•  

    Zapraszamy wszystkich entuzjastów królewskiej gry do nowopowstałego klubu na lichess.com

    https://lichess.org/team/volt-chess-club

    Oraz na kanał discordowy, gdzie niedługo będzie rozgrywany turniej:

    https://discord.gg/8Gbu2M4wJS

    Do zobaczenia!

    #szachy
    pokaż całość

  •  

    T9

    -A więc….. Lodewijk popatrzył i jeszcze raz przeczytał treść depeszy.
    -Cieszmy się! – Pijany od wczoraj Felix krzyknął radośnie- przeżyliśmy całą wojnę a i pozwiedzaliśmy kawał świata. Byłeś kiedyś wcześniej w Egipcie? Teraz możemy wszystko!
    -Taaak.. -odpowiedział z goryczą- ale po co to wtedy było? Przecież jedyne czego się Europa dorobiłą to śmierć i zniszczenie- rozejrzał się po obozie- dyscyplina która istniała w zeszłym tygodniu została rozerwana, żołnierze pili na umór w kasynach z okazji tego że przeżyli oraz plotki że alkohol dobrze chroni przed gęsią grypą. Kilku spało w namiotach nieprzytomnie, a z daleka brzmiały wojskowe pieśni. Jedynie nieliczni pakowali się; niedługo mieli wrócić do rodzinnych stron. Dzień był pochmurny, śnieg równą i cienką warstwą pokrywał wszystko, ale czuć było że nadchodzi wiosna, podobnie jak w sercach walczących. Lodewijk wrócił do swojego namiotu i zaczął patrzeć na stos kartek które były jego pamiętnikiem. Nie miał siły dokańczać go teraz, może w przyszłości, ale na pewno nie tutaj. Adiutant podążył za nim i ciężko upadł na szezlong. W takim właśnie stanie zastał ich Livkov.
    -Dzień dobry… zaczął.
    Lodewijk podniósł głowę i zapytał- Co Cię tu sprowadza?
    -Chciałbym się pożegnać.
    -Aaa, tak, oczywiście- wstał i poprawił mundur- co teraz będziesz robić?
    -Wrócę do Sofii i będę opiekował się wnukiem. Bułgaria potrzebuje teraz każdej osoby która ma wiedzę o czymkolwiek. Mam nadzieję że jeżeli kiedyś będziesz przejeżdżać tymi rejonami to odwiedzisz starego generała.
    -Oczywiście. To był honor walczyć u Twojego boku- po czym uścisnęli sobie ręce, a Livkov opuścił namiot z cichym szmerem
    Marszałek wrócił do słuchania radia, podającego na bieżąco listę ofiar wśród wyższych oficerów armii Trójprzymierza. Momentalnie jego twarz posmutniała- oczy pociemniały a usta się ściągnęły
    -Admirał Abi Dalzim, zwany również Judaszem Iskariotą, zginął podczas ataku na amerykański pancernik nieopodal Azorów. Turecki minister Wojny wydał oświadczenie w tej sprawie a sułtan zarządził żałobę narodową przez jeden dzień. Nie uspokoiło to jednak protestów w Stambule którym przewodzi Mustafa Kemal……
    Kolejny kamień do ogródka. Przez te wszystkie lata życia Lodewijk musiał się niejednokrotnie zmagać ze śmiercią najbliższych, czy to w dżungli Brunei, słońcu Afryki Południowej, bądź tutaj na Bałkanach, jednak ta zrobiłą na nim szczególne wrażenie. Mimo że widział się z nim krótko to pamiętał że zawsze był dobrym człowiekiem i był mu winny przysługę.
    -A Ty? Co zrobisz Lode?- Felix zapytał. W wypowiedzenie każdego słowa wkładał widoczny wysiłek- jesteś bogaczem. Cały świat stoi przed Tobą otworem.
    -W jaki sposób?
    -Nie pamiętasz oporopowrotników? Od połowy wojny każde działo wyprodukowane przez Austro-Węgry oraz Trójprzymierze na licencji Austro-Węgier ma egzemplarz Twojego dzieła. Będąc zmyślnym kazałem deponować zyski w złocie, którego zarobiłeś tyle że ze sztabek możesz zrobić łóżko mniej więcej metr na metr osiemdziesiąt, o wysokości dwóch sztabek. Monte Carlo? Nowy Jork? Może Chiny? Masz tyle forsy że mógłbyś sobie kupić tam kawałek kraju!
    -Nie wiem Felix, naprawdę kurwa nie wiem… - kiedy mówił te słowa uwagę przykuł ostatni list od Wilhelminy- najpierw chyba wrócę do Holandii
    -Do.. do tych skurwysynów? (hyc!) -przysięgałeś że już Twoja noga tam nie postanie, jeszcze na początku wojny pamiętasz? A te wszystkie boje w Południowej Afryce, a lata spędzone na Batawii? Chcesz to wszystko zmarnować?
    -Całe życie uciekałem Felix. Najpierw od domu rodzinnego, później od dworu, a jeszcze później od myśli o śmierci Lotte. Chyba pora żebym przestał to robić. Jestem za stary i to czego mi trzeba to dobre życie w Batawii.
    Ostatnie słowa słyszał sierżant w mundurze niemieckim który bezceremonialnie wszedł do namiotu.
    -Kim jesteś?- zapytali równocześnie
    -Rozmawiał Marszałek ze mną kilka miesięcy temu
    -Nic takiego sobie nie przypominam
    -A to?- rzucił na biurko papierośnicę- czy to Ci nic nie mówi?
    -Rzeczywiście. Jak widać oszukałeś los i przeżyłeś. Co planujesz po wojnie?
    -Wrócę do Niemiec na jakiś czas.
    -A później
    -Pomyślę. Jest tyle możliwości… mogę pojechać do Rosji, działać na rzecz komunizmu, mogę udać się do Francji Jeana. Chcę robić cokolwiek co pozwoli ludzkości wyrwać się z obłędu okrucieństwa i dalszych wojen.
    -W takim razie powodzenia- Lodewijk oddał papierośnicę i podał jeszcze kilka złotych monet z portfela- masz na początek. Jak coś to napisz od czasu do czasu.
    Sierżant zasalutował i odszedł. Lodewijk zaś wrócił do biurka i zakomenderował
    -Felix! Czas załatwić sobie papiery kończące karierę w wojsku kajzera. Przygotuj również allmayera. Wracamy do Amsterdamu a potem do Batawii! Ale jeszcze zanim wypłyniemy z kontynentu chcę spotkać się z jednym człowiekiem.
    -Kto to jest?
    -To Marszałek Jean-WyPierre Dalae. Chyba najlepszy artylerzysta Ententy.

    pokaż spoiler Panie Kromka, dziękuję raz jeszcze mocno za masę wspomnień związanych z grą, dużo krzywych akcji, dyskusje do późnej nocy oraz chęć prowadzenia tego. Dziękuję również innym graczom za możliwość doświadczenia razem tej rozgrywki.


    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: c8.alamy.com

  •  

    T8

    Uroczystość zrobiła na Lodewijku większe wrażenie niż się spodziewał. Zima powoli się kończyła, a on przechadzał się pośród dział. Jego szary, długi płaszcz ocierał się o kałuże wody z topniejącego śniegu a czapka przekrzywiła się na lewą stronę głowy. Huk dział który traktował jak przyjaciela w tej rzeczywistości umilkł prawie do szczętu, nie licząc treningu odbywanego przez najgorsze baterie. System konkursowy okazał się przydatny również tutaj, gdzie stanowił jasne wytyczne co do skuteczności oddziałów. Pomijając jednak nieregularne wystrzały oraz krzyki żołnierzy, okolica wyglądała na cmentarzysko ze stalowymi lufami dział skierowanych w niewielkie i w dużej części zakryte chmurami słońce. Padało mieszaniną deszczu i śniegu, przy pierwszym kontakcie z ubraniem zamieniającym się w wodę. Od chwili ceremonii nie mógł pozbyć się z myśli obrazu Valko, kiedy odbierał medal. Siwiejąca broda, oczy pełne strachu i rozpaczy, przełamane koniecznością wykonania rozkazów oraz przygarbiona postawa, były już teraz obrazem wojny który wiedział że zapamięta na zawsze. Nie był w stanie podjąć konstruktywnej decyzji, co dalej. Jego żołnierze byli zabezpieczeni przed powtórką sprzed kilku miesięcy, gdzie oddawali się nudzie i wypływającym z niej głupim pomysłom. Nie pomógł również tygodniowy wypad w Karpaty, gdzie pierwszy raz w życiu zaznał uroku sportów zimowych. Góry po których się wspinał zamiast napełniać go nabożnym podziwem dla natury, były symbolem tego ile ofiar umarło. W jednej z rewolucyjnych ulotek które skonfiskował jego adiutant, wyczytał że wzniesienie złożone z ciał poległych po obu stronach konfliktu niewiele ustępowałaby szczytom po których wędrował. Po tej wycieczce stał się małomówny. Oddawał się długim spacerom pośród obozowiska a kilka razy ponownie odwiedził Konstantynopol. Pomimo tego że w większości pogodził się z przeszłością, jej upiory szarpały duszę w najmniej spodziewanych momentach. Chciał, naprawdę chciał być silny lecz czuł że nie potrafi. Sam nie wiedząc jak zawędrował na już prawdziwy cmentarz. Był wdzięczny losowi że żaden jego podkomendny nie umarł w tym starciu (przynajmniej z tych którzy przy nim zostali), ale inni nie mieli tyle szczęścia. Miejsce było odgrodzone naprędce zbudowanym płotem z czegokolwiek co było akurat dostępne. Zdjął czapkę i przekroczył próg. Słońce już całkowicie ukryło się za chmurami i przy okazji zaszło w wysokim stopniu, więc szaruga nieba płynnie zmieniła się w głęboki granat. Szedł pomiędzy grobami wielu religii, oddzielonych od siebie prowizorycznymi ogrodzeniami. Same groby były już mało widoczne, pośród błotnistych alejek. O tej porze miał problem odczytać inicjały i musiał pomagać sobie zapalniczką. Przy jednym z nagrobków zauważył nieznanego żołnierza. Postanowił podejść.
    -Dobry wieczór- powiedział cicho, mając na uwadze powagę miejsca
    -Dobry wie….- wojak już chciał zasalutować jednak marszałek powstrzymał go ruchem ręki- co Pana Marszałka tutaj sprowadza?
    -Mówiąc w pełni szczerze sam do końca nie wiem. Chyba chodzi o ciekawość- nigdy wcześniej nie odwiedziłem tego miejsca. Czy…
    -Czy on był kimś ważnym? Nie, to całkowicie obca mi osoba. Nie mam pojęcia czy miał dzieci, czy jego prywatne życie było udane, skąd pochodził, ani jak był bogaty. Jedyną informację jaką mam to gdzie i kiedy zaczął oraz zakończył życie.
    -Dlaczego?
    -Dlaczego go odwiedziłem? Ponieważ każdy kto tutaj umarł, powinien wstąpić do swojego nieba. Piekło przeżył już tutaj.
    -Raczej chodziło mi o to dlaczego umarł.
    -A czy to ma znaczenie? Poległ w tej wojnie i jest to ofiara niepotrzebna.
    -Wytłumacz mi, dlaczego tu jesteś?
    -To proste i dziwię się że nie zrozu…. że Marszałek jeszcze tego nie zrozumiał. Jeżeli mogę komuś pomóc dostać się tam gdzie chce według swojej religii, to postrzegam to jako moralny obowiązek oraz akt wdzięczności.
    Jego końcowe słowa zmieszały się z szumem kropli deszczu który na chwilę zaczął padać mocniej. W oddali również można było zauważyć błysk piorunów. A może to naloty? Nie obchodziło go to.
    -Czym dla Ciebie jest wojna?
    -Mogę mówić szczerze?
    -Jasne, nawet nie wiem kim jest Twój dowódca.
    -Sportem- powiedział z żalem sierżant- krwawym sportem uprawianym przez naszych władców w celu…. Nie jestem w stanie do końca powiedzieć w jakim celu. Czasami przypomina mi wielkie kasyno, w którym cesarze obstawiają czy są w stanie zapewnić sobie dostatnie życie do następnej wojny. Areną na którą posyłają swoich podkomendnych aby sycić się ich cierpieniem. Innym też razem ruletkę narodów, której przewodniczy los- jego przemowa pomimo dramatycznej treści wyglądała na całkowicie naturalną, wręcz nauczoną. Marszałek widział że ma przed sobą erudytę- wojna była zawsze, lecz boję się tego co może przynieść następna
    -Nie za wcześnie na myślenie o następnej?
    -Nie, bo ona nastąpi. Będzie trwała tak długo jak istnieje człowiek. Jest on istotą egoistyczną i zawsze będzie pragnąć zagarnąć jak najwięcej dla siebie nawet kosztem innych.
    -Przed chwilą powiedziałeś że to władcy grają naszymi kośćmi, w przenośni i dosłownie.
    -A czymże są władcy? Państwa to jedynie konstrukt teoretyczny, bo w pewnym momencie ludzie uznali że mogą zagarnąć więcej działając w ustalonych ramach. To z czym mamy tu do czynienia- machnął ręką- to ofiary ludzkiego egoizmu, którego najczystszą postacią są panujący. Honor, patriotyzm, oddanie życia za kraj, to najbardziej obłudne terminy stworzone do ukrycia prawdziwych przesłanek. Nikt nie idzie na wojnę z myślą że przegra; każdy chce w ostateczności czuć się bardziej bezpiecznym kosztem innej grupy która wpadła na ten sam pomysł. Ale to jest droga do nikąd. Zobacz, że władcy oddalili się od swoich ludów.
    -Nie było tak zawsze?
    -Będzie tylko gorzej. Kierujący państwami jako ludzie najlepiej poinformowani mają też najwięcej narzędzi do wpływania na lud. Kiedyś takie oddziaływanie było niemożliwe, lecz mamy te wspaniałe wynalazki jak radio i telefon. Jeżeli ich rozwój będzie tak szybki do tej pory (a jest to założenie pesymistyczne że nie przyśpieszy) to dostaną więcej narzędzi żeby jeszcze bardziej zniewolić lud i podjudzić go do nienawiści którą się żywią. To jest jedyne uczucie jakie znają wynikające z panicznego strachu przed utratą kontroli. Słyszał Pan o Austerii?
    -Nie, nie słyszałem.
    -Austeria oznacza potocznie zajazd, karczmę. Kolega z Pomorza opowiadał że w jednej ze wsi ukryli się właśnie w tym miejscu okoliczni Żydzi. Przybyli w to miejsce aby stawić czoła rzeczywistości. Nie zdążyli uciec, a to było jedyne miejsce gdzie mogli być sobą.
    -Co stało się dalej?
    -Pod wieczór przybyli Kozacy i urządzili pogrom.
    -Kolega był przy tym?
    -Zdążył uciec, a później wrócił aby pozbierać kilka szpargałów z domu rodzinnego. Opowiadał że nie przeżył nikt. Jeżeli już teraz narody zdolne są do takiej nienawiści to co przyniesie przyszłość.
    -Może wojna stanie się nieopłacalna?
    -Naiwny jesteś Marszałku. Wojna nie musi być opłacalna w sensie dosłownym tj. że przyniesie wartość dodaną narodowi zwycięskiemu w postaci zrabowanych kontrybucji. Wystarczy że przeciwnik będzie przygniecony butem do ziemi, i tak już przez resztę historii, po samą wieczność. To jest ostateczny cel.
    Po tym umilkli na chwilę. Odmówili modlitwę za duszę nieznanego im żołnierza i przeszli do innego grobu, o tej porze wyglądającego identycznie. Po chwili Lodewijk odezwał się.
    -Czy naprawdę nie można temu zapobiec?
    -Nie. Jedyną opcją byłoby rozwiązanie państw, ale nikt na to nie pójdzie bo oznacza też utratę wszelkich innych przywilejów związanych z taką formą organizacji społeczeństwa.
    -A co planujesz?
    -Niewiele. Jutro rano pójdę na apel, zjem śniadanie, wezmę karabin w dłoń i wyruszę dalej- albo zostanę jeżeli tak będzie brzmiał rozkaz dzienny. Będę przelewał krew ludzi, których w innym przypadku może i bym polubił, aby napędzać krwią ten sport.
    -A po wojnie?
    -Nie ma opcji. Nie mam prawa dożyć tej wojny, statystyka działa przeciwko mnie. Wiesz ile ludzi pozostało z plutonu w którym wyruszyłem na pole bitwy?
    -Nie wiem.
    -Czterech, z czego jeden to plutonowy, drugi to kucharz, trzeci to radiotelegrafista, a czwarty stoi przed Tobą.
    -Nie przypominam sobie abyśmy przeszli na „Ty”.
    -Nie obchodzi mnie to. Musisz niewiele rozumieć skoro to jedyne co wyłuskałeś.
    -Przepraszam, kontynuuj.
    -Nie ma nic więcej. Zginę, jak reszta moich braci, i jeżeli są dobrzy ludzie to będą się za mnie modlić, tak jak ja za tych tutaj.
    -A co gdybym powiedział że możesz przeżyć konflikt bezpiecznie, chociażby u mnie? Mogę zorganizować na szybko dla Ciebie zmianę oddziału. Zostaniesz kanonierem i spokojnie doczekasz pokoju.
    -Jak śmiesz? To byłoby potwarzą dla wszystkich którzy walczyli pod moją komendą. Mogę nawet zrozumieć że chcesz dla mnie bezpieczeństwa, jednak to jest właśnie ten egoizm o którym mówię. Najgorszym sortem żołnierzy są artylerzyści bo nie poznają wojny. Co z tego że postrzelają sobie, podczas kiedy nawet nie zobaczą żadnego martwego wroga? Wrócą obwieszeni orderami opowiadając jak korzystali z lupanarów, albo i nie, w zależności czy słucha żona, czy koledzy. To jest kolejna rzecz która będzie tylko gorsza, w przyszłości. To oddzielenie zadających śmierć od ofiar.
    -A czy mogę dla Ciebie zrobić cokolwiek? Jesteś wartościowym człowiekiem, i naprawdę zależałoby mi na tym abyś przetrwał to starcie. Jeżeli takich ludzi będzie więcej może uda się złamać człowiecze fatum konfliktu i egoizmu. Powiedz życzenie a możesz uznać je za spełnione.- w głosie było słychać narastającą desperację
    -Nie.- odpowiedział sucho- naprawdę jesteś matołem. Pomódl się ze mną i wynoś się.
    -Uważaj do kogo mówisz
    -Twoje słowa tylko potwierdzają że za grosz w Tobie chęci zmian świata. Jesteś pozerem, któremu wydaje się że jest oświecony, a w istocie bakcyl władzy już Cię przeżarł. Wojna jest dla Ciebie wyzwaniem filozoficznym, ale nie widzisz w niej życia i śmierci jako poszczególnych osób, jeno statystyki.
    -Przepraszam i dziękuję za to co zechciałeś mi powiedzieć i mnie nauczyć. Masz chociaż to- mówiąc wyciągnął z zewnętrznej kieszeni płaszcza złotą i pełną papierośnicę z wybitym herbem Holandii oraz akcentami Wschodnioindyjskimi. Z początku rozmówca odmówił, jednak po prośbie przyjął. Kiedy marszałek odchodził usłyszał głos.
    -Przepraszam, kim jesteś?
    -Marszałkiem….
    -To wiem. Chodzi mi o to że nikt, nawet jeżeli dzierży taki stopień nie nosi przy sobie tak kosztownych przedmiotów.
    -Jestem członkiem Holenderskiej rodziny królewskiej a wychowałem się w Batawii. Uwierz mi że śmierć widziałem wiele razy i to na własne oczy.
    -Nie chciałem Ciebie urazić… po prostu dziwi mnie to że z tak małej ilości zjawisk zdajesz sobie sprawę.
    -Nie ma sprawy.
    -Wiesz… jeżeli faktycznie jesteś tym za kogo się podajesz, to może być lepiej. Jeszcze długa droga przed Tobą, ale możesz to zrozumieć
    -Nie wiem czy jest sens- wzruszył ramionami i odszedł. Rozmowa kołatała mu się w głowie do momentu zaśnięcia. Obudził się wcześnie po czym wydał rozkaz dzienny i kontynuował uczestnictwo w konflikcie. Pod wieczór spisał rozmowę tak dobrze jak potrafił i kartki z nią położył na honorowym miejscu. W wolnych chwilach zastanawiał się nad słowami nieznanego sierżanta, z którym los zetknął go po raz pierwszy i ostatni w życiu.

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Prywata. Napis na ścianie w zdjęciu brzmi "Poślij mnie po śmierci do nieba, bo w piekle już byłem"

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: i.redd.it

  •  

    T7

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Awans okazał się zaskoczeniem dla Lodewijka. Rozkaz z nim przyszedł w środku walki, a przyniosła go nieoceniona jak zawsze poczta wojenna Trójprzymierza. Patrząc na treść listu z początku nie chciał z początku jej uwierzyć. Dopiero później okazało się że to faktycznie jest to, ale ostatecznie uwierzył dopiero wtedy kiedy treść potwierdził Felix. W paczce znajdował się również nowy mundur marszałkowski, znacznie cięższy i bardziej bogato zdobiony niż generalski. Po kilku dniach goniec przyjechał z kolejnym listem, tym razem ozdobionym królewskim herbem Holandii

    „Najdroższy Lodewijku

    Właśnie dotarły do mnie wieści o Twojej nominacji. Nie popieram mordobicia w które się angażujesz, aczkolwiek czuję dumę rodzinną że udało Ci się zajść tak wysoko. Już od tamtego lata wiedziałam że jest z Ciebie dobry człowiek i że możesz osiągnąć wiele, mimo że nie dawałam tego po sobie poznać. Zachowałam się źle, i mam nadzieję że jeżeli nie zapomnisz to chociaż wybaczysz. Od kiedy Marja umarła atmosfera w dworze się oczyściła. Członkowie rodziny stali się sobie bliżsi, wiedząc że nie grozi im nagły cios nożem w reputację. Wilem radzi sobie bardzo dobrze. Niedawno ponownie był z wizytą u nas Gerad Philips i nie może nadziwić się talentom tego chłopaka. Co ciekawe, kiedy opowiedziałam mu o Tobie, wyraził chęć spotkania się z Tobą, zwłaszcza po sprawdzeniu relacji z Wystawy Krajowej. Nie mógł się nadziwić Twojemu uporowi w zdobywaniu części. W związku z tym wszystkim ponawiam apel o Twój powrót. Rozumiem że teraz możesz być zajęty, lecz pamiętaj, po wojnie dopóki będę władać mój dwór będzie dla Ciebie otwarty.

    J.K.M Wilhelmina”

    Czytając list Lodewijk wzruszył się. Cieszył się z tego że na dworze żyje się swobodniej, i zaczął rozumieć królową. Jako że miał dobry humor postanowił odpisać.

    „Wasza Królewska Mość

    Jestem niezmiernie rad z treści listu który do mnie wystosowałaś. Nadal ciężko mi pojąć jak mogłaś wtedy się tak zachować, lecz uważam że to było dawno i o ile do niedawna mówiłem stanowcze „nie”, tak tym razem jestem gotowy do rozważenia propozycji powrotu po tych krwawych zapasach. Tym razem również wręczam Tobie przez posłańca spinkę, lecz niech będzie jaskółką mojego powrotu. Jeżeli podtrzymujesz jego wolę, nie przysyłaj mi jej w następnym liście. Niestety teraz ze względu na obowiązki istotnie nie mogę wrócić, lecz doceniam gest który stał za posłaniem okrętu czekającego w Konstantynopolu w tych burzliwych czasach. Miło słyszeć że Wilem czyni postępy. Przekaż mu że jeżeli wrócę to spotkam się z nim w Amsterdamie, a jeżeli nie wrócę do pałacu, to jestem dostępny w miejscu które wskaże.

    Z uszanowaniem

    Lodewijk van Oranje”

    Od razu po otrzymaniu awansu przystąpił również do przygotowań. Jako że teraz był na tym froncie najwyższy stopniem miał prawo wręczać odznaczenia pozostałym dowódcom, co postanowił skwapliwie wykorzystać. Z jednej strony cieszył się że nie musiał od początku doświadczać okropieństw wojny na Bałkanach, i że większość czasu spędził oczekując na okręty, ale wiedział również że skutecznie zneutralizowali Ententę w tamtym rejonie świata. Na wręczenie medali wybrał miejsce znajdujące się tuż nad Morzem Czarnym, gdzie kompletnie nie było czuć pory roku, w przeciwieństwie do pozycji na których znajdowały się ich armie. Dzień wydawał się wręcz stworzony do takiej uroczystości. Było umiarkowanie ciepło, słońce mocno oświetlało mały placyk a fale lśniły. Goście zmierzali, ale na jednego z nich czekał ze szczególnym utęsknieniem. Pojawił się jako ostatni, i przywitał się rześko.
    -Cześć Lode, stary byku
    -Daaalzim! Ostatnio kiedy Cię widziałem na żywo, byłeś jeszcze kapitanem, Sindbadzie.
    -Stare dzieje, teraz patrz to- pochwalił się admiralskim mundurem.
    -Co za szycha z Ciebie. Podejrzewam że już nie zajmujesz się przemytem.
    Dalzim mrugnął porozumiewawczo- na to zawsze jest pora, nie bój nic.
    -Wieczorem powspominamy dawne czasy, tymczasem dołącz do pozostałych.

    Po powrocie admirała Lodewijk rozpoczął przemowę

    -Wybitni generałowie. Wasze poświęcenie podczas wojny jest niezmierzone. Podczas tych działań zbrojnych stoicie w awangardzie krajów postępu. Wasze armie są tak samo odważne jak wy, a wasze sukcesy już teraz ogromne. Mając to wszystko na uwadze wystarałem się u cesarza o medale, zarówno dla Niemców, jak i dla przedstawicieli armii sojuszniczych mocarstw. Felix będzie wam wręczał dołączone do każdego medalu listy gratulacyjne, ja zaś przypnę te znaki chwały do których macie pełne prawo. A więc zacznijmy. Krzyżem Żelaznym II Klasy mianuję Helgę von Schmetterling, za sprawnie przeprowadzoną akcję w Republice Południowej Afryki, oraz łaskę którą okazała jeńcom. Helga, wystąp!
    Potężna postać wyszła z szeregu, i chyba pierwszy raz na jej twarzy Lodewijk zauważył uśmiech. Podeszła dziarskim krokiem i odebrała medal. Kiedy ścisnęła mu rękę, przypomniał sobie o jej sile i prawie z oczu mu wyszły łzy, jednak nie dał tego po sobie poznać. Poklepała go również po ramieniu dosyć mocno, tak że prawie się przewrócił.
    -Eee, kontynuujmy. Krzyżem Żelaznym II Klasy mianuję Hasada Al Stuleję, za brawurowy rajd afrykański zakończony zdobyciem Afryki Zachodniej.
    Hasad, wystąp!
    Tym razem postać której wręczał medal wydawał się bardziej zawstydzona niż ucieszona. Lodewijk odniósł wrażenie że Hasad nie spodziewał się takiego odznaczenia i było dla niego czymś nieproporcjonalnym do zasług które uczynił.
    -Nie trzeba było…- zaczął mówić przy odbiorze
    -Oczywiście że było trzeba, razem byliśmy w Afryce, a dokonałeś wiele.
    -Okolicznościowy medal „Zasłużony dla pokoju” oraz list gratulacyjny dla cesarza otrzymuje Admirał Abi Dalzim. Otrzymuje go za całowojenne działania na rzecz zaprowadzenia pokoju, oraz bezkompromisową postawę polegającą na szerzeniu go tam, gdzie tylko to możliwe. Nie możemy zapominać że wojna jest stanem przejściowym, a to właśnie pokój był celem Trójprzymierza od początku konfliktu, kiedy zostaliśmy zaatakowani.
    Abi, wystąp!
    Medal był złoty z wygrawerowanym srebrnym gołębiem i łacińską maksymą „Ita Pax Est”, na awersie, na rewersie natomiast widniała data wybicia i numer.
    Ten zaś poszedł powoli, lecz dostojnie. Odbierając medal stwierdził
    -Nie jestem już muzułmaninem, więc i imię zmieniłem
    -Na jakie?
    -…
    Chciał coś powiedzieć lecz sygnał trąbki nakazał złożenie salutu i odejście.
    -Krzyżem Żelaznym I Klasy mianuję za niezwykłe poświęcenie podczas walk o Sofię i Belgrad generała Stulejmana Yusufa Ahmeda Paszę. Dowiodłeś wiele razy że jesteś jednym z naszych najwierniejszych sojuszników
    Stulejman, wystąp!
    Stulejmana widział pierwszy raz na oczy, lecz słyszał o nim historie, jak bohatersko walczył z Kałmukami. Wiedział że to co przeżyli było znacznie gorsze, i dlatego właśnie zdecydował się na zróżnicowanie klas medali. Kiedy podszedł, powiedział
    -Dziękuję cesarzowi Wilhelmowi za obdarzenie mnie takim zaszczytem.
    Krzyżem Żelaznym I Klasy mianuję również naszego sojusznika z Bułgarii, generała Valko Livkowa. Dowiódł że każdy, kto należy do Trójprzymierza jest gotowy na poświęcenie ku celowi chwały. Cieszę się również że odzyskał Pan wraz ze swoimi żołnierzami swoją stolicę.
    -Valko, wystąp!
    Valko przeszedł cicho. W jego oczach było widać łzy. Lodewijk nie wiedział jeszcze że w walkach w Sofii zginęła jego żona oraz dzieci. Kiedy podszedł, powiedział tylko krótkie
    -Dziękuję chociaż za tyle.
    -Jednak to nie koniec. Są ludzie którzy równie dzielnie bili się na tym froncie, jednak cena którą ponieśli była najwyższa. Każda śmierć podczas tej wojny jest w istocie niepotrzebna, i oni zginęli z powodu Ententy. Dlatego mianuję Krzyżem Żelaznym I Klasy pośmiertnie Lennarda Jauchmanna oraz Bitisa Zamaniego.
    Zamiast generałów stały ich zdjęcia przepasane kirem. Tym razem Lodewijk musiał podejść i przypiąć na nich medal. Złożył również pod nimi kwiaty, a Felix umieścił listy gratulacyjne. Ten moment był podniosły i przypomniał sobie rozmowę podczas podróży na kontynent- istotnie walczyli już tylko po to aby wygrać. Chciał aby wojna się skończyła, jednak pchał go do kontynuowania działań los oraz dawne zobowiązania wobec cesarza. Liczył że tej wojny nie będzie, a sam doczeka na przyjemnym stanowisku emerytury, jednak rzeczywistość okazała się zgoła inna. Po powrocie przed szereg powiedział więc.
    -Zarządzam salwę honorową i minutę ciszy za wszystkich poległych niezależnie od frontu. Kieruję również do władców Europy apel, o zakończenie działań wojennych. To co robimy jest w istocie rodzinną kłótnią doprowadzoną do absurdalnych rozmiarów. Uczestniczymy w tej wojnie jako obrońcy, i zawsze nasze działania charakteryzowały się humanitaryzmem. Nie atakowaliśmy aby zadawać niepotrzebne rany i to czego w istocie wszyscy pragniemy to pokój. Dwa lata już walczymy, i to dobry czas żeby powiedzieć „Pas”. Ostatnia sprawa- zapraszam wszystkich na symboliczny poczęstunek, za chwilę.
    Dźwięk wystrzałów rozległ się nieomal z ostatnimi słowami Lodewijka. Ten zaś patrząc na morze wyobrażał sobie jaki świat będzie po wojnie. Ilu Wilemów zostało wcielonych do piechoty, i nie mogło rozwijać swoich pasji? To pytanie dręczyło go już przez resztę dnia.

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    @Zeroskilla @Diamond-kun @Elkitrim @HeroesIV @MatematycznyPlomien @Krailowskyy @profesjonalna_skarpeta

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

    •  

      Admirał Abi Dalzim

      Okolicznościowy medal „Zasłużony dla pokoju” oraz list gratulacyjny dla cesarza otrzymuje Admirał Abi Dalzim.

      - Jak to mawiają w osmańskiej piechocie "sierżant rekrutujący żołnierzy sprzedaje marzenia, ale dostarcza koszmary". Wojna to piekło i chciałbym żeby skończyła się jak najszybciej, jednak proszę zapewnić cesarza o moim bezgranicznym oddaniu. Codziennie walczę dla Trójprzymierza ale wieczorem modlę się by jakiś anioł przywrócił w końcu pokój Europie. pokaż całość

    •  

      gen. Valko Livkov

      Odsalutowywuje i skina głową w podziękowaniu za medal.
      -Chwała tsarowi, kaizerom i... - wacha się sekunde - sułtanowi. Nie spoczne dopóki nie pomszczę zarówno mojej rodziny krwi, jak i narodu, za to co się stało w Sofii.

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    30 sierpnia 1897 roku- poranek

    Lodewijk nie spał. Jego umysł od kilku dni przepełniony szczęściem które odczuwał w związku z wziętym ślubem, jednak teraz ponownie posmutniał. Doświadczał z całą mocą tego że nie jest możliwe uciec od przeznaczenia. Wycieczka równie dobrze mogła się dla niego skończyć w średniowiecznych ruinach w których wzięli ślub. Czuł się wbrew pozorom opuszczony, ponieważ nie miał żadnego realnego wsparcia w swoich problemach. Od kiedy wyjechali z miasta miał problem ze snem. Leżał godzinami w wagonie sypialnym i próbował wymyśleć cokolwiek co mogłoby mu pomóc jednak bez skutku. Kiedy zasypiał, jego sen okazywał się krótki, i przerywany koszmarami. W jednym z nich np. ponownie brał udział w powstaniu, lecz tym razem nie miał odpowiednich sił do odparcia natarcia. Widział bardzo realistycznie jak wdzierają się do pałacu, przyprowadzają go do pokoju rodzinnego, po czym na jego oczach strzelają do rodziców a później przystawiają lufę do jego skroni. Budził się wtedy cały zlany potem, i budził Lotte żeby z nią porozmawiać. Chciała mu pomóc lecz kompletnie nie potrafiła sobie z tym poradzić, więc ograniczała się do wysłuchiwania. Zaproponowała aby ten udał się do psychiatry, lecz nie chciał o tym słyszeć. Po ślubie również puścili w Sewastopolu depesze do rodziny Lotte, ale niczego nie wysłali do pałacu królewskiego. Nie miał ochoty dalej zaogniać sytuacji czymś takim- postanowił że powie jak wróci z wycieczki. Dzisiaj według planu mieli znaleźć się w Kijowie. Podróżowali pociągiem, gdyż szerokie stepy nie sprzyjały użyciu allmayera- brakowało po drodze źródeł beznyzny. Widoki z pojazu mieli dosyć monotonne- nieomal od samego początku rozpościerał się przed nimi nieskończony step, w kolorze szaroburym. Jedynym urozmaiceniem była pogoda i mijane od czasu do czasu stacje na których wieścniacy oferowali produkty żywnościowe w śmiesznie niskich cenach. Krajobraz kojarzył się Lodewijkowi z morzem, a to przypominało mu o rodzinnym państwie. Postanowił podjąć jeszcze jedną próbę rozmowy i zrozumienia swoich problemów. Poszedł do przedziału Felixa- na ogół było tam jeszcze dwóch Rosjan, jednak tym razem miał szczęście.
    -Gdzie są?
    -Poszli pić
    -Felix?
    -Słucham
    -Czuję że dzieje się ze mną coś okropnego.
    -To prawda, wyglądasz na zmarnowanego
    -Srogie niedopowiedzenie. Czuję że nie potrafię podjąć decyzji. Jestem sparaliżowany. Władowałem się w tę sytuację, nie wiedząc po pierwsze czy jestem w stanie zapewnić Lotte dobrą przyszłość. Do tego nie potrafię podjąć decyzji o mojej przyszłości. Nie potrafię nic. Felix, ja czuję że się roztapiam, rozpływam.
    -Niepokoisz mnie Lode. Zawsze byłeś spokojny i wycofany ale tym razem to coś poważniejszego. Rozmawiałeś o tym z żoną?
    -Jedyne co mi proponuje to psychiatrę, podczas gdy wiem że on nic nie pomoż,e z resztą znaleźć kogoś takiego w tych rejonach który mówi po holendersku czy chociaż francusku może nie być tak łatwo
    -Taak, to nie jest najlepszy pomysł. Powiem Ci że czuję się niezręcznie tego słuchając ale postaram się pomóc. Mówisz po pierwsze masz problem z utrzymaniem Lotte? To proste, musisz wtedy albo płynąć do Batawii, położyć po sobie uszy i żyć tam na koszt dworu, albo przyjąć ofertę kajzera i strzelać z dział, gdziekolwiek by Cię nie posłał. Druga sprawa jest związana z pierwszą, Moim zdaniem najważniejsza jest wasza przyszłość i to ona powinna determinować Twój wybór.
    -Toś mi powiedział. Ja to wszystko wiem, tylko boję się
    -Nie spodziewałem się że z Twoich ust usłysze takie słowa. Zawsze byłeś raczej odważny
    -Nie tym razem. Odwaga u mnie skończyła się. Czuję że lata ukrywania i duszenia wszystkiego w sobie zaczynają wychodzić. To okropne uczucie, zupełnie jakby nagle wybuchł we mnie wulkan z uczuciami, i teraz rozlewały się po całym organizmie.
    -Stój. Na mówienie takich rzeczy i bycie smutnym będziesz miał czas w hotelu, tymczasem musimy wysiadać
    -Tu jesteście, myślałam już że wyszliście! -zagadnęła Lotte.
    Po rozładunku samochodu pojechali do hotelu. Kiedy Lodewijk załatwiał formalności adiutant zaczął mówić do żony
    -Co mu jest? Wygląda jakby zaraz miał sobie zrobić krzywdę
    -Nie mam pojęcia. Zachowuje się tak od czasu kiedy wyjechaliśmy z Krymu. Serce mi się kraje ale nie jestem w stanie mu pomóc, a Ty?
    -Obawiam się że też nie jestem w stanie.
    -Przecież nzasz go już długo, znacznie dłużej ode mnie
    -Ale nigdy nie było z nim tak źle. Trzeba coś z nim zrobić
    -Ale co?
    -Chyba mam pomysł. To czego Lode się obawia to przyszłość. Powinniśmy więc mu ją wyklarować, tak aby pozostał już etap realizacji. W tym jest dobry. Nie wychodźcie dzisiaj wieczorem, przegadajmy to aby chłopak nam zaraz się nie zabił
    -Nikt nie zabija się z tak błahych powodów, daj spokój. Ale dobra, zostaniemy, weź zamów jakąś kolację to zjemy w pokoju.
    -Na kolację chyba jeszcze za.. -zaczął mówić patrząc na zegarek- faktycznie już pora. To widzimy się za godzinę.
    Kiedy przyszedł z wózkiem z kolacją, zauważył że sytuacja jest gorsza niż myślał. Lodewijk siedział zasępiony pisząc coś, a Lotte patrzyła przez okno z wyrazem beznadziei.
    -Kolacja wjechała!- postanowił złamać atmosferę- Lode, dawaj ten stół, przyda się, Lotte otwieraj butelkę, to ponoć jedno z najlepszych win jakie mają, ale nadal mam wrażenie że nie jest wysokiej jakości. A tutaj- wyciągnął małą butelkę z kieszeni marynarki- jest miejscowy specjał, czyli wódka. Zjedzmy coś żeby się lepiej myślało!
    -O czym Ty mówisz, Felix?
    -Jak to o czym? Jeżeli nie potrafisz podjąć decyzji to pomożemy Ci to rozpracować. To czego w tej chwili potrzebujesz to plan działania, nieomal do dnia. Koniec ze spontanicznością, masz misję do wykonania a my Ci w tym pomożemy!
    -Brzmisz dziwnie, ale niech Ci będzie. Co w sumie jest do jedzenia?
    -Proste ale sycące danie czyli zupa gulaszowa, a na drugie mamy smażoną wołowinę z ziemniakami i groszkiem. Deser z kolei to miejscowe ciasto. No, zaczynajmy bo mi ślinka leci
    Wszyscy chętnie spałaszowali posiłek, ponieważ ostatnie cojedli to śniadanie w pociągu. Spróbowali również wódki, krzywiąc się mocno. Po tym jak talerze zostały opróżnione, odstawili wózek a na stół wrócił kałamarz wraz z zeszytem.
    -No dobra- to teraz tak, mówisz że nie wiesz czy jesteś w stanie zapewnić Lotte utrzymanie. Potrzebujemy planu i zsumowania finansów
    -Mamy udziały w jej spółce, jej dom, moją rentę, moje oszczędności i mój kredyt w bankach. Można podejrzewać że jeżeli napiszę do Batawii to jestem w stanie jeszcze trochę wyciągnąć. Do tego jeszcze żołd porucznika.
    -Nooo, i to jest dobra sumka. Za to można zrobić tak naprawdę wszystko, ale w sumie głupio zaczęliśmy. Co Ty chcesz robić?
    -To proste, chcę żyć z Lotte i zapewnić jej utrzymanie- odpowiedział już trochę żywiej.
    -To my wiemy, ba, nawet Ci pomożemy, ale spójrzmy na sprawę realnie. Poczekaj chwilę, zaraz coś znajdę- po czym wyszedł z pokoju
    -Co mu się stało?
    -Chce Ci pomóc, nie widzisz? Zawsze możesz na nas polegać. Wyglądałeś okropnie, a teraz pierwszy raz masz coś na kształt chęci do życia. Swoją drogą, co z Twoimi projektami?
    -Nie mogę realizować bo nie mam części. Jesteśmy w zbyt dużym biegu żeby coś zorganizo…- resztę kwestii zagłuszyło wejście adiutanta z atlasem- po co Ci to?
    -Musimy z tym skończyć. Nie możesz zdać swojego życia na łaskę dwóch kierunków geograficznych. Popatrz tutaj- otworzył na stronie z Europą- jak sam widzisz połączeń nie ma zbyt wiele a Ciebie interesuje Europa. Widzę więc jedną opcję
    -Jaką?
    -Warszawa, a potem nad Bałtyk. Musisz wysłać depeszę do Amsterdamu, kończymy podróż
    -Nie możemy tego zrobić
    -Musimy, już i tak za dużo czasu straciliśmy zabierając się z Dalzimem. Powinniśmy wracać mniej więcej tak jak dotarliśmy, tymczasem jesteśmy w czarnej dupie.
    -Dobra, nad Bałtyk i co dalej?
    -Rzeczy macie ze sobą prawda? To płyniemy do Batawii.
    -Tak bez pożegnania? A co ze spółką, co z Rijkiem?
    -Rijka spotkasz na miejscu i sobie z nim pogadasz. Jeżeli nie załatwisz sprawy listów, to musisz wszystko inne odłożyć. Dam Ci ostatni wybór, Danzig czy Stettin?
    -Stettin.
    -Dobra, więc tam będzie statek. Napiszę depeszę, tylko weź podpisz- podsunął mu blankiet. Jak będziemy w Batawii to co wtedy, od czego zaczynamy?
    -Mam od Axela list polecający dla Hudiga. Chcę również porozmawiać z moimi żołnierzami żeby wybadać nastroje i z rodzicami.
    -Od kogo myślisz że dowiesz się najwięcej
    -Hudig.
    -To się na nim skup. Ja biorę na siebie oddział, do tego postaram się przycisnąć tego kuriera. Chcesz się stawiać rządowi kolonialnemu?
    -Możliwe że nie będzie potrzeby.
    -Teraz przyjrzyjmy się temu co Axel Ci powiedział…
    Rozmawiali tak cały wieczór. Lodewijk czuł że wracają mu siły. Wiedział już że podróż się skończyła, ale teraz ten fakt miał dla niego zupełnie inne znaczenie, niż jeszcze w Sewastopolu. Wtedy czuł że nie jest w stanie podjąć żadnej decyzji i zrozumieć przyszłości, a teraz był pewien że może to się udać. Nie zignorował jednak faktu swojego samopoczucia przez ostatnie dni. Czuł że musi się wystrzegać aby ponownie nie popaść w taką melancholię. Bał się że może ma to po tacie. Tej nocy spał spokojnie, i obudził się nad ranem, przygotowując się do zwiedzania miasta.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

    +: S.................e, MatematycznyPlomien +5 innych
  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    22 sierpnia 1897 roku

    Dzień po zaręczynach Lodewijk i Liselotte spędzili na zwiedzaniu Konstantynopola z nowym przyjeacielem. Polubił go również Felix, ponieważ tamten posiadał dużo przygód o których mógł opowiedzieć; Felix z kolei mógł wyjaśnić jak się funkcjonuje w dalekich Indiach Wschodnich. Wieczór zaś spędzili na statku przynosząc tam rzeczy z hotelu, ponieważ postanowili że tę noc spędzą już na pokładzie, w ten sposób mieli uniknąć budzenia się w nocy i problematycznych przejazdów. Nie było również problemu z załadowaniem samochodu, a na dodatek kapitan znalazł dla niego zastosowanie. We wszystkich schowkach mianowicie upchał towar na przemyt. Zawsze przewoził ze sobą kontrabandę, niezależnie od celu podróży. Miał kontakty w całym basenie Morza Śródziemnego i wiedział że zawsze się znajdzie ktoś chętny. Po dobrze spędzonym wieczorze, Lotte zagadnęła już w kajucie:
    -I co teraz robimy?
    -Kontynuujemy podróż, to proste
    -Wiesz że nie o to mi chodzi.
    -Konsekwencje przyjęcia zaręczyn są raczej dosyć oczywiste
    -Ale… co ze ślubem? Gdzie chciałbyś go wziąć, i przede wszystkim jako kto? Wiesz że będzie zupełnie inaczej jeżeli zostaniesz pułkownikiem artylerii u Kajzera i na wpół wyklętym ale jednak członkiem rodziny królewskiej.
    -Nie myślałem o tym. Teraz jak myślę to mogę powiedzieć że chciałbym go wziąć jak najszybciej. Miejsce mi nie przeszkadza, może być gdziekolwiek. Nigdy nie miałem przyjaznej rodziny więc i wesela nie chciałbym dużego. Teraz kiedy żyję prawdziwym życiem tym bardziej ukazuje mi się ohyda poprzedniego.
    -Tylko że to nie jest tak Lode. Ty nie żyjesz prawdziwym życiem, to baśń która prędzej czy później się skończy. Musimy pomyśleć nad całym naszym życiem. Czy chcesz przyjmować ofertę Niemiec?
    -Mówiłem Ci już o tym. Najpierw Batawia. Wiem że to brzmi nieprzekonująco ale jednak czuję patriotyzm, jeżeli nie królewski, to przynajmniej żołnierski. Ponadto sprawa dotyczy moich najbliższych. Już pal sześć Ingrid, ale nie darowałbym sobie gdyby na wskutek prawdopodobnego powstania miałby zginąć niepotrzebnie jeden z moich żołnierzy.
    -Ale oni i tak zginą. Powstanie jest nieuniknione
    -Nieprawda, można to jakoś zmienić, a przynajmniej oddalić. Moi rodzice mieli co do założeń dobry plan, jednak rząd kolonialny okazał się bandą idiotów.
    -Co by dały fabryki broni w których krajowcy tyraliby jak ci robotnicy z Düsseldorfu czy Amsterdamu? Przecież to w żaden sposób nie przyniosło popularności
    -Korzyści byłoby więcej niż myślisz. Obecnie w tym rejonie jest kilku graczy. Jest gwałtownie rozwijający się Syjam, jest Wielka Brytania z mocnym oparciem w Australii, są Niemcy działające coraz śmielej z terenów wysp oraz Nowej Gwinei i jest wreszcie Japonia. Wszyscy oni albo są na tym samym poziomie albo wyżej od naszego, a to my przynieśliśmy tam zachodnie wynalazki. Musimy zmienić podejście do tego terenu. Przeprowadzając reformy oraz aktywnie uczestnicząc w tamtej układance, moglibyśmy korzystając z atutów geograficznych rozgrywać imperia przeciwko sobie, samemu próbując zdobyć lojalność krajowców. A oni co robią? Buntują przeciwko sobie tubylców, traktując ich nieomal jak niewolników, są głusi na kolejne sygnały anachronizmu, jedyne co potrafią to występować do metropolii o dalsze uzbrojenie i rekruta. Z resztą Axel miał szczęście, gdyby wtedy został pokonany Batawii by już nie było.
    -Ale co możesz zrobić?
    To wszystko czego rodzice nie potrafili bądź nie mogli. Skorzystam z autorytetu żołnierza i zbuntuje żołnierzy przeciwko rządowi kolonialnemu. Stworzę nową radę która będzie mi podległa i ogłoszę zwiększenie swobód. Zniosę cła i doprowadzę do rozwoju przemysłu. W tym momencie w zagranicznej polityce będę stawiać na Syjam.
    -Nie zapomniałeś czegoś?
    -Hmm?
    -A ja? -słuchając jego monologu Lotte była coraz bardziej przerażona. Patrzyła na człowieka za którego jeszcze wczoraj byłaby gotowa oddać życie, a teraz ukazał się jej prawie Marja z Amsterdamu. – Pomyślałeś może o mnie, o moich pragnieniach, o moich marzeniach? Uważasz że chcę spędzić resztę życia w odległej kolonii angażując się w jakieś polityczne gierki na rzecz kraju i rodziny której nienawidzisz? Uwielbiałam Cię słuchać kiedy opowiadałeś o naszej przyszłości, kiedy kreśliłeś scenariusze spokojnego życia. Może kiedyś mogłam być trzpiotką, jednak te czasy minęły. Nie potrzebuję przy sobie awanturnika a obrońcy, zrozum to. Chcę za Tobą pojechać, oczywiście, ale nie mam ochoty patrzeć jak się zmieniasz. Batawia wyławia z Ciebie wszystko co najgorsze, pomyśl o tym. Rzuć ten narkotyk; możemy żyć wszędzie, a jak tak tęsknisz za tropikalnym klimatem to rozważ proszę Brazylię.
    -Poniosło mnie, to fakt. Jestem wdzięczny że starasz się, i dbasz o moje zdrowie psychiczne, ale muszę, po prostu muszę rozwiązać chociażby ten węzeł gordyjski. Bez tego nie ruszę dalej. Jeżeli nie chcesz ze mną podróżować tam to nie ma problemu; możesz np. zostać w Holandii dopóki nie wrócę stamtąd.
    -A wrócisz? Przykro mi, ale nie widzę gwarancji że to zrobisz.
    -Mogę Ci to przysiąc, choćby na papierze.
    -Nie no, nie jestem taką formalistką. Nie wiem sama czy chce tam być w ogóle, ale z drugiej strony nie potrafiłabym spędzić miesiąca bez Ciebie. Muszę to jeszcze przemyśleć. Przy okazji, wiesz gdzie płyniemy?
    -Tak, tuż przed naszą rozmową kapitan powiedział że dostał misję od Sułtana i zwiedzimy Sewastopol
    -W takim razie pozostaje mu zaufać. Połóż się Lode, jesteś strasznie zmęczony. Musisz inaczej traktować ten temat bo Cię zniszczy.
    -Chciałbym Lotte ale nawet nie wiem czy to możliwe.
    Po kilku dniach zawinęli do portu. Lodewijk spędzał dni na rozmyślaniu, rozmowach z narzeczoną, obserwowaniu codziennej rutyny marynarskiej i partiach szachów z Dalzimem. Okazało się że reprezentują podobny poziom i potrafili spędzić wolne godziny nad prostą szachownicą którą oficer nosił ze sobą wszędzie. Podczas jednej z partii zagadnął
    -Kim są ci marynarze tak właściwie?
    -Oni są z całego imperium. Znajdziesz tutaj zarówno rodowitych Turków, jak i potomkowie Persów czy mameluków.
    -A czy masz może na pokładzie chrześcijan?
    -Oprócz was? Jest kilku, wykorzystuje ich najczęściej jako szpiegów. Sa bardzo przydatni przy utrzymywaniu kontaktów, gdzie sam nie mogę lub nie chcę się pojawiać.
    -A czy mógłbym jednego… wypożyczyć? -Lodewijk nie znalazł lepszego słowa więc zawiesił głos
    -A na co Ci? Przecież w Peteresburgu z łatwością uznają Twoje papiery i wszystko.
    -Nie chodzi mi o to. Chciałbym wziąć z Liselotte ślub na miejscu. Potrzebuję kogoś zaufanego na drugiego świadka- pierwszym będzie Felix.
    -Aaa- kapitan podrapał się po brodzie- dobrze, kogoś się znajdzie. Gdybym nie był muzułmaninem mielibyście ślub na statku ale sam wiesz.
    -A czemu akurat Sewastopol? Byłeś tam kiedyś? Czego może chcieć sułtan?
    -To jest akurat dosyć rutynowe zadanie. Od czasu do czasu zleca komuś zaufanemu sprawdzenie jak miewa się mniejszość islamska na tych terenach. Dodatkowo w tamtejszym porcie krzyżuje się większość południowych szlaków handlowych. Wiesz sam co to oznacza.
    -Taak, domyślam się. A czy jest coś co chcesz mi polecić, jakieś miejsce warte zwiedzenia?
    -Czekaj, daj mi pomyśleć…. Ostatnio kiedy byłem zainteresowałem się historią tego półwyspu. Zanim zdobyliśmy te tereny przez pewien czas istniało tam księstwo Teodoro. Wybrałem się nawet kiedyś do ruin zamku w ich stolicy, Mangupu. Z tego co kojarzę to są całkiem dobre drogi, oczywiście jak na miejscowe standardy, więc nie powinieneś mieć problemu z dotarciem tam, nawet allmayerem.
    -Oj, z tym akurat będzie problem. W tej chwili jest zbyt ciężki od Twojej kontrabandy- zaśmiał się serdecznie i klepnął towarzysza. -Chcesz tam pojechać z nami?
    -Nie ma sprawy, a co dalej planujecie?
    -Czemu wszyscy o to mnie pytają? Ciężko powiedzieć, podczas tej podróży tak często łapiemy wiatr z różnych stron że to nie jest ważne. Możemy pojechać dalej na wschód, na Kaukaz, albo na północ i zwiedzić szerokie stepy Ukrainy.
    -Gdybym mógł to z chęcią bym pojechał z nami, ale obowiązki wzywają. Właśnie- spojrzał na zegarek- zagadaliśmy się a według pomiarów powinniśmy widzieć ląd.
    Istotnie w dali wyłaniało się już miasto. Po kilku kolejnych godzinach przybili do portu. Było jednak już późno więc para stwierdziła w przeciwieństwie do Felixa że spędzi noc na statku. Rano obudzili się na pustym pokładzie, wyłączając daymana sprawdzającego takielunek. Przekazał im on informację na temat miejsca pobytu kapitana, do którego niezwłocznie się udali. Następnie Lodewijk podzielił się swoim planem, i poszedł z Lotte do jubilera, adiutant zaś postanowił poszukać księdza którego w ogóle możnaby przekonać do czegoś tak dziwnego. Po całym dniu się udało i mogli zakomunikować że jutro wybierają się na ślub. Rano podjechali po księdza, Abi Dalzima i jego świadka Jonatana. Kiedy wyjeżdżali z miasta był już dzień. Powietrze tutaj było znacznie lepsze niż w Stambule, co wynikało z mniejszego zagęszczenia ludności, jednak podobną do tamtego miasta była bliskość wody, którą czuli. Jazda trwała dosyć długo i odbywała się w milczeniu, ze względu na to że załoga samochodu była reprezentacją wieży Babel. Przed samymi ruinami wznosił się gęsty las co zmusiło ich do opuszczenia samochodu. Weszli po górce do miejsca które okazało się, o czym poinformował ich kapłan byłą bazyliką prawosławną. Ich wejściu towarzyszyło jedynie echo kroków. Kościół był duży i pomimo tego że był w ruinie, to nadal przedstawiał swoją bryłą potęgę. Na kamieniach zostały jeszcze ślady ikon, a przez szpary w czymś co było dachem, słońce podświetlało niektóre miejsca kierując na obecnych swoją uwagę. Ławek nie było, w przeciwieństwie do ołtarza, z szarego, surowego zarówno w wyglądzie jak i dotyku kamienia. Podczas gdy ksiądz rozkładał się z potrzebnymi akcesoriami, przyszli małżonkowie stanęli z poważnymi minami mniej więcej w środku bazyliki. Ich postawa zdradzała gotowość do podjęcia tak drastycznej decyzji, a patrzący na to z boku przyjaciel stwierdził że nigdy nie byli tak dostojni. W tym momencie odezwała się Lotte
    -Wracając do naszej rozmowy…
    -Jesteś pewna że to najlepszy czas na to?
    -Tak, jestem pewna bo chcę Ci coś powiedzieć. Jeżeli… jeżeli będziesz chciał to popłynę tam z Tobą.
    -Tam to znaczy gdzie?
    -Do Indii Wschodnich. Będę Cię wspierać tak mocno jak potrafię, bo Cię Kocham i się o Ciebie boję.
    -Nie masz o co skarbie
    -Mam! Sam wiesz jak tam jest o czym ostrzegałeś mojego brata. Nie pozwolę Tobie stać się takim potworem jakim jest Marja
    -Ale ona nigdy nie była w Batawii
    -A jednak. W każdym razie czuję że jestem gotowa podjąć to wyzwanie
    -Zastanawiałaś się może kiedyś, jak się czuł Otto i Ingrid wyjeżdżając?
    -Nie mam pojęcia i nie obchodzi mnie to.
    Przerwali kiedy dostali znak od księdza że mogą już podejść. Ze względu na brak nadających się do spoczęcia łatwek, cała msza z wyjątkiem udzielenia sakramentu odbywała się na stojąco. Kiedy ksiądz skończył ją odprawiać i dał znak że mogą odejść poczuli się dziwnie. Wiedzieli że są gotowi na to, ale teraz na ich dusze spadł cały ciężar konsekwencji podjęcia tej decyzji. Nagle doświadczyli przyśpieszonego dojrzewania- wiedzieli że od teraz biorą odpowiedzialność nie tylko za siebie ale również za drugą stronę. Wiedzieli że się kochają i że są gotowi na wiele, ale nawet nie wiedzieli gdzie to wiele mogłoby się znajdować i jaką przybrać postać. Lodewijk przypomniał sobie słowa Dostojewskiego o marzeniach spełniających się w tak dziwny sposób że aż ten moment jest niedostrzegalny. Ogółem jednak byli szczęśliwi, czego nie było widać jednak w zachowaniu. Zastanawiał się teraz czy jego twarz wygląda jak Wilhelminy, nieustannie gotowa do odparowania ciosu skądkolwiek by przybył. Postanowił w jakiś sposób przerwać milczenie i odezwał się do żony.
    -Północ czy wschód?
    -Północ, to będzie dobry kierunek.

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    @Zeroskilla

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    15 sierpnia 1897 roku

    Po wielu dniach Lodewijk i Liselotte znajdowali się na drodze do Konstantynopolu. Właśnie zachodziło słońce co dodawało tajemniczej atmosfery miastu. Z daleka jaśniała ostrym blaskiem kopuła Hagia Sophia (Lodewijk pomyślał że dobrym pomysłem byłoby załatwienie jakiejś osłony przed słońcem w samochodzie). Z lewej strony widzieli mozaikę pól która w oddali zmieniała się w morze. Po prawej stronie z kolei fale miarowo odbijały się o brzeg. Zapach przesycony był solą morską i jodem. To był dobry moment nie tylko aby się zachwycać widokiem ale również dokonać rekapitulacji wycieczki. Nie bez przypadku podróżowali samochodem a miny mieli raczej nietęgie. Mieli poczucie że z każdym kilometrem zbliżają się do końca najlepszej przygody w życiu. Coraz częstsze stawały się pytania „Co dalej?” oraz „Gdzie w sumie będziemy za kilka lat?”. To właśnie z tego powodu świadomie wybierali jak najdłuższą trasę. Jechali brzegiem Adriatyku zachwycając się lazurowym morzem oraz kamienną Ragusą. Lodewijk zapamiętał że historia tego miasta było jego wymarzonym życiem. Pomimo tego że była wiele razy podbijana to władcy uznawali ją za tak nieważne miasto że cieszyło się większą dozą niezależności niż niejedno „wolne miasto” w Świętym Cesarstwie Rzymskim, i udało mu się zachować tożsamość. W bagażniku nawet miał zdjęcie, jak stoją pod murami miejskimi, za które słono zapłacił. Później kontynuowali podróż na południe i odwiedzili Ateny. To miasto jednak w niczym im nie zaimponowało. Mimo najszczerszych chęci bardziej zapamiętali je z kilku zabawnych historyjek niż z jego zabytków. Otrzymali również audiencję u Jerzego I, jednak nadal nic się nie działo. Ateny mogłyby dla nich równie dobrze nie istnieć, czym byli głęboko rozczarowani. Stwierdzili że to nie może być ostatnie miasto przed Konstantynopolem i postanowili pojechać do Bukaresztu. Okazał się dla nich łaskawszy, podobnie jak Sofia, którą odwiedzili później. Ogólnie stwierdzili że bardziej podobają im się miejsca może trochę mniej oczywiste. Ponadto Bałkany stały się ich fascynacją. Zaczęli kupować książki o historii tych wszystkich państw których nazwy w oryginale mieli problem wymówić i próbować cokolwiek z tego zrozumieć. Aleksander I kiedy o tym usłyszał stwierdził że to nie ma sensu, ponieważ zrozumieć Bałkany może jedynie ten który się tam urodził. Ten zręczny władca lawirujący pomiędzy potęgami o długiej czarnej brodzie zrobił na nich wrażenie swoją pewnością siebie. Opowiadał im również o planach na przyszłość, biorąc ich za bardziej ważnych niż są w rzeczywistości. Czepiał się wszelkich środków aby księstwo którym zarządzał uczynić carstwem, i liczył że ten niespodziewany gość z królestwa Holandii pomoże mu to osiągnąć. Momentalnie jednak stracił do nich sympatię kiedy usłyszał o celu podróży. Z ledwie ukrywaną wściekłością zakończył audiencję i rozkazał tajnej policji ich śledzić czy nie są szpiegami. Lodewijk musiał gęsto się tłumaczyć z zakupu pamiątkowego noża do otwierania listów. Z Sofii postanowili pojechać już do Konstantynopola, jednak tym razem wybrali auto. Mieli nieregularny tryb życia; zdarzało się że jeździli po 16 zaczynając późnym wieczorem, a czasami całe dni spędzali na spaniu oraz spacerach po okolicy. Felix postanowił nie przyłączać się do nich i już od dwóch tygodni za pieniądze Lodewijka balował u celu ich podróży. Nie mieli i nie chcieli mieć z nim teraz żadnego kontaktu. W Sofii Lodewijk również podjął ostateczną decyzję. Teraz czuł że pozostało im jedynie dać się ponieść nurtowi historii. Do hotelu w którym był adiutant przyjechali późną nocą. Czekał na nich w pokoju. Wymienili kilka zdań po czym usnęli twardym snem. Rano rozpoczęli zwiedzanie. Nie interesowały ich oczywiste atrakcje jak Hagia Sophia czy zwiedzanie portu. Wybrali się na bazar. Feeria barw i dźwięków przytłoczyła ich. Poczuli się jakby cofnęli się w czasie do średniowiecza. Tak jak wtedy nieomal cała szerokość ulicy była zajęta przez stragany z najróżniejszymi towarami, wśród których dominowały jednak przyprawy sprowadzane z najdalszych zakątków globu. Budynki przylegające do ulic były zajęte przez kawiarnie i palarnie. Postanowili wstąpić do jednej. Pomiędzy stoiskami znajdowało się wąskie przejście. Schylili się żeby wejść przez drzwi i zeszli kilka stopni. W pokoju jedynym źródłem światła były lampy naftowe ustawione przy barze, za którym stał rosły Turek ubrany w luźny strój i fez. Nie było stolików- w zamian wszędzie były rozstawione poduszki i kanapy na których można było siadać podług upodobania. Ludzi było sporo- krzyczeli głośno, pili kawę i palili szisze. Nie znali języka, więc nic nie zamówili, ale stwierdzili że dobrym pomysłem jest odpocząć na poduszkach. Usiedli więc rozmawiając między sobą, a po chwili zauważyli że podchodzi do nich wysoki Arab ubrany w luźne szaty i czarną kamizelkę. Odruchowo Lodewijk skierował rękę ku pistoletowi, jednak z ust wypłynęła francuszczyzna- trochę kaleka ale sam fakt występowania tego języka w takim miejscu był nad wyraz intrygujący
    -Jak państwu się podoba? Ahh, gdzie moje maniery, nazywam się Mohammed.
    -Witam serdecznie, nazywam się Lodewijk van Oranje a to moja partnerka, Liselotte Janssen
    -Nie będą mieli państwo nic przeciwko że będę mówić po imieniu? To po prostu łatwiejsze
    -Niee, skąd- Liselotte odparła pomimo zauważalnych oznak zaniepokojenia
    -Napijecie się może kawy? Barman tutaj jest fantastyczny, a polecam się śpieszyć bo muezzini zaczynają wołać na modlitwę, i przez najbliższy czas nie będzie można nic dostać
    -Poprosimy, po jednej
    Mohammed krzyknął do osoby za barem i po chwili ów podszedł do stołu z dwoma filiżankami z których wydobywał się nęcący aromat świeżo palonych ziaren. Zaczęli pić i rozmawiali przez chwilę. Później nowo poznany towarzysz podążył ku miejscu z którego wstał i zaczął się modlić. Po modlitwie zagadnął ich
    -Od jak dawna jesteście w tym mieście?
    -Od wczorajszej nocy
    -A skąd pochodzicie?
    -Ja z Holandii a Lode z holenderskich Indii Wschodnich
    -Jak tam jest?
    Porozmawiali jeszcze trochę w tym klimacie po czym otrzymali propozycję oprowadzenia po mieście. Zgodzili się na nią chętnie będąc pewnymi że nic się nie może stać. Przez jakiś czas samozwańczy przewodnik opowiadał im o mieście i pokazywał nieoczywiste atrakcje. Wędrowali tak dosyć długo, a w jednej z bocznych uliczek się zatrzymał
    -Co się dzieje?- zapytał Lodewijk. Nie zauważył kiedy za jego plecami pojawiło się kilku Arabów z szablami
    -Dawaj pieniądze albo giń!
    -Nie mam żadnych pieniędzy
    -Jesteś otoczony i nie radzę kłamać.
    -Kiedy poważnie nie mam
    -Nie wierzę Ci. Pokazuj kieszenie.
    -Już dobrze, spokojnie.- po czym zaczęła się procedura przeszukiwania. W jednej z nich znajdował się pierścionek. Kiedy szef szajki go zauważył gwizdnął z uznaniem
    -Całkiem spore zasoby jak na kogoś kto mówił że nic nie ma. Dawaj to! -warknął zdenerwowany po czym nie czekając na ruch ręki wyszarpnął go.
    -Hej, co tu się dzieje!- Nagle z końca ulicy zabrzmiał głęboki głos
    -Chodu!- krzyknął zbir i zaczął uciekać. Reszta bandy nie oglądając się za siebie zniknęła w uliczkach. Lodewijk puścił się w pogoń za bandytą. W biegu wyciągnął również broń i oddał strzał ostrzegawczy. Nie zrobiło to jednak wrażenia na gonionym i pędził ulicami które znał jak własną kieszeń. Pogoń wydawała się być już przegrana, kiedy nie wiadomo skąd przy Lodewijku pojawiła się postać. Z zainteresowaniem zauważył że jego niespodziewany sojusznik miał na sobie marynarski mundur.
    -Skręćmy w prawo! Znam skrót- zdążył krzyknąć i pobiegli dalej. Po kilku minutach Holender usłyszał
    -Biegnij prosto i w lewo, zaraz go przyskrzynimy
    Znajdowali się na dosyć ruchliwej ulicy więc nie bardzo dawał wiarę ale zastosował się do instrukcji. Po kolejnych kilkuset metrach jednak plan odniósł skutek. Zbir teraz znajdował się pomiędzy Lodewijkiem z jednej a nieznanym oficerem z drugiej. Pomiędzy nimi znajdowało się jeszcze małżeństwo turystów idących z małą dziewczynką. Nie myśląc zbyt dużo przyciągnął tę ostatnią do siebie i krzyknął
    -Ani kroku dalej bo ją zabije!- mówiąc to przyłożył szablę do szyi dziecka. Jego rodzice wycofali się i byli całkowicie zaskoczeni takim obrotem spraw. -rzućcie broń i dajcie mi odejść w spokoju to nic się nie stanie!
    -W imieniu Jego Wysokości Sułtana Abdülhamida II poddaj się! Wiesz że nie wygrasz- mówił szybko ale spokojnie Turek
    -Jeżeli zaraz stąd nie odejdziecie ta dziewczynka stanie się waszą ofiarą.
    -Wtedy zabijemy Cię. Nie masz jak się bronić- Lodewijk zauważył że oficer daje mu znaki spojrzeniem. Zrozumiał sprawę w lot. Pozwolił jeszcze chwilę pertraktować a później niespodziewanie skierował pistolet ku lewej stronie i oddał dwa strzały. Napastnik obejrzał się i na chwilę stracił koncentracje. Wtedy kapitan skoczył do niego i odepchnął dziewczynkę. Szamotali się jeszcze chwile po której bandyta leżał przygwożdżony.
    -Oddaj wszystko co ukradłeś.
    -D-dobrze, już- bez szemrania wstał i zwrócił Lodewijkowi wszystkie fanty.
    -Odejdź, nie mam ochoty oglądać Twojej gęby. Jeżeli jeszcze raz kogoś okradniesz to przysięgam na Allacha i jego proroka że już nie ujdzie Ci to na sucho.
    Bandyta podniósł szablę i uciekł w nieznanym kierunku. Teraz dopiero dopędziła ich Lotte, z podniesioną sukienką. Była cała zdyszana, włosy miała w nieładzie a na czole perlił się pot. Lodewijk podbiegł do niej i podał ramię do oparcia
    -Dziękujemy Ci, mimo że nawet nie wiemy jak masz na imię
    -Nazywam się Abi Dalzim i dzisiaj przypłynąłem do miasta na pokładzie „Rzepakowej Otomany”.
    -To dlatego jesteś w mundurze. Jak możemy Ci to wynagrodzić?
    -Nie musicie. A na przyszłość nie ufajcie takim ludziom. To dosyć powszechna praktyka w tym mieście. Jeżeli chcecie to mogę was oprowadzić, mam trochę wolnego przed następnym rejsem.
    -Gdzie płyniesz?
    -Nigdy tego nie wiem, ponieważ porty do których zawinę z załogą wybieram po drodze. Dlatego właśnie nazywają mnie „Sindbadem”
    -Możemy popłynąć z Tobą? Tak się składa że podróżujemy po Europie bez celu.
    -Nie ma sprawy. Parlez Vous Francais?- zwrócił się do rodziny jednak rodzice pokiwali głową z niezrozumieniem- tutaj kończy się moja znajomość języków obcych. Może Ty coś będziesz umiał powiedzieć
    -Postaram się. Do you speak English?
    -Yes! -rodzice zakrzyknęli radośnie. -Czy mógłby Pan podziękować temu marynarzowi? Jesteśmy ogromnie wdzięczni za uratowanie Lindsey- już myśleliśmy że ten człowiek naprawdę ją zabije, a jest naszym największym skarbem.
    -Nie ma problemu. Państwo…
    -Ettenmoors
    -O właśnie. Państwo Ettenmoors wyrażają wdzięczność za to co Pan zrobił.
    -Nie robię tego dla siebie a na chwałę dworu. W tym kraju nikt nie ma prawa być tak traktowany i moim honorem jako żołnierza jest dbać o bezpieczeństwo kogokolwiek. Wracając do tematu- głos był pełen dumy i zwyczajowej beztroski która go charakteryzowała- jeżeli chcecie to jutro przyjdźcie około dziewiątej na pokład „Rzepakowej Otomany”. Będą tam i jestem gotów pokazać wam wszystkie zakamarki tego wspaniałego miasta oszczędzając przygód w rodzaju tych w których uczestniczyliście.
    -Bardzo chętnie. Będziemy jutro.
    Wszyscy się rozeszli a na ulicy pozostali tylko Lodewijk i Liselotte. Ta kiedy złapała oddech powiedziała- co Ty kombinujesz?
    -Chciałem to zrobić dzisiaj podczas spaceru, jednak z niespodzianki nici, wobec tego zapytam tutaj- uklęknął na jedno kolano na bruku, i wyciągnął pierścionek- czy zostaniesz moją żoną?
    -Oczywiście, Lode!- odparła wesoło i rzuciła mu się w ramiona.

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    @Zeroskilla @Legzday

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: c8.alamy.com

  •  

    OFFTOP:

    Pamiętnik Lodewijka

    6 licpa 1896 roku

    Armia nie miała bezpośredniej styczności z Lodewijkiem już od bardzo dawna. Wszystkie rozkazy i miejsca kolejnych postojów przynosił Felix, który jedyny podchodził do generała ukrywającego się wieczorami w namiocie, a dniami nie dopuszczającymi do siebie nikogo. Wśród żołnierzy narastał ferment a niektórzy z podoficerów zaczęli półotwarcie mówić o buncie. Co prawda był obecny, jednak brak jakiegokolwiek bezpośredniego kontaktu był niepokojący.
    Prawda była zgoła inna. Lodewijk van Oranje od dwóch tygodni nie wytrzeźwiał.
    Leżał w namiocie na łóżku polowym i sięgał ręką po butelkę z ajerkoniakiem. Na łóżku leżały również stare zdjęcia które przeglądał w wolnych chwilach i rozpamiętywał życiowe porażki. Podczas ostatniej obrony pałacu z rąk krajowców stracił przyjaciela a malaria zabrała mu najdzielniejszych żołnierzy. Paul zaś podczas ostatniego ataku podagry wyzwał go od bękartów.
    Gwoździem do trumny dla jego psychiki była ostatnia zasadzka tubylców w dżungli, która ponownie osłabiła oddział, oraz list który odebrał przed atakiem informujący go o niemożności otrzymania śrub o średnicy pół cala.

    -------------------------------------------------

    Żaden z żołnierzy stojących tej nocy na warcie nie zauważył sylwetki postaci cicho przemierzającej dżunglę. Nikt nie usłyszał jak stawiał rozważnie każdy krok i zwinnie niczym kot zbliżał się w kierunku namiotu ich dowódcy.

    - HIIIIJAAAAA! - zakrzyknęła postać przepasana białym kimono i papierosem w ustach rozchylając ciemnozieloną zasłonę stanowiącą wejście do namiotu
    Lodewijk van Oranje aż podskoczył w miejscu odruchowo łapiąc się za pas. Jednak jego broni tam nie było, oficerska szabla leżała na drugim końcu pomieszczenia a jedynym czym mógł się teraz bronić był co najwyżej tulipan zrobiony z pustej butelki po ajerkoniaku.
    - W imieniu Buddy otwierać! - krzyknęła jeszcze raz postać która okazała się być... mnichem.
    - Ty tam w kącie! - Mnich wskazał władczo palcem na porucznika - Ty jesteś Lodewijk van Oranje? Dowódca 7 regimentu piechoty KNIL?
    - J-jestem? - Lodewijk jedyne co mógł powiedzieć- nie zauważył nawet że nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie.
    - Przysyła mnie sam Budda. A ja nazywam się King Brucee Lee Karate Mistrz.
    - King Bruce Lee Karate Mistrz?
    - Oczywiście że tak niewierny! – zawołał mnich i jednym ciosem zniszczył całkowicie przypadkowo stojący stos drewnianych półek.
    - Za co to było?! – Holender poczuł jak momentalnie trzeźwieje.
    Bojownik rozejrzał się po kajucie odgarniając nogą puste butelki -Nie rycz mały nie rycz! Ja znam te Twoje numery. Chcesz wiedzieć za co? Za to! Żal mi serce ściska gdy widzę że człowiek mieszka w takim syfie. Że człowiek który podobno miał tyle odwagi, że chciał samemu poświęcić się ryzykownej pracy badawczej i bronić rodziny królewskiej zachowuje się jakby był na wpół nieżywy! Nie toleruje takiego myślenia i nie pozwolę ci tutaj po prostu zgnić! Zapytam cię teraz i dobrze się zastanów... kim jesteś?
    - Lodewij... – niespodziewany cios w potylice zamroczył go na chwilę. Upadł na ziemię, lecz po chwili wstał
    - Jesteś zwycięzcą!
    Dziwnie pobudzony mnich dalej rozglądał się po namiocie aż jego wzrok napotkał plany samochodu.
    - Chyba wiem jak cię zmotywować.

    ---------------------------------------------------

    Nad ranem okrzyki rzucane szybko w kierunku szeregowych rozległy się po obozie. Kolejni sierżanci ze zdzwiniem wstawali i odwracali się w kierunku Lodewijka salutując. Ich dowódca wbity w czysty wyprasowany mundur i z przystrzyżoną brodą emanował pewnością siebie. Z lekkim zawadiackim uśmiechem kiwał głową mijanym podkomendnym.
    - Felix! Nie płacę Ci za zbijanie bąków! Puść gońca do Batawii z informacją o miejscu naszego pobytu. Stefan! Weź kilku zwiadowców i sprawdź co jest po drugiej stronie rzeki.
    Lodewijk spojrzał jeszcze raz w kierunku horyzontu. "Dziękuje ci King Brucee Lee Karate Mistrz." Po czym ciosem karate rozbił gliniany dzban pełen wody która rozlała się po ziemi

    Coś Ty zrobił! To była woda dla żołnierzy! – krzyknął Felix.

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Prywata. Historia oczywiście nie jest kanoniczna a odpowida na wpis @Patryk_z_lasu oraz @Zeroskilla .

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: moja.wywrota.pl

  •  

    T6.5

    Wstał kolejny wrześniowy poranek. Od ostatniej nocy nic się nie zmieniło, stwierdził w myślach. Codziennie widział te same namioty pokryte jednakowym szarym brezentem, które nieustannie nasiąkały wodą przy każdym poważniejszym deszczu, zabłocone drogi rozryte koleinami dział, sztab który usadowił się w pobliskim domu rolników (właścicieli nie było, prawdopodobnie uciekli kilka dni przed przybyciem armii), oraz to samo niebo przed chwilą jeszcze w kolorze głębokiego granitu, teraz nieśmiało rozjaśniane przez słońce, oraz wodę w stalowoszarym kolorze. Jedynym ruchomym elementem były fale nieregularnie obijające się o brzeg z głośnym pluskiem. Poranek był zawsze dla niego wyjątkową porą, zwłaszcza chmurny. Lodewijk wtedy cierpliwie patrzył przed siebie usiłując wychwycić moment w którym kolor nieba i kolor wody zaczną się od siebie odróżniać. Przegnał jednak myśli o krajobrazie i wrócił do do rozmowy z Felixem, co robił kilkukrotnie dziennie. Obecnie jego armia nie prezentowała się najgorzej- zawody odniosły efekt, zostali najlepsi bądź najbardziej zdyscyplinowania. Od tych których musiał porzucić otrzymywał kartki z najdalszych fragmentów frontu, przynoszone regularnie przez pocztę wojenną (był zdziwiony tym jak sprawnie działa ta usługa) od Pomorza po Francję- ba, zdarzyło się nawet że część została oddelegowana do garnizonu w Tanganice, dokładnie tam gdzie zaczęli swoją wojenną ścieżkę. Na widok pocztówki ukazującej jezioro wzruszył się odrobinę. Wypatrywał kurczowo oznak rozkładu wskazanych przez adiutanta i ku swojemu przerażeniu zdał sobie sprawę że sytuacja zaczyna się robić poważna. Nie chodziło tutaj o regulaminową liczbę strzałów na minutę, precyzję, czy szybkość przenoszenia celów- widział że żołnierze coraz częściej zaczynają zaglądać do kantyn. Pożerała ich bezgraniczna nuda. Nie było tutaj miejsca na jakąś wzniosłą rozpacz, głęboki smutek, czy jakiekolwiek inne negatywne i heroiczne przy tym uczucie, tylko nuda wynikająca z rutyny oblepiająca wszystko niczym gorzki miód. To ona powodowała że kasyno było pełne, bijatyki i pijatyki stawały się codziennością a każde trudniejsze zadanie stawało się nagle czymś nieosiągalnym tak mocno jak koniec tej wojny. Sumienie przypomniało mu że sam kilka razy spił się z oficerami, pod pozorem „poznawania swoich żołnierzy”. Wiedział jednak również że już dzisiaj się to zmieni. Wczoraj otrzymał dawno oczekiwaną skrzynię wraz z listem od samego cesarza. Ów właśnie zaakceptował pomysł nadania szczególnie zasłużonym „Gwiazdy Afryki” - nowego odznaczenia. Lodewijk zamierzał zwalczyć nudę wzmacniając morale wojaków z jednej strony nadaniem tego medalu, z drugiej zaś zastosować starą, żołnierską metodę na nudę- bezsensowne ćwiczenia do utraty tchu. Po zakończeniu tematu podkomendnych wrócił do siebie. Zapuścił się- broda mu urosła do nieregulaminowej długości, a mundur powoli stawał się za ciasny z powodu nagłego przyrostu wagi związanego z piciem i pochłanianiem przy okazji zbyt dużej ilości wojskowych racji. W tym obszarze również rozmowa z Felixem była kluczowa. Doszedł do wniosku że jedyną opcją aby nie przypominać sobie tych wszystkich zdarzeń związanych z przeszłością, jest symboliczne zamknięcie ich na łamach pamiętnika, który również zaniedbał. Wrócił do namiotu i wyciągnął ze skrzynki plik kartek papieru czerpanego. Zamoczył złote pióro które, po chwili zaczęło pisać nieomal jakby było odrębnym bytem, niezależnym od prowadzącej je ręki.

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Prywata. Wiem że order na zdjęciu jest brytyjski, aczkolwiek jego wygląd dokładnie odpowiada mojej wizji. Jeżeli czujecie wybicie z immersji to po prostu wyobraźcie sobie że napisy są po niemiecku.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: static.myvimu.com

  •  

    T6

    Podróż statkiem była nadzwyczaj męcząca. Mimo że wiele razy używał tego środka transportu, nigdy nie pływał w tak złych warunkach. Przydzielono go, wraz z wyższymi oficerami. Z żalem Lodewijk rozstawał się z częścią armii- chciał im zapewnić najlepszą przyszłość jaką potrafił, wiedział jednak że prawdopodobnie rozpłyną się po całej armii Trójprzymierza. W ramach szkolenia próbował dawać wykłady pozostałej części kadry dowódczej, jednak było to skazane na niepowodzenie- żołnierze byli zbyt zblazowani i nie mieli ochoty walczyć oprócz odruchu wymiotnego ze wzorami balistycznymi ani najnowszymi technikami namierzania. Pierwszy raz dostał też choroby morskiej, ale podejrzewał że to raczej jest wina diety bogatej w najtańsze produkty niźli błędnika. Ponadto pogoda nie rozpieszczała. Może i współczesne okręty parowe nie miały problemów z trzymaniem kursu podczas sztormów i niepotrzebne były akrobacje z żaglami, jednak fale wody przelewające się przez pokład oraz głębokie przechyły nie należały do rzadkości. Podczas jednej z sesji wymiotowania podeszli do niego Felix i Joseph- jeden z oficerów sztabowych
    -Wszystko w porządku?
    -Taaak, zaraz mi przejdzie
    -Powiedz Lode- nie uważał Josepha za człowieka który mógłby do niego tak mówić, ale był zbyt zmęczony żeby się odgryźć. -Znasz może cel tej wojny?
    -Słucham? Przecież to proste. Gawriłło Princip zabił Arcyksięcia…
    -Nie nie i jeszcze raz nie! -krzyknął Felix- ten powód znam już na pamięć. Chodzi mi o coś innego; nie możemy walczyć o ziemię bo ta już jest zniszczona; Pieniądze też już kompletnie straciły wartość, skoro sklepy zieją pustkami, a banki i gospodarki kurczą się w zastraszającym tempie. Może religia? Ponoć niedawno umarł papież i toczy się konklawe.
    -Dlaczego walczymy- zadał jeszcze raz na głos to pytanie Lodewijk- w tym momencie chyba po to żeby wygrać.
    -W sumie może być- stwierdził Niemiec. Pomilczeli jeszcze trochę obserwując ląd, po czym otrzymali komunikat od kapitana o tym że zaraz na niego schodzą i pora przygotować żołnierzy. W takim samym milczeniu oddalili się od burty i rozpoczęli przygotowania do desantu.

    Przez pierwsze kilka tygodni nie było czasu złapać oddechu, jednak w końcu Lodewijk znalazł wolny dzień. Działanie w nowych warunkach, gdzie margines błędu był znacznie mniejszy a ryzyko trafienia swoich wzrosło, wymagało dużej liczby nieprzespanej nocy, polegających na regularnym sprawdzaniu koordynatów wraz ze swoim sztabem. Przez jego głowę przetaczała się fala emocji których spektrum widniało od szczęścia kiedy udało się trafić, po głęboką rozpacz związaną z utratą Sofii. Pamiętał że zwiedził to miasto przy okazji podróży z Lotte, jednak prawdziwym ciosem w serce był widok Konstantynopola. Za każdym razem kiedy tam przyjeżdżał nie mógł od siebie odpędzić wspomnień. Felix patrzył na niego z niepokojem, wzrastającym z każdą butelką spożytego alkoholu. Pewnego dnia odciągnął dowódcę i postanowił przemówić do niego po swojemu. Zabrał go na spacer nieopodal sztabu
    -Często?
    -Zdecydowanie zbyt często.
    -Musisz odpocząć od wojny- stwierdził nadzwyczaj poważnie.
    -Wiesz doskonale że nie chodzi o to. Sama wojna jest dla mnie czymś naturalnym, pamiętasz powstania i walki z krajowcami? Było tam o wiele gorzej ale nie byłem w połowie tak rozchwiany jak teraz
    -To o co Ci chodzi? Patrzę na Ciebie i widzę że jeszcze trochę będę miał przed sobą wrak człowieka, a czego jak czego, tego akurat nie chcę.
    -Konstantynopol
    -Zabrzmi to brutalnie, ale wiesz doskonale że Lotte nie żyje i nie jesteś w stanie żadnymi środkami jej wrócić. Nic Ci nie da że popatrzysz sobie na miasto i zrobi Ci się smutno. Teraz masz przed sobą żołnierzy. Oni Tobie ufają, widzą w Tobie dowódcę, być może najlepszego jakiego do tej pory mieli. Przeszli z Tobą bez mała całą Afrykę i Morze Śródziemne a przed tą wojną cierpliwie się szkolili. Chcesz teraz ich skazać na śmierć?
    -W jaki sposób?
    -To proste. To co ich trzyma w stanie względnej stabilności to poczucie misji. Mają ją od Ciebie bo Tobie wierzą ale jeżeli ich opuścisz to z armii którą cierpliwie budowałeś latami, dostaniesz bandę Kałmuków. Widziałeś ich?
    -Nie miałem okazji
    -Możesz być z tego powodu szczęśliwy. A teraz wracaj i zrób coś konstruktywnego. A, i masz list od CK Urzędu Patentowego. Twoje oporopowrotniki właśnie przynoszą górę pieniędzy.

    ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Prywata. Na kilka dni z przyczyn niezależnych porzucam pisanie pamiętników, aczkolwiek od czwartku będą się ukazywać w tempie około 1 dziennie a w weekendy może 1 może 2 dziennie (przed południem i po północy). Dziękuję serdecznie za wszystkie uwagi, i za te kilka plusów, które stanowią dodatkową motywację. Nie podjąłem jeszcze decyzji co do tego czy historia Lodewijka podczas wojny będzie kanoniczną, czy raczej oprzeć w przyszłości jego losy na w miarę rzeczywistym settingu (w tym drugim przypadku całość byłaby bardziej realistyczna i historia raczej nie wyszłaby poza Tanganikę). Zachęcam do wyrażenia opinii tutaj, czy też na discordzie, która wersja byłaby ciekawsza (gdyby historia z fabularki była kanoniczna to uległaby po grze rozbudowaniu ze względu na możliwość opisania większej liczby wydarzeń i miejsc).

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: c8.alamy.com

    •  

      Mi najlepiej czyta się wpisy w oparciu o to co aktualnie dzieje się na froncie w grze. Chociaż z drugiej strony takie teksty chyba trudniej się tworzy bo nie można popłynąć z fantazją za bardzo. No ale nie bój się, Trójprzymierze będzie bronić Lodewijka żeby zdążył zapełnić jak najwięcej kartek z pamiętnika ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      @drukarka: realistyczna byłaby ok, chociaż wiem, że np. Retrospekcje też byłyby akceptowane bo zapewne to nie jest jedyne wydarzenie z jego życia

      @Zeroskilla: co do tego to powinien on zostać.e.Afryce, bo teraz to są mieszane uczucia xD

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    12 lipca 1897 roku- wieczór

    Po konfundującej rozmowie z cesarzem Lodewijk wyszedł jak zamroczony. Czuł się jak wtedy kiedy był chory i całkowicie nie zwracał uwagi na świat wokoło. Głosy z wystawy docierały do niego przytłumione a przedmioty wyglądały, jak gdyby zostały wyprane z kolorów. Zauważył to Franz i zapytał
    -Wszystko w porządku? Będzie Pan w stanie iść?
    -Nie jest w porządku ale powinienem dojść, dziękuję za pomoc.
    -Może jednak Pana odprowadzić do Liselotte?- spróbował jeszcze raz, tym razem bardziej stanowczo
    -Chyba jednak tak
    -Proszę za mną.
    Po czym przeszli przez tłum wprost do miejsca gdzie była Lotte, jeszcze przed paroma minutami. Wydawała się być zniecierpliwiona a na stoliku pojawiła się kolejna woda sodowa. Kiedy zauważyła ich zapytała od razu
    -Co Ci jest? Usiądź. Franz, proszę weź jeszcze jedną wodę dla niego.
    Lodewijk spoczął ciężko i bezrozumnym wzrokiem rozejrzał się po otoczeniu. Kiedu usiadł miał wrażenie jakby czas zwolnił. Zaczął się zastanawiać czy to w ogóle możliwe móc zareagować tak na rozmowę, czy może nagle ujawniła mu się jakaś choroba z Batawii. Kiedy jednak napił się wody i dostał soli trzeźwiących zaczął powoli układać to w głowie. Dotarło do niego że Franza już nie ma, a Lotte patrzy na niego dziwnie.
    -Nadal wyglądasz okropnie, wracajmy do hotelu
    Szybko przeszli ten dystans. Kiedy weszli do pokoju, usiadł przy biurku i wyciągnął kartkę papieru
    -Powiesz mi w końcu co się stało? Co powiedział Ci cesarz?
    -Sprawdź czy Felix jest w swoim pokoju, zawołaj go jeżeli będzie.
    Wyszła a tymczasem umoczył pióro w kałamarzu i już chciał coś pisać, ale kompletnie zapomniał co więc kiedy wróciła siedział z tępym wyrazem twarzy
    -A temu co?- zapytał adiutant- przecież to niemożliwe żeby po jednej rozmowie tak się zachowywać. Na Twoim miejscu sprawdziłym, albo lepiej, posłałbym po learza czy coś mu nie jest.
    -Usiądźcie- stwierdził niepewnie- mam wam coś do przekazania
    Posłuhcali go a on tymczasem zaczął mówić. Pierwsze słowa wypowiadał niepewnie, jak gdyby nadal nie wierzył w otaczającą go rzeczywistość ale z czasem nabierał rozpędu i pod koniec był już tym samym pewnym Lodewijkiem
    -Słuchajcie. Ten facet zabrał mnie na rozmowę z Kajzerem. Kajzer ma do mnie sprawę. Jego agenci (albo nawet nie agenci a po prostu ktoś z kim utrzymuje relacje w pałacu), wie że pokłóciłem się z Marją. Wie również o tym że w Holandii kontynentalnej jestem persona non grata. W związku z tym zaproponował mi coś na kształt zdrady państwa
    -Co to znaczy „coś na kształt zdrady państwa?”- pr Przecież to niemożliwe, albo zdradzasz kraj albo nie.
    -No właśnie nie do końca. Zaproponował mi bowiem to- wyciągnął zza pazuchy kartkę i położył na stole. To awans in blanco. Mam pełną swobodę w wyborze zarówno wojsk jak i miejsca stacjonowania
    -Dołączysz tam?
    -Kompletnie nie mam pojęcia. Wolałbym najpierw zrozumieć sprawę listów z Batawii. Gdybym przyjął tę propozycję od razu, już teraz jestem pewien że wszystkie informacje stałyby dla mnie za zamkniętymi drzwiami. Muszę się z tym przespać. A wy, co o tym sądzicie?
    Tym zdaniem udało się Felixa wyprowadzić z równowagi, czego świadkiem Lodewijk był wcześniej jedynie kilka razy podczas wszystkich lat jakie z nim spędził.
    -W takim razie chyba pozostaje mi się pożegnać. Poczuwam sobie jako zaszczyt służbę pod Twoimi rozkazami i mam nadzieję że będziesz mnie dobrze pamiętał.
    -Daj spokój, Felix. Przecież wiesz że nawet jak przyjmę tę propozycję to sam tam nie pójdę. Znam Cię i wiem że lepszego adiutanta nie znalazłbym nawet gdybym szukał po całej Europie. A Ty Lotte, jak uważasz?
    -Jestem prawie tak mocno zaskoczona jak Ty kiedy otrzymałeś tę informację. Ogólnei zgadzam się z Twoim zdaniem że lepiej zatrzymać to jako kartę przetargową. Pomyśl lepiej co chcesz wybrać.
    -To proste. Popłynę do Tanganiki?
    -Przecież mówiłeś że tam jest okropnie, bunty, a gubernatorzy to debile
    -Zdania nie zmieniam, ale mam pomysł na to jak temu zaradzić.
    -Ciekawe jaki
    -To jest jeszcze prostsze. Słuchaj tego. Po drodze sobie przemyślałem i stwierdziłem że najlepszym wyjściem jest dla mnie artyleria. Dlaczego? Jest kilka powodów. Przede wszystkim jest to jednostka która znajduje się poza linią frontu, wobec czego nie będę narażony na działania wroga (oprócz artylerii, ale to inna bajka i tego się nie uniknie nigdy do końca), to raz. Dwa- stopień pułkownika to już jest całkiem wysoko. Jeżeli będę trzymać tempo awansów to niedługo zostanę generałem i w ogóle nie będę miał problemów.
    -Jak masz trzymać tempo awansów jak nawet nie wiesz jak kierować ogniem? Przecież każdy działonowy będzie wiedział więcej od Ciebie.
    -Otóż nie skarbie, i tutaj przechodzę do następnego powodu, dla którego ten wybór jest właściwy. Jako że znam się na technice to nie jest mi obca matematyka. Znacznie łatwiej będzie nauczyć mi się trygonometrii i sprawniej będę mógł awansować niźli powoli przebijając się przez kolejne walki za każdym razem stawiając swoje życie na szali. To nie jest wybór tylko dla mnie ale dla nas. Zobaczysz, za kilka lat będziesz Panią Generałową
    -Ten pomysł brzmi dosyć dziwnie, ale niech Ci będzie.
    -Jeszcze raz powtarzam Felix, żebyś wiedział. Nikogo innego nie chcę na adiutanta, i wiem że sobie poradzisz. Środowisko niemieckie może być równie nieprzyjaznę jak ojczyste i potrzebować tam będę zaufanych ludzi.
    -Cieszy mnie to niezmiernie. Mówisz o tym jakbyś już podjął decyzję.
    -Im więcej o tym myślę, tym bardziej czuję że to się może udać. Ale tak jak wspomniałem wolałbym najpierw bez problemów rozwiązać sprawę listów. Przy okazji Wilhelm wspomniał że Marja nadepnęła mu na odcisk. Możliwe że dowiem się dlaczego.
    -Jesteś pewien że w ogóle chcesz się dowiadywać? Przecież to może być potencjalnie dla Ciebie szkodliwe. Ale jedno jest pewne; jeżeli przyjmiesz tę propozycję to zdecydowanie będą podstawy aby oskarżyć Cię o zdradę.
    -W tej chwili mało mnie już obchodzi. Chcę spokojnie żyć, a wiem że na dworze nie jest mi to dane. Wiecie co?- ożywił się nagle- mam ochotę całą noc pić i cieszyć się z tego że mogę uciec z tej sytuacji. Chodźmy gdzieś i to zaraz!
    Niewiele myśląc wyszli się bawić. Przez cały następny dzień kontynuowali zwiedzanie wystawy i spełnili marzenie Lodewijka- dostąpili zaszczytu rozmowy z Benzem. Ów człowiek już niemłody, nadal odznaczał się siwym wąsem i długimi zakolami. Znaleźli go, kiedy wraz z synem pracował nad prototypem samochodu sportowego. Po wymianie uprzejmości wjechali za jego stanowisko allmayerem. Sędziwy wynalazca obejrzał go fachowym okiem i musiał przyznać że prototyp niczym nie odbiega od osiągnięć europejskich twórców. Ponadto wypytał dokładnie Lodewijka o postęp tej dziedziny przemysłu w Japonii. Życzył dalszej udanej podróży. Przechadzając się do hotelu Felix zagadnął
    -Gdzie teraz jedziemy?
    -Standardowo, mam dwie propozycję. Możemy pojechać na wschód albo na południe.
    -Dlaczego ktokolwiek miałby wybierać wschód? Przecież tam nic nie ma
    -I tu się mylisz. Możemy zwiedzić z ciekawszych miast chociażby Kraków, czy Poznań. Na południu czeka na nas zaś Wiedeń z cała swoją kulturą. W każdym razie raczej nie uciekniemy za bardzo od Austro-Węgier.
    -W takim razie wybieram południe i wiem już nawet gdzie pojedziemy dalej.
    -Hmm?
    -Chciałabym pojechać wybrzeżem Adriatyku. Musi być tam pięknie.
    -Brzmi to jak dobry pomysł. Rozumiem że to oznacza przy okazji wybór Wiednia?
    -Oczywiście, ale to może jutro pojedziemy.
    -A po co się ograniczać? Jedźmy na dworzec i tam się zorientujemy. Muszą być jakieś nocne pociągi z wagonami sypialnymi.
    W ten sposób krótko po północy byli dalej w podróży. Stukot kół uśpił Lodewijka, któremu już wyklarował się plan. W związku z tym też nie mógł doczekać się aż dojadą do Konstantynopolu (nazwa Stambuł nie kojarzyła mu się tak dobrze)

    Miasto Franciszka Józefa wydało im ponownie czymś zupełnie innym. W Dusseldorfie byli zniesmaczeni, w Monachium zachwyceni a tutaj czuli się podniośle. Miasto to już na zawsze miało się kojarzyć z wszechobecną arystokracją pochodzącą z całego wielonarodowego tygla którym było państwo. Pomimo tego że miasto wydawało się potężne, Lodewijk nie miał problemu z uchwyceniem jeszcze jednego tonu w jego atmosferze- pełznącego rozkładu wynikającego właśnie z wszechobecnego blichtru. Widząc kolejną karetę z inicjałami rodów których nigdy nie miał prawa znać, a były prawdopodobnie starszego od tego który sam reprezentował, przyszło mu do głowy że podobnie musiał czuć się ktoś kto odwiedzał Francję w przededniu rewolucji. Z tego też powodu wolał tutaj jednak zostać incognito. Udali się więc do pierwszego lepszego hotelu w którym były miejsca. Po kolacji Liselotte zagadnęła
    -Jak bardzo podoba Ci się pomysł cesarza teraz? Minęło trochę czasu i chyba już się jakoś ustosunkowałeś
    -Utrzymuję mniej więcej stanowisko z Monachium.
    -Jesteś pewien że chcesz jeszcze raz wracać do Indii Wscohdnich?
    -Czuję że muszę. Prawdę mówiąc to od wyniku śledztwa po trochu uzależniam to czy przyjmę awans. Może okazać się że wydarzenia mają zupełnie inny obrót, i jednak jestem na ogół mile widziany w pałacu
    -Nie sądzę żeby coś takiego mogło się zdarzyć. Ta sytuacja jest zbyt głęboko i nie zanosi się na jej szybkie rozwiązanie, chyba że Marja umrze szybko.
    -Marja to najmniejszy problem. Bardziej zastanawia mnie kto działa po stronie kolonii. Przecież zaburzenia w treści występowały w obydwie strony. Czuję że jeżeli tego się nie dowiem to moja ocena nie będzie pełna
    -A nie boisz się że coś Ci się tam stanie?
    -Nie chcesz płynąć ze mną?
    -Nie wiem czy jestem na to gotowa. Kocham Cię całym sercem, ale zrozum, znam Cię miesiąc z hakiem i podróż przez pół globu, w obce i potencjalnie wrogie środowisko może mnie przerosnąć
    -Wcale nie takie obce Lotte. Po drodze wszystko Ci opowiem. Wbrew pozorom z tą wrogością bym też nie przesadzał. Batawia ma to do siebie że wszelkie działania są tam na ogół apatyczne co powoduje że z łatwością można się na większość sytuacji przygtować
    -Ostatnie powstanie temu zaprzecza
    -To był wyjątek, wynikający właśnie z tych zaburzeń. Jeżeli znajdę winnych i ich w jakiś sposób ukarze to wszystko wróci do normy. Krajowcy sami z siebie nie chcą się butnować; ktoś musi ich do tego podżegać
    -A zastanawiałeś się w jaki sposób chcesz wymierzyć sprawiedliwość?
    -To zależy od tego kto będzie winny. Nie chcę teraz o tym dalej rozmawiać, bo i tak nic z tego nie wyjdzie a tylko będę się stresował na darmo
    -Dobrze Kochanie. Wyczytałam że jutro grają „Traviattę” w operze. Chcesz pójść?
    -Z chęcią. Wyobraź sobie że nigdy do tej pory nie byłem w takim miejscu, więc pora to nadrobić.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

    +: S.................e, MatematycznyPlomien +4 innych
  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    7 lipca 1897 roku- późny wieczór

    Ostatnie kilka dni minęło ekipie na gorączkowej podróży. Łapali najbliższe pociągi niezależnie od ceny, standardu i godziny odjazdu, tylko po to aby zdążyć do Monachium na wystawę. Ich wysiłki opłaciły się- już 4 lipca udało im się dotrzeć na miejsce. Miejsce widowiska było wyraźnie widoczne- specjalnie na jego użytek władze miejskie stworzyły halę. Była ona przeszklona, wzorując się na tej która była w Londynie nieomal pięćdziesiąt lat temu. Chodziło o to aby budowla była jak najlżejsza i spraiwła wrażenie skrajnie futurystycznej. W modzie ponownie była przyszłość właśnie przeszklona- nie ta związana z kominami fabrycznymi i przemysłowym pędem, a opierająca się na wysublimowanych konstrukcjach. Umysł sam podpowiadał Lodewijkowi skojarzenia z Elojami z „Wehikułu czasu”. Jeżeli chodzi zaś o wielkość to warunek był jeden- miała być większa niż ostatnia Wystawa Krajowa która odbyła się w Berlinie. Pod tym względem naród Bawarii nie stracił nic ze swojej dumy, i nadala uważał się za bardziej cywilizowanych, czemu dawał wyraz w dowcipach na temat Prusaków i ogólnie mieszkańców północnych Niemiec. Hala składała się z dwóch części- pierwsza z nich poświęcona wynalazkom lokalnym była ustawiona na osi północ-południe. Druga zaś gromadziła dowody potęgi ludzkiego umysłu pochodzące z reszty krajów związkowych Rzeszy i przebiegała prostopadle do pierwszej. Przejście pomiędzy nimi było płynne a z lotu ptaka przypominała odwróconą literę „T”. Budowla była dwupiętrowa- parter nie zdradzał jeszcze tej lekkości i był zbudowany z prefabrykowanych prętów stalowych obleczonych betonem. Pierwsze piętro natomiast przebiegało po brzegach pasaży, tak że można było obejrzeć cały parter wędrując leniwie, racząc się zimnymi napojami oferowanymi przez sprzedawców którzy widzieli tę Wystawę tylko przez pryzmat potencjalnych zysków. Dach był półkolisty, i tutaj już nie było mowy o jakimkolwiek betonie- dominowało szkło i podobnie jak na parterze stal. Sama hala była położona w południowej części Englisher Parku. Bezpośrednio wokół hali nie było zbyt dużo wybetonowanych ścieżek ani ogólnie mówiąc śladów działalności człowieka- chodziło o jak największą symbiozę z naturą. W folderze programowym Lotte odczytała że sama budowla po zakończeniu nie będzie demontowana i stanie się integralną częścią parku, zapewniając podróżnym schronienie, punkty usługowe i informacje na temat miasta. Była co do tego sceptycznie nastawiona bo widziała problem w zagospodarowaniu tak dużej przestrzeni, ale przyjęła wyjaśnienia których na łamach programu udzielał burmistrz Monachium. Bardziej interesowało ją otoczenie- nigdy wcześniej nie miała okazji podziwiać ogrodu w stylu angielskim, tego pół-dzikiego miejsca gdzie ręka ludzka ingerowała tylko tam gdzie uważała za konieczne. Po pierwszej przechadzce stwierdziła że znacznie bardziej odpowiada jej takie zarządzanie zielenią niż ogrody francuskie ze swoją armią pracowników, zatrudnionych tylko po to aby w istocie utrzymywać iluzje doskonałości. Lodewijka z całego programu zainteresował szczególnie pokaz autmobili- zastnawiał się nawet czy w ostatniej chwili nie zgłosić się do komitetu organizacyjnego i pokazać allmayera. Z radością przyjął również informację że ów Karl Benz którego tak bardzo chciał spotkać również będzie miał swoje stoisko, a nawet zaprezentuje prototyp nowego samochodu sportowego. W ostateczności jednak poprzestał na biernym obserwowaniu. Felix tymczasem kpił sobie zarówno z aut, jak i ogrodów- najlepiej czuł się wędrując po mieście i jak to określał „szukając przygód”. W większości przypadków oznaczało to szwendanie się oraz obserowanie ludzi, od czasu do czasu picie piwa w obskurnych szynkach do późna, jednak czasami przydarzały mu się ciekawe historie. Stolica Bawarii jednak go zawiodła- nikomu w głowie nie było urządzanie burd, ani nawet bycie interesującym dla Felixa człowiekiem. Całe miasto znajdowało się w podniosłej atmosferze co zauważyli już po wyjściu z dworca- ulice były starannie czyszczone, policjanci najwidoczniej otrzymali nowe mundury, co można było poznać po mocnym blasku bijącym od srebrnych guzików i kolorach które nie zdążyły spłowieć. Ponadto na większości głównych arterii przewijali się chłopcy wywieszający obok siebie na latarniach flagi cesarstwa i rodzimego landu. Po depresyjnej atmosferze Dusseldorfu, czuli się tutaj jak w niebie. Spędzili te kilka dni na zwiedzenia zarówno miasta jak i relaksowaniu się nad Starnbergersee. Podczas tych dni w końcu poczuli że znaleźli rytm podróży i emocje które sobie po niej obiecywali. Z ich twarzy nie schodził radosny uśmiech, szczęście i gotowość do celebrowania chwili. Sam hotel również był znacznie lepszy. Tym razem posłuchali rady Felixa i pierwszego dnia wstąpili do burmistrza. Wilhelm Ritten von Borscht przyjął ich bardzo ciepło. Wysłuchał historii i z radością przywitał ich w mieście którym zarządzał od czterech lat. Wystawa Krajowa była jego oczkiem w głowie, i dokładał wszelkich starań aby udała się jak najlepiej. Zaproponował nawet objęcie przez Lodewijka honorowego patronatu, ten jednak odmówił tłumacząc się chęcią zwiedzania wystawy incognito. Porozmawiał z nimi jeszcze trochę a po pracy oprowadził, pokazując najsłynniejsze zabytki miasta. Tym razem po wycieczce wylądowali w hotelu „Europa” który miał wszystko czego mógł oczekiwać członek rodziny królewskiej.

    W końcu nadszedł 7 lipca, dzień otwarcia. Od rana pod halą, ale również na ulicach którymi miał przejeżdżać cesarz gromadziły się tłumy ludzi. Akurat wtedy cieszył się społeczną popularnością, więc szczerze chcieli wyrazić mu wdzięczność. Lodewijk z Lotte uznali że nie będą się kłębić wcześniej niż to konieczne i przybyli tuż przed oficjalnym rozpoczęciem. W hali stał Wilhelm II i rozmawiał o czymś z doradcą. Charakterystyczny wąs miał starannie wypomadowany a zdeformowaną rękę starał się jak najczęściej trzymać za sobą, bądź ukryć w kieszeni. Zajęli miejsca (to jedno wyprosili u burmistrza) w pierwszym rzędzie i rozmawiając między sobą cicho czekali na rozpoczęcie. Wystawę otworzył hymn Rzeszy odegrany przez królewską orkiestrę, zaś później przemówił Kajzer
    -Witam wszystkich szlachetnych gości którzy pragną podziwiać potęgę narodu niemieckiego! Wierzę że wszystkie pokazane tu wynalazki i dzieła będą działać na chwałę naszego państwa tak aby zajęło należne sobie miejsce w Europie. Już teraz nasze samochody są niezrównane, armia niezwyciężona a flota potężna. Te wszystkie siły będą jednak rosnąć z każdym dniem. Stanowczo wypowiadamy się za zwiększeniem możliwości wojennych naszych statków…
    -Czemu on mówi o flocie?- zapytała Lotte przestając na chwilę tłumaczyć partnerowi przemowę- przecież to Wystawa Krajowa a nie regaty.
    -Z tego co czytałem jest mocnym militarystą. Niektórzy mówią że to z powodu ręki. Choroba która ją zniszczyła odbiła się ponoć również na jego psychice i chce udowodnić rodzinie że jest coś warty. Inni z kolei uważają że to ostatnie sukcesy go upoiły
    -Jakie sukcesy?
    -Od niecałych dziesięciu lat Niemcy objęły w stan posiadania Tanganikę. Nie bardzo jednak wiedzą co z tym fantem zrobić; kolonia jest cały czas niestabilna a w ciągu tych kilku lat gubernatorzy i komisarze zmieniali się sześć razy. Obecnie władze sprawuje tam Eduard von Liebiert i jego rządy wydają się powiewem spokoju. W każdym razie ten sukces uskrzydlił cesarza. Flota i chęć dogonienia Wielkiej Brytanii w tonażu okrętów wojennych jest jego prywatnym hobby, i traktuje to nieomal jak sprawę honorową
    -Czy mu się uda?
    -Nie sądzę. W Wielkiej Brytanii coraz częściej mówi się o wprowadzeniu tzw. two power standard. Jeżeli przepchną to w parlamencie to II Rzesza ich nigdy nie dogoni.
    -Skąd w sumie to wszystko wiesz, skoro większość życia spędziłeś w Batawii?
    -W koloniach nie bardzo jest co do roboty, ale depesze przychodzą regularnie. Moim zadaniem jako królewicza jest się orientować w takich sprawach. Czekaj, chyba będzie kończył.
    -… W związku z tym zapraszam was wszystkich jeszcze raz do oglądania i dziękuję burmistrzowi że zechciał zorganizować tę Wystawę. -zakrzyknął gromko. Odpowiedział mu grom oklasków i aplauz. Lodewijk widział że cesarz zahipnotyzował tłum; w tej chwili nieomal na przekór wszystkiego wierzyli że Niemcy będą w stanie zostać w przyszłości hegemonem. Nie spodobało mu się, ponieważ oznaczało to wzrost poparcia dla działań wojennych. Po pozdrowieniach udali się na zwiedzanie, od razu podążając na piętro. Po kilku godzinach usiedli przy stoliku gdzie zamówili wodę sodową. Popijając ją leniwie podszedł do nich człowiek ubrany w mundur, jednak nie było na nim żadnych dystynkcji zdradzających pochodzenie.
    -Witam w imieniu cesarstwa na niemieckiej ziemi Panie Lodewijku i Panno Liselotte- zaczął pewnie. Obejrzeli się najpierw na siebie, a później na niego z wyrazem głębokiego zdziwienia.
    -Och przepraszam, Państwo poproszą że się przedstawię- jestem Franz von Hanau, człowiek który ma za zadanie reprezentować cesarstwo w sposób dyskretny.
    -Czego Pan od nas oczekuje?
    -Wasze przybycie tutaj zaintrygowało Jego Cesarską Mość i chciałby z Panem porozmawiać, oczywiście jeżeli Pan się zgodzi- mówił szybko, cicho, jakby wiele razy wcześniej wypowiadał tę kwestię.
    -Dobrze, pójdę. Lotte, tak przy okazji, wiesz gdzie jest Felix?
    -Pewnie się błąka jak zwykle
    -Czy długa to będzie rozmowa?
    -To zależy od tego co cesarz chce Panu przekazać. Niestety nie wiem o co mogłaby się toczyć sprawa
    -W takim razie idźmy.
    Po kilku minutach znaleźli się w małym gabinecie organizatorów Wystawy, który w tym momencie zajmował Wilhelm II. Lodewijk ukłonił się po czym usiadł na krześle
    -Witaj Lodewijku- rozpoczął w płynnym holenderskim
    -Nie wiedziałem że Wasza Cesarska Mość potrafi mówić w tym języku, poczytuję to jednak za zaszczyt.
    -Co Cię tu sprowadza?
    -Mnie? Podróżuję z ukochaną po Europie
    -Nie, nie, co Ciebie przygnało do Europy
    -Przybyłem tutaj na zaproszenie Jej Królewskiej Mości Wilhelminy, uczestniczyć w uroczystościach związanych z pierwszymi urodzinami Wilema.
    -Czemu opuściłeś Holandię?
    -Ponieważ chciałem zwiedzić kontynent. Przepraszam że ośmielę się przerwać ale to nie przypomina rozmowy a przesłuchanie. Z resztą dlaczego Cesarz chce wiedzieć czemu opuściłem kraj? To moja prywatna sprawa
    -Przyznam Ci się szczerze że doskonale wiemy dlaczego wyjechałeś tak nagle. Zapomniałeś że nieomal wszystkie dynastie tutaj są spokrewnione. Wieści rozchodzą się szybko.
    -Przepraszam ale nie bardzo rozumiem dlaczego Cesarz mnie tu zaprosił
    -Mam dla Ciebie propozycję.
    -Jaką?
    -To proste. Holandia od dawna jest mi solą w oku. Pomimo tego jednak nie mogę otwarcie wystąpić przeciw temu krajowi. Od dawna chciałem się zrewanżować Marji za pewne wydarzenia z przeszłości i oto pojawiła się szansa. Skądinąd wiem że aktualnie jesteś bez pracy, jeżeli można to tak określić.
    -To nieprawda. Jestem porucznikiem KNIL i lojalnym poddanym królowej oraz jej kuzynem. Po podróży mam zamiar wrócić do Batawii i tam działać na rzecz swojej ojczyzny
    -Jesteś tego pewien? Chcesz wracać do Indii Wschodnich, gdzie nie masz sojuszników a jedynie problemy? Zastanów się dobrze- mówiąc to podsunął mu papier który Lodewijk zaczął szybko czytać
    -Wasza Cesarska mość, przecież to awans na pułkownika w armii cesarskiej.
    -In blanco. Możesz wybrać dowolny rodzaj wojsk i dowolne miejsce zakwaterowania. Nie musisz się decydować teraz, po prostu kiedy będziesz gotowy to przyślij do pałacu kopertę.
    -Ale przecież tak nie można, to nie jest szesnasty wiek żeby tylko po urodzeniu decydować o tym kto dowodzi wojskami
    -wiesz doskonale że po ostatnim powstaniu należy Ci się coś więcej niż Order Wilhelma IV klasy. W każdym razie zastanów się nad tym, a teraz wyjdź.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    30 czerwca 1897 roku- wieczór

    Do Dusseldorfu dotarli pod wieczór. Krajobraz różnił się mocno od tego który posiadał Amsterdam. Nie dało się ukryć że jest to miastro stricte przemysłowe-mało było zabytków w przeciwieństwie do kominów fabrycznych, tworzących ciemne chmury zasnuwające krajobraz. Teraz szczególnie mocno dawało się to we znaki z powodu braku wiatru. Sam dworzec był dumą miasta- oddany przed sześcioma laty lśnił jeszcze nowością cegieł, czego nie dało się powiedzieć o budynkach wokół. Niezależnie od użytego koloru elewacja pokrywała się w krótkim czasie pyłem, co nadawało miastu dosyć depresyjny wygląd. Całości dopełniał uliczny gwar i miny ludzi którzy gdyby mieli wybór uciekliby stąd- tak przynajmniej pomyślał Lodewijk. Wsiadając do samochodu i jadąc do hotelu obserwował ich i ulice. Obydwie oceny wypadły negatywnie. Miny tych ludzi oprócz chęci ucieczki wyrażały również zmęczenie i były podobne do tego co widział w Amsterdamie, ulice zaś były wąskie, w wielu miejscach na których kursowały tramwaje wręcz nie dało się przecisnąć.
    -Nieźle się zaczyna nasza podróż- zagadnął Felix- patrząc na nich również mam ochotę się tu więcej nie pokazywać
    -Nie wydziwiaj. To konieczne dla rozwoju miasta żeby budować fabryki. Bez tego byłoby tu jeszcze biedniej.
    -Biednie czy nie biednie, na pewno brzydko. Jest tu w ogóle co zwiedzać?
    -Miasto jest stare czyli musi być jakaś katedra czy coś w tym stylu. A jeżeli nie to pojedziemy autem gdzieś na obrzeże gdzie nie będziemy musieli oglądać tych twarzy.
    -Chciałabym zobaczyć Ren- zaczęła Lotte- słyszałam że to piękna rzeka
    -Woda jak woda- żachnął się adiutant- moim zdaniem powinniśmy stąd uciekać jak najszybciej. Tymczasem jednak jesteśmy w hotelu
    Istotnie znajdowali się przed przysadzistym budynkiem w kolorze żółtym wymieszanym z szarością, z której Lodewijk chyba już zawsze miał wrażenie że zapamięta to miasto. Hotel miał trzy piętra, i był zbudowany w stylu klasycystycznym. Silił się na jakąkolwiek elitarność, jednak mogły te próby wypaść dobrze tylko w oczach kogoś kto nie miał styczności ani z luksusem ani z klasycyzmem. Weszli do środka po brukowanej ścieżce i znaleźli się w małym lobby. Na jego wyposażenie składało się kilka foteli ustawionych przy stole w lewym kącie, tuż przy oknie, drewniana lada wykonana z lichego drewna za którą siedział recepcjonista, oraz bar po przeciwnej stronie. Pokój był ozdobiony ciemnoczerwoną tapetą w białe królewskie lilie a z sufitu zwisał elektryczny żyrandol, dający żółte, bardzo ciepłe światło. Całość balansowała na granicy przytulności, kiczu i obskurności, obecnie z przewagą tego pierwszego, jednak była to zasługa niedawnego remontu. Podeszli śmiało do lady, kiedy usłyszeli po niemiecku
    -Witamy serdecznie w naszym hotelu „Nadrenia”! Czego Państwo sobie życzą?
    -Umie ktoś tu po niemiecku? Zapytał Lodewijk towarzyszy podróży
    -Na mnie nie patrz- odpowiedział gwałtownie Felix
    -Zostawcie to mi- i już pewnym głosem do recepcjonisty w płynnym niemieckim- Chcielibyśmy jeden pokój dwuosobowy i jeden jednoosobowy
    Twarz recepcjonisty pojaśniała. Jako że nie znał żadnego języka oprócz tego którego używał Goethe, przygotowywał się na trudną przeprawę, toteż z wielką ulgą przyjął tak dobrze znane mu słowa. Był średniego wzrostu o rudych włosach z przedziałkiem z lewej strony, które zdradzały narastającą konieczność pójścia do fryzjera. Owalna twarz była pokryta bliznami związanymi z przebytą w dzieciństwie ospą, a uszy odstawały stanowczo za mocno, nadając jej pocieszny kształt.
    -Ależ oczywiście, oto klucze do pokoju 109 i 112. Potrzebuję jeszcze abyście Państwo podali imiona i nazwiska, oraz wskazali osobę która uiści rachunek
    -Liselotte Janssen
    -Lodewijk van Oranje
    -Felix Kerkman
    A kto płaci?
    -Weź przetłumacz że zapłaci pałac w Holandii- rzucił szybko Felix.
    -Proszę zapisać że zapłaci dwór królewski w Amsterdamie- Lotte podkreślając każde słowo.
    -Przepraszam najmocniej państwa, ale nie jestem w stanie przyjąć takiego odbiorcy rachunku. Sugeruję wskazać jakieś bardziej realne dane.
    -Co on mówi?
    -Nie wierzy nam że Amsterdam zapłaci
    -Bo nie zapłaci! -rzucił Lodewijk
    -Zapłaci i to jeszcze z pocałowaniem ręki. Lotte, będziesz tłumaczyć- odpowiedział adiutant kładąc walizki i chwycił biednego chłopaka za poły marynarki.- posłuchaj no, jeżeli zależy Ci na skandalu dyplomatycznym to proszę bardzo, możesz dalej się stawiać, jednak wiedz że ten człowiek obok mnie jest członkiem holenderskiej rodziny królewskiej. Chcesz nadal obstawać przy swojej wersji? Wiesz że czasy nie sprzyjają zaognianiu relacji w Europie, chyba że faktycznie masz taki pusty łeb.
    Recepcjonista jednak nie stracił rezonu i odparł
    -Gdybym każdego wpuszczał tutaj na takie papiery szef już dawno by mnie wypierdolił z roboty. Dopóki nie dostanę jakiegoś potwierdzenia nie wpuszczę was i zawołam policję.
    Lode wyjął paszport i pieczęć królewską, pokazał go mężczyźnie, a ten już spokojniej odparł
    -Przepraszam za niedogodności i życzę miłego pobytu! Hans!- zawołał do boya pijącego piwo przy barze- weź bagaże Państwa i zanieś do 109 i 112.
    Kiedy para rozłożyła się z rzeczami w pokoju Lode poprosił Felixa. Ten przyszedł wyraźnie zadowolony z niedawnego wyczynu i pogwizdywał wesoło. Przełożony nie postanowił czekać i wycedził przez zęby
    -Co do Twojego pustego łba strzeliło żeby robić taki gnój? Przecież wiesz że nie mam ochoty dawać do ręki amunicji Marji. Jeżeli dowie się że rozbijam się po Europie na jej koszt to dostanie białej furii i wtedy już na pewno oskarży mnie o udział w spisku
    -Nic takiego nie zrobi. Dwór jest wystarczająco bogaty, i pewnie nawet nie zauważy czegoś takiego. Poza tym zobacz; teraz całe miasto jest Twoje. Daję maksymalnie dobę że dostaniesz zaproszenie do burmistrza i od tej pory będziesz cieszyć się honorami właściwymi rodzinie królewskiej.
    -Zawsze ceniłem Cię za odwagę i nietuzinkowe myślenie Felix ale tym razem przesadziłeś. Nie rób tak więcej; jeżeli będę chciał wystąpić jako osoba publiczna to to zrobię, w innych wypadkach chciałbym zostać incognito. Poandto nie wiadomo czy następną dobę spędzimy w tym mieście.
    -A masz chociaż jakieś fałszywe papiery skoro chcesz podróżować incognito? Przecież oprócz takich indywiduów jak na dole jeżeli powiesz że jesteś Oranje to i tak Twoją przykrywkę szlag trafi. Tobie też czasami przydałoby się trochę oleju w głowie
    -Uważaj do kogo mówisz
    -Mówię do porucznika KNIL i tego się będę trzymać. Lode, chłopie, martwię się o Ciebie. Od czasu postawienia stopy w Europie nie jesteś takim jak Cię lubiłem. Stałeś się agresywny, porywczy i gwałtowny. Cieszę się że znalazłeś tu miłość ale przebywanie na dworze ewidentnie jest dla Ciebie destruktywne. Nie możesz tak obrażać ludzi wokół siebie.
    -To czego chcę, Felix to spokój. Zrozum że sytuacja w jakiej się znalazłem jest patowa i poza jakimś mglistymi ideami kompletnie nie mam pomysłu co dalej. Kocham Lotte i chciałbym z nią żyć, ale obawiam się że to może być niemożliwe. Na moim miejscu też byś był nerwowy. A teraz proszę, daj nam trochę czasu.
    -Jak sobie życzysz. Widzę że to jest dla Ciebie ciężkie, ale tak reagując tylko zawężasz sobie pole wyboru. W każdym razie to Twoje życie i cieszę się że nie muszę podejmować takich wyborów. Bawcie się dobrze.- zakończył sucho.
    Po jego wyjściu przebrali się i postanowili wyjść, popatrzeć na Ren. Nie znając za bardzo miasta błąkali się zarówno po biednych dzielnicach, pełnych robotników (Lodewijk zauważył że na ogół wyglądali lepiej niż w Amsterdamie i nie było wśród nich dzieci), składające się z kamienic grożących rozpadnięciem się w każdej chwili, jak i te pełne domów bogato zdobionych, które mogło się zdawać przeczyły krzykliwymi kolorami elewacji przemysłowemu charakterowi miasta, jednak tajemnic tkwiła w ich regularnym myciu. W końcu, po wielu pytaniach dotarli nad Złoty Most. Ten świadek historii był zbudowany z kamienia i przekraczał rzekę w jednym z jej najwęższych punktów. Był również przerzucony bardzo nisko co nie pozwalało pływać pod nim statkom. W momencie w którym przybyli nie było na nim dużego natężenia ruchu. Nachylili się nad balustradą i obserwowali leniwie sunącą rzekę, całkowicie uregulowaną. Po obu stronach drzewa nachylały się swoimi koronami. W oddali mogli zauważyć mała marinę będącą końcem (lub początkiem) podróży dla jachtów. Na okolicznych ławkach, położonych przy chodnikach biegnących prostopadle do mostu siedziało kilka par
    -Co o tym myślisz?- zagadnęła Lotte
    -O mieście, moście, Felixie czy wszystkim naraz?
    -Po kolei, może najpierw o mieście
    -Kompletnie mi się nie podoba co mnie dziwi. Myślałem że takie miejsca będą zaspokajać duszę człowieka który kocha technikę, aczkolwiek okazało się zupełnie inaczej. Jestem rozczarowany. Może to jest jeszcze jeden przykład pasujący do Bismarcka który powiedział że ci którzy lubią politykę i kiełbasę nie powinni widzieć jak się je robi. W każdym razie srogo się zawiodłem, co jednak nie tłumi mojego podziwu dla praw fizyki i pomysłowości człowieka. Jeżeli tak miało wyglądać unowocześnianie Batawii według moich rodziców to może lepiej że się nie udało
    -Nie myślałeś że to jest po prostu konieczne?
    -Co jest konieczne? Żeby robotnicy ginęli bez jakiegokolwiek ubezpieczenia, a dzieci były pozbawiane szans na naukę? Jeszcze w Indiach Wschodnich miałem wyrzuty sumienia że jestem tak uprzywilejowany. W takich momentach budzi się we mnie socjalista, ale wiem że to też nie ma sensu. Nie mam ochoty przemeblować całego świata a tylko sprawić aby ludzie żyli godnie. Jeżeli jednak się nie dostosuję ludzie będą cierpieć inny rodzaj biedy. Nie jestem w stanie tego rozgryźć i dlatego wolę świat techniki. Poproszę inny zestaw pytań
    -A most?
    -Traktuję go czysto użytkowo, nie widzę jakiegoś specjalnego powodu aby ten obdarzać uczuciami, oprócz tego że jestem tu z Tobą, i to będę o nim pamiętać
    -No dobra, a co z Felixem?
    -Felixa zawsze szanowałem. Był moim adiutantem od kiedy skończyłem szkołę oficerską. Nigdy nie miał ambicji żeby pójść wyżej. Jak sama widzisz jest to po trosze hulaka, który nie bardzo przejmuje się poważnymi rzeczami i po prostu chce brać to co życie mu zaoferuje. Jednak jeżeli jest potrzeba potrafi być piekielnie skuteczny na swój sposób. Myślę że to stało się w hotelu- działał w moim najlepszym interesie tak jak go postrzegał. W głębi duszy nie winię go za to, po prostu ostatnie czego pragnę to rozgłos.
    -Chyba nigdy go nie unikniesz w pełni. Miał rację że jeżeli nie masz fałszywych papierów to pod tym względem wiele nie wskórasz. A ogólnie co myślisz o sytuacji? Co to za plan?
    -Dopiero zaczynam nad nim myśleć więc nie mogę Ci o nim powiedzieć. W każdym razie chcę abyś czuła się ze mną bezpiecznie. Wiem że w przeciwieństwie do mnie nie chcesz opuszczać Holandii
    -Ostatnia kłótnia braci mi coś uświadomiła. Myślałam że jesteśmy zgodną rodziną, ale okazuje się że pieniądze są dla nich ważne tak samo jak dla innych. Rację miał Stanisław że powinni być bardziej powściągliwi. Sama miałam ochotę to powiedzieć, jednak pokazała mi ta sytuacja pewną tendencję. I teraz zaczynam się zastanawiać czy faktycznie jest tak dobrze jak myślałam w tej rodzinie
    -Jedna rozmowa to za dużo żeby rozstrzygać takie rzeczy
    -Wiem, ale zobaczymy jak dalej się potoczy sprawa. Chciałabym dla nich jak najlepiej ale w ostateczności to oni kreują swój los.
    -Dokładnie, chodźmy stąd bo zaczyna padać
    -Czekaj, a co to jest?- wskazała na plakat przyklejony do słupa, po czym zaczęła czytać- to chyba coś dla Ciebie!
    -Co takiego?
    -Za tydzień w Monachium jest Wystawa Krajowa. Ponoć będzie uczestniczyć w jej inauguracji cesarz.
    -No i wiemy gdzie pojedziemy! Musimy szybko się spakować, czeka nas kawał drogi.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    30 czerwca- popołudnie

    Resztę dnia rodzeństwo spędziło na dogadywaniu szczegółów każdej z opcji. Skończyli rozmawiać o tym dopiero wieczorem, zmęczeni. Zjedli jeszcze kolację i zasiedli w salonie.
    -Obiecałeś że wrócisz do opowieści, czemu musisz wyjechać z kraju- rozpoczął Hugon.
    -Aa, oczywiście, już opowiadam. Rzecz w tym że dostałem ultimatum- albo wyjadę albo zostanę oskarżony o zamach stanu.
    -To tak można? Przecież każdy sąd Cię uniewinni- stwierdził Edward.
    -Obawiam się że nie tym razem. Takie zarzuty zawsze bardzo ciężko odeprzeć, a dodatkowo powiem wam że zbrzydło mi życie w pałacu.
    -To co będziecie robić jak wrócicie z wycieczki?
    -Nie mam jeszcze pojęcia. Przede wszystkim nie wiem czy w ogóle będę mógł wrócić do Holandii, to wszystko zależy od królowej i Marji. Teoretycznie przysługują mi nadal wszystkie przywileje związane z byciem członkiem rodu. Teoretycznie mam prawo do podróży statkiem, który jest do mojej wyłącznej dyspozycji, ale dopuszczam opcję że będę musiał odpłynąć np. z Hamburga.
    -A co o tym sądzisz Ty, siostro?
    -Kocham go i chcę go wspierać. To ultimatum po prawdzie wplątuje każde z nas z osobna jak i cały związek w sytuację którą ciężko przyrównać do czegokolwiek. Sądze że pewnie wrócę do Holandii, a Lode popłynie do Batawii, do swojego domu, ale prawdę mówiąc nie wiem za bardzo co powiedzieć… nie każcie mi teraz o tym myśleć. Na samą myśl o tym zbiera mi się na płacz, a chcę się cieszyć tym co może być najlepszymi miesiącami mojego życia.- zakończyła prawie szlochając.
    -Eee, chyba się zasiedzieliśmy- uciął rozmowę Sven. Pojadę już na dworzec poczekać na pociąg. Panowie chcecie pójść ze mną?- zapytał retorycznie
    Chwilę póxniej już ich nie było i w pokoju została tylko Lotte i Lodewijk
    -ja… naprawdę nie chcę się z Tobą rozstawać. Cieszyłam się z podróży ale okazuje się że to będzie podróż ale do grobu.
    -Uspokój się, na pewno znajdziemy jakieś rozwiązanie po drodze
    -Ale ja nie chcę „jakiegoś” rozwiązania. Chcę się z Tobą czuć bezpiecznie. Czemu nie siedziałeś cicho podczas tej rozmowy? Gdybyś był cicho możliwe że nigdy nie zostałbyś wydalony
    -I dać sobą pomiatać, tak? Spędzać dni w miejscu, w którym nikt mnie nie chce, po to żeby jak najszybciej wrócić do Batawii i nie daj Boże kiedyś tu wracać?
    -Ale przynajmniej miałbyś gdzie wracać a nie byłbyś skazany na banicję! Moglibyśmy się widzieć, a Ty byś nadal mógł pomagać
    -Jak nie teraz to w przyszłości bym tego nie uniknął. Przecież Marja tylko czekała na pretekst żeby mnie stąd wyrzucić jak najszybciej.
    -Mam wrażenie że nie traktujesz tej sprawy poważnie.
    -Przepraszam że jesteś postawiona przed taką sytuacją, ale nie jestem winny. Sytuacja w której moja rodzina grozi że oskarży mnie o coś tak haniebnego jest nie do pomyślenia. Nawet dzisiejsza kłótnia, choć intensywna nie była w stanie dorównać temu co się tam dzieje, nie mówiąc już nawet o Batawii. Ten dom to drugie miejsce oprócz warsztatu w którym czuję że mogę żyć. Spokojnie, bez ciągłych wyzwisk, krzyków i zawoalowanych twierdzeń że jestem do niczego. A teraz kiedy znajduje szczęście dopada mnie coś takiego.
    -Chyba mam pewien pomysł.
    -Jaki?
    -Idź jutro do królowej i zaproponuj że zrzekniesz się przynależności do rodziny królewskiej
    -Wiesz doskonale że nie jestem w stanie tego zrobić. Ponadto, co by to zmieniło?
    -Sprawa jest prosta. Boją się Ciebie bo jesteś jedynym facetem w tym pokoleniu. Masz szansę na przejęcie tronu po Wilhelminie jeżeli nie urodzi syna. Wilem jest jeszcze dzieckiem, może stać się wszystko. Jeżeli zrzekniesz się praw do korony, to wtedy nie będą miały do Ciebie pretensje. Przestaniesz być bękartem z Batawii bo nikogo takiego nie będzie. Nadal będą mogli pędzić swój żywot w zepsutym pałacu, a my będziemy mogli tu żyć jak normalni ludzie, tak jak sobie wymarzyliśmy. Odpuść sobie ten wyścig i zacznij żyć tak jak chcesz tutaj, skoro to jest tak dobre miejsce.
    -Nie będę się niczego zrzekać! To nazwisko należy do mnie i mam pełne prawa z nim związane! Nie mam zamiaru dawać im do ręki amunicji! Ten dwór faktycznie jest zepsuty, ale potrzebuje sanacji. I zobaczysz że jej doświadczy czy tego chce czy nie
    -Jesteś okropny kiedy tak krzyczysz. Nie jesteś wtedy Lodem którego pokochałam a kolejnym intrygantem. Może faktycznie pasujesz do tej atmosfery.
    -Zaczynasz przesadzać. Jedyne czego chcę to być szczęśliwy i dowiedzieć się dlaczego moje listy są podrabiane. Gdzie to zaprowadzi nie wiem, ale to działanie jest faktyczną zdradą stanu. Zależy mi na dobru kraju i chcę rozwiązać tę sprawę
    -Chciałabym Ci pomóc ale nie jestem w stanie w tym momencie powiedzieć czy dam radę – załkała Liselotte- naprawdę chciałabym być na tyle mocna aby towarzyszyć Tobie, ale nie wiem czy mam tyle siły. To dla mnie tak dużo, już związek z kimś o takim statusie, a teraz angażowanie się w politykę… teraz kiedy jestem w końcu szczęśliwa ktoś chce mi to zabrać.
    -Spokojnie skarbie. Rozstanie z Tobą to ostatnia rzecz której pragnę. Uwierz mi że należy mi na tym związku tak mocno jak Tobie, ale w tej chwili jestem kompletnie wypluty z idei. Chodźmy może spać. Tak tylko będziemy się bardziej denerwować

    Następny ranek kompletnie nie przypominał początku podróży. Był bardzo poukładany, wręcz zgodny z zegarkiem co do minuty. Obudzili się około dziewiątej, zjedli duże śniadanie, które sądząc po daniach, przypominało raczej obiad i spokojnie spakowali swoje rzeczy na samochód. W drzwiach pożegnała ich Lena i pojechali na dworzec patrząc ostatni raz na Amsterdam. Lodewijk patrzył na niego z mieszanymi uczuciami- z jednej strony to miasto dało mu najgorszy miesiąc życia, ale też możliwości żeby całkowicie je odmienić. Wiedział jednak że już nigdy nie będzie takie samo. Podobne odczucia miała Lotte, jednak tutaj smutek wynikał z niepewności co do przyszłości. Cieszyła się że spędzi z ukochanym wspaniałe dni, ba, miesiące, ale traktowała to jak sen, który się skończy. Postarała się jednak z całych sił odpędzić tę myśl od siebie. W drodze jeszcze się upewniła czy przekazali Lenie list do Rijka, a po potwierdzeniu uśmiechnęła się lekko i rozsiadła w fotelu. Po krótkim czasie byli na dworcu. Ten widok u obydwojga wywołał ekscytację nadchodzącą podróżą. Kłęby pary unosiły się z towarzyszącym im hałaśliwym gwizdem, ludzie przemykali od jednego peronu do drugiego w najwyższym pośpiechu, a tablica ogłoszeń niczym zegar wyznaczała rytm tych wewnętrznych podróży. Poszli spokojnie do dyrektora dworca i potwierdzili transport automobilu. Felix wrócił wtedy aby podjechać nim pod wagon w którym miał być. Weszli do pociągu i rozsiedli się w przedziale. Po kwadransie dosiadł się do nich adiutant, z rozpromienioną twarzą
    -I jak, gotowi do podróży?
    -Pytasz jakbyśmy nie byli w pociągu- żachnęła się Lotte
    -Popatrzcie na to z innej strony. Przecież nawet jak Cię wywalili z dworu to nadal jesteś członkiem rodziny królewskiej, prawda?
    -Niby co to zmienia?
    -A to że przecież wszędzie będą traktować Cię z honorami. Będziesz mógł zwiedzić te wszystkie miasta a w dodatku na koszt państwa.
    -Jak na koszt państwa? Przecież jedyne czym mogę dysponować to renta z Batawii, nikt z Amsterdamu nie przyśle mi pieniędzy.
    -Zrozum jak to działa. Nikt się nie zna na meandrach tego kim jesteś w pałacu. Po prostu będą obciążać konto korpusu dyplomatycznego Holandii w danym państwie, albo bezpośrednio do Amsterdamu. Ponadto czasami możesz nawet takich kosztów nie mieć bo to będzie dla burmistrzów miast zaszczyt że ktoś taki u nich przebywa? Korzystajcie śmiało z życia, a tym zakazem się nie przejmuj. Nie wiedzą co tracą.
    Przemowa Felixa trochę ich rozweseliła i przez kilka godzin pogadali trochę więcej. Krajobraz wokół nich szybko się zmieniał – zabudowa miasta ustąpiła mozaice tulipanowych pól szczodrze oświetlonych przez słońce. Dosyć często występowały również wiatraki pracowicie mieląc ziarno na mąkę. Lodewijk patrząc zastanawiał się jeszcze trochę po czym zasnął. Nie miał pomysłu na rozwiązanie sytuacji i prawdę mówiąc miał jej serdecznie dość. Pomijając spotkanie Lotte wiedział już że nie będzie dobrze dobrze wspominać ojczyzny. To wszystko co sobie po niej obiecywał okazało się być mirażem. Chociaż czy w ogóle chciał tu przybywać? Nie obiecywał sobie po wizycie zbyt wiele, bardziej chciał zwiedzić kontynent czego dokonywał w tej chwili, a i tak się zawiódł. Nie miałby nic przeciwko opuszczeniu kraju ale nie w taki sposób. Zastanawiał się jeszcze nad wczorajszą rozmowę z Lotte. Nie mógł od niej wymagać że całkowicie porzuci swoje życie i popłynie z nim prowadzić sklep w Pretorii czy zajmować się czymś równie przyziemnym. Do Batawii również nie miał ochoty wracać. Czuł że musi tam popłynąć aby rozwiązać sprawę ale w tym momencie nie chciał być tam ani dnia dłużej niż to było konieczne. Jeszcze raz przeanalizował wszystkie wersje które przekazał mu Axel i wyjaśnienia Felixa. Brzmiały przekonująco, to prawda, ale nadal nie do końca im ufał. Miał problem z jego pewnością siebie i radością z opuszczenia kraju. Zmęczenie w końcu ostatecznie dało mu się we znaki. Nawet nie wiedząc kiedy zasnął twardo w fotelu. Za jego przykładem poszli pozostali pasażerowie w przedziale i przywitał ich dopiero konduktor
    -Przepraszam że was budzę ale właśnie przekroczyliśmy granicę. Czy mają Państwo paszporty?

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: c8.alamy.com

    +: S.................e, Kroomka +3 innych
  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    29 czerwca- popołudnie

    Lodewijk obudził się wcześnie. Nie dowierzał jeszcze w wypadki wczorajszego dnia i myślał że to tylko sen. Widok Liselotte leżącej w łóżku i śpiącej smacznie jednak utwierdził go w przekonaniu to jest pierwszy dzień nowej rzeczywistości i miał nadzieję że już nigdy nie będzie musiał przeżywać takich katuszy jak w pałacu. Kiedy wstał obudziła się ukochana. Otwierając powoli oczy ziewnęła i zapytała
    -Którą mamy?
    -Poczekaj chwilę- wstał i podszedł do marynarki w której kieszeni miał zegarek- myślałem że jest wcześniej ale dochodzi dziewiąta
    -O Boże! Muszę być jak najszybciej na nogach
    -Czemu, przecież bracia przyjeżdżają na dwunastą
    -Nie chodzi o to, o dziewiątej przychodzi listonosz. Chcę wiedzieć czy Rijk odpisał
    -Ale przecież te kilka minut Cię nie zbawi
    -Im szybciej będziemy wiedzieć co chce, tym łatwiej będzie nam coś zaproponować
    Na takie dictum już nie odpowiedział i poszedł się ogarnąć. Spojrzał po drodze przez okno, i dzień wydawał się rozpoczynać słonecznie. Jedynie w oddali było widać kilka chmur, które mogły namieszać. Podszedł do niego i je otworzył tylko po to aby zostać otrzeźwiony dosyć silną bryzą. Zamknął je równie szybko i poszedł do łazienki wziąć kąpiel. Po pół godzinie kiedy już był ogarnięty postanowił zjeść śniadanie. Ku jego zaskoczeniu Lotte już je jadła i czytała dzienną porcję listów.
    -I co tam mamy?
    -Nic szczególnego, jakieś oferty domów handlowych, kilka listów od dalszej rodziny, i…. przerwała kiedy spomiędzy nich wypadła karteczka o dobrze znanym kształcie. Zaczęła ją czytać spokojnie- Depesza z Londynu via Bruksela do Amsterdamu. KOCHANA SIOSTRO STOP W LONDYNIE DOBRZE STOP SPÓŁKI NIE CHCĘ STOP PIENIĘDZY NIE CHCĘ STOP ROZDZIELCIE JE PO RÓWNO STOP KOCHAM CIE STOP POZDRÓW LODEWIJKA STOP.
    -I jak?- zapytał nieśmiało- co robimy z tym fantem?
    -Rijk nie chce ani pieniędzy ani udziałów w spółce. Daje znać że chce abyśmy rozdzielili je porówno pomiędzy naszą trójkę.
    -Czy w młodości pomagał tacie?
    -Każdy z nas jak mógł to pomagał. Starsi bracia byli silni nosili worki, ja byłam przydatna przy obliczeniach a Rijk pilnował transportów. Uważam że to nie w porządku wobec niego. Czuję że gdyby nie nasz wyjazd lub jego nieobecność tutaj chętnie przygarnąłby kawałek tortu
    -Ale co zmieniać mogłaby jego nieobecność skoro ma wyraźne życzenie?
    -Po prostu możliwość rozmowy daje więcej, wiesz o tym dobrze. Ale to by pasowało do niego jak do ambitnego człowieka. Uważam że powinniśmy zostawić te pieniądze dla niego bądź udziały na jakimś koncie. Niech ustanowi prawnika żeby go reprezentował i cieszy się możliwością powrotu do kraju z gotówką
    -Moim zdaniem wola którą wyraził jest dosyć oczywista. Nie uważam że należy go uszczęśliwiać na siłę. Skoro nie chce to jest jego problem. Jest w pełni dorosły i taka jest jego suwerenna decyzja
    -On tego nie robi bo tak chce tylko dlatego że jest zbyt ambitny aby powiedzieć cokolwiek innego. Nie chce zawdzięczać swojego sukcesu czemukolwiek innemu jak tylko swojemu umysłowi i sile.
    -Nie wiem, nie wiem. W każdym razie musimy się zastanowić co powiemy Hugonowi i Edwardowi
    -Prawdę
    -A wtedy co, będziemy głosować?
    -Nie mam pojęcia, zobaczymy. Przez tę depeszę już nie mam ochoty nic jeść
    -Zjedz, przyda się bo w sumie nie wiadomo o której obiad.
    Po czym wmusiła w siebie jajko na twardo i bułkę. Lodewijk z kolei się nie ograniczał i pochłonął dość sporą liczbę rogalików popijając kawą. Czuł się jak nowo narodzony i był przekonany że nawet starcia w rodzinie nie są w stanie popsuć mu nastroju. Po śniadaniu usiedli w salonie i wymieniali ze sobą jeszcze trochę uwag o najmłodszym bracie. Około godziny jedenastej zjawił się Hugon. Przywitał się z parą po czym usiadł wraz z nimi.
    -Jak tam się wam żyje gołąbeczki?- zagadnął wesoło- promieniejesz siostro. Nawet nie wiesz jak dobrze widzieć Cię tak szczęśliwą. Cieszę się że dobrałaś sobie tak udanego faceta.
    -Dziękuję- odpowiedział i zagadnął- czy miałbyś coś przeciwko uczestnictwu w dyskusji Stanisława?
    -W sumie czemu nie.
    -Pójdź proszę po Stacha- zagadnął do Leny która po chwili wróciła z księgowym
    -Ach, w końcu widzę człowieka dzięki któremu będę miał jasność w finansach! -Stanisław poczuł się zaskoczony tak gwałtownym przywitaniem obejmującym oprócz tych słów mocny uścisk dłoni
    -Ba-ardzo mi miło, Panie Hugonie- odpowiedział elegancko, po czym dołączył do towarzystwa
    -Jak Twoje interesy w Belgii? -zagadnęła Lotte
    -Prawdopodobnie wiesz więcej o cyferkach ode mnie, ale ludzie tam są kompletnie inni. Ciężko rozmawiać z kontrahentami, kiedy jest się Holendrem. Te skurczysyny pamiętają jeszcze 1830. Pomimo jednak tych trudności, w przyszłym miesiącu ruszam już pełną parą. Mam sprzedawców, człowieka który tam będzie przeliczać obroty i specjalistę od tamtejszego transportu morskiego. A wy już wiecie gdzie się udacie w podróż poślubną?
    -Najpierw musiałby być ślub, którego i tak nie zdążylibyśmy wziąć ponieważ Lode musi opuścić kraj do jutra, do północy. Ale chcemy zwiedzić Europę kończąc na Konstantynopolu.
    -Wspaniałe miasto, idealne dla biznesmenów, hulaków i książąt. Na pewno nie będziecie się tam nudzić! Zaraz; jak opuścić kraj?
    -Dostałem ultimatum w pałacu….- chciał kontynuować historię jednak przeszkodził mu dźwięk drzwi i wysoka postać Edwarda.
    -Cześć wszystkim! Widzę familija w komplecie- po czym nastąpiła wymiana przywitań.- nie myślcie sobie że nic dla was nie mam. Zaraz kiedy otrzymałem wnioski poszedłem po prawnika. Wykonaliście perfekcyjną robotę! Wyobraźcie sobie że was pochwalił i stwierdził że to niezbity materiał dowodowy. Mam wygraną w każdym sądzie! Jeszcze wczoraj poszedłem do ratusza i pod eskortą został facet aresztowany. Teraz czeka na rozprawę, ale adwokat mówi że to już tylko formalność. A skoro była uczciwa praca to i należy się wam uczciwa zapłata!- wyciągnął wcześniej przygotowany czek i podał go Lotte- rozdysponuj to względem nakładów pracy. Tymczasem zjadłbym coś. Jest dwunasta a nie wrzuciłem nic na ząb od rana.
    -Wolałabym żebyśmy najpierw porozmawiali o interesach.
    Kiedy szli już do gabinetu wpadł jeszcze Sven- tymczasowy zarządca spółki Paula. Pomieszczenie do którego przeszli już w żadnym stopniu nie przypominało pobojowiska. Wszelkie księgi błyszczały złotymi literami i obramowaniami grzbietów na półkach, a źródła które posłużyły do opracowania raportu były posegregowane w teczkach według daty dokonania transakcji. Rozsiedli się wygodnie- przy jednymi biurku Lotte, Lodewijk oraz Stanisław, a przy drugim Hugon Sven i Edward.
    -Dobrze, a więc sytuacja jest następująca. Jak wiecie dowiedzieliśmy się o tym podczas wizyty rodziców. Okazało się że Paul nas wszystkich oszukiwał przez ostatnie miesiące i nie brał bezpośrednio udziału w prowadzeniu biznesu. Sven może o tym zaświadczyć jako człowiek najlepiej znający jej sytuację. Przy okazji, napiłby się Pan czegoś?
    -Oczywiście, poproszę wody. Przepraszam najmocniej za spóźnienie, ale pociąg z Groningen miał opóźnienie i nie miałem już jak poinformować o tym. Mam nadzieję że nie macie mi tego za złe. Korzystając z okazji chciałbym nieco konkretniej przybliżyć sytuację spółki. W ciągu ostatnich dwudziestu lat kiedy pomagałem ją prowadzić Paulowi rozwinęła się do dosyć sporych rozmiarów. Obecnie jest jednym z największych pośredników w handlu mąką, w Utrechcie. Ma stabilne finansowanie, duże rezerwy, a oceniamy że podczas kryzysu może się jeszcze wzbogacić. Chcielibyście coś jeszcze wiedzieć na jej temat Panie i Panowie?
    -Czy są chętni na jej nabycie? – wypalił Edward.
    -W ostatnim roku podjęliśmy kilka decyzji które pozytywnie pozwalają nam walczyć z kryzysem. W związku z tym że spółka jest tak solidna, jej wartość cały czas rośnie. Niestety czas kryzysu nie jest dobrym czasem na sprzedawanie udziałów, i prawdopodobnie moglibyśmy uzyskać więcej z jej sprzedaży chociażby po zbiorach, które zapowiadają się dla nas korzystnie. Jeżeli mógłbym zasugerować to radziłbym czerpać dochody ze spółki, zwłaszcza tak dobrze prosperującej.
    -I ja tak uważam- odpowiedział Hugon. A jakie jest Twoje zdanie, siostro?
    -Zanim do niego przejdę, chciałabym wspomnieć że nadałam jeszcze depeszę do Londynu, do Rijka. Dostałam odpowiedź przed kilku godzinami i absolutnie nie chce ani zysków ani udziałów w spółce.
    -Nie to nie, bez musu. -prychnął Edward- zawsze lubił się wywyższać
    -Nie wywyższać tylko pokazać że jest was godzien. Dążył do was, był w was wpatrzony jak w obrazek. Doskonale to pamiętam.
    -W każdym razie nie chce swojej części. Uważam że powinniśmy sprzedać spółkę jak najszybciej i mieć to z głowy. Mamy na stole szereg opcji ale im dłużej będziemy debatować tym bardziej z tego nic nie wyniknie. Ponadto teraz spółka prosperuje dobrze, ale to jest bomba z opóźnionym zapłonem. Jej sprawy będą nam jako udziałowcom ciążyć, a i tak mamy wystarczająco obowiązków na głowie.
    -Absolutnie się z tym nie zgadzam- Hugon pochylił się nad biurkiem, świdrując brata wzrokiem- spółka przynosi dobry zysk, a teraz jak Sven powiedział nie jest dobra pora na takie ruchy. Musimy ją zatrzymać przynajmniej przez jakiś czas. Przyznaj się że chcesz ją sprzedać ponieważ utopiłeś pieniądze na giełdzie. Zawsze chodziłeś swoimi ścieżkami ale nie pozwolę aby traciło na tym całe rodzeństwo!
    -Nie utopiłem a zostałem oszukany to raz. Dwa, kiedy zarabiałem na giełdzie nie miałeś nic przeciwko. Trzy, nie mam zamiaru dalej inwestować na giełdzie. Zgodzę się z Tobą że to niepewny rynek, ale znalazłem kamienicę na sprzedaż w dobrej cenie. Nie ukrywam że chciałbym ją kupić, a pieniądze ze spółki są mi niezbędne.
    -W takim razie sprzedaj tylko swoje udziały
    -Ooo nie, nie dam się tak wykolegować. Albo podejmujemy decyzję wspólnie albo wcale!
    W czasie kiedy toczyli kłótnię na przeciwnym biurku nie wiedzieć w jaki sposób pojawił się arytmometr oraz kilka kartek papieru. Towarzystwo przy nim zgromadzone szeptało między sobą gwałtownie.
    -Nie mam zamiaru dokładać ani guldena do Twoich interesów!
    -Przestańcie!- Krzyknął Stanisław- pomyślałby kto że znajdujemy się w cywilizowanej części świata a zachowujecie się jak banda prostaków
    -Jakim prawem chcesz nas uciszać?! – krzyknęli zgodnie
    -Takim że pieniądz psuje wam jasność myślenia. W przeciwieństwie do was pracowaliśmy nad rozwiązaniem tej sytuacji a właściwie dwoma.
    -Dokładnie- pociągnęła Lotte. Obydwie ścieżki nie są optymalne ale pozwalają zachować równowagę w relacjach rodzinnych a jednocześnie nie pozbywać się spółki. Opcja pierwsza polega na tym że pieniądze które są rezerwowe przeznaczamy na kredyt dla Ciebie Edward. W ten sposób będziesz miał na swoją kamienicę a dochód z wynajmu pozwoli Ci spłacić to zobowiązanie. Drugą opcją jest sprzedaż udziałów Rijka. Stanisław zadeklarował się że jest w stanie je odkupić, jeżeli otrzyma kredyt w banku. Jestem gotowa podżyrować mu swoim majątkiem, ale lepiej jakbyś zrobił to ty. Pieniądze z tego kredytu trafiają do Ciebie, tak jak w pierwszym scenariuszu w formie kredytu Edward. Ty kupujesz kamienicę, a dochodem z wynajmu spłacasz raty Stanisława. Cokolwiek jednak postanowimy musimy mieć odpowiedź Rijka, i to nie w formie telegramu a listu w którym się dokładnie wypowie tak aby nie było wątpliwości. Tymczasem uważam rozmowę za zakończoną i zapraszam na jakże wyczekiwany przez Ciebie obiad.
    -To brzmi cholernie skomplikowanie, ale jeżeli się uda to faktycznie by pomogło. Zawsze miałaś łeb na karku Lotte, ale teraz przebiłaś samą siebie. A z Panami- tutaj zwrócił się do Stanisława i Svena- chciałbym porozmawiać, odnośnie tego jak chcielibyście prowadzić spółkę.

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Prywata. Utrecht pojawił się tu nieprzypadkowo, a mianowicie fabularnie Groningen się nie trzyma kupy ze względu na odległość. Dlatego od teraz rodzice Lotte mieszkają w Utrechcie i tam również ma siedzibę spółka. Niestety nie mogę edytować wcześniejszych wpisów. Za niedogodności z tym związane przepraszam.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: media.gettyimages.com

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    29 czerwca- po północy

    Skromną kolację zjedli z apetytem, właściwym ludziom którzy przeżyli nieprawdopodobne przygody. Rozmawiali mało skupiając się na jedzeniu; od czasu do czasu któreś z nich rzuciło uwagę którą uznawał za dowcipną czy też krótki komentarz. Pałaszowali szybko i łapczywie, a dźwięk widelców rozbrzmiewał rytmicznie. Po posiłku Felix udał się do pokoju gościnnego gdzie miał spać przez najbliższy czas. Lotte poprosiła o czerwone wino. Lena usłużnie przyniosła. Atmosfera stawała się senna i gęsta.
    -Jak się czujesz po tym wszystkim?- zapytała nieśmiało po pierwszej lampce
    -Nie wiem czy to jest najlepsze pytanie w tej chwili… zaczął Lodewijk. To wszystko spadło tak nagle…, od wczoraj żyję w transie, tyle ważnych wiadomości, tak wiele ciężkich słów. Mój umysł chyba chce powiedzieć pas i odpocząć przy jakichś głupotach albo spróbować coś zaprojektować. Podczas jazdy allmayerem zauważyłem że na kilka sposobów można go usprawnić. Dodatkowo czeka nas wycieczka po całej Europie. Trzeba jakoś trasę zaprojektować, ale na to też już mam pomysł.
    -Jaki?
    -Jako że kontynent jest duży, a chcemy zwiedzić jak najwięcej miejsc, to oznacza że będziemy mieli problem wybrać od czego zacząć. Dlatego za każdym razem będę dawał Tobie dwie opcje do wyboru. W ten sposób będziem kolejno odhaczać miasta i państwa, a jednocześnie wprowadzimy jakiś ład do wyprawy, w tym momencie bardziej przypominającej wagary czy banicję.
    -Brzmi ciekawie. Czy chciałbyś zacząć już teraz?
    -Czytasz mi w myślach. Tym razem mam następujący wybór: Możemy rozpocząć podróż albo przez Niemcy albo przez Belgię.
    -Jaki w ogóle miałby być punkt końcowy?
    -Nie przewiduję punktu końcowego, za każdym razem dwa wybory.
    -Popełniasz błąd. Jest jedno miasto które chciałabym zwiedzić szczególnie.
    -Co to za miejsce?
    -Konstantynopol!- powiedziała uśmiechając się- jak byłam mała naczytałam się tanich bajek których akcja działa się w tym mieście i teraz chcę je zwiedzić.
    -Nie ma sprawy, a więc kończymy w Konstantynopolu. Ale decyzja nadal aktualna.
    -W takim razie…. Niemcy! Francuzów mam ostatnio po uszy?
    -Co oni Ci zrobili?
    -Francuzi zawsze są niesolidni w handlu. Przez ostatni miesiąc może nie było tego widać ale ogółem zarówno Hugon jak i Edward nienawidzą robić z nimi biznesów. Po prostu nigdy nie są w stanie dojść z nimi do ładu, choćby sprawiali najlepsze wrażenie.
    -To w takim razie jedźmy. Musimy tylko znaleźć pociąg do Dortmundu który przewiezie automobil
    -Dlaczego chcesz się z nim wszędzie wlec? Przecież jest nieporęczny a koszta jego przewozu mogą nas zrujnować
    -Możesz być spokojna, Felix sprawdził już to. Po drugie samochód daje nam niespotykaną swobodę- możemy jednego dnia siedzieć w hotelu a drugiego wyruszyć znacznie szybciej niż wozem. Po trzecie zaś skoro jedziemy przez Niemcy to chcę odwiedzić Mannheim. Było to moje marzenie jeszcze zanim przybyłem na ten kontynent.
    -Co takiego jest w Mannheim?
    -Nie co a kto. Pracuje tam i rozwija swoje pomysły Carl Benz, jeden z najświetniejszych ludzi epoki, istny geniusz jeżeli chodzi o motoryzację. Pierwszy wpadł na pomysł zbudowania silnika spalinowego a teraz odnosi sukces jako przedsiębiorca. Chcę się z nim spotkać i pokazać mu moje dzieło.
    -Myślisz że zwróci uwagę?
    -Musi to docenić. Samodzielnie skonstruowałem silnik który może mierzyć się z tymi produkowanymi seryjnie w jego automobilach. Nawet nie wiesz ile nocy zarwałem nad planami a ile dni upłynęło mi na oczekiwaniu, na części.
    -Skoro będziesz szczęśliwy to nie mam zamiaru Ci w tym przeszkadzać. Chcesz może się przejść na spacer? To dobrze nam zrobi
    -Czemu nie.
    Wyszli z domu i rozpoczęli wędrówkę po mieście. Noc była ciepła, a księżyc szczodrze oświetlał ulice, podobnie jak najnowsza inwestycja ratusza- latarnie elektryczne. Na ulicach było sporo ludzi którzy albo wychodzili z barów, albo się do nich udawali aby spędzić całą noc na zabawie i spotkaniach z przyjaciółmi. Atmosfera miasta była radosna i udzieliła się im. Przeszli szybko w kierunku portu, rozmawiając o błahych tematach. Port był oświetlony skąpo, jednak w tej chwili nikt do niego nie wpływał. Kilka okrętów marynarki wojennej kołysało się leniwie. Po prawej stronie od nich był sektor prywatnych armatorów, a w oddali można było zauważyć kontury starego żaglowca pełniącego rolę szkoleniową. Kiedy zaczęli na niego patrzeć Lodewijk zauważył że Liselotte się zmieszała. Straciła zwykły rezon i stała się poważna oraz onieśmielona. Już zaczął się zastanawiać nad przyczynami tej nagłej wolty kiedy odezwała się cicho.
    -Wiesz Lode… każde słowo wypowiadała powoli nie bardzo jeszcze będąc pewna czy chce to powiedzieć- od pierwszego spotkania tak dobrze się nam rozmawia… jesteś fantastycznym przyjacielem i wspomagałeś mnie w tym trudnym miesiącu. Dopóki się z Tobą nie spotkałam, nie wiedziałam że ktoś może być taki dobry… Chyba coś do Ciebie czuję- mówiąc to opuściła głowę. Lodewijk podniósł ją swoją dłonią i spojrzał w oczy wyrażające bezbronność i ufność.
    -Co takiego czujesz?
    -Kocham Cię najsłodszy. Jesteś osobą której nigdy nie pragnę opuszczać. Każdego ranka budzę się z myślą o Tobie i zasypiam zastanawiając się jak minął Tobie dzień w pałacu. Chcę z Tobą przeżyć życie i każdego dnia budzić się u Twojego boku, abyś był szczęśliwy. A Ty? Czy Ty coś czujesz? Oczywiście zrozumiem jeżeli okaże się że mnie nie zechcesz.
    -Co Ty gadasz Lotte? Jesteś kobietą której oddałbym wszystkie diamenty Oranii. Zasługujesz na to co najlepsze i jeżeli będę w stanie i jeżeli tego zechcesz to proszę przyjmij moje serce.
    -Czyli… Ty też mnie kochasz?
    -Tak, i nie mam zamiaru się tego wstydzić. Dopóki Cię nie spotkałem nie wiedizałem że można rozmawiać tak normalnie. Ten cały dwór był mi za ciasnym kołnierzem w koszuli, przy Tobie czuję że prawdziwie żyję. Jestem pewien że chce całe życie przeżyć z Tobą i zrobić wszystko abyś nie musiała się o nic martwić.
    -Jesteś taki dobry. Nawet nie wiesz jak szczęśliwa jestem w tej chwili- oczy kobiety się zaszkliły- cieszę się że również i Ty mnie kochasz.
    Przytulili się do siebie czując szczęście związane z tym że mogą kawałek życia oddać drugiej osobie. Nie mówili już zbyt dużo, tylko patrzyli to na siebie to na port. Wymienili również kilka pocałunków. Każde z nich czuło że ta chwila może trwać wiecznie, i nie czuli nawet tego że temperatura się obniżyła.
    -Chyba powinniśmy wrócić do domu kochanie. Jest późno a powinieneś się w końcu porządnie wyspać
    -Żartujesz, teraz nie zmrużę oka ze szczęścia. Ale chętnie wrócę do domu.
    Jak postanowili tak zrobili. Wznieśli toast pozostałym w jadalni winem.
    -Chcesz przyjść do mnie?
    -Nie jestem pewien czy powinienem
    -Ja zapraszam.
    Wszedł za nią do pokoju i przebrał się w koszulę nocną. Następnie ułożyli się razem do łóżka i zaczęli rozmawiać
    -Wiesz.. nie spodziewałem się że też mnie kochasz. Myślałem że traktujesz mnie po przyjacielsku
    -Jak mógłbym nie kochać tak dobrej kobiety? Masz w sobie wszystko to co najlepsze. Raczej obowiałem się że będziesz postrzegać mnie jako zbyt poważnego i nieodpowiedniego dla Ciebie z powodu pochodzenia. Na ogół nazwisko pomaga ale nie w miłości.
    -Byłeś już kiedyś z kobietą?
    -Niee, w Batawii ogólnie utrzymywałem mało kontaktów. Moją główną pasją była technika i nie miałem okazji nawet poznać kogoś kto nie używa całego tego mułu określeń właściwych dla dworu. A Ty skarbie?
    -Przez kilka miesięcy byłam w związku z człowiekiem którego znałam od zawsze. Był moim sąsiadem, jednak to że dobrze się dogadywaliśmy na co dzień, nie oznaczało z automatu że będziemy tworzyć udaną parę. Różnice charakterów okazały się zbyt duże i za obopólną zgodą rozeszliśmy się. Czasami z nim rozmawiam i wiem że założył już rodzinę. Ale wracająć, bałam się że będzie to dla Ciebie lub pałacu mezalians.
    -Opinia pałacu to ostatnie czym się przejmuję, a mezalians jest mi obcy. Żyjemy teraz chyba w najbardziej demokratycznych czasach i nie widzę powodu dla którego mielibyśmy się ograniczać co do osoby u której lokujemy uczucia. Jesteś szczęśliwa?
    -Nawet nie wiesz jak bardzo. Chodźmy jednak już spać.
    -Oczywiście najsłodsza.
    Zgasili lampkę i Liselotte wtuliła się w Lodewijka. Ten zaś tak jak powiedział, był szczęśliwy ale również oszołomiony. Raczej nie spodziewał się że kiedykolwiek będzie w poważnym związku- jak wspomniał w Batawii nie bardzo mógł porozmawiać z kimkolwiek. Chciał tej kobiecie której oddech czuł na karku dać to co najlepsze, jednak czy umiał wybrać najlepiej chociażby dla siebie? Napadły go wątpliwości związane z wydarzeniami ostatnich dni. Czuł się za nią odpowiedzialny i pragnął ją chronić. Zastanawiał się również co teraz zrobi i gdzie będzie mieszkał na stałe. Z jednej strony chciał mieszkać w Batawii, jednak czuł że nie zagrzeje tam długo miejsca, z powodu tej całej skomplikowanej sytuacji. Wtem przed oczami pojawiła mu się wizja. Tak, to jest to, pomyślał w myślach. Zrezygnuję z tej politycznej gry. Zbudujemy razem przedsiębiorstwo w Oranii i tam będziemy szczęśliwi z dala od tego całego zgiełku i fałszywych ludzi. Za dobrą monetę kupił to że teraz już partnerka wiedziała o całej jego pogmatwanej sytuacji a i tak postanowiła obdarzyć go zaufaniem. Uspokoił się po czym zasnął błogo mając w myślach nazwę spółki „L&L ”.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: monovisions.com

    +: S.................e, kolorowy_jelonek +4 innych
  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    28 czerwca 1897 roku- wieczór

    Po krótkim spakowaniu pozostałych kilku skrzyń z najpotrzebniejszymi rzeczami na pokład automobilu, wyruszyli, teraz już na stałe do Liselotte. Opuszczał to miejsce bez żalu, zwłaszcza po ostatniej rozmowie. Do Marji czuł czystą, wydestylowaną wściekłość, natomiast królowa zasługiwała w jego oczach tylko na pogardę. O ile po pierwszej czy drugiej rozmowie widział w niej potencjalnego sojusznika, tak teraz stwierdził że jest zbyt niepewnym materiałem żeby powierzyć jej jakiekolwiek tajemnice. Nagle uderzyła go myśl o tym że ufać nie może nie tylko królowej, ale żadnej osobie z otoczenia z wyjątkiem Lotte, ale ta nie mogła mu w żaden sposób pomóc. Felixa cały czas podejrzewał, z ojcem nie było możliwe nawiązać kontakt, matka również mogła być w to zamieszana a Hudig wydawał mu się zbyt śliski. Czuł się z tym okropnie i postanowił w jakiś sposób poszerzyć pole manewru, a że Felix był najbliżej to zagadnął do niego
    -Co sądzisz o tej całej sytuacji?
    -Powtarzałem Ci że to błąd. Dlaczego królowa nagle wystosowała do Ciebie zaproszenie, na co by nie było jedną z podrzędnych uroczystości. Przecież to nawet nie jest jej dziecko- mówił nonszalanckim tonem. Nie pierwszy raz zdarzyło mu się tłumaczyć z pozoru oczywiste rzeczy, jednak Lodewijk według adiutanta był zbytnim idealistą i nie do końca pasował do tak wymagającego od charakteru miejsca jak Indie Wschodnie. Jednak wzgląd na przyjacielske relacje zawsze go motywował żeby cierpliwie wszystko tłumaczyć. -Sam widzisz że to się kupy nie trzyma, po prostu chcieli Cię wrobić w jakieś bagno i masz
    -Ale nie mogli wiedzieć że zakocham się w Lotte- odparł żywo- ponadto jaki interes miałaby Marja w ewentualnym moim zdyskredytowaniu? Swoją drogą czemu pojechałeś tędy? Wiedziałeś że może być problem z przejazdem.
    -Nie marudź, codziennie tak jeździmy, ale nie ma tego złego co by na dobre. Przynajmniej sobie pogadamy. Czuję że chcesz mi coś powiedzieć- znał go bezbłędnie i wiedział że coś przed nim ukrywa.-Mniejsza, dowiem się tak czy siak. Wracając do pytania, nie mogli tego przewidzieć, ale mogli przewidzieć że się zbłaźnisz, przynajmniej w ich oczach. Sposób jest mniej ważny, jesteś ubogim kuzynem z peryferii świata, to wystarczy.
    -Ale oni budowali mój obraz na fałszywych danych.
    -Jak to? -Felix odpalił papierosa podczas gdy stali w korku- wozy, tramwaje i inne nieliczne samochody nie pozwalały tymczasowo się przecisnąć przez ulicę. Wyraz twarzy przybrał większą dozę zainteresowania.
    -Okazało się że nie otrzymywałem większości listów do mnie skierowanych. Myślałem że to jest pierwszy od Wilhelminy, podczas gdy już wcześniej do mnie pisała, i to wcale nie w złych intencjach.
    -Skąd to wiesz?
    -Pokazała mi list który napisała. Odbiła go na kalce żeby zostawić sobie jeden egzemplarz, ponieważ dziwiła się że nie odpowiadam
    -A może to ona go sfabrykowała?- zauważył przytomnie Felix
    -Nie wprowadzaj mi już mętliku w głowie. Nie mam powodu aby jej nie wierzyć. Dlaczego miałaby mnie oszukiwać w taki sposób? Tak samo jak ja nienawidzi Marji.
    -Może po to abyś właśnie tak myślał. Co by nie było jesteś męskim potomkiem, jedynym w tym pokoleniu. Gdyby Wilhelmina umarła byłbyś poważnym kandydatem do objęcia tronu. Postanowiła więc Cię wyeliminować już teraz, knując tę intrygę.
    -To się nie trzyma kupy, nie można tak luźno traktować kolejności dziedziczenia. Gdyby Wilhelmina umarła to na tron wstąpiłaby Zoe, a potem Wilem.
    -To jest jedyne wyjaśnienie które przychodzi mi do głowy.
    -Ale uwierzyłbyś że ta historia jeszcze ma drugie oblicze?
    -Nie wiem czy może być jeszcze gorzej
    -A i owszem. Pamiętam dokładnie treść odpowiedzi na zaproszenie której udzieliłem. Cieszylem się że mogę odwiedzić metropolię i uczestniczyć w uroczystościach. Jednak nie do końca to znalazł osię w liście który królowa otrzymała.
    -A co takiego?
    -Odmowa, połączona z grubiańską obrazą i żądaniem dodatkowych oddziałów
    -I to wszystko podpisane Twoim nazwiskiem?
    -Tak. Mamy szpiega w Batawii.
    -Ale dlaczego mi to wszystko mówisz? Przecież to całkowicie nielogiczne, jak mogłoby to się odbywać.
    -Bardzo prosto, załóżmy że jest osoba która zna mnie bardzo dobrze, i zawsze otrzymuje ode mnie listy do przekazania. Okazuje się jednak że wcale nie ma tak czystych intencji jak opowiada i zamiast na statek czy pocztę, zanosi je do swoich mocodawców. Odłóżmy na chwilę kwestie kto to był, ważniejszy jest fakt podrobienia listów. Oni piszą nowe, a jednocześnie nie dopuszczają do otrzymania tych które mogłyby pomóc nawiązać zdrowe relacje z dworem w Amsterdamie
    -Kompletnie bzdurne- Felix dopalił papierosa i wyrzucił go przez okno. Naczytałeś się jakichś sensacji a teraz wszędzie wietrzysz spisek. Miałbyś podejrzenie kto…..- przerwał widząc rewolwer wycelowany w brzuch. Był tym faktem całkowicie zaskoczony, ponieważ nie podejrzewał rozmówcy o taką sprawność fizyczną, pozwalającą wyciągnąć go cicho z kabury.
    -Dokańczając, tak, mam podejrzenie kto to może być. Teraz wszystko mi opowiesz albo Cię zabije i nie będzie mnie obchodzić to że narobię skandalu. Jeden więcej w tej chwili i tak już nie ma znaczenia.
    -Stój! To nie ja, przysięgam! Jak mógłbym Ci to zrobić?
    -Udowodnij- wysyczał Lodewijk
    -Dobrze, wszystko Ci opowiem co wiem, ale nie tutaj, jedźmy do Lotte
    -Niech będzie.
    Ku ich obopólnej uldze sytuacja na drodze pozwolił na kontynuowanie podróży. Niebawem pojawili się na podjeździe. Pierwszy wysiadł Felix, a Lodewijk trzymał go na muszce. Weszli do domu i podążyli prosto do gabinetu. Kiedy Lotte ich zobaczyła, napierw się ucieszyła, a później momentalnie zbladła. Nie zdołała z siebie wykrztusić słowa, podczas gdy jej ukochany warknął do adiutanta- Siadaj, i pozbądź się broni do mnie- adiutant wyjął swój pistolet i rzucił go na biurko przy którym usiadł jego rozmówca.
    -Zaklucz drzwi od wewnątrz Lotte- czeka nas długa rozmowa z tym oto szpiegiem
    -Przecież to całkowicie niedorzeczne. Po co miałbym to robić?
    -Zaraz wyjaśnisz. Dobra, skoro mamy już komfortowe warunki to możesz zacząć opowiadać. Nie próbuj żadnych sztuczek bo wtedy ołów z mojego magazynku zmieni swoje położenie a Twoje zdecydowanie by się wtedy pogorszyło. No więc jak, opowiadasz?
    -Oczywiście. To było w ten sposób.- Zaczął niepewnie, ale w trakcie opowieści nabierał swojej zwyczajnej pewności siebie. Jak wiesz moją misją jest chronić Ciebie i dbać o regularne dostarczanie korespondencji, nie tylko do dalekiej rodziny, ale również przekazywanie rozkazów żołnierzom. Podczas ostatniego powstania zdziwiłem się że pomoc nadeszła tak późno. Pamiętam że przekazałem wtedy prośbę o wsparcie do jednego z najlepszych gońców, a rząd kolonialny jak wiesz miał w odwodzie oddział który nie był nigdzie związany walkami. Sądziłem że to kwestia kilkunastu minut, najwyżej godziny, jak przybędzie odsiecz, jednak goniec odpowiedział że mam nieaktualne informacje, a wspomniany oddział broni portu i magazynów tam się znajdujących. Wydało mi się to dziwne jednak stwierdziłem że może się zdarzyć, zwłaszcza że istotnie widziałem błyski w tamtym rejonie miasta, a sytuacja zmieniała się z każdą minutą. Kilka dni później jak wiesz otrzymałem od Ciebie wiadomość do przekazania pułkowi Johanna Stingera, który według informacji miał walczyć w porcie. Wszedłem do sztabu i spotkałem się z jego adiutantem. Porozmawiałem z nim chwilę, i pogratulowałem udanych walk i obrony magazynów. Ten popatrzył na mnie zdziwiony i stwierdził że nie byli nigdy w porcie podczas tego powstania, ponieważ walczył tam regiment oddany bezpośrednio pod dowództwo rządu kolonialnego. Ta wersja była prawdopodobna ze względu na bliskie położenie budynków administracyjnych do portu. Zbyłem sprawę i przekazałem list, natomiast sprawa ta nie dawała spokoju. Niestety goniec wyparował i przez długi czas nie mogłem go znaleźć co utrudniało fakt że nie pracował etatowo w armii, a był na usługach rządu. Dowiedziałem się jedynie że odpłynął z wiadomością do Dejimy. Kilka dni później poprosiłeś mnie abym przekazał odpowiedź na zaproszenie do urzędu pocztowego. Tym razem byłem bardziej czujny i postanowiłem zanieść ją osobiście na statek nie korzytając z usług pośrednika. Pamiętam że wtedy była gęsta mgła i widoczność nie przekraczała kilku metrów. Wędrując po lekko pustych ulicach nagle usłyszałem jak ktoś zamachnął się ciężkim narzędziem. Straciłem na chwilę przytomność a kiedy ją odzyskałem, widziałem potężnej budowy mężczyznę gorączkowo szukającego listu po kieszeniach. Próbowałem się szarpać, ale byłem za słaby; w końcu go znalazł i odbiegł. Jedyne co zdążyłem zrobić to wystrzeliłem kilka razy, ale bez skutku. Po kilku godzinach do gabinetu przyszła dama i stwierdziła że znalazła na ulicy list w rozerwanej kopercie z królewskim herbem i Twoim nazwiskiem. Podziękowałem i tym razem już bez historii go zaniosłem na statek
    -Czemu nie powiedziałeś wtedy o tym wszystkim?
    -Już tłumaczę. Pomimo podejrzeń nie miałem pewności co się dzieje. Nie przypominał mi tamtego gońca, więc tego mężczyznę wziąłem za pospolitego rabusia których tutaj nie brakuje. Przemawiała za tym rozerwana koperta i brak pieniędzy w moim portfelu- szukał ich w kopercie a kiedy nie znalazł, porzucił ją na ulicy, tak aby nikt go nie podejrzewał o napaść. Spojrzałem na list sprawdziłem czy wszystko się zgadza po czym zapakowałem go do nowej koperty i tym razem bez przeszkód dostarczyłem go na statek.
    -W takim razie jakim cudem do Holandii dotarła ta fałszywka?
    -To proste. Teraz winię się za głupotę że faktycznie Ci nie powiedziałem, ale nie wiem czy coś by to zmieniło. Podejrzewam że zainteresowany chciał poznać treść listu, po to aby go zmienić, a później swoimi kanałami dostarczyć na statek. W sprawę musiał też być zamieszany kapitan skoro prawdopodobnie przyjął obie wersje, po czym mojej się pozbył.
    -I Ty oskarżałeś mnie że naczytałem się za dużo tanich kryminałów i tym podobnych książek? Ta historia jest znacznie bardziej nieprawdopodobna niż to co Ci opowiedziałem
    -To patrz to- Felix odwrócił się i odchylił swoje kasztanowe włosy- widzisz, o tutaj? Ten siniak kompletnie nie chce się goić, a lekarz powiedział że prawdopodobnie będę miał go już do końca życia. Nabili mi go właśnie wtedy.
    -Nadal mam problem żeby Ci uwierzyć, ale przyjmijmy że mówisz prawdę. Sam nie mam zbyt dużego wyboru i muszę Ci uwierzyć, wiedz jednak że będę miał Cię na oku. A teraz powiedz kogo Ty podejrzewasz o takie działania?
    -Kompletnie nie mam pojęcia. Musi to być ktoś potężny, komu zależy na skłóceniu waszych dworów ale nie potrafię wpaść na pomysł w jaki sposób mogłoby to mu pomóc. W każdym razie jestem potwornie zmęczony i z chęcią zakończyłbym ten dzień czymś lepszym niż intrygi szpiegowskie.
    -Masz rację, wypakujmy moje rzeczy i zjedzmy coś. Zrobiłem się głodny
    -Zaraz, nie wracasz do pałacu?- Lotte spojrzała na niego z zainteresowaniem. Całą rozmowę przysłuchiwała się jednocześnie na bieżąco pracując. -Co się dzieje?
    -W trybie pilnym dzisiaj po południu zostałem z niego wyrzucony. W niedzielę wieczorem muszę być poza krajem. Jak depesze?
    -Obydwoje odpowiedzieli i będą jutro o dwunastej.
    -A Rijk?
    -Wszystko się zanosi że informacje będę miała jutro. Lodewijk…- tutaj zawahała się- naprawdę chce abyś wziął udział w tej rozmowie. Traktuję związek z Tobą poważnie i chce abyś uczestniczył w życiu tej rodziny na równych warunkach.
    -Wiesz że nie jest mi to w smak, ale niech będzie. W każdym razie zjedzmy coś bo zaraz moje kiszki zagrają „Marsza Tureckiego”. I ani słowa o poważnych rzeczach, teraz musimy się rozweselić.
    Zmęczeni wydarzeniami dnia weszli do jadalni, gdzie Lena czekała już z posiłkiem, nie komentując sytuacji której była świadkiem ani słowem.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    28 czerwca- popołudnie

    Niestety dla Lodewijka okazało się że nie można wziąć snu na kredyt. Kiedy usiadł rozważając wszystkie opcje, nagle poczuł skutki całonocnej pracy. Nieomal momentalnie zaczął ziewać i odczuł potworne zmęczenie i chęć położenia się do łóżka. Przetłumaczył sobie że jak się kapkę prześpi to będzie w stanie lepiej porzeprowadzić rozmowę z Wilhelminą. Zasnął więc, a obudziło go dosyć natarczywe pukanie. Przetarł oczy i zauważył że był taki zmęczony iż zasnął tak jak był ubrany z wyjąkiem butów które przezornie zdjął. Nie wiedział też dlaczego tak właściwie ułożył się pod kołdrę ale pożałował tego pomysłu. Jego najlepszy garnitur był cały w kłakach z pościeli a dodatkowo pogniecony. Koszula z kolei nadawała się do prania z powodu przepocenia- dzień był ciepły. Stwierdził że musi iść się wykąpać, zanim porozmawia, ale najpierw musi rozwiązać zagadkę kto coś od niego chce. Wstał więc odrobinę zbyt szybko. W głowie pojawiły się mroczki i musiał oprzeć się o stolik nocny. Po chwili uspokoił się, gestem ręki ułożył włosy w jako-taką fryzurę i podszedł otworzyć drzwi. Widok osoby która pojawiła się po drugiej stronie momentalnie go otrzeźwił. Przez chwilę milczał myślącże to mu się tylko zdaje, jednak naprzeciwko stała królowa. Patrzył kolejną chwilę tępym wzrokiem po czym zdołał z siebie wydusić ciężko
    -Witaj
    -Piłeś?- zapytała retorycznie- cuchnie tu jak w gorzelni. Otworzyłbyś okno i się ogarnął. -Opryskliwy głos przejawiał objawy zirytowania, podobnie jak zacięty wyraz twarzy, identyczny z tym który widział podczas pierwszej rozmowy- Masz pół godziny i ani chwili dłużej na doprowadzenie się do porządku. Czekam na Ciebie w gabinecie.
    -Jak śmiesz…. Zaczął niepewnie, nadal walcząc z tym szczególnym stanem krótko po przebudzeniu
    -Siedź cicho i usiądź. -posłuchał jej- nie wiem co wczoraj robiłeś w nocy i prawdę mówiąc mnie to nie obchodzi. Wiedz jednak że postawiłeś cały pałac na nogi, nie dając żadnego znaku. Wszyscy tutaj szaleli, podczas gdy Ty wracasz jak gdyby nigdy nic i kładziesz się do łóżka
    -Skoro wszyscy mnie szukali to dlaczego nikt nie zwrócił uwagi na mnie kiedy przyszedłem?- Przecież był tam chociażby lokaj
    -Uwierz mi że zdenerwowanie mnie to ostatnia rzecz której pragniesz. Tylko mojej dobroci zawdzięczasz to że nie musisz wyjść już teraz- królowa nie chciała dać broni do ręki Marji, w postaci niechlujnego stanu oponenta. Sama też uważała przeprowadzanie rozmowy w takich warunkach za coś w rodzaju nieuczciwej rywalizacji; partii szachów w której dysponuje lepszymi figurami. Starała się w szczególny pomóc ulżyć kuzynowi, w tych jak się jej wydawało ostatnich godzinach jego obecności w pałacu. Na myśl o kolejnej konfrontacji czuła się niedobrze od samego ranka. Wiedziała że jest nieunikniona kiedy poinformowano ją że Lodewijka nie ma w pałacu. Kazała służbie go szukać w ogrodach i w mieście, w taki sposób aby nie zwracali na siebie uwagi. Nad ranem zauważyła samochód, który cicho wracał pod pałac. Postanowiła zemścić się za bezsenną noc i stwierdziła że udało się w stu procentach. Ponadto sytuacja miała jeszcze jeden walor; jako że po cichu kibicowała mu w konfrontacji z Marją, pozwoliła mu się przespać mając nadzieję że będzie w lepszym stanie umysłowym. Praktycznie od pierwszego dnia po kłótni kiedy poinformowała ciotkę o przedłużeniu terminu, nie miała spokoju w pałacu. Codziennie rozmawiała z nią o tej sprawie, i różnymi trickami usiłowała obronić swoją decyzję. Marja widząc że nie jest w stanie wymusić zmiany decyzji uciekła się do uprzykrzania jej życia na tysiąc i jeden sposobów. W tej chwili Wilhelmina była już kompletnie wykończona tymi wszystkimi drobnymi złośliwościami i przeklinała siebie za pochopnie wypowiedziane słowa. Teraz stała nad kuzynem i zastanawiała się, dlaczego tak właściwie to zrobiła? Z chęci pokazania władzy? Udowodnienia sobie że jeszcze potrafi być niezależna? Z litości nad tym biednym człowiekiem, który nie poznał tak naprawdę jeszcze cywilizowanego świata? A może to dlatego że zauważyła że kocha tę kobietę, której nigdy nie widziała na oczy? Wróciła na moment do swojego narzeczonego z którym miała wziąć ślub. Był to człowiek dla niej okrutny. Nie ranił jej w sposób dosłowny- przemocą brzydził się tak jak prawdą. Działał na nią głównie psychicznie. Świadomość tego że ma zapewnione ciepłe miejsce wśród znakomitego europejskiego rodu rozwiązała mu ręce. O ile w czasach kiedy małżeństwo było niepewne, zachowywał takt i próbował ukryć się ze swoimi wadami zarówno przed królową jak i Marją, tak teraz poczynał sobie śmiało, nieustannie dając jej do zrozumienia że jest tu niepotrzebna, w przeciwieństwie do nazwiska które nosi. Widziała go w przeciągu ostatnich miesięcy kilka razy, jak robił nieprzyzwoite uwagi szacownym młodym kobietom na bankietach i rautach, a później odchodził z nimi na stronę. Ponadto skoro tylko poczuł się pewnie, nieustannie pozwalał sobie na drobne przytyki i komentarze, tak aby powoli tworzyć obraz królowej jako osoby może nie niespełna rozumu, ale znacząco bardziej od niego głupszej. Miała serdecznie dość tego i chciała w jakikolwiek sposób odwrócić sytuację, jeżeli nie swoją to przynajmniej najbliższych. Próbowała zawsze brać w obronę w konfliktach dworskich swoją siostrę Zoe oraz jej młodego Wilema. Podobnie chciała postąpić z Lodewijkiem, ponieważ z tego co jej się wydawało przez te kilka rozmów, i dni które go widziała zasługiwał na lepszy los niż ona sama. W tej chwili jednak bardziej była na niego wściekła, ponieważ wiedziała że wydał na siebie wyrok w trybie zaocznym. Tym razem nie będzie mogła mu pomóc, niezależnie od tego co powie. Świadomość tego że musi w przeciągu najbliższych godzin skazać go na najprawdopodobniej wieczne wygnanie z pałacu była dla niej okropna, i czuła że to jest jedna z tych decyzji które ciągną się całe życie, będąc nieustannym wyrzutem sumienia i topić samoocenę. Ten cały koktajl emocji który w niej kipiał o którym Lodewijk nie miał świadomości, postanowiła starą metodą ukryć w sobie. Zaczęła sobie wyobrażać że jest w przyszłości gdzie żadnej z tych osób nie ma i poczuła spokój. Pomimo tego była zdziwiona jak rozbrzmiał jej głos, zupełnie jakby nie była jego posiadaczką. Był nadzwyaczj ostry, niczym szpilki nieostrożnie wbijane przez krawca a przy tym zimny.
    -No, to jak mówiłam poczekamy w gabinecie. I ani się waż spóźnić.
    -Oczywiście, widzę że samodzielne podjęcie decyzji nadal Cię przerasta kuzynko. Dobrze że miałaś tyle odwagi żeby mnie obudzić. A może Ty wcale nie chcesz dla mnie dobrze? Przyszło Ci to może do głowy, że to co robisz już dawno przestało być akceptowalne, a ciotka jest tylko wygodnym potworem na który możesz zwalić wszelkie złe uczynki, podczas gdy sama zaczynasz się karmić złem i zepsuciem? Że może jednak miałabyś w sobie tyle siły aby się jej przeciwtawić ale nie robisz tego z wygody i ukrytego złego charakteru? Przyszło Ci to kiedyś- ostatnie słowa wycedził przez zęby z ledwie skrywaną furią.- Bo możliwości są trzy. Albo jesteś tchórzem, albo złą osobą albo głupia. Najprawdopodobniej łączysz w sobie wszystkie te cechy i w ten sposób jesteś idealnym produktem tego dworu.
    -Czas tyka, już teraz zostało Ci tylko dwadzieścia minut. Będziesz tak siedzieć i mnie oskarżać czy w końcu zabierzesz się do roboty? Masz ostatnią szansę zrobić jakiekolwiek pozytywne wrażenie a właśnie ją marnujesz. Zastanów też się nad sobą. Czy Ty pomyślałeś że może nie jesteś zbawicielem świata i złotym dzieckiem Batawii?
    -Zamknij drzwi. Muszę się przebrać.
    Lodewijk postanowił rozegrać tę ostatnią partię na dworze według swoich zasad. Z tego też powodu rozmyślnie wybrał lekką marynarkę sportową, szerokie spodnie, krawat w grochy i błękitną koszulę. Ubiór miał być jak najbardziej lekceważący. W kontraście do tego założył złotą spinkę którą otrzymał jako dar (tradycja nakazywała członkom rodziny królewskiej pochodzącym spoza metropolii a będącym pierwszy raz w rezydencji przekazanie jakiegoś drobiazgu). Wziął również długą kąpiel całkowicie nie przejmując się czasem który wyznaczyła mu kuzynka której szczerze nienawidził pomimo tego że starał się zrozumieć jej sytuację. Odłożył jednak tymczasowo dywagacje na temat jej pozycji w tej konstelacji towarzyskiej i świeżym krokiem wszedł do gabinetu, spóźniony dobre pół godziny. Zauważył że udało się rozgniewać obie kobiety do stanu w którym Marja zaczęła oskarżać Wilhelminę o sojusz z tym egzotycznym gościem. Jego taktyka nie różniła się od ostatniej- zachować spokój, a przy tym wbić tyle szpil ile jest możliwe. Czuł się trochę jak partyzant w dżungli, otoczony ze wszystkich stron, na którego świadomość rychłej i nieuniknionej śmierci działa kojąco. Tak jak tacy ludzie potrafią dokonywać w całkowitym skupieniu niespotykanych aktów odwagi, tak i on miał nadzieję wzruszyć sumienia bądź chociaż pozostawić po sobie długi ślad. Rozsiadł się wygodnie naprzeciwko interlokutorek i zapalił papierosa, próbując przeciągnąć na swoją stronę popielniczkę. Zatrzymała jego rękę Marja nieomal przygważdżając ją do biurka
    -Nie będziesz palić- wypowiedziała cedząc każdą sylabę
    -Będę, czy to się Jaśnie Pani podoba czy nie. Jedyną różnicą będzie to czy popiół będzie spadać w miejsce do tego przeznaczone, czy też będzie na całym biurku. Sprzątający na pewno się ucieszą z dodatkowej pracy.
    Uścisk puścił, a Lodewijk zapisał sobie punkt w przegranym meczu. Przesunął popielniczkę i patrzył uważnie. Próbował w oczach przeciwniczek (kuzynkę przestał brać za osobę mu jakkolwiek sprzyjającą tego poranka) znaleźć jakieś emocje oprócz gniewu i nienawiści. Z zainteresowaniem zauważył że królowa patrzy na niego wzrokiem matki, która widzi dziecko zmierzające ku przepaści ale nie jest w stanie z tym nic zrobić. Zbiło go to lekko z tropu ale nie zboczył z obranej raz ścieżki.
    -Koniec tej farsy. -rozpoczęła starsza- Twoje pojawienie się na dworze było aktem najwyższej głupoty i nie przestałeś być głupi do dzisiaj. Jesteś człowiekiem którego ego sięga niebios a wartość piekła- ku zaskoczeniu gościa, starała się pomimo kipiących emocji utrzymać jakiekolwiek pozory- zaiste, fantastycznie patrzy się na upadek kogoś takiego. Kogoś kto nigdy nie powinien nawet myśleć o przekroczeniu progu tego do domu, a co dopiero czuć się w nim jak u siebie. Brzydzę się Tobą i całą waszą skorumpowaną familią w Batawii. Nikt tam nie jest warty tego nazwiska, ale Ty osiągnąłeś apogeum upodlenia. Zawsze powtarzałam że to był błąd aby Ingrid tam jechała ale nie chciała mnie posłuchać.
    -A może ją też uznałaś za niegodną przebywania z Jaśnie Panią?
    -Ani się waż tak mówić!- Z radością przyznał że trafił w jej czuły punkt, ale postanowił nie ruszać dalej tego tematu- Nie masz prawa w jakikolwiek sposób nas oceniać Batawski psie!
    -Pragnąłbym zauważyć że Jaśnie Pani jest dosyć monotonna w określeniach którymi mnie obdarza. Czy mogłaby Jaśnie Pani przejść do konkretów? Z tego co widzę to godzina jest wczesna i mogę jeszcze sporo dzisiaj zdziałać dla dobra tego kraju w przeciwieństwie do Jaśnie Pani.- każde „Jaśnie Pani” wymawiał z tak dużą dawką ironii na jaką było go stać.
    Ta nie wytrzymała. Jej ręka przekroczyła przestrzeń biurka szybciej niż ktokolwiek mógł się spodziewać i wymierzyła mu siarczysty policzek, wytrącając papierosa z ust
    -Milcz! Nie będziesz pouczać mnie, ani nikogo kto uczciwie zajmuje miejsce w tym pałacu. To co zrobiłeś ostatniej nocy przekracza wszelkie granice. Tylko dzięki łaskawości królowej, na którą lekkomyślnie się zgodziłam, mogłeś tutaj przebywać w ciągu ostatnich tygodni. Teraz jednak nie pozostawiasz mi swoją butą wyboru i jestem zmuszona przyśpieszyć wykonanie tego porozumienia. Masz natychmiast wyjechać z pałacu a do niedzieli, do północy wyjechać z tego kraju. W innym wypadku zostaniesz oskarżony o zdradę stanu- mówiąc te słowa wróciła do spokojnej postawy, napawając się ich skutkiem.
    -W takim razie nie pozostaje mi nic innego jak opuścić to żmijowisko. Z radością udam się wszędzie gdzie nie będę musiał oglądać Jaśnie Pani i jej fałszywego lica. Przy okazji, może oddamy głos królowej? Tak mało dzisiaj mówiła, zupełnie jakby była przez kogoś opętana, lub chciała być opętana.
    -Potwierdzam- jej wzrok miał moc stali.- Jeżeli nie zrobisz tego co Marja Ci nakazuje, będę zmuszona zeznawać w każdym sądzie że planowałeś zbrojne przejęcie władzy.
    -Liczyłem, przyznam szczerze na więcej fajerwerków, ale skoro taka jest wola Jaśnie Pani i Waszej Wysokości, to pozwólcie mi proszę uczynić jeszcze jeden teatralny gest, w ramach wynagrodzenia nieprzyjemności które miałem okazję doświadczać- szybkim ruchem wyjął szpilkę i rzucił nią w kierunku Marji- ta się odruchowo osłoniła, jednak jej ostry brzeg zadrasnął dłoń i zostawił na niej ranę z której wypływała krew- mam nadzieję że to jest ostatni dzień w którym będę musiał uczestniczyć w tym towarzystwie. Żegnam a Waszej Wysokości życzę wielu lat owocnego i samodzielnego panowania.
    Po czym wyszedł i zawołał Felixa- Pakuj się, będziemy dzisiaj nocować u Lotte.
    -Bardzo źle?- zapytał nieśmiało
    -Fantastycznie, w poniedziałek już rozpoczniemy zwiedzać Europę. Przy okazji popatrz na Holandię- prawdopodobnie do niej nie wrócisz.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: c8.alamy.com

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    **********************************************************************************************************************************************

    28 czerwca- wczesny poranek

    Zaczynając pracę poprzedniego dnia wieczorem, Lodewijk myślał że po jej skończeniu będzie kompletnie wyczerpany. Tymczasem, nie wiedział nawet skąd ma siły do przeglądania kolejnych gazet giełdowych, porównywania deklarowanego salda z tym które powinno być, i spoglądaniu po raz kolejny do umowy, którą mógłby w tym momencie wyrecytować na pamięć, oprócz tego kluczowego fagmentu w którym była zawarta wypłata maklera. Edward zapewniał że to jest standardowa umowa zawierana w takich sytuacjach, jednak właśnie ten zapis był wyjątkowo niejasny. Zgodnie z nim makler miał otrzymywać pewną stałą kwotę, a oprócz tego określony procent z transakcji, przy czym pewne zlecenia były rozliczane według stawek, w zależności czy agent dokonywał ich z własnej woli, czy na polecenie brata. Do tego zysk spółek w zależności od branży był sumowany dziennie, tygodniowo, miesięcznie czy kwartalnie. Podsumowując zasady wynagradzania będące osobnym załącznikiem do umowy, były tylko niewiele cieńsze objętościowo od królewskiej tabeli ceł, natomiast o wiele mniej logiczne. To skomplikowanie oznaczało, że każda transakcja musiała być liczona podwójnie, a niektóre nawet potrójnie, aby mieć pewność że zostało to policzone należycie (to wszystko potencjalnie mogło stanowić materiał dowody w spraiwe którą Edward miał zamiar wytoczyć w celu odzyskania różnicy). Zaczynała Lotte, przekazywała to Lodewijkowi, a ostateczną kontrolę podejmował Stanisław, operujący na arytmometrze w celu wyeliminowania błędów stricte rachunkowych. W pokoju obok znajdował się posłaniec, który przybył mniej więcej pół godziny po odjeździe rodziców. Z początku był energiczny, i miał czelność pytać, jak szybko idą prace, jednak po kilku stanowczych odpowiedziach zaprzestał i położył się spać, chrapiąc głośno i przeciągle co do szału doprowadzało liczących.
    -Witam- nagle rozbrzmiał niski głos w pokoju
    -Ile razy mówiłem Ci że nie wiem kiedy skończymy? – wycedził przez zęby Lodewijk- czego chcesz? Dotałeś jeść, pić, a nawet kanapę w pokoju. Wynoś nam się sprzed oczu.
    -W trakcie całej kariery nie potraktowałeś mnie tak obcesowo Lode- odpowiedział ziewając
    -Przepraszam najmocniej- teraz dopiero spojrzał nad papierów- Felix, nie spodziewałem się Ciebie tak szybko. Wyobraź sobie że ten dureń co dziesięć minut nam przerywał próbując wyciągnąć informacje o tym kiedy skończymy. Pewnie bałwan liczył że to szybka robota i zdąży się wyspać w domu. Jak minęła podróż? Rodzice cali?
    -Jak najbardziej, bardzo ucieszyli się z przejażdżki. A jak wam idzie? Też przespałbym się w pałacu.
    -Gdybym Cię nie znał to dostałbyś w mordę. Nie mam humoru na żarty w tej chwili. Odpowiadając jednak rzeczowo to idzie szybko. Stawiam że nad ranem przejdziemy do pisania wniosków. Chcesz zawieźć tego bęcwała do Edwarda?
    -Nie ma problemu
    -Jak mówiłem pomimo wysokiego tempa i litrów kawy- tutaj wskazał na trzeci dzbanek stojący na drugim biurku- prawdopodobnie nie skończymy jeszcze przez kilka godzin. Chcesz się położyć?
    -Jak najbardziej, zwłaszcza że całą drogę padało
    -Pada? A rzeczywiście, widzisz sam w jakim kotle jesteśmy
    -Chodź Felix, pokażę gdzie możesz się położyć- stwierdziła Lotte i zaprowadziła go do pokoju gościnnego. Korzystając z chwili spokoju mężczyźni wstali i zaczęli się przeciągać.
    -A co sądzisz na temat rodziców Lotte? -zagadnął
    -Myślę że to bardzo uczciwi ludzie. Żałuję że nie miałem okazji współpracować z takimi na wschodzie. To co tutaj macie to można powiedzieć cywilizacja. U siebie w kraju nie miałem takich luksusów
    -Opowiesz coś więcej?
    -Biznes w Polsce, czy też jak lubi określać to miejsce Paul Kraju Nadwiślańskim jest bardzo trudny. Możesz być fantastycznym kupcem, jednak kapitał posiada szlachta- od tego momentu zaczął mówić szybciej a czoło nabrzmiało od wściekłości- banda półgłówków która potrafi myśleć jedynie o wsiach, okowicie i tym jak się pokazać przed współziomkami. Nie interesuje ich ani dobro kraju o którego odrodzenie ponoć walczą, ani nawet budowanie swoich majątków. Jedyne czego pragną to utrzymania swojego statusu a każdego kto myśli inaczej gotowi są upokorzyć i zgnoić do szczętu. Pod pewnym względem nawet cieszę się z tego domniemanego oszustwa którego dopuścił się makler- znaczy to że ktoś ma energię do handlu; ba do czegokolwiek. W mojej ojczyźnie próżno szukać nawet czegoś takiego. Ten kraj mnie zdradził, upodlił i zniszczył! Nie tylko tej nocy mało; wszystkich nocy w przyszłości byłoby mało aby liczyć niegodziwości których doznałem od niego! Tylko jeden człowiek mógł się przynajmniej równać z przedsiębiorczością i solidnością którą widzę tutaj na co dzień, i będę mu wdzięczny do końca za to że mi towarzyszył. Teraz widzę ile próbował mi przekazać. Żałuję że nie byłem w stanie mu tego powiedzieć kiedy żył, ale mam nadzieję że żyje szczęśliwy w węgierskim niebie. Jeżeli Cię to interesuje to właśnie to chce opisać w pamiętniku.- Skończył wracając do swojego zwykłego, spokojnego, nawet nieco apatycznego stanu.
    -Czemu w węgierskim?
    -Długa historia, i tak nie zrozumiesz.
    Chwilę jeszcze siedzieli w ciszy po czym weszła Lotte i kontynuowali wyliczenia. Zgodnie z przewidywaniami Lodewijka skończyli nad ranem. Wnioski napisali wspólnie, zgrabnie podsumowując działania maklera i nawet przytaczając niektóre artykuły holenderskiego kodeksu cywilnego które złamał. Podpisali się wszyscy troje, wskazując również na gotowość zeznawania przed sądem. Moment podpisu był dla nich wszystkich również wielką ulgą której oznakami były szerokie uśmiechy i ogólnie radosny nastrój, pomimo zmęczenia. Uczcili ten moment kieliszkiem dobrego wina z piwnicy. Pogratulowawszy sobie, obudzili Felixa oraz gońca, dali im papiery i wysłali w te pędy do portu. Dopiero teraz też spojrzeli za okno, gdzie do życia budziło się miasto.
    -Nie wiem jak Państwo, ale ja położę się spać. Było to niewątpliwie wielkie wyzwanie, i mam nadzieję że wybaczycie mi jestem zbyt zmęczony żeby teraz pracować czy choćby funkcjonował- zaczął Stanisław.
    -Nie ma sprawy, i tak wiele nam dopomogłeś. Dobrze się z Tobą pracuje- odpowiedział Lodewijk.
    Po chwili kiedy zostali sami Lotte zapytała
    -A Ty co teraz będziesz robić?
    -Wracam do pałacu zaraz jak wróci Felix. Muszę utrzymywać pozory i trzymać się tak daleko skandali jak to konieczne
    -Skoro zostałeś całą noc, to i tak będzie źle
    -Wiem, ale nie mam ochoty dawać dodatkowego paliwa Marji. Po cichu liczę że nawet nie zauważy mojego zniknięcia.
    -Cieszę się że to już niedługo. Do zobaczenia pojutrze
    -Czemu pojutrze?
    -Zaraz teraz jest piątek tak?
    -Tak
    -Czyli widzimy się w niedzielę?
    -Niee, jutro już przyjadę, muszę się tylko wyspać i poudawać że robię coś konstruktywnego w pałacu.
    -Pamiętasz o rozmowie?
    -Nie wiem czy chcę w niej uczestniczyć. To jest sprawa między wami, i nieobecnym Rijkiem
    -Przestań. Los spółki jest zbyt ważną sprawą abyś był wykluczony z rozmowy o niej. Ponadto mam jeden pomysł.- stwierdziła spokojnie
    -Jaki?
    -Obecnie spółkę prowadzi Sven. Chciałabym żeby w przyszłości Stach mu pomagał. Jest zbyt dobry na księgowego.
    -Ale wtedy musiałabyś znaleźć ponownie nową osobę, a wyjazd by się odłożył.
    -Niby tak, ale sam widzisz. Na biznesie zna się jak mało kto, a tak miałby zapewniony dochód na resztę życia
    -Nie wiem, ten pomysł wydaje mi się niezbyt trafiony, ale zobaczymy. A właśnie, myślałaś co z Rijkiem?
    -Kompletnie nie mam pomysłu. Wydaje mi się że najuczciwiej byłoby mu dać część pieniędzy uzyskanych czy to ze sprzedaży, czy regularnie wypłacać dywidendy. Ale z drugiej strony znam go- takie pieniądze parzyłyby go w ręce. Ponadto chyba jesy zbyt dumny żeby przyjąć taką sumę. Gdyby mógł oddałby ją bez wahania komu innemu.
    -Jest jeszcze w Londynie?
    -Nie mam pojęcia
    -Puść szybko kogoś z depeszą o informacji, niech odpowie to zobaczymy na czym stoimy. Zawsze w razie co możemy mu zagwarantować udział w spółce, o którym się dowie jak wróci. Przez ten czas będzie mu przynosił zyski, które będziemy odkładać na konto.
    -Zobaczymy.
    Porozmawiali jeszcze trochę, po czym Lodewijk wsiadł do samochodu i wrócił do pałacu. Dzień już ukazał się w pełni, i kipiała w nim energia. Jego mózg działał w tej chwili jak racjonalna maszyna licząca. Obracał w głowie wszelkie transakcje które sprawdził przez ostatnie godziny, i zauważył że tak samo zaczyna traktować sytuację rodzinną w której się znalazł pomimo woli. Analizował dokładnie wszystkie opcje, próbując przypisać niematerialnym skutkom swoich działań zysk lub stratę, wręcz do wartości liczbowych. To był chyba jedyny sposób w jaki mógł zrozumieć co się dzieje dookoła niego. Marja stała się w jego umyśle wielkim wierzycielem, który za dawne transakcje ma u wszystkich otwarty kredyt i wykorzystuje go na utrzymanie swojej dominującej pozycji. Królowa z kolei wydawała się jej największą beneficjentką, bo chyba nie było wartości większej niż tron jednej z europejskich krain. Niestety pomimo zmiany aparatu pojęciowego, nadal czuł że ma za mało informacji. I tak jednak odnośnie dworu w Amsterdamie miał znacznie więcej wiadomości, w stosunku do sytuacji w kolonii. Batawia jawiła mu się z kolei jak zagraniczna giełda na którą dopiero miał wstąpić, jako nieopierzony zawodnik. Zastanawiał się czy będzie musiał użyć podobnych chwytów aby coś zyskać, albo chociażby utrzymać się na pozycji, jak makler, którego rachunki kontrolował jeszcze przed kilkoma godzinami. Myśl o tym wzdrygnęła nim. Zbyt dobrze znał tę krainę żeby wiedzieć że kto raz wejdzie w to bagno działań nielegalnych, bądź półlegalnych ten już z tego nigdy nie wyjdzie. Zależało mu aby być takim samym człowiekiem w przyszłości jak teraz, nawet nie ze względu na swoją przyszłość a na Lotte. Jej słowa dotyczące Rijka, odbierał jako pośrednio skierowane do niego samego, i miał zamiar traktować je poważnie. Ostatnią rzeczą na świecie którą chciałby uczynić to ją zawieść. Nie do końca ufał również opinii Axela odnośnie Hudiga. Mógł jedynie się domyślać jak ten ostatni przetrwał w układance, w której o dominację walczyła cała czereda zawodników zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych. Zwłaszcza słowa o siatce szpiegowskiej nie napawały optymizmem. Z taką siłą gospodarczą stary fabrykant mógłby z łatwością pokonać rząd kolonialny, i wykiwać krajowców. Jednak tutaj w grę wchodził rzekomy patriotyzm Holendra. Tej wartości jako jedynej młody człowiek nie potrafił przełożyć na pieniądze i to na niej musiał oprzeć wszystkie działania które podejmie na miejscu. Czuł się z tym wysoce niekomfortowo. W myślach rozważył jednak że to jest jedyna droga żeby poznać prawdę dotyczącą zarówno stosunków panujących tam jak i tutaj na dworze. Postanowił że to jest dobry moment na prawdopodobnie ostatnią rozmowę z kuzynką, przed wyjazdem i opuszczeniem ku uldze wszystkich tego miejsca -miał nadzieję że na zawsze.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    27 czerwca 1897 roku- wieczór

    -Lode!- Lotte zawołała go z garderoby gdzie przebierała się na przyjazd rodziców- Mógłbyś jeszcze raz spojrzeć na listę? Mam cholernie mocne wrażenie że czegoś zapomnieliśmy.
    Gdyby ktoś w dokładnie tym momencie postanowił odwiedzić parę, ujrzałby dom który kompletnie nie pasuje do stereotypowego obrazu księgowych. Przede wszystkim panował duży ruch- co chwilę ktoś ze służby przechodził przez pokoje, niosąc świeżo ugotowane dania, talerze, książki, czy cokolwiek co trzeba było akurat zanieść. Do tego na tarasie pojawiły się wyciągnięte z piwnicy dwa krzesła, wybrane nieprzypadkowo- Liselotte otrzymała je od rodziców kiedy się tu wprowadzała. Na ogół były zbyt niewygodne w utrzymaniu, ale tym razem postanowiła im zrobić mały prezent. Oprócz tego w całym domu dało się zauważyć ślady niedawnego, dokładnego sprzątania- meble lśniły czystością, a srebrna zastawa rzadko kiedy świeciła się tak mocno.
    -Już- odparł ślizgając wzorkiem po kartce- Obiad mamy, Lena zrobiła likier, cygara są, auto sprawne, zatankowane, garnitur już wrócił z pralni, książki mam, Felix będzie lada moment z prezentami, stół przykryty, wygląda na to że wszystko jest.
    -A czy posprzątałbyś w gabinecie? Nie jakoś mocno, tylko żeby nie wyglądało jakbyśmy tam użyli dynamitu- służba jest zajęta.
    -Nie ma sprawy, idę.- wszedł i faktycznie, pokój wyglądał nie jakby był centrum rozliczeniowym kilku sklepów kolonialnych, a co najmniej międzynarodowego przedsiębiorstwa. Księgi handlowe ze złotymi numerami porządkowymi na brzegach piętrzyły się wokół dwóch biurek, arytmometr ledwo można było zauważyć spod papierów, a tabela ceł jeszcze nigdy nie była tak zużyta- od dawna nosili się z zamiarem posprzątania tutaj, jednak nigdy nie znajdowali na to odpowiedniej ilości czasu. Nałożyła się na ten stan kombinacja wielu czynników; Hugon planował otworzyć nowy sklep, tym razem w Antwerpii, co wymagało dodatkowych nakładów i zainteresowania się tamtejszymi zasadami prowadzenia biznesu i prawem, zwłaszcza jeżeli chodziło o transakcje wewnętrzne, pomiędzy filiami spółki. Opinie Holenderskiego fiskusa różniły się mocno, i wiele godzin spędzili na wyjaśnianiu wątpliwości z urzędem w Amsterdamie. Do tego nagle na głowie spadły im obowiązki związane z Edwardem- na giełdzie zrobiło się gorąco, i musiał nieustannie kontrolować swojego maklera, gdyż ostatnio odkrył że przywłaszcza sobie większy procent niż w umowie. Podejrzewał że chce niedługo się zwinąć z kraju. Zbierał na niego materiały, prowadząc swoją księgowość, więc do tych wszystkich papierów które równą warstwą przykrywały biurka można było doliczyć również wydania gazet giełdowych i komunikaty spółek drukowane na szarym, podłej jakości papierze. Z rozmyślań o swoim niezdyscyplinowaniu które pozwoliło doprowadzić pokój do takiego stanu, wyrwał go sygnał telefonu. Podniósł słuchawkę i usłyszał
    -Lotte?
    -Kto mówi?
    -Aaa, to Ty Lodewijk, -głos w słuchawce należał do Edwarda- słuchaj, jak wygląda sytuacja?
    -Przyznam szczerze że jeszcze jestem w trakcie liczenia tego co mi posłałeś przed południem. Nie wiem dokładnie ale wygląda jakby ktoś chciał Cię wpuścić w niezłe maliny.
    -Nie dałbyś rady jeszcze tego podliczyć, tak żebym miał wnioski przed południem? W piątek zamykają giełdę na weekend, więc już do wyjazdu nie usłyszałbyś mojego głosu.
    -Zrozum że najprawdopodobniej się nie wyrobię. Za godzinę przychodzą do nas rodzice Lotte i cały dom znajduje się w stanie najwyższej gotowości
    -Z kim tam rozmawiasz? Usłyszał krzyk.- Z Edwardem!- Sam możesz zauważyć jaki rozgardiasz. Teraz na pewno nie dam rady, może w nocy, wtedy dostałbyś wnioski rano , możliwe że przed otwarciem giełdy.
    -To dla mnie mocno ważne, ale rozumiem. W każdym razie będę na Ciebie liczył. Nie dzwoniłbym dzisiaj gdyby nie ta sytuacja- w głosie było można stwierdzić zmieszanie i zmianę taktyki- ten dusigrosz widzi że giełda pada na pysk. Jeżeli jednak Ci się uda, będę czuć się zobowiązany. Już teraz mam odłożone pieniądze za to co dla nas robicie, a jeżeli by się udało, to mogę znaleźć jeszcze trochę.
    -To bardzo dobra oferta i gdybym mógł siedziałbym nad tym choćby i teraz, ale to też jest dla mnie kluczowe. Muszę się dobrze pokazać aby mnie zaakceptowali.
    -Rozumiem, wysyłam do Ciebie gońca. Będzie on u was przez całą noc, więc jeżeli się uda to dajcie mu dokumenty i wyślijcie do mnie niezależnie od pory. Adres macie?
    -Tak, tak
    -No to powodzenia chłopie. Cieszę się mocno że jesteś z nami. A rodzicami się nie przejmuj- mocni ludzie ale sprawiedliwi- rozłączył się.
    -Co chciał?- Liselotte weszła już odświętnie ubrana do pokoju. Musiał przyznać że wyglądała bardziej dystyngowanie nawet od jego kuzynki- na głowie miała misternie upleciony kok, uszy zdobiły złote kolczyki wysadzane małymi diamentami, a ciało przykrywała długa, kremowa suknia, w której ostatnio ją widział na zaprzysiężeniu dywizji. -wiedziałam że tak się skończą jego szemrane interesy
    -Giełda nie jest narzędziem szatana stworzonym do ograbiania uczciwych obywateli skarbie. Dzwonił aby poprosić nas o dokończenie rozliczeń jeszcze przed jutrzejszym zamknięciem giełdy
    -Nie ma mowy. Widzisz ile tu tego jest? Przecież żeby się przez to przebić potrzebowalibyśmy dwóch dni.
    -Pośle gońca żeby czekał. Obiecałem że zrobię co mogę. Może zaangażować do tego Stasia?
    -Jest stary i nie wytrzyma tego tempa.
    -Zaoferował również że dołoży jeszcze trochę do naszej wypłaty. Możemy się częścią podzielić z nim. Będzie mu zależeć i może wytrzyma jeszcze jedną noc. Ponadto jest w dobrej formie fizycznej i psychicznej jeżeli nie rozpacza po tym szalonym profesorze.
    -Twój wybór. Ja nie mogę zagwarantować czy będę w stanie się tym zająć po wizycie rodziców. Idź się przebierz- Lena! Chodź tutaj!- mamy tylko pół godziny, a Felixa jeszcze nie ma, powiedziała patrząc na zegar z wyrazem zdenerwowania.
    -Ktoś mnie wołał?- Zakrzyknął zmęczony adiutant. Miał przepocony mundur, i rozbiegane oczy.
    -Co Ci się stało?- powiedzieli równocześnie
    -Nawet sobie nie wyobrażacie jaki o tej porze jest tłok na Vijzelstraat. Musiałem biec stamtąd pieszo, ale mam! – tutaj pokazał dwie paczki sporej wielkości, opakowane w ozdobny papier i przepasane różnokolorowymi wstążkami.
    -Genialnie. Ty też się przebierz, mogą tu być lada chwila.
    Do momentu przybycia całe szczęście udało się opanować sytuację, i kiedy przed dom zajechała dorożka, stali we trójkę- Lodewijk i Lotte z przodu, Felix pół kroku za nimi, od strony dowódcy- a w środku nie było widać śladu po przygotowaniach odbywających się w szaleńczym tempie.
    Wysiedli z wozu- najpierw żona a potem z jej pomocą mąż. Paul był wysoką osobą, jednak w ostatnich latach coraz mocniej wdawała się we znaki starość. Poruszał się powoli, a laska z elementu dekoracyjnego, powoli zaczynała być niezbędnikiem. Mimo tego cała postać przemawiała postawą o potędze i sprycie. Widać było to chociażby w ostrych rysach twarzy, czy też dłoniach które niewątpliwie w młodości przerzucały tony zboża w młynie. Julianna z kolei odznaczała się lekką nadwagą i nieustannym ruchem oczu wypatrującym potencjalnych zagrożeń. Z gazet zawsze wyławiała najstraszniejsze historie i na ich podstawie budowała obraz świata. Zgrabnie chwyciła męża pod ramię i zaczęli kroczyć powoli do progu. Patrząc na to jak pokonywali drogę. myślał o tym że wyglądają wspaniale, i chciałby kiedyś dożyć takiego wieku z Lotte.
    -Witamy serdecznie- zaczęła Lotte i uścisnęła się z rodzicami
    -Witaj córuś. Jak dobrze Cię widzieć, z resztą jak zawsze- na twarzy Paula pojawił się uśmiech. Pana chyba widziałem wcześniej?
    -Tak, na obiedzie, przed tym jak Rijk wypłynął.
    -Ach tak, już sobie przypominam. Cieszę się że i Ty jesteś.
    -Chodź już- powiedziała głośno żona- musi usiąść, ostatnio nie jest zbyt żwawy- to już ciszej do młodych.
    Zasiedli przy stole rozpoczynając kolację. Dania były wyselekcjonowane przez Lotte, tak aby rodzice czuli się jak najlepiej ugoszczeni. W kwestii deseru postanowiła jednak zdać się na okoliczną cukiernie i poczęstowała wszystkich obecnych tortem św. Honoriusza. Gościem przy stole był również Stanisław z którym Paul szybko znalazł kontakt na płaszczyźnie wspominania dawnych warunków prowadzenia biznesu. Starego kupca zwłaszcza interesowała specyfika rynku w Kraju Nadwiślańskim, jak go określał przy nieustannym zdenerwowaniu emigranta. Do picia był ajerkoniak, zrobiony wczoraj przez Lenę, według przepisu wyniesionego z domu rodzinnego gospodyni. Po posiłku, trochę zamroczeni alkoholem usiedli przed domem. Noc była ciepła i mogli patrzeć na mały ogród składający się z kilku rzędów kwiatów.
    -Wspaniale tak patrzeć na was jako szczęśliwych ludzi- zaczął Paul- wasze szczęście traktujemy jakbyśmy to my ponownie przeżywali pierwsze miesiące.
    -To prawda- zawtórowała mu żona- już teraz jesteście świetną parą, a co dopiero jak przeżyjecie ze sobą lata. Ten okres zawsze będziecie wspominać z rozrzewnieniem
    -Dziękujemy za słowa otuchy. Chcieliśmy was zaprosić jeszcze przed wyjazdem. Natomiast ja osobiście- Lodewijk wstał i przyłożył rękę do piesi w teatralnym geście (będąc w stanie upojenia lubił być pretensjonalny, co było nieustannym obiektem żartów Felixa), byłbym niezmiernie zaszczycony gdyby Pan wydał oficjalną zgodę i nas pobłogosławił na podróż
    -Oczywiście- odpowiedział zmieszany Paul, nie wiedząc co powiedzieć. W istocie pierwszy raz ktoś go prosił o zgodę na to żeby pojechać z córką.- jak najbardziej, usiądź już, spokojnie.
    -My również mamy coś do powiedzenia- zaczęła Julianna- kilka miesięcy temu mąż postanowił skończyć z pracą. Jak widzicie zdrowie mu nie pozwala na dalsze funkcjonowanie w tym biznesie. Przekazał więc bieżące prowadzenie spraw Svenowi. Decyzja jednak co dalej należy do was. Chce przekazać wam dobrze prosperującą spółkę, ale to jak się dogadacie, to już wasza sprawa. Możecie to sprzedać, możecie pobierać z tego procent- mi jest wszystko jedno- z oszczędności mamy zapewnione dostatnie życie do końca dni. Mamy jedynie dwie prośby. Po pierwsze dogadajcie się tak aby nikt nie czuł się pokrzywdzony. W trakcie życia widzieliśmy niejednokrotnie jak pieniądze potrafią rozbić najszczęśliwsze wydawałoby się rodziny. Druga zaś to żebyście decyzje podjęli jeszcze przed waszym wyjazdem, tak aby był spokój. Kiedy się dogadajcie, dajcie znać depeszą, nie musicie osobiście przyjeżdżać.
    -A co teraz będziesz robić, ojcze?
    -Znalazłem ładną posiadłość nieopodal dawnego domu. Chcę żyć w miejscu z którego będę mógł widzieć młyn mojego ojca. Sprzedamy dom w Groningen i się tam przeniesiemy zaraz kiedy będziemy mogli być spokojni o losy spółki
    -A Ty mamo?
    -To samo co do tej pory. Z mojej perspektywy to mi się uśmiecha z wielu powodów- jest bliżej Amsterdamu co oznacza wyższy poziom kultury, a to co będzie szczęściem dla niego będzie nim również dla mnie. Tymczasem będziemy musieli jechać. Prześpijcie się z tą wiadomością na spokojnie. Jesteśmy wdzięczni za pyszny posiłek i towarzystwo.
    -Proszę pozdrowić tego emigranta- rzucił Paul- ma chłopak łeb do interesów. Gdybym miał go w spółce od młodości, to teraz nie żylibyście tutaj tylko w dworze. Podróżujcie zdrowo!
    Po czym podeszli, z asystą młodych do automobilu, gdzie otrzymali od nich prezenty w paczkach. Felix lubił prowadzić więc z radością podjął się nocnego kursu do Groningen.
    -Co o tym myślisz?
    -Nie mam pojęcia, ale wiem jedno- musimy puścić depeszę do braci i to jak najszybciej
    -Dobry pomysł. Czujesz się na siłach czy wolisz się położyć?
    -Jest lepiej niż myślałam, możemy zacząć pracować. W końcu Edward nie może zostać puszczony z torbami przez tego szubrawca.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

    +: S.................e, Zerri +4 innych
  •  

    T4-Egipt

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Dniało. Słońce ogarniało swoimi promieniami coraz większe połacie terenu- żołnierze właśnie rozstawiali sprzęt na otwartym polu, cierpliwie transportując działa do kwadratów oznaczonych chorągiewkami z wypisanymi numerami. Lodewijk ogólnie w ostatnich latach miał problemy ze snem, a pamiętnikarskie wyzwanie tylko je pogłębiło. Kiedy zaczynał jego tworzenie, nie spodziewał że rozrośnie się do takich rozmiarów, jednak czuł że to potrzebne. Wewnętrzna potrzeba opowiedzenia historii, taką jaką była ona naprawdę zawsze przeważała w chwilach zwątpienia, nad trudem objętych w niej tematów. Niejednokrotnie kiedy pisał, zatrzymywał się nad opisywanym momentem, i stawał przed nim, jak klatka w Iluzjonie. Przeżywał ją wtedy raz jeszcze, i zastanawiał się nad istnieniem przeznaczenia. Tym razem jednak nie miał czasu na coś takiego. Rozejrzał się po okolicy- przed namiot przybywali dowódcy poszczególnych baterii rozmawiając o wszystkim i niczym. Ich twarze i postawy cechowała gotowość do działania, oraz niepewność. Przedwczoraj dowiedzieli się o konkursie, a wczoraj wylosowali kwadraty, w których ich baterie będą działać. Brak znajomości zasad do nieomal samego rozpoczęcia miał jak najwierniej symulować warunki wojenne. Kiedy pojawili się wszyscy, Felix wszedł do namiotu i zameldował gotowość. Lodewijk wyszedł i zaczął tłumaczyć:
    -Spotykacie się na pierwszych zawodach artyleryjskich im. Albrechta von Wallensteina. Zasady są następujące: Za chwilę otrzymacie koperty wraz z numerami oraz przypisanymi do nich koordynatami. Jest ich łącznie 17, podobnie jak baterii uczestniczących dzisiaj w zawodach- zawody będą odbywać się przez siedem dni. Każda kombinacja jest unikalna, więc nie będzie problemu zidentyfikować kto gdzie ma strzelać, a przez to rozstrzygnąć kto był najlepszy. Kiedy dojdziecie na swoje kwadraty zameldujecie o tym przez radio Felixowi i jego ekipie,- wskazał ręką na inny namiot w którym w gotowości byli radiotelegrafiści-. Kiedy otrzymają potwierdzenie od wszystkich załóg, rozkaże wam otworzyć koperty. Budowa rozkazu w kopercie jest następująca. Najpierw jest numer porządkowy. Później numer stanowiska w które będziecie strzelać. W kopercie znajdują się osobne tabele dotyczące koordynatów punktów, i prognoza meteorologiczna na dzisiaj. Jednak bieżące pomiary warunków należa do was. Zaczynając od otwarcia koperty, przez pół godziny strzelacie w stanowisko pod numerem 1. Następnie przechodzicie do punktu numer 2 i tak dalej, aż do końca listy. Będziecie na bieżąco informowani o zmianie pozycji Przed każdym rozpoczęciem ostrzału meldujecie go ekipie czuwającej na stanowisku używając kodu który również macie w rozkazie. Po otwarciu kopert nie będzie żadnej możliwości zadawania pytań, więc jak ktoś chce to zapraszam teraz. A, i jeszcze jedno- wyniki będą na bieżąco sumowane według tabelki, którą również macie w rozkazie, jednak wy poznacie je dopiero po zakończeniu dnia. Obowiązuje was również tajemnica wobec pozostałych- nie możecie ich informować co do warunków odbywania się konkursu. Czy ktoś ma jakieś pytania? Nie? Fantastycznie, w takim razie zapraszam do swoich stanowisk.
    Po około pół godzinie miał meldunki od wszystkich i rozpoczął konkurs życząc powodzenia. Następnie jego uszy wypełnił tak dobrze znany huk, który zlewał się w jednostajną kanonadę. Nagle zobaczył że ktoś do niego biegnie. W następnej sekundzie okazało się że jest to Helga von Schmetterling, ubrana w piżamę i szlafmycę, z gotowością do zabicia każdego kto stanie jej na drodze.
    -Czy Panowie muszą tak napierdalać od bladego świtu? Że nie napierdalam armatami o 7 rano to już w waszym artyleryjskim mniemaniu muszę być nierobem? Już możecie uczciwej piechocie jebać po uszach o brzasku?! Żeby sobie piechociarz nie pospał godzinkę dłużej kapkę od was skoro zasnął dopiero nad ranem! I żebym się kompletnie spaliła w blokach już na starcie, grunt że kurwa dowódca załatwiony na dzień cały. Gdyby Kajzer to widział, to by was za jaja powiesił!
    -Pamiętasz jak mówiłaś o tym że badasz reakcje ludzi na przykre doświadczenia? To teraz możesz popełnić ten eksperyment na sobie. Z tego co widzę to już jesteś na etapie gniewu.
    -A nie możecie napierdalać tak nie wiem, od 9? Przecież to nieludzkie jest
    -Etap trzeci, targowanie…

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Prywata. Nie znam nicku Helgi więc nie wołam. Jeżeli ktoś zna to w komentarzu może zawołać.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: i.pinimg.com

    +: Zerri, S.................e +4 innych
  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    25 czerwca 1897 roku- wieczór

    Od czasu postanowienia o wyjeździe dni Lodewijka toczyły się spokojnym rytmem. Rano budził się, ubierał się lekko i szedł pieszo do Liselotte, za każdym razem odnajdując po drodze nowe szczegóły, takie jak krzywe szyldy, nierówności w ulicach czy też śledził twarze ludzi pracy, którzy nie pojawiali się w innych porach dniach, co niewątpliwie było w smak estetom, ponieważ były na ogół napuchnięte, czerwone od alkoholu przyjmowanego w zbyt dużych ilościach, pokryte niejednokrotnie plamami wątrobowymi, bądź bliznami po wypadkach. Zdarzało się, że któreś z oczu było zakryte czarną przepaską, wiecznie pokrytą brudem, cuchnącą krwią i potem. Wiedzieli o tym że prawdopodobnie resztę dnia spędzą w fabrykach, gnębieni przez przełożonych. Jedyną ucieczką dla nich były właśnie nałogi, a prym wśród nich wiódł alkoholizm. Mieli również niezadbane zęby, przypominające rozpadającą się twierdze (wśród młodszych), lub w ogóle byli ich pozbawieni (jeżeli ktoś był weteranem). Pojęcie weterana było tu z resztą względne- równie dobrze mogli mieć lat trzydzieści jak i pięćdziesiąt. Na uszach i włosach gromadził się pył- działał demokratyzująco na kolor włosów i każdego obdarzał tym samym mysim kolorem, niezależnie od pierwotnego, co potęgowało poczucie że ma się do obcowania z jednolitą masą. Najczęściej byli odziani w wąskie koszule, potrzebne im tylko w trakcie podróży do pracy- na stanowiskach na ogół było zbyt gorąco aby były przydatne, a ponadto wielokrotnie zwiększały szanse na doznanie wypadku w trakcie wykonywania zawodu. Były równie brudne co ich twarze, a spod dziur w nich będących, wyzierała skóra, zbrązowiała od brudu, który równą warstwą tworzył coś na kształt skorupy. Poruszali się odziani w liche buty o pozdzieranych podeszwach i powyrywanych sznurówkach. Tych którzy wracali z nocnej zmiany od podróżujących do fabryk nie różniło nic, oprócz zauważalnego braku snu- nie mieli na niego czasu kiedy toczył się dzień. Łapali dodatkowe roboty, walczyli ze sobą o dostęp do podstawowych dóbr, a czasami upijali się w podłych szynkach. Wśród robotników mówiło się że nocna zmiana to pierwszy krok do śmierci. Sylwetki mieli pochylone, całkowicie niezaangażowane. Kontrastujące z ich nabrzmiałymi obliczami były wystające żebra, i ogólny brak jakiejkolwiek tkanki tłuszczowej. Pewnym urozmaiceniem były dzieci, zatrudniane powszechnie, pomimo postępującej legislacji mającej zapobiegać temu zjawisku. Mimo że przypominały mniejsze wersje dorosłych, to ich młodzieńcza energia przekuwała się w wyraz twarzy mający nadzieję na cokolwiek- łapiący się desperacko wszystkich możliwości wyjścia z tej spirali w która wpadli jedynie rodząc się w niewłaściwym miejscu. One też jako jedyne nie wahały się podchodzić do nienagannie ubranego i zadbanego Lodewijka, prosząc o jakiekolwiek wsparcie. Ten zaś, czasami przystawał, wysłuchiwał ich historii, i zawsze znajdował w portfelu drobne na chociażby jeden posiłek. Ostatnio poszła fama o nim wśród śrowoiska, ponieważ spotykał je coraz częściej, a prośby zaczynały ewoluować z formy nieomal błagalnej do ledwie skrywanego żądania. Dziwił się że pomimo rozwoju ustawodawstwa mającego na celu poprawę losu klasy robotniczej (co opowiedziała mu Lotte), bieda osiąga tak skrajne formy, zataczając jakby na przekór intencji rządu coraz większe kręgi. Wiązało się to z ostatnim kryzysem- fabrykanci oskarżali władze o preferowanie towarów z importu, władze broniły się koniecznością utrzymania stabilności budżetu, a w istocie winne były przekształcenia globalne- Holandia zaczynała już tracić impet. Nigdy nie przodowała w rozwoju przemysłu- była raczej w drugim rzędzie, obok takich krajów jak sąsiednia Belgia czy Portugalia. Nie miała wystarczających zasobów aby być innowacyjna, ani wielka, co oznaczało powolną śmierć, i oddanie pola nowym potęgom, takim jak rozpychające się bezpardonowo na europejskich rynkach Niemcy, bądź rozwijające się w niebywałym tempie Stany Zjednoczone i Japonię. Okazywało się wtedy, że te skrajnie zaniedbane postaci mijane na ulicach, to i tak jest warstwa w jakikolwiek sposób uprzywilejowana, ponieważ wielu nie miało nawet tego. Zostali wyrzuceni z pracy bez jakiejkolwiek odprawy, a rynek był przesycony. Decydowali się na emigrację, pozostając w stosunkach pół-niewolniczych (zobowiązywanie do odpracowania biletu było oficjalnie zabronione, jednak udając się w nieznane miejsce, i nie znając przepisów prawa zgadzali się na wszystko wychodząc z założenia że i tak gorzej nie będzie). O ile w ogóle tam docierali- statki którymi byli przewożeni bardziej niż z transportem ludzi mogły kojarzyć się z bydłem, chociaż o bydło dbało się bardziej żeby nie zdechło. Ci którzy pracy nie zdobyli tłoczyli się przy punktach, gdzie państwo wydawało cienką zupę- często ich jedyny posiłek w ciągu dnia. Resztę tego spędzali wędrując po mieście, albo żebrząc. Teraz sytuacja jeszcze nie wyglądała źle- w tych miesiącach większość ciągnła na wieś, pomagać przy żniwach. Pozwalało im zaznać czegoś na kształt stabilizacji, jednak nie na długo. Kiedy przestawali być potrzebni, właściciele gospodarstw i młynów bez cienia zastanowienia wyrzucali ich na bruk. Niektórzy z nich mamili przybywających, że wypłacą im całą kwotę po sezonie, żeby się nie rozpijali w pracy, jednak jeżeli dochodziło do momentu przekazania pieniędzy wykpiwali się słabymi zbiorami, opóźnieniami w transakcjach a najczęściej kijem którym traktowali plecy nieprzydatnych już teraz gości. W porcie stał również statek z herbem królewskim na sterburcie. Była to jeszcze jedna możliwość dla tej warstwy ludzi, pęczniejącej z każdą zamkniętą fabryką i naciskającą na z pozoru bogate miasto- wyemigrować do jednej z kolonii. Najwięcej rejsów odbywało się na trasie Amsterdam-Batawia, ale czasami obejmowały Surinam, Sint Maarten, a na podstawie traktatów dwustronnych, także Transvaal i Oranię. Państwo dotowało proces emigracyjny w celu zwiększenia populacji i zniwelowania przewagi tubylców na terenach przez siebie posiadanych. Plantatorzy również nie ufali krajowcom i na ogół woleli zatrudnić Holendra, nawet jeżeli ten był obiektywnie gorszy. To była najlepsza z możliwości dla właśnie wyrzuconego z pracy, jednak miejsce na statku można było zdobyć na dwa sposoby; albo być wyjątkowo sprawnym (praca na tych odległych wyspach różniła się od tej którą uprawiali komercyjni armatorzy brakiem niejasności, pieniądze zawsze przychodziły na czas, a jeżeli było to możliwe to po odsłużeniu określonej liczby lat otrzymywało się kawałek ziemi, lub ekwiwalent pieniężny za cenę jednak funkcjonowania w warunkach tropikalnych), albo dając pokaźną łapówkę urzędnikowi rozpatrującemu wniosek. Same bilety co ciekawe nie były imienne więc stanowiły szczególny obiekt pożądania (jeszcze w Batawii Lodewijk czytał artykuł o szajce która napadała na posiadaczy po to aby je ukraść i sprzedawać z zyskiem na czarnym rynku, wraz z kompletem podrobionych dokumentów (jednak nie zawsze się to opłacało, ponieważ zbyt dobrze podrobiony dowód tożsamości wywoływał podejrzenia)). Sama podróż również odbywała się w znacznie bardziej komfortowych warunkach. Obowiązkowo wszyscy pasażerowie byli myci i goleni, a podczas rejsu działali edukatorzy, starający się przekazać pasażerom informacje o celu podróży, możliwych miejscach pracy, co oznaczają te czarne znaczki na kartce papieru, walczący z nałogami przyszłych pracowników, i przekazujący podstawowe informacje o ekonomii- jednym słowem chcieli zrobić z tej masy zobojętniałych na wszystko i myślących tylko o następnym dniu biedaków, modelowy przykład kolonizatorów, działających na chwałę Imperium. Patrząc na nich Lodewijk nie wierzył w możliwość dokonania rewolucji w duchu socjalizmu. Spotkał się z czymś podobnym w Indiach Wschodnich i wiedział że argumenty o świetlanej przyszłości nie padają na podatny grunt w tym środowisku. Podzielał zdanie Marksa, który uważał że taka rewolucja żeby się udać, musiałaby być przeprowadzona wtedy, kiedy klasa robotnicza zacznie się bogacić, ponieważ wtedy zyska świadomość klasową. Sam nie był komunistą, ani nawet socjalistą- uważał utopijne wizje tych ideologii za mrzonki, a postulaty niemożliwe do spełnienia. Na dworze został wychowany w szacunku do ciężkiej pracy, przedsiębiorczości i wolnego rynku. Zawsze kiedy rozważał zagadnienia ekonomiczne, pojawiał się w myślach chochlik który przyjmował postać stwierdzenia „Prawdziwą hipokryzją jest wierzyć w wartość pracy, i jej moc sprawczą będąc członkiem rodziny królewskiej”. Starał się jakoś balansować to wszystko, jednak w ostateczności, zawsze lądował z mętlikiem w głowie. Znacznie lepiej czuł się w świecie maszyn- tam wszystko było proste, a przynajmniej logiczne i niezależne od ludzi. Znajdował wytchnienie w badaniu natury, uważając że aby w pełni zrozumieć czym jest człowiekiem, należy poznać jak najlepiej świat w którym się funkcjonuje, a zwłaszcza jego ograniczenia. W Batawii, kiedy nie miał nic do roboty (czyli przez około połowę ogólnego czasu), czytał najnowsze publikacje techniczne, próbował budować sprzęty (jego allmayer był do tej pory największym osiągnięciem), oraz uczestniczył w spotkaniach naukowców, które jednak odbywały się wyjątkowo rzadko. Kilka razy jako dziecko był również w Dejimie, gdzie powziął postanowienie nauki japońskiego. Obecnie władał tym językiem w stopniu średniozaawansowanym, co pomagało mu w imporcie części. Nie robił tego zbyt często z powodu ceł i konieczności wyasygnowania środków z własnej kieszeni. Innym problemem była często niekompatybilność wynikająca chociażby z zastosowania innych standardów. Imponował mu jednak rozwój tego wyspiarskiego narodu, i miał nadzieję jeszcze kiedyś tam zawitać, a może nawet uzyskać audiencję u cesarza Meiji. Po przybyciu do Liselotty jedli razem śniadanie, i zabierali się do pracy. Lotte wdrażała do pracy Stanisława- starszego emigranta z Polski, który według jego opowieści najpierw zbił majątek na dostawach wojennych a później pracował w Paryżu. Niedawno jednak umarł jego mentor i człowiek pod którego kierownictwem pracował, w pożarze laboratorium i od tego czasu szukał zajęcia jako handlarz. Do Amsterdamu przyciągnęła go aura miasta kupieckiego, dającego możliwości wzbogacenia się. Mimo że miał już ponad 60 lat, jeszcze miał energię i umysł zdolny pojąć zarówno wszystkie meandry holenderskiego prawa podatkowego, jak i obsługę arytmometru. Porozumiewali się z nim mieszaniną języka francuskiego i angielskiego. Ze względu na brak pieniędzy obecnie mieszkał u Lotte, ale planował zmienić miejsce pobytu wraz z otrzymaniem pierwszej pensji. Czasami opowiadała że i on pisze pamiętniki, które planuje wydać w swoim rodzinnym kraju. Był to jeden z dwóch sposobów spędzania wolnego czasu. Resztę przeznaczał na odtworzenie efektów pracy w Paryżu- Lodewijk uważał go za niespełna rozumu w tym względzie, ponieważ nieustannie mówił o metalu lżejszym od powietrza, opartym na związkach węgla. Kilka razy kiedy spędzali razem wieczór nawet zwrócił mu uwagę, jednak ten doznał ataku furii, który uspokoił osuszając butelkę jak to określał „niezłego węgrzyna”. W każdym razie był uczciwy i Lotte nie miała powodu aby mu nie ufać, podobnie jak Hugon. Ten ostatni dostarczał około południa, albo osobiście, albo kiedy nie miał czasu przez posłańca, najnowsze księgi rachunkowe. Drugi z braci z kolei pojawiał się bardzo rzadko- jego funkcją było nadzorowanie ekspedycji towarów w porcie i kontakt z innymi handlarzami. Korzystając z informacji tam zdobytych grał również na giełdzie, jednak nie przynosiło mu to znacznych dochodów, szczególnie teraz, w czasach niekorzystnej koniunktury. Po obiedzie który jedli wszyscy razem, wracali jeszcze do pracy na kilka godzin. Około 17 Lodewijk porządkował stanowisko pracy i żegnał się z Lotte wracając do pałacu. Czasami robił jeszcze jeden kurs do jej domu przywożąc po kawałku swoje rzeczy osobiste. Zostawał tam jeszcze przez godzinę dwie, rozmawiając z nią i planując wszystkich miejsc które zobaczą podczas wycieczki. Tego dnia kiedy już wychodził zatrzymała go.
    -Mam dla Ciebie niespodziankę Lode.
    -Słucham?
    -Pojutrze przyjeżdżają w odwiedziny moi rodzice. Czy zechciałbyś przyjść na obiad?
    -Z największą przyjemnością. Jak zareagowali na list?
    -Cieszą się moim szczęściem, i to jest jeden z powodów dla których chcą przyjechać. Mówią że nie wiadomo ile potrwa podróż, więc chcą nas zobaczyć jeszcze przed wyruszeniem w drogę.
    -Dawno się z nimi nie widziałem. Czy jest coś na co warto zwrócić uwagę?
    -Niespecjalnie, z odpowiedzi wynikało że są do Ciebie przychylnie nastawieni
    -Wobec tego poślij depeszę że nie mogę się doczekać
    -Oczywiście. Do jutra kochanie.
    -Do jutra Lotte.

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Prywata. Akcji nie ma zbyt wiele, ponieważ postanowiłem w tym wpisie poćwiczyć opisywanie świata i ludzi.
    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    8 czerwca 1897 roku- poranek

    Lodewijk postanowił tym razem zaskoczyć Lotte i odwiedzić ją przy śniadaniu. Dodatkowo zamiast autem, które właśnie Felix zawiózł do malarza, poszedł tam pieszo. Napawał się widokiem miasta budzącego się do życia; wypełnionego spokojnym ruchem, jakby przechodnie jeszcze nie dowierzali sobie że byli w stanie obudzić się tak wcześnie, albo byli zbyt biedni i zapracowani aby myśleć o czymkolwiek w tej chwili oprócz następnych godzin spędzonych w łóżku bądź fabryce (w zależności od zmiany). Słońce zaś spoglądało z każdą minutą coraz śmielej zza kolorowych dachów, zwiastując kolejny dzień bez kropli deszczu. Przy tym wiało dosyć intensywnie niosąc orzeźwiające powietrze znad zatoki. Po drodze zatrzymał się jeszcze żeby kupić kwiaty i zanim się nie obejrzał, był już przed domem. Kiedy podszedł do drzwi usłyszał ciche dźwięki towarzyszące przygotowywaniu posiłku i grzaniu wody. Zapukał i otworzyła mu Lena- belgijska gosposia, która nie pytając szybko wróciła do swoich obowiązków. Śmiało wtedy wkroczył do pokoju gościnnego gdzie unosił się zapach świeżo zmielonej kawy, jajek sadzonych oraz lekkich rogali- słowem idylla. Pasująca do ogólnej atmosfery była również reakcja Lotte na gościa i kwiaty. Przekazała je służbie, a sama przytuliła się, czując ulgę
    -Tak dobrze że jesteś. Co się wczoraj z Tobą działo? Tęskniłam. Tylko fakt że mieszkasz w pałacu bronił mnie od posłania Tobie biletu.
    -Nie chciałem Ci przeszkadzać. Już przedwczoraj mówiłaś że zalegasz z księgami rachunkowymi.
    -Daj spokój, nigdy nie przeszkadzasz. Patrz to- pokazała mu depeszę
    -Co to takiego?
    -Rijk zatrzymał się w Londynie w związku z awarią śruby która może potrwać kilka dni i donosi że czuje się dobrze, a współtowarzysze chętnie uczestniczą na wykładach
    -Jakie wykłady można dawać na statku?
    -Wziął ze sobą bez mała całą bibliotekę. Z tytułów które zauważyłam to szkoli ich w zakresie walk w warunkach tropikalnych i dowodzenia rozproszonego.
    -To się chwali. Czy mogę zjeść z Tobą śniadanie?
    -Nie musisz pytać, siadaj i zjedz; skoro jesteś tak wcześnie to nie miałeś czasu posilić się u siebie.
    -Miałem czas, ale stwierdziłem że skoro ostatni obiad był taki smaczny to rano również muszą podawać tu świetne rzeczy
    Zjedli odzywając się z rzadka skupiając się bardziej na tym żeby się obudzić za pomocą kawy, i na widoku za oknem.
    -Chcesz się gdzieś przejechać? Od ostatniej przejażdżki mam tyle miejsc które chciałabym Ci pokazać. Przecież Ty kompletnie nie znasz miasta i Holandii.
    -Auto jest aktualnie w trakcie zmiany barw na czarną.
    -Dlaczego? Prezentowało się tak pięknie, zwłaszcza ta flaga na masce.
    -Niestety, tutaj przechodzimy do tej złej części.
    -Co się dzieje? Czy coś Ci zawiniłam? A może na dworze Cię upokorzyli? Spokojnie, jak coś to tutaj możesz zawsze odpocząć i opowiedzieć. Wiesz że Cię chętnie wysłucham.
    -Gorzej. Muszę się wynosić z pałacu
    -Dzisiaj? Kto Ci rozkazał? W ogóle mogą Ci rozkazać? Z tego co mówiłeś to przyjechałeś tutaj na zaproszenie królowej, nie mogą Cię teraz wygnać. Przecież to zakrawa o skandal dyplomatyczny. Pismaki zaraz chwyciłyby ten temat.
    -Mylisz się, ale bądź spokojna. Mam miesiąc (teraz już jeden dzień mniej), żeby opuścić to miejsce. Zalecane też by było abym nie wracał przez najbliższy czas, w domyśle na zawsze.
    -Jesteś zbyt dobry na tę rodzinę. Niech się babrzą w swoim bagnie, Ty jesteś ponad to. Pomogę Ci z transportem. Przy dobrym wietrze dzisiaj się uwiniemy.
    -Nie. Planuję wykorzystać ten czas do końca, i tutaj przychodzę do Ciebie z propozycją.
    -Zamieniam się w słuch
    -Mówiłaś że Hugon dopuścił Cię do spółki?
    -Tak, posiadam 1/3 udziałów. Całe szczęście interes dobrze prosperuje, więc mogę nawet coś odłożyć. Ostatnio myślałam o tym żeby na jesień popłynąć na Islandię. Zawsze mnie pociągała ta tajemnicza wyspa. Mam nadzieję że zechcesz tam się udać ze mną.
    -Możesz mnie już uznać za pasażera ale mam dla Ciebie inną propozycję. Twój dochód ze spółki jak widzę wystarczyłby z górką na pokrycie pensji księgowej, przez miesiąc wdrożyłabyś ją do zawodu, ja zaś mam konto w największych bankach Europy na które regularnie otrzymuje solidną sumę pieniędzy pochodzącą z Batawii. Razem możemy zrobić wycieczkę po Europie. Odwiedzić te wszystkie miejsca na które nigdy nie mieliśmy czasu, możliwości lub pieniędzy. Spotkać najwybitniejsze umysły kontynentu, jeść obiady z artystami którzy już teraz zapisali się złotymi zgłoskami w historii sztuki, podziwiać corridę w Madrycie jednego dnia, a drugiego oglądać Alhambrę w Grenadzie- już samo nazwisko otwiera wiele drzwi. Moglibyśmy też podróżować incognito, w zależności od nastroju. Potem popłynęlibyśmy w wycieczkę dookoła świata, zatrzymując się chociażby w Południowej Afryce, Brazylii, Batawii czy Australii. Cały świat byłby dla nas.
    -Och- Liselotte oblała się rumieńcem- to… to wspaniałe. Nie spodziewałem się że ktoś kiedyś zaproponuje coś takiego. Czy się zgadzam? Oczywiście, możesz już rezerwować hotele po drodze. Mam nadzieję że nie stroisz sobie w tej chwili ze mnie żartów bo złamałbyś mi serce, gdybyś skłamał.
    -Na honor dynastii Oranje, przyrzekam! – zakrzyknął może odrobinę zbyt głośno. W drzwiach pojawiła się Lena, żeby sprawdzić co to za hałas. Po jej wyjściu wybuchli śmiechem.
    -Nie boisz się że zabiorą Ci rentę? W końcu wyganiają Cię z pałacu
    -Jedno na czym im zależy to cisza, więc nie kiwną palcem w tej sprawie. Ponadto dostaję ją via Batawia więc nie mogą jej tknąć. Oprócz samej renty mam jeszcze kredyt.
    -Felix jedzie z nami?
    -Tak, ale z doświadczenia wiem że zawsze sobie znajdzie coś do roboty. Też nie miał okazji oglądać Europy, więc jedziemy na tym samym wózku.
    Kobieta spoważniała- a teraz opowiedz w jaki sposób się to stało?
    I Lodewijk szczegółowo zrelacjonował historię wczorajszej rozmowy. Podzielił się również podejrzeniami które miał wobec przyjaciela.
    -Tak więc uważam że jeżeli ktoś miałby pomóc mi z tą sprawą, to może być to ten tajemniczy Hudig, oraz Twój brat; mam nadzieję że nie da się wciągnąć do czasu powrotu w bagno bieżących utarczek i walk pomiędzy stronnictwami.
    -To chyba najgorsze co mogłoby mu się stać- przemeblowanie wartości. Ale mam nadzieję że sobie z tym poradzi, i będzie zwycięski.
    -Jest jeszcze jedna sprawa
    -Hmm?
    -Dostałem poradę od królowej, abyśmy nie pokazywali się na mieście razem, przynajmniej do czasu opuszczenia rezydencji. Mogłoby to rozwścieczyć Marję.
    -Dobrze, ważne że będziemy tutaj razem. A może Ty chcesz mi pomóc z rachunkami? Jako techniczny umysł nie powinieneś mieć z tym problemu.
    -Nie wiem czy dam radę
    -Och, to proste, jeżeli wiesz co i jak to zostaje Ci sumowanie tabelek. Każda pomoc się przyda, zwłaszcza jeżeli sytuację trzeba uporządkować. Trzeba też posłać po Hugona- warto aby wiedział o tym jak najszybciej. Centrala nie jest daleko więc powinien być niedługo- ostatnie zdanie wypowiedziała wykręcając numer- tak, ze spółką „Jenssen, sklepy kolonialne”, jest już połączenie? Fantastycznie. Hugon? Przyszedłbyś tutaj? Za godzinę? Dobrze, będę czekać. Do zobaczenia! Lode- popatrz tutaj- pokazała jedną z ksiąg- to jest księga rachunkowa, mamy w niej część transakcji które przeprowadziliśmy w ostatnim miesiącu. Tutaj- wskazała na inną- jest tabela ceł. Jeżeli widzisz przy nazwisku klienta dopisek Z, znaczy to że towar ląduje za granicę, więc patrzysz tutaj i sprawdzasz jakim cłem towar jest obłożony. Jeżeli jest to handlujący, to ma cenę preferencyjną, o 15% niższą, ponieważ handlarze najczęściej kupują w dużych ilościach. Jeżeli handlarz jest z zza granicy to cenę preferencyjną liczysz bez cła, a z kolei jego wartość od sumy podstawowej- urzędu skarbowego nie interesują nasze wewnętrzne układy. Do tego tutaj zobacz- wskazała na jeszcze jeden wolumin, tym razem cieńszy- to jest lista dłużników. Jeżeli któryś z nich nie zapłacił trzy tygodnie po zakupie to naliczasz mu dodatkowe 10% i notujesz na kartce że należy wysłać do niego list z przypomnieniem. Wzór przypomnień jest z tyłu. Przypomnienia piszemy na tej maszynie- wskazała na srebrny blok ze złotym napisem „Smith Premier Typewriter”, ale to pod koniec dnia, i przekazujemy wtedy je Lenie- kiedy wraca do domu idzie do poczty, za co ma dodatkowo płacone- tłumaczyła tak jeszcze trochę a potem rozpoczęli pracę. Kiedy Hugon wszedł do pomieszczenia Lodewijk zdradzał oznaki zaaferowania pracą- oczy śledziły kartki kolejnych ksiąg podążając za pismem a na osobnych kartkach zapisywał obliczenia, ponieważ arytmometr był tylko jeden, i znajdował się w posiadaniu Lotte. Na jego twarzy wystąpił pot, marynarka wisiała na krześle a kołnierzyk był rozpięty.
    -Witam buchalterię! Powiedział donośnym głosem brat i nagle umilkł- o przepraszam, witam również Ciebie Lodewijk.
    -Spokojnie, pomaga mi w obliczeniach. Mimo że to pierwszy dzień to działa jak szatan.
    -Dopóki nie zasiadłem, nie wiedziałem że system podatkowy jest tak skomplikowany. Toż to istne wariactwo. Czemu chociażby pieprz kolorowy ma inne cło niż czarny ziarnisty, a ten od tego samego ale już zmielonego?
    -Zapytaj się w pałacu. Nam pozostaje jedynie z tym funkcjonować. Co chciałabyś powiedzieć siostro?
    -Pamiętasz jak Ci mówiłam że chciałabym wyjechać na jesień na wycieczkę?
    -Jak najbardziej
    -Z pewnych powodów będę musiała ją przełożyć na za miesiąc. Lode zaoferował się że mi pomoże przez ten czas z obliczeniami, tak żebym mogła znaleźć zastępstwo.
    -Podejrzewam że sama nie jedziesz
    -Niee, wyruszam z Lodem.
    -W takim razie szczęścia młodej parze!
    -Na to jeszcze za wcześnie.
    -Teraz tak mówisz- Hugon przyjacielsko klepnął Lodewijka- cieszę się waszym szczęściem i absolutnie nie ma problemu. Dobrze że dajesz o tym znać wcześniej.
    -Nie chciałbyś wypić z nami herbaty?
    -O tej porze i tak jest posucha w sklepie więc chętnie. Opowiecie przy okazji co chcecie zwiedzać. Swoją drogą żałuj chłopie- Choćby ta wycieczka trwała 10 lat to i tak nie obejrzysz wszystkiego. Sam mam kilka miejsc które musisz sprawdzić, a których nie znajdziesz w bedekerach.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: c8.alamy.com

    +: S.................e, Kroomka +7 innych
  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    7 czerwca 1897 roku- popołudnie

    Nie było opcji- Lodewijk musiał odejść. Dzięki rozmowie kupił sobie trochę czasu ale wiedział że przygotowania musi rozpocząć już teraz. Posłał po Felixa i nakazał mu przemalowanie auta na czarne następnego dnia. W głowie już wcześniej miał plan podróży po Europie- musiał go tylko lekko zmodyfikować. Wyciągnął z szuflady książeczkę czekową w której zapisywał wszelkie bieżące transakcje- dzięki temu nie musiał chodzić do banku aby wiedzieć ile pozostało mu pieniędzy. Z ulgą stwierdził że ma kredyt wystarczający na zrealizowanie planów i przygotował się do wizyty u Axela- sprawdził adres na mapie i przebrał się- tym razem wybrał mundur kolonialny i przypiął nań wszystkie ordery (chciał w ten sposób wzbudzić u weterana szacunek i zmotywować go do zwierzeń). Sprawdził jeszcze pobieżnie swój stan i wyruszył. Miejsce które generał wybrał na spędzenie swoich ostatnich dni było wyjątkowe- mieszkał na wyspie Marken, a dostać tam można się było jedynie promem za który Lodewijk sowicie zapłacił. Po dotarciu na miejsce poprawił ubranie i zapukał do drzwi. Otworzyła mu jego żona- starsza kobieta o twarzy naznaczonej latami tęsknoty za mężem, trudami życia w Indiach Wschodnich- albo jednego i drugiego.
    -Przepraszam, z kim mam przyjemność?
    -Nazywam się Lodewijk van Oranje i byłem umówiony na siedemnastą
    -Aaa. Mąż dużo o Panu opowiadał w ostatnich dniach. Zapraszam do gabinetu.
    Po czym podążył za nią do jasnego pokoju, którego ściany były gęsto ozdobione szablami i karabinami zdobytych wszelkich armii. Z prawej strony widniał nieznany Lodewijkowi sztandar. Axel zauważył jego spojrzenie i zagadnął
    -Chcesz wiedzieć skąd go mam?
    -Jak najbardziej.
    -To był jedyny raz kiedy dowodziłem piechotą na statkach. Podróżowałem z Brunei na Jawę, kiedy zostaliśmy zaskoczeni przez flotę wojenną Syjamu. Statki osłaniające nas zostały szybko pokonane a wróg przystąpił do abordażu. Walcząc na „HNLMS Rotterdam” musiałem odeprzeć ich atak. Walka była długa a szala zwycięstwa ze względu na to że walka toczyła się głównie na bagnety i miecze była wyrównana, a momentami nawet wydawało mi się że nic nie jest w stanie powstrzymać naszej porażki. Pamiętam że wtedy losy bitwy odmienił Paul Smith- brytyjski emigrant który znalazł się w mojej armii przypadkiem. Zastrzelił on ich dowódcę co wywołało popłoch w szeregach. Uciekając porzucili sztandar który został mi ofiarowany.
    -Chwila, przecież nie toczyliśmy wojny z Syjamem
    -To był ich korpus ekspedycyjny. Liczyli na to że ich udział przechyli szanse powstania i pozwoli nas wygnać z tych terenów przez co wzmocni się ich pozycja. Po stoczonej walce wystosowałem notę dyplomatyczną do ich ministra wojny jednak wszystkiemu zaprzeczyli, tak jakby ta armia nigdy nie istniała. Skoro nie istniała armia to i sztandar który od tej pory podróżuje ze mną wszędzie.
    -A to? Wskazał na karabiny produkcji krajów, które toczyły Wielką Grę o panowanie nad tym skrawkiem globu
    -To są wszystkie modele broni którymi walczyłem, a z większości również zabijałem. Na Batawii jak pewnie wiesz dwór skąpi wyposażenia więc trzeba sobie radzić wszelkimi dostępnymi środkami. Sprawniej jest zorganizować karabiny z przemytu niż czekać na nasze, choćby były sto razy lepsze.
    -Dobrze że chociaż mundury dostarczają
    -Tego jednego faktycznie nie można odmówić metropolii. Podejrzewam jednak że nie o moich działaniach wojennych chcesz porozmawiać.
    -To prawda, przywiodła mnie tu sprawa wagi kolonialnej. Mam podejrzenie że na dworze działa wysoko postawiony szpieg
    -Oni byli zawsze, masz podejrzenie na rzecz kogo może służyć?
    -Nie, mam za mało informacji żeby podjąć takie poszukiwania. Dlatego chciałbym się zwrócić o pomoc.
    Po czym w skrócie opowiedział o swoim pobycie w Amsterdamie, ze szczególnym uwzględnieniem drugiej rozmowy z Wilhelminą. Wziął również ze sobą list, z zaproszeniem który teraz pokazał.
    Generał podczas tej opowieści pił herbatę i przyjął postawę wysłuchującą co oznaczało oparcie się wygodnie w fotelu i pociąganiu siwego wąsa ręką. Przy fragmencie dotyczącym rozmowy pochylił się nad biurkiem a na jego twarzy zagościła iskra zaangażowania.
    -I tak to właśnie było. Zakończył Lodewijk- nie mam pojęcia czy to Ingrid, Otto, czy może mój adiutant, ale musi być postawiony wysoko skoro ma dostęp do poczty dyplomatycznej i kopert królewskich.
    -To nietrudne- sam ich używałem na potęgę i pisałem w imieniu Otto kiedy potrzebowałem autorytetu który mógłby poprzeć moje wnioski o zwiększenie dostaw uzbrojenia
    -To nie jest przypadkiem nielegalne?
    -Legalne czy nie, potrzebowałem desperacko tej broni. Z dwojga złego wolałem aby nad Batawią powiewała holenderska flaga i być kłamcą, niż uczciwie poddać się Wielkiej Brytanii czy Syjamowi.
    -Zna Generał moich rodziców lepiej niż ja. Czy zawsze byli tacy antypatyczni?
    -Nie. Twoi rodzice byli bardzo miłymi ludźmi i idealistami. To dzięki ich działaniom krótko po przybyciu obecnie mają poparcie wśród krajowców- ich głównym wrogiem jest rząd kolonialny
    -Obawiam się że w ostatnim czasie się to stwierdzenie zdezaktualizowało- po czym przytoczył historię z ostatniego powstania.
    -To dlatego że od dawna przestali robić cokolwiek. Niestety nie pomogę Ci zbytnio- kiedy Twoi rodzice przypływali do Batawii, byłem oficerem średniego szczebla i nie miałem dostępu do ich uszu. Pamiętam jednak że ich przybycie było niemałą sensacją. Według plotek Ingrid z Ottem wcale nie planowali tu żyć- kolonia radziła sobie w miarę dobrze przez długi czas bez obecności członków rodziny królewskiej. Planowali znacząco unowocześnić tę kolonię, współpracując z lokalnymi liderami gospodarczymi i państwami ościennymi. Rzecznikiem ich interesów był Hudig- stary dobry Hudig, który od kiedy pamiętam był gruby i obracał milionami w swojej spółce. Na przeszkodzie stanął im rząd kolonialny- nie w smak było mu bogacenie się mieszkańców- łączyli przyszły wzrost gospodarczy z rozwojem społecznym i rozbudzeniem tożsamości narodowej. Przeprowadzili więc kampanię przeciwko dworowi rozpuszczając najbardziej nieprawdopodobne plotki i torpedując plany ich inwestycji, jak np. ściągnięcie w ten rejon fabryki karabinów. Rozwiązałoby to wszystkie nasze problemy z uzbrojeniem, jednak Pieter van Bren pełniący wtedy rolę namiestnika skutecznie to zablokował, szermując argumentem że tubylcy nie powinni mieć jakiegokolwiek kontaktu z holenderskim uzbrojeniem. Toczyli ze sobą walkę przez wiele lat jednak ostatecznie wygrali, i od tego czasu dwór pogrążył się w apatii. Nie pomagało również to że Otto nabawił się rany na polowaniu- wdała się gangrena i przez prawie rok był wyłączony z działania, a później jeszcze zapadł na podagrę. Wiem też że miał skłonność do melancholii. Ingrid natomiast z tego co wiem od Hudiga chyba nigdy nie pogodziła się z przybyciem tutaj. Kochała swój kraj i życie w tym mieście na peryferiach światowego centrum traktowała (moim zdaniem słusznie) jako wygnanie. Co do listów zaś…. Sprytna dziewucha z tej Wilhelminy. Jeszcze dużo osiągnie, tylko potrzebuje więcej zdecydowania. Mam kilka hipotez ale brzmią one zbyt nieprawdopodobnie aby któraś z nich była prawdziwa
    -Jestem zdesperowany zbadać każdą możliwość, niezależnie od stopnia prawdopodobieństwa
    -Dobrze. Pierwsza z nich jest taka że rząd kolonialny chce się wybić na niepodległość. Dlaczego? Bo zawsze mieć lepiej cały kraj, nawet biedniejszy niż musieć dzielić się władzą z metropolią. Możliwe że przerabiali listy aby wzbudzić skandal dyplomatyczny i osłabić Twoją pozycję w rozgrywce politycznej. Przez to kolonia pozostałaby na niskim poziomie rozwoju, a oni dogadaliby się z krajowcami aby po ewentualnym zwycięskim powstaniu zachować przywileje i de facto kontrolować kraj.
    -Ale przecież oni nienawidzą rządu kolonialnego ze wzajemnością
    -I to czyni tę hipotezę problematyczną. Drugą opcją jest Ingrid. Podkreślam- nie wiem co działo się w przeszłości, ale mogło dojść w Amsterdamie do skandalu w rodzinie królewskiej i jedyną możliwością było opuszczenie kontynentu. Może chcieć świadomie torpedować wasze relacje. To ma sens gdyby to łączyć z reformami w kraju. W ten sposób zbudowałaby nowoczesną gospodarkę a jej pozycja wzrosłaby. Dalszy scenariusz przewidywałby powstanie i stworzenie nowego państwa, tym razem zarządzanego przez białą mniejszość. Wtedy stałbyś się w przyszłości absolutnym władcą tej krainy.
    -Program modernizacji zakończył się fiaskiem. Moja władza zdobyta w ten sposób byłaby krucha a ja stałbym się marionetką w rękach matki, rządu kolonialnego i Bóg wie kogo jeszcze.
    -Trzecią i ostatnią możliwością jaką widzę jest działanie zewnętrzne. Istnieje prawdopodobieństwo że za podrabianiem listów stoi chociażby Twój adiutant który jest jednocześnie szpiegiem, działającym na rzecz Wielkiej Brytanii. Od dawna chcieli zwiększyć stan posiadania w Azji Południowo-Wschodniej, jednak przeciwko nim mieliśmy sprzymierzeńca w Syjamie, który woli słabszy rząd holenderski niż potencjalnie działający sprawnie brytyjski. Jedyną możliwością przekonania ich byłyby duże koncesje terytorialne. Wielka Brytania poszłaby na to, ponieważ szybko odzyskaliby siłą swojej gospodarki to co oddali. Wnioski z tej analizy mam dwa. Po pierwsze żadna z tych możliwości nie wydaje się wystarczająco mocno ugruntowana w faktach, jednak wszystkie z nich mają wspólny pierwiastek, a mianowicie działanie na rzecz osłabienia Holandii w rejonie Batawii. Jak sam widzisz sytuacja nabrzmiewa szybko i w ostateczności, jak to się często zdarza podczas wojen, to Fortuna zdecyduje kto wygrał a kto przegrał.
    -Dziękuję za rozmowę. Pokazała mi wiele. Obawiam się że nie będę w najbliższym czasie mógł się z Panem widzieć.
    -Dlaczego?
    -Zapomniałem powiedzieć. Zostałem wygnany z pałacu. Dostałem miesięczny termin na wyprowadzkę.
    -Możliwe że historia kołem się toczy. Kto Cię wygnał, Marja, Wilhelmina?
    -Marja rękami królowej. Jest tutaj Generał dłużej. Jak to się stało że to ona rządzi?
    -Skoro zadajesz takie pytanie to nie sądze że chodzi Ci o Wilhelminę. Marja jak tutaj przybyłem już miała bardzo mocną pozycję, którą ugruntowała intrygami. Ponoć każdego jest w stanie skompromitować. Dwór nauczył już się z tym żyć, ale dla pobocznego obserwatora takiego jak ja czy Ty, jest to istotnie sytuacja dziwna.
    -Chciałbym porozmawiać jeszcze trochę ale muszę jechać- ostatni prom odpływa za pół godziny.
    -Poczeka Pan- tutaj Axel wyjął kartkę i zaczął ją wypełniać szerokim, wyraźnym pismem które miało charakter czysto użytkowy; był przyzwyczajony że każdy żołnierz musi potrafić odczytać jego rozkaz- masz tutaj ode mnie list polecający dla Hudiga. Jeżeli ktoś ma Tobie pomóc w rozplątaniu tego węzła gordyjskiego to właśnie on. Nie daj się zwieść jego powierzchowności- siatka agentów działających na jego zlecenie jest najskuteczniejsza w całym archipelagu.
    -A może to on stoi za tymi listami?
    -Nie, jest zbytnim patriotą aby na takie coś się porwać. Do widzenia
    -Do następnego razu Panie Generale- Lodewijk ukłonił się i podał mu rękę, po czym nieomal wybiegł wiedząc że jeżeli nie zdąży, będzie musiał tutaj spędzić noc, co nie umknie oku cioci.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    7 września 1897 roku- przedpołudnie

    Lodewijk obudził się mając w głowie obraz Lotte. Chciał do niej pojechać choćby i zaraz, jednakże stwierdził że nie będzie przeszkadzać- już wczoraj wystarczająco dużo czasu jej zajął, pewnie całą noc pracowała nad tymi papierami. Postanowił wtedy ten dzień spędzić na oglądaniu miasta i muzeów- ciekawiła go artystyczna strona metropolii. Już miał wychodzić, kiedy do pokoju wszedł posłaniec
    -Królowa prosi do gabinetu.
    -Czy wiadomo o co chodzi?
    -Nie mam żadnych dalszych informacji
    Na takie stwierdzenie nie pozostało mu nic innego jak odłożyć plany wycieczki i podążyć za nim. Zdziwił się widząc tam również Marję. Siedziała na krześle Wilhelminy, podczas gdy ta stała z rękami założonymi na siebie.
    -Czy mógłbyś wyjaśnić swoje zachowanie? – Starsza z obecnych rozpoczęła bezpardonowy atak- Przybywasz tu nie wiadomo po co, włóczysz się po mieście, odbierasz zaszczyty których nie jesteś godzien a teraz jeszcze zadajesz się z jakimś plebsem! To jest absolutnie niegodne Ciebie jako członka rodziny królewskiej! A z resztą, czego innego można spodziewać się po psach z Batawii. Gdyby to ode mnie zależało, pozbawiłabym was wszystkich praw do nazwiska i związanych z tym przywilejów.- podczas tej tyrady jej twarz nabiegła krwią, a w oczach widać było nieomal żądze mordu
    -Jaśnie Pani- Lodewijk przyjął taktykę spokoju, ale absolutnie nie miał zamiaru dać sobą pomiatać- przede wszystkim proszę uważać do kogo Jaśnie Pani kieruje swoje opinie. Nominalnie pochodzimy od tego samego przodka, więc obrażając nas, obraża również Pani siebie. Nie lekceważyłbym również siły gospodarczej Indii Wschodnich- to one zaopatrują was w te wszystkie błyskotki, którymi lubicie się później chwalić przed kuzynami z reszty Europy. Nazywano mnie różnorodnie, ale nigdy, nawet od krajowców, których główną siła jednoczącą jest nienawiść do nas nie usłyszałem takich słów, co niewątpliwie świadczy o Pani kulturze. Dosyć mam traktowania mnie jak powietrze w tym miejscu. Chciałbym przypomnieć tylko że nie na zaproszenie Jaśnie Pani jestem a swojej kuzynki Wilhelminy, królowej Holandii co poczytuję sobie za niemały zaszczyt- tutaj ukłonił się zgrabnie licząc na poparcie- i kompletnie nie rozumiem dlaczego to Pani ma decydować o tym co tutaj jest właściwe a co nie. Ten dwór jest przesiąknięty rozkładem i nie zdziwiłbym się gdyby to Pani była za to odpowiedzialna. Ród Oranje-Nassau nigdy nie wstydził się związków z mieszczaństwem, co pozwoliło mu być wielkim. Pani natomiast próbuje burzyć tę tradycję, z potencjalnie opłakanym skutkiem. Nie wiem dlaczego Jaśnie Pani chce zdradzać swój ród ale absolutnie nie mam zamiaru się w to wgłębiać
    -Milcz! Nie będziesz mnie uczył co wolno na tym dworze a co nie. Spędziłam tutaj całe życie i żaden młokos nie jest uprawniony do wyjaśniania zasad etykiety dworskiej. Nigdy nie miałam o waszej gałęzi wysokiego mniemania, ale to co teraz reprezentujesz przekracza wszelkie granice. Dosyć mam Twojej pewności siebie, buty i głupoty, która nie pozwala Ci zrozumieć że nie powinno Cię tu w ogóle być. Myślisz że królowa chciałaby na taką uroczystość zapraszać kogoś takiego? Ha, ha, ha. Każde dziecko w tym pałacu wie że takie zaproszenia są czysto kurtuazyjne. Nigdy bym nie pozwoliła ażeby ktoś tak nieokrzesany z własnej woli przekroczył próg tego domu. Twoja głupota jest jednak większa niż cokolwiek innego i jeżeli do teraz nie zrozumiałeś, tu Ci wyjaśnię. Masz tydzień żeby się stąd wynieść razem ze swoim cudem techniki i nigdy nie wracać.
    -Jaśnie Pani, bardzo sobie cenię waszą opinię o Batawii, jednak to czego Pani brakuje to kultura. Równie dobrze te wszystkie dzieci wiedzą że to takie momenty ukazują prawdziwą naturę człowieka. Co do decyzji natomiast to sam miałem ochotę wynieść się stąd tak szybko jak to możliwe, jednak uważam że należy ona do królowej, która wystosowała zaproszenie. -Lodewijk czuł że sytuacja właśnie obróciła się na jego niekorzyść, i jedyne wyjście jakie widział to jeszcze jedna spokojna szarża- Nie uważam Jaśnie Pani jako uprawnionej do czynienia sobie takich uwag na temat dworu Wschodnioindyjskiego. Jeżeli kogoś nie powinno tu być, to za przeproszeniem właśnie Pani, gdyż to co tutaj widzę jest całkowitym zaprzeczeniem jakichkolwiek cech które powinny reprezentować arystokratę- po ostatnich słowach wyjął papierosa i go zapalił.
    Pod wpływem tych słów Marja osiągnęła stan krytyczny. Zerwała się z krzesła i chwyciła przycisk do papieru aby nim rzucić, jednak królowa powstrzymała ją chwytając za rękę.
    -Tyle warte jest wychowanie na tym dworze. Widziałem u siebie wiele kłótni ale żadna nie była tak prostacka jak to co Jaśnie Pani reprezentuje.
    -Ciociu, proszę wyjść. W ten sposób nie dojdziemy do porozumienia
    -Jesteś tutaj skończony chłopcze i nic tego nie zmieni.- rzuciła na odchodne.
    Po jej wyjściu temperatura dyskusji opadła nieomal fizycznie. Lodewijk przysunął krzesło do biurka i strzepnął popiół. Wilhelmina tymczasem zajęła miejsce Marji.
    -Wszystko zrujnowałeś kuzynie
    -Ja? Przecież sama słyszałaś jak ta kobieta się do mnie odnosiła. Jeżeli ona jest uprawniona do takich twierdzeń to istotnie ten dwór nie ma przyszłości
    -Ona tak zawsze. Taki ma charakter, jednak po chwili się uspokaja. Gdyby nie Twoja odpowiedź udałoby mi się ją jakoś ugłaskać i uspokoić sytuację
    -I wtedy co? Dalej byłbym niechcianym kuzynem, tylko dlatego że nie znam się osobiście z królem Belgii czy książętami brytyjskimi? Nadal miałbym tkwić w tym limbo?
    -Widzę że nie pozostawiasz mi wyboru. Muszę niestety potwierdzić jej słowa, i wyprosić Cię z pałacu
    -A możesz wyjaśnić dlaczego? Przecież to zakrawa o absurd żeby jakaś matrona dyktowała królowej jak ma traktować członków rodziny, a Ty się jej słuchasz wiedząc że najprawdopodobniej słowa prawdy nie powiedziała w życiu
    -Nie doceniasz jej Lodewijk. Moja pozycja jest słaba, jestem na tronie od względnie niedawna, a i to w sumie było wynikiem pertraktacji. Na tym dworze liczy się byle kucharz, ponieważ on ma władzę, realną władzę. Jestem tutaj tylko figurantką, która ma się ładnie uśmiechać i przyjmować poselstwa. Na dworze liczy się wyłącznie Marja- zawsze miała charakter intrygantki, jak z resztą widzisz.
    -Ale to jest właśnie doskonały moment żeby się jej przeciwstawić! Przecież władzę, przynajmniej nominalnie masz Ty, a jeżeli jej nie posłuchasz to zyskasz sobie sojuszników. Na pewno wiele jest osób którym również się nie podobają jej działania. Weź sprawy w swoje ręce i pokaż że potrafisz!
    -Jesteś bezużyteczny. Myślisz że nie wiem co mam zrobić? Rozwiązania znam doskonale, ale nawet nie mogę ich skonsultować z mężem, bo jedyne czym się interesuje to młódki i wyścigi konne. To czego potrzebuję w tej chwili to zrozumienie. W dzieciństwie byłam izolowana przez Marję i ciągnie się to za mną do dzisiaj. Zrozum- jej wypowiedź była coraz bardziej histeryczna- nie jestem w stanie tutaj na nic wpłynąć, nic zmienić. Ten dwór jest skażony, i tutaj przyznam Ci rację, ale nie mam środków żeby zareagować
    -W takim razie, jeżeli nie potrafisz zmienić jej decyzji to przedłuż chociaż termin wyjazdu do miesiąca. Poznałem tutaj miłość swojego życia i pragnę spędzić z nią tyle czasu ile zdołam, a później nawet i ją poślubić
    -Odważne słowa jak na kogoś kto tydzień temu nawet nie wiedział o jej istnieniu. Ale dobrze, zrobię co w mojej mocy. Tymczasem jedno o co Cię proszę, to nie wywołuj sensacji- spotykaj się z nią w domu, ale nie wyjeżdżaj nigdzie dalej. Marja się wściekła właśnie dlatego że ktoś jej doniósł że rozbijasz się po królestwie z nowopoznaną kobietą.
    -Ja również się postaram. Jeżeli Cię to jeszcze interesuje to wieczorem widzę się z Axelem. Mam nadzieję że powie mi coś więcej o moich rodzicach.
    -Pozdrów go ode mnie. Mam w sumie takie pytanie- nie obraź się, proszę- czy po wyjeździe z pałacu chcesz otrzymywać rentę? Warunkiem byłoby trzymanie się stąd z daleka
    -Nie potrzebuję żadnej łaski- wyobraź sobie że dwór w Batawii potrafi jakoś funkcjonować wyłącznie z dochodów w koloniach.
    -Przepraszam, szukam tylko jakiejkolwiek możliwości pomocy. Tymczasem bądź szczęśliwy, będę wam kibicować- powiedziała ze smutnymi oczami- ale obiecaj mi jedno. Wiem że to zauroczenie ale nie prowadź jej na manowce co do swoich uczuć. Sama z doświadczenia wiem że to najgorsze co się może zdarzyć w takich relacjach damsko-męskich
    -Możesz być pewna że będę ją traktować, lepiej niż Ty mnie.
    -Czemu mówisz takie słowa? Widzisz przecież że gdybym mogła, nie wydałabym takiego rozkazu.
    -Może i tak, co nie zmienia faktu że brakuje Ci odwagi. Żegnam.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

    +: S.................e, Zeroskilla +7 innych
  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    **********************************************************************************************************************************************

    6 czerwca 1897 roku- późne popołudnie

    Tego dnia słońce zwyczajowo panujące w Amsterdamie zostało przysłonięte ciężkimi chmurami. W każdej chwili z nieba mógł runąć deszcze. Lodewijk siedział na honorowym miejscu, uczestnicząc w ceremonii odpłynięcia „HNLMS Zeeland”, z generałem Rijkiem Jenssenem na pokładzie. Reszta żołnierzy miała zostać załadowana na statki w następnych dniach, jednak tutaj już nie przewidziano uroczystej odprawy. W tej chwili przemawiał Axel, używając standardowych formułek, ale równocześnie podkreślając rosnące w siłę ruchy wyzwoleńcze i przywołując garść anegdot z historii z jego czasów. Słyszał z tej przemowy piąte przez dziesiąte, ponieważ jedyną osobą na którą zwracał uwagę była siostra Rijka- najwidoczniej głęboko zmartwiona jego podróżą co można było zauważyć po wzroku i wyrazie twarzy. Z radością stwierdził że kiedy ona go znalazła wzrokiem, odnalazł coś na kształt nadziei. Tak jak ostatnio dwór uznał że żadne inne przedstawicielstwo rodu nie jest potrzebne. Po oficjalnych uroczystościach podszedł do Axela
    -Czy ma Pan może chwilę?
    -Dla Ciebie? Zawsze, co się dzieje?- emerytowany generał spojrzał ufnie
    -Chciałbym z Panem porozmawiać, ale na osobności o Batawii. Mam pewien problem i mam nadzieję że pomoże mi Pan go zrozumieć. Ponoć dobrze się Pan znał z Ingrid i Otto.
    -To przesadzone wieści, ale tak jak będę potrafił, tak postaram się pomóc. Proszę, tutaj masz mój adres, proszę się tylko dzień wcześniej zaanonsować- co prawda jestem na emeryturze ale to nie oznacza że nie mam zajęć.
    -Czy w takim razie mógłbym się od razu zapowiedzieć na jutro?
    -Oczywiście, zapraszam koło siedemnastej.
    -Dziękuję.
    Z uroczystości pojechał się przebrać do pałacu a następnie do domu Liselotte. Po chwili gospodyni zaprowadziła go do jej gabinetu
    -Dzień Dobry
    -Witaj- odpowiedziała trochę rozkojarzona- pomieszczenie było upstrzone księgami handlowymi, świstkami papieru i co było interesujące- czarnym telefonem przykrytym w tej chwili okładką zeszytu- przepraszam ale nie mam zbyt wiele czasu
    -Może jednak dasz się przekonać na jeszcze jedną przejażdżkę?
    -Naprawdę bardzo bym chciała ale w tej chwili nie mogę. Od wczoraj siedzę i próbuje zsumować obroty braci
    -Od dawna się zajmujesz rachunkami?
    -Od zawsze miałam talent do matematyki i pomagałam tacie w liczeniu. Kilka lat temu Hugon wciągnął mnie do spółki i teraz jestem odpowiedzialna za księgowość w ich sklepach
    -Nie spodziewałem się tego. To kompletnie nie pasuje do Twojego charakteru
    -A jednak. Przepraszam czy mógłbyś wyjść? Poważnie muszę się skupić.
    -Nie musisz być wobec mnie taka obcesowa, nie mam zamiaru przebywać w domu w którym nikt mnie nie chce. Mam to na co dzień w pałacu
    -Przepraszam…- westchnęła Liselotte- po prostu próbuję odwrócić swoją uwagę od Rijka. Boję się o niego. Zawsze był taki ambitny, i chciał na siłę udowadniać dorosłość
    -Dlaczego?
    -To proste. Był najmłodszym z rodzeństwa i próbował się do nich dopasować. W dzieciństwie był gotowy na największą durnotę, aby przypodobać się zwłaszcza Hugonowi. Pamiętam jak miał 7 lat to wspiął się na śmigło wiatraka tylko po to aby ten przestał go lekceważyć. Wojsko wybrał z podobnego powodu.
    -Sądząc po tym jak szybko awansował, musiał być w tym dobry
    -Oczywiście. Ambicja nigdy w nim nie zgasła. Dlatego też wybrał wojska kolonialne, chociaż wiele razy powtarzał że nikt nie jest chętny na to stanowisko. Widzę też że już nic z tej pracy nie będzie. Czy Twoja propozycja jest wciąż aktualna? Chciałabym pokazać Ci jedno miejsce niedaleko stąd.
    Wyruszyli na północ. W pierwszej chwili Lodewijk myślał że jadą do Zaandam, jednak Lotte, nawigowała go trochę na wschód. Krajobraz również się zmienił i teraz przypominał to w czym mógłby się zakochać- znacznie bardziej odpowiadał mu widok holenderskiej wsi, poprzecinanej kanałami, polami tulipanów w najróżniejszych kolorach, oraz wiatrakami kręcącymi się leniwie. Również pogoda się poprawiła i nieśmiało zza chmur wyszło słońce, światłocieniem zwracając uwagę na poszczególne miejsca. Podczas podróży nie rozmawiali o niczym szczególnym. Zatrzymali się nieopodal jednego z dziesiątek wiatraków. Na lewo od niego woda płynęła leniwie w kanale, natomiast po prawej stronie pole było zajęte co ciekawe nie przez tulipany a pszenicę. Przed młynem ustawiały się kolejki rolników chcących sprzedać zboże do magazynu, którego część była widoczna zza młyna
    -Czemu akurat tutaj?- Zapytał nieśmiało
    -To młyn który mój ojciec odziedziczył po dziadku.
    -Myślałem że Twoi rodzice mieszkają w Groningen
    -Teraz tak, wcześniej tutaj mieli dom rodzinny. Sprzedali go aby być bliżej handlu. Ponadto nieopłacalna była dla taty modernizacja, wolał zająć się pośrednictwem. Zawsze kiedy czuje że mam problem staram się tu przyjechać i obserwować prosty świat, w którym tabelki nie mają znaczenia a ważne jest to co ziemia urodzi. Mam też jedną historię, ale mam wrażenie że nie uwierzysz
    -Dlaczego?
    -A uwierzyłbyś że w moim domu nocował Claude Monet?
    -W życiu.
    -A tak właśnie było. Sama tego nie pamiętam bo miałam roczek, ale tata lubił przytaczać tę historię każdemu nowemu gościowi, przez co znam ją na pamięć. Było to w 1871 roku, dokładniej w lipcu. Tata wtedy był niezadowolony ze zbiorów- cały czas padało przez co nie mógł ich dokończyć. Siedząc w mieszkaniu ujrzał nagle postać niewysokiego mężczyzny z czarną brodą i włosami w nieładzie. Przedstawił się jako wędrowny malarz, który podróżował po okolicznych wsiach, szukając inspiracji. Niestety wóz którym jechał zepsuł się i w ten sposób znalazł się tutaj prosząc o schronienie. Ojciec przyjął go, dał mu jeść i suche ubrania, oraz poprosił o opowiedzenie swojej historii dokładniej. Claude był jednak małomówny i wiele więcej niż przy progu nie udało się tacie dowiedzieć. Wydał mu się również dosyć ekscentryczny kiedy poprosił o możliwość przenocowania w młynie. Następnego ranka już siedział przed domem i malował. Pamiętam że nikomu nie spodobał się obraz- brakowało mu szczegółów a według domowników malarstwo powinno być tak precyzyjne i bliskie rzeczywistości jak to możliwe. Przyjął jednak w ramach zapłaty jedno z malowideł, i tak w naszym domu znajduje się oryginalny Monet. Teraz wart jest fortunę, ale tata nie chce go sprzedać- woli żeby zawsze przypominał rodzinie o tym skąd pochodzi ich obecnie wysoki status życia, i że warto być miłosiernym, choćby z czysto materialnych pobudek.
    -Świetna historia. Czy mógłbym kiedyś zobaczyć ten obraz?
    -Musiałbyś odwiedzić moich rodziców w Groningen, ale musisz się zapowiedzieć; tata pracuje od świtu do nocy; teraz mają gorący okres i musi być cały czas w pogotowiu. Możemy tam pojechać nawet razem.
    Podczas opowieści słońce porzuciło półśrodki i już pełnym blaskiem otulało scenerię. Lodewijk jako fan impresjonizmu, pomyślał że istotnie ta kraina nadaje się do tego typu obrazów. A może to nie były myśli jego tylko związane z tym że widział obrazy Moneta? Postanowił oddalić od siebie te myśli i skupić się na rozmowe z Lotte, która w pewnym momencie się do niego przytuliła i zaczęła mówić cicho i bardzo szybko; podejrzewał że próbuje zagadać płacz.
    -Tak bardzo się boję…. Nie chce żeby cokolwiek sobie tam zrobił. Po zaprzysiężeniu wrócił do domu smutny i zaczął czytać książkę od Ciebie. Co jakiś czas podkreślał zdania, zastanawiał się i zadawał mi dziwne pytania. Pytał sporo o swój charakter, nieomal domagał się tak szczerego opisu swojej osoby jak to możliwe. Najwidoczniej nie odpowiadałam wystarczająco dokładnie, bo w pewnym momencie wybuchł. Nigdy nie widziałam go w stanie takiej furii. Wydawał się być zły na siebie, plótł coś o sile charakteru i okrutnym środowisku Batawii, o wszechogarniającej wszystko tam atmosferze zepsucia. Powiedz, czy tam jest naprawdę aż tak źle?
    -Na ogół tak. Wiem też jednak że Indie Wschodnie potrafią wynagrodzić wysiłki ludziom, którzy są wystarczająco mocni. Najgorsze co może się stać Twojemu bratu, to jeżeli poczuje że może wywrócić te wyspy do góry nogami. Tam trzeba raczej podróżować z prądem historii, podobnie jak po tamtejszych rzekach, niż starać się go zawrócić. Jego ambicja może mu przynieść chwałę, ale również dotkliwy upadek. Mało kto wraca stamtąd takim jakim przybył, ale na tyle na ile go znam, myślę że sobie tam poradzi, ze wspomnianym wcześniej zastrzeżeniem. Kiedy wrócę, postaram się mieć na niego oko, bo to bardzo wartościowy człowiek.
    -Dziękuję Ci, jesteś taki dobry- odpowiedziała już głośniej- wracajmy już.
    Kiedy podjechali pod dom Liselotte, słońce już zachodziło. Pożegnali się a Lodewijk powrócił myślami do ojczystej krainy i myśli te nie opuściły go aż do snu.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: d167iucd5iyrzu.cloudfront.net

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    4 czerwca 1897 roku- wieczór

    Czas spędzony przed wizytą u Jenssenów była dla Lodewijka trudny. Czuł się oszołomiony nagłym przyśpieszeniem wydarzeń. Jedyne czego był pewien, to że chce porozmawiać jeszcze raz z Axelem- znał jego rodziców prawdopodobnie lepiej niż on sam, jednak nie znał nawet jego adresu, a występować otwarcie po niego nie chciał. Chciał już pójść po Felixa, jednak zaczął o nim myśleć jak o podejrzanym. Próbował się zdrzemnąć lecz bez powodzenia. Wyszedł wcześniej, uruchomił auto i zanim podjechał przed ich dom, zrobił kilka rundek wokół miasta, a i tak był za wcześnie, oceniając po stanie przygotowań. Na powitanie wyszedł mu Rijk, tym razem zamiast munduru był ubrany w rozpiętą obecnie marynarkę, w stylu Norfolk, głęboko czerwony krawat i spodnie koloru khaki.
    -Widzę że los towarzyszy nie jest Ci obcy- zażartował Lodewijk wskazując na krawat
    -Gdybyś nie pochodził z rodziny królewskiej pokazałbym Ci co znaczy robotnicza pięść- równie jowialnie odparł Rijk
    -Przepraszam że jestem za wcześnie, ale nie mogłem wytrzymać w pałacu
    -Spokojnie, usiądziesz sobie w salonie i pogadamy
    Salon generała nie różnił się mocno od innych domów średniej klasy korzystającej z dominującej pozycji gospodarczej którą zapewniało życie w metropolii. Na podłodze łagodnym blaskiem świeciła się świeżo cyklinowana podłoga z mahoniu, na stole stała wypełniona do połowy nieznanym alkoholem karafka z czeskiego kryształu. W rogu stał duży globus, pełniący dodatkowo rolę barku, a cała lewa ściana wypełniona była regałami z książkami- z ciekawością stwierdził że nie było wśród nich jego prezentu co oznacza że interlokutor wziął sobie do serca jego słowa i najprawdopodobniej śledził akcje książki próbując zrozumieć naród do którego terenów płynął. Zasiedli po obu stronach stołu, uraczyli się jak się okazało koniakiem oraz zapalili cygara.
    -Jak minął Ci czas?
    -Pracowicie, wczoraj zgodnie z tym co mi powiedziałeś zainteresowałem się życiorysami podwładnych i okazało się że nie do końca masz rację. Jest jeszcze gorzej. Połowa z nich jest potomkami jakichś znaczących rodów, i kompletnie nie ma doświadczenia bojowego- druga połowa natomiast zgodnie z ocenami poprzednich dowódców charakteryzuje się ogólną miernością. A Ty- generał nagle się zmieszał- przepraszam, nie powinienem tak mówić, pewnie znasz te wszystkie rodziny a w dodatku pewnie uraziłem Cię bo sam prochu nie wąchałeś
    -A tu się zdziwisz. Jestem po szkole oficerskiej i przez ostatnie lata brałem udział zarówno w ekspedycjach w głąb Brunei jak i miałem okazje dowodzić żołnierzami podczas ostatniego powstania.
    -Opowiedz coś więcej
    -Nie ma problemu. Jako członek rodziny królewskiej zostałem wyznaczony do obrony pałacu w Batawii. Dostałem około setkę wojaków miernej jakości i równie słabym wyposażeniu- zaprawdę korona nie stara się o uzbrojenie wojsk kolonialnych- jedyną przewagą nad krajowcami była znajomość terenu oraz z trudnem zdobyty u pułkownika karabin Maxima. Przydzielając mnie tam dowódca co naturalne chciał jak najmniej mnie narazić- nie spodziewał się że buntownicy mogą podnieść rękę również na władze królewskie, przewidywał że uderzenie pójdzie na rząd kolonialny. Jednak pomylił się w swoich przewidywaniach i około północy, kiedy odgłosy walk cichły, od strony południowej zaczęli wysypywać się zza budynków krajowcy. Byłem zaskoczony widząc wcale nowoczesne uzbrojenie, pochodzące najprawdopodobniej z przemytu. Postanowiłem skupić ogień na nich właśnie podejrzewając że są to strzelcy wyborowi- później się okazało że niesłusznie, ponieważ wydawali broń „jak leci”. W każdym razie walka trwała około trzy godziny zaś podczas końcowej fazy musiałem sam zasiąść za lufą tej śmiercionośnej maszyny stworzonej przez dentystę. Za cenę połowy oddziału zyskałem Order Wilhelma IV klasy. Co do Twojej opinii to dziwi mnie że tak dużo młodych arystokratów pragnie tam się zaczepić, a Twoją odrazę podzielam. Sam bym im nie dał do dowodzenia choćby dziesięciu żołnierzy.
    Kiedy skończył opowieść zauważył że w drzwiach stała i słuchała Liselotte.
    -Gdzie moje maniery- Lodewijk wstał i przywitał się z siostrą gospodarza
    -To była bardzo ciekawa opowieść i nie chciałam przerywać- odpowiedziała łagodnie- zapraszam na obiad.
    Pokój jadalny był urządzony według mody pochodzącej z poprzedniej epoki, i widać było że meble są nadgryzione zębem czasu, jednak dodawało im to na pewien sposób godności. Naprzeciwko wejścia na stół przez szyby wpadały promienie słoneczne. Rijk zaprowadził przyjaciela na honorowe miejsce za oknem i uciszył wszystkich stukając nożem o kieliszek
    -Jestem niezmiernie zaszczycony że zechcieliście się tu pojawić i pożegnać swojego brata, syna i przyjaciela, przed wypłynięciem w rejs do naszych odległych kolonii. Chciałbym wam przedstawić człowieka którego poznałem przedwczoraj. Oto Lodewijk van Oranje, który udzielił mi wielu cennych wskazówek i zgodził się uświetnić tę skromną uroczystość.
    Mężczyzna wstał- jest i mi równocześnie niezmiernie miło że Rijk zechciał mnie tutaj zaprosić. Mogę powiedzieć w tej chwili tylko jedno- oby Holandia miała więcej takich generałów!
    Odpowiedziały im oklaski po czym na stół wjechał obfity obiad, rozpoczęty zupą cebulową, a zakończony lodami czekoladowymi. Wszystkie dania były proste, jednak gospodyni potrafiła nawet tym łatwym przepisom nadać dozę indywidualności, i sprawić że były przy tym bezpretensjonalne.
    Podczas tego obiadu i godzin po nim Lodewijk poznał całą rodzinę generała, w tym dwójkę braci posiadających kilka sklepów kolonialnych, ojca który był przedsiębiorcą zbożowym, matkę pasjonującą się literaturą i czasami dającą odczyty w zaprzyjaźnionych salonach, oraz pokaźną czeredę kuzynów, bratanków i szwagierek. W pewnym momencie, kiedy tłumaczył Hugonowi- jednemu z braci tajniki wycinki drzewa i tego jak obecnie trwający monsun wpłynie na jego ceny za 3 lata, podeszła do nich Liselotte.
    -Wybaczcie, proszę, ale porywam wam Pana porucznika? Generała?, pułkownika?
    -Po co te tytuły, mów mi Lodewijk, albo jak wolisz Lode- tak mawiają znajomi niezwiązani etykietą dworską
    -A więc Lode- kobieta przeszła bezpośrednio do najbardziej poufałego określenia interlokutora- obiecałeś że pokażesz mi automobil i weźmiesz mnie na przejażdżkę.
    -Jak dobrze pamiętam nie było nic mówione o jeździe, ale skoro sobie tego życzysz Pani
    -Teraz to ja zaoponuję- przerwała uśmiechając się serdecznie- mów mi Lotte.
    -A więc Lotte, Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem- zażartował naśladując pozycję na baczność, z całkowicie nieregulaminowo rozbawionym wyrazem twarzy
    Przeszli przed rezydencje gdzie dumnie prezentował się w słońcu pomarańczowy Allmayer. Lodewijk pomógł wsiąć i wyruszyli w kierunku południowym
    -To fascynujące, tak podróżować- towarzyszka podróży była podeskcytowana a jednocześnie bała się trochę- nigdy wcześniej nie jechała z taką prędkością, nawet pociągiem, kursującym pomiędzy Groningen gdzie mieszkali jej rodzice a Amsterdamem. -W przyszłości pewnie to będzie bardziej powszechne
    -Już teraz się staje. Marzę żeby kiedyś pojechać do Stanów. Tam przestrzenie dają wręcz nieograniczone możliwości takiego podróżowania, tutaj to ledwie się zacznie, już trzeba przystanąć bo dotarło się do morza, albo do krańca kontynentu
    -Często tak podróżujesz w Batawii?
    -Prawie w ogóle, warunki nie pozwalają. Tam na ulicach jest jeden władca i jest nim riksza- nic innego się nie przeciśnie przez tłum ludzki wylegający każdego ranka i rzednący w późnych godzinach wieczornych- ponadto ulice nie pozwalają na bezproblemową podróż. To tam się nauczyłem żeby mieć przynajmniej dwa koła zapasowe.
    -A teraz gdzie jedziemy?
    -Już nigdzie bo jesteśmy na miejscu- odpowiedział zatrzymując auto i pomagając Lotte wysiąść, popatrz- wskazał na kierunek południowy- oto port, nieustannie żyjący organizm, który żywi całe państwo.
    -Czemu musisz mówić takie nudne rzeczy? Opowiedz coś ciekawszego
    -Dobrze.
    I zaczęli rozmawiać o wszystkim- przygodach Lodewijka w Brunei, rodzinie Lotte, plotkach z życia pałacu w Batawii, a nawet ocenili ubrania obecnych na obiedzie. Mężczyzna czuł się jak odświeżony- kobieta stanowiła kontrast tak wyraźny że mógłby być wręcz odcięty nożem w stosunku do skostniałej rodziny królewskiej. Nie podejrzewał że może tak wesoło i żywo opowiadać o wydarzeniach ostatnich tygodni nie okraszając ich gęsto numerami królewskich dekretów, tytułami czy też zdobytymi odznaczeniami.
    -Patrz, słońce zachodzi- w pewnym momencie powiedziała Lotte
    -Nad tym imperium słońce nigdy nie zachodzi
    -Ale tutaj już tak, chyba powinniśmy wracać- nawet nie wiesz jak dobrze mi się z Tobą rozmawiało, jesteś taki… ludzki.
    Wrócili do rezydencji- po gościach nie było już śladu, a na tarasie Rijk raczył się kolejnym cygarem
    -Witam podróżników! Widze kolonialna natura Ciebie nigdy nie opuszcza, zawsze musisz gdzieś wyjechać
    -Przywiozłem Twoją siostrę bo się zgubiła w mieście- radośnie oznajmił
    -To prawda, wędrowałam ulicami od piekarza a tu nagle pojawił się ten pan i postanowił mnie zawieźć- podjęła żart siostra- położę się już. Dziękuję za transport.
    Po czym odeszła w głąb domu. Lodewijk tymczasem podszedł aby się pożegnać, jednak generał zaprosił go gestem do zajęcia miejsca
    -Sporo myślałem o tym co mi powiedziałeś przedwczoraj. Mogę wydawać się pewny wyjazdu, ale w rzeczywistości śmiertelnie się go boję. Nawet nie przez materiał ludzki- on w ostateczności da się uformować w jakimś stopniu- ale boję się tego kontynentu. Nie chciałbym wracać tutaj wstydząc się siebie, i żeby wszelkie miejsca były dla mnie wyrzutem jakim kiedyś byłem normalnym człowiekiem, potrafiącym się cieszyć z życia.
    -Możesz być spokojny. Widzę że masz silny charakter i ze wszystkim będziesz potrafił sobie poradzić. Mogę Cię zapewnić że kiedy wrócę do Indii Wschodnich będziesz częstym gościem w pałacu. Tymczasem naprawdę musze iść- zabawiłem tu zbyt długo ale niczego nie żałuję
    -Widzę że zapoznałeś się z Lotte bliżej. To dobra kobieta, i bardzo ufna. Nie zawiedź jej bo wtedy będziesz mieć do czynienia nie tylko z nią ale również ze mną, a mogę Cię zapewnić że potrafię być konkretny
    -Dobrze. Trzymaj się i dawaj znać regularnie.
    Po czym wrócił do auta i pojechał do pałacu, cały czas mając w głowie rozmowę z Lotte.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    4 czerwca 1897 roku- poranek

    Poprzedni dzień był podobnie jak przedwczoraj pełen uroczystości, przysiąg, blichtru, oraz koronkowych ceremonii mających przykryć (przynajmniej według opnii Lodewijka) mierną pozycję królowej i archaizm siedziby. Dzisiaj jednak plan dnia przewidywał wolne, nie tylko dla gości, ale również dla dworu- była niedziela, a w ten dzień tygodnia pałac zwyczajowo był zamknięty. Dowiadując się o tym fakcie rozpromienił się, po czym posłał po Felixa.
    -Słucham- pojawił się tak szybko niczym diabeł z pudełka.
    -Pójdziesz pod ten adres- mówiąc to wręczył bilet wizytowy Jenssena- i potwierdzisz udział. Przy okazji wypytaj o dokładną godzinę, ponieważ zapomniałem jej zapisać.
    -Oczywiście- końcówka słowa dotarła do Lodewijka już spod drzwi, do których podążał adiutant. On tymczasem postanowił wykorzystać okazję związaną z brakiem ceremonii aby porozmawiać z kuzynką- podczas wczorajszych wydarzeń przez cały dzień czuł dystans, który reszta rodziny do niego utrzymywała, zupełnie jakby był szkodnikiem, czy maźnięciem pędzla na obrazie które nigdy nie powinno się pojawić, ale zmazać go nie sposób. Zrzucił to wtedy na karb napiętego grafiku, jednak w myślach zaczęły się pojawiać różne scenariusze. Czy chodziło o Hilberta? Może problem był związany z gałęzią rodu, którą zostawił w Batawii? Nigdy nie pytał rodziców o to, ale wiedział że bardzo rzadko opuszczali pałac, a tym bardziej podróżowali do metropolii. W przypadku ojca była jasność- miał podagrę i jakiekolwiek wojaże były absolutnie zabronione, a jeżeli jednak by się na nie zdecydował, miał zagwarantowane nieustanne bóle, a jego życie byłoby zagrożone. Z jego matką sprawa była bardziej skomplikowana; pamiętał że zawsze bohaterami opowieści do snu byli dumni mężowie stanu i silne kobiety pochodzące właśnie z Holandii. Niejednokrotnie widział jak podczas tych opowieści stara się ukryć łzy tęsknoty, jednak nie miał ani czasu ani chęci zapytać o przyczynę tych emocji. Nie robił tak bez powodu- Ingrid w trakcie dnia miała do niego jeszcze mniej uczuć niż Marja. Była skrajną materialistką i taki styl życia starała się przekazać Lodewijkowi, jednak w praktyce ograniczało się do to puszczenia go samopas i częstych kłótni z arcybiskupem Batawii, których echo niosło się po całym pałacu. Postanowił że po powrocie zapyta o to matkę, i zapisał ten pomysł w zeszycie. Ubrał się więc najlepiej jak potrafił, i wyszedł na śniadanie. Obecni byli wszyscy, jednak zauważył że rozmowy przycichły, a z twarzy szlachetnych ludzi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zeszły uśmiechy. Zjadł wtedy posiłek w milczeniu, po czym wykorzystał okazję, aby odsunąć krzesło Wilhelminie i zacząć rozmowę
    -Witam kuzynko
    -Witam. -odpowiedziała bez grama zaangażowania
    -Czy możesz ze mną porozmawiać? Przepłynąłem pół globu aby tu dotrzeć, podczas gdy równie dobrze mogłoby tu mnie nie być.
    -Za godziną przyjdź do ogrodu- Królowa wiedziała że nie uniknie tej rozmowy, co nie umniejszało niechęci do jej podjęcia
    Przez wolny czas układał w myślach listę rzeczy o które chciał zapytać, wiedząc że taka okazja się nie powtórzy. Planował je nieomal jak symfonie, zaczynając od tych drobnych, po czym chciał przejść w fortissimo pytań, które miały ukazać celowość jego bycia tutaj i rozetrzeć na proch mury twierdzy niechęci żywionej przez resztę rodziny, bądź je umocnić, ale przede wszystkim pokazać. Walka z niewidzialnym przeciwnikiem męczyła go i nie miał ochoty dłużej dać się zwodzić, toteż punktualnie pojawił się wśród pól tulipanów. Rozglądając się nerwowo zauważył kuzynkę, przechadzającą się lekko nerwowym krokiem i z zaciętymi ustami.
    -Proszę za mną- powiedziała kiedy podszedł do niej
    Przeszli spory kawałek i spoczęli na ławce postawionej przed dość sporych rozmiarów stawem, otoczonym dębami- ogród w tej części niewątpliwie czerpał ze wzorców angielskich.
    -A więc? Możesz mi powiedzieć o co tu chodzi?
    -Musisz tak obcesowo? Całe Indie Wschodnie z Ciebie wyłażą. Marja ostrzegała mnie przed wszelkimi ludźmi pochodzącymi stamtąd.
    -Dobrze, przepraszam. -Lodewijk wiedział już że z jego planu rozmowy nici, i że to Wilhelmina przejęła stery tej rozmowy. Postanowił rozpocząć z innej strony- jak Wilem się miewa?
    -Jak przeciętne dziecko, niedawno zaczął chodzić. Jednakże już teraz widzę że jest bardzo ruchliwy; cieszę się niezmiernie patrząc na to jak stawia swoje pierwsze kroki i próbuje odkrywać świat. Mam nadzieję że będzie z niego wielki człowiek.
    -Wspaniale słyszeć takie wieści
    -Dziękuję- na twarzy pojawił się lekki uśmiech, który Lodewijk przyjął jak opuszczenie gardy i nadzieję na zrozumienie.- opowiedz teraz mi więcej o rodzicach.
    -Tak jak wspomniałem przedwczoraj podagra wydaje się zżerać ojca, zarówno fizycznie jak i psychicznie- do niedawna był bardzo nerwowy, nie było dnia aby nie kłócił się z Ingrid, jednak ostatnio zrobił się otępiały- podejrzewam że to mieszanka opium i starości. Widzi że życie mu uciekło i teraz stara się je podsumować. Czasami zacznie coś opowiadać, ale to kompletny misz-masz, nie warto tego słuchać. Siedzi w pałacu tylko po to aby utrzymywać pozory przed ludem. Agenci donoszą że opozycja rośnie w siłę.
    -Agenci zawsze będą tak mówić, za to się im płaci
    -Ale teraz sytuacja jest poważna, tuż przed moim wypłynięciem stłumiono kolejny strajk w fabryce Hudiga. Nie można sobie z tego kpić.
    -Czy przybyłeś tutaj aby być posłańcem złych wiadomości? Już wystarczająco mam na głowie. Niech się tym zajmie wasz rząd.
    -Kiedy nie możemy nic zrobić bez zgody metropolii. Skończył się czas półśrodków, trzeba pomyśleć o nowej idei związanej z utrzymaniem tych terenów.
    -Zboczyliśmy z tematu.- Wilhelmina weszła mu w słowo
    -Racja. W takim razie czy możesz powiedzieć co tu jest grane? Przybyłem tutaj na wyraźne Twoje zaproszenie, a kiedy się pojawiłem jestem traktowany jak powietrze. Jedyni ludzie przyjaźnie czy choćby neutralnie do mnie nastawieni to generał którego znam 2 dni i Axel.
    -Och kuzynie. Widzę że nic nie rozumiesz- królowa sięgnęła do pudełka które ze sobą przyniosła
    -Co to jest?
    -To jest korespondencja Twoich rodziców i Twoja z Marją. Ukradłam te listy i to jest jedyne miejsce w którym mogę Ci je pokazać.
    -Znam treść tych listów, czemu mi je pokazujesz?
    -Widzę jakim jesteś człowiekiem i nie wierzę że mogłeś napisać takie słowa, ponadto jesteś tutaj co świadczy o tym że zostały przerobione.
    -W jaki sposób, i przez kogo? Powiedz mi coś więcej
    -Masz może jakiś list ode mnie, albo pamiętasz co napisałeś w ostatnim?
    -Powinienem mieć z Twoim zaproszeniem u siebie w komnacie, pamiętam też co odpisałem. Przez cały czas wymiany korespondencji dziwiłem się czemu Marja jest taka oschła.
    -No to spójrz- pokazała mu jego rzekomą odpowiedź na zaproszenie, w której informował że nie ma zamiaru się tu pojawiać, i domaga się dodatkowych sił i środków na utrzymanie dworu i porządku- to wszystko było napisane grubiańskim tonem. Czy dostałeś jakikolwiek list ode mnie?
    -Nie, wszystkie były od Marji.
    -A zobacz ten. Specjalnie użyłam kalki i jeden egzemplarz sobie zostawiłam na dowód- Lodewijk nie był w stanie się powstrzymać i wyszarpnął go z ręki, i łapczywie pochłaniał kolejne linijki
    -Najdroższy kuzynie…. Smuci mnie Twoja nieobecność….. Pragnę dowiedzieć się więcej o tej egzotycznej krainie… Liczę na szybką odpowiedź
    -W takim razie dlaczego się tak zachowywałaś?
    -Po pierwsze, wspominanie o rzekomym kochanku Ingrid w takich okolicznościach jest mocno nietaktowne, a po drugie, muszę ukrywać swoją wiedzę przed Marją.
    -Dlaczego, przecież to Ty jesteś królową, nieprawdaż?
    -Ta sprawa wydaje się być znacznie głębsza niż nam się wydaje, skoro fałszerstwa obejmują połowę kuli ziemskiej. Odejdź tamtędy, ktoś idzie.
    -Nieee, to Felix, zawsze potrafi mnie znaleźć czart jeden.
    -Lodewijk!
    -Słucham
    -Wracam od Rijka. Informuje że jest zaszczycony zapowiedzią obecności i informuje że obiad rozpocznie się za trzy godziny od teraz.
    -Wspaniale. Do zobaczenia kuzynko- z mętlikiem w głowie odszedł w kierunku pałacu.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

    źródło: c8.alamy.com

  •  

    Pamiętnik Lodewijka

    *******************************************************************************************************************************************

    2 czerwca 1897 roku, późny wieczór

    Lodewijk bawił się umiarkowanie. Wcześniej, po krótkiej ceremonii przybycia i odebrania zaszczytów, szambelan wskazał mu miejsce w pałacu, a chwilę później przyszedł tragarz z jego walizkami. Następnie przebrał się w galowy mundur i wziął udział w uroczystości zaprzysiężenia nowej dywizji Koninklijk Nederlands Indisch Leger, im. Pietera Botha, wygłosił krótkie przemówienie i wziął udział w skromnym bankiecie. Znaczącym był fakt że nikt inny z rodziny królewskiej nie przybył na uroczystość, czym dali do zrozumienia że nie obchodzi ich zarówno jakikolwiek teren na Wschód od Holandii jak i członkowie rodziny królewskiej którzy tam przebywają. Podczas posiłku zajmował zaszczytne miejsce obok gen. Rijka Janssena, świeżo mianowanego dowódcę dywizji. Był to człowiek o potężnej posturze, rozbieganych, zielonych oczach oraz żywym usposobieniu, przejawiającym się w nadmiernej gestykulacji i zbyt głośnym wyrażaniu opinii (Lodewijk podejrzewał że właśnie to stało za mianowaniem go na to stanowisko.)
    -Pierwszy raz mam okazję jeść z członkiem rodziny królewskiej. Jest to dla mnie wielki zaszczyt- dowódca był zbyt ucieszony nominacją żeby widzieć jej złe strony- niech Pan opowie, panie Lodewijku, jak tam jest? Czy to prawda że krajowcy są niewdzięczni za dary cywilizacji które im niesiemy? Czy często się buntują? Wolą aby przekupywać ich pieniędzmi czy raczej łatwiej nad nimi zapanować wybijając kilku najbardziej opornych?
    -Rijk, bo chyba mogę Panu tak mówić, prawda? A więc Rijk, powiem Ci w sekrecie kilka informacji. Ci żołnierze- przebiegł ręką po sali w której panował hałas, i siedzieli wyżsi oficerowie- jak myślisz czy mają rodziny tutaj? Oczywiście, czy są oddani Holandii? Nie bardzo, czy lubią pieniądze? Bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Spędziłem z takimi ludźmi całe lata i wiem że oni nie będą walczyć za chwałę dworu, który znajduje się po drugim końcu świata, są tylko dwa impulsy które na nich działają. Jeden z nich to pieniądze, a drugi to te rodziny które zostawiają, z resztą dla pieniędzy właśnie. Zanim się obejrzysz już z tej zbieraniny młodzików, weteranów którzy nigdzie indziej nie zagrzaliby miejsca, nieudaczników, oraz tych którzy pragną wyciągnąć kawałek kraju dla siebie jako quasi-dyktatorzy, wyjdą najgorsze cechy. Staną się brudnymi i zapijaczonymi żołnierzynami, dla których codzienna dostawa opium bądź haraczu będzie wartością nadrzędną. Nie wiem co jest w tym kraju do którego zmierzacie ale jest on całkiem sprzeczny. Z jednej strony pełen życia, ruchu, gwaru i walki, z drugiej senny jak mało który. Niektórzy upatrują przyczyn tego w wilgoci która nie pozwala niczemu zasiąść tam na stałe, niszczy wszelkie materiały, wypacza drewno, psuje żywność, i walnie przyczynia się do rdzewienia stali. Nawet ujścia rzek nie są tam bystre, dające nadzieję na powitanie oceanu i wszystkich możliwości z nim związanych, są raczej podobne do bagna, wpływając tam wiesz że najprawdopodobniej nigdy nie wrócisz, a jednocześnie musisz mieć nerwy na wodzy ponieważ są zdradliwe, mają pełno skał i niespodziewanych prądów. Pomimo tego uważam ten kraj za wspaniały, wychowałem się w nim i doświadczyłem pełni jego piękna, do którego aby się dostać, trzeba zerwać całą tę śliską i wilgotną wierzchnią warstwę. Ludzie tam natomiast, mają mądrość. Mądrość wynikającą z życia właśnie w takim środowisku, nic nie jest dla nich stałe, mają stoicki wręcz dystans do świata, ich myśli są zaprzątnięte utrzymaniem się na powierzchni, chociaż częściej doświadczają upadku moralnego, materialnego, bądź kombinacji ich obu, a starają się jedynie jak najbardziej opóźnić ten lot ku otchłani. Wszelkie władze traktują tymczasowo, niezależnie od tego czy to Brytyjczyk, Holender, Arab lub Chińczyk. Nie nastawiaj się więc na zbawienie świata, albo chociażby ucywilizowanie narodu. Ten termin jest tam kompletnie nietrafiony, oni się nie cywilizują w naszym tego słowa rozumieniu, tylko znajdują najbardziej optymalne ścieżki życia, tak aby jak najmniej energii móc poświęcać walce z nim. Swoją drogą uważam to jako technik i naukowiec za postawę właściwszą, niż to czego doświadczam tutaj, ale to już inna kwestia. Jeżeli nie ulegniesz atmosferze tego rejonu, będziesz wielkim dowódcą, możliwe że nawet marszałkiem, człowiekiem w pełnym tego słowa znaczeniu, pełnym najlepszych cech wojskowego i moralnych zasad. W naiwności i pysze wierzę do udało mi się w jakiś sposób pokonać otoczenie zamiłowaniem do nauki, jednak czuję że ten wirus bezwładności również i mnie ogarnia. Jestem młodym człowiekiem, a czuję się jednocześnie jakbym żył tam sześćdziesiąt lat, jak i jeden dzień. Przyjdź do mnie po uroczystości to wręczę Ci książkę która lepiej opisuje to co Ci właśnie powiedziałem, a nawet otrzymasz dedykację o dowolnej treści.
    -Hmm- generał zasępił się, oczy straciły blask a wargi przyjęły solidną porcję czerwonego wina- wygląda na to że jest to miejsce przede wszystkim ciekawe. Teraz rozumiem dlaczego w kuluarach mówiło się że nikt nie chce się tam zgłosić, jednak sam wybrałem ten los i poprowadzę go ku szczęśliwemu zakończeniu!- zakończył już ponownie z werwą- przy okazji, przepraszam najmocniej za mój nietakt jako mężczyzny ale zapomniałem kogoś Panu przedstawić.- Podążyli na zewnątrz rozkoszując się czerwcowym popołudniowym słońcem- oto moja siostra, Liselotte Janssen, Liselotte, oto Lodewijk van Oranje, człowiek który rozwiał moje wszelkie wątpliwości odnośnie wyjazdu
    -Jakże miło to słyszeć- zaszczebiotała siostra cienkim głosem. Lodewijk spojrzał na nią- była średniego wzrostu, miała włosy koloru ciemnego blondu i podobnie jak brat zielone, duże oczy i żywe usposobienie.
    -Jak minęła Panu podróż? W gazecie była informacja o sztormie który złapał was przy Hiszpanii
    -Ooo, to nic takiego, kilka godzin powiało, całe szczęście że automobil cały.
    -Czy mógłby mi Pan pokazać ten automobil?- ostatnie słowo powiedziała niepewnie, było pewne że wcześniej go nie słyszała
    -Oczywiście, ale nie dzisiaj. Teraz muszę udać się do siebie; Rijk, zapraszam.
    Przeszli przez kilka pomieszczeń aż ponownie znaleźli się w komnatach Lodewijka. Z radością stwierdził że tragarz posłuchał jego instrukcji i czuł prawie jak u siebie w domu. Sięgnął do półki po książkę- było to pierwsze wydanie „Szaleństwa Allmayera”, otworzył ją i zadał pytanie- co mam tam wpisać?
    -Może, po prostu „Dla generała Rijka Janssena z okazji objęcia dowództwa nad dywizją i z najlepszymi życzeniami”, i dzisiejszą datę.
    -Nie ma problemu, czy długo tu jeszcze zostaniesz?
    -Mam jeszcze kilka dni do odpłynięcia, jeżeli Pan zechce
    -Żaden Pan, mów mi Lodewijk- przerwał mu gwałtownie
    -W każdym razie, jeżeli Pan… znaczy, jeżeli chcesz, zapraszam na obiad, który urządzam pojutrze, będzie to uroczystość rodzinna, ale sprawiłbyś wielki zaszczyt obecnością. Niestety nie będzie tam frykasów do których pewno przywykłeś, ale zrobimy co w mocy abyś czuł się dobrze ugoszczony
    -Chętnie przyjdę, tymczasem pamiętaj to co Ci powiedziałem, przeczytaj tę książkę, najlepiej wiele razy i postaraj się być dobrym człowiekiem. Mam wrażenie że będziesz w stanie to osiągnąć.
    -Postaram się- prawie krzyknął generał pozorując salut uśmiechając się.- obrócił się i odszedł sprężystym krokiem.

    Lodewijk został sam, spojrzał na zegarek i się zmartwił. Nie był przyzwyczajony do intensywności tempa życia rodziny królewskiej w metropolii- w Batawii przez miesiąc nie miał tyle obowiązków ile tutaj w jeden dzień- podszedł do lustra, sprawdził stan fryzury i wąsów, i wyszedł ku Sali audiencyjnej.
    Tam czekała już na niego reszta rodziny, pozowali właśnie do zdjęcia z Wilemem. Dobiegł do nich i ustawił się w dolnym rzędzie kucając.
    -Iii, teraz wszyscy mówimy „Oranje”
    -ORANJE- zabrzmiał chór nieomal unisono.
    Krótki błysk fleszu
    -Dziękuję, będzie pięknie wyglądać w gazecie
    Lodewijk wstał, przetarł kolano i rozejrzał się po Sali- stała w dużym kontraście do jego prywatnego pokoju audiencji, położonego w Batawii. Przede wszystkim brak tu było pierwiastka ludzkiego w postaci chociażby popielniczki z kilkoma niedopałkami, kilku kartek czy też jakiejkolwiek rośliny. Sala wydawała się stworzona nie dla ludzi, a dla reprezentacji dworu, jako zjawiska. Proces kontemplacji i porównywania został brutalnie przerwany przez starszą kobietę o nienagannych manierach.
    -Proszę, proszę, kto to raczył się tu zjawić, nasz wielki książe Batawii.
    -Witam- mężczyzna skłonił się i podał rękę Marji- mam nadzieję że pałac dorówna temu co miałem okazje widzieć w Indiach Wschodnich- zaripostował, najwidoczniej celnie, sądząc po zaburzeniu spokojnego wyrazu twarzy
    -Może i pałace mają wspaniałe ale manier za grosz.
    Lodewijk odszedł od kobiety i podszedł do królowej- wcześniej miał okazję widzieć ją jedynie w gazetach. Na żywo wyglądała na jeszcze bardziej poważną, a z jej twarzy nie schodził grymas gotowości do działania, zupełnie tak jakby całe życie miała za chwilę ruszyć do biegu
    -Wasza Królewska Mość, oto dziecko Batawii.
    -Ach witam, jak minęła podróż- zagaiła kurtuazyjnie- czy to prawda że przez te kilka godzin zdołałeś wywołać już sensację?
    -Zaraz sensację, automobile są już obecne od wielu lat.
    -Ale nikt nie widział żeby członek rodziny królewskiej parał się budową takich maszyn. Zaprawdę, dziwnie żyjecie tam w Indiach
    -Jeżeli to przynosi chwałę dworowi, to nie zamierzam porzucać tego zajęcia. Mam również list od Otto i Ingrid- mówiąc to wyciągnął kopertę z wewnętrznej kieszeni marynarki
    -Wspaniale! Jak się miewają?
    -Prawdę mówiąc nie najlepiej- ojciec stracił już chyba całkiem energię, natomiast matka nadal rozpacza po śmierci Hilberta
    -Kim był Hilbert?
    -Zaufany minister, a plotkuje się że również kochanek
    -Takie rzeczy mówić przy takiej okazji! Za grosz nie masz szacunku do ludzi. – Odebrała list gwałtownym ruchem ręki i odeszła.
    Lodewijkowi pozostało w takim położeniu przywitać się z resztą rodziny i honorowych gości, przy czym większość traktowała go z mieszaniną rezerwy związanej z jego działalnością naukową a pogardy właściwej związanej z pochodzeniem. Jedyną ciekawszą postacią okazał się Axel- emerytowany dowódca KNIL, który Indie Wschodnie znał jak własną kieszeń. Co ciekawe nadal był energiczny i gdyby nie miękki chód właściwy osobom starszym, członek rodziny królewskiej nie pomyślałby, że jest na emeryturze. Spędził na uroczystościach tyle czasu ile nakazywał protokół, gawędząc głównie z nim na temat wojskowości, techniki i obyczajów tamtejszych krain, a po fajerwerkach udał się do sypialni. Leżąc w łóżku próbował podsumować ten dzień pełen wrażeń, jednak alkohol skutecznie to utrudniał.

    #wielkawojnafabularnie
    pokaż całość

  •  

    Lodewijk nie spał. Obóz jego żołnierzy położony nad okoliczną oazą był rozświetlony jedynie w kilku miejscach. Ci którym przypadła warta, pykali spokojnie swoje fajki, nabite resztką tytoniu z przydziału, i rozmawiali o wydarzeniach minionego dnia. Z oddali było słychać szum Oceanu Indyjskiego, z którym przez te wszystkie lata generał miał styczność i traktował nieomal po bratersku, zwłaszcza że za każdym razem widział w wyobraźni patrząc na niego miasta Indonezji w których się wychował- pełne kontrastów, ludzi i zapachów, które jednak wydawały mu się przez to żywe w przeciwieństwie do miasta białych grobów jak ochrzcił Amsterdam. Popatrzył przez chwilę po czym wrócił do namiotu. Łagodne światło lampy naftowej dawało widok na jego całe wyposażenie; kilka skrzyń z rzeczami osobistymi, mahoniowe biurko na którym leżały rozrzucone w nieładzie plany i rozkazy dzienne, ciężkie, dębowe krzesło, złocone pióro znaczone herbem dynastii i kilka plików papieru czerpanego- do niego zawsze miał słabość. Nalał sobie szklankę ajerkoniaku i z ciężką głową spojrzał raz jeszcze na zdjęcie Lotte. Obok widniał najnowszy list od królowej, przywieziony mu dzisiaj przez Felixa.

    Najdroższy Kuzynie!
    Z wielką przykrością przyjęłam Twoją odmowę, o czym może zaświadczyć Felix. Śpieszę donieść że Marja umarła. Wilem z kolei radzi sobie bardzo dobrze- podobnie jak Ty ma zamiłowanie do techniki. Niedawno zauważył go Gerard Philips i postanowił dać mu staż w swojej fabryce. Pracuje w dziale projektowym. Doszły również mnie słuchy o Twoim wystąpieniu w Pretorii. Wiesz doskonale że zrobiliśmy jako państwo co mogliśmy i przypominanie teraz o tym zakrawa na buntowanie obywateli co ociera się powoli o zdradę stanu, jeżeli nie jest nią już przyjęcie posady w armii Kajzera. Mam jednak cały czas nadzieję że zmądrzejesz, i jeżeli nie teraz, to po wojnie wrócisz na dwór aby wszystko wyjaśnić i oczyścić atmosferę.

    P.S Statek czeka, podobnie jak ostatnim razem.

    J.K.M Wilhelmina

    Obok listu z kolei świeciła się spinka, która najwidoczniej urosła do rangi symbolu relacji. Lodewijk szybko naskrobał życzenia owocnego panowania jak poprzednio i spakował bilecik do koperty razem z nią. Po zaklejeniu koperty wypił duszkiem ajerkoniak i zaczął zapełniać kolejne kartki.

    *******************************************************************************************************************************************
    2 czerwca 1897 roku

    Lodewijk patrzył z pokładu „HNLMS Java” na kraj z którego pochodziła jego rodzina mimo że go wcześniej nie widział. Zarówno z lewej jak i z prawej strony mógł w pełni podziwiać potęgę Amsterdamu widoczną w nowoczesnej zabudowie, dużej liczbie statków wpływających do portu oraz mrowia ludzi go obsługujących. Zszedł na ląd i przeszedł przez szpaler utworzony przez marynarzy oraz honorowego oddziału kolonialnego. Nie imponowały mu te wszystkie zaszczyty w przeciwieństwie do tego co znajdowało się na końcu- jego własny samochód „Allmayer”, brzmiący tak na cześć autora, którego miał nadzieję spotkać w tym roku. Stworzył go w pełni samodzielnie, niejednokrotnie prosząc o części posyłane mu przez pół świata, co przez rodzinę było traktowane jak łagodny objaw szaleństwa, czemu dawała wyraz Marja w długich, oficjalnych listach, wyjątkowo skąpych w uczucia. Przez całą podróż miał nadzieję poznać te wszystkie osoby i skonfrontować je z obrazem ze swojej wyobraźni- zarówno surową Marję, która jak mniemał była tylko w listach tak oschła, jak i Wilhelminę- swoją kuzynkę, która od kilku lat panowała nad krainą. Ze względu że był jego twórcą, niepotrzebny był mu szofer, więc wsiadł za kierownicę i ruszył przez miasto wywołując małą sensację. Na ulicach zgromadzeni widząc samochód w barwach królewskich niejednokrotnie przystawali, a kilka razy nawet wykrzyknęli swoją wierność dworowi królewskiemu. To wszystko nadal jednak było dla niego tłem- Europa jawiła mu się nie jako ojczyzna jego dworu a kontynent pełen techniki, ludzi których chciał spotkać i rozwinąć swoje idee. Automobil również zabrał nieprzypadkowo- po oficjalnych uroczystościach, związanych z pierwszymi urodzinami Wilema miał nadzieję udać się w podróż po Europie i porozmawiać z najwybitniejszymi technikami jego czasów- szczególnie liczył na spotkanie z Karlem Benzem i Gustavem Citroenem.

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Prywata. Od tego wpisu, historia będzie przebiegać dwutorowo- w pierwszej będą bieżące wydarzenia, a w drugiej historia Lodewijka i tego jak znalazł się w Tanganice. Części będą oddzielone gwiazdkami. Ponownie wszystkie komentarze chętnie widziane.

    #wielkawojnafabularnie #trojprzymierze
    pokaż całość

  •  

    -Dumny Narodzie Burów!
    Tak zaczął przemowę w Pretorii Lodewijk. Stał w centralnym miejscu placu. Slońce świeciło intensywnie i na twarzach wielu pojawił się pot. Wiedział że przemowa musi być krótka, ale jednocześnie treściwa. Widział w oczach tłumu nadzieję, pomieszaną z radością z pokonania Wielkiej Brytanii i zerwania statusu dominium. Postanowił ją wykorzystać, i zagwarantować sobie ewentualny azyl gdyby wojna nie poszła po myśli Trójprzymierza.
    -Historia okazała się łaskawa. 15 lat temu stanęliście do walki o suwerenność. Angielski najeźdźca porwał się na wasze wolne republiki, podniósł rękę na Transvaal i Oranię. Nie zawahał się przed niczym- obce mu były honor, godność i uszanowanie dla drugiego życia. Spędził was do obozów koncentracyjnych, gwałcił wasze kobiety i niszczył wasze państwa w imię złota i diamentów. Łaskawie dał wam status dominium myśląc że to wszystko załatwi. Jednak wiem że niektórzy nie przestali walczyć z okupantem. Chwała im że doczekali świtu prawdziwie wolnej Afryki Południowej. Cesarz wysyła szczere gratulacje i ma nadzieję że wspólnie odpłacimy za krzywdy które wyrządził na waszym narodzie. Wyrazem jego szczodrości niech będzie fakt, że wspomógł finansowo was, w budowie tego symbolu - tutaj zwrócił oczy na delegację komitetu budowy Voortrekker Monument imienia Paula Krugera- Pamiętajcie jednak, że waszymi przodkami byli Holendrzy. Naród Hugo Grocjusza, ale również śmiałych kolonistów, i świetnych przedsiębiorców. Teraz zadajcie sobie pytanie- co zrobiła metropolia aby was wspomóc. Co robili kiedy tysiącami ginęliście z głodu, od kul i chorób w obozach. Co robili kiedy Brytyjczycy deptali butem waszą godność. Wyciągnijcie wnioski i przekujcie lemiesze na miecze, tak aby już nikt nigdy nie zabrał Burom wolności.

    Odpowiedział mu aplauz zgromadzonego tłumu. Lodewijk skłonił się, i wymienił kilka zdań z Helgą von Schmetterling, w których poinformował że opuszcza już dzisiaj Pretorię i nie będzie mógł uczestniczyć w balu zorganizowanym na jej cześć.

    ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Wilhelmina z niecierpliwością czekała na godzinę 12. Wtedy miał pojawić się Felix- człowiek którego znała jedynie pobieżnie, jako adiutanta i przyjaciela kuzyna. Zastanawiała się dlaczego nie przypłynął osobiście, ale zrzuciła to na karb załatwienia formalności związanych z odejściem z armii. Nie wierzyła że Lodewijk mógłby odrzucić jej propozycję. Godziny wydawały się tygodniami a kolejne formalności były nie do wytrzymania. W końcu Felix został zaanonsowany i wszedł do gabinetu.
    -Usiądź proszę- stwierdziła ciepłym głosem
    -Oczywiście.
    -Co Cię do mnie sprowadza?
    -Wasza Wysokość. Lodewijk przysłał mnie abym przekazał to- mówiąc wyciągnął kopertę z takim samym herbem, jaki widniał na jej liście.
    -Proszę zaczekać chwilę- Wilhelmina z nienaturalną energią rozerwała kopertę z której wypadła szpilka i krótki bilecik na którym było napisane- życzę owocnego dalszego panowania królowej Holandii. Chłód tych słów uderzył ją nieomal fizycznie. momentalnie zbladła i stwierdziła już teraz słabym głosem- Poczeka Pan do wieczora i weźmie list dla Lodewijka
    -Z najwyższą przykrością ale muszę jechać dalej. Jeżeli będę wracać przez Holandię, to z chęcią odbiorę list, aczkolwiek teraz każda minuta dla mnie jest cenna. I tak mam wrażenie że straciłem zbyt dużo czasu zarówno swojego, jak i Waszej Wysokości.
    Po wyjściu Felixa, królowa wezwała szambelana i kazała odwołać wszystkie uroczystości w których miała wziąć udział, jako powód podając nagłą chorobę. Kiedy opuścił pomieszczenie zapłakała. Najgorsza nawet nie była odmowa a, ta konsekwencja i totalność z jaką zrzekł się więzi. Nigdy wcześniej korona nie była tak ciężka, a historia tak bolesna.

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Lodewijk był w podobnym nastroju ale z zupełnie innego powodu. Był wschód słońca a on stał pośrodku doliny. Słońce wyślizgiwało się z okolicznych gór, a on przechadzał się po trawie, przywołując wspomnienia. Burowie mocno się starali aby to miejsce nie kojarzyło się z niczym, jednak ślady dróg oraz pojedyncze przedmioty świadczyły o tym że nie do końca im się udało. Stanął pod drzewem i wyciągnął z kieszeni zdjęcie swojej ukochanej. Łzy napłynęły mu do oczu i rozpoczął w myślach różaniec pytań które sobie zadawał już od dziesięciu lat z hakiem. Czy mógł zrobić coś więcej? Czy mógł nie dopuścić do tego fatalnego łańcucha zdarzeń? Gdzie zawiódł jako negocjator? Czy może faktycznie konflikt był nieunikniony, jak zapewniał go Felix a on nie jest niczemu winny? Dlaczego Lotte się znalazła w obozie? Gdzie była opinia międzynarodowa i jego kraj, kiedy był potrzebny?
    Wiedział że chyba już nigdy nie pozna na to odpowiedzi. Pozostało mu kroczyć przez czas i odpłacić Brytyjczykom za swoje winy, a Holandii za bierność, którą niegdyś postrzegał jako chwalebną cechę, teraz zaś był do niej pełen nienawiści.

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Teraz prywata. Jak coś to zawsze chętnie zbieram komentarze dotyczące wpisów, ponieważ jest to pierwsza fabularka w której biorę udział. Komentarze mile widzę zarówno na płaszczyźnie czy postać jest dobra/zła, jak i czy sam styl pisania styknie.

    #wielkawojnafabularnie #trojprzymierze
    pokaż całość

    źródło: Przechwytywanie.PNG

  •  

    Lodewijk był w swoim żywiole. Dowodzenie artylerią w pełni satysfakcjonowało go jako perfekcjonistę oraz pasjonata techniki wojskowej. Od rana nieustannie doglądał ostrzału, na bieżąco obliczał parametry, siłując się ze swoimi podkomendnymi w zawodach matematycznych ze skutkiem śmiertelnym dla wrogów. Ponadto zbierał od nich opinie celem dalszego usprawniania swojego wynalazku, na którego szybkie wdrożenie do produkcji w metropolii liczył- haubic kalibru 220 mm z nowatorskim oporopowrotnikiem "Bruneidraak". Około godziny 15, podszedł do niego adiutant.
    -List do Generała
    Jedno spojrzenie na kopertę i widniejący na niej herb wystarczyło aby Lodewijk przypomniał sobie wakacje A.D 1897 roku, spędzone na dworze królewskim w Niderlandach. Otworzył ją, i ujrzał kartkę zapisaną drobnym drukiem. Porównał pismo z innymi listami, które trzymał w szufladzie i zaczął czytać.

    ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
    Najdroższy Kuzynie!

    Jest mi niezmiernie miło poinformować że na dworze wszystko idzie ku dobremu. Jak wiesz postanowiliśmy się nie angażować w to samobójstwo Europy. Młody Willem właśnie rozpoczął naukę na uniwersytecie w Amsterdamie. Śpieszę również donieść że Marja ciężko zachorowała na gruźlicę. Może wydawać się to dziwne przy obecnym stanie medycyny, ale aktualnie się nie zanosi na poprawę, a wręcz na śmierć. Słowa które za chwilę odczytasz są dla mnie trudne do napisania ale mam nadzieję że się zastanowisz nad nimi. W imieniu dworu Holenderskiego i dynastii Oranje-Nassau wybaczam i proszę o wybaczenie. Wiem że pewnych rzeczy i słów nie można cofnąć, i zawsze będą ranami, ale proszę, zaklinam Cię, wróć do Ojczyzny. Statek przez miesiąc będzie czekał na Ciebie w Mombasie. Decyzja należy do Ciebie, ale Twoje przybycie, i zjednoczenie się w Hadze całej dynastii, ucieszyłoby zarówno cały naród, i jak każdego z rodu.

    Z wyrazami szacunku
    J.K.M Wilhelmina

    List zrobił na Lodewijku spore wrażenie. Pierwszy raz w korespondencji od kuzynki odczytał słowa które chociażby sugerowały jakiekolwiek uczucia rodzinne. Na ogół się z nią nie zgadzał, jednak tym razem musiał przyznać rację- rany były zbyt głębokie. Podczas obecności w Afryce miał czas aby poukładać sobie życie, ledwie ujść z nim po walce z dzikiem ndiri, uzależnić się od wina z heroiną, wyjść z nałogu (przyjmowania heroiny, sam alkohol nie działał na niego uzależniająco) i ugruntować swoje przekonanie o tym że nikogo tak nienawidzi jak swojej rodziny. Podniósł kopertę aby włożyć do niej list i zauważył coś jeszcze- złotą spinkę do krawatu wysadzaną diamentami i swoimi inicjałami. To był kolejny powód dla którego uważał że tym razem może wierzyć Wilhelminie- tę spinkę złożył na jej ręce kiedy wyjeżdżał z pałacu przysięgając tam więcej nie wrócić. Decyzja jednak już zapadła, i nie myśląc wiele krzyknął do adiutanta.

    -Felix!
    -Słucham?
    -Pojedziesz do Mombasy i tam zaokrętujesz się na statek który na mnie czeka. Zaraz napiszę Ci upoważnienie żeby kapitan Ci uwierzył. Popłyniesz do Amsterdamu i tam oddasz Wilhelminie to- podał spinkę.
    -Czy coś powiedzieć przy okazji?
    -Nie, ona będzie wiedziała o co chodzi.
    -Dobrze, jeszcze jedna rzecz, mam dokładne raporty od "88" i operacja zakończyła się pełnym sukcesem.
    -Fantastycznie. Powiedz kwatermistrzowi żeby spakował moje rzeczy. Będę nieobecny przez kilka dni.
    -Gdzie się Pan wybiera?
    -Tam gdzie niegdyś biło serce Holendrów.

    #wielkawojnafabularnie #trojprzymierze
    pokaż całość

    +: S.................e, Zerri +10 innych
  •  

    Lodewijk wyszedł z hangaru, w którym spędzał większość wolnego czasu. Został zbudowany przed czterema laty, ale już został nadgryziony zębem czasu. Rozejrzał się po okolicy. Wokół krzątali się żołnierze którzy akurat mieli wolne, pozostali na poligonie ćwiczyli celowanie- huk dział co kilka sekund wywoływał drżenie. Zdziwił się mocno widząc biegnącego adiutanta- był jego adiutantem jeszcze w wojskach kolonialnych w dalekiej Batawii.
    Ach Batawia- Lodewijk czasami wracał myślami do tej krainy która była odpowiedzialna za jego najlepsze wspomnienia. Aby sobie ją przypomnieć czytywał dzieła Josepha Conrada i śledził dział kolonialny w gazetach.
    -Panie Generale!- Zameldował po dobiegnięciu- pilna depesza z Berlina!
    -Już, już, spokojnie- odpowiedział generał czytając wiadomość. Jego umysł momentalnie został wyrwany ze wspomnień a twarz stężała.
    -Zbierz wszystkich żołnierzy przed sztabem! Mają 15 minut na zbiórkę. Przerwij ćwiczenia!
    -Tak jest!

    ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    -Zebraliśmy się tutaj żeby pogadać o interesach. XX wiek to dobry czas na legalne konflikty zbrojne. Nie jest dobrze. Nie jest też źle. Można powiedzieć że jest średnio
    -Czyli zajebiście?- wyrwało się kanonierowi z pierwszego szeregu
    -Dokładnie. Jako że zapisaliście się dobrowolnie na program treningowy "z konfliktem zbrojnym na Ty". Będziemy celować, strzelać i zabijać żeby każdy miał szanse żyć po wojnie. Zapraszam do mobilizacji.

    -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Po godzinie odebrał meldunek o stanie mobilizacji i zapisał w pamiętniku że liczy na to że w święta pojawi się w Batawii.

    #wielkawojnafabularnie #trojprzymierze
    pokaż całość

  •  

    Czy grając jako Majapahit opłaca się boostować renesans czy raczej rushować w exploration/expansion a potem to jakoś nadrabiać?
    #eu4

  •  

    Mirki pytanie techniczne. Gram Czechami pod stworzenie katolickiego HRE, i dostałem centrum reformacji. Jak sobie z tym najsprawniej poradzić?
    #eu4

  •  

    Jaka jest najlepsza opcja w stosunku cena/ilość GB na kartę w telefonie?
    Areo2 odpada, potrzebuję internetu na miesiąc.
    #kiciochpyta

  •  

    Mirki i Mirabelki, mam bardzo specyficzne pytanie. Czy ktoś wie jak dalej potoczyła się sprawa telewizji publicznej w Bośni i Hercegowinie? Pytam ponieważ oprócz informacji że przestaje nadawać od 1 lipca 2016 roku nie znalazłem nigdzie informacji o dalszym ciągu tej sprawy. Pytanie jest całkowicie na poważnie.
    Artykuł: https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/bosnia-i-hercegowina-od-lipca-bez-publicznej,151,0,2094487.html

    #kiciochpyta #telewizja #pytanie #pytaniedoeksperta
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    Witam serdecznie.
    Mam pytanie do wyjadaczy tej gry którzy być może pomogą mi poradzić sobie z następującą sytuacją:
    Otóż gram jako Savoy i zostałem junior partnerem Francji która rozpoczęła integrację. Mam około 40 lat na wyzwolenie się spod francuskiego buta. Dodam tylko że gram bez jakichkolwiek DLC
    Będę wdzięczny za każdą podpowiedź.
    #eu4

    +: Cronox
  •  

    Witam.
    Pytanie od laika. W jakich warunkach lepiej sprawdzają się bohaterowie mocy, a w których lepiej magii i ogólnie którzy są "lepsi"?
    #homm3

  •  

    Dobry wieczór. Mam pytanie: Jeżeli udało mi się stworzyć HRE jako osobny byt państwowy, to czy do podboju terenów francuskich bądź austriackich lepiej użyć Client State czy raczej bezpośrednio dołączać prowincję do mnie? Z góry dziękuje za odpowiedź.
    #eu4

  •  

    Czy w tym roku przewidziane jest auto eksperymentalne a jeżeli tak to czy wiadomo co będzie w nim innowacyjnego?
    #lemans24 #lemans

    •  
      V......y

      0

      @drukarka: W tym roku nie ma samochodu eksperymentalnego. Ponoć jest kandydat z silnikiem wodorowym na 2018, ale to tylko plotki. Źródeł nie dostarczę, bo czytałem dość dawno.

    •  

      @ViperJay: Samochód na wodór to już z 4 lata temu miał być i cisza w tym temacie (fotka). Planowany na ten rok był samochód napędzany metanem, ale nie zdążyli zgłosić udziału, ale planują start w przyszłym roku

      źródło: autowizja.pl

      +: V......y
  •  

    Jak w najszybszy i najefektywniejszy sposób:
    a)Przekonywać książąt do reform imperialnych
    b)Budować autorytet w HRE?
    #eu4

    +: Cronox
  •  

    Witam. Zastanawiam się nad zostanie imperatorem w HRE ale jakimś krajem z okolic Holandii. Co polecacie w takim przypadku?
    #eu4

    +: Cronox
  •  

    329-2=327

    Tytuł: Pamiętniki
    Autor: Charles de Gaulle
    Gatunek: Autobiografia
    Ocena: 8/10

    Książka dość ciekawa, sprawnie opowiadająca losy starań generała o modernizację armii, a następnie o organizowaniu Wolnych Francuzów

    Tytuł: Kordian
    Autor: Juliusz Słowacki
    Gatunek: dramat romantyczny
    Ocena: 8,5/10

    Kolejna lektura szkolna i ponownie się nie zawiodłem. Jest ciekawa oraz podejmuje temat walki o Ojczyznę pod innym kątem niż chociażby "Dziady cz. 3" Mickiewicza, a momentem kulminacyjnym jest przeciwstawienie "Polska Winkelriedem narodów" do "Polska Chrystusem narodów"
    #bookmeter
    pokaż całość

  •  

    476-1=475
    Tytuł: Pan Lodowego Ogrodu tom 4
    Autor: Jarosław Grzędowicz
    Gatunek: Fantasy/sci-fi
    Ocena: 9/10

    Ostatni tom nie rozczarował mnie. Dzielnie trzymał poziom poprzednich a opisy walk były bardzo plastyczne. Oprócz tego spory plus za zakończenie. Jedyną rzeczą którą może irytować jest momentami nadmierne szczęście głównych bohaterów.
    #bookmeter

    +: piotrrs11, G..v +1 inny

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika drukarka

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (3)