjalnych niemieckich akcji zaczepnych znacznie bardziej przewidywalnymi. Ponieważ zabunkrowano w ten sposób około 2/3 potencjalnej linii frontu – tym samym Niemcom do wojny manewrowej musiało wystarczyć tylko 1/3. W ten sposób Francuzi skutecznie rozdysponowali swoimi siłami. Maginota obsadzały formacje forteczne, dość tanie jeśli chodzi o koszt ludzki i sprzętowy (minus sam koszt linii oczywiście). A na granicy z Belgią – zgodnie z planem operacyjnym Dyle – stały najlepsze francuskie jednostki, o najwyższym stopniu mechanizacji i dyspozycji czołgami.

    Maginot nie tyle był więc przejawem obrony statycznej w miejsce obrony w głębi – jak niektórzy czasem, moim zdaniem – błędnie podnoszą, co ograniczeniem możliwości przeciwnika już na samym starcie tak, by można było odpalić etap defensywny bitwy metodycznej z dużo lepszym rezultatem, i lokalnie (na froncie belgijskim) zniwelować niemiecką przewagę ludzką i sprzętową.

    Niestety – nie przewidziano, że dobrze byłoby też solidnie tą linią zabezpieczyć Ardeny. Bo dokładnie tam, w Sedanie, linia się kończyła i zaczynała dużo słabsza linia Daladiera.

    W tych dwóch wpisach Francuzów temat myślę, że wyczerpałem.

    Plan wygląda następująco: ze dwa wpisy o Brytyjskim Grand Battle Planie, wpis o kwestii broni pancernej i zakończenie z przykładami zastosowania. To chyba seria wyjdzie na siedem wpisów łącznie. Mam nadzieję, że dla odbiorcy znośnie.

    Cdn…

    /MK

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: 83063694_2990476374310429_532836309916450816_o.jpg

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Struktura francuskiej drużyny piechoty w 1940 roku – grafika autorstwa Graphica Mechanica, mogę ich polecić, jako że ładnie wizualizują struktury drużynowe różnych krajów – acz niestety zdarzają się błędy

    A dziś, jako się wygrażałem, będzie o tym jak działali i funkcjonowali Francuzi :3

    SŁOWO O FRANCUSKIM ORAZ BRYTYJSKIM SPOSOBIE PROWADZENIA WOJNY – DOKTRYNY – CZĘŚĆ 2

    Francuski koncept bitwy metodycznej zakłada na samym starcie myśl, która bliższa jest strategii, aniżeli doktrynie militarnej. Francuzi chcą zrobić zupełne przeciwieństwo tego, co zakłada dzisiejsza (i zimnowojenna) doktryna państwa Izrael.

    Izrael pragnie STRATEGICZNIE pozostawać w defensywie, lecz TAKTYCZNIE działa ofensywnie. Co wynika głównie z niewielkiego terytorium, którego oddać nie może.

    Francja zakładała odwrotnie. Kluczowym założeniem koncepcji Pettaina jest pozostawanie w strategicznej ofensywie, taktycznie działając w defensywie. I to już ogólnie różni Francuzów od Brytyjczyków.

    Francuzi działali w założeniu obrony w głębi, czy też defense-in-depth. Tak jak robili to też Sowieci. Przypomnę: w przypadku obrony w głębi tworzy się sieć mocnych linii, a nie jedną silną linię, która nie może upaść. Jednocześnie nie manewrujemy o ile nie jest to konieczne, przez co wykluczamy akcje opóźniające jako podstawowe rozwiązanie doktrynalne. W ten sposób nieprzyjaciel atakując nasze linie musi każdorazowo ponosić dość wysoki koszt materiałowy i ludzki, a do każdej kolejnej linii dochodzi coraz bardziej osłabiony.

    Sowieci – jak wiemy – kierunkowali ataki nieprzyjaciela przede wszystkim przy użyciu pól minowych i stref fortyfikacyjnych. Francuzi raczej preferują tu wykorzystanie korzystnych warunków terenowych.

    Pierwsze skrzypce we francuskiej doktrynie odgrywa artyleria. Jej zmasowanie i obronne ściany ognia mają przeciwnika opóźnić… albo także kierunkować na pożądane przez siebie odcinki. Z zasady jednak zarówno francuska jak i brytyjska doktryna pozostają doktrynami symetrycznymi – to znaczy, że dopóki nie ma problemów materiałowych czy osobowych wszystkie odcinki frontu pozostają obsadzone tak samo silnie i nie powinny mieć słabych punktów, które powstają wskutek przerzucania obrońców z jednego odcinka na drugi, w zależności od działań napastnika. Innymi słowy: tam, gdzie napastnik zaatakuje, tam ma napotkać zawsze na tak samo silny opór i taką samą gotowość. Francuzi także dość jednoznacznie odrzucali pomysły związane z udawaniem odwrotów lub podpuszczaniem nieprzyjaciela pod swoje linie.
    Z tego względu Francuzi przykładali średnio silną wagę do defensywnego rozpoznania, odwrotnie niż Amerykanie, stosujący obronę elastyczną. Choć jak najbardziej takie rozpoznanie było – a miało miejsce m. in. w bitwie pod Hannut 13 maja 1940 roku. W sumie cała ta bitwa jest przykładem wykorzystania kawalerii w tej doktrynie, ale o tym później.

    A więc faza defensywna (pierwsza) francuskiej doktryny miała wyglądać następująco:
    1) Ustalamy kierunek natarcia nieprzyjaciela w skali operacyjnej.
    2) Przygotowujemy kilka silnych linii obronnych i koncentrujemy artylerię.
    3) Dajemy nieprzyjacielowi się zaatakować – wiemy, że nadchodzi, a nasza linia pozostaje tak samo silna niezależnie od punktu, który nieprzyjaciel wybierze.
    4) Każde natarcie nieprzyjaciela gasimy artylerią – zmasowaną ilością artylerii – którą wykorzystujemy też jako środek przeciwpancerny (akurat w okresie drugiej wojny światowej było to jeszcze skuteczne).
    5) W razie przełamania otwieramy kolejną strefę defensywnego ostrzału, stawiamy też ściany ognia w celu spowolnienia przeciwnika i umożliwienia naszym przeprowadzenia odwrotu na dalsze linie.
    Tych, co się przebiją, kosimy z broni automatycznej – już w latach ’20 Francja jako pierwsza na świecie wprowadziła powszechne zintegrowanie ręcznych karabinów maszynowych na poziomie drużyny i jako pierwsza opracowała nowoczesną taktykę działania w oparciu o ten karabin, jako pierwsza poważnie rozważała wprowadzenie karabinów półautomatycznych na wyposażenie wojsk liniowych, nasycenie CKMami także było bardzo wysokie, Francja zmierzała też do rozwoju pistoletów maszynowych rozumiejąc ich potencjał. Acz trzeba też szczerze przyznać, że cięcia w zbrojeniówce zabiły bardzo wiele francuskich przewag okresu międzywojnia.
    6) Nasze odwody czekają w pobliżu, gdyby któryś z odcinków naszej linii potrzebował posiłków lub przeprowadzenia rotacji – bo atak nieprzyjaciela może trwać nawet kilka dni.
    7) Staramy się kontrataki limitować tylko do skali lokalnej – nie interesuje nas odzyskanie terenu, dopóki ofensywa nieprzyjaciela nie zatrzyma się i nie poniesie on maksymalnych strat, jakie możemy mu zadać – lecz pilnujemy, by nasze były niższe.

    Jako ciekawostkę należy dodać, że już po wybuchu wojny i po doświadczeniach polskich, Generał Maxime Weygand wprowadził do francuskiej koncepcji obrony w głębi coś, co znamy dziś jako hedgehog defence – w sumie nie widziałem polskiego tłumaczenia tego pojęcia nigdy, „obrona jeżowa” brzmi fatalnie xD Pewnie „obrona twierdzowa” działa już jakoś lepiej.

    Hedgehog defence został wykorzystany niestety zbyt późno – nie udało się go przez sztywność francuskiej generalicji oraz mało czasu na przygotowanie obrony w Belgii wprowadzić w czasie Fall Gelb, czyli pierwszej fazy bitwy o Francję. Został on za to skutecznie użyty w czasie drugiej fazy, czyli Fall Rot na początku czerwca 1940 roku, lecz Francuzi ponieśli już wtedy tak wysokie straty, że ta obrona i tak okazała się niewystarczająca.

    Za to hedgehog defence został wykorzystany przez Amerykanów w grudniu 1944 w Ardenach. Tak, między innymi Bastogne jest przykładem takiej pozycji :) I użyty został z wysokim skutkiem, do dziś uważa się hedgehog defence za tak zwany blitzkrieg breaker – czyli łamacz wojny manewrowej.

    Podobne rozwiązanie zastosowali Brytyjczycy w czasie m. in. obrony Tobruku.

    W każdym razie chodzi o to, że pomiędzy liniami obrony w głębi tworzymy też „okrągłe” pozycje umocnione – bardziej pozycje niż rejony (rejon jest większy), które mogą bronić się z każdej strony i są przygotowane na ewentualne oblężenie. Taka pozycja musi być bądź oblegana bądź zdobyta, ale do jej zdobycia trzeba poświęcić bardzo wiele środków. W ten sposób Blitzkrieg ma problem.

    Albo należy poświęcić część sił na obleganie tej pozycji – i w rezultacie jej zablokowanie – co jednak spowoduje znaczne osłabienie ramion blitzkriegu i zniszczy jego momentum.

    Można też tą pozycję perfidnie objechać, tylko że hedgehog defence nie zakłada siedzenia na dupie. Zamiast tego „załoga” takiej pozycji ma według własnej inicjatywy prowadzić limitowane ataki na flanki kolumn, które objeżdżają te pozycje, a zwłaszcza na ciągnące się za nimi zaopatrzenie, bez którego blitzkriegowe czołgi i ciężarówki daleko nie pojadą.

    A więc mamy fazę defensywną. Kiedy już natarcie nieprzyjaciela zostanie zatrzymane, to nieprzyjaciel powinien być bardziej zmęczony od nas i ponieść większe straty materiałowe. W czasie trwania obrony nasz przemysł – już przestawiony na produkcję wojenną, co było dla Francuzów cholernie ważne – przygotowuje odpowiednie rezerwy.

    Wkrótce rozpocznie się faza druga – ofensywna.

    Tymczasem jednak, jaka jest rola kawalerii w tej pierwszej fazie?

    Generalnie kwestii czołgów brytyjskich i francuskich poświęcę osobny wpis i tam się pochylę nad tym w detalu. Lecz generalnie Francuzi nie byli w ciemię bici i oczywiście limitowali coraz bardziej kawalerię jako taką w swoich siłach zbrojnych. W 1940 roku to Niemcy mieli dywizję kawalerii klasycznej, Francuzi już nie. Kawaleria pozostawała u nich jednak osobną, niezależną od armii jako takiej, gałęzią. Miała też własne finansowanie i własne przetargi. Postępująca mechanizacja i motoryzacja armii była postrzegana jako naturalny kontynuator kawalerii. Podobnie będzie zresztą u Brytyjczyków.

    W efekcie w fazie defensywnej kawaleria miała robić to co robiła za czasów koni – tzw. screening. Screening polega na pozostawaniu w awangardzie (czyli na przedzie) lub na flankach własnych wojsk i osłanianie ich przed nadchodzącymi zagrożeniami, a także bieżąca adaptacja do tych zagrożeń – na co kawalerii pozwala większa szybkość.

    I tak też w czasie gdy piechota i artyleria przygotowywały swoje serie stanowisk obrony w głębi, kawaleria wychodziła na czoło i przyjmowała w walce manewrowej nieprzyjaciela na siebie. Rozpoznawała wtedy jego siłę, jego główne kierunki uderzeń, a ewentualnie opóźniała jego marsz na główne stanowiska.

    Innymi słowy, kawaleria – czy też wojska zmechanizowane Francji – w obronie walczyły w rozpoznaniu bojem. Śmieszkom przypominam, że rozpoznanie bojem to legitny i prawidłowy sposób prowadzenia rozpoznania, jeżeli jednostka rozpoznająca jest do tego celu właściwie przygotowana – przede wszystkim jest po prostu silna. A jak będę omawiać myślę w czwartej (o ile się nic nie przesunie) części, to ich kawaleria silna generalnie była.

    Najlepszym zresztą przykładem dwóch etapów takich bitew były bitwy pod Hannut i Gembloux 13-15 maja 1940 roku – zapewne w końcowych wpisach będzie o nich więcej. Ostatnio we wpisach o Sowietach przykłady praktyczne były na końcu, tego się trzymajmy :P

    Trzeba też pamiętać, że Francuzi rozumieli dość dobrze koncepcję dywizji pancernej i szukali dla niej roli – raczej w szeregach kawalerii. O tym też będzie we wpisie zbiorczym pod koniec.

    Cdn…
    /MK

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki

    Część pierwsza
    pokaż całość

    źródło: 84118801_2988141634543903_5554941100977815552_o.png

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    „Święta Trójca” rozwiązań doktrynalnych Zachodniej Europy w latach ’30 i ’40 XX wieku – kolejno: Generał Ironside, Generał Brooke oraz Marszałek Pettain.

    Czas ruszyć na powrót z historyczno-militarnym tematem. A będzie to temat… no, o którym krąży wiele mitów i dziwnych wyobrażeń.

    SŁOWO O FRANCUSKIM ORAZ BRYTYJSKIM SPOSOBIE PROWADZENIA WOJNY – DOKTRYNY – CZĘŚĆ 1

    Zasadnicza kwestia wymagająca wyjaśnienia jest następująca: dlaczego omawiam razem Brytyjczyków i Francuzów?

    Ich rozwiązania doktrynalne były zasadniczo odmienne. Brytyjskie rozwiązanie nazywa się powszechnie Grand Battle Plan, a francuskie – Batallie Methodique, tudzież Batallie Conduite.

    A to dlatego, że rozwiązania wyrastają z tej samej podstawy. To jest tak zwanej rodziny DOKTRYN NA WYNISZCZENIE – tudzież w angielskiej myśli wojskowej attritional warfare, zaś w niemieckiej – Vernichtungsgedanke. Rozwiązania doktrynalne oparte o wspomniany Vernichtungsgedanke cechuje nacisk na siłę ognia i metodyczność, co odróżnia je od doktryn manewrowych, czyli opisywanej przeze mnie doktryny radzieckich głębokich operacji oraz niemieckiej koncepcji Blitzkriegu, która jednakże nie jest stricte doktryną – acz nic złego się nie dzieje, jeżeli tak ten koncept nazwiemy.

    Pomijam tu amerykański Firepower Concept, a zwłaszcza charakreystyczny dla niego mechanizm tzw. obrony elastycznej (elastic defence), albowiem Firepower Concept jest czymś pomiędzy doktryną manewrową, a doktryną wyniszczeniową.

    Nim przejdę do dramatis personae, polecam zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Francuska doktryna w praktyce nie została szczególnie przetestowana. Nadal twierdzę konsekwentnie, że w roku 1940 Francuzi mieli bardziej pecha, aniżeli wykazali się rzeczywistą, poważną niekompetencją. Piszę o tym w detalu w serii „Mity kampanii francuskiej”, polecam poczytać w szczególności o incydencie w Mechelen, który doprowadził Niemców i Francuzów de facto do stanu rzucania kostką. Wchodzi jeszcze problematyczny wątek zdrady belgijskiej – bo to Belgowie przegrali Aliantom rok 1940, a konkretniej belgijscy politycy, a nie żołnierze. Jest to jednak temat polityczny a nie doktrynalny i pozostawimy go tutaj na uboczu.

    Brytyjczycy z powodzeniem kontynuowali zastosowanie swoich rozwiązań doktrynalnych przez cały okres drugiej wojny światowej. Brytyjczycy zwyciężyli bardzo wiele bitew i grali wraz USA pierwsze skrzypce w zwycięstwie Aliantów i pokonaniu Rzeszy.

    A więc radzę dwa razy się zastanowić nim ktoś otworzy paszczur i wypowie magiczne słowa „hehe wrandzuzi tchuże angole zdrajdzy bolzga im wygraua wojne” :)

    W części pierwszej co nieco o dramatis personae. I ogólnej koncepcji wojny na wyniszczenie.

    Przede wszystkim to wojna na wyniszczenie wróciła w pewnym (ale baaaardzo uproszczonym) sensie do łask w czasach dzisiejszych. To, co pozwalało prowadzić wojnę manewrową w tamtych czasach, to był rozwój mechanizacji jako taki. W efekcie rozwój mechanizacji był skokiem przejściowym pomiędzy tym co znamy dotychczas, a tym co było. Podobny skok miał miejsce ok. 70 lat wcześniej, gdy w czasie Wojny Krymskiej Brytyjczycy i Francuzi masakrowali Rosjan karabinami zasilanymi amunicją typu Minie, podczas gdy Rosjanie nadal uzbrojeni byli w gładkolufowe muszkiety. Dziś stoimy przed podobnym problemem – osiągnęliśmy wysoki stopień mechanizacji, ciężko o przewidywalny skok w tejże mechanizacji. Wszyscy mogą prowadzić wojnę manewrową jak im się żywnie podoba. Dziś, zdaje się, elementem „nowości” jest wojna cybernetyczna czy dane satelitarne. Wszystko wpływa na coraz bardziej rozwinięty command & control, co jest przedłużeniem teorii pętli decyzyjnej Johna Boyda, dzięki której USA między innymi zaorało Irak w obydwu wojnach w zatoce.

    Notabene, o Boydzie i doktrynie Airland Battle będę na pewno kiedyś pisać. To skomplikowany, ale zajebiście interesujący temat.

    Czy czyni to jednak w latach ’30 wojnę na wyniszczenie przestarzałą? Nie. Jak dało się wyciągnąć dalsze wnioski, po pierwsze Niemcy zdecydowali się na Blitzkrieg głównie dlatego, że dawał nadzieję na zwycięstwo nim Rzesza zostanie zajechana ekonomicznie, to raz. Dwa, gdy Alianci osiągnęli podobny (a nawet większy) stopień mechanizacji względem Niemców, nagle rozwiązania wojny manewrowej wisiały na włosku. W wojnie na Zachodzie w latach 1943-1945 klasyczny blitzkriegowy tzw. schwerpunkt (punkt ciężkości) wypracowano tylko jeden raz – w Ardenach. I odbyło się to ciężkim wysiłkiem wojsk niemieckich.

    Zachód wydarzenia Wielkiej Wojny oceniał zgoła inaczej. Dla Aliantów przede wszystkim wyszedł inny rezultat wojny zwycięskiej. W ich mniemaniu, wygraną przyniosło metodyczne nacieranie na dobrze rozpoznanego przeciwnika i wypychanie go raz po raz przy użyciu zmasowanej ilości środków ogniowych – artylerii i czołgów – przez co odnoszone przez niego porażki generowały wysokie straty materiałowe i ludzkie. I to tyczy się także czołgów. Pamiętajcie, że pod koniec wojny, w październiku 1918 roku, Ententa miała w linii około cztery tysiące (!) czołgów różnych typów, a gdyby wojna trwała do 1919 szacowano by ich ilość na około dwanaście (!!) tysięcy. To nie jest tak, że Alianci temat czołgów olewali, o nie. Oni dobrze rozumieli, że czołgi były jednym ze strategicznych nośników tego zwycięstwa, a o tym będzie dokładnie w następnych częściach.

    Ale żeby wyrobić taką możliwość wojny metodycznej, potrzebny był świetny przemysł. I to jest druga kwestia. W doktrynach manewrowych przemysł postrzega się niejako obok aspektu wojskowości. Tymczasem w doktrynach wyniszczeniowych te dwie rzeczy idą bardzo, bardzo blisko w parze.

    Wielu ludzi uważa, że „Alianci wygrali wojnę bo srali więcej czołgów niż Niemcy”. No tak. Tak było. Tylko że to jest atut sam w sobie. To nie jest zarzut. To jest odgórne założenie przewidziane długo, długo wcześniej. To Niemcy srali manewrami dlatego, że próbowali zniwelować to rozwiązanie po stronie swojego przeciwnika :) Tutaj to Niemcy byli bez wyboru – nie Zachód.

    Cechą wspólną obydwu zachodnich doktryn jest też nacisk na rozpoznanie krótkiego zasięgu. Jest to lekcja wyciągnięta z rzezi Wielkiej Wojny, gdzie ataki prowadzono często na zasadzie „a nuż się uda”. Liczono na błąd przeciwnika, zamiast samodzielnie rozpracować prawidłowy punkt ciężkości i uderzyć na najsłabsze odcinki frontu nieprzyjaciela.

    Tymczasem.

    Marszałek Philippe Pettain uważany jest powszechnie za jednego z twórców doktryny Wojny Metodycznej. Jest ona oparta na jego własnych doświadczeniach (oraz doświadczeniach Focha) z końcowego okresu I wojny światowej. Pettain jednakże po 1918 roku nie miał łatwego życia, i nie widzę tu bynajmniej prób ratowania resztek kraju po nieszczęsnym 1940 roku. Po roku 1918 uważany był za bohatera narodowego Francji, nie bez powodu zwany Lwem z Verdun – w końcu pokazał Francuzom jak należy zwyciężać zdecydowanym działaniem i twardym oporem. Dawał wykłady na Ecole Militaire de Guerre (pardon my french – straszny jest ten język), wypowiadał się w mediach… i kłopot w tym, że w sumie tyle.

    Ministrem wojny został na początku 1934 roku i jeszcze w tym samym roku stracił stanowisko. Za co? Za to samo, co robił ostatnie 15 lat.

    Pettain nieustannie krytykował francuską (nie)gotowość do wojny. Sprzeciwiał się wszystkim możliwym cięciom budżetowym, próbom skrócenia okresu poboru i opóźnieniom w adaptacji nowych typów uzbrojenia. Tak – Pettain jak i wielu ogarniętych francuskich oficerów widziało, że Francja pozostaje tygrysem dość papierowym, a lewicowe rządy ulegają naciskom socjalistów, by środki ze zbrojeń przenosić na inne odcinki, nawet średnio związane z potencjalną bazą ekonomiczną przyszłej wojny. Gdy przyszło co do czego – Pettain mógł tylko zbierać burzę z zamętu, którego… sam nie zasiał.

    Tymczasem za kanałem też nie próżnowano, choć warunki były… trudne. British Army rozrzucono po całym świecie. Na wyspie jako takiej znajdował się mniej więcej ekwiwalent czterech dywizji wojsk zawodowych. Reszta siedziała na bliskim wschodzie, w Egipcie, Jemenie, Indiach czy Singapurze. Z tego względu priorytet miała oczywiście Royal Navy – tam istotnie nie było aż tak bolesnych cięć. Lecz jakoś trzeba było sobie radzić.

    Najważniejszym stanowiskiem w brytyjskiej armii – a mającym związek z wdrażanymi rozwiązaniami doktrynalnymi – jest tzw. C-IGC, czy też Chielf of Imperial General Staff, czy też szef sztabu generalnego. W latach ’30 stanowisko to było trzymane przez kilku naprawdę ogarniętych ludzi, którzy w 1939 roku pozwolą wojskom brytyjskim wstać na nogi szybciej, niżby się to wydawało.

    Generał Archibald Montgomery-Massingberd był CIGS w latach 1933-1936. Był to jedyny oficer stricte-sztabowy w interesującym nas okresie i świetny planista. Za jego władzy ustanowiono eksperymentalną Mobile Division, o której będziemy mówić później. Potem szefem był też Lord Vereker, zwany Lordem Gort, późniejszy dowódca BEF we Francji w 1940 roku, który rozwijał koncepcje Massingbearda. Lord Gort był wcześniejszym uczestnikiem walk pod Mons i Paschendale.

    Następnie byli widoczni na zdjęciach Ironside i Brooke.

    Ironside był jednym z pierwszych brytyjskich oficerów lądujących we Francji w 1914 roku i bohaterem spod Sommy. Po wojnie odpowiadał między innymi za rozbudowę sieci logistycznej na bliskim wschodzie i w Egipcie, co pozwoli wyciągnąć w 1940 i 1941 roku Brytyjczykom maksimum z ich mało licznych sił w Egipcie. Warto jednak dodać, że Ironside był poważnym krytykiem Polski okresu międzywojennego. Z drugiej strony uważał Rydza-Śmigłego za idiotę. Zastanawiam się czy traktować to jako zarzut, czy…?

    Sir Alan Brooke w czasie Wielkiej Wojny wsławił się jako doskonały oficer artylerii, podobnie zresztą jak Ironside walczył pod Sommą. We Francji w 1940 roku przypisuje mu się główny udział w obronie rejonu Dunkierki, który nie – nie był oszczędzony przez Malarza, bo Niemcy atakowali Dunkierkę wściekle – tylko został utrzymany przez Brytyjczyków i Francuzów. Był on najdłużej szefującym w okresie drugiej wojny światowej C-IGS i odpowiadał między innymi za pełną mobilizację brytyjskich środków na okoliczność pełnej, brutalnej wojny.

    A przede wszystkim Brooke ogarniał Churchilla robiąc rzeczy, których nikt się nie odważył – na przykład wypieprzając go z pokoju narad, kiedy Churchill próbował samodzielnie dowodzić armią. Brooke podołał tam, gdzie poległ Keitel – udało się utrzymać proces decyzyjny w rękach ludzi kompetentnych, a nie ogólnych przywódców państw :)

    Następną część zaczniemy od doktryny Francuskiej.

    Cdn…
    /MK

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: 84865597_2986090448082355_4416642431005491200_o.png

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    KTO NAPRAWDĘ STWORZYŁ LEGENDARNE M16? KRÓTKA HISTORIA KARABINU AR-10

    Zapewne nawet ludzie niebędący ani trochę specami od broni znają karabin szturmowy M16 (M-16). Motyw przewodni każdego filmu o Wietnamie, a nawet dzisiejszych sił zbrojnych USA i Marines. Wszyscy wiedzą, że temat zaczął się gdzieś w Wietnamie. Czy to prawda?

    Otóż nie.

    Czy Colt, sprzedający zunifikowaną platformę AR-15, stworzył M16?

    Otóż nie.

    W połowie lat '50 XX wieku powstała i poczęła się rozwijać firma ArmaLite. Oryginalnie założeniem tej firmy był obrót prawami autorskimi, wzorami użytkowymi i patentami, coś na zasadzie dzisiejszego pośrednictwa w obrocie nieruchomościami. ArmaLite pobocznie zajmowało się także konstrukcją prostej broni strzeleckiej, na przykład karabinka (?) AR-5, który kwalifikowany był jako nieużywany dziś powszechnie "survival rifle" - karabinek powstały głównie w celu łowieckim, ale o przeznaczeniu militarnym, na przykład dla zestrzelonych pilotów.

    George Sullivan - jeden z głównych właścicieli ArmaLite - poznał jednak w 1956 roku Eugene Stonera, amerykańskiego inżyniera-konstruktora broni. Widząc naturalny talent Stonera, zatrudnił go w ArmaLite oraz poszerzył działalność nie tylko na obrót patentami, ale też konstrukcję broni dla celów wojskowych.

    Stoner skonstruował w tym samym roku karabin, czy też po angielsku "battle rifle", zasilany nową NATOwską amunicją 7,62x51mm. Karabin wprowadzał aż trzy nowości, z których w sumie dwie były wtedy absolutnym novum.

    Po pierwsze, zasilał się z dwudziesto-nabojowego magazynka (zwanego później "waflem" od swojego kształtu), który jednak okno wyrzutnika miał z boku broni, a nie z góry - jak na przykład w znanym powszechnie M1 Garand. To rozwiązanie jednak miały powstające w tym samym czasie karabiny FN FAL oraz G3 (G-3).

    Następnie, co szczególnie ważne, w AR-10 kolba, komora zamkowa (tzw. receiver) oraz lufa znajdowały się w jednej osi. Było to spore nowym, które wymagało przyjęcia nieco innej pozycji strzeleckiej, ale stabilizowało broń oraz obniżało koszta jej produkcji.

    Finalnie, AR-10 wykorzystywał rozpowszechnione niedawno, bo dopiero po drugiej wojnie światowej kompozyty oraz plastik do wszystkich elementów okładzinowych. W efekcie karabin Stonera był ekstremalnie lekki jak na swoje rozmiary i wygodny w użyciu.

    AR-10 miał jedną, zajebistą wadę. Powstawał za szybko, bo ArmaLite zostało złapane z opuszczonymi gaciami, gdy US Army ogłosiło konkurs na następcę Garanda. AR-10 został wysłany do testów na ostatni moment, gdzie miał rywalizować z M14 (M-14) oraz FN FALem. Karabin wypadł na testach zadziwiająco dobrze i uzyskiwał świetne oceny, jednak ze względu na wady w wykonaniu (będące wynikiem zbyt szybkiej produkcji i bardzo krótkich testów) egzemplarz testowy... rozpadł się :v
    Konkretniej dla zmniejszenia wagi lufa była częściowo aluminiowa, i choć wymiana na w pełni metalową usunęła usterkę, oceny zostały już wystawione.

    Ostatecznie, jak wiemy, konkurs wygrał zmodernizowany Garand, czyli karabin M-14.

    ArmaLite następnie sprzedało licencję produkcyjną na 5 lat holenderskiej firmie Artillerie Inrichtingen, albowiem ArmaLite nie dysponowało dużą linią produkcyjną.

    Wkrótce partię kilku tysięcy karabinów zamówiła Nikaragua. Karabin testował osobiście generał Somosa, późniejszy dyktator tego kraju. Generał był zachwycony wagą, płynnością ognia i nowoczesnym designem. I wtedy właśnie komora AR-10 nie wytrzymała kolejnego strzału, eksplodowała, a rykoszet przeleciał generałowi obok głowy i (podobno) ściął mu włosy :v
    Generał się - co zrozumiałe - wkurwił i anulował dostawę.

    Wkrótce jednak znaleźli się kupcy. Poza Sudanem, w 1960 roku kilka tysięcy sztuk zostało zamówionych przez Portugalię, która potrzebowała wyposażyć swoich spadochroniarzy w coś krótszego niż używane przez nich karabiny Mausera-Vergueiro Model 1904. Karabiny (a razem z nimi spadochroniarze) szybko trafili do Gwinei Bissau, Mozambiku i Angoli, gdzie wybuchła portugalska wojna kolonialna, która będzie w przyszłości przedmiotem cholernie długiej analizy.

    Karabin sprawował się świetnie, jedynie co to Portugalczycy wymieniali stopkę kolby na metalową, bo miała tendencję do pękania (plastik był mniej wytrzymały niż metal, a broń jednak trochę kopała, to silny nabój). AR-10 przy dobrym strzelcu bił punktowo nawet na 800 (!) metrów, był względnie krótki i lekki, a do tego w ogóle się nie zacinał i nie psuł. Portugalczycy ogarnęli nawet, że granaty Energa (które kiedyś opisywałem tu na stronie) można odpalać z AR-10 jeden po drugim i... wykorzystywali ten karabin jako mobilny moździerz krótkiego zasięgu :v

    Ostatecznie jednak z przyczyn jak się zdaje politycznych Portugalczycy resztę sił wyposażyli w G-3. W efekcie ArmaLite - już z kłopotami finansowymi - zostało bez kontraktu.

    Na początku lat '60 ArmaLite będąc na skraju bankructwa sprzedało prawa patentowe do AR-10 firmie Colt Military Industries. Eugene Stoner opuścił w tym samym czasie swoją spółkę. Najpierw jednak zaproponował AR-10 w kalibrze 5,56x45mm NATO i nazwał go AR-15, który również został objęty patentem i w sumie od AR-10 różnił się niewiele.

    Colt zdecydował się rozwinąć koncepcję AR-15, zwłaszcza liniowego, poziomego położenia kolby, komory i lufy, Colt wprowadził też swoje modyfikacje, ale podstawa i koncept konstrukcji Stonera pozostały niezmienione.

    AR-15 w wariancie Colta wkrótce wygrał konkurs na następcę M-14 i wszedł do amerykańskiej służby wpierw jako M16A1, następnie na początku lat '80 M16A2, dziś M16A4, a jego wersje zminiaturyzowane najpierw jako CAR-15 (Colt Automatic Rifle 15 - choć na początku AR było oznaczeniem ArmaLite, a nie "assault rifle"!), który następnie ewoluował w system M-4.

    AR-10 pozostaje zapomnianą bronią, choć to ojciec jednego ze słynniejszych karabinów szturmowych świata, któremu niedane było zabłysnąć głównie za sprawą pecha i złego timingu, a nie geniuszu samej konstrukcji broni strzeleckiej.

    Najbardziej szkoda w tej historii samego Stonera, który znany jest głównie wśród zapaleńców strzelectwa, a nigdy nie zajął godnego miejsca, jakie przypadło Michaiłowi Kałasznikowi za jego konstrukcję. M16 zawsze był też kojarzony z firmą Colt - symbolem amerykańskiej kultury broni.

    Na otarcie łez mogę jedynie dodać, że Stoner skonstruował pod koniec życia na mocno zmodernizowanym systemie AR-10 karabin wyborowy, Stoner Rifle Model 25, czy też SR-25, który pod odmiennymi oznaczeniami służy jako Mk. 11 lub (w zmodyfikowanej po jego śmierci wersji) jako M110. Poza tym Stonerowi powiodło się jedynie na rynku cywilnym...

    Za to przynajmniej nie umarł biedny. Choć nadal - moim zdaniem - niesłusznie zapomniany.

    /MK

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #bron
    pokaż całość

    źródło: 50076761_2272839119407495_3404420855264968704_o.png

    +: H.........n, j4rzyn +207 innych
  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Na zdjęciu pan Anibal Milhais na starość ;)

    Ostatnio jakoś w dyskusjach pojawia się znana wielu postać Audie Murphiego - Amerykanina, który ogniem karabinu M2 powstrzymywał natarcie całej niemieckiej fali na jego pozycję, i któremu przypisuje się rekordowo nawet kilkaset zabójstw wrogich żołnierzy w tym starciu.

    Jako że lubię być inny niż wszyscy zwrócę uwagę na postać Anibala Milhais ;)

    Anibal Milhais urodził się w 1895 roku w Valongo w północnej Portugalii. Portugalia wzięła czynny udział w I Wojnie Światowej po stronie Ententy wysyłając do Francji dość spory jak na możliwości tego kraju korpus ekspedycyjny (a także walcząc w Afryce). Milhais został do korpusu ekspedycyjnego powołany i w 1917 roku trafił do Francji w ramach 2. Dywizji Piechoty.

    2. Dywizja 9 kwietnia 1918 roku nie miała szczęścia. To na nią spadło uderzenie Ludendorffa - Operacja Georgette - znana też jako bitwa o La Lys. Był to pierwszy dzień tzw. Ofensywy Wiosennej, ostatniej niemieckiej ofensywy tej wojny, która w zamyśle miała załamać front Ententy nim siły amerykańskie pojawią się na nim w większych ilościach.

    Portugalczycy dostali się pod zmasowany ostrzał artylerii niemieckiej, zaraz po którym nastąpił dynamiczny atak liniowej piechoty prowadzony przez Stormtruppen. 2. Dywizja była akurat w czasie reorganizacji, stąd nikt nie wiedział co się dzieje i cała formacja wpadła w panikę i poczęła natychmiast wycofywać się w stronę swoich linii.

    Ale nie Anibal Milhais. Milhais był celowniczym RKMu Lewis na flance pozycji, gdzie Portugalczycy łączyli się z dywizją szkocką. Bohater nie opuścił swojego stanowiska, zamiast tego naniósł sobie masę amunicji. I zaczął strzelać. Strzelać. I strzelać.

    Anibal Milhais trzymał swoją pozycję przez około 4 godziny. Nie wiadomo ilu Niemców położył - szacuje się, że od kilkudziesięciu do kilkuset. Niewątpliwie jednak SAM zatrzymał atak całego niemieckiego pułku i pozwolił swoim ludziom się wycofać.

    Co więcej, Niemcy nie zajęli jego pozycji, a gdy w końcu im się to udało, Milhaisa już tam nie było - wmieszał się między trupy nadal dzierżąc swój karabin maszynowy. Po przeczekaniu nocy i przejściu frontu uratował jeszcze przed śmiercią pozostawionego na tyłach szkockiego oficera. Po czterech dniach tułaczki i infiltracji linii wroga dotarli do swoich ludzi.

    Żeby było zabawniej... Milhais przeprowadził swój wyczyn DWUKROTNIE. W czasie jednego z niemieckich kontrataków podczas Ofensywy Stu Dni Marszałka Focha Portugalczycy (obok Belgów) nie byli w stanie utrzymać swoich pozycji. Milhais ponownie pozostał sam na stanowisku Lewisa, zadał atakującym Niemcom kosmiczne straty i kupił na tyle czasu, że batalion portugalski i belgijski mogły wycofać się w porządku i szyku :v

    Milhais nigdy nie mówił wiele o swoich wyczynach. Opowiadali je każdorazowo najbliżsi świadkowie. Początkowe opisy brzmiały tak nieprawdopodobnie, że nie chciano w ogóle traktować ich poważnie. Ostatecznie jednak tyle osób potwierdziło (w tym niemieccy jeńcy) świadectwo Portugalczyka, że posypały się medale.
    Za swoje bohaterstwo otrzymał Order Wieży i Miecza - najwyższe portugalskie odznaczenie, odpowiednik amerykańskiego Medal of Honor - oraz francuski Legion d'Honeur. Oba są widoczne na zdjęciu :)

    Po wojnie wyemigrował do Brazylii, ale pod koniec lat '20 wrócił i osiadł w swojej rodzinnej miejscowości, którą zresztą nazywa się dziś Valongo Milhais. Ożenił się, narobił dużo dzieci, dożył spokojnej starości i zmarł otoczony miłością w 1970 roku.

    /MK

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #portugalia #iwojnaswiatowa
    pokaż całość

    źródło: 38992235_2051562811535128_449633086766841856_n.png

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Żołnierze Evzoni w czasie warty honorowej, czasy współczesne

    PATRIOTYCZNY IKAR? - KONSTANTINOS KOUKIDIS I EVZONI

    Grecja to państwo z jedną ze starszych tradycji militarnych na ziemi. Tego chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. O greckich konfliktach zbrojnych - nad wyraz licznych w ostatnich dwustu latach - pisać można by całe tomy. Co właśnie ciekawe, Grecy nieszczególnie poczuwają się do więzi emocjonalno-kulturowej ze swoją wojskowością antyczną, a raczej z Grecją kontemporalną, zgodnie z konwencją tzw. heptańskiej szkoły literatury, tudzież szkoły jońskiej, odwołującej się w XIX wieku do nowoczesnego ducha narodu greckiego i romantyzmu - w czym zresztą szkoła ta przypominała nasz ruch organiczny z naleciałościami Mickiewicza ;)

    Z tego względu i grecka tradycja wojskowa odnosi się do XIX wieku, a formacje honorowe nie biegają przebrane za Spartów czy Miteńczyków. Główne motywy to folk ludowy, a zwłaszcza góralski terenów wyspiarskich i północnych (w tym tzw. Greckiej Macedonii).

    Po tym nieco przydługim wstępie myślę, że nie trzeba przedstawiać skąd bierze się strój panów na zdjęciu. A są to Evzoni (tudzież Evzones - zależnie od odmiany), honorowa, ceremonialna gwardia i strażnicy greckiej kultury. Ubrani są w charakterystyczne fustanelle, czyli połączenie kiltu męskiego z koszulą chłopską oraz caruczi (tsaruczi), czyli te pomponiki na butach, a których rozmiar i zdobienia w czasie renesansu wskazywał na zamożność posiadacza (coś jak kołnierze w zachodniej Europie). Czasem pojawia się także kleft, czyli jakby kolorowa "bandana" na głowie.

    Wszystkie te elementy ubioru są nawiązaniem to greckich górali i prostej ludności wsi, która w XIX wieku chwyciła za broń w celu wywalczenia greckiej niepodległości spod ottomańskiej władzy. Do późnego XIX wieku formacje tytularnie nazwane Evzones (odpowiadające gwardyjskim carskiej Rosji) nosiły ten ubiór jako swoje polowe uniformy. Z czasem zaczęto oczywiście od tego odchodzić.

    Po I Wojnie Światowej Evzones ograniczyli się tylko do roli gwardii elitarnej, odpowiadającej za bezpieczeństwo kulturowych, głównie architektonicznych osiągnięć greckich... no i oczywiście do pięknej prezentacji.

    Ale niechże was to nie zwiedzie. Dziś służba w Evzoni to zaszczyt, a żeby się do stać do tej jednostki przechodzi się selekcję, należy mieć nienaganny stan zdrowia i kartę zawodowej służby wojskowej. Większość ludzi w śmiesznych pomponikach stojących na Akropolu to byli (lub aktualni) komandosi (bo gardzę słowem operator :v) takich formacji jak MAK (odpowiednik US Rangers) czy MYK (odpowiednik Navy Seals) i zabiliby was długopisem gdyby zostali do tego zmuszeni. Broń gwardzistów na warcie honorowej pozostaje też załadowana.

    Znanych Evzones jest cała masa. Ale my dziś - 27 kwietnia - skupimy się na pewnym smutnym, acz szanowanym przeze mnie incydencie.

    W latach 1940-1941 - jak zapewne sporo Czytelników wie - Grecy stawiali dzielny opór włoskiej inwazji na swój kraj. Inwazja, która początkowo miała przebiegać łatwo, szybko wkopała Włochów w wojnę pozycyjną, a nawet doprowadziła do skutecznej greckiej limitowanej kontrofensywy i okupacji części Albanii. Choć twardzi fanboye Włochów (których jak wiemy również szanuję) uważają inaczej, bynajmniej włoska wojna szła bardzo, ale to bardzo nie po myśli Rzymu, niezależnie od tego czy interwencja III Rzeszy była konieczna, czy też nie.

    Tak czy inaczej, 6 kwietnia 1941 roku Niemcy i Bułgarzy wkroczyli do Grecji. Absolutna większość sił tego państwa byłą związana walką z Włochami, toteż grecki opór bardzo szybko się załamał. Ok. 25 kwietnia - po raptem trzech tygodniach - Niemcy byli już na przedmieściach Aten, a samo miasto zostało niemalże bez walki zajęte do 27 kwietnia, by uniknąć jego niepotrzebnych zniszczeń.

    I tu wchodzi niejaki Konstantinos Koukidis. Nie są znane jego losy. Sporo greckich archiwów zostało zniszczonych w toku wojny. Nie wiadomo gdzie i kiedy się urodził, czy służył w Evzones od początku, czy też trafił do tej formacji wobec rekomendacji przełożonych. Nie wiadomo ile miał lat, wiadomo tylko że był młody. W efekcie nie wiadomo tak do końca czy istniał...

    Grecy otrzymali odgórny rozkaz, by nie ryzykować zbombardowania Aten. W efekcie gdy dziś, 27 kwietnia, 78 lat temu, Niemcy dotarli do Akropolu, Evzones nadal trzymali wartę i czekali cierpliwie na spotkanie najeźdźców. Niemiecki oficer rozkazał zdjąć flagę Grecji ze szczytu Akropolu - widocznego z całej stolicy - i oczywiście w jej miejskie powiesić flagę III Rzeszy. Po wahaniu, awanturze i celowaniu w siebie wzajemnie z karabinów, Evzones wykonali polecenie, pozostając wiernymi rozkazom rządu. Evzoni Koukidis zdjął flagę, jednak odmówił zawieszenia niemieckiej - wobec czego zawiesili ją sami żołnierze Wehrmachtu.

    Według historii Koukidis miał wtedy rozładować karabin pozostawiwszy jedynie jeden nabój w komorze, a następnie poprosić, by mu nie przeszkadzać. Owinął się zdjętą grecką flagą i rzucił ze skarpy Akropolu, roztrzaskując się u podnóża, a flagę zalewając krwią.

    Niektórzy twierdzą, że ta historia jest bajką, gdyż nie ma na nią poparcia w dokumentach. Z drugiej jednak strony, historia Koukidisa rozeszła się po Atenach lotem błyskawicy, a pierwsze incydenty ze zdejmowaniem flagi Rzeszy pojawiły się już w maju. Grecki ruch oporu EDES podchwycił temat natychmiast i do opowieści z Akropolu nawiązywano już w czasie tworzenia się zrębów tego ruchu.

    Moim zdaniem nieco za szybko legenda zostałaby rozpowszechniona, gdyby byłą zupełnie wyssana z palca. Ah, no i historia krążyła również wśród Niemców i Włochów...

    Tak czy inaczej, dramatyczny i ikoniczny czym Konstantinosa Koukidisa jest do dziś symbolem nie tylko odwagi i oddania tej elitarnej formacji, lecz także całego greckiego oporu wobec agresji i ich patriotyzmu. Okres drugiej wojny jest dla Grecji niesamowicie krwawy i przykry. Mimo wszystko obfituje w akty wielkiego heroizmu, o którego tradycję dbają dziś właśnie Evzoni.

    Warto o tym pamiętać, gdy będziemy w Atenach, na Akropolu, i będziemy sobie chcieli zrobić zdjęcie ze śmiesznymi żołnierzykami w pomponikach na Instagrama.

    /MK

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 58378600_2431972666827472_6668337576337735680_n.png

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Jestem hobbistycznie historykiem, głównie historykiem wojskowości XX wieku, ale zdarza mi się zahaczać też o czasy wcześniejsze. Zawsze na tematy historyczne lubiłem dyskutować, analizować, a przede wszystkim - łączyć wydarzenia przeszłe z dzisiejszymi. Jak to bowiem powiedział George Santayana, ci, którzy nie uczą się z błędów przeszłości, są skazani na ich powtarzanie.

    Jednocześnie... dlaczego "wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć"? Uważam, że zbyt duży monopol na historię mają poszczególne państwa czy wydarzenia. Na przykład wszyscy znają i kojarzą II Wojnę, D-Day, Kursk, tym podobne cuda. Ale ile osób potrafi powiedzieć coś więcej o poważnym preludium tej wojny, jakim była wojna sino-japońska zapoczątkowana w roku 1937? Oczywiście powiedzieć więcej, niż że "coś było" ;)

    I znów, przykład drugiej wojny - monopol mają Amerykanie, Sowieci, Brytyjczycy, Niemcy... tak jakby tylko oni dokonywali heroicznych czynów. Piszę w tym tygodniu o Brazylijczykach, których wkład wojenny bezpośrednio zadziałał na nas, Polaków, i których ofiara krwi nie może być zapomniana. Czy wiedzieliście też, że akcją opóźniającą stu dzielnych Norwegów pod Midskogen udało się kupić czas rodzinie królewskiej na ucieczkę i ustabilizowanie władzy po niemieckiej inwazji w 1940 roku? Wiecie, co by było, gdyby Norwegowie powiedzieli: "I tak nikt o nas nie będzie pamiętać, idziemy do domów"? To wyobraźcie sobie, że norweski ruch oporu - walczący za króla, który pozostawał legalną głową Norwegii i motorem oporu, w odróżnieniu zresztą od Quislinga - zupełnie olewa współpracę z brytyjskimi komandosami przy zakładach produkujących i badających ciężką wodę :)

    Czym różni się ofiara i poświęcenie Szkota Churchilla, który atakował z claymorem Niemców, od Naika Alberta Ekka, żołnierza hinduskiego, który w 1971 roku zdobył samodzielnie serię umocnionych pakistańskich punktów, a w ostatnim zrywie pokonał (już będąc kilkukrotnie postrzelonym) siedmiu Pakistańczyków w walce wręcz i uciszył tnący na Hindusów CKM? Ekka został pośmiertnie odznaczony Param Vir Chakra - hinduskim odpowiednikiem Medalu Honoru tudzież Krzyża Wiktorii.

    Jedyna różnica między tymi ludźmi, to pieniądze poświęcone ich pamięci. Odwaga jest uniwersalna - nie zależy od rasy, religii, światopoglądu czy stanu urodzenia.

    Są ludzie odważni i rozważni, mądrzy i głupi, dalekowzroczni i porywczy. I o nich wszystkich musimy pamiętać, bo są tym najlepszym, co natura ludzka nam daje. i to ci ludzie pchają nas wszystkich do przodu.

    I o tym jest ten fanpage - o ludziach i czynach, które być może nie są dostatecznie naświetlone, i których wielu z nas nie wie lub nie pamięta. Tnąc zaś na chwilę ten wniosły ton... WE MUST GO DEEPER! :P

    Podsumuję dzisiejszy wpis przerywający program - a jakże w historii wojskowości - Honorem i Odwagą. Z dużych liter.

    Honor i Odwaga to brytyjska Brygada Kawalerii Lekkiej w bitwie pod Balaklawą w czasie Wojny Krymskiej w październiku 1854 roku. Bitwa ta była dramatycznie źle prowadzona zarówno przez Brytyjczyków, jak i Rosjan. Brygada Lekka otrzymała absolutnie źle wydane rozkazy - Baron Raglan nakazał atakować "wprzód", przy czym za "wprzód" uważał swoją godzinę 12. Tymczasem Brygada Kawalerii Lekkiej stałą pod kątem względem "przodu", a ze swojego prawdziwego przodu mieli główną rosyjską pozycję artyleryjską.
    "Nie ich zadaniem kontemplować, ich zadaniem umierać", jak potem pisał Lord Tennyson w swoim znanym wierszu i klasyku angielskiej poezji batalistycznej. I tak "w dolinę śmierci, prosto w usta piekieł, wjechało sześciuset". Brygada została rozbita, ale nim to się wydarzyło, konni dopadli armat pod ogniem kartaczy i zniszczyli rosyjską baterię (która nie miała być celem ataku!), co wpłynęło na rosyjską decyzję o wycofaniu się z pola walki.

    Odwaga i Honor zaś to pozycja batalionu 93rd Highlanders podczas tej samej bitwy. Odcięci od swoich sił przez kawalerię Kozaków, dowódcy podjęli decyzję o walce aż do śmierci. Za sobą mieli już tylko klify Krymu. Niewielka grupka żołnierzy sformowała jedną, cienką linię - zwaną po latach "cienką czerwoną linią" dzięki znanemu obrazowi, a następnie spopularyzowaną tytułem bardzo znanego filmu, który nieprawidłowo odnosi się do metafory. Linia wytrwała pierwsze szarże Kozaków, po czym... Rosjanie ogłosili odwrót. Dlaczego? Ponieważ stwierdzili, że tak niewielka grupka piechoty nie może walczyć dla samej walki, dla Honoru żołnierskiego, ale muszą stać za nimi posiłki, które czekają na wykrwawienie się szarży i przejście do kontrataku. Być może gdyby tego dnia zaatakowało tsunami, Rosjanie mieliby rację... bo za grupką górali były tylko klify Krymu, o których pisał kilka lat wcześniej Mickiewicz.

    A to była tylko jedna bitwa! Zadaniem moim - i każdego zresztą historyka - jest dbać o pamięć... i naukę. Bo z historii płynie wiele - choćby ile można osiągnąć, gdy jest się dostatecznie zdeterminowanym w dobie gloryfikacji przeciętności i bezpieczeństwa.

    A zdjęcie na początku przedstawia obraz Roberta Gibba "Thin Red Line".

    /MK

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    #historia #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: 24313282_1748848848473194_7142184127111262438_o.jpg

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    Pierwsze zdjęcie: Bitwa pod Kurskiem, w komentarzu Operacja Bagration

    #historiaiwojskowosc

    DOKTRYNA GŁĘBOKICH OPERACJI - DOKTRYNY - ANALIZA - CZĘŚĆ 5 - OSTATNIA

    W poprzednich czterech częściach opowiedziałem Czytelnikom o założeniach doktryny i jej ogólnej charakterystyce. Mając za sobą podsumowanie warto przyjrzeć się rzeczywistej skuteczności głębokich operacji.

    Rok 1939: Finlandia.
    Sowieci decydują się na atak na to małe państwo zaraz na początku zimy. Doskonały plan! Jednocześnie nie żyje nadal (spoiler: tak już zostanie) większa część planistów głębokich operacji, skutkiem czego nie wychodzi nawet prawidłowe stworzenie mobilnych odwodów operacyjnych - te w większej części są bardzo, ale to bardzo pancerne z minimalną osłoną piechoty.
    Ah, no ale to bez znaczenia, ponieważ inwazja na Finlandię pada na fazie taktycznej: armia sowiecka jest tak źle dowodzona i wyszkolona na tym szczeblu, że nie potrafi uzyskać przełamania. Przełamanie przychodzi w końcu przy roztopach 1940 roku, ale postępuje zbyt powoli, a Finowie nie zamierzają kontratakować, tylko wycofują się na następną linię obrony...

    Przygotowanie: Fatalne. Wynik: Porażka.

    Rok 1941: Moskwa.
    Zaznaczę tu, że nigdy szczególnie nie analizowałem przebiegu tej ofensywy. Wygląda jednak na to, że Sowieci prawidłowo wybrali moment na przejście do kontrataku, bo obrona w głębi ocaliła Moskwę przed upadkiem. Nadal jednak odwód operacyjne jest mocno pancerny, a teraz jeszcze z dodatkiem... koni :v
    Brakuje też nadal doświadczonych dowódców - tysiące oficerów zniknęło w czasie Barbarossy...
    Sowieci osiągnęli przełamanie taktyczne, bodajże pod Kaługą. Odwody wdarły się bez zaangażowania w walkę, ale były zbyt słabe i źle dowodzone we własnej fazie, żeby rozbić szczelną niemiecką reakcję. Nie dość, że bitwa w głębi (deep battle) w trzeciej fazie się załamuje, to jeszcze jest przegrana nim zupełnie się zaczęła.

    Przygotowanie: Nieprawidłowe. Wynik: taktyczna porażka, strategicznie bez rozstrzygnięcia

    Rok 1943: Kursk.
    Tutaj mamy ciekawą sytuację. W tym roku ostatecznie klaruje się sensowna kadra dowódca, która przeżywa dość długo, żeby nabyć realne doświadczenie pola walki. Ludzie w końcu zaczynają rozumieć o co planistom lat '30 chodziło.
    Sowieci przygotowuje się tym razem porządnie. Podręcznikowa obrona w głębi. Pola minowe, punkty przeciwpancerne, zachowanie odpowiednich długości linii dla korpusów piechoty. Sowieci spodziewają się niemieckiej ofensywy - nadal bowiem Niemcy zachowują inicjatywę - ale mają zamiar ją odzyskać. Potężne odwody operacyjne czekają z tyłu, żeby pomóc w rozbiciu resztek atakujących i wyjść na głębię.

    Spójrzcie na mapę. Bardzo dobrze obrazuje ona kilka rzeczy. Armie i korpusy mające charakterystyczną, natowską "obwódkę" oznaczają formacje pancerne odwodu operacyjnego.
    Po pierwsze widać dwa niemieckie sierpowe ataki, które są Schwerpunktami - Hausser jedzie na Prochorowkę, a Harre na Poniri. Jeżeli im się uda - typowy blitzkrieg - wszystkie jednostki na lewo od Kurska są w d*pie. Stąd zresztą nazwa "bitwa na łuku kurskim" ;)
    Na północnym sektorze Harre przebija się atakiem pancernym przez radziecką obronę i kieruje w stronę Poniri. W efekcie dochodzi do bardzo niefortunnej sytuacji, w której to pancerny odwód operacyjny musi walczyć w kontruderzeniu z przeciwnikiem, który nadal nie został zatrzymany. Obie strony wykrwawiają się pod Poniri i dochodzi do sytuacyjnego patu. Na razie.
    Południowy sektor jest bardziej znany z gier i filmów. Tam radzieccy dowódcy dla odmiany popełniają błąd. Atak Haussera istotnie miał załamać się pod silną sowiecką obroną w rejonie Prochorowki. Tam wprowadzenie armii pancernej Rotmistrewa i Katukowa mogło doprowadzić do złamania niemieckiej linii. Odwód operacyjny został jednak wprowadzono zbyt szybko. Niemcy zorientowali się co się dzieje i przeszli do defensywny nie będąc jednocześnie złamanymi pod własnym atakiem z operacji Cytadela. W efekcie dochodzi do bitwy pod Prochorowką, gdzie de facto obie siły niszczą się wzajemnie - w tym jednak przypadku jest to bardziej radziecka porażka, bo to oni odzyskali inicjatywę.
    W tym momencie jednak Niemcy zmuszeni są walczyć dwie poważne bitwy pancerne naraz - a bitwy pancerne generują straty. Choć radziecki manewr był przedwczesny i nie pozwolił osiągnąć efektu wyjścia na głębię, uniemożliwił to samo Niemcom (a więc Blitzkrieg upadł!), a także zadał im straty idące w setki nowoczesnych czołgów i tysiące innych wozów. Straty, których Niemcy nie byli w stanie nadrobić...
    W ostatnich fazach Kurska doszło do przesunięcia frontu korzystnie dla Sowietów w okolicy Orła (faza taktyczna się powiodła, ale brakowało odwodu operacyjnego, żeby ją wykorzystać). Zbliżono się także na południu pod Charków, ale i tam świeżo sprowadzone niemieckie rezerwy strategiczne już odparły próbuję zajęcia miasta za cenę wysokich strat.

    Jak ocenić Kursk? Niejednoznacznie. Zamysł był dobry i głębokie operacje po raz pierwszy pokazały praktyczny potencjał, ale nadal upadł etap ich wykonania.

    Przygotowanie: Prawidłowe. Wykonanie: z błędami. Wynik: Remis taktyczny i operacyjny, ale strategiczne zwycięstwo, gdyż osiągnięcie remisu kosztowało nieprzyjaciela zbyt wiele.

    Rok 1944: Bagration.
    Bagration jest podręcznikowym przykładem wykonania doktryny głębokich operacji.
    Na starcie powodzi się Maskirowka - Niemcy do samego końca zakładają, że radziecka ofensywa skieruje się na Ukrainę, a nie Białoruś. To już rokuje dobrze. Faza taktyczna wykonana prawidłowo. Zmasowane, dwudziestoczterogodzinne przygotowanie artyleryjskie. Zrzut spadochroniarzy i razwiedczików na tyłach. 23 czerwca początek ataku na całej linii i cierpliwe poszukiwanie przełamań w linii, których dzięki zmyleniu wroga było aż zbyt wiele.
    I przede wszystkim trzecia faza następuje prawidłowo. Odwody operacyjne wchodzą właściwie bez walki i wykorzystują bezlitośnie przełamania, dążąc do bitwy manewrowej we wrogiej głębi.
    Wyobraźcie sobie, że jesteście niemieckimi żołnierzami gdzieś pod Orszą (na mapie to okolice tego kociołka). W przeciągu jednego dnia zawala faz zmasowany ogień artylerii, a następnie szturmuje fala piechoty. Gdy cofacie się i liczycie na odwód, żeby móc się okopać... zostajecie wyprzedzeni przed czołgi i wozy opancerzone, które nie tracą na was czasu i jadą dalej. Teraz wiecie, że goni was z tyłu piechota, a z przodu gdzieś czeka nieprzyjaciel. Czy wasza linia jeszcze istnieje? Czy szpitale, do których zabieracie swoich rannych i magazyny zaopatrzenia, gdzie liczycie na choć trochę amunicji jeszcze istnieją? Nikt się nie odbudowuje - nie ma gdzie, wróg jest wszędzie szybciej. Gdzie są wasze czołgi? Kiedy przyjdą? Czy zdążą wyciągnąć ciebie i tysiące twoich kolegów?
    Dziś jesteś 5km za linią wroga, którą przesunął ich odwód. To może 2 godziny ostrożnego marszu. Jutro to będzie 50km? Ile wtedy trzeba będzie maszerować? A czerwona horda za wami depcze wam po piętach.
    To nie scenariusz jakiejś apokalipsy. To Armia "Środek" w czerwcu 1944 roku.
    Niemieckie odwody przyszły - ale głównie te strategiczne, przesunięte z refitting area, Normandii, Włoch... Odwody południowego sektora frontu wschodniego został związane ofensywą odciążającą Frontu Ukraińskiego.
    Ostatecznie pojawiły się na zachodnim brzegu Wisły pod koniec lipca. Rosjanie przejechali już całą Białoruś, domykali kotły nad Bałtykiem i zakładali Polsce nowy rząd. Do tego twoje czołgi w Warszawie - najwygodniejszym miejscu do przekroczenia Wisły - właśnie zostały zaatakowane przez jakichś powstańców. Pocicie się widząc kolejne tracone godziny i kilometry kwadratowe terenu oraz pułapkę na około milion żołnierzy gdzieś na Białorusi. Wasze czołgi - spóźnione Powstaniem Warszawskim, które na pewno w jakimś zakresie przyczyniło się do powodzenia Bagration - ostatecznie wyjdą do bitwy z radzieckim odwodem operacyjnym pod Radzyminem, w którym Sowieci po raz kolejni przegrają ze względu na mniejszy profesjonalizm dowódców niższego szczebla. Jednak Radzymin zwiąże trzon waszych odwodów. W tym czasie piechota z fazy taktycznej złapie już was i rozstrzela albo wyśle na paradę jeńców do Moskwy.

    Podobny scenariusz powtórzy się jeszcze na Śląsku i podczas przełamania Odry... Wyjście do kontrofensywy, które nie udało się pod Kurskiem powiedzie się nad jeziorem Balaton.

    Podsumowując, Radzieckie zwycięstwa niewątpliwie nie przyszły łatwo. Wiele też zawdzięcza się układom Lend-Lease, które umożliwiły naprawdę szybką odbudowę radzieckich odwodów w pierwszych fazach wojny. Jednak ostatecznie radziecka doktryna okazała się być skuteczna. W celu zablokowania sowieckich manewrów Niemcy każdorazowo poświęcali coraz więcej sił i środków, a ich możliwości działania z inicjatywą słabły nieprzerwanie. Niemożliwe byłoby rzecz jasna rozbicie III Rzeszy w jednej ofensywnie (jak to zrobiono np. z Armią Kwantuńską w sierpniu 1945 roku, a wcześniej... w 1939 roku, bo tam głębokie operacje także się powiodły). Niemcy po prostu wiedzieli jak walczyć i nie byli w ciemię bici, czego nie można powiedzieć o Nipponie :v

    Rekomenduję moim Czytelnikom - jeżeli dotrwali do końca tak długiej serii, co się chwali :P - dostrzec jak rozbudowane było sowieckie myślenie wbrew stereotypowi oraz jak głęboko sięgało... oh, w tym względzie nie tylko na polu umysłowym ;)

    Co myślicie o głębokich operacjach? Zapraszam do dyskusji! :)

    /MK

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #rosja #iiwojnaswiatowa

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 27540076_1816112205080191_6062300930880734450_n.jpg

    •  

      @Mleko_O: wpisy jakich na Mirko potrzebujemy a na które nie zasłużyliśmy (。◕‿‿◕。)

      +: krabat
    •  

      @Mleko_O: Moze i wyszlo im na dobre, czytalem wiele opinii, ze gdyby nie czystka w korpusie oficerskim i na wszystkich szczeblach partyjnych Zwiazek Radziecki moglby sie rozpasc wewnetrznie po porazkach 41.r (Oczywiscie zakladajac ze Wermacht osiagnalby podobne sukcesy w tym alternatywnym scenariuszu) To ze ZSRR sie utrzymalo przy tak olbrzymich stratach zasobow, sprzetu, ludzi, i terytorium jest fenomenem i mozna napisac ze wynika z bezgranicznej lojalnosci struktur panstwowych do Stalina. PS Jako ciekawostka napisze ze wedlug Bartosiaka gdyby Niemcy zdobyli Stalingrad ZSRR by sie rozpadlo. ( Juz wtedy przecietny czerwonoarmista ledwie mial co jesc) pokaż całość

    • więcej komentarzy (28)

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Grafika zajumana z internetu, niestety nie potrafię podać źródła - ale bardzo dobrze pokazuje różnice między Blitzkriegiem a głębokimi operacjami, zwłaszcza w zakresie rozmachu.

    DOKTRYNA GŁĘBOKICH OPERACJI - DOKTRYNY - ANALIZA - CZĘŚĆ 4

    Ostatnio skończyłem na tym, że odwód operacyjny radzieckiego frontu ma zaangażować rezerwy operacyjne przeciwnika. Ich zniszczenie otwiera drogę do zupełnej dominacji głębi. Nie dochodzi do okrążenia przeciwnika jako głównego celu tej doktryny (w odróżnieniu od Blitzkriegu) - tutaj dochodzi do zupełnego załamania jego linii.

    Oddajmy teraz głos Panu Triandafiłowowi, który prawdopodobnie dobrze podsumuje mój wywód :3 (tłumaczenie własne):
    "Wynik nowoczesnej wojny nie zostanie rozstrzygnięty przez fizyczną eliminację wroga, ale raczej przez następujące po sobie sekwencyjne manewry, które pozbawią nieprzyjaciela możliwości faktycznego osiągnięcia jego własnego operacyjnego celu (choćby nie znał tego pojęcia).
    Taki „stan mentalny” prowadzi do operacyjnego szoku i paraliżu całego systemu nieprzyjaciela, a ostatecznie do zupełnego upadku możliwości prowadzenia przez niego własnych operacji (tudzież działań zaczepnych). Sukces zaś takiego manewru operacyjnego wywodzi się z współpracy różnych rodzajów wojsk na szczeblu taktycznym, a także przez stworzenie silnej grupy wojsk utrzymującej przełamanie, koniecznie z rezerwową kolumną mobilną zdolną do wykorzystania przełamania taktycznego w celu osiągnięcia operacyjnej głębi. Rozumienie i pojęcie głębokości jest najważniejsze zarówno w kontekście ofensywy, jak i defensywy dla naszego interesu militarnego."

    Powyższa wypowiedź nieco odbiega od tego co pisałem wcześniej, ale pochodzi z 1929 roku - pamiętajmy, że doszło do pewnych zmian w rozwoju technologicznym. Ogólny sens pozostaje niezmieniony.

    Co ciekawe, głębokie operacji mają również dokładnie zaplanowany sposób na przechwycenie ofensywy wroga i odzyskanie inicjatywy.

    Nazywa się to dla odmiany głęboką obroną, tudzież defense-in-depth w angielskojęzycznych analizach. Jak to działa?

    Mamy kolejną różnicę względem Blitzkriegu. W Blitzkriegu, jeżeli siły osłaniające Schwerpunkt zostałyby naciskane, miały prowadzić działania opóźniające i pozwolić na wejście przeciwnika w swoje linie - łatwiej go wtedy otoczyć, co wydaje się być logiczne.

    Sowieci skupiają się tu na zmęczeniu, a nie czasie.

    W fazie taktycznej obrony (tak, fazy są bardzo podobne) korpus piechoty dziko się okopuje. Powstają sieci okopów, blokad przeciwpancernych, a także wielkie pola minowe, które mają jednakże z góry przygotowane ścieżki przejazdowe. Oczywiście ścieżki te prowadzą do najsilniejszego punktu obrony radzieckiej. Radziecka linia taktyczna ma preferencyjnie trzy główne pozycje oporu, z czego każda jest obsadzana przez pułk piechoty. W odwodzie taktycznym (czyli w ramach eszelonu osłony) pozostaje trzon mobilnej broni przeciwpancernej korpusu, czyli niszczyciele czołgów. Odwód operacyjny pozostaje tak jak był - nie zaangażowany, z tyłu.

    Ta doktryna to bicz na Niemców. Bo jak mówiłem wcześniej, Niemcom czołgi gwarantowały przełamanie. A teraz czołgi wpadają na konkretnie przeciwpancerną linię. Wybuchają na minach, atakują też bardzo powoli (trzeba rozminować, usunąć jeże przeciwpancerne...), a w międzyczasie artyleria korpusu piechoty tłucze ich i zamęcza psychicznie i fizycznie. Linie trzymają się bardzo długo i cofają tylko wtedy, kiedy muszą. Najlepiej jest zadziałać, gdy wróg będzie walczył o trzecią z linii w głębi taktycznej. Powinien już być dostatecznie zmasakrowany i zajechany.

    I wtedy wchodzą oni. Cali na biał... przepraszam, czerwono :)

    Dowództwo wyższego szczebla ocenia w którym miejscu atak wroga poniósł największe straty. Oczywiście można to oszacować. Odpala się w tę stronę odwód operacyjny, który tym razem walczy we własnej głębi taktycznej i we współpracy z korpusem piechoty rozbija fizycznie atak wroga. następnie BEZ CHWILI ZWŁOKI odwód operacyjny wychodzi przez ścieżki we własnych polach minowy do kontruderzenia... i wdziera się na mało bronioną linię taktyczną wroga - no bo wróg wyczerpał sporo swoich możliwości prowadząc atak. Ta faza przebiega w sposób bardzo podobny do wariantu ofensywnego, ale nie spodziewa się raczej dużych walk na głębi operacyjnej, bo cała głębia operacyjna wroga została przesunięta w czasie jego ataku i zniszczona w ramach radzieckiej głębi taktycznej. Z tego powodu też doktryna tym razem zezwala na walkę czołgów w fazie taktycznej. Po prostu ryzyko jest wystarczające i w granicach tolerancji.

    Tak mniej więcej wyglądają głębokie operacje... Co o nich myślicie?

    Moje spostrzeżenia, powtórzę w sumie te z początku wywodów:
    1) Ta doktryna jest mordercza. W przypadku, gdy plan wypali zniszczenia wroga są tak wielkie, że właściwie stają się niemożliwe do odbudowania.
    2) Doktryna ta jednak wymaga znacznie silniejsze bazy gospodarczej niż wasz przeciwnik. W tym względzie problem jest podobny z amerykańskimi pomysłami - mało kto ma na to możliwości i hajs. To miałem na myśli mówiąc, że głębokie operacje "nie działają poza Związkiem Radzieckim". Będę w ostatniej części pisał o zmianach zimnowojennych, ale wyobrażacie sobie Ludowe Wojsko Polskie podtrzymujące takie ofensywy ze swoją bazą produkcyjną? Ze swoimi wątpliwymi rezerwami sprzętowymi sensownej jakości? Ja nie. Nie zmienia to jednak faktu, że Sowietów na to stać!
    3) Doktryna wcale nie polega na marnowaniu ludzi choć... jest to jej ryzyko. Po pierwsze, jak sugerowałem atakowany jest cały frant. Atak jest podtrzymywany również wtedy, kiedy nie wychodzi, byleby przeciwnika wiązać walką. To generuje straty. Po drugie, faza operacyjna nie kończy się w sposób płynny i synchroniczny, a poszczególne szpice pancerne zatrzymują się w różnych momentach. Piechota dostarczana potem do czołgów także jest już zamęczona. Prędzej czy później radziecki atak musi upaść i jest to sygnał, że ta ofensywa dobiegła końca. Jako ciekawostkę powiem, że jednym z ataków kończących ofensywę kurską i charkowską było... Lenino. Lenino nie stało się masakrą tylko z powodu nieogaru oficerów, ale przede wszystkim brakowało już sprzętu, a cała armia radziecka była zdezorganizowana.

    Niezależnie od tego, doktryna wyglądała na papierze obiecująco. Na manewrach też wychodziła świetnie.

    I wtedy właśnie przyszła czystka oficerów z 1937 roku. Niemalże wszyscy zaangażowani w pracę nad tą doktryną, wisienka STAWKI, dostali kulki w czapę.

    Wszyscy specjaliści wymordowani z zimną krwią.

    A krótko później wybuchła wojna. I nowi oficerowie czytali Triandafiłowa, Issersona, Tuchaczewskiego... i próbowali zrozumieć co dokładnie mają robić bez mentorów i autorów głębokich operacji.

    Cdn...

    /MK

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #rosja #iiwojnaswiatowa

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 27624571_1810022452355833_455151772900973113_o.png

    •  

      @Mleko_O:

      Po tej wypowiedzi można odnieść wrażenie, że autor sam nie do końca rozumie czym jest FSO, która ogólnie odnosi się do połączenia działań ofensywnych, defensywnych, stabilizacyjnych celem osiągnięcia pożądanych celów, a nie do stworzenia konkretnego schematu działań bojowych. Niezasadne jest twierdzenie że nie możemy sami jej realizować.

      Idąc dalej twierdzenie że Polska nie posiada jakiejkolwiek doktryny obronnej to przejaw ignorancji, tym bardziej że pojawiło się już przynajmniej kilka aktów regulujących tę kwestię (DoR -21/02/1990 czy bardziej aktualnie SBNRP - 05/11/2014), analogicznie przygotowywane są dokumenty operacyjne, lecz z wiadomych względów są one niejawne i dostęp do nich ma ułamek obywateli.

      @wjtk123:

      WOT nie jest rodzajem wojsk, tylko rodzajem sił zbrojnych.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (28)

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    Kolejny post najpewniej dopiero we wtorek ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #historiaiwojskowosc

    T-34-85 forsuje rzekę, 1944 rok.

    DOKTRYNA GŁĘBOKICH OPERACJI - DOKTRYNY - ANALIZA - CZĘŚĆ 3

    Ostatni wpis zacząłem Blitzkriegiem, co wydaje się być trochę nie na temat.
    Teraz będzie tak samo.

    Ostatnio powiedziałem o tym jak Blitzkrieg działał i był zaskoczeniem dla przeciwników III Rzeszy. Ale warto powiedzieć, że miał też wady...
    1) Podczas fazy Schwerpunktu - czyli przełamania pancernego - Blitzkrieg był narażony na coś, co po drugiej wojnie światowej zacznie nazywać się QRF, czyli quick reaction force, a więc jednostki pozostające w rezerwie (odwodzie) taktycznym, służące konkretnie blokowaniu wybitej przez przeciwnika dziury, a w efekcie zatrzymującej jego przełamanie
    2) Narażone flanki: podczas fazy Verfolgnung - czyli pościgu - dywizje pancerne i zmechanizowane rozciągają się niebezpiecznie i muszą być gotowe na kontrataki płynące w ich kierunku z flanek. Niemcy radzili sobie z tym poprzez maksymalnie szybie działanie... ale czy zawsze się tak da? Największym wrogiem Blitzkriegu jest tzw. Hedgehog defence, czyli budowanie na początku swojej głębi operacyjnej czy też taktycznej serii umocnionych punktów - coś jakby fortów z XVIII wieku - które mogą pomieścić dość duże siły, by te mogły wyjść, zaatakować flankę, a w razie czego wycofać się za fortyfikacje. Obecność takich punktów skutecznie ogranicza możliwość manewru i wymaga przekazania części sił do ich blokowania (oblegania).
    3) Brak przewagi w powietrzu - czyli Luftunderstutzung. To wyszło przede wszystkim w Ardenach. Jeżeli nie kontrolujesz powietrza nie przeprowadzisz skutecznego pościgu, gdyż szybko poruszające się kolumną są zbyt prostym celem dla samolotów.

    Sowieci zdaje się, że dostrzegli ten problem zawczasu. Głębokie operacje są znacznie mniej narażone na pewne ryzyko, czy też gambit, w porównaniu do Blitzkriegu.

    Przyjrzyjmy się więc jak wyglądał w ten doktrynie konkretny manewr.
    STAVKA zaproponowała, by podzielić swoje siły na trzy podstawowe ESZELONY:

    1) ESZELON TAKTYCZNY - złożony najczęściej z korpusu piechoty (3-4 dywizje piechoty) rozpoczynał FAZĘ TAKTYCZNĄ głębokich operacji.

    Faza taktyczna polegała na niczym innym, jak przełamaniu linii wroga i jest ona odpowiednikiem Schwerpunktu. Zwróćcie uwagę na pierwszą różnicę - fazę przełamania powierzono dywizjom piechoty, które (od razu podpowiem) nie wykonują innej funkcji w tej doktrynie. Znaczące formacje pancerne nie były stosowane w tej fazie, żeby nie ponosić niepotrzebnych strat i - przede wszystkim - nie męczyć załóg. Przypominam, że niemieccy czołgiści po kilki dniach Blitzkriegu byli na skraju wytrzymałości i byli w stanie działać dzięki lekom pobudzającym.

    Typowa radziecka dywizja piechoty miała trzy pułki, z których zwykle dwa otwierały natarcie. Dywizja miała ponadto na swoim wyposażeniu batalion dział samobieżnych w stylu SU-122 czy ISU-152, które służyły prowadzeniu przełamania przez wrogą linię. Korpus miał zwykle samodzielny batalion czołgów, który wykorzystywany był do wspierania sektorów, na których napotkano by pojazdy opancerzone wroga. Żeby zagwarantować przewagę siły ognia, korpus miał na wyposażeniu poważne ilości artylerii - często ok. 2 brygad, ale była to dość płynna struktura. Linia wroga w fazie taktycznej była dosłownie miażdżona ogniem dział, a następnie przejmowana w sposób zdecydowany masą piechoty wspieraną działami szturmowymi. Jako ciekawostkę dodam, że przy wielkim natężeniu dział na tak małych sektorach, podczas walk o Berlin w 1945 roku natężenie ognia na kilometrze mierzono szacunkowo w... kilotonach.

    Tutaj ważna rzecz: Sowieci widzieli potrzebę czegoś w rodzaju "Schwerpunktu", gdyż szacowali, gdzie linia wroga może mieć ewentualne luki. Tutaj jednak napotykamy różnicę w skali:
    - Blitzkrieg - jeden lub dwa punkty przełamania przy minimalnym zaangażowaniu całej linii, czyli np. pchnięcie punktowe przez Ardeny przy limitowanym ataku na reszcie terytorium Belgii
    - Głębokie operacje - zmasowane natarcie na właściwie całej linii, liczącej kilkaset kilometrów, z wyznaczeniem kilku (w praktyce około 5-6) głównych "schwerpunktów", które dla odmiany były szerokie na kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów i atakowane przez dziesiątki tysięcy ludzi

    Dlaczego tak robiono? Ponieważ nie zakładano, że cała linia wszędzie się przebije. Chodzi jednak o:
    a) zmylenie wroga co do faktycznego miejsca przełamania - tu wchodzi jeszcze tzw. maskirowka, czyli umiejętne mylenie przeciwnika co do charakteru i położenia swoich jednostek w drodze wojny informacyjnej
    b) związanie sił przeciwnika walką tak, żeby wróg nie mógł "przesuwać" swoich żołnierzy po linii i atakować z boków punktów przełamania

    I jeszcze jedna ważna informacja: Sowieci wyznawali zasadę, że równość może być w komunizmie, ale w armii nagradza się najskuteczniejszych. W efekcie odwody (w tym operacyjny eszelon, o którym później, albo raczej następnym razem) wysyłano tam, gdzie przełamanie szło najlepiej, a nie najgorzej i powinno zostać "popchnięte" - ważne dla Sowietów było, żeby przełamanie w ogóle miało miejsce, konkretny punkt przełamania nie był tak ważny!

    W momencie, gdy do przełamania dochodzi, odpalamy drugi rzut czyli:

    2) ESZELON ZABEZPIECZENIA GŁĘBI (ODWÓD TAKTYCZNY) - w tym momencie ofensywa wchodzi w fazę ZABEZPIECZENIA PRZEŁAMANIA. Siły z eszelonu taktycznego poniosły straty i są zmęczone, ale próbują w miarę możliwości uchwycić nieco więcej terenu. Wtedy dowódca korpusu piechoty uwalnia swoje odwody taktyczne, które zajmują wywalczoną lukę i tworzą coś w rodzaju parasola, który zablokować ataki wroga mające na celu ustabilizowanie sytuacji w miejscu przełamania. Oczywiście jeżeli ataki na całym froncie poszły dobrze przeciwnik może odczuwać trudności i np. w ogóle nie wyprowadzić takich kontrataków. Jednostki z tych eszelonów mają zwykle nieco większe ilości dział przeciwpancernych i niszczycieli czołgów, ale to nadal piechota z korpusu piechoty!

    W tak zwanym międzyczasie informacje o przełamaniu dochodzą do dowództwa Frontu, tudzież grupy armii - tamtejsi generałowie lub marszałkowie znają już sytuację i widzą gdzie mają luki oraz gdzie one prowadzą. Wtedy pada rozkaz odpalenia ODWODU OPERACYJNEGO.

    Co stanowi odwód operacyjny? Najlepiej armia pancerna - czyli 2-3 korpusy czołgów oraz piechoty zmechanizowanej/zmotoryzowanej. Jest to trzon jakościowy radzieckiej armii - setki, o ile nie tysiące czołgów wspartych gwardyjskimi dywizjami piechoty jadącej na swoich wozach, opcjonalnie na pancerzach.

    Rozpoczyna się wyścig z czasem. W tym momencie wróg zaczyna odpalać swoje rezerwy operacyjne (które wróg widzi jako strategiczne) i kieruje je w stronę punktów przełamania. Czyli jadą tam przede wszystkim niemieckie dywizje pancerne. Eszelon zabezpieczenia głębi trzyma linię na tyle szeroko i długo, żeby odwód operacyjny mógł przejechać przez tę dziurę w miarę możliwości bez walki - a przede wszystkim żeby nie UTKNĄŁ walcząc w dziurze!
    Tu myślę widać kolejną różnicę - jest to moment zastosowania czołgów. Sowieci chcą opóźnić ich wejście do walki za cenę dłużej trwającej przełamania, podczas gdy Niemcom czołgi gwarantowały szybkie przełamanie. Do tego celu jednak Sowieci stosują mylenie przeciwnika.

    I wtedy się zaczyna.

    3) ESZELON OPERACYJNY - kluczowy element doktryny otwierający FAZĘ OPERACYJNĄ. Właściwie to faza ta zaczyna się wcześniej, gdyż już od momentu budowania przełąmania na granicy głębi operacyjnej i strategicznej lądują radzieccy spadochroniarze i zajmują kluczowe punkty, żeby zasiać panikę w linii wroga oraz opóźnić wprowadzanie odwodu operacyjnego przeciwnika (czyli strategicznego z jego perspektywy) na front, czyli głębię taktyczną.
    Zadaniem pancernych odwodów operacyjnych jest wyjście z minimum walki (bo walka opóźnia i osłabia, a tu liczy się czas!) na głębię operacyjną i uderzenie w walce manewrowej na odwody przeciwnika jadące na pomoc! Jest to sytuacja, która w angielskiej historii wojskowości nazywa się "DEEP BATTLE" - to tu rozstrzyga się być albo nie być ofensywy. Brak zmęczenia odwodów operacyjnych walką ma stanowić dobrą podstawę do przewagi w boju. Dochodzi do wielkiej bitwy pancernej. Dowódcy czołgów mają zniszczyć wozy wroga, rozwalić na kawałki jego odwody operacyjne, które są RZECZYWISTYM celem całej ofensywy... a następnie NIE MAJĄ flankować i otaczać jak w Blitzkriegu!

    Oni mają jechać dalej przed siebie. I rozlać się jak mrowie po głębi operacyjnej, łączyć się ze spadochroniarzami i masakrować głębie strategiczną. Rozwalać sztaby, całe największe magazyny, rezerwy sprzętowe. Tu nie chodzi o doprowadzenie do okrążenia i zniszczenia dywizji wroga jak w Blitzkriegu - tu chodzi o zupełny paraliż CAŁEJ linii frontu na odcinku - kilkunastu dywizji różnych typów, setek tysięcy żołnierzy i cywilów, milionów ton materiału. Atak odwodów ma skończyć się dopiero brakiem paliwa. Przeciwnik, który próbuje się wycofać - nie jest otoczony, może próbować to robić - ma cofać się wolniej niż radziecka masakra głębi operacyjnej postępuje...

    Ale to jeszcze nie koniec.

    Cdn...

    /MK

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #rosja #iiwojnaswiatowa

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 27501063_1809998482358230_714651512020682778_o.jpg

  •  

    Jeżeli chcesz być wołany do kolejnych wpisów zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Sowiecki czołg szybki BT-7 prowadzi manewr przeciwko Japończykom. Bitwa pod Chałyn-Goł, 1939 rok.

    DOKTRYNA GŁĘBOKICH OPERACJI - DOKTRYNY - ANALIZA - CZĘŚĆ 2

    Podejrzewam, że zdecydowana większość Czytelników choćby orientuje się jak działa Blitzkrieg. W końcu da się go zobaczyć na filmach, a w grach strategicznych jest wałkowany w kółko. Nawiązanie do Blitzkriegu pozwoli zrozumieć jak działała doktryna sowiecka.

    Fazy Blitzkriegu - pokrótce:
    1) Przełamanie pancerną przewagą ilościową w jednym punkcie (Schwerpunkt)
    2) Pościg i eksploatacja przełamania - jednostki wdzierają się na tyły i rozpoczynają paraliżowanie sektora przeciwnika (Verfolgnung)
    W międzyczasie jednostki osłaniające prowadzą:
    3) Verzogerung - czyli akcję opóźniającą chroniącą plecy Schwerpunktu oraz całą linię
    Lotnictwo w międzyczasie zapewnia
    4) Luftunterstutzung - czyli zmasowane wsparcie powietrzne w wymiarze większym niż taktyczny (bez bliskiego współdziałania ale z zamierzeniem na zupełny paraliż w rejonie)
    A całość kończy się na fazie
    5) Kesselschacht - czyli bitwa w kotle, podczas której okrążone jednostki są eliminowane przez zmuszenie do kapitulacji, względnie zniszczenie

    Blitzkrieg należy do dwóch podstawowych typów doktryn, czyli:
    1) DOKTRYN MANEWROWYCH - tzw. Bewegungskrieg - do tej samej rodziny należą radzieckie głębokie operacje. Ponadto wyróżniamy jeszcze:
    2) VERNICHTUNGSGEDANKE - tudzież znane wszystkim "War of attrition" - wojnę na wyniszczenie, która dominowała w brytyjskiej oraz francuskiej doktrynie, a w sporym elemencie także amerykańskiej podczas WW2. Ale o tym kiedy indziej :)

    Tak więc wiemy już, że Głębokie Operacje są doktryną manewrową. Czym jednak się różnią?

    Przede wszystkim bardzo ważnym odkryciem wojskowym, opracowanym zasadniczo przez Tuchaczewskiego i Triandafiłowa, czyli wydzieleniem TRZECH, a nie dwóch głębi w rozumieniu budowy linii.

    Jest rok, powiedzmy, 1940. W tym roku Niemcy oraz Alianci mówią zasadniczo o dwóch głębiach - czyli jak jest zbudowany front przeciwnika:
    1) głębia taktyczna - jest to główna linia obrony okopów oraz druga, rezerwowa linia. Zawsze w praktyce budowało się co najmniej dwie linie oddzielone o kilka kilometrów, a nawet mniej. na pierwszej linii obsadzanej przez dywizję piechoty (w czasie I wojny zwykle dwu-pułkową) siedział jeden pułk, a na drugiej linii drugi. Życie na drugiej linii było oczywiście prostsze, ale można było wejść na pierwszą linię w czasie najdalej kilku godzin. W efekcie atak zdobywał pierwszą linię z poniesionymi stratami i... nie udawało się na czas wymienić odwodów, a druga linia kontratakowała pozycje utraconej pierwszej i ją odbijała. Słowem - nie było na to rozwiązania. W ten właśnie sposób pierwsza wojna światowa utknęła w okopach. Przy obecności CKMów jeszcze nie dało się zdobyć takiej linii bez bardzo dużych strat, w efekcie szanse odparcia kontrataku jeszcze bardziej malały.
    Potem jest:
    2) głębia strategiczna - zaczyna się ona bardziej z tyłu i zawiera w sobie rezerwy strategiczne, zwane też momentami odwodami - choć to drugie pojęcie jest bardziej płynne, bo może oznaczać też rezerwę taktyczną (czyli wspomnianą drugą linię). W głębi strategicznej stacjonują np. te jednostki, które mają akurat przepustki, wakaty, odpoczywają po walkach, uzupełniają straty, są tam też szpitale polowe.

    W efekcie można powiedzieć, że dla Niemców czy Francuzów rozbicie linii taktycznej (np. poprzez Schwerpunkt) prowadzi od razu do zaplecza strategicznego. Analogicznie Francuzi próbowali Niemców zajechać zamęczeniem wojennym poprzez wyeksploatowanie niemieckich rezerw.

    W tym czasie radzieccy dowódcy cały czas zastanawiali się nad niemiecką koncepcją wojny mobilnej, jaką poznali za sprawą kawalerii w czasie I WŚ. I doszli do wniosku, do którego nie raz na memach dochodzi Andrzej Duda.
    "Niby tak... ale ku*wa nie do końca"

    I tak pojawił się doktrynalny milestone - czyli trzecia głębia - GŁĘBIA OPERACYJNA.

    Rozrysujmy teraz sowieckie pojęcie głębi w rozumieniu Triandafiłowa i Tuchaczewskiego:
    1) Głębia taktyczna - do najdalej 20km w głąb linii wroga. Co najmniej dwie linie fortyfikacji, podstawowa i rezerwowa, akumuluje w sobie odwody taktyczne, a także najbliższe magazyny zaopatrzeniowe i nie raz szpitale (Niemcy dla przykładu raczej kwalifikowali to już jako początek głębi strategicznej)
    2) Głębia operacyjna - nie dalej niż ok. 100km za głębią taktyczną (Triandafiłow pisał bodajże 80km) - tutaj jest clue sprawy. W głębi operacyjnej znajdują się magazyny nieprzyjaciela, które ustalają SKUTECZNOŚĆ, a nie MOŻLIWOŚĆ walki sił w głębi taktycznej - czyli bez tego zaplecza głębia taktyczna nadal może walczyć, ale jest w złym położeniu. Co jednak znacznie ważniejsze - w głębi tej znajdują się odwody nieprzyjaciela, które zdaniem Sowietów są często BŁĘDNIE utożsamiane z odwodem strategicznym. Dlaczego? Otóż dlatego, że jednostki wroga z tej głębi - w 90% będą to formacje pancerne :) - mogą zmobilizować się do działania i zostać skierowane jako wsparcie na upadający odcinek w przeciągu kilkunastu godzin, być może 1-2 dni od kryzysu na linii wroga. W efekcie to te jednostki stanowią być-albo-nie-być możliwości stabilizowania sytuacji przeciwnika. Odwód ten bowiem składa się zwykle z najlepiej wyposażonych, elitarnych zasobów sił zbrojnych każdego państwa. Dlaczego? Ponieważ wtedy to te odwody wybierają miejsce i moment walki w kontrataku, a co za tym idzie zachowują INICJATYWĘ - i pozwala im to walczyć skuteczniej raz na swoich zasadach.

    Co proponuje Triandafiłow? Żeby to te odwody były celem głównego wysiłku radzieckiej armii, gdyż ich eliminacja pozwoli na kontrolowanie głębi operacyjnej przeciwnika - i swobodną jazdę w dowolnym kierunku. Nieograniczony ciągłymi atakami na flanki niemiecki Vervolgnung! Rozumiecie już? Choć nad tym zagadnieniem pochylę się w następnej części.

    3) Głębia strategiczna - wszystko co dalej, a w praktyce za osiągalną uważano około 500-600km za linią głębi operacyjnej. W tym rejonie znajdują się np. główne magazyny zaopatrzeniowe i - nie wiem jak to nazwać, improwizuję - porty kolejowe, z których setki pociągów i tysiące wagonów odsyłało dopiero na ciężarówkach sprzęt na linię taktyczną. Były tam też ulokowane wszystkie najważniejsze sztaby - głównie armii i grup armii. Były tam też rezerwy industrialne, czyli to, co dało się wyprodukować, odwodowe warsztaty naprawcze, czyli setki wozów wroga w remoncie, które miały stanowić rezerwę sprzętową, oraz oczywiście pula rekrutacyjna nieprzyjaciela w postaci populacji.

    Sowietom chodziło o nic innego, jak przeprowadzenie czegoś w rodzaju Blitzkriegu - ale tak olbrzymiego, że sparaliżuje możliwości nieprzyjaciela. Osiągnięcie radziecko rozumianej głębi strategicznej spowodowałoby okupację przykładowo ponad połowy Francji w jednej ofensywnie. Po czasie będzie to znane w historiografii jako bodajże "Dziesięć ciosów Stalina" (Stalin's Ten Blows).

    Jak zamierzano to osiągnąć? No bo blitzkrieg miał wady. Ale o tym opowiem w następnej części, bo choć wykonanie głębokich operacji może wyglądać podobnie do pomysłu Guderiana, różnica - przede wszystkim w skali - jest znaczna.

    Cdn...

    /MK

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #rosja #iiwojnaswiatowa

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 27164925_1808886999136045_1595131924647875357_o.png

    +: w..s, jozemjo +250 innych
  •  

    Wołam plusujących poprzedni wpis zgodnie z zapowiedzią, ale od teraz aby być wołanym zaplusuj ten wpis

    #historiaiwojskowosc

    Sowieccy żołnierze wyruszają do szturmu podczas fazy taktycznej Operacji Bagration, czerwiec 1944 roku

    DOKTRYNA GŁĘBOKICH OPERACJI - DOKTRYNY - ANALIZA - CZĘŚĆ 1

    Będzie to pierwszy z poruszanych na tej stronie tematów doktryn wojskowych. Żeby więc sensownie wyłożyć wam co z czym się je, zacznijmy od wyjaśnienia czym jest doktryna, a potem będzie krótkie słowo o Blitzkriegu. Dlaczego Blitzkrieg? Bo ludzie dostrzegają strasznie dużo podobieństw w obu doktrynach, co jest prawdą... i nieprawdą jednocześnie ;)

    Ale przede wszystkim, moje spostrzeżenia wejściowe, na które warto zwracać uwagę podczas całej tej serii:
    1) Sowiecka doktryna jest prawdopodobnie najskuteczniejsza spośród doktryn WW2 jeżeli chodzi o stosunek teren-straty-czas
    2) Jednocześnie jest trudna do zaaplikowania przez nie-Sowietów
    3) Nie ma nic wspólnego z "URRA I NA BERLIN" - i to ten stereotyp proponuję usunąć z pamięci w pierwszej kolejności

    Najpierw wyjaśnijmy jednak czym jest doktryna?

    Doktryna to w pewnym uproszczeniu ogólny zbiór zasad i prawideł, którego powinni trzymać się dowódcy - najczęściej średnio-wyższego szczebla - żeby cała armia działała mniej więcej na tej samej zasadzie. Jednocześnie doktryna kładzie nacisk na jakieś elementy czy konkretne sposoby prowadzenia wojny - np. manewr.

    Można to ładnie zestawić na przykładzie hierarchii zagadnień:
    Najpierw jest POLITYKA, która zasadniczo wyznacza cele wojskowym. Jak to bowiem ktoś mądry powiedział, "żołnierz to ostatnie 600 metrów interesów narodowych państwa". Dzięki polityce wiemy co chcemy osiągnąć. Potem wchodzi STRATEGIA, czyli ten najwyższy i co ważne konkretny plan działania w celu osiągnięcia celów politycznych - np. brytyjska strategia utrzymywania floty w celu wykluczena szansy na walkę na wyspie lub niemiecka strategia wyłączenia Francji, żeby walczyć tylko na jednym froncie.

    Następnie właśnie wchodzi DOKTRYNA - czyli nic innego jak odpowiedź na pytanie: JAK MAMY STRATEGIĘ ZREALIZOWAĆ? I tak wchodzi tu kolejno brytyjska doktryna Fleet-in-being czy też niemiecki blitzkrieg - choć sam blitzkrieg de facto doktryną nie był (kwestie semantyczne - nie będę rozwijać). Czyli doktryna nie jest konkretna -zawiera wskazówkę w stylu "chcemy wygrać przez przebicie się czołgami i wymanewrowanie przeciwnika" - ale nie wskazuje jakiego dokładnie oraz w którym miejscu i w jakim czasie.

    Od realizacji doktryny w przestrzeni i czasie mamy TAKTYKĘ, czyli ten najniższy szczebel - sztukę prowadzenia ataków, obrony, flankowania, wycofywania, osłony i tym podobnych rzeczy. Sama taktyka jest jeszcze bardziej ogólna niż doktryna, ale konkretność taktyki wyraża się przez to, że jest aplikowana już w konkretnej sytuacji i w konkretnym terenie. Czyli mówiąc jak krowie na rowie: dowódca widzi na bieżąco co się dzieje i w ten sposób aplikuje swoją wiedzę taktyczną.

    Na samym końcu łańcucha jest SPRZĘT. Będę to powtarzać do usranej śmierci: sprzęt jest środkiem do realizacji zadania, które wynika z taktyki, doktryny i strategii. Sprzęt dobiera się więc na końcu, bo wtedy wiemy już jakie zadania przed nami stoją. Musimy być bardziej szybcy niż przeciwnik? Dobieramy ciężarówki. Musimy mieć większą siłę ognia? Dokładamy działa do baterii. To naprawdę proste, ale mam przyjemność prowadzić od lat pewną grę "strategiczną" i obserwuję z pewnym zawodem, jak gracze kupują nieszczęsny sprzęt, bo akurat jest dostępny jak karpie w Lidlu, a potem dopiero próbują sklecić z niego coś, co działa.

    Chyba nie muszę mówić, że rzadko działa.

    W czasie drugiej wojny światowej większość kluczowych krajów opracowała swoje doktryny: na pewno byli to Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi. Jest dyskusja co do Niemców, problem z Japonią i Polską, które miały "plany operacyjne" - które zdaje się stoją pomiędzy doktryną a taktyką.

    W każdym razie DOKTRYNĘ - i to całą z dużych liter - mieli SOWIECI. I nazywała się "glubokaje opjeratsije" - tudzież "Глубокая операция" - tudzież "głębokie operacje". Byłą to doktryna rozplanowana tak dobrze i tak konsekwentnie, że dała Sowietom największe zwycięstwa w historii drugiej wojny światowej i kasowała całe niemieckie grupy armii. Japończycy kładli się pod nią tak, że aż im klapki spadały.
    Do tego doktryna przewidywała od razu walkę w ofensywie i defensywie - w gruncie rzeczy nie bardzo zostawiała miejsce na jakąkolwiek improwizację.

    Kto ją opracował? Sowieccy najlepsi generałowie... póki jeszcze żyli, ale o tym później :v
    Kluczową rolę głębokich operacji przypisuje się Władimirowi Triandafiłowowi, który zginął w wypadku lotniczym na początku lat '30. Zdaje się, że był to po prostu nieszczęśliwy wypadek. Ponadto swój udział mieli również i Tuchaczewski oraz Frunze, opiniował ją Budionnyj - jak widać cała śmietanka czerwonej STAWKI.

    Głębokie operacje były tak dobre, że z pewnymi zmianami Rosjanie stosowali ją jeszcze do niedawna - o ile nie stosują jej dalej...

    Trzeba też przyznać, że Sowieccy dowódcy pomyśleli pracując nad nią... ambitnie. W jaki sposób? O tym będzie mowa w kolejnych wpisach.

    Cdn...

    /MK

    #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #rosja #iiwojnaswiatowa

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 26994087_1807789042579174_5003334252238077847_n.png

    +: S.............o, lenovo99 +451 innych
  •  

    #historiaiwojskowosc

    Jeżeli chcesz być wołany do nowych wpisów - zaplusuj ten komentarz

  •  

    Od dzisiaj mam zamiar wołać do wpisów - jeżeli chcesz być wołany po prostu zaplusuj

    #historiaiwojskowosc

    Chiński Typ 53, ichniejsza kopia (prawie 1:1) karabinu maszynowego Gorjunowa SG-43.

    SG-43 GORJUNOW (I DERYWATYWY)

    Generalnie - choć może ciężko w to uwierzyć - Sowieci już w latach '30, kiedy masowo modernizowali armię i wprowadzali nowe typy uzbrojenia, zauważyli przestarzałość CKMu Maxim Model 1910.

    Główne problemy Maxima były dwa. Jednym była jego ogólna wysoka masa, wraz z tarczą osłony strzelca na kółkach Maxim ważył mniej więcej 65 kilogramów. W praktyce lepiej było go przenosić na 3 osoby, przez co składał się dość długo. Na dwie osoby też się dało, ale ten co niósł najcięższe elementy miał, wiadomo, fizykalne kłopoty. A do tego była jeszcze amunicja w pasach i pudłach oraz własne uzbrojenie obsługi CKM - najczęściej każdy z żołnierzy niósł jednak karabin Mosin M91/30 (potem już w wersji skróconej M38, a następnie M44).

    Drugim problemem był fakt, że CKM Maxima chłodzony był wodą. Takie CKMy - jak na przykład brytyjski Vickers - można łatwo rozpoznać po bardzo grubej lufie. Generalnie ta "gruba lufa" to w większej części osłona zbiornika z wodą, a sama lufa jako taka jest najnormalniej w świecie... długa i chuda. Takie CKMy mają jednak dużą masę, a żeby prawidłowo pracować to potrzebują dostępu do wody. Oczywiście wodę w CKM trzeba wlać, czyli trzeba ją przynieść - a jak CKM się przenosi, to wodę w zbiorniku wraz z nim. W rezultacie rzeczywista masa tej broni wzrasta jeszcze o zasób wody. W bonusie woda jeszcze chlupocze w czasie przenoszenia co utrudnia niosącemu utrzymanie równowagi, a w czasie strzelania może wprawić przednią część broni w wibracje (choć w praktyce przy masie własnej takiego karabinu jest to dość trudne).

    A więc Sowieci przystąpili do poszukiwania następcy Maxima, czyli CKMu lżejszego konstrukcyjnie oraz przede wszystkim chłodzonego powietrzem, jak np. francuski Hotchkiss M1914 czy amerykański Browning M1919. Te CKMy można poznać po tym, że lufa sama w sobie jest zwykle masywna, ale znacznie chudsza od "wodnych" odpowiedników. Zwykle ma też takie jakby wycięcia i wygląda trochę jak kaloryfer. W ten sposób lufa ma większą powierzchnię własną i szybciej oddaje ciepło otoczeniu. Przy okazji to taką lufę nadal można polewać w razie czego wodą i chłodzić ją dodatkowo w ten sposób. Chyba, że jesteście niedozbrojonymi Włochami w czasie WW2 i oddajecie mocz na własne lufy - ale to inna historia, dotycząca RKMu Breda ;)

    Głównymi kandydatami na następcę Maxima była konstrukcja Diegtarjewa (faworyta Stalina), oznaczona jako DS-39, oraz konstrukcja Gorjunowa właśnie, oznaczona na początku jako SG-43. Jak można łatwo wyczytać z cyfr w oznaczeniach, karabin Djegtarjewa był pierwszy i od 1939 roku wyprodukowano go w kilku tysiącach egzemplarzy. Był jednakże on dość awaryjny i drogi w produkcji - choć i tak tańszy od Maxima. Maxim wrócił mimo to do produkcji po Barbarossie, albowiem łatwiej było Sowietom przestawić linie produkcyjne na tę broń.

    W miarę jednak jak sytuacja frontowa Sowietów poprawiła się, produkcję Maximów etapowo ograniczano i szukano nowocześniejszego zamiennika. Ostatecznie na testach wygrał SG-43, gdzie okazał się prostszy w produkcji i bardziej niezawodny od DS-39, którego produkcję odłożono na amen.

    I tak SG-43 był właściwym "drugowojennym" radzieckim CKMem, który powoli powoli zastępował Maxima w służbie frontowej. Broń trafiała na początku głównie do jednostek gwardyjskich, a potem już jak popadnie.

    Dlaczego o nim piszę? Bo to była cholernie popularna, a zapomniana broń. Rzeczywiście, nie przebił on nigdy Maxima swoją liczebnością w czasie drugiej wojny światowej.

    Ale historia karabinu Gorjunowa idzie dużo, dużo dalej.

    Po wojnie zmodernizowano go nieznacznie i przyjmowano dalej pod nazwą SGM. Ważniejsze były jednak jego stacjonarne warianty - czyli SGMT i SGMB. SGMT montowano na czołgach, a SGMB na transporterach opancerzonych.

    I tak też SGM w odpowiedniej wersji stanowił uzbrojenie pokładowe radzieckich T-44, a potem T-54 oraz T-55. Byłą to też podstawowa broń montowana na produkowanych masowo transporterach kołowych BTR-152 oraz gąsienicowych BTR-50, nie mówiąc już o wozach rozpoznawczych BRDM-1. Innymi słowy ten CKM był podstawowym CKMem Ukłądu Warszawskiego w pierwszej fazie zimnej wojny.

    Niewielu jednak o nim pamięta... co odrobinę dziwne. Rzeczywiście, w latach '60 Sowieci przystąpili do wdrożenia uniwersalnego karabinu maszynowego PK, co zakończyło w Układzie Warszawskim erę dzielenia karabinów maszynowych "zadaniowo". Mimo wszystko wymiana Gorjunowów na PKT (czyli stacjonarną wersję PK) postępowała w różnym tempie. Na przykład zdarzało się, że Węgrzy jeszcze w połowie lat '80 używali tych karabinów na transporterach i czołgach. Polacy też wymieniali je mniej więcej dopiero na początku lat '70.

    Naturalnie historia szlaku bojowego SG-43 i derywatywów jest znaczna. Był on eksportowany wszędzie gdzie Sowieci akurat opychali komuś broń. W linii używało go ok. 30 państw. Zwłaszcza szerokie użycie miał w Egipcie, gdzie stanowił podstawowy CKM tego państwa w wojnach w latach 1956 oraz potem w 1967 roku. Później był już zastępowany przez PK.

    Gorjunowów używali także Chińczycy w Korei (obok Maximów) i czasie kryzysów w cieśninie tajwańskiej. W trakcie walk chińsko-sowieckich w latach 1968-69 tej broni używały obydwie strony.

    Warto więc rzucić sobie na niego okiem i konstrukcję zapamiętać, choć może trochę na zasadzie ciekawostki.

    /MK

    #historia #gruparatowaniapoziomu #bron #ciekawostki #rosja

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 83247058_2979945322030201_5545510177429520384_n.png

  •  

    W związku ze znaleziskiem które się ostatnio pojawiło (informacja nieprawdziwa, sprawdź się) postanowiłem sprawdzić osoby z mojej #czarnolisto jak im idzie. Od razu mówię, że zrobiłem to na szybko i nie chciało mi się bawić w formatowanie.
    Oto wyniki:

    Wykop/Zakop/Utworzył


    nitemar_ 16/0
    Paulapi 2/0
    Zoodiak 0/0
    AndrusZgc 206/0
    Gregua 14/3
    MarMac 3/0
    lubie
    jablka 13/0
    kupkesobieciagne 0/0
    kill-9 3/0
    rEwx 9/1
    Kwapiszon 39/0
    analgazy 4/4
    RoastieRoast 32/0
    nigdy
    niezylem Brak danych
    xGreatx 22/5
    Hatespinner 6/1
    SzymonCzarownik 14/1
    ChamskoCytuje 13/0
    Kantar 0/3
    ediz4 25/21/1
    CampTrump 1/0
    trzydrzwiowypentaptyk 0/1
    GrzegorzSkoczylas 9/50
    Polanin 5/6
    CZARNYCZAREK 3/0
    balwan
    rsl 0/0
    Walenciakowa 2/5
    ZapomnialWieprzJakProsiakiemByl 4/45
    Malygrzesio80 9/0
    ajatollahchomeini 1/0
    ToNieOn 21/0
    OlaWGW Brak Danych
    nie-wierze-w-sarny Brak Danych
    marek-kalka 3/1
    daeun 5/0
    Augustynczyk 12/0
    Poro6niec 21/29/1
    Notabene 33/0/1
    pawel
    tarnobrzeg 30/0
    korporacion 2/5
    kociooka 1/0
    AgentGRU 0/2
    KonradLuzik 0/1
    Cynikt 0/0
    Dzieban 0/0
    windows95 0/0
    terwer358 50/4
    Klepajro 2/2
    mementomori 1/1
    Chronmy
    P0lkiprzedincelami 2/7
    revente 1/0
    chopak Brak Danych
    svatco 45/0
    hohohohoho 4/9
    JakTamCoTam 22/1
    zichenbaum 12/1
    Fajnypiesek 0/0
    noitakto 0/2
    kezioezio 2/9
    microbot 0/1
    Shepard93 6/2
    Hetman11 130/1
    Magnolia-Fan 4/20
    slapdash 7/1
    bocznica 6/1
    Prinz
    Eugen 8/0
    DiscoKhan 9/8
    Szczykawa 5/6
    Trafku Brak Danych
    klepcio_ex3me 1/0
    Hrvat 1/0
    maciej-kossakowski 71/1

    Trochę tego jest ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Osoby które więcej zakopały niż wykopały zdejmuje z czarnej bo pozytywnie przysłużyły się działaniu tego zapomnianego przez Boga serwisu ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Zachęcam do publikowania swoich wyników pod tagiem #fejki
    #wykop #fakenews
    pokaż całość

    źródło: link_G99eF0uUJClaXMr2YyBGkRKzXvXlRHfQ,w300h223.jpg

  •  

    Utworzyłem spam listę (ktoś wie czy da się zawołać obserwujących tag?) ale jeszcze nie wiem jak to działa ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Uprzedzam, że post jest z Marca zeszłego roku więc niektóre informacje mogły się zdezaktualizować

    #historiaiwojskowosc

    Żołnierze Talibanu i uchodźcy w Heracie, 2001 rok

    TEN NIEZRĘCZNY MOMENT, KIEDY TRZEBA PRZYTULIĆ SIĘ DO WROGA - POWSTANIE W HERACIE W 2001 ROKU

    Herat to miasto w zachodnim Afganistanie, położone około 60km od granicy z Iranem i jedno z większych miast tego kraju obok Kabulu, Kunduzu i Mazar-e-Sharif. Dodam też, że Herat przeżył dwa powstania - jedno w 1979 roku, o którym dziś NIE BĘDZIE, a także to nowsze, z 12 listopada 2001 roku.

    W listopadzie 2001 roku Amerykanie - głównie pod postacią lotnictwa i sił specjalnych - działali już na całego w Afganistanie, gdzie wspierali przeciwko władzy Talibów tzw. Sojusz Północny (Northern Alliance), złożony z ludów pasztuńskich oraz wszelkich przeciwników władzy Talibanu. Taliban zaś czerpie swoją nazwę od pojęcia ucznia, a Talibowie - jeszcze w okresie interwencji ZSRR - byli kimś w rodzaju muzułmańskiego Hitlerjugend, rekrutowanego z całego świata na uniwersytetach - także Afganistan dostał swoją dawkę prawdziwego Islamu, gdy ostatecznie w drugiej połowie lat '90 Taliban przejął w kraju władzę :)

    Jednocześnie silnie koraniczny, sunnicki ruch w trybie natychmiastowym wygerenował sobie wroga. Pod postacią kogo? Hmm, być może silnie różnego w interpretacji Koranu państwa szyickiego? Jakie są państwa szyickie na świecie? No zasadniczo jest jedno.

    Iran.

    Według trudnych do zweryfikowania informacji, ówczesny generał irańskiej Gwardii Rewolucyjnej, Yahya Rahim Safavi, dziś osobisty doradca Ajatollaha w sprawach wojskowych, lobbował u Chameniego w przedmiocie możliwej interwencji w Afganistanie. Według słów samego Safaviego, w 1999 roku Iran mógłby skierować na granicę z Afganistanem ok. 3 miliony ludzi - wojskowych i paramilitarnych - a interwencję mogłoby prowadzić kilkadziesiąt tysięcy. Chomejni jak widać nie chciał jednak dolewać oliwy do ognia i ograniczono się jedynie do wojskowego i doradczego wsparcia Northern Alliance. No i oczywiście do budowy siatek szpiegowskich w zachodnim Afganistanie, głównie w rejonie Heratu :)

    Herat pozostawał jednakże w 2001 roku twierdzą Talibanu, gdzie szacowano liczbę bojowników na kilka tysięcy. Amerykańskie naloty zdołały wprawdzie zneutralizować dużą liczbę czołgów i broni ciężkiej, jednak z przyczyn humanitarnych dywanowe naloty na miasto nie wchodziły w grę. Nadal jednak, pomimo obecności Rangersów, Delta Force i polowych operatorów CIA, przyłączonych do ok. 5 tysięcy bojowników lokalnego watażki, Ismaila Khana, Khan korzystał również z pomocy swoich irańskich sojuszników.

    W celu szybkiego zdobycia Heratu rozważono jednak dość... niecodzienny układ.

    Safavi zaproponował amerykańskiemu dowódcy, generałowi Tommiemu Franksowi, że w Heracie wywołać można antytalibskie powstanie i zsynchronizować je ze szturmem na miasto. W tym celu w Teheranie powołano wspólną (!) komórkę operacyjną irańskiego i amerykańskiego wywiadu - ostatni raz taka współpraca miała miejsce przed irańską rewolucją w 1979 roku.

    Zgodnie z opracowanym planem, siatka wywiadowcza w Heracie miała przygotować wszystko co trzeba, by umożliwić amerykańskim i irańskim komandosom infiltrację miasta, przebranym za lokalną ludność (w tym kobiety). Następnie Irańczycy - znający lepiej lokalne zwyczaje i często także język - mieli szybko zorganizować grupy antytalibskie i nawoływać do powstania w samym mieście, by wywołać w obronie Talibanu jak największy rozgardiasz. Następnie - i po szturmach sił specjalnych na kluczowe pozycje - wejść miały siły Ismaila Khana z resztą Amerykanów.

    Plan wykonano ostatecznie 12 listopada 2001 roku. I powiódł się on w zupełności. Udało się pozyskać kilkuset bojowników, którym wnet rozdano przeszmuglowaną przez Irańczyków broń. Następnie dzięki irańskiemu rozpoznaniu siły Delta Force oraz irańskiego Quds - czyli irańskiego jakby Specnazu, podlegającego pod Gwardię Rewolucyjną - uderzyły precyzyjnie na punkty łączności oraz dowodzenia w Heracie, zabijając i biorąc jako jeńców wielu Talibów. W tym czasie Amerykańskie lotnictwo uderzyło chirurgicznie na ważne logistycznie punkty.

    Wszystkie te ataki - wyprowadzone w kilka godzin - spowodowały zupełne załamanie talibskiego łańcucha dowodzenia i paraliż komunikacyjny. Nagle wyizolowane pozycje obronne, mające jeszcze powstanie za swoimi plecami (bo mieszkańcy już wtedy wesoło Talibów masakrowali na ulicach rozdaną bronią), po prostu się załamywały, a wieczorem tysiące Talibów uciekało już z miasta w góry. Wielu uciekło, choć nie bez ciężkich strat w walce z milicjantami Khana, który tryumfalnie wkroczył do Heratu, i z którym był związany zresztą od lat, jeszcze w czasach gdy prowadził na tych ziemiach partyzantkę przeciwko Sowietom.

    Nie ma oficjalnych danych na temat strat obydwu stron, jednakże i irańskie i amerykańskie źródła podkreślają perfekcyjny przebieg operacji, przez co można bezpiecznie założyć, że straty były bardzo niskie.

    Rozbieżności pojawiają się dalej - oczywiście ramię w ramię z polityką :)

    Safavi miał podobno rozważać naciski na Ajatollaha w przedmiocie odwilży w stosunkach Teheran-Waszyngton po tej operacji. Safavi jednakże był zapewne lepszym dowódcą niż politykiem, bo już na początku 2002 roku Bush ogłosił, że Iran jest częścią osi zła, czym umocnił trwającą do dziś antyirańską politykę USA.

    Amerykanie oficjalnie wypierają się bliskiej współpracy z Irańczykami w Heracie. Według nich działały siły irańskie wśród ludzi Khana. I tyle. Kto jednakże wywołał powstanie? O tym Amerykanie już nie do końca mówią, a tymczasem od kilku lat komórka "koordynacyjna" CIA w Teheranie jest już jednostką jawną... i funkcjonującą do dziś.

    Amerykańscy żołnierze sił specjalnych (bo "operator" to rakowe słowo) dostali zakaz w przedmiocie udzielania szczegółów co do tej operacji, podobnie obecni w rejonie Brytyjczycy.

    Jak było więc naprawdę? Moim zdaniem Irańczycy nie kłamią... bo po co? Antytalibska postawa Iranu byłą uzasadniona, a taki ruch w Heracie byłby też pierwszym z kilku mających na celu ograniczenie amerykańskich wpływów wśród afgańskich watażków. Za to z perspektywy USA podkreślanie doniosłości tej operacji nie jest do końca na rękę.

    Ismail Khan był przedstawicielem władzy w Heracie do 2004 roku. Został usunięty ze stanowiska przez prezydenta Hamida Karzaja, co spowodowało gwałtowne protesty z zabitymi i rannymi.

    Jak widać trzeba pamiętać, że polityka jest względna i makiaweliczna. Jeżeli można na czymś zarobić albo coś ugrać, sojusze zmieniają się niczym tasowana talia kart. To tak w kontekście dość popularnego w Polsce motywu moralnego interpretowania sojuszy...

    /MK

    #historia #iran #wojna #usa #gruparatowaniapoziomu #bliskiwschod

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 53046599_2343957548962318_1527806075770765312_n.png

  •  

    Gratuluje dobrze zrobionej strony ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #strzelectwo #strzelectwosportowe

    źródło: 1 Digits.png

  •  

    O której się to całe #nightdrive zaczyna?

    źródło: 1579124394759.jpg

  •  

    #historiaiwojskowosc

    Wyrzutnia przeciwpancerna Typ 4 w czasie testów polowych

    A dziś co nieco o, w dużym uproszczeniu i krótko mówiąc, "japońskiej bazooce" ;)

    WYRZUTNIA TYP 4

    Jednym z podstawowych przeciwności japońskich żołnierzy w okresie WW2 były alianckie czołgi. Japończycy wyraźnie odstawali zarówno w technologii pancernej jak i środkach jej zwalczania. Zasadniczo najlepszym japońskim czołgiem nadal pozostawał Typ 97 Chi-Ha Kai z armatą 47mm, a gdy Sowieci wchodzili swymi czerwonymi masami T-34 do Mandżurii w sierpniu 1945 roku podstawowym wyposażeniem przeciwpancernym japońskiej armii były... Type 94 i Type 1 kalibru 37mm, o penetracji porównywalnej z niemiecką armatą ppanc. PaK35 - czyli ok. 5cm pancerza na dystansie 100 metrów. Bronie te często nie były w stanie przebić T-34 czy Shermana nawet od boku, a frontalnie nie było o czym marzyć. Nie dziwota zresztą, że na wschodnim teatrze działań końca wojny w czynnej służbie dotrwały stare alianckie wozy jak Matilda czy Grant...

    Pod koniec 1944 roku Japończycy zaczęli realnie przewidywać inwazję na swoje wyspy macierzyste. Gross najlepszego sprzętu pozostawał więc na nich. Obok kilku mniej lub bardziej udanych i ciekawych konstrukcji pancernych Japończycy opracowali też - w oparciu o zdobyte Bazooki i przesłane przez Niemców Panzerschrecki - własną wyrzutnię przeciwpancerną.

    Typ 4 kalibru zasadniczego 70mm - bo o niej mowa - powstała w ilości około 3500 egzemplarzy, z czego żaden nie został użyty bojowo (gdyż wszystkie pozostały w Japonii). Japońska konstrukcja była bardziej prymitywna niż jej zachodnie odpowiedniki. Pocisk został opracowany na podstawie niekierowanych rakiet używanych w lotnictwie. W efekcie nie był stabilizowany lotkowo, ale obrotowo, co pogarszało jego zdolności penetracyjne, ale podnosiło celność. Dla łatwości w produkcji stosowano zapalniki moździerzowe, a prosty mechanizm odpalania po prostu klasycznie uderzał w ów zapalnik. Wyrzutnia produkowała sporo dymu i ognia, przez co strzelający musiał jej używać w specjalnej ochronnej masce, łatwo było bowiem o poparzenia (co ciekawe, nie mają ich żołnierze na zdjęciu). Z Typ 4 można było strzelać tylko w pozycji leżącej, do jej ustabilizowania przy strzale służył dwójnóg.

    Typ 4 penetrowała ok. 8cm pancerza stalowego. Jak na japońskie dotychczasowe osiągi była to mocna broń i mogła zagrozić co bardziej czułym punktom pancerza frontowego większości Shermanów.

    Jak wspomniałem, przez stabilizację w obrocie wyrzutnia miała dużo większy zasięg niż Bazooka i Panzerschreck, bo nawet około 700 metrów! W praktyce taki zasięg był jednak przewidziany tylko do roli wsparcia piechoty, celność punktowa kończyła się na 200-250 metrze... co i tak daje solidne rezultaty.

    Gdyby istotnie doszło do inwazji na wyspy japońskie, Amerykańscy czołgiści mogliby zaskoczyć się nieprzyjemnie. Jak dobrze skonstruowana była to broń zapewne jednak nie dane nam będzie się już przekonać...

    /MK

    #historia #japonia #wojna #gruparatowaniapoziomu #bron #ciekawostkihistoryczne

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 41001140_2087689551255787_7864979240972713984_n.png

  •  

    #historiaiwojskowosc

    Perfekcyjna rodzina - okładka magazynu dla kobiet Nationalsozialistische Frauenwarte, wydawanego przez Frauenschaft, lata '30 XX wieku.

    A dziś będzie długi wpis, albowiem nie chcę go rozbijać na serię. I chciałbym też powoli oddalić się od ekonomii z powrotem na grunt konfliktów zbrojnych. Mimo wszystko uważam ten wpis za ważny i potrzebny, a zrodził się on w mojej głowie już lekką ręką z trzy miesiące temu. W wolnych chwilach wolałem jednak zrobić co nieco researchu.

    Otóż ponownie na grupkach fejsbukowych, które prowadzę czy na których się udzielam, obok standardowego tematu Pinocheta, co jakiś czas wybucha dyskusja zapoczątkowana przez mości Kurwina, a konkretniej: czy Malarz był lewakiem? Albo jeszcze konkretniej: czy Malarz był socjalistą?

    Tutaj wyjaśnienie – będę naprzemiennie używać określenia Malarz albo Grofaz, rzeczywiste imię i nazwisko Sami Wiemy Kogo nie pojawi się w tym wpisie. Dlaczego? A dlatego, że jeżeli wpis nie spodoba się fejsbuczkowi to fejsbuczek lubi banować za promowanie nazizmu poprzez samo używanie tego imienia w innym kontekście niż jednoznacznie, hardo pejoratywnym

    Nie przedłużając (choć zaraz będzie analogia) – do dzieła.

    CZY MALARZ BYŁ SOCJALISTĄ? – KRÓTKIE ROZWAŻANIA O LEWICOWOŚCI III RZESZY I JEJ PROGRAMACH SPOŁECZNYCH

    Generalnie żeby być zupełnie precyzyjnym, trzeba zauważyć kilka rzeczy. Ówcześni socjaliści czy komuniści byli zupełnie odmienni od dzisiejszych wszelakich SJW (social justice warriors) czy tzw. komunistów sojowych, jakimi są na przykład przedstawiciele Partii Razem w Polsce. Wobec tego to pojęcie słusznie pozostaje na ten moment nieco rozmyte, a samemu do zakwalifikowania osoby do grona socjalistów/komunistów używam zupełnie innych kryteriów niż klasycznie wypracowanych w I połowie XX wieku. Zwłaszcza nieaktualna jest klasyfikacja komunistów w oparciu o legendarny argument uspołecznienia środków produkcji. Zwykle ktoś broni się tym, że nie jest komunistą właśnie w oparciu o ten argument – nie chce uspołecznienia fabryk. Nad tym kryterium pozwolę się stricte w tym wpisie nie rozwodzić, bo byłby częściowo nie na temat.

    Należy jednak zwrócić uwagę, że dla zaistnienia socjalizmu liczy się przede wszystkim polityka mająca na celu wykorzystywanie (tudzież systematyczne niszczenie) klasy bogatej oraz roszczeniowa postawa, nakazująca objąć konkretne osoby czy grupy społeczne opieką – koniecznie funkcjonującą z ramienia państwa – niezależnie od rzeczywistego wkładu tych osób/grup w proces bogacenia się ich społeczeństwa.

    A teraz czas na wspomnianą analogię. Jak wiemy, w czasie drugiej wojny światowej „siły zbrojne” (nie bez powodu z cudzysłowie) Rzeszy podzielone były zasadniczo na dwa rywalizujące ze sobą piony: Wehrmacht oraz walcząca część SS, będącej przybudówką NSDAP, czyli Waffen SS. Piony te ze sobą rywalizowały, nie darzyły się znaczną sympatią i podlegały innym podmiotom: Wehrmacht głowie państwa, podczas gdy SS strukturom NSDAP. Na marginesie podobnie było pod koniec wojny z Volkssturmem. Volkssturm był strukturą NSDAP, rodzajem bojówki partyjnej – bo zasadnicze siły pospolitego ruszenia podległe Wehrmachtowi zwały się Landsturmen i funkcjonowały mniej więcej od XVIII wieku.

    Lecz jednak ,gdy przychodzi co do czego, postrzegamy działania zarówno WH jak SS jako działania kierowane niemieckim aparatem państwowym (bo Malarz uosabiał głowę państwa oraz najwyższy ideał NSDAP), za które Niemcy jako państwo ponosi odpowiedzialność, zwłaszcza za konkretne popełnione zbrodnie, choć w większości tych przypadków zbrodnie popełniano w ramach struktur partyjnych bardziej niż państwowych. Inaczej musielibyśmy rzeczywiście dzielić Niemców na Niemców i nazistów – a tego byśmy nie chcieli, bo często przeprowadzenie tego podziału jest niemożliwe.

    I stąd też taki uproszczony podział funkcjonuje wśród nas i nie bez powodu obrusza się, że naziści to z kosmosu się nie wzięli.

    A teraz… a teraz co jeśli podobne kryterium – nieoddzielania aktywności partyjnej od państwowej – przyjmiemy w ocenie programów socjalnych w Rzeszy? Bo tu robi się już ciekawie.

    Robi się o tyle ciekawie, że wygląda na to, że NSDAP – Narodowo-Socjalistyczna Niemiecka Partia Pracy – robiła dużo więcej niż nawiązywała do socjalizmu tylko po to (jak to lubią podnosić ludzie po lewej stronie), by „zmylić robotników i oderwać ich od PRAWDZIWEGO ruchu robotniczego” :D

    Cofnijmy się do 1920 roku. Niemcy są w ruinie. Akurat niedawno rozwalono terrorystkę Różę Luksemburg i przynajmniej bomby nie wybuchają już na ulicach, lecz absolutnie w 1920 roku Niemcem być nie chcecie. Spośród wielu partii wszelakich w lutym tego roku ukonstytuowała się w Monachium NSDAP – wcześniej po prostu DAP (Deutches Arbeitspartei – Niemiecka Partia Pracy). Na tymże konwencie, gdzie przyjęto nazwę NSDAP, Grofaz ogłosił także tzw. 25-punktowy Program Partii. Nie będę całego programu przytaczać, choć jest krótki, konkretny i był konsekwentnie w latach ’30 realizowany (np. że Żydzi nie mogą mieć obywatelstwa). Przytoczmy za to niektóre punkty:
    Pkt. 7: Żądamy, by Państwo w pierwszej kolejności zajęło się zapewnianiem możliwości godnego życia wszystkich swoich obywateli. Jeżeli nie jest możliwym wyżywienie całej populacji Państwa, wtedy nie-obywatele muszą być z Rzeszy wykluczeni.
    Pkt. 10: Pierwszym obowiązkiem każdego obywatela jest produktywna praca umysłowa lub fizyczna. Aktywność jednostki nie może stać w sprzeczności z interesem ogółu, lecz musi odbywać się w ramach ram zapewniających dostatek ogółowi. Tym samym żądamy:
    Pkt. 11: Zmiesienia wszelkich "dochodów bezwysiłkowych"*. Zakończenia niewolnictwa wynikającego z długów.
    * - nie jestem pewny czy ktoś w Polsce przełożył to określenie. Chodzi o takie dochody, które uzyskuje się bez włożenia w nie ekwiwalentu pracy (przynajmniej wg. lewicy) - na przykład dochody z czynszów najmu czy z tytułu dziedziczenia.
    Pkt. 13: Żądamy nacjonalizacji wszelkich biznesó prywatnych funkcjonujących w formie spółek i trustów.
    Pkt. 14: Żądamy, by wszelkie profity uzyskiwane z tytułu handlu były dzielone.
    Pkt. 15: Żądamy znacznej rozbudowy systemu emerytalnego i rentowego.
    Potem jest co nieco o reformie rolnej, komunalizacji terenów biurowych, takie pierdółki. A potem:
    Pkt. 19: Żądamy poddania się przez Państwo niemieckiemu prawu o źródle ludowym (niem. gemein-Recht, tak by nie-prawnicy zrozumieli ;)) w miejsce obowiązującego prawa rzymskiego, a służącemu jedynie materialistycznemu porządkowi świata.
    Pkt. 21: Obowiązkiem Państwa jest dbać o wzrost poziomu zdrowia poprzez objęcie szczególnej ochrony matek oraz dzieci, kryminalizację pracy wykonywanej przez dzieci, nakłaniania do aktywności fizycznej (...) (potem jest o sporcie)

    Brzmi to jakoś bardzo kapitalistycznie? Bo jak na moje to tak 2/10 bym powiedział.

    Czy na tym argument się kończy? Nie no, nigdy. On tu się dopiero zaczyna :V

    Przejdźmy do konkretów związanych z samą Rzeszą. Mniej więcej w roku 1935, gdy władza NSDAP była już silna, ustawiona i pewna, według licznych przedstawicieli lewicy państwo niemieckie nie prowadziło szeroko zakrojonej pomocy osobom potrzebującym, ludziom starym, chorym czy w inny sposób niezdolnym do pracy, choćby kosztem klasy średniej i osób bogatych.

    No, trochę mają rację. Nie prowadziło. Bo od 1934 roku środki budżetowe były przekazywane podmiotowi quasi-prywatnemu, jakim była NSDAP. I to PARTIA, a nie PAŃSTWO, prowadziła w Rzeszy programy socjalne

    A jak one wyglądały? Zaczęło się normalnie, charytatywnie, akcją Winterhilfswerk, czy też tzw. pomocy zimowej. W ramach tej akcji wolontariusze NSDAP (często młodzieżowego skrzydła, Hitlerjugend i Jungmadelbunde) stali sobie na dworze z puszkami i zbierali datki od ludzi w zamian za naklejki oznaczające, że ktoś udzielił pomocy. Tak – koncept w ten sposób prowadzonej akcji charytatywnej organizowany jest w Polsce na początku stycznia, akurat jesteśmy w terminie.

    Ale nie o Wintehilfswerk będę więcej pisał – temat jest znany powszechnie i omówiony, choćby przez WW2 w Kolorze.

    Już w 1933 NSDAP poczęła wchłanianie większych organizacji charytatywnych w Niemczech. Od początku 1934 roku nielegalne było w Rzeszy tworzenie organizacji i funduszów poza strukturami NSDAP, do czego oczywiście było potrzebne członkostwo w tejże.

    W tym samym czasie NSDAP utworzyło dwie zasadnicze, funkcjonujące do 1945 roku, instytucje zajmujące się programami socjalnymi.

    Pierwsza z nich, DAF, czy też Deutches Arbeitsfront (Niemiecki Front Pracy), zajmowała się świadczeniami na rzecz niemieckich robotników. Tak – robotnicy w III Rzeszy uzyskali osobną organizacją jako najważniejsza ze wszystkich grup grupa społeczna. W 1945 roku DAF dobił do 22 milionów (!) członków organizowanych w przyzakładowe komórki. W ramach DAF robotnicy uzyskiwali m. in. darmową opiekę zdrowotną (całe placówki medyczne mogły należeć do tej organizacji, działała jak quasi-NFZ), pomoc rentową, a także organizacja ta wypłacała emerytury!

    Tak, nie regulujcie odbiorników, to najprawdziwszy ZUS/NFZ, tylko że w strukturach partyjnych. Chciałeś korzystać? Oczywiście trzeba było należeć do Frontu, ale kto by do niego nie należał? Zwłaszcza, że członkostwo we Froncie niekoniecznie musiało oznaczać członkostwo w NSDAP.

    Różnica pomiędzy pomocą socjalną świadczoną przez łaskawy ZUS zabierający ci pieniądze co miesiąc, byś może za 40 lat je ujrzał, a owym „nazistowskim ZUSem” było tylko to, że tym razem sterowała tobą partia, a nie państwo jako takie. Ot, jedno z totalitarnych założeń całkowitej kontroli. Bez członkostwa w DAF jako robotnik mogłeś generalnie pomarzyć o zatrudnieniu.

    O finansowaniu rozpiszę się niżej, lecz DAF finansowała się – poza przekazywaniem środków państwowych i grabieży – ze składek członkowskich. Składki te uwzględniwszy obligatoryjny charakter tej instytucji (jak chciałeś mieć chorobowe i nie być prześladowany :V) wyglądały dokładnie tak samo jak pobór podatkowy :D Konkretniej można było składki odliczać od przekazów państwowych i funkcjonowały specjalne instytucje zajmujące się egzekucją tych składek (tak jak dziś w Polsce państwowe świadczenia egzekwowane są specjalną ustawą nadającą mu dalej idące prerogatywy niż zwykłym śmiertelnikom).

    Druga z tych organizacji to NSV, czyli Nationalsozialistische Volkswohlfahrt, czy też jak kto woli, Narodowosocjalistyczna [Instytucja] Ludowego Dobrobytu (tłum. Autorskie: wohlfahrt oznacza tyle co angielskie welfare, nie mamy chyba tak krótkiego odpowiednika tego słowa). Organizacja ta była od 1933 ogólnokrajowa, podzielona na własne jednostki organizacyjne, tak jak dziś znów oddziały ZUS. Tak, ciągle porównuję do ZUSu, lecz chciałbym by było jasne jak kurewsko potężne były to twory, zastępujące instytucje państwowe.

    W 1939 roku działania NSV obejmowały 17 milionów beneficjentów. Do tego funkcjonowały specjalne struktury zajmujące się np. biednymi dziećmi. Organizacja zapewniała m. in. emerytury i renty dla nie-robotników, zasiłki dla bezrobotnych i kalek, domy spokojnej starości oraz lokale socjalne, domy samotnej matki, pożyczki dla nowożeńców czy wreszcie także zapewniała ubezpieczenie zdrowotne. W późniejszym czasie NSV obejmowała także świadczenia wyrównawcze dla Volksdeutchów na terytoriach przyłączanych do Rzeszy.
    Finansowanie NSV w 1941 roku – u szczytu potęgi nazistów – wyniosło 1,4 miliarda marek (reichsmarek). Marka w 1941 roku (przed wejściem USA do wojny) stała o wartości ok. 1 dolar = 2,5 marki. Oznacza to finansowanie na poziomie 560 milionów ówczesnych dolarów. Przy dzisiejszym przeliczniku jest to ekwiwalent ok. 10 miliardów dzisiejszych dolarów, czyli ok. ~35 miliardów złotych. Były to kwoty jak na tamte czasy kosmiczne.

    A wyliczenia te nie obejmują jeszcze innych dedykowanych programów jak np. dofinansowania zakupu samochodów i wynalezionego w tym celu Garbusa.

    Jako ciekawostkę to był program „Marka+” (ironizuję), gdzie matki dostawały świadczenia z tytułu urodzenia dziecka. W taki sposób świadczenia uzyskiwała moja prababcia po urodzeniu mojej babci, jako iż obie były obywatelkami Rzeszy. Zresztą prababcia do śmierci wspominała, że świadczenia PRLu były niczym przy opiekuńczości NSDAP, która jej zdaniem była bardziej socjalistyczna aniżeli najeźdźcy ze wschodu o czerwonej szmacie 

    III Rzesza miała jeden z bardziej rozwiniętych programów socjalnych w dziejach ludzkości. Na masową skalę finansowano i podnoszono sztucznie poziom życia osób najuboższych zapewniając mieszkania, dotacje i zwolnienia podatkowe. Jak zawsze jednak system był podzielony: państwo świadczyło w ograniczonym zakresie, głównie w oparciu o resztki pruskiego systemu socjalnego z początku XX wieku, a gross zapewniała NSDAP. Musiałeś tylko należeć do Partii, a twoja rodzina dostawała co należało. Czy partie komunistyczne robiły w późniejszym czasie jakoś inaczej? Zapewne część Czytelników pamięta PRL i niejedne drzwi, jakie otwierała legitymacja :3

    Oczywiście z pomocy wyłączone były osoby niepożądane. W socjalizmie nazywali się oni reakcjonistami czy też zwolennikami amerykańskiego imperializmu. W Rzeszy byli to głównie Żydzi, niektórzy chorzy i osoby ostentacyjnie uchylające się od roboty.

    Tylko jak wiemy, państwo nie bardzo ma swoje pieniądze. Więc skąd Rzesza brała na to wszystko hajs?

    Po pierwsze, oczywiście, podatki. Tutaj jest pewne zaskoczenie. Niemieckie podatki były zajebiście niskie (znowu Kurwin ma tu rację xd). Podatek dochodowy wynosił z zasady dla osób fizycznych 13,7%, dla firm więcej (ok. 20-25%). Dotyczy to głównie okresu przedwojennego, w toku wojny podatki rosły i mogły osiągnąć nawet 55% uzyskiwanego przez osobę fizyczną dochodu. Programami socjalnymi obejmowano co raz więcej osób, rosły też koszty wojny.

    Dla przykładu, w 1938 roku ściągnięto w ramach opodatkowania ok. 18 miliardów reichsmarek. W 1942 roku ściągnięto już niemal 35 miliardów, czyli około dwa razy więcej. Jednocześnie po wybuchu wojny rozpoczęto oczywiście centralne sterowanie gospodarką, co odbiło się negatywnie na ekonomii, no bo ludzie zwykle mieli pieniądze, lecz nie mieli je na co wydawać. Szacowane oszczędności osób fizycznych wzrosły z ok. 6 miliardów marek w 1937 roku do ok. 42 miliardów w 1941 roku :V

    Acz jak widać, opodatkowanie nie był głównym źródłem dochodu Rzeszy :3

    A to dlatego, że Rzesza wyzionęłaby ducha. W sierpniu 1939 instytucje bankowe ostrzegały, że Niemcy to papierowy tygrys gospodarczy i do końca roku całe państwo może stać się niewypłacalne – nie tylko przez zbrojenia, ale też przez nierealne do pokrycia programy socjalne. Zresztą to na nich polecono Niemcom ciąć w pierwszej kolejności (albowiem wydatki wojskowe były też tajemnicą państwową).

    Zbrojenia i działalność socjalną finansowano w oparciu o szereg obligacji emitowanych od 1933 roku, gdzie najpopularniejsze z nich były tzw. wekslami MEFO. O MEFO musiałbym zrobić jednakże osobny wpis. W każdym razie Niemcy wydawali pieniądze, których nie mieli, bo obligacje miały kosmiczną stopę zwrotu, a reklamowane były jako inwestycje niskiego ryzyka (!). Stąd masa Niemców je kupiła i zasiliła tragiczny budżet dawnego Weimaru.

    Tylko, że państwo nie miało z czego im tych pieniędzy oddać :V

    I tu wchodzi zabawna hipoteza. Moim zdaniem Niemcy poszliby nawalać się z Polską (tudzież kimś innym) nawet jeżeli Polska spełniłaby niemieckie żądania. Dlaczego? Bo Niemcy – a o tym dużo się nie mówi – mogły albo iść na wojnę i rozwalić gospodarkę Europy, uwalniając się tym samym z zadłużenia, lub przyjąć na twarz upadek całej swojej przeciążonej gospodarki.

    Poza wekslami w pierwszej kolejności finansowano programy grabiąc oczywiście mienie Żydów. Po drodze też komunistów, ale jak to komuniści, za dużo nie mieli. A potem – i o tym już wiemy – Niemcy utrzymywali się z masowej grabieży wszystkiego co wartościowe z terenów przez siebie okupowanych. Do tego na obywateli innych państw okupowanych nałożono podatek dochodowy w wysokości 60% (!), a służący jedynie pańszczyźnianemu utrzymaniu całej machiny. Naturalnie od 1939 roku w górę na rzecz DAF pracowali też setkami tysięcy niewolnicy (robotnicy przymusowi) we wszelakich fabrykach, którzy rzecz jasna żadnych istotnych świadczeń nie obejmowali 

    Innymi słowy – mocno socjalistyczny, opiekuńczy, i uzależniający od siebie byt jednostek nazistowski moloch utrzymywał się najpierw z nieistniejących pieniędzy, a potem niewolniczej pracy i grabieży ofiar całego reżimu.

    I tu – przechodząc już w sumie do podsumowania – wracam do tego co rzekłem na początku. By funkcjonować jako twór socjalistyczny, nie jest konieczna majestatyczna kradzież fabryk. Wystarczy wybrać grupę, która ze względu na swoje cechy ma świadczyć grupie B, która tych cech z różnych względów nie ma, i w ten sposób wyrównywać dorobek tejże grupy. Wszystko to odbywa się oczywiście pod państwowym batem. Odpowiedzialność za jednostkę przejmuje bezwarunkowo państwo – jednostka nie musi ponosić ciężaru ryzyka związanego z własną egzystencją.

    Bo solidaryzm społeczny – taki prawdziwy – jest wtedy, gdy dbasz o osoby słabsze/starsze/chore w ramach swojej społeczności, czując wobec tych osób rzeczywistą więź. Jeżeli robi to za ciebie Państwo, to nie ma to nic wspólnego z solidaryzmem – to mechanizm, który pozwala ci odwrócić głowę od czyjegoś cierpienia i zasłonić się majestatem państwa. Och, jakże wygodnie jest, gdy odpowiedzialność za twoje cnoty przejmuje bezimienny i bezosobowy kapitan :3

    Rzesza być może nie kojarzy się jednoznacznie socjalistycznie. Przemawia za tym mocna narodowościowa retoryka, przemawia względnie niskie opodatkowanie, albowiem klasyczne kraje komunistyczne nie miały możliwości grabienia otaczających ich wspólnot na ostentacyjnie niewolniczej zasadzie (sprzedaż węgla Sowietom za bezcen to nie jest ten poziom).

    Mimo wszystko system stworzony przez NSDAP wskazywał robotników jako priorytetową, uprzywilejowaną grupę społeczną i obłaskawiał ich świadczeniami z tytułu samej przynależności do tego stanu. System zawłaszczał etapowo całą działalność charytatywną, ostatecznie pozując jako obrońca uciśnionych. Osoby, którym przypisywano „zrobienie krzywdy biednym Niemcom” – odpowiednich po prostu ludzi bogatych w klasycznym socjalizmie – obciążono obowiązkami świadczenia, które czyniły z nich ludzi biednych, a z beneficjentów – ludzi bogatych, niezależnie od rzeczywiście wypracowywanej przez nich wartości.

    I stąd też, jakkolwiek socjalizm NSDAP był bardzo specyficzny, tak skłaniałbym się, że wskazywanie Malarza wśród socjalistycznych zbrodniarzy nie jest szczególnie pozbawione sensu. Była to inna droga niż ta objęta przez Mao czy Pol Pota, ale nie była jakaś bardzo różna. Zawsze chodziło o to samo: odebrać tym, których fikcyjnie uważamy za źródło cierpienia (albo i nie tak fikcyjnie jak w przypadku ChRL) i dać naszym, w imię sprawiedliwości dziejowej.

    Zmieniały się tylko słowa, a flaga Rzeszy nie miała sierpa i młota. Cel był jednakże jasny: ostateczne stworzenie quasi-bezklasowego, odpowiedzialnego za siebie w ramach instytucji partyjnych społeczeństwa produkcyjnego, a nazwę nosiło ono Volksgemeinschaft.

    Volksgemeinschaft upadł w 1945 – no ciężko było wkurwić więcej świata niż zrobił to Grofaz. Ale w przyrodzie nic nie ginie!

    Ograniczoną koncepcję przyjętą przez nazistów konsekwentnie już od lat ’20 realizowała biedna, neutralna Szwecja. A zwało się to społeczeństwo Folkhemmet i stanowi podwaliny pod dzisiejszą Szwecję dobrobytu. Dobrobytu okupionego setkami tysięcy (ok. 300 tysięcy) ofiar, o czym Szwedzi nie wspominają już tak chętnie ;c

    Ale to już inna historia. Za to na pewno kiedyś się tu znajdzie :3

    /MK

    #historia #ekonomia #socjalizm #niemcy
    pokaż całość

    źródło: 81752278_2938646702826730_8314279987465158656_n.jpg

  •  

    Ostatni post w tym roku ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #historiaiwojskowosc

    Zatopiona w Port Arthur Rosyjska Flota Pacyfiku, 1905 rok.

    JEDEN POCISK, KTÓRY ZBUDOWAŁ MIT WIELKIEJ JAPONII - BITWA NA MORZU ŻÓŁTYM - CZĘŚĆ 4 - OSTATNIA

    "Nikt nie wiedział o tragedii. Nikt nie ostrzegł podążających okrętów. Wszystko wyglądało w porządku.

    Reszta Floty Pacyfiku podążyła za "Cesariewiczem" prosto ku własnej zagładzie, po której nad Pacyfikiem miało wzejść nowe słońce..."

    Gdy kurs "Cesariewicza" zaczął być niepokojąco pozbawiony sensu, wśród czoła konwoju zapanowała konsternacja. Pierwszym, który zauważył, że z okrętem flagowym jest coś ewidentnie nie tak, był wspomniany kapitan Łukomski dowodzący "Pereswjetem". Łukomski natychmiast przystąpił do informowania reszty konwoju o bardzo niekorzystnej zmianie sytuacji poprzez wywieszanie odpowiednich flag.

    Ale nie zdążył tego zrobić, bo W TYM MOMENCIE jeden z losowych japońskich pocisków zerwał mu maszt i zabrał flagę ze sobą. W efekcie "Pereswjet" zmuszony był do wywieszenia flag na mostku, który był widoczne tylko dla jednostek akurat na flance kolumny. Jedynym pancernikiem, który względnie szybko zauważył sygnał był "Sewastopol".

    "Pereswjet" i "Sewastopol" zaczęły odrywać się od kolumny. To oczywiście był koniec manewru wyłamania z Port Arthur jako takiego. Za nimi podążyła "Połtawa" i część eskorty. Ulokowana w środku formacji "Pobieda" w ogóle nie wiedziała co robić i popłynęła w losowym kierunku.

    Śmieszna była za to reakcja pancernika "Retwizan". Widząc postępujący skręt "Cesariewicza", "Retwizan" podążył za nim, ale obrócił się (podobnie jak okręt flagowy) frontem do Japończyków. Po czym "Retwizan" przystąpił do szarży, najprawdopodobniej rozumiejąc już grozę sytuacji i dążąc do ochrony jednostki flagowej.

    Wszystkie japońskie jednostki - zmęczone już, zniszczone i na resztkach amunicji - zwróciły się ku szarżującemu "Retwizanowi". Pancernik rosyjski odpowiadał, zaliczając kolejne trafienia na losowych okrętach ze wszystkich swoich broni, a wrzaski rannych niosły się po morzu. Wobec tej okoliczności - a także tego, że ogień idący w "Retwizana" był tak silny, że japońscy strzelcy nie widzieli już celu wśród rozbryzgów wody - Togo w końcu pękł i wydał rozkaz odwrotu w celu uniknięcia strat w swoich pancernikach, które trzymały się już tylko na piękny uśmiech.

    Ostatnia salwa z "Mikasy" trafiła "Retwizana" dość celnie i ciężko raniła jego kapitana Edwarda Szczęsnowicza, oficera rosyjskiej marynarki z polskimi korzeniami. Na szczęście kapitan przeżył i zmarł z przyczyn naturalnych 6 lat później. W tym momencie jednak i "Retwizan" zawrócił wśród dymu i pożarów, kończąc bitwę.

    Paradoksalnie, gdyby Witgeft rzeczywiście wtedy przystąpił do szarży całą formacją, prawdopodobnie wygrałby tę bitwę. Tylko, że Witgeft nie żył, a roztrzaskany "Cesariewicz" płynął w losowym kierunku.

    Do tego zapadła noc. W czasach bez noktowizorów i radarów, rosyjska kolumna wyłamująca rozpierzchła się bardziej niż Drużyna Pierścienia. Ostatecznie nad ranem do Port Arthur wróciło pięć pancerników, jeden krążownik i dziesięć niszczycieli.

    Nad ranem opanowano częściowo ster "Cesariewicza". Pancernik i duma rosyjskiej floty, pod osłoną eskorty trzech niszczycieli nie mógł już wrócić do ponownie zablokowanego Port Arthur. Zamiast tego rosyjski okręt flagowy popłynął do najbliższego portu neutralnego w Qingdao - ówczesnej kolonii II Rzeszy - i tam został wraz z eskortą internowany.

    Krążownik "Diana" został internowany w Sajgonie przez Francuzów, a "Askold" w Szanghaju. Finalnie dzielny krążownik "Nowik" jako jedyny pod osłoną nocy zdołał obrać kurs na Władywostok. Został jednak wkrótce dostrzeżony przez flotę handlową Cesarstwa Japonii, która naprowadziła na jego pozycję krążowniki "Chitose" i "Cuszima". Po ciężkiej walce dziesięć dni później, 20 sierpnia 1904 roku, ciężko uszkodzony "Nowik" został zepchnięty na mieliznę wyspy Sachalin i zniszczony przez własną załogę, uprzednio jednak mocno uszkadzając "Cuszimę" i zabijając sporą część jej załogi.

    Los pancerników, które powróciły do Port Arthur był smutny. Wkrótce Japończycy dowieźli w rejon obleganego miasta i portu potężne haubice obrony wybrzeża kalibru 280mm sprowadzone spod samego Tokio. Zdobywszy pod koniec listopada 1904 roku Wzgórze 203, z którego można było prowadzić obserwację na port, haubice zaczęły swoją brudną robotę, bezlitośnie nawalając po królach mórz w ich własnej pieczarze.

    5 grudnia zniszczono "Połtawę", a 7 grudnia "Retwizana". "Pobieda" i "Pereswjet" zatonęły trafione 9 grudnia. Japońscy obserwatorzy artyleryjscy bezemocjonalnie eliminowali kolejne okręty, które zapalały się i nabierały wody. Marynarze płonęli oblani paliwem i umierali na oczach trzymającego się ostatkiem sił zamęczonego garnizonu lądowego generał Stroessela.

    Ostatni pozostały przy życiu "Sewastopol" zdołał zwiać z zasięgu haubic. Admirał Togo Heihachiro szalał z wściekłości - oto flota rosyjska została zniszczona przez Armię, a nie IJN, które jak wiemy mocno ze sobą rywalizowały, co bardziej kojarzone jest z Pearl Harbour. Togo słał wściekłe listy do Cesarza nazywając scenę "pogardą dla marynarki".

    "Sewastopol" został wściekle zaatakowany z morza w połowie grudnia, by Flota zniszczyła choć jeden okręt. Pancernik został trafiony torpedami 124 (!) razy, ale nadal pływał, zatopiwszy dwa japońskie niszczyciele i uszkadzając sześć mniejszych jednostek. Do tego w czasie ataków Japończycy utracili na własnej minie jeszcze spory krążownik.

    Gdy Port Arthur skapitulował 2 stycznia 1905 roku, dowódca "Sewastopola" kapitan Nikołaj von Essen rozkazał samozatopienie pancernika - jedynej jednostki, która zdołała walczyć do końca.

    Część okrętów podniesiono i dwa z nich przeszły pod japońską banderę, gdzie zostały zezłomowane w latach '20 jako przestarzałe.

    Zajmuję się historią i wojskowością od wczesnej młodości, a naprawdę poważnie od kilku lat.

    Nie znam innego przykładu bitwy, gdzie moment jej załamania byłby tak ewidentny, że można go sprowadzić do jednego, konkretnego pocisku. Moment, który z doskonałego manewru przerodził się w akt tragedii.

    Ba. Więcej. Powiedzmy sobie szczerze - ten jeden pocisk zmienił całą historię nowoczesnej Japonii i poniekąd także Rosji.

    Co by było gdyby? Gdybać zawsze jest najprościej, ale zastanówmy się: gdyby Vitgeft wyłamał się z Port Arthur (albo, co gorsza dla Togo, próbował wydać Japończykom bitwę), jego flota sześciu (lub pięciu w przypadku konieczności porzucenia "Połtawy" ze względu na awarię silnika) pancerników dotarłaby do Władywostoku i połączyła z tamtejszym szwadronem krążowników. A Witgeft był już jedną nogą w domu i NA PEWNO by mu się udało, gdyby nie feralne trafienie w mostek "Cesariewicza".

    Tam Flota Pacyfiku mogłaby przegrupować się nieniepokojona przez mocno pobitą flotę japońską. Gdy w maju oba szwadrony z Bałtyku dotarłyby w rejon Cuszimy, Rosjanie mieliby ponad trzykrotną, a nie dwukrotną przewagę. Do tego Japończycy musieliby walczyć na dwa fronty. Częścią najbardziej doświadczonych rosyjskich marynarzy - mających za sobą piekło oblężenia i wielkiej bitwy morskiej oraz pałających żądzą zemsty - dowodziłby Vitgeft, racjonalny, analityczny oficer, który zdołał trzykrotnie wykiwać admirała Togo w przeciągu kilku godzin - coś, co nie udało się Rożestwieńskiemu i Niebogatowowi pod Cuszimą, a zakończyło życie rosyjskiej floty w najbardziej hańbiącej porażce morskiej tego państwa.

    Bitwa pod Cuszimą mogłaby wtedy nigdy nie być sukcesem Japonii. Legendarna "Flaga Z" mogłaby pójść na dno wraz z "Mikasą" - dziś okrętem pamiątką otwartym dla turystów w Yokosuce - oraz jej dzielnym admirałem Togo Heihachiro.

    Jeden pocisk zniszczył cały rosyjski trzon azjatyckich starań w najbardziej newralgicznym dla niego momencie. Jeden pocisk zmienił bieg historii.

    Być może wygrana z Japonią oddaliłaby od Rosji widmo rewolucji - choć na pewno nie zgasiłaby go. Być może Japonia - po wstępnych sukcesach przeciwko pogrążonych w kryzysie Chinach - przeżyłoby szok w starciu z europejskim mocarstwem i ponownie zamknęłaby się na świat. Być może jednak Japonia w 1914 roku sprzymierzyłaby się z II Rzeszą przeciwko Rosji, diametralnie zmieniając układ sił na Pacyfiku raz jeszcze. Być może zupełnie inny byłby przebieg drugiej wojny światowej.

    Być może. Gdyby ten jeden pocisk poleciał inaczej, albo choćby chwilę później...

    Gdybać zawsze można. Ja jednak widzę tu przede wszystkim osobisty pech admirała Witgefta i jego sztabu, tudzież boską interwencję na rzecz Japonii. Admirała ograbionego z chwały i życia na minuty przed strategicznym sukcesem i osiągnięciem, które umieściłoby go w podręcznikach historii na całym świecie.

    Ale nie umieściło. Rozbudziło za to ostatecznie imperialne dążenia Japonii i zdefiniowało ład na Dalekim Wschodzie, który zburzony został dopiero w drugiej połowie 1945 roku.

    A Cuszima przyskrzyniła wszystko, choć to 10 sierpnia 1904, jednym pociskiem, rozstrzygnął się morski front całej tej wojny... i dekad nastałych po niej.

    A na Pacyfiku wschodziło nowe słońce. I nowa potęga.

    /MK

    Znacie jeszcze jakieś przykłady bitew, które byłyby tak ewidentnie rozstrzygnięte? Przyznaję, że naprawdę nie znam, a chętnie się dowiem.

    #historia #japonia #rosja #wojna #gruparatowaniapoziomu

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    Poprzednie części:
    Część 3
    Część 2
    Część 1
    pokaż całość

    źródło: 45439897_2169588049732603_3411734772253196288_o.jpg

  •  

    #historiaiwojskowosc

    Pancernik "Shikishima" prowadzi ostrzał w czasie bitwy 10 sierpnia 1904 roku (autor koloryzacji na grafice)

    JEDEN POCISK, KTÓRY ZBUDOWAŁ MIT WIELKIEJ JAPONII - BITWA NA MORZU ŻÓŁTYM - CZĘŚĆ 3

    Krótko przed godz. 10 w dniu 10 sierpnia 1904 roku admirał Witgeft wyprowadził swój szwadron z Port Arthur. Oczywiście od razu został dostrzeżony przez japońską flotę.

    Zaczęło się o mylących manewrów - Witgeft próbował wyrolować Togo Heihachiro co do rzeczywistego kierunku swojej podróży. Próbował stworzyć wrażenie, że dąży do przecięcia japońskiej blokady na pół i zaatakowania jej w walnej bitwie. Obaj dowódcy byli warci swoich potężnych flot - manewr Witgefta zadziałał i na niemal godzinę wprowadził IJN w błąd, ale na taką okoliczność Togo przygotował plan awaryjny, gdyby Rosjanie podjęli się próby wyrwania na otwarte morze. Ok. godz. 11 Witgeft kupił trochę czasu, ale Togo nadal nastawiał się na przechwycenie wyłamania.

    Ok. godz. 12 pojawił się pomocniczy szwadron krążowników dowodzony przez Dewę Shigeto. Oba szwadrony próbowały wziąć Witgefta w kleszcze.

    I tak, około godz. 13 Togo przystąpił do swojego pierwszego manewru, o którym ostatnio wspomniałem, czyli tzw. crossing the T (będę też używać własnego polskiego określenia, czyli "krzyżowanie T"). Jego celem było ustawienie się bokiem na froncie do kolumny Witgefta, tak żeby zmaksymalizować ogień na pierwszych, prowadzących okrętach, czyli pancernikach.

    Togo strzelał pierwszy - z kosmicznego jak na ówczesne czasy zasięgu 8 mil morskich (ok. 13km). Salwę oddał oczywiście flagowy "Mikasa", na co "Retwizan" odpowiedział ogniem. Oczywiście nikt się nie trafił, ale fatalna celność (o ironio!) miała być znakiem rozpoznawczym tej bitwy. Potężne 305mm wstrząsnęły okrętami, a salwy widoczne były z wielu kilometrów.

    Witgeft - jak ostatnio wspomniałem - był dowódcą zdolnym dobrze przewidywać manewry przeciwnika. W efekcie wykrył z dużym wyprzedzeniem próbę krzyżowania jego T i zawrócił w stronę Port Arthur, jednocześnie przyspieszając tempo do maksymalnego jak na ówczesne czasu 32 km/h. A po ok. pół godziny zawrócił formację na swój standardowy kurs. W ten sposób jako pierwszy rosyjski dowódca wymanewrował japońską admiralicję w tym konflikcie, a także zwiększył dystans dzielący floty.

    Togo został z tyłu. Nakazał zapalić w piecach na pełną moc. Cała japońska flota przystąpiła do pościgu, strzelając znów na dystansie ok. 8 mil morskich. Togo był na ten moment celniejszy - "Retwizan" otrzymał aż 12 trafień, choć żadne z nich nie było istotne. "Retwizan" odpowiedział ogniem... i też trafił. Pierwsze trafienie okazało się w pewnym sensie krytycznie - zniszczyło radiostację na "Mikasie", niwelując w ten sposób przewagę komunikacyjną Japończyków. Po kilku minutach chaosu - Japończycy nie byli przygotowani na takie zdarzenie - Togo dowodził już w klasyczny dla okrętów sposób, a wiec wywieszając na maszcie flagi o umówionym we flocie znaczeniu.

    Wkrótce jednostki podeszły do siebie na niespełna 6 kilometrów. Wtedy też bitwa rozgorzała na dobre, a do walki mogły włączyć się także działa 254 i 152mm z obydwu stron. Huk był ogłuszający, w ciągu minuty z każdego okrętu sypało się kilkanaście pocisków, które w starciach lądowych byłyby ostrzałem nie do wytrzymania, wywracającym czołgi i wyrywającym okopy wraz z żołnierzami.

    Ale nie tu - wśród stalowych morskich potworów, największych, jakie człowiek zbudował. Była to pierwsza poważna bitwa pancerników w historii, gdzie obie strony mogły pokazać co takie jednostki naprawdę potrafią. W całej zatoce śmierdziało prochem, rozkazy padały w kilku językach, ranni wili się w kałużach krwi po swoich pokładach, a następnego dnia na plażach leżały setki zatrutych i ogłuszonych ludzką bronią ryb...

    Około godz. 14 Vitgeft znów wyprzedził Togo. Starając się dogonić czoło rosyjskiej floty, pancerniki "Mikasa" i "Asahi" ostrzelały pancernik zamykający, czyli "Połtawę", która po poprzednich walkach z początku wojny nadal miała pomniejsze problemy z silnikami i płynęła nieco wolniej. To był błąd. Mądrą decyzję podjął admirał Łukomski dowodzący "Piereswjetem" i nakazał zwolnić także "Sewastopolowi". To zaskoczyło Japończyków, bo "Połtawa" - choć trafiona kilkukrotnie odpowiadała celnym ogniem, a właśnie trzy pancerniki rosyjskie strzelały do dwóch japońskich. Po kilku minutach flagowy "Mikasa" był już trafiony ok. 20 razy z armat różnego kalibru, a prawie 20% jego załogi nie żyło lub było wyłączone z walki - tu zaczęły się problemy flagowego pancernika. Togo ostatecznie polecił swojemu pancernikowi - a także towarzyszącemu "Asahi" - by zerwać kontakt i szukać szczęścia na czele rosyjskiej floty.

    Vitgeft był jednak szybszy. Do kolejnego starcia doszło ok. godz. 16 i znów Togo zdecydował o atakowaniu "Połtawy" (bo tylko jej dosięgał), która mimo, że najwolniejsza, to totalnie nie chciała zatonąć.

    Wtedy na "Asahi" załadowany pocisk doskonałej japońskiej produkcji zdetonował się przedwcześnie i wysadził całą wieżę z armatami 305mm, de facto potężnie uszkadzając pancernik i znacznie osłabiając jego siłę ognia. Kilka minut później do podobnego incydentu doszło na "Shikishimie" - japońska przewaga ogniowa malała. Czas też nie działał na korzyść Togo, który był coraz bardziej przerażony wizją wyłamujących się Rosjan.

    Witgeft aż trzykrotnie wymanewrował Togo, w tym raz przeciwko krzyżowaniu jego T. Japońskie pancerniki były na skraju wytrzymałości - nawet gdyby udało się dopaść "Połtawę", trzon rosyjskiej floty nadal wyszedłby do Władywostoku. Witgeft wygrywał zdecydowanym działaniem, podczas gdy Togo nie zadbał nawet o to, by na wypadek utraty łączności radiowej flota wiedziała co ma robić, wobec czego Japończycy strzelali losowo do różnych jednostek. Jakkolwiek Togo był świetnym admirałem, tak ewidentnie przegrywał z kunsztem i kalkulacjami Witgefta.

    "Mikasa" wycofywała się wkrótce z bitwy na wskutek zniszczeń, jej rolę w strzelaniu do "Cesariewicza" przejął "Asahi".

    O godzinie 18:40, gdy zmrok już zapadał, "Asahi" wystrzelił kolejną salwę 305mm. Jak przeprowadzono potem badania, ogólna celność salw z dział 305mm nie przekraczała 2%, a pozostałych dział - 0,5%. Strony generalnie wystrzeliły tysiące pocisków, z których trafiło kilkadziesiąt.

    A jednak "Asahi" strzelił. Tak jak setki razy tego dnia.

    Pocisk 305mm - wielka, wściekła kolubryna o wadze prawie 400 kilogramów - trafił "Cesariewicza" prosto w opancerzony - ale nie na TAKĄ okoliczność - mostek. Admirał Vitgeft oraz co najmniej dwudziestu najwyższych stopniem oficerów we Flocie Pacyfiku zginęło na miejscu. Z samego Vitgefta nie zostało NIC.

    Szanse na takie trafienie wynosiły może tysięczne procenta.

    Jednym pociskiem cała głowa świetnego rosyjskiego manewru... po prostu zniknęła w pojedynczej sekundzie. Wyparowała w konkretnym i najważniejszym dla bitwy - i wojny - momencie.

    Trafienie nie wznieciło nawet pożaru. Z zewnątrz wszystko wyglądało w porządku. Załoga przez pół godziny nie wiedziała, że ich kapitan i sztab nie żyje. Jednocześnie pocisk rozwalił w "Cesariewiczu" ster, a sam okręt zaczął powoli, acz niekontrolowanie skręcać w prawo, w sam środek japońskiego pościgu. Oczywiście sternicy też nie żyli, bo byli na mostku :)

    Rosyjski okręt flagowy płynął prosto na Togo. Bez steru. I bez dowódcy floty.

    Nikt nie wiedział o tragedii. Nikt nie ostrzegł podążających okrętów. Wszystko wyglądało w porządku.

    Reszta Floty Pacyfiku podążyła za "Cesariewiczem" prosto ku własnej zagładzie, po której nad Pacyfikiem miało wzejść nowe słońce...

    Cdn...

    /MK

    #historia #japonia #rosja #wojna #gruparatowaniapoziomu

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 45493676_2168131309878277_1392439237860655104_o.jpg

  •  

    #historiaiwojskowosc

    Na zdjęciu "Cesariewicz" wypływający z Toulon - gdzie go zbudowano i zwodowano - w 1903 roku.

    JEDEN POCISK, KTÓRY ZBUDOWAŁ MIT WIELKIEJ JAPONII - BITWA NA MORZU ŻÓŁTYM - CZĘŚĆ 2

    Trzeba co nieco opowiedzieć o rosyjskiej flocie na Pacyfiku.

    Rosjanie dysponowali na początku oblężenia Port Arthur aż 7 (siedmioma!) pancernikami. Żaden z nich nie był starszy niż 8 lat. "Pietropawłowsk" został jednakże utracony na minie wraz z admirałem floty Makarowem na początku oblężenia.

    W sierpniu 1904 roku Witgeft miał wyłamywać się następującymi jednostkami:
    1) "Cesariewicz" - okręt flagowy Floty Pacyfiku wyprodukowany we Francji, prowadzący wyłamanie, jedyny ze swojej klasy i najnowszy ze wszystkich, miał 4 działa 305mm oraz 6 dział 152mm
    2) "Retwizan" - zbudowany w USA, jedyny w swojej klasie, 4 działa 305mm i 12 dział 152mm
    3) "Pobieda" - klasy Pereswet
    4) "Pereswet" - swojej klasy, 4 działa 254mm oraz 11 dział 152mm
    5) "Sewastopol" - klasy Pietropawłowsk, 4 działa 305mm, 12 dział 152mm
    6) "Połtawa" - klasy Pietropawłowsk

    Jak więc widać, Rosjanie dysponowali ogółem 16 działami 305mm, 8 działami 254mm oraz 59 działami 152mm. Do tego cały szwadron osłaniały cztery krążowniki ("Askold", "Diana", "Nowik", "Pallada") i 14 niszczycieli.

    Siłami blokującymi Port Arthur były zasadniczo wszystkie znaczące jednostki Imperial Japanese Navy (IJN). Admirał Togo Heihachiro miał do swojej dyspozycji 4 pancerniki, każdy należący do swojej własnej klasy:
    1) "Mikasa" - okręt flagowy i okręt legenda, do dziś utrzymywany jako okręt-pomnik w Yokosuce, i ostatni zachowany na świecie okręt przed erą drednotów), 4 działa 305mm, 14 dział 152mm
    2) "Asahi" - 4 działa 305mm, 14 dział 152mm
    3) "Fuji" - 4 działa 305mm, 10 dział 152mm
    4) "Shikishima" - 4 działa 305mm, 14 dział 152mm

    Jakkolwiek japońskich pancerników było mniej, ich zasadniczym atutem były podwójne, ciężkie wieże ogniowe z potężnymi działami 305mm. Rosjanie preferowali okręty nieco lżejsze. Japończycy sumują się do 16 dział 305mm (tyle samo co Rosjanie), mają nieco mniej (52) dział 152mm, nie używali też "środkowych" 254mm w tym starciu. Siła ognia była względnie wyrównana, acz jak praktyka pokazała nie miało to szczególnego znaczenia wobec dobrej jakości i opancerzenia rosyjskich jednostek. Szwadron wspierały ciężkie krążowniki "Nishin" i "Kasuga" z armatami 203mm, 18 niszczycieli i charakterystyczne dla Japończyków jedyne 30 kutrów torpedowych. Do tego do bitwy przyłączył się też szwadron patrolowy z 4 krążownikami ("Chitose", "Takasago", "Yakumo" i "Yoshino").

    Warto dodać, że japońskie siły dysponowały też lepszą, jak byśmy to dziś ujęli, "elektroniką". Japońskie celowniki były nowsze i pozwalały na swobodne strzelanie na zasięgu ok. 6 mil morskich, podczas gdy rosyjskie traciły sporo celności powyżej 4 mil morskich. Do tego wszystkie japońskie okręty wyposażone były już w radio, podczas gdy Rosjanie musieli jeszcze opierać się na flagach.

    Witgertowi nie chodziło rzecz jasna o zniszczenie japońskiej floty - jego środki były jednak nieco zbyt słabe. Celem miało być wyłamanie do Władywostoku i połączenie z tamtejszym rosyjskim szwadronem krążowników. Takie siły - czyli jedyne 6 pancerników hasających sobie wesoło w pobliżu wybrzeża Japonii - pozwoliłoby wziąć Nippon w kleszcze gdy już flota z Bałtyku nareszcie by dotarła.

    Witgeft... był dobrym dowódcą. Wilk morski od urodzenia, na początku pływał na mniejszych jednostkach badawczych, następnie w latach '90 XIX wieku uzyskał swój pierwszy okręt pod dowództwo, a z Flotą Pacyfiku związany był od kilku lat. Przede wszystkim cechował go nadludzki spokój i opanowanie, a także zdolność analitycznego myślenia i szybkiego reagowania na następującą zmianę na polu walki. Witgeft mógł więc zaskoczyć.

    Admirał wyszedł do bitwy flagowym "Cesariewiczu" prowadząc szwadron. Jego siły byłyby narażone w czasie jak wychodziłyby z portu (wtedy też groźba wysadzenia się na minach była szczególnie wysoka), a następnie najkrótszą drogą jednostki powinny zmierzać ku Władywostokowi. Ze względu na przewagę siły ognia, nie można było Japończykom pozwolić na tzw. "crossing the T", czyli sytuację, w której jednak kolumna okrętów jest zaatakowana od przodu przez przez drugą kolumnę, płynącą bokiem wobec kolumny pod ogniem. W takiej bowiem sytuacji okręty "w pionie" nie są w stanie skutecznie odpowiadać ogniem okrętom strzelającym "z boku", a te ostatnie mogą rozwinąć ogień z pełną mocą. W przypadku Japończyków - mogłyby strzelać obie wieże z armatami 305mm, a nie tylko jedna.

    Zaraz po wyjściu z portu Japończycy dostrzegli co się święci. Togo Heihachiro wydał pierwsze rozkazy...

    Cdn...

    /MK

    #historia #japonia #rosja #wojna #gruparatowaniapoziomu

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 45345748_2166739266684148_825648101913001984_o.jpg

  •  

    Wzrost ekonomiczny Chile za rządów Pinocheta. Widać dokładnie aftershock po Allende (sam początek), wzrost, błąd de Castro prowadzący do kryzysu z 1982, potem naprawę zniszczeń, a od 1985 politykę pragmatyczną Hernana Buchiego.

    OK, tak więc wracamy w drugim i zapewne ostatnim wpisie do ekonomii Chile. Ostatnio było o socjalistycznym niepowodzeniu prezydenta Allende. A teraz będzie o Pinochecie i okresie postpinochetowskim – a to dlatego, że reformy „późnego” Pinocheta były kontynuowane i zakończyły się mniej więcej w 2006 roku, czyniąc z Chile jedno z bogatszych państw regionu.

    Nie obyło się jednakże bez pierdolnięcia.

    Jak ostatnio pisałem, Pinochetowi przypisuje się błędnie kryzys z 1973 oraz 1974 roku. Myślę, że długość poprzedniego wpisu załatwia sprawę, choć niestety w niektórych środowiskach musiałem pisać obszerne addendum, albowiem ludzie nadal nie zrozumieli i twierdzili, że pucz był źródłem całej awantury. Względnie magiczne amerykańskie grzebanie w gospodarce Chile – tak, grzebanie tego USA, które zostało na polu szpiegowskim rozegrane przez KGB jak tylko Sowieci tego chcieli. Generalnie to w wizji przeciwników Pinocheta USA – powszechnie wśród lewicy krytykowane za liczne niepowodzenia, przedmiot naśmiewania z powodu braku jednoznacznego zwycięstwa nad czerwonymi w Korei czy Wietnamie – nagle zyskuje supermoce i jego macki sięgają wszędzie, zdolne do rozmontowania chilijskiej gospodarki… z jednoczesnym usunięciem wszystkich dowodów <3
    Ale dobra, o tym było ostatnio. Koniec pierdolenia o Allende, bo znowu się nakręcę :v

    GDY LUDZIE ZNÓW PRÓBUJĄ BRONIĆ CZERWONYCH, CZYLI KRÓTKI RYS HISTORII EKONOMII CHILE – CZĘŚĆ 2 (OSTATNIA) – PINOCHET

    Tak więc koncepcję odpowiedzialności Pinocheta za rok 1973 możemy odrzucić. Ale co z 1982? I to na tym kryzysie się przede wszystkim skupimy, a także na jego skutkach. Lecz wpierw: co było po tym jak junta wojskowa przejęła władzę?

    W tamtym momencie w Chile nadal panował rak socjalistycznej gospodarki – przecież cudownie w jedną noc zmiana władzy nie usunie trzech lat katastrofalnego grzebania. A problemami kluczowymi były wywłaszczenia, usztywnienie cen oraz skrajny protekcjonizm państwowego sektora. A więc w pierwszej kolejności przystąpiono do zwrotnej prywatyzacji zabranego mienia, uwolnienia cen oraz do rezygnacji z tak daleko idącego protekcjonizmu. Wszystkie te rozwiązania doprowadziły do jej natychmiastowego ograniczania. W odpowiedzi instytucje międzynarodowe przywróciły także częściowo dotacje oraz trwałe regulowanie należności z tytułu np. obligacji. Tu warto wskazać, że wcześniej tego nie robiły nie dlatego, że zły Wujek Sam zakazał, tylko dlatego, że inflacja szła tak bardzo w górę, że wyliczenie rzeczywistej wartości obligacji Chile było nierealne i narażało światowy obrót gospodarczy na szkody 

    Te pierwsze, prowizoryczne reformy poszły w parze z konstruowaniem rządu. Posady pierwszych dwóch ministrów ekonomii chilijskiej junty otrzymali kolejno Jorge Cauas i Sergio de Castro – w praktyce wymieniani łącznie (bądź też pisze się tylko o de Castro, bo to jeden ze sprawców późniejszego kryzysu, a także autor „El Ladrillo”, czyli tomiku o założenia gospodarczych Chile, będącego potem wyznacznikiem działania ludzi Pinocheta). Ekonomiści ci należeli do nurtu ekonomicznego nazywanego potocznie Chicago Boys. A to dlatego, że w większości byli oni wykształceni w Stanach, na Uniwersytecie Chicago.

    A to znaczy, że byli to bezpośredni padawani jednego dość znanego człowieka – Miltona Friedmana.

    Dla niewtajemniczonych w ekonomię: Milton Friedman był amerykańskim noblistą (choć patrząc kto Noble dostaje to naprawdę trzeba przestać spuszczać się nad tą instytucją – to by wymagało osobnego wpisu, ale Noble wzbudzają zastrzeżenia od samego początku, po prostu w Polsce się o tym nie mówi bo dotychczas czuliśmy się docenieni). Nobla uzyskał z ekonomii w 1976 roku za teorię tzw. monetaryzmu, czyli mocno liberalnej gospodarczo koncepcji, gdzie główną i jedną z nielicznych ról państwa w ekonomii jest obsesyjne strzeżenie ilości pieniędzy w obrocie gospodarczym i zwalczanie inflacji. Bardziej szczegółowej interpretacji się nie podejmuję, bo to jedna z kluczowych do dziś koncepcji ekonomii i ekonomiści by mnie zaorali, jakbym się pomylił.

    W każdym razie monetaryzm stoi u podstaw wielu wolnorynkowych koncepcji, której elementy są w Polsce propsowane m. in. przez korwinistów. Chyba nie muszę dodawać, że stanowi całkowite przeciwieństwo socjalizmu? :P

    A więc Chicago Boys przystąpili do działania w myśl teorii monetaryzmu. Bardzo szybko zniesiono cło i jednocześnie zmniejszono opodatkowanie własnych przedsiębiorców, w połączeniu z propagandowymi kampaniami zapraszającymi inwestorów obcych. Założenie było takie, że chilijscy przedsiębiorcy mają rywalizować z kapitałem obcym lub przegrać – w tym celu potrzebują jednak właśnie niewielkiego obciążenia podatkowego na wypadek niezbyt korzystnych z perspektywy Chile działań państw trzecich. Na przykład ograniczenia podwójnego opodatkowania, co mogłoby zniszczyć chilijskie przedsiębiorstwa w drodze praktyki zwanej dumpingiem cenowym. Czyli sprzedażą towarów poniżej ich ceny rynkowej w celu rozkurwienia konkurencji.

    Prywatyzacja przebiegała również pomyślnie, z tą zmianą, że Chile zdecydowało się zrezygnować z ponownej prywatyzacji złóż miedzi, które zostały uzyskane rękami Allende. Mimo wszystko na pewien czas rynek miedziowy uwolniono w ten sposób, że nowe złoża mogły być pozyskiwane przez podmioty prywatne, a przedsiębiorstwa państwowe (zwłaszcza istniejące do dziś Codelco) skupiały się na poszerzaniu i ulepszaniu technologicznym pozyskiwania złóż dotychczasowych.

    Bezpośrednią jednak interwencją Pinocheta etapowo wycofywano się z reformy miedziowej – generał podnosił konsekwentnie, że brak objęcia obrotu miedzią protekcjonizmem stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego Chile, albowiem ten, kto trzyma w rękach chilijską miedź, trzyma za jaja zasadniczo sporą część państwa.

    Chile ostatecznie wprowadziło poważne ograniczenia w prywatnym obrocie miedzią aż do konstytucji państwa na samym początku lat ’80. Ten akt spotkał się z ponowną nacjonalizacją części przedsiębiorstw (na szczęście tym razem już za sprawiedliwym odszkodowaniem), ale przede wszystkim ponownie poirytował Waszyngton – który od 1970 roku bezowocnie czekał na zwrot przedsiębiorstw kopalnianych. Należy jednak pamiętać, że ruch Pinocheta mógł mieć też charakter polityczny o tyle, że wbrew obiegowym opiniom jego pucz ani rząd nie były finansowane przez USA. CIA ograniczyła się jedynie do zapewnienia wsparcia wywiadowczego w 1973 roku – następnie stosunki z USA pozostawały poprawne, ale nigdy nie były kordialne. Pinochet wbrew twierdzeniom niektórych nie pozostawał też pieskiem Ameryki, na co Waszyngton wyraźnie liczył. Już w 1978 roku USA podejmowało się ruchów mających na celu ograniczenie wpływów generała, choćby przykręcając krytykę Chile na arenie międzynarodowej, czy w tym samym roku ustanawiając embargo na dostawy broni. To ostatnie było o tyle dotkliwe, że w tym okresie Peru rozważało skorzystanie z nagłej izolacji Antofagasty i rozpoczęcie konfliktu zbrojnego z Pinochetem. Na szczęście jednak prezydent Peru Moralez-Bermudes był także zajęty problemami wewnętrznymi tego kraju (jego władza pochodziła z przewrotu obalającego władzę również uzyskaną w drodze puczu).

    Osobiście więc sądzę, że odcięcie USA od zasobów rynku miedziowego Chile było także decyzją polityczną. Co ciekawe, jakkolwiek USA ponownie próbowało mieszać w chilijskiej gospodarce, a w tym samym czasie KGB finansować związki zawodowe i odbudować rozpieprzone komunistyczne struktury w tym kraju, Chile jakoś potrafiło sobie radzić, a ich gospodarka wstawała z kolan :D

    A więc zapytam się w sufit: gdzie znów dokładnie są ci morderczy Amerykanie gotowi spacyfikować wszelki objaw niezależności?

    Osobiście decyzji Pinocheta nie krytykuję. Daleko mi do całkowicie wściekłego kapitalizmu i zrozumiałym dla mnie jest, że szczególnie ważne sektory gospodarki powinny zostać objęte protekcjonizmem, bo definiują one niezależność państwową. Warto zwrócić uwagę, że tego typu mechanizmy były (nie pierwszy raz zresztą) inspirowane ekonomicznymi decyzjami zmarłego akurat niedawno Francisco Franco w Hiszpanii – obydwa państwa były zresztą w tym okresie podobne.

    No dobrze, ale skoro miedź nie tąpnęła, a inflacja spadała, to co rozjebało Chile w 1982? Atom jakiś?

    Nie. Nie atom. To, co namieszało w tamtym roku to do dziś dnia pozostaje sporne, i w tym problem :D

    Późniejszy (od 1985 roku) minister finansów, Hernan Buchi, także jeden z Chicago Boys, konsekwentnie twierdzi, że przyczyną tąpnięcia był międzynarodowy kryzys obligacji bankowych. Pana Buchiego na pewno będziemy jeszcze cytować, a jego bardzo fajny artykuł z 2006 wrzucę w komentarzach do tego wpisu. Na pewno eks-minister ma trochę racji – instytucje bankowe mają to do siebie, że pozostają mocno powiązane i zależne od siebie. Jako iż kryzys ten uderzył głównie w banki, to mogło coś być na rzeczy. Kryzys zbiegał się także z kryzysami w innych państwach. W tym samym czasie Meksyk osiągnął hiperinflację (ponad 500% wskaźnika inflacji), a te same wydarzenia w Argentynie dorżnęły ich banki i tak nadszarpnięte akurat zakończonym konfliktem na Falklandach.
    Kłopot w tym, że ja osobiście Buchiemu nie do końca wierzę, zwłaszcza że był on tam wtedy i miał co nieco do powiedzenia o decyzjach rządowych w stolicy. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że kryzys wywołała jedna tragiczna w skutkach decyzja oraz naciski polityczne.

    Jakkolwiek chilijska inflacja słabła, to nadal była poważna. Jak pisałem ostatnim razem, w 1973 roku wynosiła 508%. W 1979 roku spadła do ok. 38%, lecz to apparently niektórych nie zadowalało. Do tego sporo rozliczeń Chile szło tak naprawdę w dolarach i rząd starał się zwłaszcza pilnować, żeby wartość obydwu walut (tzw. float echange rate) pozostawał na zbliżonym poziomie.

    I w tym miejscu Milton Friedman zapewne wstał i powiedział: „Ej kurwa, zaraz zaraz, uczyłem was, że podstawowym założeniem monetaryzmu jest absolutny brak interwencji w ceny walut, mamy free float exchange rate, a waszym zadaniem jest pilnować, żeby nie było drukowania pieniędzy. Rynek zweryfikuje”.

    Sergio de Castro jednakże pękł. Pytanie: czemu? Przestraszył się odpowiedzialności? Zwątpił? Czy może ktoś z junty wojskowej nacisnął na tę zmianę? Tego niestety nie wiemy, choć jako iż de Castro nadal żyje, mógłby się jakoś wypowiedzieć.

    Tak czy inaczej, w 1979 roku de Castro wprowadził tzw. pegging walutowy – czy też usztywnił kurs chilijskiego peso od dolara, co było szczególnym przejawem protekcjonizmu względem partnerów handlowych rozliczających się w tej walucie (niekoniecznie Amerykanów, ale ich przede wszystkim). Oznaczało to jednoznaczne odejście od wolnej wymiany i było przykładem centralistycznej interwencji państwa w gospodarkę.

    Jednocześnie zbiegło się to w czasie z wprowadzeniem protekcjonizmu na niektóre banki państwowe w myśl zasady „too big to fail” – obecnej zresztą do dziś (i widocznej w czasie kryzysu z 2008 roku), czyli ratowania za wszelką cenę przedsiębiorstw o kluczowym znaczeniu dla gospodarki danego kraju, choćby te przedsiębiorstwa były prywatne. Robi się to ze strachu przed skutkami takiego upadku (głównie społecznymi). W ten sposób Waszyngton ratował swoje banki z 2008 roku. Kłopot w tym, że zasada „too big to fail” ma jedną wadę – świadomość podmiotu ratowanego, że jeśli ryzykownie zainwestuje i zarobi, to jest profit. A jeżeli zainwestuje i straci, to też profit, bo przyjdzie kapitan państwo i wykopie ich z gówna. Trochę jakby wejść z pasem szahida w miejsce publiczne, zrobić coś głupiego, a potem zażądać pomocy pod groźbą detonacji.

    W 1981 roku Chile włożyło w banki kupę kasy, które – szukając wyjścia z rozpoczynającego się kryzysu okołokontynentalnego – popełniły kilka gównianych inwestycji. Spowodowało to nagły spadek rezerwy narodowej. Jednocześnie inflacja nadal trwała pomimo peggingu i zadłużenie Chile przekroczyło już 17 miliardów dolarów. A więc chilijskie peso traciło jeszcze na wartości, przy czym jednocześnie przez pegging właśnie rząd Chile próbował wmówić inwestorom ile ta waluta jest „naprawdę” warta.

    A jaki jest tego skutek? Usztywnienie cen.
    Jaki – jak już wiemy po socjalistycznym Allende jest skutek usztywnienia cen? Właśnie. Niemożność ustalenia rzeczywistej wartości rynkowej towaru.
    A jaki jest tego skutek? Właśnie – ucieczka z rynku oraz podwyżki cen „na czuja”, a to prowadzi do inflacji :3
    Inflację próbowały pokryć banki (to przynajmniej lepsze niż błagania o radziecką pomoc), ale to się nie udało. Jaki tu znów był skutek? Banki poniosły jebutne straty finansowe, i choć były wspierane przez państwo, to zarówno państwo i jak i banki nie bardzo – jak wiemy – mają swoje pieniądze :3

    I krótko potem banki przestały inwestować, bo doszło do tzw. bank runu – czyli sytuacji, gdzie klienci masowo usuwają swoje konta i depozyty, żądają przedterminowego wykupienia obligacji czy spłacają hipoteki w kapitale obcym. Zjawisko takie nakazuje bankowi masowo oddawać pieniądze, którymi bank na co dzień obraca – a wobec czego bank albo:
    1) Nie ma czym obracać i zaczyna natychmiast przegrywać np. na giełdzie, bo musi awaryjnie sprzedawać posiadane akcje, albo
    2) Odmawia zwrotu środków ludziom czy wykurwiście naraża się na konsekwencje od karnych po szturm zirytowanych konsumentów na swoje siedziby – w praktyce to rozwiązanie chyba nigdy nie jest z tego właśnie względu stosowane, byłaby to ogólnie grabież w biały dzień.

    Jak bardzo pomysł de Castro o usztywnieniu wymiany walutowej był tragiczny świadczy fakt, że na 16 głównych banków z kapitałem chilijskim miało wtedy zbankrutować 14 (!) z nich. To tak jakby u nas w jeden dzień upadły naraz Pekao SA, Mbank, ING, BGK i tak dalej – same grube ryby. A wasze pieniądze? Puuuf! Gone! Nie ma!

    Ostatecznie w 1983 roku PKB Chile skurczyło się – zależnie jak liczyć – pomiędzy 13 a 19%, podczas gdy reszta gospodarek Ameryki Południowej upadła nie dalej niż o 8%. Wskazuje to nie tylko, że Chile oberwało najbardziej, ale też że ktoś spieprzył sprawę w korzystnych warunkach handlowych. I niestety tym kimś był chyba de Castro i ktoś (być może Pinochet osobiście?), kto naciskał na pegging z ramienia junty. Jakkolwiek upadek był tak naprawdę mniejszy niż za Allende, tak np. wydatkowanie środków z budżetu państwowego (na pokrywanie zobowiązań bankowych) przekroczyło wydatkowanie państwowe z okresu Allende w roku 1982. Złośliwi oczywiście mówili, że to przykład „chicagowskiej drogi do socjalizmu” xD

    De Castro posadę oczywiście stracił. Jego miejsce zajął wspomniany wcześniej Hernan Buchi, który na marginesie w 1990 roku będzie kandydować na prezydenta Chile. Buchi wprowadził tzw. monetaryzm pragmatyczny. Po pierwsze zrekonstruował banki regulując ich działalność – powołał mechanizmy zbliżone do tych, jakimi w Polsce dysponuje Komisja Nadzoru Finansowego – a których celem jest redukcja ryzykownych strategii bankowych. Chilijskiego peso oczywiście uwolniono, a państwo przez krótki czas pokrywało straty starając się ochronić przedsiębiorców. Od 1987 roku Chile zaczęło na powrót gromadzić rezerwy złota, ostatecznie się stabilizując.
    Buchi – a z nim reszta Chicago Boys z frakcji „pragmatycznej” – preferowali wolny rynek, ale ze zwiększonymi regulacjami państwowymi i elementami protekcjonizmu wśród mniejszych przedsiębiorców. Ich polityka ponownie przypomina politykę późnego okresu władzy generała Franco w Hiszpanii.

    Prawdą jest jednak jedno – trudne warunki konkurencji wolnorynkowej pozwoliły Chile wygenerować na powrót zniszczoną klasę średnią oraz otworzyć drogę dla nowych przedsiębiorców. Generalnie dobrym przykładem jest też czym kończy się grzebanie w walucie – gdyby nie jedna tragiczna reforma de Castro, Chile mogłoby na kryzysie ogólnoamerykańskim jeszcze się wzbogacić. Trzeba jednak pamiętać, że de Castro odpowiadał także za stabilizację po syfie zostawionym przez socjalistów, nie należy go więc postrzegać jako kogoś, kto doprowadził jedynie do ogólnonarodowego nieszczęścia. Do dziś też ekonomiści spierają się czy pierwszy okres (1974-1982) istotnie bardziej krajowi zaszkodził, czy też dopomógł.

    Buchi – od 1988 roku wiedząc, że posady nie utrzyma, albowiem w tymże roku Pinochet zgodził się opuścić stanowisko do 1990 i przywrócić demokrację – wypuścił serię sugestii co jego następcy powinni czynić. Był to swoisty dodatek do wspomnianego „el Ladrillo” – czyli dosłownie „cegiełki” – chroniący Chile przed kolejnym tąpnięciem w warunkach monetarystycznych, a także jakie byłyby jego założenia na kolejne lata. Jako osoba rozważna i konsekwentna w swoich działaniach, Buchi pozostaje do dziś dnia jednym z bardziej poważanych, emerytowanych już polityków Chile. Pamiętajmy jednak, że na stanowisko powołał go bezpośrednio Pinochet z misją ogarnięcia burdelu i przywrócenia wolnego rynku, o jaki od samego początku normalnym (czyt. Niesocjalistycznym) Chilijczykom chodziło.

    Kontynuację reform Hernana Buchiego – luźno potem nazywanych „Concertacion” – wprowadzili następni prezydenci Chile. Wpierw był to chadek Patricio Aylwin, za którego prezydentury zawarto serię ważnych umów międzynarodowych o wolnym handlu. Chile było też pierwszym z państw Ameryki Południowej, który otworzył swoje rynki na rzecz Chińskiej Republiki Ludowej, co dało chilijskiemu eksportowi jeszcze dalsze rynki zbytu, a nadto pozwoliło nieco oddalić się od USA. Następnie, w ramach tzw. konsensusu trójstronnego, prezydentura Ruisa-Tagle skupiła się na limitowanych reformach socjalnych poprawiających sytuację najuboższych i umożliwiających im poprawienie konkurencyjnej pozycji na rynku. Przynajmniej tak było do 2006 roku.

    Jakkolwiek Chile jest jedną z lepszych gospodarek Ameryki Południowej do dziś dnia, to gwałtownie rosną w tym kraju podatki, równoważone gospodarką z naciskiem na surowce. W czasach Pinocheta podatku PIT w ogóle nie było, a podatek CIT utrzymywał się na poziomie ok. 15% dochodu. Tak też było w latach ’90.

    Po zakończeniu Concertacion podatki rosną. PIT wprowadzono w 2003 roku i wynosi on (liniowo) co do zasady 35% - a więc więcej niż polski wyższy próg podatkowy. CIT wzrósł z 15% do ok. 28%. Na marginesie nie jest dla mnie zrozumiałe jakim cudem osoby fizyczne płacą wyższe podatki aniżeli przedsiębiorstwa :D
    Nevertheless, pomimo tąpnięcia z 1982 – które przypisywałbym jednak Pinochetowi i jego ekipie – to właśnie reformy Chicago Boys i Pinocheta, choć nie bez problemów, nakierowały Chile na aktualny wzrost gospodarczy i uzyskanie poważnej przewagi nad sąsiadami. Nie bez powodu przyjął się ukuty w latach ’90 przez Friedmana motyw z „chilijskim cudem gospodarczym”, przy czym w tym samym opracowaniu Friedman przyznaje, że ostrzegał de Castro przed skutkami jego własnej decyzji, tak mogłoby być jeszcze lepiej.

    Innymi słowy: politykę ekonomiczną za Chile można podzielić na dwa okresy. Monetaryzm dziki lat 1974-1982 zakończył się ostatecznie nie najlepiej, acz do teraz prowadzi się dysputy jak bardzo źle oraz z jakiego powodu. Następnie monetaryzm pragmatyczny lat 1983-1990 utworzył podstawy, które zaczęły profitować już w latach ’80, ale szczyt zysków przypada na lata ’90, kiedy Pinocheta nie było już u władzy. Z tego względu jednak jego przeciwnicy – bardzo niesłusznie – znów podnoszą, że jego odejście przyczyniło się do wzrostów.

    Nie. Wszystko wskazuje na to, że gdyby Pinochet wygrał referendum i pozostał u władzy, wzrost gospodarczy postępowałby analogicznie. I to jest główny sukces tego człowieka – poza oczywiście zaoraniem czerwonych.

    Fajnie tak za to sobie jechać po nieżyjącym już człowieku, który bronić się nie może, a który działał w warunkach być może brutalnych, lecz koniecznych w tamtych czasach. I tu znów mamy podobieństwo do Hiszpanii generała Franco. Obydwa państwa były quasi-faszystowskie (tak – ja należę do tej grupy, która faszyzm kwalifikuje szeroko, bo jest to również tak ogólnie kwestia sporna), obydwa obroniły się przed zagrożeniem komunistycznym, obydwa zastosowały dwa podejścia gospodarcze, gdzie pierwsze kończyło się niepowodzeniem, a drugie prowadziło do cudu gospodarczego, dzięki któremu winnice Chile są znane na cały świat, a do Hiszpanii to Polacy jeżdżą na truskawki, a nie odwrotnie 

    Nie mogę się za to doczekać, kiedy i Pinocheta ktoś będzie chciał wyjebać z grobu i, nie wiem, może wystrzelić z armaty jak Dymitra Samozwańca? Albo rozsypać prochy nad oceanem jak Eichmanna? Choć na szczęście Chile nie popadło jeszcze na powrót w lewicową patologię.

    W końcu najprościej jest kopać zwłoki. Te w końcu się nie bronią :3
    /MK

    PS: Słusznie mi na priv wskazano, ówczesny dług Chile był jednakże gorszy od polskiego, aż tak źle w naszym kraju jeszcze nie ma

    #kapitalizm #komunizm #chile #historia #ekonomia #historiaiwojskowosc #gruparatowaniapoziomu

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 79370310_2889294477761953_1234273867434819584_o.png

    •  

      @Mleko_O: W tekście, który wkleiłeś jest sporo głupot, które wynikają z niezrozumienia używanej terminologii lub bardzo rozemocjonowanego sposobu narracji, pełnej normatywnych uniesień, które Milton Friedman jako pozytywista metodologiczny surowo potępiał. Gdyby przeczytał coś takiego, z pewnością musiałby autorowi wymierzyć soczystego plaskuna z niewidzialnej pięści południowego Chicago.

      I w tym miejscu Milton Friedman zapewne wstał i powiedział: „Ej kurwa, zaraz zaraz, uczyłem was, że podstawowym założeniem monetaryzmu jest absolutny brak interwencji w ceny walut, mamy free float exchange rate, a waszym zadaniem jest pilnować, żeby nie było drukowania pieniędzy. Rynek zweryfikuje”.

      Co to za stylistyka? Free float exchange rate to najzwyczajniejszy w świecie całkowicie płynny kurs walutowy. Przyjęcie płynnego kursu walutowego nie jest założeniem monetaryzmu, lecz jedynie skutkiem jego innego założenia: kontroli przez bank centralny podaży pieniądza M1 (gotówka w obiegu pozabankowym + depozyty), który charakteryzuje się najwyższą płynnością, co oznacza, że na co dzień zwykłą gotówkę w ręku lub na rachunku najłatwiej zamienić na inną gotówkę. Dlatego też:

      Do tego sporo rozliczeń Chile szło tak naprawdę w dolarach i rząd starał się zwłaszcza pilnować, żeby wartość obydwu walut (tzw. float echange rate)

      Nie dość, że jest to bzdura, bo nie ma to nic wspólnego z kursem wybranej pary walut, to stanowi zaprzeczenie tego, co zostało wcześniej określone jako free float exchange rate i w ogóle nie spolszczone.

      Tak czy inaczej, w 1979 roku de Castro wprowadził tzw. pegging walutowy – czy też usztywnił kurs chilijskiego peso od dolar

      Nie pamiętam, żeby istniało coś takiego jak "pegging walutowy", mówimy po prostu o usztywnieniu kursu walutowego, to wszystko. Dobrze, że chociaż tu można kontekstowo wysnuć o co chodzi.

      co było szczególnym przejawem protekcjonizmu względem partnerów handlowych rozliczających się w tej walucie (niekoniecznie Amerykanów, ale ich przede wszystkim) (...) I niestety tym kimś był chyba de Castro i ktoś (być może Pinochet osobiście?), kto naciskał na pegging z ramienia junty

      Czy Andrzeja Leppera także zabił pegging walutowy? Gdyby autor szczątkowo ogarniał mechanizmy i przesłanki prowadzenia polityki monetarnej, nie czyniłby takich insynuacji, tylko rozumiał dlaczego zdecydowano się na usztywnienie kursu. Sztywny kurs walutowy jest jednym ze sztandarowych środków prowadzenia polityki antyinflacyjnej, ponieważ pozwala na stabilizację cen dóbr importowanych w walucie narodowej i poprawia konkurencyjność własnego eksportu. Ponieważ Chile cierpiało z powodu wysokiej inflacji, przyjęło sztywny kurs walutowy, żeby eksportować drożej jedyną rzecz, którą tam się produkuje, czyli miedź i ustabilizować ceny żywności.

      Po "protekcjonizmie względem partnerów handlowych" już nie czytałem, bo trochę za dużo już tego. Czemu ktoś ten tekst plusuje i czy aby na pewno rozumie to, co plusuje?
      pokaż całość

      +: C...e, Mleko_O +9 innych
    •  

      @anward: Cieszę się, zachęcam do odwiedzin profilu autora albo śledzenia tagu #historiaiwojskowosc ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      @Trojden: Nie jest z translatora, oryginalnie polski. Jeżeli chodzi o zarzut o pegging - nie mam pojęcia, nie jestem ekonomistą

      @Walenciakowa: Gdyby nie to cholerne USA tym razem by się udało #pdk

      @Tylko_noc: #historiaiwojskowosc albo profil autora (link jest w każdym poście)

      @shadowboxer: Szanuje za wyczerpującą i rzeczową odpowiedź, podesłałem autorowi, zobaczymy czy się jakoś odniesie
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (17)

  •  

    Dzisiaj pewnego rodzaju bonus ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    oficjalny komentarz autora wpisu, co do ewentualnych zarzutów:
    "Jak można na moim fp poczytać przy okazji dużej ilości innych artykułów, z zasady unikam tematów polegających na szukaniu sensacji, a stanowisko - czy też <dobór słów> - staram się utrzymywać we względnie neutralnym tonie. Moim zdaniem zabawy językowe bez wjazdów na część potencjalnych odbiorców jest skuteczniejsza niż te wjazdy. I jak mówię, można to łatwo zweryfikować na innych seriach wpisów.
    Mimo wszystko konkretnie wpis o Allende - a bliźniaczo także wpis o Pinochecie, który niebawem się pojawi jak mi czas pozwoli - powstały konkretnie z powodu nieustającego wylewania wiader pomyj i kału na Pinocheta (a pośrednio także Franco - zdarzenia z Chile wykazują duże podobieństwo do Hiszpanii, także na polu ekonomicznym), które nijak mają się do rzetelności historycznej, a także jakiegokolwiek dyskursu historycznego. Pinochet od dłuższego czasu w twórczości lewicowców, a także, co gorsza, wielu liberałów, traktowany jest jak zło wcielone, podczas gdy ekstremalnie rozkurwiająca polityka gospodarcza Allende pomijana jest milczeniem, zaś sam Allende znany jest jako ten dzielny prezydent, który w oporze przed Tym Złym Generałem strzelił sobie w głowę po odezwie narodowej.
    Także tak - ze względu na oryginalną inspirację wpisem, tym razem pozwoliłem sobie na bardziej soczysty i kierunkowy język. Pozwolę sobie też na taki we wpisie o Pinochecie, ale wbrew oczekiwaniom niektórych raczej nie będzie to jego masakrowanie. Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, gdzie leżą moje preferencje polityczne (stąd nie ma mnie na niektórych grupkach, bo i tak mam wczesne zakola). Jakkolwiek Pinocheta można krytykować - a miejscami trzeba - to ciężko go jebać jak Allende, głównie dlatego że polityka Pinocheta zdołała wyprowadzić Chile do lokalnej potęgi ekonomicznej... ale nie bez wcześniejszego nieudanego eksperymentu i ponownego uszkodzenia gospodarki.

    Nadto dodaję - ale to wszędzie, gdzie do tematu się odnoszę - że wpływ CIA na poczynania Allende był ograniczony. Nie rozumiem zarzutów o tym, że nie piszę o manipulacjach na rynku cen miedzi - bo piszę, i to wprost. Ktoś niedoczytuje jak tak mówi. Amerykanie oddziaływali na Chile głównie w drodze ewakuacji kapitału (z którego część i tak Allende nakradł), grzebaniu w miedzi jako jej znaczący importer (jakkolwiek skurwysyństwo, to moim zdaniem mieści się w granicach działań okołorynkowych) i odcięli kurek z pomocą rozwojową, co dziwić nie powinno. Wszelkie charytatywne pseudo plany Marshalla mogą być przecież ograniczone dla podmiotów nie spełniających wymogów państwa dającego tę pomoc. Czy ktoś widział pakiety pomocowe z ZSRR dla reżimu Franco? No ciekawe dlaczego :V
    Często pada argument o finansowaniu strajków. Dowody na finansowanie strajków przez CIA w znacznym zakresie są bardzo mętne, o ile nie znikome. To też hasełko rzucone lata temu i krążące po sieci. Co do strajku np. kierowców z 1973 roku, to jego bezpośrednią przyczyną była chęć nacjonalizacji transportu wysokogabarytowego i przekazania go na rzecz przedsiębiorstw państwowych. Innymi słowy; wyzucia prywatnych kierowców z ich głównego źródła utrzymania, czyli ich ciężarówek. I to w dobie już upadku z dnia na dzień, gdzie można było racjonalnie przewidzieć, że raczej motyw się nie zwróci (bo do teraz nie działał). Jeżeli nawet przyjmiemy, że CIA pomogło te strajki zorganizować i skoordynować, to sama ich podstawa leży w katastrofalnej polityce Allende i Vuskovicia.
    Generalnie to rolę CIA opisuje się mitycznie, jako będące wszędzie, we wszechwładzy, jakiś kurwa demiurg. Przypomina to spiski szczepionkowe Zięby. Żeby ze źródeł państwa trzeciego dojebać krajowi hiperinflację, strajki masowe i upadek służby zdrowia to zostawiłoby się zmasowane ilości śladów. Tak duże, że USA mogłoby mówić dlaczego obaliło Allende, a nie że w ogóle próbowało

    Tymczasem USa istotnie - próbowało. Politycznie, a nie ekonomicznie.

    PS: Sławetne <Make chilean economy scream> to fragment fiszki napisanej przez nixona do Kissingera. Nie wiem czemu wszyscy się spuszczają nad tym zapisem, który nie został zrealizowany (może po prostu jest chwytliwy). Bo dosłownie JEDEN przecinek później było o finansowaniu puczu przeciwko Allende - i to jest już jakby delikt międzynarodowy xD
    Notabene chodziło o taki mało znany pucz z 1970 roku, krótko po jego zaprzysiężeniu. Tamten pucz był rzeczywiście w pełni robiony przez CIA. Pucz ten został przechwycony przez... komórki KGB penetrujące Chile, a przyszły sprawca puczu zastrz... ekhem, popełnił chyba samobójstwo. Wtedy też większość komórek CIA zaczynała z Chile spierdalać, podczas gdy KGB funkcjonowało z cichym przyzwoleniem rządu.
    A więc nie - Amerykanie nie byli jak słoń w składzie porcelany. Tylko byli etapowo eliminowani i ścigani. Bynajmniej nie działali w warunkach umożliwiających im wpływ na całokształt państwa. I gdyby nie przewrót Pinocheta, to poza tym, że Chile stałoby się w najlepszym razie drugą Kubą, a w latach '90 zebrałoby wjazd od Peru i Boliwii, to Amerykanie działaliby jak na Kubie - czyli w sumie nie mogliby się w Chile pokazać."

    #kapitalizm #komunizm #chile #historia #ekonomia #gruparatowaniapoziomu #historiaiwojskowosc

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

  •  

    Panorama Port Arthur na początku XX wieku.

    JEDEN POCISK, KTÓRY ZBUDOWAŁ MIT WIELKIEJ JAPONII - BITWA NA MORZU ŻÓŁTYM - CZĘŚĆ 1

    Na starcie przypomnę Czytelnikom, że jestem nieco... krytyczny co do całego jarania się Japonią, a i wiele ich osiągnięć uważam za przereklamowane. Naród ten ma fajną, interesującą kulturę, ale też aż do XX wieku nigdy nie zbudował mocarstwowej pozycji, choć kilka razy sąsiadom zagrażał. Co jak co, japońska kultura jest też niestety dość samodestrukcyjna, czego wkrótce miała dowieść Druga Wojna Światowa...
    Czy Japończycy słusznie uwierzyli we własną potęgę? Moim zdaniem nie, choć czasem jeden pocisk może zrobić różnicę...

    W każdym razie. Przenieśmy się do czasów... jeszcze poprzedniej epoki, bo do sierpnia 1904 roku.

    Od kilku miesięcy trwa wojna japońsko-rosyjska. Siły japońskie - dzięki katastrofalnemu dowodzeniu dowódców carskich w polu - przełamują rosyjską obronę na rzece Yalu, oddzielającej dziś Koreę i Chiny i w dwóch armiach prą na zachód. Jedna armia atakuje dziewiczym krajobrazem Mandżurii w stronę Harbinu, miejsca, gdzie kończy się rosyjska kolej transsyberyjska, pozwalająca kontrolować cały azjatycki rosyjski tranzyt towarów i ludzi. Ale nie o nich i nie o Harbinie będziemy dziś mówić.

    Druga japońska armia, dowodzona przez generała Oku Yakusatę, uderzyła w stronę Port Arthur - dziś Dalian - największej rosyjskiej bazy morskiej w Azji. Japończycy - przełamawszy zignorowane przez Rosjan (oczywiście przez niekompetencję) pozycje obronne na przewężeniu Tellisu, wnet przystąpiły do oblężenia Port Arthur, które jest myślę w historii powszechnie znane. Mniej więcej w tym czasie rosyjska flota bałtycka wychodziła już z portów w Sankt Petersburgu i jęła zmierzać do swojego pogromu pod Cuszimą - największego wpierdolu morskiego w historii - do którego dopłynie z zatkanymi długą podróżą kotłami oraz po drodze ostrzela angielskie łódki niedaleko Danii, biorąc je za Japończyków xD

    Ale co, jeśli powiem Wam, że Cuszima była tylko formalnością? Że rzecz wcale nie musiała tak wyglądać? Nie wierzycie? To patrzcie.

    Szczęśliwie obroną Port Arthur dowodził już cały sztab połączony sił lądowych i marynarki. Wśród dowódców Floty Pacyficznej Cesarstwa Rosyjskiego duże znaczenie mieli przede wszystkim Stjepan Makarow, Wilhelm Witgeft oraz Jewgienij Aleksiejew, pozamałżeński syn cara Aleksandra II. Makarow szybko odpadł z gry - osobiście próbował ścigać Japończycy w czasie oblężenia portu i wpadł ze swoim pancernikiem "Pietropawłowsk" na minę, gdzie zginął. Lądowym komponentem obrony dowodzili generałowie Kondratenko (też zginął) i Stessel.

    Jeśli chodzi o admirałów, tu zarysował się konflikt. Aleksiejew podnosił, że szwadron rosyjski w Port Arthur może realnie walczyć z Japończykami. Ba, nawet ich pokonać. W tym względzie admirał preferował kontynuować bojową postawę poległego Makarowa. Z drugiej strony Witgeft - możny z niemieckiego rodu na usługach Rosjan - preferował podejście ostrożne. Po pierwsze wskazywał, że Port Arthur zostało zaminowane przez Japończyków w pierwszych dniach wojny (która rozpoczęła się atakiem łodzi torpedowych na sam port, oczywiście niespełna godzinę po doręczeniu wypowiedzenia wojny, mechanizm podobny jak w Pearl Harbour). Po drugie, Witgert wierzył w tzw. koncept fleet-in-being, według którego samo szachowanie swoją obecnością japońskiej floty admirała Togo pozwala w spokoju Flocie Bałtyckiej zbliżać się do Cuszimy.

    Ciężko rzec kto miał rację. W jakimś zakresie mieli ją obaj. Osobiście skłaniam się ku stanowisku Aleksiejewa, ponieważ flota rosyjska była co najmniej równa flocie japońskiej, co szczegółowo porównam w kolejnej części. Jakkolwiek istniało znaczne ryzyko, że flota poniesie straty na minach wychodząc na bój z Japończykami, tak Aleksiejew słusznie dostrzegał, że trzon sił morskich Rosji nie może pozostawać utknięty w Port Arthur, a zamiast tego powinien połączyć się ze szwadronem krążowników z Władywostoku i manewrować przeciwko admirałowi Togo.

    Ostatecznie wygrały względy polityczne - oczywiście Aleksiejew był blisko związany z dworem carskim, a Witgert był zwykłym admirałem.

    Moskwa zatwierdziła rozkazy, które Witgert miał wykonać. Witgert uznał, że rozkaz jest rozkazem, a jego żołnierskim obowiązkiem wykonać go jest jak najlepiej. Wilk morski miał przebijać się z Port Arthur do Władywostoku. I zajebiście dobrze mu szło... do pewnego pechowego momentu.

    10 sierpnia 1904 roku Rosjanie przystąpili do forsowania blokady.

    Cdn...

    #historiaiwojskowosc #historia #japonia #rosja #wojna #gruparatowaniapoziomu

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 45421443_2166695160021892_6862020015609085952_o.jpg

  •  

    Witam serdecznie wszystkich mireczków i mirabelki po długiej przerwie. Dzisiaj startuje z nowym cyklem postów, tak jak kiedyś #iiwojnaswiatowawkolorze

    Zasady takie same jak ostatnio - repostuje wam posty z fb żebyście mogli poczytać na wykopie, bo jest to dużo wygodniejsze, i dowiedzieć się czegoś nowego a być może nawet ciekawego ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Z czasem zobaczymy co nam z tego wyjdzie i jak to będzie wyglądało ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Rzeczywista siła nabywcza obywatela Chile w latach 1967-1977. Pomarańczową linią wskazano okres prezydentury Allende.

    OK, tak więc przechodzimy do tematów około ekonomicznych. Tak, Czytelnicy, nie regulujcie monitora - to najprawdziwsze napieprzanie historycznych cymbałów!

    Będzie długo, ale w miarę jak tekst postępuje język staje się luźniejszy i luźniejszy – tak, żeby się dobrze czytało.

    Geneza tego i nadchodzących wpisów jest taka, że ostatnimi czasy po internecie krążą sobie jakieś śmieszne legendy mówiące o gospodarce Chile. Że wiecie - zły Pinochet totalitarysta rozwalił, a Allende to był człowiek wizjoner, tworzący krainę dobra i powszechnego dobrobytu <3
    I miałem kilka starć na różnych grupach na ten temat. Wypadło mi tyle włosów od raka, jakiego mi niektórzy dostarczyli, że włożyłem je sobie w materiał... i nie muszę teraz iść do Jyska po nową poduszkę :v
    (a że Jysk ma najlepsze poduszki to wy wiedzcie!)

    Skoro już szambo po lewej stronie wybiło, przyjrzyjmy się RZETELNIE tematowi gospodarki Chile, za Allende i Pinocheta, i zadajmy sobie pytanie jak to wyglądało :)
    Czyli spojrzymy na chilijskie kryzysy z lat 1973 oraz 1982 i omówimy je w detalu.

    W niniejszym wpisie - a nie wiem ile mi ich w praktyce wyjdzie, choć wolałbym z tego czynić kompendium, a nie długą serię, także postaram się skrócić - skupimy się na gospodarce mości Allende.

    Wpierw jednak krótki timeline i dramatis personale, a to dla osób nieobeznanych z datownikiem historii Chile, do czego wielu Czytelników ma pełne prawo:
    - Lata 1964-1970: Prezydent Chile Eduardo Frei Montalva - członek Partido Demócrata Cristiano, PDC, czyli chilijskiej partii chadeckiej. Zainicjował wiele reform mających na celu realizację koncepcji chadeckiej solidarności społecznej na luźny wzór RFN, przede wszystkim limitowaną reformę rolną oraz ograniczoną reformę nacjonalizacji uniwersytetów;
    - Lata 1970-1973: Prezydent Chile Salvador Allende - członek i przywódca Partido Socialista de Chile, tudzież PS. Obok PS działało też PCCh, czyli Partido Comunista de Chile. PCCh razem z PS tworzyły w 1970 roku blok koalicyjny zwany Unidad Popular, czyli luźno tłumacząc Front Ludowy (a jakże!);
    - Lata 1973-1990: w Chile rządzi Augusto Pinochet. Nie nazywam go prezydentem, bo Pinochet nie od początku nosił ten tytuł, jednakże ta seria nie jest jego biografią i pominiemy ten detal. W każdym razie facet rządził Chile. Notabene Pinochet wbrew bardzo dobrym memom nie wyrzucał ludzi ze śmigłowców. To robiła głównie junta argentyńska (ta która zesrała się potem na Falklandach). Pinochet preferował tzw. Konwoje Śmierci, które kulturalnie pozwalały rodzinom pochować swoich socjalistów, gdyż konwoje te wyrzucały zwłoki przy drogach, wobec czego dało się je znaleźć (bo helikoptery wyrzucały je nad Andami).

    Pilnujcie powyższych dat, bo są one dość ważne.
    A tymczasem bez dalszego tracenia czasu przyjrzyjmy się ekonomicznej stronie prezydentury Allende, którą brutalnie ukrócił pucz Pinocheta z drugiej połowy 1973 roku.

    GDY LUDZIE ZNÓW PRÓBUJĄ BRONIĆ CZERWONYCH, CZYLI KRÓTKI RYS HISTORII EKONOMII CHILE - CZĘŚĆ 1 - ALLENDE

    Generalnie wiele osób mówi, że Allende to był taki - patrząc na nasz standard polski - taki jakby Razemek. Czy aby na pewno?
    W 1970 roku Unidad Popular wygrał wybory. Co ciekawe, w pewnym sensie mniejszościowo. Nie spodziewając się nadchodzącej patologii, w swojej ironii zresztą, Unidad Popular otrzymał propozycję stworzenia wspólnej koalicji z... tak, PDC, czyli partią chrześcijańską dotychczasowego prezydenta Montalvy, o którym historia mówi raczej ciepło. Motyw wziął się stąd, że Allende wielokrotnie potwierdzał, iż reformy Montalvy będą... kontynuowane.
    Motyw był o tyle ważny, że według ówczesnej konstytucji Chile wybór prezydenta przebiegał dość zabawnie. Dwójka kandydatów z największą ilością głosów stawała przed tzw. Kongresem Narodowym (czyli czymś w rodzaju naszego Zgromadzenia Narodowego, czyli Sejmu i Senatu obradującego razem), a Kongres wybierał we własnej procedurze który z kandydatów zostanie prezydentem. Innymi słowy, wybory nie były w pełni powszechne.
    Kongres miał uzasadnione wątpliwości co do "poczytalności" Allende, albowiem Allende był już w 1970 roku znany ze swojego sążnistego lewoskrętu. Bynajmniej Allende nie był też piewcą demokratycznego socjalizmu jak się mówi powszechnie. Facet po prostu nie miał dość siły, żeby podjąć się próby likwidacji parlamentu. Mimo wszystko jego agenda przewidywała siłowe wywłaszczenie majątku od osób bogatych i rozdysponowanie go między biednych, głównie chłopów produkcyjnych, zwanych campesinos.

    Allende ostatecznie został prezydentem. Kongres Narodowy wybrał go po tym, gdy Allende podpisał tzw. kartę swobód konstytucyjnych. Dość specyficznym oświadczeniem owa karta była, a mówiła zasadniczo, że Allende bardzo się postara nie rozwalić systemu (w tym gospodarczego kraju). Ostatecznie poparli go też chrześcijańscy ludzie Montalvy, otrzymawszy gwarancje kontynuowania reformy ziemskiej.

    Allende krótko po objęciu władzy ogłosił… a jakże, chilijską drogę do socjalizmu :D Facet zresztą wcale się z tym nie krył. W wywiadzie-rzece z 1970 prowadzonym z dziennikarzem Regisem Debreay, Allende powiedział iż:
    „Pytanie brzmi: kto wykorzystuje kogo? W każdym przypadku, odpowiedzią właściwą jest: proletariat. (…) Pracuję dla socjalizmu i poprzez wdrażanie socjalizmu.
    Zresztą, w tym samym wywiadzie:
    „Jako iż [Chile], na ten moment, pozostaje państwem burżuazyjnym, poszukujemy ścieżek, by stan ten zniszczyć, obalić. Naszym ostatecznym celem jest pełen, kanoniczny, naukowy marksizm.”

    Ogólnie to naprawdę nie wiem jak można Allende postrzegać jako demokratę o „lewicowym czy socjalistycznym odchyleniu”. Bo do pełnego kompletu to facetowi brakowało tylko czerwonej twarzy. Zresztą o Putinie Prezydent Reagan powiedział kiedyś, że jak patrzy się na Putina, to na jego czole widzi trzy litery: KGB. To samo można było powiedzieć o Allende. Detale znajdują się w moskiewskich archiwach, a Rosja do dnia dzisiejszego obejmuje te dokumenty szczególną ochroną. Jednakże kilku historyków oraz chilijskich polityków podnosiło w przeszłości argumenty, że Allende w istocie był w istocie współpracownikiem KGB zrekrutowanym jeszcze w latach ’60. Takie stanowisko zajął po latach m. in. „Leonid” Kuźniecow, koordynator komórek KGB w Chile.

    Chcę, żeby to było jasne: nawet jeżeli współpraca Allende z KGB nie jest na 100% potwierdzona (a przypominam, że bardzo ciężko jest tego dowieść bez żadnych wątpliwości, co wynika z charakteru szpiegowskiej pracy), to w 1973 Pinochet nie obalał biednego, demokratycznego prezydenta. Tylko obalał zatwardziałego socjalistę, który w raptem trzy lata zdołał rozkurwić jedno z bogatszych państw Ameryki Południowej.

    To teraz przejdźmy do tematu jak to rozkurwianie wyglądało. Czyli konkretnych działań gospodarczych.

    Ministrem gospodarki pod Allende został Pedro Vuskovic. Vuskovic był rodowitym Chilijczykiem, jego nazwisko to historia jeszcze z samego początku XX wieku, jego rodzina emigrowała z Czarnogóry. Nie, Vuscovic – jak się okazjonalnie słyszy, bo ktoś kiedyś wypuścił głupie hasełko xD – nie był nikim wysłanym przez Josepha Broz Tito do Chile :D
    Facet był w pełni naturalnym Chilijczykiem, skończył uniwersytet państwowy w Antofagaście na kierunkach ekonomicznych i przez długi czas pracował w CEPAL, czyli ciele doradczym ONZ do ekonomicznych spraw Ameryki Środkowej i Południowej. Brzmi racjonalnie.
    Tak przynajmniej wszyscy sądzili :v

    Plan Vuskovicia zakładał w ramach kontynuacji (o pomysłach nowych będzie dalej) rzeczy następujące:
    - Nacjonalizację narodowych złóż miedzi – tu plan kontynuował założenia Montalvy, ale oczywiście je zmienił. Oryginalny plan Montalvy zakładał wykup akcji spółek obcych (głównie amerykańskich) zajmujących się wydobyciem miedzi.
    - Reforma ziemska (rolna) – również kontynuacja koncepcji Montalvy, gdzie ziemia państwowa była wyprzedawano bardzo tanio chłopstwu, a niektóre największe latyfundia częściowo wywłaszczane za odszkodowaniem w celu zwiększenia rentowności poprzez podniesienie poziomu życia najbiedniejszych części wsi.

    Kwestia uznania reform Montalvy za słuszne jest kwestią indywidualną. Generalnie nie można jednak chadekom przypisać braku konsekwencji oraz irracjonalności działania. Istotnie złoża miedzi to dobro narodowe Chile do dnia dzisiejszego. Obcy kapitał kontrolujący te złoża mógł stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa całego kraju. Kapitał ten wygrał zresztą w okresie międzywojnia ze względu na okres chilijskiego dzikiego kapitalizmu, gdzie nikt nie zastanowił się czy aby sprzedaż komu popadnie swoich surowców na pewno będzie w zgodzie z interesem narodowym Chile. Podobnież chilijska wieś była bardzo niewydajna, a w latach’ 60 w skrajnych przypadkach niektórzy campesinos żyli niczym chłopstwo feudalne.

    No, ale oczywiście Allende i Vuskovic popłynęli. Większość przedsiębiorstw miedziowych wywłaszczono ustawą. W sensie od tak, bez sensownego odszkodowania dla tych przedsiębiorstw, no i tak trochę z dnia na dzień. Jak już wcześnie Waszyngton próbował grzebać w tych wyborach bo słusznie przewidywał co Allende odjaniepawli, tak teraz już Chile bardzo szybko zrobiło sobie naturalnego wroga. Wroga, który w 1973 zapewni Pinochetowi wszystkie dane wywiadowcze, by jego przewrót przebiegł prawidłowo

    Podobnież reforma rolna przypominała bardziej tę polską z 1944, a może nawet te reformy z ZSRR. Latyfundystów szybko „rozkułaczono” doprowadzając ich do ruiny i nakładając na nic monstrualne podatki, a ziemię oddano za darmo campesinos. Całą reformę przeprowadzono –w całym kraju – w półtorej (!) roku. Dzięki niej latyfundyści stracili środki do życia (mając jednocześnie jakieś tam know-how), a campesinos uzyskali masę ziemi bez stosownej mechanizacji produkcji. Innymi słowy: jedna chłopska rodzina była teraz tak bogata, że nie mogli wykorzystać swojego potencjału gruntowego, bo w czasie zbiorów zapracowaliby się na śmierć. W okresie siewów w sumie też. Jak nie wierzycie to spróbujcie iść do rolnika w kieleckim. Najpierw sprzedacie cały swój majątek żeby kupić dość nasion, a następnie wy, wasze kobiety (tudzież faceci) oraz dzieci będziecie biegać z taczką po całych hektarach i obsiewać ziemię o różnej charakterystyce. Oj, nie nauczyli was jak rekultywować taką ziemię? Eeee tam, ogarniecie w praktyce. W końcu nie każemy wam jeszcze wyrabiać cegieł po waszym 15-godzinnym dniu pracy :3

    Naturalnie rzeź, jaką uczyniono planom Montalvy, nie przeszła bez echa. W tym momencie chadecy wycofali się z koalicji i zaczęli się przytulać z Partią Nacjonalistyczną, która w przyszłości będzie głównym pionem cywilnym popierającym Pinocheta. Unidad Popular pozostali w mniejszościowym rządzie, lecz Chile nie było krajem (na powyższym przykładzie wyboru prezydenta to widać), gdzie blokowałoby to skuteczne rządy. Większość prerogatyw miał bowiem rząd właśnie i reformy załatwiano, jakbyśmy to w Polsce ujęli, „na rozporządzenia”, z obejściem ustaw. Acz w tamtych czasach parlamentaryzmu światowego zaznaczam, że było to jeszcze dość normalne i nikogo nie zastanawiało.

    No dobra, to Vuskovic i Allende popsuli projekty flagowe. Lecz co było jeszcze?
    - Vuskovic znacjonalizował bez sensownych odszkodowań większość zagranicznych korporacji, zresztą nie tylko amerykańskich. Innymi słowy nacjonalizacja przebiegała tak jak w Polsce krótko po drugiej wojnie
    - Znacjonalizowano także niemal wszystkie banki, w tym te należące do chilijskiego, prywatnego kapitału
    - Wdrożono masowe problemy socjalne połączone z tzw. usztywnianiem cen – i to będzie gwóźdź do trumny

    Notabene, jako ciekawostkę, to trzeba wskazać, że kierunkiem i tempem reform byli zszokowani nawet Komuniści. Sekretarz generalny PCCh, Luis Corvalan, próbował przekonać Allende do… zwolnienia reform celem odzyskania koalicji z chadekami i nawet rozmawiał w 1971 w tym celu z Montalvą :D W sensie nie regulujcie odbiorników: komunista próbował się dogadać pomimo naciskania na rozwiązanie parlamentu i powołanie Rad Robotniczych/Chłopskich w jego miejsce, podczas gdy lżejszy socjalista Allende jechał bez trzymanki.

    I teraz co nieco o tych reformach społecznych. Vuskovic przede wszystkim wprowadził znaczny wzrost minimalnej pensji krajowej. Naturalnie podniosło to jak cholera koszty pracy. Rozszerzono też mocno składki na wszelkie formy ubezpieczeń społecznych. Przymusowo objęto wszystkich – od campesinos po małych przedsiębiorców – drakońskimi składkami na ubezpieczenie społeczne.

    Stało się oczywiście to, co zwykle dzieje się przy wzroście płacy minimalnej. Wzrosły ceny produktów. Innymi słowy: jak minimalna wzrosła o ok. 60% (bo taka była to mniej więcej cyfra), to ceny np. chleba czy mleka rosły analogicznie. Wolny rynek próbował się dostosować do panujących warunków.

    Wobec tego w 1972 Allende zamroził ceny żywności :3 Czyli że jak mleko kosztowało np. 5 pesos, to tak miało zostać, mimo że cena mleka rosła wobec płac i powinna wynosić ok. 12 pesos. Czyli każdy producent mleka (czytaj: chłop po reformie rolnej, bo kto inny, sprzedający je przedsiębiorcy) był stratny na transakcji przykładowe 7 pesos. Czyli ubożał.

    Wolny rynek walczył dalej. Zamrożenie cen wygenerował kosmiczny wzrost obrotu na czarnym rynku, gdzie handlować można było po prawdziwych cenach. Z takich transakcji nikt się nie rozliczał, a więc państwo nie miało z nich opodatkowania. W efekcie okazało się, że Chile nie ma dostatecznych wpływów do budżetu, by utrzymać programy socjalne, zwłaszcza wspomnianą służbę zdrowia i dopłaty pensji znacjonalizowanych fabryk. W samym tylko sierpniu 1972 cena mleka podskoczyła o 120%. W warunkach polskich: 1 sierpnia za mleko płacicie 3 złote, 30 sierpnia już 6,40 złotych. Naturalnie wypłatę macie co miesiąc, więc wasza wypłata jest całkowicie nieprzystosowana do wzrostu cen. W efekcie kurewsko biedniejecie dosłownie z dnia na dzień.

    Co wtedy robi państwo? Wycofuje się z reform!
    Nie no, co wy, robię sobie z was jaja, drodzy Czytelnicy :D
    Drukuje pieniądze, a jak :D

    A drukowanie pieniędzy nie polepsza bytu społeczeństwa, gdyż pieniądze te mają zerowe pokrycie w rzeczywistej wartości. To tylko papier. Wtedy rynek ustala w sposób dorozumiany ile ten papier bez pokrycia jest wart. A jak to się nazywa? Inflacja!

    Chile miało generalnie problem z inflacją już za Montalvy. Inflacja pesos uderzała nawet w ok. 20% w skali roku, co było zjawiskiem dość niebezpiecznym. To tak jakby wasza złotówka za rok była warta 80 groszy. Wasze oszczędności w banku po roku z 10 tysięcy warte były 8 tysięcy, i tak dalej.

    Za Vuskovicia inflacja Chile wyglądał tak paskudnie, że roczna inflacja przekroczyła w 1972 roku 108% (w przeciągu jednego roku wartość złotówki maleje, tracicie połowę waszego dorobku życiowego odłożonego w walucie), a w 1973 roku, kiedy Allende spadał już z rowerka, osiągnęła ponad 500% rocznie. W tym momencie typowa polska prosperująca rodzina z klasy średniej nie jest w stanie kupić jedzenia na święta. Przy okazji – jest to już hiperinflacja. Wtedy wprowadza się dewaluację pieniądza i dramatycznie ogranicza wydatki budżetowe.

    A, co do wydatków budżetowych: tu była trochę dupa, bo nacjonalizacja przemysłu miedziowego doprowadziła do światowego tąpnięcia cenami miedzy, które spadły o ponad 50% w okresie Allende. A Chile jest jednym z większych światowych eksporterów tego surowca. W efekcie przychody państwowe ze znacjonalizowanego kruszcu poleciały w dół i połączone z drukowaniem pieniędzy doprowadziły do niewypłacalności systemu socjalnego, zwłaszcza upadku służby zdrowia. W 1973 roku Chilijczycy leczyli się na wsi znów u znachorów, bo wszelkie kliniki zdążyły się rozpaść po półtorej roku pracy.

    Cudowna reforma socjalistyczna Vuskovicia i Allende zostały opisane na początku lat ’90 w literaturze ekonomii jako tzw. makroekonomiczny populizm. Mechanizm działa w ten sposób, że podzielony jest na cztery fazy:
    Faza 1: nagły i zdecydowany wzrost wydatkowania środków publicznych na cele publiczne. Rezerwy narodowe drastycznie opadają, jednak mają jeszcze pokrycie w wartości tych rezerw (np. w złocie). W efekcie Faza 1 jest piękna: płące rosną, ceny stoją w miejscu, ucieczka przedsiębiorców jest niezauważalna bo nadrabiamy ją importem zagranicznym ze środków państwowych. Wszyscy są zadowoleni :3 Istotnie, rok 1970, a więc początek rządów Allende, to wzrost bogactwa typowego mieszkańca o kilkanaście procent i zwiększony obrót gospodarczy. Ale to tylko iluzja.
    Faza 2: Rynek orientuje się, że państwo zaczyna jechać na obietnicach bez pokrycia w gotówce. Ceny towarów rosną i zaczynają, dostosowując się wzrostu płac. Inflacja zaczyna rosnąć wobec wzrostu deficytu budżetowego, czyli teoretycznego zadłużenia państwa dotychczas pokrywającego wszystkie straty. Innymi słowy: kończą się pieniążki.
    Faza 3: Inflacja zaczyna rosnąć ponad racjonalną kontrolę. Państwo wprowadza sterowanie cenami, które tworzy czarny rynek i zmniejsza przychody państwa. Wchodzimy w hiperinflację. Państwo biednieje nie tylko przez inflację, ale także przez wyłączenie dochodu, który teraz zaczyna być ukryty. Nazywa się to efektem Oliviera-Tanziego i stanowi rodzaj wiru wodnego, bo państwo nawet jeśli próbuje nie jest w stanie odbudować swojej rezerwy finansowej.
    Faza 4: Pojawia się nowy rząd (xD). Nowy rząd uwala reformy, uwalnia ceny i wprowadza poważną dewaluację pieniądza, tak jak w Polsce na początku lat ’90 (acz my nie przeszliśmy przez efekt Oliviera-Tanziego, polska hiperinflacja wynikała z innych względów, o których długo by pisać. Czego by nie mówić o PRL to nie wjebał nas w taką patologię jak Allende). Po, uwaga, PEWNYM CZASIE, sytuacja się stabilizuje i wszystko wraca do normy. Jednakże zniszczenia zostały dokonane, państwo objęte populizmem jest biedniejsze niż przed całą jazdą bez trzymanki.

    I dokładnie to, drodzy Czytelnicy, zrobiono w Chile.

    Reformy socjalistyczne – i nazywajmy to kurwa po imieniu, socjalistyczne i marksistowskie w swoim znaczeniu – po raz kolejny zakładały, że odebranie bogatym, najlepiej z pouczającym pomachaniem paluszkiem, że to nieładnie być bogatym, stworzyły krótkotrwały efekt dobrobytu na samym początku władzy Salvadora Allende. Częściowo zaś źródłem tego dobrobytu były wcześniej zaczęte reformy chadeków Montalvy. Te zostały jednak zamienione z reform ograniczonych na socjalistyczną politykę wywłaszczeniową. Po raz kolejny wyszło, że sterowanie cenami ma swoje skutki. Gospodarka Chile w 1973 roku rąbnęła jak z przepaści. W 1970 roku rzeczywiste bogactwo robotnika Chile wzrosło o ok. 20%. W grudniu 1973 typowy chilijski robotnik zarabiał już ekwiwalent ok. 30% swojej siły nabywczej z 1969 roku. Innymi słowy: zbiedniał jakby trzykrotnie.

    Tym właśnie, drodzy Czytelnicy, jest reforma Allende. Tfu: socjalisty Allende. Socjalisty i agenta zasranego ZSRR.

    Warto wspomnieć, że już w 1972 roku Allende jak próbował (poza drukowaniem hajsu) ratować sytuację? No a jak: dzwoniąc do Moskwy i prosząc o dostawy podstawowych dóbr w ramach socjalistycznej, bratniej pomocy. Owa pomoc zaczęła szybko przypominać pomoc humanitarną. I tak niewydajna gospodarka ZSRR próbowała wywiązać się z zobowiązania wysyłając między innymi spore statki rybackie, ponad 3 tysiące traktorów, 74 tysiące ton pszenicy oraz ponad milion puszek mleka kondensowanego. Była to kropla w morzu potrzeb, a oczywiście centralistyczna gospodarka chilijskiej drogi do socjalizmu nieskutecznie zarządzała tymi dostawami.

    Przewrót Pinocheta we wrześniu 1973 nie był pierwszy. Pierwszej próby podjęto w ramach „przewrotu czołgistów” (tzw. tanquezano), który jednakże jeszcze udało się stłumić. Zrozumcie jednak jedną rzecz: Pinochet w 1973 roku obalał w pierwszej kolejności nie Prezydenta Chile, tylko socjalistę i debila, który w 3 lata zdołał narobić więcej szkód niż chyba wszystkie wojny w historii tego kraju. Kryzys z 1973 roku jest w STU PROCENTACH winą socjalistycznej polityki Allende i Vuskovicia.

    W tym miejscu warto wskazać, że upadku nie da się powstrzymać z dnia na dzień. Cymbały historyczne mają tendencję do mówienia, że najgorzej było w grudniu 1973, a Pinochet rządził od września 1973. W efekcie to… Pinochet jest skutkiem tąpnięcia gospodarki :D

    Jest to tak wielka bzdura, że aż nie wiem jak się do niej odnieść. Bo jednymi z pierwszych reform podjętych przez juntę Pinocheta (kiedy zresztą Pinochet nie był jej głównym liderem) była próba odwrócenia całej tej kabały. Dziwnym trafem po uwaleniu większości reform albo obietnicy ich uwalenia, już w pierwszym kwartale 1974 wszelkie wskaźniki chilijskiego dobrobytu rosną.

    A więc powtórzę jeszcze raz, gdyby nie było mnie słychać: gospodarki Chile w 1973 roku nie rozkurwił Pinochet. Rozkurwił ją Allende i socjalizm. W dowolnej kolejności. Ludzie twierdzący inaczej mogą też wymyślić sobie jakąś nową, głupią religię, albowiem wierzą w bajki, a nie dysponują podstawową umiejętnością interpretacji faktów :)

    Mimo wszystko Pinochetowi można przypisać jak najbardziej kryzys z 1982. Kryzys ten był poważny, choć ani trochę tak gospodarczo morderczy jak rządy czerwonego Allende. Kryzys ten był ciekawy w swojej genezie. Lecz nim zajmiemy się w drugim wpisie, bo ten i tak jest już rekordowo długi.

    Cdn...

    /MK

    PS: To musi być dopisane, choć to taki trochę komentarz polityczny. Elementy polityki Allende, zwłaszcza wymuszanie wzrostu minimalnej i (na ten moment) zapowiedzi zamrożenia cen w jakiejś formie cechują od kilku lat rządy PiS, choć reformy są mniej radykalne i ograniczone unijnymi wymogami gospodarczymi wspólnego rynku. Warto o tym pamiętać i mieć to na uwadze, zwłaszcza pod względem skutków takiej polityki.

    #kapitalizm #komunizm #chile #historia #ekonomia

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    Zakładam nowy tag - można obserwować #historiaiwojskowosc
    pokaż całość

    źródło: 79479760_2857127534311981_6785868557528858624_o.png

  •  

    Do znajomego, który prowadzi wulkanizację przyjechał #taxi na zmianę opon xD coś mu biło w kierownicy chyba xD
    Chociaż z drugiej strony jeszcze sezon by przelatał xD

    #taxi #opony #motoryzacja

    źródło: comment_bqoexNZvoh5QuopIw8q3zUgETqa2Gq2J.jpg

  •  

    Czy mirki powiedzą mi coś ciekawego na temat zatyczek 3m combat arms 4.1?
    Warto czy szukać czegoś innego (czego w takim wypadku)?
    Strzelnica zamknięta, nie kontener, nie otwarta #pdk
    #strzelectwo #strzelectwosportowe

  •  

    Cholerne LQBTQWERTY wszędzie ma swoje macki
    #bekazprawakow #4konserwy #neuropa #religia i co najciekawsze #praga

    źródło: 1566211609413.jpg

  •  

    Halo kto mnie ze squadu usunął? Proszę to naprawić #warthunder

  •  

    Człowiek asysta
    #eft #escapefromtarkov

    źródło: 2019-06-27_22h57_27.png

    +: S...i, JanuszBinarny
  •  

    Opłacało się wydać golda na przygodę ( ͡º ͜ʖ͡º)

    #hearthstone

    źródło: 1560393030882.jpg

  •  

    Zgodnie z prośbą autora jest to ostatni post jaki wrzucam na wykop, aż do odwołania.
    Jeżeli ktoś chce być na bieżąco zapraszam --> II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Wiecie co.

    Niewątpliwym plusem ostatniego wzrostu na stronie jest oczywiście sam wzrost: więcej reakcji, komentarzy, udostępnień. Cieszy mnie to bardzo.

    Ale zwykła statystyka jest nieubłagana i widzę, że im więcej ludzi na stronie, tym więcej, pardon moi, debili. Jest to zrozumiałe.

    I jak tak czytam komentarze ludzi w wieku ponad 50 lat, albo tych z patriotycznymi nakładkami na profilowe, względnie jakichś nawiedzonych komuchów (tych jest na szczęście bardzo mało), to jestem zdania, że dyskusja historyczne w Polsce jest po prostu upośledzona. W tym miejscu tęsknię do zamkniętych for, gdzie troglodyci, mający problem ze złożeniem poprawnego gramatycznie zdania byli po prostu na wejściu blokowani na okres 500 lat (sam osobiście takie bany nakładałem), bo liczyła się jakość dyskusji: argumenty, źródła, refleksje, a nie sofizmaty, wyzwiska i badanie pochodzenia etnicznego adwersarzy. Szczęśliwie były to czasy bez tych dzieci z wykopów, akapów i innego badziewia, wsadzających w każdą wypowiedź ''XDDDD''.

    Bardzo dobrym przykładem był post o włoskich czołgistach, albo o Kozakach z Wehrmachtu, gdzie w komentarzach po prostu wylało szambo sfrustrowanych ludzi, którzy uważają, że w II WŚ był podział na ''dobro-zło'' i że złem tym oczywiście była III Rzesza i wszyscy ją wspierający.

    Naszła mnie refleksja, że u nas panuje nie tylko bardzo emocjonalne pojmowanie historii (wręcz bardzo osobiste), ale też uważa się powszechnie, że każdy może zabrać głos na dany temat, chociaż nie ma o nim bladego pojęcia. Odnoszę wrażenie, że dla niektórych jakiekolwiek pozytywne napisanie już nawet nie o samych Niemcach, ale o ich sojusznikach, jest traktowane jako relatywizacja zła III Rzeszy, negowanie Holocaustu i obrażanie ofiar Niemców, nie wspominając o osobistej urazie. Jakby wojna nie skończyła się 75 lat temu, tylko 5 lat temu.

    Dla mnie personalnie jest to obrzydliwe, że można przymykać oczy, a nawet pochwalać zbrodnie wojenne na cywilach - w tym kobietach i dzieciach - tylko dlatego, że ich jacyś rodacy gdzieś kiedyś dopuścili się zbrodni wojennej.

    Czy przypadkiem stosowanie odpowiedzialności zbiorowej i rozciąganie jej na rodziny i znajomych nie było hitlerowską praktyką? Czy to przypadkiem nie Niemcy rozstrzeliwali całe wsie za to, że niemiecki żołnierz został w pobliżu tychże wsi zabity?

    Gdzie w tym jest kręgosłup moralny i jakaś ludzka przyzwoitość, nakazująca potępić zło, niezależnie od tego, kto się go dopuścił?

    Już nie wspominam o tym, że podział na ''dobro-zło'' w kontekście II WŚ jest ułomny, bo po stronie tych rzekomo ''dobrych'' mamy takie kraje, jak Jugosławia i jej tysiące pomordowanych (Tito i czetnicy - zamurowywanie żywcem, topienie, głodzenie na śmierć, rozstrzeliwania, zakopywanie żywcem), Chiny i ich miliony pomordowanych (3 miliony wskutek samego poboru, milion utopionych po wysadzeniu tam na Rzece Żółtej), Wlk. Brytania i jej miliony ofiar w Indiach, Francja i jej rozmaite zbrodnie (począwszy od marocchinate, poprzez okupację Niemiec, kończąc na masakrach algierskiej ludności), nie wspominając o ZSRR, który w ludobójstwie przewyższał całą Oś razem wziętą. Nie oczekuję jednak, że takie ''niuanse'' zrozumieją ludzie, którzy o II WŚ co najwyżej czytali w podręcznikach szkolnych (a i to nie jest pewne), a którzy bardzo chętnie wyzywają mnie od ''nazistów'', albo mówią, że jestem niedouczony.

    Może ktoś mi powie - czy Finlandia, napadnięta podczas II WŚ dwa razy przez ZSRR, walcząca o swoje ziemie, broniąca swojego domu - była w czymkolwiek gorsza od Polski, że należy określać ją mianem ''złej''? A napadnięte przez Sowietów Węgry, ograbiona z ziem Rumunia, okupowane Litwa, Łotwa, Estonia? A co ze zniewolonymi przez Sowietów od 1919 ludami Rosji: Kozakami, Tatarami, Turkmenami, Ormianami, Gruzinami, Białorusinami i plejadą innych narodów, doświadczających wyłącznie niewoli, mordów, tortur, głodu od strony tych rzekomo ''dobrych''? Nawet ci straszliwi Włosi w II WŚ byli odpowiedzialni za raczej niewielkie liczebnie ofiary, a kreuje się ich na jakichś drugich nazistów z Auschwitz (nie zmienia to faktu, że zbrodnie należy potępić - tak włoskie, jak niemieckie, francuskie, brytyjskie, amerykańskie, polskie i inne).

    Każdy naród w II WŚ miał coś za uszami, od prawa do lewa. Mam haki na dosłownie każdy naród biorący aktywnie udział w działaniach wojennych i wiem, że nie było ''czystych'' na tej wojnie.

    Czy narodów nie powinno się rozpatrywać indywidualnie, a nie oceniać ich przez pryzmat tego, z kim byli w sojuszu? Bo równie dobrze Polakom można zarzucać, że byli w sojuszu z XX-wiecznymi barbarzyńcami, łobuzami spod czerwonej szmaty, niemającymi nic wspólnego z cywilizacją ludzką.

    Bo ja już serio nie wiem, czy to w tym kraju jest taki problem z dziadami z PRL i patriopatusami, czy może ja robię coś źle.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 61712955_2532487373462698_8857353605334695936_o.jpg

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika Mleko_O

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.