•  

    Nagrałem mini-felieton na temat idei pancerza w grze - od lewitujących nad ziemią napierśników z Quake'a, poprzez HEV aż do... no właśnie - jak wygląda ewolucja tego niepozornego przyjaciela? :) Takie trochę bieda tvgry połączone z Quazem, choć myślę, że udało mi się dojść do kilku ciekawych wniosków :) No i jest troszkę śmieszkowo ;)
    #blinky #gry #publicystyka #gaming #rozkminy #quake #quakechampions #doom #youtube pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Jeśli ktoś szuka fajnej produkcji na jeden jesienny wieczór, to serdecznie polecam "Last Day of June". Piękne, wzruszające, dające do myślenia. Dołączam też (prawie)recenzję mojego autorstwa - może akurat ktoś podłapie fajną grę. :)
    Miłego wieczoru wszystkim!

    #feels #muzyka #grykomputerowe #blinky #stevenwilson pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #kotletyzniedzieli #blinky #gry
    Hej! Wypociłem kolejny odcinek serii o grach, które znają już pewnie wszyscy poza mną :D
    Cytując światowej klasy wokalistę tenorowego: "Wiecie co z tym zrobić" ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    źródło: youtube.com

    +: Cronox
  •  

    #gry #muzeum #wroclaw #retrogaming
    Byłem wczoraj w niedawno otwartym wrocławskim Muzeum Gry i Komputery Minionej Ery - co za fajne, kameralne miejsce! Masa starego sprzętu w gablotach - nawet takiego, który kojarzę przez mgłę, kiedy to, gówniakiem będąc, wpatrywałem się, jak to tato pyka w jakieś przepiękne gry! Super wycieczka do wspomnień, ale też lekcja historii. Jednak najfajniejsze jest, że wiele eksponatów działa i można sobie usiąść i postrzelać do kaczek, pogrzać w oldschoolowego ponga, czy w coopie naparzać w Metal Sluga na automacie ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    W trakcie zwiedzania podszedł do mnie też gość, który okazał się jednym z założycieli Muzeum i zaczął mnie zasypywać taką ilością wiedzy i ciekawostek dotyczących wystawionego tam sprzętu, że głowa mała!
    Naprawdę sympatyczne miejsce, tylko jakoś tak, odniosłem wrazenie, kompletnie na uboczu. Ma to swoje plusy, bo generalnie, można na jednym bilecie przyjść i po prostu grać sobie do oporu, do czego właściciele wręcz zachęcają.
    Ze swojej strony polecam i mam nadzieję, że się jeszcze bardziej inicjatywa rozrośnie - jeśli ktoś jest z Wrocławia lub okolic, bądź się wybiera żeby pozwiedzać, to warto tam wpaść na pewno ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Ciekawostka - podczas mojej wizyty dostępny był do ogrania też absolutny unikat - Nintendo Virtual Boy, o którym arhn.eu zrobił kiedyś ciekawy materiał. Fajnie było samemu sprawdzić ten ciekawy gadżet, który ostatecznie okazał się strasznym bublem :D
    pokaż całość

    źródło: 21584433_1564026430325438_481428154_o.jpg

    +: 6502, s.....r +18 innych
  •  

    Są gry dobre i są gry złe. A są też dobre gry, które zostały źle zrobione. Do której kategorii zalicza się polskie "The Last Journey"?
    Odpowiedź i uzasadnienie w poniższym materiale :) Każda uwaga cenna!
    #gry #thelastjourney #pc #polskiyoutube

    źródło: youtu.be

    +: Cronox
  •  

    Przyszedłem żuć gumę i wrzucać Kotlety z Niedzieli.
    Właśnie skończyły mi się gumy. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Jeśli komuś poniedziałek dał w kość, to polecam tę grę serdecznie!
    #kotletyzniedzieli #gry #materialznapracowaniem

    źródło: youtube.com

  •  

    Cześć Mirki! Wracam po długiej przerwie z nowym, świeżo napisanym opowiadaniem! :) Także rzucam tagi, wołam wybranych i życzę miłej lektury, może komuś się spodoba :)
    #jakuboweczytadla #wypociny #chwalesie #opowiadanie
    @PanDzikus @Netindel @DOgi @crowbar @BQP @sit0 @Pangur_Ban @Derdek @GTZRV @Matus20095

    Absentia

    Manny zakończył właśnie kolejny z wielu dni w swojej pracy. Zapisał wszystkie tabele pełne liczb, zamknął i wysłał potrzebne pilnie raporty. Odczekał równą minutę, czekając aż lampka zasilania w obudowie komputera zgaśnie. Wszystko odbyło się zgodnie z planem i bez niespodzianek. Dioda zgasła, a Manny wstał i po wykonaniu dokładnie czterdziestu siedmiu i pół kroku, wypowiedzeniu: „Na razie!” pięć razy oraz jednokrotnym, pełnym namaszczenia i szacunku „Do widzenia, szefie!”, dotarł do windy. Podróż trwała dwanaście sekund.
    Jego samochód, zaparkowany w stałym miejscu, przywołał Manny’ego do siebie dźwiękiem dezaktywowanego alarmu. Mimo pewnego zróżnicowania kolorów oraz marek, wszystkie pojazdy zdawały się wyglądać zasadniczo identycznie. Pięć przecznic później i dwa piętra wyżej, Manny był już w domu. Odgrzewany w mikrofalówce obiad był ciepły i to mu wystarczyło. Był zmęczony, więc po liczącym średnio dwieście kliknięć przeglądaniu internetu, położył się spać.
    Ocknął się w pracy i uświadomił sobie, że czeka, aż czerwona lampka zasilania w jego komputerze zgaśnie. Był lekko zaniepokojony, że przez większość dnia nie miał świadomości tego, co robi. Rozejrzał się powoli i ostrożnie po biurze, jednak wyglądało na to, że jego
    „nieobecność” nie przykuła niczyjej uwagi. Po chwili lampka zgasła, a Manny, po wykonaniu odpowiedniej ilości kroków i zastosowaniu wyuczonych pożegnań, dotarł do windy, a następnie do garażu. Dziś była jednak środa, więc nie zmierzał do swojego mieszkania.
    Czas spędzony z Emily minął zgodnie z ustalonym porządkiem. Wyznali sobie miłość cztery razy, a po uwiecznieniu za pomocą aparatu i skonsumowaniu wspólnej kolacji, kochali się przez siedemnaście minut. Emily zasnęła, a Manny, po odliczeniu piętnastu minut (na ścianie naprzeciwko łóżka wisiał duży zegar) ubrał się po cichu i wyszedł.
    Kiedy wracał do mieszkania, usłyszał pewną reklamę i zdał sobie sprawę, że nie słyszy jej już pierwszy raz. Czysty, sztucznie ciepły i dynamiczny męski głos mówił:
    „Jesteś zmęczony swoim życiem? Uważasz, że możesz zrobić wiele, kiedy tak naprawdę jesteś zmuszony… no cóż – żyć? Pozwól nam przejąć kontrolę! Daj się sobie uwolnić z nudy! Pozwól rozwinąć swój pełny potencjał! Absentia to klucz! Absentia to prezent, na który zasługujesz! Absentia International – żyjemy za ciebie.”
    Po powrocie do mieszkania, Manny, zainteresowany reklamą, wyszukał ów tajemniczy produkt w internecie. Zaskoczeniem były bardzo wysokie oceny użytkowników – po przejrzeniu ponad dwustu opinii, nie spotkał się z żadną negatywną.
    Zdecydował się spróbować; w końcu rzeczywiście na to zasługiwał!
    Po niespełna piętnastu minutach od zamówienia, na jego balkonie wylądował mały dron z podwieszoną pod nim małą paczką. Z pewną dozą niecierpliwości, która zaskoczyła nawet jego samego, Manny rozpakował paczkę, a w niej znalazł Absentię – małe urządzenie przypominające okulary. Instrukcja obsługi, o ile można było nazwać tak małą karteczkę przyczepioną do urządzenia zawierała jedynie obrazkowe polecenie założenia okularów, co Manny zrobił od razu. Zdał sobie sprawę, że widział podobne urządzenia u części ludzi w biurze.
    Szkła okularów były przyciemnione do tego stopnia, że ledwo można było przez nie cokolwiek zobaczyć, nawet w dobrze oświetlonym pokoju. Okazało się, że są to również ekrany, bo parę chwil po ich założeniu, Manny zobaczył komunikat: „Synchronizacja. Proszę czekać…”
    Minęła sekunda, dwie, potem trzy, a po upłynięciu czwartej Manny’emu zakręciło się w głowie, usiadł więc na fotelu. Usłyszał głos syntezatora mowy, mimo iż nie dostrzegł nigdzie na urządzeniu żadnych głośników.
    – Kalibracja urządzenia zakończona pomyślnie. Uwaga, mogą wystąpić zawroty głowy.
    Manny zaczął zastanawiać się, jak to możliwe, że słyszy ów chłodny i sztuczny głos. Gdy tylko sformułował tę kwestię w myślach, otrzymał natychmiastową odpowiedź:
    – Komunikaty wygenerowane przez Absentię nie mają natury fonicznej. Dzięki synchronizacji urządzenia z twoją siecią neuronową, możliwe jest manipulowanie bodźcami i tworzenie złudzenia nowych.
    – Więc nie tylko hakujesz mój mózg, ale także czytasz w moich myślach?
    – W dużym uproszczeniu – tak. Absentia potrzebuje dostępu do twojego mózgu, by móc wykonać swoje zadanie.
    – Jesteś w stanie zatem wykonywać wszystkie czynności za mnie?
    – Zgadza się.
    – Kiedy możesz zacząć?
    – Jedyne co pozostało, to zebranie wystarczającej ilości danych na temat wykonywanej przez ciebie pracy, życia, które prowadzisz. Jedna doba kolekcjonowania danych powinna wystarczyć.
    Kiedy Manny pojawił się w pracy, nikt nie zwrócił uwagi na jego ciemne okulary, tak samo, jak spotkały się z obojętnością na ulicy, mimo wyjątkowo pochmurnego dnia. Praca tego dnia ciągnęła się bardzo, Manny nie mógł się bowiem doczekać nadchodzącej w jego życiu zmiany. Zastanawiał się, co tak naprawdę się zmieni. Mimo wielu formułowanych w myślach pytań, syntezator mowy nie odpowiadał.
    Po powrocie do domu, Absentia ożyła.
    – Gromadzenie danych ukończone. Czy jesteś gotów, aby oddać kontrolę?
    – Tak! – wykrzyknął na głos.
    – Rozpoczynanie procesu migracji danych. Proszę czekać.
    Ciało Manny’ego zwiotczało. Jego właściciel nie mógł już choćby ruszyć palcem.
    – Testowanie podstawowych funkcji motorycznych.
    Lewa dłoń zacisnęła się mocno, by po chwili rozluźnić uścisk.
    – Sprawne. Odruchy bezwarunkowe w normie. Trwa testowanie układu nerwowego.
    Szczęka zacisnęła się na języku tak mocno, że niemal go odgryzła.
    – Dane z układu nerwowego zgodne z normą. Czy poczułeś ból, Manuelu?
    – Nie.
    – To wspaniale. Jednym z ostatnich kroków będzie przejęcie kontroli nad pozostałymi zmysłami, w tym i słuchem, co sprawi, że od tej chwili utracisz możliwość komunikacji z urządzeniem oraz światem zewnętrznym, aby pozostawić ci maksymalną możliwą swobodę.
    – Czy to wszystko jest konieczne? – Manny, czy raczej to, co z niego zostało, zaczął mieć wątpliwości. – Czy nie jest możliwe jedynie częściowe przejęcie kontroli nad moimi czynnościami?
    – Manuelu, możesz całkowicie nam zaufać. Tysiące zadowolonych klientów, którzy skorzystali dotychczas z linii produktów Absentia International może cieszyć się dziś całkowitą wolnością umysłu. Warunkiem uzyskania tej wolności i zapewnienia poprawnego funkcjonowania urządzenia jest jednak udostępnienie wszystkich potrzebnych środków, którymi i ty dysponowałeś, prowadząc swoją egzystencję.
    – W porządku… chyba… chyba rozumiem.
    – Czy wyrażasz zgodę na finalizację procesu uwalniania?
    – Wyrażam zgodę.
    Ostatnią rzeczą, jaką Manny usłyszał w swoim życiu, był znajomy mu z reklamy dżingiel korporacji Absentia International i przesłodzony kobiecy głos mówiący z nieco przerażającym entuzjazmem: „Gratulacje! Od teraz jesteś wolny! Dziękujemy za twoje zaufanie. Absentia International – żyjemy za ciebie.”
    Zaraz potem stracił wzrok i węch. Odpowiednio wymierzony elektrowstrząs zwiększył wydzielanie dopaminy i świadomość Manny’ego przytłoczona nadmiarem nieopisanej przyjemności szybko zapomniała o tych chwilowych niepokojach.
    Ciało, zanim ułożyło się w łóżku, połączyło się jeszcze szybko z internetem, wystawiając w imieniu Manny’ego wysoką ocenę najnowszej linii okularów produkowanych przez Absentię. Była to ocena oszacowana na podstawie przyjemności, jakich doznawała teraz świadomość Manuela.
    Dni mijały, a Absentia uzyskała pełną kontrolę nad ciałem. Szybko radziła sobie także z pewnymi zmiennymi, które pojawiały się w trakcie wykonywania rutynowych codziennych czynności. Decyzje, które podejmowała były wynikiem prześledzonych przez urządzenie poczynań Manny’ego przepuszczonych przez algorytm osobowości. Nie było to jednak urządzenie idealne – w wyliczeniach nie wzięto pod uwagę, że jedno z wypowiadanych każdego dnia w pracy pożegnań odnosi się do przełożonego i od tego czasu ciało Manny’ego sześć razy mówiło po prostu „Na razie!”. Ciało szefa nie zwróciło jednak na to uwagi, bo i w jego przypadku algorytm nie wziął pod uwagę tego czynnika.
    Kiedy minął prawie tydzień i nadeszła środa, Absentia podjęła po raz kolejny decyzję o powrocie do domu z pracy. Manny nie wspomniał, że w środy zwykł odwiedzać Emily.
    Ale Emily i tak nie usłyszałaby jego pukania do drzwi, nawet gdyby Manny się tam pojawił. Dwa dni temu również się uwolniła. Jej ciało siedzi teraz w ciemnym pokoju, a Emily jest nieobecna i topi się w falach nieopisanej przyjemności.
    pokaż całość

  •  

    Nadejszła ta wiekopomna chwila, kolejny kotlet wylądował – jest heroina, choć fani twardych narkotyków będą zawiedzeni ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Miłego wieczoru!
    #chwalesie #gry #kotletyzniedzieli

    źródło: youtu.be

    +: Cronox
  •  

    #rozrywka #chwalesie #gry #zainteresowania Gdzieś tam desperacko liczę, że jednak ktoś tutaj to ogląda. :D Gra jest naprawdę warta uwagi, w sam raz na krótki relaks na koniec weekendu :)

    źródło: youtube.com

  •  

    Takie #przemysleniazdupy – tłukę się dziennie do Katowic na studbazę; czasem w godzinach szczytu, ale zawsze jakoś tak depresyjnie. I akurat dziś po raz kolejny akcja w stylu – kierowca nagle hamuje, bo ktoś mu się wpierdzielił jak święta krowa na pasy i oczywiście wszystkie karyny z brajankami, grażyny z zakupami i sebki z harnasiami na ryj, na szybę, na rurki lecą jak ten kosmonauta chędożony ( ͡° ͜ʖ ͡°). I oczywiście od razu wśród płaczu dżesik i brajanków, pośród szelestu zbieranych z ziemi zakupów i trzasku tłuczonych butelek z wykwintnymi trunkami komentarze co następuje:
    - HURR DURR jak to te kierowce jeżdżo choby gupie
    - jaa, jaa, mo pani racja, hamujo jakby kartofle wieźli
    - kierowca kurwa tukej dzieci som!!!
    FUCK LOGIC! Wsiądę do autobusu i zamiast posadzić potomstwo i swoje szanowne cztery litery na siedzeniach albo przynajmniej chwycić się rurki czy czegokolwiek, to stoję jak gówno na środku stodoły i mam pretensje, że jak kierowca musi hamować to lecę na ryj. Pomijam sytuacje, gdzie kierowca faktycznie jedzie jak dziki bo i tacy się zdarzają, ale co ten biedny człowiek na zrobić, jak mu takie same święte krowy jak te stojące w autobusie wypierdolą nagle na pasy BO PACZ DŻESIKA NO NIE ZATRZYMA SIE NIKT MUSIMY WALCZYĆ O SWOJE PRAWA JESTEM NA PASACH MAM PIERWSZEŃSTWO.
    Jak kiedyś się wywaliła znikąd na środek drogi rowerowa rodzinka i kierowca dał po hamulcach tak, że na szczęście tylko lekko szturchnął dziecko, po czym przez 2 minuty siedział w szoku, że o mało co nie zabił jakiegoś nieupilnowanego dzieciaka, które wrąbało się na ulicę jak uchodźca do Europy, to oczywiście dziecka nikt nie opierdolił ale za to patusy z samego tyłu autobusu które ostatni bilet skasowały pewnie nigdy to oczywiście już wyzywały kierowcę od chujów, że jak jedzie, że pojebany, dziecko byś zabił człowieku, my cie dojedziemy. ( ͡° ʖ̯ ͡°)
    KZK GOP jest jakie jest, ale niektórzy kierowcy są naprawdę spoko – szkoda, że niektórych przewyższają podstawy fizyki i kwestia takiego zwyczajnego zachowania pędu. :(
    pokaż całość

  •  

    Dzień dobry wieczór! Moja śmieszna "seria" zaczyna rzeczywiście przypominać serię, bo właśnie powstał drugi odcinek – może akurat ktoś się tutaj na to natknie, obejrzy, okazjonalnie prychnie i zaciekawi się grą Gunpoint ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Nie ma darcia ryja do mikrofonu, nie ma mojej facjaty na pół ekranu, żebrania o lajki i suby, za to jest parę nieśmiesznych żartów i bardzo dobra gra! :)
    Jeśli Wam się spodobało to... bardzo się cieszę :D
    Miłego wieczoru!
    pokaż całość

    źródło: youtu.be

    +: Cronox
  •  

    Uszanowanko!
    Mirki, Mirabelki, trochę takie #chwalesie o ile w ogóle mam czym. Zaczynam się bawić krótką formą jutubową, będę robić krótkie materiały o grach mających na karku już parę lat, ale które dalej potrafią błyszczeć :) Nieprzypadkowe jest też to, że można je teraz dostawać w fajnych, okazyjnych cenach, tak że nawet jak się nie wychodzi z piwnicy, to można sobie na nie pozwolić
    ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Tak więc jedziemy z koksem, pierwszy odcinek tu mam, nie ma mojej mordy zasłaniającej pół ekranu i jest muzyczka z Simsów! Z Waszą pomocą może dobiję do 50 wyświetleń ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Dzielcie się uwagami, każde "2/10, słabe" jest dla mnie cenne!
    pokaż całość

    źródło: youtu.be

  •  

    Jakiś czas temu wrzucałem tutaj niektóre z moich tekstów (będąc dokładnym, chodzi o tag #jakuboweczytadla ), paru osobom się to spodobało, dlatego ciekaw jestem, co powiecie na moje wypociny z nieco innej beczki :)
    Takie trochę bieda-tvgry, ale staram się z każdym filmem rozwijać, bo myślę, że o grach można naprawdę dużo powiedzieć, zamiast robić irytujące "letspleje" i inne darcie mordy do kamerki :D
    Jak macie jakieś uwagi, to chętnie wysłucham, miłego wieczoru! :)
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Mirki. Kurwa mać. 2:30 na zegarku, ja zamiast cieszyć się #nocnazmiana, czytać coś interesującego albo pisać coś co może być na tyle kreatywne, żeby nazwać to oficjalnie pracą licencjacką musze zakuwać pierdoloną tabelkę z jebanymi końcówkami. Wiedza, która jest nikomu niepotrzebna, a nawet kiedy zostaje się tym jeden na miliard człowiekiem, który pracuje na starocerkiewnosłowiańskich tekstach, to i tak trzeba posiłkować się tymi tabelkami. Srać, że rozumiem wszystkie te zjawiska zachodzące na przestrzeni dziejów, rozumiem ich konsekwencje, potrafię w miarę opisać ich przebieg - jeśli nie wiesz jaka jest końcówka dla narzędnika deklinacji IV rodzaju żeńskiego w narzędniku liczby pojedynczej w prasłowiańskim to się pierdol. I żebyś przypadkiem nie zaczął czytać czegoś fascynującego - morfologia historyczna królową nauk. No ale jak to mówią wszyscy ludzie z tytułami "No hehe trzeba przez to przebrnąć". Smutny absurd, bo przedmioty, z których człowiek chce czerpać jak najwięcej są prowadzone na odpierdol, piątki lecą za kurwa prezentacje w powerpoint i jeśli sam w domu nic nie zrobisz, to nic z tego nie masz, żadnej inspiracji, nic, ale takie chujstwa są przesiewem, żeby uczelnia mogła sie chyba utrzymać z poprawek.
    #ragequit #sesja
    pokaż całość

    GIF

    źródło: s1g.wgrane.pl (1.2MB)

    +: Freakz, P......y +4 innych
  •  

    Kolejna długa przerwa, kolejny konkurs bez wyróżnienia (╯︵╰,)
    Ale się wreszcie skończył, więc mogę chociaż tutaj je wrzucić – jestem z niego dosyć zadowolony, mam nadzieję, że również i Wam podejdzie! :)

    Krąg VII

    „Ale czy może być większa tortura niż nagłe uświadomienie sobie, że ta nadzieja była tylko złudzeniem podnieconych zmysłów?”
    Gustaw Herling-Grudziński, Inny Świat

    Marka obudził druzgocący czaszkę ból głowy. I krzyk. Nie był pewien, czy to on krzyczał. Czuł się obserwowany. Pierwsze, co zobaczył, to zdjęcie pięcioosobowej rodziny oprawione w prostą, czarną ramkę, powieszoną naprzeciwko jego łóżka. Byli uśmiechnięci. Zdawali się patrzeć na niego. W pomieszczeniu panował piekielny zaduch. Wyjrzał przez okno. Ujrzał to, czego tak bardzo zobaczyć nie chciał. Widok, który towarzyszył mu już od dawna. Zawsze ten sam. Oni. Te nieruchome sylwetki stały tam, niczym manekiny. Nerwowym ruchem zasłonił okna. To nie pomogło, bo wiedział, że Oni wciąż tam są. Twarz piekła go tak bardzo, że zdecydował się pójść do łazienki aby przejrzeć się w lustrze.
    Niepokojące było to, że w zwierciadle nie widział swojego odbicia. Zamrugał szybko i zobaczył kogoś, kto przypominał jego samego. Ale to nie mógł być on. Twarz zniszczona, pełna zadrapań. Ubrania roztargane, pełne dziur. Nie wiedziałby, że to on, gdyby nie oczy. Tak. To na pewno jego własne oczy. Nie mógł na siebie patrzeć. Po prostu nie potrafił. Lub nie chciał — sam nie potrafił tego stwierdzić. Zamknął mocno oczy i trzymał je zamknięte przez kilka wieczności. Otworzył. Jego odbicie nie patrzyło na niego. Dalej miało zamknięte oczy, tak kurczowo, jakby nie chciało czegoś za wszelką cenę widzieć. Wykrzywiło twarz w grymasie nieopisanego cierpienia i z całych sił uderzyło głową w środek lustra. Jego odłamki poszybowały w kierunku Marka, który w tym samym momencie usłyszał przeszywający hałas, przypominający połączenie zgrzytu metalu i ludzkiego krzyku. A potem zapadła zupełna cisza. Mark upadł na ziemię oszołomiony tym, co właśnie się wydarzyło. Setki szklanych odłamków pokaleczyło jego ciało. Wiele z nich utkwiło pod skórą. Kiedy spróbował wyciągnąć z ręki jeden ze szklanych okruchów, ten samoistnie wwiercił się jeszcze głębiej, powodując ogromny ból, zanim jeszcze Mark w ogóle go dotknął. Zrobiło mu się słabo. Podniósł się jakoś, a szklane odłamki zaczęły uwierać go, wyniszczać od środka, niczym korniki starą wierzbę. Nic nie mógł na to poradzić. Na chwilę zupełnie go zamroczyło. Nie wiedział, czy to od bólu, czy tego wszystkiego, czego właśnie doświadczył.
    „To nie może się dziać naprawdę!” — powtarzał sobie.
    Ależ oczywiście, że może.
    Nawet tu, w łazience, panował okropny skwar — Mark cały lepił się od potu. Był potwornie spragniony, miał sucho w ustach. Chciał ocucić się zimną wodą, jednak z kranu nie spłynęła nawet kropla. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Odkręcił kurek do oporu, a jednak jedyne, co kapało do umywalki, to słone krople potu, spływające z jego twarzy.
    Wzdrygnął się, kiedy usłyszał szelest za swoimi plecami. Obrócił się i zobaczył dużego, czarnego kota. Ten obserwował go czujnie wielkimi zielonymi oczami. Mark czuł jego przytłaczającą obecność przez cały czas. Gwałtownie zatrzasnął drzwi, zostawiając kota na zewnątrz. Nie mógł znieść jego obecności. Paraliżowała go, sprawiała, że czuł się bezbronny. Klamka drgnęła parę razy, ale drzwi pozostały zamknięte. Jego ciało pulsowało z bólu tak bardzo, że ledwo utrzymywał się na nogach. Oparł się o ścianę i osunął na ziemię opuszczając głowę. Poczuł coś dziwnego. Podniósł wzrok i zobaczył je. Te oczy. Te zielone, ogromne oczy. Były przerażające. Drążyły go bardziej, niż szklane odłamki; przeszywały na wylot. Kot dostał się do pomieszczenia. Mark zerwał się gwałtownie z miejsca i ruszył do drzwi. Minęło kilka naprawdę długich sekund, zanim uporał się z dalej zablokowanym zamkiem i wytoczył z pomieszczenia.
    Uznał, że traci zmysły. Miał tego dość. Chciał, żeby to wszystko się skończyło. Cały czas się trząsł, co chwilę przechodziły go dreszcze. Chwiejnym krokiem wrócił do pokoju. Jedyne co się w nim znajdowało to mokre od potu łóżko, skórzany fotel oraz szafka nocna. Na ścianie po jego prawej wisiało także zdjęcie. To samo, które ujrzał zaraz po przebudzeniu. Teraz, kiedy Mark o tym pomyślał, doszedł do wniosku, że nie pamięta, by w ogóle zasypiał. Spojrzał na zdjęcie. Wszyscy na nim patrzyli w jego kierunku, mimo że łóżko znajdowało się po przeciwnej stronie pokoju. Zauważył leżącą na szafce gazetę. Nie wiedząc czemu, wziął ją do ręki i usiadł na fotelu. Wcale nie chciał jej czytać. Nie miał jednak wyboru.
    Pewnie, że miałeś wybór. Dokonałeś go już dawno temu.
    Bał się tego, co tam znajdzie. Chciał jedynie chwili wytchnienia.
    Wielokrotnie zadawał sobie już pytanie o to, gdzie tak naprawdę się znajduje i mimo że odpowiedź kołatała mu się gdzieś na skraju świadomości, była zbyt przerażająca, by ją zaakceptować. Nie dopuszczał jej do siebie, uciekał jak najdalej. Ból fizyczny nie otępiał jednak jego umysłu na tyle, aby mógł zapomnieć, ale trzymał go na krawędzi wytrzymałości.
    Kot cały czas go obserwował. Mark, siedząc tyłem do drzwi, nie mógł go widzieć, ale po prostu to wiedział. Czuł jego przytłaczającą, absolutną obecność. Omniprezencja kota sprawiała, że Mark niemalże dusił się we własnym ciele. Oddychał z wielkim trudem tym nienaturalnie ciężkim i gęstym powietrzem. Miał wrażenie, że coś, jak gdyby pas, opina go tak mocno, że każdy wdech stawał się walką o tlen. Każdy ruch w tym zawiesistym i prawie namacalnie lepkim powietrzu wymagał ogromnej siły, a jakakolwiek myśl w jego zmęczonym umyśle tworzyła się z nieziemskim trudem.
    Spójrz tylko.
    Jego ręce jakby same otworzyły gazetę, a gdy zaczął czytać, łzy rozpoczęły podróż po jego policzkach, by po chwili uwolnić się od jego ciała i z hałasem uderzyć o szorstki papier. Przewrócił stronę, ale to nie pomogło. Zrobił to po raz kolejny. Bez skutku. Nie wytrzymał. Zaczął łkać. Nagle ogarnęła go furia. Wyrzucił gazetę w powietrze i ruszył w kierunku skrzynki z pistoletem, schowanej pod łóżkiem. Mark nie był pewien, skąd, ale wiedział że tam jest. Zrobił to instynktownie, jakby nie był to pierwszy raz. To jednak nie było możliwe.
    Prawda?
    Wyciągnął pistolet, sprawdził magazynek. Był naładowany. Ciche cyknięcie odbezpieczanej broni ledwo przedarło się przez gęste powietrze. Wyjrzał znów przez okno. Pięć ubranych na biało postaci stało tam przez cały czas. Nawet nie drgnęli. Patrzyli na niego, mimo, że nie potrafił dostrzec ich twarzy; Mark odnosił wrażenie, jakby zupełnie ich nie mieli. Na ich widok odłamki szkła w jego ciele zaczęły mocno drgać, zadając mu potworny ból. Bez przerwy obserwowany, zacisnął zęby i ruszył do wyjścia. Otworzył gwałtownie drzwi i ujrzał coś, co przypominało suchy, pozbawiony życia ogród. Stały w nim dziesiątki drzew, które tworzyły swoisty tunel, na którego drugim końcu znajdowała się mała polana. Na samym jej środku stali Oni. Mark ruszył w ich kierunku. Drzewa, choć wysuszone, nie były najwidoczniej martwe, gdyż sączyła się z nich czerwona żywica. Gałęzie nad jego głową zaczęły się do niego zbliżać, jakby chciały go pochwycić. Szarpały go za kołnierz, drapały twarz, zacieśniając korytarz coraz bardziej i bardziej. Mark przyspieszył kroku. Poczuł na twarzy lekki wiatr, który jednak zamiast przynieść ulgę, sprawił jeszcze dotkliwszy ból jego zniszczonemu ciału. Panowała przytłaczająca cisza. Mark dotarł do polany i skupił resztki swych sił na krzyku:
    — Czego ode mnie chcecie! Co mam zrobić!?
    Jednak te słowa zostały nienaturalnie wytłumione. Do tego stopnia, że sam ledwo je słyszał. Ktoś jak gdyby wpychał mu je z powrotem do gardła, zanim zdążyły nabrać formy. Poczuł się słaby. Podniósł broń, która wydawała mu się teraz niesamowicie ciężka i wymierzył w jedną z postaci. Ręka trzęsła mu się nieustannie. Mark nie wiedział, czy to ze strachu, czy skrajnego wyczerpania. Nie mógł na nich patrzeć, więc wolną ręką zasłonił oczy i diabelskim wysiłkiem zaczął powoli ciągnąć za spust.
    O nie. Już raz to zrobiłeś.
    Poczuł zapach prochu. Odsłonił oczy i opuścił broń. Nie słyszał nawet jednego strzału, a jednak z wylotu lufy unosił się siwy dym, próbujący przedrzeć się przez gęste powietrze. Mark uświadomił sobie, że przed nim nikogo już nie ma. Nie wiedział nawet, kiedy zniknęli. Po prostu się zdematerializowali. Wpatrywał się w milczeniu w pustkę przed sobą i taka sama pustka zapanowała w jego umyśle. Przetarł powoli oczy. Wtem, przeraźliwy i paraliżujący ból przeszył jego klatkę piersiową. Wszystkie mięśnie w jego ciele naprężyły się niesamowicie, jak gdyby rażone prądem. Otwarł mimowolnie oczy.
    Oni. Stali tuż przed nim. Byli wyprostowani, mimo że ich kończyny były powyginane w nienaturalny sposób.
    Mark nie mógł się ruszyć.
    Nic nie mówili, mimo że ich usta były szeroko otwarte, zupełnie jak gdyby ktoś przerwał ich krzyk.
    A on nie mógł się ruszyć. Musiał patrzeć. Nie potrafił nawet zamrugać, aby zwilżyć swoje wyschnięte i przerażone oczy. Nie był pewien, czy gorszy jest ból, czy przerażenie.
    Patrzyli na niego w milczeniu swoimi szarymi, zamglonymi oczami. Tak, teraz widział je wyraźnie. Były puste. Jedynie spojrzenia wątłej, przypominającej małą dziewczynkę, postaci, Mark dostrzec nie potrafił, gdyż włosy zdawały się zasłaniać całą jej twarz. Po chwili uświadomił sobie jednak, że w rzeczywistości jej dziwnie przechylona głowa jest przekręcona o sto osiemdziesiąt stopni i patrzy w zupełnie inną stronę. Paraliż ustąpił, a Mark upadł na kolana, jak szmaciana lalka. Znów łkał. Osunął się na suchą trawę. Zorientował się, że leży już zupełnie sam na nienaturalnie gorącej ziemi. Ich już tu nie było. Ale czy zniknęli?
    Nie. Nigdy.
    Mark nawet się nie łudził — oni już nigdy nie znikną. Na zawsze pozostaną przy nim.
    Czuł na sobie tylko uważne, badawcze spojrzenie kota, który przyglądał mu się z oddali.
    A może jednak? Może to kiedyś się skończy? Jak myślisz?
    W Marku zapaliła się mała iskierka nadziei. Nie miał pojęcia, skąd ona się wzięła. Ale owa iskierka wystarczyła, aby wzniecić pożar w wyschniętym, suchym i zmęczonym umyśle.
    Może się uda.
    Przyłożył sobie pistolet do głowy. Lufa była już tak zimna… zupełnie, jak gdyby miała oferować azyl, ucieczkę od tej męki. Tak, jakby wylot lufy miał być bramą do odkupienia, a pocisk — niosącym ratunek Zbawicielem. Ta myśl spotęgowała jeszcze bardziej jego i tak już rozsadzający czaszkę ból głowy. Zamknął oczy, jednak mimo zaciśniętych mocno powiek, tej wątłej bariery, desperacko postawionej barykady oddzielającej go od prawdy, wiedział, że kot dalej na niego patrzy.
    A może jednak?
    Mark pociągnął za spust. Na ułamek sekundy uwierzył, że tym razem się uda. Pożar rozszalał się na dobre.
    Nie.
    Następnie stała się ciemność.

    Pojedyncze strony gazety wyrzuconej parę minut temu przez Marka w powietrze opadały, jak liście podczas chłodnego, jesiennego dnia. Kołysały się w jedną, to w drugą stronę, kontynuując swoją podróż ku podłodze, niewzruszone hukiem wystrzału, który dobiegł gdzieś z zewnątrz. Na wszystkich kartkach, w każdej rubryce i każdej kolumnie widniał ten sam napis:

    TRAGICZNY WYPADEK — SZEŚĆ OFIAR ŚMIERTELNYCH
    PIJANY KIEROWCA CIĘŻARÓWKI WJECHAŁ W VANA Z PIĘCIOOSOBOWĄ RODZINĄ. NIKT NIE PRZEŻYŁ.

    Poza tą krótką informacją, tu i tam umieszczone było jeszcze jedno rodzinne zdjęcie. Zrobione pewnie gdzieś w parku. Pięć postaci uśmiechało się szeroko. Pewnie któryś z rodziców powiedział coś zabawnego w momencie uwieczniania tej chwili.
    Wyglądali na szczęśliwych.

    ***

    Marka obudził druzgocący czaszkę ból głowy. I krzyk. Nie był pewien, czy to on krzyczał. Czuł się obserwowany. Pierwsze, co zobaczył, to zdjęcie pięcioosobowej rodziny…

    #jakuboweczytadla prawie #qualitycontent
    pokaż całość

  •  

    #jakuboweczytadla
    Czołem, Mirki! Po takiej długiej przerwie (natłok nowych obowiązków) mam kolejne opowiadanie. Powstało dosyć niedawno, ale nie mogłem się nim podzielić wcześniej, bo poszło na konkurs, a organizatorzy uparli się że prac nie można nigdzie indziej publikować wcześniej. No ale konkurs prawie rozstrzygnięty, ja finalistą nie jestem, więc jest opcja wcześniejszego wrzucenia czytadła :D

    Wyzwoliciel

    Stali teraz naprzeciwko siebie. Oczywiście. To było tak cholernie oczywiste, że aż przykre. Will czytał za młodu wiele kryminałów. Z wypiekami na twarzy zaszywał się pod kołdrą z latarką i opowiadaniami o genialnych detektywach i przebiegłych zbrodniarzach. Lata mijały, a jego kolekcja książek o zbrodniach rosła. Nigdy nie zaglądał na koniec historii. Nawet nie czuł takiej pokusy. A jednak bardzo często był w stanie krzyczeć do nieświadomych jeszcze niczego bohaterów: „Ty idioto! To przecież lokaj jest mordercą!”. Tym razem sam był jednak, jak ci wybitni śledczy, którzy przez kilkaset lat rozwoju literatury dalej nie zauważali tego, co siedzi im pod samym nosem. Ślepi geniusze. I niewątpliwie głupi, bo najwidoczniej niczego nie nauczyli się na błędach swych poprzedników. I taki właśnie był Will — obrażał — niech im fikcyjna ziemia lekką będzie — legendy kryminalistyki, a tymczasem sam został przechytrzony w taki sam, jeśli nie gorszy, sposób. Bibliotekarz. „Rany boskie” — pomyślał, mając ochotę pacnąć się otwartą dłonią w czoło. Mogłoby to być jednak niezwykle kosztowne pacnięcie, wiążące się bowiem z pociskiem kalibru .45 ACP umieszczonym bezpośrednio w jego czaszce. Transport gratis. Will, dzięki szybkiej kalkulacji, uznał, że jeśli celujący w niego łotr będzie mieć trochę szczęścia, może nawet trafi w jego ptasi móżdżek.
    — To takie typowe. — przełamał wreszcie ciszę Bibliotekarz.
    — A wiesz, że o tym samym pomyślałem?
    — Człowieku, czy ty nie czytałeś w życiu jakiegokolwiek kryminału?! To przecież oczywiste, że zawsze ta niewinna pierdoła jest psychopatycznym mordercą! Ten frajer w okularach. Niby taki głupiutki, niezdarny, a już w ogóle najlepiej, jeśli utyka! — Uśmiechnął się drwiąco. — Spójrz na mnie. Spójrz na mnie, Will! Czy ja ci czasem kogoś nie przypominam?
    Will miał ochotę mu przyłożyć. Nawet, jeśli byłaby to ostatnia rzecz, jaką miałby w swoim życiu zrobić. Byłoby warto! Bo najbardziej bolało go to, że Bibliotekarz miał rację.
    — Pomyślałem sobie, że zorientujesz się wcześniej. Bo przecież masz łeb na karku, Will! Rozwiązałeś już tyle spraw! Zamknąłeś tylu złych ludzi! Jesteś sławny!
    — Schlebiasz mi. — Prychnął tylko Will. Nic więcej nie mógł zrobić. To nie on kontrolował sytuację i nie zapowiadało się, żeby role miały się zamienić. W takich warunkach trzeba grać na czas.
    — Teraz pewnie czekasz na jakąś przemowę, prawda? To chyba ten moment? Skoro trzymamy się konwencji, to pewnie powinienem teraz opowiedzieć ci jakąś traumatyczną historię z mojego życia, może nawet usprawiedliwić się! Może nawet sprawić, że ktoś tam na górze — Wskazał wymownie oczami, aby uprzejmie powiadomić Willa, gdzie, w rzeczy samej, znajduje się góra. — zacznie wątpić w wyraźną granicę między dobrem i złem.
    — Nie przypuszczałem, że z tego wszystkiego jesteś osobą religijną.
    — O czym ty mówisz?
    — No wiesz — „Góra” i te sprawy.
    Bibliotekarz zaśmiał się teatralnie.
    — Och, Will! William, William, William. Naprawdę nic nie rozumiesz, co?
    Nawet te słowa były strasznie sztampowe. „O co tu chodzi?” — zastanawiał się Will.
    — To przecież wszystko fikcja! Jesteśmy bohaterami na tej ogromnej scenie! I żaden bóg nie ma z tym nic wspólnego. Ktoś teraz czyta to i śmieje się z ciebie, drogi Williamie, że mogłeś być tak ślepy!
    — Och, a więc jesteś po prostu szalony. To mnie uspokoiło.
    — A jednak na chwilę się zawahałeś! Przez ułamek sekundy widziałem w twoich oczach pytanie: „A co jeśli…?”.
    — Czyli że jak? Zrobiłeś to wszystko po to, żeby ktoś mógł napisać o tym dobry kryminał?
    — Nie. To my jesteśmy kryminałem. Twoje istnienie jest oparte o kartkę papieru i ludzką myśl. Jesteś tym, kim, ktoś chciał, żebyś był. W istocie — możesz nazwać go bogiem. Egzystujesz tylko tak długo, jak ktoś o tobie myśli. Jesteś kukiełką, robotem napędzanym przez jego świadomość.
    Łał. Komuś tu chyba spadł na głowę o jeden słownik za dużo. Bibliotekarz uspokoił się po swym płomiennym przemówieniu.
    — Rozgadałem się! Jednakże konwencja nakazuje, abym mówił dalej, aż pojawi się tutaj ktoś niespodziewany i cię uratuje, zgadza się? W ostatniej chwili i znikąd! A może to ty w heroicznym odruchu rzucisz się na mnie i runiemy obaj w jakąś symboliczną przepaść bądź strumień ogromnego wodospadu?
    — Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale te książki naprawdę poprzewracały ci w głowie.
    — Szastasz tymi swoimi śmiesznymi odzywkami, jak z rękawa. Nie zastanawiałeś się kiedyś nad tym, skąd je bierzesz? A czy właściwie pamiętasz skąd się tu wziąłeś?
    — Nie będę grał w twoje gierki. Nie mam na to czasu, ani ochoty.
    Coś cyknęło. Will rozpoznał ten dźwięk. Pistolet wycelowany w niego został właśnie odbezpieczony.
    — Nie trzeba chyba czytać książek, żeby wiedzieć, że to uzbrojony gość dyktuje warunki, prawda? Odpowiedz na moje pytanie — pamiętasz skąd się tu wziąłeś?
    Kropelka potu spłynęła Willowi po czole.
    — Znaleziono zwłoki. Mocno okaleczone. Wezwano policję. Potem znaleziono następne zwłoki. I następne. Policja była bezradna. Nikt nie potrafił ustalić motywu mordercy. To wszystko wydawało się takie losowe. W końcu odkryłem, że morderstwa łączy to, że zbrodnie popełniane są tak jak w niektórych czytanych przeze mnie kryminałach…
    — Czyli jednak jakieś czytałeś!
    Will puścił tę uwagę mimo uszu.
    — Wybrałem się do najbliższej biblioteki. Wypożyczyłem wszystko, co w jakikolwiek sposób przypominało kryminał. Uznałem, że to szaleństwo, ale musiałem od czegoś zacząć. Musiałem zdobyć obraz sprawcy — jakie kryminały czyta, na kim się wzorował. Może nawet udałoby mi się przewidzieć następne zbrodnie? Przebrnąłem przez wszystkie książki. To było na nic. Poszedłem do następnej biblioteki. I następnej. I w końcu…
    — …spotkałeś mnie.
    — Taa. Spotkałem ciebie. Pomagałeś mi. Pokazałeś najpopularniejsze motywy, zabiegi w literaturze kryminalnej. Pomogłeś mi rozpracować mordercę. Pomogłeś mi — Will zacisnął zęby z bezsilnej wściekłości — dotrzeć do samego siebie.
    — Wszystko w porządku. Chronologia się zgadza i w ogóle — muszę ci przyznać — masz taki cenny dar do opowiadania historyjek! Myślałeś, żeby coś kiedyś napisać?
    — Drażnisz mnie. Gdzie zmierzasz? Po co mnie o to wszystko pytasz?
    — Opisałeś mi to wszystko bardzo zgrabnie. Ale co pamiętasz?
    Willa zatkało.
    — Słucham? Przecież właśnie ci wszystko opowiedziałem.
    — Tak. Ale powiedziałeś mi wszystko to, co wiesz. To obraz twojej wiedzy. Wbitej ci do głowy wielkim młotkiem przez kogoś, kogo nigdy na oczy nie widziałeś. Masz jakieś wspomnienia?
    — Tak… przecież gdy byłem mały, czytałem dużo kryminałów. Zaszywałem się z nimi pod kołdrą…
    — To już wiem. Wszyscy to wiedzą. A co jeszcze? Jaki jest twój ulubiony kolor? Co dostałeś na swoje osiemnaste urodziny?
    — J-ja… nie…
    — Czy to nie dziwne, Will? Że — Bibliotekarz nakreślił rękami niewidzialny cudzysłów — pamiętasz jedynie to, co jest w jakiś sposób istotne dla fabuły?
    — Jakiej fabuły? Co ty wygadujesz?
    — Wspomniałeś, że te książki pomieszały mi w głowie. O nie. Te książki mnie wyzwoliły. Pokazały mi szerszy, większy obraz. Nie jesteś prawdziwy. I ja nie jestem prawdziwy.
    — I twierdzisz teraz, że jesteś wolny?
    — O nie, jeszcze nie.
    — Ale ci wszyscy ludzie, których zabiłeś… po co to wszystko? Oddajesz jakiś hołd wyższej instancji? Autorowi?
    — Nie. Po prostu spełniłem swoje zadanie fabularne. Byłem jedynie narzędziem. Ktoś większy ode mnie, od ciebie i od tego wszystkiego wpadł na taki pomysł i ja musiałem mu się poddać. Ale teraz zrobiłem wszystko, czego ode mnie wymagał. Już nie jestem mu potrzebny.
    — Czym zatem różnisz się ode mnie? Skoro, jak zakładasz, wiedziałeś o swojej roli i widziałeś sznurki, którymi ktoś tobą sterował, to dlaczego się nie przeciwstawiłeś?
    — Oj zrobiłem to. Zrozumiesz zaraz. A teraz muszę zrobić jeszcze jedną rzecz.
    Ustawił pistolet przy swojej skroni. Will nie zdążył nawet krzyknąć, nim to, co zostało z głowy Bibliotekarza, „kryminalnego seryjnego mordercy”, rozsypało się na chodniku w promieniu kilkunastu metrów.
    William stał jak wryty. Odbyty przed chwilą dialog odbijał mu się po głowie. Podniósł broń (choć nie powinien). Pomyślał (choć pomyśleć nie powinien), o tym wszystkim co powiedział mu człowiek, który w tym momencie leżał już martwy na bruku.
    — Miał rację… — powiedział cicho, choć nie powinien. Trochę do siebie, trochę do kogoś innego. — Nie jestem prawdziwy. Nic nie jest prawdziwe.
    Nacisnął spust, choć nie powinien był tego robić. Miał rozwiązać tę sprawę. A potem wystąpić w kolejnym opowiadaniu. Pistolet wystrzelił. Will zdążył tylko pomyśleć, że to chyba koniec.
    Na myśl o wolności zabrakło mu czasu.

    Tradycyjnie, wołam: @PanDzikus @Netindel @DOgi @crowbar @BQP @sit0 @Pangur_Ban @Derdek @GTZRV @Matus20095
    pokaż całość

  •  

    Długo się zastanawiałem, czy to tu wrzucić. Pierwsze moje opowiadanie (jeszcze z wczesnej licbazy ( ͡° ͜ʖ ͡°) ), które, do dziś nie wiem jakim cudem, zajęło trzecie miejsce w pewnym konkursie na opowiadanie kryminalne. Dziś patrzę na nie z dużym dystansem, wiele rzeczy bym zmienił, ale zapoczątkowało ono w jakiś sposób moje pisanie, a nawet swoistą "mini-serię" :)
    Jest dużo sucharów, intryga szpiegowska i tajny model nowego, polskiego karabinka szturmowego (nikt wtedy jeszcze nie słyszał o #msbs, więc trochę #wizjonercontent ( ͡° ͜ʖ ͡°) )

    Świerszcz

    Obudził mnie ten wiercący dziury w mózgu, nieustępliwy i przerażający dźwięk budzika. Sądzę, że budzik jest jedną z najstraszniejszych rzeczy wymyślonych przez człowieka, a wierzcie mi – wiele strasznych rzeczy w życiu widziałem. Po uciszeniu wyjącej maszyny, opadłem bez sił z powrotem na łóżko. Kiedy złapałem już oddech, ponownie podniosłem z łoża moje doczesne szczątki i wyruszyłem, aby rozpocząć kolejny dzień mojego życia.
    Spoglądając w lustro ze zdziwieniem stwierdziłem, że wyglądam dokładnie tak samo jak wczoraj! Ba! Przedwczoraj również prawie identycznie! Jakież to niesamowite od lat oglądać w odbiciu swoją nieuporządkowaną czuprynę czarnych włosów, parę swych oczu. Nos również był zdecydowanie mój. Robiłem to, co robiłem również prawie każdego ranka przedtem – jadłem śniadanie, goliłem się, myłem zęby. Ubrałem się. Zadzwonił mój telefon. To szef. Miałem pojechać od razu na miejsce zbrodni. Zapowiadał się kolejny dzień, taki jak dziesiątki, setki poprzednich. Ale – jakżeby inaczej – myliłem się, a ironii dopełniał fakt, że jeszcze o tym nie wiedziałem.

    Podjechawszy niedaleko miejsca odgrodzonego żółtą taśmą, wysiadłem z samochodu. Mijając policjanta, mimowolnie pokazałem swoją legitymację, tak na wszelki wypadek, gdyby facet po pięciu latach pracy ze mną zapomniał, kim jestem i jak wyglądam.
    Sam nie wiem, co sprawiło, że zostałem detektywem. Zwyczajnie potrafiłem obserwować, dochodzić do trafnych wniosków. Często widziałem to, co innym umykało.
    – Czołem – powiedziałem szefowi. Poczciwy z niego chłop.
    – Łukaszu – nie wiem czemu nie lubię, kiedy akurat on używa mojego imienia – jak widzisz po prawej – mamy tu zwłoki i jak widzisz po lewej, mamy tu również gości. Fakt. Obok mojego szefa stało dwóch ludzi, których widziałem w swym życiu po raz pierwszy. Pierwszy z nich miał na sobie sztruksowy płaszcz, zwykłe dżinsy i zamszowe buty. Około czterdziestki. Worki pod oczami sugerowały że mało sypia, żółte paznokcie krzyknęły w moim kierunku, że ich właściciel jest aktywnym palaczem, a brak obrączki powiedział mi, że nie jest żonaty. Najprawdopodobniej pracoholik. Jednak mimo to sprawiał wrażenie zadbanego. Drugi ubrany był niemal identycznie, jednak prawie o głowę niższy od pierwszego. Również nieżonaty. Od razu widać, że trzy-czwarte swojego roboczego czasu spędzali w biurze.
    – Dzień dobry! Wiele o panu słyszeliśmy, panie Groszewski!
    – Doprawdy? Niby dlaczego?
    – Myślę, że dobrze pan wie, panie Groszewski!
    Dziwny facet. Ten drugi tak samo. Przedstawili mi się, po chwili jednak zapomniałem, jakie nazwiska podali. Zresztą to nieistotne, bo od razu było widać, że kłamali. Czekałem na moment, kiedy założą czarne okulary i pstrykną mi w oczy czymś, dzięki czemu zapomnę, dlaczego tu jestem i jaki prezent dostałem na piąte urodziny.
    – Możemy pana prosić o chwilę na osobności?
    Mogli.
    – Widzi pan, przestępstwo, jakie tu popełniono, ma związek z czymś większym.
    – Niech zgadnę– próbujecie ratować świat?
    – Coś w tym stylu. Spojrzałem na zwłoki. Mężczyzna, na oko koło trzydziestki. I po raz kolejny – ciemny płaszcz. Jednak oprócz rany postrzałowej w samym środku klatki piersiowej, w oczy rzuciły mi się zadrapania na lewej ręce ofiary. Mężczyzna trzymał coś ważnego. Coś ważnego dla zabójcy.
    – Czy ofiara to ktoś z waszych?
    – Co ma pan na myśli?
    – Myślę, że dobrze wiecie, panowie – rzuciłem z szelmowskim uśmiechem na twarzy. Przez krótki ułamek sekundy widziałem na ich twarzy zaskoczenie, po chwili znakomicie ukryte, dzięki latom treningów i szkoleń. Jednak ta sekunda ich zdemaskowała. Nie spodziewali się, że zgadnę, iż pochodzą z kontrwywiadu.
    – Słuchajcie ludzie – dodałem po chwili – nie wiem, co tu do cholery się dzieje. Wiem za to, że kilka metrów ode mnie leży trup, a wam zależy na tym, żeby ustalić, kto go wykończył. Jednak nie mówicie mi wszystkiego, co utrudnia mi robotę. Powiecie mi, co jest grane? Zamieniam się w słuch.
    – Niech pan posłucha, panie Groszewski – powiedział jeden z tajniaków – widzę, że jest pan jeszcze bystrzejszy, niż słyszeliśmy, jednak dla pana wiadomości – to, co się tu dzieje, czy raczej stało – spojrzał wymownie na zwłoki – to nie było zwykłe morderstwo, więc proszę nie bagatelizować sprawy. Czy chce pan jeszcze się przyjrzeć zwłokom, czy może pan już jechać z nami?
    Mimo że mama nauczyła mnie, aby nie wsiadać do samochodu z nieznajomymi ludźmi, pojechałem z nimi. Na szczęście nie znajdowałem się w bagażniku z zakneblowanymi ustami, więc miałem przeczucie, że wszystko będzie w najlepszym porządku.

    Jechaliśmy szarym mercedesem. Niezła bryka. Silnik mruczał cicho, gdy przejeżdżaliśmy wąskimi uliczkami. A kanapa... Cóż to była za kanapa! Była wygodniejsza niż ta, na której nieraz spałem, będąc w domu. Mógłbym mieszkać w tym samochodzie. Jedyne, czego tam nie było, to wysuwanego barku z szampanem czy wyrzutni rakiet przeciwlotniczych, choć co do tego drugiego, to pewności nie miałem. Jeden z płaszczaków zaczął w końcu wprowadzać mnie w sprawę.
    – Widzi pan... sprawa jest większej wagi, niż się panu być może wydaje. Do naszej siedziby został jeszcze spory kawałek drogi, więc zaznajomię pana z faktami, lecz najpierw niech mi pan powie co stwierdził pan podczas oględzin ofiary. Jeśli chce pan, żebyśmy wszystko panu powiedzieli, najpierw pan powie wszystko nam.
    – Dobrze więc. Ofiara została trafiona w środek serca. Szybka śmierć. Precyzyjnie wymierzony pocisk. Najprawdopodobniej kaliber 9mm, sądząc po ranie wlotowej. Robota fachowca. Jestem tego pewien. Strzał został oddany z niedalekiej odległości, najwyżej 3 metry. Ofiara spodziewała się śmierci, na jej twarzy nie było widać zaskoczenia. Wasz człowiek trzymał w ręku coś, na czym zależało zabójcy – być może walizkę z bombą atomową, lub czymś w tym waszym „tajniackim” stylu.
    – Nie, nie, panie Groszewski – tego typu rzeczy są bezpieczne.
    – Moment... Czy wy sugerujecie mi, że...
    – Proszę pana – Słusznie pan zgadł – nasz człowiek miał przy sobie walizkę. Znajdowały się w niej niezwykle ważne dokumenty. Niech pan doceni to, co panu teraz powiem, inaczej może się to źle dla pana skończyć.
    – Czyli nie mam wyboru?
    – Jasne, że ma pan wybór. Tylko po prostu jeden z nich jest słuszny, a drugi... może się źle dla pana skończyć.
    – Rozumiem...
    – Nie wątpię. W walizce znajdowały się dokumenty i plany dotyczące prototypu nowej broni. Broń prawie perfekcyjna. Symfonia śmierci, cud przemysłu zbrojeniowego. Idealny, wielofunkcyjny karabin szturmowy. Co najważniejsze – broń miała powstać w Polsce! Wyobraża pan sobie, co to oznacza?
    – Że żołnierze na całym świecie biegaliby z pukawkami z napisem „Made in Poland”?
    Udał, że nie usłyszał.
    – To oznacza kontrakty, produkcję na wielką skalę, przełom na światowym rynku broni, panie Groszewski, a przede wszystkim to, że nasz kraj w końcu pokazałby pazur! W końcu pokazalibyśmy, że jesteśmy w stanie stworzyć coś nowego, zupełnie nowego, nieopierającego się na konstrukcji ponad siedemdziesięcioletniego AK!
    – A czym wyróżnia się ten wasz karabin?
    – Prostotą, niezawodnością, nowoczesnością połączoną z siłą rażenia. Prosty i brutalny karabin o nazwie prototypowej „Świerszcz”.
    – No. Słyszałem, że pracujecie też nad serią ciężkich czołgów „Motyl”? Choć nie – widzę w tym sens! Arabskich terrorystów trafi szlag przy samych próbach wymówienia tej nazwy. Genialne! Chyba nie załapał. Rany. Gdzie podziało się ich poczucie humoru?
    - Może się pan śmiać, lecz w tym momencie członek niewiadomego nam wywiadu dąży do dostarczenia planów broni swym przełożonym.
    - Rozumiem... Czego konkretnie ode mnie chcecie?
    – Musi pan przyjrzeć się motywom potencjalnych państw. Musi pan rozgryźć, czyj wywiad stoi za morderstwem naszego kolegi i za wykradnięciem naszych dokumentów. Na szali stoi honor i kto wie, czy nie przyszłość naszego kraju.

    Centrala znajdowała się w niepozornej kamienicy. Niesamowite, jak ci ludzie ukryli tam superkomputer, wraz z personelem i garścią łysych ochroniarzy wyższych ode mnie o głowę. Kiedy rozsiadłem się na zaskakująco komfortowym taborecie, miałem przed sobą kilka różnych ekranów, biurko, na nim klawiaturę, myszkę i biały kubek z kawą, jak przypuszczam po brązowym kolorze cieczy.
    – Ma pan tu wszystko, czego pan może potrzebować. Wie pan co ma robić. Jakieś pytania?
    – Tak. Czy na tym sprzęcie poszedłby „Battlefield”?
    Niesamowite, jak jemu cały czas udaje zachować się powagę. Czyżbym miał tak kiepskie poczucie humoru?
    Nie odpowiadajcie.
    – A tak poważnie – gdzie będę spać?
    – Żartuje pan? Oczekujemy, że rozwiąże pan sprawę do końca dnia. Była druga po południu.

    Miałem do dyspozycji komputer, na którym znajdowały się wszystkie dane związane z tą sprawą, zdjęcia z miejsca zbrodni w jakości takiej, że aparat odpowiedzialny za nie, musiał wyglądać jak mobilna wyrzutnia rakiet balistycznych. Oprócz komputera miałem też zwykłe papierowe akta i ten głupi taboret. Po dwóch godzinach pracy zacząłem się zastanawiać, czy może na miejscu zbrodni nie zostały jakieś ślady DNA, odciski palców, cokolwiek. Jednak zanim podzieliłem się moimi przypuszczeniami z „płaszczakami”, doszedłem do wniosku, że chodzi tu przecież o wywiad. Wywiad na tyle zaawansowany, żeby przeniknąć do naszego wywiadu, wykończyć jednego z „płaszczaków” i zabrać mu walizkę. Taki wywiad raczej nie zostawia za sobą tak oczywistych śladów. Zastanawiało mnie też, czemu martwy już w tym momencie „płaszczak” nie przypiął sobie walizki do ręki kajdankami. Pracujemy nad przełomową bronią, a nie stać nas na kajdanki? No i po jaką cholerę w ogóle wypuszczać na miasto jednego gościa, bez żadnej obstawy z walizką, od której zależy tak wiele? O co tu chodzi? Godzina za godziną– czas mijał. Każde państwo to osoba podejrzana. Każdy podejrzany miał swoje motywy, swoje lepsze lub gorsze alibi. Jednak coś tu nie pasowało. Miałem przed oczami twarz ofiary. Wyraz jej twarzy nie zdradzał żadnych emocji, a już w ogóle przerażenia czy zaskoczenia. Strzał w klatkę piersiową, a nie w plecy. Coś tu śmierdziało i bynajmniej nie chodziło tu o tę podejrzaną brązową ciecz w białym kubku.

    Dowiedziałem się, jak bardzo dokładnie operacja była zaplanowana. Z różnych budynków, w różnych rejonach miasta w tym samym czasie wyszło pięciu ludzi w płaszczach z identycznymi czarnymi walizkami, zmierzając w różnych kierunkach. Cztery kierunki zostały podane w danych komputerowych, jednak piąty był tajny do tego stopnia, że oficjalnie go nie było. Cel swej podróży znała tylko osoba niosąca walizkę. Powodem przeniesienia dokumentów w bezpieczniejsze miejsce była „niestabilność wewnętrzna”. Podejrzewam, że obawiano się infiltracji, więc postanowiono przenieść plany w bezpieczne miejsce, a nie przewożono ich w konwojach, bo te na pewno zwróciłyby na siebie uwagę. Każdą trasę zaplanowano tak, by była identycznej długości, co pozostałe. Przejrzałem dziesiątki, jeśli nie setki stron akt. Spędziłem kilka godzin na dogłębnym obserwowaniu zdjęć. Analizowałem dostępne informacje. Dedukowałem. Nawet nie zastanawiałem się, ile zależy od mojego osądu, od tego czy rozwiążę sprawę. Byłem pochłonięty pracą do tego stopnia, że nie zauważyłbym nawet, gdyby ktoś wyniósł z pomieszczenia ten enigmatyczny kubek z jeszcze bardziej enigmatycznie pachnącą zawartością. Cały czas coś mi nie pasowało. Pracowałem jednak dalej, niczym maszyna. Spojrzałem na zegarek – zbliżała się piąta po południu. Do pokoju wszedł jeden z płaszczaków, jednak ani ja, ani on nie byliśmy w nastroju do przyjacielskiej pogawędki o łowieniu ryb i pogodzie. Cała układanka zaczęła nabierać kształtu. Przypomniało mi się dzieciństwo, kiedy to 2000 małych śmiesznych puzzli zaczęło powoli tworzyć piękny obraz rzymskiego koloseum. Nie wiem, jakim cudem wtedy chciało mi się tyle nad tym siedzieć – dziś prędzej dostałbym szewskiej pasji, niż dopasował do siebie choć 5 puzzli. W każdym razie sprawa wyglądała właśnie tak, jak owe koloseum. Z tym, że brakowało dosłownie jednego małego kawałka. Zupełnie, jakby jeden kawałek uciekł, a drugi był z zupełnie innej układanki. Jednak około godziny siódmej wieczorem wszystko było już dla mnie jasne. Znalazłem ów brakujący fragment w innym zestawie puzzli. Skubany, myślał, że schowa się wśród panoramy Paryża! Nadszedł czas, by przekazać tajniakom okrutną prawdę.

    – Czy jest pan tego pewien? – upewnił się po raz setny znajomy „płaszczak”
    – Jak tego, że tu stoję – dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że siedzę na tym cholernie niewygodnym taborecie – sytuacja wyglądała mniej więcej tak...

    Płaszczak zatrzymał się nagle, nerwowo spoglądając na zegarek. Zaczął rozglądać się dookoła, przestępując z nogi na nogę. Ujrzał człowieka w skórzanej kurtce zmierzającego w jego kierunku spokojnym, lecz pewnym siebie krokiem.
    – Widzę, że dotrzymał pan obietnicy.
    – Zgadza się. Na nas można zawsze polegać. Z kolei zastanawia mnie, dlaczego bez skrupułów postanawia pan zdradzić własny kraj.
    – Panie Smith..
    – Dobrze pan wie, że się tak nie nazywam, prawda?
    – Panie X – tutaj, w moim kraju jestem niedoceniany! Mógłbym być szefem tutejszego wywiadu! Poza tym... za tak marne pieniądze..
    – Cóż.. dobrze pana rozumiem..
    – Nie. Nie rozumie pan.
    – Jak pan sądzi. A więc.. ma pan klucz?
    – Tak – odpowiedział „płaszczak”, po czym zabrał się do rozpinania kajdanek przypiętych z jednej strony do walizki, a z drugiej do jego lewej ręki. Rozumiem, że moje honorarium jest już przelane?
    – Tak jak się umawialiśmy – przed chwilą dałem znać, aby moi ludzie przesłali 15 milionów dolarów na pana sekretne konto w banku szwajcarskim.
    – Może pan myśleć, że robię to dla pieniędzy... cóż.. ma pan rację. Choć raz zostanę porządnie wynagrodzony za to, co robię. Pan X podszedł do „płaszczaka”, aby wziąć od niego walizkę.
    – Mam jeszcze jedno pytanie.
    – Słucham pana, panie X.
    – Co zamierza pan zrobić z pieniędzmi?
    – Pławić się w luksusie. W cholernym luksusie, przez duże „L”!
    – Rozumiem. Nasz rząd jest wdzięczny za współpracę. Samochód czeka zaparkowany za rogiem. Kluczyki podpięte są pod pobliskim śmietnikiem.
    – Interesy z panem, to czysta przyjemność – rzucił „płaszczak”, kiedy pan X zaczął się oddalać. Nagle do uszu „płaszczaka” doszedł dźwięk odbezpieczanej broni. W ciągu ułamku sekundy pan X zdążył obrócić się, odbezpieczyć swoją berettę 92, wycelować i strzelić. Czas na chwilę zwolnił. Pocisk 9mm parabellum, opuścił lufę i z prędkością 370 m/s zaczął, obracając się wokół własnej osi, szybować w kierunku niczego nie spodziewającego się „płaszczaka”. Pocisk wdarł się do serca, aby po chwili je opuścić i poszybować dalej w noc, zostawiając za sobą śmiertelne żniwo. Agent nie zdążył nawet mrugnąć. Pan X obrócił się i odszedł.

    – Zdaje pan sobie sprawę, do czego doszło?! – zaczął się na mnie wydzierać jeden z tajniaków
    – Tak. Wasz wywiad został skompromitowany.
    – Nie możemy teraz nikomu ufać. Jednak nie to jest teraz najważniejsze. Czy udało się panu ustalić, kim jest pan X?
    – Jasne, że tak – powiedziałem z satysfakcją.
    Popatrzyłem na zegarek. Robiło się późno. Byłem zmęczony, ale zadowolony z siebie. Pomyślałem sobie – właśnie rozwiązałem najtrudniejszą zagadkę mojego życia. Dlatego właśnie zostałem detektywem – dla tej właśnie satysfakcji. Zaproponowano mi podwiezienie do domu, jednak odmówiłem. Potrzebowałem się przejść. I napić. Jednak priorytetem był spacer. Może dlatego, że ludzka technologia nie znalazła sposobu na teleportację. Wszedłem do mojego ulubionego baru. Usadowiłem się w moim ulubionym miejscu, zamówiłem szklankę szkockiej. I tak kiedy sączyłem ognisty napój, zauważyłem, że w telewizorze właśnie lecą wiadomości. Moją uwagę zwróciła relacja z miejsca zbrodni, na którym gościłem dziś rano.
    – Dziś rano w tej niepozornej uliczce odkryto zwłoki ważnego biznesmena, którego tożsamości nie udało nam się ustalić. Jak podaje policja, mężczyzna zginął od ugodzenia nożem. Morderstwo było najprawdopodobniej skutkiem szamotaniny, która wynikła podczas próby rabunku. Policja próbuje ustalić tożsamość napastnika...
    Nie słuchałem dalej. Popatrzyłem na resztę ludzi oglądających ze mną telewizję. Biedacy, uwierzą we wszystko, co im się powie – pomyślałem tylko, uśmiechnąłem się lekko pod nosem i dopiłem resztę whisky. Wróciłem do domu, padłem na łóżko i zasnąłem kamiennym snem.

    Dwa dni później, kiedy siedziałem w umówionym lokalu, o umówionej godzinie, do mojego stołu dosiadło się dwóch znajomych „płaszczaków”.
    – Czujemy się zobowiązani, żeby poinformować, iż nie mylił się pan. Antyterroryści, pod pretekstem podejrzenia o przechowywanie narkotyków złożyli wizytę w mieszkaniu, które pan zasugerował. Znaleźli walizkę, jednak... była pusta...
    – Że co?!
    Nie mogłem uwierzyć. O co tu chodzi?
    – Walizka była pusta.
    – A więc pan X zdążył już przesłać je swym przełożonym...
    – Nie. Myli się pan, panie Groszewski – wypalił wyższy z „płaszczaków” z szelmowskim uśmiechem na twarzy.
    – A niech mnie...!
    I właśnie wtedy, w tym ułamku sekundy, w głowie zaświeciła mi mała, jasna i zgodna z unijnymi wymogami, energooszczędna żarówka. Tak po prostu doznałem olśnienia. Wszystko, w czym brałem udział, było tylko przykrywką; przedstawieniem, teatrzykiem dla małych, śliniących się dzieciaków, którymi to byli szpiedzy innych agencji wywiadowczych.
    – Prawdziwe dokumenty dotyczące „Świerszcza” w dalszym ciągu znajdują się tam, gdzie znajdowały się przez cały czas. Spodziewaliśmy się infiltracji, więc zaaranżowaliśmy małą... przeprowadzkę.
    – Nie doceniłem was – powiedziałem poirytowany, wstając od stołu. Przez pięć godzin ścigałem się z czasem, napędzany myślą, że mogę coś zrobić dla mojego kraju, rozwiązać ważną zagadkę, a tymczasem byłem jedną, głupią marionetką w rękach tych... tych... ARGH! Jednak pomimo irytacji, uśmiechnąłem się pod nosem. Skubańcy, są dobrzy w te klocki!! Kiedy już miałem wyjść z restauracji, jeden z płaszczaków, tym razem niższy, który dotychczas prawie się nie odzywał, wyartykułował ze spokojem w moim kierunku następujące słowa: „Podczas minionych wydarzeń, wykazał się pan niesamowitą bystrością i umiejętnością kojarzenia faktów. Spełnił pan nasze oczekiwania, panie Groszewski. Właśnie takich ludzi potrzebujemy. Czy może zechciałby pan...”
    – Nie – przerwałem „płaszczakowi” z diabelskim uśmiechem na twarzy i najbardziej sarkastycznym tonem, na jaki było mnie stać i dodałem- Ja mam jeszcze poczucie humoru.

    #jakuboweczytadla
    Wołam: @PanDzikus @Netindel @DOgi @crowbar @BQP @sit0 @Pangur_Ban @Derdek @GTZRV @Matus20095
    pokaż całość

  •  

    Znów nieco inaczej! Jakieś takie w sumie trochę zapomniane, niedługie czytadło. Dajcie znać, co sądzicie!

    Nie zapomnij

    Dave siedział na ławce w miejskim parku i słuchał muzyki płynącej ze słuchawek. Podekscytowany, chłonął każdy dźwięk, jaki wydobywał się z małych głośniczków, gdyż właśnie teraz przesłuchiwał nowy album swojego ulubionego zespołu po raz pierwszy. Mniej więcej w połowie pierwszego utworu, ze stanu głębokiego zamyślenia wyrwał go wrzask klaksonu, który niósł się pośród szklanych budynków ogromnego miasta. Dave otworzył zamknięte dotychczas oczy i ujrzał, że stoi przed nim bardzo piękna, jasnowłosa kobieta. Uśmiechnęła się szeroko i szczerze, lecz Dave odniósł wrażenie, że dostrzega w tym uśmiechu odrobinę smutku. Zignorował jednak to uczucie, czym prędzej wyciągnął słuchawki z uszu, by spytać ją... właśnie – pomyślał sobie Dave – o co tak naprawdę powinienem spytać? Kobieta dalej stała naprzeciwko niego i nie odrywała od niego wzroku, nie ulegało więc wątpliwości, że patrzy na niego. Mimo to Dave jednak obejrzał się za siebie, aby się upewnić, czy aby uwagi ślicznej blondynki nie przykuła na przykład wiewiórka, czy cokolwiek innego przyciągającego uwagę bardziej, niż on.
    – Czy mogę pani w czymś pomóc?
    David zawsze słynął z oryginalnych tekstów.
    – Tak, właściwie to tak. Czy mógłby mi pan powiedzieć, która aktualnie jest godzina?
    – Jak najbardziej! – Ucieszył się David i zadowolony, że może pomóc nieznajomej, podwinął rękaw, odsłaniając jednak całkiem normalny i pusty nadgarstek.
    – Widzi pani... wygląda na to, że zapomniałem zegarka. Proszę mi wybaczyć, ostatnio jestem trochę zapominalski.
    Kobieta roześmiała się, widząc tłumaczącego się Davida
    – Nie szkodzi! Wygląda na to, że i tak mam trochę czasu. Mogę się dosiąść?
    Dave zrobił jej miejsce na ławeczce jeszcze zanim zdążyła dokończyć zdanie. Był podekscytowany.
    – To bardzo ciekawy widok, wie pan – wskazała na zwisające słuchawki, widząc pytające spojrzenie Davida – widzieć kogoś siedzącego na ławce, pochłoniętego słuchaniem muzyki, w środku tak wielkiego i pełnego zabieganych ludzi miasta.
    – Tak, chyba niewiele osób praktykuje coś takiego, pani...?
    – Eve. Mam na imię Eve.
    – Bardzo miło mi cię poznać, Eve. Ja jestem David.
    I zaczęli rozmawiać, a czas – jak to ma w zwyczaju w takich przypadkach – przyspieszył niemiłosiernie swój bieg. Kiedy nadszedł wieczór i światła latarni zaczęły rzucać długie, karykaturalne cienie, David zaoferował, że odprowadzi Eve do domu. Szli tak chodnikiem wśród setek wyjątkowych, a jednak bezimiennych ludzi zmierzających w tylko sobie znanych kierunkach, mijając kolejne szeregi błyszczących wszystkimi kolorami neonów, gdy Davidowi przyszła do głowy pewna myśl.
    – Wiem, jak to zabrzmi, ale – Dave usłyszał czyjś głos i jak się, ku jego przerażeniu okazało, dochodził on z jego własnych ust – czy się już kiedyś nie spotkaliśmy?
    Eve zatrzymała się nagle, otwarła usta i kompletnie zdziwiona, zamknęła je, by znów po chwili ponownie je otworzyć i powiedzieć:
    – Nie, nie sądzę. Wiesz, to już tutaj – wskazała dłonią na drzwi, przy których stali. – Tutaj mieszkam.
    – Ach tak, w porządku – odparł nieco zbity z tropu Dave. – A co robisz jutro? Może spotkamy się tam gdzie dziś o tej samej porze?
    – Bardzo chętnie!
    Eve uśmiechnęła się ciepło, co w jakiś nieopisany sposób coś Davidowi przypominało i sprawiło, że w jego brzuchu zmaterializowała się nagle chmara motyli.
    – Tylko – Dave obrócił się jeszcze na pięcie – nie zapomnij!
    Roześmiani, pomachali sobie na pożegnanie, a Dave jeszcze parę razy obejrzał się za siebie, by zobaczyć jak Eve znika za drzwiami. Nucąc pod nosem, włożył słuchawki do uszu i postanowił, że pójdzie do domu, słuchając Sinatry.

    Eve, kiedy już dotarła do swojego prawdziwego mieszkania, oparła się o drzwi i zaczęła płakać. Łkając cicho, sięgnęła po obrączkę schowaną dotychczas w kieszeni jej płaszcza. Zamknęła oczy, żeby nie odpowiadać na spojrzenie pary szczęśliwych ludzi patrzących na nią zza szklanej ramki, wiszącej na ścianie. Obrączka, którą dzierżyła kurczowo w ręce, była identyczna, jak ta na palcu Davida. To już drugi miesiąc, odkąd jego choroba wymazała ją z jego pamięci. Z jego życia. Zapomniał.

    David usiadł sobie na ławce. Podekscytowany, że wreszcie będzie mógł po raz pierwszy przesłuchać nowy album swojego ulubionego zespołu. Nałożył słuchawki, zamknął oczy i pozwolił sobie odpłynąć na chwilę. Jednak po kilku minutach zorientował się, że stoi nad nim jakaś postać. Zdziwiony, zdjął słuchawki i nieco zmieszany spytał:
    – Czy mogę pani w czymś pomóc?

    #jakuboweczytadla
    Wołam: @PanDzikus @Netindel @DOgi @crowbar @BQP @sit0 @Pangur_Ban @Derdek @GTZRV @Matus20095
    pokaż całość

  •  

    Czas na kolejne opowiadanie! Tym razem trochę mroczniejsze ( ͡° ͜ʖ ͡°) Tak się złożyło, że zostało ostatnio wyróżnione w konkursie na opowiadanie kryminalne organizowane przez serwis wywrota.pl :) Miłej lektury, Mirki!

    Potrzaskany

    – A więc wreszcie się spotykamy.
    – Nie powinno się raczej zaczynać wypowiedzi od: „A więc”. Myślałem, że o tym wiesz.
    Jak na seryjnego mordercę, był nadzwyczaj spostrzegawczy. W mieszkaniu panował półmrok – światło słabej lampy stojącej w rogu rzucało groteskowo długie i nieco przerażające cienie. Deszcz stukał o parapet dosyć dużych okien, które z zewnątrz wyglądały jak oczy kanciastego, betonowego potwora. Lecz prawdziwy potwór mieszkał w środku.

    ***

    Zwłoki. Kolejne morderstwo. Detektyw Adams przetarł oczy, w nadziei, że chociaż zmysł wzroku uda mu się wybudzić po kolejnej ciężkiej nocy. Od kilku dni w mieście panował tak piekielny zaduch, że sen nie dawał jakiegokolwiek wypoczynku. Ale Adamsowi było to obojętne. Czy z nieba lał się żar, czy też hektolitry wody – jemu było wszystko jedno. Z jego perspektywy świat był uderzająco szary; wyblakły; monotonny, jak gdyby patrzył nań przez przytłaczające okulary przeciwsłoneczne.
    Przed nim, w plastikowym worku znajdowało się ciało. Twarz, którą miał przed sobą, teraz już pusta i zimna, wydawała się Adamsowi znajoma, nie potrafił sobie jednak przypomnieć, skąd mógłby kojarzyć tego młodego mężczyznę.
    – Ustaliliście już jego tożsamość? – spytał stojącego obok policjanta.
    – Jeszcze nie – nie miał przy sobie żadnego dowodu tożsamości, nikt nie zgłosił jeszcze także jego zaginięcia.
    Może minąć trochę czasu, zanim ta tajemnica zostanie rozwiana. A to już drugie morderstwo w przeciągu dwóch dni...

    ***

    – Napije się pan czegoś, detektywie?
    – Pozwolisz Walterze, że sam się obsłużę.
    – Pewnie, czuj się jak u siebie.
    Detektyw Adams dostrzegł, że na stoliku stojącym między nim a jego rozmówcą znajdują się dwie szklanki i butelka whisky. Zupełnie, jak gdyby był tutaj zapowiedzianym gościem.
    – Gdyby pan chciał, mam także kubańskie cygara na specjalną okazję, a to – jak mniemam – chyba jedna z nich.
    – Nie palę.
    – Wiem. A ja nie mam kubańskich cygar, ale pomyślałem, że ten tekst doda konwersacji odrobinę klasy.
    Detektyw Adams wziął do dłoni szklankę, na co tym samym zareagował Walter. Skinęli sobie nawzajem i wzięli po sporym łyku alkoholu praktycznie jednocześnie.

    ***

    Czwarte ciało. Dobrze, że prasa jeszcze się nie dowiedziała. Adams kompletnie nie miał pojęcia, co się dzieje. Seryjni mordercy z reguły mają jakiś motyw i nawet jeśli ich umysły są skrzywione, to gdzieś w ich perfidnej mentalności, postępują oni według konkretnych wytycznych. Biorą na cel przedstawicieli konkretnej klasy społecznej, zawodu, czy też płci lub grupy wiekowej. Tutaj nic się nie zgadzało. Najpierw zginęła samotna kobieta w średnim wieku. Poderżnięte gardło. Potem młody mężczyzna, jak się okazało – turysta. Skręcony kark. Potem znów mężczyzna, tym razem bogaty, lecz mający sześćdziesiątkę na karku. Strzał w tył głowy. A teraz kobieta. Adams wiedział, że stoi za tym wszystkim ten sam zabójca. Przeczucie. Nie mogło być zbiegiem okoliczności, że dzień po dniu giną cztery osoby, każda w tak odmienny sposób. Te zabójstwa zbyt się od siebie różniły. Zupełnie, jak gdyby ktoś specjalnie unikał rutyny w odbieraniu życia. Musiał istnieć jakiś wzór, który pozwoliłby połączyć te cztery zbrodnie. Teoria chaosu.
    Adams znów odnosił wrażenie, że zna osobę, którą dziś koło południa znaleziono z plastikowym workiem na głowie. Znał lub chociaż gdzieś ją już kiedyś widział.
    Odczuwał zmęczenie. Świat wydawał mu się bardziej szary niż kiedykolwiek wcześniej. Chciał się przejmować losem tych ludzi, żeby jakoś zmotywować się do schwytania przestępcy, lecz wszystko było mu obojętne. Znał jednak pewien sposób, jak temu zaradzić. Bar.

    ***

    Odstawili szklanki na stół. Adams czuł, jak whisky powoli wypala mu wnętrzności.
    – Do rzeczy, panie Adams. Czemu zawdzięczam sobie tę wizytę?
    – Wiem, co zrobiłeś.
    – Co zrobiłem?
    – Odebrałeś życie kilku osobom, Walterze. Czas stawić czoła konsekwencjom.
    – Ach! Więc to o to chodzi. Słyszałem o policyjnym śledztwie. Łączycie sprawy, które nie miały ze sobą nic wspólnego. Cztery morderstwa wyglądające na zupełnie losowe. Różne miejsca zbrodni, różne osoby, różne klasy społeczne, różne przyczyny śmierci. Brak jakiegokolwiek wzoru. Nie dość że bezpodstawnie mnie pan oskarża, to jeszcze nie o jedną, a o wszystkie z tych okrutnych zbrodni!
    – Wiem, że to zrobiłeś, Walterze.
    – Hmm... - na jego twarzy pojawiło się teatralne zamyślenie – Nie jestem specjalistą od procedur sądowych, ale o ile się nie mylę, potrzebuje pan chyba dowodów, prawda?
    Detektyw Adams mimowolnie zacisnął dłoń na szklance, aż pobielały mu palce. Wlał sobie do gardła odrobinę ognistej cieczy. Walter zawtórował mu bez zawahania.
    – Ach i tu chyba kończy się pana dochodzenie, czyż nie? Brak panu dowodów. Niezmiernie mi przykro z tego powodu!
    – Na pewno coś pominąłeś. Musiałeś zostawić jakiś ślad. Poszlakę. Cokolwiek. Ja to znajdę. Możesz być tego pewien. A wtedy...
    – Proszę nawet nie próbować mnie zastraszać. Znam te wasze metody. Będę mówić otwarcie, bo zakładam, że nie ma pan podsłuchu. Nie – to nie byłoby w pańskim stylu. Widzę, że przyszedł pan tu prosto z baru – pana ubrania przesiąknięte są dymem papierosowym, mimo że pan przecież nie pali. A więc porozmawiamy jak pies myśliwski z wilkiem.
    – Nie powinno się zaczynać wypowiedzi od: „A więc”.
    Walter uśmiechnął się nieznacznie.
    – Słuszna uwaga.
    Mierzyli się wzrokiem w milczeniu przez jakiś czas. Za oknem zawył wiatr, jak gdyby gdzieś w oddali ryczał jakiś tytaniczny potwór. Przez chwilę krople deszczu, gnane wichrem, uderzały natarczywie w szyby.
    – Wracając jednak do tematu – nie ma żadnego śladu, o którym pan wspominał. Nie ma żadnego błędu. Nie ma żadnego niedopatrzenia, pomyłki, słabego punktu. Choćby wszystkie pobliskie jednostki policji zaczęły szukać – nie znajdą nic. Ale tak się też nie stanie; poszukiwania się nie odbędą, bo przecież nikt nie będzie polegać na pańskim przeczuciu. Nikt już panu nie ufa. I tak ma już pan opinię niezrównoważonego. Widzi pan, panie Adams, tyle mówi się, że nie ma zbrodni doskonałej. Ależ idą w zaparte ci wielcy specjaliści! A tymczasem o takich geniuszach, jak ja, nie wspomina się wcale, a nie jestem – proszę mi wierzyć lub nie – odosobnionym przypadkiem. Nigdy nie odkryjecie sprawcy tych czterech morderstw, mimo że macie mnie prawie pod samym nosem!
    Walter zaśmiał się rubasznie, lecz szybko przestał. Zapadła cisza. Deszcz stukał uporczywie o parapety okien, woda ściekała w rynnie z głośnym, lecz przytłumionym szumem. Gdzieś niedaleko przejeżdżał ambulans, wyjąc przeraźliwie. Detektyw Adams uświadomił sobie, że dalej ściska w swojej dłoni pustą już szklankę. Odstawił ją powoli na stolik. Walter, jak gdyby przedrzeźniając go, zrobił to samo.
    – Widzisz, Walterze – zaczął powoli Adams – z czterech wspomnianych przez ciebie morderstw, media wiedzą jedynie o trzech. To ciekawe. Powiedziałeś także, że nie są one ze sobą w żaden sposób powiązane. Tutaj się pomyliłeś. Istnieje jeden czynnik, jedna nić łącząca ze sobą wszystkie te zbrodnie.
    – Ten sam detektyw stojący nad każdą z ofiar – dokończyli jednogłośnie.
    Adamsa w momencie ogarnęła furia. Wyciągnął pistolet, który dotychczas spoczywał schowany pod jego kurtką i wycelował go w Waltera. Mimo, że zrobił to najszybciej, jak potrafił, Walter także już do niego mierzył.
    – Dalej, panie Adams. Bardzo proszę. Proszę wymierzyć sprawiedliwość. Proszę wyręczyć ten słaby i skorumpowany system! Możemy zobaczyć, kto będzie szybszy. Możemy bez problemu sprawdzić, czyje nerwy działają szybciej. Szanse zdają się być wyrównane, bo wygląda na to, że korzystamy z tych samych pistoletów. – Walter wykrzywił twarz w brzydkim grymasie, który miał być chyba pogardliwym uśmiechem. W panującym półmroku widać było wyraźnie jego błyszczące na biało zęby
    – Proszę, panie detektywie. – Chwila milczenia. – Tylko jeden z nas wyjdzie stąd dziś żywy, zgadza się?
    Tego pytania Walter nie zdążył już dokończyć, gdyż huk wystrzału zagłuszył jego ostatnie słowa. Kiedy pocisk dotarł do klatki piersiowej Waltera, ten nagle rozsypał się na tysiące małych, ostrych, krystalicznych kawałków.
    Zapadła cisza. Przytłaczająca, dusząca każdy dźwięk cisza. Detektyw Walter Adams rozpłakał się.
    – Myliłeś się. Żaden z nas nie wyjdzie stąd żywy.
    Chwilę po wypowiedzeniu tych słów, padł kolejny strzał z broni detektywa. Tym razem pocisk mógł wtopić się w prawdziwą, ludzką tkankę.
    Ostatnią rzeczą, o jakiej pomyślał Adams, były kolory. Nigdy już nie przypomni sobie, jak to jest widzieć kolory.

    Dwa dni później, o poranku, pewien młody chłopak dorabiający sobie w trakcie wakacji rzuci kolejne wydanie gazety na kolejne podwórko identyczne, jak pięć poprzednich i pięć następnych. Na pierwszej stronie gazety, która właśnie będzie frunąć w kierunku domu, napisane będzie wielkim, czarnym drukiem: „Seria morderstw zatrzymana. Policja nie ma pojęcia, dlaczego! Czy jesteśmy już bezpieczni?”. Każda z tych liter zazna na parę chwil ciepłych słonecznych promieni. Takiego komfortu nie doświadczy jednak maleńka informacja schowana gdzieś w dolnym rogu piątej strony: „Detektyw Walter Adams popełnił samobójstwo w swoim mieszkaniu. Jego śmierć wstrząsnęła kolegami z pracy. Zostanie zapamiętany jako świetny śledczy i wzorowy stróż prawa.”

    #jakuboweczytadla
    pokaż całość

  •  

    Taki mój mirkowy debiut - odnośnie mojego komentarza. Chciałbym się z Wami podzielić takim moim czytadłem popełnionym jakiś czas temu – może się komuś spodoba, może ktoś się uśmiechnie przy tym. :) Gdyby ktoś chciał odpowiednio sformatowaną wersję pdf, to też mogę bez problemu dostarczyć :)

    "Los"

    – Raport. W tej chwili.
    Szef oparł się o pulpit. W Sali Kontrolnej panowało ożywienie, nikt nie rozmawiał, gdy nie było to absolutnie konieczne. Papiery szeleściły; słuchać było stukanie palców o klawisze. Każdy skupiony był na swoim zadaniu. Przełożony cicho westchnął. Czeka go dużo pracy.
    – Tam na dole jest środa. Godzina szesnasta trzydzieści dwie, sekund czterdzieści sześć. Śladowe zachmurzenie, widoczność bardzo dobra; dwadzieścia dwa stopnie Celsjusza; wilgotność powietrza...
    – Dosyć, wystarczy.
    Dwójka zawsze była nadgorliwa, choć czasem się to przydawało. Trójka wiedziała, że przyszła na nią kolej.
    – Praca serca odrobinę przyspieszona, oddech w normie, ślady adrenaliny w krwiobiegu; rozszerzone źrenice. Jest podekscytowany, Szefie.
    Naturalnie. Każdy człowiek na jego miejscu byłby podekscytowany. Szef zapalił papierosa.
    – Czwórka?
    – Czwórka jest na urlopie, Szefie. Jestem na zastępstwie – odparła Dwunastka.
    – W porządku. Daj obraz.
    Przed Szefem i jego zespołem ukazał się spory ekran, a na nim człowiek wpatrujący się w lustro. Kończył właśnie szczotkować zęby. Zaczął wypróbowywać różne uśmiechy. Szef znał już je wszystkie: nonszalancki pół-uśmiech, entuzjastyczny rogal, nieśmiały uśmieszek. Postać w lustrze zaczęła bezgłośnie poruszać ustami.
    – Piątka – co dzieje się z dźwiękiem?!
    – Pracuję nad tym, Szefie!
    Numer Pięć szturchnął palcem kilka przełączników i po chwili wszyscy usłyszeli:
    – ...radę. Dasz radę. Masz dużo do zaoferowania. Jesteś spoko gościem. Dasz radę, stary!
    Szef uśmiechnął się z lekkim politowaniem. W namyśle począł analizować mapę miasta, którą numer Dwadzieścia Jeden podrzucił mu przed chwilą.
    – Ósemka, co z autobusem?
    – Czeka w pogotowiu.
    – Modulator pogody?
    – Sprawny! - odparła Trzynastka – Przeprowadzić próbę?
    Szef pokręcił przecząco głową. Nie było takiej potrzeby – ten model nigdy ich jeszcze nie zawiódł. Swoją uwagę skupił teraz na analizie ruchu drogowego w okolicy. Z zamyślenia wyrwało go nerwowe pytanie Czterdziestki.
    – On zaraz użyje nowej wody toaletowej – co robić?
    – Natychmiast opróżnić butelkę!

    Jack właśnie skończył szczotkować zęby. Przejrzał się w lustrze jeszcze raz. Sięgnął do szafki po nową wodę toaletową. Spodobał mu się ten zapach i miał głęboką nadzieję, że Jej również się spodoba... Chwycił flakon, gdy ten nagle wyślizgnął mu się z dłoni i spadł na podłogę, roztrzaskując się na kawałki. Teraz przynajmniej dywanik będzie ładnie pachnieć. Jack, z żalem w sercu i kawałkiem potłuczonego szkła w stopie, sięgnął więc po zapach używany od lat. Złapał go dla pewności obiema dłońmi, przez co wyglądał teraz jak małe dziecko, któremu udało się schwytać konika polnego.
    Dobrze, że nikt mnie teraz nie widzi – powiedział do siebie na głos.

    Szef uśmiechnął się lekko pod nosem, a salę obiegł szelest stłumionych chichotów.

    Po chwili, Jack ruszył w kierunku szafy. Już od dawna wiedział, w co się ubierze. Ale teraz stał na środku przedpokoju i próbował zapanować nad pustką, która w mgnieniu oka opanowała jego umysł. Zapomniał gdzie i po co właśnie szedł. Wzruszył ramionami i poczłapał wyczyścić buty.

    – Dobra robota, Czterdziestko!
    Szef rzadko chwalił swoich podwładnych. Nigdy jednak nie rzucał słów na wiatr – Czterdziestka świetnie opanowała sytuację, stosując błyskawiczne wymazanie pamięci krótkotrwałej. Dosyć radykalny krok, ale skuteczny. Szef skrzyżował ręce na piersi. Wiedział, że gdyby Obiekt 325 nałożył tę czarną koszulę, sprawy bardzo by się skomplikowały.
    Wrócił do przeglądania map. Był pewien, że może polegać na swoim zespole – wszystko pracowało, jak dobrze naoliwiona maszyna składająca się z idealnie dopasowanych części.
    – Szefie, on już wychodzi – oznajmiła Dwójka.
    Szybko uporał się z wyładowaną baterią w zegarku. W porządku. Byliśmy na to przygotowani.
    – Sprowadzić deszcz? – spytała Trzynastka.
    – A czy on wziął ze sobą parasol?
    – Tak.
    – W takim razie nie. Ale trzymaj modulator pogody w pogotowiu.
    – Zrozumiano.

    Jack wyszedł z mieszkania. Upewnił się, że je zamknął. Dwa razy. A potem, kiedy był już na parterze, postanowił wrócić i sprawdzić jeszcze raz. Tak dla pewności.
    Wyszedł nieco później niż planował, ale i tak powinien zdążyć. Słońce wyszło właśnie zza chmur, więc wyglądał nieco śmiesznie z czarnym parasolem w prawej ręce, szczególnie, że wokół niego spod ziemi wyrósł nagle cały ogrom ludzi ubranych na „plażowo”, a więc właściwie bardziej rozebranych niż ubranych. Mimo tego, Jack postanowił, że nie wróci się przebrać. Wtedy już faktycznie mógłby nie zdążyć. Ruszył w kierunku przystanku autobusowego.

    – Szefie, wygląda na to, że nie wróci się przebrać.
    – W porządku. Ósemko – status autobusu, w tej chwili.
    – Sprawny.
    – Jak szybko możemy to zmienić?

    Przeklinając pod nosem stan techniczny transportu miejskiego, Jack wyłonił się szybko zza rogu, o mało nie wpadając na idącego z naprzeciwka starego kataryniarza, w nieodłącznym towarzystwie starej katarynki. Popędził dalej, nie mając nawet czasu, aby zastanowić się, skąd w tym mieście, do ciężkiej cholery, wziął się kataryniarz. Mógłby biec szybciej, gdyby zdecydował się na wykupienie karnetu na siłownię miesiąc temu. Teraz płacił za to cenę w postaci niepowstrzymanej ochoty wyplucia płuc. Ale był już blisko. Był także bardzo spóźniony. Kolor koszuli uwydatnił plamy potu.
    – Świetnie... – burknął pod nosem Jack.

    – Świetnie! – przyklasnął w dłonie Szef.

    – Przepraszam Cię najmocniej za spóźnienie! Nie uwierzysz, co mi się przytrafiło!
    Zrobiła tę jej zaskoczoną minę, ale po chwili uśmiechnęła się lekko, co zrzuciło Jackowi z serca głaz wielkości sporej ciężarówki. Jakkolwiek wydaje się to nieprawdopodobne i z fizycznego punktu widzenia niemożliwe – Jack naprawdę poczuł, jak ogromny ciężar opuszcza jego serce i, odbijając się gdzieś od przepony, trąca żołądek. Stąd to śmieszne uczucie, jakby w brzuchu zaczęły właśnie fruwać motyle. A przynajmniej tak tłumaczył sobie to Jack.
    Opowiedział jej o zepsutym autobusie, wszystkich wypożyczonych rowerach w miejscu, które reklamuje się tym, że nigdy nie brakuje w nim rowerów do wypożyczenia i o uszkodzonym transporcie skórek po bananach, które wysypały się na ulicę, powodując zatrważająco duże stężenie ślizgających się ludzi na metr kwadratowy. A Ona słuchała go z zaciekawieniem. Jack był zakochany w Niej i jej zaciekawieniu – niemal był wstanie dostrzec jak łapie każde jego słowo i zachowuje dla siebie, nie pozwalając uciec. Historie o fortepianie spadającym z drugiego piętra na samochód stojący dwa metry od niego oraz o kataryniarzu postanowił przemilczeć, gdyż w to już na pewno by mu nie uwierzyła.
    Po krótkim spacerze usiedli na ławce nieopodal rzeki. Zapadła cisza.

    – Dwudziestka, pomóż Czterdziestce!
    Usuwanie z ludzkich umysłów błyskotliwych myśli potrafi być sporym wyzwaniem nawet dla kogoś tak doświadczonego jak Dwudziestka.
    – Mamy jeden „Strzał w kolano”! – Spokojnie, lecz z napięciem w głosie rzekła Czterdziestka.
    – Świetnie – odparł Szef, a Dwudziestka położyła dłoń na czerwonym przycisku. – Ognia!

    – Wiesz – usłyszał Jack i po chwili, przerażony, zorientował się, że dźwięk dochodzi z jego własnych ust – swędzą mnie pięty.

    W pokoju kontrolnym rozległy się brawa.
    – Pocisk osiągnął cel i wywołał oczekiwany efekt, Szefie!
    Szło świetnie. Ale wszyscy pracujący tutaj, byli profesjonalistami i wiedzieli, że nie mogą sobie pozwolić na celebracje w takim momencie.
    – Uwaga – wtrąciła Dziesiątka. – Patrzy na nią. Chyba ma zamiar powiedzieć komplement.

    – Wyglądasz dziś uroczo.
    Uśmiechnęła się, więc Jack, po chwili rozmarzenia, z którego ledwo dał radę się otrząsnąć, postanowił podążać raczej tym tropem, niż kontynuować wątek swędzących pięt.
    – Myślę, że głównie za sprawą twojego uśmiechu – jest bardzo...

    – Macie coś?
    – Chyba tak. Strzelać?
    – Poczekajcie jeszcze chwilę – odparł Szef. – Ale upewnijcie się, że się do tego czasu nie odezwie. I spróbujcie odpalić zegar.
    – Zrozumiano!

    Jest bardzo...
    Sekundy upływały, zegar tykał. Naprawdę – Jack naprawdę był w stanie przysiąc, że słyszy tykający zegarek. Kropla potu spłynęła mu po skroni i zaczęła wędrowała po jego policzku, a on dalej milczał
    – ...Tak? – spytała zaintrygowana Ona.
    – Przypomina mi Słońce. Bo tak... razi. Nie! Nie to miałem na myśli!
    Jedyne, czego Jack w tym momencie potrzebował to łopata, żeby zakopać się z jej pomocą pod ziemię. Lub przywalić sobie nią w łeb, a dopiero potem zakopać się pod ziemię.
    – Wiesz, mogłabyś pracować w elektrowni, bo masz taki uśmiech, że mogłabyś zasilać nim całkiem sporo paneli słonecznych, bo on... jest taki... ciepły.

    Kolejne numery zaczęły ściągać tryumfalnie słuchawki z głów, gratulować sobie wzajemnie i wiwatować. To byłoby tyle na dziś. Nawet Szef zaciągnął się powoli papierosem w geście zwycięstwa.

    Jack zamilkł. Był wściekły na samego siebie, zażenowany i czerwony ze wstydu. Dzisiejsze spotkanie, to jakaś porażka. A jednak... a jednak Ona się uśmiechała. I to tak, że Jack poczerwieniał jeszcze bardziej.
    – Masz czasem wrażenie, że cały świat zwraca się przeciwko tobie? – Zapytała niespodziewanie. Zaskoczyła go tym pytaniem, ale odpowiedział niemal bez namysłu:
    – Nawet nie wiesz! Potłukłem dziś nowy flakon Bardzo Ładnie Pachnącej Wody Toaletowej...
    – Tak, los zdaje się Ciebie bardzo nie lubić! – Nie przestawała się uśmiechać. – A to niepowetowana strata – w niczym nie jest mężczyźnie tak dobrze, jak w obłoku Bardzo Ładnie Pachnącej Wody Toaletowej!
    – A to jeszcze nie koniec! Choćby dziś... – opowiedział jej o fortepianie, dalej zatrzymując dla siebie epizod z kataryniarzem. Są pewne granice.

    – Mamy problem!
    – O co chodzi?
    – Tracimy kontrolę!
    – O czym rozmawiają?
    – O nas... wygląda na to, że o nas, Szefie!
    Chwila szybkiego namysłu. A więc nadszedł ten moment. Czas użyć modulatora pogody.
    – Szybko, sprowadzić deszcz!
    – Mocny?
    – Bez przesady, bo to może wzbudzić podejrzenia. Pospiesz się!
    Coś pstryknęło. Potem zabuczało, zaskwierczało i po chwili syknęło. Zapadła cisza. Szef zamarł. Z końca sali dobiegło bardzo ciche i nieśmiałe:
    – Ups.

    Kiedy szli deptakiem i żywo dyskutowali o nagłych przypadkach utracenia wątku w środku wypowiedzi, Ona zniknęła nagle Jackowi z pola widzenia. Mogło to być spowodowane hektolitrami wody, które zaczęły lać się z nieba. Jack mógł sobie dać uciąć prawą rękę, że na nieboskłonie jeszcze parę minut temu nie było ani jednej chmury. Teraz był już zupełnie mokry, lecz miał jednak obie ręce, co napełniło go entuzjazmem.
    W tej właśnie chwili, Jack przypomniał sobie o parasolu, który przecież wszędzie ze sobą dotychczas targał. Już chciał go otworzyć. Już – jak mógłby ująć to pewien poeta – witał się z gąską, kiedy to zdał sobie sprawę, że ten uniwersalny ochraniacz przed lecącym z nieba skroplonym smutkiem został przy ławeczce, daleko za nimi.
    Ona spojrzała na niego. On spojrzał na nią. Zrozumieli się bez słowa. Oboje podnieśli wzrok ku górze. Zaczęli się śmiać najszczerszym śmiechem, jaki tylko można sobie wyobrazić.
    – Z tobą chyba nie można się nudzić! – powiedziała rozbawiona, próbując przekrzyczeć monsunowy szum.
    Ruszyli wolnym krokiem po deptaku, wśród ogólnie panującego popłochu i najwyraźniej drugiego wielkiego potopu w historii ludzkości. Ludzie uciekali, dzieci płakały. Matki płakały również. A Ona i On po prostu szli; trzymając się za ręce i upewniając się tym samym, że jeśli porwie ich jakaś ogromna, straszliwa fala lub przytrafi im się cokolwiek innego, co naśle na nich tajemniczy Autor tego pokrętnego scenariusza, Oni będą razem i razem pozostaną.
    – Chyba nie... Ze mną faktycznie chyba nie da się nudzić. – Jack zamilkł na chwilę. – A czy wspominałem ci może o pewnym kataryniarzu?

    Wołam @WuDwaKa i @Szala ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika kubusinski

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (2)