Przemyślenia filozoficzne domorosłych myślicieli, którzy zawsze dają z siebie jakieś 30%.

  •  

    Boże spraw, by mje się tak chciało, jak mje się nie chce!

    Zdarza nam się czasem w ten sposób wzywać do pomocy siły wszechświata, gdy nie mamy motywacji do wykonania danego zadania i zamiast uczyć się do egzaminu lub napisać ten nudny raport do pracy, prokrastynujemy, zmywając parapety w piwnicy, no bo nie może być tak w domu, że parapety w piwnicy są brudne. Myślimy wtedy “Kurczę, tyle mógłbym osiągnąć gdyby nie to moje lenistwo...”. A co jeśli to wcale nie lenistwo jest problemem, a emocje?

    Prokrastynacja jest zasadniczo irracjonalna - odkładamy na później coś, co i tak musimy zrobić, a dodatkowo doliczamy odsetki w postaci stresu i poczucia winy. Wyjaśnieniem są właśnie emocje, które również są przejawem irracjonalności. Boimy się, że nie podołamy zadaniu, że będzie nudne, że będzie trudne, że odczujemy przez nie strach lub frustrację, więc nasz mózg mówi “O nie, tych emocji nie lubimy, one się wiążą z czymś złym, idziemy myć parapety i przeglądać fejsa”. No ale co ze świadomością, że musimy to zadanie i tak kiedyś wykonać? Otóóóż… nie do końca.

    Mózg bowiem postrzega przyszłych nas bardziej jako obcych niż postarzoną wersję siebie, więc wydaje mu się, iż zrzuca to zadanie na kogoś innego (gdyby nie fakt, że tym kimś innym jesteśmy my, byłoby to całkiem cwane). Ewolucja nauczyła nas wyżej cenić pewne nagrody natychmiastowe niż potencjalne zyski w przyszłości, dlatego przedkładamy chwilową ulgę, jaką niesie złagodzenie stresu, ponad satysfakcję z wykonania zadania. To powoduje więcej problemów, utrudnia zadanie, przywołuje coraz więcej negatywnych uczuć i w efekcie kółko prokrastynacji się zamyka i kręci w najlepsze. No dobra, to jak zatrzymać tę karuzelę odwlekania?

    Zacznijmy od wybaczania sobie lenia. Mamy zadanie, czujemy złe emocje, gdy do niego podchodzimy, nie chce nam się go robić, idziemy liczyć szklanki w kuchni - trudno. Wybaczmy to sobie, okażmy sobie współczucie jak przyjacielowi w potrzebie i skupmy się na wykonaniu tego zadania w innym terminie. Po drugie - duże misje wykonujmy małymi kroczkami. Jeśli masz do napisania dużą pracę zaliczeniową lub nudny raport i czujesz, że nie dasz rady, zadaj sobie pytanie - jaka jest najmniejsza rzecz, jaką mogę zrobić? Czy mogę napisać jeden rozdział? Nie. Czy mogę napisać jeden akapit? Nie. Czy mogę otworzyć worda? Tak. Czy mogę napisać jedno zdanie? Tak. Skupiasz się na jednej, malutkiej akcji, wykonujesz ją, odbierasz za nią nagrodę i czujesz, jak dostajesz energii, by wykonać kolejny mały kroczek. Ziarnko do ziarnka i pisze się licencjat (czy jakoś tak).

    I przede wszystkim - myślmy o emocjach. Dostrzegajmy je, gdy się pojawią. Nazywajmy je. Dociekajmy, skąd się wzięły, co je wywołało i jak się z nimi czujemy. Bo czasem to nie zarządzanie czasem jest problemem, a zarządzanie nastrojami i emocjami we właściwym czasie.

    [Konrad Prokrastynator]

    _______________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #gruparatowaniapoziomu #prokrastynacja
    pokaż całość

    źródło: Leniwiec 2.jpg

  •  

    Jadąc wczoraj trochę przepełnionym pociągiem miałem okazję porozmawiać z pewną grupą osób. Osób w większości starszych, zaznaczam. Z osób młodszych byłem jedynie ja i dwie młode dziewczyny. Jako że w pociągu zazwyczaj śpię lub czytam książki, to będąc wyspanym sięgnąłem popatrzeć na te śmieszne znaczki na białym tle (co w sumie jest dobrym określeniem na książkę do programowania).

    Starsi państwo, czyli dwie panie i jeden pan, dość chętnie rozmawiali o tematach obecnych i trochę bardziej przeszłych. Z zaciekawieniem zapytali nas czego to się uczymy i czy do sesji. Po uzyskaniu odpowiedzi… zaczęło się. Po chwili ciszy zaczęła się dyskusja nad młodym pokoleniem: że nic nie umie, że roszczeniowe, że pracować im się nie chce, że kiedyś człowiek więcej umiał i takie tam. Z lekkim uśmiechem powiedziałem, że zależy od osoby. Zaczęła się wtedy historia młodego chłopaka, kolarza, który to mógł przejechać 100 km na rowerze, ale do pracy w hucie “rączek ni mioł”. Czego się tam nasłuchałem! Dolałem jedynie oliwy do ognia stwierdzeniem, że część moich kolegów realnie myśli nad wykształceniem się, zdobyciem doświadczenia (albo i nie) i wyjazdem. Wtedy można było wysłuchać ciekawych stwierdzeń, że powinni sami sobie opłacić studia (jakby nie były z podatków lub pieniędzy studentów m.in. kierunków zaocznych) i potem jak chcą, to jechać.

    Kosztowało mnie trochę trudu wytłumaczyć, że dzisiaj nie ma czegoś takiego jak mieszkania zakładowe (a przynajmniej nie spotkałem się z tym w Polsce), a które oni dostali po 8 lub 13 latach pracy (o czym powiedzieli), że za 2 300 netto na osobę w rodzinie kredytu hipotecznego się nie weźmie, a na mieszkanie nie odłoży, że o posiadaniu dzieci w tym czasie nie wspomnę. Młodzi nie są głupi i nie chcą iść do byle jakiej pracy (czytaj: nie dającej żadnych perspektyw zarobku na dom czy jakieś nie wegetatywne utrzymanie się). Starsze pokolenie wmawiało młodszemu, że studia i kształcenie są potrzebne, by mieć dobrą pracę, ale nie potrafią ponieść lub zrozumieć konsekwencji wpajania wysokich ambicji swoim dzieciom.

    A co do poziomu umiejętności młodych: kto ich tego NIE nauczył? Z wiedzą o śrubkach, gwintach czy trójfazówce się nie rodzimy. Problem w tym, że w tym całym niedowartościowaniu starszego pokolenia jest brak zrozumienia młodych i ich sytuacji, często wynikający z braku znajomości realiów. W PRL-u mieć pracę na kopalni na Śląsku w wieku 19 lat to nie był wyczyn, wierzcie mi. Nie dziwi mnie też, że potem młodzi nie próbują nawet zrozumieć czasów, w jakich dorastali i rozwijali się ich rodzice lub dziadkowie. Brak jest tutaj motoru do działania, którym mógłby być (i zazwyczaj w przeszłości był) zasłużony szacunek dla starszych.

    [Marek “The Future is now” Oldman]

    ________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #przemyslenia #zycie
    pokaż całość

    źródło: Young-Man-Old-Woman-Talking-on-Train-720x480.jpg

  •  

    Przymus wyborczy - za i przeciw

    Już w ten weekend wybory do Parlamentu Europejskiego, najmniej popularnej elekcji w kraju nad Wisłą. Polska brała do tej pory udział w trzech głosowaniach i w żadnym frekwencja nie przekroczyła 25% (dla całej UE wynosiła w tym czasie około 42%-45%). Zawsze przy okazji wyborów, także tych krajowych, pojawia się pytanie: jak zachęcić ludzi do głosowania? Jedną z propozycji jest przymus wyborczy - zbadajmy pokrótce temat.

    Nie byłby to pomysł nowy, gdyż przepis o obowiązku głosowania istnieje w kilkunastu krajach - teoretycznie w około 20, ale w połowie z nich nie jest on sankcjonowany, zaś jednym jest Korea Północna, której może nie bierzmy pod uwagę; z państw bardziej rozwiniętych taki przepis posiadają Belgia, Australia czy Argentyna. Kary za niepójście na wybory są zazwyczaj niskie lub wręcz symboliczne, lecz recydywa może skutkować czasem pozbawieniem praw publicznych. Załóżmy zatem, że w Polsce również kara byłaby raczej symboliczna, coś jak mandat na kilku Mieszków.

    Jakie są argumenty za? No, frekwencja pewnie by skoczyła. W ostatnich wyborach federalnych w Belgii wynosiła ona blisko 90%, w Urugwaju ponad 90%, w Australii 80%, więc nasze słabiutkie 50% (a zazwyczaj mniej) wygląda cienko. Zmniejszyłoby się w ten sposób wpływ partii i kandydatów z mocnym, zmobilizowanym elektoratem, gdyż ich głosy rozpłynęłyby się w morzu “przypadkowych” głosujących, którzy przyszli głosować tylko z uwagi na obowiązek. Być może ludzie kierowani przymusem śledziliby kampanię z większą uwagą, co prowadziłoby do zwiększenia świadomości wyborców. Zwiększyłoby to też w jakimś stopniu legitymizację zwycięskich partii i kandydatów, gdyż mieliby za sobą poparcie większego odsetka społeczeństwa.

    Minusy. Możliwe, że ludzie oleją ten przymus, zapłacą niską karę i tak czy siak nie odwiedzą lokalu wyborczego, a jeśli już to zrobią, oddadzą głos nieważny lub losowy. Wtedy psychologiczny efekt czystej ekspozycji (bardziej lubimy to, co częściej widzimy) wesprze silne partie i znanych kandydatów, których stać będzie na ekspansywne kampanie wyborcze. Inną bardzo ważną kwestią jest to, że niepójście na wybory może być (i w zasadzie jest w naszych warunkach) formą protestu, a nie tylko lenistwa lub niezdecydowania - obywatele pokazują w ten sposób brak zainteresowania dostępnymi kandydatami i zmuszają ich w ten sposób do zmiany lub zachęcają nowych do dołączenia do gry. No i wreszcie - czy realizowanie swojego prawa do wzięcia udziału w wyborach nie powinno zależeć od woli zamiast od nakazu? Czy zmuszanie ich do wybierania spośród nielubianych opcji nie będzie działało na niekorzyść dla kultury politycznej i wyników elekcji?

    Jeśli chodzi o moją opinię, to jestem przeciwny przymusowi wyborczemu. Jeżeli ktoś nie idzie na wybory, może to świadczyć o kontestacji wobec polityków, może o niezdecydowaniu, może o odpowiedzialności (nie znam się, to się nie wypowiadam). Uważam, że powinni głosować tylko ci, którzy chcą głosować, ale nam jako społeczeństwo niechaj zależy na tym, aby jak najwięcej z nas chciało głosować. I na tym bym się skupił - kampanie edukacyjne, podniesienie jakości kształcenia z zakresu wosu i historii w szkole, zwiększenie świadomości politycznej Polaków i… zwiększenie wyboru na scenie politycznej. To wszystko podniesie frekwencję bez przymusów. Tylko trzeba chcieć.

    [Konrad Elektor]

    __________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #polityka
    pokaż całość

    źródło: wybry.jpg

  •  

    Pisałem kiedyś o dysonansie poznawczym i jego ogromnej roli w naszym codziennym (ale też mniej codziennym) życiu. Towarzyszył człowiekowi od zawsze i dlatego od zawsze człowiek - spostrzegłszy fakt niedorównywania światu w jakiejś dziedzinie – czuł się źle, nie lubił tego, że odstaje i z braku możliwości zmiany świata, zmieniał siebie. Sprawę zawsze stawialiśmy tak: coś jest nie tak ze mną lub ze światem; potrzebuję zmiany; świata sam nie zmienię, więc zmienię się sam. Dzięki temu zawsze mieliśmy w umyśle silnik do rozwoju spowodowany chęcią uniknięcia przykrości. Ale wtem…

    …wtem przyszły czasy postnowoczesne, w których dzikuskie emocje, resentyment i pseudoempatia zdetronizowały króla Rozsądka I Zdrowego i jego żonę, królową Logikę, oferując krwawą rabację na opresyjnej szlachcie myślących wszystkim, którzy doświadczali do tej pory przykrości. Jesteś gruby? Nie chce ci się ćwiczyć i pilnować diety? Wybierasz Rover zamiast roweru? Nie idzie ci w kontaktach damsko-męskich, bo trudno uganiać się za miłością, gdy zdychasz na schodach już po pierwszym piętrze? Są dwa rozwiązania.

    Pierwsze: możesz przyznać się, że zawaliłeś, wziąć się w garść i jak dorosły, odpowiedzialny, myślący człowiek postarać się własnym wysiłkiem zmienić swoje życie na lepsze. Drugie: możesz znaleźć innych zazdrosnych, urażonych leniuszków puci-puci grubasków, którzy również skrycie obwiniają siebie za doprowadzenie swojego ciała (ale i umysłu) do stanu zapuszczenia, ale otwarcie tego nie przyznają i podjąć próbę zredefiniowania pojęć takich jak „piękno”, „atrakcyjność”, „prawo do” poprzez szeroko zakrojone akcje nieracjonalnego i bezwstydnego manipulowania ludzkimi uczuciami w celu zmiany społecznego odbioru otyłości li tylko dlatego, aby każdy kolejny cheetos chrupiący w twych ustach nie miał smaku serowego poczucia winy.

    W tym akapicie jest zazwyczaj miejsce na podsumowanie, wnioski i moje zdanie, ale raczej nie muszę tu tego pisać, bo nasz fanbase zrzesza ludzi zdroworozsądkowych, którzy wiedzą, jak się odmienia „Być”.

    [Konrad Chodakowski]

    ________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    pokaż całość

    źródło: fatboy.jpg

    •  

      @Odmien_Byc: Ja do dzisiaj nie rozumiem czemu tak ciężko niektórym przyznać się do błędu. Może ja mam inaczej? Może sprawa wychowania? Może genetyka? Nie wiem.

      Dla mnie, przyznanie się do błędu, albo przyznanie komuś racji, bo użył odpowiedniej argumentacji to (i to może być głupie, ale tak mam) powód do małej dumy - bo w końcu umiesz się przyznać do błędu, a błąd to błąd - najczęściej coś złego.

      Oczywiście, że czasem się okłamuję. Oczywiście, że czasem jest mi niesamowicie głupio. No i oczywiście, że czasem unikam odpowiedzi - ale szukam ich i to zazwyczaj w wielu miejscach, żeby wykluczyć ew. błędy które i tak się zdarzają, szczególnie, że mam tragicznie słabą pamięć.

      I cholera - lubię dyskutować, ale ciężko czasem trafić na kogoś, kto ma odmienne zdanie, ale jednocześnie zamiast atakować zwyczajnie i po ludzku stara się przedstawić swój punkt widzenia, za przeciw, używa argumentów i jednocześnie dobrze bawi się podczas rozmowy. Bo jest takie coś w człowieku, że jak się nie zgadzasz - to spierdalaj xD
      pokaż całość

  •  

    Czasem mam wrażenie, że brakuje dzisiaj na ulicach takich dużych megafonów, przez które ktoś by głośno krzyknął raz dziennie:

    “OGARNIJ SIĘ!”

    W komentarzach poniżej tekstu To Tylko Teoria o otyłości (link w komentarzu) można dostrzec ciekawe zjawisko: po stwierdzeniu, że otyłość jest chorobą niosącą dość poważne zagrożenia dla zdrowia i nie powinna być promowana jako coś pozytywnego pojawiło się mnóstwo komentarzy pełnych oburzenia. Po ich przeczytaniu w głowie pojawiło mi się tylko logo naszej stronki.

    Niestety, ale żyjemy w czasach radykalnej akceptacji swoich wad. Co to jest owa radykalna akceptacja? Jest jedną z form psychoterapii dla osób mających silnie niskie poczucie własnej wartości - dopiero po uświadomieniu (lub w czasie uświadamiania) sobie swojej wartości takie osoby biorą się za inne problemy. Akceptacja siebie nie polega na “Jestem super! Jestem fajny! Nic nie muszę robić!”, tylko na uznaniu wszystkich swoich cech za część siebie, niewypieraniu ich i prawidłowej ocenie. Ułatwia to pracę nad sobą, tak niepopularną (albo źle rozumianą) w dzisiejszych czasach.

    Emocje i wrażliwość wzięły górę. Bolesny dla niektórych komentarz do życia, który brzmi “Ogarnij się!”, jest zakrzykiwany, a wzięcie odpowiedzialności za swoje działania coraz bardziej wypierane. W miejsce odpowiedzialności pojawiły się “geny”, “grubokościstość” i takie tam. Oczywiście, otyłość bywa spowodowana chorobami lub faktycznie przez grubokościstość (jest takie coś), jednak w zdecydowanej większości przypadków jest to po prostu lenistwo. Anegdotycznie dodam, że mam koleżankę z pewną chorobą i dość poważnymi zaburzeniami metabolizmu, co nie przeszkadza jej być naprawdę atrakcyjną kobietą, wymaga to jednak od niej dbania o dietę - zatem w niektórych przypadkach można nawet mimo choroby walczyć z dodatkowymi kilogramami.

    Każdemu należy się szacunek, a obecna kultura na pewno wpędza (nie tylko osoby otyłe) w kompleksy i poczucie niższości, co często utrudnia walkę z problemami lub powoduje ich wyparcie. Szacunek do drugiej osoby nie wyklucza jednak zauważenia, że coś jest nie w porządku. Jeśli są jakieś problemy - trzeba się z nimi zmierzyć i udźwignąć ich ciężar.

    [Marek Fatman]

    PS Tak, obrazek ukradłem od Wojna Idei... ale tylko frajer by nie skorzystał.

    Link do posta To Tylko Teoria
    __________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #psychologia #otylosc #przemyslenia
    pokaż całość

    źródło: 60619556_913881325610042_4254288848990765056_n.png

    •  

      @anonymous_derp: Po pierwsze: otyłość jest chorobą:
      https://pl.wikipedia.org/wiki/Otyłość
      i ma ona wiele przyczyn, z czego najczęstszą jest lenistwo. Oczywiście, mogą być też pewne powody znajdujące się w psychice, choroby i inne.
      Po drugie: żeby wyjść z otyłości jest wiele dróg (różne diety, ćwiczenia, terapie psychologiczne itd.) i nie będę ich rozpisywał. W najczęstszym przypadku terapia afirmatywna, budowanie motywacji, a następnie właśnie diety i ćwiczenia pomagają wyjść z otyłości (zastosowane w tej kolejności), także "jedz mniej, ruszaj się więcej" działa, ale wtedy, gdy człowiek ma odpowiedni poziom motywacji. Oczywiście, droga którą się podąży zależy od przyczyny otyłości i jej charakteru.

      W dzisiejszym świecie każdy powinien sobie zapewnić jakąś dozę aktywności fizycznej i to szczególnie wtedy, gdy brakuje mu ruchu np. w pracy czy w pracy koło domu.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Ludzie: “Czemu prawica jest podzielona? Jak wy chcecie coś osiągnąć tak rozdrobnieni?”
    Prawica: łączy się w Konfederację
    Także ludzie: “Przecież to sztuczny twór! On nie ma sensu! Pewnie chodzi wam tylko o pieniądze i stołki!”

    Ludzie: “Musicie przyjąć jakąś racjonalną postawę polityczną, a nie tylko odpały Korwina!”
    Prawica: wycisza Korwina i korzysta z populistycznych haseł oddalając na dalszy plan merytoryczną dyskusję
    Ludzie: “Przecież to populizm! Jak można głosić takie hasła?! Jesteście niepoważni!”

    Tak to ostatnio widzę. Szeroko rozumiany prawicowy elektorat jest bardzo wrażliwy na kwestie sporne - wystarczy się nie zgadzać w jednej kwestii, nawet nie do końca istotnej, ale jakoś tak emocjonalnie ważnej, by stracić sympatię owego prawicowego wyborcy. Choć ta tendencja na szczęście ulega zmianie.

    Z polityką jest jak z małżeństwem: trzeba czasem schować swoje “ja” do kieszeni na rzecz wspólnego dobra, jeśli faktycznie chcemy coś osiągnąć. Wielu środowiskom to wychodzi i dzięki temu korzystają z wynikających z tego benefitów i są środowiskami, których głos jest rozpoznawalny. Jest to ważna lekcja, gdyż odnoszę wrażenie, że duża część szeroko rozumianej prawicy podchodzi do sprawy infantylnie, na zasadzie “Będzie po mojemu, albo wcale!”. Owszem, nie wszystko nam musi pasować, niemniej takie sprawy lepiej załatwiać wewnątrz ugrupowania. Na zewnątrz należy prezentować w miarę rozsądną i spójną linię ideologiczną, a do tego trzeba trochę rozsądnej ugodowości.

    Na temat prawicowej “charakterologii” powstało już wiele prac. Poza większym obwodem w bicepsie można również wyszczególnić poczucie hierarchiczności, honoru i autorytarnej pewności siebie. Przywiązanie do tradycji oraz pewnych wartości, najczęściej związanych z wyznawaną religią również pełni bardzo istotną rolę. Oczywiście, wśród prawicy są ludzie najrozmaitsi, tacy jak konserwatyści, anarchokapitaliści czy libertarianie, niemniej opisujemy zazwyczaj główne tendencje lub dominujące.

    [Marek Mentzen]
    __________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #polityka #konfederacja #prawica
    pokaż całość

    źródło: konfederacja_korwin_liroy_braun_narodowcy_nczas.jpg

  •  

    Ten tekst jest długi, zatem osoby nie mające czasu lub chęci na przeczytanie go zapraszam do ostatniego akapitu z wnioskami. Historia opisana w tym poście jest prawdziwa.

    Pewien prowadzący, nazwijmy go Rybka, był na naszym wydziale dobrze znany i każdy student, który spędził chociaż dwa semestry na uczelni, dobrze wiedział kim ten pan jest i jak wygląda zaliczenie u niego. Przedostatni semestr w opinii starszych kolegów uchodził za łatwiejszy od wcześniejszych, toteż niemiłym zaskoczeniem było, gdy się okazało że jedno z trudniejszych koncepcyjnie laboratoriów jest prowadzone właśnie przez niego. Śmiech przez łzy był jedyną reakcją, na jaką było stać zmęczonych i zniechęconych studentów (czyli prawie wszystkich).

    Legendy były prawdziwe. Pan Rybka był bardzo niepomocny, wprowadzał specyficzną atmosferę wyższości i lekceważenia, często nie odpowiadał na zadane pytania w sposób satysfakcjonujący, twierdząc, że powinniśmy to wiedzieć, a on jest tylko od sprawdzania i oceniania naszej pracy. Większość sprawozdań przyjmował za pierwszym razem z oceną 3.0, jednak w dwóch wypadkach, w których nie było sprecyzowane czego dokładnie mają dotyczyć wnioski (w pozostałych przypadkach były konkretne zagadnienia do omówienia lub nawet pytania, co wyróżniało ten kurs spośród innych) zwracał sprawozdania ciągle z byle powodu. Przykład? Ponieważ nie został tu dodany cudzysłów przy węźle odbiór, ponieważ na drugim miejscu po przecinku w wyniku jest 3, a u niego jest 4, ponieważ “wnioski są złe” i inne. Zwracanie sprawozdania bez powodu lub z rzuconym z pogardą tekstem “wnioski do poprawy” były dość standardowe. Próba uzyskania dodatkowych informacji kończyła się tekstem “ja już z panem skończyłem”. Oczywiście były jeszcze inne smaczki związane z tym panem, jak np. ocenianie zerojedynkowe.

    Rozgoryczenie i strach studentów były ogromne. Każdy chciał zdać kurs i mieć go już za sobą, część studentów jednak (do których należałem) nie chciała zostawić sprawy samej sobie i jeszcze przed zaliczeniem przez wszystkich przedmiotu zaczęto zbierać podpisy pod napisaną przez kilka osób petycją o odsunięcie prowadzącego od zajęć dydaktycznych - przynajmniej z tego kursu. Wywołało to zarówno entuzjazm, jak i obawę oraz sprzeciw wśród ludzi. Obawę, gdyż na studiach magisterskich ów prowadzący mógłby się mścić (również przy pomocy kolegów lub na obronie). Większość jednak podpisała ową petycję, z mniejszą lub większą obawą.

    Nie ma happy endu. Po wielu męczarniach i niezliczonych godzinach poświęconych kursowi udało się zdać, zazwyczaj na 3.0. Petycję miał zanieść student, który był powszechnie lubiany i uchodził za “przywódcę”, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Niestety, nie dostarczył jej, gdyż zostawił ją omyłkowo w siedzibie swojego koła naukowego, a później “nie miał czasu”, by ją wziąć i złożyć. Były już wakacje. Po wakacjach zdecydowana większość osób była przeciwna składaniu petycji. Bali się zemsty na magisterce lub na egzaminie dyplomowym. Zapomnieli również, co czuli w tamtych chwilach.

    Wnioski? Chyba mam kilka, które sprawdzą się w pewnych sytuacjach. Po pierwsze: emocje mają duży, a nawet zbyt duży wpływ na działanie. Po drugie: jak chcesz być złym, złośliwym czy utrudniać ludziom życie, to w sposób inteligentny. Po trzecie: mając władzę nad kimś możesz sobie pozwolić na naprawdę dużo. Po czwarte: jeśli ludzie się Ciebie boją, to wybaczą Ci naprawdę wiele.*

    [Marek Pureevil]

    * Bardziej niż “wybaczą” pasuje “odpuszczą”, zaniechają szukania sprawiedliości, ale wersja z wybaczą zdecydowanie lepiej wygląda.
    __________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #przemyslenia #studia #zycie
    pokaż całość

    źródło: Bez-tytułu-574x410.png

  •  

    Akcyjność po tragediach

    Przeczytałem wpis Dariusza Szczotkowskiego (link w komentarzu), w którym krytykuje polską „akcyjność”, czyli nagłą i intensywną aż do przesady reakcję polityków na jakąś tragedię lub wstrząs. Szczotkowski opisuje absurdy populizmu na przykładzie rządowych działań dot. karania pedofilii, spowodowanych oczywiście szokiem społecznym wywołanym przez dokument „Tylko nie mów nikomu” i z tymi uwagami się w 100% zgadzam, natomiast mechanizm tzw. akcyjności chętnie bym poruszył.

    No bo zastanówmy się. Jedynym prawdziwym celem polityka jest zdobycie i trzymanie władzy – tak mówi politologia i tak mówi doświadczenie. Realizowanie, nazwijmy to operacyjnie, „dobrej polityki” (czytaj: dbanie o państwo, o ludzi itd.) jest celem wtórnym, a właściwie narzędziem do osiągnięcia tego podstawowego. Teraz: możemy dbać o ludzi po prostu i po cichu, bo czujemy, że tak trzeba, lecz to nie zapewni nam rozgłosu; niewielu docenia bohaterów codzienności. Możemy jednak wykorzystać szum medialny wokół jakiejś sprawy, wykorzystać środki o 1000% przesadzone i pokazać się całemu narodowi jako dobry gospodarz, który gasi pożary i łapie przestępców. A że wskutek nieprzemyślenia pochopnych poczynań gaszony budynek się zapadnie, a przestępca zostanie zgilotynowany za kradzież batonika? Oj tam, grunt, że była reakcja władz!

    Z punktu widzenia społeczeństwa te impulsywne działania są szkodliwe, ale zasadniczo sami sobie jesteśmy winni. Większość społeczeństwa ma bardzo słabe pojęcie na temat tego, co się dzieje w strukturach państwa, wykazuje niewielkie zainteresowanie szczegółami i zajmuje stanowisko dopiero w momencie, gdy wydarzy się coś głośnego, hasła jak konstytucja, aborcja, strajkujący nauczyciele, pedofilia w kościele. Jeżeli więc polityk chce się przypodobać wyborcom, nic mu nie da racjonalna, cichutka praca z dokumentami w gabinecie – tu trzeba wyjść na barykady wraz z ludem, świeczki gasić samolotami, a za kradzież batonika karać śmiercią, najlepiej na stosie. Takie radykalne akcje elektorat zapamięta i powiąże z nazwiskiem, z twarzą, z nazwą partii, a słupki roosną, rosną rooosną.

    Jesteśmy współwinni akcyjności. Z rozsądkiem to nie do mnie, tak? Do mnie nie.

    [Konrad Populista]

    ________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #polityka
    pokaż całość

    źródło: frank-underwood-house-of-cards.jpg

  •  

    Leczenie smutku smutkiem

    Raz na czas zdarza się, iż złapie nas choroba melancholijnego wieczoru, która wypełnia płuca, ściska serce i zwilża oczy słonym potokiem. Jednym z podręcznych leków na objaw takiego nocnego smutku jest muzyka, w którą lubimy uciekać, na której lubimy się opierać, poprzez którą chcemy się rozpogadzać. Ale podrzucę dziś inny, mniej intuicyjny sposób wychodzenia z chwilowego (bo chroniczny to zupełnie inna para kaloszy) smutku.

    Trzymajmy się przykładu muzyki. Zapytani o to, jakiej muzyki powinniśmy słuchać na doła, odruchowo powiemy - wesołej, wszak chcemy się rozweselić. Moją niekonwencjonalną propozycją doraźnej terapii jest jednak paradoksalnie skrycie się pod żaglami najposępniejszej dostępnej playlisty, oddanie steru w ręce melancholii i bezwładne tonięcie w oceanie molowych dźwięków. Bywa, że po kilkunastu lub kilkudziesięciu minutach takiej żeglugi docieramy do punktu, w którym nasze smutanie staje się na tyle absurdalne, że aż nam z nim głupio.

    Dysonans poznawczy wyjątkowo nam pomaga - przypomina, iż jesteśmy osobami racjonalnymi (a przynajmniej takimi byśmy chcieli siebie widzieć), więc jaki sens ma puste przeklinanie rzeczywistości, użalanie się nad sobą, zajadanie lodami i dzikie ryczenie na łóżku z “Hurt” Johnny’ego Casha sączącym się z głośnika? Gdybyśmy zobaczyli w takiej pozycji naszego kolegę, pewnie pomyślelibyśmy, że ten dramatyczny performens jest nieco przesadzony i zakrawa o groteskę, zatem może i nasz taki jest…? Tak czy inaczej, inhalowanie smutku w celu wyleczenia smutku bywa pomocne, choć radzę ostrożnie dobierać dawkę na swoje możliwości. Ach, no i pozdrowienia dla Melpomene, która jest patronką tego wpisu. ^^

    [Konrad II Smutny]

    __________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #przemyslenia #feels
    pokaż całość

    źródło: l-19165-when-you-deal-with-being-sad-by-listening-to-sad-music.jpg

  •  

    “Facts don’t care about your feelings”

    To krótkie zdanie niesie ze sobą bardzo ważny przekaz. Przekaz, który wydaje się coraz bardziej potrzebny w dzisiejszym świecie. Nie można się obrażać na świat i na to, jacy jesteśmy.

    Szczególne pole do popisu mają tutaj psychologia i socjologia, gdyż to one dostarczają nam bardzo “niewygodnych” faktów. Jak myślicie: kogo poruszą następujące zdania?

    Między kobietami i mężczyznami występują różnice w budowie mózgu, skąd biorą się zauważalne różnice w myśleniu, zachowaniu i podejmowaniu decyzji.
    Najlepszą pod kątem wychowania dzieci i najtrwalszą formą rodziny jest rodzina złożona z matki, ojca i dzieci - czyli założona przez dwoje rodziców będących kobietą i mężczyzną.
    Gatunek ludzki jest w pewnym, lecz nie decydującym stopniu monogamiczny.
    Męskie IQ posiada większe odchylenie standardowe od żeńskiego - czyli jest więcej mężczyzn z wysokim lub niskim IQ niż kobiet z wysokim lub niskim IQ.
    Występują i są zauważalne różnice między ludzkimi “rasami” w budowie anatomicznej oraz budowie mózgu, a przez to w IQ, skłonności do przestępstw, sposobie myślenia itd.
    Kobiety są bardziej ugodowe od mężczyzn.
    Transseksualizm jest zaburzeniem.

    Oczywiście, nie ma czegoś takiego jak wiedza pewna i może się ona za jakiś czas zmienić - podobnie jak nasz gatunek, który również ulega postępującym zmianom. Pragnę jednak zauważyć, że zamiast być zbyt wrażliwymi, należy weryfikować nie tylko dostarczone nam fakty (lub przypuszczalnie fakty), ale również swoje własne przekonania.

    [Marek Shapiro]
    ________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb

    #psychologia #przemyslenia #nauka
    pokaż całość

    źródło: ludzie-twarze.jpg

  •  

    Niesamowity rozdźwięk wywoływał we mnie kiedyś temat sztuki, a właściwie jej wartości. W końcu czym mierzyć jej wartość? O jej jakości decyduje poklask publiczności, czy jej wartość wskazywana między innymi przez znawców? Czy Pendereckiego da się słuchać? Co jest dobre, a co złe w niej? (zawiało wręcz etyką). Czy disco polo z TVS to muzyka?

    Sztuka powstała aby zaspokoić ludzkie poczucie estetyki, które może “rosnąć w miarę jedzenia”; rolą sztuki jest również wywoływać emocje. Nie dziwi zatem, że w pewnym sensie miarą dzieła jest to, czy się ludziom ono podoba, czy też nie, oraz ilu osobom się podoba - skoro jest dla ludzi, to powszechna akceptacja danych dokonań artystycznych sprawia, że nabiera dodatkowo na wartości. Nieodłącznym elementem (a raczej konsekwencją) sztuki są emocje - i tak jak możemy cieszyć się słuchając “Don’t stop me now”, tak też możemy być zdołowani obrazami Beksińskiego. Wspomniana również “rosnąca potrzeba” może powodować, że dzieła muszą zachwycać coraz to nowym charakterem, oryginalnością czy przesłaniem, które chcielibyśmy w nich znaleźć, dostrzec lub chociażby się w nich doszukać. Tak oto płynnie przechodzimy na drugą stronę.

    Z drugiej strony można nadać sztuce pewien mistyczny, metafizyczny wręcz charakter, mający znamiona wyższej idei. Skąd ten pomysł? Nie wiem, choć się domyślam. Być może to podejście zostało zapoczątkowane przez sztukę poświęconą religii. Wtedy takie dzieła powinny być jak najdoskonalsze, gdyż mają wychwalać coś lub być poświęcone czemuś, co jest doskonałością, a w tym celu służyłyby skomplikowane i wysublimowane środki artystyczne.

    Ów spór między “kulturą wysoką”, a kulturą popularną trwa i będzie trwał. Wydaje mi się jednak, że skoro już wiemy, że są dwa koegzystujące (to słowo poznałem od Konrada) spojrzenia na sztukę, to możemy sztukę ocenić jednocześnie pod oboma kątami oraz tym trzecim - czyli swoim gustem.

    [Marek de Gustibus]

    _________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb

    #sztuka #przemyslenia #kultura
    pokaż całość

    źródło: 3956495.jpg

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika Odmien_Byc

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (2)