•  

    #historia #poezja #ciekawostkihistoryczne #warszawa #powstaniewarszawskie #gruparatowaniapoziomu

    [ Powstanie warszawskie subiektywnie ]

    Tl;dr: Chwała poległym, sąd historii dowódcom, pamięć tym, którzy widzieli bezsens, a mimo to walczyli.

    Znakomity historyk średniowiecza, jeden z największych przedstawicieli szkoły Annales, Marc Bloch, stwierdził w Dziwnej klęsce, że Istnieją dwa rodzaje Francuzów, którzy nigdy nie zrozumieją dziejów Francji: ci, których nie porusza wspomnienie koronacji w Reims; ci, którzy obojętnie czytają opis święta Federacji (przyp. mój: święto Federacji czciło pierwszą rocznicę zburzenia Bastylii, stanowiącego początek rewolucji francuskiej). Marc Bloch podczas Drugiej Wojny Światowej uczestniczył w Résistance. Pojmany w łapance Lyonie, torturowany, następnie rozstrzelany 16 czerwca 1944 roku. Śmierć z rąk niemieckich okupantów, którą, wedle naocznego świadka powitał z otwartymi ramionami, splata go z wydarzeniem kluczowym dla zrozumienia dziejów Polski. Mowa o powstaniu warszawskim, którego 76. rocznicę wybuchu czcimy dziś.

    Spory o powstanie wybuchają rokrocznie. Obecnie, odkąd stopniowo ustępuje ono miejsca w zbiorowej pamięci i polityce historycznej żołnierzom wyklętym, są zapewne mniej intensywne, niż jeszcze niedawno. Wciąż jednak rzeczona pamięć o nim — a przede wszystkim sprzeczne opinie co do jego celowości — stanowi jedną z podstawowych aren rozważań o naszych dziejach. Staję w tym sporze po stronie, umownie pisząc, realistów. Rozkaz jego rozpętania uznaję za błąd. Nie rozwodząc się zbyt długo, bowiem te same argumenty padają w tym temacie od lat i nie to ma być osią poniższego wpisu, postaram się pokrótce uzasadnić swe stanowisko.

    Powstanie, mówiąc słowami wydającego rozkaz o jego wybuchu „Bora” Komorowskiego, było wymierzone militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Sowietom. Historyk Paweł Jasienica złośliwie dodawał, że demonstracyjnie przeciwko Anglosasom, a faktycznie przeciwko Polsce. Racjami natury politycznej trudno uzasadnić decyzję o wywołaniu powstania — już w wyniku postanowień konferencji wielkiej trójki w Teheranie w listopadzie 1943 Polska miała trafić do sowieckiej strefy wpływów. Jan Nowak-Jeziorański w rozmowie z szefem sztabu Komendy Głównej AK, generałem Tadeuszem Pełczyńskim, stwierdził dobitnie:

    Nie orientuję się w całości sytuacji, nie znam waszych przesłanek wojskowych, ale jeżeli sobie wyobrażacie, że Powstanie wywoła jakieś wielkie echa na Zachodzie, to muszę panu powiedzieć, że będzie to burza w szklance wody.
    Pod kątem militarnym również trudno mówić o celowości. Kazimierz Sosnkowski, podówczas Naczelny Wódz na uchodźstwie, zastrzegał, że akcja insurekcyjna sens miałaby tylko w momencie, w którym siły Sowietów wkraczałyby do Warszawy. W przededniu wybuchu powstania pod Radzyminem doszło do starcia sił niemieckich z nacierającą sowiecką Trzecią Armią Pancerną. Wynik pozostawał nierozstrzygnięty. I ze względu na ów stan zawieszenia szef AKowskiego wywiadu, pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki, zalecał wstrzemięźliwość — ewentualną akcję zbrojną zainicjować powinno się w ostatnim możliwym momencie, by uniknąć rzezi. Podobnie do ewentualnego rozpętania powstania w stolicy podchodził podówczas II zastępca Szefa Sztabu Komendy Głównej AK, pułkownik Janusz „Sęk” Bokszczanin, podkreślający naiwność myślenia, iż Sowieci sami z siebie udzielą pomocy walczącej Warszawie.

    Słowem — w najlepszym razie półprawdą jest często pojawiający się zarzut wobec krytyków decyzji o rozpętaniu powstania, iż przejawiają oni prezentyzm, że oceniają z wygodnego fotela decyzję, znając jej reperkusje: jej wady poszczególni wysoko postawieni oficerowie dostrzegali jeszcze przed 1 sierpnia 1944. Podobnie za mało prawdopodobną należy uznać hipotezę, iż „powstanie i tak by wybuchło” — 27 lipca 1944, jako kontra do zarządzenia gubernatora dystryktu warszawskiego Ludwiga Fischera o wezwaniu 100 000 mężczyzn i kobiet w wieku 17-65 do stawienia się celem budowy umocnień nad Wisłą, dowódca okręgu Warszawa AK, generał Antoni „Monter” Chruściel wydał rozkaz mobilizacji oddziałów AK. Mobilizacja została odwołana dzień później. Pozbawiła jednak elementu zaskoczenia w dniu 1 sierpnia. Jak wspominał żołnierz Kedywu Stanisław Likiernik:

    Powstanie było zrobione na rozkaz. My byliśmy wojskiem, więc rozkaz się wykonuje (mimo ewentualnych opinii o rozkazodawcy).
    Skoro wydany trzy dni przed właściwym wybuchem powstania rozkaz cofnięcia mobilizacji został wykonany, trudno uwierzyć, iż ulica samowolnie wywołałaby insurekcję.

    Zgoła inaczej do wybuchu powstania podchodzili generał Leopold „Niedźwiadek” Okulicki, mianowany przez „Bora” następcą w sytuacji, w której on sam nie mógłby dowodzić, czy wspomniany wyżej „Monter”. Pierwszy z nich argumentował w sposób następujący:

    Musimy stoczyć wielką bitwę w Warszawie i to niezależnie od ceny. Niech się walą mury, niech płynie krew. Tylko nasza walka, nasza śmierć, nasza ofiara może zmienić stanowisko wielkich mocarstw.
    Że była to nieuzasadniona naiwność, niech poświadczą przywołane wyżej słowa Jana Nowaka-Jeziorańskiego o burzy w szklance wody. „Monter” zaś na naradzie sztabu w przeddzień wybuchu powstania podał fałszywą informację o pojawieniu się czołgów sowieckich na przedpolu Pragi. Wspomniany wyżej szef AKowskiego wywiadu pułkownik Iranek-Osmecki przybył na rzeczoną naradę już po podjęciu decyzji o rozpętaniu powstania — ponowił swój sprzeciw, było już jednak zbyt późno. Rekapitulując zatem — decydenci odpowiedzialni za wywołanie powstania mieli w swych rękach dość argumentów, by podjąć inną decyzję, byli w ich otoczeniu ludzie, którzy przewidzieli hekatombę stolicy. Po prostu się ich nie posłuchano.

    Tyle rozważań polityczno-militarnych. Dyskusja o powstaniu — a szerzej pisząc, o celowości walki polskiego Podziemia w ogóle — nie powinna pozostawiać na uboczu szeregowych bohaterów. Jakkolwiek wobec weteranów walk tak powstańczych, jak i szeroko pojętej konspiracji, nie mówi się dziś — i słusznie — inaczej, niż z szacunkiem, dostrzegam przynajmniej jedną grupę, której głos został zmarginalizowany. Mowa o ludziach, którzy dostrzegali bezsens powstania, a mimo to w nim walczyli. Poetka Anna Świrszczyńska służyła podczas insurekcji jako sanitariuszka. Po wojnie nie szczędziła słów krytyki względem decyzji o rozpętaniu powstania. Niech przemówi jej wiersz:

    Żołnierz mówi do generała

    Chodź ze mną, generale.
    Pójdziemy razem
    zdobywać pięściami
    karabiny maszynowe i armaty.
    Kazałeś mi przecież zdobywać pięściami
    karabiny maszynowe i armaty.

    Rzeczonym generałem był „Monter”. 27 lipca 1944 roku na naradzie okręgu Warszawa, gdy dowódcy poszczególnych Obwodów zwrócili mu uwagę, iż wyznaczone przezeń cele są niemożliwe do zrealizowania ze względu na niedostatki uzbrojenia, Antoni Chruściel rozkazał, by nieuzbrojonym żołnierzom AK zostały wydane siekiery, kilofy i łomy. I z siekierami, kilofami i łomami mieli wyruszać na uzbrojonych po zęby Niemców. Świrszczyńska dostrzegała bezsens takiej ofiary. Nie był to jedyny wiersz poetki o powstaniu, napisała też Niech liczą trupy czy Major powiedział. Każdy z utworów w podobnym duchu, co przywołany powyżej. A mimo to, w powstaniu udział wzięła.

    Inaczej, niż Świrszczyńska, sens walki powstańczej widział dowódca znanej z powstańczej piosenki obrony Pałacyku Michla, porucznik Janusz „Gryf” Brochwicz-Lewiński. Bronił on decyzji o rozpętaniu powstania do końca długiego, bo zakończonego w 2017 roku, życia. Głosu nie mieli jednak jego podkomendni. Tak opisywał on starcia na cmentarzu ewangelicko-augsburskim na Woli w wywiadzie udzielonym dla Rzeczpospolitej:

    Pan bił się tam dwa dni później.

    Tak, moim zadaniem było oczyszczenie cmentarza z elementów SS. Musiałem poderwać oddział szturmowy do ataku, ale część ludzi niezbyt chętnie wychodziła zza grobów, nie paliła się, żeby iść do przodu. Warunki walki były tam niezwykle trudne. Na cmentarzu były groby, krypty, kapliczki. Wszystko bardzo solidne. Do tego kupa zieleni, liście. Dirlewangerowcy mieli na sobie kamuflażowe mundury. Nakryli się badylami i liśćmi, co bardzo utrudniało ich zauważenie. Strzelali nie tylko bezpośrednio do nas, ale również do płyt nagrobnych. W ten sposób na wszystkie strony w powietrze wystrzeliwał grad kamiennych odprysków, które były równie niebezpieczne jak kule. Leżeli bez ruchu, cierpliwi, znakomicie wyszkoleni. Wcześniej spędzili trzy lata na froncie wschodnim. Byli nie tylko znakomitymi strzelcami, byli także twardymi żołnierzami, potrafili do końca zachować zimną krew. Podchodzili do żołnierskiej roboty profesjonalnie. A ja miałem 18-letnich chłopców. Bardzo bohaterskich, odważnych, ale bez takiego doświadczenia jak nieprzyjaciel. Ja, z moją służbą w 1939 roku i dwoma latami w partyzantce, należałem do nielicznych żołnierzy z jakimkolwiek doświadczeniem. Ostatnie trzy miesiące przed powstaniem szkoliłem tych młodych chłopaków. Ale to było za mało. Resztę musieli zdobyć już w trakcie powstania...
    I „zdobyli".


    Tak, straty „Parasola" w trakcie 63 dni Powstania Warszawskiego to 85 procent... Ci chłopcy bardzo dzielnie umierali...
    Janusz Brochwicz-Lewiński honorowany był do końca życia. Galeria jego orderów — cokolwiek imponująca. Brak chyba tylko Orderu Orła Białego, Kawalerem Orderu Odrodzenia Polski — najwyższej klasy — już jednak był. Prezydent Lech Kaczyński awansował go w 2008 r. do stopnia generała brygady. Pośmiertnie doczekał się stopnia generała dywizji.

    Na tak wielkie honory nie mógł liczyć profesor Jan Ciechanowski, historyk związany z University College London, autor krytycznych wobec powstania prac naukowych. Jedną z nich wydano pod auspicjami Cambridge University Press. A oprócz tego, jako czternastoletni chłopak, żołnierz zgrupowania „Siekiera”. Tak wspominał on natarcie na Dom Akademiczek w pierwszym dniu insurekcji. Wyruszał do niego z jednym granatem:

    Punktualnie o 17.00 ruszyliśmy do natarcia, ale jak tylko znaleźliśmy się pod skarpą Ogrodu Frascati i Ogrodu Sejmowego, dostaliśmy się pod silny ogień niemieckich ciężkich karabinów maszynowych z trzech stron. Pod tym morderczym, krzyżowym ogniem nasze natarcie załamało się, a Niemcy zaczęli przechodzić do przeciwuderzenia, zorientowawszy się, że jesteśmy uzbrojeni głównie w broń krótką i granaty. W natarciu straciliśmy dziesięciu ludzi, w tym dowódcę. Dalszy napór Niemców powstrzymały wybuchy granatów, celnie rzucanych przez naszych chłopców. Niemcy zatrzymali się i zaczęli dobijać rannych, co pozwoliło nam oderwać się od nich i wycofać. Natarcie to nigdy nie miało choćby najmniejszej szansy powodzenia, jego wynik był z góry przesądzony. Wypadki i doświadczenia, jakich doznałem podczas pierwszego dnia powstania, głęboko zapadły w mym umyśle i sercu.
    Jan Ciechanowski nie pojmował sensu walki, która, cóż, walką nawet nie była — była wyłącznie rzezią. Państwo polskie nieomal o nim zapomniało. Pamiętało jednak o Januszu Brochwiczu-Lewińskim, który słał na śmierć swych podkomendnych. Jego hołubiono. Podobni Ciechanowskiemu nie mogli już liczyć na podobną dozę uwagi.

    Stefan Kisielewski. Znany przede wszystkim jako znakomity felietonista, mniej rozpoznawalny — nad czym bardzo ubolewał — jako kompozytor. Epizod powstańczy dość krótki: 3 sierpnia został postrzelony, następnie wywieziony w transporcie rannych do Pruszkowa, z którego zbiegł, a do Warszawy podczas powstania już nie wrócił. W 1957 w Londynie spotkał się z generałem Tadeuszem Pełczyńskim, jak sam mówił, faktycznym dowódcą insurekcji. Rozmowa przebiegła w szorstkiej atmosferze. Generał w oczach „Kisiela” chciał nie tyle dyskutować, co raczej przesłuchiwać. W pewnym momencie Stefan Kisielewski nie wytrzymuje i pyta:

    Panie generale, teraz ja chcę panu zadać pytanie. Pełczyński: Proszę bardzo. Więc ja mówię: Fortepian. Smoking. Biblioteka po ojcu. Pełczyński: Co? Mówię: Przepadły mi w powstaniu warszawskim 1944 roku i chcę wiedzieć dlaczego.
    Teraz osobista dygresja. Miałem pośród krewnych AKowca, Antoniego „Papugę” Kowalika, żołnierza pod dowództwem porucznika Jana „Kmicica” Płatka. Brat stryjeczny mojego pradziadka, skądinąd weterana wojny polsko-bolszewickiej, który służył w niej jako łącznik. I w plutonie egzekucyjnym. Pradziad ów wraz z rodziną — pośród niej mój dziadek — mieszkał w stolicy. W grudniu 1942 doszli oni do wniosku, że łatwiej będzie im o przeżycie na prowincji. W dniu wigilii Bożego Narodzenia dotarli do rodzinnych dla pradziada — i dla mnie — Puław. Gdyby nie ta decyzja, całkiem możliwe, że dziś bym tego tekstu nie pisał. Po potyczce pod Kolonią Zbędowice, gdzie żołnierze Podziemia wyszli zwycięsko w starciu z Wehrmachtem, Niemcy odpowiedzieli pacyfikacją rzeczonej wsi. Oprócz tego, „Papudze” wybili całą najbliższą rodzinę, mojemu pradziadowi z kolei Gestapo odbiło nerki na przesłuchaniu, bowiem... pomylili go z partyzantem. Nosił dokładnie to samo imię i nazwisko. A jak już wyjaśniono sprawę, to tłukli go dalej, bo a nuż coś o kuzynie wiedział. Cud, że go nie zatłukli na miejscu, względnie nie odesłali do obozu koncentracyjnego, ale to niewydolność nerek była przyczyną w dwa lata po wojnie, więc na swój sposób dopięli swego.

    Z „Papugą”, jako mała dziewczynka, miała okazję porozmawiać moja matka. Przychodził często do jej ciotki — ona oczywiście rozmawiała z nim znacznie częściej — musiał bowiem regularnie przyjmować zastrzyki, a ciotka, jak pracownica naukowa Państwowego Instytutu Weterynarii w Puławach, cóż, radziła sobie pod tym względem też z ludźmi. Ten szeregowy przecież żołnierz zrozumiał krwawą lekcję, jakiej udzieliła nam hekatomba Drugiej Wojny Światowej: przyznał pod koniec życia, że rzucanie się z niczym na uzbrojonych po zęby Niemców, którzy potem wyrzynali w odpowiedzi całe wsie, nie miało sensu. Że sytuacja, w której za jednego zabitego wroga ginie stu naszych to szaleństwo. Że twarze pozabijanych członków rodziny śnią mu się cały czas. I że wolałby już sam zginąć, niż żyć po wymordowaniu najbliższych.

    Podobnych wniosków nie wyciągnęli dowódcy Podziemia. „Bór” Komorowski bronił decyzji o rozpętaniu powstania do końca życia. Tadeusz Pełczyński na pytanie „Kisiela” o fortepian czy smoking — a cóż znaczyły one na tle dwustu tysięcy ofiar! — odparł nerwowo kompozytorowi Pan jesteś demagog. Optyka dowódców jest oczywiście inna, niż szeregowych żołnierzy czy cywilów. Z definicji muszą liczyć się z faktem, iż w wyniku ich decyzji ludzie ginąc będą tysiącami. Ale ważnym jest, by nie ginęli po nic, w imię ułud i myślenia życzeniowego. A tak z ofiarami powstania, co straszne, było. W mych oczach bardziej od Janusza Brochwicza-Lewińskiego, obrońcy decyzji o wywołaniu powstania do końca swych dni, na wspomnienie zasługują jego anonimowi podkomendni, których posłał na rzeź. Zwłaszcza, że po kres swych dni bronił decyzji, która do tego doprowadziła. Dlatego uważam, że dziś pamiętać powinniśmy głównie o nich. Apologeci decyzji o wywołaniu powstania zmonopolizowali pamięć po nim. Głos bohaterów, którzy widzieli przed wybuchem insurekcji — bądź dostrzegli później — bezsens ofiary dla samej ofiary, a mimo to do walki stanęli, pozostaje zagłuszany. A nie byli oni mniej odważni.

    Byli rozważniejsi.

    Poetka Anna Świrszczyńska podczas powstania
    pokaż całość

    źródło: i.pinimg.com

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika Nachtwache_u_Czubkuf

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (4)