Wujek Alien

  •  

    1344 + 1 = 1345

    Tytuł: Rzeczy, których nie wyrzuciłem
    Autor: Marcin Wicha
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★★★★★★☆

    Książka, która razem z "Bezmatek", stanowi swojego rodzaju obraz ostatnich dni życia matki obserwowanej z perspektywy córki (Bezmatek) i syna - w opisywanej tu książce, oraz tego, co po niej zostało.

    Podobieństwo tych książek jest uderzające, w obu powtarzają się 2 główne części - wspomnienia z przeszłości i czas na chwilę przed i po śmierci matki. Natomiast różnią się jednym - "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" zaczyna się od przedmiotów. Opisu rzeczy, które przypominają bohaterowi o matce, które rodzą wspomnienia, te pozytywne i negatywne, które pozwalają nam lepiej ją poznać i jednocześnie stanowią dorobek jej życia.
    Ta część natomiast jest w książce najsłabsza. Dużo bardziej podobały mi się kolejne dwie, szczególnie wspomnienia dotyczące słów i powiedzonek, których jego matka używała. Mamy tego bardzo wiele przykładów, może odrobinę chaotycznych, ale też wspomnienia rzadko układają się w pamięci człowieka idealnie po kolei lub powiązane inaczej niż tematycznie.

    Kolejną istotną różnicą jest też to, że Bezmatek mam wrażenie był napisany z perspektywy bohaterki, u której śmierć matki i wspomnienia były dość świeże, rany jeszcze nie zabliźnione. Natomiast "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" rozgrywają się jakby bo dłuższej nieobecności syna w domu, który wrócił w rodzinne strony, żeby uporządkować sprawy, za które nie miał siły się zabrać wcześniej.

    Polecam - świetna książka, która jest czymś zupełnie innym, od tego, co najczęściej czytamy, a jednocześnie pozwala popaść w refleksję nad tym, jak wspomnienia i przedmioty definiują nasze wcześniejsze życie po śmierci.

    Do książek, z tego dość nietypowego podgatunku literatury pięknej dodałbym jeszcze "Taśmy rodzinne" i "Pustostany", niestety zdecydowanie gorsze niż obie wspommniane wcześniej pozycje.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu
    71/100
    #bookmeter #legimi #czytajzwykopem
    pokaż całość

    źródło: Wicha.Rzeczy.okladka.jpg

  •  

    1323 + 1 = 1324

    Tytuł: Ameryka i my
    Autor: Lidia Krawczuk, Paweł Żuchowski
    Gatunek: biografia, wspomnienia
    Ocena: 4/10

    Lidia Krawczuk i Paweł Żuchowski – para polskich dziennikarzy radiowych, zabierają Czytelników w podróż do Stanów Zjednoczonych, w których mieszkają od ponad dziesięciu lat. Wraz z nimi, dzięki ich dziennikarskim zmysłom (i akredytacjom otwierającym wiele drzwi) możemy być w samym środku najciekawszych wydarzeń w USA, a to, co dotychczas znaliśmy jedynie za pośrednictwem mediów, poznajemy z bardzo, bardzo bliska.
    „Ameryka i my” to nie tylko obraz współczesnej Ameryki pokazanej przez pryzmat interesujących miejsc, zdarzeń i ludzi. Dziennikarze, z humorem, odsłaniają kulisy swojego prywatnego i zawodowego życia.

    Jestem bardzo zawiedziona tą książką.
    Od 2019 roku słucham podcastu Lidii Krawczuk 'Ameryka i ja' i jest to naprawdę fajne źródło informacji o Stanach Zjednoczonych. Większość odcinków jest naprawdę udana (w szczególności polecam rozmowę z kierowcą taksówki/autobusu z Nowego Jorku!), ale te nagrywane z jej mężem, Pawłem Żuchowskim, wywołują we mnie zażenowanie, bo nagle robi się przaśnie, pojawiają się jakieś dziwne przepychanki słowne, taki klimat imienin u wujka.
    Chyba po prostu ten facet tak na mnie działa, bije od niego jakieś takie przekonanie o swojej nieomylności, albo w sumie coś, czego nie potrafię nazwać - po prostu jest dla mnie odpychający.

    Kupując książkę liczyłam na trochę więcej informacji o USA, czyli tego, co dostaję w podcaście Lidii, ale podanych w formie literackiej. Turbo rozczarowanie. Nie dość, że książką rządzi chaos, niektóre akapity w rozdziałach w ogóle się ze sobą nie spinają, jakby były pisane osobno i później po prostu skopiowane do jednego pliku, to jeszcze nie dowiemy się z niej niczego wartościowego.
    Język, jakim książka jest napisana, to język mówiony. Brakuje tu redaktora, jakiejś osoby, która by powiedziała - ej, ale tu warto dodać dwa zdania o programie lotów kosmicznych (jest cały rozdział o wahadłowcach, ale jedyne, czego się dowiecie, to że ciężko znaleźć hotel blisko centrum NASA, że Lidii udało się przeprowadzić wywiad z astronautą (z jakim? o co pytała? czego się dowiedziała? NIE WIADOMO), że czekając na start wahadłowca oglądali w aucie Gotowe na wszystko... no bez jaj).

    Takich fragmentów, gdzie musiałam przecierać oczy ze zdumienia jest naprawdę sporo. No i z rozdziałów Pawła Żuchowskiego bije ta sama dziwna postawa, która mnie drażni.

    Przebrnęłam, ale z niesmakiem. W komentarzach dwa fragmenty, żeby zobrazować, o czym mówię.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #usa #ameryka
    pokaż całość

    źródło: cdn-lubimyczytac.pl

  •  

    Istnieje wersja aplikacji Empik Go dla Windows10?

    #ebooki #ebook

  •  

    1326 + 1 = 1327

    Tytuł: Bezmatek
    Autor: Mira Marcinów
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★★★★★☆☆

    Dość skrajna książka, która jednak mi się całkiem podobała.

    Opowiada o mamie, a właściwie o tym jak mamę postrzega główna bohaterka. Poznajemy ich trudną, ale chyba dość prawdziwą i nieudawaną relację. Córka nie bardzo wie, jak własnymi słowami opisać matkę, więc ratunkiem dla niej jest używanie cytatów i tekstów z popkultury w tym książek i piosenek.

    Ich relacja jest skomplikowana, ale większość relacji matek z córkami, o jakich słyszałem, taka właśnie jest. Zostaje przerwana przez śmierć matki i żal córki po jej stracie. Autorka pokazuje ostatnie miesiące, tygodnie i dni życia matki, która w dodatku umiera niedługo po narodzinach swojej wnuczki. Córka nie jest na to przygotowana, nie wie, jak ma się zachować, co jej wypada, a czego nie. Jak ma przeżywać żałobę i kiedy powinna ją zakończyć, czy jej życie nie może być przez to szczęśliwe, bo choć momentami takie jest, to sama się za to karci, jakby robiła coś złego, popełniała zbrodnię na matce.

    W chwili śmierci przypomina jej się wszystko to, czego wymagała od niej matka odnośnie pogrzebu, nie wszystko może zrealizować, zaczyna się zajmować tym, co z perspektywy czytelnika może być mniej istotne, jak to, żeby jej matka dobrze wyglądała, maluje jej paznokcie, mimo, że matka chciała być skremowana. Tuli ją po raz ostatni i wie, że nie będzie miała już kolejnych ku temu okazji i wie, że nie wytuli jej na zapas na resztę życia.

    Mam wrażenie, że autorka opisuje w tej książce własną relację z matką i chce się z nami podzielić, albo inaczej, pozbyć się cieżaru związanego z jej śmiercią, przerzucając część odpowiedzialności i emocji na czytelnika. Nie sprawdzam takich informacji, bo wolę trzymać się przy swoich założeniach odnośnie autorki, dlatego nie zrobiłem tego też tym razem. To nie jest łatwa książka, ale też nie miała taka być. Mimo wszystko, bardzo szybko się ją czyta, wciąga od początku do końca i jest to książka, którą bez najmniejszego problemu da się przeczytać na raz.

    Główne zastrzeżenie, jakie mam do tej książki to ilość powtórzeń, jeden z cytatów przewija się chyba 4 czy 5 razy, nie wiem czy nie lepiej byłoby go zamineić na inny, oddający podobne emocje.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu
    70/100
    #bookmeter
    pokaż całość

    źródło: 9788381910002.jpg

  •  

    p0lka marzącą o tym by saudyjski książę przeorał jej już i tak rozklekotaną szparkę.

    Bestseller XDDD
    #p0lka #rozowepaski #ksiazki #legimi #czytajzwykopem

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 1626863201990.android.main.jpg

  •  

    1318 + 1 = 1319

    Tytuł: Pałac
    Autor: Wiesław Myśliwski
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★★★★★☆☆

    2 książka w dorobku Myśliwskiego, w której autor jeszcze nie pokazał pełni swojego potencjału.
    Przy jej czytaniu czuć, że przed wydaniem Widnokręgu i Traktatu o łuskaniu fasoli autor miał trochę inne podejście do pisanie niż te, do którego nas przyzwyczaił w tych 2 rewelacyjnych książkach.

    Fabuła skupia się wokół Jakuba, choć imię bohatera może być tylko przybranym imieniem/przezwiskiem (autor jest średnio przekonujący w tłumaczeniu), który przez swoje gapiostwo został ostatnim człowiekiem w pałacu i nie uciekł w dniu wybuchu wojny. Choć wszyscy o jej wybuchu mówili i zdążyli się przygotować, nasz protagonista najpierw nie ruszył z tłumem, bo bał się odejść, a później nie miał pojęcia, w którym kierunku miałby się udać, więc został sam w pałacu i jego obejściu.

    Nie wie jak ma się zachować, bo jest to dla niego zupełnie nowa sytuacja, nigdy wcześniej nie był w pałacu bez wytyczonego mu celu. Zwiedza pokoje pałacowe, zostawione w stanie ucieczki w pośpiechu, na stole jadalnianym trwa jeszcze uczta, lecz bez gości. Wyobraża sobie, jakby to było być jaśnie panem i przyjmować gości, zapraszać na uczty, polowania, rausze. Zastanawia się jakby to było być tym najważniejszym, mieć sługi na każde skinienie, uległe kobiety, ludzi liczących się z każdym jego słowem. Książka jest pełna wyobrażeń "Jakuba" odnośnie jego potencjalnego życia jako Pan, dialogów, które prowadziłby z innymi, sposobów spędzania czasu, kobiet z którymi chodziłby do łóżka i płodził dzieci, czy nawet nakrycia żony na zdradzie.

    Trudno się czyta tą książkę, jest trochę jak relacja z przebiegu choroby psychicznej, napisana z perspektywy samego chorego. Dalej jest rewelacyjnie napisana, choć nie tak dobrze, jak kolejne książki autora. Bohater co raz bardziej się w tym zatraca, jest już panem pałacu, po dawnym Jakubie nie ma już śladu. W dodatku jest w tym niebywale irytujący, cały czas liczyłem, że ktoś sprowadzi go do pionu, utrze mu nosa, ale to przecież jego własne wyobrażenie, więc trudno tu szukać takich momentów.

    Warto przeczytać, choć raczej nie spodoba się osobom, które nie są fanami autora.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu
    69/100
    #bookmeter #woblink #czytajzwykopem
    pokaż całość

    źródło: Mysliwski_Palac_2020_popr2_500pcx.jpg

  •  

    1316 + 1 = 1317

    Tytuł: Chłopaki Anansiego
    Autor: Neil Gaiman
    Gatunek: fantasy
    ISBN: 978-83-7480-872-9
    Ocena: ★★★☆☆☆☆☆☆☆

    Czytelnicy z Ameryki i całego świata po raz pierwszy poznali pana Nancy’ego (Anansiego), pajęczego boga, w innej powieści Neila Gaimana pt. „Amerykańscy bogowie”. „Chłopaki Anansiego” to historia o jego dwóch synach, Grubym Charliem i Spiderze.

    Polecam tylko fanom Gaimana. Jeśli nie spodobali się Wam "Amerykańscy Bogowie" (a mi się nie spodobali) to szkoda Waszego czasu na tę pozycję.

    To zabawna i straszna historia, niebędąca do końca thrillerem i nie do końca horrorem, niepasująca też do szufladki opowieści o duchach (choć występuje w niej co najmniej jeden duch) ani komedii romantycznej (mimo że pojawia się w niej kilka romansów i z pewnością jest komedią, no, prócz tych strasznych kawałków). Jeśli musicie ją jakoś zaklasyfikować, to jako komiczno-rodzinno-obyczajowy-horroro-thrillero-romans-z duchami, choć w ten sposób pominiecie elementy detektywistyczne i kawałki o jedzeniu.

    Humor tu jest wręcz prymitywny i mało zabawny. Książka może i miała być dla wszystkich, ale tak naprawdę jest dla nikogo.

    „»Chłopaki Anansiego« to wzorcowy przykład tego, jak może wyglądać współczesna fantastyka dla inteligentnych czytelników. Mamy tu dobry wątek psychologiczno-obyczajowy, wartką sensacyjną akcję, sporo ciepłego humoru, wątek fantastyczny, poruszający wyobraźnię nie gorzej od klasycznych opowieści o elfach i krasnoludach, a nawet całkiem mądry morał sprowadzający się do: »Ty też możesz obudzić w sobie Anansiego«. Dzięki wszystkim tym zaletom Gaiman zdobył zaszczyt, który pisarzowi fantastycznemu trudniej uzyskać od Hugo i Nebuli razem wziętych - pozycję numer jeden na liście bestsellerów »New York Timesa«...”.

    No trudno, najwyraźniej jestem debilem ¯_(ツ)_/¯ i nie potrafię docenić tego bestselleru (chociaż ostatnimi czasy to każda książka jest bestsellerem New York Timesa).

    I jaki wątek psychologiczno-obyczajowy? Wszyscy są tu do bólu płascy i nijacy. Bardziej irytujący niż śmieszni. W tej książce nie da się polubić nikogo; nikogo też tak naprawdę nie poznajemy (wprowadzenia brata "Grubego" to jakaś kpina). Do tego Gaiman pisze w specyficzny sposób, który przypomina mi zwracanie się do osób upośledzonych, co jest irytujące i męczące. Ta narracja naprawdę nie jest dla każdego. Do tego mnóstwo dialogów, które absolutnie nic nie wnoszą. Takie czcze gadanie, aby tylko zapełnić kartki.

    Nie z własnej winy zostałam posiadaczką 9 książek Gaimana z czego 2 to totalne porażki. I naprawdę szkoda mi czasu na kolejne.

    Nie wiem, może za stara na to jestem, w sumie to taka książka raczej dla nastolatków.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #czytajzwykopem #ksiazki
    pokaż całość

    źródło: chlopaki-anansiego.jpg

  •  

    1309 + 1 = 1310

    Tytuł: Przygody młodego przyrodnika
    Autor: David Attenborough
    Gatunek: reportaż
    Ocena: ★★★★★★★★☆☆

    Książka Davida opisująca jego początki jako podróżnika i realizatora programów przyrodniczych.
    Zaczyna od wyjaśnienia dlaczego to robi - w czasach gdy zaczynał, ogrody zoologiczne nie miały obecnych możliwości pozyskiwania zwierząt z innych ogrodów, bo zwierzęta nie rodziły się tak często w niewoli i ich przedstawiciele musieli jeździć po świecie i zabierać zwierzęta z ich naturalnego środowiska.
    Właśnie o takich wyprawach jest ta książka. Autor jeździ po świecie z ekipą filmową i przedstawicielami zoo w poszukiwaniu egzotycznych zwierząt, opisując swoje przygody z lokalną ludnością, problemami technicznymi i administracyjnymi.

    Świetnie się czyta historie człowieka, którego praca jest pasją, to jak zależy mu na nakręceniu ciekawego i wartościowego materiału, który pokaże ludziom, jak żyją zwierzęta niedostępne w Europie.

    Książka jest trochę gorsza niż "Życie na naszej planecie", ale też opisuje inne tematy i jest momentami nierówna. Najbardziej podobały mi się historie o leniwcach, waranach z Komodo i sposobach na transport zwiarząt.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu
    68/100
    #bookmeter #czytajzwykopem #legimi
    pokaż całość

    źródło: 0a-przygody-mlodego-przyrodn.jpg

  •  

    1307 + 1 = 1308

    Tytuł: Ostatni Kontynent
    Autor: sir Terry Pratchett
    Gatunek: fantasy
    Ocena: ★★★★★☆☆☆☆☆

    „Ostatni Kontynent” to 22. tom Świata Dysku i szósta (a zarazem ostania*) część cyklu o Rincewindzie. Gdybym jakimś nieszczęśliwym trafem zaczął czytać Świat Dysku i twórczość Pratchetta od tej części, byłby to pierwszy i od razu ostatni mój kontakt z tym autorem. Przy okazji omawiania poprzedniego tomu pisałem, że oceniam go na 6/10 i mniej dać sir Terry'emu nie wypada, ale niestety po lekturze „Ostatniego Kontynentu” jestem zmuszony zmienić zdanie. Poniżej moja pseudo-recenzja z mojej strony, w której po krotce przybliżę o co chodzi w książce i dlaczego tak nisko oceniam tą część Świata Dysku.

    * Rincewind jest też jedną z postaci w tomie „Ostatni Bohater”, ale przez niektórych czytelników nie jest on wliczany stricte do cyklu o Rincewindzie. Jak przeczytam to ocenię.

    Lektura rozpoczyna się w momencie, kiedy Bibliotekarz Niewidocznego Uniwersytetu zapada na dziwna chorobę, przy której podczas każdego kichnięcia zmienia swoją postać. Magowie po typowej dla nich burzy mózgów (czyli kłótni, steku bzdur i nietrafionych decyzji) dochodzą w końcu do wniosku, że jedynym lekarstwem na wyleczenie sympatycznego orangutana jest odnalezienie jego prawdziwego imienia. Jak się szybko okazuje, jedynym który to imię pamięta jest nie kto inny jak Rincewind. Tylko właśnie, jak teraz odnaleźć Rinca, który po wydarzeniach z „Ciekawych Czasów” został zesłany do tajemniczej krainy IksIksIksIks? Bohaterowie oczywiście nie mają pojęcia jak się zabrać za misję poszukiwawczo-ratunkową, ale poprzez przypadkowy splot wydarzeń trafiają tam, gdzie mieli trafić (no, prawie). I żeby nie było zbyt łatwo, chociaż mniej więcej zgadza się gdzie, to tym razem nie zgadza się kiedy – magowie trafiają na wysepkę obok IksIksIksIks, ale o jakieś 10 tysięcy lat za wcześnie. :)

    Przygody magów, próby odnalezienia się w nowej (starej?) rzeczywistości, wyleczenia Bibliotekarza czy odnalezienia Rincewinda przeplatane są z przygodami tego ostatniego. Czytelnik szybko orientuje się, że IksIksIksIks przez który brnie (a raczej ciągle ucieka) Rincewind to dyskowa wersja naszej ziemskiej Australii. I tutaj pojawia się największy mankament tej książki. O ile zmagania magów są znośne i w zabawny sposób dotykają zagadnień czy to ewolucji, czy podróży w czasie, czy nawet seksualności i spraw damsko-męskich to część z Rincewindem parodiująca Australię jest dla polskiego czytelnika praktycznie niezdatna do czytania.

    W tym miejscu muszę podkreślić, że nieprzypadkowo napisałem dla polskiego czytelnika. Przygody Rincewinda w „Ostatnim Kontynencie” to w dużej mierze książka drogi (czy raczej ucieczki), podczas której Rinc spotyka typowe dla angielskiego czytelnika wyobrażenia o Australii. I o ile zawsze podkreślam, że sir Terry jest mistrzem parodii i błyskotliwego wyśmiewania przywar i stereotypów to tutaj mamy do czynienia z jednym, wielkim gagiem i wyśmiewaniem przywar Australijczyków (czy raczej wyobrażeń Brytyjczyków o Australii) a fabuła schodzi na drugi, czy nawet trzeci plan. Wyobrażam sobie ile żartów musiało być nieprzetłumaczalnych, ile kontekstów może nie znać polski czytelnik, czy po prostu każda inna osoba nie znająca australijskich realiów. Jest nawet kilka scen w książce, w które iksiksiksiks-jańskie postaci spierają się o sens i brzmienie angielsko-australijskich idiomów, co w polskim tłumaczeniu nie dość, że traci to jest po prostu bezsensowne. Nie umniejszam, broń Boże, autorowi tłumaczenia, wydaje mi się, że i tak zrobił kawał dobrej roboty, ale przez takie sytuacje w książce momentami czyta się ją bardzo siermiężnie, musiałem się męczyć i zmuszać, żeby przebrnąć.

    Podsumowując, jeśli jesteś australofilem, znasz Australię i zwyczaje Australijczyków na wylot, będzie to dla Ciebie najlepsza część Świata Dysku jaka wyszła spod pióra sir Terry'ego. A jeśli jeszcze zdecydujesz się na lekturę w języku angielskim to już w ogóle fantastyczna zabawa murowana. We wszystkich innych przypadkach (a ja się do nich zaliczam) może być ciężko i ten tom może nie sprawiać tyle frajdy co inne, a to co w innych częściach bawi, tutaj męczy . 5/10.

    #bookmeter
    pokaż całość

    źródło: granice.pl

  •  

    1300 + 1 = 1301

    Tytuł: Powrót Króla
    Autor: J. R. R. Tolkien
    Gatunek: fantasy
    Ocena: ★★★★★★★★★☆

    Świetne zwieńczenie trylogii Władcy Pierścieni.
    W tej części Tolkien dużo lepiej zarysował bohaterów i ich kluczowe cechy. Bardzo dużą część poświęcił Denethorowi, jego miłości do pierworodnego syna Boromira i trudnej relacji z drugim synem Faramirem.

    Nie będę się skupiał na fabule, bo ją każdy zna, natomiast dla mnie ogromnym zaskoczeniem było zakończenie książki, które w filmie, nawet w wersji reżyserskiej rozszerzonej, jest dużo mniej rozbudowane i pomija ogromnie ważny wątek hobbitów przedstawiony w 3 ostatnich rozdziałach książki. Bez większych spojlerów powiem, że chodzi o stan w jakim hobbici zastali swoją krainę i zanim wrócili do sielankowego życia musieli się rozprawić z jej problemami.
    Moją ulubioną postacią jest Sam i to jego przygody były dla mnie najbardziej interesujące. Niestety najmniej ciekawił mnie wątek Gandalfa i jego ciągłe znikanie było dla mnie mocno irytujące. Na szczęście autor postanowił go usprawiedliwić i przez to na koniec delikatnie zmieniłem moje zdanie o Gandalfie.

    Świetna seria fanatasy, niestety chyba trochę za krótka. O Ile u Sandersona odczuwam powoli zmęczenie tematem, to u Tolkiena chętnie sięgnę po kolejne książki, żeby lepiej poznać Śródziemie. Szkoda, że już bez tych bohaterów.

    Największy podziw jednak wzbudza u mnie cała otoczka książek, czyli wszystko to, co Tolkien zrobił, żeby napisać książki i mam tu na myśli np. wymyślenie jezyka elfów. Widać i czuć czytająć, że miał dokładnie przemyślany zamysł na całą trylogię już przy pisaniu 1 tomu, co nie każdemu autorowi się udaje osiągnąć.

    Jeśli jeszcze uchował się ktoś taki jak ja, kto nie czytał wcześniej Trylogii lub chciał, przeczytać ale zniechęcił go dość dziecinny Hobbit, to serdecznie polecam. Świetna przygoda na niemal dobę czytania (3 tomy razem).

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu
    67/100
    #bookmeter
    pokaż całość

    źródło: POWROT-KROLA-ILUSTROWANE-WLADCA-PIERSCIENI-TOM.jpeg

  •  

    1289 + 1 = 1290

    Tytuł: Jadąc do Babadag
    Autor: Andrzej Stasiuk
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★★★★☆☆☆

    Po bardzo kiepskim "Przewozie" chciałem sprawdzić, czy ten autor jest aż tak zły i inne jego książki będą rozczarowaniem, czy może wręcz przeciwnie.

    Wyszło nieźle, to książka, która z dwóch powodów przypomina mi książki pana Myśliwskiego. Po pierwsze jest książką, w której autor opowiada dla samego opowiadania, dla dzielenia się swoimi wrażeniami z przygód i podróży przez wschód Europy, które sam określa wielokrotnie zadupiem. Po drugie - lektor - książka w Legimi jest synchrobookiem, w którym można się swobodnie przełączać między audiobookiem i ebookiem, a audiobook jest czytany przez tego samego lektora co "Traktat o łuskaniu fasoli", który bardzo do tamtej książki pasował, a do tej mam wrażenie, że pasuje jeszcze bardziej.

    Jak wspomniałem wcześniej, książka opowiada o podróży przez kraje Europy wschodniej, a właściwie przez ich bardziej odosobnione rejony, małe miasteczka, wsie i miejsca, do których nikt inny nie chce podróżować.
    Całość jest napisana językiem sprzeczności, z jednej strony świetne opisy miejsc i ludzi, wciągające historie, z drugiem czasami rynsztokowy język i jego najłagodniejsze określenia jak pierdolnik, czy zadupie.

    "...Chcia­łem zo­ba­czyć, jak zie­mia opada i wśli­zgu­je się pod po­wierzch­nię wód, jak zo­sta­wia za sobą ludzi, zwie­rzę­ta i ro­śli­ny, jak umyka od swo­ich zajęć, strzą­sa z sie­bie ten cały ba­ła­gan hi­sto­rii, ludów, ję­zy­ków, ten sta­ro­daw­ny pier­dol­nik zda­rzeń, zamęt losów, chcia­łem zo­ba­czyć, jak szuka od­po­czyn­ku w wiecz­nym pół­mroku głę­bin w obo­jęt­nym i mo­no­ton­nym to­wa­rzy­stwie ryb i wo­do­ro­stów..."

    "... Czu­łem, jak koń­czy się kon­ty­nent, czu­łem przy­spie­szo­ny od­dech lądu, który po­rzu­ca swoje obo­wiąz­ki. Mie­li­śmy zo­stać z całym do­byt­kiem, ze swoją klą­twą i hi­ste­rią, i pa­trzeć, jak jego nagi grzbiet wśli­zgu­je się pod gład­kie prze­ście­ra­dło wód.
    Tul­czę zo­ba­czy­łem z da­le­ka i z góry. Opusz­cza­li­śmy się ła­god­ny­mi za­ko­sa­mi po­śród wzgórz. Nad mia­stem i rzeką wi­sia­ła sza­ro­si­na mgła. Dunaj roz­dzie­lał się tutaj na trzy od­no­gi, na dzie­siąt­ki ka­na­łów, je­zior i roz­le­wisk. Ramię rzeki za­mie­nia­ło się w wiel­ką dłoń. Palce odnóg, ścię­gna ka­na­łów, pa­znok­cie piasz­czy­stych plaż na wy­brze­żu, bi­żu­te­ria roz­le­wisk i li­ma­nów, wszyst­ko po­kry­te zie­lo­ną skórą ba­gien i bez­kre­snych trzci­no­wych pól..."


    Nie jest to najwybitniejsza książka w swoim gatunku, ale nie jest też najgorsza. Dla mnie była bardzo wciągająca i ciekawa, natomiast nie każdemu się spodoba książka o zwykłych ludziach w zwykłych krajach, w których życiu nie ma większego polotu i finezji, a liczy się przeżycie z dnia na dzień, czy miesiąca na miesiąc.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu
    66/100
    #bookmeter
    pokaż całość

    źródło: jadac-do-babadag-b-iext71663319.jpg

  •  

    1276 + 1 = 1277

    Tytuł: Suma wszystkich strachów
    Autor: Tom Clancy
    Gatunek: sensacja
    Ocena: ★★★★★★★★★★

    -Witamy przy pożarze. Ludzie gówno wiedzą, co się dzieje, ale żądają trafnych decyzji. Tyle, że w takich sytuacjach o trafnych decyzjach nie ma mowy.

    W zamieszaniu wojny październikowej w 1973 roku izraelskie lotnictwo zgubiło bombę atomową. Nieuzbrojoną, ale zawierającą pluton. Mniej więcej dwadzieścia lat później, na początku ostatniej dekady XX wieku, już po zjednoczeniu Niemiec, a przed rozpadem Związku Radzieckiego Amerykanie przedstawiają zainteresowanym stronom plan traktatu pokojowego autorstwa Jacka Ryana. Umowa ma na celu zaprowadzić pokój na Bliskim Wschodzie. W tym samym czasie jednak w Jerozolimie ma miejsce incydent, który na arenie międzynarodowej stawia Izrael w bardzo złym świetle. Poza tym przypadkowo odnajduje się zagubiony ładunek nuklearny. I - oczywiście - znajdują się też ludzie, dla których idea komunizmu została zdradzona przez rządy zarówno NRD, jak i ZSRR. Oni jednak czują się w obowiązku działać dalej dla sprawy. Dalej te wątki toczą się, zdawałoby się swoimi osobnymi ścieżkami, tylko po to, żeby w odpowiednim momencie się ze sobą połączyć.

    Mam za sobą już od kilku lat chyba wszystkie opowieści o Jacku Ryanie. Od jakiegoś czasu miałem ochotę na ciekawą, trzymającą w napięciu, zwyczajnie dobrą historię. Po zawodzie, jaki mnie dwukrotnie spotkał, kiedy wziąłem się za książki, które polecił mi ktoś, postanowiłem wrócić do tego, co sam już kiedyś sprawdziłem i co sprawdziło się w konfrontacji z moimi preferencjami. Sumę wszystkich strachów z całego cyklu wybrałem wyłącznie dlatego, że pamiętałem z tej książki jeden rozdział, który zrobił na mnie szczególne wrażenie i pamiętam go do dziś. Chodzi o

    pokaż spoiler rozdział 35, w którym autor opisuje co się dzieje w kolejnych nanosekundach od zainicjowania reakcji łańcuchowej w skonstruowanej bombie.


    Książka dalej robi wrażenie. Chyba nawet większe, niż za pierwszym razem. Wydarzenia historyczne mieszają się pomysłami autora (w takim znaczeniu, że to, co rzeczywiście działo się na świecie przed tym, jak Clancy zaczął wymyślać swoje scenariusze ma tutaj swoje odzwierciedlenie i konsekwencje, natomiast same wizje autora z poprzednich tomów nie zostały porzucone i w tej części traktowane są na równi z wydarzeniami faktycznymi; nie uważam jednak, żeby nieznajomość jednych lub drugich przeszkadzała w odbiorze). Ogrom informacji technicznych (gdzieś, chyba w Jak pisać... Kinga, czytałem, że pod adresem Clancyego pojawiały się wręcz oskarżenia o szpiegostwo, tak dobrze potrafił zebrać, zsyntetyzować i przedstwaić ogólnie dostępne informacje), który mógłby przytłaczać. Ale nie przytłacza (dotyczy to też wspomnianych wcześniej wydarzeń, które są w odpowiednich miejscach streszczone tak, żeby czytelnik znał kontekst), a to za sprawą umiejętności narracyjnych. To, że u Clancyego bohaterowie nie wsiadają po prostu do samolotu, ale na przykład do konkretnego modelu Gulfstreama, który często ma też skrótowo opisane główne charakterystyki dodaje tylko opowieści wiarygodności. Nawet, kiedy nie ma się czasami pojęcia o inżynieryjnych zawiłościach. A tych jest sporo, bo wydarzenia dzieją się wszędzie. Od oceanicznych głębin, gdzie, mimo, że czasy zimnej wojny się już skończyły, kapitanowie okrętów podwodnych dalej lubią pobawić się w kotka i myszkę, z tym, że już na trochę innych zasadach; przez powierzchnię mórz i oceanów z pływającymi po niej transporterami i lotniskowcami. Z lotniskowców za sprawą myśliwców czy helikopterów akcja przenosi się w powietrze. Nie bez znaczenia są też wydarzenia na ziemskiej orbicie, tam w końcu też można znaleźć mnóstwo sprzętu, czy to cywilnego, czy wojskowego. Tym wszystkim z lądu sterują wszelkiej maści politycy, wojskowi i funkcjonariusze. Cały korowód postaci, z których każda jest bardzo mocno zarysowana, bardzo wiarygodna, ze swoją historią, motywacjami i słabościami. Z charakteru postaci i ich dążeń wynikają zdarzenia, a z ich słabości problemy. Do tego dochodzi działanie bohaterów w warunkach niepewności związej z fragmentarycznymi, wątpliwej jakości lub niepotwierdzonymi danymi wywiadowczymi. Z resztą czytelnik też dostaje niepełne informacje. Niektóre karty odkrywane są później, niektórych faktów musi się sam domyślać - jak prawdziwy as wywiadu. Clancy poradził sobie znakomicie z połączeniem tych wszystkich czynników, chyba żadna z podjętych przez kogokolwiek w książce decyzji nie wydawała mi się niewiarygodna.

    Jeśli miałbym do czegokolwiek przyczepić się w całej tej historii, to spore nagromadzenie przypadków w samej końcówce. Trochę dziwne, ale mimo to absolutnie do uwierzenia.

    Dałem się tej książce pochłonąć całkowicie. To było 800 stron nad którymi spędziłem 26 godzin, w czasie których ani przez chwilę nie czułem nawet początków znudzenia. Nawet polityka, która w wydaniu rzeczywistym mnie odrzuca, a w wydaniu literackim często przerasta lub nudzi tutaj mnie porwała. Jeśli wszystkie książki sensacyjne byłyby choć w trzech czwartych zbliżone do tego, jak napisana jest Suma wszystkich strachów istniałoby ryzyko, że mógłbym stać się fanem gatunku. Jeśli zaś w podobny sposób dałoby się pisać książki historyczne, to być może byłaby to moja ulubiona dziedzina wiedzy.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter
    pokaż całość

    źródło: cdn-lubimyczytac.pl

  •  

    Dziś dość nietypowy zestaw
    #czytajzwykopem #ksiazki

    źródło: rSaved3810409183849555255.0

  •  

    1258 + 1 = 1259

    Tytuł: Przewóz
    Autor: Andrzej Stasiuk
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★★☆☆☆☆☆

    To chyba najbardziej nierówna książka jaką czytałem, z jednej strony piękne opisy i cudowne zdania, z drugiej drewniane dialogi, wszechobecny bród, smród, ubóstwo i zezwierzęcenie.
    Fabuła jest dość chaotyczna, mamy obraz 4 głównych postaci - przewoźnika, dwójki rodzeństwa i człowieka z czasów współczesnych, który wspomina swoje dzieciństwo. Historia rodzeństwa, próbującego przeżyć w tych trudnych czasach wojny między 2 wrogimi armiami, podobała mi się najbardziej.

    Dialogi są dość drewniane, mnóstwo w nich przekleństw i wtrąceń z obcych języków, których nie chciało się wydawnictwu przetłumaczyć nawet w przypisach, ogromny minus. Pierwsze 4-5 zdań po niemiecku sam sobie przetłumaczyłem, ale później już mi się nie chciało.

    Z jakiegoś powodu autor postanowił uzewnętrznić wszystkie nieprzyjemne zapachy towarzyszące temu co się dzieje na kartach strony, od brudnych stodół ze świńskimi wymiotami, po kobiety, których naturalny zapach ciała i brak higieny wzbudza w facetach popęd seksualny. A tych opisów zapachu jest mnóstwo.

    Kompletnie mnie rozczarowała ta książka, gdybym miał ją określić słowami, to byłyby to: bród, smród, wojna i walka o przetrwanie w uwłaczających człowiekowi warunkach. Spodziewałem się pięknie napisanych historii zwykłych ludzi w trudnych czasach, czyli mieszanki książek Myśliwskiego, "Nie umieraj do jutra" Glutha-Nowowiejskiego i innych książek o trudnych czasach wojny z perspektywy zwykłych ludzi.

    Na lubimy czytać jest mnóstwo skrajnych opinii o tej książce, ja niestety zaliczam się do tych z dolnej połówki ocen.
    Nie polecam, szczególnie, że nie jest to krótka książka - 400 stron.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu
    64/100
    #bookmeter
    pokaż całość

    źródło: large_stasiuk_przewoz.jpg

  •  

    1262 + 1 = 1263

    Tytuł: Gambit zabójcy
    Autor: Tony Kent
    Gatunek: thriller
    Ocena: ★★★★★★★☆☆☆

    Książkę dostałem w prezencie, a do przeczytania zachęciło mnie dumne hasło na okładce: Arcymistrzowska rozgrywka.
    Motywem przewodnim jest zamach na Trafalgar Square, w którym zamachowiec wbiega na plac i zabija jednego z czołowych brytyjskich polityków i rani byłego prezydenta USA. W tym czasie jeden ze snajperów, którzy mieli ochraniać uroczystość, strzela do agentki służb specjalnych torując drogę zamachowcowi i umożliwia mu przeprowadzenie zamachu. Od tego momentu cała reszta to już czysty "przypadek". Zamachowiec w areszcie rozmawia z adwokatem z urzędu, chwilę po tej rozmowie popełnia samobójstwo, a jego adwokat ginie w wypadku zepchnięty z drogi przez suva.

    Tropem zamachu ruszają niezależnie 2 osoby, agent wywiadu Dempsey i dziennikarka CNN Truman. Dziennikarka ma dużo więcej szczęścia, bo zupełnie przypadkiem wpada na prawnika, który dobrze znał adwokata (który zginął w wypadku) zamachowca i jeszcze większym przypadkiem jest bratem i synem członków Irlandzkiej mafii. Zaczynają niezależne śledztwa, które prowadzą ich do tych samych wniosków.

    Ta książka to thriller ze zbyt dużą ilością przypadków, po za agentem wywiadu też nikt nie wykorzystuje swoich umiejętności (i to też nie w pełni). Dziennikarka nie ma żadnych znajomości, adwokat nie pamięta nic z prawa, ale za to przeszły na niego mafijne zdolności ojca i brata, które ostatnio widział na oczy 20 lat temu i przez cały ten czas chciał się od nich odciąć. Bardzo dużo tu podobieństw do książek Childa, czy Forsytha i to niestety nie gra na plus.

    A szkoda, bo zapowiadała się całkiem nieźle, niestety z zapowiedzi "Arcymistrzowska rozgrywka", zostaje "rozgrywka przypadków".

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu
    65/100
    #bookmeter
    pokaż całość

    źródło: 9788382154467.jpg

  •  

    1247 + 1 = 1248

    Tytuł: Brzemię białego człowieka. Jak zbudowano Imperium Brytyjskie
    Autor: Kazimierz Dziewanowski
    Gatunek: historyczna
    ISBN: 978-83-8202-216-2
    Ocena: 8/10

    Obecne wydanie to kolejne już wznowienie książki polskiego dziennikarza Kazimierza Dziewanowskiego, która powstała w latach 80-tych XX wieku. Pozycja poświęcona jest Imperium Brytyjskiemu, jego początkom oraz rozkwitowi, którego koniec autor wyznacza na wojny burskie. Na pewno zaletą książki jest warstwa literacka, Dziewanowski w znakomity sposób przedstawia postacie dzięki którym Wielka Brytania stała się mocarstwem. Mamy więc przedstawionych korsarzy jak Francis Drake czy Henry Morgan, podróżników jak James Cook czy wojskowych jak Robert Clive. Autor w swoich rozważaniach nie skupia się na polityce wewnętrznej państwa, lecz przedstawia dzieje imperium z perspektywy kolonialnej, dlatego opisano takie wydarzenia jak powstanie Kanady, zdobycie Cejlonu oraz Birmy, podbój Indii, bunt Sipajów czy dzieje Australii. Jest to też próba odpowiedzenia na pytanie jak to się stało, że to Brytyjczykom przypadła misja cywilizowania świata, stąd też sporo miejsca poświęcono podstawom teoretycznym imperium oraz temu jak sami Brytyjczycy postrzegali kolonie i jak chcieli nad nimi panować. Książkę czyta się jednym tchem, akurat opowieści o piratach, podróżnikach czy urzędnikach Kompanii Wschodnioindyjskiej przeważnie są niezwykle barwne, więc trudno byłoby tutaj coś zepsuć, ale nie powinno nam to przysłaniać pewnych wad. Pomimo dość sporej objętości (ponad 700 stron) autor pominął wiele istotnych wydarzeń, z czego zresztą sam Dziewanowski zdawał sobie sprawę. Dziennikarz raczej też nie interesował się sferą gospodarczą państwa, z dodatków czytelnik dostaje ledwie dwie mapy, więc z pewnością temat nie jest jeszcze wyczerpany w polskojęzycznej historiografii.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #ksiazki #historia
    pokaż całość

    źródło: brzemię białego człowieka.jpg

  •  

    #golenie #pytanie #modameska

    Parę pytanek co do golenia tradycyjnego:
    -Co ile mniej więcej powinno się wymieniać żyletkę? Teraz wymieniłem jak już zaczęło mi szarpać zarost (BiC), a po wymianie w ogóle nie czułem ostrza (Astra), także nie wiem gdzie tu znaleźć złoty środek.

    -Obecnie przerobiłem PolSilvera i BiCa, gdzie PolSilver odpadł a BiC jest spoko. Teraz przerabiam Astrę, a nie otworzyłem jeszcze żyletek Derby, Rapira i Voskhod. Co powinienem wypróbować na następny raz?

    -Jeżeli chodzi o coś łagodzącego po goleniu, co najlepiej polecacie? Obecnie korzystam z balsamu Nivea Men Sensitive, no ale coś czuję że nie jest to najlepszy wybór. Niektórzy polecali też Warsa, ale nie wiem czy byłby dobry, bo ma alkohol i nie wiem czy będzie mnie piec czy nie. Jeżeli chodzi o krem to używam Lidera i jest spoko.
    pokaż całość

    źródło: 20210710_132837.png

  •  

    1255 + 1 = 1256

    Tytuł: Odprysk świtu
    Autor: Brandon Sanderson
    Gatunek: fantasy
    Ocena: ★★★★★★★★☆☆

    Kolejne opowiadanie z uniwersum Cosmere, które celuje w czytelnika chcącego lepiej poznać postacie i wątki z Archiwum Burzowego Światła.
    Tom oznaczony jako 3.5, czyli między "Dawcą Przysięgi", a "Rytmem Wojny".
    Podobnie jak w przypadku "Tancerki krawędzi", czy "Rozjemcy" poznajemy pobocznych bohaterów, którzy w dalszej części uniwersum odegrają swoje role. Tym razem skupiamy się na Rysn i Lopenie (jednym z ludzi Kaladina, który pozbawiony był ręki), ale też kilku innych pomniejszych postaciach.

    Rysn jest niepełnosprawnym (brak władzy w nogach) dowódcą statku, który rusza na powierzoną przez Navani misję (właściwie samobójczą) w poszukiwaniu tajemniczej wyspy Akinah i sprawdzeniu dlaczego świetliści w jej pobliżu tracą całe burzowe światło. Dostajemy informację, że nikt z tej wyspy nie wrócił, więc jeśli się uda, będzie to pierwszy taki przypadek. Poznajemy ciekawe morskie przygody, widziane z perspektywy osoby niepełnosprawnej, która skazana jest na pomoc i lekceważący stosunek innych członków załogi. Jej nogi nie mogły być wyleczone przez Renarina, bo minęło zbyt wiele czasu od wypadku i jedynym środkiem transportu zostaje wózek inwalidzki. Rozdziały pokazują naprzemiennie perspektywę Lopena i Rysn. W tej rozdziały wplecione są również wskazówki co do tego, co dzieje się z głównymi bohaterami ABŚ.

    Czy czytanie tej książki jest konieczne?
    I tak i nie, z jednej strony uniwersum wydaje się być ogromne i ilość bohaterów i wątków może przytłaczać przez co czytelnik czuje się trochę zagubiony, z drugiej jeśli komuś to nie przeszkadza i chce poznać lepiej bohaterów drugoplanowych, to czytanie "Tancerki krawędzi", "Rozjemcy" i "Odprysku świtu" będzie świetnym uzupełnieniem podróży przez fantastyczny świat Sandersona.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu
    63/100
    #bookmeter
    pokaż całość

    źródło: 1_max.jpg

  •  

    1198 + 1 = 1199

    Tytuł: Projekt Hail Mary
    Autor: Andy Weir
    Gatunek: science fiction
    Ocena: ★★★★★★★★★☆

    Do przeczytania zachęcił mnie @abralinc, za co bardzo mu dziękuję bo była to świetna lektura.
    Pomysł na książkę jest bardzo podobny do Marsjanina, natomiast akcja dzieje się na statku kosmicznym zmierzającym do Tau Ceti i również mamy jednego ocalałego bohatera. Ale jak do tego doszło: W okolicy Słońca pojawiły się astrofagi, mikroorganizmy żywiące się fotonami i potrafiące przetrwać w ekstremalnych warunkach słonecznych. Grupa naukowców decyduje się rozpocząć misję mającą uratować Ziemię i odkryć sposób zniszczenia astrofagów. Nie zdradzając zbyt wiele fabuły, bo jest ona świetnie napisana i nie chcę Wam zabierać zabawy: Naukowiec, a właściwie nauczyciel, Ryland Grace odkrywa właściwości astrofagów i zostaje ekspertem w tej dziedzinie. Zostaje włączony do programu, który odkrywa, że astrofagi choć niszczą nasz Układ Słoneczny mogą być źródłem napędu oraz jest jeden układ gwiezdny, który się astrofagom opiera. Postanawiają wysłać misję w kierunku Tau Ceti, żeby odkryć jak przeciwdziałać temu zjawisku. Ziemii, a właściwie ludziom na Ziemii, zostało niewiele czasu, około 40 lat.

    Rylan rusza na podbój kosmosu, w trakcie którego odkrywa obcą cywilizację i wspólnie z jej przedstawicielem odkrywają jak uratować swoje planety.
    Rewelacyjna książka o samotności, przyjaźni i walce o przetrwanie.
    Książka, której jedynym minusem jest to, że jest może troszkę przeciągana, jest kilka wątków, które nie robią nic po za wydłużaniem książki i dlatego daję jej 9/10.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu
    58/100
    #bookmeter
    pokaż całość

    źródło: 9788328716803.jpg

    •  

      @spinel: Dużo mniej realistycznie, napęd z astrofagów choć może się wydawać świetnym pomysłem, nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości. Mam wrażenie, że inne rodzaje napędu, których koncepcje opracowano jeszcze w ubiegłym wieku, miałyby więcej sensu. Natomiast astrofagi są tutaj głównym powodem podróży i to, że można je zaprząc do pracy na korzyść człowieka, ma sens w całej historii.

      +: spinel
  •  

    1253 + 1 = 1254

    Tytuł: Dwie Wieże
    Autor: J.R.R. Tolkien
    Gatunek: fantasy
    Ocena: ★★★★★★★★☆☆

    Kontynuacja Drużyny pierścienia, którą zaczynamy od rozdzielenia się drużyny na 3 grupy: Aragorn, Gimli i Legolas; Meriadok i Peregrin; Frodo i Sam.
    Książka podzielona jest na 2 części - pierwsza skupia się na Aragornie, Gimlin i Legolasie oraz ich pogoni za hobbitami, a druga na Frodo i Samie. Jest to bardzo ciekawy zabieg, dzięki któremu nie ma przeskoków między bohaterami i poznajemy ich historie jednym ciągiem. Ogromny plus w stosunku do książek, które skaczą między wątkami co rozdział.

    Tworzy to też świetny obraz relacji Froda, Sama i Smeagola, która choć trudna, jest moim ulubionym wątkiem w książce. Widzimy wiele rozterek związanych z pozostawieniem Golluma przy życiu i upewnienia się, że nie zrobi hobbitom krzywdy. W trakcie wspólnej podróży Gollum ratuje hobbitów i oni ratują jego, dzięki czemu nawzajem zawdzięczają sobie życie.
    Pierścień i jego władza nad bohaterami jest świetnie ukazana w przypadku Boromira, który jest głównym czynnikiem rozdzielenia drużyny.

    Największym nieporozumieniem jest dla mnie wątek Gandalfa i to jak staje się "obcy" dla drużyny na tyle, że go nie poznają. Zyskuje też nowe moce, ale mam wrażenie, że mógłby dzięki nim ułatwić drużynie podróż. Przemiana sama w sobie jest bardzo ciekawa, natomiast potencjał tego bohatera jest kompletnie niewykorzystany i w momencie, gdy mógłby się na coś przydać, jest daleko od drużyny.

    Gdybym miał ocenić obie części książki, to pierwsza dostałaby 7/10, a druga 9/10, stąd ocena końcowa - 8/10.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu
    62/100
    #bookmeter
    pokaż całość

    źródło: i-dwie-wieze-j-r-r-tolkien-wersja-ilustrowana.jpg

    •  

      @smierdakow: Zgadzam się w 100%, natomiast z perspektywy czytelnika to wygląda trochę dziwnie, bo zebrał drużynę, której powierzył właściwie misję samobójczą i wpada ich odwiedzić tylko, gdy przezwyciężają wszystkie zagrożenia.

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika ali3en

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Popularne tagi ali3en

Osiągnięcia (4)