•  

    Last.fm, czyli ja i statystyki

    Absurd determinizmu

    Trzy miesiące temu założyłem http://blogdawidaomuzyce.blogspot.com/ (swoją drogą mam szczęście do dobrych tytułów bloga. Kiedyś miałem http://blog-o-matematyce.blogspot.com/ ). Wpis ten początkowo miał się okazać tylko na blogu, ale doszedłem do wniosku, że wykop chyba póki co jest najlepszym miejscem na wstawianie swoich przemyśleń. Odzew szybszy. Może i niektórzy potencjalni czytelnicy nie mają konta na wykopie, ale i tak, tylu komentarzy pod swoimi wpisami nie miałem (w tak krótkim czasie) na żadnym blogu. Poza tym sama idea jest świetna. Na blogu chyba każdemu zaczyna zależeć na ilości wejść, czy komentarzy, a na youtubie ludzie nawet zarabiają na swojej twórczości. Tutaj raczej wstawia się rzeczy bezinteresownie. Liczy się tylko wymiana myśli. Może niektóre wpisy mogą ładniej wyglądać, przyciągać tytułem, czy obrazkiem, ale i tak trzeba się zmieścić w jakiejś określonej konwencji.

    Omówię tutaj starannie rzecz, która zaprząta(ła) moją głowę od kilku ładnych lat, czyli... statystyki. Temat długi, ale ja postaram zmieścić się (na potrzeby wykopu) w miarę rozsądnych granicach.

    Czasem mam wrażenie, że przedstawić swoją filozofię, podejście do życia mógłbym z wielką dokładnością i przejrzystością chyba tylko w połączeniu z opisami sytuacji z mojego życia. Na zbyt duży ekshibicjonizm nie jestem gotowy. Ale troszeczkę… może nie zaszkodzi.

    Dlaczego piszę tę notkę?

    Wierzę, że ludzie myślą podobnie i że uchwycone pojedyncze historie jednostek potrafią oddać jakąś uniwersalną prawdę.

    ***

    Od czego by tu zacząć…
    jest 31.03.2013. Eh, no dobra, 30.03.2013. Też fajnie wygląda.
    Koleżanka pisze:
    - załóż sobie last fm.
    Ja korzystam z jej rady: https://www.last.fm/pl/user/Dawidk01 , choć może jakiś głos przyszłości, mój głos mówi: last.fm zmieni Twoje życie w sposób, jaki sobie nie wyobrażasz. Pewnego dnia, po kilku latach dojdziesz do wniosku, że wplątałeś się w coś, co Tobą owładnęło i przyprawiło o poczucie niemocy. W przypływie złości skasujesz swój profil, po czym dzięki temu po raz pierwszy od dziś poczujesz się wolny.

    Już 5.05.2013. koleżanka pisze:
    - CHOLERA SKONCZ Z TYM LAST FM BO ZACZNE ZALOWAC, ZE CI TO CHOLERSTWO POKAZALAM.

    Co to w ogóle ten last.fm? Pewnie wielu wykopków go ma, no ale tak w skrócie, można sobie wyobrażać, że pozwala nam przejrzeć jakiej danego dnia o danej godzinie słuchaliśmy muzyki. Wystarczy zainstalować jakąś wtyczkę do przeglądarki, która będzie na bieżąco zapisywać w last.fm (scrobblować) jakich utworów słuchasz. Zakładając konto byłem w okresie przedmaturalnym i teraz fajnie jest, że mogę wrócić wspomnieniami do tych dni. Czyli wszystko fajnie.
    No nie do końca.

    Lubię być dokładny. W samochodzie, słuchając radia usłyszałem jakąś piosenkę. Zacząłem się zastanawiać, czy ją też wklepać do last.fm? Stwierdziłem, że tak. Przecież są takie dni, że słucham tylko muzyki z różnych innych źródeł, niż internet. Albo jak będę na koncercie, to potem we wspomnieniach na last.fm nawet tego nie zauważę.

    I tak to się wszystko nakręcało.

    ***

    Ogólnie do statystyk mam słabość. Od gimnazjum, a może już od podstawówki robiłem na przykład jakieś symulacje karier piłkarzy. Kto, ile goli, w którym sezonie strzeli. Weźmy takiego Messiego i jego sezony w La Liga (za wikipedią):

    Sezon Mecze Gole
    04/05 7 1
    05/06 17 6
    06/07 26 14
    07/08 28 10
    08/09 31 23
    09/10 35 34
    10/11 33 31
    11/12 37 50
    12/13 32 46
    13/14 31 28
    14/15 38 43
    15/16 33 26
    16/17 34 37
    17/18 34 34

    18/19 36 34
    19/20 28 22
    20/21 31 24
    21/22 33 25
    22/23 34 26
    23/24 30 22
    24/25 33 18
    25/26 27 13
    26/27 34 17
    27/28 22 7

    No dobra, od sezonu 17/18 to już sam wymyśliłem. No ale czemu by tak nie miało być? Na podstawie różnych statystyk, analizowania, można dojść nieraz do ciekawych wniosków. Na przykład u niektórych zawodników ciekawie widać cykle czteroletnie. No ale na to nie miejsce tutaj. W każdym razie takie zabawy towarzyszą mi już od długiego czasu i, można powiedzieć, rozwijam je ciągle. Ale nie wracam do statystyk, które kiedyś zrobiłem, żeby czasem nie myśleć o sobie, że coś przewidziałem. To tylko zabawa.
    Choociaż. Takie skoki narciarskie. Dzięki cyklowi 27 konkursów (często tyle jest w sezonie) czasem trafiałem na podstawie wcześniejszych występów, co będzie w następnym. A zawodnicy tłumaczą się potem, że w sumie nie wiedzą dlaczego konkurs im nie wyszedł, bo robią wszystko dobrze. Zabawne...

    Szkoda, że próbowałem w statystyki ubrać swoje życie.

    Już w 2014 po pierwszym roku studiów, dostrzegając że ludzie się uczą dużo i w ogóle jakoś to ich życie jest uporządkowane stwierdziłem, że wymyślę jakiś algorytm, który pozwoli mi prowadzić subiektywną statystykę życia. Po prostu w każdym dniu będę dawał sobie jakieś punkty za poszczególne części życia. Na przykład za naukę na studiach punkty w skali 0-50. Za muzykę, gdy odkryję coś ciekawego, albo pójdę na jakiś koncert dam sobie 0-15 punktów. Za niektóre rzeczy będą punkty minusowe.
    No i nawet prowadziłem tę statystykę kilka ładnych miesięcy. A więc oprócz codziennego zaprzątania sobie głowy muzyką na last.fm, dochodziło jeszcze myślenie w ciągu dnia o tym, ile punktów na koniec dnia sobie przyznać.

    Potem stwierdziłem: bez przesady! W sumie to z tych statystyk życia zrezygnuję i po prostu będę sobie zapisywał ile danego dnia poświęcam czasu na naukę.
    Oczywiście, w tej kwestii również byłem skrupulatny.
    Postanowiłem, że jednostką czasu będzie pół godziny. Siedziałem z zegarkiem w ręku i nabijałem kolejne godziny… średnia w ciągu kilku miesięcy, o ile pamiętam wyniosła jakieś 1,5 godziny dziennie nauki. Łącznie z czasem na uczelni. Jakim cudem? Akurat był okres, że zajęć było mało. Poza tym, gdy na przykład na 1,5 h wykładzie nie uważałem za bardzo, dałem sobie tylko 0,5 h do statystyk. I... tak... dalej…
    Często kończyło się na tym, że kończyłem zmęczony trudami dnia z jedną sesją nauki. To było straszne.

    Kiedyś postanowiłem, że trochę podgonię statystyki. Uczyłem się kilka dni ostro, ale… zachorowałem na grypę. Jak nie byłem chory od trzech lat, akurat wtedy złapałem grypę.

    “Czy to nie jest użalanie się maszyny, że jest maszyną? Niektóre maszyny mają większe możliwości. Inne uczą się stopniowo. Ale pod wpływem chwili nie można zmienić niczego. Gdy raz coś ci się uda, choć na to nie zasłużyłeś, potem będzie ci szło kilka razy jeszcze gorzej, niż byś mógł się tego spodziewać. Suma szczęścia i pecha się zawsze wyrównuje.” - myślałem czasami.

    Ale w czasie dużego kryzysu, który trwał jakieś pół roku, gdzie niesamowicie ciężko było mi się uczyć, doszedłem do wniosku, że człowiek został stworzony przez Boga z pewnymi możliwościami. Nie każdy może latać, nie każdy może być geniuszem. Choćby nie wiadomo jak się starał, los może z nim zrobić co chce. I warto zastanowić się, jaką misję mam ja do spełnienia. I nie próbować poprawiać się we wszystkim, bo tak się nie da. Ani też nie stresować się, że się nie poprawiło. Trzeba zaufać Bogu, że wie, co jest dla nas dobre. Dziękować za to co się ma, ewentualnie prosić o jakieś dary. Ale warto pamiętać, że Bóg zawsze o nas się troszczy, że Bóg żyje, że nas kocha. O ile pamiętam, był taki fragment w Ewangelii, że skoro lilie wodne wyglądają tak pięknie, choć nie troszczą się specjalnie o swój wygląd, to o ileż bardziej człowiek piękniej wygląda, człowiek, którego Bóg kocha.

    Ta myśl pozwoliła mi zdać jeden z egzaminów. Ale potem i tak wróciłem do statystyk.
    Znowu chciałem kontrolować swoje życie. Bałem się teraźniejszości. Bałem się działania, nie wiedziałem, gdzie mnie ono zaprowadzi. Znów przestałem ufać Bogu.

    Kiedyś na wykopie pisałem, że może w ramach eksperymentu artystycznego zostanę na miesiąc “Yuppie”. Po prostu, zmienię tożsamość… eh.

    ***

    Powyższy opis mojego podejścia do różnego rodzaju statystyk pozwoli pewnie lepiej zrozumieć clou sprawy, związane z portalem last.fm.

    Bo, oczywiście, portal last.fm oferuje wgląd do statystyk. Możemy zobaczyć ile w danym okresie słuchaliśmy danego utworu, albumu, czy wykonawcy. W sumie przez większość czasu użytkowania portalu tymi statystykami za bardzo się nie przejmowałem. Ale w ostatnim półroczu mocniej się nimi zająłem. Pewnie wyobrażacie sobie, z jakim skutkiem.

    Oto kilka statystyk, na które zwracałem szczególną uwagę:

    a) statystyki łączne odtworzeń, roczne i miesięczne,
    a) statystyki roczne i miesięczne odtworzeń dla poszczególnych wykonawców,
    c) statystyka, na ile odkrywam nowe utwory, czy wykonawców, oparta na swoim algorytmie.

    Oczywiście chciałem ciągle poprawiać swoje statystyki (no bo jak inaczej). Najłatwiej było w przypadku c). Po prostu poznawałem nową muzykę. Niby fajnie, ale po jakimś czasie ciągłego odkrywania człowiek dochodzi do wniosku, że gdzieś się zagubił. Może ta nowa muzyka jest fajna, ale nie ma szans na to, by na przykład dany poziom emocjonalny związany z jakimiś fajnymi wydarzeniami w moim życiu, który towarzyszy mi na przykład przy słuchaniu, ot, chociażby piosenek Brodki z płyty Granda, towarzyszył również randomowym piosenkom odtwarzanymi ze Spotify. Nie da się we wszystkim znaleźć siebie. Oczywiście, pewnie poznałem mnóstwo nowych, ciekawych wykonawców, do których z chęcią będę wracał. No i też może trochę związana, ciekawa, estetyczna rozkmina.
    Czy może podobać się równie mocno sto utworów na raz, czy sto dziewczyn na raz? Dopiero mając konto na instagramie zrozumiałem, że oglądając wkoło zdjęcia pięknych ludzi można, dosłownie, mieć odruch wymiotny, zacząć rzygać tęczą.

    Co do a). No może i łatwe zadanie. Ale… gdy wyśrubujemy statystyki, i na przykład rok temu słuchaliśmy 200 utworów (w sensie, że może jeden utwór cały czas, ale po prostu 200 scrobbli, 200 odtworzeń. No wiadomo o co chodzi), co przy założeniu, że piosenka trwa 3 minuty daje dziesięć godzin słuchania muzyki dziennie (!!!), no to, aby poprawić te statystyki trzeba się trochę namęczyć. Więc co robi Dawidk01?

    Słucha krótkich utworów.

    Spotify nie pozwala scrobblowania tych, trwających poniżej 30 sekund. A ręczne scrobblowanie mimo wszystko nie należy do przyjemnych (bo ja nigdy nie chciałem oszukiwać, i wklepywać czegoś czego nie słuchałem. Taka konsekwencja!). Na szczęście natrafiłem na… Johna Cage’a.

    Eh… jeżeli nie znacie jego muzyki to posłuchajcie. Jest tego dużo na Spotify, nie polecam.

    Jego 30-sekundowe utwory na pianino polegające na tym, że pianista wciska jakieś (wydaje się) losowe klawisze (bo melodii to tam raczej nie było) pozwoliły mi podreperować statystyki. Ale po raz pierwszy zacząłem odczuwać, że to co robię jest absurdalne, a wręcz głupie.
    W końcu też przeczytałem o jakimś utworze "There's a Riot Goin' On”, niby jakiś najkrótszy na świecie, czy coś. Na Spotify niby go przesłuchałem… 155 razy. I wklepałem ręcznie w last.fm.

    No i wreszcie, podpunkt b). Zrobiłem sobie statystyki miesięcznych odtworzeń poszczególnych (tych co lubię) wykonawców. No i gdy widziałem, że na przykład Eric Prydz ma zdecydowanie za mało odtworzeń (u mnie. Pamiętajcie, tylko u mnie!), postanawiałem, że będę tę liczbę z roku na rok powiększał.

    Ale że co? Mam prowadzić te statystyki do końca życia? A jak będę żył do setki, to mam ciągle być wyczulony na to, jakiego utworu słuchałem dzisiaj? I liczba odtworzeń Erica Prydza będzie się ciągle zwiększać… a jak umrę? Nagle spadnie? BEZ SENSU!

    Wreszcie nastąpił jakiś przełom!!!

    Nie samym last.fm żyje człowiek. To już te statystyki subiektywne życia były lepsze, bo próbowały ogarniać całe życie.
    No dobra, nie będę wybierał mniejszego zła.

    Ze statystyk można czasem wyczytać coś ciekawego. Z mojego profilu last.fm może wynikało w które dni lubię słuchać muzyki, może dało się przewidzieć mniej więcej jacy wykonawcy się mi jeszcze spodobają. A co wynika ze statystyk ulepszonych?

    Wincyj scrobbli, wincyj!
    Czyli nic.

    Mam też tak, że oglądając filmy zastanawiam się jak ocenię go na filmwebie, albo oglądam krótkie filmy. Wybieram krótkie książki, żeby dać ocenę na lubimyczytać.

    Każdą statystykę można oszukać. Podobnie miałem z grami komputerowymi. Gdy znajdowałem bug, który pozwalał łatwo wygrywać, od razu się zniechęcałem do grania.
    Zainspirował mnie również otwarty świat Gothica 3. Grając, trochę mnie to denerwowało, że równie dobrze mógłbym zabić wszystkie postaci i zostać sam w tym ogromnym świecie. I co wtedy? Czy taki bohater nie znudziłby się? Jedyny sens postaci dawała fabuła, a gdy fabuła się skończyła, postać przestała już mieć sens (co jedno jedno z zakończeń Gothica 3 na pewno mogło sugerować). Zresztą sama fabuła w świecie otwartym może mieć mało sensu, gdy odwiedzi się na początku nie te miejsca co trzeba.

    Mam wrażenie, że współczesne społeczeństwo ma pełno bugów, a prawdziwej sławy i bogactwa dobija się ten, kto te bugi znajduje.
    Chyba sztuka współczesna często opiera się na takim podejściu (a przynajmniej niektóre jej przejawy). Nieważna jest idea. Liczy się oryginalność, zaszokowanie, trywializacja.

    W sumie śmieszne, że last.fm zabugowałem totalnie utworami Johna Cage’a. Robiłem to w sumie dosyć świadomie. Wiedziałem, że to absurdalne, dlatego wolałem zrobić to takim muzykiem.

    ***

    Wracając do last.fm.
    Niby skasować można. Ale stracić to wszystko, nad czym “pracowałem” cztery lata? Toż to grzech.

    Miewałem wątpliwości, czy to co robię ma jakąkolwiek wartość. Próbuję od jakiegoś czasu obejść się bez typowej pracy, od marca nie studiuję. Wydaję mi się, że kroczę mniej więcej przemyślaną drogą życiową, i gdy z niej zbaczam, zaczynam wariować. Mam wrażenie, że, daję z siebie naprawdę bardzo mało. Może już teraz rozumiecie skąd ta moja fascynacja skokami w nieznane. Każde podjęcie wysiłku ma dla mnie jakieś znamiona takiego skoku.

    Zrozumiałem, że żadne siłowe rozwiązania nie dadzą rady, jeżeli nie będę po prostu podejmował decyzji spontanicznych. Nic nie da patrzenie się w statystyki i mówienie sobie, że aby poprawić się trochę, to jutro muszę siąść na godzinę, a pojutrze na półtorej, ale już potem mogę sobie tydzień pozwolić na luzy, bo analogiczny tydzień miesiąc temu też przebimbałem. A może lepiej sobie teraz odpuścić, to potem te statystyki będą się ładniej powtarzać.
    TO TAK NIE DZIAŁA! To jest lenistwo. Próbujemy dać egzystencji czas na wytchnienie, mówiąc: spokojnie, mam wszystko pod kontrolą.

    Nie masz.

    Liczy się tylko teraźniejszość. Żyjemy w chwili. Myślenie o nieteraźniejszości jest roztrwanianiem energii, która jest nam potrzebna do życia tu i teraz. Myślimy na przykład, że jutro o 15 weźmiemy się za trening. Po co jednak marnować energię na myślenie o tym, skoro jutro o 15 od nowa musimy podjąć trud decyzyjny i podjąć trening. Tutaj łączy się filozofia Krishnamurtiego z egzystencjalizmem. Mamy wolę i ciągle dokonujemy wyboru, więc nie możemy podjąć teraz wyboru wiążącego na całe życie. Powiedzieć: od jutra przestanę palić jest proste. Ale jeżeli nałóg w nas jest silny, to w końcu chcąc nie chcąc możemy zacząć myśleć o paleniu i od nowa podjąć decyzję, że nie palimy. Wtedy, gdy myśli na nas naciskają dokonać wyboru jest trudniej i to co mówiliśmy wczoraj przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

    Przemyślenia z powyższego akapitu umieściłem w swoim wpisie o J. Krishnamurti (którego filozofią inspirował się mocno Bruce Lee).

    To ja powinienem wykorzystywać formę, nie forma mnie!

    ***

    9.05.2017. mówię dość! Przed wciśnięciem przycisku “Zamknij konto użytkownika Dawidk01” przypominam sobie dzień, w którym konto założyłem. Dziwne trochę, że go pamiętam, ale czasem, i wtedy także, pamiętam, czuję, że dany dzień, czy sytuację będę pamiętał. Może wtedy naprawdę odczuwa się siebie z przyszłości? Może “wieczny powrót” ma miejsce?

    ***

    Czy po śmierci będziemy mieli dostęp do wszystkich statystyk swojego życia? Może w Raju będziemy mieli dostęp do każdej piosenki czy książki, jaka kiedykolwiek powstała (bo często prowadząc last.fm, filmweb, czy lubimyczytać było mi ciągle mało muzyki, filmów, książek).
    Może i tak. A może i nie. Bo:
    "Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" (1 Kor 2, 9)

    Ależ emocje mną targały, gdy ten wpis pisałem.

    Na last.fm wróciłem (odzyskałem konto). Scrobbluję tylko ze Spotify. Statystyk nie robię.

    Claude Debussy - Clair de lune

    #dawidk01 #przemyslenia #piszzwykopem #filozofia #muzyka #lastfm #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    •  

      Też mam lekkiego hopla na punkcie statystyk, ale nie aż tak bardzo jak Ty (bez urazy :)). U mnie polega to przede wszystkim na tym, że zapisuję tytuły przeczytanych książek / obejrzanych filmów / ciekawych piosenek / dobrych albumów. Na początku każdego roku robię sobie roczne podsumowania. Myślę, że pozwala mi to być bardziej świadomym czytelnikiem / widzem / melomanem :) ale oczywiście trzeba się pilnować, żeby nie wpaść w pułapkę nabijania statystyk.

      Moje Spotify jest podłączone pod Last.fm, wszystko się scrobbluje, ale, szczerze mówiąc, albo lastefemowe statystyki są nudne, albo nie umiem wyciągnąć stamtych interesujących danych. Chciałbym na przykład wiedzieć, w jakich godzinach słucham zwykle muzyki, jakie gatunki, z jakich lat... ale nie widzę tam nic takiego.

      PS. Możesz poszukać inspiracji u Stephena Wolframa.
      http://blog.stephenwolfram.com/2012/03/the-personal-analytics-of-my-life/
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (27)

  •  

    Znikam na dwa miesiące. Wyjeżdżam na wakacje do Ekwadoru i korzystając z okazji robię sobie cyfrowy detoks. Jak wrócę, nie omieszkam opowiedzieć jak było. Nie usuwajcie mnie więc z obserwowanych – I will be back! Udanego lata wszystkim!

  •  

    Oglądam sobie dalej drugi sezon Star Treka: The Original Series.

    2.14: Wolf in the Fold. Zrekapitulujmy. Scotty brutalnie morduje trzy kobiety. Za każdym razem łapią go na gorącym uczynku z nożem w ręku. Po ostatnim morderstwie jest nawet ubrudzony krwią ofiary. Kapitan Kirk, żeby ochronić swojego człowieka, wymyśla niestworzoną historię o duchu Kuby Rozpruwacza podróżującym przez kosmos. Oskarża nieoczekiwanie o popełnie zbrodni dobrodusznego inspektora policji, zabija go gołymi rękami, ogłupia swoją załogę narkotykiem (żeby nie było wiarygodnych świadków), po czym wysyła ciało „mordercy” w próżnię celem usunięcia śladów.

    2.15: The Trouble with Tribbles. Czytałem, że to jeden z najlepszych odcinków starego ST. Trochę się rozczarowałem. Doceniam eksperymenty ze scenariuszami. TTwT różni się stylem od typowych odcinków tego sezonu. Mamy tu kilka wątków, są wyważone elementy komediowe. Niestety, specjalnie mnie ta historia nie wciągnęła. Podoba mi się natomiast design tribble'ów. Są w połowie słodkie, a w połowie obrzydliwe. Kojarzą się trochę z gremlinami (pewnie gremliny były nimi inspirowane...), a trochę ze stworami-pasożytami z Władców marionetek.

    2.16: The Gamesters of Triskelion. Powrót do kampu. Fajny epizod. Interesujący zwrot akcji w końcówce, gdy Kirk poznaje prawdziwe oblicze „Żywicieli”. Swoją drogą, ciekawe, według jakiego klucza kapitan wybierał oficerów towarzyszących mu w ekspedycjach na planety...

    2.17: A Piece of the Action. Kirk wśród gangsterów. Trzy odcinki temu pomagał Scotty'emu w mordowaniu kobiet, a teraz ściąga już haracz z całej planety. It escalated quickly! Sympatyczny odcinek. Parę pamiętnych scen: kapitan uczy gangsterów nowej gry w karty, potem sam uczy się jeździć starym samochodem ze sprzęgłem. No i pomysłowa gra słów na dokładkę: Federation – Feds.

    #startrek
    pokaż całość

  •  

    Cześć. Szukam lektury, w której pojawia się motyw szatana przychodzącego na ziemię. Cholernie spodobało mi się coś takiego w Mistrzu i Małgorzacie. Za Mann'a dziękuję, poszukuję czegoś bardziej przystępnego w formie. Również chętnie poznam tytuły, wprowadzające czytelnika w nastrój takiego niepokoju, tak jak w książkach Kafki.
    #ksiazki #czytajzwykopem

  •  

    Tone i Svein Henjesand są norweskim małżeństwem mieszkającym w Sunnmøre. Sąd pierwszej instancji przyznał im właśnie słuszność w sporze z Nordeą, która musi teraz zapłacić poszkodowanym półtora miliona koron. Jest to pokrycie straty finansowej, jaką Henjesandowi ponieśli zaciągając kredyt we frankach szwajcarskich dziesięć lat temu. Kurs waluty poszedł wkrótce potem ostro w górę. Pożyczka urosła z 1,5 miliona koron do 4,1 miliona.

    Henjesandowie złożyli najpierw skargę w Finansklagenemnda, czyli u rzecznika konsumentów ws. finansowych. Tam usłyszeli, że decydując się na franki musieli być też gotowi na ryzyko związane z fluktuacjami kursów. Teraz sąd zgodził się poniekąd z taką opinią, ale mimo wszystko przyznał małżeństwu rację wskazując na cztery dalsze czynniki:

    1. Jeden z oddziałów Finansklagenemndy orzekł był wcześniej, że kredytów walutowych nie powinno się udzielać osobom fizycznym.

    2. Henjesandowie prosili bank o oferty umiarkowanego ryzyka. Zaproponowano im jednak franki, czyli inwestycję o ryzyku podwyższonym.

    3. Nawet gdyby Henjesandowie zdawali sobie w pełni sprawę z niebezpieczeństwa, Nordea powinna im się starać franki pisemnie wyperswadować, ponieważ bank wiedział, że jego klienci nie posiadają oszczędności wystarczających na obsłużenie gwałtownego wzrostu zadłużenia.

    4. Euro byłyby rozsądniejszym rozwiązaniem walutowym.

    Nie wiadomo na razie, czy Nordea odwoła się od wyroku.

    Chyba właśnie tak działa państwo istniejące nie tylko teoretycznie. A czy Amber Gold zwróciło już pieniądze?

    #norwegia #kredyt #banki
    pokaż całość

    •  

      Od kiedy kredyt jest inwestycją?

      @MichaelT128: Słuszna uwaga, ale w oryginalnym artykule tak właśnie napisali. Chyba chodzi o to, że wzięli kredyt we frankach, żeby zainwestować w mieszkanie. Po przejrzeniu kilku artykułów mam wrażenie, że w systemie norweskim te pojęcia są splątane bardziej niż u nas.

      Porównywanie instytucji bankowej do piramidy finansowej typu Amber Gold - ktore z definicji nie miało mieć pieniędzy na zwrot zagarniętych pieniędzy...

      @eaxene: Wiesz, lepiej chyba mieszkać w państwie, które pomoże Ci w razie czego w sporze z bankiem, niż w państwie, które nie pomoże Ci nawet w „sporze” z piramidą finansową.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Czy chciałbyś żyć w ustroju demokratycznym, w którym defaultowo nie masz w ogóle prawa do głosowania? Ale w którym Twój głos może mieć wagę do stu pojedynczych głosów – jeśli się przyłożysz?

    Czynnik pierwszy, czyli podatki. Płacąc podstawową stawkę, o głosowaniu możesz zapomnieć. Skoro nie chcesz dokładać do wspólnego budżetu więcej niż wynosi konstytucyjne minimum, inni będą za ciebie stanowić o polityce i sposobie zarządzania tymże budżetem. Decydując się na płacenie dodatkowych procentów podatkowych, możesz natomiast uzyskać maksymalnie siedemdziesiąt głosów.

    „Obywatele mieli możliwość sterowania wysokością swoich podatków i wynikającymi z tego faktu przywilejami wyborczymi. Ci, którzy odprowadzali na cele publiczne więcej pieniędzy, uzyskiwali większy wpływ na publiczne sprawy”.

    Czynnik drugi, czyli aktywność polityczna. Każdy obywatel dzierży cząstkę władzy ustawodawczej, jako że inna władza ustawodawcza niż ogół mieszkańców po prostu by nie istniała. Każdy może więc wypowiadać się publicznie w sprawach lokalnych, regionalnych bądź kontynentalnych, każdy może zgłaszać propozycje nowych uchwał i poprawek do starych, debatować nad nimi i wreszcie głosować na „tak” lub „nie”. Uczestniczenie w życiu politycznym planety pozwala na uzyskanie maksymalnie piętnastu głosów. Wprowadzenie instytucji „masowego parlamentu” byłoby oczywiście możliwe dzięki pełnemu „zinternetyzowaniu” społeczeństwa.

    Wreszcie, czynnik trzeci, a więc zasługi. Zamiast orderów, awansów i dyplomów państwowych, najbardziej zasłużone jednostki otrzymują w uznaniu swych zasług dla planety kolejne głosy. Maksymalnie znowu piętnaście.

    Powyższy pomysł (i cytat) pochodzi z dylogii SF Tomasza Kołodziejczaka pt. Dominium Solarne. Czy uda nam się kiedykolwiek obalić paradygmat „menel spod budki z piwem ma identyczne prawo wyborcze co profesor ekonomii” ? Wszak już starożytni stwierdzili, że głosy należy ważyć, nie liczyć.

    #polityka #sciencefiction #fantastyka
    pokaż całość

    •  

      @eagleworm: @TheOranguTANK:
      Wszystkie czynniki są zależne od jednego - pieniędzy. A nawet jeżeli zarzekać się, że tylko ten pierwszy to i tak on ma największe znaczenie. Więc przy pierwszych wyborach przy tej ordynacji wybrani zostaliby ci, których obietnice wyborcze dotyczyły bardzo wąskiej, majętnej i wyedukowanej części społeczeństwa - bo chyba nie ulega wątpliwości że to właśnie ta grupa miałaby największą ilość głosów do rozporządzania.
      Dlaczego wybrani już posłowie mieliby uwzględniać w swoich politycznych planach całą resztę społeczeństwa, skoro nie mają oni praktycznie żadnego wpływu na wybór tychże posłów?

      Jeżeli nie marzy się nam państwo oligarchiczne to radzę nie korzystać z pomysłów pana Kołodziejczaka.
      pokaż całość

    •  

      menel spod budki z piwem ma identyczne prawo wyborcze co profesor ekonomii

      @eagleworm: Tyle że w tym nie ma nic złego. Państwo ma służyć ludziom, którzy w nim żyją, a menel mimo tego, że śmierdzi, nadal jest człowiekiem. Społeczeństwo jest dynamiczne, zmienia się. Postęp to nie coś, co można generować, coś, czemu należy się kłaniać. Do niego trzeba się dostosować, zaś jedynym wyjściem, które sprawi, że społeczeństwo w ujęciu dystrybutywnym będzie mogło przystosować się do zmian, jest posiadanie przez każdego obywatela jednakowej wagi głosu.

      Odpowiadając zatem na pytanie

      Czy chciałbyś żyć w ustroju demokratycznym, w którym defaultowo nie masz w ogóle prawa do głosowania? Ale w którym Twój głos może mieć wagę do stu pojedynczych głosów – jeśli się przyłożysz?

      Nie, nie chciałbym. A raczej chciałbym, gdyby to dotyczyło tylko mnie, ale tak by nie było.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Gdybyście kazali mi wskazać najlepszą grę komputerową wszech czasów, przez chwilę bym się wahał. A potem powiedziałbym po prostu: UFO: Enemy Unknown. Kto w połowie lat 90. nie zagrywał się w genialne dzieło nieodżałowanego Microprose’u, ten nigdy nie dowie się, jakie wspaniałe skojarzenia potrafi przywoływać fraza „Nieznany wróg”.

    Złote lata pecetowej rozrywki przypadły właśnie na ostatnią dekadę dwudziestego wieku. Grafika i dźwięk rozwinęły się wtedy na tyle, że gracz nie musiał dłużej interpretować kwadratów osiem na dziesięć pikseli jako żołnierzy i trzyipółbitowych pisków jako odgłosów wystrzałów. Zarazem technika nie zaszła jeszcze tak daleko, żeby twórcy zaczęli przedkładać „eye-candy” nad pomysł i grywalność.

    Mniej więcej w okolicach roku 1995 osiągnięto moment wspaniałej równowagi pomiędzy formą a treścią gier komputerowych. Nic dziwnego, że właśnie z tamtego okresu pochodzą niezapomniane klasyki zręcznościowe, przygodowe i strategiczne.

    W wieku okołodziesięcioletnim zagrywałem się do upadłego dwoma tytułami. O ile jednak monumentalna Civilization była swoistym never-ending story — bo przechodziło się ją raz za razem, za każdym razem obierając inną strategię — o tyle UFO: Enemy Unknown stawiało przed graczem jasno zarysowany cel: obronić Ziemię przed najazdem Obcych… a potem pograć z kolegami w piłkę.

    Ze starymi grami jest tak, że jeżeli grało się w nie „wtedy”, to można w nie równie dobrze zagrać „teraz” i nadal będą (prawie) tak samo fajne. Mocarna dawka sentymentu przysłoni wybrakowany interfejs i pikselozę czającą się w kątach ekranu. Natomiast jeżeli spróbujemy zasiąść przed tytułem, który do tej pory znaliśmy tylko ze słyszenia, to jakkolwiek kultowy by swojego czasu nie był, najprawdopodobniej nasz gust nie zdoła podźwignąć ciężaru tych wszystkich lat. Sam tak miałem z wielkim Frontierem. Że też „wtedy” na niego nie trafiłem…

    Dlaczego o tym piszę? Aby wyjaśnić, że jeśli „wtedy” nie zetknąłeś się z UFO, nigdy nie zrozumiesz, jak kolosalne pokłady klimatu zawierała — i nadal zawiera — ta gra. Nie zrozumiesz, jak to jest skradać się dwójką nieopancerzonych komandosów między jabłoniami w sadzie i nie wiedzieć, skąd padną śmiercionośne strzały Sectoidów; jakie to uczucie, gdy usiłujesz obronić sterroryzowane miasto i w beznadziejnej walce odpierasz ataki jednego Cyberdiscu za drugim; jaka duma cię rozpiera, gdy złapiesz żywcem pierwszego Leadera albo Commandera; jaką satysfakcję odczuwasz, gdy pod koniec wirtualnego miesiąca otrzymujesz dodatkowe dofinansowanie od światowych mocarstw nadzorujących działalność X-Comu, zadowolonych z twych dotychczasowych sukcesów.

    Przyznam, że „wtedy” nie przeszedłem UFO. Jako szczyl byłem za cienki taktycznie na tę grę, wykazywałem za mało cierpliwości, zbyt często ignorowałem działalność Obcych na swoim terenie. Wyczerpujące rady zawarte w dwóch artykułach w „Gamblerze” — zatytułowanych oczywiście „Nieznany wróg” i „Poznany wróg” — były bardzo pomocne, ale nie wystarczyły.

    Z Enemy Unknown zmierzyłem się dopiero jako maturzysta, całe pięć i pół roku po Inwazji (akcja gry rozpoczyna się w styczniu 1999 r.). Któregoś czerwcowego popołudnia stanąłem wreszcie oko w oko z marsjańskim Mózgiem i pociągnąłem za spust po raz ostatni. Rozpoczętą dawno temu krucjata doprowadziłem wreszcie do końca.

    Jakiś czas temu postanowiłem wrócić do UFO raz jeszcze. Z przyjemnością stwierdziłem, że gra przysparza równie dużo funu co dawniej. Tym razem zawiesiłem sobie poprzeczkę nieco wyżej i przeszedłem grę nie używając psioniki. Świat został uratowany raz jeszcze. Znowu możecie spać spokojnie, bez obaw, że w środku nocy wejdzie wam przez okno do pokoju człowiek-wąż z sondą analną. Lecz pamiętajcie, że zagrożenie w każdej chwili nadal może wynurzyć się z sedesu, więc kładźcie coś ciężkiego na klapie przed położeniem się do łóżka.

    Jakoś tak cieszę się, że w moim przypadku Civ i UFO, a nie Sims i WoW. Bez urazy. :)

    http://assets1.ignimgs.com/vid/thumbnails/user/2014/02/11/XCOM-UFO-Defense_1280w.jpg
    https://www.youtube.com/watch?v=7OdbkcR1ByE

    #gimbynieznajo #ufo #staregry #strategie
    pokaż całość

  •  

    Wszystko, co chciałeś wiedzieć o mechanice kwantowej, ale bałeś się zapytać (cz. 1)
    (tak, sam napisałem :))

    Popularne wprowadzenie do mechaniki kwantowej powinno zaczynać się od przedstawienia historycznej genezy teorii. Okoliczności jej powstania składają się bowiem na niezwykle zajmującą opowieść, w której nie brak wybitnych nazwisk, zażartych sporów i przełomowych koncepcji. (Nie)stety, gdybym choć pobieżnie chciał omówić tu historię powstania fizyki kwantowej, skończyłoby się na osobnej notce. Ograniczę się zatem tylko do niezbędnego minimum:

    Za symboliczną datę narodzin teorii zwykło przyjmować się 14 grudnia 1901, kiedy to Max Planck w swoim odczycie dla Niemieckiego Towarzystwa Naukowego postulował istnienie kwantów energii. Do ich odkrycia doprowadziły go badania nad tzw. promieniowaniem ciała doskonale czarnego[1]. Dalszy rozwój prawideł mechaniki kwantowej motywowała konieczność udoskonalenia istniejącego modelu atomowego. Struktura nowej gałęzi fizyki krzepła przez mniej więcej 30 lat[2]. Gdy w 1930 r. ukazał się kanoniczny podręcznik Paula Diraca pt. Principles of Quantum Mechanics, „kwantówka” była już w pełni ukształtowaną teorią.

    Źródłem wszystkich niezwykłości w mechanice kwantowej jest sposób, w jaki teoria ta opisuje stany systemów fizycznych. Rozważmy najprostszą sytuację: w pustej przestrzeni porusza się oto materialna cząsteczka, na którą nie oddziałują żadne siły. Według fizyki klasycznej stan cząstki w dowolnej chwili określa sześć liczb — trzy koordynaty przestrzenne precyzujące jej położenie i trzy składowe wektora pędu opisujące jej prędkość (oraz masę).

    Chcąc przewidzieć dalszy ruch cząsteczki, należy sięgnąć po słynne prawa Newtona kodyfikujące jej ruch „po wsze czasy”. Akurat w powyższej sytuacji żadnych sensacyjnych rezultatów się nie doliczymy, bo cząsteczka, dopóki nie natknie się na inne cząstki i nie padnie ofiarą oddziaływań elektromagnetycznych i grawitacyjnych, dopóty będzie poruszać się ruchem jednostajnie prostoliniowym.

    W ujęciu fizyki klasycznej powyższe podejście stosuje się jednak do wszystkich systemów, także tych o nieporównywalnie większym stopniu skomplikowania — kluczem do całkowitej wiedzy o systemie jest więc zawsze położenie i pęd każdego z jego elementów, a rolę zamku pełnią prawa Newtona[3].

    Metoda stosowana przez mechanikę kwantową wygląda zupełnie inaczej, gdyż tutaj położenie i pęd odgrywają drugorzędne znaczenie. Tym razem stan fizyczny opisywany jest przez kwantowy wektor stanu oznaczany zazwyczaj jako |Ψ>. Kwantowy wektor stanu to obiekt matematyczny zamieszkujący tzw. przestrzeń Hilberta.

    Jak sugeruje sama nazwa, jest tworem wysoce abstrakcyjnym, więc nie będziemy nawet starali się „przetłumaczyć” jego istoty na codzienny język. Liczy się bowiem to, że — w założeniu — kwantowy wektor stanu zawiera w sobie kompletną informację o opisywanym stanie fizycznym. Wszystkie właściwości stanu, o jakie jest sens pytać, są zawarte w obiekcie oznaczonym przez niepozorny symbol |Ψ>.

    Brzmi nieźle. Niestety, natychmiast pojawia się pierwsza implikacja poważnie kłócąca się ze zdrowym rozsądkiem. Załóżmy, że opisujemy w sposób kwantowomechaniczny system składający się z cząstki uwięzionej między nieskończonymi potencjałami (czyli, po ludzku mówiąc, mowa o cząstce zamkniętej „na amen” w jakimś pojemniku) i że z kwantowego wektora stanu chcemy uzyskać informację dotyczącą położenia cząstki w danej chwili. Niestety, nie da się. Najlepsze, co można zrobić, to przekształcić wektor stanu w

    funkcję falową,

    która opisuje prawdopodobieństwo, z jakim cząstka może znajdować się w danym regionie systemu. Podkreślmy: „może znajdować się”, a nie „znajduje się”. To pozornie banalne rozróżnienie odgrywa tu wysoce niebanalną rolę. Zgodnie ze standardową interpretacją[4] mechaniki kwantowej, cząstka znajduje się bowiem nigdzie i wszędzie jednocześnie — chociaż w niektórych miejscach jest „bardziej”, a w innych „mniej”. Prawdopodobieństwo, o jakim była mowa cztery zdania wcześniej, nie wynika z naszej niewiedzy, lecz z wewnętrznej nieokreśloności systemu kwantowego. Cząstka jest „rozmazana” po całym systemie; pytanie o jej położenie w klasycznym sensie tego słowa to jak pytanie, co wydarzyło się trzydziestego pierwszego kwietnia.

    cdn.

    ____________________
    [1] Pod tą nieco podejrzaną nazwą kryje się po prostu każde ciało, które w ogóle nie odbija padającego na nie promieniowania elektromagnetycznego (czyli zwykłego światła oraz całej reszty elektromagnetycznego spektrum). Ciało doskonale czarne to fizyczna idealizacja, podobnie jak ten koń z dowcipu, który ma kształt kuli i porusza się ruchem harmonijnym. W praktyce teoria ciała doskonale czarnego daje się na szczęście z powodzeniem stosować do „zwyczajnych” ciał, np. do Słońca. Fizycy wykorzystują ją do przewidywania, w jaki sposób rzeczone ciała będą reemitować uprzednio pochłonięte, lub nawet samodzielnie wytworzone, promieniowanie.

    [2] Najbardziej skoncentrowane prace nad aparatem matematycznym nowej teorii przypadają jednak na drugą połowę lat dwudziestych.

    [3] Mówimy tutaj o mechanice, czyli gałęzi fizyki zajmującej się ruchem materii, lecz w ten sam schemat wpisuje się także klasyczny elektromagnetyzm. „Jedyna” różnica polega na tym, że rolę położenia i pędu przejmują wektory pola elektrycznego i pola magnetycznego, a rolę praw Newtona — równania Maxwella. Warto dodać, że synteza newtonowskiej mechaniki i maxwellianskiego elektromagnetyzmu nie nastręcza teoretycznych trudności, choć do pełnego zrozumienia pewnego szalenie istotnego niuansu związanego z prędkością światła niezbędna była szczególna teoria względności Einsteina ze wszystkimi jej implikacjami.

    [4] Standardową nie znaczy jedyną. Formalizm mechaniki kwantowej można interpretować na różne sposoby i niektóre z nich (w szczególności tzw. ontologiczna interpretacja Bohma) dopuszcza dużo bardziej zdroworozsądkowe podejście do zjawisk kwantowych. Standardowa interpretacja jest jednak... standardowa, chociaż niewykluczone, że zadecydowały o tym nie obiektywne walory, a ogromny autorytet Nielsa Bohra, jej zażartego obrońcy. Przegląd poszczególnych interpretacji formalizmu mechaniki kwantowej to doskonały temat na zupełnie osobny artykuł.

    #gruparatowaniapoziomu #fizyka #fizykakwantowa
    pokaż całość

    •  

      @LukaszLamza: Świetną ilustrację opisywanego przez Ciebie zjawiska jest afera, jaka wybuchła kilka lat temu wokół popularnonaukowej książki (aroganckiego) fizyka Lawrenca Kraussa pt. „Wszechświat z niczego”. W ogromnym skrócie (kto ma czas i zna angielski, niech sobie wygugla resztę):

      Krauss stwierdził, że fizyka potrafi odpowiedzieć na odwieczne filozoficzne pytanie „Jak Wszechświat mógł powstał z niczego?”, bo przecież „nic” zawiera tzw. kwantową pianę i przy pomocy praw fizyki można wydedukować, jak z tej piany powstała materia. Filozofowie zwrócili mu uwagę, że wygodnie przedefiniował sobie „nic”. „Nic” filozoficzne należy bowiem rozumieć jako dosłowne „nic”, nie jako „kwantową pianę z prawami fizyki”. No i rozpętał się wielka dyskusja o... niczym. :)
      pokaż całość

    •  

      @Turysta_Onanista @Clermont @LukaszLamza
      Rzecz sprowadza się do tego, że istnieje wielu (np. David Albert, Tim Maudlin, czy zaliczony nonszalancko przez @Clermonta do grona crackpotów Lee Smolin) naukowców, którzy z wykształcenia są zarówno fizykami jak i filozofami. Oni często problematyzują, a jeśli trzeba, to i krytycyzują różne aspekty mechaniki kwantowej (oraz innych poddziedzin fizyki). Jasne, można upierać się, że jest to dzielenie włosa na czworo, ale:
      – naukowcy ci znają się na rzeczy, są nierzadko cenionymi autorytetami (nawet jeśli nie są „ludźmi renesansu”);
      – wystrzegajmy się „błędu nieprawdziwego Szkota”, tzn. jeśli jakiś filozof fizyki krytykuje MK, nie zarzucajmy mu od razu, że nie jest prawdziwym fizykiem albo porządnym filozofem;
      – postęp w nauce nierzadko bierze się stąd, że ktoś zamiast „shut up and calculate” przypieprza się do szczegółów (jak np. Ernst Mach, którego rozważania zainspirowały Einsteina);
      – dziwnym zbiegiem okoliczności dwudziestowieczna fizyka poczyniła największy postęp w filozoficznym fermencie (Niels Bohr i jego środowisko).

      @Clermont, czy jesteś w stanie wskazać mi książkę / porządne opracowania napisane przez filozofa fizyki (albo chociaż fizyka z jakimś przygotowaniem filozoficznym traktującego dorobek filozofii serio), który argumentowałby tak jak Ty, czyli twierdził, że te wszystkie konceptualne problemy mechaniki kwantowej da się unieważnić? Nie pytam retorycznie. Chętnie bym coś takiego przeczytał. Ale obawiam się, że znajdziemy tylko pogardliwą pop-filozofię a'la Krauss.

      @TomAss83
      Co do Hellera, to potwierdzam słowa @LukaszLamza. Heller jest przednim popularyzatorem kosmologii, prawdopodobnie najwybitniejszym żyjącym polskim filozofem przyrody... ale nie jest wybitnym fizykiem teoretycznym, jak chciałyby tego blurby na okładkach jego książek. :) Z jego dzieł polecam Ci np. „Kosmologię kwantową” + „Początek jest wszędzie”, dwie niegrube książki, które opisują zaawansowane zagadnienia przystępnym, przyjemnym językiem (ale nie znaczy to, że czytelnik wszystko zrozumie :)). Świetna jest też „Filozofia przyrody”, ale to już kompendium akademickie, chociaż nadal niegrube, dobrze napisane, bardzo ładnie wydane.

      Aha, pamiętaj, że moim zdaniem Heller jest zdecydowanie lepszym autorem niż wykładowcą. „Na żywo” wydaje się co prawda niezwykle sympatycznym człowiekiem, ale jego prelekcje nie porywają. Więc nie zraź się przypadkiem, gdybyś najpierw pooglądał go na YT.

      Czytajac dyskusje - jak wasza, mozna zapomniec ze wykop to glownie portal ze smiesznymi obrazkami.

      Trzeba tylko śledzić odpowiednie tagi i odpowiednich użytkowników. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (34)

  •  

    Wszystko, co chciałeś wiedzieć o mechanice kwantowej, ale bałeś się zapytać (cz. 3 i ostatnia)
    (Część pierwsza tutaj, część druga tutaj).

    Kot Schrödingera obchodził niedawno osiemdziesiąte urodziny. Paradoks przez długi czas napędzał dyskusje o interpretacji mechaniki kwantowej i o roli świadomości w procesie pomiaru. Z czasem jednak naukowcy poczuli się kotem-zombie zmęczeni. Współcześni fizycy są bardziej prozaiczni od swoich poprzedników i skłaniają się raczej ku twierdzeniu, że o kolapsie funkcji falowej decyduje interakcja systemu z otoczeniem; że pomiar należy definiować właśnie jako taką interakcję.

    Ale i tu natychmiast pojawiają się zasadnicze pytania (na które nikt na razie nie zna odpowiedzi): Co jest otoczeniem? Kiedy otoczenie wchodzi w skład systemu kwantowego, a kiedy należy je traktować jako „coś osobnego”? Wreszcie: Gdzie dokładnie biegnie granica między światem kwantowym a światem makrofizycznym? Pytania te składają się na tzw. problem dekoherencji, który po prostu problem pomiaru zastępuje.

    Istnieje również pogląd, według którego równanie Schrödingera jest tylko przybliżeniem jakiegoś ogólniejszego (i nieliniowego, a więc (dużo) bardziej skomplikowanego) równania, i że gdyby udało się je sformułować, okazałoby się, że nie taka mechanika kwantowa straszna, jak ją malują. Owo „wymarzone” równanie wyjaśniłoby dokładnie proces kolapsu funkcji falowej i za jednym zamachem zniwelowałoby problem pomiaru i dekoherencji oraz usunęło wszelkie elementy probabilistyczne z teorii zastępując je starym dobrym determinizmem.

    Wbrew pozorom, uogólnienie równania Schrödingera nie jest trudne z punktu widzenia matematycznego. Problem polega na tym, że dokonać go można na wiele różnych sposobów i nikomu jak dotąd nie udało się znaleźć tego właściwego (z fizycznego punktu widzenia).

    Utnijmy wywód związany z równaniem Schrödingera i jego związkiem (lub, jak na razie, brakiem związku) z pomiarami i powróćmy do zagadnienia superpozycji właściwości stanu kwantowego. Wcześniej za przykład posłużyło nam położenie cząstki, ale nie podkreśliliśmy, że w mechanice kwantowej przestrzenna lokalizacja nie jest bynajmniej uprzywilejowanym pojęciem. W teorii panuje równouprawnienie między położeniem i pędem, jako że funkcję falową związaną z tym pierwszym można za pomocą pewnej matematycznej operacji (transformacji Fouriera) przekształcać bez trudu w funkcję falową „rozpisaną” na pęd.

    Położenie i pęd zajmują jednak szczególną rolę w opisie kwantowym, ponieważ mają charakter ciągły. Innymi słowy, cząsteczka może znajdować się w punkcie x, ale może też znajdować się w punkcie x+s, gdzie s jest dowolnie małą liczbą różną od zera. To samo tyczy się pędu... ale wielu innych wielkości już niekoniecznie. Zazwyczaj są one

    skwantowane,

    czyli przybierają oddzielne (dyskretne) wartości. Sztandarowym przykładem takiego zachowania jest energia. W mechanice kwantowej często rozpatruje się sytuacje, w których system może znajdować się w pewnym konkretnym stanie energetycznym, ale nie „pomiędzy” nimi. Jak już wiemy, przed pomiarem system będzie przebywał we wszystkich tych stanach energetycznych jednocześnie i dopiero w momencie wykonania pomiaru skolapsuje do jednego z nich. Ale teraz nie kolaps jest akurat najważniejszy, ale fakt, że pomiar wykaże, iż system posiada energię taką, taką albo taką — ale żadną inną. Energia została skwantowana[6].

    Warto zerknąć na matematyczne tło owego kwantowania. Wspomnieliśmy wcześniej, że kwantowe wektory stanu zamieszkują przestrzeń matematyczną zwaną przestrzenią Hilberta. Ich sąsiadami w tej przestrzeni są tzw. operatory. Jak sugeruje nazwa, zadaniem operatorów jest oddziaływanie na wektory stanu i przekształcanie ich w inne wektory.

    Istnieje klasa operatorów, która wyróżnia się pewną matematyczną cechą zwaną sprzężeniem. Zgodnie z podstawowymi zasadami mechaniki kwantowej, każdy taki operator należy przypisać do jakiegoś obserwabla, czyli obserwowalnej wielkości fizycznej. Albo odwrotnie: Każdy obserwabel jest unikalnie reprezentowany przez jakiś sprzężony operator (synonimem określenia „sprzężony operator” jest „operator hermitowski”).

    Co to ma wspólnego z kwantowaniem? Bardzo dużo. Każdy operator charakteryzuje ciąg liczb zwanych wartościami własnymi operatora. W przypadku operatorów hermitowskich, a więc tych fizycznych, znaczenie wartości własne jest fundamentalne: stanowią one możliwe wyniki pomiaru obserwabla, do którego dany operator został przypisany.

    Przykład: Energię systemu reprezentuje operator E, który posiada dwie wartości własne; oznaczmy je jako E1 i E2. Jeśli spróbujemy teraz zmierzyć energię (i jeśli pomiar będzie wykonany w sposób poprawny), odkryjemy, że wynosi ona albo E1, albo E2. Żadna inna wartość nie wchodzi w grę.

    Niestety, nie wszystkie operatory się ze sobą lubią. „Nielubienie” oznacza w tym wypadku, że pomnożenie[7] operatora A przez operator B da inny wynik niż pomnożenie B przez A. W przypadku operatorów hermitowskich ma to drastyczne implikacje dla fizycznej rzeczywistości: nie można zmierzyć jednocześnie (z dowolnie wysoką dokładnością) dwóch obserwabli, których operatory są ze sobą „skłócone”. Mówimy wtedy o

    niekomutujących obserwablach.

    Najsłynniejszą parą takowych jest położenie i pęd. Mierząc położenie zakłócamy pęd; z im większą dokładnością wykonujemy pomiar położenia jakiejś cząsteczki, tym bardziej zmieniamy jej pęd. I odwrotnie: Mierząc pęd, siłą rzeczy „przepychamy” cząsteczkę w inne miejsce przestrzeni. (Ściślej rzecz biorąc, należałoby powiedzieć, że kolapsując funkcję falową położenia, „rozmazujemy” funkcję falową pędu — i vice versa).

    Niekomutującymi obserwablami zajmuje się słynna zasada nieoznaczoności Heisenberga, która głosi dokładnie to, o czym napisaliśmy już w poprzednim akapicie: według mechaniki kwantowej niektórych wielkości fizycznych nie da się zmierzyć jednocześnie (z dowolnie wysoką dokładnością) i nie wynika to z niedoskonałości naszych pomiarów, lecz z podstawowego prawa przyrody.

    W szerszym, filozoficznym ujęciu nieoznaczoność Heisenberga związana jest z zasadą komplementarności mówiącą, że niektóre właściwości i pojęcia fizyczne są ze sobą niekompatybilne i nie da się ich sprowadzić do pojedynczego aspektu rzeczywistości. Nie brzmi to może zbyt groźnie, dopóki nie uświadomimy sobie, że wzajemną niekompatybilnością odznaczają się dwa pojęcia o zupełnie fundamentalnym znaczeniu — położenie czasoprzestrzenne i związek przyczynowo-skutkowy. Dlaczego?

    Dlatego że położenie czasoprzestrzenne jest określane przez, cóż, przez położenie przestrzenne i czasowe, natomiast związki przyczynowo-skutkowe są determinowane przez prawa zachowania pędu i energii. Jak już wiemy, położenie przestrzenne i pęd stanowią parę niekomutujących obserwabli; w pewnym sensie niekomutującymi obserwablami są również czas i energia. Jeśli skupimy się w naszych obserwacjach na położeniu czasoprzestrzennym, związki kauzalne muszą usunąć się w cień; natomiat gdy pytamy o przyczynę i skutek, nie ma sensu pytać jednocześnie o umiejscowienie zjawisk w czasie i przestrzeni.

    Tę nieco ponurą uwagą nasze popularnonaukowe wprowadzenie w mechanikę kwantową się zakończy. Liczę, że lektura, choć długa, okazała się poglądowa, interesująca i zrozumiała. Oczywiście, nie trzeba mówić, że o wielu rzeczach nie napisałem… ale warto wypunktować, o jakich dokładnie. W powyższym wywodzie nie znalazło się miejsca dla:

    ...innych interpretacji fizyki kwantowej. Miejcie na uwadze, że ich celem jest nierzadko pozbycie się niepożądanych implikacji filozoficznych standardowej (kopenhaskiej) interpretacji. Powyższe wprowadzenie utrzymane jest jednak w kopenhaskim tonie.

    ...opisania dualizmu korpuskularnego-falowego. Dualizm korpuskularno-falowy to zjawisko polegające na tym, że światło i materia w niektórych okolicznościach zachowuje się jak cząsteczki (korpuskuły), a w innych jak fale. Ich natura odznacza się więc komplementarnością.

    ...wyjaśnienia, czym jest splątanie kwantowe i paradoks EPR, jaki to ma związek z nielokalnością (czyli możliwością przekazywania sygnałów z szybkością większą od szybkości światła) i jak ogromny potencjał technologiczny może się w tym kryć. Polecam niegrubą Extensę Jacka Dukaja.

    ...głębokim konflikcie mechaniki kwantowej z ogólną teorią względności i poszukiwaniach kwantowej teorii grawitacji, Świętego Graala współczesnej fizyki.

    Może innym razem?

    ____________________
    [6] W wielu sytuacjach energia może jednak przybierać ciągłe wartości. Z drugiej strony kwantyzacji ulegają również inne fizyczne wielkości. Najważniejsza z nich to tzw. spin, pewna mikroskopijna i szalenie istotna właściwość cząstek, którą od wielkiej biedy można porównać do sposobu, w jaki cząstki „wirują”. To porównanie jest jednak w gruncie rzeczy bardzo mylące, bo cząstki, jako twory zerowymiarowe, obracać się dookoła własnej osi po prostu nie mogą.

    [7] Operatory można bowiem przez siebie „mnożyć”, choć nie jest to zwykłe mnożenie arytmetyczne.

    #gruparatowaniapoziomu #fizyka #fizykakwantowa
    @Brzytwa_Ockhama @yoloBaklawa @arba @ViperJay @BionicA
    pokaż całość

    •  

      @BionicA: Zawołam, ale wpisów o fizyce kwantowej w najbliższej przeszłości nie przewiduję. W strukturach atomowych mamy okresowe potencjały, co zasadniczo zmienia zasady gry. :)

    •  

      Nie ma znaku równości między oddziaływaniem a kolapsem.

      @Clermont: Nie stawiałem takiego znaku równości. Napisałem tylko, że „o kolapsie decyduje interakcja” (w przeciwieństwie do „świadomości obserwatora”, jak uważano kiedyś). Przykłady z mierzeniem bez interakcji są ciekawe, ale dość egzotyczne, bo opierają się na postselekcji.

      Synonimem operatora hermitowskiego jest operator samosprzężony

      @BionicA: Racja, dzięki za czujność.

      Pogląd głoszony przez kogo? Nieliniowość jest w konflikcie z superpozycją

      @Clermont: Chodziło mi głównie o teorię Ghirardiego-Riminiego-Webera. To też jest oczywiście tylko ciekawostka (tak jak Twój przykład z mierzeniem bez interakcji), ale pisząc „istnieje również pogląd” nie obiecywałem przecież dużo.

      Nie rozumiem tego zdania.

      @Clermont: Chyba je nadinterpretujesz. Zaraz potem napisałem przecież: „Jeśli skupimy się w naszych obserwacjach na położeniu czasoprzestrzennym, związki kauzalne muszą usunąć się w cień; natomiat gdy pytamy o przyczynę i skutek, nie ma sensu pytać jednocześnie o umiejscowienie zjawisk w czasie i przestrzeni.”

      Nie chodzi mi o niezgodność z SR, ale że wykonując pomiar kwantowy musisz czasami wybierać: albo położenie, albo pęd; albo czas, albo energia.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    Wszystko, co chciałeś wiedzieć o mechanice kwantowej, ale bałeś się zapytać (cz. 2)
    (Dzisiaj zabijemy, a może i nie, kota Schrödingera. Poprzednia część tutaj.)

    Według mechaniki kwantowej cząstka jest „rozmazana” po całym systemie; pytanie o jej położenie w klasycznym sensie tego słowa to jak pytanie, co wydarzyło się trzydziestego pierwszego kwietnia.

    Niektórzy z Was powinni w tym momencie nabrać podejrzeń. „Jak to?”, zapytacie. „Jak to ‚rozmazana’? Przecież jeżeli wykona się pomiar, to stwierdzimy, że cząstka znajduje się w jakimś konkretnym miejscu. W praktyce żaden pomiar nie jest co prawda doskonały, więc położenia nie ustalimy z nieskończenie wysoką precyzją, ale obszar poszukiwań da się zawęzić do bardzo małego wycinka przestrzeni. O żadnym ‚rozmazaniu’ nie może być więc mowy”.

    Tak, owszem. Nie wolno jednak zapominać o założeniu, na którym spoczywa powyższe rozumowanie: „jeżeli wykona się pomiar”. Według mechaniki kwantowej sytuacja przedstawia się bowiem tak, że dopóty pomiaru nie wykonamy, dopóki cząstka będzie znajdowała się wszędzie. Natomiast w momencie wykonania pomiaru nastąpi kolaps funkcji falowej i położenie cząstki zredukuje się do „bardzo małego wycinka przestrzeni” (którego wielkość określona jest przez niedokładność pomiaru).

    Do którego dokładnie? O tym teoria nie mówi. Dysponujemy wyłącznie rozkładem prawdopodobieństwa — kolaps ma charakter nie deterministyczny, lecz probabilistyczny.

    Właśnie tutaj pojawia się ów słynny element losowy, z którego mechanika kwantowa słynie i który tak bardzo nie podobał się Einsteinowi, że sprzeciwił mu się w liście do swego przyjaciela Maxa Borna słynnym zdaniem „Bóg nie gra w kości” (nie wszyscy wiedzą jednak, co Einsteinowi odpowiedział jego korespondent: „A jednak to nie my będziemy mówić Mu, jak kierować światem”).

    Rola probabilistyki w mikroskopijnym świecie jest jednak zazwyczaj przeceniana, bo w pewnym sensie teoria ta jest także całkowicie deterministyczna. Załóżmy, że znamy kwantowy wektor stanu w pewnej chwili i chcemy dowiedzieć się, w jaki sposób będzie on ewoluował z czasem. Odpowiedzi dostarcza nam słynne

    równanie Schrödingera,

    które pozwolę sobie przytoczyć w całości[5].

    Wygląda groźnie? Wcale nie. Przede wszystkim po obu stronach widzimy greckie psi Ψ, które, jak już wiemy, oznacza kwantowy wektor stanu. Po lewej stronie występuje on w połączeniu z operatorem różniczkowym, tym dziwnym ułamkiem. Ta kombinacja symboli oznacza „sposób, w jaki kwantowy wektor stanu zmienia się czasem”. Po prawej stronie oddziałuje na niego operator H reprezentujący energię. Natomiast i i przekreślone h to, odpowiednio, liczba wyimaginowana (czyli taka, której kwadrat równa się -1) i stała Plancka podzielona przez 2π. Równanie Schrödingera oświadcza nam zatem coś zgoła prostego: ewolucja stanu kwantowego określona jest przez jego zawartość energetyczną.

    Równanie Schrödingera jest całkowicie deterministyczne: znając wektor stanu w danej chwili, możemy wyliczyć, jak będzie wyglądał w dowolnej chwili w przyszłości. Warunek: W międzyczasie nie wolno wykonywać żadnych pomiarów. Jeżeli spróbujemy zmierzyć dowolną wielkość fizyczną związaną z systemem, to deterministyczna ewolucja się załamie i wektor stanu gwałtownie się zmieni. Zmiana ta będzie z jednej strony określona przez charakter naszego pomiaru, ale z drugiej — przez probabilistyczne prawidła rządzące teorią. Nieprzewidywalność jest wbudowana „na stałe” w mechanikę kwantową i nie wynika ani z niedoskonałości naszych pomiarów, ani z braku pełnej wiedzy na temat systemu.

    A co wydarzy się potem, czyli po pomiarze? Nic szczególnego — skolapsowany wektor podejmie swoją deterministyczną, zgodną z równaniem Schrödingera ewolucję… oczywiście dopóki nie wykonamy kolejnego pomiaru.

    Jeżeli zapytacie teraz, jak właściwie definiowany jest pomiar, będzie to niezwykle wnikliwe pytanie… na które niestety nie ma odpowiedzi, chociaż poszukuje się jej dość intensywnie od kilkudziesięciu lat (tzw. problem pomiaru). Mechanika kwantowa nie odpowiada na pytanie, co już jest pomiarem, a co jeszcze nim nie jest.

    Dawniej uważano, że w jakiś tajemniczy sposób niebagatelną rolę odgrywa tu świadomość inteligentnego obserwatora; że kolaps funkcji falowej powodowany jest ingerencją jakiegoś wścibskiego człowieka (albo Obcego, albo półinteligentnego szympansa), który poprzez obserwację pozyskuje wiedzę na temat systemu. Jeśli uważacie, że takie podejście wydaje się zbyt metafizyczne i niczego nie wyjaśnia (bo jak zdefiniować „świadomego inteligentnego obserwatora”?) będziecie mieli rację. Problematyczność kwestii doskonale ilustruje słynny

    paradoks kota Schrödingera:

    Mamy kota zamkniętego w pojemniku. Wewnątrz pojemnika znajduje się też mechanizm zdolny do szybkiego i bezbolesnego uśmiercenia futrzaka, np. poprzez stłuczenie fiolki z trującym gazem. Zapalnikiem jest niestabilny atom — aktywacja mechanizmu nastąpi w momencie jego rozpadu. Rzecz w tym, że, zgodnie z mechaniką kwantową, tak długo jak nie wykona się pomiaru, atom będzie znajdował się w superpozycji „rozpadnięty”-„nierozpadnięty”.

    Czy oznacza to, że dopóki ktoś nie zajrzy do pojemnika, dopóki kot również będzie znajdował się w superpozycji „martwy”-„żywy”? Ale dlaczego zwierzak nie liczy się jako obserwator? Kto jak kto, ale on powinien akurat wiedzieć, czy jeszcze żyje, czy już umarł… A jeżeli kota zastąpimy dużo prostszym organizmem, na przykład amebą? A jeśli ktoś zajrzy do pojemnika, ale nie powie od razu pozostałym, co zobaczył — czy on również będzie przez pewien czas „zsuperpozycjonowany” (tzw. paradoks przyjaciela Wignera)?

    Podobne pytania można mnożyć długo. Nieszczęsny kot Schrödingera udowadnia, że angażowanie w sytuację pojęcia „świadomego obserwatora” niczego nie rozwiązuje.

    ____________________
    [5] W lekko, ale tylko lekko, uproszczonej wersji.

    #gruparatowaniapoziomu #fizyka #fizykakwantowa
    pokaż całość

  •  

    Graliście na pierwszej PlayStation w tzw. "japońskie erpegi" (jRPG), czyli fajnale, suikodeny i vagranty? Ja je swojego czasu uwielbiałem, poświęciłem setki godzin na ekspienie w losowych walkach. Oto mój prywatny top ten. Osobiście nie mam czasu na emulatory... ale będę się cieszył, jeśli kogoś najdą wspomnienia i odświeży sobie któryś z tytułów. Roczniki linkują do gameplayów na YT.

    10. Wild arms
    (Sony, 1996)

    Udane połączenie klimatów fantastycznych, westernowych i anime. Metalowe Demony, który dawno temu zostały raz pokonane, powracają tysiąc lat później i próbują raz jeszcze zniszczyć planetę. Próbuje je powstrzymać nasza trójka bohaterów: Rudy, chłopiec z tajemniczą przeszłością potrafiący posługiwać się starożytnymi strzelbami; Jack, łowca skarbów i najemnik, któremu towarzyszy nieodłączna mysz Hanpan; i Cecilia, królewna, czarodziejka i medium między światem rzeczywistym i wymiarem zamieszkałym przez przyjazne ludziom żywiołaki. Niewątpliwą zaletą Wild Arms są elementy new weird umiejętnie wplecione w pozornie sztampową fabułę. Zresztą, w atmosferę gry najlepiej wprowadza intro z charakterystycznym gwizdanym motywem.

    9. Alundra 2
    (Sony / Activision, 1999)

    Druga część Alundry różni się mocno od swojej poprzedniczki. Zrezygnowano z mrocznej fabuły, wprowadzono liczne humorystyczne akcenty, a engine dwuwymiarowy zastąpiono trójwymiarowym. Pozostały za to liczne zagadki o charakterze platformowo-zręcznościowym, które sprawiają, że dylogia w gruncie rzeczy nie ma wiele wspólnego z jRPG. „Dwójka” zapadła jednak w mojej pamięci właśnie dzięki odmiennemu podejściu do tematu oraz dzięki szeregowi wyśmienitych minigier, z pamiętną arcade’ową strzelanką na czele (będącą klonem Robotrona: 2084).

    8. Front Mission 3
    (Square, 1999)

    Seria Front Mission odcina się całkowicie od typowych dla jRPG settingów fantasy i zabiera gracza w świat przyszłości (przełom XXI i XXII wieku), w którym walki toczone są przy użyciu mechów (zwanych tutaj wanzerami od niemieckiego „Wanderung Panzer”). Kazuki i Ryogo, piloci wanzerów, zostają przypadkowo wmieszani w rządowy spisek związany z MIDAS-em, nowym i śmiercionośnym typem broni masowego rażenia. Na uwagę zasługuje fakt, że fabuła Front Mission 3 w początkowej fazie rozgrywki rozgałęzia się na dwie odrębne, choć przeplatające się ze sobą, ścieżki. Innymi słowy: w przeciwieństwie do wielu innych jRPG mamy tu dobry powód do dwukrotnego przejścia gry.

    7. Legend of Mana
    (Square, 1999)

    Legend of Mana jest jednym z tych tytułów, w które powinni pograć wszystkie osoby wątpiące, że gry wideo — w sensie wizualnym — mogą uchodzić za dzieła sztuki. LoM warto jednak przejść nie tylko dla pięknych, ociekających kolorami, ręcznie malowanych plansz, ale również dla wysokiego stężenia baśniowości, dla silnie nieliniowej (jak na jRPG) struktury fabularnej, dla oryginalnego systemu walki i dla minigier związanych z produkcją własnego uzbrojenia, hodowania potworków i uprawiania egzotycznych roślin w sadzie. Dwa ostatnie elementy wydają się może nieco infantylne, ale doskonale komponują się z bajkową atmosferą świata gry.

    6. Parasite Eve
    (Square / Electronic Arts, 1998)

    Swojego czasu Square pozazdrościło Capcomowi sukcesu związanego z Resident Evil i wypuściło swój własny survival horror. Od strony graficznej podobieństwo między obiema grami jest duże (trójwymiarowe postacie i renderowane tła lokacji), ale Parasite Eve, jak na produkcję Square przystało, posiada liczne i wyraźne elementy RPG. Na plus wyróżnia się też fabuła (PE to zresztą adaptacja japońskiej powieści SF z 1995 r.): Akcja gry toczy się na Manhattanie, który w Wigilię Bożego Narodzenia zostaje zaatakowany przez zmutowane istoty. Wkrótce okazuje się, że powodem mutacji jest „bunt” mitochondrii… Brzmi tandetnie, ale „w praniu” w Parasite Eve nie występują żadne zgrzyty; występuje za to, i to w dużej dawce, opustoszały i zagrożony Manhattan. Klimacik jest.

    5. Final Fantasy Tactics
    (Square, 1997)

    Taktyczno-turowych jRPG nie powstało zbyt wiele, ale za to wszystkie trzymają wysoki poziom. Final Fantasy Tactics uchodzi — obok Shining Force III wydanego na Segę Saturn — za najdoskonalszą grę z tego (pod)podgatunku. O sukcesie FFT zadecydowała wciągająca fabuła wykorzystująca chodliwy motyw „starych przyjaciół, którzy stali się wrogami” (występuje on także w grze z miejsca drugiego) i bardzo miodna mechanika oparta na systemie klas postaci (character class system). Wzmiankowany system pojawiał się co prawda wcześniej w innych grach z serii Final Fantasy, ale dopiero w Tacticsie stanowi fundamentalny element całej zabawy. Co prawda z chwilą dołączenia do drużyny zabijaki Orlandu czalendż się kończy, lecz wcześniej można eksperymentować do woli z różnymi drużynowymi konfiguracjami i testować ich skuteczność na zgrajach przeciwników podczas kolejnych etapów. Gra doczekała się remasterowanych wersji na PSP, Androida i iOS-a.

    4. Vagrant Story
    (Square, 2000)

    Wszystkie gry, które trafiły na tę listę, odznaczają się zajmującą fabułą. Jednakże w większości przypadków są to zarazem fabuły rozwlekłe, typowe dla elektronicznych erpegów, w których obliczona na kilkadziesiąt godzin rozgrywka polega na eksplorowaniu całego fikcyjnego świata. Vagrant Story stanowi tutaj miłą odmianę. Historia pościgu za tajemniczym Sidneyem Losstarotem przez zrujnowane miasto Leá Monde jest bardzo zwarta, obfituje w zwroty akcji i dałaby się — bez większych cięć — zaadaptować na potrzeby dwugodzinnego filmu. Zresztą, do filmowości Vagrant Story przyczynia się także postać naszego protagonisty. Square zrezygnował z kanonicznego dla erpegów schematu „od zera do bohatera” — Ashely Riot jest Riskbreakerem, członkiem elitarnego oddziału pilnującego wewnętrznego bezpieczeństwa królestwa Valenda. Porównania do „średniowiecznego” Jamesa Bonda jak najbardziej wskazane. Pozostaje tylko żałować, że Vagrant Story, chociaż ciepło przyjęty przez społeczność graczy, nie doczekał się ani naśladowców, ani nawet sequela.

    3. Final Fantasy 7
    (Square, 1997)

    Siódma część legendarnej serii Final Fantasy (i pierwsza z trzech, które napisano z myślą o PSX-ie) uchodzi za najwybitniejszą odsłonę cyklu i za jedną z najważniejszych gier w historii elektronicznej rozrywki w ogóle. Umieszczenie jej przeze mnie na „dopiero” trzecim miejscu rankingu świadczy, że nie podzielam w pełni obiegowych i bezkrytycznych zachwytów. Sądzę mianowicie, że o ogromnym sukcesie FF7 zadecydowała przede wszystkim oprawa AV (faktycznie przepyszna), natomiast pod względem klimatu, miodności i fabuły „złotemu dziecku” Square brakuje trochę do dwóch tytułów, o których przeczytacie za moment. Z drugiej strony, „siódemka” faktycznie ma wszystko, co powinien posiadać jRPG pretendujący do miana najlepszego: dystopijny świat łączący w newweirdowskim stylu elementy fantasy i SF; charyzmatycznego bohatera Cloud’a Strife’a, którego tajemnicza przeszłość może okazać się kluczem do przyszłości świata; jeszcze bardziej charyzmatycznego badguya Sephirotha; i całkowicie niespodziewany, ale doskonale rozegrany zwrot akcji w połowie gry. Są remasteringi, jest też oficjalna pecetowa wersja oryginału.

    2. Suikoden 2
    (Konami, 1998)

    Pamiętam, że lato 2000 r. upłynęło mi pod znakiem Suikodena 2. Obiektywnie rzecz biorąc, jest to bardzo solidny, choć niekoniecznie wybitny, jRPG; subiektywnie, cóż, drugie miejsce w rankingu mówi samo za siebie. Co prawda Suikoden 2 jest liniowy aż do bólu (symbolicznym przejawem tej liniowości jest sytuacja, w której musimy dokonać Ważnego Wyboru i odpowiedzieć na pewne pytanie „Yes” lub „No”; jednak jedyna poprawna odpowiedź to „No” i jeśli odpowiemy „Yes”, zostaniemy zapytani „Are you sure?”… i tak w kółko), ale posiada wartką i wciągającą fabułę oraz stu siedmiu (sic!) bohaterów niezależnych, których można zrekrutować do drużyny. Do tego doliczmy wątek wojenny reprezentowany przez turową minigrę strategiczną oraz fakt posiadania własnego zamku, stopniowo rozbudowywanego wraz z postępem fabuły (świetna sprawa: zaczynamy od opustoszałych ruin, z których wypędziliśmy pająkowatego potwora, a kończymy na tętniącej życiem budowli, korytarzami której wędruje większość z napotkanych przez nas w ciągu gry enpeców). Grafika dwuwymiarowa, ale schludna i ciesząca oko. Nic, tylko grać.

    1. Final Fantasy 6
    (Square, 1994/1999)

    Na pierwszym miejscu znalazł się jRPG, który jako jedyny ze wszystkich dziesięciu tytułów nie ukazał się pierwotnie na PSX-ie. Premiera Final Fantasy 6 miała miejsca za czasów panowania na rynku SNES-a, a port na „szaraka” został wydany dopiero pięć lat później. „Szóstka” uchodzi za najbardziej dojrzały odcinek cyklu Final Fantasy — po części za sprawą psychologicznie pogłębionych bohaterów, po części za sprawą melancholijnego wydźwięku całej opowieści i po części przez brak jednoznacznego happy-endu. Punkt wyjścia dla historii opowiedzianej w FF6 stanowi rebeliancka walka ze złowrogim Imperium, ale z czasem pojawiają się oczywiście nowe fabularne twisty. O ile w większości jRPG do skonsolidowania drużyny dochodzi dość szybko, o tyle w FF6 losy poszczególnych bohaterów przez długi czas splatają się i rozdzielają, tak że nigdy nie wiemy, w jakim kierunku potoczy się za chwilę akcja. Dodatkowe smaczki to steampunkowy setting oraz główny badguy Kefka. Zlepek pikseli nigdy wcześniej nie był i nigdy więcej już nie będzie równie diaboliczny. Jest wersja na Androida i iOS.

    Uwagi końcowe: W rankingu zabrakło Chrono Triggera i Chrono Crossa. Wiem, że są super, ale jakoś nie przypadły mi do gustu pomimo pojemnego i spójnie rozegranego motywu podróży w czasie. Zabrakło też m.in. Grandii, Breath of Fire 3 & 4, Lunarów oraz Xenogears — z tego prozaicznego powodu, że nie miałem okazji w nie zagrać. Natomiast Sagę Frontier 2 uważam za niewypał.

    Na deser pewien utwór z soundtracku Final Fantasy 7. Nie, nie ten, bo ten wszyscy znają, ale coś pogodniejszego… choć równie epickiego.

    https://www.youtube.com/watch?v=D_oS8zsO2nU

    #psx #playstation #jrpg #crpg #staregry
    pokaż całość

  •  

    Mircy pomóżcie, bo niezły mindfuck złapałem!!!
    Hipotetyczna sytuacja. Tworzę maszynę, która jest nieskończenie dokładna, niezawodna i perfekcyjna. Maszyna ma takie zadanie. Zeskanować moje ciało, atom po atomie, dokładnie co do joty. Później zdeintegrowac moje ciało. Później odtworzyć atom po atomie to co zeskanowała. Niby zajebiście, bo jestem sobą, mam wszystkie organy, wszystkie komórki, pamięć tak samo jak podczas skanowania. Idealna metodą hibernacji! Ogólnie zajebiście. Niestety pech, maszyna się popsula i zapomniała mnie wcześniej zniszczyć. I jest mnie teraz dwóch, identycznych! Gdzie jest moja świadomość, którym ciałem steruje?!!

    #filozofia #biologia #fizyka #religia (?) #mindfuck #lem #kiciochpyta #pomocy
    pokaż całość

    źródło: akphoto2.ask.fm 18+

    •  

      @mistrz_tekkena: Nie znamy odpowiedzi na to pytanie. Serio. Problem, który poruszyłeś jest jedną z największych zagadek nauki i filozofii. Pytasz o związek pomiędzy materią a umysłem / świadomością, pomiędzy obiektywnymi atomami a subiektywnymi odczuciami. Chalmers nazwał go "hard problem of consciousness" -- "hard", bo nikt nie ma nawet pojęcia, jak się do niego zabrać.

    • więcej komentarzy (133)

  •  

    Od pół wieku tak zwane prawo Moore’a zaskakująco precyzyjnie opisuje rozwój techniki informatycznej. Gordon Moore, współzałożyciel Intela, sformułował jego pierwszą wersję w 1965 r. w artykule pt. „Upychanie dodatkowych komponentów w układach scalonych”. Ogłosił podówczas, że liczba tranzystorów mieszczących się w procesorach będzie podwajać się średnio raz na dwa lata. W przeciągu następnych dziesięciu lat skorygowano ten okres do osiemnastu miesięcy. Prognoza sprawdziła się jak mało która.

    Jednakże każdy realny postęp geometryczny w pewnym momencie zderzy się z fizycznym sufitem. Dla gęstości upakowania tranzystorów pryncypialne ograniczenie stanowi rozmiar atomów. W chwili obecnej odstęp między komponentami wynosi około dziesięciu nanometrów. Tę odległość da się zapewne jeszcze trochę zmniejszyć, lecz jeśli prawo Moore’a miałoby utrzymać się w mocy przez kilka kolejnych dekad, inżynierowie musieliby wkrótce wymyślić tranzystor mniejszy od atomu wodoru. Eufemistycznie mówiąc, to trudne zadanie, więc branża półprzewodnikowa sądzi, że prawo Moore’a lada rok odejdzie do lamusa. Z drugiej strony pamiętajmy, iż w przeszłości jego żywotność zaskoczyła sceptyków kilkukrotnie.

    Czy ewentualny kres prawa Moore’a oznacza koniec informatycznego postępu? Bynajmniej. Tim Cross na łamach The Guardiana opowiedział, jak może wyglądać „życie po Moorze”; skąd będzie brał się przyrost mocy obliczeniowej i szybkości pracy z komputerami, gdy tranzystory osiągną już minimalne rozmiary.

    - Lepsza optymalizacja kodu. Częsta wymiana hardware’u przestanie być wymówką dla leniwych programistów.

    - Procesory będą specjalizować się w określonych zadaniach (np. rozpoznawanie obrazu).

    - Procesory staną się trójwymiarowe, tzn. będą składać się z wielu warstw tranzystorów połączonych ze sobą w trzech osiach. Samsung rozpoczął przecieranie szlaku kilka lat temu. Główny problem tej architektury stanowi jednak chłodzenie. Trzeba wiercić mikrootwory i pompować specjalną ciecz chłodzącą.

    - Komputery kwantowe – w które osobiście nie wierzę. Obiecuje się je nam od kilkunastu lat. W urzeczywistnienie wielkoskalowej koncepcji kubitów zainwestowano ogromne pieniądze, natężały się nad nią genialne umysły. Gdyby ich zbudowanie było możliwe, już by to nastąpiło. Albo więc pomysł jest niewypałem, albo najpierw musi nastąpić zmiana naukowo-technologicznego paradygmatu.

    - Skoncentrowanie mocy obliczeniowej w superkomputerowych serwerowniach. Nasze komputery, tablety i smartfony będą „głupimi” klientami czerpiącymi z niezmierzonych zerojedynkowych zasobów poprzez błyskawiczny internet, jeszcze szybszy niż dzisiejszy.

    - Wygodniejszy interfejs. Pierwszy przełom – ekrany dotykowe – dokonał się już za sprawą Apple’a. Czekamy na następne: porozumiewanie się głosem i gestami oraz rzeczywistość wspomaganą a’la Google Glass.

    #gruparatowaniapoziomu #komputery
    pokaż całość

    •  

      @eagleworm: Komputery kwantowe nie stały sie rzeczywistością bo mamy nadal zbyt słabo rozwiniętą nanotechnologię. Jednak aby ta byłaby wystarczająco rozwinięta i tania należy rozwijać trójwymiarowe drukarki, bo tylko one są w stanie zbudować na tyle małe drukarki 3D aby te mógłby zbudować wystarczająco małe drukarki 3D, do zbudowania wystarczająco małych drukarek 3D, które zbudują na tyle małe drukarki 3D, że te będą w stanie zbudować nano drukarki 3D, które zbudują nano fabrykę produkującą układy kwantowe odporne na wstrząsy. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Oczywiście do tego czasu pewnie już zbliżymy się do maksymalnej wydajności klasycznych komputerów.
      pokaż całość

    •  

      @eagleworm: jak widze dobrze uzyte bynajmniej to az beniz staje (。◕‿‿◕。)

  •  

    Jeżeli brakuje epitetu, Edward Stachura podpowiada, jak skutecznie kogoś zwyzywać.

    ...ty świński ryju, ty świński ogonie, ty świńska nóżko, ty golonko, ty fałdo, ty grubasie, ty pyzo, ty klucho, ty kicho, ty flaku, ty pulpecie, ty żłobie, ty gnomie, ty glisto, ty cetyńcu, ty zarazo pełzakowa, ty gadzie, ty jadzie, ty ospo – dyfteroidzie, ty pasożycie, ty trutniu, ty trądzie, ty swądzie, ty hieno, ty szakalu, ty kanalio, ty katakumbo, ty hekatombo, ty przykry typie, ty koszmarku, ty bufonie, ty farmazonie, ty kameleonie, ty chorągiewko na dachu, ty taki nie taki, ty ni w pięć ni w dziesięć ni w dziewiętnaście, ty smutasie, ty jaglico, ty zaćmo, ty kaprawe oczko, ty zezowate oczko, ty kapusiu, ty wiraszko, ty ślipku, ty szpiclu, ty hyclu, ty przykry typie, ty kicie, ty kleju, ty gumozo, ty gupteraku, ty kalafonio, ty wazelino, ty gliceryno, ty lokaju, ty lizusie, ty smoczku, ty klakierze, ty pozerze, ty picerze, ty picusiu, ty lalusiu, ty kabotynie, ty ciulu łaciaty, ty luju pasiaty, ty kowboju na garbatym koniu, ty klocu, ty młocie, ty piło, ty szprycho, ty graco, ty ruro nieprzeczyszczona, ty zadro, ty drapaku, ty drucie, ty draniu, ty przykry typie, ty kapitalisto, ty neokolonialisto, ty burżuju rumiany, ty karierowiczu, ty groszorobie, ty mikrobie, ty gronkowcu, ty kieszonkowcu, ty gonokoku, ty luesie, ty purchawko, ty nogawko, ty mitomanie, ty narkomanie, ty kinomanie, ty grabarzu, ty bakcylu, ty nekrofilu, ty sromotniku bezwstydny, ty seksolacie, ty bajzeltato, ty szmato, ty scholastyku, ty kiwnięty dzięciole, ty strzaskana rzepo, ty współczesna ruino, ty rufo nieprzeciętna, ty klapo, ty gilotyno, ty szubienico, ty przykry typie, ty szlafmyco, ty pomponie, ty kutafonie, ty pomyjo, ty knocie, ty gniocie, ty gnoju, ty playboyu, ty modny przeboju, ty astamaniano, ty moja droga ja cię wcale nie kocham, ty omamie blue, ty onanio, ty kurza melodio, ty zdarta płyto, ty trelewizjo, ty lelemencie, ty dupku żołędny, ty bycie zbędny, ty podwiązko, ty klawiszu, ty kołtunie, ty larwo, ty kleszczu, ty mszyco, ty szkodliwa naliścico, ty komiku zrosłozębny, ty korniku bruzdkowany, ty koński bąku, ty końska pijawko, ty szulerze, ty gangsterze, ty rabusiu, ty morderco, ty przykry typie, ty nygusie, ty bumelancie, ty akselbancie, ty kurdebalansie, ty kurdemolu, ty zębolu, ty szczerbolu, ty rybo dwudyszna, ty wypukła flądro, ty śnięty halibucie, ty śmierdzący skunksie, ty moreno denna, ty mule epoki, ty zbuku, ty kwadratowe jajco, ty kanciarzu, ty artysto, ty prywaciarzu, ty intelektualisto badylarzu, ty talencie na zakręcie, ty geniuszu z przymusu, ty wajszwancu od awansu, ty awangardo ariergardy, ty tabako w rogu, ty neptku, ty nadrachu, ty meneliku, ty sedesie z bakelitu, ty koterio, ty komitywo, ty kombinacjo, ty machinacjo, ty metodo kupiecka, ty dolary i piernaty, ty a dalejże ty w szmaty, ty lichwiarzu, ty wekslu, ty kwicie, ty kleksie, ty pecie, ty bzdecie, ty przykry typie, ty makieto, ty tapeto, ty tandeto, ty torbo, ty drągu w dziejowym przeciągu, ty kiju, ty kij ci w oko, ty hak ci w smak, ty nogo, ty fujarko, ty klarnecie, ty bidecie, ty kiblu, ty biegunko, ty kałmasznawardzie, ty flujo, ty szujo, ty fafuło, ty muchoplujko ze złotym zębem, ty mrówkolwie plamistoskrzydły, ty kawale chama w odcieniu yellow bahama, ty palcu w nosie, ty baboku, ty obiboku, ty bago, ty zgago, ty dzwonie bez serca, ty emalio z nocnika, ty czarnodupcu, ty kolcogłówku, ty capie, ty bucu, ty fiucie, ty wawrzonie, ty laluchu, ty patafianie, ty palancie, ty palantowo, ty szajbusie, ty aparycjonisto, ty kulturysto, ty żulu, ty żigolaku, ty łajdaku, ty chechłaku, ty lebiego, ty alfonsie i omego, ty przykry typie, ty konweniujący kołnierzyku, ty zerowokątny czytelniku, ty literacki żywociku, ty kawiarnio, ty rupieciarnio, ty trupieciarnio, ty chałturo, ty paprochu, ty farfoclu, ty chęcho, ty chachmęcie, ty chebdo, ty chwaście, ty mydłku, ty mizdrzaku, ty wyskrobku, ty cycku, ty sikawo, ty siuśmajtku, ty zgniłku, ty padalcu, ty zaropialcu, ty przykry typie, ty lilio w kibici łamana, ty prostowaczu banana, ty wyciśnięta cytryno, ty kotlecie sponiewierany, ty zapluty kabanosie, ty zapity kurduplu, ty zmęczona jagodo, ty wczasowa przygodo, ty pipo grochowa, ty zapchany gwizdku, ty pięć minut za krzakiem rozmarynu, ty niedokończona iluzjo, ty zaciągnięta żaluzjo, ty zazdrostko, ty zawistniku, ty arszeniku, ty ciemna maszynerio, ty sztuczny kwiatku, ty krosto, ty pryszczu, ty wągrze, ty zachciewajko, ty kurzajko, ty pluskwo, ty mendo, ty mendoweszko, ty przykry typie, ty złap mnie za pukiel, ty wskocz mi na kant, ty narób mi wkoło pióra, ty mów mi wuju, ty masz na loda, ty nie śpiewaj nie mam drobnych, ty kandydacie do nogi, ty kto ci ręce rozbujał, ty zniknij systemem bezszmerowym, ty ciągnij smugę, ty spadaj, ty zjeżdżaj, ty spieprzaj, ty stleń się, ty spłyń z lodami, ty giń, dzyń, dzyń, dzyń...

    Edward Stachura, "Wiersze pozostałe", CiT, Toruń 2000, s. 42–44

    #poezja #jezykpolski #heheszki
    pokaż całość

    +: m1a1, arsaya
  •  

    Oglądam sobie dalej drugi sezon oryginalnego Star Treka.

    2.10: Journey to Babel. Fajny odcinek! Równoległe wątki, intryga dyplomatyczna, barwni przedstawiciele różnych ras. Solidny scenariusz, choć bez fajerwerków.

    2.11: Friday's Child. Załoga wśród dzikich plemion. Kolejny epizod "antropologiczny", aczkolwiek niezły, bo na początku mamy zwrot akcji, który na resztę odcinka nadaje fabule energii.

    2.12: The Deadly Years. Znakomite! Kirk jako dziad z demencją, McCoy jako zgrzybiały staruszek. I ten "proces o starość", który zostaje wytoczony Kirkowi w połowie odcinka... :) Już wiem, czym zainspirowali się scenarzyści jednego z najlepszych odcinków Z Archiwum X.

    2.13: Obsession. Dobra passa trwa. Złożony odcinek: Jest i wątek przeszłości Kirka, i trochę startrekowej psychologii, i oczywiście groźny kosmiczny amorficzny potwór.

    #startrek
    pokaż całość

  •  

    Garść linków. Sporo sztuki, ale nie tylko.

    SZTUKA: Nowojorskie Metropolitan Museum of Art, największe muzeum sztuki w Stanach Zjednoczonych, udostępniło online gigantyczny, ilustrowany katalog swoich zbiorów. Liczy 446 tysięcy pozycji. Zdjęcia są w wysokiej jakości oraz, co najważniejsze, umieszczono je w domenie publicznej. Na dobry początek przeglądania wybierzcie „Obrazy” i zaznaczcie „Wyróżnione”.

    DESIGN: Pamiętacie dzień, w którym system operacyjny na waszym smartfonie lub tablecie nieoczekiwanie „ulepszył” się do wersji z kanciastymi oknami-kaflami, płaskimi przyciskami i brzydkimi, uproszczonymi ikonami? Ja przez resztę tamtego dnia chodziłem jak struty. Minęło kilka lat, do nowego designu oczywiście się przyzwyczaiłem, ale to nie znaczy, że go polubiłem. Niedawno dowiedziałem się przynajmniej – dzięki @arti040 – że to, za czym tęsknię, nazywa się skeumorfizmem.

    FILOZOFIA: Wprowadzenie do poststrukturalizmu. Zaczyna się banalnie, ale mniej więcej w połowie dziewięciominutowego filmiku człowiek odkrywa, że nie tacy głupi ci poststrukturaliści. Po angielsku z napisami.

    BLOGOSFERA: Orbitowski brutalnie o publicystyce. Swoją drogą, polecam obserwowanie jego blogu. Cotygodniowe felietony prawie zawsze trafiają w punkt.

    MISZ-MASZ: Tytuł witryny mówi za siebie: Śmietnik internetowy złożony z moich i całkiem nie moich tekstów. Zachęcam do poszperania w przedpotopowym layoucie. Sporo perełek.

    SZTUKA: W marrakeszańskiej knajpce moją uwagę przykuł stary plakat zdobiący ścianę. Wiem, że obiektywnie rzecz biorąc nie ma w nim absolutnie niczego nadzwyczajnego, ale percepcja sztuki jest (na szczęście) sprawą wysoce subiektywną, zatem bez wstydu mogę oznajmić, że akurat ten plakat mnie wręcz zahipnotyzował. Jego autorem jest niejaki R. C. Quesnel. Przy pomocy Gugla ustaliłem, że malarz Robert Quesnel żył w latach 1881-1962 – to najprawdopodobniej ta sama osoba, chyba że zmyliła mnie zbieżność nietypowych nazwisk. Kilka innych jego dzieł można obejrzeć tutaj.

    PROGRAMOWANIE: Hipnozy ciąg dalszy. Niesłychanie krótkie fragmenty kodu (nie dłuższe niż 140 znaków) tworzą zachwycające animacje. Co więcej, przedstawienie jest interaktywne. Możemy eksperymentować, modyfikować kod i patrzeć, co też będzie się wyprawiało z animacją w czasie rzeczywistym. Lepsze wprowadzenie do programowania trudno mi sobie wyobrazić. Demoscena wiecznie żywa!

    FILOZOFIA: Dwadzieścia jeden wariantów gry w Snake’a. Każdy ilustruje jakiś izm: antropomorfizm (jabłka biegają), kapitalizm (każde jabłko kosztuje 10$), nihilizm (nic się nie wyświetla)… Sami zgadnijcie, jak działa determinizm, egzystencjalizm czy romantycyzm. Pół godziny intelektualnej frajdy.

    #sztuka #filozofia #programowanie #grafika #design
    pokaż całość

    •  

      @kocham_jeze:

      skeu-appki na iPhone wyglądały praktycznie tak samo
      Uu, to już mocne założenie ;-) Doskonale pamiętam lata 2007-2011, bo byłem wtedy bardzo aktywnym użytkownikiem gadżetów na iOS. Widząc screenshot appki mogłem bezbłędnie stwierdzić:

      - co to za appka;
      - do czego służy;

      Dziś nie jestem w stanie - białe tło, lista z ikonkami, guziki na dole, jakiś pasek na górze w losowym kolorze - appka jak milion innych - mogę tylko zgadywać, do jakiej kategorii należy. Czy to wygodne - pewnie tak, skoro wszystko wygląda tak samo (choć w Skeu raczej też nie masz tego problemu, bo skoro elementy UI wyglądają mega realistycznie, to też łatwo ogarniasz, co do czego służy) ale gdzie tu miejsce na jakiś indywidualizm/wyróżnik? Jak promować swój program skoro inne, podobne wyglądają tak samo?

      Na potwierdzenie swoich słów jeszcze jeden przykład - konkursy/plebiscyty na najlepsze WWW - nawet dziś wygrywają projekty, które z Flat mają niewiele wspólnego.
      pokaż całość

    •  

      @arti040: No może to moje subiektywne odczucia.

      +: pearl0
    • więcej komentarzy (3)

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika eagleworm

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.