•  

    #kiciochpyta jak się nazywa w meblach taka część (która przytrzymuje boczne ściany komody żeby się nie rozeszły/nie zapadły

    #majsterkowanie

    źródło: wihajster.png

  •  

    Ostatnio ogarnąłem się . Obciąłem włosy ale nie na zupełnie krótkie bo wtedy wyglądam jak palant. Najlepiej mi w średnich włosach. Zrobiłem porządek z brwiami bo jak nie robie z nimi nic to trochę się zrastają. Zgoliłem wąsa ale zostawiłem lekki zarost bo lepiej mi z zarostem niż bez . Wyglądam trochę jak Abraham Lincoln co zresztą sam z siebie przyznał mój 12 letni kuzyn a nic mu nie sugerowałem tylko sam z siebie tak powiedział.

    Ostatnio jak przechodziłem obok galerii alkoholowej to wyszły z niej jakieś dwie rózowe, widać ze licealistki albo technikum bo z plecakami. Mogły mieć miedzy 17 a 19 lat. Ja mam 23. I jedna z nich, taka srednia bardzo z wyglądu , 5/10 zaczełą się na mnie patrzyć w twarz kiedy przechodziła obok a potem jak szły już razem to obrócilem się na nie a ta srednia znowu się w moim kierunku popatrzyła.. Chyba się jej spodobałem . No cóż, zdarzyło mi się kiedyś kiedy byłem w liceum ze spodobałem się tez takiej sredniej z wyglądu rózowej i to tak ze momentami wręcz nachalnie mnie podrywała. I może tutaj jest sposób ? Wyrywać przeciętne z wyglądu licealistki w wieku 17-19 lat, omijać te ładniejsze bo wiadomo ze one w dzisiejszych czasach szukają chadów przynajmniej 8/10 ? Te w moim wieku czy niewiele młodsze sobie odpuszczam bo one tak samo lecą na wygląd tyle ze jeszcze dochodzą wymagania jesli chodzi o własne mieszkanie, dobrą bryke,prace itp.Pomijam fakt ze nie mam doswiadczenia jakiegokolwiek z rózowymi jesli chodzi o związki,podryw,itp.Jestem w tym totalnie zielony a licealistka tez doswiadczen nie ma w przeciwienstwie do studentek które jednak wymagają faceta który jest dobry w te klocki. Co wy na to ? Tylko musze sie za to brać jak najszybciej bo jak bede miał 25 lat to bede dla nich troche za stary...
    #przegryw
    pokaż całość

  •  
    Shika

    0

    Czy wam też nie działa streamable na #wykop ? Cały czas się ładuje i nic nie odpala, muszę otwierać to w nowej karcie.
    Przeglądarka #chrome

  •  

    Jakby ktoś chciał kolejną lekturę o chorych pojebach to zapraszam. #morderca #pato #patola #ameryka
    Po więcej historii odsyłam do http://killer.radom.net/~sermord/New/zbrodnia.php-dzial=mordercy.htm
    29 lipca 1996 roku nie był dla rodziny Streyle, mieszkającej w mieście Canistota w Południowej Dakocie, zwykłym poniedziałkiem. Tego dnia mały Nathan obchodził drugie urodziny i wszyscy czekali na wieczorne przejęcie z tej okazji.

    Piper Streyle miała 26 lat. Przygotowywała swoje dzieci, Nathana i 3-letnią Shainę, do pobytu u opiekunki musiała je do niej odwieźć zanim pójdzie do pracy w Southeastern Children's Center w Sioux Falls. Jej mąż, 29-letni Vance, wyszedł trzy godziny wcześniej.
    Około godziny 9:30 do ich przyczepy wśliznął się obcy mężczyzna. Piper, Shaina i Nathan nadal byli w środku. Na oczach dzieci między matką a nieznajomym wywiązała się walka. Napastnik uprowadził kobietę, zostawiając przerażone dzieci w domu.
    Po południu Vance zadzwonił do domu, jednak nikt nie podnosił słuchawki. Patty Sinclair, która pracowała razem z Piper, próbowała się z nią skontaktować około godziny 15, ponieważ kobieta nie przyszła pracy. Patty nie kryła zaskoczenia gdy słuchawkę podniosła przerażona Shaina. Spytała dziewczynkę, czy jest w domu ktoś dorosły. 3-latka odpowiedziała, że jest tylko ona i jej brat. Kobietę przeraziła jednak następna informacja Shainy, że jej rodzice prawdopodobnie nie żyją. Potem odłożyła słuchawkę. Patty zadzwoniła ponownie. Shaina, szlochając, powiedziała, że nie chciała, żeby rodzice umarli. Powiedziała, że jej mama wyszła z mężczyzną, który jeździł czarnym samochodem. Patty nie rozłączała się przez ponad 45 minut, próbując uspokoić roztrzęsioną dziewczynkę. W tym samym czasie dyskretnie kazała jednemu ze współpracowników skontaktować się z biurem szeryfa. Szeryf Gene Taylor przyjechał do domu państwa Streyle kilka minut po 17. Zauważył, że drzwi przyczepy były otwarte. W środku zobaczył ślady walki. Na podłodze, razem z innymi rzeczami ,leżała zawartość torebki Piper. Taylor poszedł na tył przyczepy, do sypialni. Znalazł tam Shainę. Dziewczynka nie była ranna, ale płakała. Podobnie jak jej młodszy brat, przeżyła szok. Szeryf nie trafił na żaden ślad ich matki. Pomyślał, że może dzieci po prostu pozostawiono na jakiś czas bez opieki.
    Taylor i Jim Stevenson, stanowy oficer śledczy, wypytywali Shainę o wydarzenia tego dnia. Mała powiedziała, że mamusia umrze. "Podły człowiek" wszedł do ich przyczepy, posprzeczał się z mamą i strzelał z pistoletu. Piper, obawiając się, że mężczyzna może skrzywdzić dzieci, kazała im uciec i schować się. Intruz porwał ją i wsadził do czarnego samochodu. Dziewczynka przypomniała sobie, że mężczyzna wychodząc zabrał prezent urodzinowy Nathana, niebieski namiot.

    Godzinę po przybyciu szeryfa wrócił Vance. Shaina od razu pobiegła do taty, rzuciła się w jego ramiona i zaczęła płakać. Mężczyzna zapytał córkę, co się stało, ale mała była tak zestresowana, że ciężko było się z nią porozumieć. Wydukała tylko, że przyszedł mężczyzna, zabrał namiot Nathana i że mama już nie wróciła. Vance przeraził się, gdy usłyszał od Taylora, co naprawdę się stało. Jego żona została porwana. Wszystko, co mógł zrobić to zająć się dziećmi i mieć nadzieję, że policja znajdzie Piper żywą.
    Trzy dni po uprowadzeniu żony, Vance przypomniał sobie pewną rzecz. Kilka dni przed zniknięciem Piper odwiedził ich pewien mężczyzna. Przyszedł 26 lipca około 7:30 rano. Był to Rob Anderson, łysiejący młody mężczyzna. Chciał zaprosić dzieci państwa Streyle na biblijny obóz, który organizował każdego roku właśnie w lipcu. Vance pamiętał, że nieznajomy wydawał się zaskoczony, gdy go zobaczył - prawdopodobnie nie spodziewał się w domu mężczyzny. Po chwili Anderson spokojnie opowiedział o obozie. Streyle skierował go do Piper. Kobieta stwierdziła, że obóz już się kończy, ale obiecała zapisać dzieci w przyszłym roku. Anderson nie nalegał i przed wyjściem zapisał na kartce swoje nazwisko i numer telefonu. Vance powiadomił o tym wydarzeniu policję. Ta informacja doprowadziła do zidentyfikowania jednego z najbardziej sadystycznych seksualnych morderców w Południowej Dakocie.
    Przesłuchanie
    Policjanci zaczęli sprawdzać nowe informacje. Głównym podejrzanym stał się 26-letni Robert Leroy Anderson, konserwator w firmie John Morrell & Co. zajmującej się pakowaniem mięsa. Był dwukrotnie żonaty, miał czworo dzieci.

    Kilku świadków zeznało, że widzieli czarną ciężarówkę przed przyczepą państwa Streyle w czasie, gdy zaginęła Piper. Człowiek pracujący na autostradzie pamiętał czarny samochód marki Ford Bronco, mijający go chyba trzy razy tamtego dnia – najpierw około 9:45, drugi raz godzinę później i trzeci około 12:30. Paru sąsiadów również mówiło o czarnym Bronco w pobliżu domu Streyle’ów około 11:45. Zeznali, że Shaina i Nathan stali na poboczu drogi, wyglądali na zdenerwowanych. Inni widzieli samochód ponownie godzinę później. Stał dokładnie naprzeciwko przyczepy. Pamiętali również jak mężczyzna w czarnej bejsbolówce i jeansach wychodzi z przyczepy.

    30 lipca oficerowie śledczy skontaktowali się z Andersonem i poprosili, by przyjechał na komisariat. Przesłuchanie trwało osiem godzin, nagrano je na wideo. Podejrzany przyznał się do wizyty w domu państwa Streyle cztery dni wcześniej. Wyjawił także, że był u nich 29 lipca, mimo braku tego pytania ze strony policjantów. Chciał prosić Streyle’ów, by pozwolili mu postrzelać z łuku na terenie ich posiadłości, ale drzwi przyczepy był zamknięte. Anderson zeznał, że nic nie wie o uprowadzeniu Piper.

    Gdy detektywi przesłuchiwali Roberta, funkcjonariusze uzyskali nakaz przeszukania jego domu i samochodu, niebieskiego Bronco. Znaleźli obciążające dowody, lecz nie było wśród nich niczego, co doprowadziłoby do rozwiązania zagadkowego zniknięcia Piper. Nigdy jej nie odnaleziono.

    Decydujące dowody:
    W samochodzie Andersona detektywi odkryli rachunki za taśmę izolacyjną, czarną farbę Tempura, pędzle, wiadro. Większość rzeczy kupiono kilka dni przed zniknięciem pani Streyle. Policjanci przypuszczali, że farby użyto do przemalowania auta. Ich podejrzenia okazały się słuszne, co wkrótce potwierdzili eksperci. Pobrane próbki przebadano w laboratorium. Samochód pomalowano tą samą farbą, którą Anderson kupił 29 lipca. Był to specjalny rodzaj farby, który łatwo się nakłada i równie łatwo zmywa. Hipotezę policjantów potwierdził świadek - widział jak Anderson myje samochód w dniu zniknięcia Piper. Robert chciał pozbyć się dowodów i odsunąć od siebie podejrzenie. Nie zrobił tego jednak wystarczająco dokładnie.
    Wewnątrz samochodu detektywi dokonali kolejnych odkryć obciążających Andersona. Znaleźli drewnianą platformę z wywierconymi otworami, wyglądającą na urządzenie do krępowania ludzi. Nadgarstki i kostki stóp być można było włożyć w metalowe obręcze umieszczone w desce. Platforma idealnie pasowała do wymiarów ciężarówki. O drewno zaczepiły się włosy, które genetycznie odpowiadały włosom Piper. W ciężarówce znaleziono także brudną szuflę, paski do przenoszenia mebli, tytoń, skrzynkę z narzędziami, należące do państwa Streyle. Zdziwienie wywołała sierść ich psa. Robert Anderson miał drugą, ciemniejszą stronę natury.

    W domu Roberta w Sioux Falls policjanci znaleźli parę jeansów. Leżały w koszu z brudnymi ubraniami. Były poplamione krwią. Po zbadaniu okazało się, że nie jest to krew Andersona ani nikogo z jego rodziny, więc prawdopodobnie należała do Piper. Na jeansach znaleziono również plamy nasienia. Niestety, nie udało się pobrać próbek o takiej jakości ,by stwierdzić, czy jest to nasienie Roberta. Funkcjonariusze odkryli komplet kluczyków do kajdanek. Anderson gwałtownie zaprzeczał ich posiadaniu. Po przesłuchaniu został zwolniony. Policjanci mieli za mało dowodów łączących go z porwaniem pani Streyle.
    Tego samego dnia wezwano Vance'a i Shainę. Pokazano im sześć zdjęć przedstawiających podejrzanych. Jedno zdjęcie pochodziło ze starego prawa jazdy Andersona, miał na nim długie włosy i wąsy. Ani ojciec, ani córka nie rozpoznali mężczyzny, który był w ich domu. Dwa dni później wezwano ich ponownie. Znów pokazano im zdjęcia, tym razem jedno z nich przedstawiało Andersona ogolonego i z krótkimi włosami. Vance i Shaina prawie natychmiast wskazali go rozpoznali. Pozytywna identyfikacja była tym, na co czekali detektywi. 2 sierpnia 1996 roku Robert Leroy Anderson został aresztowany. Postawiono mu zarzut uprowadzenia. Z powodu braku ciała nie można było go oskarżyć o morderstwo. We wrześniu rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę poszukiwania Piper oraz dowodów, które pozwoliłyby oskarżyć Andersona o zabójstwo. Detektywi chcieli mieć pewność, że Robert dostanie najwyższy wymiar kary. Setki osób przeszukiwały zalesione tereny wokół rzeki Big Sioux River w pobliżu miasta Baltic w Południowej Dakocie. Znaleziono kilka ciekawych rzeczy. Jedną z nich był fragment koszulki z logiem "Code Zero". Taką samą koszulkę miała na sobie Piper w dniu porwania. 29 lipca pewien mężczyzna znalazł fragment innej koszulki. Czarno-biała pasiasta koszulka leżała przy drodze niedaleko miasta Baltic. Na początku znalazca myślał, że koszulka należała do jakiegoś sędziego. Wrzucił ją do bagażnika samochodu. Oddał ją policji, kiedy dowiedział się o poszukiwaniach, W miejscu, gdzie fragment znajdował się strzęp koszulki, leżała również zwinięta taśma izolacyjna. Na taśmie były ludzkie włosy. Po ich zbadaniu okazało się, że włosy pochodzą od Piper. Taśma natomiast pasowała do jednej z rolek, które znaleziono w samochodzie Andersona.
    Wkrótce trafiono na kolejne dowody. W pobliżu rzeki znaleziono kilka kawałków sznura i łańcucha, klucz oczkowy, wibrator i do połowy wypaloną świecę. Prawdopodobnie narzędzia te służyły do torturowania ofiary i wskazywały, że Robert był sadystą seksualnym.

    W maju 1997 roku Robert Leroy Anderson został uznany winnym uprowadzenia Piper Streyle. Skazano go na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Wyrok odsiadywał w Więzieniu Stanowym w Południowej Dakocie. Jednak nie była to jedyna zbrodnia, o jaką został oskarżony.
    Sprawą Roberta zainteresowali się Hazelwood i Michaud. Według nich sporo dowodów wskazywało, że Anderson był sadystą seksualnym - podniecało go zadawanie fizycznego i psychicznego cierpienia bezradnej ofierze. Ta opinia bazowała na czterech punktach:

    1 - Anderson wykazywał oczywiste zainteresowanie seksualną niewolą, oznaką seksualnego sadysty, o czym świadczyły narzędzia służące do zniewalania, sztuczne prącie, częściowo spalona świeca, kajdanki, taśma izolacyjna itp.
    2 - Dowody znalezione przez oficerów śledczych wyraźnie wskazywały fizyczne tortury. Prawdopodobnie po tym jak Piper została uprowadzona, Anderson wywiózł ją do lasu za miastem Baltic. Tam założył jej metalowe obręcze na ręce i nogi, a usta zakneblował taśmą. Zdarł z niej koszulkę. Torturował kobietę używając świecy i sztucznego prącia. Później ją zgwałcił. Następnie zamordował i pozbył się ciała.
    3 - Anderson znajomym nigdy nie ukrywał, że lubi seks analny. Taka forma współżycia nie odpowiadała jednak jego żonie. Badania przeprowadzone przez Hazelwooda i Michauda dowodzą, że sadyści seksualni preferują właśnie taką formę współżycia. Naukowcy przypuszczali, że Anderson używał sztucznego prącia, by odgrywać swoje fantazje.
    4 - Sugerują, że sadyści seksualni planują swoje zbrodnie znacznie bardziej szczegółowo niż inni przestępcy.

    Jeden ze starych przyjaciół Andersona, Jamie Hammer, dostarczył oficerom śledczym wielu informacji świadczących o sadystycznym i agresywnym zachowaniu Roberta. Dowiedzieli się, że Piper nie była jego jedyną ofiarą. Robert Anderson prawdopodobnie polowałby na kobiety, dopóki nie zostałby złapany. Hammer zeznał, że już w szkole średniej Anderson wykazywał obsesję na punkcie torturowania i mordowania kobiet. Jamie zainteresował się tematem, więc często o tym rozmawiali i planowali zbrodnię doskonałą. Po pewnym czasie dopracowali każdy szczegół. Nadeszła pora, by fantazje stały się rzeczywistością. Mężczyźni planowali, że razem uprowadzą jakąś kobietę. Kupili kolczatkę i położyli ją na drodze. Ofiara miała złapać gumę. Chcieli zaatakować niczego nie podejrzewającą kobietę. Hammer nie wiedział, że Robert ma już kogoś konkretnego na myśli - 26-letnia Amy Anderson (zbieżność nazwisk przypadkowa).

    W listopadzie 1994 roku Amy przez natknęła się na kolczatkę. Wracała od przyjaciela. W pobliżu miasteczka Tea w Południowej Dakocie przebiła oponę i zatrzymała się na poboczu. Otworzyła bagażnik, by wyjąć koło zapasowe. Wtedy pojawił się Robert. Złapał dziewczynę i zaczął ciągnąć ją w stronę lasu. Amy udało się wyrwać z uścisku. Biegiem wróciła na drogę, zatrzymała przejeżdżający samochód i wsiadła do środka. Zdołała wyjść z tego bez szwanku. Rozpoczęto śledztwo, ale sprawa stanęła w miejscu. Dopiero gdy Anderson został oskarżony o uprowadzenie pani Streyle, wrócono do nieudanego porwania Amy Anderson. Dziewczyna zidentyfikowała Roberta, ale nigdy nie doszło do procesu, ponieważ oprawca został już skazany za porwanie Piper.

    Inny kolega Roberta również zdecydował się zeznawać. Glen Marcus Walker również zamieszany był w sprawę nieudanego porwania Amy. Kilka lat później przyznał się do winy. Jednak detektywi odkryli, że kilka miesięcy wcześniej Walker i Anderson popełnili znacznie okropniejszą zbrodnię.
    Morderstwo Larisy Dumansky
    W 1991 roku Larisa (29 lat) i Bill Dumansky przybyli do Południowej Dakoty z Ukrainy. Chcieli zacząć nowe życie w Stanach Zjednoczonych. Znaleźli pracę w firmie John Morrell & Co. Później Bill znalazł inne zajęcie, ale Larisa została w firmie. Pracowała przeważnie na nocną zmianę. Dzięki temu poznała i zaprzyjaźniła się z konserwatorem Robertem Leroyem Andersonem.

    Roberta i Glena fascynowały brutalne morderstwem. Obaj chcieli dowiedzieć się jak to jest, gdy uprowadza się i zabija kobietę. Wspólnie opracowali złożony plan porwania Larisy. Anderson śledził ją od kilku miesięcy. Mężczyźni rozłożyli kolczatkę na drodze. Chcieli zaatakować kobietę, która zatrzyma się z powodu przebitej opony. Początkowo jednak patent z kolczatką się nie sprawdzał. Larisa wiele razy łapała gumę, ale nigdy nie zatrzymywała się w odosobnionym miejscu. Mężczyźni musieli więc wymyślić coś innego.

    26 sierpnia 1991 roku na firmowym parkingu Robert z nożem w ręku podszedł do Larisy. Kazał jej wsiąść do swojego samochodu. Czekał w nim Glen. Mężczyźni zawieźli kobietę nad jezioro Vermillion. Tam Walker obserwował jak Anderson wyciąga kobietę z samochodu i kilkakrotnie ją gwałci. Larisa błagała o życie, jednak na Robercie nie robiło to żadnego wrażenia.

    Gdy tylko Anderson został skazany za uprowadzenie Piper, Walker przyznał się do współudziału w porwaniu Larisy. Powiedział, że razem z Robertem dokładnie to zaplanowali, jednak stwierdził, że nie miał nic wspólnego z gwałtem i morderstwem. Mężczyzna wyjawił, że Anderson udusił Larisę używając taśmy, a później spalił zwłoki. W dniu śmierci Larisa była w 6 tygodniu ciąży. Pamiętał miejsce, gdzie Robert spalił ciało ofiary.

    20 maja 1997 roku Glen zaprowadził policjantów na "grób" Larisy. Eksperci sądowi wykopali 57 części ciała kobiety, wśród których były między innymi ząb, żebro, kości z prawego i lewego przegubu, kilka palców, prawa noga, kilka paznokci, szczęka, fragmenty kości szyi. Niedaleko "grobu" znaleziono parę rękawic roboczych, kilka kul, buty Larisy, fragmenty jej paska i ubrań oraz biżuterię.

    Wszystkich zastanawiała niekompletność zwłok. Nie było żadnych śladów zwierząt, a miejsce było trudno dostępne. Dopiero kilka miesięcy później policja wiedziała więcej.

    Przyznanie się:
    W sierpniu 1997 roku Jeremy Brunner, współwięzień Andersona, poprosił o kontakt z biurem prokuratora generalnego. Miał informacje o zbrodniach popełnionych przez Roberta. Jeremy zeznał, że Anderson chełpił się i przechwalał zamordowaniem Piper i Larisy. Mężczyźni dzielili celę przez tydzień. W tym czasie Brunner poznał dokładne szczegóły obu morderstw. Anderson przyznał, że jest seryjnym mordercą. Zbiera trofea, które trzyma w domu swojej babci, podał nawet ich dokładną lokalizację. Policjanci przeszukali dom babci Roberta zgodnie ze wskazówkami mężczyzny. W schowku znajdowały się miedzy innymi pierścionek i naszyjniki należące do Piper i Larisy oraz pistolet Roberta.

    Anderson przewidywał, że Walker opowie policji o morderstwach. Podejrzewał też, że Glen wskaże miejsce, gdzie leży ciało Larisy. Dlatego na wypadek, gdyby policja znalazła zwłoki ofiary, postanowił usunąć jej zęby i czaszkę. Dzięki temu policjanci nie zidentyfikowaliby ciała i nic nie łączyłoby go z tym morderstwem. Hazelwood i Michaud sugerowali, że Anderson wyrzucił głowę i zęby przez okno samochodu, kiedy wracał z miejsca morderstwa. Zagadkę wyjaśniły zeznania Brunnera. Jeremy twierdził, że Robert wiele opowiadał o porwaniu Piper. Anderson zgwałcił i udusił kobietę, a jej ciało wrzucił do rzeki Big Sioux River. Potem wrócił do przyczepy państwa Streyle, ponieważ zostawił tam zegarek. Przy okazji zabrał namiot. Dlatego świadkowie widzieli go kilkakrotnie w pobliży przyczepy.

    Podczas innej rozmowy Robert poprosił Brunnera, by ten zamordował Walkera. Anderson mu nie ufał i podejrzewał, że powie o wszystkim policji. Gdy Jeremy się zgodził , kolega dał mu dwie mapy. Na jednej zaznaczył dom Walkera, na drugiej dom swojej babci, gdzie ukrył pistolet. Jednak Brunner wcale nie miał zamiaru robić zabijać Glena. Wolał dobić targu z policją – krótszy wyrok w zamian za zeznania. Dzięki informacjom Brunnera, Walkera i Hammera, Robert Leroy Anderson po raz drugi stanął przed sądem.

    4 września 1997 Anderson został oskarżony o zabójstwo Larisy Dumansky oraz o zgwałcenie i zamordowanie Piper Streyle.

    Śmierć dla mordercy:
    Proces rozpoczął się w pierwszym tygodniu marca 1999 roku. Roberta reprezentowali John A. Schlimgen i Mike Butler. Głównym oskarżycielem był Larry Long, a sędzią - Tim Dallas Tucker. Proces trwał około miesiąca. W jego trakcie przedstawiono zapis zeznań Shainy Streyle. Dziewczynka nie zeznawała osobiście, bo policja chciała oszczędzić jej stresu. Stawili się natomiast świadkowie, przyjaciele Andersona oraz Jeremy Brunner. Dowody przeciwko Andersonowi były miażdżące. Obrona nie miała żadnych szans. 6 kwietnia 1999 roku ława przysięgłych wydała werdykt. Anderson został uznany winnym popełnienia czterech przestępstw: gwałt i morderstwo Piper Streyle oraz uprowadzenie i morderstwo Larisy Dumansky. Trzy dni później ta sama ława przysięgłych skazała Roberta Leroya Andersona na śmierć.

    Glena Walkera osądzono w marcu 2000 roku. Przyznał się do próby uprowadzenia Amy Anderson, do planowania porwania, pomocy w porwaniu i morderstwie Larisy Dumansky. Został skazany na 30 lat pozbawienia wolności.

    W styczniu 2002 roku Anderson odwołał się do Sądu Najwyższego Południowej Dakoty. Jego prawnicy przedstawili w apelacji listę 18 punktów, m.in. wskazywali na tajną umowę między oskarżycielami a Jeremym Hammerem, mającą na celu uzyskanie obciążających zeznań. Prawnicy zwrócili także uwagę, że ich klient nie był osobno sądzony za porwanie i morderstwo Larisy Dumansky. Nie mógł również wygłosić mowy końcowej przed ogłoszeniem wyroku.

    Sąd Najwyższy obradował w tej sprawie w marcu 2002 roku. Decyzja miała być ogłoszona w maju 2003 roku, jednak Anderson już jej nie poznał. 30 marca 2003 roku Robert Leroy Anderson popełnił samobójstwo. Powiesił się przebywał podczas pobytu w izolatce. Przeniesiono go tam z celi śmierci, ponieważ znaleziono przy nim żyletkę. Prawdopodobnie chciał się zabić przy jej pomocy.
    Około trzech miesięcy wcześniej samobójstwo popełnił ojciec Roberta, strzelając sobie w głowę. Wiadomość o śmierci ojca mogła sprowokować Roberta do odebrania sobie życia.

    Sąd Najwyższy Południowej Dakoty odrzucił apelację Andersona. Być może Robert popełnił samobójstwo, ponieważ przewidywał, że odrzucona tak to się skończy.
    pokaż całość

  •  

    Jakby ktoś chciał na dobranoc lekturę o polskim mordercy. #pato #morderca

    pokaż spoiler W nocy z 29 na 30 kwietnia 1958 r. patrol milicyjny na jednej z ulic Wrocławia zauważył mężczyznę, który zachowywał się podejrzenie. W czasie legitymowania milicjanci spostrzegli, że zatrzymany posiada nożyce do cięcia żelaza, zawieszone na ramieniu i ukryte pod płaszczem. W pewnym momencie nieznajomy gwałtownie sięgnął ręką pod płaszcz w stronę pasa. Funkcjonariusze MO obezwładnili go i w wyniku rewizji znaleźli gotowy do strzału pistolet typu FN, 67 sztuk amunicji kal. 9 mm, gumowe rękawiczki, dwie latarki, klucze i inne narzędzia mogące służyć do popełniania przestępstw. Mężczyzna wyjaśnił, że zarówno broń, jak i narzędzia... znalazł przed chwilą na ulicy i właśnie szedł do komisariatu MO, aby je oddać.

    Pierwsze zabójstwo
    18 lipca 1946 r. powoli dobiegał końca. W parku u zbiegu bytomskich ulic Tarnogórskiej i Morcinka, pomimo zapadającego zmroku, bawiły się dzieci. Opodal w cieniu drzew kobieta prowadziła ożywioną rozmowę z mężczyzną. Nagle padły strzały. Zanim ich odgłos przyciągnął pierwszych przechodniów, kobieta już nie żyła.

    Podczas oględzin miejsca zdarzenia znaleziono tylko kilka łusek pocisków kal. 9 mm oraz drobną sumę pieniędzy, którą denatka miała przy sobie. Zabezpieczone łuski przesłano do badań, jednakże broń – narzędzie zbrodni - nie figurowała w centralnej zbiornicy KGMO.

    Sekcja zwłok wykazała, że śmierć nastąpiła wskutek ran postrzałowych przenikających klatkę piersiową, serce i płuca. Doszło do wewnętrznego wylewu krwi do jamy opłucnej i osierdzia.
    Tożsamość ofiary udało się ustalić dopiero po upływie kilku tygodni.

    Nazywała się Anna S., miała 45 lat i mieszkała w jednej z podwrocławskich wsi. Po repatriacji z Lwowa, w maju 1945r., osiadła tam wraz z dwójką dzieci. Kilka dni przed zabójstwem odwiedził ją znajomy ze Lwowa, który wykorzystując nadmiar zaufania, okradł mieszkanie i uciekł w nieznanym kierunku. Anny S. przyjechała do Bytomia odnaleźć złodzieja. On też - w chwili uzyskania tej informacji - stał się głównym podejrzanym. W listopadzie 1946 r. został zatrzymany przez władze wojskowe, które ustaliły, że był od dłuższego czasu poszukiwany za dezercję. Nie przyznał się jednak do zabójstwa Anny S. Upływ czasu w znacznym stopniu utrudnił sprawdzenie alibi podejrzanego, a także uniemożliwił zebranie innych obciążających go dowodów. W tej sytuacji prokurator umorzył postępowanie przeciwko niemu.
    Drugie zabójstwo
    Prawie 10 lat później, między listopadem 1956 r. a kwietniem 1957 r., popełniono kolejne zabójstwa oraz dwa usiłowania, które pod względem sposobu, jak i okoliczności wykazywały liczne podobieństwa do zabójstwa Anny S.

    26 listopada 1956 r. Chaim N. wyszedł z pracy o godz. 18. W drodze do domu jak zwykle zatrzymał się przy budce z piwem, aby wypić butelkę portera. Kwadrans potem sąsiedzi znaleźli go martwego w bramie posesji, w której mieszkał. Nie miał na ciele widocznych obrażeń. Oględziny ubrania i miejsca wypadku nie dały powodu przypuszczać, że ofiara stoczyła z kimś walkę. Nie napadnięto jej też w celach rabunkowych, gdyż miała przy sobie pieniądze i dokumenty. Wyglądało jakby Chaim N. zmarł z przyczyn naturalnych.

    Sekcja zwłok wzbudziła jednak zdumienie. Odkryto postrzał klatki piersiowej, który uszkodził mięsień sercowy, aortę i płuco. Pocisk nadal znajdował się w ciele denata. Strzał oddano z daleka. Nabój wydobyty z ciała miał zniekształconą podstawę i czubek. Na jego części cylindrycznej znajdowały się ślady sześciu pól i bruzd przewodu lufy, w tym dwa ślady pól i bruzd były zatarte. Na tej postawie ustalono, że pocisk przeszedł przez przewód lufy kal. 5,6 mm. Broń, z której został odstrzelony nie była zarejestrowana w centralnej zbiornicy KGMO.

    Prowadzący śledztwo nie mieli wątpliwości, że Chaim N. padł ofiarą starannie zaplanowanego zamachu. Stwierdzono, że krótko przed godziną 18.15 w bramie zgasło światło. Sprawca chciał w ten sposób zapewnić sobie dyskretne warunki działania. Strzelił do ofiary z broni wyposażonej w tłumik, więc żaden sąsiad nie słyszał huku. Wizja lokalna, podczas której oddano strzały z kilku rodzajów broni, potwierdziła tę hipotezę.

    Dwóch świadków zeznało, że wkrótce po wypadku zauważyli wychodzącego z bramy mężczyznę w średnim wieku. Miał na sobie ciemną kurtkę, spodnie tzw. bryczesy i buty z cholewami. Jeden ze świadków pamiętał krótko strzyżony wąsik, ale już nie rysy twarzy - na ulicy było zbyt ciemno. Innych informacji o zabójcy nie udało się uzyskać.

    4 stycznia 1957 r. jeden z mieszkańców posesji, w bramie której dokonano zabójstwa, Paweł K., znalazł w skrzynce na listy anonim z dołączoną łuską od pocisku kal. 5,6 mm. Anonim napisano niewprawnym pismem ręcznym, z błędami ortograficznymi. Nabój niezwłocznie przesłał do Zakładu Kryminalistyki KGMO w celu przeprowadzania badań porównawczych. Niestety, nie przyniosły one spodziewanych rezultatów.

    Milicja podejrzewała kilka osób o zabójstwo Chaima N., m.in. sąsiada zabitego, a także grupę przestępców. W toku śledztwa nie zdołano jednak zebrać przeciwko nim odpowiednich dowodów.
    Kolejne zabójstwa i dwa usiłowania zabójstw
    Inżynier Józef S. mieszkał w dzielnicy willowej na peryferiach Wrocławia. 9 stycznia 1957 r. ok. 21, państwo S. wrócili taksówką z miasta. Przed bramą stało dwóch mężczyzn.

    Po uregulowaniu należności za przejazd inż. S. poszedł po syna do swej matki, a jego żona Janina udała się do domu. Będąc w kuchni usłyszała kroki na podwórzu. Była przekonana, że to mąż wraca z dzieckiem. Nagle usłyszała huk. Wybiegła przed dom i zobaczyła uciekającego przez ogród mężczyznę. Rzuciła się za nim w pościg, lecz szybko zrezygnowała. Pobiegła w kierunku garażu i w ciemności potknęła się o ciało męża.

    Jedynym świadkiem zabójstwa był pięcioletni syn zamordowanego, który widział sylwetkę sprawcy i słyszał, jak ojciec w czasie szamotaniny wymienił jego nazwisko. Niestety, chłopiec go nie zapamiętał. Zabójcę widziała także Janina S. i zapewniła, że będzie w stanie go rozpoznać.

    W pobliżu garażu, gdzie Józef S. stoczył walkę z napastnikiem, znaleziono dwie łuski kal. 9 mm oraz oprawkę od zegarka z uszkodzonym uchwytem do paska. W ogrodzie natomiast odkryto kilka śladów obuwia, nadających się do gipsowych odlewów.

    Zabezpieczony materiał dowodowy nie pozwolił na szybkie i bezpośrednie ustalenie sprawcy zabójstwa inż. S., jednak w znacznym stopniu przyczynił się do powiązania go z pozostałymi morderstwami. Na podstawie badań naboi stwierdzono, że broń, z której strzelono, została użyta w Bytomiu dnia 18 lipca 1946 r. do zabójstwa Anny S. Ustalono także, że oprawka pochodziła od zegarka należącego do Chaima N.

    Powyższe fakty wpłynęły na wyciągniecie bardzo istotnych wniosków: po pierwsze, zabójstw Anny S., Chaima N. oraz Józefa S. dokonał ten sam sprawca, a po drugie przestępca dysponował dwoma rodzajami broni, tzn.: kal. 9 mm oraz małokalibrową.

    W wyniku dalszego śledztwa ustalono nazwiska dwóch mężczyzn, którzy w momencie powrotu z miasta ostatniej z ofiar seryjnego zabójcy znajdowali się w pobliżu bramy. Wyjaśnili, że przyjechali do inż. S. po to, aby kupić samochód, transakcja jednak nie doszła do skutku. Odjechali tramwajem do miasta. Podejrzanych przedstawiono żonie denata oraz odtworzono okoliczności ich spotkania z Józefem S.. Na tej podstawie i kilku innych faktach wykluczono, by mężczyźni ci mogli zastrzelić inżyniera. Do sprawy nie wniosły niczego nowego również wyjaśnienia konfliktów ofiary z innymi osobami.
    Ostatnie zabójstwo
    Późnym wieczorem 15 stycznia 1957 r. nieznany osobnik wtargnął do zabudowania położonego na przedmieściu. Zastrzelił psa, a następnie usiłował pozbawić życia jego właściciela.

    Niedoszła ofiara zabójcy, Zenon H., tak zrelacjonował przebieg zdarzenia: Przebywając w mieszkaniu usłyszałem nagle ujadanie psa, a w chwilę później huk na podwórzu. Gdy wybiegłem przed dom, zobaczyłem, że pies nie żyje, a jakiś mężczyzna biegnie ulicą. Wtedy szybko wsiadłem na rower i pomknąłem za nim. W pewnym momencie uciekający mężczyzna zatrzymał się, oślepił mnie światłem latarki i bez ostrzeżenia strzelił w moim kierunku. Na szczęście chybił, jednak po tym, co zaszło, zrezygnowałem z dalszego pościgu. (...) Widziałem napastnika z tyłu, był to mężczyzna średniego wzrostu, poruszał się szybko i zwinnie. Miał na sobie ciemną jesionkę i czapkę cyklistówkę. Nie znam go i trudno mi jest powiedzieć, z jakiego powodu miał do mnie pretensje.

    W wyniku oględzin miejsca przestępstwa na ulicy i w pobliżu budy psa znaleziono kilka łusek pocisków kal. 9 mm. Jak wykazała ekspertyza, wystrzelono je z tej samej broni, z której zabici zostali Anna S. i Józef S.

    Dziesięć dni po nieudanym zamachu Zenon H. otrzymał pocztą kartkę z pogróżkami (pisownia oryginalna): Wyroku śmierci żądało 8 osób. Ponieważ uciekasz jak zając przed śmiercią łapać Cię i strzelać nikt nie będzie ale postanowiono sprezentować 3 kg materiału aby Cię wraz z żoną wysadzić. Nie chcemy żony i dziecka wysadzać to też uprzedzamy abyś je usunął. Pies zostanie usunięty. Nie spodziewaj się że Cię uchroni rodzina i ta. Cicho (dwa słowa nieczytelne) bez bólu

    Kartkę przesłano do ekspertyzy jako materiał porównawczy, załączając anonim w sprawie Chaima N. przysłany Pawłowi K. Wyniki badań grafologicznych potwierdziły przypuszczenia organów śledczych, że oba anonimy napisała ta sama osoba.

    W niecałe trzy miesiące później, 11 kwietnia 1957 r., nieznany sprawca próbował zabić dr. A.H. Strzał był niecelny i medyk nie odniósł żadnych obrażeń. Nie udało się ustalić skąd strzelał sprawca. Prawdopodobnie najbardziej dogodnym punktem było poddasze kamienicy położonej naprzeciw mieszkania lekarza. W pokoju znaleziono pocisk kal. 5,6 mm: miał on całkowicie uszkodzony pancerz i w związku z tym nie nadawał się do zbadania.

    Upłynął tydzień i liczba zabójstw wzrosła do czterech: zginął Józef W., kierownik administracyjny Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu. Wypadek zdarzył się w wigilię świąt Wielkiej Nocy. Józef W. leżał w łóżku. Nagle coś trzasnęło w sąsiednim pokoju. - Myślał - jak poinformowała żona - że otworzyły się drzwi szafy. Poszedł by je zamknąć. Gdy zbliżył się do okna, padł strzał. Pocisk trafił go prosto w serce.

    Oględziny miejsca zdarzenia nie przyniosły niespodzianki. We framudze okna znaleziono pocisk kal. 5,6 mm z uszkodzonym pancerzem, zaś drugi - tego samego kalibru i również uszkodzony - wydobyto z ciała denata. Nie powiodła się próba ustalenia dokładnego punktu celowania - prawdopodobnie było to drzewo oddalone od okna mieszkania o kilkadziesiąt metrów. Eksperci wojskowi orzekli, że skoro sprawca strzelił celnie z takiej odległości, musiał być wybornym strzelcem, a broń wyposażył w optyczne przyrządy do namierzania. To orzeczenie miało duże znaczenie praktyczne. Stworzyło podstawę do odgadnięcia zainteresowań poszukiwanego przestępcy. Niewątpliwie doskonale władał bronią, być może ją kolekcjonował albo był jej "miłośnikiem". Uwzględniając to, próbowano ustalić personalia wszystkich okolicznych pasjonatów militariów. Niestety, poszukiwania ich w tak dużym mieście jak Wrocław były niezmiernie utrudnione i pomimo wysiłków nie przyniosły spodziewanego rezultatu.
    Przełom w poszukiwaniach
    W nocy z 29 na 30 kwietnia 1958r. do prowadzących śledztwo niespodziewanie uśmiechnęło się szczęście. Milicyjny patrol zatrzymał podejrzanie zachowującego się mężczyznę, przy którym znaleziono gotowy do strzału m.in. pistolet typu FN kal. oraz 67 sztuk amunicji 9 mmm. Był to Władysław Baczyński.

    W wyniku kilkakrotnych rewizji jego mieszkania znaleziono: 4000 zł., zegarek bez szkiełka i oprawki, lufę do broni małokalibrowej, lufę do sztucera, przyrządy optyczne do broni, lornetkę, drabinkę sznurkową, dużą ilość amunicji kal. 5,6 mm i 9 mm, różne klucze, wytrychy, piłki do cięcia żelaza oraz metalowe pudełko z sproszkowaną substancją, która, jak wykazały badania, była materiałem wybuchowym. Część znalezionych przedmiotów znajdowała się w specjalnym schowku wydrążonym w klocku drewna.

    Wszystkie przedmioty należące do Baczyńskiego sugerowały, że może być poszukiwanym od dawna mordercą. Domysły organów śledczych potwierdziła przeprowadzona przez Zakład Kryminalistyki KGMO ekspertyza zarekwirowanej broni i odstrzelonych łusek. Zamachów na życie Anny S., Józefa S. i Zenona H. dokonano za pomocą broni znalezionej przy Baczyńskim. Udowodniono mu także dwa kolejne zabójstwa: Chaima N. i Józefa S. Nie zdołano natomiast zrobić tego odnośnie próby morderstwa dr. A. H. Władysław Baczyński nie był natomiast autorem anonimów przysłanych Pawłowi K. i Zenonowi H. . Okazało się, że napisała je Emilia P., pielęgniarka. Poznała Władysława w przychodni lekarskiej. W zamian za pomoc w załatwieniu mieszkania w kwaterunku zgodziła się napisać anonimy. Wyjaśniła, że nie wiedziała o zbrodniczej działalności mężczyzny i nie zdawała sobie sprawy, że ulegając jego namowom, stała się mimowolną wspólniczką przestępcy.

    Biorąc pod uwagę całokształt sprawy, prokuratora wznowiła umorzone śledztwa i połączyła je w całość.
    Zabójca
    Władysław Baczyński był z zawodu kierowcą. Miał żonę i troje dzieci. Jego rodzina cierpiała niedostatek, ponieważ ostatnio żyli ze skromnej renty inwalidzkiej. Wśród sąsiadów cieszył się nienaganną opinią. Nie pił alkoholu, nie palił papierosów, wcześnie wracał do domu, unikał konfliktów. Codziennie rano i wieczorem widywano go na spacerze z ulubionym psem. Konflikty w rodzinie rozwiązywał brutalnie, ale bez rozgłosu. W zakładach pracy, gdzie był zatrudniony przed przejściem na rentę, zdania o nim trudno nazwać jednorodnymi. Dyrekcja Wytwórni Filmów Fabularnych wystawiła mu bardzo dobrą opinię: Baczyński był sumiennym i wysoko wykwalifikowanym pracownikiem. Opinie z innych miejsc pracy przedstawiały go jako człowieka skrytego, mściwego i opryskliwego wobec współpracowników, a zwłaszcza przełożonych.

    Zarówno motywy zabójstw, jak i dziwne zachowanie podejrzanego w trakcie śledztwa, wskazywały na konieczność przeprowadzenia badań psychiatrycznych. Wnioski wybitnych specjalistów powołanych w tej sprawie były zgodne co do tego, że sprawca, pomimo pewnych odchyleń charakterologicznych, zachował pełną sprawność intelektualną i nie wykazuje jakichkolwiek objawów choroby psychicznej. W zespole odchyleń charakterologicznych na pierwszy plan wysuwały się u niego takie cechy jak: brak więzi uczuciowej z najbliższą rodziną, obniżenie uczuciowości wyższej w zakresie relacji społecznych i poszanowania drugiego człowieka, egocentryczne scentralizowanie uwagi własnej i otoczenia na swoim losie, zasklepienie się we własnych przeżyciach, nietowarzyskość, podejrzliwość, skłonność do despotyzmu.

    Orzeczenie sądowo-psychiatryczne, którego głównym celem jest ustalenie stopnia niepoczytalności sprawcy, brzmiało jednoznacznie: Jakkolwiek struktura charakteru Baczyńskiego wykazuje wydatne odchylenia od przeciętnej miary, w nieznacznym stopniu wpływając na jego zdolność kierowania swoim postępowaniem, to jednak jego sprawność intelektualna pozwalała mu należycie oceniać własne działanie jako przestępcze.

    Władysław Baczyński został więc uznany za człowieka poczytalnego i w pełni odpowiedzialnego za swoje czyny.
    Motywy zbrodni
    Jedną z najbardziej frapujących kwestii w śledztwie stanowiły motywy i pobudki , którymi kierował się morderca. Do momentu zatrzymania Baczyńskiego były owiane mgłą tajemnicy. Zarówno Zenon H., który szczęśliwie uniknął śmierci z rąk zabójcy, jak i krewni zamordowanych, nie potrafili dopomóc milicji w rozwiązaniu tej zagadki.

    Sam sprawca indagowany o motywy zbrodni wyjaśnił, że czuł niechęć do ludzi, którzy mieli skłonności do krzywdzenia współpracowników. W jego przekonaniu takimi osobami byli Józef S. i Zenon H., przez długi czas przełożeni Baczyńskiego.

    Jeżeli chodzi o zabójstwo Chaima N., morderca oświadczył: Miałem z nim porachunki typu handlowego, ale w gruncie rzeczy nie miałem zamiaru go zabić, lecz jedynie postraszyć. W krytycznym momencie jednak N. chwycił za mój pistolet i wtedy padł strzał.

    Mężczyzna twierdził również, że nie miał zamiaru zabić inż. Józefa S. W okolicy wilii znalazł się po to, by spalić samochód dr. W., współlokatora inż. S. W oświadczeniu napisał: Czułem do doktora W. urazę, ponieważ nie przepisał mi takich leków, jakich chciałem. Uzupełnił je o następujące wyjaśnienie: Inżynier S. zdradził mój zamiar, a nawet w pewnym momencie zaczął mnie bić, wtedy - w obronie własnej - strzeliłem do niego.

    Natomiast zabójstwo Anny S. zostało dokonane z premedytacją, gdyż w przekonaniu Baczyńskiego ofiara współpracowała z Niemcami.

    Podane przez niego motywy poszczególnych zbrodni nie znalazły potwierdzenia w śledztwie. Stwierdzono, że dr W. nie miał własnego samochodu, a ten stojący w garażu stanowił własność inż. Józefa S., o czym sprawca niewątpliwie wiedział. Należy zatem przyjąć, że morderca chciał spalić samochód inż. S. lub zastrzelić dr. W. albo popełnić jedno i drugie przestępstwo. Natomiast Anna S. nie kolaborowała z Niemcami. Co prawda w mieszkaniu zamordowanej w czasie okupacji widywano Niemców, lecz ich kontakty miały charakter raczej handlowy. Kobieta aktywnie działała w ruchu oporu i oddała organizacji cenne zasługi.

    Natomiast rola Baczyńskiego w tym okresie była niejasna. Również należał do ruchu oporu, ale nie mógł się pochwalić żadnymi osiągnięciami. Co więcej, w rejonie jego działania Niemcy aresztowali wiele osób. Można więc przypuszczać, że Anna S. podejrzewała Baczyńskiego o wydanie tych ludzi i dlatego została przez niego zabita. W czasie śledztwa nie udało się też ustalić, czy Baczyński faktycznie załatwiał sprawy handlowe z Chaimem N. W każdym razie ani rodzina zastrzelonego, ani jego znajomi nigdy nie mieli okazji widzieć N. w towarzystwie zabójcy. Prawdopodobnie więc i w tym wypadku Baczyński kłamał.
    Śledztwo, proces, wyrok
    W pierwszej fazie śledztwa Władysław Baczyński usiłował sprawiać wrażenie człowieka, który nie zdaje sobie sprawy z tego, co zrobił i w jakim znajduje się położeniu. Odmawiał złożenia merytorycznych wyjaśnień. Napisał nawet list do prokuratora, w którym prosił go o uchylenie aresztu i umożliwienie składania zeznań z wolnej stopy. Równocześnie snuł plany ucieczki. W ręce oficerów śledczych wpadł gryps napisany przez niego do kolegi. Chciał, aby ten dostarczył mu jak najszybciej piłkę do cięcia żelaza.

    W późniejszym okresie, uświadamiając sobie bezskuteczność przyjętej taktyki wobec obciążających go dowodów, zmienił ją. Odpowiadał tylko na pytania, które nie wymagały dodatkowych wyjaśnień. Jeśli pytanie brzmiało np. "Czy zastrzeliliście Annę S."? - odpowiadał twierdząco "Tak". W ten sposób przyznawał się do wszystkich zarzucanych mu czynów, z wyjątkiem usiłowania zabójstwa dr. A. H.
    Ilekroć żądano od niego szczegółowych odpowiedzi dotyczących okoliczności zabójstw i motywów, uchylał się od nich. W późniejszej fazie śledztwa niekiedy odstępował od tej zasady i opowiadał o swoich planach. Pewnego razu szczerze i cynicznie wyraził ubolewanie z powodu przedwczesnego aresztowania, ponieważ, jak stwierdził, miał zamiar rozprawić się jeszcze z wieloma ludźmi. Na pytanie: "Kogo chciał jeszcze zabić" odpowiadał: "Przygotowałem długą listę".
    pokaż całość

    +: lubie-sernik, mrooczilla +1 inny
  •  

    Co to za gwiazdy? Zna ktoś? Chyba #muzyka
    #pytanie #ktotojest #usa

    źródło: x3.wykop.pl

    +: lubie-sernik, pszemo98
  •  

    #ovh #cloud #webdev #programowanie #pytaniedoeksperta

    Korzystał z Was ktoś może z Cloud Desktop w OVH? Mam teraz stacjonarkę i się zastanawiam, czy do pracy poza domem nie kupić czegoś małego (może nawet zwykły tablet z klawiaturą) i bawić się w #programista15k przez Cloud Desktop.

    Rzeczy, które mnie interesują:
    - czy można uruchamiać tam wirtualne maszyny wewnątrz (Virtualbox|Vagrant|Docker).
    - forma zabezpieczeń (tylko hasło, czy np. jakieś kody SMS, Google Authenticator, klucz U2F).
    - sposób połączenia (dedykowana apka, czy ogólnodostępne rozwiązania).
    - ogólne bezpieczeństwo (tutaj raczej czyjaś osobista ocena)
    pokaż całość

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika mrooczilla

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (4)