Snapchat: erikitto

  •  

    Gdyby istniała taka możliwość, Japończycy z chęcią wykreślili by liczbę 4 i zastąpili inną. Ta cyfra uznawana jest przez nich jako przynosząca nieszczęście. Niechęć przed czwórką to tetrafobia. W języku japońskim wymowa słowa "cztery" jest bardzo zbliżona do wyrazu "śmierć". Z tego powodu budynki w Japonii pozbawione zostały czwartego piętra - po trzecim zazwyczaj wchodzi się od razu na piąte. Przesądni ludzie decydują się także na zmianę numerów swoich mieszkań, a także telefonu. Wszystko w obawie przed tą cyfrą! Co ciekawe, z tego powodu Nokia zrezygnowała z produkcji telefonów Nokia 4000 series (z uwagi na potencjalną stratę rynku azjatyckiego). Podobnie postąpił producent lustrzanek Nikon - w serii D5XXX pominięto model D5400. #ciekawostki #japonia pokaż całość

    źródło: rzucijedz.pl

  •  

    Tak sobie myślę, czy lepiej wygrać raz 3:0, czy trzy razy 1:0?
    #mecz

    +: k...s, bartek8 +1 inny
  •  

    - Jak mogę zapłacić za rower?
    - Gotówką.
    - A może mi Pan wydać go dzisiaj, a ja jutro zrobię przelew? Przecież nie będę dwa razy ujeżdżał.
    - ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    - No nie jestem żadnym ch#$%!
    - ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #takbylo #nieogarniam #pracbaza #sklep i trochę się dziwię, że to #logikaniebieskichpaskow pokaż całość

  •  

    Na 26 państw tylko Węgry mają piosenkę w swoim języku. Jeszcze Białoruś, ale oni chyba mają mixa, jak Wiśniewski z Keine Grenzen. Jeśli nie mam racji, niech mnie ktoś poprawi. Smutne to.

    #eurowizja #ogloszeniezdupy

  •  

    Mirki, zapraszam na spacer po opuszczonym wesołym miasteczku w Japonii. Byłem tam we wrześniu ubiegłego roku i w końcu coś skleiłem. Park był zrobiony na wzór Disneylandu (początkowo miał być Disneylandem, ale finalnie Japończycy nie dogadali się z Waltem Disneyem i stwierdzili, że podróbka też spoko sprawa).

    http://www.wykop.pl/link/3665975/zwiedzanie-opuszczonego-wesolego-miasteczka-w-japonii-nara-dreamland/ - może nie zginie gdzieś w wykopalisku ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #rzucijedz #ciekawemiejsca #podroze #podrozujzwykopem #urbanexploration #japonia #urbex
    pokaż całość

  •  

    Szukam kogoś, kto jest mi to w stanie wyjaśnić ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #skoki #piotrzyla #onet #skokinarciarskie #towspieraczyniewspiera

    źródło: zzz.png

  •  

    Każdego plusującego ten wpis pozwę pro bono. Zielonki nie biorą udziału.

  •  

    Dla takich telefonów warto pracować:
    - Dzień dobry, nazywam się Grażyna, w 2015 kupowałam u Pana rowerek, pamięta Pan?

    pokaż spoiler nie pamiętałem ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #pracbaza #logikarozowychpaskow

    +: u...s, B....q +9 innych
  •  

    Ciućkowo, wieś w Polsce. Nie wiedziałem, że istnieje, ale właśnie przez nią przejechałem. Jakiś pomysł na pochodzenie nazwy? ( ͡° ͜ʖ ͡°) #gownowpis #kiciochpyta

  •  

    Noca w pełni. Nie ogarniam. Słownik poprawia. #yolo

    +: P.................d, Cronox
  •  

    Co na nocnej, zostaje na nocnej.

    pokazmorde.jpg

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Tylko żeby wszystko było zjedzone.

    pokaż spoiler Jeszcze dwa dni.

  •  

    Cztery miesiące w podróży, 42.998 kilometrów po Azji - z czego jak pokazuje telefon 2978 kilometrów pieszo. Nienawidzę tego uczucia po powrocie - jesteś zarówno szczęśliwy, jak i smutny.
    Nie wiem jak ja się odnajdę jutro w #pracbaza
    #rzucijedz #podrozujzwykopem #podroze

  •  

    Nigdy nie byłem w kokpicie samolotowym.
    Nigdy nie wchodziłem do Boeinga 747 przez luk bagażowy.
    Nigdy też nie chodziłem po skrzydłach samolotu.
    Aż do teraz.
    Wcale nie aż tak daleko od centrum Bangkoku, właściwie 40 minut przyjemnej podróży łodzią, w otoczeniu bloków mieszkalnych znajduje się cmentarz dla samolotów. "Pochowano" tam resztki wspomnianego wcześniej Boeinga oraz dwóch maszyn MD-82. Podobna jedna z nich rozbiła się w 2007 roku na lotnisku w Phuket (zginęło wtedy 89 ze 130 osób będących na pokładzie).
    Dwa kadłuby zostały przystosowane przez trzy tajskie rodziny, które postanowiły tutaj zamieszkać. Zamieszkać i pracować jako "nieformalni" strażnicy. Pobierają oni opłatę za wstęp, jednak nie ma co szukać oficjalnego cennika, gdyż taki nie istnieje. W internecie spotkałem się z widełkami od 100 do 800 bahtów (jakieś 12-90 zł) za osobę. Moja twarz została wyceniona na 200 bahtów, mój portfel na to przystał.
    Na pierwszy rzut zwiedzanie dwóch mniejszych maszyn. Chodzenie po nich w miarę stabilne, niektóre części opierają się o opony, też stając na oponach można wejść wyżej. Ogólnie bezpieczne. Gdy już kończyłem, słyszę wołanie chłopca (góra 6 lat) ze szczytu Boeinga.
    - Come, come, come - uśmiecham się i pokazuje, że zaraz tam będę.
    Do Boeinga wchodzi się przez luk bagażowy, drzwi są zbyt wysoko. Na dole czekał już chłopiec, który sprowadzał drugiego turystę.
    - Money, money, money - zaczynamy się śmiać, najprawdopodobniej z Chinczykiem, przynajmniej na takiego wyglądał.
    - Ile mu dałeś? - pytam.
    - 20 bahtów.
    No dobra. Patrzę do portfela, a tam same "grube". Nie no, 100 mu nie dam, to dla mnie obiad i dwa napoje.
    - Może być dolar? - patrzę na dzieciaka, który sprawia wrażenie jakby pierwszy raz widział taki banknot.
    Udało mi się znaleźć w drobnicy 20 bahtów i przekazałem zasmuconemu chłopakowi, który oczekiwał kokosów.
    Na samej górze poczułem się jak w saunie, nie mogłem dłużej wytrzymać jak pięć minut i musiałem zbiec poziom niżej. Opuściłem Boeinga, zrobiłem dwa ostatnie zdjęcia i kieruje się do wyjścia. Brama była zamknięta na kłódkę. Mogłem ją przeskoczyć, w końcu mam już wprawę po Japonii, no ale czekam na odźwierego, tfu dzieciaka. Podchodzi tanecznym krokiem mówiąc:
    - Money, money, money.
    Wyrośnie z niego prawdziwy biznesmen...
    #rzucijedz #tajlandia #bangkok #podroze #podrozujzwykopem #nieumiemrobiczdjec
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Wyobraź sobie ciepłe letnie popołudnie i przyjemnie wiejący wiatr podczas jazdy rowerem na prowincji. Wiejska górska ścieżka pozwala jedynie na leniwą przejażdżkę. Na trasie mijasz wolno płynącą rzeczkę, w której wyleguje się bydło, pojedyncze stare domki, czy mniejsze lub większe wioski. Mija pierwsza godzina, a Ty myślisz jak tu jest pięknie, po drugiej zaczynasz się zastanawiać jak tutaj żyją ludzie, jedziesz trzecią i wcale nie odczuwasz zmęczenia. Po czterech pojawia się myśl, kiedy ten obraz przestanie Cie zachwycać, a po piątej... po piątej coś zakłóca Twój spokój i zatrzymuje Twój rower. Obracasz się i widzisz Wietnamczyka trzymającego Twój bagażnik. Właściwie nie jednego, a czterech. Wszyscy z uśmiechem od ucha do ucha szczerzą do Ciebie kły. Po chwili zastanowienia chyba warto odwzajemnić uśmiech i zaprezentować swoje uzębienie. Wietnamczycy zaczynają coś do Ciebie mówić, nie wiesz co, bo nigdy w życiu nie pomyślałeś, że chciałbyś się tego języka nauczyć. Możesz tylko wzruszyć ramionami i pokazać palcem, że jedziesz dalej. Zaraz, zaraz, nie, nie, Twoi nowi znajomi mają w stosunku do Ciebie inny plan. Widzisz jak jeden już biegnie na ogródek i macha do Ciebie dając znać, abyś zaparkował swój pojazd. "No dobra, jest jeszcze jasno, wyglądają przyjaźnie, zobaczymy jak to się dalej potoczy, w końcu tyle dobrego słyszało się o tych ludziach" - myślisz. Co ciekawe, myślisz tak samo jak ja!
    Zostałem ugoszczony na schodach, specjalnie na tę okazję zostały one udekorowane czymś w rodzaju karimaty i dopiero pozwolono mi usiąść. Teraz pojawił się problem, jak tu się dogadać - oni po wietnamsku, ja po angielsku (tak właściwie mógłbym nawet po polsku, było to bez znaczenia). Ustaliliśmy skąd jestem
    - Ba Lan!
    - Ba Lan? - pytam.
    - Ba Lan - na to jeden z nich wskazuje raz na mnie, raz na nasz kraj na mapie. Wszystko rozumiem.
    Na naszym "stole" zaczęły pojawiać się różne potrawy mięsne, czy bezmięsne, a na ganku pojawiła się kobieta jednego z mężczyzn i patrzy na mnie przyjaźnie. Po chwili jeden z moich nowych przyjaciół zniknął na chwilę i wrócił z białym napojem. Tutaj słowa nie były już potrzebne. To spotkanie można trochę podciągnąć pod edukacyjne, poznałem sporo nowych słówek, jak na przykład na zdrowie, czyli "joooo" (nie wiem czy tak się pisze, ale tak się na pewno czyta :)). Podczas drugiego toastu, to ja przejąłem rolę nauczyciela i próbowałem ich nauczyć polskiego odpowiednika "yooo". Niestety tylko jeden z nich okazał się być pojętnym uczniem. Na trzeci toast pojawiło się sporo nowych osób, w tym dzieci. Wódka kończyła się w zastraszająco szybkim tempie i przy czwartym toaście usłyszałem "cha" i wszyscy podnoszą kieliszki. Jeden z moich kumpli patrzy na mnie i wskazuje palcem na mój kieliszek mniej więcej w połowie jego wysokości. Początkowo nie za bardzo zrozumiałem. Zrobiłem to, co zrobili wszyscy, czyli nie wypiłem do końca. O ile dobrze zrozumiałem oznacza to koniec picia, ostatni kieliszek, jednak pijemy go na dwa razy. Gdy się żegnaliśmy na podwórku zebrało się dobre 15 osób, w tym starsza Pani, która zaproponowała gorące spotkanie w sypialni. Dla mnie było wystarczająco gorąco na zewnątrz i postanowiłem się ulatniać. Rower można już było tylko prowadzić.
    A następne dni? Zatrzymałem się niby w hostelu, ale przypominało to bardziej guest house. Z właścicielem spędziłem więcej czasu niż w jakimkolwiek innym miejscu, choć nasza komunikacja opierała się na translatorze bądź pomocy recepcjonisty. Drugiego dnia pobytu i na pożegnanie zostałem poczęstowany obiadem i domowymi alkoholami (właśnie wtedy dokładniej wytłumaczono mi co to całe "cha" oznacza).
    Co właściwie chcę powiedzieć - Wietnamczyków dzielę na dwie grupy, te pierwszą, sympatyczną oraz tę mniej przyjazną. Chociaż na pierwszy rzut oka są przyjaźni, uśmiechają się, przyjacielsko z Tobą rozmawiają, ale myślą głównie o Twoich pieniądzach. Zacznę od waluty. Byłem (niestety byłem, gdyż już zbankrutowałem...) milionerem! Płaciłem banknotami z tyloma zerami, co moje konto nigdy nie widziało. I dla przykładu zamiast stu tysięcy, otrzymywałem dziesięć, albo tyle banknotów, żebym się nie połapał, że do czterystu brakuje jakaś stówka. W przeciwieństwie do innych krajów tutaj dokładnie liczę wydawaną resztę i zwracam uwagę. "Oo, przepraszam, pomyłka" - słyszę... no jasne. Każdy też chcę mi coś sprzedać, cokolwiek. W Mui Ne, czy Hue praktycznie co 10 minut ktoś próbował mi opchnąć jakieś narkotyki. Na dłuższą metę bywało to męczące. Podobnie jak z osobami na skuterach. Jest ich tutaj WUCHTA, a biały z plecakiem to dla nich szansa na jakieś szybkie pieniądze, więc podjeżdżają i pytają "gdzie jedziesz? podwiozę!", czasami robią to w nachalny sposób. Jechałem trzy razy, zawsze za darmo, ale to z moimi ziomkami.
    O różnych cenach za te sama rzecz nie będę pisał, bo to się zdarza wszędzie. Napiszę o różnych cenach za bilet autobusowy. Od samego początku znałem cenę przejazdu. Odcinek w jedną stronę przejechalem bezproblemowo, zawsze staram się mieć odliczoną gotówkę i ją po prostu wręczyć bez zbędnych afer. Droga powrotna jednak... wręczam 20.000, kobieta je wyrywa i pokazuje banknot 50.000 na znak, że mam dopłacić. Usłyszała tylko twarde nie i wskazałem na cennik zasłoniety kurtką. Nie był to dla niej argument i postanowiła dalej prosić o dodatkową opłatę. Tym razem to ja wyrwałem swój banknot i zacząłem wstawać. Usłyszałem tylko "okey, okey, okey. Sit, sit. Okey.". Częsty proceder na trasie Da Nang -> Hoi An (przy okazji, nie polecam tego miasta, wracałem po godzinie). Dodatkowo wyczytałem o nieistniejącej opłacie za bagaż, o którą czasami proszą. Niby detale, ale ...
    Chyba pora spać, bo u mnie już noc. A, no i nowy kraj, pozdrawiam z Tajlandii. Szykuje się wygodne spanko, na lotnisku.
    #rzucijedz #pokazwietnamczyka #podroze #podrozujzwykopem #wietnam
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Po raz kolejny nie tak miało być! I tym razem wcale się z tego nie cieszę! Zgodnie z planem w Hanoi miałem być całe pół dnia, skończyło się na pięciu. Niestety ulica powiedziała "koniec tego dobrego" i wylądowałem w łóżku, pierwszy raz w Azji, mam nadzieję ostatni.
    Nie pojechałem do Sapy, nie wspiąłem się na Fansipan, ale za to leniwie i bez planu zwiedzałem Hanoi. W pewnym momencie stwierdziłem "pora na krótką przerwę". Usiadłem na murku nad wodą, podziwiam widok, który wybrałem (powiedzmy sobie szczerze, Hanoi to takie 4.5/10 jeśli chodzi o urodę) i myślę co zrobić dalej.
    Po chwili pojawiają się dwie dziewczyny i zagadują:
    - Cześć, możemy z Tobą przeprowadzić wywiad? - po raz kolejny czuję się jak gwiazda, to już drugi raz w Wietnamie.
    Dość wnikliwie pytały dlaczego przyjechałem do Wietnamu, jak wygląda moja trasa, co mi się podoba, co jadłem (miałem ochotę powiedzieć co jadłem...).
    Po krótkiej rozmowie i szybkich zdjęciach wracam do chwili samotności, ale nie na długo. Na jakąś minutę, by usłyszeć:
    - Sinjao, jesteśmy studentami w Hanoi i chcielibyśmy poćwiczyć angielski, możemy z Tobą chwilę pogadać?
    No jasne! Za długo leżałem w łóżku, żeby teraz być zamknięty na ludzi. Wykorzystałem tę okazję, aby dowiedzieć się więcej o Hanoi i przyzwyczajeniach młodych ludzi. Gdybym był Wietnamczykiem już dawno powinienem mieć żonę i co najmniej jedno dziecko. Inaczej krzywo by się na mnie spoglądali. Dla moich rozmówców powoli to też ostatni dzwonek, czeka ich ostatni rok studiów i dalej następny etap w życiu. Podziękowali mi za poświęcone dwa kwadranse i poszli w swoją stronę. Z 10 minut zrobiła się już godzina.
    Czas na mnie. Już mam wstawać, a tu jeden chłopak:
    - Heeej, jak się masz? - ale mam dzisiaj dobrą passę.
    Początek praktycznie taki, jak w każdej poprzedniej rozmowie - jak, co, dlaczego. Gdy usłyszał, że na dniach wybieram się do Tajlandii, tylko skrzywił twarz i powiedział:
    - Nie jedź tam, zostań w Wietnamie.
    Nie musiałem zadawać pytania, dobrze rozczytał moją twarz typu "dlaczego?".
    - Nie słyszałeś, król zmarł.
    - Aaa, to wiem, ale dlaczego mam nie jechać?
    - Zero imprez, przez miesiąc, żałoba.
    Jakby tu tylko o imprezę chodziło, czy ja mam to wypisane na twarzy? Może tylko trochę.
    Rozmawiamy sobie, aż tu nagle podchodzi energiczna dziewczyna i z uśmiechem na twarzy pyta:
    - Mogę się dołączyć do rozmowy? - odwzajemniam uśmiech i zapraszam na murek, ona zaś zaprasza swoich dwóch kolegów, nasze towarzystwo się powiększa.
    - Chcę wiedzieć wszystko, co tutaj robisz, dlaczego przyjechałeś, co sądzisz o Wietnamczykach, co Ci się podoba, a co nie, czy podobają Ci się Wietnamki, mów wszysto.
    W pierwszej chwili nie byłem w stanie ogarnąć. Zacząłem od ostatniego pytania. Już od pierwszego dnia zauważyłem, że Wietnamki zdecydowanie różnią się od reszty Azjatek. Raz - wizualnie nie są dla mnie takie same (chociaż może już po dwóch miesiącach nauczyłem się je rozróżniać?) - dwa - niektóre są naprawdę ładne, mocne 8/10. No i oczy, nie są aż takie skośne, przynajmniej dla mnie. Co łączy wszystkie Azjatki to uśmiech, one z nim chodzą cały czas. Oczywiście zawsze można spotkać jakąś nadąsaną, ale jest to zdecydowana rzadkość!
    Następnie zaczęła się zgadywanka kto ma ile lat - co mnie nie zdziwiło, ja mam 20, przynajmniej nie jestem już nastolatkiem.
    - Wiesz co, Wy Azjatki zazwyczaj wyglądacie na mniej niż macie, więc strzelę 24 - i widzę jak jej twarz robi się zdziwiona.
    - 17. Nie, nie, wcale nie jest mi przykro.
    I w tym momencie zacząłem poznawać typowe problemy wietnamskich nastolatków.
    - Nie mogę pić alkoholu! Jestem typową córeczką tatusia! Na nic mi nie pozwala i muszę być zawsze na czas w domu. Jak tak rozmawiam z ludźmi z zachodu, czy ameryki, to Wam zazdroszczę. Wy możecie podróżować, możecie robić wszystko w moim wieku, a ja nie mogę nic. - ten wywód trwał dobre pięć minut.
    Próbowałem ją wyprowadzić z błędu, ale chyba bezskutecznie. Nie uwierzyła, że jednak 17-nastolatek nie może w Polsce wszystkiego. A może coś się zmieniło, a ja o tym nie wiem?
    Tak właściwie co chcę powiedzieć tym przydługawym wstępem. Praktycznie wszystkich młodych ludzi w Wietnamie łączy kilka rzeczy. Poważnie podchodzą do nauki języka, widzą w nim przyszłość i nadzieję, że w jakiś sposób poprawi ich byt. Nie dotyczy to tylko tych bliżej "20", ale także małolatów latających za mną i krzyczących "Hello", "How are you?", "Name? Name?". Raz zdarzyło się także słowo na "F", ale było to tak urocze, że tylko potrafiłem się uśmiechnąć. Oprócz języka łączy ich jeszcze fakt, że jeszcze nigdy nie opuścili Wietnamu. Wielokrotnie pytają jak jest w innych miejscach, czy nawet wietnamskich miastach. Jedni mówią o swoich marzeniach podróżniczych, z reguł chcą odwiedzić Francję, Hiszpanię, chyba z grzeczności wspominają także o Polsce. Zawsze jest jeden problem - "nie stać nas".
    Z planowanych dziesięciu minut samotności na murku, zrobiły się ponad dwie godziny z Wietnamczykami. Nie znałem tu nikogo, a po chwili tylu znajomych ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Ps. Najpopularniejsi Polacy w Wietnamie? Lewandowsky! A zaraz po nim? Buascyzykowsky. Przyznam szczerze, że tego drugiego się nie spodziewałem (i nie zrozumiałem). Chyba trafiam na samych fanów piłki nożnej.
    #rzucijedz #wietnam #podroze #podrozujzwykopem
    pokaż całość

  •  

    Tego miejsca nie uwzględnia żaden przewodnik. O tym miejscu nie wiedzą nawet lokalsi. Ponoć jego znalezienie nie należy do najłatwiejszych, ale... ja trafiłem tam bez najmniejszego problemu. Po wizycie w opuszczonym wesołym miasteczku, czas na spacer po opuszczonym parku wodnym Ho Thuy Tien w Hue.
    Już podczas planowania dzisiejszej trasy, czułem tę dziwną ekscytację w brzuchu i lekki strach spowodowany myślą "czy znowu zrobię coś nielegalnego?". No i może trochę obawiałem się krokodyli, ale tylko trochę.
    Szukanie informacji o tym parku nie należało do najłatwiejszych. Każdy kolejny artykuł, na który natrafiłem budował coraz większe napięcie. Właściwie do końca nie wiedziałem czy to miejsce jest strzeżone. Jedna osoba opisywała, że gdy została zauważona ochroniarz ją po prostu wyprosił, inna zaś o konieczności wręczenia specjalnej daniny, czytaj łapówki. Jak ja się tam dostałem? O tym za chwilę.
    Miasto postanowiłem zwiedzić na rowerze. Poruszanie się ulicami w samym centrum to jakaś tragedia. Panuje ogromny chaos, niby zielone światło, a nie mogę jechać. Niby jadę, a nagle ktoś na moim pasie jedzie pod prąd prosto na mnie. Jednak jest bezpiecznie, nikt nie szaleje z prędkościami i zawsze jest czas na reakcję. W Wietnamie żywi mnie ulica. Jeszcze ani razu mnie nie zawiodła. Smacznie i tanio. A co na śniadanie? Oczywiście banh mi, czyli tradycyjna wietnamska bagietka. No i pogawędka z Panią, bo tutaj praktycznie każdy zna angielski. Skąd przyjechałem, jak długo już jestem w Wietnamie, co mi się podoba i jaki mam plan na Hue. Przy tym ostatnim stwierdziłem, że zapytam o park wodny. Kobiecina jedynie zrobiła dziwną minę i zapytała - "Park wodny w Hue? Nie ma tu czego takiego". Zacząłem pokazywać jej zdjęcia, położenie na mapie - "Nie, ja nic o tym miejscu nie wiem". Stwierdziłem, że wcinam te bagiety czym prędzej i w drogę!
    Godzina spokojnej jazdy rowerem, wliczając w to parę przystanków na określenie mojej lokalizacji czy zmierzam w dobrym kierunku. W pewnym momencie widzę, że to już ostatnia prosta. Podjeżdżam pod główna bramę, a z hamaku zeskakuje ochroniarz (samozwańczy jak się później okazało). Z uśmiechem na twarzy macha ręką, z uśmiechem na twarzy pokazuję, że chce tam wjechać. Padły dwa słowa - "Ten thousand". No dobra, drobna łapóweczka i jadę dalej.
    Dojechałem nad jezioro, z daleka widzę największą atrakcje parku, czyli smoka i amfiteatr. Najlepsze zawsze na koniec, zaczynam od amfiteatru. Mijam krowy, przejeżdżam most i co widzę? Ekipę zdjęciową - przepraszam czy tu się kręci film? Czyli jednak to miejsce nie jest aż tak bardzo opuszczone? Do amfiteatru nie udało mi się dostać, jednak osoba z ekipy wskazała mi drogę do pozostałych atrakcji. Tam było spokojniej. Kolejny na trasie smok pośrodku jeziora, w którym dawniej znajdowało się akwarium. Widok na park z jego paszczy jest po prostu !@# no nic, trzy zdjęcia, GoPro w akcji i jadę dalej. Mijam niedokończone chatki, atrakcje dla dzieciaków i dojeżdżam do zjeżdżalni i basenów. Z daleka widać, że woda dawno nie była tam wymieniana. Zjeżdżalnie porośnięte drzewami po raz kolejny sprawiają, że się zatrzymuje i po prostu patrzę. I co, to koniec? Tak. Park otwarto w 2003 roku zanim go jeszcze ukończono. Nie wiem czym kierowała się osoba podejmująca tę decyzję, ale to właśnie chyba przez nią utopiono tutaj trzy miliony dolarów. Dokładna data zamknięcia nie jest mi znana. A, co do tych krokodylów. Były one jedną z atrakcji parku, jednak po jego nagłym zamknięciu ktoś o nich zapomniał i zostawił w klatce. Przypomniano sobie o nich za sprawą zagranicznych turystów, którzy wybrali się tutaj by je nakarmić. Umieścili filmik w internecie i zgłosili sprawę do PETA, która zajęła się przeniesieniem gadów w odpowiedniejsze miejsce.
    W dzisiejszym dniu było coś szczególnego. Znowu stałem się lokalnym celebrytą. Najzabawniejsza była rodzinka biegnąca w moim kierunku krzycząc "photo, photo, please!". Na dłuższą chwilę wylądowałem pod mostem - bo ulewa - okazało się, że to Tego miejsca nie uwzględnia żaden przewodnik. O tym miejscu nie wiedzą nawet lokalsi. Ponoć jego znalezienie nie należy do najłatwiejszych, ale... ja trafiłem tam bez najmniejszego problemu. Po wizycie w opuszczonym wesołym miasteczku, czas na spacer po opuszczonym parku wodnym Ho Thuy Tien w Hue.
    Już podczas planowania dzisiejszej trasy, czułem tę dziwną ekscytację w brzuchu i lekki strach spowodowany myślą "czy znowu zrobię coś nielegalnego?". No i może trochę obawiałem się krokodyli, ale tylko trochę.
    Szukanie informacji o tym parku nie należało do najłatwiejszych. Każdy kolejny artykuł, na który natrafiłem budował coraz większe napięcie. Właściwie do końca nie wiedziałem czy to miejsce jest strzeżone. Jedna osoba opisywała, że gdy została zauważona ochroniarz ją po prostu wyprosił, inna zaś o konieczności wręczenia specjalnej daniny, czytaj łapówki. Jak ja się tam dostałem? O tym za chwilę.
    Miasto postanowiłem zwiedzić na rowerze. Poruszanie się ulicami w samym centrum to jakaś tragedia. Panuje ogromny chaos, niby zielone światło, a nie mogę jechać. Niby jadę, a nagle ktoś na moim pasie jedzie pod prąd prosto na mnie. Jednak jest bezpiecznie, nikt nie szaleje z prędkościami i zawsze jest czas na reakcję. W Wietnamie żywi mnie ulica. Jeszcze ani razu mnie nie zawiodła. Smacznie i tanio. A co na śniadanie? Oczywiście banh mi, czyli tradycyjna wietnamska bagietka. No i pogawędka z Panią, bo tutaj praktycznie każdy zna angielski. Skąd przyjechałem, jak długo już jestem w Wietnamie, co mi się podoba i jaki mam plan na Hue. Przy tym ostatnim stwierdziłem, że zapytam o park wodny. Kobiecina jedynie zrobiła dziwną minę i zapytała - "Park wodny w Hue? Nie ma tu czego takiego". Zacząłem pokazywać jej zdjęcia, położenie na mapie - "Nie, ja nic o tym miejscu nie wiem". Stwierdziłem, że wcinam te bagiety czym prędzej i w drogę!
    Godzina spokojnej jazdy rowerem, wliczając w to parę przystanków na określenie mojej lokalizacji czy zmierzam w dobrym kierunku. W pewnym momencie widzę, że to już ostatnia prosta. Podjeżdżam pod główna bramę, a z hamaku zeskakuje ochroniarz (samozwańczy jak się później okazało). Z uśmiechem na twarzy macha ręką, z uśmiechem na twarzy pokazuję, że chce tam wjechać. Padły dwa słowa - "Ten thousand". No dobra, drobna łapóweczka i jadę dalej.
    Dojechałem nad jezioro, z daleka widzę największą atrakcje parku, czyli smoka i amfiteatr. Najlepsze zawsze na koniec, zaczynam od amfiteatru. Mijam krowy, przejeżdżam most i co widzę? Ekipę zdjęciową - przepraszam czy tu się kręci film? Czyli jednak to miejsce nie jest aż tak bardzo opuszczone? Do amfiteatru nie udało mi się dostać, jednak osoba z ekipy wskazała mi drogę do pozostałych atrakcji. Tam było spokojniej. Kolejny na trasie smok pośrodku jeziora, w którym dawniej znajdowało się akwarium. Widok na park z jego paszczy jest po prostu !@# no nic, trzy zdjęcia, GoPro w akcji i jadę dalej. Mijam niedokończone chatki, atrakcje dla dzieciaków i dojeżdżam do zjeżdżalni i basenów. Z daleka widać, że woda dawno nie była tam wymieniana. Zjeżdżalnie porośnięte drzewami po raz kolejny sprawiają, że się zatrzymuje i po prostu patrzę. I co, to koniec? Tak. Park otwarto w 2003 roku zanim go jeszcze ukończono. Nie wiem czym kierowała się osoba podejmująca tę decyzję, ale to właśnie chyba przez nią utopiono tutaj trzy miliony dolarów. Dokładna data zamknięcia nie jest mi znana. A, co do tych krokodyli. Były one jedną z atrakcji parku, jednak po jego nagłym zamknięciu ktoś o nich zapomniał i zostawił w klatce. Przypomniano sobie o nich za sprawą zagranicznych turystów, którzy wybrali się tutaj by je nakarmić. Umieścili filmik w internecie i zgłosili sprawę do PETA, która zajęła się przeniesieniem gadów w odpowiedniejsze miejsce.
    W dzisiejszym dniu było coś szczególnego. Znowu stałem się lokalnym celebrytą. Najzabawniejsza była rodzinka biegnąca w moim kierunku krzycząc "photo, photo, please!". Na dłuższą chwilę wylądowałem pod mostem - bo ulewa - okazało się, że to idealny moment na small talk. No i jeszcze setka przed kamerą do jakiegoś szkolnego projektu. Wszystkich nowych znajomych postanowiłem zapytać o odwiedzone miejsce. Nikt nie wiedział o jego istnieniu.
    #rzucijedz #podrozujzwykopem #podroze #wietnam #hue #urbex #urbanexploration
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

    •  

      @erikito: W przewodnikach może nie ma (nie wiem, nie czytałem żadnych papierowych), ale mieszkańcy pewnie wiedzą - w tym miejscu nakręcono fragmenty do kilku filmów wietnamskich, wspominano o nim również (chyba?) w filmie Saigon Electric. Po prostu nie chodzą, bo po co - jeszcze się niepotrzebnie jakiś duch przypałęta ( ͡° ͜ʖ ͡°) Jak zagadałbyś porządnie po wietnamsku, to pewnie byś się dowiedział, że jednak wiedzą (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■) pokaż całość

    •  

      @Tfor po wietnamsku ( ͡° ͜ʖ ͡°) ale dzięki! Dzięki Tobie jestem mądrzejszy Mirku!

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Zdecydowanie nie tak miało być. I zdecydowanie tego nie żałuję!
    Wczoraj późnym wieczorem opuściłem Ho Chi Minh i wybrałem się do małej rybackiej wioski o nazwie Mui Ne. Po raz pierwszy jechałem autobusem z kuszetkami. Może nie było aż tak wygodnie jak w rosyjskiej kolei, ale szło się zdrzemnąć. Zgodnie z planem na miejscu miałem być o 6. Jak się później okazało, tylko zgodnie z planem.
    Nie wiem czy kierowca jechał ile maszyna dała, ale nagle o 3 w nocy wylądowałem na wiosce bez żadnego pomysłu co ze sobą zrobić. Rozejrzałem się dookoła i po chwili podjąłem jedyną słuszną decyzję - KIERUNEK PLAŻA! Tylko jeszcze, w którą stronę... po około dwudziestominutowym spacerze szedłem po piasku i słyszałem szum fal. Jestem na miejscu! Chociaż jedyne co widzę to ciemność. Jeszcze niecałe dwie godziny do wschodu słońca i jedno zapasowe piwo. Po pewnym czasie na plaży zaczęli pojawiać się rybacy wypływający w morze. Chciałem podejść do jednego z nich i zaproponować swoje towarzystwo, ale ten mój nieszczęsny bagaż. Pozostało mi tylko spoglądać na odpływające łódki i czekać dalej. Na niebie powoli robiło się coraz jaśniej, a ja mogłem w końcu dostrzec coś więcej niż pojedyncze światła w oddali. Na plaży powoli pojawiały się inne osoby. W końcu coś się działo. O wschodzie słońca ludzie uprawiali jogę, biegali wzdłuż wybrzeża i pływali w morzu. Zaraz, ale dlaczego ja o tym nie pomyślałem. Zrzuciłem to co na sobie miałem, by chwilę później wylądować w cieplutkiej wodzie o wschodzie słońca. Potem już tylko drzemka na plaży i można zacząć kolejny dzień...
    Niby nic spektakularnego, niby może to zrobić każdy, ale... kompletnie się tego nie spodziewałem. I po co planować, skoro brak planu wychodzi najlepiej?
    #rzucijedz #wietnam #podrozujzwykopem #podroze
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

    •  

      @erikito: Mui Ne małą rybacką wioską? wg wiki w 1999 było już ponad 24 tys. mieszkańców. Dorzućmy do tego od groma turystów... ;) Ale tak poza tym to zazdro. Też już mi tęskno za Wietnamem, ale na razie bawię się w lokalną wytwórnię mleka.

    •  

      @zabawka późno odpowiadam xD bo z tego co się dowiedziałem - nie wiem na ile to prawda - Mui Ne jest traktowane jako region i jest jeszcze wioska. Nie wiem czy wiki podaje ludność tego pierwszego, czy drugiego xD w wiosce śmierdziało rybami, sprawdzone info. I racja, turystów nawet sporo, szczególnie ruskich.

  •  

    Mirki, u mnie już noca, tzn. 4. Autobus, którym jechałem się pospieszył o parę godzin i wylądowałem na plaży w Wietnamie, bo nie mam gdzie spać. Czekam na wschód słońca i pije piwo. Jest zajebiscie, choć ciemno!
    #rzucijedz #podrozujzwykopem #wietnam

  •  

    Tęczowa wioska, Taichung, Tajwan

    Początkowo wcale tak nie wyglądała, a to co można podziwiać obecnie jest zasługą jednego człowieka. Wioskę założono na przełomie lat 40. i 50., jako tymczasowe schronienie dla żołnierzy. Z roku na rok panujące tutaj warunki się pogarszały.
    Ta nie była jedyną taka osadą na Tajwanie, ale jedną z niewielu, która przetrwała do dziś. W latach 90. tajwański rząd zdecydował na przesiedlenie mieszkańców tych niezbyt reprezentatywnych dzielnic do nowo powstałych obiektów. Nie każdy był jednak zainteresowany tym rozwiązaniem, jak to się mówi - starych drzew się nie przesadza.
    I właśnie taki jest przypadek Huang Yung-fu (jak to się właściwie odmienia xD?), zwanego Dziadkiem Tęczą. Gdy dowiedział się o planowanej rozbiórce wioski, postanowił wykorzystać swój talent z dzieciństwa. Zaczął od swoich czterech ścian, które pokrył malowidłami przedstawiającymi postaci z kreskówek, rośliny, czy zwierzęta. Następnie zabrał się za chodniki i kolejne budynki, aby uratować jak najwięcej. Dalej pojawiają się dwie wersje tej historii. Jedna mówi, że miejsce to odkryli miejscowi studenci, którzy opublikowali zdjęcia wioski w internecie i zrobiło się o niej głośno. Druga zaś twierdzi, że to wszystko dzięki mediom. Aktualnie nazywanie tego miejsca wioską to pewne nadużycie, pięć budynków na krzyż to chyba trochę za mało. Dawniej istniejąca część została zastąpiona parkiem, a także innymi nowocześniejszymi obiektami.
    W moim odczuciu warto się tutaj pojawić przy okazji wizyty w Taichung. Byleby tylko nie trafić na autobus wypchany chińczykami, ponieważ może być lekki ścisk.
    #rzucijedz #podrozujzwykopem #podroze #tajwan #taichung #wioska
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    CO TU SIĘ OD-JA-NIE-PA-WLI-ŁO?!?! W samolocie przygotowałem posta odnoszącego się do wydarzeń sprzed trzech dni (jestem na maksa do tyłu), ale drobny przeskok do akualnych wydarzeń jest wymagany! Zacząłem etap podróży, na który najbardziej czekałem, czyli pora na Wietnam i Tajlandie. Jak tylko dotarłem na miejsce (czyli jakieś dwie godziny temu), jak takie dziecko zostawiłem plecak w hostelu i wybiegłem na miasto coś zjeść. Kto by tak nie zrobił. Do teraz szuram szczęką o podłogę i nie wierze. Przed jedzeniem przyda się piwo, więc idę kupić. Dużego wyboru nie ma, biorę najtańsze i wychodzę. Z jakiejś knajpy woła do mnie uśmiechnięty koleś. Nie wydało mi się to dziwne, wielokrotnie w Azji ludzie zatrzymywali się tylko po to, aby się ze mną przywitać i zagadać bez celu. Zatrzymałem się i zacząłem z nim gadać, czasami po prostu się czuje, że można. Ludzie dookoła, jest niegroźnie. Zaproponował piwo na jego koszt, ale stwierdziłem, że stać mnie na dwa ziko i z góry zapłaciłem - czasami też się po prostu czuje, że powinno się podziękować. Gadaliśmy przez jakieś 15 minut, dowiedziałem się gdzie mogę zjeść, ile kosztuje hamak w Wietnamie, że koleś ma dwójkę dzieci i ogólnie takie, takie! No elo. Dopijałem swoje piwko i nagle padło pytanie, którego nie zrozumiałem - "Bum, bum?". Ja na to "wat?". "Bum, bum" - i patrzę co pokazuje rękami, a potem na mnie. Już nie potrzebowałem translatora. Na mojej twarzy pojawiło się niedowierzanie. Bez wątpienia Wietnam zaczął z wysokiego poziomu, zobaczymy jak będzie dalej.
    A, ja po prostu wyszedłem.
    Tajwan zresztą też próbował mnie w pewien sposób zaskoczyć. To był mój następny przystanek po Japonii. Nie zamierzam robić jakiegoś większego podsumowania z Kraju Kwitnącej Wiśni, ponieważ 10 dni to zdecydowanie za mało, żeby ogarnąć Japończyków. Jedno wiem na pewno, do Japonii wrócić muszę - Fuji nie zostało zdobyte, a zdobyte być musi.
    A co z tym Tajwanem. Podczas przygotowywania wstępnej trasy stwierdziłem, że 4 dni to za mało i kolejno wykreślałem miejsca "do zobaczenia". Wszystko logistycznie przekalkulowałem pod wględem czasu, jk i fiansów - powinienem zacząć od Taichung. Jednak uj bombki strzelił, nie zacząłem. Po wylądowaniu czekała mnie nocka na lotnisku - nie pierwsza, ani nie ostatnia zapewne. Jeszcze tylko wypłacić pieniądze z bankomatu. Pierwszy bankomat - transakcja anulowana. Kolejna karta - transakcja anulowana. Kolejne trzy bankomaty - to samo. Więcej bankomatów już nie ma. Drugi terminal - ta sama historia. Wtf? W portfelu miałem ostatni japoński banknot, który miał ze mną wrócić jako pamiątka. Niestety nie wróci, to była ostatnia deska ratunku, aby wydostać się z lotniska. Nie, nie do Taichung, ponieważ ne było mnie stać, ale Taipei też brzmi spoko. I po co było planować, jak życie napisało inny scenariusz?
    Ps. Niech mi ktoś powie kiedy ja spałem tej nocy i jak ja to przeszedłem?
    Ps2. Taki podróżnik a żadnych dolarów w portfelu.
    #rzucijedz #podrozujzwykopem #podroze #wietnam #tajwanczyk
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Nawet nie wiem od czego zacząć. Do teraz trochę nie wierzę, że udało mi się tam dostać. To był mój pierwszy, w miarę udany raz na eksploracji miejskiej i nie ukrywam satysfakcji z tego powodu.

    Dawno żadne miejsce nie wywarło na mnie aż takiego wrażenia. Tym razem moim celem było opuszczone wesołe miasteczko w Narze. Chociaż przedrostek "wesołe" ma aktualnie niewiele wspólnego z tym miejscem. Kiedyś tętniące życiem, dzisiaj z pewnością nie pamięta ile radości potrafiło dostarczyć.

    Nara Dreamland powstało w 1961 roku na podobieństwo Disneylandu w Kalifornii. Park wizualnie przypominał Disneyland, ale oficjalnie nim nie był. Praktycznie funkcjonował bardzo dobrze do czasu otwarcia większego i nowocześniejszego miasteczka w pobliskiej Osace. W 2006 roku pojawili się tutaj ostatni "oficjalni" goście. Ci "nieoficjalni" biletu wstępu już nie potrzebowali, ponieważ park został zamknięty. Przez lata popadał w ruinę, natomiast otaczający go teren obrósł chwastami. Wesołe miasteczko stało się parkiem grozy. 

    Największą atrakcją parku był i nadal jest drewniany rollercoaster Aska. Dawniej się po nim jeździło, a teraz po prostu chodzi. Oglądanie wschodu słońca spacerując po kolejce górskiej - coś NIE-SA-MO-WI-TE-GO. A co więcej, najprawdopodobniej jestem jedną z ostatnich osób, które tutaj były. Nowy właściciel gruntu ponoć w końcu uporał się ze wszystkimi formalnościami (ponad rok miał się starać o stosowne pozwolenia) i od października ma nastąpić demontaż wszystkich atrakcji. 

    pokaż spoiler Skupiłem się głównie na nagrywaniu video, mam jedynie trzy zdjęcia, które nadają się do publikacji. Oto jedno z nich. Jak tylko wrócę do domu, od razu biorę się za montaż!


    #rzucijedz #nara #japonia #podroze #podrozujzwykopem
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

    +: Latawiec, Z......5 +32 innych
  •  

    W końcu mogę to napisać - chodź Szogunie! ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Jeśli Chiny stanowiły dla mnie zderzenie z zupełnie innym światem, to Japonia jest chyba inną galaktyką. Przez chwilę zastanawiałem się jak można dokładniej zwizualizować tę różnicę i doszedłem do wniosku, że najłatwiej na podstawie toalety. W Chinach po prostu dziura w podłodze (dość często z napisem "American standard", nigdy nie byłem w Ameryce, ale tam się chyba do dziury nie robi, niech ktoś potwierdzi) a tutaj... sam nie wiem. Czuję się jak w kabinie promu kosmicznego (choć w takowej też nigdy nie byłem). W zależności od rodzaju do sedesu przymocowano długi pilot bądź zawieszono na ścianie panel, a nawet dwa panele sterujące.
    Podczas mojej pierwszej wizyty w japońskiej toalecie (przepraszam, że to opisuję, wcześniej nawet przez myśli mi nie przeszło, że to zrobię) zapomniałem po co tak właściwie przyszedłem. Zacząłem wciskać wszystko po kolei przez pięć minut, obserwując co się wydarzy. Niekiedy nic się nie działo, czasem coś zapiszczało, włączyła się muzyczka, mogłem zrobić głośniejszą albo cichszą imprezkę i kilka innych rzeczy, których nie zauważyłem, no normalnie bomba. Gdy już miałem wychodzić, uświadomiłem sobie, że potrzeba nie została załatwiona. Damn it! Po krótkiej chwili musiałem już tylko odkryć, jak spuścić wodę. Znowu zacząłem wciskać wszystko jak leci. Działo się wszystko, tylko nie to co miało. Nie wiem jaką kombinację przycisków powinienem wcisnąć, myślałem o ctrl+f4, ale akurat takiego czegoś zabrakło. Rozejrzałem się czy ktoś stoi w kolejce i po prostu udałem, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i uciekłem z miejsca na szczęście nie "zbrodni" (if u know what I mean). Nie jest to powód do dumy, ale głupio mi było czekać i pytać "Cześć, jak to działa?".
    Już na lotnisku ludzie kłaniający się w pas, w sklepach witają Cie jeszcze zanim wejdziesz, a jak stwierdzisz, że nie chcesz czekać na jednego yena (3 grosze), to Ciebie gonią! Zabawnie także wydają paragon trzymając go w obu dłoniach i oczywiście ukłon, gdy już go odbierzesz. Często zanim zapłacę, najpierw wydawana jest reszta, a dopiero potem pobierany banknot, którym mam zamiar zapłacić. A jak w deszczowy dzień, jako jedyny w całym tłumie nie masz parasola, to... ktoś Ci go po prostu wręczy. Prawie przed każdą restauracją, czy innym budynkiem publicznym znajdują się stojaki na parasole, są one chyba bardziej popularne od stojaków na rowery. A jeśli takiego stojaka nie ma? To maszyna, do której wkładasz swój parasol, a on owija go folią, żeby woda nie kapała. Możesz wtedy spokojnie wchodzić do środka. Przed przyjazdem tutaj nawet przez chwilę nie pomyślałem, że takie coś może istnieć.
    Jeśli jednak chodzi o moje plany, to Japonia stwierdziła, że je trochę pokrzyżuje, a bo jakiś tajfun, a bo w Tokio padało trzy dni, a bo nie wejdziesz na Fuji, bo właściwie warunki na to nie pozwalają, a tak poza tym nic nie zobaczysz. Ogólnie nie wiem jaki to tajfun, ale oglądając japońską ?telewizję śniadaniową? (tak bardzo rozumiem japoński) usłyszałem parokrotnie "typhoon" i zobaczyłem obrazki z podtopionych wiosek. I do tego komentarz dzienniakrzy w studiu "o", "ooo", "ooooo" - z różną intonacją i długością - to naprawdę budowało napięcie. No i tutaj pojawił się problem. Już pal sześć, że trzeba zwiedzać Tokio w deszczu, jest ciepło. Dzisiaj miałem wspinać się na Fuji, ale na planach się skończyło. Zwlekałem do ostatniej chwili z nadieją, że się poprawi. Nic się nie zmieniło, nadal nie ma odpowiednich warunków, dla amatora wspinaczki. Postanowiłem pojechać do Kioto, jeden problem - trzeba kupić jakiś bilet.
    Jeszcze zanim przyjechałem, to miałem świadomość o tym jak drogie są tutaj pociągi. Stwierdziłem, że z ciekawości sprawdzę cenę za przejechanie około 450 kilometrów - 14 tysięcy yenów, 530 zł [w tym miejscu wytrzeszczone oczy polaka cebulaka]. Padło na autobus nocny za około 130 zł (jeszcze załapałem się na zniżkę za lajka na fejsbukach). Czuję, że wygrałem sytuację.
    Trochę unikam opisywania samej stolicy, bo w moim odczuciu jest to strasznie surowe miasto ze specyficzną atmosferą - inną w ciągu dnia, inną nocą. Do mnie przemówiła ta nocna, gdy zostały włączone wszystkie neony dzielnicy Shinjuku, a w dzielnicy elektornicznej pojawiły się dziwnie ubrane dziewczyny reklamujące salony gry, sklepy z mangą (?), a także chyba love hotele (?). Szedłem i cały czas zastanawiałem się "co się właśnie dzieje?". Z jednej strony żałuję, że mój pobyt w tym kraju będzie tak krótki, z drugiej jednak mój portfel poczuł różnicę i chyba tego nie polubił. Mam podobne odczucie.
    Jeszcze tylko... gdzie jest szogun? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Ps. Zastanawiam się, jak ktoś mógł wpaść na takie coś. Nie, nie, jak ktoś mógł to logo zaakceptować? Chyba, że to tylko ze mną jest coś nie tak.
    Ps2. Dzięki za wytrwałość w śledzeniu mojej wyprawy ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #rzucijedz #podroze #podrozujzwykopem #japonia
    pokaż całość

    źródło: tk.png

    +: Tom_Ja, M......a +12 innych
  •  

    Chyba pora na kolejne drobne podsumowanie... aż mi się nie chce wierzyć, że jestem już na tym etapie. Kolejne 7068 kilometrów przejechanych koleją, tym razem przez Chiny. Łącznie - 14.568 km. I niech mi nikt nie mówi, że nie da się do Hong Kongu dojechać koleją, bo nie uwierzę :)

    Na wstępie muszę wspomnieć o ludziach. Nie da się ich ogarnąć. Z jednej strony mega pozytywni, z drugiej mega obleśni. W jednej chwili robią sobie z Tobą zdjęcie, w kolejnej bekają. Uśmiechają się do Ciebie, a następnie spluwają na chodnik. Ogólnie nie zauważyłem, żeby Chińczyk Chińczykowi zwrócił uwagę, a było ku temu sporo okazji. Tak jak we wcześniejszym wpisie pisałem, testowali moją wytrzymałość wielokrotnie. Mlaskanie przy jedzeniu to najmniejszy pikuś. Do dziś mam w oczach obraz dziewczki wycierającej nos w firankę w pociągu, człowieka robiącego to samo, tylko ręką o ścianę, tysięcy splunięć na chodnik, czy podłogę, beków, pierdów i innych podobnych. Ale... niech odezwie się ktoś, kto przez kilka dni był w Chinach i powie, że nie zrobił chociaż jednej z tych rzeczy, to ... nie uwierzę. W końcu z kim przystajesz, takim się stajesz. I ja przez moment przestałem się przejmować, co ludzie pomyślą... bo nie pomyślą. Mają na to ogromny zlew. Uśmiechają się do Ciebie, nawet jeśli nie znają angielskiego, to chcą z Tobą porozmawiać. Dużo młodych zagaduje na ulicy, tylko po to, aby poćwiczyć angielski. Większość z nich jeśli podróżuje, to tylko po Chinach. Nie jestem w stanie zliczyć ile osób poprosiło mnie o zdjęcie. W pociągu na ostatniej prostej miałem chyba mega podryw. Dziewczyna wyciągnęła telefon, przystawiła mi do twarzy i zaczęła robić zdjęcia. Mając już prawie miesięczne doświadczenie, zacząłem pozować z uśmiechem Brada Pitta. Nie umiała mówić po angielsku, ani ja po chińsku, więc nastąpił pewnien problem komunikacyjny. No nic, translator poszedł w ruch. W Chinach nie istnieje takie coś jak Whatsapp (zamiast tego funkcjonuje WeChat, o czym wspomnę później). Dziewczyna była na tyle zdeterminowana, że ściągnęła tę aplikację i do dziś do mnie pisze (czasami translator nie działa poprawnie i nie rozumiem co ma na myśli, może to i dobrze). Kto wie co z tego będzie.

    Odnośnie aplikacji. Ma ją tutaj praktycznie każdy (tak samo jak dotykowy telefon, bez względu na wiek), a pytanie czy ją masz pada zaraz po tym jak się przedstawisz (a czasami nawet przed). Można nią zrobić wszystko, nie służy tylko do komunikowania. Zapłacisz nią za zakupy, czy w restauracji, kupisz bilet na pociąg i jakiś pierdyliard innych rzeczy, których nie ogarnąłem, bo zostałem zablokowany.

    Kolejna kwestia to jedzenie. Dla mnie bajka, albo niebo w gębie, jak kto woli. Wszystko co próbowałem od razu przypadło mi do gustu. Czasami jadłem trzy obiady dziennie - na śniadanie, obiad i kolację. Cena? Zazwyczaj 8-10 zł (oczywiście nie mówię tutaj o restauracjach, tylko o knajpkach, które zazwyczaj prowadzone są przez rodziny). Niestety teraz wiem, że ta chinszczyzna, którą próbowałem w Polsce z Chinami ma niewiele wspólnego. Pora na ciekawostkę. Czasami po prostu przechodząc przy stoliku, czy w oczekiwaniu na swój posiłek, dość dyskretnie rozglądałem się po innych stolikach. Zaciekawiło mnie, dlaczego chińczycy nie kończą swoich posiłków, tylko zostawiają na talerzu (nawet połowę). Ponoć zostawienie pustego talerza po posiłku (tak jak ja to robiłem) jest policzkiem dla restauracji. Chinczycy doszukują się w pustym talerzu drugiego dna i twierdzą, że skoro wszystko zjadł, to było za mało, czyli niedobrze. A nie może być, że po prostu tak smakowało? Nie. Ponoć powoli odchodzi się od tej tradycji, w tej sprawie miał przemówić rząd i zaapelował, aby nie marnować jedzenia i zjadać swoje posiłki.

    Kultura na ulicy... to temat na książkę, nawet jak próbujesz, zaznaczam próbujesz przejść na zielonym świetle, to może Ci się to nie udać, bo nie zostaniesz wpuszczony. Trzeba cały czas uważać, chociaż po pewnym czasie działa to instynktownie. I jeszcze ten uliczny hałas. Trąbienie na powitanie, trąbienie ostrzegawcze, trąbienie wkurzonego człowieka i długo mogę tak wymieniać. Początkowo aż tak to nie przeszkadza, ale po tygodniu zacząłem chodzić w niepodłączonych słuchawkach dla wyciszenia hałasu. Co ciekawe, jeśli nastąpi jakiś wypadek z udziałem pieszego (nawet jeśli przechodził na czerwonym świetle), wina zawsze jest po stronie kierującego. Łącząc te wszystkie fakty nie potrafię pojąć dlaczego tak jeżdżą. Potrafię jednak pojąć te sygnały ostrzegawcze.

    Niby tanio, ale trzeba uważać, żeby nie wpaść w pułapkę. A bo to takie tanie, to można kupić, to też i nagle robi się spora suma. Miałem tak... z jedzeniem i nie żałuję. Po wstępnym podliczeniu mojego pobytu przypomniały mi się słowa Patryka (pzdr) przed wyjazdem "paradoksalnie będziesz wydawał więcej w tanich krajach" (czy jakoś tak) - prawda, jak na razie wydałem więcej jak w Rosji. No ale co zrobić, kiedy drugi raz będę miał możliwość zjedzenia w Chinach?
    Nie piszę więcej, bo i tak nie wiem kto dotrwa do końca ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Ps. Najgorsze w tym całym podróżowaniu jest fakt, że najprawdopodobniej nie spotkam już drugi raz tych ludzi, którzy pojawili się na mojej ścieżce. Szkoda.

    Zdjęcie pod tytułem - Ja, Chińczycy i Hot Pot.

    #rzucijedz #podroze #podrozujzwykopem #chiny
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: Snapchat-5947519872747516092.jpg

  •  

    Niby jestem w Chinach, a niby mnie już tam nie ma. Sam nie wiem. Prosto z Yangshao wybrałem się do Zhuhai, aby przekroczyć granicę chińsko-chińską i dostać się do jednego z dwóch specjalnych regionów, czyli Makao (tak jak ta gra w karty). Do roku 1999 teren ten był portugalską kolonią, stąd już "na granicy" oprócz chiński znaczków, pojawiły się znajome literki w języku portugalskim. W końcu coś rozumiałem, niewiele, ale rozumiałem. Plan byl prosty - pozbyć się bagażu i zacząć zwiedzać. Zrobiłem wcześniejsze rozeznanie i wiedziałem, że w tym celu muszę udać się do Wenecji. Nie da się jej przeoczyć. Idealna kopia mostu Rialto i kolumny św. Marka przed budynkiem jasno mówią "jesteś na miejscu". Myślałem, że na tym koniec. Myliłem się. W środku hotel, kasyno oraz galeria handlowa, po której można przepłynąć gondolą. Woda w kanałach czystsza niż ta w Wenecji i jeszcze śpiew uroczej Włoszki. Wspomniałem o placu św. Marka w samym centrum? Odczuwa się tutaj pewną sztuczność i kicz, ale... na mnie zrobiło pozytywne wrażenie.
    No dobra, pora iść dalej i co widzę? Wieżę Eiffla. Po raz kolejny nie wierzę. Hotel, kasyno oraz galeria, tym razem w stylu paryskim. Mają rozmach - myślę. Inne budynki, choć wybudowane także z przytupem, już raczej nie są kopią europejskich miast. Pora opuścić przyjemne, klimatyzowane pomieszczenia i wybrać się na przebieżkę po starym mieście, czyli czas na smaki Portugalii! Nazwy ulic, jedzenie i budynki - wszystko wskazuje na to, że odbyłem bardzo szybką podróż na Półwysep Iberyjski. To już na pewno nie są Chiny, szczególnie gdy się spojrzy na ceny. No ale w końcu Makao jest światową stolicą hazardu. To tu wygrywa i traci się fortuny. Kasyna w tym mieście już dawno przegoniły Las Vegas pod względem zarobków. Miasto idealne na jeden dzień. No i może trochę nocy - spanie na przystani w oczekiwaniu na prom do Hong Kongu całkiem spoko.
    Kolejny dzień i kolejna granica, chyba znowu chińsko-chińska i znowu nie czuję się jak w Chinach. Praktycznie z każdym można dogadać się po angielsku, kierowcy na ulicy się uspokili i znowu pojawiła się inna waluta w portfelu. Co więcej, nikt już nie prosi mnie o zdjęcie, dziwne uczucie. Historia podobna jak z Makao. Hong Kong zanim ponownie trafił do Chin, był do roku 1997 kolonią brytyjską. Od tego czasu zaczął upływać ustalony termin 50-lat, w czasie którym Hong Kong posiada prawie pełną autonomię (Chiny jedynie reprezentują te dwa regiony na arenie międzynarodowej oraz dbają o bezpieczeństwo ich granic, tyle). Co będzie w 2047 roku? Ile razy zapytałem, usłyszałem "nie wiem".
    Dla mnie jest to miasto niesamowitych kontrastów, gdzie bieda spotyka się z bogactwem. W centrum reprezentatywne wieżowce, a nieco dalej osiedle, na którym ludzie szukający lepszego życia mieszkają w klatkach, niekiedy po 10 osób na jednym pokoju. Coś niewyobrażalnego. Te kilka dni, które tutaj spędziłem to zdecydowanie za mało. Mam wrażenie, że zobaczyłem niewiele, a mój grafik był raczej napięty.
    Miasto marzeń? Chyba dla wielu osób.

    PS. Ten post miał pójść wczoraj, więc drobne #hochsztaplerstwo
    #rzucijedz #podroze #podrozujzwykopem #hongkong #chiny
    pokaż całość

    +: 11001100110O11, B.................s +8 innych
  •  

    Komora maszyny jest pusta, następuje zwolnienie blokady i rozpoczynamy losowanie...
    Wylosowany plus należy do @Sojuze
    Gratuluję! Już za parę miesięcy otrzymasz ładną pocztówkę z Hongkongu ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    A teraz druga część zabawy! Na wstępie powiem, że niestety nikt nie odgadł prawidłowo. Zwycięzca pomylił się o jedyne 1996 km. Łącznie przejechałem 14.568 km
    @Transhumanista gratulację! Do Ciebie leci druga kartka!
    Zwycięzców proszę o podanie adresu ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #rzucijedz #podroze #podrozujzwykopem .#hongkong
    pokaż całość

    +: S....e, Transhumanista +1 inny
  •  

    Halo, halo, czy ktoś chce pocztówkę? Powiedzmy z Hongkongu? Mam jedną na wydaniu i robię #rozdajo a właściwie dwie, więc zrobię też #konkurs

    Zasady są proste, plusujesz i czekasz, aż zostaniesz wylosowany jutro około godziny 23 czasu chińskiego. A jeśli chcesz, żebym wysłał do Ciebie nie jedną, a dwie kartki, to weź udział w konkursie! #marketingowiecplakaljakwymyslal

    48 dzień mojej podróży, a ja dojechałem do Hongkongu. Niby nic nadzwyczajnego, nie ja pierwszy, nie ostatni. Jednak kiedy pytają mnie jak tutaj przyjechałem, odpowiadam: pociągiem. Wtedy patrzę na zdziwioną twarz i słyszę: jesteś szalony. No dobra, w Hongkongu jeszcze nikt mnie o to nie zapytał, ale na wcześniejszych etapach zdarzało się to nawet często. Teraz to ja zapytam, ile kilometrów wyniosła cała trasa? Dla ułatwienia podpowiem, że start miał miejsce z Poznania, a wpisanie w mapach Googla nie wskaże prawidłowego wyniku (momentami jechałem dość dziwnie). Do osoby, która będzie najbliżej prawidłowej odpowiedzi już za parę miesięcy listowy dostarczy ładną kartkę.
    Niech stracę, podbijam stawkę! Jeśli ktoś poda dokładną wartość, przyjadę osobiście wręczyć połówkę dobrej wody. Jeśli zwycięzcą będzie #rozowypasek to przyjadę z dobrym winem ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    A już teraz przesyłam wirtualną pocztówkę dla wszystkich prosto z Makao! Pogoda dobra, tylko tak jakby drogo się zrobiło ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    pokaż spoiler @jiffa w nawiązaniu do ostatniego wpisu: prawidłowa odpowiedź ( ͡° ͜ʖ ͡°) podaj adres na PW, też dostaniesz kartkę.


    #rzucijedz #podrozujzwykopem #podroze #chiny
    pokaż całość

    źródło: IMG_20160917_232857.jpg

  •  

    Mój wstępny plan nie zakładał, że się tutaj w ogóle pojawię. Raz trochę daleko, dwa trochę nie po drodze. Ale zaraz, przejechałem parę tysięcy kilometrów, a te kilkaset ma stanowić problem?
    O tym parku wspominał mi praktycznie każdy napotkany Chińczyk. Niby wiedziałem o nim wcześniej, ale potrzebne było nieco większe rozeznanie. Po chwili zastanowienia postawiłem na #dobrazmiana, czyli prosto z Szanghaju do Zhangjiajie, a tak właściwie na wioskę leżąca 30-kilometrów dalej. Wsiadłem do pociągu, który zgodnie z rozkładem miał jechać niecałe 20 godzin. Był to albo chiński rozkład jazdy, albo nastąpiło drobne opóźnienie, bo jechałem o jakieś 5 godzin dłużej. Nieważne, przy kolei transsyberyjskiej, to naprawdę niewiele.
    Na wstępie musiałem przełknąć cenę za bilet - 248 juanów, czyli jakieś 140 zł. Bilet studencki? Nie tym razem - przepraszam, jesteś za stary. Jak się jednak okazało, wizyta w tym parku była warta każdego juana.
    Blisko trzy dni wspinania po szlakach, wdrapywania po schodach i takie widoki. Nie skorzystałem z żadnej z trzech kolejek górskich, najwyższej na świecie windy oraz eko tramwaju. Nie skorzystałem, bo raz wolałem się trochę zmęczyć, a dwa to dodatkowo płatne atrakcje. Nie polecam.
    Korzystałem zaś z darmowych autobusów, bez których zwiedzanie byłoby niemożliwe. Z moich obserwacji wynika, że chińczycy są leniuchami. Nie chcę im się wspinać, dlatego w tych nieco trudniej dostępnych miejscach panują pustki. Wolą wjechać na górę, a później oczywiście zjechać, logicznie więc w najpopularniejszych miejscach należy liczyć się z tłumem i hałasem. Mają też dość specyficzna zabawę - gdy jedna osoba zacznie krzyczeć, można być pewnym, że odpowiedzą jej inne osoby w różnych częściach parku.
    Park Narodowy Zhangjiajie, to pierwszy oficjalny park w Chinach. Na jego terenie znajduje się ponad trzy tysiące klifów, z czego najwyższy wznosi się ponad 1200 metrów n.p.m. Jeden z nich zainspirował także... no właśnie, kogo? A może ten widok przypomina Wam kadr z jakiegoś filmu?
    #rzucijedz #earthporn #podroze #podrozujzwykopem #chiny #natura
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

    +: g........0, Zupna +17 innych
  •  

    Szanghaj - jak na razie pierwsze i mam nadzieję jedyne rozczarowanie tej podróży. Od samego początku panującą tam atmosfera nie przypadła mi do gustu. Gdybym drugi raz mógł zaplanować trasę, chińskie miasto, które nigdy nie zasypia, zostałoby pominięte. Być może miałem zbyt duże oczekiwana, być może nastąpił przesyt zwiedzania dużych miast, albo po prostu na mojej drodze zaczęli się pojawiać ludzie o niekoniecznie dobrych intencjach. I to o niech będzie ten wpis.
    Zaczęło się niewinnie. Tym razem to ja miałem robić zdjęcie młodej chińskiej parze. Normalna sprawa, ile razy ktoś mnie już o to prosił. Pierwszy, drugi, no i jeszcze dla pewności trzeci pstryk, gdyby dwa poprzednie się nie spodobały i robota wykonana. Po wszystkim oddaje aparat i jak to zazwyczaj bywa mam zamiar wybrać się w swoją stronę. Słyszę jednak:
    - Hej, hej, skąd jesteś?
    No dobra, czas na small talk, jeszcze chwila i ruszę dalej. Niby nie odpowiada się pytaniem na pytanie, ale w tym przypadku robię to dość często:
    - Jak myślicie? - pytam z nadzieją w głosie, że ktoś w końcu powie "Polska".
    - Ameryka? - z uśmiechem kręce głową - a tak dobrze mówisz po angielsku! Europa? Francja!
    - Polska - nie tym razem. W rewanżu staram się wykazać drobne zainteresowanie i dopytuję skąd przyjechała miła para.
    - Nie będziesz wiedział, okolice Tybetu - skwitowała i zaczęła się seria pytań - Jesteś sam? Co tutaj robisz? Gdzie się zatrzymałeś?
    Zaczęło się to dla mnie robić dziwne, a para zachowywała się dość nienaturalnie. W mojej głowie pojawiło się pytanie "ciekawe kiedy padnie zaproszenie na herbatę".
    Dziewczyna zaczyna żartować ze swojego chłopaka, chłopak udaje, że żart był zabawny, a ja nie wiem jak się zachować, bo go po prostu nie zrozumiałem. Po paru minutach rozmowy stwierdzili, że w końcu zyskali zaufanie cudzoziemca i mogą wystosować oficjalne zaproszenie:
    - Słyszałeś o tradycyjnej chińskiej herbacie? Właśnie się tam wybieramy, może masz ochotę? - nawet nie wiem jaki wyraz przybrała moja twarz.
    - Wiecie, tak jakby wiem o co w tej całej herbacie chodzi i ile kosztuje - nastąpił w tył zwrot i już tylko widziałem ich plecy. Zero do widzenia, ani wypchaj się.
    Wystarczyło niecałe pięć minut i słyszę znowu:
    - Cześć, co tam trzymasz w ręce? - w mojej głowie pojawiło się tylko jedno wyrażenie.
    Czas na zabawę, tym razem próbowałem nagrać niewiastę kamerą, o którą dopytawała.
    - Co tu robisz? Skąd jesteś? Jesteś sam? - i na tych pytaniach się skończyło, ponieważ chyba nagrywałem dość nieudolnie. Raczej się domyśliła i postanowiła odejść.
    Stwierdziłem, że Stare Miasto Szanghaju nie jest dla mnie i je po prostu olewam.
    Na tym koniec? Nie, kolejne miejsca, kolejni znajomi.
    - Hej, skąd jesteś?
    - Hej, Kongo.
    - Skąd?
    - Kongo, Afryka.
    Zadziałało, dała spokój. 100 metrów dalej:
    - Hej, skąd jesteś?
    - Hej, dlaczego pytasz?
    - Bo wyglądasz w jakiś sposób "fancy".
    Spoglądam na swoje brudne buty, niedoprane spodnie i koszulkę za 10 złotych. W tym momencie stać mnie było jedynie na śmiech i po prostu odejść. Na inne zaczepki albo nie odpowiadałem, albo prosiłem, żeby osoba się oddaliła.
    Ogólnie cały myk polega na tym, aby zwabić zupełnie nieświadomego turystę do malutkiej kawiarni. W momencie gdy przekroczy próg, znajduje się w pułapce. Siada, jego chińscy przyjaciele zamawiają herbatę, a drzwi do pomieszczenia są zamykane. Na koniec pojawia się rachunek do zapłacenia, przeliczając na nasze około 150 złotych za sztukę. Ucieczka nie wchodzi w grę, ponieważ drzwi są zamknięte, a przy turyście pojawiają się chińczycy, których wcześniej się nie widziało. Płacisz po przyjacielsku, albo i tak zapłacisz. Najgorsze jest to, że skoro w ciągu tylko jednego dnia otrzymałem kilka "zaproszeń", to cały proceder ciągle działa i znajdują się naiwni.

    [pokaż spoiler]
    #rzucijedz #tymrazembezzdjecia #podrozujzwykopem #podroze #chiny
    pokaż całość

    +: Alkreni, P.....i +11 innych
    •  

      @erikito: Od siebie dodam jeszcze, że inną kwotę do zapłaty "zaproponują" Niemcowi a inną Bułgarowi

    •  

      @TenNorbert ten jest najpopularniejszy. Czasami proponują jeszcze swoje towarzystwo, że Cię za darmo oprowadza po mieście, a na końcu chcą kasę. Albo za darmo, ale wywierają na Tobie presję, żebyś kupował jakieś pierdoły (ale to tylko zasłyszane, mnie nie spotkało). Jeszcze drugiego dnia jak kupowałem banany w warzywniaku koleś mi wydał zamiast juanow, jiao (coś jak grosze) w banknocie. Pomyślałem, że jakieś stare i wziąłem. Ograbił mnie na jakieś 3 zł ( ͡° ʖ̯ ͡°)
      I tak jak wspomniał @niunix inne ceny dla każdego. Ostatnio się targowałem w restauracji, bo otrzymałem menu po angielsku. Zadziałało. A to co się dzieje na targach, nie będę komentował. To nie dla mnie.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Słyszeliście o Hangzhou? Byłem tam ostatnio, nie planowałem tego, ale jakoś do tego całego Szanghaju musiałem się dostać. 
    W Chinach, jak to w Chinach, ponownie zabrakło biletów dla nieogarniętego podróżnika. Nie uśmiechało mi się jechać super szybką koleją za super duże pieniądze. Nie miałem także zbyt dużej ochoty na miejsce stojące podczas 12-godzinnej przejażdżki. Nie jest to zbyt wygodne, sprawdzone info. 
    Zaczęły się więc drobne kombinacje i wyszło na to, że Hangzhou to idealny punkt na przesiadkę. Bilet tańszy, a czasowo podróż wydłuży się nieznacznie. Nie przewidziałem jedynie, że mają tam akurat debatować jedne z "najmądrzejszych" głów świata podczas szczytu G20. Samo wyjście z dworca było błędem. Dla policji człowiek z dużym plecakiem stanowił łakomy kąsek. Nie pytali tak jak w Izraelu czy mam bombę, poprzestali jedynie na nożu. Zarówno tak jak w Izraelu bomby nie miałem, tak i nożna zabrakło. No ale plecak i tak trzeba było skontrolować. A byłem tak ładnie spakowany. Po wszystkim stwierdziłem, że śniadanie zjem na dworcu i jak najszybciej jadę dalej. 
    Okazuje się jednak, że to spotkanie ma także swoje dobre strony, a ja nie mogłem lepiej dobrać terminu wizyty w Szanghaju. Powietrze jest jednym z najczystszych w ostatnim czasie. Wystarczyło zamknąć jedynie 255 fabryk na dwa tygodnie, a na niebie ponownie zagościł ledwo widoczny błękit. 
    W samym Hangzhou tylko niektóre pojazdy miały pozwolenie na jazdę. Warto też było "zadbać" o mieszkańców miasta. Najlepiej poinformować ich, że mają długi weekend i wręczyć im darmowe bilety na pociąg. Takie trochę grzecznie wypowiedziane słowa "nie chcemy Was tutaj, wróćcie po wszystkim". Grzecznie wrócą, jutro. Od jutra znowu wszystko wróci do normy, a fabryki zaczną pracować pełną parą. Niebo znowu stanie się słabo widoczne, a ja zastanawiam się jak ludzie mogą żyć w tak przygnębiającej atmosferze. Najgorzej ma być tutaj zimą, kiedy to na niebie codziennie gości szarość. 
    Tego wszystkiego dowiedziałem się od Irlandczyka mieszkającego od 10 lat w Szanghaju i ... mówiącego po polsku! Spodziewałem się wszystkiego, ale o tym nie pomyślałem nawet przez chwilę.
    #rzucijedz #podrozujzwykopem #podroze #chiny #szanghaj #g20
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

    +: appylan, k.......o +10 innych
  •  

    A kto powiedział, że nie można mieć kawałka Muru Chińskiego tylko dla siebie? No dobra, dla siebie i nowych znajomych.
    Odwiedziłem tę najbardziej reprezentatywną i najczęściej odwiedzaną cześć muru w Badaling. Od samego początku zakładałem, że chciałbym dotrzeć do takiego momentu, gdzie nie będzie nikogo, albo chociaż prawie nikogo. Szczerze mówiąc nie za bardzo wierzyłem w sukces tej misji. Zaczęło się od braku biletu na pociąg, ponoć trzeba go kupić przynajmniej dzień wcześniej. Przy informacji "biletów brak", znajdowała się druga kartka z instrukcją trasy alternatywnej, czyli autobusem. Jeden przystanek metrem, dwa szybkie pytania o kierunek, 500 metrów pieszko i ... podjeżdża autobus, ładuje turystów, odjeżdża i pojawia się następny. Takich tłumów dawno nie widziałem. Wyobrażałem sobie ten ścisk, no ale być w Pekinie i pominąć mur? To tak jak być w Poznaniu i nie pójść na koziołki ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Zaczynam myśleć jaką pozycję w kolejce przyjąć, czy ustawić się jak w Polsce, czyli na końcu i odczekać swoje, czy tak jak to się robi tutaj, czyli od razu na pole position. Po chwili namysłu wygrałem kwalifikacje, jak Schumacher za swoich najlepszych czasów. Wygrałem też na pierwszym zakręcie z czego nie jestem do końca dumny, ale tak to się robi w Chinach. Tutaj nie ma czegoś takiego jak "kolejka" i nikt się o to nie burzy. Ile razy poniosłem porażkę w sklepie, czy na dworcu, ale nie tym razem.
    Dojechawszy zaczynam zastanawiać się czy moja legitymacja studencka znowu zadziała. Podchodzę do okienka, "Hello, student ticket, please". Szybka obczajka to na mnie, to na plastik i... po raz kolejny Chiny za pół ceny. Teraz już tylko kierunek mur. Na starcie oczywiście tłumy. Pierwszy kilometr tłumy. Jednak w miarę pokonywania trasy, robi się nieco lepiej. Chyba że trzeba się wspinać, wtedy cała wycieczka znowu zwalnia tempo. I tak do punktu zwrotnego, czyli najwyższej części muru (niecałe dwie godziny spacerkiem). Tam większość osób stwierdza, że osiągnęła swój cel i schodzi do miasta. Dla niektórych z pewnością była to dobra decyzja, ponieważ momentami robi się naprawdę stromo i trochę niebezpiecznie. Jak można się domyślić, ja szedłem dalej, a chwilami raczej zjeżdżalem po poręczy, bo było wygodniej i szybciej. W trakcie jednej z przerw zostałem poproszony o zdjęcie z dwoma Chińczykami i jedną uroczą Chinką. Kolejny uśmiech z serii "cheese" i po chwili mam kompanów na trasie. A im dalej, tym coraz mniej osób. Widok gdy zostaliśmy już praktycznie sami był po prostu NIE-SA-MO-WI-TY. Gdybym ich nie spotkał, pewnie kontynuowałbym tę przygodę, ale skorzystałem z zaproszenia na spędzenie reszty dnia w Pekinie. Moi nowi znajomi przejęli się swoją rolą aż nadto. Nie pozwalali za nic płacić - "przecież jesteś naszym gościem, spokojnie". Stwierdzam, że mam ogromne szczęście do ludzi pojawiających na mojej drodze. Nie chodzi tu o kwestie materialną, ale ich pozytywne nastawienie.
    Niby tego dnia nie wydarzyło się nic spektakularnego - chodzenie po murze, zwiedzanie Pekinu, bujanie się z Chińczykami - ale zapadnie mi on w pamięci na długo.
    A na instagramie mur widziany moimi oczami https://www.instagram.com/p/BJzn4BSj6Ts/
    #rzucijedz #podrozujzwykopem #podroze #chiny #pokazchinke #namurze
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Czy ktoś jeszcze widzi to co ja? ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #mowiacepiwo #piwo #piatek #humorobrazkowy

    źródło: fromapp.jpg

    +: Cronox
  •  

    Mija dokładnie miesiąc od startu z Poznania, a na liczniku wybiło już 10.562 kilometry. Tyle trzeba było przejechać, aby znaleźć się w Pekinie. Dawno nic nie pisałem, ale Chiny pochłonęły mnie całkowicie, szczególnie pod względem kulinarnym. Jedzenie tutaj, to bajka dla moich kubków smakowych. Sam początek nie był aż taki różowy... musiałem walczyć z tym co otrzymałem na talerzu, czasami nawet nie wiedząc, co zamówiłem. Jednak teraz pałeczki są dla mnie jak nóż i widelec. Makaron na tysiąc sposobów mogę zjeść na śniadanie, ryż pod każdą postacią na obiad, a na podsumowanie dnia mój faworyt - zupa malatang. O przekąskach nie będę wspominać, bo na samą myśl robię się głodny. I tym sposobem prawie cały mój budżet idzie na jedzenie, a za 10 złotych otrzymuje posiłek, którego nie mogę zjeść. To chyba jedyny kraj, w którym wyobrażam sobie niedzielę bez schabowego.
    Dobra, dość, jedzenie jedzeniem, a podróż podróżą - postanowiłem, że Chiny także przejadę koleją, więc chyba powoli robi się to historia o nazwie "Koleją przez Azję". Oczywiście w najtańszej opcji - moja super budżetowa kieszeń nie zakłada jazdy super szybkim pociągiem. Nocą jazda, za dnia zwiedzanie, to chyba najlepsze rozwiązanie. Kolej chińska oferuje raczej gorsze warunki niż nasza, ale to negatywne wrażenie wynika z zachowania samych pasażerów. Bekają zarówno góra, jak i dołem (ładniej już tego chyba nie mogłem nazwać), ziewają tak, że można policzyć ich migdały, plują na podłogę, a jak pojawi się potrzeba przeczyszczenia nosa, to chusteczka nie jest potrzebna, można to przecież zrobić w rękę, a następnie wytrzeć o ścianę (przepraszam, musiałem się tym z kimś podzielić, padło na Was). Do śmietnika też nie trzeba wstawać, można rzucić resztki jedzenia pod fotel, nikt się na to nie obrazi. I nadal nie potrafię zrozumieć dlaczego cały czas jestem dla nich dobrym eksponatem do zdjęć. Ci bardziej odważni po prostu proszą, abym zapozował, a ja nie mam z tym problemu. Ci mniej natomiast, robią je z ukrycia i myślą, że nie widzę. Czekając na pociąg w Harbinie, nagle na siedzeniu obok mnie zrobiła się dziwna rotacja. Początkowo zdjęcia robiono jedynie komórkami, później w grze pojawiła się lustrzanka. Koniec końców, cała rodzinka ma ze mną zdjęcie. Wystapiłem też w trzech filmikach do jakiegoś projektu, BO DLACZEGO NIE. I najgorsze jest to, że wcale nie wyolbrzymiam. Zwiedzając Pekin dwie dziewczyny czaiły się, żeby mnie zaczepić, o czym nie miałem pojęcia, bo gadałem do ićPro. W końcu jedna zdobyła się na odwagę i po prostu zapytała, a za nią jej koleżanka. Uśmiech nr 2 i 5 w użyciu, zdjęcia wykonane i niby to tyle. Z ciekawości obejrzałem nagranie. Widząc to co działo się za moimi plecami, od razu poczuł dobrze człowiek, że prostym zdjęciem, mógł dać radość tym dziewczynom :)
    To tyle na dziś, wracam do planowania, co zrobić dalej, bo Chiny okazują się być mega spontanem.

    pokaż spoiler Dzisiaj bez zdjęcia, bo za dużo już mojej mordy na wykopie ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #rzucijedz #podrozujzwykopem #podroze #chiny
    pokaż całość

  •  

    Pozdrawiam wszystkich nocnych Mirków, bo u Was chyba jeszcze nocna ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Nie spać, zwiedzać!

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    CO TU SIĘ ODJANIEPAWLIŁO!
    Nawet nie wiem od czego zacząć, ale chyba eskorta policji do hostelu wygrała dzień, ale może od początku.
    Granice przekroczyłem bez najmniejszego problemu, najdłużej spędzając na tłumaczeniu gdzie leży Polska. Nie pomogło pokazanie kraju na mapie, no cóż, zdarza się.
    Gdy już szczęśliwie wpuszczono mnie do Chin, spotkałem rosyjską parę studentów, mówiącą po angielsku i ... chińsku. Tak dla odmiany, bo w Rosji rzadkością było spotkać kogoś, kto władał angielskim. Okazało się, że jechaliśmy tym samym pociągiem - ja w swoją podróż, oni na trzeci rok studiów. Po raz kolejny przez przypadek spędziłem dzień z Rosjanami. I spędzę kolejny, już za dwa dni, gdy będę przejeżdźał przez ich miejscowość.
    Tego dnia miała mnie jeszcze czekać spokojna podróż pociągiem do Hulun Buir. Stałem się jednak lokalnym celebrytą, albo po prostu atrakcją, zwał jak zwał. Już na wejściu poczułem wzrok paru osób - byłem jedynym białym człowiekiem w przedziale. Pierwsza godzina minęła bez zakłóceń, za to później pojawił się człowiek z dzieckiem. Przyszedł pokazać białego człowieka (chyba) i wytykać go palcem. Co miałem zrobić, uśmiechałem się. Po chwili przyprowadził kolejne dziecko, co miałem zrobić, przywitałem się. Gdy już zdobył się na końcową odwagę, położył mi chłopaka na kolana i zaczął robić zdjęcia. Co miałem robić, też zrobiłem xD
    Pojawili się kolejni chętni, nie odmawiałem, z każdym kolejnym zdjęciem robię coraz szerszy uśmiech, aż w końcu dojeżdżam do swojej stacji, a tam co? Fajerwerki. Raczej nie na moje powitanie, ale poczułem się wyjątkowo xD
    Jeszcze tylko dojść do hostelu, byle telefon wytrzymał, bo ma ostatnie 10 procent. Nie wiem jak to jest możliwe, ale nagle trzy różne aplikacje zaczęły pokazywać trzy różne położenia GPS. Wybrałem tą, która wydawała mi się najodpowiedniejszy i ruszyłem. Po 30 minutach powinienem być na miejscu, ale jednak nie byłem, dwa procent. Zacząłem pytać lokalsów gdzie iść. Pierwszy strzał, pudło. Drugi strzał, pudło. Trzeci strzał, policjantka po służbie. Stwierdziła, że mi pomoże i zadzwoni po kolegów. Przyjechała lodówa z 5 policjantami. Otwierają drzwi i pokazują, że mam wskakiwać. Jedziemy, rozmawiamy skąd ja, znowu problem z lokalizacją, czym się zajmuje itp. Gdy dojechaliśmy myślałem, że po prostu mnie wypuszczą, ale NIE! Pięciu faceta wchodzi do hostelu, za nimi kobieta w cywilu i ja z torbą. Po prostu ktoś ważny przyjechał zająć łóżko w pokoju 6-osobowym. Nie dość, że było mi głupio, że wchodzę z taką obstawą, to w living roomie trwał jakiś koncert i oczywiście wejście tak ważnej osobistości, przerwało całe wydarzenie i przykuło uwagę wszystkich. Po wszystkim policjantka z uśmiechem na twarzy oznajmia o swoim zadowoleniu, że mogła pomóc i się żegnamy. Jeszcze pytam na recepcji o czym oni rozmawiali i czy mają jakieś problemy (tak wyglądało). W odpowiedzi słyszę "malutkie, musimy przedstawić dokumenty wszystkich naszych zagranicznych gości". Nie wiem jak to wszystko zostało powiązane, ale ja nie mogę się doczekać kolejnych dni w Chinach.
    Dla przypomnienia #snapchat erikitto
    #rzucijedz #chiny #podroze #podrozujzwykopem #nieogarniam
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: fromapp.jpg

    +: ninetyeight, I............t +31 innych
  •  

    Tak się jechało! Pora na drobne podsumowanie. W sumie całą Rosję przejechałem koleją, czyli tak jak od początku chciałem. W liczbach wygląda to tak:
    122 godziny jazdy, czyli nieco ponad 5 dni,
    7500 przejechanych kilometrów,
    61 km/h średnia prędkość,
    683 złote za bilety,
    9 groszy za kilometr.
    Czy polecam? Motzno! W przyszłości chciałbym jeszcze raz pojechać, tylko tym razem tradycyjnym transsibem z Moskwy do Władywostoku, bez przerwy! Same pozytywne wspomnienia, nowe znajomości - przelotne, bo przelotne, ale zawsze. Jeśli traktować na poważnie zaproszenia, które otrzymałem - będę musiał jeszcze raz pojawić się w Moskwie, Irkucku, Czelabińsku, a także Milanie. Mam kontakt i nadzieję, że kiedyś jeszcze raz będę mógł spotkać tych ludzi.
    Im dalej na wschód Rosji, tym miejscowości bardziej przygnębiające i lepsze krajobrazy - takie jest moje odczucie. Irkuck był tylko dobrym przystankiem na nocleg, Chita natomiast na dobry obiad.
    Jeśli ktoś myślał o podobnej podróży, zostawiam drobne protipy:
    - pierwsza zasada zrezygnować z pośredników - zarówno przy kupnie biletów na kolej, czy wyrabianiu wizy.
    - bilety na kolej można nabyć poprzez www.pass.rzd.ru (strona w wersji angielskiej). Większość pociągów posiada możliwość e-rejestracji, drukowanie biletu nie jest potrzebne, można go mieć w telefonie, ale nawet nie sprawdzają. Prowadnica posiada listę osób i wpuszcza je na podstawie paszportu. Dotyczy to każdego, Rosjanie także muszą go przedstawić, a jeśli podróżuje z nimi dziecko, to również jakieś papier.
    - bilety ponoć są sprzedawane na 45 dni przed odjazdem, ale ja takich nie znalazłem i dla mnie pojawiły się dopiero na 30 dni przed. Może coś źle robiłem, nie wiem. Rzeczywiście nie warto zwlekać z kupnem - w sezonie te najtańsze i najlepsze wyprzedaja się dosyć szybko.
    - warto zaopatrzyć się w jedzenie (w "restauracji" posiłki są bez smaku) i środki czystości w postaci nawilżonych chusteczek.
    - wbrew temu co się pisze w internetach, zapach przy miejscach najbliżej toalet nie odróżnia się od tego w dalszej części przedziału. Jedyne co może denerwować to trzaskanie drzwiami.
    - oficjalnie obowiązuje zakaz picia, Rosjanie robią to otwarcie w wagonie restauracyjnym, obcokrajowcom zabierana jest butelka (przynajmniej tak się miało wydarzyć dwóm Włoszkom, zanim je poznałem). Picie pomiędzy przedziałami w owiniętej butelce jest raczej dozwolone.
    - Rosja posiada cztery konsulaty w Polsce i przy każdym z nich centrum wizowe. Nie wiem jak to wygląda w innych miastach, ale w Poznaniu raczej niemożliwym jest wyrobienie wizy w konsulacie (kwestia zapisania na spotkanie, były tylko dwa wolne terminy w okresie trzech miesięcy). Trzeba udać się do ich centrum wizowego, co wiąże się z dodatkową opłatą w wysokości 28 euro. Coś a'la pośrednik, ale idąc do innego pośrednika trzeba zapłacić za wizę, centrum wizowe i pośrednictwo.
    - voucher turystyczny - można go otrzymać bez wychodzenia z domu i bez chorej opłaty ponad 100 zł u pośredników. Na stronie hotelu Traditional w Petersburgu wystarczy wypełnić formularz i wpłacić 10 dolarów, a voucher natychmiast wyląduje na mailu.
    - sam zrobiłem fejkowe rezerwacje hotelowe i wszystko przeszło bez problemu. Jak powiedziała kobieta w centrum wizowym, wjazd jest odmawiany jedynie w przypadku podejrzanej przeszłości.
    To tyle Rosjo, dziękuję za gościnę! Pora na Chiny, cenzury nie ma, nawet na fejsbuki, wystarczą dwa kliknięcia więcej.
    #rzucijedz #rosja #podrozujzwykopem #podroze #porady #kolej #kolejtranssyberyjska
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Idę właśnie przekroczyć granicę z Chinami. Mam nadzieję, że tam mirko nie jest na cenzurowanym ( ͡° ͜ʖ ͡°) #rzucijedz #podrozujzwykopem #podroze #chiny

  •  

    Takie tam ognisko nad Bajkałem. Polecam. Woda chłodniejsza niż w Bałtyku, kąpiel mocno orzeźwiająca.
    Warto było jechać te kilka dni ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #rzucijedz #rosja #podrozujzwykopem #podroze

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    78 godzin w #kolejtranssyberyjska i ponad 5000 przejechanych kilometrów. Po tych paru dniach stwierdzam, że było warto i chciałbym to kiedyś powtórzyć. Smutno było mi się żegnać z osobami, które spotkałem, ale tak to już jest w #podroze
    Pierwszej nocy stałem się atrakcją wieczoru, najprawdopodobniej byłem jedynym Polakiem w pociągu. Ruskie polewały, Polak pić musiał. Zupełnie inna atmosfera niż podczas pierwszego przejazdu.
    Drugiego dnia udało mi się poznać innych turystów - dwie Włoszki i Anglika, resztę podróży spędziliśmy razem. Jednak nie wszystko było już takie łatwe. Tak jak pierwszego dnia nikomu nie przeszkadzało, że piłem z Ruskimi, tak gdy obcokrajowcy zaczynają robić coś podejrzanego to pojawia się problem. Ciągle zwracano nam uwagę, że mamy być ciszej, nie możemy grać w karty (bo to hazard), o piciu nie wspomnę. W końcu trafiliśmy na wagon, w którym prowadnikami byli studenci i problemy się skończyły. To co pierwszej nocy było dla mnie legalne, drugiej trzeba było robić w konspiracji.
    Jednak #kolej nie jest dla każdego. Anglik ciągle narzekał na brak prywatności, czy brak prysznica. I rzeczywiście nie ma co liczyć na prywatność w 3 klasie i odpowiedni poziom higieny (to po prostu nie istnieje). Oni jadą dalej do Władywostoku, ja jutro przypuszczam atak na Bajkał, a w czwartek powinienem być już w Chinach.

    pokaż spoiler Ale zanim dotrę do Chin, to i tak jeszcze pojadę 28 godzin ruską koleją ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #rzucijedz #podrozujzwykopem #rosja #bajkal
    pokaż całość

    •  

      Komentarz usunięty przez autora

    •  

      @lume czułem się bezpiecznie i nadal jadę z całym swoim dobytkiem. Dokumenty zawsze miałem przypięte do ciała, nawet jak spałem, ale np. laptopa jak wychodziłem do innego przedziału czy coś zjeść, to zostawiałem na łóżku w torbie. Wtedy mówisz do swoich sąsiadów, że wrócisz za jakiś czas. Działa to w obie strony - ja na przykład opiekowałam się dzieckiem jak rodzice wyszli na fajkę ( ͡° ͜ʖ ͡°) Poza tym są schowki - jak spisz na dolnym łóżku, to ktoś musiałby Cię podnieść w czasie snu, a jak na górze to zostawisz wszystko na górnej półce, jednak zazwyczaj człowiek z dołu proponuję, żebyś włożył rzeczy do jego schowka. pokaż całość

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    No i dojechał! Pozdrawiam z Jekaterynburga. Te 24-godziny zleciały nawet szybko i czuje, że mógłbym jechać dalej. Dementuje legendy jakoby #kolejtranssyberyjska to była jedna wielka impreza, a wódka lała się nawet w toalecie. Tu raczej każdy chce dotrzeć z punktu A do punktu B w ciszy i spokoju.
    Miałem jedno z gorszych miejsc do spania, tuż przy toalecie, nocą trzaskanie drzwiami, a w ciągu dnia +35 w przedziale. Jakby co, ja nie narzekam, bo ma to swój klimat, odczuwalny klimat ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Przeważają głównie Rosjanie, w moim 54-osobowym wagonie był jeszcze tylko jeden "innostranjec". Pogadałem z sąsiadami na tyle na ile mój rosyjski pozwolił, a później ruszyłem na przebieżkę po pociągu. Odniosłem wrażenie, że każdy przedział ma swoje życie. W 3 klasie, którą jechałem najłatwiej o nawiązanie znajomości. Wystarczy być po prostu otwartym i przyjaznym. Zaskoczyła mnie średnia wieku, jakieś 50+. Klasa 2 to zamknięte przedziały czteroosobowe, tutaj już raczej przebywa się w kameralnym gronie i nie nawiązuje znajomości z nikim więcej. Dodatkowo mniej porno i duszno. Klasa 1 z przedziałami dwuosobowymi, coś dla samotników i par. Jeszcze jeden wagon - restauracyjny - z klimatyzacją. Tutaj można ponownie odżyć i napić się schłodzonego piwka - polecam. Co jakiś czas do tego wagonu przychodzą prowadnice (odpowiednik naszej konduktorki, niektóre to prawdziwe 7.5/10) i narzekają na pasażerów.
    Na koniec #czujedobrzeczlowiek jak widzi, że Robert Biedroń zaczyna śledzić jego podróż na snapie ( ͡° ͜ʖ ͡°) gdyby ktoś chciał dołączyć to #snapchat erikitto
    Trochę #pokazmorde #podrozujzwykopem #podroze #rzucijedz
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    A oto mój dom na kilka najbliższych dni, czyli kierunek Bajkał! 78 godzin w pociągu brzmi nawet spoko.

    Nie jestem jednak masochistą i zdecydowałem się na krótką przerwę w Jekaterynburgu po 24 godzinach jazdy. Potem już tylko 54 godziny i w piątek melduję się nad Bajkałem ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #rzucijedz #czujedobrzeczlowiek #rosja #podroze #podrozujzwykopem #kolej #kolejtranssyberyjska pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Taki tam widok na Moscow-City

    #podrozujzwykopem #podroze #moskwa #rosja #rzucijedz

    źródło: fromapp.jpg

    +: u.............o, MPTW +50 innych

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika erikito

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (5)