ko ko ko ko

  •  

    #polskiepato #rejestrzboczencow

    Nic mnie tak nie zniechęca do pracy, jak złodzieje moich tekstów. Raz prawie zrezygnowałam z pisania bloga właśnie ze względu na plagiaty. Wtedy głównym winowajcą był autor podcastu "Dark". Dziś zauważyłam, że on nadal sięga po moje teksty i na nich zarabia. Jest mi straszliwie przykro i nie wiem już co z tym zrobić... Potrzebuję Waszej opinii.

    Wrzucam screena komentarza, który dostałam na swoim blogu, pod tym artykułem. Sprawdziłam ten podcast i faktycznie, niektóre zdania żywcem wyjęte z mojego tekstu, niektóre tylko ze zmiennym szykiem lub zmianą słów typu "droga" na "ulica" itp. Chronologia wydarzeń też taka sama. Co o tym myślicie? Oprócz tego, wiele informacji autor podcastu po prostu zmyślił, co zdarza mu się bardzo często. Informacje o dzieciństwie księdza Marcina Ł., które podałam na blogu pochodzą od osoby z jego bliskiego otoczenia, z którą się kontaktowałam. Wszystkie inne, które autor podcastu "Dark" podał są zmyślone i są jego dywagacjami.

    To nie pierwszy raz, kiedy autor podcastu "Dark" mnie plagiatuje. Napisałam kiedyś do niego w tej sprawie i usunął jeden materiał. W rozmowie okazało się że on uważa, że to, co w Googlach należy do wszystkich i można z tego czerpać do woli. Nie płaci też za zdjęcia, które kopiuje z gazet. Odniosłam wrażenie, że to albo bardzo młody albo bardzo mało inteligentny człowiek, do tego cwaniak. Na swoim Patronite zarabia od niedawna kilka stów miesięcznie na podpierdzielaniu czyichś prac. Wrzuca swoje filmiki bardzo często, widać, że niewiele czasu zajmuje mu napisanie tekstu i jego nagranie, co jest bardzo dziwne, bo sama dobrze wiem ile mi zajmuje samo zebranie informacji i złożenie je w całościową historie.

    Co zrobić? Sprawa sądowa to kupa kasy, chociaż zapewne wygarną mam w kieszeni. Ale czy opłaca się? #pytaniedoeksperta Prześledzę jego wszystkie materiały na YT i napiszę do innych twórców, których okradł z tekstów i zdjęć. Może wspólnie z nimi założę mu sprawę? Co myślicie? Ten podcast o Marcinie Ł. to najprawdopodobniej nie jedyny, który splagiatował z mojego bloga. Widzę, że nagrywał też o małżeństwie M. z Wisznic-Kolonii, o których pisałam i jeździłam tam osobiście zbierać informacje. Fajnie mu, siedzi przed kompem i wszystko ma podane na tacy, a ja się najeżdżę, nadzwonię, wyłażę po sądach... ( ͡° ʖ̯ ͡°) Przez takich gagatków odechciewa się wszystkiego, echhh.

    #afera #plagiat #truecrime #podcast #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: ccccc.jpg

  •  

    Szybki link do wpisu na blogu, jeżeli jesteś leniwy/a i nie chce Ci się rozwijać tego postu —> klikkkk

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym. Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani. Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    Tekst możecie przeczytać tutaj lub na moim blogu PolskiePato.pl. Bezpośredni link do wpisu powyżej.

    Powiadomienia o nowych wpisach pojawiają się na fejsbukowym fanpejdżu Polskie Pato.

    Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć mnie w tym co robię, to zapraszam na mój Patronite.

    • • •

    WACŁAW N., rocznik '66

    Wacław N. przyszedł na świat w 1966 roku w pomorskich Kartuzach. Następne lata życia spędził w małej miejscowości pod Gdańskiem. Dorastanie w patologicznym środowisku i zaniedbania wychowawczo-dydaktyczne ze strony rodziców przyczyniły się do jego słabego rozwoju intelektualnego, plasującego się na granicy ociężałości umysłowej. N. od wczesnych lat nastoletnich nadużywał alkoholu i popadał w liczne konflikty z prawem – nigdy jednak nie był sądownie karany.

    W 1988 roku 22-letni Wacław wraz ze swoim bratem i zatrudnionymi przez niego mężczyznami wykonywali prace murarskie przy jednej z gdańskich ulic. Pod koniec listopada na placu budowy pojawiła się mieszkanka sąsiedniej kamienicy. Kobieta poszukiwała fachowca, który ułoży kafelki w jej domu, na co N. chętnie przystał. Widząc go przy pracy, koleżanka zleceniodawczyni zaproponowała młodemu mężczyźnie położenie płytek także u niej. Umówili się, że Wacław rozpocznie pracę w najbliższą sobotę, fachowiec jednak nie zjawił się w ustalonym terminie. Zapukał do drzwi Stanisławy dopiero po weekendzie, późnym rankiem 6 grudnia 1988 roku. Do środka wpuściła go córka kobiety, 31-letnia Basia. Pod nieobecność matki zaprowadziła spóźnionego mężczyznę do garażu, gdzie czekały na niego materiały do pracy. Poprosiła jednak, by poczekał na powrót Stanisławy, która go poinstruuje co do szczegółów wzoru, który miał ułożyć. Wypili kawę w kuchni, a gdy matka wciąż nie wracała, młoda kobieta zaproponowała, że włączy film na wideo. Rozsiedli się więc na fotelach po dwóch stronach ławy i oglądali.

    Wacław nie mógł się skupić na ekranie telewizora. Jego wzrok zawiesił się na pasku od szlafroka, który leżał na blacie pomiędzy nim, a córką gospodyni. Długo fantazjował, by zacisnąć jej materiał na szyi i zgwałcić. Gdy Basia podeszła do odtwarzacza, by zmienić kasetę, mężczyzna nie zwlekał ani chwili: poderwał się z siedzenia, chwycił za pasek i zarzucił go na szyję odwróconej tyłem i niespodziewającej się niczego kobiety. Ściskał materiał tak mocno i długo, aż oniemiała osunęła się na podłogę. Leżała na wznak, gdy zawiązał supeł na jej krtani i rozerwał ubrania, obnażając ciało. Kobieta wciąż oddychała, N. poszedł więc do kuchni w poszukiwaniu przedmiotu, za pomocą którego odbierze jej życie. Żadne z kuchennych narzędzi nie spełniło jego oczekiwań, wyjął więc z łazienkowej szafki pustą butelkę po szamponie. Dwukrotnie uderzył nią w głowę ofiary, aż szkło rozbiło się na kawałki. Basia wciąż żyła, gdy wziął z kuchni drewniany taboret i trzymając go za nogi, uderzał nim w jej głowę. Starał się celować twardym rokiem siedziska. Po trzecim ciosie, stołek się rozpadł. Wacław N. postanowił zrobić sobie przerwę – zdjął spodnie i położył się na zakrwawionej i nieprzytomnej 31-latce. Gdy ją gwałcił, usłyszał dzwonek domofonu. Spłoszony zostawił swoją ofiarę i pobiegł do pokoju, z którego okna wychodziły na ulicę. Przed domem stało zaprzyjaźnione z Barbarą małżeństwo, które postanowiło wpaść z wizytą. Jedna z osób zauważyła ukrywającego się za firanką nieznajomego.

    Panie będą za godzinę!

    – krzyknął przez uchyloną szybę Wacław, udając, że przed chwilą wcale nie próbował chować się za zasłoną.

    Znajomy kobiety kiwnął głową i wraz z żoną wsiadł do auta z zamiarem powrotu za rzeczoną godzinę. Spanikowany N. zaczął kręcić się po mieszkaniu i przeszukiwać szafy, torebki i szuflady. Podczas poszukiwań kosztowności zauważył, że Basia głośno oddycha, a jej ciało drga. Chwycił żelazko i metalową częścią kilkakrotnie uderzył kobietę w głowę. Dla pewności wyrwał z żelazka kabel i z całych sił zacisnął go jej na szyi. Gdy przestała oddychać, udał się do łazienki, by obmyć buty i spodnie z krwi, a później wrócił do plądrowania. Znalezione przedmioty spakował do materiałowej torby i uciekł. Zabrał ze sobą aparat fotograficzny, kalkulator, zegarek, dwa srebrne łańcuszki – jeden z bursztynem, drugi z wizerunkiem orła w koronie i krzyżykiem – siedemnaście tysięcy starych złotych, broszkę ze srebra, portmonetkę z pieniędzmi w kwocie dwóch tysięcy starych złotych, pół litra wódki, dwie paczki kawy, cztery paczki papierosów i karty do gry.

    Po wyjściu z mieszkania złapał taksówkę i pojechał do restauracji pod Gdańskiem. W tamtejszej toalecie obmył się z resztek krwi i zdjął zabrudzoną na czerwono koszulę. Później rozsiadł się przy barze, stawiał kolegom kawę i piwo, obdarowywał drobnymi prezentami kelnerki i robił skradzionym aparatem zdjęcia.

    Stanisława spędziła kilka godzin w kolejce, by kupić dywan i wróciła do domu wkrótce po wyjściu mordercy. Zastała bałagan, pośrodku którego leżała jej półnaga córka. Rozluźniła pętle na jej szyi i wezwała pogotowie. Na pomoc było już jednak za późno.

    Wacław N. został zatrzymany jeszcze tego samego dnia. Podejrzany przyznał się do zamordowania i zgwałcenia Barbary oraz obrabowania domu jej matki. Opisał całe zajście i wziął udział w wizji lokalnej.

    Sekcja zwłok wykazała, że 31-latka zmarła na skutek uduszenia. Obrażenia głowy nie miały bezpośredniego wpływu na jej zgon i powstały za jej życia. Wyniki badania wymazu z pochwy denatki przemawiały za winą N. Na jego penisie ujawniono także włosy najpewniej należące do zamordowanej. Odnaleziono też ślady linii papilarnych podejrzanego na rozbitej butelce po szamponie oraz nodze od krzesła.

    N. został poddany badaniom psychologicznym i seksuologicznym. W uzasadnieniu wyroku czytamy: (…) u oskarżonego występuje parafilia w postaci erotofonofilii /mord z lubieżności/ wraz z raptofilią /gwałcicielstwo, gwałtowna napaść/. Zdaniem biegłej tego rodzaju rozpoznanie uzasadnia nieprawidłowość rozwoju seksualnego u oskarżonego, opóźnienie identyfikacji seksualnej w okresie dzieciństwa, a także fakt, iż w okresie późnego dojrzewania doznawał orgazmu bez wytrysku podczas brutalnych napaści na dziewczynki. Zdaniem biegłych lekarzy u badanego nie wytworzyła się potrzeba pieszczot seksualnych, bliskości i zdrowego emocjonalnie związku z płcią przeciwną. Opiniowany czuje za to potrzebę odbywania stosunków z doprowadzoną do nieprzytomności kobietą. Biegła seksuolog stwierdziła też, że oskarżony jako osobnik zboczony miał ograniczoną zdolność pokierowania swoim postępowaniem. Nie była jednak w stanie określić, w jakim stopniu był niepoczytalny, ponieważ ocena ta powinna należeć do biegłych z dziedziny psychiatrii. Z kolei ich zdaniem Wacław N. miał ograniczoną lecz nie w stopniu znacznym zdolność pokierowania swoim postępowaniem i rozpoznaniem znaczenia czynu. Inteligencję badanego uznali za mieszczącą się w normach sprawności intelektualnej, ale o nierównomiernie rozwiniętych funkcjach umysłowych – N. określono jako infantylnego egocentryka, o ubogiej osobowości i bardzo spłyconej uczuciowości wyższej (braki w odczuwaniu skruchy czy żalu), dużym popędem seksualnym przy jednoczesnym braku samokontroli. Iloraz inteligencji badanego określono na 71, co oznacza, że jego sprawność intelektualna mieści się w dolnych granicach krajowej normy, globalnie na poziomie niższym, graniczącym z ociężałością umysłową. Nie stwierdzono u niego jednak choroby psychicznej. Analiza zachowania Wiesława N. wykazała, że działał konsekwentnie, ze sprytem i z pełną świadomością zaplanowanego wcześniej działania.

    Proces rozpoczął się w grudniu 1989 roku w Sądzie Wojewódzkim w Gdańsku. Podczas rozpraw N. mówił, że żałuje tego co zrobił, odmówił jednak składania wyjaśnień i potwierdził te, które składał podczas trwania śledztwa. Twierdził, że idąc do domu Stanisławy, nie planował popełnić jakiejkolwiek zbrodni, dopiero gdy zobaczył Barbarę, nabrał ochoty na seks i to dlatego ją zaatakował.

    Nie panowałem nad sobą

    – przyznał.

    Twierdził, że nie robiło mu wtedy różnicy to, czy kobieta przeżyje, czy nie. Nie wiedział, co robi i dlaczego ją dusi.

    Sąd uznał, że Wiesław N. faktycznie nie mógł zaplanować wcześniej zgwałcenia i zamordowania Barbary, ponieważ nie wiedział, że zastanie ją samą w domu, ani nie znał jej wcześniej. Najprawdopodobniej pomysł zgwałcenia jej zrodził się w nim dopiero podczas picia kawy. Na to, by ją udusić, wpadł podczas obmyślania planu działania, gdy oglądali wspólnie film. Chciał ją zabić, by nie poznała go później jako ewentualnego gwałciciela i złodzieja.

    Wyrok zapadł w marcu 1990 roku. Sąd Wojewódzki w Gdańsku skazał Wiesława N. na 25 lat pozbawienia wolności, 10 lat pozbawienia praw publicznych, karę grzywny w wysokości dwustu tysięcy starych złotych (w wypadku nieuiszczenia w terminie zamienioną na karę zastępczą pozbawienia wolności, przyjmując jeden dzień kary za równoważny kwocie tysiąca starych złotych) oraz dwie nawiązki po pięćdziesiąt tysięcy starych złotych na rzecz gdańskiego PCK oraz Wydziału Zdrowia Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku. Sąd obciążył N. także kosztami procesu sądowego w wysokości pięćdziesięciu dwóch tysięcy złotych.

    Sąd nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących. W uzasadnieniu czytamy: Oskarżony pozbawił życia młodą, zdrową, w pełni sił 31-letnią kobietę, której nigdy wcześniej nie widział, która przyjęła go w swoim domu gościnnie, która nie spodziewała się ze strony oskarżonego jakiegokolwiek zamachu. Oskarżony działał z wyrachowaniem, premedytacją, wręcz metodycznie. Założył dwa zbrodnicze cele, których realizacja mogła nastąpić jedynie poprzez pozbawienie życia Barbary U. I te cele realizował. Wyjątkowość sytuacji w jakich okolicznościach popełnił zbrodnię, podkreśla okrucieństwo z jaką oskarżony pastwił się nad swoją ofiarą, którą za wszelką cenę starał się „dobić”.

    Apelacji nie wniesiono, a wyrok uprawomocnił się w maju 1990 roku.

    Według Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym Wacław N. w 2009 roku otrzymał od Sądu Okręgowego we Włocławku zwolnienie warunkowe i przebywał na wolności. Jednak w 2012 roku Sąd Okręgowy w Gdańsku cofnął decyzję i N. wrócił za kratki. Decyzja Sądu była najprawdopodobniej podyktowana złamaniem przez Wiesława N. zasad próby przedterminowego warunkowego zwolnienia.

    W 2017 roku Wiesław N. skończył odsiadywać wyrok i najprawdopodobniej został umieszczony w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, gdzie przebywa do dziś.

    O innym pacjencie KOZZD w Gostyninie pisałam tutaj.

    • • •

    Imiona kobiet w powyższym tekście zostały zmienione.

    Do napisania tego artykułu korzystałam ze zanonimizowanego wyroku oraz jego uzasadnienia, który dostałam od Sądu Okręgowego w Gdańsku.

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego – @IgorK.

    #kryminalne #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #kartuzy #gdansk #gostynin
    pokaż całość

    źródło: wacek.jpg

  •  

    Kupiłam dziś w ciuchlandzie taki dywanik z kozy #wystrojwnetrz #ciuchland #zwierzaczki #pokazkota

    źródło: 20210402_152532.jpg

  •  

    Potrafi ktoś wyszukać jaki to font? Help!

    W oryginalne literka "O" nie miała zamalowanego środka.

    #grafika #grafikakomputerowa #font #pytaniedoeksperta

    źródło: cos jakby logo.jpg

  •  

    Jaką #muzykaklasyczna polecacie? Linki do długich playlist mile widziane. #muzyka #pytanie #fortepian

    •  

      @kvoka:

      źródło: youtube.com

    •  

      @kvoka: Zacznij od najbardziej „klasycznych” brzmień. Chopin, Mozart, Beethoven, Vivaldi.

      Następnie zachęcam do skupienia się na rozwoju, wtedy warto zajrzeć do twórczości Rachmaninova, Skriabina, Prokofiewa.

      A na końcu idziesz w hardcore - Lutosławski, Szymanowski (Pieśni Kurpiowskie, Król Roger), Penderecki (znakomity „Tren ofiarom Hiroszimy”), Górecki.

      Jeśli zaczniesz od trudniejszych utworow, to się zniechęcisz. Ucho tez ewoluuje.

      Ogólnie jak ktoś wcześniej napisał - do przesłuchania jest jakieś 1000 lat muzyki. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Jak napiszesz co lubisz, mogę Ci pomóc trochę odkryć ten świat. Oczywiście za wpis z serii #polskiepato ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Jakie ziołowe tabsy bez recepty na uspokojenie polecacie? Coś mocnego ale niezbyt inwazyjnego (mam nerwicę żołądka). #pytanie #pytaniedoeksperta #apteka #farmacja

  •  

    Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato pt. "Ślepy traf".

    Tekst możecie przeczytać tutaj lub na moim blogu polskiepato.pl. Tam znajdziecie więcej zdjęć, link do odcinka "Magazynu Kryminalnego 997" na temat tej zbrodni oraz do wywiadu z jednym z mafiozów.

    Powiadomienia o nowych wpisach pojawiają się na fejsbukowym fanpejdżu Polskie Pato. Zapraszam też na Instagrama, gdzie wrzucam całkiem ciekawe stories o patologii i kryminalnych tematach, którymi się aktualnie zajmuję (spoiler: jutro idę do czytelni akt).

    • • •

    Lata 90. to czas najaktywniejszych działań polskich zorganizowanych grup przestępczych. Nasza mafia jest najczęściej kojarzona z podwarszawskimi Pruszkowem i Wołominem, jednak w gangsterskich historiach zapisało się znacznie więcej miast i wsi. Ważnym miejscem przestępczych porachunków i nielegalnych biznesów były wschodnie przejścia graniczne. W Terespolu prężnie działały grupy złożone zarówno z obywateli Polski, jak i mieszkańców byłych krajów bloku komunistycznego.

    . . .

    Blisko trzydzieści lat temu kilkukilometrowe kolejki samochodów do polsko-białoruskiego przejścia granicznego nie dziwiły nikogo. Zdarzało się, że w oczekiwaniu na odprawę celną kierowcy stali nawet po pięć dni. Sytuacja na granicy sprzyjała okolicznym opryszkom wymyślającym coraz to nowsze sposoby na obrabowanie nocujących w autach ludzi. Wracający za Bug zwykle mieli ze sobą spore sumy pieniędzy – skupowali dolary lub sprzedawali na polskich bazarach papierosy, alkohol czy części samochodowe. Ofiarami złodziei padały także wycieczki autokarowe i kierowcy tirów.

    Oprócz napadów rabunkowych przygraniczni bandyci wymuszali haracze i brali pieniądze za nonsensowne usługi: nocne pilnowanie kolejki, ochronę przed innymi gangsterami albo rzekome sprzątanie okolicy. Niektórzy z terespolskich „ochroniarzy” mieli nawet założone legalne działalności i nosili charakterystyczne mundury. Stawiających opór bito pałkami i rażono paralizatorami, grożono bronią lub jej atrapą, zastraszano i siłą usuwano z kolejki. Przybysze zza wschodniej granicy, gdzie zwykle panowało jeszcze większe bezprawie niż w Polsce, nie zdawali sobie sprawy, że wyłudzacze działają nielegalnie. Wielu z przyjezdnych miało już wcześniej przygotowane zaskórniaki, które posłusznie wręczali gangsterom w ochroniarskich uniformach.

    Działalność gangsterska na polsko-białoruskiej granicy przynosiła duże zyski, było więc wielu chętnych do prowadzenia tam interesów, a konflikty pomiędzy konkurencyjnymi grupami były prawie na porządku dziennym. Gangsterzy nie przebierali w środkach – regularnie dochodziło do pobić, okaleczeń czy niewyjaśnionych zaginięć. Wiele z mafijnych zatargów kończyło się morderstwami. Gangsterzy byli bezwzględni, a swoje ofiary przed śmiercią często torturowali, obcinając palce czy dłonie.

    . . .

    Jednym z najbardziej znanych podlaskich rekieterów lat 90. był cieszący się autorytetem w przestępczym światku Mariusz L., pseudonim „Wara”. Oprócz wymuszeń rozbójniczych i pobierania haraczy, jego ludzie pomagali w tak zwanym „bezpiecznym przejeździe”, który polegał na przeprowadzeniu auta na sam początek kolejki. W 1996 roku „Wara” postanowił zalegalizować swoją przygraniczną działalność i założył przedsiębiorstwo pod nazwą „Budzik”, które zajmowało się budzeniem kierowców czekających w kolejce do odprawy. Zatrudnieni przez właściciela firmy przestępcy przechadzali się o poranku wśród zaparkowanych aut i pukali w szyby. Od zaspanych kierowców wymagali zapłaty w wysokości dziesięciu złotych.

    W „Budziku” zatrudniony był miejscowy znany bandyta Dariusz W., nazywany w swoim środowisku „Tulipanem”. Znamienna ksywka pochodziła od działającego w latach 70. i 80. podrywacza i złodzieja Jerzego Kalibabki. Tak jak słynny uwodziciel, W. uwielbiał zakrapiane imprezy, towarzystwo kobiet i przypadkowy seks. Spore pieniądze, które zarabiał na granicy i na złomowisku trwonił w szybkim tempie. W firmie terespolskiego gangstera pracował także „Dżudżo”, kolega „Tulipana” mieszkający na tej samej ulicy.

    W tym czasie jednym z najbardziej wpływowych ludzi na wschodniej granicy był obywatel Rosji ormiańskiego pochodzenia Aleksander Y., pseudonim „Said”. Mafiozo działał na terenie całej Polski i w krajach byłego bloku komunistycznego, skąd jego współpracownicy sprowadzali kradzione samochody. Sam „Said” mieszkał na stałe w Białymstoku, sporadycznie pojawiając się w Terespolu czy Białej Podlaskiej, gdzie w jednym ze znanych hoteli opłacał pokój, który zawsze na niego czekał. Firma „Budzik” była realnym zagrożeniem dla jego interesów, dlatego gdy tylko dowiedział się o legalnym biznesie konkurencji, zaczął częściej pokazywać się na granicy. W towarzystwie rosłych mężczyzn obserwował patrolujących przygranicze pracowników „Budzika”.

    . . .

    Nocą z 4 na 5 września 1996 roku w jednej z kamienic przy ulicy Wojska Polskiego w Terespolu rozległo się pukanie do drzwi. Tej nocy „Dżudżo” nie wrócił do domu i pijany po imprezie spał u znajomych. Bliscy gangstera po cichu spojrzeli przez wizjer, za którym stało dwóch młodych mężczyzn. Widok broni u jednego z nich utwierdził ich w przekonaniu, by udawać, że w mieszkaniu nikogo nie ma. Zrezygnowani nieproszeni goście opuścili klatkę schodową i udali się do sąsiedniej kamienicy.

    Kto tam?

    – szepnęła przez drzwi zbudzona ze snu niewidoma kobieta.

    My do "Tulipana"

    – odpowiedział głos z wyraźnym wschodnim akcentem.

    Syna 62-latki nie było w domu, noc spędzał pijany w objęciach kochanki. Stanisława W. odpowiedziała zgodnie z prawdą, a ci oddali dwa strzały w stronę mieszkania. Kule przebiły drewniane drzwi i trafiły w klatkę piersiową matki „Tulipana”. Napastnicy uciekli, a jeden z członków rodziny postrzelonej wezwał pogotowie. Ranna kobieta została przetransportowana do szpitala w Białej Podlaskiej, gdzie podczas operacji zmarła.

    Na miejscu pojawili się bialscy kryminalni, którzy ustalili, że bandyci uciekli autem z białoruską rejestracją. Mimo blokady dróg, sprawcy przedostali się na E30, a później poza granice Polski. Zarówno „Tulipan”, jak i „Wara” odmówili policji współpracy, oczywistym było jednak, że Stanisława W. była przypadkową ofiarą mafijnych porachunków. Z ustaleń mundurowych wynikało, że zamach miał związek z działalnością firmy „Budzik”, a martwi mieli być „Tulipan” i „Dżudżo”. Mordercy kobiety mieli ją już wcześniej nachodzić i dopytywać o syna, który w ostatnim czasie rzadko nocował w rodzinnym mieszkaniu. Tajemniczy mężczyźni mieli też na osiedlach w Białej Podlaskiej dopytywać o adres „Wary” i wybić szybę w mieszkaniu matki „Tulipana”.

    Mimo działań bialskiej i lubelskiej policji sprawcy nie zostali zidentyfikowani, a sprawę umorzono. W krótkim czasie po zamachu „Wara” rozwiązał firmę i wraz z całą rodziną wyprowadził się do Warszawy. Interesy „Tulipana” przestały się opłacać, a koledzy z przygranicza bali się, że współpracując z nim, narażą się „Saidowi” i jego świcie. Syn zamordowanej kobiety na kilka lat zrezygnował z gangsterskiej kariery, ale na początku XXI wieku wrócił do fachu. Zajął się przemytem narkotyków na Białoruś, gdzie w 2002 roku został zatrzymany za posiadanie sporej ilości amfetaminy. Białoruski sąd skazał go na osiem lat pozbawienia wolności i pozwolił na odsiedzenie wyroku w Polsce. W trakcie jednej z przepustek zaczął się ukrywać i przez pewien czas był na liście poszukiwanych przez policję.

    „Said” od 1997 roku wraz z ormiańską mafią zajmował się wymuszaniem haraczy od handlarzy na Stadionie Dziesięciolecia. W 2001 roku został zatrzymany, a blisko dwa lata później skazany na dziewięć lat więzienia. Rok po usłyszeniu wyroku zmarł na raka.

    . . .

    W 2012 roku kryminalni z lubelskiego Archiwum X postanowili wrócić do sprawy śmierci Stanisławy W. z Terespola. Policjanci z Wydziału Kryminalnego KWP w Lublinie oraz policjanci z Białej Podlaskiej nawiązali współpracę z białoruskimi instytucjami państwowymi i organami ścigania z Brześcia. Dzięki ich kooperacji i zastosowaniu nowoczesnych metod z dziedziny badań kryminalistycznych, funkcjonariusze ustalili, że sprawcą śmierci 62-letniej kobiety jest niejaki Uladzimir M. Białorusin w 1996 roku miał 18 lat i pracował m.in. dla „Saida”. Po zabójstwie Stanisławy W. wrócił do rodzinnego Brześcia, gdzie mieszkał przez sześć lat. Później wyprowadził się do Niemiec i tam ułożył sobie życie. Nie zaprzestał jednak stosowania przemocy i kilkakrotnie dotkliwie pobił swoją partnerkę.

    Mimo wydania europejskiego nakazu aresztowania, M. przez kilkanaście miesięcy pozostawał nieuchwytny. Dopiero wiosną 2016 roku policja otrzymała informację, że poszukiwany widziany był w niemieckim mieście Augsburg. Niemieccy funkcjonariusze zatrzymali 38-letniego Uladzimira. Po deportacji do Polski mężczyzna został przewieziony do Aresztu Śledczego w Lublinie.

    Oskarżony przyznał się do winy. Wyjaśnił, że nie miał pojęcia, że ktoś stoi za drzwiami.

    Strzeliłem w kierunku drzwi, bo chciałem zrobić dziurkę, żeby „Tulipan”, gdy wróci do domu, wiedział, że tam byłem

    – opowiadał przed sądem.

    Twierdził też, że nie wiedział, że kogoś zabił, słysząc jednak plotki o śmierci kobiety po drugiej stronie granicy, podejrzewał, że to on mógł być sprawcą i przez dwadzieścia lat żył z tą niepewnością. Podczas procesu, który rozpoczął się w 2017 roku w Sądzie Okręgowym w Lublinie, płakał i prosił o wybaczenie. „Tulipan”, który był oskarżycielem posiłkowym wykrzykiwał na sali sądowej:

    Wiedziałeś, do kogo strzelasz! Wiedziałeś, że matka jest święta!

    W czerwcu 2017 roku Sąd skazał Uladzimira M. na karę 10 lat pozbawienia wolności.

    • • •

    Informacje z mediów, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd oraz stąd. Korzystałam także z książki Ryszarda Modelewskiego “Odwet gliny. W imię sprawiedliwości”.

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac. Tytuł też wymyślił.

    . . .

    #kryminalne #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #terespol #bialapodlaska #mafia
    pokaż całość

    źródło: terespol.jpg

  •  

    Od zawsze najlepsza rzecz w internecie, to "Słodki Ciociosan" ♥

    Zna ktoś tego typa? Albo Marcjane? Historie ich znajomości? Potrzebne jest #wykopcsi!

    #ciociosan #pytaniedoeksperta #hityinternetu #pytanie

    źródło: youtube.com

  •  

    Czy wszyscy na Sylwestra robią sałatkę gyros?

    Ja zrobiłam, ale żeby dostać mięso z kurczaka po siedemnastej zjeździłam kilka supermarketów i osiedlowych sklepików. Gdy znałam, dwie osoby w kolejce mówiły, że muszą kupić filet na "gyrosa" ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #pytanie #ankieta #sylwesterzwykopem #jedzenie

    Czy zjesz dziś sałatkę gyros?

    • 16 głosów (17.98%)
      Tak
    • 65 głosów (73.03%)
      Nie
    • 8 głosów (8.99%)
      A co to?
  •  

    Jakie kanały na YT i blogi kulinarne polecacie? Coś dla zaawansowanych. Po polsku, angielsku lub rosyjsku. #gotujzwykopem #kuchnia #gotowanie #pieczzwykopem #jedzenie #gastronomia

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym. Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani. Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    Tekst możecie przeczytać tutaj lub na moim blogu PolskiePato.pl. Polecam, tam zobaczycie zdjęcia i mapki dotyczące tej sprawy. Jestem w posiadaniu zdjęcia ofiary ale postanowiłam go nie dodawać, nawet z cenzurą, więc sorka.

    Powiadomienia o nowych wpisach pojawiają się na fejsbukowym fanpejdżu Polskie Pato.

    Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć mnie w tym co robię, to zapraszam na mój Patronite.

    • • •

    MIROSŁAW S., rocznik ‘61

    Mirosław S. przyszedł na świat w Lubiczu – wsi położonej około dziesięć kilometrów od Torunia, w którym później uczęszczał do szkoły. Miał ojca alkoholika i często cierpiał głód. By zdobyć jedzenie, nauczył się łowić ryby i kraść. Za drugą z nabytych umiejętności kilkakrotnie odsiadywał krótkie wyroki. Ostatni pochodzi z 1980 roku – później, jak twierdził, utrzymywał się tylko z prac dorywczych. Jako inwalida drugiego stopnia otrzymywał też niewielką rentę, którą w całości przekazywał swojej matce. Imał się głównie prac fizycznych, tak jak latem 1990 roku, gdy już jako 29-letni kawaler wyjechał do kaszubskiej Krzesznej, by pomagać przy wykończeniu jednego z turystycznych przybytków.

    . . .

    Na początku sierpnia 1990 roku rodzina G. wyjechała na tygodniowe wakacje. W czasach PRL-u okolice jezior na terenie Kaszubskiego Parku Krajobrazowego były oblepione zakładowymi ośrodkami wypoczynkowymi i domami wczasowymi. Po kilku dniach pobytu w Krzesznej córki wybrały się z ojcem na plażę w sąsiednim Pierszczewku. Czas wesołej zabawy w wodach Jeziora Patulskiego minął z nadejściem pory obiadowej i dwójka z latorośli posłusznie wróciła na brzeg. Dziesięcioletnia Agnieszka ociągała się nieco, żal było jej przerywać kąpiel. Mimo psującej się pogody, na mieliźnie pluskało się mnóstwo dzieci, a na brzegu czuwali wylegujący się na ręcznikach dorośli. Ojciec zabrał młodsze z sióstr do pobliskiego ośrodka wypoczynkowego, w którym byli zakwaterowani, a pozostałej w wodzie córce nakazał niebawem do nich dołączyć. Gdy opiekun wyszedł z plaży, do Agnieszki i o dwa lata młodszej Marty* podpłynęła biało-niebieska łódka wiosłowa. Siedzący w niej Mirosław S. zaproponował dzieciom rejs po jeziorze, na co podekscytowane się zgodziły. Przed wejściem na pokład młodsza z koleżanek pobiegła do opalającej się na leżaku mamy, by spytać o pozwolenie. Kobieta kategorycznie zabroniła córce wycieczki z obcym mężczyzną. W tym czasie pozostawiona bez opieki Agnieszka płynęła wraz S. w stronę oddalonych o kilkaset metrów szuwarów. Gdy mężczyzna zauważył, że jest obserwowany przez matkę drugiej z dziewczynek, która weszła do wody i przyglądała się oddalającej się łódce, skierował się ku małej przystani i wypuścił swoją pasażerkę na brzeg. Widząc to, kobieta odetchnęła z ulgą i zaczęła pakować swój plażowy kosz, by zdążyć do kwatery przed nadchodzącą burzą.

    Agnieszka wróciła na plażę, gdzie Marta przekazała jej reprymendę od swojej mamy, by nigdy więcej nie wybierała się nigdzie z obcymi. Dziesięciolatka przytaknęła i przyrzekła, że więcej się to nie powtórzy. Zrywał się coraz silniejszy wiatr, więc dziewczynki pożegnały się i rozeszły w swoje strony: ośmiolatka do czekającego na nią rodzica, a Agnieszka ku wąskiemuj kanałowi łączącemu Jezioro Patulskie z Ostrzyckim. Mirosław S. obiecał jej, że gdy tylko przeprowadzi łódkę przez przesmyk, może przewieźć ją bliżej ośrodka, w którym czekali na nią rodzice i siostry. Gdy doszła w umówione miejsce, mężczyzna czekał już przy ujściu do Jeziora Ostrzyckiego. Podekscytowana rejsem dziewczynka wskoczyła na pokład, a 29-latek zaczął wiosłować w umówionym kierunku.

    Minęły dwie godziny od rozstania Agnieszki z ojcem. Zmartwieni rodzice rozpoczęli gorączkowe poszukiwania, do których dołączyli inni wczasowicze. Zrozpaczeni niepowodzeniem, zgłosili zaginięcie córki na komisariacie w Kartuzach. Policjanci pojawili się bezzwłocznie, z czasem dołączyły do nich posiłki z gdańskiej komendy wojewódzkiej.

    Zapadła już noc, gdy S. wstał z kanapy i wyłączył telewizor. Spakował na łódkę wędkę i akcesoria do łowienia ryb oraz linkę nylonową i metalową szynę-dwuteownik, którą wcześniej ukradł z zabezpieczenia miejsca na ognisko. W gęstych ciemnościach wypłynął na Jezioro Ostrzyckie. Po dotarciu na miejsce zbrodni odsłonił przykryte trzcinami ciało dziesięciolatki i owinął wokół jej szyi linkę, a drugi koniec przywiązał do leżącej na pokładzie ciężkiej szyny. Zepchnął łódkę do wody i powiosłował na środek zbiornika, ciągnąc za sobą zwłoki dziecka. Gdy dopłynął do celu, wyrzucił za burtę metalowy dwuteownik, który opadł na dno, pociągając za sobą ciało dziewczynki. Chcąc zachować pozory, S. zarzucił wędkę i udawał, że łowi ryby. Uznawszy, że ma już wystarczającą wymówkę, gdyby ktoś widział go kręcącego się nocą po okolicy, powiosłował ku swojej kwaterze. Zasnął szybko. Z łóżka wyszedł dopiero po godzinie dziewiątej i jak co niedzielę wysłuchał w radiu transmisji mszy świętej. Reszta dnia też toczyła się swoim stałym, dawno ustalonym rytmem.

    Mijała doba od zaginięciu dziesięciolatki. Liczni mundurowi rozpierzchli się po okolicach jezior i
    rozpytywali wczasowiczów. Ustalono, że Agnieszka była widziana w towarzystwie nieznanego mężczyzny. Ośmioletnia koleżanka zaginionej oraz jej matka opisały powierzchownie wygląd podejrzanego, który w minioną sobotę zaczepiał dzieci w pobliżu plaży: szczupły, niewysoki, może z sześćdziesiąt kilo wagi. Bardziej szczegółowe okazały się opisy łódki, którą się poruszał. Dzięki licznym relacjom na jej temat, policjanci znaleźli na jednej z przystani biało-niebieską łódź wiosłową odpowiadającą opisom świadków.

    Mirosław S. został zatrzymany trzeciego dnia od zniknięcia Agnieszki. Przesłuchującym go policjantom przyznał się do zamordowania i zgwałcenia dziecka, wskazał też miejsce zatopienia zwłok. Na ramionach 29-latka stwierdzono kilkudniowe zadrapania, które mogła zadać broniąca się przed nim ofiara.

    W dniu schwytania podejrzanego na terenie Ośrodka Wypoczynkowego „Rusałka” w Pierszczewku oraz w Ośrodku Wypoczynkowym Kolejowych Zakładów Usługowych w Krzesznej odbyła się wizja lokalna z udziałem Mirosława S. Zdaniem obserwatorów, 29-latek zachowywał się impulsywnie, drobiazgowo opisywał każdy szczegół wydarzeń z 11 sierpnia. Gdy przedstawiał, w jaki sposób owijał linkę wokół szyi dziecka, okazało się, że sznurek „pokazowy” jest za krótki. S. spontanicznie użył przewodu od mikrofonu i dokładnie zademonstrował, w jaki sposób użył nylonowego sznurka, by pozbyć się zwłok. Na zarejestrowanej na kasecie magnetowidowej relacji z tego dnia widać też, jak w którymś momencie podejrzany zaczyna płakać.

    Nie mogę, nie mogę… Przerwijcie panowie ten film, nie mogę

    – powiedział i poprosił o przerwę na papierosa.

    Dzień po wizji lokalnej, 14 sierpnia 1990 roku, płetwonurkowie wyłowili z Jeziora Ostrzyckiego ciało Agnieszki. Zwłoki zostały okazane rodzicom, którzy rozpoznali swoją córkę. Kilka godzin później odbyło się okazanie podejrzanego mężczyzny ośmioletniej Marcie. Dziewczynka miała spośród trzech zaprezentowanych jej mężczyzn wybrać „pana od łódki”, podejść i podać mu rękę. Dziecko zastanowiło się przez chwilę i bez zawahania wskazało Mirosława S. W podziękowaniu za pomoc w śledztwie policja podarowała ośmiolatce książkę z dedykacją.

    Sekcja zwłok wykazała, że dziewczynka zmarła w wyniku uduszenia przez ucisk na szyję. Przed śmiercią doznała licznych obrażeń, takich jak rozległe rozerwanie pochwy, co także mogło zagrażać jej życiu. Biegli początkowo podejrzewali, że Mirosław S. zgwałcił dziecko za pomocą użycia z bardzo dużą siłą tępego kołka lub metalowego pręta, śledztwo to jednak wykluczyło.

    W domku kempingowym, w którym mieszkał S., zabezpieczono części jego garderoby oraz koc i ręcznik, na których znajdowały się zabrudzenia przypominające krew. Mirosław S. tłumaczył, że zaciął się podczas depilacji okolic krocza.

    Faktycznie, zgolił się do ostatniego kłaczka. Ale to po to, by zatrzeć ślady. Wiedział dokładnie, co robi

    – twierdził emerytowany policjant w rozmowie z toruńskim dziennikiem „Nowości”, w którym wspominał wydarzenia sprzed lat. (klik)

    Badania wykazały, że plamy krwi na kocu nie należały do Mirosława S. Niestety, w latach 90. nie były możliwe tak dokładne badania morfologiczne jak dziś, dlatego zdołano ustalić tylko, że krew mogła należeć do Agnieszki G. ale nie było co do tego stuprocentowej pewności. Z kolei krew na majtkach zdaniem biegłych mogła pochodzić zarówno od S. jak i od jego ofiary. Próbki zebrane spod paznokci zatrzymanego także zostały uznane za ludzką krew bez możliwości zidentyfikowania, do kogo należała.

    Biegli sądowi z dziedziny psychologii i psychiatrii stwierdzili, że Mirosław S. ma zaburzenia osobowości pod postacią psychopatii. Jego inteligencję oceniono jako ponadprzeciętną (w skali powyżej 123 IQ). Mimo niedostatecznie wykształconej uczuciowości wyższej, mężczyzna bezsprzecznie został uznany za w pełni poczytalnego i świadomego popełnionych czynów. W trakcie obserwacji psychiatrycznej, S. uciekł ze szpitala i ukradł samochód należący do kurii biskupiej. To zdarzenie skłoniło biegłych do sformowania stwierdzenia, że badany ma osobowość o cechach kryminogennych i asocjalnych.

    Przeprowadzona przez biegłych analiza jego zachowania krytycznego dnia prowadzi do wniosku, że działania jego były zborne, zaplanowane i konsekwentne w realizacji, podporządkowane dewiacji seksualnej jaką jest pedofilia – orzekli biegli seksuolodzy. S. kolekcjonował zdjęcia kilku- i kilkunastoletnich dziewczynek, które dziurawił cyrklem lub scyzorykiem w okolicach krocza. Fotografie służyły mu do pobudzania się podczas masturbacji. Stwierdzono także, że badanego pociągają osoby niedorozwinięte umysłowo. W jego działaniach seksualnych ujawniono też elementy sadyzmu oraz somnofilii – czerpanie satysfakcji ze stosunku wyłącznie ze śpiącą lub nieprzytomną partnerką. W opinii lekarskiej czytamy też: Oskarżony jest dotknięty zboczeniem seksualnym w postaci gwałcicielstwa. Ma on nieprawidłowo ukształtowaną strefę potrzeb seksualnych i możliwości zaspokojenia tych potrzeb.

    . . .

    Prokuratura Rejonowa w Kartuzach skierowała do Sądu Wojewódzkiego w Gdańsku akt oskarżenia przeciwko Mirosławowi S., w którym zarzucono mu zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem oraz morderstwo dziesięcioletniej Agnieszki.

    Proces ruszył jesienią 1991 roku. Mimo że Mirosław S. wcześniej wielokrotnie przed prokuratorem i policjantami przyznawał się do uduszenia i zgwałcenia Agnieszki, a także ze szczegółami opisał wydarzenia z 11 sierpnia 1990 roku, przed Temidą odwołał wszystkie wyjaśnienia i nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. W trakcie przewodu sądowego** odpowiadał tylko na pytania niemające bezpośredniego związku z popełnionymi zbrodniami. Tłumaczył też, że w dniu zaginięcia dziewczynki właściciel domku kempingowego, w którym S. mieszkał, dał mu tabletki na ból głowy „z krzyżykiem”, które popił piwem. Oskarżony najpewniej chciał zasugerować w ten sposób, że zabijając i gwałcąc dziecko, mógł nie być do końca świadomym. Właściciel domku zaprzeczył tej informacji.

    Podczas rozprawy 29 listopada odtworzono nagranie z wizji lokalnej. Zdaniem Sądu, Mirosław S. podczas oglądania zdawał się być pobudzony seksualne, jakby na nowo przeżywał całe zdarzenie, które dawało mu satysfakcję. Sąd uznał też, że S. prezentował postawę obojętną, często nonszalancko uśmiechając się i to nawet w takich momentach, gdy ze łzami w oczach zeznania składali rodzice dziecka.

    12 grudnia 1991 roku zapadł wyrok. Za zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem Agnieszki G. Mirosław S. został skazany na karę 15 lat pozbawienia wolności oraz wpłatę dwóch nawiązek po 50 tysięcy złotych*** na rzecz dwóch wskazanych przez Sąd organizacji charytatywnych. Za zabójstwo dziewczynki Sąd orzekł karę śmierci oraz pozbawienie praw publicznych na zawsze, co było także karą łączną za wszystkie postawione Mirosławowi S. zarzuty.

    Wyrok argumentowano ustaleniami biegłych lekarzy, którzy zgodnie stwierdzili, że Mirosław S. stanowi realne zagrożenie, które najpewniej nie minie nawet po wielu latach izolowania go od społeczeństwa. Zdaniem biegłej z dziedziny seksuologii, z czasem dewiacje seksualne oskarżonego miały ulec spotęgowaniu, a formy zaspokajania popędu miały stać się jeszcze bardziej wyrafinowane. Wypuszczony na wolność, S. mógłby zareagować na widok dziecka w taki sam sposób jak na Agnieszkę, gdy potrzebował wstrząsającego bodźca psychicznego (śmierci ofiary) do stymulacji swojego popędu seksualnego. Biorąc pod uwagę jego wysoki iloraz inteligencji, istniało wysokie prawdopodobieństwo, że tym razem mógłby zatrzeć ślady zbrodni w skuteczny sposób.

    Sąd nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących. Uznał Mirosława S. za głęboko zdemoralizowanego i bez najmniejszych hamulców moralnych. W uzasadnieniu czytamy: Sąd analizując zachowanie oskarżonego po popełnieniu zarzucanych czynów – aż do dnia wyrokowania w sprawie – starał się dopatrzeć po jego stronie jakiejś głębszej refleksji nad tym, co się stało, przejawów skruchy czy też żałowania swojego czynu, które przecież wcale nie musiały objawiać się przyznaniem do winy przed sądem. Niestety takich elementów w zachowaniu jego nie było widać. Fakt, że oskarżony w życiu codziennym zdawał się być nieśmiały i łagodny, w oczach biegłych potęgowało jego zagrożenie dla społeczeństwa. Mężczyzna nie rokował też na poprawę, dlatego kara eliminacyjna miała uchronić społeczeństwo przed realnym zagrożeniem z jego strony.

    W szczególności zabezpieczy dzieci

    – podkreślił sędzia.

    . . .

    Obrońca Mirosława S. wniósł rewizję o złagodzenie wyroku. Na rozprawie w Sądzie Apelacyjnym w Gdańsku adwokat poparł swój wniosek, a prokurator wniósł o wymierzenie kary 25 lat pozbawienia wolności. Ojciec Agnieszki, który w procesie występował jako oskarżyciel posiłkowy, chciał utrzymania wyroku śmierci. Sam oskarżony przyznał się do winy i poprosił o danie mu szansy.

    W tamtym czasie w Polsce nie można było wykonywać wyroków śmierci. Kara śmierci widniała w Kodeksie Karnym, ale od 1989 roku obowiązywało na nią moratorium. Chociaż było powszechnie wiadomo, że „stryczka” nie będzie, sędziowie wciąż na niego skazywali. Wszystkie takie wyroki były później (z braku wyższej kary) zamieniane na 25 lat pozbawienia wolności. Dopiero od 1997 roku w Kodeksie Karnym pojawiła się surowsza kara – dożywocie.

    27 maja 1992 roku gdański Sąd Apelacyjny zmienił zaskarżony wyrok i skazał Mirosława S. na 25 lat pozbawienia wolności, 10 lat pozbawienia praw publicznych oraz wpłatę dwóch nawiązek po 50 tysięcy złotych na dwie wskazane organizacje charytatywne.

    W uzasadnieniu decyzji Sądu czytamy, że okolicznością łagodzącą było przyznanie się S. do winy zaraz po jego zatrzymaniu oraz wskazanie miejsca zatopienia zwłok. Sąd uznał też, że oskarżony szczerze żałuje popełnionych czynów, o czym świadczyło chociażby jego zachowanie podczas wizji lokalnej, gdy poprosił o przerwanie nagrywania. Nie ma żadnych dowodów pozwalających ów przejaw żalu ocenić jako nieszczery – stwierdzono w uzasadnieniu wyroku. Zrodzenie się u oskarżonego w przyszłości głębszej refleksji nad popełnioną zbrodnią i głębszej skruchy nie jest wykluczone. Podkreślono także fakt, że oskarżony jest inwalidą drugiego stopnia, ze swojego miejsca zamieszkania ma opinię „przeciętną”, a z ostatniej pracy wręcz dobrą. Do zmiany wyroku przyczynił się też fakt, że nigdy wcześniej nie był karany za przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, a jedynie za kradzieże. Sąd Apelacyjny uznał też, że opisane przez Sąd niższej instancji zachowanie Mirosława S. podczas odtwarzania nagrania wideo z wizji lokalnej – uśmiecha się, z zadowoleniem zaciera ręce, jest nienaturalnie pobudzony – mogło zostać źle zinterpretowane. Zdaniem Sądu, określenie nie rokuje szans poprawy było użyte zbyt kategorycznie i nawet jeżeli szansa na resocjalizację jest niewielka, to nie powinno się jej zaprzepaszczać.

    . . .

    Rok 2013 przyniósł w Polsce medialną histerię i strach. Po 25 latach spędzonych za kratkami, na wolność miał wyjść pedofil i wielokrotny morderca dzieci Mariusz Trynkiewicz. Oprócz „szatana z Piotrkowa” mury więzienia miało opuścić wielu innych przestępców skazanych w latach 1988-1998 na karę śmierci, którą z braku innych możliwości w ówczesnym Kodeksie Karnym zamieniono na 25 lat pozbawienia wolności. Niektórzy z nich to (nie)sławny Leszek Pękalski, Zbigniew B., o którym pisałam tutaj oraz Mirosław S. – oprawca dziesięcioletniej Agnieszki. Wielu z tych, którym władza PRL darowała życie, stanowili wciąż realnie niebezpieczeństwo, a zdaniem biegłych lekarzy istniała wręcz pewność, że znów będą gwałcić i zabijać. W listopadzie 2013 roku powstała więc ustawa o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi i preferencjami seksualnymi stwarzającymi zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób, nazwana przez media „ustawą o bestiach”. Akt prawny określa, kto zalicza się do owych „bestii” oraz wprowadza dwa bezterminowe środki chronienia obywateli przed takimi ludźmi: nadzór prewencyjny lub umieszczenie w nowo powstałym Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie.

    Gdy zbliżał się koniec odsiadywanej przez Mirosława S. kary, skazany został poddany ponownym badaniom. 23 kwietnia 2015 roku, po zapoznaniu się z opiniami biegłych, Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał S. za osobę stale stwarzającą zagrożenie i zdecydował o umieszczeniu go w gostynińskim ośrodku, do którego Mirosław S. trafił w sierpniu tego samego roku.

    Pod koniec marca 2017 roku Mirosław S. zadzwonił do toruńskiego Domu Dziecka „Młody Las” z propozycją przepisania swojej polisy ubezpieczeniowej na któreś z dzieci przebywających w placówce. Rozmawiająca z 56-latkiem pracownica, mimo wieloletniego stażu pracy, nie skojarzyła ośrodka w Gostyninie z miejscem, gdzie izoluje się m.in. zagrażających dzieciom przestępców. Oprócz przedstawienia się i wskazania miejsca, z którego dzwoni, S. pożalił się, że został „skrzywdzony przez państwo”. Te słowa również nie wzbudziły w Małgorzacie B. żadnych podejrzeń. Darczyńca podał wytyczne, które miało spełniać dziecko, któremu przekaże pieniądze – powinna być to dziewczynka, która nie skończyła jeszcze 10 lat. B., która pełniła w „Młodym Lesie” funkcję specjalisty koordynatora do spraw wychowanków, wytypowała ośmioletnią Hanię. Nie kontaktując się wcześniej z opiekunem dziecka, podała agentowi ubezpieczeniowemu Mirosława S. wszystkie niezbędne dane dziewczynki do sporządzenia stosownych dokumentów. Za sprawą spisującego umowę nazwisko dziecka i jego pesel trafiły także do właściciela polisy.

    Z okazji 8 urodzin (Haniu), życzę Ci zdrowia, szczęścia, dobrych wyników w nauce, samych pogodnych dni i spełnienia najskrytszych marzeń

    życzy

    Mirek S.

    – kartkę urodzinową o takiej treści w kwietniu 2017 roku otrzymała wychowanka toruńskiego Domu Dziecka. Mirosław S. wysłał dziewczynce także lalkę przypominającą „Barbie”.

    Niedługo potem ktoś napisał anonimowe pismo do mediów z informacją, że pedofil i morderca dziecka wypisuje do ośmioletniej dziewczynki. Następnych dwóch przesyłek Dom Dziecka już nie rozpakował i żadna też nie trafiła do adresatki.

    Władze Torunia w porozumieniu z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Rodzinie zarządziły kompleksową kontrolę w „Młodym Lesie” mającą na celu sprawdzenie, czy pracownicy przestrzegają procedur dotyczących ochrony danych osobowych wychowanków oraz w jaki sposób pozyskują darczyńców i sponsorów. Sprawą zainteresowała się też toruńska prokuratura, która o wszystkim dowiedziała się z doniesień medialnych. Biuro Rzecznika Praw Dziecka napisało do „Młodego Lasu” z prośbą o wyjaśnienie sytuacji.

    Dzwonią do nas setki darczyńców. Pracownica kierowała się dobrą wolą, nie skojarzyła Gostynina, ale powinno się jej zapalić czerwone światło, choćby po rozmowie z agentem ubezpieczeniowym Mirosława S., który wyraźnie zaznaczył, że ofiarodawca przebywa w ośrodku w Gostyninie. Natomiast pracownica zajmująca się tą sprawą nie musiała zgłaszać dyrekcji faktu, że ktoś chce obdarować wychowanka polisą ubezpieczeniową

    – tłumaczyła postawę Małgorzaty B. Anna Czeczko-Durlak, dyrektor Centrum Placówek-Opiekuńczo-Wychowawczych „Młody Las” w Toruniu.

    „Młody Las” odesłał do Gostynina paczki nadane przez Mirosława S. Zawiadamiam pana, że rezygnujemy z pomocy w postaci polisy, a także zabraniam panu kontaktów z placówką w jakiejkolwiek formie – napisała dyrektorka domu dziecka w liście dołączonym do przesyłki.

    Ryszard Wardeński, dyrektor KOZZD w Gostyninie, poinformował prasę, że to on zawiadomił Rzecznika Praw Dziecka, gdy dowiedziano się, że S. próbuje skontaktować się z dziewczynką. Kierowana przez Wardeńskiego placówka nie ma prawa zabraniać czy cenzurować swoim pacjentom kontaktów telefonicznych i listownych, ponieważ jest podmiotem leczniczym, a nie zakładem karnym.

    Mirosław S. tłumaczył się tym, że jako dziecko często łowił ryby w rozlewisku nieopodal toruńskiego Domu Dziecka. Spotykał tam jego wychowanków, którzy go dokarmiali. Fundując polisę jednemu z dzieci, chciał się odwdzięczyć za przeszłość. Sam nie ma kontaktu z rodziną i nie ma komu zostawić swoich pieniędzy.

    Ośmiolatka, która miała dostać pieniądze od Mirosława S., nie była sierotą i miała rodzinę, której została odebrana półtora roku wcześniej. Jej matka miała częściowo ograniczone prawa rodzicielskie. Kobieta dowiedziała się o podpisanej polisie dopiero w czerwcu i jako opiekun unieważniła umowę. Mimo że wszyscy starali się ukryć przed ośmiolatką fakt, że chciał skontaktować się z nią pedofil i morderca, dziewczynka dowiedziała się o wszystkim od innych dzieci z „Młodego Lasu”.

    W czerwcu 2018 roku Prokuratura Okręgowa w Toruniu postawiła Małgorzacie B. zarzut łamania przepisów dotyczących ochrony danych osobowych. Kobieta przyznała się do winy i złożyła wyjaśnienia. Przeprosiła też Hanię i jej matkę. Nie utraciła posady, pracodawcy ukarali ją tylko upomnieniem. Dyrekcja „Młodego Lasu” zapewniła, że oprócz kontroli przeprowadziła też szkolenia z zakresu ochrony danych osobowych oraz opracowała procedury postępowania z darczyńcami.

    W maju 2019 roku Sąd Okręgowy w Toruniu uznał Małgorzatę B. za winną popełnienia czynu z art. 107 ust. 1 Ustawy o ochronie danych osobowych i umorzył warunkowo postępowanie na dwa lata próby. Skazana musi zapłacić dwa tysiące złotych nawiązki na rzecz dziewczynki, której dane osobowe ujawniła, oraz pokryć koszty procesu.

    . . .

    Mirosław S. ma dziś 59 lat i wciąż przebywa w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie.

    . . .

    *imię zmieniłam

    **przewód sądowy – w procesie karnym najważniejsza część rozprawy obejmująca odczytanie aktu oskarżenia, wysłuchanie oskarżonego oraz przeprowadzenie postępowania dowodowego (sjp.pwp.pl)

    ***50 tysięcy "starych złotych" po denominacji w 1995 roku odpowiada 5 złotym

    • • •

    Tekst powstał w oparciu o zanonimizowany wyrok oraz jego uzasadnienie, który dostałam od Sądu Okręgowego w Gdańsku oraz wyrok Sądu Apelacyjnego w Gdańsku wraz z uzasadnieniem. Korzystałam także z informacji z prasy: stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego – @IgorK.

    #kryminalne #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #krzeszna #kartuzy #torun #lubicz #gostynin
    pokaż całość

    źródło: miroslasportrecikzkreskooooo.jpg

  •  

    Kto wie co to za roślinka? #rosliny #kwiaty #pytanie

    źródło: 20201126_085939.jpg

  •  

    to ja i @TheSuper

    źródło: 128858205_4868280749912518_4813575487901284783_o.jpg

  •  

    Założyłam konto na Instagramie dla #polskiepato, zapraszam ( ͡° ͜ʖ ͡°) Nie wiem czy zostanie dla wszystkich czy tylko dla patronów, zobaczymy.

    https://www.instagram.com/polskiepato/

    źródło: 20201202_202701.jpg

  •  

    Zrobiłam swój pierwszy w życiu świąteczny stroik! ♥ Zdjęcie z bliska w komentarzach.

    Miło było, mimo wypalenia dziurska w palcu klejem na gorąco i wywalenia korków przez chiński badziew do klejenia ( ͡° ͜ʖ ͡°) #tworczoscwlasna #diy #swieta #ozdoba

    źródło: 2.jpg

  •  

    A tutaj moczą się suszone śliwki w domowym winie z czarnej porzeczki (ʘ‿ʘ) Będzie bigos! Ale za kilka dni, oczywiście. #gotujzwykopem #jedzenie #bigos

    źródło: 20201128_114844.jpg

  •  

    A ja przy niedzieli maluję rurę gazową na różowo, bo dlaczego nie. Skoro jest na wierzchu, to musi się jakoś prezentować ( ͡° ͜ʖ ͡°) #remontujzwykopem #tworczoscwlasna #rozowepaski

    źródło: IMG_20201122_122318.jpg

  •  

    W piątkową wieczór popijając piwko przez słomkę, zmajstrowałam słoiki z antipasti – ostre papryczki faszerowane serem feta z twarogiem i czosnkiem w zalewie z oliwy lub octu z wodą, cukrem i solą, do tego gałązki ziół (bazylia i oregano, bo tylko to zostało z moich wysiewów) i ząbki czosnku #gotujzwykopem #przetwory #chwalesie

    źródło: omnomnom.jpg

  •  

    Moja mała sąsiadka napisała wypracowanie o mojej kitq (。◕‿‿◕。) Ciąg dalszy w komentarzach. #heheszki #dzieci #kitku #koty

    źródło: 125094319_1565807533612395_8812049227340231343_n.jpg

    •  

      @kvoka: płot twist sąsiadka ma 75 lat ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      +: Darek08
    •  

      @KatieWee: dziwnym trafem do pedagoga trafiają nie to osoby, co trzeba. Po takiej bezsensownej wycieczce do pedagoga moi szkolni oprawcy intensyfikowali działania i jakoś im nikt nic nie powiedział, bo to X idzie do pedagoga i to ona jest szurnięta. Ja za to byłam zagadką i wyzwaniem nie do ogarnięcia, bo jak to tak, dobrze ucząca się dziewczynka po latach bycia szarpaną za włosy i kopaną po nogach zaczyna oddawać z pięści w zęby. Aż się o psychiatrę dziecięcego obiłam, bo "nauczyciele sobie ze mną nie radzili, jakieś tabletki na uspokojenie trzeba". Tabletek nie trzeba było, tylko zmiany szkoły na mniej patologiczną. Nie mówię, że wszyscy nauczyciele i pedagodzy są beznadziejni, tak 1/10 z tego zbioru dorosłych w szkole miało sens i wspominam ich jako "ok" albo "świetnych". Tylko szkoła nigdy nie wsparła mnie jako dziecka jebanego przez rówieśników, tylko zwiększała problemy przez brak reakcji na istniejące i tworzenie nowych, takich jak wzywanie rodzica, bo rzekomo za mnie prace domowe odrabia albo odsyłanie do psychiatry właśnie. To było grubo ponad 10 lat temu, w sumie to jestem nawet ciekawa, czy coś się zmieniło, jak tamte dinozaury poszły na emerytury, ale nie dowiem się, dopóki własnych pomiotów do szkoły nie poślę ¯\_(ツ)_/¯ pokaż całość

    • więcej komentarzy (46)

  •  

    Skończyła się mąka, więc powstała beza Pavlova banoffee (ʘ‿ʘ) #foodporn #gotujzwykopem #pieczzwykopem

    źródło: mmmmmnioom.jpg

  •  

    Tak dialog z fanpage #polskiepato. Ciąg dalszy w komentarzach, polecam doczytać do końca. ( ͡° ͜ʖ ͡°) #rejestrzboczencow

    Pani niezbyt bystra, bo z tego co wywnioskowałam nie chodzi konkretnie o mój wpis, bo ja nazwisk nie podałam, tylko jeden z komentarzy pod artykułem, w którym ktoś to zrobił. Dziwne, że Pani nie zorientowała się, że z mojego wpisu jest bezpośrednie przekierowanie do strony jej męża w Rejestrze Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym, gdzie widnieją wszystkie jego dane. Jakby napisała do mnie grzecznie, kulturalnie, to od razu bym usunęła, nie ma problemu. Ale jak wyskakuje z mordą, straszy i oskarża o nieprawdziwe rzeczy, a ja muszę się domyślać, o co jej w ogóle chodzi, to nie mam zamiaru.

    Czyli to nie jej mąż-gwałciciel jest odpowiedzialny za traumę jej syna, tylko ja? Nie wiem czy to jego dziecko (po przejrzeniu FB podejrzewam, że ta baba pierworodnego ma z innym ale pewności nie mam) ale jeżeli tak, to synek miał z dwa latka jak tatuś brutalnie gwałcił kobietę z kolegami w lesie. Dziecko przez następne lata swojego życia wychowywało się bez ojca, widując go tylko w pierdlu. Ale przecież tam są sami niewinni, nie?

    Co myślicie? Powinnam usunąć ten komentarz z podanymi nazwiskami?
    pokaż całość

    źródło: 1.jpg

  •  

    Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato pt. "Śmierć w dyskotece"

    Tekst możecie przeczytać tutaj lub na moim blogu polskiepato.pl.

    Powiadomienia o nowych wpisach pojawiają się na fejsbukowym fanpejdżu Polskie Pato.

    Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć moje pisanie, to zapraszam na Patronite.

    • • •

    Za czasów "Impulsu" to Wisznice były centrum weekendowej zabawy bialskopodlaskiej młodzieży. Na parkingu modnej w latach 90. dyskoteki stawało kilkaset samochodów z okolic i autokarów z sąsiednich województw. Bladym świtem sznur upojonych alkoholem młodych ludzi wracał do swoich domów, obwieszczając to głośno pogrążonym we śnie mieszkańcom okolic. Darek do swojego domu nie wrócił już nigdy.

    Autem z Łyniewa do "Impulsu" było kilka minut jazdy. Mimo sąsiedztwa modnej dyskoteki, Darek nie kwapił się do zabaw. Zaradny 25-latek prowadził duże gospodarstwo, obrabiał własne dwadzieścia hektarów, niemało też dzierżawił. Dopiero co na spółkę ze starszym bratem kupił kombajn i kopaczkę do ziemniaków. Matka nieco martwiła się o Darka, bo chociaż dobry chłopak i robotny, a do tego strażak w miejscowym OSP, to wciąż kawaler. Może w "Impulsie" by kogoś poznał.

    Granatowy Polonez Atu błyszczał w letnim słońcu. Darek skrupulatnie wypucował nowy nabytek i trochę nawet kręcił nosem, kiedy koledzy wsiedli do środka, wnosząc piach na świeżo wyprane dywaniki. Gdy znajomi z sąsiedztwa usadowili się wygodnie w fotelach, Darek przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył w stronę "Impulsu". Był sobotni wieczór 3 sierpnia 1997 roku, gdy dotarł na swoją pierwszą oraz ostatnią w życiu dyskotekę.

    . . .

    Sąsiedztwo popularnego lokalu nie było chlubą dla mieszkańców Wisznic. Mówiono, że jakby zebrać całą pozostawioną w okolicznych zaroślach bieliznę, to można by sklep z używaną odzieżą otworzyć. Miejscowych męczyły noce pełne krzyków i przekleństw oraz cotygodniowe interwencje policji. W weekendowe wieczory, gdy na peryferie wsi zjeżdżali się imprezowicze, nikt rozsądny nie kręcił się po okolicy. Często zdarzały się też bijatyki i praktycznie co weekend po zabawie ktoś leżał ranny. Ale oprócz pijanej gówniarzerii bili też ochroniarze.

    W pewną letnią noc z "Impulsu" wracały dwa małżeństwa. Pary szły spokojnie poboczem wesoło rozprawiając, gdy nagle obok zatrzymała się taksówka, z której wyskoczył obcy im człowiek głośno krzycząc: Jak wy k**** chodzicie, ja wam k**** pokażę! Mąż jednej z kobiet zauważywszy pistolet w dłoni agresora, rzucił się, by mu go odebrać. Podczas szarpaniny nadjechał policyjny radiowóz, który rozgoniwszy towarzystwo, pojechał dalej. Małżeństwa ruszyły w dalszą drogę, przyśpieszając już kroku. Po przejściu niecałego kilometra zostali ponownie zatrzymani przez taksówkę z widzianym przez nich wcześniej agresywnym mężczyzną, który tym razem czekał spokojnie w środku, gdy z auta wyskoczyło pięciu osiłków w charakterystycznych dla ochroniarzy "Impulsu" fosforyzujących kamizelkach z napisem "STRAŻ" na plecach. Kilku z nich zaczęło bić bezbronnych pieszych, nie oszczędzając nawet kobiet. Gdy ponownie nadjechał radiowóz, napastnicy wskoczyli do taksówki i uciekli. Do ofiar, w tym jednego pobitego do nieprzytomności, została wezwana karetka.

    . . .

    4 sierpnia 1997 roku o trzeciej nad ranem 18-letni Marek uznał, że dla niego to już koniec imprezy i czas wracać do domu. Do rodzinnej wsi pod Włodawą miał nieco ponad pół godziny drogi. Przeciskając się pomiędzy pijanym tłumem pod wielkim, murowanym hangarem wisznickiej dyskoteki, odnalazł w ciemnościach swojego fiata 125p. Ruszając z miejsca postoju, poczuł, że coś zaklinowało się pod podwoziem. Myśląc, że to kłoda lub krawężnik, dodał gazu i przez parę metrów usiłował zgubić zaczepiony przedmiot. Gdy samochód nie dawał rady jechać, zaczął cofać, aż w końcu wysiadł sprawdzić, co takiego przeszkadza mu w jeździe. Spod samochodu wyjął zakrwawionego człowieka. Gdy przyjechało pogotowie, Darek jeszcze żył.

    Rodzice 25-latka z Łyniewa zostali poinformowani o wypadku jeszcze tego samego poranka. Policjant przekazał im, że Darek ma tylko niewielką ranę ciętą głowy, a z parczewskiego pogotowia rodzina została odprawiona i uspokojona, że nic mu nie jest, niech wracają do domu i przyjadą dopiero, gdy chłopak przetrzeźwieje. Po kościele zadzwonili, że jest bardzo źle i przewiozą Darka do szpitala w Lublinie. Chłopak był sparaliżowany, przelewał się w ramionach rodziców, którzy w końcu zostali dopuszczeni do syna.

    W szpitalu przy Jaczewskiego w Lublinie Darek od razu trafił na stół operacyjny. Po pierwszej sześciogodzinnej operacji pacjent zaczął się dusić i we wtorek trzeba było go znów operować. Okazało się, że całe lewe płuco jest zalane krwią i treścią pokarmową żołądka, co potwierdziło postawioną wcześniej przez policjantów hipotezę, że 25-latek został przed przejechaniem przez samochód pobity.

    Dwa tygodnie po operacji pojawiła się szansa, że pacjent przeżyje. Rdzeń kręgowy pobudził się do pracy, dzięki czemu Darek odzyskał czucie w palcach. Dotarł do niego też straszliwy ból. Niestety, wkrótce przestały działać nerki i wątroba. Po trzech tygodniach heroicznej walki o życie, w skutek niedotlenienia mózgu, 25-latek zmarł.

    . . .

    Pogrzeb Darka stał się bezgłośnym manifestem przeciwko "Impulsowi". Za niesioną przez strażaków trumną kroczył liczny tłum mieszkańców Wisznic i sąsiednich wsi. Wszyscy domagali się zamknięcia głośnej dyskoteki i twierdzili, że Darka pobili i zostawili pod autem ochroniarze "Impulsu", czemu właściciel przybytku kategorycznie zaprzeczał. Mimo sprzeciwu lwiej części społeczności, dyskoteka wciąż działała i cieszyła się niemalejącą popularnością. Wciąż też dochodziło do bójek, a jeden z imprezowiczów otarł się o śmierć, tracąc nerkę wskutek pobicia.

    Akcja Katolicka Diecezji Siedleckiej z oddziałem parafialnym w Wisznicach zbierała podpisy pod petycją o wycofanie z "Impulsu" alkoholu, którego uznano za głównego winowajcę ciągłych bójek. Odbywały się także protesty, w których brały udział setki ludzi. Lokalne gazety pisały o "rozpijającym i demoralizującym" młodzież lokalu i o nieetycznym właścicielu, który nie chce zamknąć swojego biznesu, ten zaś podał redakcję "Słowa Podlasia" do sądu za naruszenie jego dóbr osobistych.

    W listopadzie 1997 roku, po otrzymaniu pisma od siedleckiej diecezji, pełnomocnik wojewody bialskopodlaskiego do spraw profilaktyki i rozwiązywania problemów alkoholowych zwrócił się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Białej Podlaskiej o cofnięcie koncesji na alkohol w klubie "Impuls". Akcja powołała się na ustawę o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Prawnicy SKO uznali, że wcześniejsza koncesja została wydana z rażącym naruszeniem prawa i jest nieważna. Zezwolenie na sprzedaż alkoholu zostało podpisane przez sekretarza gminy Wisznice uprawnionego do tego przez wójta, którym w obecnym czasie była żona właściciela "Impulsu", co wedle doktryny prawnej unieważniało wydany dokument. Oznaczało to, że przez dwa lata działania klubu, alkohol był tam sprzedawany nielegalnie. Z końcem lutego 1998 roku niedochodowy już dobytek został zamknięty. Właściciel tłumaczył swoją decyzję pomysłem na inny biznes w tym miejscu oraz naciskom ze strony prasy, głównie "Słowa Podlasia".

    Parczewska prokuratura postawiła zarzuty 18-latkowi, który nieumyślnie przejechał po Darku. Mimo wysiłków, policji nie udało się dowiedzieć, kto go pobił ani czy sam usiadł przy fiacie, czy został tam podłożony. Znalazło się wielu świadków, którzy widzieli Darka przed wypadkiem, jak siedzi oparty o koło. Rok później lubelski sąd uznał oskarżonego za winnego nieumyślnego naruszenia zasad bezpieczeństwa w ruchu lądowym i przejechania po 25-latku, powodując "zwichnięcie kręgosłupa szyjnego z rozerwaniem dysku C 3-4 i uszkodzenie rdzenia kręgowego". Marek został ukarany wyrokiem dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata oraz dozorem kuratora sądowego. Prokurator uznał wyrok za zbyt łagodny i chciał odwołać się od niego, ale z braku poparcia apelacji przez rodziców zmarłego, wycofał się. Małżeństwo uznało, że młody kierowca nie jest winny śmierci ich syna, tylko nieznani sprawcy pobicia i porzucenia pobitego pod samochodem, czego dowodem miały być słowa wypowiedziane przez chłopaka w szpitalu: Jak mieli mnie tak zostawić, to lepiej zabiliby na miejscu...

    Po ponad dwudziestu trzech latach od śmierci Darka sprawcy pobicia wciąż nie zostali zidentyfikowani. Przed laty rodzice zmarłego mieli nadzieję, że potencjalni świadkowie wydarzeń z sierpniowego wieczoru 1997 roku przestaną się bać zemsty ze strony bandytów i zgłoszą się na policję, ale tak się nie stało. Ochroniarzom "Impulsu", którzy przez mieszkańców byli wskazywani jako winni śmierci 25-latka, nie zostali oskarżeni w tej sprawie. Za to jesienią 1998 roku piątka z nich została skazana wyrokami po dwa lata więzienia w zawieszeniu na trzy lata oraz grzywnami po tysiąc złotych za pobicie wracających z dyskoteki małżeństw. Klubowi bramkarze zostali także zobowiązani do wpłaty na stowarzyszenia pomagającemu dzieciom, a jeden z nich otrzymał dozór kuratora.

    Jeżeli ktoś z Was posiada informacje na temat winnych pobicia Darka i przyczynienia się do jego śmierci, proszę o skontaktowanie się z najbliższym komisariatem policji.

    • • •

    Tekst powstał w oparciu o artykuły ze "Słowa Podlasia" wyd. 23-29 IX 1997 r., 4-7 XI 1997 r., 9-15 XII 1997 r., 29 IX - 5 X 1998 r., oraz artkułu "Śmierć i alkohol" z 1998 roku, niestety nie zapisałam dokładnej daty wydania. Korzystałam też z artykułu "Śmierć w rytmie disco-polo" z (nieistniejącego już) dziennika "Życie" wydanie z 1997 r. nr. 253.

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa niezawodny @TerazMnieWidac!
    . . .

    #kryminalne #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #wisznice #bialapodlaska
    pokaż całość

    źródło: Darek.jpg

  •  

    Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato pt. "W sumie, to nie żyje" Proszę szybko czytać, bo jutro wrzucam następną!

    Tekst możecie przeczytać tutaj lub na moim blogu polskiepato.pl.

    Powiadomienia o nowych wpisach pojawiają się na fejsbukowym fanpejdżu Polskie Pato.

    Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć moje pisanie, to zapraszam na Patronite.

    • • •

    Pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia 1996 roku skute lodem ścieżki między bialskopodlaskimi wsiami nie zachęcały do spacerów. Ślizgając się między zaspami, Stanisław wytrwale dreptał ku domostwu swego ojca w Musiejówce. Na miejscu trud wynagrodził mu zimny napitek, który jak co roku wypił z gospodarzem rodzinnego domu. Po opróżnieniu flaszki i czułych pożegnaniach z krewnymi, gość z powrotem ruszył w mróz. Do swojej chałupy z Kozłach nie dotarł, a co działo się dalej, nie pamięta już nikt.

    Pięćdziesięciolatek ocknął się na oddziale chirurgicznym szpitala w Białej Podlaskiej. Od pielęgniarki dowiedział się, że młodzi mieszkańcy gminy Rossosz znaleźli go leżącego pod płotem i zawiadomili karetkę. Oprócz poalkoholowego bólu głowy, Stanisław miał odmrożone dłonie i gdyby spędził choć godzinę dłużej na śniegu, lekarze zmuszeni byliby amputować mu obie kończyny. Na twarzy miał sińce i zadrapania, co mogło być skutkiem upadku na zamarzniętą glebę lub pobicia. Mimo że mężczyzna stanowczo zaprzeczył, jakoby brał udział w bójce, personel szpitala był zobowiązany zawiadomić policję. Podczas przesłuchania na komisariacie w Łomazach Stanisław odmówił składania zawiadomienia o pobiciu, był święcie przekonany, że nikt mu krzywdy nie zrobił, a całą sytuację tłumaczył swoim pijaństwem.

    . . .

    6 stycznia 1997 roku komendant Komisariatu w Łomazach Zbigniew N. uczestniczył w zebraniu sprawozdawczo-wyborczym Ochotniczej Straży Pożarnej w Rossoszu. Wraz z "Rambo", jak zwano 33-letniego komisarza, na bankiecie bawili się posłowie, wójt, komendanci straży pożarnej i inne "grube ryby" z okolic. Na suto zakrapianej zabawie ktoś poruszył temat wypadku Stanisława z Kozłów. Strażacy powtórzyli komendantowi miejscowe plotki, jakoby pijany mężczyzna miał zostać pobity przez dwóch 19-latków – Mariusza D. i Roberta J. Zarzucali też dowódcy łomaskiej policji słabą skuteczność w wykrywaniu przestępstw, co mocno ubodło dumnego "Rambo". Rozsierdzony przytykami kolegów, komisarz N. zatelefonował na komisariat i zlecił pełniącym tego dnia służbę funkcjonariuszom, by czym prędzej zatrzymali do wyjaśnień dwóch chłopców. Podwładni posłusznie zabrali się do wykonywania polecenia i po godzinie czternastej zajechali na podwórze rodziców Mariusza D. Z Kozłów przewieźli go do Łomaz, gdzie zaczęli kilkugodzinne przesłuchanie.

    19-latek opowiedział mundurowym, że wieczorem 25 grudnia 1996 roku spotkał się ze swoimi rówieśnikami Robertem i Grześkiem. Razem pojechali do Musiejówki, gdzie miał dołączyć do nich jeszcze jeden kolega, Mirek. W oczekiwaniu na kompana pili wódkę w aucie Grześka, aż kierowca postanowił się pożegnać, podwiózł kolegów do wyczekiwanego Mirka i odjechał załatwiać swoje sprawy. Chłopcy ogrzali się w domu przyjaciela, śpiewając kolędy z jego rodzicami, po czym udali się w drogę powrotną do Kozłów. Po przejściu kilku metrów zauważyli leżącego w śniegu, zakrwawionego Stanisława. Mariusz i Robert podnieśli skostniałego z zimna mężczyznę i zaczęli ciągnąć do najbliższego domu. Tam zastała ich ciemność, przeciągnęli więc nieprzytomnego do rodziców Mirka, którzy pokierowali ich do innego sąsiada. Bo jego synowa po szkołach – uzasadnił pan domu. Wywracając się na oblodzonej ścieżce, chłopcy dotaszczyli bezwładnego człowieka do mieszkającej obok pielęgniarki. Kobieta zajęła się poszkodowanym do przyjazdu karetki i razem z nastolatkami przyczyniła się do uratowania rąk oraz życia Stanisława.

    Policjanci zdawali się nie wierzyć w tłumaczenia nastolatka i za wszelką cenę usiłowali wymusić na Mariuszu przyznanie się do pobicia swojego sąsiada. Według relacji przesłuchiwanego, krzyczeli, bili go pięściami w brzuch, okładali gumową pałką, rzucili na podłogę i uderzali po gołych piętach. O osiemnastej, na rozkaz komendanta, który wciąż przebywał w remizie i wydawał rozkazy telefonicznie, funkcjonariusze pojechali po Roberta J. Z Karczówki zabrali go błyskawicznie, nie pozwolili nawet dokończyć kolacji, ale obiecali rodzinie odwieźć go za pół godziny. Rodzice domyślali się, w jakiej sprawie zabierano ich syna, od dawna słyszeli plotki o tym, że Robert ze swoim kolegą pobili Stanisława z Kozłów. Nastolatek tłumaczył rodzicom i sąsiadom, że to pomyłka, że ciągnęli nieprzytomnego mężczyznę, by mu pomóc, a nie bić. Zmęczony pomówieniami twierdził nawet, że sam zgłosi się na komisariat, by wszystko wytłumaczyć i uciąć wiejską gadaninę.

    Gdy przywieziono Roberta do Łomaz, przesłuchujący pozwolili Mariuszowi wyjść na korytarz i kazali czekać. Najpierw przesłuchiwali go policjanci, później sam komendant Zbigniew N., który prosto z imprezy w Rossoszu przyjechał na komisariat. Mariusz zza drzwi słyszał krzyki, a później huk. I ciszę. Ja nie chciałem, co ja narobiłem! – znów krzyk. I płacz.

    Pogotowie przyjechało po dwudziestu minutach od wystrzału z pistoletu komendanta. 19-letni Robert leżał z przestrzeloną nad prawą brwią głową, nie można było już mu pomóc. Zbigniew N. był w szoku, kazał dzwonić do żony i próbował uciekać. Doszło do szarpaniny, w której jeden z policjantów odebrał komendantowi broń. "Rambo" w kółko powtarzał, że tylko się bronił, że został przez J. napadnięty i to nie jego wina. Zbadany alkomatem miał 0,74 promila alkoholu w organizmie. Funkcjonariusze z łomaskiego komisariatu powiadomili o zdarzeniu swoich przełożonych z Białej Podlaskiej. Na miejscu pojawił się komendant rejonowy i wojewódzki, którzy rozpoczęli śledztwo.

    Po kilku godzinach od wystrzału, przewieziono przerażonego Mariusza do aresztu w Białej Podlaskiej, gdzie spędził noc. Rano został ponownie przesłuchany przez policjantów z Łomaz, którzy według nastolatka kazali zrzucić winę za pobicie Stanisława na nieżyjącego Roberta. Tym razem nie bili przesłuchiwanego, jedynie grozili więzieniem. Mając wciąż przed oczami martwe ciało kolegi, przestraszony chłopak podpisał protokół przesłuchania, który został mu podsunięty. Do domu został zwolniony następnego dnia.

    Rodzice Roberta J. zostali poinformowani o jego śmierci w nocy z 6 na 7 stycznia. Powiedziano im, że 19-latek miał wypadek. Na pytanie jaki wypadek?, policjanci odpowiedzieli: W sumie, to nie żyje. Rodzina o szczegółach zajścia dowiedziała się dopiero rano od bialskiej prokuratury.

    Komendant Zbigniew N. został przewieziony na oddział neurologiczny w Białej Podlaskiej, a stamtąd do Szpitala Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Lublinie. Przesłuchany został dopiero wieczorem 8 stycznia. Nie mówił wiele, powtarzał jedynie, że został przez 19-latka zaatakowany i duszony, a strzał padł w sposób niekontrolowany podczas szamotaniny, gdy próbował się bronić. Postawiono mu zarzut dokonania morderstwa i wydano nakaz tymczasowego aresztowania.

    11 stycznia w ostatniej drodze Robertowi towarzyszyła cała wieś i okolice. Zjawiła się także trzyosobowa delegacja z Komendy Wojewódzkiej, co wielu żałobnikom się nie spodobało. Mimo sprzeciwu kilku kolegów zastrzelonego chłopaka, funkcjonariusze złożyli na mogile wieniec, po czym szybko opuścili cmentarz.

    . . .

    Komendant główny policji Marek Papała skierował do Łomaz grupę oficerów z kilku miast Polski, którzy mieli zbadać na miejscu przebieg wydarzeń w nocy z 6 na 7 stycznia. Komenda Główna zdecydowała, że komisarz Zbigniew N. zostanie dyscyplinarnie zwolniony ze służby. Z czasem zawieszono także w czynnościach służbowych komendantów wojewódzkiego i rejonowego. Wszczęto wobec nich postępowanie dyscyplinarne, a w oficjalnym komunikacie decyzję uzasadniono tym, że "komendanci nie dopełnili ciążącego na nich obowiązku nadzoru nad podległymi sobie policjantami".

    Na szyi byłego komendanta Komisariatu Policji w Łomazach ujawniono zasinienie i otarcie naskórka, co mogło potwierdzać wersję Zbigniewa N., że przesłuchiwany nastolatek go zaatakował. Śledztwo wykazało, że komisarz przemocą usiłował zmusić Mariusza, by ten przyznał się do pobicia Stanisława z Kozłów. Robert J. w końcu nie wytrzymał i w odwecie rzucił się na komendanta. Szczupły chłopak nie miał wielkich szans z N., dlatego po jednym uderzeniu w głowę upadł na ziemię. W podnoszącego się z parkietu młodzieńca Zbigniew N. wycelował broń, przeładował i strzelił z około metrowej odległości. Kula przeszyła czoło i wyleciała przez kość potyliczną.

    Śledztwo wykazało też, że nastolatkowie byli przetrzymywani na komisariacie bez żadnych podstaw prawnych. Zarzuty przekroczenia uprawnień służbowych postawiono trzem funkcjonariuszom, którzy przebywali w tym czasie na posterunku w Łomazach. Ich proces toczył się przed Sądem Rejonowym w Białej Podlaskiej, gdzie jeden z nich został uniewinniony, a dwóch dostało kilkuletnie wyroki w zawieszeniu.

    Proces Zbigniewa N. rozpoczął się przed Sądem Wojewódzkim w Lublinie w 1998 roku. Podczas jego trwania przesłuchano ponad czterdziestu świadków. Były już policjant nie przyznał się do umyślnego zabójstwa i odmówił składania wyjaśnień. N. był dowożony na rozprawy z lubelskiego szpitala psychiatrycznego, gdzie był leczony na nerwicę depresyjną, której nabawił się na skutek traumy po zabiciu nastolatka.

    Mimo wnioskowania prokuratora o karę 25 lat pozbawienia wolności, 30 kwietnia 1998 roku lubelski Sąd Wojewódzki skazał Zbigniewa N. na karę 15 lat więzienia, 8 lat pozbawienia praw publicznych i 10 lat zakazu wykonywania zawodu policjanta. Obrońca oskarżonego odwołał się od wyroku, a w kwietniu 2000 roku Sąd Apelacyjny w Lublinie zmienił akt oskarżenia i Zbigniew N. zamiast za zabójstwo, był sądzony za nieumyślne spowodowanie śmierci. Wyrok został zmieniony na 4,5 roku więzienia, a jesienią tego samego roku uprawomocnił się. To świadczy o tym, że można przesłuchiwać ludzi w komisariacie, grożąc pistoletem, można ich nawet niechcący zastrzelić – powiedział po rozprawie w Sądzie Apelacyjnym oskarżyciel posiłkowy.

    20 marca 2001 roku Zbigniew N. otrzymał przedterminowe warunkowe zwolnienie z więzienia i po spędzeniu w celi oraz szpitalach psychiatrycznych czterech lat i niecałych trzech miesięcy wyszedł na wolność.

    Rodzice Roberta J. wystąpili do sądu o przyznanie im zadośćuczynienia po 400 tysięcy złotych oraz dożywotnich rent. Żądania uzasadniali pogorszeniem się warunków ich życia po śmierci syna oraz wiązanymi z nim nadziejami na poprawę swojego bytu. W 2003 roku Sąd Okręgowy w Lublinie zasądził dla nich po 40 tysięcy złotych odszkodowania, które w imieniu Skarbu Państwa miał zapłacić komendant miejski policji w Białej Podlaskiej. Sędzia ocenił zgłoszone przez rodziców zabitego chłopaka kwoty za wygórowane, a argumenty za mało przekonujące. W ocenie Sądu nieuzasadnione było wiązanie z synem nadziei na przyszłą poprawę sytuacji materialnej, ponieważ Robert nie uczył się dobrze, z zawodu był blacharzem, w związku z czym podano w wątpliwość możliwość pozyskania przez niego stałej pracy i utrzymywanie rodziców na stare lata.

    . . .

    Zdaniem Ryszarda Modelewskiego, byłego szefa sekcji kryminalnej policji w Białej Podlaskiej, w latach 90. Zbigniew N. nosił ze sobą pistolet bez względu na okoliczności. Miał go ze sobą, nawet gdy pił alkohol w łomaskiej remizie. Był posiadaczem służbowego P-64 oraz prywatnej tetetki. Oba nosił przy sobie: służbowy w kaburze, a swój w neseserku – pisał emerytowany policjant w swojej książce "Odwet gliny. W imię sprawiedliwości". P-64 miało być podrasowane: mechanizm spustowy był podpiłowany, dzięki czemu wystarczyło delikatnie go dotknąć, by pistolet wystrzelił. Miało to służyć łatwiejszemu i celniejszego oddawaniu strzałów. N. miał chwalić się swoimi strzeleckimi umiejętnościami podczas zakrapianych imprez z kolegami. Modelewski opisywał byłego już komendanta, jako mężczyznę lubiącego imponować wyglądem i zachowaniem. Zgrywanie twardziela było nierozłącznym elementem jego sposobu bycia. Przydomek "Rambo", jaki nadali mu miejscowi, nie był dziełem przypadku. Miał często powtarzać, że "trzeba będzie kiedyś dla przykładu z jednego odstrzelić i będziemy mieli spokój".

    Modelewski zwrócił też uwagę na to, jak wiele błędów zostało popełnionych podczas śledztwa w sprawie śmierci Roberta J. Jego zdaniem usiłowano zamieść sprawę pod dywan, czego wynikiem były niskie wyroki dla obecnych w feralną noc na komisariacie policjantów i komendanta. Czynności miały być wykonywane chaotycznie, a oględziny miejsca zbrodni niedokładnie. Kluczowy dowód, jakim była kula, która wyleciała z głowy nastolatka, została podniesiona z podłogi dopiero przez sanitariusza karetki pogotowia. W tym samym momencie jeden z obecnych naczelników wziął do ręki P-64, z którego N. zastrzelił J., i bez skrępowania zaczął go rozbierać na części – opowiadał były policjant.

    . . .

    Jeszcze długo po śmierci Roberta posterunek w Łomazach wzbudzał strach i brak zaufania. Obecnie budynek przy Placu Jagiellońskim wydaje się żyć innym życiem: w miejscu, gdzie ponad dwadzieścia lat temu leżał zastrzelony chłopak, dzisiaj dzieci stoją w kolejce po lody.

    • • •

    Zdjęcie fragmentu gazety, które wrzyuciłam poniżej, to "Słowa Podlasia" wyd. 2/97 (14-20 styczeń 1997 r.)

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd oraz z wydań 2/97 i 10/98 "Słowa Podlasia". Korzystałam też z książki Ryszarda Modelewskiego "Odwet gliny. W imię sprawiedliwości".

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa niezawodny @TerazMnieWidac. Tytuł też wymyślił. Wzmianki o książce Modelewskiego nie sprawdzał, także jak są jakieś błędy, to tylko moja wina. ¯\_(ツ)_/¯

    . . .

    #kryminalne #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #lomazy #bialapodlaska
    pokaż całość

    źródło: IMG_20201103_115407aaaaaaaaaaaaaaaa.jpg

    •  

      @kvoka: Ponad 20 lat temu zespół z Lublina o nazwie The Gits nagrał piosenkę "Anioły są niebieskie". I jest tam fragment:

      "Niedaleko mojego miasta, gdzieś na komisariacie,
      martwy, z kulą w głowie, niewinny nastolatek."

      20 lat nie wiedziałem o czym śpiewali a teraz mi czaszka pękła bo już wiem. Dziękuję Ci za to i za wszystkie Twoje wpisy. W tej piosence opisują jeszcze dwie sprawy:

      "Dwaj bracia z Sosnowca, jeden w szpitalu a drugi w kostnicy. I dzieciak ze Słupska zabity na ulicy."

      Dzieciak ze Słupska to Przemek Czaja. Kto wie może za następne 20 dowiem się kim byli bracia z Sosnowca. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam:)
      pokaż całość

    •  

      TEN WPIS NA NOWYM BLOGU ZNAJDZIECIE TUTAJ.

    • więcej komentarzy (42)

  •  

    Mam wrażenie, że każdy ma w rodzinie jakąś ciocię anty-covidowca lub wujka anty 5G, wierzących we wszystkie teorie spiskowe i uważających się za bardziej doinformowanych i lepszych od innych. #pytanie #ankieta #szury

    Czy masz szura w rodzinie?

    • 70 głosów (67.31%)
      Tak
    • 34 głosy (32.69%)
      Nie
  •  

    Macie jakąś listę tematów, o którym można napisać na Mirko nie narażając się że cię zwyzywają? (・へ・) #pytaniedoeksperta

    +: Keirrra
  •  

    Kojarzy ktoś sprawę? 1999 rok. #chelm Chłopiec przed śmiercią został zgwałcony. Podobno sprawcy od dobrych kilku lat na wolności. #kryminalne

    źródło: IMG_20201014_145013.jpg

  •  

    Kto kojarzy sprawę? Z 1999 roku. Morderca zwie się Adam K. #tomaszowlubelski #kryminalne #lublin

    źródło: IMG_20201014_132739.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym. Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani. Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    Tekst możecie przeczytać tutaj lub na moim blogu polskiepato.pl.

    Powiadomienia o nowych wpisach pojawiają się na fejsbukowym fanpejdżu Polskie Pato.

    Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć mnie w tym co robię, to zapraszam na mój Patronite.

    • • •

    DANIEL B., rocznik '81

    W majowy weekend 2013 roku 32 letni Daniel snuł się bezczynnie po tychowskich osiedlach. A to z kimś wypił piwo, a to z innym zapalił papierosa i tak minął mu cały dzień. Wieczorem, znudzony jak mops, w poszukiwaniu towarzystwa zatelefonował do partnerki jednego z członków swojej rodziny. Joanna, nie słysząc w głosie Daniela tych kilku butelek piwa, które wcześniej wychylił, zgodziła się na wspólną kawę. Znali się dość dobrze, krewny czasem wpadał do nich w odwiedziny, lubił się też z ich dziećmi, którym czasami czytał książki i które nazywały go wujkiem. Sam Daniel też był ojcem, jednak jakiś czas temu rozstał się z matką swojego potomka. Mieszkał u rodziców, których domu nie opuścił, nawet gdy na świat przyszło jego dziecko. Nigdzie nie pracował, a całe dnie spędzał na pielęgnowaniu swojego alkoholowego nałogu.

    Po godzinie 19., gdy B. raczył się filiżanką rozpuszczalnej i domowym ciastem, do Joanny zadzwoniła koleżanka z prośbą o całonocną opiekę nad jej synem. Każda okazja, by dorobić do rodzinnego rachunku była dla kobiety bardzo ważna, przeprosiła więc swojego gościa i zadzwoniła do partnera, by czym prędzej wrócił zająć się ich dziećmi. Para wychowywała wspólnie trójkę pociech, dwójkę wspólnych oraz córkę Joanny z pierwszego małżeństwa. Pan domu miał pojawić się za pół godziny, dzieci poprosiły więc mamę, by wujek został z nimi do tego czasu. Po wyjściu gospodyni Daniel otworzył piwo, które ukradkiem przyniósł ze sobą i wspólnie z dzieciakami rozsiadł się na kanapie, by oglądać film. Partner Joanny wrócił punktualnie i nie spodobało mu się, że jego krewny o tak późnej porze przebywa w ich domu. Wyczuwszy od mężczyzny woń alkoholu, rzucił w jego stronę kilka nieprzyjemnych słów i zdenerwowany wyszedł z mieszkania. Daniel, niewiele robiąc sobie z uwag niezadowolonego gospodarza, poszedł kupić więcej piwa, po czym wrócił przed telewizor. Później wychodził jeszcze kilkukrotnie, by uzupełnić zapasy. Podczas jednego z takich wyjść, spotkał nawet kolegę, z którym wypił "małpkę" przed sklepem.

    Po godzinie 22., Daniel polecił 10-letniemu synowi Joanny iść już spać. Na kanapie spała już najmłodsza z pociech, a obok położyła się najstarsza, 12-letnia Olga. "Opiekun" zadzwonił do Joanny, że jej dzieci już grzecznie śpią, a po krótkiej chwili od odłożenia słuchawki, położył się obok Olgi. Zaczął dotykać dziecko po niewyrośniętych piersiach oraz miejscach intymnych, nie reagował na jej prośby, by przestał.

    Kocham cię

    – mruczał do dziecka, całując po szyi i ustach.

    Dziewczynka odpychała przybranego wujka, ten jednak przytrzymywał jej nadgarstki i obcałowywał. Gdy przestał, 12-latce udało się na chwilę zasnąć, zanim znów nie obudził jej ciepły, alkoholowy oddech. Daniel przyciskał ją swoim ciałem i obmacywał: wkładał palce do pochwy i dotykał po biuście. Po kilku minutach, jakby dotarły do niego jej błagania, wstał i przesiadł się na kanapę obok. Otworzył następne piwo i jak gdyby nigdy nic wpatrywał się w telewizor. Przestraszona 12-latka wtuliła się w śpiącą obok półtoraroczną siostrę i próbowała zasnąć, łudząc się, że to tylko zły sen. Za trzecim razem obudził ją ból. Gdy się ocknęła, leżała naga z rozchylonymi nogami. Gdy 32-latek skończył, uciekła do łazienki, gdzie obmyła się z krwi i spermy. Wyszła dopiero, gdy usłyszała, że jej mała siostrzyczka płacze. Zobaczyła, że wuj usiłuje ją uspokoić, dziecko jednak pobiegło do kuchni. Olga poszła za siostrą, usiadła na posadzce i przytuliła zapłakanego malca. Wujek przycupnął obok dziewczynek i zaczął całować starszą po rękach.

    Kocham cię i tylko z tobą chcę się kochać

    – szeptał.

    Zszokowana dziewczynka kazała mu wyjść z kuchni.

    Zadzwoń, jakbyś chciała to powtórzyć

    – uśmiechnął się i wrócił przed telewizor.

    Szlochając, Olga zaniosła siostrzyczkę do łóżka i położyła się obok. Za nią przyszedł wuj i obiecując, że będzie tu tylko spał, ułożył się przy niej. 12-latka całą noc budziła się, czując jego suche dłonie na swoim ciele i śmierdzący alkoholem oddech na karku. Nie reagował na jej błagania i prośby, by przestał. Powtarzał tylko:

    Zachowaj wszystko w tajemnicy.

    Pozwalał sobie na coraz więcej, ale w końcu zostawił dziewczynkę w spokoju i o godzinie 6. kazał zamknąć drzwi na klucz. Gdy tylko wyszedł z mieszkania, Olga przekręciła za nim zamek, włączyła komputer, i z bramki SMS wysłała wiadomość do mamy, by ta jak najszybciej wróciła do domu.

    Wujek mnie dotykał i całował, wkładał palce do siusi

    – płakała roztrzęsiona, gdy jej opiekunowie wrócili do domu.

    Joanna wraz z córką czym prędzej pojechała do szpitala, a ojczym spotkał się ze swoim krewnym, by spytać go o przebieg minionej nocy. B. przyszedł na spotkanie wyraźnie wstawiony i zaprzeczył, jakoby miał współżyć z 12-latką. Jeszcze tego samego wieczoru podejrzany mężczyzna został zatrzymany przez policję.

    Daniel B. nie przyznał się do zgwałcenia oraz molestowania Olgi. Zasłaniał się niepamięcią przez dużą ilość wypitego alkoholu. Jego późniejsza linia obrony polegała właśnie na tłumaczeniu się "urwanym filmem".

    Na ciele oraz w pochwie dziewczynki znaleziono liczne ślady DNA Daniela B. oraz otarcia, a jej pełna emocji, spójna opowieść o tym, co działo się w nocy z 2 na 3 maja, zostały uznane przez specjalistów za wiarygodne i szczere. Te oraz inne liczne dowody stały się podstawą do oskarżenia Daniela B. o to, że w sposób umyślny w formie zamiaru bezpośredniego zgwałcił oraz doprowadził do innych czynności seksualnych małoletnią poniżej 15 roku życia. Zdaniem sądu, B. dobrze wiedział, że dziewczynka nie ucieknie z domu w ciągu nocy, a jej rodzice nie wrócą do rana, dlatego też rozciągał wszystkie czynności seksualne na całą noc.

    Biegli stwierdzili u B. zespół zależności alkoholowej, nie stwierdzono jednak, że jest pedofilem, a jego zachowanie tłumaczono "pedofilią zastępczą" – mężczyzna nie mógł zaspokoić swoich pragnień z dorosłą osobą, którą seksualnie preferuje, dlatego w zastępstwie zainteresował się dzieckiem. Niezaprzeczalnie stwierdzono też, że w chwili zarzucanych czynów, Daniel B. był poczytalny.

    W lutym 2014 roku Sąd Okręgowy w Katowicach uznał Daniela B. za winnego zarzucanych mu czynów i skazał na cztery i pół roku pozbawienia wolności oraz pięć lat zakazu kontaktowania się z pokrzywdzoną.*

    W uzasadnieniu czytamy: Sąd uznał za okoliczność łagodzącą wpływającą na wymiar kary fakt, iż w wyniku zdarzenia pokrzywdzona doznała niewielkich obrażeń fizycznych. Na korzyść oskarżonego przemawia przede wszystkim uprzednia niekaralność oraz fakt, iż sąsiedzi, dzielnicowy nie mieli zastrzeżeń co do jego funkcjonowania w środowisku. Obecnie przeciwko oskarżonemu nie toczy się też żadne inne postępowanie karne. Oskarżony w mowie końcowej wyraził również szczery żal i przeprosił obecną na sali oskarżycielkę posiłkową.

    Adwokat Daniela B. zaskarżył wyrok Sądu pierwszej instancji, tłumacząc zachowanie oskarżonego lunatykowaniem lub zespołem Morfeusza – rzadkim zaburzeniem polegającym na wykonywaniu różnych czynności seksualnych podczas snu. Stwierdzono jednak, że niekontrolowanie swojego zachowania (np. sikanie do butów, które zdaniem rodziny B. mu się zdarzało) i nie pamiętanie niektórych zachowań, są spowodowane spożywaniem dużej ilości alkoholu, a nie zaburzeniami snu. Biegli zgodnie stwierdzili, że nie ma podstaw, by badać oskarżonego pod kątem zaburzeń snu, ich zdaniem zachowanie Daniela B. było celowe.

    17 lipca 2014 roku Sąd Apelacyjny w Katowicach utrzymał wyrok w mocy.

    Daniel B. odbył cały zasądzony wyrok i 29 października 2017 roku opuścił więzienie. W Rejestrze Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym w rubryce "Miejscowość, w której przebywa" widnieje informacja: "w trakcie weryfikacji".

    . . .

    Kilka szczegółów oraz imiona zmieniłam, by nie można było zidentyfikować ofiary i jej najbliższych.

    *czas liczenia takiego zakazu, biegnie dopiero od opuszczenia przez skazanego placówki więziennej

    • • •

    Tekst powstał w oparciu o zanonimizowany wyrok, który dostałam od Sądu Okręgowego w Katowicach oraz wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach wraz z uzasadnieniem.

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego – @IgorK.

    • • •

    #kryminalne #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #tychy
    pokaż całość

    źródło: ztychownieztych.jpg

  •  

    Czy ktoś wie, jak potoczyły się losy Piotra z wytauowanym na czole "J***ć Sąd"? #kryminalne #patologia #patologiazmiasta #patologiazewsi #pytanie #pytaniedoeksperta

    Dla przypomnienia: https://www.youtube.com/watch?v=7u5zz6uhOp4 pokaż całość

    źródło: i.ytimg.com

  •  

    Jaką drukarkę laserową do 700 zł polecacie? Będą na niej drukowane kolorowe obrazki do #decoupage, więc musi mieć dobrą rozdzielczość. #pytanie #pytaniedoeksperta #kiciochpyta #sprzetkomputerowy?

  •  

    "Dziennik Wschodni" z 1999 roku. #alkohol #alkoholizm #retroprasa

    źródło: IMG_20200929_114757.jpg

  •  

    Ostatnio pojawiły się głosy, że na #polskiepato opisuję głównie sprawy ze wschodu Polski. Postanowiłam to sprawdzić i utworzyć mapę omówionych przeze mnie zbrodni. Niektóre adresy są dokładnym miejscem wydarzeń, niektóre wskazują tylko miejscowości, w których doszło do morderstwa czy zgwałcenia. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, to zapraszam, będę uaktualniała na bieżąco: https://goo.gl/maps/Tqfy555DgGMgWDD49 #widaczabory

    Muszę napisać coś o zachodniopomorskim, bo pusto tam u was. A spraw z okolicy Białej Podlaskiej będzie więcej, bo pisuję do gazety z tamtych stron. #kryminalne #mapa
    pokaż całość

    źródło: Bez nazwy.png

  •  

    Niedawno odkryłam fajny blog → "Bez przedawnienia". Autor na podstawie akt sądowych opisuje niewyjaśnione zbrodnie. Blog nienowy, a mam wrażenie, że mało popularny. A szkoda! #kryminalne #kryminalistyka #polecam

  •  

    Czego najbardziej zazdrościcie innym? Jaki musi być człowiek byście czuli się przy nim gorsi? #pytanie #dyskusja #przemyslenia #gownowpis

    +: bArrek
  •  

    Jaki twardy materac nawierzchniowy (topper) polecacie? Czytałam, że najlepsze są te z wkładem kokosowym, ma ktoś z Was? #pytanie #pytaniedoeksperta #kiciochpyta

    źródło: nakladka_na_materac.jpg

  •  

    Co oznacza napis na tym kitq? To chyba #japonski

    #jezykjaponski #jezykchinski #chinski #pytaniedoeksperta

    źródło: IMG_20200827_114529.jpg

    +: Deefika
  •  

    Robiłam wczoraj pierogi (czyli najlepszą szamkę na świecie ♥). Były tradycyjne ruskie oraz z kurczakiem, fetą i suszonymi pomidorami.

    Przepis na idealne ciasto na pierogi: Zagotuj 200 ml wody. Wrzątek wlej do kubeczka i poczekaj około 5 minut, aż trochę ostygnie. W tym czasie, przesitkuj do miski 300 g mąki pszennej. Do ostygniętego wrzątku dodaj 3 łyżki oleju roślinnego i dużą szczyptę soli, wymieszaj. Miksturę przelej do miski z mąką i wymieszaj łyżką. Zagnieć ciasto i odstaw na około 40 minut.

    #gotujzwykopem #przepisy #jedzenie #pierogi
    pokaż całość

    źródło: pierozki.jpg

  •  

    Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato pt. "Morderca z poprawczaka"

    Tekst możecie przeczytać tutaj lub na moim blogu polskiepato.pl.

    Powiadomienia o nowych wpisach pojawiają się na fejsbukowym fanpejdżu Polskie Pato.

    Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć moje pisanie, to zapraszam na Patronite. Jakaś aktualizacja by się tam przydała (-‸ლ).

    Rysunek poniżej jest mojego autorstwa. Swoje prace (rzadko ale jednak) wrzucam na fanpage Kvoka. Może jak się przestanę wstydzić, to będzie ich tam więcej.

    • • •

    Sąsiedzi bali się Stefana, nie mniej niż jego rodzina. Na wsi niedaleko Drelowa (woj. lubelskie), gdzie mieszkał z żoną i siedmiorgiem dzieci, mówiono, że agresywny, że pijak, że kawał drania. Ale robotny, co w latach 90. było jedną z najbardziej szanowanych cech i często przykrywało najgorsze wady. Mimo pobierania renty, mężczyzna najmował się do pracy, gdzie tylko się dało – a to obornik przerzucał, a to pomagał przy zbiorze buraków. Część pieniędzy przepijał, resztę łożył na rodzinę, która mimo jego wkładu i zasiłku z pomocy społecznej żyła w ubóstwie. Liczne potomstwo Stefana było niedożywione, a według przydzielonego im w późniejszych latach kuratora, w domu jadano głównie chleb ze smalcem i nazbierane w lesie grzyby. Przez całe lato dzieci zrywały zioła, jagody i wszystko inne, co nadawało się do zjedzenia lub na sprzedaż. Zarobione pieniądze pomagały spłacać zaciągnięte w miejscowym sklepie "kreski". Dzieci pracowały też przy domu, rąbały drewno, nosiły wodę ze studni. Ojciec trzymał ich krótko, nie znosił sprzeciwu i wymagał bezwzględnego posłuszeństwa, które egzekwował krzykiem i karami cielesnymi.

    Na wsi mówiono, że Stefan może i wulgarny, i nie do życia, ale byłby inny, gdyby nie żona.

    To przez nią on taki. Ani uprane, ani ugotowane, ani pocerowane, ani to, ani sio, tylko kawka i papierosek!

    – psioczyły sąsiadki.

    W 1995 roku prokuratura wszczęła postępowanie dotyczące znęcania się nad kobietą przez męża. Z czasem jednak poszkodowana wycofała oskarżenia, a sprawę umorzono.

    Przed wrzaskami i biciem dzieci Stefana często uciekały do babci. W białym, drewnianym domku w Wohyniu szczególnie często bywał najstarszy z rodzeństwa, Adrian. To jego upodobał sobie ojciec na kozła ofiarnego i główny cel swojej agresji. Bił go na przeróżne sposoby, często tak dotkliwie, że chłopiec nie mógł usiedzieć na sinych pośladkach. Rzucał w syna siekierą, zakładał na szyję stryczek i straszył, że powiesi go na brzozie. Gdy Adrian wagarował, Stefan nie pozwalał mu wracać do domu i kazał nocować w zbożu lub chlewiku, gdzie podgryzały chłopca szczury. Matka po kryjomu wyniosiła mu kurtkę, by nie zmarzł w nocy.

    . . .

    Jesienią 1994 roku 13-letni Adrian zapukał do drzwi znajomej swojej babci. 82-latka otworzyła znanemu z widzenia chłopcu, a ten wpadł do izby jak burza. Usiadł na krześle i skarżył się, że go pobito i boi się wyjść na zewnątrz. Poprosił staruszkę o szklankę wody, a gdy ta odwróciła się w stronę zlewu, chwycił za kuchenny nóż i z całej siły wbił go kobiecie w plecy, która krzyknęła przeraźliwie, a nastolatek wybiegł na podwórko. Słaniając się na nogach, widziała przez okno jak wraca z metalowym prętem w ręku. Ostatkiem sił doszła do drzwi i przekręciła klucz. Zaczął w nie uderzać i usiłował wyważyć, jednak bezskutecznie. Uciekł spłoszony przez kuzynkę 82-latki, która przyszła z wizytą.

    Ofiara niedoszłego mordercy spędziła tydzień w szpitalu, a on sam został zatrzymany. Chłopiec był już znany policjantom, bo zaledwie dwa tygodnie przed atakiem był wraz z jednym z młodszych braci przesłuchiwany jako podejrzany o kradzież z włamaniem. Tym razem Adrianowi zarzucono usiłowanie morderstwa. Podczas przesłuchań wyszło na jaw, że 13-latek i jego młodsze rodzeństwo są ofiarami przemocy ze strony ojca oraz żyją w tragicznych warunkach. Kuratorka, która wizytowała ich dom w tamtym czasie, opisała go słowami: Podłogi to gołe deski i klepisko. Łóżko do spania po dwoje, mały stoliczek, dwa krzesła, szafa i telewizor. Panuje brud. Na stole pełno piachu, przy chlebie koty, a bywało, że i kury, i psy. Zaduch. Dzieci nie mają minimalnych warunków do nauki. W raporcie znajduje się także informacja, że Stefan i jego żona, którzy permanentnie narzekają na brak pieniędzy, nie potrafią uszanować ubrań, które są im dostarczane z ośrodka charytatywnego. Po użyciu palą je lub wyrzucają na podwórze.

    Kuratorzy uznali zgodnie, że małżonkowie są niezaradni wychowawczo, mimo to sąd orzekł, że nie ma dostatecznych dowodów na ich winę, dlatego nie można odebrać im dzieci. Szóstka z nich została więc przy rodzicach, którym jedynie ograniczono prawa. Adrian z kolei został umieszczony w zakładzie poprawczym.

    . . .

    W niedzielę 7 września 1996 roku do małego, białego domku w Wohyniu zjechała się liczna rodzina. Na wyprawianych imieninach pojawił się też najstarszy wnuk solenizantki. Adrian co prawda z przepustki miał wrócić do Zakładu Poprawczego w Świeciu już trzy tygodnie temu, ale służby niezbyt interesowały się jego zniknięciem. Czuł się pewnie, bo i nie była to jego pierwsza ucieczka.

    Gdy goście rozjechali się do domów lub twardo spali po zakrapianej imprezie, Adrian leżał na tapczanie i przypomniał sobie dawno podsłuchaną rozmowę – mieszkające po drugiej stronie ulicy małżeństwo omawiało wyjazd za granicę. Wywnioskował, że w domu Stanisława i Marii musi być spora suma pieniędzy. Wstał więc z posłania, wziął kuchenny nóż i po cichu wykradł się z babcinego domu. Drzwi wejściowe sąsiadów były zamknięte, nastolatek zauważył jednak lekko uchylone okno na tyłach posesji. Wślizgnął się do kuchni i zaczął penetrować dom w poszukiwaniu gotówki. Hałas obudził gospodynię, która wyszła sprawdzić, co się dzieje. Zaskoczony włamywacz rzucił się na nią z nożem. Gdy po licznych ciosach 36-latka osunęła się na ziemię, ten wrócił do plądrowania pomieszczeń. Po chwili do kuchni weszła zbudzona odgłosami szamotaniny córka kobiety. 8-letnia Ewa, widząc zakrwawioną matkę na podłodze, nie była w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Adrian od razu ją zaatakował. Dźgał dziewczynkę tak długo, aż przestała się ruszać. Po wszystkim przeniósł ciała do sąsiedniego pokoju i ułożył na tapczanie. Obnażył częściowo zwłoki Marii, by upozorować motyw seksualny i nakrył matkę i córkę kołdrą. Przed wyjściem zabrał 250 złotych, biżuterię i odtwarzacz wideo, który ukrył w reklamówce pod gałęziami w sadzie swojej babci. Po wszystkim wrócił cicho do białego domku i położył się spać.

    W poniedziałkowy wieczór Stanisław zastał swój dom w Wohyniu zamknięty, ciemny i dziwnie cichy. Zdziwił się, gdyż zwykle o tej porze żona i córka czekały na jego powrót z pracy. Gdy długo nie odpowiadały na pukanie, mężczyzna obszedł budynek. Widok otwartego na oścież okna jeszcze bardziej go zaniepokoił. Wdrapał się do środka i w nadziei, że rodzina śpi, cicho przeszedł przez kuchnię. Marię i Ewę znalazł tam, gdzie zostawił je minionej nocy włamywacz. Zrozpaczony i zszokowany mężczyzna wybiegł z domu prosić o pomoc sąsiadów, w tym mordercę.

    Piętnastolatek przez cały dzień zachowywał się spokojnie. Nawet po dziewiętnastej, gdy pod domem na drugiej stronie ulicy stał czarny parawan, zdawał się nie mieć żadnego związku z tamtejszą tragedią. Babcia nastolatka miała jednak złe przeczucia.

    Adrianku, powiedz, może ty coś zrobił

    – martwiła się.

    Chłopak stanowczo zaprzeczał, zdawał się wręcz zdziwiony obecnością policji pod domem sąsiadów.

    Babciu, błagam cię, nie męcz mnie. Jestem czysty. Ja nikogo się nie boję. Ja jestem czysty.

    Oględziny miejsca zbrodni trwały niemal całą noc. Mimo zarzekania się przed rodziną i zapewnianiu o swojej niewinności, Adrian został zatrzymany już we wtorek. Podczas przesłuchania w Sądzie Rejonowym w Radzyniu Podlaskim przyznał się do włamania i podwójnego morderstwa. Po złożeniu wyjaśnień podejrzanego nastolatka umieszczono w schronisku w Dominowie pod Lublinem, gdzie został poddany obserwacji psychiatrycznej.

    . . .

    Stefan prześladował wszystkie swoje dzieci, jednak gdy Adrian, nad którym znęcał się najbardziej, trafił do zakładu poprawczego, mężczyzna wybrał nowy ulubiony obiekt tortur. Jego drugi syn był mu bardzo poddany, bez zająknięcia wykonywał wszystkie rozkazy, zajmował się młodszym rodzeństwem i robił opłaty. Młodszy o rok Szczepan nie był już tak posłuszny, wybór wydawał się więc oczywisty.

    W październiku 1996 roku po nocy spędzonej w krzakach przy dworcu w Międzyrzecu Podlaskim, Szczepan zgłosił się na policję. 12-latek prosił o umieszczenie w domu dziecka, bał się wrócić się do rodzinnego domu.

    Nie chcę być już bity, aż do utraty przytomności

    – błagał. Skierowano go do lokalnego pogotowia opiekuńczego i skontaktowano się z jego rodzicami. Po chłopca zgłosił się ojciec, ale nie chciał go ze sobą zabrać, zabronił też robienia tego swojej żonie. W notatce kuratora można przeczytać, że Stefan przywiózł synowi trochę ubrań, stwierdzając, że nie jest tego i tak wart. Dodał jeszcze, że pozbędzie się Szczepana ze swojego domu, tak jak pozbył się Adriana.

    Podczas pobytu w placówce Szczepan opowiadał o szykanach ze strony ojca i brutalnych razach, które otrzymywał za nie wykonywanie prac fizycznych. Stefan miał wściekać się też, gdy jego najmłodsze dzieci zbyt głośno się bawiły. Okładał je wtedy wszystkim, co miał pod ręką. 12-latek uznał, że z rodzicem nie dało się porozmawiać, bo ten nie potrafił pohamować agresji. Chłopiec często chodził głodny, dlatego też do szkoły zamiast PKS-em wolał jeździć autostopem i prosić podwożących o jedzenie.

    W tym czasie sąd po raz czwarty wznowił postępowanie o pozbawienie Stefana i jego żony praw rodzicielskich. Szczepan nie miał dużych szans na umieszczenie go w domu dziecka, ponieważ w tym okresie w województwie bialskopodlaskim dysponowano tylko dwoma tego typu ośrodkami, do których kolejka była bardzo długa.

    Szczepan spędził w ośrodku dziesięć dni. Bardzo prosił o spotkanie z mamą i najmłodszą siostrą. Wiedział, że ojciec im na to nie pozwoli. Przed południem 17 października, w sadzie obok Państwowego Pogotowia Opiekuńczego w Międzyrzecu Podlaskim, znaleziono zwłoki 12-latka. Szczepan powiesił się na gałęzi za pomocą sznurka jutowego.

    W niedzielę przed mszą Stefan pożegnał się ze wszystkimi. Nikt nie wiedział dlaczego. Po pogrzebie syna powiesił się w starym sadzie.

    . . .

    Obecnie dzieci Stefana są już dorosłymi ludźmi i założyły własne rodziny. Przez prawie ćwierć wieku odwiedzali w więzieniu Adriana, który był sądzony jak dorosły i w 1997 roku otrzymał wyrok 25 lat pozbawienia wolności. To najwyższa kara za podwójne morderstwo dla nieletniego. Podczas widzeń osadzony zaprzyjaźnił się z młodą żoną najmłodszego ze swoich braci. Kobieta zaczęła samotnie odwiedzać szwagra, skarżąc się na problem alkoholowy męża i ciężką sytuację materialną. "U niego tylko kawa, papieros i telefon!" – żaliła się.

    W kwietniu 2019 roku 38-letni już Adrian opuścił areszt w ramach przedterminowego warunkowego zwolnienia. Jego bratowa wraz z małą córeczką opuściła męża i zamieszkała z mordercą. W grudniu mężczyzna trafił do aresztu w związku podejrzeniem przestępstwa narkotykowego, a kobieta w zaawansowanej ciąży wróciła w rodzinne strony, gdzie wkrótce urodziła syna.

    W marcu 2020 roku "Słowo Podlasia" donosiło o półtoramiesięcznym chłopcu, który z anemią i krwiakami na główce trafił do bialskiego szpitala. Noworodkowi przetoczono krew, podejrzewano także zespół dziecka potrząsanego, o którym mogły świadczyć jego zmiany w mózgu. Dziecko było zaniedbane, odwodnione, miało oparzenia i zbyt mały przyrost masy ciała. Zdaniem rodziny matki chłopca, to starsza siostrzyczka miała go uderzyć nocnikiem. Dzieci zostały odebrane matce i umieszczone w domu dziecka. Aktualnie prokuratura prowadzi postępowanie w tej sprawie.

    • • •

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd oraz z wydań 38/96 i 44/99 "Słowa Podlasia".

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa niezawodny @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego – @IgorK.

    #kryminalne #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #drelow #wohyn #bialapodlaska #miedzyrzecpodlaski #tworczoscwlasna #rysujzwykopem
    pokaż całość

    źródło: mordercazpoprawczaka.png

  •  

    Jakbyście nazwali firmę zajmującą się odnawianiem starych mebli?

    #pytanie #pytaniedoeksperta #kiciochpyta

    •  

      @kvoka: Tezeusz. Statek, którym Tezeusz powrócił z Krety do Aten, jak rozumiem po zabiciu Minotaura, został zatrzymany na pamiątkę przez Ateńczyków na kilka stuleci. Kursowano nim na Delos, gdzie była świątynia Apolla. Miał zostać zachowany w pierwotnym stanie, a każda przegnita deska była zamieniana na nową. Z czasem coraz i coraz więcej elementów było wymienionych. Stąd i filozoficzne zagadnienie zwane "statkiem Tezeusza": ile przedmiotu może być zamienione, by przedmiot po renowacji był wciąż tym samym zabytkiem(np. wymiana tapicerki starych mebli, może wypełnianie jakiś ubytków w drewnie).

      Disclaimer: gdzie indziej czytałam, że chodzilo o statek, którym wygrał bitwę. Bo widzisz, nazwy statku Tezeusza z filozoficznego zagadnienia nie znamy (a to było moim pierwszym pomysłem na nazwanie firmy). Tymczasem statek z wyprawy Tezeusza (to ten bohater od minotaura) jest znany jako Argos.

      Jesteś konserwatorem zabytków? Po historii sztuki czy Akademii Sztuk Pięknych?
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (12)

  •  

    Mieliśmy gości i taki szwedzki stół (a dokładniej biurko) poczyniłam (ʘ‿ʘ) #gotujzwykopem #gotowanie #jedzenie #foodporn

    źródło: IMG_20200819_171243.jpg

  •  

    Miałam się tym tutaj nie chwalić ale widzę, że się nie da, już mnie wywęszyli ( ͡° ͜ʖ ͡°) #polskiepato

    Zaczęłam publikować w gazecie. Oczywiście, teksty na blogu będą pojawiały się normalnie i darmowo ale tydzień po publikacji teksu w "Słowie Podlasia". Jakby ktoś chciał sobie zapłacić 2,90 za dostęp online, to proszę bardzo. A jak nie, to należy poczekać tydzień i tekst będzie za darmo na Mirko i na polskiepato.pl

    Podcast się robi, reszta bez zmian. Bywajcie zdrów!
    pokaż całość

  •  

    Są jakieś sposoby na mniej spamu w komentarzach na blogu? ( ͡° ʖ̯ ͡°) Codziennie dostaję po kilkanaście, nie nadążam usuwać. #pytanie #pytaniedoeksperta #blog #informatyka (?) #kiciochpyta #internet

    +: Chodok

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika kvoka

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (7)