http://stefanjedrzejeski.deviantart.com/ http://www.artpal.com/saj https://www.facebook.com/stefanpainting

  •  

    Dzień dobry Mircy, długo się nie widzieliśmy! Mam nadzieję, że miło spędzacie niedzielne południe, mam dla was parę historii ze Szczecina, w którym to żyłem w swoich najwcześniejszych latach. Polecam zaparzyć herbatę i życzę miłej lektury!
    W 46 roku losy rodzinne doprowadziły do wyjazdu z Warszawy, do Szczecina, gdzie spędzić miałem lata swojego wczesnego dzieciństwa. Przejazd pamiętam z opowieści taty.
    Była to długa podróż, linie kolejowe, jak i pociągi, miały swoje kaprysy. Jechaliśmy na swego rodzaju drezynie, platformie kolejowej tymczasowo i prowizorycznie służącej do przewozu ludzi. Zbite ze sobą, szaro-bure grupki ludzi kontrastowały z przykrawającą ich brudną jaskrawością warsztatowej plandeki pomazanej różnymi kolorowymi substancjami. Żywiliśmy się konserwami i dzieliliśmy ze współpasażerami tym co akurat było potrzebne. Platformą jechała razem z nami niepewność wraz ze swoim znajomym strachem. Był to okres ledwo co powojenny, nie wiedziano czego się spodziewać, kraj dopiero podnosił się z rozsypki, ludzie obawiali się dosłownie wszystkiego. Dotarliśmy jednak bezproblemowo do Stargardu Szczecińskiego. Pociąg zatrzymał się przed rzeką Regalicą, gdyż przejazd załadowaną platformą nie był możliwy, ludzie z bagażem musieli przejść oddzielnie. Podczas postoju pasażerowie nalewali wody z wielkiego kranu do napełniania kotłów w pociągach do swoich menażek i pustych puszek. Po odżywianiu się jedynie suchym prowiantem zagryzanym konserwami wszystkim chciało się pić. Niedługo po przebyciu rzeki zaczęły rozlegać się przed nami szare sześciany szczecińskich zabudowań. Tak zaczęło się moje wczesne dzieciństwo w nadgranicznym mieście Szczecin.

    Miasto było pełne powojennej infrastruktury, między innymi schronów. Jako dzieciaki upodobaliśmy sobie jeden znajdujący się obok pewnego pomnika na Unii Lubelskiej. Korytarze zawierały różne porzucone i nieodkryte skarby, a wśród nich wężowato pozwijane klisze z historiami zapisanymi w półprzeźroczystym materiale światłoczułym. Nie byliśmy świadomi potencjalnej wartości historycznej tych slajdów, to co nas interesowało to przeraźliwie śmierdzący dym wytwarzany przez ich spalanie. Klisze zwijaliśmy, owijaliśmy papierem, czy też wrzucaliśmy do małych pojemniczków i takie prymitywne bomby śmierdzące (nazwane przez nas „śmierdzielami”) wrzucaliśmy podpalone do sklepów czy też w inne miejsca, aby uprzykrzyć ludziom życie ku naszej smarkatej uciesze.
    Pewnego razu, wraz z małą grupką kolegów z mojej trzeciej klasy, podczas badania nowych systemów podziemnych korytarzy, z prymitywnymi, przedwojennymi latarkami w rękach dotarliśmy do podejrzanych, metalowych drzwi. Jak wszystko co podejrzane i dziwne, wzbudziło to naszą dziecięcą ciekawość, musieliśmy zbadać sekrety jakie kryły się za nimi. Popchnąłem drzwi naprzód, ku naszemu zaskoczeniu okazały się otwarte, przed nami rozpostarł się gęsty mrok, a specyficzny, słodkawy zapach wylał się przez otwarte drzwi. Oświetlaliśmy sobie drogę przed nogami i weszliśmy do środka. Światło latarek nie napotykało niczego ciekawego, więc postanowiliśmy się stamtąd zabrać. Już obracaliśmy się na piętach, gdy usłyszeliśmy zgrzyt metalu i parę metrów przed nami, przez otwarte drzwi, do pomieszczenia wdarło się pomarańczowe światło. Nasze chłopięce sylwetki zastygły w bezruchu, wbrew instynktowi nie byliśmy w stanie rzucić się do ucieczki. Wtedy w prostokącie światła pojawiła się potężna sylwetka, barczysta postać odwrócona tyłem, w ubraniu przypominającym suknie. Powoli wchodziła do środka. Skala na miarce naszego przerażenia zbliżała się do końca. Wtem zobaczyliśmy, coś co wyglądało na nosze i następną postać wchodzącą za nią. Skala skończyła się, otrzeźwieliśmy i rzuciliśmy się natychmiast do drzwi, jednak coś stanęło na naszej drodze. Szpitalne łóżko na którym leżało powybrzuszane płótno, skrywające pod sobą antropomorficzną formę, na końcu spod płótna wystawały sino-żółte, opuchnięte stopy. Spojrzeliśmy sobie w oczy, wydarliśmy w niebo głosy i rzuciliśmy sprintem do ucieczki. W mgnieniu oka znaleźliśmy się na zewnątrz.
    Odkryliśmy wtedy szpitalną kostnicę, która najwidoczniej była połączona z kompleksem schronów, a nikt nie pofatygował się by te połączenie jakoś zaplombować. Tłumaczyło to dziwny, słodkawy zapach, który wydostał się po otworzeniu owych tajemniczych drzwi.

    Szczecin ogółem w tamtych czasach, jak pamięta go mój dziecięcy mózg wspomagany opowieściami rodziców, był miastem pogrążonym w oparach zadym wznoszonych przez pijanych Rosjan, strzelanin, łapanek na przemytników starających się ugrać jak najwięcej na bliskości granicy. Swojski Dziki Zachód. Ciekawostką ukazującą tamten stan rzeczy jest historia budki z kiełbasą. Owa budka znajdowała się tuż przy kinie w którym jej właściciel pracował jako bileter. Jako bileter nie zarabiał fortuny, więc wspomagał swój fundusz sprzedając kiełbasę. Mięso zaś było drogie, więc bileter wyłapywał niektórych widzów w kinie, zaciągał do budki i mordował. Można się domyślić co mieli w ustach ludzie zajadający ze smakiem jego wyroby mięsne.


    Obraz nosi tytuł "Latawce", jest w nim dla mnie trochę beztroski lat dziecięcych, a tego też częściowo tyczy się ten wpis.
    Miłej niedzieli!

    http://www.artpal.com/saj/?i=50773-11

    #tworczoscwlasna #historia #szczecin #malarstwo #sztuka
    pokaż całość

    źródło: DSC_1882ss.jpg

    +: robin_caraway, U...........5 +670 innych
  •  

    Obraz "Miasto rodzinne"/"Hometown"; olej na płótnie.

    Jak wspomniałem we wcześniejszym wpisie urodziłem się na Pawiaku, w roku 1942. Byłem tam z mamą na oddziale o nazwie Serbia, a tata znajdował się wtedy na oddziale męskim. Spędziliśmy tam dwa lata.

    Użytkownik @contraband pytał w jaki sposób udało nam się stamtąd wydostać. Niedługo przed powstaniem Niemcy likwidowali Pawiak, ludzi rozwożono do obozów, moich rodziców również zabrano; mama trafiła do Ravensbrück, a tata do Buchenwaldu. Mnie udało się wydostać dzięki Radzie Głównej Opiekuńczej, działającej wówczas organizacji charytatywnej. Trafiłem do mojej dalekiej krewnej, ciotki u której spędziłem ponad rok. W 1945 roku odnaleźli mnie moi rodzice, cali i zdrowi.

    Oczywiście tą część mojego życia znam tylko z opowieści rodziców, krewnych. Byłem zbyt mały, żeby coś zapamiętać. Pamiętam tylko jedną rzecz: szczekającą paszczę psa pilnującego, którym zostałem poszczuty, gdy jedna ze strażniczek pozwoliła mi wyjść z celi, co nie spodobało się przechodzącemu obok niemieckiemu strażnikowi.

    Dzieciństwo spędziłem w zrujnowanej Warszawie, uczyłem się tam w szkole podstawowej nr 133, którą ukończyłem w roku 56. Mieszkałem przy polach Bielańskich, na ulicy Swarzewskiej. Nieopodal były pola na których spotykałem się ze swoimi znajomymi z paczki. Żeby dostać się do niej trzeba było przejść test sprawnościowy wyznaczany przez najważniejszych chłopaków w bandzie. Przeważnie było to przejście pod dachem jednej z powojennych ruin, skacząc po wystających ze ścian cegłach, raniąc ręce drzazgami z połamanych belek podporowych. Próbę przeszedłem.

    Nasza paczka regularnie spotykała się co tydzień z ekipą wrogą (chłopaków z ulicy Hajoty), w stałym umówionym miejscu. Toczyliśmy ze sobą wtedy bitwy, pojedynki. Nie było to jednak obrzucanie się błotem czy strzelanie z drewnianych pistoletów, biliśmy się na prawdę. Wśród ruin słychać było świst kamieni, okrzyki bojowe, wybuchy petard samoróbek, płacz młodszych chłopaków, powietrze przecinały strzały z prowizorycznych łuków. Jedna z takich strzał, zwieńczona gwoździem, swój lot skończyła na moim brzuchu, co na szczęście nie miało większych konsekwencji niż ból, szczypta strachu i blizna, którą mam do dziś. Wojna pomiędzy bandą Swarzewskiej, a Hajoty trwała dobre lata.

    W 55 roku, jako 13 latek symbolicznie i nieświadomie zacząłem swoją walkę z komunizmem. Po powrocie z wakacji wybrałem się z kolegą na pole na którym odbywały się bitwy, na którym mieliśmy bazy i pochowane składy kamieni. Niestety zastaliśmy płot, za którym widniały fundamenty jakiejś dużej, ledwo zaczętej budowy. Oburzyło nas to wielce i stwierdziliśmy, że nie można nam tak po prostu odebrać naszego terenu! W akcie chłopięcej furii usypaliśmy ścieżki suchej trawy wokół płotu i podpaliliśmy je, by bronić swojego terenu. Zostaliśmy złapani przez robotników, którzy zauważyli nasz sabotaż i stłumili go w zarodku razem z ogniem. Trafiłem na milicję, stanąłem przed Kolegium Karnym i groźbą trafienia do domu poprawczego. Na szczęście za wstawiennictwem szkoły i dzięki mądrym rodzicom skończyło się ułaskawieniem.

    Takie było moje dzieciństwo w szarej, powojennej Warszawie.

    Przy okazji otwieram nowy tag: #obrazystefana pod którym będę publikował, a także pragnę poinformować, że w niedziele o godzinie 17:00 odbędzie się AMA z moim udziałem, serdecznie zapraszam!

    http://www.artpal.com/saj?i=50773-2
    http://stefanjedrzejeski.deviantart.com/art/Hometown-561820822

    Pozdrawiam serdecznie!

    #tworczoscwlasna #malarstwo #sztuka #warszawa
    pokaż całość

    źródło: DSC_1859 kopia.jpg

  •  

    Witam wykop!
    Jestem urodzonym w 1942 roku (w Warszawie na Pawiaku). Maluję przede wszystkim abstrakcję. Tworzę praktycznie przez całe życie, studiowałem na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Byłem zaangażowany w życie i środowisko artystyczne, namalowałem mnóstwo obrazów. Po ostatniej przerwie w życiu twórczym (przede wszystkim z powodów zdrowotnych) postanowiłem do niego wrócić. Wykop znam, także konto zakładam i tutaj. Będę dodawał swoje obrazy, z przyjemnością również opowiem to i owo. Na początek dodaję jeden z moich pierwszych obrazów pt. "Kontemplacja", malowany olejem na płótnie, powstał jeszcze za czasów studiów - w okolicach roku 1965.

    Zapraszam do odwiedzania mojej galerii na Artpal oraz profilu na Deviantart:
    http://www.artpal.com/saj
    http://stefanjedrzejeski.deviantart.com/

    Pozdrawiam serdecznie!
    #sztuka #malarstwo #tworczoscwlasna
    pokaż całość

    źródło: DSC_1923 kopia.jpg

    •  

      @bh933901: Tak, mają udział, jako dane, ale w sumie niezależnie od tego jaki smak / kolor itp. odbierzesz, to możesz go lubić albo nie i to nie zależy od właściwości tej rzeczy a jedynie od stosunku do niej. Tak sądzę, że jedna osoba lubi pomarańczę a druga nie, nie dlatego że inaczej im smakuje (choć tak się mówi, ale to uproszczenie i też bardziej chodzi o umysłowy odbiór a nie o faktyczne odczucie innego smaku), tylko dlatego że nie lubi np. zbyt kwaśnego smaku. To "lubi" siedzi tylko w głowie. To, że większość ludzi np. nie przepada za gorzkim, nie oznacza że gorzki smak jest "zły", jest jaki jest... Ta ocena pojawia się w głowie i nie jest w żaden sposób powiązana z samym smakiem, a jedynie z naszą relacją do niego. Nie?
      Zaciekawiłeś mnie tym, że interesuje Cię sens innych. Wiele osób tego sensu szuka na wpół-świadomie, więc czy opowieść o tym jest aż tyle warta by jej szukać?
      Wzdrygam się na myśl o porządkowaniu ludzi do struktur opisujących ich. Masz na myśli manipulację? Bo na tym samym polega:) I wiele osób skonstruowało coś takiego i można się tego nauczyć. Ale najsmutniejsze jest to, że poznanie reakcji ludzi jest możliwe, bo działają na automacie. A Twoja interakcja - w jakim charakterze jest dla Ciebie nieprzyjemna? Czy Ty się przed ludźmi otwierasz, że chciałbyś tego w zamian? Czy sam byłbyś skłonny się obnażyć po to, by ktoś mógł skrócić czas interakcji z Tobą?
      O moim zawodzie też można tak powiedzieć, może włączysz PW i odpiszesz mi tam?
      pokaż całość

    •  
      p.................r

      +3

      single

      @StefanJedrzejewski: PAnie stefanie. Polecam pograć w Age of Empires III - do kupienia w internecie ( lub ściągnięcia hihihih za free)
      Gra ma znacznie ładniejszą grafike a jest podobna do poprzedniczki. BArdzo fajna rozrywka.
      Do tego polecam Panu pograć w Heroes III , czyli w 20 letnią gre - strategie turową. Coś epickiego - teraz już takich gier nie robią :/

    • więcej komentarzy (133)

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika StefanJedrzejewski

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.