•  

    Frogner to zielona, „starobogacka” dzielnica willowa sąsiadująca od zachodu ze śródmieściem Oslo. Gdzieś między tamtejszymi domami znajduje się niewielka działka. Na środku działki rośnie sobie kilkusetletni buk. Jest pod ochroną. Przedsiębiorstwo budowlane Scandinavian Development, do którego działka należy, nie mogło tam więc niczego postawić. Ograniczały ich zresztą regulacje dotyczące gęstości zabudowy. Firma trzymała działkę, czekając, aż nadarzy się okazja do zarobku.

    I okazja nagle się pojawiła. Ratusz postanowił zamienić ten teren Frogner w mały park. Urzędnicy skontaktowali się z właścicielami i zapytali, za ile skłonni byliby odsprzedać działkę miastu.

    – Za siedemdziesiąt milionów koron [31 milionów złotych] – padła kategoryczna odpowiedź.
    – Nie no, słuchajcie, bez przesady, ta działka nie jest aż tyle warta.
    – Ale my chcemy siedemdziesiąt milionów.
    – Zapłacimy wam uczciwie, ale podajcie realistyczną cenę. To Frogner, ale działka nie jest przecież aż taka duża.
    – Siedemdziesiąt milionów!
    – Nie bądźcie jak pies ogrodnika.
    – Siedemdziesiąt milionów!

    Ratusz ich zatem… wywłaszczył. Scandinavian Development otrzymało „tłustą” rekompensatę w wysokości sześćdziesięciu tysięcy koron, i niech kapitaliści spierdalają. Ma być park dla ludzi, a nie.

    #norwegia #socjalizm
    pokaż całość

  •  

    Niedziela. Jeżeli chcesz odpocząć od ekscesów Rafalali i bombardowania Syrii, zachęcam do przeczytania o Guyasamínie, największym dwudziestowiecznym malarzu Ameryki Południowej. Jego obrazy nie poprawią Ci niestety humoru – bo przez całe życie malował cierpienie ofiar wojny, nędzy, głodu i rasowej dyskryminacji. Czynił to jednak w wyjątkowym stylu. Stworzył poniekąd własną wersję kubizmu i właśnie dlatego nazywano go „Picassem Południa”.

    Jestem bardzo zadowolony z tego artykułu, wycyzelowałem go i zapewniam, że będzie Ci się podobał (20k znaków obficie ilustrowanych obrazami). :)

    A zaczyna się tak:

    „Z początku w jego talent wierzyła wyłącznie matka. Matki tak właśnie mają w odwiecznym, naiwnym, nieugiętym zwyczaju. Gdy Oswaldo był małym chłopcem, Dolores Calero, pokierowana macierzyńską intuicją, pchnęła życie synka na właściwą, wspaniałą trajektorię. Jak to uczyniła? Słowem zachęty odmierzonym starannie niczym miarka kukurydzianej mąki? Uśmiechem promiennym jak andyjski, czerwcowy świt? Cichym, serdecznym pocałunkiem na dobranoc, któremu towarzyszyło jedno jedyne zdanie wyszeptane do ucha tuż przed snem?

    Niech to pozostanie ich tajemnicą.

    Oswaldo odwdzięczył się matce w najpiękniejszy sposób, w jaki człowiek może podziękować człowiekowi: Unieśmiertelnił ją w sztuce. Owszem, niby nic nowego. Inni malarze robili to już tyle razy wcześniej. O ile jednak Rembrandt, Cézanne, Van Gogh, a nawet Warhol i Picasso portretowali swoje rodzicielki, kładli na płótnie konkretne twarze, o tyle Guayasamín, spadkobierca dwóch wielkich malarskich tradycji, uczynił coś więcej: namalował Matkę.”

    Reszta tutaj

    #sztuka #malarstwo #gruparatowaniapoziomu #amerykapoludniowa
    pokaż całość

  •  

    Obejrzałem nareszcie Kompanię braci i przesadzając tylko trochę powiem, że wynudziłem się jak mops majora. Dziesięć godzin strzelania do Niemców z Garandów i CKM-ów w różnych sceneriach: nadbrzeżnej, wiejskiej, zimowoleśnej, nadrzecznej.

    Realizm ukazywanych akcji skutkował zwykle ekranowym chaosem w nużącej (w przeciwieństwie do rozgorączkowanej) odmiany. Z pewnością istnieją filmy, które zasługują na pogłębienie tła i rozwinięcie pewnych wątków w porządnym miniserialu, ale Szeregowiec Ryan – bezbłędny, skupiony, samowystarczalny – najwyraźniej do nich nie należał.

    Wiem, że za powyższą opinię zostanę niezwłocznie postawiony przed sądem wojskowym i w trybie pilnym rozstrzelany. Kompania braci posiada wszak pułk fanów; jest serialowym odpowiednikiem Skazanych na Shawshank, to znaczy najwyżej ocenioną telewizyjną produkcją w serwisie IMDB.

    Niewykluczone, że w 2001 r. wywarła na widzach, którzy dopiero co wydostali się z oblężonych przez generała Spielberga i pułkownika Hanksa kin, ogromne wrażenie, gdyż podówczas serialowy krajobraz prezentował się zgoła biedniej niż obecnie. HBO dopiero uruchomiało małoekranowy Plan Marshalla. Ujmijmy więc osąd dyplomatycznie: Kompania braci zestarzała się nie najlepiej.

    Mój zasadniczy kłopot z jej odbiorem jest wręcz komiczny. Nie odróżniałem bohaterów! Wszystkie twarzy zlewały mi się w jedną k..., ekhem, kompanię. I nie mnie jednemu: internecie nietrudno wyczytać podobne skargi. Napisano nawet, że powtórne obejrzenie niewiele pomaga; fizjonomiczna szpica nie daje po prostu rady zrealizować w stu procentach powierzonego jej zadania.

    Apologeci Kompanii braci stwierdzą, że o to właśnie chodzi. To miał być portret zbiorowy bohaterskiej Kompanii E 506. Spadochronowego Pułku Piechoty słynnej 101. Dywizji Powietrznodesantowej. Liczni, przemieszani ze sobą bohaterowie stanowią taktyczny środek prowadzący do słusznego celu. Gdyby wygładzić narrację, dostalibyśmy kolejną hollywoodzką bajeczkę o kilku żołnierzach-herosach, którzy w pojedynkę – no, może przy wsparciu artylerii – wygrywają wojnę ze Złymi Niemcami.

    „Nuts!”, odkrzykuję za generałem McAuliffem. Realizm i zwarta narracja są do pogodzenia. Artyzm najwybitniejszych portretów zbiorowych polega przecież na tym, że wszystkie postacie można łatwo odróżnić.

    W Kompanii braci dużo do życzenia pozostawiają tzw. character arcs oraz scenariusze poszczególnych odcinków, którym najczęściej brakuje wyraźnego rozwinięcia, zwrotu akcji, punktu kulminacyjnego, zakończenia. Nie sugeruję, że wszystkie historie należało wyciąć tą samą sztancą, ale nie zaszkodziłoby skorzystać z tego schematu więcej niż raz.

    Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest odcinek ósmy pt. „Ostatni patrol”, w którym żołnierze z Easy stacjonujący w miasteczku Haugenau otrzymują ryzykowną, odrobinę bezsensowną – zważywszy na ogólną sytuację frontową – misję. Mają przepłynąć nocą rzekę pontonami i uprowadzić z niemieckiego posterunku paru żołnierzy – żeby potem ich przesłuchać i wywiedzieć się, ilu żołnierzy wroga czai się po drugiej stronie i jakie są ich plany. Tylko w tym epizodzie tryby narracyjnej machiny zostały starannie naoliwione: widz nadąża, rozróżnia twarze, emocjonuje się strzelaniną, wzrusza.

    Kompania braci bez wątpienia odznacza się nienagannym warsztatem produkcyjnym. Scenografia, rekwizyty, efekty, pirotechnika stoją na najwyższym poziomie. Na froncie technicznym zmiażdżono przeciwnika. Medale Honoru zostały hojnie i zasłużenie rozdane.

    Niestety, przegrano ważniejszą bitwę – o serca i umysły widzów. Nie czułem łomoczącego w piersi napięcia podczas lądowania w Normandii – bo nie zdążyłem poznać bohaterów i nie wiedziałem za bardzo, co się dzieje. Nie przejmowałem się ich losami i nie płakałem nad zabitymi w Ardenach – bo nie wiedziałem, kto jest kim, a nazwiska poległych absolutnie nic mi nie mówiły. Nie porwała mnie radosna ulga wiosennych miesięcy 1945 r. – bo ekran znów zaludniali jacyś nieznani szeregowcy.

    Dziesięć godzinnych odcinków. O półtorej godziny krócej trwają łącznie Najdłuższy dzień (1978; John Wayne, Sean Connery, Robert Mitchum, Richard Burton), wspomniany Szeregowiec Ryan (1998; Tom Hanks, Matt Damon) oraz O jeden most za daleko (1977; James Caan, Michael Caine, Sean Connery, Anthony Hopkins, Gene Hackman, Laurence Olivier, Robert Redford, Liv Ullmann). Sierżancie Bingewatcher, atakujcie z głową!

    #kompaniabraci #seriale #drugawojnaswiatowa
    pokaż całość

    +: drect
  •  

    Jakie restauracje / knajpki / kawiarnie w Gdańsku polecacie? Okolice śródmieścia / starówki. #gdansk #kiciochpyta

  •  

    Jutro na ekrany polskich kin wchodzi Czas mroku. Odradzam. Temat filmu jest atrakcyjny: początek „zachodniej” Drugiej Wojny Światowej (tzn. maj 1940 r.) z brytyjskiego punktu widzenia.

    Winston Churchill właśnie zostaje mianowany nowym premierem. Wojska III Rzeszy napierają na Francję, przegrana potężnego sojusznika to kwestia czasu, a Churchill musi podjąć najtrudniejszą decyzję życia: iść na ustępstwa i paktować z Hitlerem, czy stawić Niemcom zdeterminowany opór?

    Czas mroku możemy traktować jako prequel rewelacyjnej, zeszłorocznej Dunkierki z akcją toczącą się nie na polu bitwy, ale w brytyjskich gabinetach. Oskarowa rola Gary'ego Oldmana w roli Churchilla — inna sprawa, że ma na sobie tonę charakteryzacji — jednak Joe Wright zapatrzył się za bardzo w historię i znów położył wszystko na jego barkach.

    W Czasie mroku zabrakło zupełnie politycznego nerwu. Jednak czego właściwie należało się spodziewać po reżyserze, który kręci notorycznie nudne filmy (Anna Karenina, Pokuta)?

    BTW, przyszła mi do głowy taka myśl: A jeśli Hitler tak naprawdę wygrał Drugą Wojnę Światową? Jako wódz Tysiącletniej Rzeszy mógł wszak zaplanować wszystko na przynajmniej 75 lat do przodu. Bądź co bądź Żydów w Europie dzisiaj właściwie nie ma, ZSRR się rozpadł, a Niemcy są obecnie gospodarczą potęgą, liderem kontynentu. Verdammt!

    #film #kino #drugawojnaswiatowa
    pokaż całość

  •  

    Masz, poczęstuj się. Jednego łososia zjecie, spróbujecie, zobaczycie, jakie to dobre.

    „Martwa natura z łososiem” Luisa Egidio Meléndeza, hiszpańskiego osiemnastowiecznego mistrza martwej natury. Najświetniejszy łosoś w historii sztuki.

    #testoviron #sztuka #hiszpania

  •  

    Moje pokolenie, pokolenie 85±2, da się podzielić na dwie grupy: tych, którzy mieli w dzieciństwie dostęp do kanału Polonia 1, i pozostałych. Potem co prawda ramówka Polonii 1 zamieniła się w poranno-popołudniowe pasmo telezakupów, popołudniowo-wieczorne pasmo telenowel i wieczorno-nocne pasmo jarmarcznej pornografii, ale kanał ten posiada przecież całkiem ciekawą tradycję.

    Po pierwsze, to najstarsza działająca nieprzerwanie polska stacja komercyjna. Po drugie, zaraz na początku swojego istnienia, w połowie lat dziewięćdziesiątych, Polonii 1 przypadła podwójna rola kata i obrońcy.

    Kata — bo wbiła gwóźdź do trumny Bolka, Lolka, Reksia, Dobromira i innych Uszatków.

    Obrońcy — bo Polonia 1 wespół z Cartoon Network uchroniła zmysł popkulturowy dziesiątków tysięcy młodych ludzi od pokemonowo-pieskoleszkowych mózgożernych debilizmów, które zalały rynek rozrywki dziecięcej niedługo potem. Z dumą więc mogę o sobie powiedzieć, że należę do Pokolenia Tsubasy.

    Kreskówki, o których mowa, emitowane były od poniedziałku do piątku w popołudniowym, półtoragodzinnym bloku startującym około szesnastej. W wakacje wyznaczał on porę sjesty, bo wszyscy biegliśmy wtedy szybko do domów po codzienną porcję animowanej inspiracji, oraz, niejako przy okazji, żeby zjeść obiad. Nasi bohaterowie mieli co prawda śmiesznie duże oczy (wtedy o anime nikt jeszcze nie miał zielonego pojęcia) i mówili zazwyczaj z włoskim dubbingiem (słynne aiuto!), lecz to właśnie dla nich na jakieś dwie godziny zamierały wszelkie zjawiska ludyczne na podwórku.

    Na świeże powietrze wychodziliśmy ponownie dopiero pod wieczór, gdy słońce, za sprawą otaczających nas bloków, chyliło się już ku przedwczesnemu zachodowi, i gdy ze swoich gniazd wylatywały na żer roje komarów. Obowiązkiem każdego szanującego się małego obywatela było oczywiście gromadne omówienie obejrzanych właśnie odcinków.

    Na przestrzeni lat Polonia 1 emitowała około dwudziestu różnych kreskówek. W skład popołudniowego segmentu wchodziły trzy (a później, o ile dobrze pamiętam, cztery) epizody, każdy przynależący do innej „bajki”. Gdy następował wreszcie długo wyczekiwany finał danej kreskówki, na jej miejsce trafiała kolejna, jednak mechanizm owej rotacji pozostał na zawsze niezgłębiony.

    W każdym razie niektóre „bajki” powtarzano bardzo często (prym wiódł tutaj Yattaman), inne — bardzo rzadko (np. Hella Superdziewczyna). Czasami Polonia 1 popełniała też karygodne zaniedbania, myląc kolejność odcinków, albo, co gorsza, nie wyświetlając odcinka ostatniego (ten smutny koniec spotkał swojego czasu Generała Daimosa).

    W kwestii kreskówek najfajniejszych, kanonicznych dla rozwoju ducha społeczeństwa podwórkowego, panował konsensus. (Wyjątkiem był wspomniany Yattaman, którego jedni cenili za humor, Yatta-Psa i kary Dokurobeia, a inni, w tym i ja, nie znosili za schematyczność odcinków.) Z perspektywy czasu dostrzegam, że „bajki”, które budziły najwięcej emocji, były też najwartościowsze merytorycznie, jako że bawiąc uczyły, a ucząc — bawiły.

    Prozę Kiplinga i historię Meksyku poznawaliśmy więc z Księgi dżungli i Zorra. Z mechatroniką i nowoczesnymi technologiami wojskowymi zaznajamialiśmy się za pośrednictwem Generała Daimosa. Opartej na prawie pięści sztuki przetrwania uczyła Tygrysia Maska. Natomiast w problematykę miłosno-erotyczną wprowadzał Gigi, którego tytułowy bohater, Gigi Sullivan zwany Kuleczką, karzeł i geniusz sportu, musiał rywalizować z przebiegłym psem Salomonem o miłość pięknej Anny. O zoofilii nie było jednak mowy, jako że pies był antropomorficzny, nosił bokserki w niebieskie paski i chciał wziąć ze swoją panią ślub.

    Jednak centralną postacią był oczywiście On — Tsubasa Ozora, animator ruchu piłkarskiego na tysiącach polskich podwórek. Rodzice szydzili z nazwiska; gdybyśmy byli bardziej elokwentni, powiedzielibyśmy im, że lepszy młody piłkarz Ozora z rozwiniętego gospodarczo kraju, niż para łysawych, peerelowskich homoseksualistów bez nazwiska (chodzi o Bolka i Lolka).

    Tak czy owak Tsubasa często trafiał na, nomen omen, języki nieżyczliwych i Kapitanowi Jastrzębiowi nagminnie zarzucano brak piłkarskiego realizmu. Najwyższa pora rozprawić się z pomówieniami i wykazać miałkość, ba, niedorzeczność przedstawianych argumentów.

    Oskarżenie numer jeden: „To bez sensu, że oni tak biegną i biegną przez to boisko”. A jak, kurwa, mają biec? Każdy, kto kopał piłkę w wieku szczeniackim, pamięta, że gra toczyła się zwykle na ograniczonych przestrzennie trawnikach i placach. I chociaż z punktu widzenia dorosłego człowieka wydają się one żałośnie małe, to wtedy my też byliśmy niespecjalni duzi.

    Bohaterami Kapitana… są w pierwszej serii dziećmi w wieku 10-12 lat. Nic dziwnego, że boisko piłkarskie o regularnych rozmiarach wydaje im się olbrzymie, że bieg od bramki do bramki trwa długie minuty, i że słynna „krzywizna” to licentia poetica eksternalizująca poczucie zagubienia szkraba znajdującego się na jedenastu tysiącach metrów kwadratowych zielonej murawy.

    A co z „samotnymi rajdami przez pół boiska”? Helloooo! Gra zespołowa nie ma prawa być mocną stroną zawodników w wieku podstawówkowym. Każdy przecież marzy o samodzielnym przedarciu się przez szereg obrońców i strzeleniu zwycięskiego gola w pojedynku sam-na-sam z bramkarzem.

    A to, że jednemu graczowi udaje się w „samotnym rajdzie” okiwać wielu innych, też nie powinno nikogo dziwić, zważywszy na dużą polaryzację umiejętności początkujących piłkarzy. Wystarczy przypomnieć sobie, że i na podwórkach w realu nieco starsi gracze siali spustoszenie wśród graczy młodszych, którym nierzadko przypadała rola mięsa boiskowego.

    A co z akrobatycznymi popisami braci Tashibana, wślizgami z odległości 20 metrów, strzałami z przewrotki, obroną karnego ciosem karate (notabene, postać Wakashimazu prawie na pewne była wzorowana na René Higuicie, por. kudłatość i „obrona skorpiona”)? Toż to tylko fantazje boiskowe, bombastyczne wyobrażenia chłopców o własnych umiejętnościach.

    Dlaczego więc obserwujemy je na ekranie? Dlatego że wszyscy grający je podzielają! Sam miałem kolegę, który omijając zawodników przeciwnej drużyny krzyczał „Ronaldo, Ronaldo, proszę państwa, Ronaldo!”. Czy ktokolwiek się z niego śmiał? Jasne, że nie, próbowaliśmy za to powstrzymać rajd Ronaldo potrójnym wślizgiem, z lewej R. Baggio, z prawej Citko, pośrodku McManaman, wszyscy tak samo umorusani.

    Zwróćmy uwagę, że w Kapitanie Jastrzębiu jedyną dorosłą osobą na serio zaangażowaną w niesamowite wyczyny małoletnich piłkarzy jest Roberto Hongo, trener Tsubasy, kolega jego ojca i (najprawdopodobniej, choć nie mówi się o tym wprost) kochanek jego matki. Ale Roberto to alkoholik! Pijackie omamy u dorosłego stają się więc odpowiednikiem nieposkromionej fantazji u dzieci.

    Idąc dalej tym tropem, bez trudu odczytamy prawdziwe znaczenie ucieczki Roberto w przedostatnim odcinku pierwszej serii. Brazylijczyk pojął wreszcie, że on sam reprezentuje świat prawdziwego, rządzonego pieniędzmi i oddartego z poezji futbolu dorosłych, i że powinien pozwolić Tsubasie cieszyć się grą dla samej gry.

    Na łzy rozgoryczenia po przegraniu mecza ustawionego przez Fryzjera przyjdzie jeszcze czas. Na ucieczkę po murawie przed uzbrojonymi w pały kibolami drużyny przeciwnej — też.

    Z niekłamaną przyjemnością obejrzałem sobie jakiś czas temu powtórnie pierwszą serię Tsubasy. Dopiero teraz mogłem docenić narracyjny kunszt scenarzystów. Kapitan Jastrząb jest adresowany do dzieci, ale korzysta z wielu uniwersalnych rozwiązań fabularnych sprawnie przeszczepionych na piłkarski grunt.

    Pierwszy arcyprzeciwnik Tsubasy, genialny bramkarz Genzo Wakabayashi, staje się jednym z jego najlepszych przyjaciół, choć rywalizować będą ze sobą już zawsze. Mecz finałowy z Meiwą staje się nie tylko zaciętą walką o puchar, ale także rewanżem za mecz inauguracyjny i tym samym kwestią honoru.

    Eleganckiej grze Tsubasy przeciwstawiono brutalną i zajadłą (lecz uczciwą!) grę Kojiro Hyugi, której sedno zawiera się w wykrzyczanych przez niego zdaniach: „Musicie po prostu biec do bramki przeciwnika! Na nic się nie oglądajcie!”. Ale Kojiro jest też poniekąd najsympatyczniejszą postacią w serialu: Po przedwczesnej śmierci ojca dzieli z matką obowiązek utrzymywania rodziny, ciężko pracuje, kocha trójkę swojego młodszego rodzeństwa, swoją grą w piłkę chce umożliwić im wyrwanie się z biedy.

    Owa pozorna sprzeczność wcale a wcale nie zgrzyta, bo Hyuga to, jak na serial animowany dla dzieci, naprawdę znakomita kreacja psychologiczna. Dlatego też za zwieńczenie pierwszej serii nie należy uważać ani zwycięstwa Nankatsu w mistrzostwach, ani przekazanie piłki z podpisami całej drużyny celnym kopnięciem do odjeżdżającego Misaki (zauważmy, że „autobusowy strzał” jest klamrą spinającą pierwszy i ostatni odcinek), ale wewnętrzną przemianę Kojiro, który odnajduje radość płynącą z futbolu.

    Kapitan Jastrząb zachęcał młodych ludzi do gry w piłkę, opowiadał o przyjaźni i szlachetnej rywalizacji, uczył wytrwałości w dążeniu do celu. Jego bohaterami byli dzieci i do dzieci go kierowano, ale autorzy nie szli na łatwiznę ani przy układaniu scenariuszy, ani przy wymyślaniu postaci.

    Śmiać się z Kapitana Jastrzębia to tak jak śmiać się z Do przerwy 0:1 Adama Bahdaja. Co prawda ojciec Perełki był alkoholikiem, a ojciec Wakabayashiego biznesmenem zamieszkałym w Londynie, ale zarówno Boguś jak i Genzo kochali piłkę nożną ponad wszystko.

    #pilkanozna #anime #dziecinstwo
    pokaż całość

  •  

    Zagadnienie bezwładności historii jest bliskie mojemu sercu i jakiś czas temu zainteresowało też wielu z Was. Pewien tekst po angielsku zainspirował mnie do dopisania postscriptum. Możemy oto wyróżnić cztery podstawowe koncepcje historii:

    Scjentystyczno-kapitalistyczną, czyli „będzie coraz lepiej”. Dzieje ludzkości są, z grubsza rzecz ujmując, historią postępu. Od czasu do czasu zdarzają się nam co prawda kroki wstecz, takie jak Czarna Śmierć albo Druga Wojna Światowa, ale zasadniczo cały czas przemy do przodu na wszystkich frontach: technologicznym, społecznym, materialnym i politycznym. Nigdy nie osiągniemy stanu utopijnego, ale przynajmniej będziemy się do niego nieustannie zbliżać.

    Religijną, czyli „wyczekujemy wielkiej pozytywnej zmiany”. Historia znajduje się w stanie stagnacji. Jednak prędzej czy później nastąpi (brutalna) rewolucja, która wrzuci nas w utopię. Przemiana może mieć charakter nadprzyrodzony (Apokalipsa i drugie przyjście Jezusa), ale może też być wynikiem nagromadzenia napięć polityczno-społecznych (dyktatura proletariatu i komunistyczny raj).

    Filozoficzną, czyli „jest, co już było; było, co dopiero będzie”. Historia toczy się kołem, dzieje ludzkości mają charakter cykliczny. Najprawdopodobniej pierwszy cykl jeszcze się nie zamknął, ale tylko patrzeć katastrofy, która strąci nas z wysokiego szczebla drabiny rozwoju i zmusi do ponownego pięcia się w górę. Ta koncepcja może zrodzić zarówno wlekące się w ślimaczym tempie serie fantasy („Koło Czasu” Roberta Jordana) jak i nader atrakcyjne koncepcje metafizyczne (wieczny powrót).

    Pesymistyczną, czyli „będzie coraz gorzej”. Ludzkość najlepsze wieki ma już za sobą. Teraz będziemy pogrążać się w bezmyślnym konsumpcjonizmie, gazach cieplarnianych i moralnej dekadencji. Dalsze epoki historyczne to tylko przymiarka do śmierci cieplnej Wszechświata.

    Intuicja podpowiada mi, że jeżeli któryś z powyższych schematów faktycznie obowiązuje, to nie da się go zmienić. Jeśli więc nawet bezwład historii jest na tyle mały, że pozwala na pozornie radykalne zmiany, to prawdopodobnie jest też na tyle duży, że owe zmiany nigdy nie wykroczą poza schemat, w którym zamknięte są nasze dzieje.

    #historia #gruparatowaniapoziomu #scifi
    pokaż całość

    +: tchaikovsky, P.............a +8 innych
    •  

      @kartofel: Czyli jednak najbliżej Ci do wersji pesymistycznej, bo przecież przedłużeniem biologizmu i ewolucjonizmu jest właśnie fizykalizm. "Dalsze epoki historyczne to tylko przymiarka do śmierci cieplnej Wszechświata."

    •  

      @eagleworm Raczej nie. Wariant pesymistyczny zakłada, że dobrze już było i teraz zjeżdżamy w dół. Ocena historii w tych przykładach jest nacechowana emocjonalnie. Moim zdaniem nie było złotego wieku i przyszłość też nie będzie jakaś szczególnie zła. Zasada "kiedyś to były czasy" nie obowiązuje. W zasadzie to myślę, że tak jak wyostrzaliśmy swoje zmysły przy użyciu narzędzi typu mikroskop, teleskop, radar, tak teraz jestesmy blisko przełomu spowodowanego opracowaniem sztucznej inteligencji. SI przyspieszy wymiane i przetwarzanie informacji dzieki czemu nasza kultura zostanie pchnięta do przodu. Czy dzięki temu osiągniemy jakiś leprzy świat jak w wariancie optymistycznym? Nie sądzę. To proces ewolucji który nie jest dobry lub zły, tak samo jak wilk nie jest zły kiedy sprawniej zabija sarenki. pokaż całość

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Skończyłem oglądać starego Star Treka. Moja pięcioletnia (no dobra, trzyletnia) misja dobiegła końca. Będę żył długo i pomyślnie.

    3.20: The Way to Eden. Nie oczekiwałem wiele po zgrai brudnych, kosmicznych hippisów, którzy zawitali na pokład Enterprise’a. Jednak scenariusz pozytywnie mnie zaskoczył: tempo jest w porządku, znalazło się miejsce dla paru zwrotów akcji, przewrotność zakończenia przywodzi na myśl Strefę Mroku. Moja intuicja się mimo wszystko nie omyliła. Gdy tylko hippisi pojawili się na pokładzie, kapitan Kirk rzeczywiście powinien był zawołać ochronę i nakazać jej spałować „gości”. Herbert ze mnie.

    3.21: The Cloud Minders. O, prototyp Miasta w Chmurach z Imperium kontratakuje i zarazem nawiązanie do Elojów i Morloków z Wehikułu czasu Wellsa. Odcinek średni, z szeregiem niedorzeczności, które w końcówce trzeciego sezonu nie robią już na widzu najmniejszego wrażenia. „Nigdy wcześniej nie spotkałam Wulkana, proszę pana”. „A ja nigdy wcześniej dzieła sztuki, proszę pani”. Kapitan nie był jedynym flirciarzem na pokładzie.

    3.22: The Savage Curtain. Kirk, Spock, Abraham Lincoln i Surak (bohater narodowy Wulkanów) walczą na śmierć i życie z czterema wielkimi kosmicznymi zbrodniarzami (Hitlera zastępuje gościnnie Czyngis-chan). Po „battle royal” Dobra ze Złem spodziewałem się niewyobrażalnej chały, tymczasem czekała mnie miła niespodzianka. Cała koncepcja zakrawa oczywiście na idiotyzm, ale ponieważ odcinek jawi się absurdalnie, ogląda się go w napięciu, gdyż podświadomie oczekujemy zwrotu akcji. Zwrot akcji co prawda nigdy nie następuje, no ale trudno... Przynajmniej Obcy-Kamienioid może pochwalić się jednym z lepszych kostiumów w historii TOS-a. The Savage Curtain będzie odtąd jedną z moich startrekowych „guilty pleasures”.

    3.23: All Our Yesterdays. Wskutek anomalii czasoprzestrzennej na prawie sam koniec trzeciego sezonu trafił odcinek rodem z najlepszego segmentu sezonu drugiego. Dla odmiany wszystko w scenariuszu trzyma się kupy, a wątek miłosny Spocka wypada wiarygodnie. Dopomaga mu (wątkowi) zjawiskowa Mariette Hartley. Przemawia do mnie pomysł wysyłania ludzi w przeszłość (a może tylko do wirtualnej rzeczywistości?), by uratować ich przed zagładą planety.

    3.24: Turnabout Intruder. Kirk i jego dawna ukochana, a obecnie nienawidząca mężczyzn wariatka, zamieniają się ciałami. Brzmi fatalnie, w praktyce wypada nieźle. Wady: seksizm, dziury w fabule, zakończenie deus ex machina w wersji „na chama”. Nic nowego. Zalety: Scotty i Sulu mają swoje rewelacyjne momenty, pojawia się delikatna sugestia transgenderowego romansu (w telewizji pod koniec lat sześćdziesiątych! ho ho!), ciekawie rozwija się „dynamika buntu”, w ramach której oficerowie po kolei zwracają się przeciwko swojemu kapitanowi... lecz ochrona statku cały czas trzyma twardo jego stronę.

    Podsumowanie trzeciego sezonu wraz z kompilacją wrażeń związanych ze wszystkimi odcinkami wrzuciłem na swój blog.

    #startrek
    pokaż całość

    +: WujekOprawca, r.......t +1 inny
  •  

    Skąd się biorą kryzysy ekonomiczne? Anegdotka:

    Brat kolegi pracuje jako analityk w niemieckim banku. Jego zwierzchnikiem jest dyrektor placówki, absolwent ekonomicznego wydziału prestiżowej uczelni. W związku z wykonywaną funkcją zarządza ogromnymi ilościami pieniędzy codziennie podejmując ważkie i odpowiedzialne decyzje finansowe.

    Podczas lunchu dyrektor przysiada się podekscytowany do analityka:

    — Wiesz co, chyba odkryłem paradoks, ale taki prawdziwy paradoks! Jeżeli cena akcji spadnie o dziesięć procent, a potem o dziesięć procent wzrośnie, to jej wartość nie będzie taka sama jak na początku. Niesamowite, prawda?

    #matematyka #ekonomia #heheszki
    pokaż całość

  •  

    Jak wiadomo, Arystoteles był najzdolniejszym uczniem Platona. Jak wiadomo, Platon założył w gaju Akademosa słynną szkołę filozoficzną, Akademię. Jednak po śmierci Platona to nie Arystoteles objął kierownictwo nad tą szacowną instytucją — lecz niejaki Speuzyp. Dlaczego nie Arystoteles?

    Podobno dlatego, że był heteroseksualistą. Mówiąc ściślej, nie chciał mieć małoletniego kochanka. Koledzy uznali więc, że zboczeniec nie może zostać rektorem Akademii.

    #starozytnosc #historia #filozofia
    pokaż całość

  •  

    Najciekawszym zagadnieniem związanym z podróżowaniem w czasie nie jest wcale przewałkowany i oklepany paradoks dziadka. O wiele bardziej inspirujące wydaje się pytanie o bezwładność historii, historii postrzeganej zarówno w skali dziejów ludzkości jak i losów pojedynczego człowieka.

    O co dokładnie chodzi? Kanoniczny przykład wygląda tak: Przenosimy się do maja 1889 roku, do Gasthof zum Pommer w ówczesnych Austro-Węgrach. Znajdujemy właściwy dom, wykorzystujemy chwilę nieuwagi Aloisa i Klary, wykradamy z kołyski malutkiego Adolfa i niezwłocznie topimy „dziada” w najbliższej studni. Potem wracamy do teraźniejszości.

    Co zastaniemy? Świat, w którym nigdy nie doszło do II Wojny Światowej i do okropieństw Holokaustu? A może po prostu Führerem zostałby ktoś inny?

    Powyższy problem nie należy do oryginalnych i historycy już się nad nim zastanawiali — wszystko wskazuje na to, że Hitlera po prostu ktoś by zastąpił. Przykład miał posłużyć jedynie za ilustrację, mnie interesuje perspektywa znacznie szersza:

    Jakim torem biegnie historia? Czy o wszystkim decyduje przypadek, a raczej setki milionów poszczególnych przypadków? Czy może raczej dzieje poruszają się po torze będącym historiozoficznym odpowiednikiem linii geodezyjnej, po najkrótszej ścieżce między zdarzeniami? Czy obowiązuje tu jakaś analogia dla fizycznej zasady Hamiltona, z której wywieść można całą fizykę klasyczną?

    Wyobraźmy sobie, że podróżujemy w przeszłość do, dajmy na to szesnastowiecznego Paryża i przestawiamy dzbanek stojący na jakimś parapecie. Czy właśnie zmieniliśmy historię? Pierwsza odpowiedź jaka się nasuwa, brzmi: Oczywiście, że nie! Jednak po chwili zastanowienia pojawiają się wątpliwości, bo wszyscy przecież doświadczyliśmy sytuacji, w której drobiazg okazał się mieć znaczenie dla jakiejś nieco istotniejszej sytuacji. A ta — dla następnej, znów trochę ważniejszej. I tak dalej.

    Kostki domina zaczynają się przewracać. Przestawienie dzbanka spowodowało, że tego samego dnia stłukł go przeciąg. Ktoś musiał pójść na stragan po nowy i przez to nie spotkał się z kimś innym. Jakieś słowa nie zostały nigdy wypowiedziane, jakiejś informacji nigdy nie przekazano. Ktoś zachował się przez to inaczej w pewnej ważkiej sprawie, co miał poważne reperkusje polityczne na szczeblu lokalnym. Te z kolei — na szczeblu regionalnym. I tak dalej, i tak dalej. Kostki domina przewracają się coraz szybciej. Pięćset lat później świat, przez jeden paryski dzbanek, wygląda zupełnie inaczej.

    Ale przecież motyl w Tokio wcale nie musi wywołać huraganu w Kansas. Może być zupełnie odwrotnie — historia jest bezwładna, ociężała, leniwa. Dzieje naszego świata nie są przypadkowe. Wręcz przeciwnie. Każdy inny bieg wydarzeń byłby zupełnie nieprawdopodobny lub nawet niemożliwy. Jeden dzbanek nic nie znaczy.

    Jeżeli natomiast czasonauta uprze się i zacznie wprowadzać naprawdę duże zmiany, to następstwa w najlepszym razie będą krótkoterminowe. Wkrótce odkształcona historia powróci do swojej pierwotnej formy. Być może do niektórych wydarzeń dojdzie później, do innych wcale, ale na dłuższą metę zmienić czasu się nie uda.

    Jeśli założymy prawdziwość drugiej z wymienionych opcji, natychmiast pojawi się pytanie o Wyższą Siłę. Co sprawia, że historia musi biec tak, a nie inaczej? Przeznaczenie? Bóg? Kosmos? A może po prostu dziejami społeczeństw rządzą precyzyjne mechanizmy socjologiczne i psychologiczne, mechanizmy, które dzisiejsi socjologowie i psychologowie dopiero zaczynają poznawać (albo nawet jeszcze nie zaczęli)? Historia stałaby się więc nauką ścisłą, a Asimov miałby słuszność. Psychohistoria okazałaby się nie nośnym wymysłem literackim, lecz nową gałęzią wiedzy.

    Zainteresowanych tematem odsyłam do powieści Koniec Wieczności autorstwa Isaaca Asimova właśnie, do opowiadania Ziemia Chrystusa Jacka Dukaja, a nawet do thrillera Grom Deana Koontza. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że powinien polecić również lekturę Dukajowego Lodu… ale nie polecę, bo sam jeszcze nie czytałem.

    #historia #fizyka #gruparatowaniapoziomu #scifi
    pokaż całość

  •  

    Mawiają, że bitcoin to pieniądz przyszłości. Ba, mawiają też, że blockchain, czyli rozproszona baza danych, na której oparte jest działanie bitcoina, posłuży w przyszłości także do innych celów: do prowadzenia ksiąg wieczystych, do podpisywania umów, do rejestrowania aut, do głosowania... Wypadałoby więc chyba wreszcie przetłumaczyć ten blockchain na polski. Wyszło mi coś takiego: blockchain = blokołańcuch = klocołańcuch = klocuch.

    #klocuch #bitcoin
    pokaż całość

  •  

    Platon na sobotę.

    „Najpiękniej jest zachowywać w nieszczęściach spokój, najbardziej jak tylko można, i nie ciskać się, bo ani nie widać dość jasno, co jest dobre a co złe w takich rzeczach, ani cierpiącemu nic nie przyjdzie z cierpienia, ani też niczego z rzeczy ludzkich nie warto brać poważnie, a smutek i cierpienie przeszkadza tylko i oddala to, czego nam w takich razach potrzeba jak najprędzej (…) żeby przemyśleć to, co się stało, i tak, jakby kości w ten sposób upadły, dostosować swoje sprawy do tego, co zaszło, jak rozum powiada, że byłoby najlepiej.”

    — Platon, Państwo, Księga X, 604b-c, tłum. Witold Witwicki

    Niby nic odkrywczego, ale raz, że warto o tym pamiętać, a dwa, że dobrze wiedzieć, iż ateistyczny, pragmatycznie zorientowany fatalizm formułował swoje doktryny już 2400 lat temu.

    #filozofia #gruparatowaniapoziomu #cytaty
    pokaż całość

  •  

    Nie wszyscy ojcowie przemysłu komputerowego byli nerdami. Niektórzy z nich posiadali charyzmę wymaksowaną do tego stopnia, że potrafili zakrzywiać rzeczywistość społeczną. Umieli przekonać dowolnych ludzi do swoich projektów i celów. Kanonicznym przykładem takiej postaci był Steve Jobs, ale zaliczyć do nich należy także mniej znanego Richarda Garriotta, twórcę legendarnej serii cRPG Ultima i notabene syna astronauty.

    Sądząc po zainteresowaniach, młodego Garriotta należałoby określić mianem ewidentnego nerda. Interesował się komputerami, naukami ścisłymi, Tolkienem i grami fabularnymi spod znaku Dungeons & Dragons, w które grał z zapałem jako nastolatek pod koniec lat siedemdziesiątych.

    Pod względem umiejętności społecznych Richard typowym nerdem na pewno jednak nie był. Organizowane przezeń erpegowe spotkania cieszyły się taką popularnością, że do domu Garriottów wpadały pograć nawet szkolne osiłki, których kontakt z grami fabularnymi w innych okolicznościach ograniczałby się do bicia pryszczatych erpegowców na korytarzu na dużej przerwie.

    Szkoła Garriotta posiadała tylko jeden komputerowy terminal, który przez większość czasu nie był w użyciu. Richard zaproponował dyrektorowi następujący układ: uzyska nieskrępowany dostęp do urządzenia, a w zamian na koniec każdego semestru napisze grę fantasy. Jeżeli będzie działała, dostanie automatycznie szóstkę z informatyki. Jeżeli nie będzie działała, dostanie pałę.

    Dyrektor się zgodził i dorzucił coś od siebie: Programowanie w BASIC-u zostanie potraktowane na świadectwie Richarda jako zaliczenie kursu z języka obcego.

    Tak właśnie zakrzywia się rzeczywistość społeczną. Chociaż w Europie numer z BASIC-iem jako francuskim pewnie by nie przeszedł.

    Źródło

    #rpg #crpg #dnd #programowanie #informatyka #komputery
    pokaż całość

  •  

    Dowiedziałem się, że w starych wersjach Internet Explorera, jeszcze z końca lat dziewięćdziesiątych, przeglądarka w oryginalny sposób radziła sobie z nieznanym kodowaniem znaków. Jeżeli informacja o stronie kodowej nie była umieszczona w nagłówku witryny, IE przeprowadzał statystyczną analizę częstotliwości występowania liter w tekście. Język był rozpoznawany na podstawie powstałego histogramu. Oczywiście, przeglądarka myliła się za każdym razem, gdy słów było za mało, albo gdy były niezwyczajne.

    Źródło

    #internet #internetexplorer #html
    pokaż całość

  •  

    Oglądam sobie dalej trzeci sezon oryginalnego Star Treka.

    3.15: Let That Be Your Last Battlefield. Bardzo fajny odcinek, prawdopodobnie najlepszy w trzecim sezonie. Koncepcja absurdalnej wojny ras jest znakomita w założeniu i tylko trochę toporna po zrealizowaniu. Fani hejtują LTBYLB niezasłużenie. Są tutaj na przykład trzy znakomite sceny. Pierwsza: gdy Kirk uruchamia sekwencję samozniszczenia Enterprise i dochodzi do świetnie wyreżyserowanej wojny nerwów ze zbliżeniami na oczy. Okrzyk „Mine is the last command!” kapitana urasta do rangi eschatologicznej metafory. Druga: gdy Bele oznajmia z gniewem, że bycie czarnym po prawej stronie twarzy i białym po lewej to coś zupełnie, zupełnie innego niż bycie czarnym po lewej i białym po prawej, a Kirk i Spock mogą jedynie wymienić zmieszane, zażenowane spojrzenia. Trzy: kiedy Lokai agituje Chekova i Sulu, a Spock z zaniepokojeniem podsłuchuje. Owszem, sama końcówka odcinka z gonieniem się po korytarzach „Enterprise'a” nie wypaliła, ale dobre imię scenariusza uratował ponury epilog.

    3.16: The Mark of Gideon. Znalazły się tutaj dwie dobre koncepcje. Po pierwsze, idea planety tak przeludnionej, że ludzie, tzn. humanoidzi, tłoczą się obok siebie jak robactwo na dosłownie każdym metrze kwadratowym powierzchni. Demograf płakał, gdy oglądał, ale ta wizja rodem z koszmaru Klubu Rzymskiego przemawia do wyobraźni. Po drugie, Kirk, który rozwiązuje zagadkę opustoszałego „Enterprise'a” trzymającą nas przez czas jakiś w napięciu. Szkopuł w tym, że obie koncepcje w ogóle się nie kleją, a im dalej w epizod, tym więcej dziur logicznych. Aha, Spock ma chyba „daddy issues”. Bez przerwy narzeka na dyplomatów i dyplomację.

    3.17: That Which Survives. Złego humoru Spocka ciąg dalszy. Tym razem dostał ataku pedanterii, wszystkich pouczał i poprawiał. Nudny odcinek. Ciekawe jest tylko to, że w scenariuszu pojawiają się inni załoganci, wymieniani z nazwiska, którzy nie giną zaraz w następnej scenie: dwóch lekarzy, nawigatorka, geolog. No dobra, akurat geolog ginie szybko.

    3.18: The Lights of Zetar. Połowiczne love story Scotty'ego. Niestety, podchodzi pod #metoo, bo o ile Kirk, McCoy i Spock zakochiwali się w tuziemkach albo przynajmniej we wrogich oficerach, o tyle Scott przystawia się do młodej, początkującej porucznik. Szkoda, że galaktyczną bibliotekę Memory Alpha zredukowano do MacGuffina. Podobały mi się za to efekty specjalne związane z opanowaniem mózgu człowieka przez Zetarczyków. Zniekształcony głos plus dziwne światła na twarzy wyglądały groźnie.

    3.19: Requiem for Methuselah. Hm, pierwowzór Blade Runnera? No bo pewne rzeczy pasują – Flint jako Tyrell, Rayna jako Rachel... Najlepiej w scenariuszu wypada pomysł, by android umarł w momencie, w którym poczuje miłość. Jednak trójkąt miłosny Kirk-Flnt-Rayna jest nieprawdopodobny psychologicznie we wszystkich trzech wierzchołkach. Fakt, że Kirk bije się pod koniec z Flintem o kobietę, stanowi wisienkę na torcie. Nie, przepraszam: Wisienką na torcie jest Spock robiący kapitanowi w ostatniej scenie miłosierną lobotomię. WTF?

    #startrek
    pokaż całość

    •  

      @eagleworm: "Bladerunner" oparty jest na powieści "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?", która to wyszła w 1968 roku, czyli na rok przed premierą odcinka. Bardzo możliwe, że szalenie popularne dzieło Dicka mogło wpłynąć na scenariusz odcinka.

    •  

      @Hans_Olo: Masz rację, Nie sprawdzałem dat, komentarz dotyczący BR był luźny. Niewykluczone, że książka Dicka zainspirowała scenarzystów... i niewykluczone, że ten odcinek wpłynął jakoś na ludzi odpowiedzialnych za przepisywanie dzieła PKD na wielki ekran.

  •  

    Czy warto emocjonować się bieżącymi wydarzeniami politycznymi? Zupełnie nie warto:

    „– Ważne decyzje zapadają rzadko. Niesłychanie rzadko. Badanie historii politycznej uświadamia, że meandry bieżącej polityki w ogóle nie są istotne. Polityka nie jest filmem akcji, w którym każda minuta przynosi ważne zdarzenie. Politykę obserwować trzeba nie z perspektywy dnia, lecz całych dekad.

    Wtedy widać, że politycznym wydarzeniem było powstanie Unii Europejskiej oraz decyzja o poszerzeniu jej granic. Politycznym wydarzeniem było inteligentne uformowanie Unii, które pozwala jej osiągać dwa wielkie cele – blokować wybuch wojny oraz usuwać granice na drodze pracy i kapitału. Reszta to zgiełk bieżącego życia.

    (…)

    – Pana analizy dobrze się czyta, ale po lekturze dochodzę do wniosku, że pana zdaniem po 25 latach demokracji w Polsce żadna siła polityczna nie odniosła żadnego sukcesu.

    Lewica dała się zepchnąć na prawo, poddaje się wpływom konserwatywnego społeczeństwa, a jednocześnie nie uwolniła się od postkomunistycznego balastu.

    Liberałowie? To stado baranów, które w panicznym strachu przed Jarosławem Kaczyńskim godzi się na miękki prawicowy autorytaryzm Donalda Tuska i jego z gruntu konserwatywnej partii.

    Jarosław Kaczyński stał się z kolei zakładnikiem społecznych demonów, które sam uwolnił i autokreacji, jaką stworzył na użytek mas.

    Prawicowi „niepokorni” – grupa oszołomów marząca o wielkiej Polsce, której nie ma i nie było, bo od 300 lat, jak sam pan pisze, „dostajemy po dupie bardziej niż inni”.

    Wreszcie Donald Tusk – człowiek, który wygrał kilka wyborów z rzędu, wyeliminował kolejnych rywali, ale cóż z tego skoro nic nie może, bo jest premierem prowincjonalnego kraju sterowanego przez siły zewnętrzne – interesy mocarstw, przepływy kapitału, geopolityczne przepychanki dla nas niedostępne.

    Czy trafnie podsumowuję pana diagnozę polskiej polityki?

    – Tak, jak najbardziej. Opisuję polityków, których maksimum sprawności to wyszarpanie korony z rąk przeciwników.”

    – Robert Krasowski (rozmawiał Łukasz Pawłowski) (18/2/2014)

    #polityka #polska
    pokaż całość

  •  

    Wygląda upiornie? A to tylko ekwadorski kosz na śmieci. Papierki wrzucamy klaunowi do gęby. Podobne pojemniki widziałem w wielu różnych miejscach, także poza Quito. Prawdopodobnie są pozostałością po kampanii społecznej mającej na celu zachęcenie ludzi do wyrzucania śmieci do koszy, nie na chodnik. Oj, jakiś PR-owiec chyba nie czytał Kinga… A dlaczego ten pojemnik ustawiono na dachu – nie mam pojęcia.

    #ekwador

    źródło: quito-20.jpg

  •  

    …czyli dlaczego kontynuacja serialu Stranger Things, netfliksowego objawienia zeszłorocznych wakacji, jest do bani.

    Głównie dlatego, że nie powinna była w ogóle powstać. Pierwszy sezon zafundował nam przecudną, sentymentalną wyprawę w lata 80. Materiału było jak znalazł akurat na dziesięcioodcinkowy (mini)serial.

    Po co kręcić ciąg dalszy? Wiadomo, dla pieniędzy, ale skoro już, trzeba było zdecydować się na format antologii w rodzaju American Horror Story. Drugi sezon mógł przecież opowiadać zupełnie nową historię w tym samym stylu. Może teraz coś o UFO? Albo o demonie żyjącym w kanałach i żerującym na lękach małoletnich?

    Rzekomo bracia Duffer chcieli nakręcić remake Tego Stephena Kinga, ale producenci wybrali Andy’ego Muschiettiego. Gdyby druga część ich serialu stanęła chytrze w szranki z nową ekranizacją i ją przerosła – co nie byłoby trudne – nikomu nie chciałoby się nawet zarzucać duetowi mściwego półplagiatu.

    Umieszczenie akcji w latach 80. stanowiłoby oczywiście warunek sine qua non, chociaż geografia mogłaby z pożytkiem dla serialu ulec zmianie. Zamiast szykującego się do nadejścia zimy miasteczka w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych – na przykład głęboka prowincja amerykańskiego Południa. Albo któraś z metropolii na Wschodnim Wybrzeżu. Albo słoneczna Kalifornia. Albo mroczne lasy Oregonu. Mulder i Scully jeździli sobie w różne miejsca, to i Duffertowi bohaterowie też by mogli.

    Aktorzy zaś nie musieliby się wcale zmieniać. Wystarczyłoby, że wcieliliby się w nowe role. Winona Ryder jako wścibska dziennikarka? David Harbour jako psychopatyczny zabójca? Finn Wolfhard jako wredny łobuz? Ależ proszę.

    Niestety, bracia Duffer poszli po linii najmniejszego oporu i po prostu odgrzali kotleta. Tym razem odtwórczość zadziałała na szkodę Stranger Things. Akcja rozkręca się wolniej. W trzecim odcinku coś wreszcie ruszyło. Środkowa część drugiego sezonu jest niezła, przyznaję, ale pod koniec ST2 znów siada, dusząc się pod ciężarem zbędnych wątków.

    Teraz konkrety i spojlery.

    Niepotrzebnie wróciła El. Już w finale poprzedniego sezonu wiadomo było, że firestarterka, przepraszam, telekinetyczka nie zginęła naprawdę, tylko przepadła na potrzeby cliffhangera. W drugim sezonie wraca jednak o wiele za szybko i potem nie wiadomo, co z nią zrobić.

    Zarazem pojawia się na scenie zastępstwo, czyli rudowłosa Max, która miała zadatki na ciekawą postać, gdyby, po pierwsze, nie zrobiono z niej od razu obiektu westchnień Dustina i Lucasa, po drugie, gdyby scenarzyści powiązali z jej osobą konkretny wątek zamiast robić z dziewczyny piąte koło u wozu, i po trzecie, gdyby, no właśnie, gdyby Max nie była zastępstwem niby nieobecnej El, w gruncie rzeczy przez cały czas obecnej. Sytuację dociąża przerysowany starszy brat Billy, który też nie ma się gdzie podziać w fabule i dopiero w finałowym odcinku zostaje „odhaczony”.

    Największy błąd scenarzystów stanowi natomiast „Brygada Kali” debiutująca w samej czołówce pierwszego odcinka, a potem pojawiająca się nagle na cały siódmy odcinek… by przepaść na resztę sezonu. Wróci w trzecim? Niechybnie.

    Ale ja już oglądać nie będę. Nie interesuje mnie nawet, jaką udrękę wymyślą następnym razem dla biednego Willa.

    #strangerthings
    pokaż całość

  •  

    Problem gwałtów rozwiązany. Władze stolicy Ekwadoru ustawiły w centrum miasta kilka białych sześcianów z zakazem: „Nie gwałć!”. Da się? Da się.
    #ekwador

    źródło: quito-05.jpg

  •  

    Dalej oglądam trzeci sezon oryginalnego Star Treka.

    3.10: Plato's Stepchildren. Wreszcie! Legendarny pocałunek Kirka i Uhury, rzekomo pierwszy międzyrasowy pocałunek pokazany w telewizji. Nie miałem pojęcia, że akurat ten całus to małe piwo, gdyż w tym samym epizodzie Kirka, hm, dosiada karzeł, a Pan Spock funduje Siostrze Chapel seans sado-maso gorącym pogrzebaczem. Serio.

    3.11: Wink of an Eye. Fascynująca koncepcja superszybkiego poruszania się jest zapewne jednym z tych pomysłów, o których kolega mówił mi, że "Star Trek był pierwszy" (albo przynajmniej po raz pierwszy pokazał to na ekranie). Przypadły mi do gustu "efekty specjalne". Piszę to z cudzysłowem, lecz bez ironii. Owszem, "efekty" były w zasadzie tandetne i polegały na tym, że Kirk poruszał się normalnie, a pozostałym aktorom przykazano stać jak słupy soli w tle. Wypadło to jednak przekonująco. W scenariuszu za to zupełnie nie zgadza się zgranie czasowe wątków szybkiego z wolnym... chyba że przyjmiemy, iż kapitan uprawiał wielogodzinny, ba, wielodniowy seks z piękną Deelą. Hm.

    3.12: The Empath. Do tej pory zastanawiałem się, czy odcinki niesławnego trzeciego sezonu rzeczywiście mi się podobają, czy też raczej pochłaniam je siłą rozpędu. The Empath, na zasadzie wyjątku potwierdzającego regułę, wykazał, że na szczęście to pierwsze. Ten akurat epizod okazał się bowiem fatalnym, lekko surrealistycznym filmem SF klasy C. Sama koncepcja jest nawet niezła, widać zadatki na "torture porn" w stylu późniejszej o prawie 40 lat Piły. Wykonanie i scenariusz są niestety kiepściutkie. Tytułowa empatka to postać mdła bardziej niż zgniły kryształ dilithium. A gwóźdź do trumny wbija powolutku "slow-motion ray".

    3.13: Elaan of Troyius. Czyli "startrekowe poskromienie złośnicy" vel "nieznośny lachon rodem z kosmicznego Egiptu robi zamieszanie na pokładzie Enterprise". Bezcenna scena, w której Spock i McCoy przyłapują Kirka in flagranti.

    3.14: Whom Gods Destroy. Zwariowany eks-kapitan Gwiezdnej Floty pragnący władzy nad Wszechświatem jest prawdopodobnie najlepszym badguyem trzeciego sezonu. Dobrze napisana, bezbłędnie zagrana postać. Szkoda tylko, że fałszywy Kirka nie zdołał się przetransportować na Enterprise i zdrowo tam namieszać. Dałoby to Shatnerowi okazję do długich minut superekspresyjnej gry aktorskiej.

    #startrek
    pokaż całość

  •  

    Czym dla Warszawy jest PKiN, a dla Krakowa bryła Wawelu, tym dla Quito jest uskrzydlona Maryja, która spogląda na miasto ze wzgórza El Panecillo („Bułeczki”). Monument widać z wielu punktów w mieście. Został wzniesiony w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Przerasta słynnego Chrystusa Zbawiciela z Rio de Janeiro o cały metr. Łańcuch, który widzimy w lewej dłoni figury, pęta leżącego u jej stóp potwornego węża. Autorem zdjęcia jest Adam Reeder (CC, Flickr).

    #ekwador #fotografia
    pokaż całość

  •  

    Widok na stolicę Ekwadoru ze szczytu Cruz Loma, sąsiada wulkanu Pichincha. Wjeżdża się nań kolejką gondolową Teleférico, najwyższą w Ameryce Południowej. Podróż trwa około kwadransa. Startujemy na wysokości 2950 m n.p.m., kończymy na 4050 m n.p.m.

    #ekwador

    źródło: quito-30.jpg

  •  

    Oglądam dalej trzeci sezon oryginalnego Star Treka.

    3.5: Is There in Truth No Beauty? Pierwszy normalny odcinek trzeciego sezonu; ot, wreszcie typowy TOS. Strzałka seksizmometru wychylona co prawda daleko w prawo, ale przynajmniej postać kobiecą narysowano wyraźną kreską. Doktor Miranda Jones z olimpijską cierpliwością i posągową godnością znosi seksistowskie traktowanie swojej dystyngowanej osoby. Przemówiła do mnie też koncepcja Obcego, którego-nie-da-się-zobaczyć-bo-zwariujesz (por. Inne pieśni Dukaja). A tytułowe "piękno" można rozumieć na kilka sposobów. Tak, na dobrą sprawę to złożony, przemyślany epizod.

    3.6: Spectre of the Gun. Fajowy western z horrorowym posmakiem, bo i setting umyślnie dziwny, i kamienne twarze Earpów nad wyraz złowrogie. Tutaj z kolei przypomniał mi się Westworld. Po legendarnym City on the Edge of Tomorrow jest to najprawdopodobniej drugi najlepszy "historyczny" epizod TOS-a.

    3.7: Day of the Dove. Odcinek niezły (wszak wszystkie epizody z Klingonami są przynajmniej niezłe), chociaż ta walka na miecze na pokładzie statku kosmicznego, pomimo uzasadnienia fabularnego, wygląda jak kwiatek na kożuchu. Kang i Mara tworzą ciekawą nieludzką parę, lecz najfajniejszy jest lemowski obcy, który wpływa na ludzi, ale z którym nijak nie idzie się porozumieć. Rzecz jasna, szaleństwo, które spadło na Spocka, McCoya, Scotty'ego i Chekova-gwałciciela także należy do mocnych punktów scenariusza.

    3.8: For the World Is Hollow and I Have Touched the Sky. Tytuł wymiata. Scenariusz mniej. Sporo dobrych pomysłów: Pokoleniowy statek w asteroidzie, superkomputer sterujący społecznością, śmiertelnie chory McCoy, love story McCoya... Nareszcie doktor znalazł się w ogniskowej fabuły, lecz zbyt wiele atrakcji zgromadziło się wokół jego osoby. Cóż, pod koniec lat 60. producenci seriali jeszcze nie wiedzieli, że z groźnych chorób pierwszoplanowych bohaterów najlepiej robić season arcs.

    3.9: The Tholian Web. Sporo tu elementów hard SF, które oczywiście nie przeszłyby sprawdzianu logicznej spójności, ale przynajmniej oddalają odcinek od podgatunku kosmicznego fantasy. Jest to jednak epizod odtwórczy. Szaleństwo na pokładzie "Enterprise" mieliśmy raptem dwa odcinki temu, jeden z głównych bohaterów "umierał" dopiero co. Konflikt Spocka z McCoyem, pomimo sporego potencjału psychologicznego, nie udał się scenarzystom. Doktor wsiadł na oficera naukowego zupełnie bez powodu; na miejscu Spocka ścisnąłbym mu "przyjacielsko" ramię.

    #startrek
    pokaż całość

    +: mitoman_mitolog, r.......t +1 inny
    •  

      @RoccoBaggins: Nie, nie w temacie ST jestem zupełnie zielony. Zabrałem się za te seriale chronologicznie i po kolei, ale ponieważ nie mam aż tyle czasu na seriale, idzie mi to powoli. Po TOS-ie chcę dokończyć TAS-a, potem filmy fabularne z Kirkiem i załogą, potem „Continues”, o którym wiem, ale dzięki za przypomnienie. „Enterprise” obejrzę pewnie w okolicach 2040 r. :)

    •  

      @eagleworm: Jak nie masz czasu to odpuść sobie TASa i zabieraj się za filmy, wiele nie stracisz(to nie tylko moja opinia). Jak dojdziesz do TNG to nie zraź się dwoma pierwszymi sezonami, dopiero w trzecim zaczęło im coś wychodzić. To samo z DS9, na początku niektórych nudzi(mnie nie), ale wojna z Dominium wszystko zmienia, to mój ulubiony serial ST.

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Gdybyście zapytali, czy #ekwador jest krajem tanim czy drogim, byłoby mi bardzo trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Rozrzut cenowy bywa tam ogromny.

    Powody? Nierówności dochodowe, niski poziom zindustralizowania kraju, konieczność importu wielu towarów, a także zdolaryzowanie ekwadorskiej gospodarki. Dolar amerykański od 2000 r. pełni tam funkcję oficjalnej i jedynej waluty. Jego wprowadzeniu towarzyszył zresztą przekręt, w wyniku którego spełniła się ewangeliczna przepowiednia i temu, kto miał, było dodane i nadmiar uzyskał, temu zaś, kto nie miał, zabrali również to, co miał (Mt 13:12).

    Niektóre produkty spożywcze, na przykład soczyste owoce i dorodne warzywa kupowane na targu, są oczywiście tanie jak przysłowiowy barszcz. Tanie są niektóre usługi. Fryzjer za stryżenie bierze cztery dolary, bilet do kina kosztuje tyle samo. Bardzo tanie jest paliwo (półtora dolara za galon benzyny), transport (ćwierć dolara za bilet autobusowy, dwa dolary za przejazd taksowką na typowym miejskim dystansie) oraz triada prąd-woda-gaz.

    Jednak w pierwszym lepszym supermarkecie czeka nas spora niespodzianka. Na sklepowych półkach cenom żywności nierzadko bliżej do tych norweskich niż polskich. Z powodu wysokich ceł elektronika, ubrania i kosmetyki kosztują więcej niż w analogicznych galeriach handlowych w Europie.

    Alkohol – nie do wiary, ale droższy niż w Norwegii (!), choć tylko ten zagraniczny, ponieważ obejmuje go akcyza. Lokalne piwa są zaś względnie tanie; w knajpie zapłacimy marne cztery dolce za pół litra aromatycznego browca.

    Zainteresowanych pozostałymi cenami odsyłam do bardziej szczegółowego wykazu. Na pierwszy rzut oka wszystkie liczby się zgadzają. Ja podsumuję powyższy aspekt ekwadorskiej rzeczywistości parafrazą piosenki Braci Figo Fagot:

    Półtora tysiąca dolarów na miesiąc weź,
    Jak nie masz to mniej,
    Jak więcej to jesteś bogaty.

    Na zdjęciu poniżej Plaza Grande. Starówka Quito jest podobno największą i najlepiej zachowaną postkolonialną starówką na kontynencie. UNESCO wpisało ją na listę światowego dziedzictwa w 1978 r. W tym samym roku trafiła tam starówka… krakowska.
    pokaż całość

    źródło: quito-21.jpg

  •  

    W trakcie wędrówek po Ekwadorze, wskutek czujnego obserwowania miejscowej ludności – czujnego nie jak w „bałem się, żeby mnie nie rąbneli”, ale jak w „liznąłem trochę socjologii i antropologii, więc wypadałoby zauważyć więcej niż pierwszy lepszy gringo-turysta” – otóż przyszło mi wówczas na myśl, że gdyby kolejna część Indiany Jonesa rozgrywała się w tamtym rejonie świata, winna nosić tytuł Indiana Jones i Arka Redystrybucji Podatkowej lub Indiana Jones i Ostatni Współczynnik Giniego.

    Współczynnik Giniego, jak wiadomo, mierzy nierówności dochodowe w społeczeństwie. W Norwegii wynosi 0,26, w Polsce 0,32, w Ekwadorze 0,45. Liczba jak liczba, sama w sobie niewiele nam oznajmia. Jednakże przejawy tej stosunkowo wysokiej wartości szybko idzie dostrzec.

    Społeczeństwo ekwadorskie przedzielone jest wysokim murem zwieńczonym szkłem z potłuczonych butelek. Ustawiono je na sztorc i osadzono w zaprawie. Nad szkłem rozpięto na wszelki wypadek półmetrowy drut pod wysokim napięciem. Po jednej stronie muru w dużych mieszkaniach lub piętrowych segmentach żyje sobie górna część klasy średniej. O czystość jej sedesów i blatów kuchennych dbają półetatowe sprzątaczki.

    Po drugiej stronie żyje cała reszta, wszyscy ci, których rodzicom nie udało się na czas dorobić domu, drutu i sprzątaczki. Płatne studia, sztywny kredencjalizm plus networking w wydaniu nepotystycznym uniemożliwią im awans społeczny w bieżącym pokoleniu.

    A zwyczajna klasa średnia vel klasa robotnicza vel „niebieskie kołnierzyki”, czyli wszyscy ci, którzy może nie mają stu metrów kwadratowych i po dwóch samochodów na rodzinę, ale mimo to żyją na przyzwoitym poziomie i nie muszą liczyć pieniędzy do pierwszego? Niewielu ich. Tertium non datur. W tamtym rejonie świata tryby historii gospodarczej najwyraźniej wyłamały kilka szczebli ze środka społecznej drabiny dochodowej.

    Jeżeli napisałbym, że w Ekwadorze bieda aż piszczy, byłoby to grubą przesadą. Faktem jest jednak, że znaczna część populacji albo trudni się ciułactwem w ramach drobnego handlu uprawianego w małych, obskurnych sklepikach; albo pospiesznie sprzedaje mandarynki i lizaki na skrzyżowaniach, gdy samochody przedstawicieli górnej klasy średniej czekają na czerwonym świetle; albo wsiada do autokaru, wygłasza pięciominutowe monologi o swojej nędzy, próbuje sprzedać pasażerom badziewie spożywcze za pięćdziesiąt centów od pudełeczka, a potem wyskakuje w biegu i łapie następny pojazd jadący z powrotem. I tak od poniedziałku do niedzieli.

    Nie muszę wspominać o takich oczywistościach jak sprywatyzowane szkolnictwo i sprywatyzowana służba zdrowia. Jasne, istnieją publiczne, darmowe placówki oświatowe oraz szpitale, lecz nikt przy zdrowych zmysłach i dobrych zarobkach nie pośle tam swojego dziecka ani chorej matki.

    Z wysokim współczynnikiem Giniego korelują również takie zjawiska jak zakorkowane ze szczętem ulice, zatrważająco niewielka liczba bibliotek w dwumilionowej stolicy kraju, nieregularny wywóz śmieci, wieczorne wiadomości przerywane co dwie minuty pięcioma minutami reklam (ucz się, Polsacie), oraz Chińczycy, którzy ostatnimi laty wykupują na potęgę ekwadorskie przedsiębiorstwa, w tym i publiczne.

    Oraz słabo rozwinięta komunikacja zbiorowa, którą podróżują niewiarygodnie sprytni i szybcy pasażerowie. Chociaż na krańcówce stałem pierwszy w kolejce do nadjeżdżającego autobusu, przegrałem z kretesem wyścig do krzesełka z zaprawionymi w bojach tubylcami.

    Aha. Mur z potłuczonym szkłem i drutem pod napięciem nie był metaforą. Tam naprawdę każde zamożniejsze osiedle jest tak ogrodzone.

    #ekwador #ekonomia
    pokaż całość

    źródło: quito-06.JPG

    +: TheWatcher, L...k +1 inny
  •  

    Żółw z Rio Napo. Zdjęcie zrobiła moja żona. O #ekwador opowiadałem wcześniej tutaj, tutaj i tutaj. W następnym odcinku mowa będzie o realiach socjoekonomicznych. pokaż całość

    +: kamisan
  •  

    Dałem sobie spokój z oglądaniem Star Trek: Discovery. Bzdet. Wróciłem do trzeciego sezonu TOS-a.

    3.2: The Enterprise Incident. Pierwszy raz w historii Star Treka dostaliśmy porządną intrygę; porządną w tym sensie, że scenariusz zwodził przez pewien czas także i widza. Wątek romantyczny między Spockiem a Romulanką wypadł średnio, ale przynajmniej oficer naukowy "Enterprise" w końcu doczekał się swojej love story. Byłem pod wrażeniem "wulkańskiego uścisku śmierci", który Spock "niechcący" zastosował na Kirku. Operacja plastyczna uszu kapitana też dała radę.

    3.3: The Paradise Syndrome. Nie wiem, co powiedzieć. Z jednej strony - ciekawa koncepcja. Wielki walor odcinka stanowi autentyczna chemia pomiędzy Kirkiem a tym długonogim króliczkiem Playboya grającym alt-Indiankę. Romans podsumowała wzruszająca (jak na ST) finałowa scena. Szkoda tylko, że kapitan często wygłasza swoje kwestie bez przekonania. Scenariusz zaś - słabiutki. Kamieniowanie Kirka w finale jest bez sensu, zdecydowanie za szybko się ci Indianie wkurzyli. Dobrze przynajmniej, że wzmianka o "Preservers" tłumaczy, dlaczego załoga Enterprise stosunkowo często napotykała na swej drodze światy przypominające zamierzchłe ziemskie epoki historyczne.

    3.4: And The Children Shall Lead. Cóż to za wielka przyjemność powrócić do TOS-a po obejrzeniu kilku beznadziejnych odcinków "Star Trek: Discovery" pod rząd. I nie wiem, czy byłem zbiasowany, ale AtCSL podobał mi się bardzo-bardzo, chociaż swojego czasu zebrał przecież kiepskie recenzje. Zafascynowała mnie koncepcja obcej istoty, która nie rozumie pary pojęć dorośli-dzieci i wykorzystuje te drugie przeciwko tym pierwszym tak, jakby miała do czynienia z dwiema potencjalnie wrogimi rasami lub nawet gatunkami biologicznymi.

    Upiorna scenka na początku, gdy dzieci tańczą wśród trupów rodziców, ustawia epizod na dobry kwadrans na kursie horrorowym. Potem fajne są sceny przejmowania kontroli nad "Enterprise" i umysłami załogi (tylko ten gest psioniczny jest... nieprzekonujący). Mocarny fragment, gdy Kirk omyłkowo teleportuje dwóch redshirtów w próżnię kosmiczną. Jakże symbolicznie brzmi jego rozpacz: "I've lost command, I've lost command...".

    Pośmiać się też można było. Kirk dosłownie złapał Sulu za mordę - oj, panie, tak z telepatią nie wygrasz. Później psionika zmusiła kapitana do mówienia po pseudoniemiecku, żeby jego podkomendni niczego nie zrozumieli. A doktor McCoy zniknął na długie 20 minut, akurat wtedy, gdy na mostku rozgrywały się dantejskie sceny. Zapewne zaszył się u siebie w klinice i walił wódę. On w sumie wygląda na takiego, co po kryjomu popija.

    #startrek
    pokaż całość

  •  

    W Ekwadorze jest sobie miasteczko Alausí. Znajduje się w Andach niedaleko geograficznego centrum kraju. Okolica jest malownicza, ale jeszcze dziesięć lat temu mieszkańcom nie wiodło się najlepiej.

    Wtem poprzedni rząd przypomniał sobie, że w wielu rejonach Ekwadoru leżą odłogiem tory kolejowe nie używane obecnie ani do transportu ludzi, ani towarów. Ekwadorska kolej zamilkła pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Intensywne deszcze uszkodziły wówczas w wielu miejscach trakcję, a Droga Panamerykańska przejęła pasażerów, którzy przesiedli się na samochody i autokary.

    Prezydent Rafael Correa w 2008 r. ogłosił nieczynną sieć kolejową narodowym dobrem ekwadorskiej kultury. Po niektórych trasach puszczono pociągi wycieczkowe. Jedna z nich wiedzie od Alausí do Sibambe i z powrotem. Przejazd jest krótki, trwa bodajże tylko pół godziny w jedną stronę, i nietani, bo kosztuje 30$ od osoby, ale za to diablo emocjonujący, z zapierającymi dech w piersi widokami. Czy ten pociąg rzeczywiście jedzie po wąziutkich skalnych występach nad urwiskami? TAK!

    Słowa „diablo” użyłem z premedytacją. Główny punkt wycieczki stanowi bowiem formacja skalna Nariz Del Diablo, Diabelski Nos. Mieszka tam oczywiście diabeł, choć niekoniecznie taki katolicki, a raczej powiązany z lokalnymi przedchrześcijańskimi wierzeniami. Zresztą na przestrzeni wieków różne legendy się ze sobą wymieszały.

    A jaki to wszystko ma związek z majętnością Alausí? Nos Diabła działa jak magnes na turystów, choć niekoniecznie polskich, bo ci na forach narzekają, że 30$ za godzinę jazdy pociągiem z prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę to zdecydowanie za drogo. Jednak dzięki Amerykanom, Niemcom, Francuzom i Chińczykom biznes w miasteczku zaczął się kręcić. Jak grzyby po deszczu powyrastały hotele, hostele i restauracje.

    Trzeba w końcu obsłużyć pociągniętych przyjezdnych.

    #ekwador

    O Ekwadorze pisałem wcześniej tutaj i tutaj.
    pokaż całość

    źródło: P1120068.JPG

  •  

    Jeżeli ktoś chce za jednym zamachem, to znaczy w przeciągu jakichś dwóch tygodni i poruszając się w obrębie jednego tylko kraju, spenetrować amazońskie „zielone piekło”, połazić po wysokich górach, posiedzieć pod palmami na bezkresnych plażach Pacyfiku, a na koniec urządzić sobie wyprawę po jednym z najciekawszych archipelagów naszej planety – taki ktoś powinien lecieć właśnie do Ekwadoru. Cejrowski wie, co dobre.

    W Ekwadorze poza zmysłami nasycimy również duszę, gdyż każda z wymienionych krain odznacza się specyficzną kulturą, muzyką, zwyczajami i kuchnią. Ba, ludność poszczególnych prowincji różni się także od siebie w sensie socjopsychologicznym, bo przecież inaczej postrzega świat indiański rolnik karczujący w pocie czoła las równikowy, inaczej zamożny Metys z grodzonego osiedla w andyjskiej stolicy, inaczej latynoski mieszkaniec wielkiego portowego miasta, a jeszcze inaczej „kolonista” żyjący na zapomnianej przez Boga, ale nie ewolucję, wysepce w archipelagu Galápagos.

    Słyszałem co prawda, że maleńka Gruzja również szczyci się sporym topograficznym i kulturowym zróżnicowaniem, ale pod względem biologicznej różnorodności z Ekwadorem z pewnością przegrywa. Pod względem pogodowym, jak mniemam, też.

    Gdy leciałem do Quito, zdawałem sobie oczywiście sprawę z wysokogórskiego położenia stolicy – pamiętałem zresztą dyrektora Marczaka, który w ostatnim tomie przygód Pana Samochodzika mdlał w Bogocie z powodu braku tlenu – lecz w mojej wyobraźni owe 2850 metrów wysokości n.p.m. przegrywało z inną liczbą, 00°14′S. „Toż to równik”, myślałem, „tam z definicji musi być gorąco”. Nie było.

    W andyjskich miastach Quito oraz Cuenca [kłęka] panuje wręcz rajska pogoda: 23-25 stopni Celsjusza, stałe lekkie zachmurzenie. Od czasu do czasu przygrzeje słońce i wtedy rzeczywiście czuć na karku, że jesteśmy blisko nieboskłonu i nieopodal równika, ale słońce po najwyżej kilkudziesięciu minutach chowa się łaskawie za jakimś cumulusem. I tak przez 365 dni w roku, tyle tylko, że od października do maja więcej w górach pada.

    (Oczywiście, w dżungli i na wybrzeżu sytuacja pogodowa przedstawia się zgoła inaczej. Tam długie spodnie i koszula z długim rękawem przydają się znacznie rzadziej.)

    Poczucie geograficznej stabilności wzmaga dzień trwający zawsze tyle samo co noc. Przed szóstą rano jest jeszcze zupełnie ciemno, godzinę później świeci już słońce. Około szóstej po południu słońce spada pionowo za horyzont i o wpół do siódmej mamy noc pełną gębą z gwiazdami zupełnie innymi niż na polskim niebie. Viva el klimat podrównikowy wysokogórski!

    Zerknijcie tylko na poniższe zdjęcie. Prosimy nie regulować monitorów. Kombinacja intensywnego błękitu z soczysta zielenią nie jest wynikiem podkręcenia kolorów w programie graficznym. Na równiku na wysokości 3000 metrów nad poziomem morza niebo i trawa naprawdę mają takie właśnie barwy.

    #ekwador
    cdn.
    pokaż całość

  •  

    Całe lato spędziłem w Ekwadorze. Zaczęło się od telefonu, który niespodziewanie zadzwonił w czerwcu.

    "Posłuchaj mnie uważnie, jutro rano masz samolot do Quito. Gdy wyjdziesz z lotniska, pod czerwoną budką telefoniczną jest skrytka, otwórz ją tajnym hasłem: hajduszoboszlo. W niej znajdziesz dowód osobisty. Od dziś nazywasz się Juan Pablo Fernandez Maria FC Barcelona Janusz Sergio Wasilij Szewczenko..."

    Nie no, memy na bok. Ale w Ekwadorze byłem naprawdę, przez bitych sześć tygodni. Zjeździliśmy kraj wzdłuż i wszerz. Cejrowskiego nie spotkałem, lecz i tak się nie nudziłem.

    Czy, biorąc poprawkę na odległość i wiążące się z nią koszty transportowe, warto się tam wybrać? No pewnie! O dziwo, uzasadnienie jest całkiem obiektywne. Otóż Ekwador, piąty najmniejszy kraj w Ameryce Południowej, o 10% mniejszy od Polski, okazuje się fenomenem różnorodności. Na jego terytorium znajdują się aż cztery diametralnie różne krainy geograficzne.

    Kręgosłup kraju stanowi La Sierra, czyli wysokie Andy. W północnej ich części pod (aktywnym!) wulkanem Pichincha [picincia] leży Quito [kito, nie: kłito], druga najwyższa stolica państwowa na świecie, która i na nasze Rysy patrzyłaby z góry. Na wschód od And rosną lasy deszczowe Amazonii, zwanej tutaj Orientem, gdyż „El Oriente” to po hiszpańsku „Wschód”. Punkt mówienia zależy od punktu siedzenia. Dla Ameryki Łacińskiej Chiny to Zachód.

    W głębi dżungli kryją się pokłady ropy naftowej. Gospodarka Ekwadoru zawdzięcza jej pokaźne dochody. Obecnie ropa stanowi 30% ekwadorskiego eksportu. Niestety, nie obeszło się bez poważnych zniszczeń środowiska naturalnego. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dżunglę rujnowało bezkarnie Texaco, wylewając gdzie popadło toksyczne ścieki.

    Korporacja potem niby po sobie posprzątała, ale sprawa ciągnęła się jeszcze przez wiele lat po sądach. Indianom udało się nawet wywalczyć zbiorowe odszkodowanie w wysokości 20 miliardów dolarów... którego Texaco (znane już wówczas jako Chevron) nigdy nie zapłaciło, wymawiając się korupcją ekwadorskiego wymiaru sprawiedliwości.

    Zjechawszy z zachodnich zboczy And rychło dotrzemy na La Costę, czyli wybrzeże Pacyfiku, najżyźniejszy rejon kraju. Hoduje się tam banany i łowi owoce morza, odpowiednio drugi i trzeci produkt eksportowy Ekwadoru. Nad zatoką na południu znajduje się gorące Guayaquil [głajakil], główny port i największe miasto w kraju (2,7 miliona mieszkańców).

    Czwarta kraina geograficzna kryje się za horyzontem, tysiąc kilometrów na zachód od kontynentu. Są nimi oczywiście słynne Wyspy Galápagos obfitujące w endemiczne gatunki zwierząt i roślin. Większości występujących tam ptaków, gadów oraz lądowych ssaków nie znajdziemy nigdzie indziej na Ziemi.

    To właśnie podczas podróży morskiej na Galápagos w 1835 r. Charles Darwin ułożył zręby teorii doboru naturalnego. Podówczas wyspy należały do Ekwadoru dopiero od trzech lat. Można by więc zażartować, że Ekwador aneksji terytorialnych dokonuje bardzo rzadko, lecz zawsze z ogromnym pożytkiem dla nauki.

    Full disclosure: Akurat na Galápagos nie dotarłem. Wszystkie pozostałe rejony zwiedziłem i napiszę niebawem o nich więcej. Na zdjęciu poniżej Río Napo, wschodnie dorzecze Amazonki. Że co, proszę? Że tylko „dorzecze”? Ma 1130 kilometrów długości, o 100 więcej niż Wisła.

    #ekwador
    pokaż całość

  •  

    Prośba do miłośników #poezjaspiewana – polećcie mi jakieś płyty. Chodzi konkretnie:
    - o Wasze ulubione klasyki, bo choć sam nie jestem zielony w temacie i znam wielu wykonawców, to będę miał pretekst, żeby ich sobie odświeżyć, a i pewnie odkryję jakieś nowe rzeczy;
    - o ciekawe, ale zapewne niszowe, nowości z tego podgatunku.

    Dzięki.

    #muzyka

  •  

    Zabrałem się do oglądania trzeciego sezonu oryginalnego Star Treka.

    3.1: Spock's Brain. Oj, ostrzegano mnie przed tym odcinkiem, rzekomo najgorszym w historii całego serialu. Moje oczekiwania spadły do absolutnego zera, nie dziwota więc, że aż tak źle nie było. Rdzeń koncepcji fabularnej jest w zasadzie w porządku. Obcy kradną mózg Spocka, załoga wyrusza na poszukiwania? Brzmi wątpliwie, ale przecież wiele innych odcinków starego Star Treka nie wspinało się bynajmniej na wyżyny sajfajowej wiarygodności.

    Nie wiedzieć jednak czemu, w Spock's Brain dialogi nagle zrobiły się kampowe („His brain is gone!” „We have to take him with us to look for his brain”), a aktorzy zaczęli ekspresyjniej grać, tak w stylu kina klasy B. Komediowo znakomite są wyrazy niedowierzania na twarzach Kirka, McCoya i Scotta, gdy dowiadują się, że mózg Spocka zniknął z jego czaszki.

    Owszem, niektóre sceny miażdżą swoją głupotą: ciało Spocka sterowane „klikaczem” (dobrze, że nie maszynką z korbką...); obezwładniony bólem Kirk, który bierze „pilota” do ręki, żeby napaść Spockiem na wroga. Co ważniejsze, odcinek jest niesamowicie seksistowski. Dywagacje o atrofii kobiecego mózgu muszą być miodem dla uszu Janusza Korwin-Mikkego. Ale w Spock's Brain kryje się też fascynująca filozoficzna koncepcja „mózgu w naczyniu”. Czyli ten kampowy epizod jest pradziadkiem Matriksa!

    #startrek
    pokaż całość

  •  

    Skończyłem oglądać drugi sezon oryginalnego Star Treka.

    2.18: The Immunity Syndrome. Bardzo dobry odcinek o walce z „kosmiczną amebą” (pamiętam, że stwór tego typu prześladował gracza w Master of Orion). Solidne dialogi między Spockiem i McCoyem. Świetny tekst pada też z ust kapitana Kirka: „Then kindly tell me what happened to the stars!”.

    2.19: A Private Little War. Znakomity odcinek, jeden z najlepszych w tym sezonie. Co prawda znów mamy do czynienia ze schematem „Kirk wśród dzikich plemion”, lecz tym razem scenariusz obfituje w zwroty akcji. Zręcznie podane pokojowe przesłanie wzbogaca dodatkowo fabułę.

    2.20: Return to Tomorrow. Spock się perfidnie uśmiecha! Nimoy pysznie zagrał knującą wersję swojej postaci. Poza tym szczypta zamaskowanej homoerotyki: „Your captain has an excellent body, Doctor McCoy.”.

    2.21: Patterns of Force. „Enterprise” kontra naziści. Odcinek doskonały, choć oczywiście cholernie kampowy. Przebieranie się za żydowskich robotników nie jest najlepszym pomysłem, gdy teleportujemy się na hitlerowską planetę. Przynajmniej Kirk wyjaśnił potem logicznie Spockowi, dlaczego jego pierwszy oficer powinien przywdziać mundur SS. W odcinku kryje się zawoalowana sugestia, że Adolf Hitler w gruncie rzeczy był dobrodusznym wujaszkiem zmanipulowanym przez swoich zastępców.

    2.22: By Any Other Name. Spock stoi wśród bujnej zieleni na obcej planecie i oznajmia, że „no life form readings, Captain”... Zaś rozwiązania późniejszego zagrożenia Wells by nie wymyślił: potężnych obcych da się pokonać seksem i gorzałką.

    2.23: The Omega Glory. W poprzednim odcinku ludzie zamieniali się w kredę, teraz dla odmiany zamieniają się w cukier.

    2.24: The Ultimate Computer. Z Kirka, Spocka i McCoya wyszedł beton. Bronili się rękoma i nogami przed zainstalowaniem superkomputera na pokładzie „Enterprise”, nie chcieli, żeby flota się unowocześniła, gdyż wiedzieli, że skoro może ich zastąpić maszyna, to trzeba będze pożegnać się z tłuściutkimi, oficerskimi gażami. I pod pierwszym pretekstem od razu pobili czarnoskórego informatyka.

    2.25: Bread and Circuses. Ciekawa, ale chyba nie do końca wykorzystana koncepcja: dwudziestowieczne Cesarstwo Rzymskie, walki gladiatorów jako reality show. Zaskakujący chrześcijański twist na końcu wykorzystujący pewną zbieżność słów. Powodzenia, tłumaczu na polski.

    2.26: Assignment: Earth. Na samym początku odcinku na pokład „Enterprise” teleportuje się Blofeld z kotem i już wiadomo, że będzie to godne zwieńczenie drugiego sezonu. Kociarzem okazał się też Mr. Spock.

    #startrek
    pokaż całość

    +: ungolianta9, nordberg +1 inny
  •  

    Wiecie, skąd wzięło się powiedzenie "łobuz kocha najmocniej"? Ja też nie wiem :) ale w „Braciach Karamazow” Dostojewskiego znalazłem akapit, który rozwija je przepiękną frazą.

    Takie dusze, tacy na pozór okrutni, rozpasani i niepohamowani ludzie jak mój klient mają najczęściej wrażliwe i czułe serca, tylko że tego nie objawiają. Tak, te serca – o, pozwólcie mi wziąć w obronę te serca, tak rzadko i tak niesprawiedliwie rozumiane – bardzo często łakną one tkliwości, piękna i sprawiedliwości, i to właśnie niejako przez kontrast do siebie, do własnego okrucieństwa, niepowściągliwości, łakną może bezwiednie, ale przecie łakną. Namiętne i okrutne na zewnątrz, mogą do bólu ukochać na przykład kobietę i ukochać duchową, wyższą miłością. Nie potrafią tylko maskować swej namiętności, czasem bardzo pospolitej – i to widać, to się spostrzega od razu, w głąb zaś ludzkiego serca nikt nie zagląda. Wszystkie ich namiętności prędko się zaspokajają, lecz u boku szlachetnej, pięknej istoty ów tak na pozór grubiański i okrutny człowiek szuka odnowy, szuka możliwości poprawy, chce zostać lepszym, uczciwszym i wyżej stojącym, "pięknym i wzniosłym".
    (przełożył Aleksander Wat)

    Archetypem łobuza kochającego najmocniej był Mitia, najstarszy z braci. A tutaj zgromadziłem trochę dobrych cytatów pochodzących z tej książki.

    #dostojewski #literatura #cytaty #lobuzkochamocniej
    pokaż całość

  •  

    Znikam na dwa miesiące. Wyjeżdżam na wakacje do Ekwadoru i korzystając z okazji robię sobie cyfrowy detoks. Jak wrócę, nie omieszkam opowiedzieć jak było. Nie usuwajcie mnie więc z obserwowanych – I will be back! Udanego lata wszystkim!

  •  

    Oglądam sobie dalej drugi sezon Star Treka: The Original Series.

    2.14: Wolf in the Fold. Zrekapitulujmy. Scotty brutalnie morduje trzy kobiety. Za każdym razem łapią go na gorącym uczynku z nożem w ręku. Po ostatnim morderstwie jest nawet ubrudzony krwią ofiary. Kapitan Kirk, żeby ochronić swojego człowieka, wymyśla niestworzoną historię o duchu Kuby Rozpruwacza podróżującym przez kosmos. Oskarża nieoczekiwanie o popełnie zbrodni dobrodusznego inspektora policji, zabija go gołymi rękami, ogłupia swoją załogę narkotykiem (żeby nie było wiarygodnych świadków), po czym wysyła ciało „mordercy” w próżnię celem usunięcia śladów.

    2.15: The Trouble with Tribbles. Czytałem, że to jeden z najlepszych odcinków starego ST. Trochę się rozczarowałem. Doceniam eksperymenty ze scenariuszami. TTwT różni się stylem od typowych odcinków tego sezonu. Mamy tu kilka wątków, są wyważone elementy komediowe. Niestety, specjalnie mnie ta historia nie wciągnęła. Podoba mi się natomiast design tribble'ów. Są w połowie słodkie, a w połowie obrzydliwe. Kojarzą się trochę z gremlinami (pewnie gremliny były nimi inspirowane...), a trochę ze stworami-pasożytami z Władców marionetek.

    2.16: The Gamesters of Triskelion. Powrót do kampu. Fajny epizod. Interesujący zwrot akcji w końcówce, gdy Kirk poznaje prawdziwe oblicze „Żywicieli”. Swoją drogą, ciekawe, według jakiego klucza kapitan wybierał oficerów towarzyszących mu w ekspedycjach na planety...

    2.17: A Piece of the Action. Kirk wśród gangsterów. Trzy odcinki temu pomagał Scotty'emu w mordowaniu kobiet, a teraz ściąga już haracz z całej planety. It escalated quickly! Sympatyczny odcinek. Parę pamiętnych scen: kapitan uczy gangsterów nowej gry w karty, potem sam uczy się jeździć starym samochodem ze sprzęgłem. No i pomysłowa gra słów na dokładkę: Federation – Feds.

    #startrek
    pokaż całość

    +: r.......t, ungolianta9 +3 innych
  •  

    Czy chciałbyś żyć w ustroju demokratycznym, w którym defaultowo nie masz w ogóle prawa do głosowania? Ale w którym Twój głos może mieć wagę do stu pojedynczych głosów – jeśli się przyłożysz?

    Czynnik pierwszy, czyli podatki. Płacąc podstawową stawkę, o głosowaniu możesz zapomnieć. Skoro nie chcesz dokładać do wspólnego budżetu więcej niż wynosi konstytucyjne minimum, inni będą za ciebie stanowić o polityce i sposobie zarządzania tymże budżetem. Decydując się na płacenie dodatkowych procentów podatkowych, możesz natomiast uzyskać maksymalnie siedemdziesiąt głosów.

    „Obywatele mieli możliwość sterowania wysokością swoich podatków i wynikającymi z tego faktu przywilejami wyborczymi. Ci, którzy odprowadzali na cele publiczne więcej pieniędzy, uzyskiwali większy wpływ na publiczne sprawy”.

    Czynnik drugi, czyli aktywność polityczna. Każdy obywatel dzierży cząstkę władzy ustawodawczej, jako że inna władza ustawodawcza niż ogół mieszkańców po prostu by nie istniała. Każdy może więc wypowiadać się publicznie w sprawach lokalnych, regionalnych bądź kontynentalnych, każdy może zgłaszać propozycje nowych uchwał i poprawek do starych, debatować nad nimi i wreszcie głosować na „tak” lub „nie”. Uczestniczenie w życiu politycznym planety pozwala na uzyskanie maksymalnie piętnastu głosów. Wprowadzenie instytucji „masowego parlamentu” byłoby oczywiście możliwe dzięki pełnemu „zinternetyzowaniu” społeczeństwa.

    Wreszcie, czynnik trzeci, a więc zasługi. Zamiast orderów, awansów i dyplomów państwowych, najbardziej zasłużone jednostki otrzymują w uznaniu swych zasług dla planety kolejne głosy. Maksymalnie znowu piętnaście.

    Powyższy pomysł (i cytat) pochodzi z dylogii SF Tomasza Kołodziejczaka pt. Dominium Solarne. Czy uda nam się kiedykolwiek obalić paradygmat „menel spod budki z piwem ma identyczne prawo wyborcze co profesor ekonomii” ? Wszak już starożytni stwierdzili, że głosy należy ważyć, nie liczyć.

    #polityka #sciencefiction #fantastyka
    pokaż całość

    •  
      e....e

      +7

      @eagleworm: @TheOranguTANK:
      Wszystkie czynniki są zależne od jednego - pieniędzy. A nawet jeżeli zarzekać się, że tylko ten pierwszy to i tak on ma największe znaczenie. Więc przy pierwszych wyborach przy tej ordynacji wybrani zostaliby ci, których obietnice wyborcze dotyczyły bardzo wąskiej, majętnej i wyedukowanej części społeczeństwa - bo chyba nie ulega wątpliwości że to właśnie ta grupa miałaby największą ilość głosów do rozporządzania.
      Dlaczego wybrani już posłowie mieliby uwzględniać w swoich politycznych planach całą resztę społeczeństwa, skoro nie mają oni praktycznie żadnego wpływu na wybór tychże posłów?

      Jeżeli nie marzy się nam państwo oligarchiczne to radzę nie korzystać z pomysłów pana Kołodziejczaka.
      pokaż całość

    •  

      menel spod budki z piwem ma identyczne prawo wyborcze co profesor ekonomii

      @eagleworm: Tyle że w tym nie ma nic złego. Państwo ma służyć ludziom, którzy w nim żyją, a menel mimo tego, że śmierdzi, nadal jest człowiekiem. Społeczeństwo jest dynamiczne, zmienia się. Postęp to nie coś, co można generować, coś, czemu należy się kłaniać. Do niego trzeba się dostosować, zaś jedynym wyjściem, które sprawi, że społeczeństwo w ujęciu dystrybutywnym będzie mogło przystosować się do zmian, jest posiadanie przez każdego obywatela jednakowej wagi głosu.

      Odpowiadając zatem na pytanie

      Czy chciałbyś żyć w ustroju demokratycznym, w którym defaultowo nie masz w ogóle prawa do głosowania? Ale w którym Twój głos może mieć wagę do stu pojedynczych głosów – jeśli się przyłożysz?

      Nie, nie chciałbym. A raczej chciałbym, gdyby to dotyczyło tylko mnie, ale tak by nie było.
      pokaż całość

      +: eagleworm, e....e
    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Gdybyście kazali mi wskazać najlepszą grę komputerową wszech czasów, przez chwilę bym się wahał. A potem powiedziałbym po prostu: UFO: Enemy Unknown. Kto w połowie lat 90. nie zagrywał się w genialne dzieło nieodżałowanego Microprose’u, ten nigdy nie dowie się, jakie wspaniałe skojarzenia potrafi przywoływać fraza „Nieznany wróg”.

    Złote lata pecetowej rozrywki przypadły właśnie na ostatnią dekadę dwudziestego wieku. Grafika i dźwięk rozwinęły się wtedy na tyle, że gracz nie musiał dłużej interpretować kwadratów osiem na dziesięć pikseli jako żołnierzy i trzyipółbitowych pisków jako odgłosów wystrzałów. Zarazem technika nie zaszła jeszcze tak daleko, żeby twórcy zaczęli przedkładać „eye-candy” nad pomysł i grywalność.

    Mniej więcej w okolicach roku 1995 osiągnięto moment wspaniałej równowagi pomiędzy formą a treścią gier komputerowych. Nic dziwnego, że właśnie z tamtego okresu pochodzą niezapomniane klasyki zręcznościowe, przygodowe i strategiczne.

    W wieku okołodziesięcioletnim zagrywałem się do upadłego dwoma tytułami. O ile jednak monumentalna Civilization była swoistym never-ending story — bo przechodziło się ją raz za razem, za każdym razem obierając inną strategię — o tyle UFO: Enemy Unknown stawiało przed graczem jasno zarysowany cel: obronić Ziemię przed najazdem Obcych… a potem pograć z kolegami w piłkę.

    Ze starymi grami jest tak, że jeżeli grało się w nie „wtedy”, to można w nie równie dobrze zagrać „teraz” i nadal będą (prawie) tak samo fajne. Mocarna dawka sentymentu przysłoni wybrakowany interfejs i pikselozę czającą się w kątach ekranu. Natomiast jeżeli spróbujemy zasiąść przed tytułem, który do tej pory znaliśmy tylko ze słyszenia, to jakkolwiek kultowy by swojego czasu nie był, najprawdopodobniej nasz gust nie zdoła podźwignąć ciężaru tych wszystkich lat. Sam tak miałem z wielkim Frontierem. Że też „wtedy” na niego nie trafiłem…

    Dlaczego o tym piszę? Aby wyjaśnić, że jeśli „wtedy” nie zetknąłeś się z UFO, nigdy nie zrozumiesz, jak kolosalne pokłady klimatu zawierała — i nadal zawiera — ta gra. Nie zrozumiesz, jak to jest skradać się dwójką nieopancerzonych komandosów między jabłoniami w sadzie i nie wiedzieć, skąd padną śmiercionośne strzały Sectoidów; jakie to uczucie, gdy usiłujesz obronić sterroryzowane miasto i w beznadziejnej walce odpierasz ataki jednego Cyberdiscu za drugim; jaka duma cię rozpiera, gdy złapiesz żywcem pierwszego Leadera albo Commandera; jaką satysfakcję odczuwasz, gdy pod koniec wirtualnego miesiąca otrzymujesz dodatkowe dofinansowanie od światowych mocarstw nadzorujących działalność X-Comu, zadowolonych z twych dotychczasowych sukcesów.

    Przyznam, że „wtedy” nie przeszedłem UFO. Jako szczyl byłem za cienki taktycznie na tę grę, wykazywałem za mało cierpliwości, zbyt często ignorowałem działalność Obcych na swoim terenie. Wyczerpujące rady zawarte w dwóch artykułach w „Gamblerze” — zatytułowanych oczywiście „Nieznany wróg” i „Poznany wróg” — były bardzo pomocne, ale nie wystarczyły.

    Z Enemy Unknown zmierzyłem się dopiero jako maturzysta, całe pięć i pół roku po Inwazji (akcja gry rozpoczyna się w styczniu 1999 r.). Któregoś czerwcowego popołudnia stanąłem wreszcie oko w oko z marsjańskim Mózgiem i pociągnąłem za spust po raz ostatni. Rozpoczętą dawno temu krucjata doprowadziłem wreszcie do końca.

    Jakiś czas temu postanowiłem wrócić do UFO raz jeszcze. Z przyjemnością stwierdziłem, że gra przysparza równie dużo funu co dawniej. Tym razem zawiesiłem sobie poprzeczkę nieco wyżej i przeszedłem grę nie używając psioniki. Świat został uratowany raz jeszcze. Znowu możecie spać spokojnie, bez obaw, że w środku nocy wejdzie wam przez okno do pokoju człowiek-wąż z sondą analną. Lecz pamiętajcie, że zagrożenie w każdej chwili nadal może wynurzyć się z sedesu, więc kładźcie coś ciężkiego na klapie przed położeniem się do łóżka.

    Jakoś tak cieszę się, że w moim przypadku Civ i UFO, a nie Sims i WoW. Bez urazy. :)

    http://assets1.ignimgs.com/vid/thumbnails/user/2014/02/11/XCOM-UFO-Defense_1280w.jpg
    https://www.youtube.com/watch?v=7OdbkcR1ByE

    #gimbynieznajo #ufo #staregry #strategie
    pokaż całość

    +: lubie-sernik, k......3 +5 innych
  •  

    Tone i Svein Henjesand są norweskim małżeństwem mieszkającym w Sunnmøre. Sąd pierwszej instancji przyznał im właśnie słuszność w sporze z Nordeą, która musi teraz zapłacić poszkodowanym półtora miliona koron. Jest to pokrycie straty finansowej, jaką Henjesandowi ponieśli zaciągając kredyt we frankach szwajcarskich dziesięć lat temu. Kurs waluty poszedł wkrótce potem ostro w górę. Pożyczka urosła z 1,5 miliona koron do 4,1 miliona.

    Henjesandowie złożyli najpierw skargę w Finansklagenemnda, czyli u rzecznika konsumentów ws. finansowych. Tam usłyszeli, że decydując się na franki musieli być też gotowi na ryzyko związane z fluktuacjami kursów. Teraz sąd zgodził się poniekąd z taką opinią, ale mimo wszystko przyznał małżeństwu rację wskazując na cztery dalsze czynniki:

    1. Jeden z oddziałów Finansklagenemndy orzekł był wcześniej, że kredytów walutowych nie powinno się udzielać osobom fizycznym.

    2. Henjesandowie prosili bank o oferty umiarkowanego ryzyka. Zaproponowano im jednak franki, czyli inwestycję o ryzyku podwyższonym.

    3. Nawet gdyby Henjesandowie zdawali sobie w pełni sprawę z niebezpieczeństwa, Nordea powinna im się starać franki pisemnie wyperswadować, ponieważ bank wiedział, że jego klienci nie posiadają oszczędności wystarczających na obsłużenie gwałtownego wzrostu zadłużenia.

    4. Euro byłyby rozsądniejszym rozwiązaniem walutowym.

    Nie wiadomo na razie, czy Nordea odwoła się od wyroku.

    Chyba właśnie tak działa państwo istniejące nie tylko teoretycznie. A czy Amber Gold zwróciło już pieniądze?

    #norwegia #kredyt #banki
    pokaż całość

  •  

    Wszystko, co chciałeś wiedzieć o mechanice kwantowej, ale bałeś się zapytać (cz. 3 i ostatnia)
    (Część pierwsza tutaj, część druga tutaj).

    Kot Schrödingera obchodził niedawno osiemdziesiąte urodziny. Paradoks przez długi czas napędzał dyskusje o interpretacji mechaniki kwantowej i o roli świadomości w procesie pomiaru. Z czasem jednak naukowcy poczuli się kotem-zombie zmęczeni. Współcześni fizycy są bardziej prozaiczni od swoich poprzedników i skłaniają się raczej ku twierdzeniu, że o kolapsie funkcji falowej decyduje interakcja systemu z otoczeniem; że pomiar należy definiować właśnie jako taką interakcję.

    Ale i tu natychmiast pojawiają się zasadnicze pytania (na które nikt na razie nie zna odpowiedzi): Co jest otoczeniem? Kiedy otoczenie wchodzi w skład systemu kwantowego, a kiedy należy je traktować jako „coś osobnego”? Wreszcie: Gdzie dokładnie biegnie granica między światem kwantowym a światem makrofizycznym? Pytania te składają się na tzw. problem dekoherencji, który po prostu problem pomiaru zastępuje.

    Istnieje również pogląd, według którego równanie Schrödingera jest tylko przybliżeniem jakiegoś ogólniejszego (i nieliniowego, a więc (dużo) bardziej skomplikowanego) równania, i że gdyby udało się je sformułować, okazałoby się, że nie taka mechanika kwantowa straszna, jak ją malują. Owo „wymarzone” równanie wyjaśniłoby dokładnie proces kolapsu funkcji falowej i za jednym zamachem zniwelowałoby problem pomiaru i dekoherencji oraz usunęło wszelkie elementy probabilistyczne z teorii zastępując je starym dobrym determinizmem.

    Wbrew pozorom, uogólnienie równania Schrödingera nie jest trudne z punktu widzenia matematycznego. Problem polega na tym, że dokonać go można na wiele różnych sposobów i nikomu jak dotąd nie udało się znaleźć tego właściwego (z fizycznego punktu widzenia).

    Utnijmy wywód związany z równaniem Schrödingera i jego związkiem (lub, jak na razie, brakiem związku) z pomiarami i powróćmy do zagadnienia superpozycji właściwości stanu kwantowego. Wcześniej za przykład posłużyło nam położenie cząstki, ale nie podkreśliliśmy, że w mechanice kwantowej przestrzenna lokalizacja nie jest bynajmniej uprzywilejowanym pojęciem. W teorii panuje równouprawnienie między położeniem i pędem, jako że funkcję falową związaną z tym pierwszym można za pomocą pewnej matematycznej operacji (transformacji Fouriera) przekształcać bez trudu w funkcję falową „rozpisaną” na pęd.

    Położenie i pęd zajmują jednak szczególną rolę w opisie kwantowym, ponieważ mają charakter ciągły. Innymi słowy, cząsteczka może znajdować się w punkcie x, ale może też znajdować się w punkcie x+s, gdzie s jest dowolnie małą liczbą różną od zera. To samo tyczy się pędu... ale wielu innych wielkości już niekoniecznie. Zazwyczaj są one

    skwantowane,

    czyli przybierają oddzielne (dyskretne) wartości. Sztandarowym przykładem takiego zachowania jest energia. W mechanice kwantowej często rozpatruje się sytuacje, w których system może znajdować się w pewnym konkretnym stanie energetycznym, ale nie „pomiędzy” nimi. Jak już wiemy, przed pomiarem system będzie przebywał we wszystkich tych stanach energetycznych jednocześnie i dopiero w momencie wykonania pomiaru skolapsuje do jednego z nich. Ale teraz nie kolaps jest akurat najważniejszy, ale fakt, że pomiar wykaże, iż system posiada energię taką, taką albo taką — ale żadną inną. Energia została skwantowana[6].

    Warto zerknąć na matematyczne tło owego kwantowania. Wspomnieliśmy wcześniej, że kwantowe wektory stanu zamieszkują przestrzeń matematyczną zwaną przestrzenią Hilberta. Ich sąsiadami w tej przestrzeni są tzw. operatory. Jak sugeruje nazwa, zadaniem operatorów jest oddziaływanie na wektory stanu i przekształcanie ich w inne wektory.

    Istnieje klasa operatorów, która wyróżnia się pewną matematyczną cechą zwaną sprzężeniem. Zgodnie z podstawowymi zasadami mechaniki kwantowej, każdy taki operator należy przypisać do jakiegoś obserwabla, czyli obserwowalnej wielkości fizycznej. Albo odwrotnie: Każdy obserwabel jest unikalnie reprezentowany przez jakiś sprzężony operator (synonimem określenia „sprzężony operator” jest „operator hermitowski”).

    Co to ma wspólnego z kwantowaniem? Bardzo dużo. Każdy operator charakteryzuje ciąg liczb zwanych wartościami własnymi operatora. W przypadku operatorów hermitowskich, a więc tych fizycznych, znaczenie wartości własne jest fundamentalne: stanowią one możliwe wyniki pomiaru obserwabla, do którego dany operator został przypisany.

    Przykład: Energię systemu reprezentuje operator E, który posiada dwie wartości własne; oznaczmy je jako E1 i E2. Jeśli spróbujemy teraz zmierzyć energię (i jeśli pomiar będzie wykonany w sposób poprawny), odkryjemy, że wynosi ona albo E1, albo E2. Żadna inna wartość nie wchodzi w grę.

    Niestety, nie wszystkie operatory się ze sobą lubią. „Nielubienie” oznacza w tym wypadku, że pomnożenie[7] operatora A przez operator B da inny wynik niż pomnożenie B przez A. W przypadku operatorów hermitowskich ma to drastyczne implikacje dla fizycznej rzeczywistości: nie można zmierzyć jednocześnie (z dowolnie wysoką dokładnością) dwóch obserwabli, których operatory są ze sobą „skłócone”. Mówimy wtedy o

    niekomutujących obserwablach.

    Najsłynniejszą parą takowych jest położenie i pęd. Mierząc położenie zakłócamy pęd; z im większą dokładnością wykonujemy pomiar położenia jakiejś cząsteczki, tym bardziej zmieniamy jej pęd. I odwrotnie: Mierząc pęd, siłą rzeczy „przepychamy” cząsteczkę w inne miejsce przestrzeni. (Ściślej rzecz biorąc, należałoby powiedzieć, że kolapsując funkcję falową położenia, „rozmazujemy” funkcję falową pędu — i vice versa).

    Niekomutującymi obserwablami zajmuje się słynna zasada nieoznaczoności Heisenberga, która głosi dokładnie to, o czym napisaliśmy już w poprzednim akapicie: według mechaniki kwantowej niektórych wielkości fizycznych nie da się zmierzyć jednocześnie (z dowolnie wysoką dokładnością) i nie wynika to z niedoskonałości naszych pomiarów, lecz z podstawowego prawa przyrody.

    W szerszym, filozoficznym ujęciu nieoznaczoność Heisenberga związana jest z zasadą komplementarności mówiącą, że niektóre właściwości i pojęcia fizyczne są ze sobą niekompatybilne i nie da się ich sprowadzić do pojedynczego aspektu rzeczywistości. Nie brzmi to może zbyt groźnie, dopóki nie uświadomimy sobie, że wzajemną niekompatybilnością odznaczają się dwa pojęcia o zupełnie fundamentalnym znaczeniu — położenie czasoprzestrzenne i związek przyczynowo-skutkowy. Dlaczego?

    Dlatego że położenie czasoprzestrzenne jest określane przez, cóż, przez położenie przestrzenne i czasowe, natomiast związki przyczynowo-skutkowe są determinowane przez prawa zachowania pędu i energii. Jak już wiemy, położenie przestrzenne i pęd stanowią parę niekomutujących obserwabli; w pewnym sensie niekomutującymi obserwablami są również czas i energia. Jeśli skupimy się w naszych obserwacjach na położeniu czasoprzestrzennym, związki kauzalne muszą usunąć się w cień; natomiat gdy pytamy o przyczynę i skutek, nie ma sensu pytać jednocześnie o umiejscowienie zjawisk w czasie i przestrzeni.

    Tę nieco ponurą uwagą nasze popularnonaukowe wprowadzenie w mechanikę kwantową się zakończy. Liczę, że lektura, choć długa, okazała się poglądowa, interesująca i zrozumiała. Oczywiście, nie trzeba mówić, że o wielu rzeczach nie napisałem… ale warto wypunktować, o jakich dokładnie. W powyższym wywodzie nie znalazło się miejsca dla:

    ...innych interpretacji fizyki kwantowej. Miejcie na uwadze, że ich celem jest nierzadko pozbycie się niepożądanych implikacji filozoficznych standardowej (kopenhaskiej) interpretacji. Powyższe wprowadzenie utrzymane jest jednak w kopenhaskim tonie.

    ...opisania dualizmu korpuskularnego-falowego. Dualizm korpuskularno-falowy to zjawisko polegające na tym, że światło i materia w niektórych okolicznościach zachowuje się jak cząsteczki (korpuskuły), a w innych jak fale. Ich natura odznacza się więc komplementarnością.

    ...wyjaśnienia, czym jest splątanie kwantowe i paradoks EPR, jaki to ma związek z nielokalnością (czyli możliwością przekazywania sygnałów z szybkością większą od szybkości światła) i jak ogromny potencjał technologiczny może się w tym kryć. Polecam niegrubą Extensę Jacka Dukaja.

    ...głębokim konflikcie mechaniki kwantowej z ogólną teorią względności i poszukiwaniach kwantowej teorii grawitacji, Świętego Graala współczesnej fizyki.

    Może innym razem?

    ____________________
    [6] W wielu sytuacjach energia może jednak przybierać ciągłe wartości. Z drugiej strony kwantyzacji ulegają również inne fizyczne wielkości. Najważniejsza z nich to tzw. spin, pewna mikroskopijna i szalenie istotna właściwość cząstek, którą od wielkiej biedy można porównać do sposobu, w jaki cząstki „wirują”. To porównanie jest jednak w gruncie rzeczy bardzo mylące, bo cząstki, jako twory zerowymiarowe, obracać się dookoła własnej osi po prostu nie mogą.

    [7] Operatory można bowiem przez siebie „mnożyć”, choć nie jest to zwykłe mnożenie arytmetyczne.

    #gruparatowaniapoziomu #fizyka #fizykakwantowa
    @Brzytwa_Ockhama @yoloBaklawa @arba @ViperJay @BionicA
    pokaż całość

    +: d..................h, QuantumMechanist +39 innych
    •  

      Nie ma znaku równości między oddziaływaniem a kolapsem.

      @Clermont: Nie stawiałem takiego znaku równości. Napisałem tylko, że „o kolapsie decyduje interakcja” (w przeciwieństwie do „świadomości obserwatora”, jak uważano kiedyś). Przykłady z mierzeniem bez interakcji są ciekawe, ale dość egzotyczne, bo opierają się na postselekcji.

      Synonimem operatora hermitowskiego jest operator samosprzężony

      @BionicA: Racja, dzięki za czujność.

      Pogląd głoszony przez kogo? Nieliniowość jest w konflikcie z superpozycją

      @Clermont: Chodziło mi głównie o teorię Ghirardiego-Riminiego-Webera. To też jest oczywiście tylko ciekawostka (tak jak Twój przykład z mierzeniem bez interakcji), ale pisząc „istnieje również pogląd” nie obiecywałem przecież dużo.

      Nie rozumiem tego zdania.

      @Clermont: Chyba je nadinterpretujesz. Zaraz potem napisałem przecież: „Jeśli skupimy się w naszych obserwacjach na położeniu czasoprzestrzennym, związki kauzalne muszą usunąć się w cień; natomiat gdy pytamy o przyczynę i skutek, nie ma sensu pytać jednocześnie o umiejscowienie zjawisk w czasie i przestrzeni.”

      Nie chodzi mi o niezgodność z SR, ale że wykonując pomiar kwantowy musisz czasami wybierać: albo położenie, albo pęd; albo czas, albo energia.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    Wszystko, co chciałeś wiedzieć o mechanice kwantowej, ale bałeś się zapytać (cz. 2)
    (Dzisiaj zabijemy, a może i nie, kota Schrödingera. Poprzednia część tutaj.)

    Według mechaniki kwantowej cząstka jest „rozmazana” po całym systemie; pytanie o jej położenie w klasycznym sensie tego słowa to jak pytanie, co wydarzyło się trzydziestego pierwszego kwietnia.

    Niektórzy z Was powinni w tym momencie nabrać podejrzeń. „Jak to?”, zapytacie. „Jak to ‚rozmazana’? Przecież jeżeli wykona się pomiar, to stwierdzimy, że cząstka znajduje się w jakimś konkretnym miejscu. W praktyce żaden pomiar nie jest co prawda doskonały, więc położenia nie ustalimy z nieskończenie wysoką precyzją, ale obszar poszukiwań da się zawęzić do bardzo małego wycinka przestrzeni. O żadnym ‚rozmazaniu’ nie może być więc mowy”.

    Tak, owszem. Nie wolno jednak zapominać o założeniu, na którym spoczywa powyższe rozumowanie: „jeżeli wykona się pomiar”. Według mechaniki kwantowej sytuacja przedstawia się bowiem tak, że dopóty pomiaru nie wykonamy, dopóki cząstka będzie znajdowała się wszędzie. Natomiast w momencie wykonania pomiaru nastąpi kolaps funkcji falowej i położenie cząstki zredukuje się do „bardzo małego wycinka przestrzeni” (którego wielkość określona jest przez niedokładność pomiaru).

    Do którego dokładnie? O tym teoria nie mówi. Dysponujemy wyłącznie rozkładem prawdopodobieństwa — kolaps ma charakter nie deterministyczny, lecz probabilistyczny.

    Właśnie tutaj pojawia się ów słynny element losowy, z którego mechanika kwantowa słynie i który tak bardzo nie podobał się Einsteinowi, że sprzeciwił mu się w liście do swego przyjaciela Maxa Borna słynnym zdaniem „Bóg nie gra w kości” (nie wszyscy wiedzą jednak, co Einsteinowi odpowiedział jego korespondent: „A jednak to nie my będziemy mówić Mu, jak kierować światem”).

    Rola probabilistyki w mikroskopijnym świecie jest jednak zazwyczaj przeceniana, bo w pewnym sensie teoria ta jest także całkowicie deterministyczna. Załóżmy, że znamy kwantowy wektor stanu w pewnej chwili i chcemy dowiedzieć się, w jaki sposób będzie on ewoluował z czasem. Odpowiedzi dostarcza nam słynne

    równanie Schrödingera,

    które pozwolę sobie przytoczyć w całości[5].

    Wygląda groźnie? Wcale nie. Przede wszystkim po obu stronach widzimy greckie psi Ψ, które, jak już wiemy, oznacza kwantowy wektor stanu. Po lewej stronie występuje on w połączeniu z operatorem różniczkowym, tym dziwnym ułamkiem. Ta kombinacja symboli oznacza „sposób, w jaki kwantowy wektor stanu zmienia się czasem”. Po prawej stronie oddziałuje na niego operator H reprezentujący energię. Natomiast i i przekreślone h to, odpowiednio, liczba wyimaginowana (czyli taka, której kwadrat równa się -1) i stała Plancka podzielona przez 2π. Równanie Schrödingera oświadcza nam zatem coś zgoła prostego: ewolucja stanu kwantowego określona jest przez jego zawartość energetyczną.

    Równanie Schrödingera jest całkowicie deterministyczne: znając wektor stanu w danej chwili, możemy wyliczyć, jak będzie wyglądał w dowolnej chwili w przyszłości. Warunek: W międzyczasie nie wolno wykonywać żadnych pomiarów. Jeżeli spróbujemy zmierzyć dowolną wielkość fizyczną związaną z systemem, to deterministyczna ewolucja się załamie i wektor stanu gwałtownie się zmieni. Zmiana ta będzie z jednej strony określona przez charakter naszego pomiaru, ale z drugiej — przez probabilistyczne prawidła rządzące teorią. Nieprzewidywalność jest wbudowana „na stałe” w mechanikę kwantową i nie wynika ani z niedoskonałości naszych pomiarów, ani z braku pełnej wiedzy na temat systemu.

    A co wydarzy się potem, czyli po pomiarze? Nic szczególnego — skolapsowany wektor podejmie swoją deterministyczną, zgodną z równaniem Schrödingera ewolucję… oczywiście dopóki nie wykonamy kolejnego pomiaru.

    Jeżeli zapytacie teraz, jak właściwie definiowany jest pomiar, będzie to niezwykle wnikliwe pytanie… na które niestety nie ma odpowiedzi, chociaż poszukuje się jej dość intensywnie od kilkudziesięciu lat (tzw. problem pomiaru). Mechanika kwantowa nie odpowiada na pytanie, co już jest pomiarem, a co jeszcze nim nie jest.

    Dawniej uważano, że w jakiś tajemniczy sposób niebagatelną rolę odgrywa tu świadomość inteligentnego obserwatora; że kolaps funkcji falowej powodowany jest ingerencją jakiegoś wścibskiego człowieka (albo Obcego, albo półinteligentnego szympansa), który poprzez obserwację pozyskuje wiedzę na temat systemu. Jeśli uważacie, że takie podejście wydaje się zbyt metafizyczne i niczego nie wyjaśnia (bo jak zdefiniować „świadomego inteligentnego obserwatora”?) będziecie mieli rację. Problematyczność kwestii doskonale ilustruje słynny

    paradoks kota Schrödingera:

    Mamy kota zamkniętego w pojemniku. Wewnątrz pojemnika znajduje się też mechanizm zdolny do szybkiego i bezbolesnego uśmiercenia futrzaka, np. poprzez stłuczenie fiolki z trującym gazem. Zapalnikiem jest niestabilny atom — aktywacja mechanizmu nastąpi w momencie jego rozpadu. Rzecz w tym, że, zgodnie z mechaniką kwantową, tak długo jak nie wykona się pomiaru, atom będzie znajdował się w superpozycji „rozpadnięty”-„nierozpadnięty”.

    Czy oznacza to, że dopóki ktoś nie zajrzy do pojemnika, dopóki kot również będzie znajdował się w superpozycji „martwy”-„żywy”? Ale dlaczego zwierzak nie liczy się jako obserwator? Kto jak kto, ale on powinien akurat wiedzieć, czy jeszcze żyje, czy już umarł… A jeżeli kota zastąpimy dużo prostszym organizmem, na przykład amebą? A jeśli ktoś zajrzy do pojemnika, ale nie powie od razu pozostałym, co zobaczył — czy on również będzie przez pewien czas „zsuperpozycjonowany” (tzw. paradoks przyjaciela Wignera)?

    Podobne pytania można mnożyć długo. Nieszczęsny kot Schrödingera udowadnia, że angażowanie w sytuację pojęcia „świadomego obserwatora” niczego nie rozwiązuje.

    ____________________
    [5] W lekko, ale tylko lekko, uproszczonej wersji.

    #gruparatowaniapoziomu #fizyka #fizykakwantowa
    pokaż całość

    +: zetisdead, P.......k +25 innych
  •  

    Od pół wieku tak zwane prawo Moore’a zaskakująco precyzyjnie opisuje rozwój techniki informatycznej. Gordon Moore, współzałożyciel Intela, sformułował jego pierwszą wersję w 1965 r. w artykule pt. „Upychanie dodatkowych komponentów w układach scalonych”. Ogłosił podówczas, że liczba tranzystorów mieszczących się w procesorach będzie podwajać się średnio raz na dwa lata. W przeciągu następnych dziesięciu lat skorygowano ten okres do osiemnastu miesięcy. Prognoza sprawdziła się jak mało która.

    Jednakże każdy realny postęp geometryczny w pewnym momencie zderzy się z fizycznym sufitem. Dla gęstości upakowania tranzystorów pryncypialne ograniczenie stanowi rozmiar atomów. W chwili obecnej odstęp między komponentami wynosi około dziesięciu nanometrów. Tę odległość da się zapewne jeszcze trochę zmniejszyć, lecz jeśli prawo Moore’a miałoby utrzymać się w mocy przez kilka kolejnych dekad, inżynierowie musieliby wkrótce wymyślić tranzystor mniejszy od atomu wodoru. Eufemistycznie mówiąc, to trudne zadanie, więc branża półprzewodnikowa sądzi, że prawo Moore’a lada rok odejdzie do lamusa. Z drugiej strony pamiętajmy, iż w przeszłości jego żywotność zaskoczyła sceptyków kilkukrotnie.

    Czy ewentualny kres prawa Moore’a oznacza koniec informatycznego postępu? Bynajmniej. Tim Cross na łamach The Guardiana opowiedział, jak może wyglądać „życie po Moorze”; skąd będzie brał się przyrost mocy obliczeniowej i szybkości pracy z komputerami, gdy tranzystory osiągną już minimalne rozmiary.

    - Lepsza optymalizacja kodu. Częsta wymiana hardware’u przestanie być wymówką dla leniwych programistów.

    - Procesory będą specjalizować się w określonych zadaniach (np. rozpoznawanie obrazu).

    - Procesory staną się trójwymiarowe, tzn. będą składać się z wielu warstw tranzystorów połączonych ze sobą w trzech osiach. Samsung rozpoczął przecieranie szlaku kilka lat temu. Główny problem tej architektury stanowi jednak chłodzenie. Trzeba wiercić mikrootwory i pompować specjalną ciecz chłodzącą.

    - Komputery kwantowe – w które osobiście nie wierzę. Obiecuje się je nam od kilkunastu lat. W urzeczywistnienie wielkoskalowej koncepcji kubitów zainwestowano ogromne pieniądze, natężały się nad nią genialne umysły. Gdyby ich zbudowanie było możliwe, już by to nastąpiło. Albo więc pomysł jest niewypałem, albo najpierw musi nastąpić zmiana naukowo-technologicznego paradygmatu.

    - Skoncentrowanie mocy obliczeniowej w superkomputerowych serwerowniach. Nasze komputery, tablety i smartfony będą „głupimi” klientami czerpiącymi z niezmierzonych zerojedynkowych zasobów poprzez błyskawiczny internet, jeszcze szybszy niż dzisiejszy.

    - Wygodniejszy interfejs. Pierwszy przełom – ekrany dotykowe – dokonał się już za sprawą Apple’a. Czekamy na następne: porozumiewanie się głosem i gestami oraz rzeczywistość wspomaganą a’la Google Glass.

    #gruparatowaniapoziomu #komputery
    pokaż całość

    •  

      @eagleworm: Komputery kwantowe nie stały sie rzeczywistością bo mamy nadal zbyt słabo rozwiniętą nanotechnologię. Jednak aby ta byłaby wystarczająco rozwinięta i tania należy rozwijać trójwymiarowe drukarki, bo tylko one są w stanie zbudować na tyle małe drukarki 3D aby te mógłby zbudować wystarczająco małe drukarki 3D, do zbudowania wystarczająco małych drukarek 3D, które zbudują na tyle małe drukarki 3D, że te będą w stanie zbudować nano drukarki 3D, które zbudują nano fabrykę produkującą układy kwantowe odporne na wstrząsy. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Oczywiście do tego czasu pewnie już zbliżymy się do maksymalnej wydajności klasycznych komputerów.
      pokaż całość

    •  

      @eagleworm: jak widze dobrze uzyte bynajmniej to az beniz staje (。◕‿‿◕。)

  •  

    Wszystko, co chciałeś wiedzieć o mechanice kwantowej, ale bałeś się zapytać (cz. 1)
    (tak, sam napisałem :))

    Popularne wprowadzenie do mechaniki kwantowej powinno zaczynać się od przedstawienia historycznej genezy teorii. Okoliczności jej powstania składają się bowiem na niezwykle zajmującą opowieść, w której nie brak wybitnych nazwisk, zażartych sporów i przełomowych koncepcji. (Nie)stety, gdybym choć pobieżnie chciał omówić tu historię powstania fizyki kwantowej, skończyłoby się na osobnej notce. Ograniczę się zatem tylko do niezbędnego minimum:

    Za symboliczną datę narodzin teorii zwykło przyjmować się 14 grudnia 1901, kiedy to Max Planck w swoim odczycie dla Niemieckiego Towarzystwa Naukowego postulował istnienie kwantów energii. Do ich odkrycia doprowadziły go badania nad tzw. promieniowaniem ciała doskonale czarnego[1]. Dalszy rozwój prawideł mechaniki kwantowej motywowała konieczność udoskonalenia istniejącego modelu atomowego. Struktura nowej gałęzi fizyki krzepła przez mniej więcej 30 lat[2]. Gdy w 1930 r. ukazał się kanoniczny podręcznik Paula Diraca pt. Principles of Quantum Mechanics, „kwantówka” była już w pełni ukształtowaną teorią.

    Źródłem wszystkich niezwykłości w mechanice kwantowej jest sposób, w jaki teoria ta opisuje stany systemów fizycznych. Rozważmy najprostszą sytuację: w pustej przestrzeni porusza się oto materialna cząsteczka, na którą nie oddziałują żadne siły. Według fizyki klasycznej stan cząstki w dowolnej chwili określa sześć liczb — trzy koordynaty przestrzenne precyzujące jej położenie i trzy składowe wektora pędu opisujące jej prędkość (oraz masę).

    Chcąc przewidzieć dalszy ruch cząsteczki, należy sięgnąć po słynne prawa Newtona kodyfikujące jej ruch „po wsze czasy”. Akurat w powyższej sytuacji żadnych sensacyjnych rezultatów się nie doliczymy, bo cząsteczka, dopóki nie natknie się na inne cząstki i nie padnie ofiarą oddziaływań elektromagnetycznych i grawitacyjnych, dopóty będzie poruszać się ruchem jednostajnie prostoliniowym.

    W ujęciu fizyki klasycznej powyższe podejście stosuje się jednak do wszystkich systemów, także tych o nieporównywalnie większym stopniu skomplikowania — kluczem do całkowitej wiedzy o systemie jest więc zawsze położenie i pęd każdego z jego elementów, a rolę zamku pełnią prawa Newtona[3].

    Metoda stosowana przez mechanikę kwantową wygląda zupełnie inaczej, gdyż tutaj położenie i pęd odgrywają drugorzędne znaczenie. Tym razem stan fizyczny opisywany jest przez kwantowy wektor stanu oznaczany zazwyczaj jako |Ψ>. Kwantowy wektor stanu to obiekt matematyczny zamieszkujący tzw. przestrzeń Hilberta.

    Jak sugeruje sama nazwa, jest tworem wysoce abstrakcyjnym, więc nie będziemy nawet starali się „przetłumaczyć” jego istoty na codzienny język. Liczy się bowiem to, że — w założeniu — kwantowy wektor stanu zawiera w sobie kompletną informację o opisywanym stanie fizycznym. Wszystkie właściwości stanu, o jakie jest sens pytać, są zawarte w obiekcie oznaczonym przez niepozorny symbol |Ψ>.

    Brzmi nieźle. Niestety, natychmiast pojawia się pierwsza implikacja poważnie kłócąca się ze zdrowym rozsądkiem. Załóżmy, że opisujemy w sposób kwantowomechaniczny system składający się z cząstki uwięzionej między nieskończonymi potencjałami (czyli, po ludzku mówiąc, mowa o cząstce zamkniętej „na amen” w jakimś pojemniku) i że z kwantowego wektora stanu chcemy uzyskać informację dotyczącą położenia cząstki w danej chwili. Niestety, nie da się. Najlepsze, co można zrobić, to przekształcić wektor stanu w

    funkcję falową,

    która opisuje prawdopodobieństwo, z jakim cząstka może znajdować się w danym regionie systemu. Podkreślmy: „może znajdować się”, a nie „znajduje się”. To pozornie banalne rozróżnienie odgrywa tu wysoce niebanalną rolę. Zgodnie ze standardową interpretacją[4] mechaniki kwantowej, cząstka znajduje się bowiem nigdzie i wszędzie jednocześnie — chociaż w niektórych miejscach jest „bardziej”, a w innych „mniej”. Prawdopodobieństwo, o jakim była mowa cztery zdania wcześniej, nie wynika z naszej niewiedzy, lecz z wewnętrznej nieokreśloności systemu kwantowego. Cząstka jest „rozmazana” po całym systemie; pytanie o jej położenie w klasycznym sensie tego słowa to jak pytanie, co wydarzyło się trzydziestego pierwszego kwietnia.

    cdn.

    ____________________
    [1] Pod tą nieco podejrzaną nazwą kryje się po prostu każde ciało, które w ogóle nie odbija padającego na nie promieniowania elektromagnetycznego (czyli zwykłego światła oraz całej reszty elektromagnetycznego spektrum). Ciało doskonale czarne to fizyczna idealizacja, podobnie jak ten koń z dowcipu, który ma kształt kuli i porusza się ruchem harmonijnym. W praktyce teoria ciała doskonale czarnego daje się na szczęście z powodzeniem stosować do „zwyczajnych” ciał, np. do Słońca. Fizycy wykorzystują ją do przewidywania, w jaki sposób rzeczone ciała będą reemitować uprzednio pochłonięte, lub nawet samodzielnie wytworzone, promieniowanie.

    [2] Najbardziej skoncentrowane prace nad aparatem matematycznym nowej teorii przypadają jednak na drugą połowę lat dwudziestych.

    [3] Mówimy tutaj o mechanice, czyli gałęzi fizyki zajmującej się ruchem materii, lecz w ten sam schemat wpisuje się także klasyczny elektromagnetyzm. „Jedyna” różnica polega na tym, że rolę położenia i pędu przejmują wektory pola elektrycznego i pola magnetycznego, a rolę praw Newtona — równania Maxwella. Warto dodać, że synteza newtonowskiej mechaniki i maxwellianskiego elektromagnetyzmu nie nastręcza teoretycznych trudności, choć do pełnego zrozumienia pewnego szalenie istotnego niuansu związanego z prędkością światła niezbędna była szczególna teoria względności Einsteina ze wszystkimi jej implikacjami.

    [4] Standardową nie znaczy jedyną. Formalizm mechaniki kwantowej można interpretować na różne sposoby i niektóre z nich (w szczególności tzw. ontologiczna interpretacja Bohma) dopuszcza dużo bardziej zdroworozsądkowe podejście do zjawisk kwantowych. Standardowa interpretacja jest jednak... standardowa, chociaż niewykluczone, że zadecydowały o tym nie obiektywne walory, a ogromny autorytet Nielsa Bohra, jej zażartego obrońcy. Przegląd poszczególnych interpretacji formalizmu mechaniki kwantowej to doskonały temat na zupełnie osobny artykuł.

    #gruparatowaniapoziomu #fizyka #fizykakwantowa
    pokaż całość

    •  

      @LukaszLamza: Rozumiem, o czym piszesz, za to ty nie rozumiesz, że wprowadzanie obiektywnego kolapsu, realizmu, nielokalności czy jakiekolwiek próby uczynienia funkcji falowej rzeczywistym obiektem to nie debata filozoficzna, tylko ingerencja w fizykę. Fizyczna strona mechaniki kwantowej = interpretacja kopenhaska. Nie ma konkurentów i nie ma czego interpretować w fizycznym sensie. Zostawiam w spokoju filozofów i filozofujących fizyków, którzy nie zaprzeczają faktom znanym z fizyki. Niestety, większość z nich zaprzecza, w gruncie rzeczy podważając podstawowe aksjomaty. Więc to nie jest lepsza interpretacja mechaniki kwantowej (bo ta jedyna jest znana), tylko ich nowa mechanika kwantowa. Problem w tym, że to ta kopenhaska od 90 lat święci sukcesy i nie odnosi porażek. pokaż całość

    •  

      @Clermont: "Zostawiam w spokoju filozofów i filozofujących fizyków, którzy nie zaprzeczają faktom znanym z fizyki." - na pewno są Ci bardzo wdzięczni. :) A tak już mówiąc serio, to musisz przyznać, że "interpretacja" kopenhaska nie jest de facto interpretacją, tylko brakiem interpretacji. Jest odpowiednikiem agnostycyzmu. W tym sensie rozumiem, o co chodzi z hasłem, że "mechanika kwantowa nie potrzebuje interpretacji" i mogę podpisać się pod stwierdzeniem, że "fizyczna strona mechaniki kwantowej = interpretacja kopenhaska" (przy czym wahałbym się, czy nie lepiej byłoby napisać "matematyczna..."). Chodzi mi WYŁĄCZNIE o zgodę na to, że przynajmniej dla niektórych ważnych przedstawicieli mechaniki kwantowej owa fizyczna/matematyczna strona MK to NIE WSZYSTKO i że to nie jest bełkotanie przygłupów przy bełcie, tylko potencjalnie ważne sprawy, powiedzmy sobie, światopoglądowe.

      Powtórzę - ja osobiście nie siedzę w filozofii mechaniki kwantowej, natomiast miałem przyjemność przejścia przez pełen kurs uniwersytecki mechaniki kwantowej, z relatywistyczną włącznie, i pewne pytania naturalnie cisną się na usta. Miło jest mi zauważyć, że również wysłużeni Nobliści zadają te same pytania, więc to nie tylko jakieś moje naiwne głupotki studenta. I są to pytania, których wypowiedzenie, analizowanie czy nawet poszczególne próby odpowiedzi, wcale nie naruszają fizyki. Nikt zdrowy na rozumie nie będzie przecież twierdził, aby potencjalnie sprawdzalne obserwacyjnie pytania rozstrzygać metodą analizy filozoficznej! Nierówności Bella są ważne filozoficznie, ale sprawdzalne - więc trzeba po prostu sprawdzić, i jeżeli moja teoria filozoficzna jest niezgodna z wynikiem, to tym gorzej dla teorii. Natomiast "interpretacja" kopenhaska oznacza odpowiedzenie studentowi, który naturalnie wpada na te pytania, żeby siedział cicho i nie filozofował, tylko po prostu policzył atom wodoru i jak wyjdzie zgoda ze spektroskopią, to szafa gra.

      Inaczej mówiąc, owszem, ISTNIEJE rdzeń fizyczny, i, owszem, interpretacja kopenhaska jest najbardziej bezpiecznym, najbardziej oczywistym sposobem uczynienia mu zadość, ale istnieje też wiele pytań, na które ów rdzeń nie odpowiada - bo to NIE są pytania czysto naukowe. Istnieje ponadto pokaźna populacja znakomitych fizyków, którzy poważnie się tymi pytaniami zajmują. Tyle.

      Nie mogę pojąć, dlaczego nie możemy zgodzić się na tych kilka, zdawałoby się, elementarnych faktów, które nie należą przecież nawet do spraw naukowych, tylko dotyczących socjologii/historii nauki. Jeżeli mieścisz się w gronie osób, którym wystarcza "interpretacja" kopenhaska, należąc więc wg ostrożnych szacunków do 42% fizyków kwantowych - brawo, proszę bardzo. Ale nie zaprzeczaj, na Boga, że istnieje pozostałe 58% i że to również mogą być porządni fizycy.

      Dobra, teraz już naprawdę kończę. Jeżeli masz ochotę, możemy podpisać protokół rozbieżności. Pozdr. serdecznie, dzięki za rozmowę.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (34)

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika eagleworm

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.