Odinstalowałem wykop i moje życie zmieniło się o 360 stopni!

  •  

    Posiadam.

    Wróć. Moja żona posiada kota, rasy kotka, rasy czarnej, rasy ze schroniska, rasy małe kocie.

    Guzik by mnie to obchodziło gdyby nie fakt, że jest małe, że chodzi to to bez przerwy za mną i trzeszczy- a to na ręce, a to żreć, a to trzeszczy dla samego trzeszczenia zupełnie jak jej pani. Generalnie pogłaskać mogę, kopnąć jakąś rzecz która leży na ziemi żeby kot za nią biegał też, niech chowa się zdrowo do czasu aż raz zapomnę zamknąć terrarium i zajmie się nim mój wąż, reszta to nie mój problem.

    Ale do czasu. Staje się to moim problemem gdy moja współmałżonka udaje się w celach służbowych gdzieś tam na ileś tam. I spada na mnie karmienie wyprowadzanie i sprzątanie po tym całym tałatajstwie. Jako, że to zawsze lekko olewam i robię wszystko w ostatni dzień przed powrotem małżonki- nie nastręcza mi to wiele problemów.

    Kot jest od niedawna i od niedawna jest nowy zwyczaj- niezamykania łazienki, gdyż w niej znajduje się urządzenie zwane potocznie kuwetą, do którego kot robi to samo co ja w toalecie, czyli wchodzi i może spokojnie pomyśleć.

    Mnie jednak uczono całe życie zamykać te cholerne drzwi do łazienki za sobą, więc stale żona mi trzeszczała, że kot tam nie może wejść i „myśleć”. Ja jestem stary i się nie nauczę, poza tym mieszkam tu dłużej niż ten kot, sam dom stawiałem, moje drzwi, mój kibel, wypierdalać więc. I postawiłem na swoim. Od jakiegoś czasu kot chodzi do toalety razem ze mną. Jak nie ma małżonki to musi zazwyczaj czyhać na mnie albo miauczeć coby przypomnieć, że trzeba mu łazienkę otworzyć, bo jak jest żona to ona ma już w biosie zaprogramowane- ja wychodzę i zamykam, ona idzie i otwiera, żeby kot mógł wejść- taka technologia po prostu.

    Czasem kot skacze na klamkę ale ma jeszcze zbyt małą wyporność i zwisa na niej bezradnie. Jednak jak moja żona będzie nadal go tak karmić- to w szybkim tempie będzie za każdym razem klamkę upierdalał- a wtedy wiadomo- wąż.

    Dobrze więc- uporządkuję- żona- delegacja, ja praca- wracam, wchodzę do domu, kot przy drzwiach do łazienki skwierczy, bo jak wychodziłem to zamknąłem za sobą. Ok, kotku mnie się też chce. Idziemy razem- ja toaletka, okienko uchylam, papierosik (bo żona będzie za trzy dni- więc spokojnie wywietrzę) kotek swoje, ja przez okienko spoglądam, jest cudnie. Kotek wskakuje na kaloryfer na parapecik i patrzymy razem przez okno. No cudnie. Kot skończył dawno, ja teraz, pet do muszli, spuszczam wodę, a ten mały skurwiel jak nie śmignie i sru za tym petem z tego parapetu i do kibla. Zakręciło nim dwa razy i kota nie ma. Nawet nie zdążył miauknąć. No ja pierdolę. Nie ni chuja to niemożliwe jest. Przecież nawet taki mały kot jest kurwa za duży- żeby przejść tym syfonem.

    Ale słyszę tylko pizdut- oż kurwa no to nie mogło mi się zdawać- coś ciężkiego poszło w pion. Kurwa wszyscy święci w trójcy jedyny Boże, ukazali mi się przed oczami. Kot kurwa popłynął wprost w odmęty prawego dopływu królowej polskich rzek. Lecę kurwa na dół do piwnicy- choć może powinienem od razu do schroniska- zanim wróci moja żona- nie ma wafla, znajdę jakiegoś małego czarnego skurwiela z białą krawatką, nie było jej kilka dni może się nie połapie.

    Ale chuj – najpierw do piwnicy- zbiegam po schodach, słucham coś drapie w rurze, pion kawałek płaskiej rury, miauczy- jest kurwa, żyje i nie poleciał do sieci miejskiej. Nawet jak teraz zdechnie- to chuj przynajmniej będę miał jego truchło i powiem, że kojfnął z przyczyn naturalnych albo tylko lekko nienaturalnych, bo przecież mi baba nie uwierzy za chuja trefla, że kot sam wpadł do kibla. Ale na razie drapie i żyje. Znalazłem taki wziernik gdzie można zaglądnąć do tej rury i wołam. Kici kici. Ni chuja, nie przyjdzie, wołam, wołam, a ten kurwa głąb zamiast przyjść do mnie to kurwa chce iść tam skąd przyszedł czyli do góry w pion. Ja go wołam a on do góry drapie. I udrapie, udrapie kilkanaście centymetrów i zjazd w dół.

    No pojebało i mnie, że tu stoję i jego (kota) Tak przez pół godziny. Prosiłem, wołałem, błagałem, groziłem, wabiłem żarciem- i ni chuja- uparł się i nic tylko rurą do góry z powrotem do kibla. Za daleko, żeby włożyć rękę, grabie czy cokolwiek. Jedyna metoda- fight fire with fire- ogień zwalczaj ogniem. Zatkałem tą rurę przy wzierniku deszczułkami którymi używam na podpałkę do kominka, żeby kot nie popłynął już nigdzie dalej i z buta na górę do kibla- geberit i woda w dół- bombs gone. I bieg do piwnicy.

    Po drodze słyszę jak się przewala po rurach- podziałało.

    Wbiegam do piwnicy i kurwa koniec świata. Nie ma moich deszczułek- no może z jedna, cała prowizoryczna tama poszła w chuj i kota też nie słychać już.

    Ja pierdolę. Kurwa gdzie ta rura teraz idzie- coś mi świtnęło, że kanalizacja w ulicy, dom od ulicy ze 30 metrów- może nie wszystko stracone i gdzieś się zwierzak zatrzymał po drodze. Biegnę na ulicę, jest studzienka- mam nadzieję, że to od mojego domu.

    Ni cholery jej nie podniosę. Ciężka jak szlag i nie ma za co chwycić. Powrót do domu i pogrzebacz od kominka, tym może uda się to podważyć. Ni cholery- najpierw ugiąłem, potem złamałem żelastwo. Myśl auto stoi na ulicy- mam pas do holowania, może uda się to szarpnąć. Hak, pas, wsteczny- poszło aż zakurzyło.

    Po jaką cholerę takie te wieka robią ciężkie.

    Smród jak cholera ale złażę tam- ciemno jak w dupie, rura jest, wygląda, że idzie od mojego domu. Latarka. Kurwa mam w aucie, chujowa ale może starczy.

    Włażę po raz drugi- smród mnie już nie zabije- przywykłem po chwili. Zaglądam i jest oczyska mu się tylko świecą. I znów ta sama bajka. Kici, kici, kici, a ten mały skurczybyk spierdziela w drugą stronę. No ja pierdolę. Szlag mnie trafi. Długo tu nie wysiedzę, jest zimno, śmierdzi a na dodatek ktoś mi zwali tą pokrywę na łeb i moje problemy się skończą jak nic. Nie chcesz po dobroci, to będzie po złości.

    Do domu, po brezent. Wyłożyłem dno studzienki tak by mi nie wpadł głębiej. Zużyłem wszystkie, taśmy samoprzylepne, plastry żeby nie wpadł do głównej nitki kanalizacyjnej. Zaglądam co chwilę do rury ale słyszę tylko miauczenie i nic nie widzę. Poszedł gdzieś wpizdu. Jeszcze tylko trójkąt, żeby nikt się w tą otwartą studzienkę nie wpierdolił bo na ulicy ciemno.

    Sąsiad kurwa- ciekawski, widziałem żłoba jak patrzył przez okno, jak próbowałem pogrzebaczem podnieść wieko. Nie przyszedł pomóc a teraz chuj złamany stoi i się dopytuje.

    Co mam mu kurwa powiedzieć? Że przepycham kotem kanalizację?

    Idźżesz w chuj pacanie. Powiedziałem mu w końcu, żeby poszedł do domu i pozatykał sobie też wszystkie otwory bo na początku osiedla była awaria i wszystkie ścieki się wracają i wybijają w domach- a ten baran się przestraszył, poleciał i przed swoim domem siłuje się z pokrywą. Niech ma za swoje.

    Wracając do kota- bo menda tam siedzi i nie chce wyjść. Mam wszystko gotowe- więc do domu, jedna wanna, druga wanna, koreczek i napuszczam wodę. Papierosik i czekam pod studzienką bo nuż mu się zmieni i wyjdzie dobrowolnie.

    Kurwa drugi sąsiad przyszedł- po pięciu minutach następny odmyka wieko, teoria samospełniającej się przepowiedni działa- kurwa ludzie to są barany.

    Idę do domu, obie wanny pełne, ognia- spuszczam wodę z wanien i dokładam dwa spusty z dwóch spłuczek z domu. Nie ma chuja to go musi wygonić albo utopić.

    Lecę na ulicę, woda wali na brezent aż huczy a tego skurwiela dalej nie wylało z kąpielą.

    Kurwa mać- urwało się wszystko w pizdu i popłynęło, bo ileż to utrzyma tej wody. Brezent, taśmy, plastry, sznurki- w chuj- jak się to gdzieś przytka to będę miał przejebane.

    Znowu do domu po drugi pogrzebacz bo trzeba zamknąć ten pierdolony dekiel.

    Wchodzę- a ten skurwiel kot tarza się w sypialni po łóżku. No ja pierdolę! Jak on kurwa wyszedł- którędy? Ano kurwa wziernikiem w piwnicy- zostawiłem otwarty. Ja kurwa stoję i marznę a ten gnój tarza się w mojej pościeli. Zajebie. Przerobię na pasztet. I jeszcze z radości włazi na mnie. Kurwa mać. Przynajmniej kuleje.

    Straty- zajebane łazienki, w obu przelała się woda z wanien, zajebana piwnica- bo zostawiłem otwarty wziernik i duża część wody poleciała na piwnicę. Pościel w sypialni do wyjebania, brezent z reklamą firmy- poszedł w chuj, latarka- w chuj, pogrzebacz w chuj.

    Afera na ulicy jak chuj.

    #pasta #pastypolaqa #coolstory #byloaledobre
    pokaż całość

  •  

    Najmilej ze swoich młodzieńczych lat wspominam okres w którym w moim mieście zaczęła się moda na obrazki ze świętymi. Cały Lublin zwariował pod tym względem, a każdy mieszkaniec posiadał własny kieszonkowy klaser, w którym przechowywał swoją kolekcję karteczek z wizerunkami błogosławionych kościoła katolickiego. Myśleliście, że moda na pokemony minęła bezpowrotnie? W pamiętnym roku 2018 pojawiła się znowu, z jeszcze większym rozmachem. Należy zacząć jednak od tego, że z początku nie spotkała się ona z ciepłym przyjęciem. A to głównie przez dwa konkretne obrazki, Judasza oraz Maksymiliana Kolbe. Ten pierwszy uprawniał posiadacza do sprzedania ziomka na psach bez żadnych konsekwencji, zaś drugi pozwalał przenieść zarzuty na konkretną, wybraną przez siebie osobę, która w konsekwencji szła na odsiadkę zamiast owego szczęśliwca. Szybko stało się jasne, że tych dwóch obrazków trzeba się jak najszybciej pozbyć z rynku, w przeciwnym razie konsekwencje byłyby niewyobrażalne. Dwa lokalne gangi wspólnymi siłami odnalazły niemal wszystkie egzemplarze, po czym starannie je spaliły, by nikt nie mógł ich więcej wykorzystać. Znałem też jednego gościa, który pewnego razu zapomniał z domu swojego obrazka ze świętym Krzysztofem (patronem kierowców) i wpierdolił się w drzewo wyjeżdżając z własnego garażu. Od tamtego czasu nosi go przy sobie cały czas, nawet gdy idzie gdzieś na piechotę. Osobiście byłem jednym z nielicznych szczęśliwców, którym udało się zdobyć Karola Wojtyłę. Obrazek z nim jako jedyny pozwalał na aż dwie rzeczy. Po pierwsze po okazaniu go w cukierni otrzymywało się zniżkę 90% na kremówki, a po drugie, co podnosiło jego wartość o kilka patyków, na jebanie dzieci bez żadnych konsekwencji. Pamiętam, że sprzedałem go lokalnemu pedofilowi, w desperackiej próbie zdobycia hajsu na spłatę długów. Jednak Wojtyła nie był najrzadszym obrazkiem. Przebijał go Jezus, którego dostanie graniczyło z cudem. Każdy jego posiadacz stawał się z marszu królem każdej imprezy, gdyż był dzięki niemu w stanie przemienić wodę w dowolną ilość wina. W całym mieście była chyba tylko jedna osoba, która go miała, ale szybko została brutalnie zamordowana poprzez utopienie w stawie przez posiadacza obrazka z Janem Chrzcicielem, a po samym Jezusie słuch zaginął. Krążyły plotki, że utonął razem z właścicielem. W podstawówkach i liceach krążyły obrazki ze św. Judą, patronem spraw beznadziejnych, wykorzystywane przez dzieciaki do żebrania o podniesienie oceny. Były na tyle powszechne, że szybko straciły jakąkolwiek wartość. Pamiętam, że raz pojawił się nawet obrazek ze świętym Wojciechem, chyba jedyny taki egzemplarz. Jedyny, bo jak się okazało, posiadacz zostawał uprawniony do otrzymywania wpierdolu od każdego. Nikogo nie powinno więc dziwić, że kolejne egzemplarze nie były nawet produkowane. Jeden z moich ziomków wpadł na pomysł podrzucenia go jednemu z nauczycieli, ale nim zdążył wsunąć mu go do kieszeni, cała szkoła rzuciła się na niego, zabijając na miejscu. Ktoś mądry spuścił Wojciecha w kiblu i to chyba była najlepsza decyzja jaką można było podjąć. Wiele osób z podnieceniem oczekiwało na wizytę księdza po kolędzie, licząc, że za grubą kopertę zostawi im jakąś unikalną personę. Trudno nie wspomnieć w opowiadaniu o tych czasach tego, że coraz powszechniejsze stało się fałszerstwo. Księża w maleńkich parafiach, w głębi swoich domów usiłowali produkować własne obrazki, ale taki towar był często bardzo wadliwy. Dotkliwie przekonał się o tym mój ojciec, który kupił od naszego proboszcza lewy egzemplarz św. Krzysztofa. Szybko okazało się jednak, że artystą był on średnim i przypadkowe maźnięcie pędzlem upodobniło Krzysia do Noego. Mój rodziciel wpierdolił się autem do jeziora i nigdy już z niego nie wyszedł. Jak to mówią, z passata arki nie zrobisz.

    Łezka mi się w oku kręci gdy wspominam ten wspaniały czas. Niestety, ta moda szybko minęła. Trudno powiedzieć ile trwała. Ze trzy lata? Cztery? Ach, tylu ziomków sprzedanych na psach, tyle przecenionych kremówek.

    #pasta #coolstory #pastypolaqa <- obserwuj/czarnolistuj
    pokaż całość

  •  

    Mirasy mam wlasnie jedną z przygód życia albo jestem ofiara epickiego pranka lub oszustwa.

    Robię w #elektryka i 2,5h temu miałem telefon że potrzebują pomiarow ochronnych w namiocie zasilanym z agregatu. I taka rozmowa:

    ja: Dla kogo potrzebujecie tych pomiarow? Jakieś specjalne wymagania?
    Koles: dla rządu #usa a teraz najlepsze, niech się pan trzyma. Jesteśmy w Belgii.
    J: ??? Ale wy jesteście czy namiot jest??
    K: pomiary trzeba wykonać w bazie #wojsko wej na południu Belgii. Czy może Pan za godzinę wsiąść w samolot?

    Prawie jak ten mem, nie ma czasu na wyjaśnienia get in da choppa!!

    No ale jestem, zaraz lot. Trzymajcie kciuki
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Kto chce usłyszeć historie o tym jak ukraince w mojej firmie (Ktora stanowi 2/3 personelu) sie zbuntowali i za strajkowali oraz moje przemyslenia na ten temat? #pracbaza #ukraina #ukrainiec. (Akcja z dzisiaj)

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika polaq

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.