•  

    Wpis na grupie Facebookowej jednego z nowoczesnych osiedli developerskich z mieszkaniami po 600-700 tysięcy :D To tak apropos izolacji akustycznej w polskim budownictwie, jak nawet nie można sobie w nocy pojęczeć, bo słychać w kilku klatkach ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #budownictwo #polskiedomy #polskadeveloperska

    źródło: embed.jpg

  •  

    Mirki i Mirabelki, powiedzcie proszę kto ma rację. JA CZY ŻONA? A oto, co się wydarzyło: Kupiłem porcję rosołową z indyka dla kota, ale mega ciężko odkrawało się mięso z szyjki itp., więc stwierdziłem, że ugotuję dla siebie i dla małżonki obiad (rosół). Warto wspomnieć, że ostatnio dostaliśmy sporo oregano w słoiku z przydomowego ogródka od znajomych, którzy uprzedzili nas, że jest słabsze w smaku od takiego sklepowego. Jak już ugotowało się mięso, wrzuciłem warzywa itp, to zacząłem doprawiać. Szczodrze dosypałem "oregano" ze słoika, potem innych przypraw. Pogotowalem rosół jeszcze z pół godziny i spróbowałem łyżeczkę. OKAZAŁO SIĘ, ŻE ZAMIAST OREGANO DODAŁEM ZIELONEJ HERBATY. Cały rosół smakował jak tłusta zielona herbata z mięsem i warzywami. Wymieniłem wodę dwa razy, ale herbata i tak wsiąkła w warzywa zmieniając ich smak, poza tym na świeżej wodzie już cały rosół był do niczego i musieliśmy zamówić pizzę. Oto jak wyglądał słoik z zieloną herbatą, którą wziąłem za oregano. Warto dodać, że słoik stał pomiędzy innym przyprawami. Ja uważam, że skoro żona trzyma NIEOPISANĄ herbatę na półce tuż koło przypraw, to zawiniła jej organizacja kuchni. Bo kucharz nie ma obowiązku wąchać każdej przyprawy, jakiej używa. Natomiast żona twierdzi, żem ciul. Kto ma rację? (Głosowanie i foto w komentarzu). #logikarozowychpaskow #logikaniebieskichpaskow #gotowanie #herbata #kuchnia pokaż całość

    źródło: embed.jpg

  •  

    Hej Mirki, szukam takiego obrazku z absolutorium albo inauguracji roku akademickiego z rektorem, dziekanem itp. Obrazek jest podpisany jak "zlot śmiesznych czapek" albo "pan pieczarka" (o rektorze). Ktoś coś pomoże?
    #heheszki #smieszneobrazki #studia taguję też #pwr , bo to chyba stamtąd zdjęcie ( ͡° ͜ʖ ͡°)

  •  

    No elo #pokazsalon #pokazdom #testoviron #art #sztuka #jrider #polskiedomy SZCZĘŚLIWY JAK NIGDY. Mogę umierać.

    źródło: x3.wykop.pl

  •  

    Hej! Wraz z różową poszukujemy noclegu po #krakowskiewykopparty , ja jestem z polskiej wsi, różowa z brazylijkiego miasta, nie jesteśmy TOTALNIE NIC wymagający. Miejsce na podłodze (żeby rozłożyć karimaty i śpiworki) byłoby bardzo super! Z góry dziękuje za odzew, wołam też #krakow i #couchsurfing . Chcemy przyjechać na party i wyjechać w niedzielę. Nasze zdjęcie poniżej. Jedziemy stopem z #poznan, może ktoś chce się dołączyć? pokaż całość

    źródło: embed.jpg

  •  

    Kto mi zabrał mój plastikowy pistolet na wodę? Ten wielki karabin? Proszę mi napisac wiadomość i umówimy się na oddanie. Leżał pod płotem na wykoppiwie. Bardzo lubiłem ten karabin. Już te pełne piwa nawet odpuszczam. #woodstockowewykopiwo #woodstock2018 #woodstock

    +: renta85, p..................i +7 innych
  •  

    A wy dalej w piwnicach u mamy w komórce na miotłę? Biedaki cebulaki, nie dla Polaka Finlandia. Dla Pana to. Dla Alpaki to. Sorry za bałagan. Mamy chipsy i batony. (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)
    #wykopiwo #jrider #chwalesie #podrozujzwykopem #polakicebulaki #wykopiwofinlandia
    Lista obecności:
    1. @wiecejnizjednozwierze
    2. @jrider
    pokaż całość

    źródło: bogactwo_czesc_glowna.jpg

    +: xthelay, f.....d +22 innych
  •  

    DOKŁADNIE 10 lat temu, w Walentynki, pisałem artykuł na Wikipedii o Technicsie.
    Dokładnie 10 lat temu byłem równie samotny, jak dziś.
    Przypomniało mi się ostatnio, kiedy szukałem informacji o swoim ulubionym producencie sprzętu grającego, firmie Technics. Wpisałem hasło w google, jako jeden z pierwszych linków wyskoczył artykuł w polskojęzycznej wikipedii. A napisałem go ja, jako 13 latek wtedy xD Byłem tak dumny, że zamieściłem zdjęcie wieży z pokoju. Spojrzałem na aktualną wersję artykułu, sporo się zmieniło, zdjęcie zostało usunięte, dopiero przeglądając historię edycji dotarło do mnie, że artykuł ten napisałem w Walentynki, o godzinie 17. Wszyscy moi trzynastoletni koledzy na pewno gdzieś wyszli z dziewczętami, albo chociaż grali w piłkę, ja czytałem instrukcję jak wymienić igłę w gramofonie. Serdecznie nie polecam.
    Minęło 10 lat nędznego życia pozbawionego miłości, dziewczyn i przygód, jest godzina 17, a ja produkuję #gownowpis na mikroblogu, bo już nawet nie mam pasji, o której mógłbym stworzyć artykuł na wiki. Mirki, nie podążajcie tą drogą, korzystajcie z uroków życia, póki możecie. Ja idę obejrzeć serial. Link do tamtego artykułu i screen na dowód.
    LINK DO ARTYKUŁU NA WIKI Z WALENTYNEK 10 LAT TEMU
    Także, jeśli w tej chwili nie piszecie na wikipedii artykuły na temat producenta sprzętu audio, to jeszcze jest dla Was jakaś szansa, nie poddawajcie się. U mnie z roku na rok gorzej.
    #walentynki #przegryw #jrider #audio
    pokaż całość

    źródło: walentynki.jpg

  •  

    Drogie Mirki, jak po polsku nazywa się STUD TIGHTENER? Znany też jako STUD DRIVER (Brytyjczycy mówią na to często STUD RUNNER). Jest to nasadka służąca do wkręcania śrub dwustronnych, kołków gwintowanych, jednak w całym polskim internecie nie mogę znaleźć nazwy. Chyba, że w Polsce robi się to w fabrykach na dwie nakrętki jako kontrę, ale mam nadzieję, że nie. Jest mi to potrzebne do dokumentacji, wklejam link do google, jak to wygląda: https://www.google.lu/search?q=stud+driver&rlz=1C1EJFA_enDE689DE689&espv=2&biw=1366&bih=643&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0ahUKEwi8gNyforbOAhULB8AKHTbGD_QQ_AUICCgB
    #inzynieria #politechnikapoznanska #politechnikawarszawska #agh #politechnikagdanska #politechnikalodzka #elektronarzedzia
    (sorry za spam tagami)
    pokaż całość

    +: Prez, Cronox
  •  

    Mirki, potrzebuję kupić antenę wifi, tak, żeby jak będę na polu ładnie ściagało mi sygnał z domu. Cena nie gra roli, ma być bardzo dobra (no ale nie za kilka tysięcy złotych, powiedzmy do 800 zł). Jaka jest najlepsza, najmocniejsza? Chcę kawał naprawdę dobrej anteny. xD Na allegro najdroższe jest chyba http://allegro.pl/mocna-antena-wi-fi-usb-zewnetrzna-kierunkowa-10km-i5045461165.html nie ma to żadnej marki i nie wiem, czy spełni swoje zadanie. Naprawdę złapie sygnał z odległości paru kilometrów? Będę wdzięczny za odpowiedzi.

    PS: Jakby ktoś polecił jakiś SUPER MOCNY router, to też będę wdzięczny.
    #komputery #wifi #informatyka #router
    pokaż całość

    +: Cronox
    •  

      @jrider: anteny z Allegro mają tę wadę, że to chińszczyzna w większości i na dodatek ma nieznane parametry. Te 36 dB mógł sobie Chińczyk wyssać z palca, Ty nawet nie będziesz w stanie tego sprawdzić. Szukanie metodą najwyższej ceny też średnio, bo ludzie potrafią te same graty wystawiać po cenach od najniższej do najwyższej, właśnie po to, żeby każdy kupił w swoim przedziale cenowym i był zadowolony. A z zewnątrz przecież i tak nie widać różnicy :)

      Skoro masz całkiem spory budżet na tę antenę, polecałbym raczej zwrócenie się do jakiegoś normalnego sklepu, gdzie sprzedawca nie jest importerem kontenerów z Chin, tylko zna się na technice telekomunikacyjnej i faktycznie coś potrafi powiedzieć o sprzęcie, którego parametrom można wierzyć.

      Z tych netowych sklepów polecam http://www.dipol.com.pl/ - znają się ziomki, prowadzą też szkolenia itd. Towar bardzo dobrze mają opisany, pomierzony, dużo jest też materiałów do poczytania - można się samemu doszkolić. Nie mam związków z tym sklepem, poza tym, że jestem ich zadowolonym klientem. No i pewnie dowolny sklep branżowy da Ci większą pewność niż najdroższa antena na Allegro :)
      pokaż całość

    •  

      @jrider: Jesli otagowałbyś #sieci napewno uzyskałbyś satysfakcjonującą odpowiedź

    • więcej komentarzy (15)

  •  

    Hej, kojarzy ktoś jeszcze tag #jrider? W którym opisuję swoją podróż stopem przez część Azji i Asutralię? Długo nic nie pisałem, głównie z powodu zbyt dużej ilości wiadomości z pytaniami o pieniądze, jak je zarabiać w trakcie podróży, jakiego przepisu użyć do puszczania baniek mydlanych, ludzie chcą mieć tutorial na to, jak odbyć nisko-budżetową podróż. A nie to jest ważne i nie takie były moje założenia, kiedy zacząłem pisać. Czasem wchodzę na mirko i jak zobaczyłem, że jednak podróżnicze historie cieszą się takim wzięciem, że @levpurto pisze zwykłe opowiadania, a nie spisuje wspomnienia, a mimo to wiele osób czyta to z zadowoleniem i jest żądne kolejnych części, to pomyślałem, że jednak dokończę swoje wypociny. Może nie mam tak ładnego stylu pisania, ale historia jest prawdziwa (a myślę, że równie ciekawa (wraz z biegiem czasu staje się ciekawsza, cierpliwości! :) ), tak samo zdjęcia, których jednak nie mam zbyt wiele. Piszę to zarówno dla tych, którzy czasem w komentarzach i na PW piszą, bym wreszcie dokończył, jak i dla siebie.

    Linki do starszych postów:
    I wpis – Początek podróży, Tajlandia
    II wpis – ucieczka z Tajlandii do Malezji, pierwsza praca
    III wpis – alfons lekko pobił mnie w Malezji

    Tyle przydługiego wstępu, ZACZYNAMY!:
    Z Malezji chciałem dopłynąć do Indonezji na jachtostopa, dlatego jeździłem od mariny do mariny i pytałem się na jachtach, czy ktoś nie płynie w tamtym kierunku. Przyjaciele z Polski wysłałi mi przez facebooka listę portów i odwiedziłem chyba WSZYSTKIE na wschodnim wybrzeżu Malezji. Niestety, było to kompletnie poza sezonem, ogólnie mało jachtów, a te, które były, raczej stacjonowały przez dłuższy czas. Znalazłem kilka możliwości rejsów, m.in. na Filipiny i do Singapuru, ale zależało mi na Indonezji, ponieważ już miałem kupiony bilet samolotowy z Bali do Australii ($90). Chciałem dostać się na Sumatrę, potem znowu jachtostopem lub promami na Jawę i tak samo na Bali. Oto mapa Indonezji, żeby łatwiej było sobie zobrazować moje zamiary.

    Niestety, nie mogłem znaleźć żadnego żeglarza zmierzającego w tamtym kierunku, ale sporo rozmawiałem z ludźmi, złapałem kilka krótkich fuch, które jednak pozwoliły podreperować mój budżet, jak np. czyszczenie katamarana. W końcu stwierdziłem, że za miesiąc już wylatuje z Bali do Perth, więc czas ruszać do Indonezji, bo mogę nie zdążyć na samolot.
    Wspomnę tutaj, że zdecydowana większość osób lata pomiędzy Indonezją i Malezją, jednak ja chciałem mieć choć namiastkę żeglugi, więc zdecydowałem się na prom. Płynęli nim prawie sami nielegalni Indonezyjscy robotnicy pracujący w Malezji (za około 900 zł na miesiąc, z czego jeszcze są w stanie trochę odłożyć dla rodziny), z ogromnymi pakunkami powiązanymi sznurkami itp. Totalny folkor. Na promie były jeszcze dwie białe osoby, Hiszpanki, dla zabicia czasu zacząłem z nimi rozmawiać. Od razu złapaliśmy wspólny język, okazało się, że podróżują już poł roku po Azji, wszędzie stopem, w Wietnamie kupiły motocykl. Żartowaliśmy, wymienialiśmy się spostrzeżeniami i stwierdziliśmy, że połączymy siły na jakiś czas i razem będziemy jechać w kierunku Bali.

    W tym momencie zaczął się jeden z lepszych etapów mojej podróży. Stopowanie po Azji dla mnie było łatwe, ale dla dwóch urodziwych dziewczyn? BANALNE. Nie wiem, czy kiedykolwiek minęło nas więcej niż 5 samochodów, zanim jakiś się nie zatrzymał. Przez Sumatrę jechaliśmy cały czas tylko ciężarówkami, w 5 osób (bo jeszcze dwóch kierowców) w kabinie, oczywiście bez łóżka z tyłu (patrz zdjęcie na dole). Czasem też jechaliśmy na pace, bardzo to lubiłem, bo był większy przewiew i można było spać w komforcie.

    Były to świetne towarzyszki podróży, przyjaciółki. Jedna z nich miała jednak trochę smykałki do snucia intryg, zdaje mi się, że była zazdrosna o to, jak dobrze dogadywałem się z pierwszą i tak podburzała, że po około 10 dniach razem, zarówno ja, jak i one stwierdziliśmy, że czas się rozdzielić. Nic dziwnego, żyliśmy we trójkę ze sobą 24h na dobę, a one poprzednio podróżowały pół roku same, to była oczywista sprawa, że krótki odpoczynek dobrze nam zrobi. Rozdzieliliśmy się przed wjazdem na Jawę.

    Trochę cieszyłem się z samotnego podróżowania, trochę tęskniłem za dziewczynami, zwłaszcza, że z tą milszą bardzo sie polubiłem, jednak po tych 10 dniach spędzonych z ludźmi z zachodniego kręgu kulturowego miałem baterie naładowane do pełna i z radością odkrywałem dalsze smaczki Azji.

    Udało mi się złapać cieżarówkę, która płynęła na Jawę promem, więc nic nie musiałem zapłacić za przeprawę, po dotarciu do stolicy, Jokarty, na wylotówce podszedł do mnie jakiś dziadek. Wyglądał trochę zaniedbanie, brakowało mu paru zębów, ale mówił bardzo ładnie po angielsku i miał FASCYNUJĄCE historie. Także jeździł stopem, ale trochę inaczej niż ja, bo zamiast stać i machać, to wskakiwał na paki ciężarówek stojących na światłach lub przy robotach drogowych. Nie wierzyłem, że tak można, zapytałem się go, co wtedy, jeśli ciężarówka zbacza z kierunku, w którym chcemy jechać. Odpowiedział, że wtedy po prostu puka się do kabiny kierowcy, on się zatrzymuje i można wysiąść, a na kolejnych światłach łapać dalej.

    Bardzo spodobała mi się taka awangarda, złapaliśmy kilka aut, trochę po mojemu, trochę jego sposobem. Raz niestety, jak szliśmy przez Jokyokartę, to w tłumie zgubiliśmy się nawzajem. Szukałem go z pół godziny, potem stwierdziłem, że tak widać miało być. Niestety nie mam żadnych dowodów na potwierdzenie jego istnienia, mam jedynie jego wspaniałe opowieści, których tutaj jednak nie będę przytaczał, bo zabrakłoby miejsca. Dziadek ten, choć o tym nie wiedział, był typowym freeganinem, hippisem i train-hopperm i autostopowiczem. Jest to tym bardziej fascynujące, że wszystkie te techniki odkrył sam, a o internecie tylko słyszał. Po angielsku mówił świetnie, ponieważ w młodości pracował w hotelu, przyjeżdżali tam głównie Anglicy. Bez wątpienia była to jedna z ciekawszych osób, z którymi zetknąłem się na wyprawie. Zainspirował mnie.

    Ponieważ ostatnie przygodne znajomości okazały się być tak owocne, właśnie jak jadłem jakieś owoce i odpoczywałem na karimacie w pewnym indonezyjskim mieście, przysiadło się do mnie paru chłopaków. Niektórzy z nich mówili trochę po angielsku, wytłumaczyli mi reguły gry karcianej, prostej i wciągającej, pograłem z nimi z godzinę, potem któryś z nich pojechał po alkohol (tak, w muzułmańskiej Indonezji), po jakieś taki destylacik z kokosa. Nazywali to Arak, przywiózł tego ładnych parę litrów. Znałem Arak, ponieważ kiedyś dostałem butelkę ze Sri Lanki, jednak tamten ze Sri Lanki był sklepowy i miał barwę jak brandy i 40%, ten indonezyjski był duuużo słabszy i białawy.

    Jak okazało się, chłopaki były chyba najbardziej imprezowymi jednostkami z tego miasta, bo jak trochę popili, to stwierdzili, że pokażą mi, jak palić Javę xD Nie miałem pojęcia co to jest, wiedziałem tylko że to nie ta słynna marichuana, bo upewniłem się o tym w rozmowie. Po około pół godzinie jeden z nich wrócił z miną zwycięzcy. Był to bez wątpienia najdziwniejszy narkotyk, jaki widziałem w życiu. Miał formę białej tabletki, nie udało mi się dowiedzieć co to jest dokładnie, mówili tylko „syntetic, syntetic”, tyle mi wystarczyło żeby nie tykać tego świństwa. Łamali taką tabletkę, kładli ją na kawałku aluminiowej folii, podgrzewali od spodu zapalniczką i wdychali dym przez słomkę nad tabletką. Wyglądali po tym całkiem normalnie, może trochę bardziej ożywieni, jak pytałem się o działanie, to mówili, że „no sleep, no sleep”. Czyli jakaś taka nasza feta xD.
    Mieszkali oni na czymś, co wyglądało jak squat, ale bardzo też możliwe, że za to płacili. Było to poddasze w budynku gospodarczym na zapleczu szkoły, mnóstwo materaców w paru „pokojach”, wszędzie jakieś dziwne fanty, które nazywali prezentami.
    Mili ludzie, ale ćpuny, to ruszyłem dalej, zwłaszcza, że zostało mi wtedy już tylko z dwa tygodnie do samolotu do Perth.
    W następnej części opiszę miedzy innymi spotkanie, wspinaczkę na Bromo i wulkan Ijen oraz podróż na Bali.
    ------------------------------------------------------------------------------------------------------------
    Podoba się – obserwuj #jrider. Przynudzam? - czarnolistuj. To tylko fragment historii mojej wyprawy przez Tajlandię, Malezję, Singapur, Indonezję, Australię i Japonię, jeśli ciekawią Cię anegdotki z mojej niskobudżetowej wyprawy na tamtym końcu świata, śledź kolejne wpisy.

    Ja z Hiszpankami na ciężarówce gdzieś w środkowej Sumatrze.
    pokaż całość

    źródło: SAM_5889.JPG

  •  

    Hej, to już trzeci wpis, w którym opisuję swoją wyprawę po części Azji i Australii. Kolejne będą pojawiały się pod tagiem #jrider.

    #tldr: Dostałem wpierdziel od alfonsa, bo nie chciałem kupić jego prostytutki

    Przepraszam za tak długą przerwę w pisaniu, miałem nawał pracy w pracy. Postaram się zwiększyć częstotliwość :)

    Linki do starszych postów:
    I wpis – Początek podróży, Tajlandia
    II wpis – ucieczka z Tajlandii do Malezji, pierwsza praca

    -----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Po swojej pracy na budowie trochę wolnego czasu spędziłem w centrach handlowych przeglądając internet na wystawowych tabletach i smartfonach. Takie darmowe kafejki internetowe, oferujące trochę mniejszy ekran i zero prywatności, ale na przeglądanie mapy w zupełności starczą. Najpierw zapragnąłem pojechać do Kuala Lumpur i w końcu zobaczyć te słynne Petronas Towers. Zwłaszcza, że będąc jeszcze na wschodnim brzegu Malezji spotkałem biznesmana, Zairola, który powiedział mi, że mieszka pod Kuala Lumpur i zaprosił do siebie.
    Skontaktowałem się z nim przez facebooka, przyjechałem z przeciwnego brzegu Malezji, zaprzyjaźniłem się z jego rodziną (żoną oraz dwójką dzieci). Największą radość sprawiłem chyba jego 3-letniemu synowi, który był przekonany, że jestem z Disney Channel. Wiecie, biała skóra i blond włosy, dla nas też większość Azjatów wygląda podobnie, a to był trzylatek. :) Załączam nasze wspólne zdjęcie pod spodem.

    Może, gdyby jego Tata włączył Disney Channel w czasie, kiedy u nich przebywałem, cały czar by prysł, ale nie było żadnego problemu z wytłumaczenium mu, że teraz kanał nie działa. Jakby się zastanowić, to nie było to podejrzane, w końcu byłem u nich, to nie mogłem być równocześnie w telewizji. :D
    Pobyt u nich wspominam bardzo miło. Zairol sam dużo podróżował w młodości, więc starał się, bym poczuł się jak w domu. W samochodzie puszczał z internetu polskie stacje radiowe oraz obejrzeliśmy kilka polskich filmów. Nie chciał, bym tęsknił za domem i krajem, ponieważ w trakcie swoich podróży, także autostopem (!) często czuł się “homesick”.
    Próbował łapania okazji nawet w Europie, ale jak sam powiedział, szło mu bardzo kiepsko, ponieważ z racji ciemniejszego koloru skóry wszyscy myśleli, że jest cyganem :) Było mi po tym trochę przykro, ale zapewnił mnie, że wszystko wyszło na dobre, bo zamiast marnować swój urlop na czekanie po stacjach benzynowych dotarł wszędzie pociągiami, które w Europie są świetnie rozwiązane.

    To kolejna zabawna sprawa, utożsamianie całej Europy jako jedność. Bardzo wielu napotkanych przeze mnie ludzi kompletnie nie kojarzyło różnic ekonomicznych, społecznych, kulturowych lub w prawie pomiędzy europejskimi krajami. Dla nich Polska jes taka sama jak Szwajcaria lub Grecja, często pytali mnie, czy w Europie jest zimno. W sumie ciężko się temu dziwić, bo myślę, że jakby typowy Polak miał powiedzieć, czym różni się Kambodża od Indonezji to także miałby niemałe problemy.
    Po tym, jak już zwiedziłem Kuala Lumpur i słynne Petronas Towers, wiedziałem, że skoro jestem tak blisko Sinagpuru, że aż żal byłoby nie podskoczyć.

    Kiedy zbliżałem się powolutku stopem w tamtym kierunku, poznałem Nigeryjczyka w ostatnim malezyjskim mieście przed granicą z Singapurem, w Johor Bahru. Ponieważ podróżowałem już wtedy dwa miesiace, czułem się zupełnie odmieniony, pozbawiony uprzedzeń, np. w stosunku do muzułmanów, których spotkałem mnóstwo i wielu z nich było wspaniałymi ludźmi (jak chociażby Zairol); także kompletnie nie przejmowałem się faktem, że mój kolega jest z Nigerii. Gadka-szmatka, jakieś jedzenie na plaży i wybraliśmy się do baru.

    Do tego pubu jechaliśmy przez pół miasta jego autem, jeśli można to nazwać autem. Jedyne cechy wspólne to cztery koła. NIC tam nie działało, kolor-rdzawy, WSZYSTKO na dziwne patenty, włącznie z odpalaniem, jakieś druty do zaczepienia drzwi, aby nie otwierały się w czasie jazdy. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, a po paru piwach wypitych na plaży czułem, że wycieczka do baru dobrze mi zrobi. Mój kolega oczywiście był równie pijany jak ja, przy czym prowadził.
    Nie widziałem nic podejrzanego w tym, jak ten bar wygląda, w końcu nie byłem jeszcze w żadnym malezyjskim barze. Ani w tym, że piwo pijemy z dzbanków, a nie z kufli. Po barze kręciły się całkiem ładne dziewczyny, a ja w swojej naiwności myślałem, że to jakieś imprezowe lokalne kobietki, a nie prostytutki. Niedługo po tym, jak wypiliśmy pierwsze piwko dosiadła się do nas jedna, alkohol już rozwiązał mi język, trochę pogadaliśmy, usiadła mi na kolanach, ogólnie było bardzo przyjemnie.
    Po jakichś 20 minutach rozmowy (ja byłem trochę podpity, było bardzo głośno, a ona prawie nie mówiła po angielsku xD) mówi do mnie, że możemy spędzić razem noc. Za 100 ringiet (w przeliczeniu jest to 100 zł). Ooooo kurde, wtedy dopiero zrozumiałem. Cały czas byłem przekonany, że gadam z turystką z Wietnamu, która przyszła się rozerwać do pubu. W trakcie jak zastanawiałem sie nad tym jak bardzo ograniczone mam postrzeganie rzeczywistości, zarówno ona jak i mój nowo poznany Nigeryjczyk namawiali mnie do tego, bym wziął ją na noc do JEGO mieszkania.

    Już nawet ja wiedziałem, że to podejrzane, że gospodarz chce, by prostytutka nocowała u niego w domu. W międzyczasie cena spadła do 70 ringiet, a ja cały czas odmawiałem i zastanawiałem się, w jakie gówno się wpakowałem będąc pijanym gdzieś w głębokiej Azji w baro-burdelu. Nawet nie wiedziałem, czy czegoś nie mam dolanego do drinka, zorientowałem sie, że wszystkie dziewczyny w tym barze wyglądają jak prostytutki. Po którejś mojej odmowie przyszedł jej 'opiekun' i mówi “Ok my friend, for you special price, only 50 ringiet”.
    Ja nadal mówiłem, że nie, że nie chcę, a on stał się agresywny i pyta się “Czemu nie chcesz?! Co jest nie tak?!”. Bardzo mi się to nie podobało, pozostali alfonsi i prostytutki patrzą, ja staram się wykminić, jak ulotnić się po cichu, a alfons wkurzony żąda 30 ringiet za czas spędzony z nią.

    Ooo nie, 30 ringiet za to, że 20 minut siedziała mi na kolanach? Stanowczo zaprotestowałem.
    On nagle zmienił strategię i powiedział “ok, ok, no problem” zniknął gdzieś na parę minut, po czym wróca z OTWARTYM piwem i mówi “ok my friend, let's forget about it, let's drink beer''. Był bardziej fałszywy niż cały polski sejm razem wzięty. Pomyślałem wtedy, że nie powinienem tykać tego piwa, bo mogę się obudzić bez nerki lub wcale.
    Podziękowałem i zacząłem wychodzić z baru. Jego wkurzenie sięgnęło zenitu, wyszedł na mną, zacząłem biec, on też. Dogonił mnie, złapał za koszulkę, uderzył, kopnął parę razy I sobie poszedł xD
    Już chciałem opuszczać tamto miejsce, ale przypomniałem sobie, że wszystkie rzeczy mam u tego Nigeryjczyka, który bankowo wystawił mnie alfonsowi i jego dziewczynie. Wcześniej ciągle pytał sie mnie, jakie dziewczyny lubię, ale myślałem, że to taka paplanina napitego Murzyna.

    Odzyskałem swoje rzeczy i z trochę obitą mordą ruszyłem dalej. KAŻDY na stopie pytał się mnie, co się stało przez kilka kolejnych dni ;d Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo kiedy dotarłem do Singapuru, możliwe, że dzięki wielkiemu limu pod okiem poznałem wspaniałych ludzi, z którymi zwiedziłem Singapur. Wystarczyło w zupełnosci 5 dni, aby zwiedzić każde możliwe miejsce (Singapur jest mniejszy od Warszawy), po tym już wiedziałem, że czas ruszać do Indonezji.

    Wyruszyłem na północ, do malezyjskich portów, gdzie próbowałem złapać jachtostop do Indonezji, ale o tym w kolejnym wpisie.

    ------------------------------------------------------------------------------------------------------------
    Podoba się – obserwuj #jrider. Przynudzam? - czarnolistuj. To tylko fragment historii mojej wyprawy przez Tajlandię, Malezję, Singapur, Indonezję, Australię i Japonię, jeśli ciekawią Cię anegdotki z mojej niskobudżetowej wyprawy na tamtym końcu świata, śledź kolejne wpisy.

    Na zdjęciu z synem Zairola, Amirem, przy Petronas Twin Towers w Kuala Lumpur
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: P1010480.JPG

  •  

    Witajcie, to drugi wpis, w którym opisuję swoją wyprawę po części Azji i Australii. Kolejne będą pojawiały się pod tagiem #jrider, tam też można znaleźć wprowadzenie.
    Serdecznie dziękuję za zainteresowanie, nie spodziewałem się tylu obserwujących i aż tylu pytań, wiele osób napisało też do mnie na PW. Ten wpis będzie dłuższy, ponieważ trochę miejsca poświęcę odpowiedziom na powtarzające się pytania i zarzuty.
    =========================================================
    OK, dalsza część historii!
    Wymęczony imprezowym maratonem, chciałem z powrotem wracać na spokojną, przyjazną, śródlądową Tajlandię. Jakimś cudem, właściwie jeszcze pijany, z wyładowaną komórką, dostopowałem skuterami do przystani promowej. Kiedy zauważyłem prom, który właśnie przybił i ludzie dopiero z niego wychodzili, stwierdziłem, że wmieszam się w tłum wychodzący na wyspę. Kiedy tak szedłem z nimi nagle zawróciłem i zacząłem biec w kierunku promu, udając, że czegoś zapomniałem z kabiny. Poszło gładko, bramkarze przepuścili mnie do środka, a tłum dalej wychodził.
    Teraz, jak sobie o tym przypomnę, to nie wydaje się to być zbyt ekscytujące, ale wtedy bardzo się stresowałem. Wszyscy już wyszli, nikt nowy nie wchodził, nie wiedziałem, jak długo będziemy czekać na odpłynięcie oraz byłem jedynym pasażerem na tym promie. Ponieważ nie miałem pojęcia, co robić, a żal mi było wychodzić, skoro już znalazłem się na statku, który, jak sądziłem, płynął do upragnionego stałego lądu, postanowiłem zamknąć się w toalecie i czekać na rozwój wypadków.
    Po paru minutach usłyszałem głosy pierwszych pasażerów, wtedy byłem już prawie pewny, że udało mi się przechytrzyć bramki i za najdalej pół godziny ruszę w kierunku lądu.
    Może to alkohol, może to słońce, może po prostu własna głupota, ale nie przewidziałem, że nie wszystkie promy z tej wyspy odchodzą do kontynentalnej Tajlandii, część płynie na sąsiednią wyspę, Ko Samui. Kiedy prom wreszcie wyruszył, odetchnąłem z ulgą, a po przybiciu do brzegu (byłem przekonany, że już jestem w niewyspiarskiej części Tajlandii i mogę wyruszać powoli w kierunku Malezji) postanowiłem wypić tryumfalne winko ryżowe, zjeść losową potrawę ze straganu za 3 zł i ruszać w dalszą drogę.
    Nie miałem mapy, ale było mi wszystko jedno. Po problemach z wytłumaczeniem tubylcom, że chciałbym udać się w kierunku Hat Yai, którzy mówili, że daleko, że trzeba promem, ja uparcie twierdziłem, że nie, że lądem, w końcu trafiłem na turystów, którzy wytłumaczyli mi, że nadal jestem na wyspie, ale już innej. Musiałem w ich oczach wyjść na głupka, bo w swoich na pewno. Ponieważ już oddaliłem się od przystani promowej, stwierdziłem, że poszukam jakiejś ładnej plaży i trochę odpocznę.
    Rozstawiłem namiot w pierwszym lepszym miejscu i w ten sposób spędziłem chyba kilka kolejnych dni. Jak zgłodniałem, to szedłem na targ, jak się zmęczyłem, to siedziałem przed namiotem w cieniu palmy, a jak było mi za gorąco, to wskakiwałem do oceanu, co zresztą niewiele pomagało.
    Poznawałem sporo ludzi, wymieniałem się poglądami, myślałem, że jestem filozofem, a były to zwykłe dyskusje przy piwku. :D Sporo rozmyślałem i pisałem w swoim notesie. Jedno opowiadanie, wyjątkowo krótkie, będące zlepkiem opowieści spotkanych osób i przeniesione na polskie realia, wkleiłem nawet na mikrobloga.
    Przepisałem je na komórkę ładując ją z powerbanka spotkanego Niemca, skróciłem więc i tak niedługą historię, a potem stwierdziłem, że digitalizowanie takich tworów nie ma sensu, skoro mam zeszyt (który zresztą później przemókł do cna w Japonii i wszystko straciłem).
    Po jakimś czasie stwierdziłem, że siedzenie na tamtej wyspie jest spoko, ale na pewno nie jest moim celem. A co nim było? Droga. Przez kraj, przez kontynent, przed siebie. Udałem się na przystań promową, tym razem bez problemu dostałem się już na dobry prom, w kierunku stałego lądu i postanowiłem dostopować na drugą stronę Tajlandii, na wyspę Krabi.
    Po drodze zamieszkałem w wiosce radykalnych (nie wiem, jak to inaczej nazwać) buddystów. Przestrzegali oni zasad buddyzmu tak bardzo, że nie zabijali nawet komara, który usiadł na ich ramieniu, jedli głównie to, co sami wyhodowali (OCZYWIŚCIE tylko wegańskie jedzenie). Nawet mrówki, które zalęgły się w ich domu delikatnie zamiatali i wynosili na zewnątrz, a nie zabijali.
    Byli to świeccy ludzie, nie mnisi, ale przepełnieni dobrem, spokojem, nie marnujący ani jednego z cudownych darów natury, spędzający wieczory na śpiewach i grach, chyba nawet nie było tam prądu, ale tego w ogóle nie odczułem. Nie podam lokalizacji tego miejsca, które jest całkiem dobrze ukryte, gdyż różne mogłyby być tego skutki. Spałem na zewnątrz takiego domku, na zewnątrz, bo tak się przyzwyczaiłem, lubiłem leciutki wietrzyk, a nie bycie zamkniętym w czterech ścianach, poza tym w środku były mrówki. :) A tutaj zdjęcie kuchni we wspólnej przestrzeni.
    Czytając to, co piszę, pomyślicie, że stopowanie po Tajlandii jest proste. Owszem, na samochód nie czeka się długo, ponieważ ludzie, widząc białego turystę z plecakiem zatrzymują się natychmiast, ale niestety kompletnie nie rozumieją idei autostopu. Ze smutkiem tłumaczą, że nie jadą tak daleko, nieustannie oferują podwiezienie na autobus, mówią, że w tym kraju takie łapanie okazji jest niemożliwe. Dla większości z kierowców jest się pierwszym autostopowiczem, jakiego zabrali w życiu. W języku tajskim nie ma nawet słowa odpowiadającemu polskiemu 'autostop'. Uczynni Tajowie zatrzymują się, ale nie wierzą, że można tak przemierzyć cały kraj, zachęcają do skorzystania z autobusu, ciągle słyszałem, że nikt mnie nie zabierze. Pomijając fakt, że każdemu po kolei musiałem tłumaczyć, że jakoś to idzie, że dam radę, że nie potrzebuję pieniędzy na bilet I jakieś mam, zaczynałem być zmęczony ciągłym podróżowaniem na pakach pick-upów po wyboistych drogach wijących się setkami kilometrów.
    Przez pierwszy tydzień byłem takim sposobem jazdy podekscytowany, potem znużyło mnie to na tyle, że postanowiłem zmienić kraj na Malezję, o której słyszałem, że jest dużo bardziej rozwinięta. Jak byłem już na południu Tajlandii, zatrzymała się po mnie grupka muzułmanów, oczywiście pickupem, powiedzieli, że jadą w pobliże granicy, co bardzo mnie ucieszyło, gdyż miałem tam jeszcze ze 100 km. Ledwie rozpakowałem się na pace i przygotowywałem do drzemki (by zaoszczędzić czas starałem się spać w trakcie jazdy), kierowca zatrzymał się kolejny raz, a po chwili ze zdziwieniem zauważyłem autostopowiczkę ładującą się do mnie na pakę.
    Alexandra, z Rosji, także jechała do Malezji, na wyspę Penang, więc postanowiliśmy połączyć siły. Ona co prawda korzystała z couchsurfingu i miała wszędzie po drodze hostów, a ja spałem po świątyniach i namiotach, a rozładowana komórka bez działającej karty SIM leżała gdzieś na dnie plecaka, ale miło upływała nam podróż na wymianie doświadczeń. Ledwie przekroczyliśmy granicę (pieszo, ostatnie 3 km zrobiliśmy pieszo) z Malezją, okazał się to być zupełnie inny świat.
    Prawdziwe autostrady, ludzie przestrzegający zasad ruchu, jeżdżący na skuterach w kasku, poczułem jak cywilizacja uderza mnie z całą siłą. Szybko złapaliśmy autobus rejsowy, który kończył swoją trasę 10 km od celu mojej towarzyski.
    W autobusie dalej rozmawialiśmy, zorientowałem się, że ta dziewczyna prezentuje bardzo roszczeniową postawę do świata, uważa, że kierowcy powinni podwozić ją pod dany adres, nabijała się z naiwności Tajów lub z tego jak próbują do niej zagadać, a ona przecież chce tylko podwózki. W jej mniemaniu wszystko jej się należało, bo była ładna. Usta się jej nie zamykały, początkowe wrażenie, że znalazłem fajne towarzystwo, szybko minęło. Jej pierdolenie tak mnie zmęczyło, że pożegnałem się z nią natychmiast po wyjściu z autobusu.
    Uff, cisza, spokój, wreszcie odpoczywam. W trakcie całej wyprawy nie byłem tak zmęczony, jak po tych 3h w autobusie.
    Ale nawet takie przelotne, jednodniowe znajomości sporo mnie nauczyły, a mianowicie tuż po rozstaniu z nią zrozumiałem, że lepiej jest być samemu niż z kimś, kto wysysa ze mnie skrupulatnie oszczędzaną energię życiową.
    Zwiedzałem wyspę Penang, podziwiałem słynny street art w Georgetown, smakowałem lokalne jedzenie (a malezyjska kuchnia jest jedyna w swoim rodzaju). Malezja była okupowana przez wiele krajów I ma bardzo burzliwą historię, a sama graniczy m.in. z Indonezją, Tajlandią. Malezyjczycy podebrali wszystko, co najlepsze z kuchni swoich sąsiadów oraz z potraw Chińczyków, których jest tam bardzo dużo i stworzyli niesamowity miszmasz smaków. W jednym daniu, które jest równocześnie słodkie i ostre można poczuć też delikatną, słoną nutkę, wszystko to jest podane w sposób, który sugerowałby patrzenie na to dzieło, a nie jedzenie. Taki posiłek można popić sokiem z trzciny cukrowej lub wodą z kokosa. Poezja! Cena? Z 6 zł.
    Po drodze do Kuala Lumpur, prosto z autostrady, zabrał mnie Dżul, który jak się okazało prowadził firmę budowlaną. Bardzo spodobał mu się sposób, w jaki podróżuję, po dłuższej rozmowie zaproponował przepracowanie paru dni u niego na budowie. Wydawało mi się to super pomysłem, ponieważ był on bardzo przyjemnym człowiekiem, ale kto nigdy nie pracował na malezyjskiej budowie, ten nie wie, jak to jest.
    To nie jest tak, że byłem studenciakiem nieprzywykłym do pracy, zbierałem brokuły w Norwegii I sprzątałem magazyny w Danii, ale wyobraźcie sobie pracę na dachu trzypiętrowego budynku w 40-stopniowym upale wśród samych nielegalnych robotników z Indonezji. Praca, w trakcie której około 5h dziennie chodziłem po dachu i pokazywałem indonezyjskim robotnikom, gdzie położyli krzywo dachówkę (po godzinie zacząłem do nich mówić po polsku, bo i tak rozumieli tyle samo, co po angielsku, a przynajmniej ja miałem łatwiej :D), a kolejne 2h pakowałem dachówki na palety. Za równowartość 50 zł dziennie. :D Co prawda za te 15 zł najadałem się jak król, ale po 3 dniach stwierdziłem, że mój czas jest cenniejszy niż ten jeden banknot na dzień i zrezygnowałem z dalszej współpracy, co nie było dla nikogo rozczarowaniem, ponieważ od początku umawialiśmy się na pracę tymczasową i cash in hand :) W Polsce też niektórzy pracują za niewiele ponad 50 zł na dzień, więc pomyślałem sobie, że to całkiem nieźle jak na osobę bez języka, umiejętności i kontaktów, na drugim końcu świata w trzecim dniu pobytu w Malezji, gdzie naprawdę można żyć za grosze :-D.
    Starałem się wyciągnąć naukę z każdej rzeczy, którą robiłem. Tamta praca nauczyła mnie, że ważniejszy jest czas dla siebie niż banknot w kieszeni.
    ================================================================================
    Mam nadzieję, że podobała Wam się ta historia, a teraz odpowiedzi:
    1. Piszecie z pytaniami w stylu „czy xxx złotych starczy na podróż przez Azję Południowo-Wschodnią?” Odpowiedź brzmi: TO ZALEŻY. W żadnym wypadku nie traktujcie tego co piszę jako jakiegoś poradnika, generalnie w życiu mam niesłychane szczęście i jestem BARDZO mało wymagający. Doświadczenie w podróżowaniu za grosze wyniosłem z podróży po Europie i od tego polecam zacząć. Przejechać się stopem do Amsterdamu, potem może na dwa tygodnie na Ukrainę, jak się spodoba to można stopniowo coraz dalej, coraz dłużej. Wybranie się samemu na pierwszy poważniejszy trip na drugi koniec świata mając tylko parę groszy w kieszeni i brak doświadczenia uważam za średnio udany pomysł. Ja sam nastawiałem się na około miesięczne wakacje, dlatego wziąłem 700 dolarów, stwierdziłem, że w zupełności mi to wystarczy, skoro w Europie wydawałem 10 euro dziennie wliczając w to winka, muzea i jedzenie, ale chciałem mieć pewną rezerwę, jakby np. nie szło mi stopem i musiałbym płacić za autobusy/pociągi lub kupić nocleg w hostelu od czasu do czasu. W miarę, jak upływały dni, docierało do mnie, że z tym budżetem mogę pojechać naprawdę daleko i naprawdę długo, ale na pewno nie wziąłbym tylko tyle, jakbym nastawiał się na siedem miesięcy.
    2. Powtarza się zarzut, że mam „dzianych rodziców”. Nie, nie mam. Nie ma sensu udowadnianie tutaj, czy jestem biedny i jak bardzo, ale pieniądze na wyprawę zarobiłem sam, pracując fizycznie w Danii na magazynie. Zarabiałem tam 55 zł/h (duńska minimalna), więc zaoszczędzić kilka tysięcy złotych nie stanowiło większego problemu. A to, że mogłem na nich liczyć, w przypadku jeśli powinęłaby mi się noga, to rodzice zrobiliby wszystko, żeby opłacić mój bilet powrotny, to inna sprawa. Chyba każdy kochający rodzic jest w stanie wyłożyć na bilet powrotny dla syna, nie trzeba do tego być super bogatym.
    3. Pytacie się jak z praniem. Prałem w rękach, używając mydła. Z powodu ciągłego przemieszczania się na brudnych pakach ciężarówek lub pickapów czasem wyrzucałem już mocno brudne rzeczy i kupowałem nowe na straganie lub w lumpeksie (kosztowało to grosze). Ubrania w tamtej części świata są śmiesznie tanie. Jak byłem na Bali to @feuer pozbywał się części swojej garderoby, tak dobrych rzeczy to ja w soim plecaku nie miałem, to wziąłem i przynajmniej w Australii wyglądałem jak człowiek :D
    4. Co do wyliczeń ile zarobiłem i ile musiałbym na to pracować, że w ogóle nie miałbym czasu na zwiedzanie, odpowiem, że nie zarabiałem australijskiej minimalnej, tylko całkiem porządnie. Pracowałem nie tylko w Australii, ale także w Japonii, która to wyszła dużo bardziej opłacalnie pod względem finansowym. Ale to naprawdę nie pieniądze są ważne, ale do tego dojdę w kolejnych wpisach.
    5. Co do pryszniców, to stanowiły NAJMNIEJSZY problem, w ogóle nie czułem się brudny. W Tajlandii przy większości buddyjkich świątyn są prysznice, na południu, gdzie dominuje islam, przy prawie każdym meczecie. Nie wspomnę już o prysznicach na plażach i przy hotelowych basenach oraz szkołach. W Malezji i Indonezji oczywiście prysznice przy meczecie, a także na prawie każdej stacji benzynowej. Muzułmanin nie wejdzie brudny do meczetu, co prawda bardzo często są to tzw. bucket shower(jak to wygląda widać TUTAJ.)
    Jest to basenik z wodą i pojemnik do jej nabierania, z niego wylewa się na siebie nabraną wodę, można w ten sposób zupełnie normalnie się umyć. Na zdjęciu widać jeszcze toaletę typu wschodniego, kucaną, taką spotykałem najczęściej. Prysznic brałem najmniej raz dziennie, bez mydła, w celu ochłody i spłukania z siebie kurzu.
    6. Co z powrotem do codzienności? Co prawda powrót do rzeczywistości był nieco brutalny; pamiętam, jak łapałem stopa z Berlina, do którego przyleciałem z Tokio, w kierunku domu. Już na terenie Polski, przy kontroli policyjnej, 50 km od domu policjantka zapytała się uszczypliwie z czego jestem taki zadowolony (uśmiechałem się szeroko cały czas). Odpowiedziałem, że wracam zza granicy, że wreszcie zobaczę swoją rodzinę, że na pewno wszyscy będą się bardzo cieszyli. Skwitowała to krótkim „Tego jeszcze nie wiadomo”. No cóż, takie było moje pierwsze zderzenie z polską rzeczywistością. :D Co robię teraz? Porobiłem parę kursów i aktualnie pracuje jako monter turbin wiatrowych, na wysokości, w różnych krajach, aktualnie w Niemczech :) Fajna praca i przepiękne widoki.
    7. Jak wyruszyłem na wyprawę, to byłem tydzień po 23 urodzinach, wcześniej podróżowałem podobnie po Europie.

    W kolejnym wpisie opiszę drogę do Singapuru i swoją kolejną pracę (w marinie). Będzie też o tym, jak alfons spuścił mi wpierdziel i jak dotarłem do Indonezji. Podoba się – obserwuj #jrider. Przynudzam? - czarnolistuj. To tylko fragment historii mojej wyprawy przez Tajlandię, Malezję, Singapur, Indonezję, Australię i Japonię, jeśli ciekawią Cię anegdotki z mojej niskobudżetowej wyprawy na tamtym końcu świata, śledź kolejne wpisy.
    Na zdjęciu widok z namiotu na tej plaży, na której spędziłem kilka dni.
    pokaż całość

    źródło: SAM_5137.JPG

  •  

    Hej Mirki, opiszę Wam historię, jak to wyszedłem z najgorszego okresu w moim życiu, #tfwnogf oraz roczna #depresja. W przypływie ambicji, by coś zrobić ze swoim życiem, kupiłem bilet w jedna stronę do Tajlandii za 400 zł. Przerodziło się to w 7-miesięczną wyprawę stopem po Azji i Australii, przywiozłem do domu plecak wspomnień, siatkę dolarów i piękną dziewczynę. :) To pierwszy post, opisujący początek mojej podróży. Kolejne będą pojawiały się pod tagiem #jrider

    -----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
    Mnóstwo osób we wpisach czy komentarzach prosiło mnie o napisanie takiej relacji. Nie wiem, czy lubicie takie historie, ale mam naturę gawędziarza, więc chętnie Wam opiszę to i owo z mojej wyprawy. Wszystkich pozostałych uprzedzam, że tekst jest długi i mało się dzieje, więc bez pretensji za zmarnowane 20 minut życia :)

    W lutym zeszłego roku obroniłem inżynierkę. W wielkich bólach, po terminie, głównie dzięki olbrzymiej pomocy przyjaciół. Po roku wegatacji przeplatanej pojawianiem się na uczelni, gdy miałem do wyboru podjęcie pracy lub kontynuację studiów, perspektywa lotu znalezionego na fly4free.pl, krzyczącego wielkimi literami TAJLANDIA W JEDNĄ STRONĘ ZA 399 ZŁ! wydawała się być przyjemną odskocznią.

    RZECZY, KTÓRYCH POTRZEBUJESZ, PRZYCHODZĄ SAME
    To niewiarygodne, ale miałem tak nie tylko podczas tej podróży. Gdybym miał opisać wszystkie niezwykłe zbiegi okoliczności, które mnie ukształtowały, sprawiły, że jest tam, gdzie jestem, musiałbym napisać książkę, a miał być tylko wpis.
    Dobra, kupiłem bilet, początkowa faza ekscytacji opadła, pomyślałem, że może zacznę szukać jakiegoś noclegu w Bangkoku. Od początku nastawiałem się na niskobudżetowy wyjazd, wziąłem ze sobą 700$, Tata jeszcze prawie siłą wcisnął mi swoją kartę kredytową, mówiąc, że będę miał na wszelki wypadek, a oddać mogę zawsze potem. Nie użyłem jej ani razu, ale o tym później. Myślę, że dzięki tej karcie zarówno On jak i ja czuliśmy się bezpieczniej.
    Przypadkiem, na jednej z facebookowych grup znalazłem dziewczynę, która przebywała na wymianie studenckiej w Bangkoku. Na zapytanie od kompletnie obcej osoby, miała tylko mój profil na facebooku, gdzie na większości zdjęć piję piwo lub śpię na trawie, czy znajdzie kawałek podłogi, bym mógł się przespać na karimacie parę dni, odpowiedziała: „Pewnie! Nawet jakieś łożko się znajdzie.”
    Nie jechałem więc zupełnie w ciemno, jechałem do Karoliny, z Polski, która już jakiś czas tam jest i trochę mi opowie o Tajlandii. Był to strzał w dziesiątkę, apartament Karoliny przypominał artystyczną bohemę, co chwilę ktoś znajomy lub z internetu tam przyjeżdzał, zostawiał rzeczy, nocował. Noce spędzaliśmy na piciu wina ryżowego i niekończących się rozmowach. Poznałem tam paru podróżników, także stopowiczów, co niesłychanie podniosło moje morale i dało nadzieję, że ta wyprawa ma szansę się powieść.
    Po paru dniach imprez w Bangkoku stwierdziłem, że czas rzucić się w wir przygody i wyszedłem na wylotówkę łapać stopa.
    Pominę co nudniejsze fragmenty, nie będę też wstawiał zdjęć świątyń, buddy, bo to jest bez problemu do znalezienia w internecie. Postaram się skupić na co zabawniejszych lub ważniejszych dla mnie historiach. Oczywiścię nie opiszę wszystkich, bo części się wstydzę, a część jest zbyt intymna, ale mam skromną nadzieję, że może kogoś to zaciekawi lub zainspiruje się tanim podróżowaniem.

    Wyruszyłem na południe, w kierunku Malezji. Czemu? Chyba dlatego, że apartament Karoliny położony był bliżej wylotówki na południe. Słyszałem o słynnym Full Moon Party na wyspie Ko Pha-Ngan, ale generalnie to nie miałem żadnych planów. Wspomnę tutaj, że biały kolor skóry jest w Tajlandii kanonem piękna. Widać to po bilboardach, gdzie modele są sztucznie wybieleni, jak i w sklepach, gdzie każdy krem ma działanie wybielające. Podróżowanie po takim kraju, będąc niebieskookim blondynem to przysłowiowa bułka z masłem. Tak samo, jeśli chodzi o poznawanie ludzi, obu płci, tej trzeciej też (tak, Tajlandia :D).
    Chyba nigdy wcześniej ani później tyle osób nie mówiło mi, że jestem przystojny lub piękny. Zarówno mężczyzn jak i naprawdę ładnych dziewczyn. Jak mi brakowało towarzystwa, to kupowałem sobie piwko, siadałem przed sklepem, po chwili ktoś się dosiadał I było wesoło.
    Ponieważ byłem biały, bez problemu wszedłem do Hiiltona w Hua Hin (taki tajlandzki sopot), pojadłem sobie owoców, popływałem w basenie i poszedłem dalej plażą. Czułem się, jakbym wygrywał życie. Jeździłem bez planu, kupowałem lokalne jedzenie na ulicy, tzw. street food. Spałem w namiocie i po buddyjskich światyniach, co jest o tyle fajne, że bardzo często zapraszają na medytację lub kolację. Buddyjscy mnisi to cudowni ludzi ogólnie rzecz biorąc.
    W Polsce pokutuje mnóstwo mitów o Tajlandii, np. że ciężko jest znaleźć prawdziwą dziewczynę, że wszystkie to ladyboye, co oczywiście jest nieprawdą. Ponieważ miałem ze sobą tylko 700$, to starałem się wydawać dziennie jak najmniej, by móc podróżować jak najdłużej. Było to całkiem proste, ponieważ dobry posiłek można było zjeść za dolara oraz znajdowałem sporo owoców, a jeździłem za darmo, stopem.
    Ponieważ chciałem uczestniczyć w największej imprezie w Tajlandii, Full Moon Party, złapałem stopa na wyspę, tak, jak to robiłem na każdą inną. Tuż przed wjazdem na prom podchodziłem do jakiegoś kierowcy ciężarówki i pytałem się, czy nie mogę się z nim zabrać na prom. Oczywiście bardzo łamanym tajskim, ale uśmiech i duży plecak z przypiętą karimatą jest przekazem rozumianym na całym świecie.
    Jak już dotarłem na ten festiwal i okazało się, że wejście jest płatne, nie namyślałem się długo, tylko ukryłem plecak w pobliskich krzakach, przeskoczyłem płot szkoły, płot policji i już byłem za bramkami na terenie festiwalu.
    Byłem głęboko rozczarowany, ponieważ impreza promowana jako wielka tajska dyskoteka składała się w 70 procentach z białych mężczyzn, w 20% z białych kobiet. Lokalnych prawie nie było. Po godzinie chodzenia po różnych scenach muzycznych zauważyłem ładną Tajkę przyglądającą się pokazowi tańca z ogniem. Nie wiedziałem, jak zagaić, ale stwierdziłem, że nie mam nic do stracenia, podszedłem więc i powiedziałem „Fajnie tańczy tamten facet z ogniem”. Tak, nie jestem mistrzem podrywu, ale ona uśmiechnęła się i odpowiedziała, że rzeczywiście, jest niesamowity. Po minucie takiego small talku wspomniała, że chce się jej pić.
    Nie była to moja błyskotliwość lub przebiegłość, nie zrozumiałem, że liczy na darmowego drinka, byłem tak ogłupiony ciągłym przebywaniem na słońcu, że tylko odwróciłem się w kierunku sklepu I powiedziałem „Tam jest 7-eleven”. Dziewczyna była chyba tak zaskoczona, że nie poszedłem jej kupić czegoś w barze, że zaniemówiła, poszła do sklepu I wróciła z piwem dla mnie i dla siebie. :D Kolejne dwa kupiłem już ja, rozmawiało nam się coraz lepiej, stwierdziła, że chce kupić jakąś wodę, ale jak chodziliśmy po uliczkach przy plaży zauważyliśmy bramki, i mimo iż sklep był tuż za nimi, zatrzymała się, tak samo zresztą ja. Spojrzałem na jej nadgarstki, nie miała opaski, ona widziała mój wzrok, spojrzała na moje, też były puste. Zaczęliśmy się śmiać, mówić o swoich sposobach wejścia, ja powiedziałem o przeskakiwaniu płotów, ona o płynięciu wpław z sąsiedniej plaży. Poczuliśmy niesamowitą więź, braterstwo dusz, gorąc serc i pustkę portfeli.
    Powiedziała, że skoro jesteśmy tak podobni, to zaraz coś mi pokaże. Poprosiła, bym usiadł na krawężniku i do niej nie podchodził. Zaintrygowany usiadłem we wskazanym miejscu, nie minęły 3 minuty, jak jakiś biały facet był przy niej, pogadali 30 sekund, pobiegł do sklepu i kupił jakiegoś breezera. Ona ledwie go wzięła, rozejrzała się, znalazła mnie wzrokiem i powiedziała „ooo, here he is, my friend”. Pożegnała się z tamtym, a my mieliśmy Breezera na spółkę. Zrobiła taki numer (na który początkowo próbowała nabrać mnie) jeszcze z 3 razy, przy czym przy ostatnim dostaliśmy tzw. bucket, czyli wiaderko pełne alkoholowego płynu. Facet był już trochę napity i najwyraźniej chciał też upić moją koleżankę. Już mocno rozweseleni poszliśmy tańczyć, potem spać poza teren festiwalu, rozstaliśmy się nad ranem w przyjacielskiej atmosferze. Tego samego dnia dostopowałem skuterami i promami do Koh Samui, na której panuje zupełnie inna atmosfera, nie tak imprezowa, ale o tym w kolejnym wpisie.
    -----------------------------------------------------------------------------------------------------------
    To tylko fragment historii mojej wyprawy przez Tajlandię, Malezję, Singapur, Indonezję, Australię i Japonię, jeśli ciekawią Cię anegdotki z mojej niskobudżetowej wyprawy na tamtym końcu świata, obserwuj #jrider. Jeśli nie, czarnolistuj.
    Zdjęcie jest z drogi, całkiem niedaleko hotelu Hilton w Hua Hin. Takie trochę #pokazmorde też.
    #podroze #autostop #tajlandia
    pokaż całość

    źródło: zdjecie_poszkodowanego_trzymajacego_przedmiot.JPG

  •  

    Witamy w Polsce, w kraju, w którym prezydenckie limuzyny mają niższe normy od przyczepek w Niemczech.

    Wiecie, czemu tak popularne, także na wykopie, jest powiedzenie "Rosja to nie kraj, Rosja to stan umysłu"?
    Prawda jest taka, że to o nas, o Polsce. O narodzie, który stosuje psychologię brzydkiej gimnazjalistki, która wyśmiewa strój na WF ładniejszych koleżanek. Oczywiście za plecami, bo w twarz nie miałaby szans. Chyba w żadnym innym kraju cudze niepowodzenie nie cieszy tak jak u nas. Próbujemy udawać, że jest normalnie. Pomijając fakt, że nowy smartfon kosztuje jedną ŚREDNIĄ pensję xD, ludzie, by zachować minimum godności muszą kombinować jak konie pod górkę. Kraj, w którym ludzie na trzyletnie auto z zachodu mówią "nówka" xD
    Już pominę wszechobecną biedę, która jest tak powszechna, że nie kole już w oczy. Ludzie się do niej przyzwyczaili, traktują jako stały element otoczenia, nie zwracają uwagi. To nie przypadek, że połowa Polaków przebywająca krótko na emigracji musi umieścić informację na fb o tym, że urzędnik był miły, a policjant nie wypisał mandatu za wypicie piwka w parku. Zderzenie z normalnością to dla większości szok.
    Ale jak patrzy się na obraz z TV, na elity kraju, można czasem się nabrać, że jest inaczej. Że wszystko idzie ku lepszemu. Umyci, uczesani, jeżdżą ładnymi samochodami, czasem nawet po angielsku mówią.
    WTEM
    Zdarza się incydent na autostradzie, wybucha opona. W prezydenckiej limuzynie, wiozącej głowę państwa. Oficerowie BOR zarzekają się, że auto było sprawdzane kilka dni wcześniej. Dzisiaj mogę przeczytać, że opona w prezydenckim BMW miała 6 lat. W opancerzonym, trzytonowym aucie użytkowanym z autostradowymi prędkościami. xd W Niemczech nielegalne jest ciągnięcie przyczepy na oponach starszych niż 6 lat, za co swoją drogą Polacy notorycznie dostają  mandaty.
    Ale tutaj mamy do czynienia z autem prezydenta! Luksusową limuzyną BMW, która nadal, po 6 latach porusza się na fabrycznych oponach, NIKT nie zatroszczył się o to, by zmienić ogumienie na bardziej wiarygodne. Ciekawy jestem, czy przegląd przechodzi normalnie, czy za 50 zł wsunięte w dowód rejestracyjny. :D
    Witamy w Polsce, w kraju, w którym prezydenckie limuzyny mają niższe normy bezpieczeństwa od przyczepek w Niemczech. Aż dziw bierze, że samochód został kupiony jako nowy, może Turcy w komisach nie wystawiali faktury VAT. Logika rolnika, który sprzedał pole pod budowę autostrady, kupił najnowszą Beemkę i leje do niej olej kujawski, a opony kupuje tylko używane, bieżnikowane (Paniee, 19 cali, pan wiesz ile kosztują nowe opony do tego?), to nie jest logika rolnika, to sposób myślenia Polaka. Przykład idzie z góry.
    Oto Polska - nie kraj, a stan umysłu. Patologicznego umysłu.
    źródło: http://www.fronda.pl/a/oto-dlaczego-rozpadla-sie-opona-w-samochodzie-prezydenckim,67370.html (jest, jakie jest)

    pokaż spoiler #wypociny #pierwszymiesiaczagranica #oswiadczenie #polityka #gownoburza #polska #wypadek #gorzkiezale
    pokaż całość

    +: M..............o, RobotKuchenny9000 +16 innych
  •  

    Hej, polecicie jakąś aplikację podobną do Yanosika na Niemcy?

    #transport #niemcy #yanosik

  •  

    Hej, Mirki spod tagu #rower #rowery #kolarstwo #mtb #29er. Bliska mi osoba zapaliła się do pomysłu kupna 29era, wcześniej jeździła na uniwersalnym 26 calowym. Zależy jej na możliwości zamontowania normalnego bagażnika, na który mogłaby założyć sakwy, a także na regulacji mostka kierownicy.
    Cena? Poniżej 3k, warunek konieczny. Istnieją w ogóle modele spełniające powyższe założenia?
    Nie chce 28 cali, bo sporo jeździ po lesie, więc zależy jej na grubych oponach. Dziękuję za pomoc!
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    Hej Mirki i Mirabelki, na emigracji lub wyjeżdżający czasem na zachód: jaki internet na kartę możecie polecić mi w Niemczech? Z założenia na miesiąc, półtora, jaka oferta wyjdzie mi najtaniej? #niemcy #berlin #transport (bo może jakiś kierowca się wypowie) #hamburg #frankfurt

  •  

    Haha xD Piszę w nowym wpisie, ponieważ wpis @alternatywna został usunięty z gorących przez moderację (#afera), by nie pokazywać jak okropne było #wykopparty10, poza tym chcę, żeby ktoś to przeczytał, a nie zniknęło w komentarzu do jej wpisu.

    Jakaś dziewczyna (@alternatywna), której totalnie nie kojarzę, była na wczorajszym wykopparty pół godziny i walnęłą posta o tym, jakimi to przegrywami nie są uczestnicy. W trakcie wspomniała o mnie, co niesłychanie mi pochlebia, jednak oczywiste kłamstwa na mój i nie tylko temat wymagają z mojej strony sprostowania, nie lubię obrażania osoby mojej i partnerki, zwłaszcza, że post wszedł do gorących.

    Gwoli wyjaśnienia: ubrałem się na tę imprezę w sposób zabawny, założyłem biały bezrękawnik "żonobijkę", słomiany kapelusz, za duże jeansy, które by mi spadały, gdyby nie szpetna podróbka paska Diesel. No więc serio, jak można nie wyczuć, że to jest ubiór ŻARTOBLIWY? Trzeba być pozbawionym zarówno poczucia humoru jak i wyczucia smaku :D Nie wspomnę już o akcesoriach w postaci linijki 50 cm. (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■) Autorka posta pisze

    Kowboj w obleśnej białej typowo internetowo-pedofilskiej podkuszlce i dżinsach penetrujący językiem usta niewiasty na środku parkietu
    W komentarzach autorka pisze

    ale ta penetracja gardła sorry, ale na parkiecie najlepiej nie wygląda
    Tak, pocałowałem się ze swoją dziewczyną, o żadnej penetracji gardła językiem nie ma mowy, w ogóle jest to możliwe? Pytałem się jeszcze dzisiaj o to partnerki, zgodnie twierdzimy, że nie można tego nazwać nawet pocałunkiem z języczkiem. @alternatywna ma ból dupy o to, że ktoś nie ubrał się jak wszyscy i do tego tańczył, przy czym ośmielił się pocałować dziewczynę. Ten post zaplusowało 480 osób. xD Brawo WYKOP PEEL.

    Jak tańczyłem, to widziałem grupkę trzech dziewczyn siedzących przy kanapie, nabijających się ze wszystkiego. Czaicie, taki typ damskiej stulei, wkurzone, że nie dostały atencji, darmowych drinków; obgadujące osoby, które się dobrze bawią, głeboko zdegustowane pocałunkiem. Mini loża szyderców, chichotki we własnym gronie. Zbyt fajne, by się integrować, Super, że wyszłyście i mam nadzieję, że znalazłyście imprezę bardziej godną Waszych osób.

    PS: Co to w ogóle za poroniony pomysł zabierać koleżanki nie mające pojęcia, co to wykop, wmawiać im że będzie "fajnie" xD i być wkurzonym, że wygląda to jak mirko na żywo. Hahaha
    PS2: Wołam @worldmaster i dziękuję za zdrowe podejście do sprawy i napisanie paru rzeczowych komentarzy w trakcie jak spałem. Link do wpisu: http://www.wykop.pl/wpis/16260011/bylam-jakies-pol-godziny-na-wykopparty10-z-kolezan/
    PS3: Dzięki wszystkim za fajną zabawę - Linijkarz, koleś w "żonobijce"

    pokaż spoiler #wykopparty #logikarozowychpaskow #stulejacontent

    Screen posta, #rakcontent :
    pokaż całość

    źródło: aasd.png

    +: D..............a, ThatFeel +943 innych
  •  

    Hej, poszukuję tytułu filmu, który kończy się tak (lub jest to jedna z końcowych, znaczących scen) w taki sposób, że jacyś ludzie, CHYBA uciekinierzy z więzienia odnajdują w końcu skarb (jakiś łup z banku czy coś) w jaskni, a tam leży kościotrup, do którego za życia należała połowa skarbu i on spalił swoją połowę, drugą pozostawiając współwłaścicielowi. Wydaje mi się, że on palił te pieniądze, by się ogrzać. Nie wiem, czy złamał nogę i nie mógł wyjść z jaskini czy jak. Jak ktoś oglądał ten film to pewnie skojarzy, dziękuję z góry!
    #filmnawieczor #film #filmy
    PS: Tak z lat '90. ten film.
    pokaż całość

  •  

    Ile plusów, tyle rzeczy z niego ściągniemy.

    #heheszki #wykopiwowarszawa #wykopiwo #pokazmorde #padbar #glupiewykopowezabawy #niebylo #zielonka ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    źródło: IMG_20160103_013455.jpg

  •  

    ej gdzie są jakieś duże dziury na jezdni w #poznan . szybko

  •  

    Wie ktoś, gdzie mogę kupić etui do iphone 6 takie, żeby zamiast nagryzionego jabłka lub otworu na logo była tam CEBULA? Ewentualnie może ktoś poleci firmę, gdzie mogę sam zaprojektować etui. Z góry dziękuję.
    #iphone #apple #cebula #kiciochpyta #pokrowce #pytanie #gsm

  •  

    Kto obecnie przebywa w Australii lub leci wkrótce ? Mam do rozdania kupony online na miliard darmowego żarcia, lodów oraz picia za friko do Hungry Jack's. #australia #sydney #melbourne #perth #darwin #cairns #brisbane

    Celowo nie umieszczam %rozdajo i %cebuladeals, bo ludzie z tych tagow nie siedzą w Australii. pokaż całość

  •  

    Z grupy "Szukam chlopaka/dziewczyny na rapie"
    #milosc #zwiazki #heheszki #patologiazewsi #patologiazmiasta #seba

    źródło: 8145006546_a5f8654246_o.jpg

  •  

    Kto kojarzy jakas normalna strone z filmami po angielsku online? Konkretnie szukam filmu "Amelie", jest to film francuski, wiec jesli bylyby ANGIELSKIE napisy to super. Niech jakis hacker pomoze, dzieki z gory. Szukam dlugi czas juz.
    #film #kiciochpyta #filmy #kino #filmyonline

  •  

    Czołem, Mirki!

    TL;DR: Mieszkam u @feuerfest i @friq @thefriq na Bali i jest zajebiście.

    Imprezujemy, czilujemy, jeździmy na motocyklach, zwiedzamy, spotykamy lokalne piękności, gramy w gry karciane. Jestem u nich już tydzień i nie zamieniłbym tego czasu na żaden inny. Przyjechałem tu jako randomowy mirek, a obdarzyli mnie zaufaniem i ugościli po królewsku, w ich towarzystwie nie można się nudzić. Totalnie bezproblemowi ludzie wiodący życie pełne problemów w stylu zacinające się Apple TV i dzielnie stawiający czoło trudnościom dnia codziennego jak papaja zbyt dojrzała, by zrobić trzywarstwowe smoothie (tak, żeby warstwa papaji odcinała się wyraźnie od warstwy kiwi).
    Przez ostatnie 5 dni gościli też moje znajome, dwie urocze autostopowiczki z Hiszpanii, poznane w trakcie podróży przez Indonezję; dziś musiały wyruszyć w kierunku Jakarty. Świetnie się razem bawiliśmy.

    Jak znalazłem się w tak pięknym miejscu z tak cudownymi ludźmi? Kupiłem bilet w jedną stronę za 400 zł do Bangkoku, stamtąd 3 miesiące stopowałem zwiedzając po drodze Tajlandię, Malezję, Singapur i Indonezję, aż nie dotarłem tutaj. Po drodze doświadczyłem wielu wspaniałych przygód. Zrozumiałem wiele rzeczy, poznałem lepiej świat i siebie. Za tydzień wylatuję na 3 miesiące do Australii do Perth i zwiedzę stopem północne wybrzeże udając się w kierunku Sydney. Jeśli ktoś chciałby się zobaczyć po drodze, jestem otwarty na kontakt.

    Piszę ten wpis nie tylko po to, by się pochwalić, choć muszę przyznać, że to najważniejszy z powodów. Może ktoś podobnie jak ja rzuci gównostudia i rozpocznie podróż w nieznane, szczerze poletzam. Po dwóch tygodniach samotnego wygnania (każdy z przyjaciół miał po 5 powodów, by nie jechać) byłem zły na siebie, że nie zdecydowałem się na taki krok wcześniej. Wyleczyło mnie to z depresji i niskiego poczucia własnej wartości, może nawet za bardzo. Jakieś pytania? Z przyjemnością odpowiem.

    Hmm, przeczytałem to, co napisałem i doszedłem do wniosku, że jest za miło, więc:
    A WY CO, DALEJ W 40-LETNIM BLOKU Z WIELKIEJ PŁYTY ZDYCHACIE Z GORĄCA I BYLE DO PIĄTKU NAPIĆ SIĘ TANIEGO PIWA? SEKS NIE JAKO PRZYJEMNOŚĆ, A W NAGRODĘ? A PALMA TO TYLKO NA TAPECIE STAREGO LENOVO? WANNA ZA MAŁA, BY NOGI WYPROSTOWAĆ?

    Tak, teraz lepiej. 
    Liczę na żywiołową, wielowątkową  dyskusję pod tym postem i dajcie plusy, tak z 5, bo mi bardzo zależy, bez tych plusów to ja smutny będę.

    #feuernabali #friqnabali 
    #jridernabali :D
    #wygryw #podroze #autostop #przegryw #chwalesie #buldupy #nohomo #trojkutasiangejozy
    pokaż całość

    źródło: G0060217.JPG

  •  

    Wodę o jakiej temperaturze jest najlepiej pić? Gorącą, o temp. pokojowej czy zimną? Wydaje mi się, że najzdrowiej lekko ciepłą. #zdrowie #pytanie #woda #jedzenie #dieta

    +: Marpop, p.....n +2 innych
  •  

    Pamiętam to jakby miało miejsce wczoraj. Jest marzec 2008. roku, kończę właśnie dwumiesięczną wyprawę po Azji Południowo-Wschodniej.

    To ostatnie dni, by skorzystać z uroków Kambodży, po intensywnym zwiedzaniu zatrzymuję się w Krong Preah. Miejsce popularne wśród poszukujących płatnych, miłosnych uniesień, niestety nie tylko z zepsutymi, dorosłymi prostytutkami, ale także z osobami na tyle młodymi, że w Europie troskliwe mamy zakrywałyby im oczy przy scenach zbliżeń w trakcie rodzinnego oglądania filmów akcji.

    Godzina szesnasta, jest przyjemnie ciepło, nie gorąco, z powodu morskiej bryzy. Spaceruję 20m od morza po drewnianych deskach, żeby rozgrzany piasek nie parzył stóp, mijam długi na dwieście metrów rząd barów. Wszystko to w okolicy kompleksu willi i luksusowych (jak na azjatyckie warunki) hoteli.

    W jednym z barów, niczym nie wyróżniającym się od pozostałych, nie gra muzyka, światła są wygaszone, a na środku lady, oparta o puste butelki po Blue Caracao, stoi kartka. Jej treść po angielsku, ale bardzo bezpośrednia i prosta w odbiorze: "Sprzedam bar z powodu powrotu na stałe do Australii, $25 000". Pod spodem małym druczkiem dopisane "W cenę wliczony roczny zapas alkoholu i licencja na 10 lat".

    Stoję jak oniemiały i kalkuluję; dolar jest po 2,40 zł, w spadku po babci otrzymałem mieszkanie warte minimum 140 000 zł, poza tym mam pewne oszczędności. Wystarczyłby jeden telefon do banku i fajnie wyglądający bar z własnymi stolikami, leżący 5 metrów od deptaku i 25 metrów od morza, byłby moją własnością.

    Czemu wtedy zrezygnowałem? Może to była kwestia dziewczyny, którą naprawdę kochałem i z którą snułem  plany na resztę życia, a była w trakcie aplikacji prawniczej?

    Może pewien wpływ miał poprzedni dzień, kiedy w mieście widziałem obrzydliwego, grubego Rosjanina obejmującego 11-letnią dziewczynkę i nie chciałem mieć podobnej klienteli?

    Dzisiaj już sam nie wiem, jednak na pewno nie była to kwestia pieniędzy, gdyż niedługo po powrocie za większą kwotę kupiłem Golfa VI.

    Aktualnie moja dziewczyna jest już cztery lata po ślubie z szefem kancelarii (zostawiła mnie pół roku po powrocie), a mój Golf jest warty 20 000 zł. Piszę te słowa z mieszkania po mojej babci, w mieście, którego nazwy nie podam, ale na pewno znasz to uczucie, kiedy wchodzisz do windy, a ludzie spoglądają na Ciebie jakbyś otruł im kota.

    Mirku, Mirabelko, nie rezygnuj ze swych marzeń kierując się rozsądkiem lub presją wywieraną przez społeczeństwo. Jeśli chcesz zostać kurierem rowerowym w Amsterdamie, jedź tam i zacznij szukać pracy choćby jutro. Jeśli chcesz zostać aktorką teatralną, już dziś zacznij ćwiczyć, zapisz się do grupy.

    Niczego w życiu nie żałuje tak mocno, jak tego, że w marcu 2008. roku nie wykonałem przelewu na swoje konto walutowe i nie kupiłem tego przeklętego baru.

    Tyle, takie tam #gorzkiezale #oswiadczenie #podroze
    pokaż całość

  •  

    Podrzuci ktoś linka do profili na fejsie czy Instagramie @FriQ i @feuerfest? Albo email lub jakiś blog. Co się z nimi dzieje, wie ktoś? #kiciochpyta #pytanie #bali #harderozkminy #podroze

    +: Cronox
  •  

    Ale sie spizgalem xD
    #wykopjointclub
    Sluchalem Zany zanim byla popularna.

    źródło: youtube.com

  •  

    O kurde, po przeczytaniu tytułu byłem pewien, że chodzi o inny kartonik. Dopiero opis trochę rozjaśnił mi w głowie, bo przecież nie włożę smartfona do blottera. A obrazek pasuje jak najbardziej :D
    #narkotykizawszespoko #coonireklamujo

    źródło: kart2.jpg

  •  

    Z grupy ludzi, którzy boją się smug po samolotach.
    #chemtrails #heheszki #patologiazewsi

    źródło: matrix.png

    •  

      @jrider: Publiczny atak przez agentki matrixa? Że co? Tak na serio, to wygląda, jakby laska cierpiała na jakieś zaburzenia psychiczne. I pewnie nie ona jedyna na tej grupie ;)

      +: jrider
    •  

      @Uyak: Ta grupa to ogólnie rzecz biorąc kopalnia beki. Ludzie wklejają zdjęcia swoich chembusterów, mega marne fotoszopki z dygnitarzami z różnych krajów oglądających przygotowania do rozpylania trucizn itp. :D Problemy mniejsze lub większe ma tam każdy, ludzi zadających rzeczowe pytania i podważających ideę chemtrails nazywa się trollami xD

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Mirki, jaki mam genialny pomysł na biznes. Stałem sobie pod prysznicem, woda leciała, myślałem o Skandynawii i nagle jebs! jak piorun z jasnego nieba. A mianowicie: wziąć kredyt, kupić Tesle S, ładować superchargerami w godzinę do 80% za darmo i zarabiać na #blablacar. Jeździsz super autem, które ma 5,6 s do setki, wozisz bogatych biznesmanów i ładne laski, po autostradach, nie męczysz się. Często prowadzę gorsze auta za własne pieniądze, a sprawia mi to przyjemność. Tesla daje 8 lat gwarancji bez limitu na liczbę kilometrów. Superchargery są wszędzie w zachodniej Europie i Skandynawii. Przychód z blabla nieopodatkowany, ale można by mieć firmę i czasem wykonywać jakieś zlecenia w stylu przewóz prezesa na konferencję w Kopenhadze xD Liczyłem to w excelu i ostrożnie kalkulując auto po 4 latach się zwraca. Niby spoko, ale nie liczy to mojej pracy, opon, płynu do spryskiwaczy i jedzenia. Tutaj dochodzimy do powodu, dla którego zamieszczam ten wpis: może ktoś po jakiejś europeistyce albo innym kierunku, na którym uczą jak wyłudzać dofinansowania podpowie, pod który z europejskich programów bym się łapał? Bo niby ekologia, niby car-pooling, ale jednak część z nich ma wyłączone wsparcie dla firm transportowych itp. Gdybym dostał dofinansowanie na część auta, to bujałbym się Teslą, wygrywał z gówniarzami w Civicach na światłach i zarabiał grubszy hajs, zależy mi bardzo na tym, by zostać #wygryw, więc liczę na pomoc. O czymś nie pomyślałem?
    #motoryzacja #januszebiznesu #pomyslnabiznes #dobrychlopakalekombinator #tesla
    pokaż całość

  •  

    @Grizwold Jesteś geniuszem. Jak umieściłeś ten wpis, to dodałem sobie go do ulubionych, dzisiaj z nudów przeglądam ulubione; widzę, że zabawa wciąż trwa! Ten wpis ma szansę zostać wpisem z największa ilością komentarzy na mikroblogu. Wołam @mahfysh i @zaqwsxdsa, bo pewnie im się spodoba, a nie biorą udziału w tej zabawie. A pizze lubią.

    http://www.wykop.pl/wpis/9280582/ostatni-komentarz-wygrywa-pizze-pokaz-spoiler-glup/
    pokaż całość

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika jrider

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (4)