•  

    1/100 pociągów #sziszucontent

    1613 "Nałkowska" relacji Białystok-Jelenia Góra przez Małkinie, Warszawe Centralną, Łódź Widzew, Ostrów Wlkp., Wrocław Główny, Legnice, Węgliniec, Lubań Śląski.

    Jak się można domyślać na takim odcinku to i przygód nie ma, nudy pierwszej klasy. Wiele osób myli ten pociąg z pociągiem Kolei Dolnośląskich na relacji Wrocław Gł.-Lubań Śląski.

    Służba trwa od 18:24 do około godziny 4 rano. Przyjazd do Jeleniej Góry około godziny 22.
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 1550431107884.jpg

  •  

    Irakijska awantura Trumpa

    O administracji Donalda Trumpa można by powiedzieć wiele, ale z pewnością nie to że słynie ona z subtelności i wyczucia – tak często niezbędnych w dyplomacji. Wszystkie wady obecnej administracji idealnie widać na Bliskim Wschodzie, gdzie prezydent USA zachowuje się niczym słoń w składzie porcelany. Najpierw kokietuje swoich sojuszników, tylko po to aby już kilka dni później „trąbą” – ew. inną częścią ciała – zniszczyć to co z taką pieczołowitością budował. Ostatnim aktem tej bliskowschodnio-trumpistowskiej tragikomedii stały się napięcia w stosunkach amerykańsko-irackich. Zaledwie kilka niefortunnych wypowiedzi amerykańskiego prezydenta wystarczyło, aby irakijski parlament zaczął rozważać uchwalenie ustawy, która położyłaby kres obecności amerykańskich wojsk w Iraku.

    Dzisiaj wychodzę od sporu amerykańsko-irakijskiego, opisuję pokrótce wzrost znaczenia irackiego nacjonalizmu "nowego wzoru" a kończę na współczesnej roli USA na Bliskim Wschodzie.

    W kilku słowach mierzę się także z zeszłorocznym powiedzeniem Jeremiego Shapiro, który stwierdził "Asking the United States to solve the problems of the Middle East is like asking an alcoholic to solve your drinking problem. Sure, he has lots of experience, but it is all bad and he can't remember most of it.

    Piątek, więc tekst specjalnie napisany przyjaznym językiem a jednocześnie dotykający kluczowych kwestii.

    Polecam czytać bezpośrednio na blogu - lepszy układ strony, a poszczególne fragmenty tekstu są opatrzone źródłami.
    ———————————————–

    Orzeł wylądował

    W środę, 26 grudnia 2018 roku, na irakijskiej ziemi wylądował Air Force One. To prezydent Donald Trump postanowił złożyć wizytę amerykańskim żołnierzom stacjonującym w bazie lotniczej Al Asad, położonej 160 km na zachód od Bagdadu. Prezydent potrzebował tej wizyty jak nigdy. Zaledwie kilka dni wcześniej ogłosił wycofanie amerykańskich wojsk z Syrii, co spotkało się z ostrymi protestami ze strony Kongresu. Jednak opozycja polityczna to nic w porównaniu z tym co zaczęło dziać się w kręgu bliskowschodnich sojuszników USA. Od Tel Awiwu po Abu Zabi przetoczyła się fala strachu, że wycofanie się z Syrii to tylko pierwszy krok do całkowitego „zwinięcia” amerykańskiej obecności z regionu.

    Dlatego też Trump zdecydował się na podróż właśnie do bazy Al Asad. Wizyta w bazie, która przez długi czas znajdowała się na pierwszej linii frontu przeciwko IS oraz w państwie, gdzie amerykańska obecność wojskowa trwa przez prawie cały XXI wiek, miała być symbolem, że Ameryka nigdzie nie ucieka i nadal będzie otaczała „parasolem bezpieczeństwa” swoich bliskowschodnich sojuszników.

    Z perspektywy amerykańskich reporterów spotkanie w bazie Al Asad wypadło świetnie. Prezydent, pierwsza dama, flesze kamer, żarty, górnolotne hasła, uśmiechy na twarzach żołnierzy – o tak, to zdecydowanie było show, po którym chciałoby się zerwać z krzesła i zacząć skandować „USA, USA, USA” – niczym amerykańscy kongresmeni podczas tegorocznego „State of Union”.

    Gdy wieczorem, 26 grudnia 2018 roku, prezydent wracał do Waszyngtonu musiał być z siebie dumny – dziennikarze pozytywnie odnieśli się do wizyty a sojusznicy zostali, przynajmniej chwilowo, „udobruchani”. Jednak już kilka godzin później na linii Bagdad-Waszyngton rozpoczął się istny „sztorm dyplomatyczny”. Wszystko za sprawą, wydawałoby się dość błahego, wydarzenia.

    Para prezydencka podczas wizyty w Iraku, źródło: The White House, flickr.com

    Urażony premier

    Otóż przed wylądowaniem w Iraku administracja amerykańskiego prezydenta poinformowała o planowanej wizycie irakijskie władze. Jednocześnie Trump zaprosił premiera Iraku – Adila Abdula al-Mahdiego – aby ten także odwiedził bazę Al Asad, gdzie obaj politycy mogliby odbyć krótkie spotkanie. Jednak ta oferta została stanowczo odrzucona przez Irakijczyków, którzy – prawdopodobnie – wskazali Bagdad jako możliwe miejsce spotkania. Na to natomiast nie zgodziła się amerykańska delegacja. W efekcie obaj panowie odbyli wyłącznie rozmowę telefoniczną.

    Chyba nie trzeba mówić w jaki sposób wizyta Trumpa odbiła się w irakijskich mediach? Oto prezydent kraju, który to nadal uważany jest przez większość Irakijczyków za najeźdźcę (wg danych AYS z 2016 r. 93% młodych Irakijczyków postrzega USA za wroga) przyjeżdża do ich ojczyzny, spotyka się z amerykańskimi żołnierzami (nazywanymi często siłami okupacyjnymi) a jednocześnie nie poświęci nawet chwili, aby symbolicznie uścisnąć dłoń jednego z irakijskich oficjeli.

    Nic też dziwnego, że w kilka dni do wyjeździe Trumpa, Sabah al-Saadi (lider sadrystowskiego bloku parlamentarnego Islah) wezwał parlament do zorganizowania nadzwyczajnej sesji obrad, aby przedyskutować „jaskrawe naruszenia irakijskiej suwerenności i położyć kres agresywnej polityce Trumpa, który powinien znać swój umiar.” Swoje wystąpienie Saadi zakończył słowami „Amerykańska okupacja Iraku dobiegła końca”. Wtórował mu konkurencyjny pro-irański blok Bina, który w swoim oświadczeniu napisał „Wizyta Trumpa to rażące i jasne naruszenie dyplomatycznych norm oraz przejaw pogardy i wrogości jaką przejawia prezydent w negocjacjach z irakijskim rządem”.

    Ta ostra wymiana zdań była zaledwie preludium do spektaklu, który miał odegrać się kilka tygodni później – także z Trumpem w roli głównej. Jednak zanim o tym powiemy musimy wpierw uświadomić sobie dlaczego tak błahy błąd ze strony Trumpa, jak niespotkanie się z premierem Mahdim, stał się iskrą rzuconą na beczkę prochu, opatrzona napisem „Irak AD 2019”.

    Prezydent Trump podczas wizyty w Iraku, źródło: The White House, flickr.com

    Sadr i nowy nacjonalizm

    W maju 2018 roku w Iraku odbyły się wybory parlamentarne, które stworzyły nową rzeczywistość polityczną. Oto stary premier, pro-amerykański Hajdar al-Abadi z kretesem przegrał wybory i został całkowicie odsunięty od władzy. Niespodziewanym zwycięzcą wyborów stał się obóz sadrystowski pod przywództwem Muktady as Sadra – legendy irakijskiego ruchu oporu.

    Muktada as Sadr wywodzi się z szanowanej rodziny szyickich duchownych. Sam także podjął studia teologiczne w Nadżafie, ale nigdy ich nie skończył. Gdy sunnicki reżim Husajna został obalony, Sadr rozpoczął formowanie tzw. Armii Mahdiego. Nowa formacja, dzięki charyzmatycznemu przywódcy i jego różnym koligacjom, szybko rosła w siłę – tak liczebnie, finansowo, jak i zbrojnie. Wkrótce także Sadryści zaczęli atakować wojska koalicji (w tym polski kontyngent w Karbali) oraz dopuszczać się zbrodni na ludności sunnickiej. Tym samym Sadr zyskał sobie miano jednego z największych rywali okupacyjnych sił amerykańskich. Mimo kontrowersyjnych metod działania, które momentami ocierały się o zwykłą bandyterkę i terroryzm, Sadr stał się dla wielu Irakijczyków bohaterem.

    Wkrótce jednak represje ze strony Amerykanów, rosnące podziały wśród samych Sadrystów oraz spadek popularności całego ruchu oporu doprowadziły do tego, że w 2007 roku Sadr uciekł do Iranu. Tymczasem na przełomie 2007 i 2008 roku jego wojska zostały całkowicie rozbite. W tej atmosferze Sadr – działając z Iranu – zaczął reorganizować Armię Mahdiego, która od tej pory miała skupiać się na działalności społecznej, religijnej i kulturalnej. W 2010 roku udało mu się wrócić do ojczyzny.

    Nie był to już jednak ten sam Sadr, który jeszcze kilka lat temu z taką zaciekłością walczył przeciwko „zachodnim najeźdźcom”. Zrezygnował z części swoich rewolucyjnych haseł i zastąpił je bardziej umiarkowanymi, takimi które byłyby akceptowalne dla szerszych mas społecznych. Teraz zaczął kreować się na „człowieka ludu”, przywódcę wszystkich Irakijczyków – zarówno szyitów, sunnitów czy chrześcijan. Jednocześnie Sadr zaczął z większym szacunkiem podchodzić do umiarkowanego ajatollaha Sistaniego, pozostającego najbardziej wpływową osobą duchowną w Iraku, z którym wcześniej Sadrowi zdarzało się walczyć – ze względu na rzekomo zbytnią ugodowość ajatollaha.

    Mało tego Sadr stał się kluczową postacią tego co ja określam roboczo „nowym, postsadamowskim modelem irakijskiego nacjonalizmu”. Odrzucił dotychczasowe podziały religijne i polityczne oraz ogłosił konieczność gruntownej reformy kraju – w szczególności walki z korupcją i biedą. Ważnym punktem w jego programie politycznym stała się także walka z wszelkimi obcymi wpływami – niezależnie od tego czy byłyby to wpływy Waszyngtonu czy Teheranu. Sadr bywa często określany mianem anty-irańskiego oraz anty-amerykańskiego – jest to w zasadzie prawda, przy czym Sadr nie traktuje samego USA czy Iranu jako wrogów, lecz sprzeciwia się jedynie wpływom obu tych państw na wewnętrzne sprawy Iraku. Tym samym mimo, że Sadr chce wycofania się amerykańskich wojsk oraz irańskich bojówek z Iraku, to jednocześnie nie widzi przeszkód w rozwoju pozytywnych, opartych na zasadzie równości, relacji z obydwoma państwami. Jednocześnie Sadr, w realizacji swoich postulatów, zrezygnował z walki zbrojnej na rzecz protestów. Rozpoczął także dialog z ugrupowaniami sekularnymi, co zaowocowało tym, że do majowych wyborów poszedł ramię w ramię z komunistami, których jeszcze kilka lat temu „odsądzał od wiary”.

    Muktada as Sadr, źródło: مالهوترا, http://www.commons.wikimedia.org

    Amerykanie po irackich wyborach

    Nic zatem dziwnego, że wyniki irackich wyborów wywołały niemałą konsternację wśród waszyngtońskich decydentów. Oto wybory wygrywał mężczyzna, który od dawna pozostaje wrogo nastawiony do jakiejkolwiek obecności USA na irakijskiej ziemi. Problem stał się tym większy, że drugie miejsce w wyborach zajął pro-irański Fatah. Tymczasem pro-amerykański Abadi zajął dopiero trzecią pozycję. Tym samym Amerykanie znaleźli się w nowej rzeczywistości politycznej. Żadne ugrupowanie pro-amerykańskie (lub chociażby przyjaznym okiem patrzące na Amerykę) nie miało szans na obsadzenie stanowiska premiera.

    Wyniki wyborów sprawiły, że dalsza obecność Amerykanów w Iraku stała się mocno problematyczna. Zgodnie z podpisanym jeszcze przez prezydenta Busha „U.S.–Iraq Status of Forces Agreement” z 2008 roku, Amerykanie uznali, że ich misja w Iraku jest zakończona i zaczęli powolne wycofywanie się z tego kraju. Ostatni amerykańscy żołnierze opuścili Irak 18 grudnia 2011 roku. W trzy lata później, 15 czerwca 2014 roku, ze względu na rosnące zagrożenie ze strony Kalifatu, Amerykanie wrócili do tego kraju – jednak teraz na oficjalne zaproszenie ze strony władz w Bagdadzie.

    Zaproszenie ze strony krajowych władz stało się w ten sposób jedynym aktem, który legitymizuje amerykańską obecność w Iraku. Waszyngton zdając sobie sprawę z niskiej popularności USA wśród Irakijczyków starał się, jak to tylko możliwe, trzymać z dala od „centrum wydarzeń”. O ile amerykańscy żołnierze wzięli udział w wielu bitwach przeciwko wojskom kalifatu, to najczęściej ograniczali się do wsparcia lotniczego i artyleryjskiego, które mogły być prowadzone bez zbytniego rzucania się w oczy.

    Prezydent Bush i premier Maliki, źródło: U.S. Army, http://www.commons.wikimedia.org

    Pomysł Pentagonu

    Mimo, że działając z „tylnego fotela”, to Amerykanom udało się odegrać pozytywną rolę w pokonaniu Państwa Islamskiego. W związku z tym oraz z faktem, że PI wróciło do taktyki walki partyzanckiej, część rządu premiera Abadiego była zainteresowana utrzymaniem kadłubowej amerykańskiej obecności w Iraku. Sami Amerykanie, biorąc pod uwagę strategiczne położenie Iraku oraz nadal istniejące zagrożenie ze strony PI, także zdawali się chętnie patrzeć na pomysł zostania w Iraku na dłużej.

    Chęć zostania Amerykanów w tym kraju wzmogła się jeszcze po ogłoszeniu decyzji Trumpa o wycofaniu się z Syrii. Zgodnie z informacjami NYT, Pentagon postanowił nie rezygnować z walki z Państwem Islamskim w Syrii (nawet po wycofaniu się z tego kraju) i wykorzystać Irak oraz znajdujące się tam amerykański bazy jako pozycje wyjściowe do rajdów na terytorium Syrii. Jednak aby to zrobić, Pentagon musiał uprzednio uzyskać zgodę Bagdadu, z którym rozpoczął delikatne negocjacje. Już same napięcia wokół wizyty Trumpa w bazie Al Asad mocno utrudniły te negocjacje, jednak prawdziwa bomba miała dopiero nadejść.

    Siedziba Departamentu Obrony, czyli tzw. Pentagon, źródło: Department of Defense, http://www.commons.wikimedia.org

    Przelanie czary goryczy

    Zlekceważenie irakijskiego premiera okazało być zaledwie wstępem do popisu, który nastąpił 3 lutego 2019 roku. Tego dnia stacja telewizyjna CBS wyemitowała wywiad z Donaldem Trumpem na temat Bliskiego Wschodu. Odnosząc się do Iraku prezydent powiedział: „Wydaliśmy już taką fortunę na budowę tej wspaniałej bazy [baza Al Asad], że równie dobrze moglibyśmy ją zatrzymać.(…) Chciałbym ją zatrzymać, aby móc obserwować Iran, bo to Iran jest prawdziwym problemem”.

    Do tych słów momentalnie odniósł się irakijski prezydent Bahram Salih stwierdzając, że „Trump nie poprosił Iraku o zgodę na «obserwację Iranu»”. Jednocześnie wezwał USA, aby „nie obciążały Iraku swoimi własnymi problemami (…) USA to wielka potęga, ale nie mogą realizować swoich priorytetów [kosztem Iraku]”. Jednocześnie Sadryści i Fatah zjednoczyły siły i oznajmiły, że wspólnie spróbują przepchnąć ustawę, która zobowiązałaby wszystkie obce wojska (w tym amerykańskie) do wycofania się z Iraku w ciągu 1 roku – i faktycznie taki projekt wpłynął do parlamentu.

    Atmosfera amerykańsko-irakijskiego sporu zaostrzyła się na tyle, że kilku Irakijczyków zaczęło planować atak rakietowy na bazę Al Asad – na szczęście spisek został wykryty, a konspiratorzy aresztowani przez irackie służby bezpieczeństwa. Jednocześnie lokalna prasa popadła w paranoję i powiązała wywiad Trumpa z ostatnimi informacjami o wizytach amerykańskich oficerów w Bagdadzie i Faludży i stworzyły teorię spiskową, zgodnie z którą Amerykanie chcą obalić obecny rząd i zainstalować w kraju dyktaturę wojskową – to najpewniej bujda, moim zdaniem amerykańscy wojskowi odwiedzają różne części kraju, bo chcą znaleźć dogodne miejsce do rozlokowania swoich żołnierzy, którzy wkrótce mają wycofać się z Syrii.

    W spór zaangażował się nawet sam ajatollah Sistani, który posiada niewyobrażalny posłuch wśród szyitów. W rozmowie z Jeanine Hennis-Plasschaert, szefową UNAMI, powiedział on: „Irak chce mieć dobre i zrównoważone relacje ze wszystkimi swoimi sąsiadami oraz innymi wielbiącymi pokój rządami, które to stosunki będą oparte na zasadzie wspólnych interesów, bez ingerowania w cudze sprawy wewnętrzne czy też podważaniu ich suwerenności”.

    Tym samym załamanie w stosunkach iracko-amerykańskich stało się pełne. Kilka niefrasobliwych zachowań prezydenta Trumpa doprowadziło do iracki parlament do wściekłości a relacje między Waszyngtonem a Bagdadem stały się jednymi z najgorszych w ciągu kilku ostatnich lat.

    Ajatollah Ali as Sistani, źródło: IsaKazimi, http://www.commons.wikimedia.org

    Pentagon to the rescue

    Sytuacja stała się na tyle poważna, że 12 lutego w Bagdadzie, z niezapowiedzianą wizytą, pojawił się Patrick Shanahan – p.o. Sekretarza Obrony. Shanahan nie ukrywał, że jego podróż jest podyktowana chęcią złagodzenia ostatnich napięć we wzajemnych stosunkach: „Są pewne ruchy w ich [irakijskiej] legislaturze (…) pewne dyskusje na temat tego czy powinni oni ograniczyć liczbę amerykańskich wojsk w Iraku. Ja chciałem jednoznacznie wskazać [premierowi Abdul Mahdiemu], że uznajemy swoją rolę [jako sił doradczych] oraz rozumiemy, że jesteśmy tam [w Iraku] na zaproszenie [irakijskiego rządu]”.

    Wydaje się, że ta niezapowiedziana wizyta pozwoliła ostudzić nieco emocje po irakijskiej stronie barykady. Po spotkaniu z Shanahanem, premier Mahdi podziękował Amerykaninowi za wizytę, lecz jednocześnie zastrzegł, że „Rząd ma swoje poglądy a parlament swoje”. Jednocześnie podkreślił, że w pełni respektuje decyzję parlamentu – o rozpoczęciu prac nad ustawą kładącej kres obcej obecności wojskowej w Iraku.

    Tym samym wydaje się, że amerykańsko-irakijski spór został częściowo zażegnany. Wątpliwe jednak, aby parlament przestał dalej procedować nad kontrowersyjną ustawą. O wycofaniu się amerykańskich wojsk z Iraku mówiło się od dawna – jeszcze za rządów Abadiego – także temat ten wraca do irackiej polityki jak bumerang, jednak tym razem wydaje się, że zostanie tutaj na dłużej. Irakijczycy są bardzo wyczuleni na próby wciągnięcia ich do amerykańskiej rozgrywki o wpływy w regionie Bliskiego Wschodu. Dlatego też nie zdziwiłbym się gdyby faktycznie parlament wezwał wszystkie obce wojska do opuszczenia Iraku.

    Patrick M. Shanahan, źródło: Department of Defense

    Dlaczego właściwie o tym piszę?

    Ostatnie napięcia w stosunkach amerykańsko-irackich są dla mnie pewnym pretekstem do krótkiej refleksji na temat polityki administracji Trumpa wobec regionu Bliskiego Wschodu. Mimo, że prezydent zapowiedział że chce rozwiązać problemy regionu poprzez zaoferowanie mu „dealu stulecia” (póki co nieopublikowanego), to jego działania starają się przeczyć istnieniu jakiegokolwiek planu, który mógłby doprowadzić do zaprowadzenia długotrwałego pokoju w regionie.

    Póki co jedyne co robi Trump to zaognianie starych konfliktów (np. decyzja o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela), umacnianie stagnacji regionu (np. wydatne wsparcie dla Sisiego i ogólnie modelu państwa policyjnego w Egipcie) oraz fala niekonsekwentnych decyzji (np. początkowe poparcie Saudów podczas kryzysu katarskiego). Amerykańskie polityce brakuje konsekwencji i spójności. Wiele osób zarzuci mi zaraz, że przecież administracja Trumpa ma przecież cel, którym jest obrona Izraela. Otóż czyny prezydenta nie potwierdzają nawet tego. Co prawda uznał on Jerozolimę za stolicę Izraela czy nałożył sankcje na Iran (obie decyzje były w interesie Izraela), lecz jednocześnie Trump także zadecydował o wycofaniu się z Syrii, co uderzy przede wszystkim w Tel Awiw.

    Najgorsze jest to, że decyzje administracji nie wynikają wcale z jakichś błędnych założeń ze strony Waszyngtonu – wręcz przeciwnie, ostatni raport Senackiej Komisji Wywiadu potwierdza, że kręgi rządowe idealnie wyczuwają tendencje i zagrożenia jakie zagrażają amerykańskim interesom. Jednak zalecenia współpracowników zdają się nie docierać do prezydenta – vide krytyka w/w Komisji, której Trump zarzucił że jest „naiwna” i „powinna wrócić do szkoły”.

    Problemem jest sam prezydent i osoby z jego najbliższego otoczenia np. John Bolton, który jeszcze niedawno miał chcieć przeprowadzić atak na Iran. Zbyt często, przekonani o własnej nieomylności, ignorują oni rady swoich współpracowników. Niepokojące jest także to, że przez administrację Trumpa cały czas przewijają się osoby, które miały już swoją szansę w wielkiej polityce i zawiodły np. nowym narybkiem administracji, jako specjalny wysłannik ds. Wenezueli został ostatnio Elliot Abrams, który podczas pracy w administracji Busha juniora torpedował izraelsko-palestyński proces pokojowy z Annapolis, za którym obstawała Condoleezza Rice (ówczesna Sekretarz Stanu).

    Wszystko to sprawia, że region Bliskiego Wschodu jest obecnie, mimo „pokonania” Państwa Islamskiego, jeszcze mniej przyjemnym miejscem niż w czasie gdy z Białego Domu odchodził prezydent Obama. Amerykańska polityka nie ma już jakichś głębszych założeń, bardzo ciężko wyszukiwać się w niej jakichś prawidłowości. Co prawda w przypadku prezydenta Obamy ciężko było także mówić o doktrynie wobec Bliskiego Wschodu (do tej pory trwają spory czy taka doktryna była cy nie), to plusem jego administracji było, że miał on jedną elastyczną zasadę „don’t do stupid shit”, która pozwalała mu szybko dostosować się do zmieniających się realiów Bliskiego Wschodu.

    Tymczasem u Trumpa ciężko doszukać się podobnej zasady, nie mówiąc już o doktrynie. Przykładowo prezydent zapowiedział wywarcie „maksymalnej presji ekonomicznej” na rząd w Teheranie. Jednocześnie jednak zezwolił Hindusom na dalszą rozbudowę portu w Czabaharze – o ile ten ruch jest w miarę zrozumiały, zwłaszcza biorąc pod uwagę jaką rolę port ten może odegrać w indyjskim handlu oraz jak może przyczynić się dla stabilizacji sytuacji w Afganistanie, to inne posunięcia dotyczące zagranicznych inwestycji w Iranie są nieporozumieniem. Biały Dom, mimo nacisków Francuzów, nie zwolnił od sankcji francuskiego Totalu, który posiadał lukratywny kontrakt na prace na największym polu gazowym na świecie – „Południowe Pars”. Tym samym kontakt Totalu został przejęty przez chińskie CNPC, przez co w rękach Chińczyków (najpotężniejszego wroga USA) znalazło się teraz blisko 80% projektu. Co prawda, w rezultacie negocjacji handlowych na linii Waszyngton-Pekin, chińskie inwestycje w „Południowym Pars” zostały wstrzymane (pytanie na jak długo), lecz jednocześnie Chińczycy dostali zgodę na prace na polu naftowym Azadegan, które pozostaje jednym z największych w Iranie. Tym samym zdaje się, że Trump postawił osobiste animozje (niechęć do Francuzów) wyżej niż interes narodowy USA (rywalizacja z Chińczykami).

    Jednocześnie zastrzeżenia może budzić niemal bezwarunkowe wsparcie dla Saudów, prowadzących skrajnie nieodpowiedzialną politykę, która nie tylko wpędza same Królestwo w zakłopotanie, ale także odbija się czkawką w samym Waszyngtonie – vide kryzys katarski, który doprowadził do zacieśnienia relacji między Dohą a Teheranem czy zbrodnie przeciwko ludzkości w Jemenie i związana z tym krytyka amerykańskiej administracji.

    Problemem jest także dalsze wspieranie polityki stagnacji regionu, czego najlepszym przykładem jest Egipt, gdzie Waszyngton pozwala Sisiemu nie tyle na na odbudowę państwa policyjnego z czasów Mumbaraka, lecz nawet na jeszcze większą rozbudowę struktur bezpieczeństwa. Wszystko odbywa się oczywiście pod hasłami walki z ekstremizmem, a w szczególności Bractwem Muzułmańskim. Pomija się przy tym zupełnie potrzeby i aspiracje egipskiego społeczeństwa, z którym Amerykanie – tak jak przed 2011 roku – utrzymują tylko bardzo luźne relacje. Nadal w kręgach Waszyngtonu dominuje ignoranckie podejście, zgodnie z którym wystarczy wsparcie sekularnego proamerykańskiego reżimu, aby utrzymać wpływy USA w regionie. Jest to podejście krótkowzroczne, które w perspektywie 10-20 lat doprowadzi do kolejnej rewolucji.

    Swoistą wisienką na torcie jest sam amerykański prezydent, który bardziej jest biznesmenem niż politykiem, i dlatego w żaden sposób nie potrafi odnaleźć się w zawiłościach Bliskiego Wschodu. Spór z Irakiem to świetny przykład skrajnej lekkomyślności ze strony amerykańskiego prezydenta. Kilka nierozważnych słów wystarczyło, aby wywołać złość całego irakijskiego establishmentu. Natomiast złagodzenie napięć (pytanie na jak długo) wymagało wizyty w Iraku samego szefa Departamentu Obrony.

    Jeremy Shapiro z „European Council on Foreign Relations”, pytany w 2018 roku o rolę USA na Bliskim Wschodzie, powiedział „Asking the United States to solve the problems of the Middle East is like asking an alcoholic to solve your drinking problem. Sure, he has lots of experience, but it is all bad and he can’t remember most of it.” O ile generalnie nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, bo przecież – posługując się terminologią Shapiro – nie każda amerykańska administracja składała się z „alkoholików”, o tyle muszę przyznać że administracja Trumpa „nie wylewa za kołnierz”.

    USA nie mają czasu na takie głupie spory. Głównym rywalem Waszyngtonu jest obecnie Pekin. To „walka” z Chińczykami a nie spór z Irakijczykami powinna zajmować amerykańską dyplomację. Jednak stale niekonsekwentna, niedojrzała i arogancka polityka Trumpa wobec krajów arabskich doprowadza do tego, że jego współpracownicy nie mogą poświęcić Chinom tyle uwagi ile powinni, gdyż ciągle muszą naprawiać to co prezydent zepsuł – czy to kryzys katarski, czy wycofanie się z JCPOA (które wzmocniło irańskich konserwatystów i uczyniło pozyskanie broni atomowej przez Iran niemal pewnym po 2021 roku) czy też ostatnie spory wokół Iraku. Wszystko to sprawia, że administracja Trumpa marnuje energię na kwestie, którymi powinni zajmować się amerykańscy sojusznicy – tak jak mówił Obama, to KSA powinna zająć się utrzymaniem status quo na Bliskim Wschodzie. Tymczasem administracja Trumpa marnuje energię, która powinna zostać wykorzystana gdzie indziej – na teatrze chińskim.

    Nierozważność Trumpa i jego ludzi mogła na początku budzić politowanie i uśmiech, lecz teraz czas na żarty skończył się. Ameryka musi wziąć się w garść zanim będzie za późno. Walka o światową dominację trwa a Chińczycy nie będą czekali aż amerykański prezydent skończy swój „executive time” i weźmie się do roboty.

    Prezydent Trump i doradca John Bolton w Iraku, źródło: The White House, flickr.com

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #irak #bliskiwschod #trump #geopolityka #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    •  

      @JanLaguna: Bo brzmi nienaturalnie, od wielu lat używana jest forma "iracki", "irakijski" to legalizacja błędu. Plus, mieszasz obie formy w tekście.
      Po prostu dla ludzi, którzy obcują z językiem przez lata ta druga forma jest drażniąca i ma negatywny wpływ na odbiór tekstu. To samo zdanie będę miał jak zalegalizują "." w miejsce spacji.

    •  

      nie, twój przykład to czysta abstrakcja

      @JanLaguna: A pokazać ci screeny z postów w których kropka zastępuje spację? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      ęzyk ewoluuje w czasie i oddaje pewne tendencje, sposób użycia języka przez osoby, które się nim posługują

      Nie zawsze ta ewolucja ma sens, często to zwykłe upraszczanie.

    • więcej komentarzy (10)

  •  

    jak kupić monitor na firmę bez ryzyka że dostane wadliwą sztukę?

    kupując monitor na firmę nie ma możliwości jego zwrotu (jest to bardzo utrudnione) w przypadku wystąpienia wad fabrycznych typu bad pixele, nierównomierne podświetlenie matrycy itp itd
    czy są jakieś przeciwwskazania jeśli chodzi o wzięcie monitora 'prywatnie' a następnie włączenie go do firmy? (towar musi być rok prywatnie żeby go włączyć do firmy?)

    #prawo #jdg #firma #monitory
    pokaż całość

  •  

    #ksiegowosc #pieniadze #biznes Firma zagraniczna A zamawia towar w innym kraju B ale towar ma byc wysłany tylko do innego miasta w kraju B. Czyli towar zamówiony przez firme zagraniczna A nie przekracza granicy kraju B, jak to ma rozliczyć ta firma zagraniczna niby?

  •  

    Dobra Mirki będę kręcił Inbe, na moim siedzeniu w #pendolino siedzi jakiś pan bagietmajster i mówi że nie ustąpi bo nie ¯\_(ツ)_/¯

    Kierownik pociągu wezwany.

    #policja #pkp #kolej

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: IMG_20190210_101832.jpg

    •  

      Okazało się że mamy rezerwację na to samo miejsce ale pan wojskowy ma bilet na wczoraj xD

      Zapłacił za nowy bilet wraz z opłatą +130 złotych za wystawienie biletu w pociągu.

      Aha i teraz patrzy na mnie co chwila jakbym był winny temu że musiał płacić xDDD

      @gumpa_bobi: Coś mi się wierzyć nie chce, w Pendolino nie da się kupić biletu u konduktora a opłata za jazdę bez wynosi 650 a nie 130 zł. Wołam @Shishu bo to on tu jest najbardziej kompetentny i może faktycznie weszły zmiany. pokaż całość

    • więcej komentarzy (93)

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika Sabr

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (3)