•  

    Historia psa Dżoka jest wyjątkowa, więc ja tu przekleję z fb KTOZ.
    Jest tym bardziej istotną teraz, gdy pewni ludzie chcą usunąć skromny pomnik psa Dżoka i wstawić na jego miejsce olbrzymi mur zwany wstęgą pamięci...

    "Najwierniejszy z wiernych
    Dziś obchodzimy XVII rocznicę powstania Pomnika Dżoka.
    Dla nas, ale może również dla Państwa jest to dzień pamięci i zadumy nad niezwykłą postawą psiego przyjaciela. Ta historia, jak i wiele innych w naszym życiu pokazała, do czego zdolne może być psie serduszko.
    To było lato 1991 roku, gdy opiekun Dżoka przewrócił się nagle podczas spaceru i już się nie podniósł. Gdy Pana zabrała karetka, psiak został sam. I czekał na powrót swojego przyjaciela… I czekał... I czekał... i tak minął prawie rok…
    Dżok zamieszkał na rondzie Grunwaldzkim. W stosunku do ludzi był bardzo nieufny, ale w stosunku do swego opiekuna pozostawał wierny. Nie wiedział wtedy jeszcze, że jego Pan już nigdy nie wróci. Po ośmiu miesiącach nastąpił Happy End, pies postanowił obdarzyć zaufaniem Panią Müller, która codziennie odwiedzała go na rondzie. W któreś gorące popołudnie, gdy Pani Müller przyniosła Dżokowi wodę, on po prostu poszedł za nią i tak już zostało, na kolejnych siedem długich lat.
    Niestety los znów okazał się okrutny dla Dżoka, który ponownie stracił przyjaciela i tego już jego serce nie potrafiło wytrzymać. Dżok uciekł pewnego dnia z hotelu, w którym zamieszkał po śmierci swojej Pani i wbiegł wprost pod przejeżdżający pociąg. Wielu uznało śmierć psa za samobójstwo, ponieważ nikt nie chciał uwierzyć, że Dżok, który przez ponad rok skutecznie unikał kół samochodów na ruchliwym krakowskim rondzie, nie zauważył nadjeżdżającego pociągu w spokojnych Swoszowicach.
    A z pomnikiem była sprawa i wzruszająca, i komiczna, pomysłów było wiele, nawet taki, że pomnik powinien mieć dwa metry. Krakowscy radni nie chcieli jednak słyszeć o tym pomyśle i nie dali na to zgody, ale krakowianie, artyści, Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, a przede wszystkim red. Alina Budzińska (pseudonim Aleksander) nie odpuścili.
    Formalności było mnóstwo, próśb, petycji i spotkań. Telefony rozgrzane do czerwoności, ale w końcu się udało.
    Krakowski artysta śp. prof. Bronisław Chromy stworzył dzieło upamiętniające tego najwierniejszego z wiernych i 26 maja 2001 roku nastąpiło uroczyste odsłonięcie pomnika Dżoka, którego dokonała sunia Kety, należąca do znanego krakowskiego behawiorysty Jacka Lewkowicza. I my tam też byliśmy. Dumni i szczęśliwi, że się jednak udało.
    A dziś? Dziś możemy tylko na chwilę się zatrzymać i popatrzyć w głąb siebie. I jeśli mamy przy sobie tak wiernego przyjaciela to spokojnie możemy uznać, że jesteśmy szczęściarzami…

    autor zdjęcia: Agata Kaputa Photography
    materiały zaczerpnięte z Wikipedii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Pomnik_psa_Dżoka"
    #krakow #psy
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    #chrzesijanstwo vs. #buddyzm wg. #fronda

    1. Buddyzm mówi, że nic nie jest trwałe. Chrześcijaństwo głosi, że Słowo Boże trwa na wieki (Iz 40:8), Boże prawa są niezmienne (Mt 5:18), a Jezus Chrystus jest Pierwszym i Ostatnim (Obj. 2:8).

    2. W centrum chrześcijaństwa stoi Bóg. Buddyzm naucza, że Bóg nie istnieje.

    3. W chrześcijaństwie istnieje obiektywny, niezmienny, uniwersalny autorytet i standard wiary oraz praktyki: Pismo Święte. W buddyzmie nie istnieje uniwersalny standard. Każdy jest nim sam dla siebie. Istnieje czysto subiektywne doświadczenie i subiektywna interpretacja rzeczywistości.

    4. Chrześcijaństwo mówi o potrzebie nawiązania zbawczej więzi z osobą Jezusa Chrystusa poprzez, żywą, szczerą wiarę. Buddyzm zaś uważa, że medytacja jest właściwym sposobem na osiągnięcie celu (jakim jest nirwana).

    5. Buddyzm mówi o konieczności wyzbycia się pragnień. Chrześcijaństwo zaś, że powinniśmy posiadać pragnienia dobrych rzeczy. Pragnienia zgodne z Bożym upodobaniem prowadzą człowieka do dobrego działania oraz pozytywnych zmian.

    6. Chrześcijaństwo wskazuje na problem grzechu człowieka i daje jego rozwiązanie w ofierze Chrystusa na krzyżu. Buddyzm nie dostrzega żadnego etycznego problemu w człowieku. Nie istnieje pojęcie: grzechu, zła, dobra lecz przyczyny i skutku – neutralnych pod względem aksjologicznym.

    7. Chrześcijaństwo mówi, że tu i teraz jest czas łaski, zmiany, nawrócenia. Po śmierci czeka nas sąd (Hbr 9:27) i niebo lub piekło. Buddyzm zaprzecza realności Sądu Ostatecznego, nieba, piekła i zmartwychwstania ciał. Naucza o reinkarnacji – kołowrocie tysięcy wcieleń oraz o nirwanie – stanie wyzwolenia od cyklu narodzin i śmierci.

    8. Chrześcijaństwo nie może istnieć bez osoby i dzieła Chrystusa. Buddyzm mógłby istnieć bez Buddy.

    9. Według buddyzmu do celu (nirwany) wiedzie wiele ścieżek. Biblia naucza, że do celu (zbawienia) prowadzi jedna ścieżka. Jest nią osoba Jezusa Chrystusa (Jn 14:6. Dz. Ap. 4:12).

    10. Buddyzm mówi, że jest poszukiwaniem prawdy poza słowami, nazwami, ideami, definicjami, dogmatami i filozofią. A jednak cały czas definiuje…
    pokaż całość

    +: J.............I, mycat
  •  

    Czy znajdę gdzieś jakąś listę (mape) samoobslugowych stacji naprawczych w Krk?

    #krakow #rower

  •  

    Dzisiejszy odcinek będzie trochę inny, bo muszę sobie zrobić małą przerwę od chrześcijaństwa. Poza tym, nieładnie się tak ograniczać i pomijać bogactwo innych kultur. Niestety, bardzo ciężko wyjść z europocentryzmu. Dlatego też ten wpis będzie miksem tego, co “obce” i tego, co znane - mianowicie zajmiemy się najbardziej wysuniętymi na Wschód państwami greckimi i ich relacją z buddyzmem. W przeciwieństwie do głównego cyklu nie będę mocno wnikał w szczegóły, ponieważ tekst piszę dla odprężenia.

    Wracając do tematu, to nieco przewrotnie można by napisać, że moda na „mądrości Wschodu” wśród przedstawicieli kultur europejskich ma nieco dłuższy rodowód niż ruch hippisowski i duchowość a’la New Age. Jednym z pierwszych, dobrze udokumentowanych religijnych kontaktów między Indiami a Europą było zderzenie Greków z subkontynentem w IV wieku przed Chrystusem.

    Zapewne każdy kojarzy postać Macedończyka i fakt, że dotarł on aż do Indii, gdzie również podporządkował sobie pewne terytoria. Tyle tylko, że od tego momentu narracja się zwija. Żołnierze się buntują, Aleksander zawraca, umiera na terenie Persji, a jego imperium dzielą między siebie diadochowie. Kto bardziej uważny, ten kojarzy, że gros terytoriów na Wschodzie przypadła Seleukosowi.

    I to w zasadzie na tyle. Podręczniki koncentrują się na relacjonowaniu wydarzeń z Bliskiego Wschodu, te zaś zachodzące na dalszym, traktują po macoszemu albo całkowicie zlewają. W moim przypadku podręcznik olał temat całkowicie, w związku z czym, jako licealista byłem przekonany, że widocznie greckie panowanie się tam nie utrzymało i lokalsi sobie, a świat hellenistyczny sobie.

    Tyle, że to nieprawda.

    W 330 roku przed Chrystusem Aleksander zawitał do perskiej Baktrii i podporządkował sobie ten region. Gdy ruszył żeby podbijać dalej, zostawił na miejscu 3500 kawalerzystów i 10k piechoty. Mieli oni za zadanie strzec nie tylko władzy Aleksandra, ale także spokoju miast i osad przez niego założonych. Bardzo podobny scenariusz powtórzył się w północno-wschodnich Indiach. Aleksander miał rozmach - według podań, samych Aleksandrii założył koło 70.

    Nieprzypadkowo nieco późniejsi greccy i rzymscy geografie określali baktryjską część Azji Środkowej jako „krainę tysiąca miast”. Ściągający tu greccy osadnicy przynosili ze sobą swoje wierzenia, tradycje i kulturę. Wbrew sceptycyzmowi niektórych badaczy, wiele z tych osad stała się (lub była od początku) miastami pełną gębą, a Baktria przeobraziła się w żywotne centrum kultury hellenistycznej. Sztandarowym przykładem jest Ajchanom, ze swoim pałacem, agorą, teatrem i gimnazjonem.

    Grecy nie byli jednak jedynymi mieszkańcami tych wszystkich Aleksandrii, Antiochii (nazwa na cześć seleudzkich Antiochów) i Seleucji (nazwa na cześć eee… seleudzkich Seleukosów). Materiał archeologiczny, taki jak na przykład inskrypcje, poświadcza, że w użyciu było kilka języków - grecki, aramejski, sanskryt i pali. Z czasem widać, że Grecy zaczęli przejmować coraz więcej elementów z otaczających ich kultur. Przykładem mogą być indyjskie i irańskie symbole pojawiające się na monetach, inskrypcjach i płaskorzeźbach.

    Działało to jednak w obydwie strony - tożsamość helleńska „przechodziła” również na miejscową ludność, czego przykładem jest zmienianie imion na brzmiące bardziej grecko. Kultura grecka była w regionie poważana przez długi czas, na co dowodem jest fakt, że elity Saków, Partów czy Kuszanów, którzy zastąpili Greków w roli władców, przejmowały jej elementy. Miksy te były możliwe dzięki polityce Aleksandra, który wbrew swojemu wychowawcy, rojącemu o wyższości Hellenów Arystotelesowi, popierał model etnicznej integracji.

    Helleńskie miasta były bogate dzięki przejęciu achemenidzkich skarbców, eksploatacji surowców naturalnych i rozbudowanej sieci handlowej, łączącej Daleki Wschód z wybrzeżem Morza Śródziemnego. Buzujący handel i możliwość dorobienia się przyciągały osadników z Bałkanów i Azji Mniejszej. Bogactwo i szukanie nowości nie ograniczały się jednak do przybyszów z Zachodu. Te same popędy kierowały zapewne ludnością irańską i indyjską, która również ściągała do poleis. I to nie tylko tych dalekowschodnich - ze źródeł wynika, że ta najsłynniejsza, egipska Aleksandria miała w I wieku przed Chrystusem indyjskich i irańskich mieszkańców.

    Nie wszyscy jednak przemierzali drogę Zachód-Wschód lub Wschód-Zachód dla bogactwa, sławy czy przygody. Niektórzy robili to, bo umiłowali mądrość i byli ciekawi co do powiedzenia mają jej miłośnicy z innych części świata. Już w trakcie samej kampanii, Aleksandrowi towarzyszył filozof Onesykrytus, który zbierał informacje o indyjskich systemach wierzeń. Do świty Macedończyka dołączył Kalanus, jeden z gimnosofistów (nagich sofistów), jak Grecy określali miejscowych ascetów.

    Ze źródeł wynika, że na bardzo wczesnym etapie Grecy byli świadomi tego, że w indyjskiej tradycji religijnej istnieją (uwaga: uproszczenie) dwa główne nurty - bramiński i śramański. Ten drugi, to (również uproszczenie) nurt, gdzie mocno akcentowano ascezę. Wywodzą się z niego takie religie jak buddyzm i dżinizm oraz trzy nieortodoksyjne szkoły hinduizmu: Ćarwaka, Adźnana i Adźiwika.

    Wschód fascynował, a motywy z podbojów Aleksandra weszły do ludowych tradycji i podań. Według Diogenesa Laertiosa, fascynacji tej uległ Pyrron z Elidy wraz ze swoim mistrzem Anaksarchusem. Udali się oni w podróż, w trakcie której pobierali nauki od perskich magów i indyjskich nagich sofistów. W twórczości Pyrrona widać te wpływy - w przeciwieństwie do Platona nie uważał samopoznania za rzecz wartą zachodu ani źródło szczęścia.

    Uważał wręcz, że poznanie (nie tylko samopoznanie, ale poznanie w ogóle) jest niemożliwe. Skoro więc nie da się dojść do prawdziwej własności rzeczy, lepiej wstrzymywać się od osądów. To jego zdaniem prowadzi do ciszy (aphasia), a ta umożliwia powstanie niezakłóconego stanu spokoju (ataraxia). Między Pyrronem, a buddyzmem jest tyle podobieństw, że badacze analizujący podania o nim uważają, że nie ma możliwości żeby jego filozofia rozwinęła się bez wpływów śramany.

    Dodatkową wskazówką jest styl życia Pyrrona, który opisywał w swoich pracach jego uczeń, niejaki Tymon. Według jego relacji, prowadził on bardzo ascetyczny tryb życia. Preferował przebywanie w samotności, ciszę i odrzucenie zmysłowych przyjemności. Dźwięki skupisk ludzkich przyrównywał do roju os. Widać tutaj podobieństwa do praktyk indyjskich ascetów. Mimo to, w żadnym z tekstów nie padają sformułowania charakterystyczne dla wczesnego buddyzmu - stąd nie wiadomo czy Pyrron nie inspirował się jakimś innym nurtem śramany.

    Początki buddyzmu datuje się na V-IV wieku przed Chrystusem. Mimo to, wydaje się jednak, że do czasów powstania imperium Maurjów (ok. 320 roku p.n.e), ruch zapoczątkowany przez Buddę nie zrobił wielkiej kariery poza terenami nad środkowym Gangesem. Państwo Maurjów założył Ćandragupta i było to imperium indyjskie o największym zasięgu terytorialnym w historii. Rzeczony władca pokonał Greków panujących w Pendżabie. Nie oznaczało to jednak końca ich obecności w Indiach. Mimo agresji w Pendżabie, utrzymywał dobre stosunki z Grekami w Baktrii i Seleucydami, których przedstawiciel, filozof Megastenes, stale rezydował na jego dworze.

    Kluczową postacią dla naszej opowieści jest jednak wnuk Ćandragupty - imperator Aśoka. Zanim objął on samodzielną władzę, panował w Taxili, która miała wielu greckich mieszkańców i przed zwycięstwem Maurjów, była stolicą greckiej satrapii. Aśoka początkowo prowadził bardzo ekspansjonistyczną politykę, ale pod wpływem okropieństw wojny, których był świadkiem w trakcie podboju Orissy (wschodnie Indie), nawrócił się na buddyzm i stwierdził, że ułoży swoje państwo w zgodzie z jego nauczaniem.

    Od tego momentu Aśoka zaczął intensywnie działać na rzecz propagowania buddyzmu. Według źródeł zwołał synod 300k mnichów i przekazał im miliard sztab złota. Relacja ta jest zapewne przesadzona, ale przekaz - imperator stawia na buddyzm - jest prawdziwy. Nie poprzestał jednak na donejtach. Wspierał inicjatywy misyjne i próbował przyciągnąć do buddyzmu ludzi pochodzących z różnych grup etnicznych. W tym celu nakazał pisanie w różnych językach, w tym po grecku.

    Jedna z inskrypcji spisanych w grece głosił:

    „Podbój przez Dharmę miał tutaj miejsce, na granicach a nawet sześćset yojanas (4k mil) stąd, gdzie panuje grecki król Antiyoga (Antiochos) oraz dalej, gdzie rządzi czterech królów zwanych Tumayama (Ptolemeusz), Antikini (Antygon), Maka (Magas) i Alikasudara (Aleksander). Tak samo stało się na wschodzie wśród Ćolów, Pandjów i aż do Tamraparni. […] Tak samo na terytorium królewskim, wśród Yonów (indyjskie określenie Greków)… lud wszędzie przyjmuje instrukcje Aśoki dotyczące dharmy”.

    Niestety - z racji braku źródeł zachodnich nie wiemy czy misjonarze buddyjscy dotarli do miejsc przeznaczenia. Jasno jednak widać, że Aśoka podjął próbę nawrócenia swoich greckich poddanych i ich niepodległych kuzynów z Baktrii. Prawdopodobnie triumfalizm z inskrypcji jest nieco przesadzony, ale mamy dobre powody by wierzyć, że jakaś część Greków przeszła na nową religię. Widać to choćby po wysokim stylu greki z inskrypcji buddyjskich, takich jak ta z
    Aleksandrii Arachozyjskiej. Zaświadcza ona o helleńskiej wspólnocie zwolenników buddyzmu w tym mieście.

    Inskrypcji tego typu jest więcej i w wielu przypadkach nie są one wiernym tłumaczeniem tekstów spisanych w sankrycie czy po aramejsku. Autorzy musieli bardzo dobrze znać nie tylko grekę, ale i kulturę helleńską. Widać bowiem, że nie ograniczali się do tłumaczenia, ale tak dobierali sformułowania, aby przedstawić zawarty w tekście koncept w sposób jak najbardziej zrozumiały dla rodaków. I tak na przykład, fragment o powstrzymywaniu się przed zabijaniem i jedzeniem zwierząt jest podany za pomocą sformułowań przypisywanych Pitagorasowi, żyjącemu w VI wieku p.n.e.

    Zatem - dopiero panowanie Aśoki i jego konwersja sprawiły, że buddyzm stał się prawdziwie międzynarodową religią. Dzięki temu, że pod jego panowaniem oraz w sąsiedztwie żyli Grecy, na dzień dobry trafił także do nich. Z czasem zaczął pozyskiwać także wpływowych konwertytów i sprzymierzeńców, nawet wśród elit helleńskich państw. No właśnie - państw. Z czasem, greckie poleis w Baktrii zostały zjednoczone w ramach jednego królestwa. W okolicach 125 roku przed Chrystusem państwo to jednak upadło pod ciosami stepowych najeźdźców.

    Nie był to koniec miejscowego hellenizmu. Po pierwsze: to, że Grecy utracili tam władzę nie sprawiło, że zniknęli z powierzchni ziemi. Jak już wspominałem, następujący po sobie panowie tych ziem podziwiali grecką kulturę jeszcze przez kilka wieków. Po drugie: w tak zwanym międzyczasie, władcy greko-baktryjscy zdołali podbić część północno-wschodnich Indii. Ich ekspansja zbiegła się w czasie z upadkiem imperium Maurjów. Te podboje dały początek tak zwanemu królestwu Indo-Greckiemu. Jego najwybitniejszy władca, Meneander I, miał jakoby nawrócić się na buddyzm.

    Tak przynajmniej twierdzi „Milindapanha”, niekanoniczne (ale wciąż istotne) pismo buddyjskie. Kwestia tej akurat konwersji jest przedmiotem dyskusji między badaczami. Na pewno Meneander był życzliwie nastawiony do buddyzmu, a bite przez niego monety aż ociekają od buddyjskich symboli. Ma to znaczenie o tyle, że monety nie były tylko środkiem płatniczym, ale także propagandowym, za pomocą którego starożytni i średniowieczni władcy manifestowali promowane przez siebie ideologie.

    „Milindapanha” jest zapisem dialogu między królem, a Nagaseną, buddyjskim mędrcem. Zdaniem niektórych badaczy, dzieło nosi znamiona wpływów greckich dialogów filozoficznych, ale inni twierdzą, że jest to nadinterpretacja i pismo to jak najbardziej wpasowuje się w lokalny kanon. Jest to o tyle istotne, że ewentualne greckie wpływy mogłyby zaświadczać o istnieniu buddyjskich mnichów o greckiej proweniencji (ich istnienie i tak uważa się za pewnik, ale to byłby dodatkowy argument).

    Skąd to wiadomo? Wzmiankują o tym źródła ze Sri Lanki, bazujące na indyjskich, które opisują misje buddyjskie. Wymieniają one co najmniej jednego greckiego mnicha-misjonarza. Dharmaraksita zostaje wprost opisany jako Yona (Grek). Do tego mamy Maharakkitę, który został wysłany do kraju Greków (stąd twierdzenie, że był Grekiem). Inne źródła wspominają o misjonarzach z greckich krain, którzy działali na terenie Sri Lanki. W myśl tych przekazów greccy buddyści odegrali sporą rolę przy konwersji wyspy. Wiemy również o ożywionej działalności misyjnej ośrodków helleńskich w Azji Środkowej pod panowaniem Kuszanów.

    Tworzący wiele wieków później tybetański historyk Taranta, autor „Historii buddyzmu w Indiach”, wspomina o konwersjach wśród Greków. Pisze o królu zwanym Mi-nar (identyfikowany z Meneandrem), jego poddanych, którzy czcili boga niebios (Zeusa) i nie znali rozróżnienia na cnotę i występek (robi to w sposób, przywodzący na myśl misteria dionizyjskie). Według podawanej przez niego legendy, arahant Ditika przyleciał (tak, przyleciał, to nie przejęzyczenie) w trakcie jednego z takich festiwali, a Grecy wzięli go za Zeusa i usłuchali jego instrukcji.

    Oczywiście te wszystkie podania należy traktować z dużą dozą sceptycyzmu i zdrowego rozsądku, ponieważ są pełne nie tylko przesadzonych liczb, ale także latających mnichów, cudów, bogów, demonów itp. (to, że na Zachód sprzedaje się te bardziej filozoficzne odłamy buddyzmu czy religii wschodnich w ogóle, to jeszcze nie znaczy, że one takie są w formie masowej). Nadnaturalna narracja nie oznacza jednak, że opisywane wydarzenia nie miały miejsca. Na dodatek znajdują one potwierdzenie w wykopaliskach, inskrypcjach i numizmatyce.

    Bernard zauważa ponadto, że w przypadku królestwa Indo-Greckiego i jego stosunku (oraz ewentualnej konwersji) do buddyzmu, w grę wchodziły dodatkowe czynniki. Tereny te były przez około sto lat pod panowaniem Maurjów, którzy ze wszystkich sił promowali buddyzm. Mamy więc prawo uważać, że znaczna część populacji, w tym elit, wyznawała tę religię. Nawet jeśli helleńskie elity rządzące nie zdecydowały się na pełną konwersję, to, znając ich politykę religijną, na pewno „mrugały oczkiem” do swoich poddanych, demonstrując szacunek dla ich wierzeń, symboli, pojęć itd.

    Na zakończenie - gra między hellenizmem a buddyzmem była dwustronna. Wpływy Greków widać przede wszystkim w sztuce sakralnej. Temat jest debatowalny, ale zdaniem wielu badaczy to greccy artyści zaczęli jako pierwsi tworzyć antropomorficzne przedstawienia Buddy. Przedtem był on prezentowany tylko i wyłącznie za pomocą symboli. Między zaś sposobem przedstawiania stojącego Buddy a Apollem Belwederskim jest wiele podobieństw. Fakt, że pierwsze takie rzeźby pochodziły z Gandhary, gdzie wpływy helleńskie były bardzo silne, jeszcze dodaje wiarygodności tej tezie.

    Wydaje się również, że Herakles z lwią skórą, który był bóstwem opiekuńczym Demetriusza I, posłużył za inspirację dla prezentacji postaci znanej jako Wadżrapani - „ochroniarza” Buddy. Również sposób zobrazowania japońskich Nio (tamtejsi ochroniarze Buddy) przywodzi na myśl inspiracje Heraklesem. Uczeni tacy jak Tanabe, doszukują się także podobieństw między przedstawicielami panteonu helleńskiego, a bogami występującymi w Mahajanie.

    Konkludując - hippisi wcale nie byli tacy oryginalni jak im się wydawało. Ludzie wywodzący się z Europy (czy szerzej z tego, co my uznajemy za europejski krąg kulturowy) nie tylko mieli coś wspólnego z buddyzmem, ale nawet mieli nań pewien wpływ i dołożyli swoją cegiełkę do jego rozwoju.

    P.S.1. Wielkie podziękowania za pomoc przy korekcie dla @robson7, którego cierpliwość i zapał do ślęczenia nad Wordem intensywnie ostatnio testuję (to trzeci tekst na przestrzeni tygodnia). Mam nadzieje, że to daje jakieś bonusowe punkty na Sądzie Ostatecznym albo, w przypadku tego tekstu, na drodze do osiągnięcia Nirwany. Jakby się jednak nie udało wyłapać wszystkich błędów albo jak napisałbym coś, co jest obrazą dla faktów i/lub stanu aktualnej wiedzy na ten temat, tradycyjnie proszę o stosowną korektę w komentarzach. Tym bardziej o nią proszę, że moje pojęcie o temacie jest nikłe.

    P.S.2. Starałem się streszczać jak mogę i nie wchodzić w szczegóły, mam nadzieję, że się udało. Nie martwcie się jednak fani ścian tekstu - w serii o chrześcijaństwie wszystko będzie tak jak Bóg przykazał.

    P.S.3. Z góry przepraszam jeśli są błędy w transkrypcji indyjskich nazw. Dla wielu z nich nie udało mi się znaleźć polskich tłumaczeń i robiłem to na własną rękę - są zatem szanse, że zrobiłem to źle, bo nie mam pojęcia o sanskrycie.

    P.S.4. Bibliografia w komentarzu

    #gruparatowaniapoziomu #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #religia #buddyzm #zainteresowania #neoreakcja #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #starozytnosc

    Wadżrapani/ Herkules i Budda, Gandhara, II wiek
    pokaż całość

    •  

      zen jest dla intelektualistów i wymaga troszeczkę wiedzy nt buddyzmu

      @luvencedus: Intelektualiści wszystko przeintelektualizowują i to im zwykle przeszkadza w praktyce zen :). Zen jest bardzo prosty i wymaga przede wszystkim praktyki :). Wiedza na temat buddyzmu nie jest tu wcale potrzebna, owszem, może być przydatnym dodatkiem (ale tylko dodatkiem) na późniejszym etapie praktyki, kiedy ktoś chce się rozwijać w kierunku zostania nauczycielem.
      Ale zen to "specjalny przekaz poza słowami", czyli poza intelektem i intelektualną wiedzą...
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (15)

  •  

    Mam taką sieć. Router3 działa jako server dhcp dla VLAN10, Router2 jako server dhcp dla VLAN20. Na Switch2 interfejs fa0/24 ustawiłem jako trunk, na Switch0 interfejs fa0/24 ustawiłem jako trunk i tak samo jako trunk ustawiłem interfejs, który łączy go z routerem. DHCP poprzydzielało IP komputerom, ale jak próbuje się pomiędzy nimi spingować to nie działa. Co może być nie tak?

    #siecikomputerowe #informatyka pokaż całość

    źródło: Screenshot_2.png

    •  

      @Groosik: Nie znam tego narzędzia. Jeżeli na kompach jest odpowiednik Windowsów, to jest komenda "tracert".
      Rozumiem, że ten router na patyku masz na routerze 4? Sprawdziłbym dokładnie tablice routingu na routerach 2 i 3, bo tam może czegoś brakować...

      +: Groosik
    •  

      @Groosik: Nie dostajesz odpowiedzi z routera, to pewne, ale czy ucina na switchu, nie wiadomo. Może router dostaje pakiet, ale wysyła odpowiedź nie tam gdzie trzeba.
      A czy default gatewaye, które DHCP podaje obydwu kompom, są poprawne? Powinny to być adresy interfejsów do odpowiednich VLAN-ów na routerze 2.
      Czyli np. jeżeli PC z VLAN-u 10 ma adres 10.10.0.1/24, a adres interfejsu od tego VLAN-u na routerze 2 jest 10.10.0.254/24, to adres 10.10.0.254 powinien być default gatewayem dla tego PC. I podobnie z drugim PC. pokaż całość

      +: Groosik
    • więcej komentarzy (6)

  •  

    #dieta #zdrowie #pytanie #dietafodmap #fodmap #sibo #dietetyk #krakow
    Leczył się ktoś z was może na Sibo bądź jelito drażliwe? Zrobiłem wiele badań, wiele lekarzy i niestety cały czas jestem w punkcie wyjścia.
    Chciałbym teraz poradzić się dietetyka bo liczba pokarmów których nie mogę jeść jest bardzo duża i ciężko to samemu ogarnąć.
    Znacie albo możecie polecić kogoś na terenie Krakowa który zajmuje się takimi przypadkami?
    pokaż całość

    •  

      @Krs90: Polecam http://www.drkrupka.pl/ , bardzo mi pomógł na jelito drażliwe, teraz już mogę jeść prawie wszystko, oczywiście z pewnymi rzeczami muszę uważać, ale to już nie jest tak, że mam gigantyczne listy rzeczy, których nie mogę jeść. A był już taki czas, że jadłem praktycznie tylko owsiankę i chleb z serem.
      Gość łączy klasyczną medycynę z ajurwedą, kuracja trwa długo (u mnie chyba z półtora roku), ale ze skutków jestem ogromnie zadowolony.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (10)

  •  

    Jeżeli ktoś z was szuka pracy, mam dla was dobrą radę. Po rozmowie kwalifikacyjnej możesz naskrobać e-mail z podziękowaniem za spotkanie, jest to nawet miłe. Jednak wysyłanie dzień w dzień e-mail z zapytaniem o wyniki jest już przegięciem i nietaktem. Naprawdę człowiek po studiach na rozmowie wypadł dobrze, inteligentny, ale tymi e-mailami zamknął sobie drzwi do pracy w mej firmie.

    PS: Macie jakiś sposób na pozbycie się natręta z poczty e-mail? Telefon potrafię zablokować, ale e-maili już nie ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #pracbaza #praca #rekrutacja #hr
    pokaż całość

    •  

      Macie jakiś sposób na pozbycie się natręta z poczty e-mail? Telefon potrafię zablokować, ale e-maili już nie

      @DawajDawaj: No bez jaj... e-mail zawsze łatwiej było zablokować niż telefon...

      :0
      * ^From:.*natretny@nadawca\.pl
      /dev/null

    •  

      @darek-jg: OP nic nie pisał na temat, żeby maile przychodziły z różnych adresów, więc zakładam że nie zmienia e-maili. Skoro do tej pory nie zmienia, to niby dlaczego miałby nagle zacząć zmieniać?
      A nawet jak zmienia, to można filtrować po nazwisku - musi je napisac w mailu, zeby było wiadomo, że to on...

    • więcej komentarzy (20)

  •  

    Czy poczta na Gmail, spełnia wytyczne RODO?
    Czy korzystanie z niej po wprowadzeniu RODO będzie "legalne" czy trzeba będzie szukać jakiejś alternatywy?

    #rodo #bezpieczenstwo #internet #poczta #gmail #komputery

    +: rasp
    •  

      W G Suite - tak i mają do tego dedykowaną stronę. W darmowym gmailu - cóż, darmowy gmail nie jest dedykowany dla biznesu

      @nabavzbjl: Ale RODO niekoniecznie dotyczy tylko biznesu. RODO dotyczy każdego, kto przetwarza dane osobowe. A jak dostajesz jakiekolwiek emaile, w których jest np. imie i nazwisko nadawcy, to przetwarzasz dane osobowe :)

    • więcej komentarzy (9)

  •  

    Odnośnie wpisu @Twinkle o Karolu Kocie - tutaj mam całą historię wraz z wywiadem przed egzekucją. Jeśli ktoś lubi czytać takie smaczki to się nie zawiedzie:
    "...lubiłem pić ciepłą krew i zabijałem jak nikt inny z Krakowa..."

    Prawie świtało, gdy Karol z rodzicami zakończył świętować zdaną maturę. Spałby więc jeszcze, ale nie mógł znieść łomotania do drzwi.
    - Obywatel Karol Kot? - spytał wytworny jegomość, w nienagannie skrojonym płaszczu, stojący w otoczeniu kilku cywili.
    - Tak słucham - odparł młodzieniec.
    Funkcjonariusze milicji, którym polecono doprowadzenie 19-letniego Karola Kota do komendy , zdumieli się. Zobaczyli przed sobą sympatycznego chłopca, o niezwykle przyjemnej twarzy, miłego i grzecznego, którego powierzchowność musiała budzić zaufanie.
    - Jesteśmy z milicji, obywatel jest zatrzymany, proszę się ubrać, jedziemy do komendy - padła zwyczajowo powtarzana formuła.
    - Panowie, ale o co chodzi? - zdziwił się Karol.
    - Wyjaśnimy na miejscu - uspokajali policjanci.
    - No dobrze, ale tylko szybko wyjaśniajcie, bo złożyłem papiery do Wyższej Szkoły Oficerskiej i chcę w terminie przystąpić do egzaminów wstępnych.
    Tymczasem do wyjaśnienia zebrało się sporo, na początek dwa dokonane zabójstwa, cztery usiłowania oraz jedna groźba zabójstwa. Gdy w komendzie zdradzono o co chodzi Karol Kot nie zaprzeczył temu. Przyznał się również przed prokuratorem. Nie były to zresztą wszystkie krwawe owoce jego krótkiego życia.
    12 lipca 1966 Kraków odetchnął. Komunikaty prasowe obwieściły bowiem o wielkim sukcesie, o ujęciu szalejącego od dwóch lat potwora. Skończył się dręczący niepokój, ustąpił paniczny strach i groza. W każdym przecież zaułku, w każdej bramie i klatce schodowej, w każdym miejscu i o każdej porze czaił się złowieszczy cień tego zwyrodnialca. W najmniej spodziewanym miejscu czyhała z jego ręki nagła śmierć. Ból i dramat tych, których dosięgnął, były udziałem wszystkich. Błyskawiczne ciosy jego noża godziły w mieszkańców Krakowa, w ich serca i poruszały do głębi sumienie każdego. Kraków żył dotąd w ustawicznym napięciu, drżał przed następnym atakiem, zastanawiając się kto będzie następną ofiarą potwora. Wszyscy głęboko przeżywali i wstrząsającą okrutną śmierć zaledwie 11-letniego Leszka, 8 kłutych ran których doznała malutka Małgosia, cios noża zadany w przedsionku Klasztoru, który trafił w serce zniedołężniałej staruszki, nagłe bolesne uderzenie nożem w plecy innej starszej kobieciny powodujące trwałe kalectwo, ból jaki dosięgnął jeszcze inną kobietę po ugodzeniu ją nożem podczas modlitwy w kościele. Następną ofiarą mogło być każde dziecko i każda bezbronna staruszka. Wiele kobiet, zwłaszcza starszych, wkładało pod ubrania metalowe płyty, poduszki, albo inne przedmioty aby chronić swoje życie przed ciosami wampira. Kraków miał zawsze "szczęście" do głośnych morderstw, ale jeszcze nigdy dotąd nikt nie targnął się na życie dzieci. Karol Kot był pierwszym. Toteż komunikat o jego pojmaniu wywołał spodziewaną reakcję. Telefony, listy, osobiste wizyty mieszkańców Krakowa w KW MO z podziękowaniem za ulgę, za przywrócenie bezpieczeństwa dzieciom i starszym nie miały końca. Wszystkich intrygował jednak wiek mordercy, zastanawiano się, w którym momencie zrodziło się to, co wyzwoliło w nim zbrodniarza. Przecież chodził do szkoły, zdał maturę. Pytano czemu nikt w porę nie wytrącił mu noża z ręki, gdzie byli rodzice, koledzy, wychowawcy, a w konsekwencji czy ofiary te były konieczne.
    Spodziewano się, że na te pytania odpowie proces. Tak się niestety nie stało, przeszkodziła temu postawa oskarżonego. Rozprawa rozpoczęła się 3 maja. Urząd prokuratorski zarzucił Kotowi 2 zabójstwa dokonane, 10 zabójstw usiłowanych (w tym 6 przez otrucie) oraz 4 zbrodnicze podpalenia. W toku przewodu przesłuchano 64 świadków oraz wysłuchano opinii biegłych psychiatrów.
    Przemówienia stron trwały wiele godzin. Prokurator Zygmunt Piątkiewicz, wnosząc o wymierzenie Karolowi Kotowi kary śmierci, powiedział na zakończenie : "(...) Niech wyrok Wasz Obywatele sędziowie, wyrok jedyny jaki może zapaść w tej strasznej, ponurej sprawie (...) usunie raz na zawsze rozpostarty nad Krakowem cień krwawego wampira, przywróci poczucie bezpieczeństwa w starych zaułkach naszego miasta, da satysfakcje tak strasznie sponiewieranemu poczuciu prawnemu i moralnemu społeczeństwa, przywróci zachwianą wiarę w człowieczeństwo natury ludzkiej. A zarazem wyrok Wasz - który z tej koszmarnej od oparów zbrodni sali, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji wybiegnie na szeroki słoneczny świat, od krańca po kraniec Polski - niech będzie też groźnym memento - ostrzeżeniem dla wszystkich tych tchórzliwych bohaterów, którzy kierując się egoistycznymi pobudkami, poważyli się targnąć na najwyższe dobro społeczne, jakim jest życie człowieka, targnąć na życie staruszek, targnąć na życie dzieci!!!"
    Wyrok ogłoszono 14 lipca 1967 roku. Przewodniczący składu orzekającego - sędzia Sądu Wojewódzkiego A. Olesiński, uzasadniając skazanie Karola Kota na karę śmierci, powiedział, ze: ,,(...) czyny, jakie oskarżony popełnił wykazują, ze jest groźniejszy od dzikiej bestii, bo obdarzony rozumem, (...) ten drugi jego życiorys pisany był męczeństwem, cierpieniem i krwią niewinnych ofiar, życiorys ujawniający cechy okrucieństwa i narastającego chłodu uczuciowego, życiorys, którego treścią było zabijanie, niszczenie, podpalanie i trucie (...)." Wyrok uspokoił społeczeństwo Czyny Kota tak mocno wstrząsnęły miastem, że nie było człowieka, który miałby choć cień litości dla tego zwyrodnialca. Długo jeszcze powtarzano słowa prokuratora Piątkiewicza: "Kot urodził się na nieszczęście ludzi, na swoje własne i swoich bliskich."
    Przypadek Karola Kota nie dawał jednak spokoju tym, którzy chcieli go poznać, chcieli wiedzieć, kim był naprawdę, wtargnąć do jego mrocznego wnętrza i rozszyfrować psychikę, tym, którzy szukali jego prawdziwej twarzy. Licząc na więcej szczerości ze strony Karola Kota aniżeli okazał na rozprawie, przeprowadzono z nim wiele rozmów. Karola Kota zobaczyłem po raz pierwszy na sali rozpraw. Wiedziałem już o nim sporo od prokuratora, z gazet i z opowiadań funkcjonariuszy MO. Ciągle jednak czegoś brakowało w wiedzy o nim. Jaki jest zwyrodnialec prywatnie, w rozmowie sam na sam, czy jest równie nonszalancki, cyniczny i zadufany w sobie, jak to pokazał przed sądem?
    Niektóre fragmenty rozmowy z nim zachowałem do dzisiaj.
    Wywiad
    - Kilka miesięcy temu Sąd Wojewódzki w Krakowie skazał Pana, nieprawomocnym co prawda wyrokiem, na karę śmierci. Rozmowy na którą się Pan zgodził, proszę nie traktować jako objawu współczucia czy wyróżnienia. Z tego bowiem co wiem, Pana młode życie pisane było suto krwią, sprowadziło wiele nieszczęść, bólu i strachu , niewarte jest przypomnienia. Jeśli jednak powracam do niego, to jedynie dlatego, ze, chcąc ustrzec się podobnych przypadków należy bliżej poznać Pana, poznać Pana poglądy na wiele spraw i w ten sposób może doszukać się prawdziwej Pana twarzy i znaleźć źródła zbrodniczej działalności.

    - Mój przykład jest ostatnim w historii tego miasta; lepszego ode mnie nie będzie, choć jestem przegrany. Niewiele dni mi zostało, może to i moja ostatnia rozmowa. Co chce Pan wiedzieć?

    - Proszę powiedzieć coś o sobie.

    - No cóż, chyba się najpierw urodziłem. Było to krótko przed gwiazdką 1946 r. Tu w Krakowie. Jestem spod znaku Koziorożca, przez 8 lat byłem jedynakiem. Potem urodziła się siostra. Matka nie pracowała, nie chodziłem do przedszkola. Łatwo zaliczyłem podstawówkę i startowałem do technikum łączności. Z braku miejsc nie zostałem jednak przyjęty. Długo nie mogłem tego zrozumieć. Potem zdawałem do technikum energetycznego na Loretańskiej. Przyjęli mnie. Chodziłem tam aż do zdania matury.

    - Czy Pan chorował w tym czasie, gdzieś się leczył?

    - Pamiętam, że mając 10 lat zachorowałem na dyfteryt. Leżałem nawet w szpitalu. Poza tym zawsze byłem sprawny i zdrowy, jak żołnierz.

    - Jak szła nauka?

    - Nigdy nie miałem kłopotów. Lubiłem przedmioty techniczne. Byłem średnim uczniem. W technikum byłem słaby z języka polskiego i z przedmiotów elektrycznych. Niepowodzenia w nauce przezywałem mocno. W ostatniej klasie w budzie przeżyłem załamanie psychiczne, bo miałem poprawkę z "polaka". Matka chciała nawet zaprowadzić mnie do psychiatry.

    - Czy należał Pan do szkolnych organizacji?

    - Tak. byłem członkiem ZMS, LOK. a od czwartej klasy należałem nawet do ORMO przy Komendzie Dzielnicowej Kraków - Stare Miasto.

    - W czasie rozprawy mówił pan na temat swojego niecodziennego hobby.

    - To długi temat, pewno nie skończylibyśmy go omówić do kolacji powiem tytko, że interesowało mnie to, co służy na wojnie niszczeniu człowieka i jego dobrobytu, a wiec: trucizny, noże, broń palna oraz sposoby ich najskuteczniejszego używania. Miałem sporą kolekcję noży : finki, noże sprężynowe, monterskie, rybackie i inne. Milicja zwinęła mi 17 sztuk. Należałem do sekcji strzeleckiej w klubie "Cracovia". Byłem najlepszym strzelcem z k.b.k.s. w Krakowie. Zbierałem atlasy medyczne i podręczniki z medycyny sądowej, studiowałem przebieg żył i umiejscowienie narządów, których rażenie powoduje nagłą śmierć. Czy Pan wie, że najłatwiejsza droga do serca prowadzi przez plecy?

    - Miał Pan też wiele szczególnych upodobań.

    - Widzę, ze coś Pan wie o tym, wiec w skrócie. Przyjemność sprawiał mi widok zarzynanych zwierząt i ich rozbierania. Z rodzicami jeździłem na wakacje do Pcimia (to taka dziura pod Myślenicami). Było nudno, chodziłem więc do tamtejsze] rzeźni i asystowałem przy zabijaniu cieląt. Lubiłem ten widok i w końcu zasmakowałem w cieplej krwi. Piłem krew z cielęcia i wieprza. Dawali mi rzeźnicy, ile chciałem. Wiedziałem, ze ich to bawiło, i dziwili się mi, a ja z tego korzystałem. Zabijałem potem żaby. kury, gawrony, krety i cielęta. Matka o tym nic nie wiedziała, a dla niepoznaki odmawiałem jej zabicia ryby czy drobiu na obiad, choć to powstrzymywanie się dużo mnie kosztowało, bo przecież tak lubiłem wydłubywać oczy ptakom, pruć ich flaki i lizać krew. Inne upodobanie, to namiętne rysowania noży, gilotyn, szubienic i broni palnej. Gdy wiatrówkę miałem w domu strzelałem do książek, do mięsa, które matka przynosiła na obiad, aby zbadać energię i siłę pocisku. Dobrze operowałem nożem. Nosiłem go zawsze ze sobą. Wiele ćwiczyłem, np. refleks wyrabiałem sobie, uderzając nożem między swoimi rozłożonymi palcami Doszedłem do takiej wprawy, że przebijałem na wylot 3 cm deskę. Bardzo lubiłem niszczyć bilon. Miałem tego całą kolekcję. Rzucałem nożem do kart od gry - zawsze wybierałem na ofiary damy. Od czwartej klasy ćwiczyłem karate. Zbierałem tez truciznę, bo to przecież jeden z rodzajów broni wojskowej. Miałem także proch strzelniczy.

    - Co na to mówili koledzy, nauczyciele, rodzice?

    - Wszyscy traktowali moje upodobania jako niewinne dziwactwa. Koledzy z klubu byli zdania, że rzucanie nożem to takie samo ćwiczenie, jak wiele innych. Kiedy zaś nauczycielka w technikum odebrała mi nóż, którym dziobałem po ławce, powiedziała coś w rodzaju, ze jestem za duży na zabawy w Indian. Rodzice też nie mieli nic przeciwko temu, matka nigdy nie odmawiała forsy na nabycie nowego noża lub na jego zrobienie. Wiedziałem, ze się cieszyli, ze syneczek ma jakieś zamiłowanie.

    - Czy były takie osoby, którym Pan ufał, komu się zwierzał? Jakie było miejsce w tym rodziców?

    - Pewnie że miałem, byłem przecież normalnym człowiekiem. Najbliższe mi osoby to rodzice, dwóch kolegów szkolnych, koleżanka klubowa oraz trener klubu strzeleckiego "Cracovia". Matka była mi bliższa od ojca. Miałem odwagę zwracać się do niej o usprawiedliwienie opuszczonych lekcji. Była nieraz zła na mnie, gniewała się, ale pisała fałszywe oświadczenia tłumaczące moją nieobecność. Jej zwierzałem się z niepowodzeń, mówiłem o tym, że koledzy mi dokuczają. W ogóle to rodzice nie mieli zbyt wiele czasu dla nas. Bardziej zajęci byli pracą zawodową i społeczną. Poniekąd ich rozumiałem, przecież nawet się nie domyślali, kim jestem naprawdę, pamiętam, że jak w domu czytaliśmy o kolejnych napadach wampira, to matka mówiła, ze jest to wyjątkowy drań, ojciec był podobnego zdania, powiedział kiedyś "tylko drań może zdobyć się na takie ohydne czyny". Co ja wtedy sobie myślałem, to łatwo się domyśleć. Byłem zwyczajnym chłopcem, może nie geniusz, ale i nie głupi, choć przepraszam, w sprawach wojskowych nie było w szkole większego znawcy ode mnie. Do rodziców miałem pretensje tylko o jedno - że więcej kochali moją siostrę. Była ode mnie młodsza o 8 lat. Nie powiem, tez ją lubiłem, troszczyłem się o nią jak była mała. Gdy trochę podrosła, denerwowała mnie, z byle powodu ją karciłem, gdy rodziców nie było w domu, bo u mnie dyscyplina wojskowa to rzecz pierwsza i święta. Biłem ją też, aby się wyładować po jakichś niepowodzeniach na strzelnicy czy w budzie. Tłukłem ją czym popadło - ręką, paskiem a nawet kiedyś, pamiętam, wieszakiem. Waliłem byle gdzie, kiedyś o mało nie wybiłem jej oka. Gdy beczała, zamykałem ją w pokoju, jak żołnierza, który przeskrobał, wsadza się do celi. Jak już mówię o pretensjach do rodziców, to powiem Panu, ze nie zapomnę to im tego, iż nie chcieli kupić mi skórzanej kurtki strzeleckiej. Wiem, ze nie było ich stać na to, była droga, ale przecież jak ja chciałem, to powinno być to ważniejsze. Proszę nie myśleć, ze byli chytrusami, o nie, regularnie dawali mi przecież kieszonkowe, a gdy np. zapragnąłem sportowego karabinka, to mi kupili. Widzi Pan dlaczego nie mogę im wybaczyć tej kurtki. 2 kolegów poważałem, Roberta i Andrzeja. Przychodzili do mnie, razem się uczyliśmy, ale w ogień za nimi bym nie skoczył. Gdy będę już tam, w grobie, wspominać będę sobie o moim trenerze klubowym, był to fajny chłop. Nie poznał się na mnie, tak jak i rodzice. Wyróżniał mnie ze wszystkich, może dlatego że miałem talent, ze byłem najlepszym strzelcem. Zrobił mnie nawet swoim zastępcą do spraw gospodarczych sekcji. Miałem więc klucze od Pomieszczeń, w których przechowywany był sprzęt i amunicja. To wszystko było moje, mogłem wytłuc cały Kraków, a wie Pan, że tego nie zrobiłem. Trenerowi dużo pomagałem. Bywałem u niego w domu. Miał on syna jedynaka i nieraz mówił do niego "..popatrz, bierz przykład z Karola, chcę żebyś był taki, jak Karol". Kiedy coś przeskrobał, to trener kazał mi go karcić, nieraz więc złoiłem mu skórę. Trener był mądry chłop, literat i malarz, ale nie wiedział, ze jego syneczek był na mojej liście straceń, tyle że nie na medalowym miejscu. Gdy czytałem akta śledztwa, widziałem pismo trenera wystosowane do Ministerstwa Sprawiedliwości i paru innych osobistości, w którym protestował przeciwko mojemu aresztowaniu. Szczerze się uśmiałem. Ale i on chyba przejrzał, bo w kilka miesięcy później przysłał mi list pełen oburzenia i wymówek. Pisał, abym odpiął odznakę sportową i ją oddał, bo niegodny jestem miana sportowca, i wiedział on o moim zamiłowaniu do noży, nawet sam dał mi swój nóż fiński, za to zrewanżowałem mu się później i podarowałem nóż z zakrzywioną rękojeścią. Dajmy mu spokój i tak dostał za swoje. Bardziej szkoda mi mojej dziewczyny. Była ode mnie starsza. Studiowała sztuki piękne. Poznałem ją na treningach. Była to miłość platoniczna, nie skonsumowana, choć bardzo tego chciałem. Jej perswazje łagodziły moje zapędy. Ona znała moją tajemnicę. Zimą 1966 r. w czasie pobytu w Tyńcu pod Krakowem zwierzyłem jej się za swoich skłonności sadystycznych, mówiłem jej, że zadawanie ran sprawia mi przyjemność. Zresztą doznała tego na sobie. Kiedyś znów pojechaliśmy do Tyńca. Chciała coś tam rysować. Szliśmy jakimś wałem, przewróciłem ją na ziemię i przytknąłem nóż do jej gardła. Powiedziałem, że ją zabiję. Była spokojna, mówiła, że to nie ma sensu, przecież ludzie znajdą ciało, a milicja mnie złapie, bo wiadomo, że byłem z nią. Darowałem jej życie, jednak gdy wracaliśmy, znów ją dusiłem, ale ponownie puściłem ją wolno. Widziałem, że moje zachowanie traktowała jako żart, wtedy pokazałem jej szkło, które miałem w kieszeni. Zgłupiała kompletnie, a ja mówię, że przygotowałem je po to, aby po morderstwie poprzecinać jej żyły i upozorować czyn samobójczy, a potem ciało rzucić do rzeki. Gdyby ją znaleźli, wszyscy by potwierdzili, ze z miłości do mnie to zrobiła. Przeraziła się wtedy chyba na dobre. Następnego dnia namówiła mnie, abym poszedł z nią do lekarza. Dali mi jakieś witaminy. Więcej już nie byłem i powiedziałem jej, że i tak to już za późno. Ona jedna wiedziała przed napadem na tę małą, chyba Małgosię, ze muszę kogoś zgładzić. Wtedy jeszcze nie dowierzała. Nie mogłem jej zawieść, więc jak powiedziałem, tak zrobiłem.

    - Jaki miał pan stosunek do nauczycieli?

    - Szanowałem wszystkich, byłem zdyscyplinowany i usłużny. Pilnie wykonywałem różne ich polecenia. Bywało też, że informowałem ich o różnych wybrykach kolegów. Gdy to się wydało, mówili na mnie "donosiciel". Byłem średnim uczniem, nie mieli ze mną kłopotu. Myślę, ze ładnie ich zaskoczyła wiadomość o moim aresztowaniu.

    - Porozmawiajmy teraz choć chwilę o koleżankach z klasy, z klubu.

    - Tak na dobrą sprawę nie miałem prawdziwej dziewczyny bo tak myślę, czy plastyczka, o której mówiłem, była rzeczywiście moja. Nazywali mnie w związku z tym "Lolo erotoman' Byłem chyba wulgarny wobec koleżanek. Jak się nawinęły, klepałem je po pośladkach.

    - Miał Pan jakieś zwierzęta?

    - W domu mieliśmy dwa koty. Były to koty siostry. Może dlatego znęcałem się nad nimi. Kopałem je, rzucałem z pokoju do pokoju, uderzałem o ścianę. Nie mogłem natomiast patrzeć jak prowadzili na rzeź cielęta, jak zabijano kury i świniaki. Płakałem jak bóbr. Może dla złagodzenia ich bólu i ze współczucia lubiłem ich krew. To prawdziwy napój bogów. Świadomość, że pijesz krew. która przed chwilą była żywa, to coś wzniosłego. Wy, którzy zostajecie wśród żywych, nie pojmiecie tego, zrozumieć to mogą tylko wybrani. Ja byłem naznaczony na tej ziemi, aby to odczuwać i sycić swój organizm odchodzącym życiem innych istot.

    - Szkoła to nie sama nauka, jest tez czas na zabawy, na uczestnictwo w kółkach zainteresowań, a jak to było z Panem?

    - Nie należałem do żadnych kółek, bo nie było takich, które mnie interesowały. Wyżywałem się więc w przerwach między nauką i na wspólnych wycieczkach. Jak już mówiłem, zaczepiałem dziewczyny, ale przede wszystkim sprawdzałem swoje umiejętności na kolegach. Zaskakiwałem ich od tylu i dusiłem. Kiedyś Jackowi zarzuciłem sznurek na szyję i tak ścisnąłem, ze przez wiele dni miał ślad na szyi, albo Mańka podduszałem przewodem elektrycznym. Czerwienił się, dusił, ale oswobodzić się nie mógł - taką miałem wprawę. Zabawiałem się w Indian, wydawałem dzikie okrzyki, fingowałem atak, składałem ręce, jakbym celował. Nosiłem z sobą noże, wyciągałem je zawsze na przerwie i pozorowałem rozpruwanie ciała, podrzynanie gardła, zadawanie ciosów. Chciałem pokazać, aby się mnie bali, dziewczynom chciałem tym zaimponować, bo one lubią brutali, i to najbardziej te niewinne, nieśmiałe, co to nie wiedzą rzekomo, po co są stworzone. Lubiłem jak piszczały, chowały się, podniecało mnie to. Goniłem je wtedy a jak dopadłem, udawało mi się nieraz dotknąć ich miejsc niedostępnych i osamotnionych. Dziewczyny mi się podobały. Planowałem różne orgietki z nimi, ale nie zdążyłem ich zrealizować. Wyjeżdżałem też na wycieczki ze szkołą. Byliśmy kiedyś w Oświecimiu. Zachwyciła mnie organizacja i idea obozów koncentracyjnych. Ja wymyśliłbym jeszcze okrutniejsze tortury.

    - Przyzna Pan, ze nie było to normalne zachowanie, czy spotykały Pana za to jakieś przykrości?

    - Na początku budy może tak, ale później - niechby się jakiś znalazł. Choć już w II klasie, gdy pobił mnie silniejszy Janusz, nie dałem za wygraną, wyciągnąłem nóż i zraniłem go w rękę. Już od wtedy wiedzieli, że ze mną to nie przelewki. Wiedzieli, że jestem silny, na ich oczach przebijałem nożem ławki i rzucałem nim celnie, czego oni nie potrafili. W związku z moimi licznymi upodobaniami różnie mnie nazywali. Przede wszystkim byłem określany jako "Lolo" lub "Lolek", do tego dodawali "rozpruwacz", "krwawy" "erotoman", "wariat", "benzyna". Sam nazywałem siebie: "Lolo-rozpruwacz", "Lolo-pirotechnik", "Anastazja" i "AI Capone". Mnie to nie obrażało, no może poza przezwiskiem "Lolo-donosiciel", choć była to prawda.

    - No tak, prawda boli najbardziej. Pomówmy teraz o Pana marzeniach i planach życiowych.

    - Zaskoczę Pana. Byłem cholernie ambitny, chciałem być kimś, mieć dobre stanowisko, coś znaczyć w tym społeczeństwie. Pierwszym moim marzeniem było zostać komandosem. Przypadła mi do gustu ich odwaga, zimna krew, żelazna dyscyplina i twarde życie. Potem marzyłem o karierze wojskowej, chciałem skończyć szkołę oficerską i zostać wysokim dowódcą. Złożyłem nawet podanie do takiej szkoły. Z moich marzeń zdążyło się spełnić jedno, chciałem i byłem katem ludzi, choć myślałem o większej rzezi, o prawdziwym dużym krematorium. Gdyby była wojna, chciałbym być szefem obozu koncentracyjnego, obcinałbym piersi kobiet i kładł je pod hełmy żołnierzy, aby nie uciskały ich w głowę. Marzyły mi się masowe mordy w komorach gazowych, łapanki, ćwiartowanie ludzi. Chciałem wymordować wszystkie kobiety, może poza dwoma - moją siostrą i kuzynką. Niestety, nie zdążyłem. Nie wiem , kto na tym stracił.

    - Ciekaw jestem Pana poglądów i rozumienia pewnych pojęć i zjawisk; czy wie Pan, że morderstwo jest czynem potępianym?

    - Wiem dobrze, o ile pamiętam, to kodeks zakazuje takiego rozstawania się ludzi z życiem.

    - Jak Pan ocenia swoje czyny?

    - Nie mam i nie miałem żadnych obiekcji moralnych.

    - Co to w takim razie jest postępowanie etyczne, zgodne z moralnością?

    - Według mnie jest to takie postępowanie, które sprawia przyjemność, które odpowiada człowiekowi. Co jest przyjemne, to jest moralne. Jeśli wiec mnie sprawiało satysfakcję i zadowolenie zgładzanie ludzi, to było to postępowanie zgodne z moją moralnością. Byłem oburzony, gdy rodzice komentowali opisywane w gazetach wypadki mordu i mówili, że robi to drań. Ja siebie nie uważam za drania. Drań to taki, który jest pijakiem, złym człowiekiem. Ja zaś uważam siebie za dobrego człowieka. Dokonywane przeze mnie mordy to była moja prywatna sprawa. Byłbym złym człowiekiem, gdybym pil wódkę i zadawał się z prostytutkami. Można więc być mordercą i zarazem dobrym człowiekiem, tak jak ja.

    - Przezywano Pana wampirem.

    - Tak, mówiły tak na mnie dziewczęta. Dla mnie wampir to taki osobnik, który zabija młode kobiety, rozkoszuje się widokiem krwi i ją pije.

    - Czy Pan się modli?

    - Teraz już nie, bo i tak nic już nie wymodlę. Kiedyś tak, nieczęsto może, ale tak. Modliłem się o to, aby w szkole nie być pytanym, czy o to, aby planowane morderstwo się udało.

    - Czy rozumie Pan uczucie miłości?

    - Myślę, że tak, przecież kochałem rodziców.

    - W śledztwie mówił Pan jednak, ze nie lubi matki i pragnie śmierci ojca.

    - Faktycznie tak mówiłem, ale było to co innego. Robili ze mną takie dziwne testy, pytali o skojarzenia i tak powiedziałem, ale mogę zapewnić, i to będzie chyba jedyna pociecha dla moich rodziców, że ich kochałem faktycznie.

    - A ból i cierpienie?

    - Samo cierpienie jest pięknem, a zadawanie komuś bólu lub cierpienia jest dziełem sztuki, a nie każdy to potrafi.

    - Pana credo życiowe?

    - Powiem krótko: zabijać i pić krew ofiar, niszczyć ludzi i ich majątek.

    - Jak zrodziła się w Panu chęć zabijania ludzi?

    - Początkowo było to upodobanie, bardzo lubiłem patrzeć na nienaganny profil noży. Było to wiele lat temu. Zbierałem je, kupowałem, wymieniałem, zamawiałem noże według moich projektów. Nosiłem je zawsze przy sobie. Kochałem je i tak myślę, ze była to moja największa chyba miłość - miłość do przedmiotu. Dla mnie nóż był żywym tworem, lubiłem jego mowę, cieszyłem się jego dziełem, równo uciętą połacią mięsa, przebitą deską. Nóż to byłem ja. Stale mnie coś ciągnęło i namawiało, abym spróbował jak nóż wchodzi w ciało człowieka. Bałem się jednak. Obawa przed karą hamowała moją rękę, bo wiedziałem, ze za to wieszają. Rozpocząłem więc od istot nieludzkich, chodziłem na łąki, gdzie było dużo żab. Wbijałem im ostrze kozika w wypukłe brzuszki i rzucałem za siebie. Potem były krety, ptaki i gołębie. Kiedyś spostrzegłem, że krew tych istot robi na mnie dziwne wrażenie. Lubiłem patrzeć, jak spływa po nożu, jak krople padają w ziemię i jeszcze do niedawna żywe wsiąkają w podłoże. Krew ciągle żyła, była ciepła. Potem była rzeźnia w Pcimiu. Patrzyłem jak ubijali cielaki i świnie. Krwi było pełno, jej ciepły zapach podniecał mnie. Piłem szklankami Kiedyś będąc z dziadkiem na wsi, złapałem cielaka za mordkę i zarżnąłem. Była to pierwsza większa sztuka. Stale prześladowała mnie myśl, aby spróbować tego z człowiekiem. Pamiętam, że będąc nieletnim jeszcze chłopcem, nieraz w czasie zabawy z Janką przymierzałem swoją finkę do jej pleców. Nie miałem jednak odwagi wbić noża w jej drobne ciało. Postanowiłem ćwiczyć obycie z ciałem przeciwnika, dusiłem więc kolegów, rzucałem się na nich, uderzałem karate. Ale to ciągle nie było to, bo pragnąłem krwi człowieka.

    - No właśnie, czy tylko dlatego Pan mordował?

    - Wie pan, początkowo po to, aby zdobyć odwagę, jak również dla własnej przyjemności, dla pokonania samego siebie. Później przyczyną była niechęć do ludzi. Wydawało mi się ciągle i to mnie męczyło, że nikt mnie nie lubi, i dlatego ja nikogo nie lubiłem. Pamiętam, że mówiłem o tym do plastyczki, mówiłem jej że będę mordercą, będę zabijał, bo ludzie są dla mnie źli. Mam z tego powodu kompleksy i będę się mścił za najlżejsze szyderstwo, każde złe słowo. Kto tego nie przeżywa, to nie zrozumie moich natarczywych myśli, które nurtowały mnie, nie dawały spokoju, które mówiły, że muszę kogoś zabić. Było to bardzo męczące, a po to, żeby się od tego uwolnić, musiałem wybiec na miasto i gonić za ofiarą. Niektórzy mówili, że wampir działa bez motywów, ale to nieprawda, przecież dogadzałem swoim zachciankom i uwalniałem się od obezwładniających mnie myśli. Pasjonował mnie widok krwi, cierpienie ofiary i dzieło zniszczenia. Prawdę powiedział o tym prokurator "gdyby Kot chciał, to mógł odmówić sobie przyjemności zabijania, lecz nie chciał, bo wolał zabijać".

    - Pokrótce wiemy dlaczego Pan zabijał, wiemy też, że był Pan świadomy, iż nie wolno zabijać, że za to wieszają - czym w takim razie usprawiedliwia Pan zabijanie, jak można było dokonać tak potwornych zbrodni, przecież trzeba do tego odwagi, a i możliwość umknięcia kary jest minimalna?

    - Rozumiem, o co Panu chodzi. Zbrodniarze hitlerowscy usprawiedliwiali przed sobą i przed sumieniem świata swoje niesłychane zbrodnie oddaniem i wierną służbą dla Fuhrera i Vaterlandu, a czym tłumaczy swoje zbrodnie Karol Kot, czyż nie tak?

    - Właśnie o to spytałem.

    - Wytłumaczenie jest we mnie, w moim wnętrzu, w mojej filozofii, w moich poglądach na dobro i zło. Mówiłem już dzisiaj, ze dobrem jest to co sprawia przyjemność, w takim razie, skoro zabijanie dawało mi zadowolenie, wiec jest dobrem, a ja porządnym człowiekiem. Nie jestem wiec draniem czy zbrodniarzem, ale tylko mordercą. Wierze w to, że jestem porządnym człowiekiem. To, że mordowałem niewinnych to moja osobista, prywatna sprawa.

    - Jaką filozofię wcielał Pan w życie, czyli po prostu, co ma Pan na sumieniu?

    - Zaraz, mam tu ze sobą akt oskarżenia, to będzie łatwiej o wszystkim powiedzieć. Był wrzesień 1964 r. Coś od rana chodziło za mną, gnało mnie, nakłaniało, aby kogoś ugodzić nożem. Zabrałem dwa noże i wyszedłem szukać obiektu. Pomyślałem, ze najpewniej będzie zamordować w pustym kościele jakąś starą, modlącą się kobietę. Wpierw zajrzałem do kościoła Kapucynów, a potem do Sercanek. Wszedłem do wnętrza, ukląkłem, przeżegnałem się i tak bezmyślnie czekałem na jakąś starowinę. Jak na złość żadna nie przychodziła. Już wychodziłem gdy w drzwiach zobaczyłem starą kobietę. Gdy uklękła, podszedłem do niej, wyjąłem bagnet i ciosem od dołu dźgnąłem ją silnie w plecy, mierząc na wysokości serca, tak aby cios był śmiertelny. Wyszedłem zaraz z kościoła. W jednej z bram otarłem bagnet palcem. a krew zlizałem. Jeszcze w tym samym miesiącu, kilka dni później musiałem znów kogoś zabić. Spostrzegłem staruszkę i szedłem za nią. Gdy weszła do kamienicy i była na półpiętrze, uderzyłem ją nożem w plecy. Również kolejną ofiarę przyuważyłem na ulicy. Wszedłem za nią do przedsionka klasztoru Prezentek i tam uderzyłem nożem w plecy. Potem w najbliższej bramie starłem krew z noża i palec oblizałem, W lutym 1966 r, było to w niedzielę, nie mogłem usiedzieć w domu. Pojechałem na Kopiec Kościuszki. Dzień był ładny, leżało sporo śniegu. Gdy dochodziłem do Kopca, słyszałem odgłosy jakiś zawodów. Szedł akurat mały chłopczyk, ciągnął za sobą sanki. Spytałem "czy są, tu jakieś zawody lub spartakiada". Odpowiedział, że tak i wskazał jak mam iść. Gdy się odwrócił, przyciągnąłem jego główkę do siebie i prawą ręką uderzałem go nożem w okolicach łopatek i nerek. Wracając, kupiłem ciastka i zawiozłem do domu. W kwietniu tego roku znów poczułem "natchnienie". Wszedłem do jednej z kamienic. Po chwili zeszła mała dziewczynka do skrzynki z listami. Lewą ręką złapałem ją za szyję, a prawą zadawałem nożem ciosy w plecy, brzuch i okolice serca. Noża nie schowałem od razu do pochwy, aby nie zetrzeć krwi. Wracając do domu, wszedłem do KW MO, aby przedłużyć zezwolenie na broń. Muszę też powiedzieć o próbach zabójstwa na koleżankach. Oprócz wspomnianych już dziś dwóch zamachów na plastyczkę, przypominam sobie również trzeci, było to w piwnicy, gdy odmówiła zbliżenia, strzeliłem do niej z biodra, ale chybiłem. Myślałem też o zamordowaniu czterech innych dziewczyn, dwie odmówiły pójścia ze mną na spacer i to je uratowało. Trzecia, której chciałem pomóc zejść z tego świata, nie była sama w domu, a czwartą uratowało to, iż chciałem brzytwą rozciąć jej głowę "od ucha do ucha", ale nie miałem pieniędzy na brzytwę. Jak Pan wie, próbowałem tez zabijać trucizną. Podjąłem cztery próby, ale chyba żadna się nie udała, choć doprawdy nie wiem jak to było możliwe. Kupiłem kiedyś dwie butelki piwa i wsypałem do nich po około łyżeczce uwodnionego arsenianu sodu. Jedną butelką postawiłem w bramie przy ul. Wawrzyńca, a drugą przy ul. Bożego Ciała. Stałem i czekałem, aż się ktoś złakomi. Dopóki wytrzymałem, nikt nie skusił się na piwo. Innym razem butelkę piwa z trucizną postawiłem w bramie przy ul. Dzierżyńskiego, gdzie mieszkała moja koleżanka - w nadziei, że może ona da się złapać. Kolejny raz zadziałałem inaczej. Zabrałem ze sobą sproszkowaną truciznę i po spożyciu obiadu w restauracji "Sielanka" wsypałem ją do stojącej na stole oranżady ale znów nic z tego chyba nie wyszło. Ostatni raz wsypałem truciznę do buteleczki z octem w barze ,,Przy Błoniach". Myślałem tak, jak posmakuje ktoś oranżadę, to może nie dopić i wylać, a w occie nigdy nie wykapuje. Czytałem potem gazety, pytałem, ale nikt nie słyszał o żadnym otruciu. Może ono poszło na konto kogo innego a może lekarze uznali, ze to zawal serca, nie wiem, choć chciałbym wiedzieć. Najgorzej jest przecież wtedy, gdy robota idzie na marne albo coś się zrobi, a z wyniku korzysta ktoś inny. Może już starczy o tych truciznach, muszę się sprężać, więc teraz o moim zamiłowaniu do ognia. Od najmłodszych lat lubiłem zabawy z ogniem. Pamiętam, ojciec nauczył mnie takiej sztuczki: w usta nabierałem naftę, potem ją rozpraszałem w powietrzu i zapalałem zapałkę albo umywalkę napełniałem wodą, na to lałem naftę lub benzynę i podpalałem. Efekty były wspaniałe i tak przyzwyczajałem się do płomienia. Ogień na wojnie jest jednym ze środków niszczenia nieprzyjaciela, to i ja pomyślałem, że trzeba go też wykorzystać w moich planach. Gdy pierwszy raz spróbowałem, był to pamiętam maj, było już ciepło. Wyszedłem ze szkoły, kupiłem ćwierć litra rozpuszczalnika i chodziłem po różnych bramach w poszukiwaniu najlepszego obiektu na podpalenie. Pamiętam, że na ul. Gołębiej znalazłem poddasze z drewnianym schowkiem i jakimiś papierami. Polałem je rozpuszczalnikiem i podpaliłem. Wyszedłem, a gdy po jakimś czasie wróciłem, aby zobaczyć jak pali się dom, zdziwiłem się, nie było nawet dymu. W tydzień później podpaliłem drewnianą ubikację na strzelnicy, ale ugasił ją dozorca. W czerwcu wszedłem do piwnicy domu przy Straszewskiego. Leżało tam sporo szmat i papierów. Polałem je benzyną i podpaliłem. Czekałem potem długo na ulicy, ale tez bez efektu. Widzi Pan, jak miałem się nie denerwować, skoro nic mi nie wychodziło, nie miałem po prostu szczęścia, a teoretycznie to wszystko wyglądało tak oczywiście. Po co te moje przygotowania, studiowanie podręczników, wyrabianie zręczności, kiedy nie mogłem tego wykorzystać. Czuję taki niedosyt, a głupio umierać ze świadomością, że nie spełniło się swojego posłannictwa na tym świecie, może na tamtym, w uznaniu zasług, będę jakimś szefem destrukcji, ale Pan i tak mi w tym nie pomoże. Wezmę z sobą akt oskarżenia i wyrok, może to ich przekona.

    - Co Pan czuł w momencie zabijania?

    - Chce Pan dotknąć moich czułych miejsc, a niech tam. Każdy mój czyn poprzedzała dziwna myśl, taka natrętna, drążąca cały mózg, dręczyła mnie, prześladowała, chodziła za mną, krępowała moje poczynania. Nie mogłem spać, uczyć się, cierpiałem okrutnie. Musiałem więc szybko myśleć, gdzie i kogo zabić. Warunki zbrodni były niby proste, musiałem być ja, musiała być ofiara i musiał być spokój. Szukałem ofiary w miejscach odludnych, a więc w kościołach, na oddalonych peryferiach miasta czy na pustej klatce schodowej. Z ofiarą musiałem być sam na sam, choćby przez ułamki sekundy, ale sam. Gdy tak nie było, potrafiłem zrezygnować. Prokurator w związku z tym, że potrafiłem zaatakować tylko słabszych ode mnie i gdy byli sami, nazwał mnie tchórzem A co, miałem zabijać na oczach setek, kto wtedy za mnie zabijałby następnych. Czcza demagogia. Przed samym momentem uderzenia, gdy stwierdziłem, że są do tego warunki, ogarniało mnie silne podniecenie, którego nie mogłem opanować. W chwili zaś uderzania miałem jakieś zakłócenia w widzeniu, choć cios pierwszy i ostatni rejestrowałem dobrze, a te środkowe to waliłem na oślep. Przyjemności doznawałem, gdy nóż wchodził w mięso, jest to uczucie nie do opisania, przeżycie warte jest szubienicy. Zazdroszczę chirurgom, jak tak na okrągło tną ciało, tyle że brak im tej atmosfery, tego napięcia, ze ktoś ich nakryje, a w dodatku pacjent nic nie przezywa, bo jest uśpiony. Kiedy przykładałem nóż do gardła plastyczki, chciałem widzieć obłędny strach i grozę w jej oczach, słyszeć krzyk rozpaczy i przerażenia, błaganie o darowanie życia, a po wbiciu ostrza - słyszeć rzężenie konającej. Dlatego też tak rzadko uciekałem się do innych narzędzi. W przypadku użycia trucizny przyjemnie byłoby jedynie przeczytać w gazecie, że ktoś się otruł w restauracji, bo można wyobrazić sobie jego cierpienia przed śmiercią.

    - Czy mordowanie dawało Panu zadowolenie seksualne?

    - Cierpienie ofiary dawało mi zadowolenie, ale czy było to zadowolenie ze sfery seksualnej, tego nie wiem, bo nigdy nie doznałem zadowolenia z kobietą. Mogę jedynie opisać, jak się czułem po mordzie. Momentalnie się uspokajałem, byłem jakiś swobodny, złe głosy odstępowały ode mnie, lepiej spałem, nie czułem potrzeby biegania za ofiarą, byłem zadowolony jak po otrzymaniu oczekiwanego prezentu.

    - Z tego co słyszałem w sądzie i co dziś Pan mówi można wnioskować, że przestępcze działanie Pana było przemyślane, podstępne i chytre. W Tyńcu przed próbą zamachu na plastyczkę udawał Pan zwichnięcie nogi, przed atakiem pod Kopcem Kościuszki uśpił Pan czujność tego chłopca, zagadując go na temat zawodów, gdy Małgosia dochodziła do skrzynki z listami, udawał Pan, ze jej nie widzi, przed wbiciem noża w ciało jednej ze staruszek klęczał Pan i odmawiał modlitwę itd. itd.

    - Ma Pan rację, bo ja potrafiłem zabijać, robiłem to jak nikt inny. Proszę zauważyć, że działałem w otoczeniu tysięcy ludzi, a jednak nie ujęto mnie na gorącym uczynku. Nie byłem przecież szaleńcem - jak słusznie mówił prokurator - który opętany żądzą mordu biega po mieście z nożem w ręku i uderza bez zastanowienia, gdzie popada. Ja działałem z rozeznaniem, przez to byłem groźny i nieuchwytny.

    - Jak Pan scharakteryzowałby swoje zachowanie się po czynie?

    - Jako czujne i ostrożne, ale był i czas na cieszenie się z dobrej roboty. Przede wszystkim uciekałem z miejsca przestępstwa, a odprężenie, jakiego doznawałem po czynie, pozwalało mi zachowywać się normalnie i nie popełniać błędów. Dlatego też, jak już dzisiaj mówiłem, po ataku na Małgosię spokojnie poszedłem do KW MO przedłużyć ważność pozwolenia na broń, a potem zjadłem obiad. Po zabiciu Leszka pod Kopcem pojechałem do kolegi, oglądaliśmy albumy i prospekty, a potem kupiłem ciastka i pojechałem do rodziców. Po każdym czynie przez jakiś czas nie nosiłem ze sobą noży, a nóż, którym zabiłem Leszka, oddałem nawet na przechowanie plastyczce. Zwłok nie starałem się nawet ukrywać, przecież małego Leszka mogłem wrzucić do pobliskiego wąwozu i długo by go nie znaleźli. Jedynie gdy chodzi o plastyczkę, planowałem upozorować samobójstwo i wrzucić jej ciało do Wisły, ale to zrozumiałe, bo gdybym tego nie zrobił, to zabójstwo skojarzono by zaraz ze mną, a tak to jeszcze współczuliby mi, że straciłem dziewczynę. Chwilą radości dla mnie po czynie było, gdy ścierałem palcem krew z noża, a potem go oblizywałem. Robiłem to jak najszybciej, w pierwszej lepszej bramie.

    - Jak dziś ocenia Pan swoje zachowanie, czy wyraża żal lub skruchę z tego powodu?

    - Ja się cieszyłem z tego, co udało mi się zrobić. Gdy w gazecie ukazało się zdjęcie Leszka, pobiegłem do kolegi i pochwaliłem się, że to moje dzieło, planowałem nawet tymi zdjęciami wytapetować swój pokój. Gdy zaś nożem podźgałem Małgosię, to nie mogłem powstrzymać się, aby nie powiedzieć o tym plastyczce. Nie żałuję niczego, a gdybym mógł, mordowałbym dalej. Do żalu musi być jakiś powód, fakt zaś ewentualnej kary śmierci nie wzbudza we mnie żalu, bo wierzę w przeznaczenie, będzie tak, jak być musi. Jak się coś robi dla przyjemności lub z namiętności, to według mojego pojmowania prawa nie jest to przestępstwo. Nie wiem, dlaczego nie rozumie tego prokurator i twierdzi, ze to art. 225. Gdyby chodziło o zabójstwo na tle rabunkowym lub z zemsty, to tak, trzeba dawać dookoła wojtek lub huśtawkę tzn. dożywocie lub karę śmierci, ale mnie, za co, no za co, czy ktoś zdoła mi to przetłumaczyć. Pytał Pan też o skruchę - otóż powiem, że nigdy skruchy nie czułem. Prawdą jest, ze w śledztwie mówiłem, że żałuję tego, co zrobiłem, ale tylko dlatego, ze milicjanci tak nudzili mnie napominałem o skrusze, ze wreszcie powiedziałem, jak chcieli. Ale za to już przed sądem mówiłem prawdę, ze nie czułem i nie czuję żadnej skruchy, no bo niby dlaczego.

    - Czy współczuł Pan ofiarom, tym które przeżyły, one przez wiele miesięcy walczyły ze śmiercią, cierpiały?

    - Uczucie współczucia znam dobrze, ale jeśli komuś współczułem, to tylko sobie. Nigdy nie przyszło mi na myśl, ze należy współczuć ofiarom czy ich rodzinom. Cieszyła mnie moja robota, krew, śmierć, cierpienie ofiar i to było najważniejsze. Powiem więcej, gdy się dowiedziałem, że niektórzy wylizali się z moich uderzeń, to byłem zły na siebie, że mogłem tak spartaczyć robotę.

    - A obawa przed ujęciem?

    - Mógłbym powiedzieć, że się nie bałem, i musiałby Pan przyjąć to za dobrą monetę, ale ja powiem prawdę, bałem się przez jakiś czas po czynie, stąd - jak mówiłem - nie nosiłem ze sobą tego noża, którym zabiłem, przez kilka dni. Potem wszystko ustępowało i czekałem, kiedy najdą mnie myśli, żeby ruszyć w Kraków na polowanie.

    - Pana krwawe konto stale się powiększało, czy nie było momentów refleksji, że należy się opamiętać i zaprzestać dalszych morderstw?

    - Wie Pan, ze mną było jak w tym porzekadle "ciało puszczone w ruch puszcza się dalej". To był taki nałóg, jak w niego wpadłem, nie mogłem żadną miarą z niego się wydostać. Zresztą muszę szczerze powiedzieć, że nawet na myśl mi me przyszło, aby z niego się wygrzebać, myśli były ode mnie silniejsze, one dowodziły moim umysłem, ja byłem jak posłuszny żołnierz. Prawdą jest, ze zwierzałem się z moich wyczynów, ale nie po to, aby osoby, którym to mówiłem, ratowały mnie. Najwięcej wiedziała plastyczka. Powiedziałem jej nawet o tym, że wsypałem truciznę do butelki octu w restauracji. Ona chyba chciała mnie ratować. Wiedziałem, że już za późno, ale dla świętego spokoju poszedłem z nią do lekarza. Jeden raz, więcej nie poszedłem.

    - Czy utkwiły w Pana pamięci jakieś szczególne momenty ze śledztwa?

    - Tak, chodziło o okazywanie mnie staruszkom, które uderzyłem w kościele i które przeżyły. Jedna, pamiętam, wskazała na mnie i powiedziała "to bydlę napadło mnie w kościele". Zdenerwowało mnie to, że mówiła prawdę, a ja jej to umożliwiłem, partacząc robotę. Gdy druga staruszka też wskazała na mnie, nie wytrzymałem i przy milicjantach walę prosto z mostu: "dobrą ma pani pamięć, niech pani podejdzie do mnie, to do reszty z pani farbę wytoczę".

    - Pomówmy chwilę o procesie, o Pana zachowaniu się na rozprawie.

    - Sądowi i dziennikarzom nie podobało się moje pogodne usposobienie. Chcieli, abym wył z bólu, szlochał i mdlał. To co miałem udawać i wtedy byłbym "dobrym"? Ja byłem sobą. Co w tym złego, że gdy sąd kazał mi wyjaśniać, ja spytałem, czy dobrze słychać przez te mikrofony i czy mogę już zaczynać. Nieraz sąd przywoływał mnie do porządku i żądał powagi. Albo gdy sąd pytał jak z moim zdrowiem w więzieniu, a ja powiedziałem, że jem, śpię dobrze, a nawet przytyłem - to co, miałem powiedzieć nieprawdę, ze schudłem, bo przeżywam tragedię życiową. Prawda, że nieraz śmiałem się i bawiłem, gdy zeznawali świadkowie. Śmiałem się z kłopotliwej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Śmieszy mnie shocking profesorów, trenera, kolegów, gdy w układnym, grzecznym chłopcu odkryto przed nimi twarz okrutnego mordercy. Nie obyło się bez incydentów. Matka Leszka dwukrotnie próbowała mnie uderzyć torebką, w twarz, ja również zaatakowałem fotoreportera, bo mnie sprowokował, huknąłem go dwa razy w brodę, chyba popamiętał Kota. Wybaczy Pan, że nie powiem o dwóch krytycznych momentach w procesie, gdy zrobiło mi się słabo. Kolega mówił o planowanych przez nas orgietkach i nie wytrzymałem.

    - Dużo czasu w toku procesu zajęła sprawa Pana poczytalności.

    - Nie jest to przecież chyba normalne, ze 19-letni chłopak ma już tak spaćkane sumienie. Mówiłem o tym plastyczce, powiedziałem jej, ze jestem chyba chory na schizofrenię lub psychopatie, bo zabiłem dwóch lub trzech ludzi. Biegli byli innego zdania, twierdzą, że nie jestem chory. Ja myślę sobie tak, czemu moi koledzy, rówieśnicy nie popełniali takich czynów jak ja, a skoro ja mordowałem i jestem zdrowy psychicznie, jak i oni, to chyba dla nich jest krzywdzące, że zaliczam się do tego samego grona normalnych chłopaków, ale trudno, biegli są mądrzejsi. Prokurator miał na to gotową odpowiedź. Mówił, że przecież wielu groźnych przestępców też było normalnych. Mówił o jakimś dusicielu 8 pielęgniarek z Chicago, o facecie, który ukrył bombę w samolocie, powodując śmierć 44 osób, oraz o pielęgniarzu z Niemiec, który dla popsucia reputacji lekarzowi otruł arszenikiem kilkunastu operowanych przez niego pacjentów. Widzi Pan, w jakim jestem towarzystwie. Nie wiem, czy Pan wie, że siedziałem w sądzie na tej samej ławie oskarżonych, na której byli przede mną Mazurkiewicz i Zdanowicz. Czyżby do trzech razy sztuka?

    - Wróćmy do Pana ostatniego słowa w procesie.

    - Nie powiedziałem nic, przecież to nie miało sensu. Sąd mnie wyraźnie naciągał na wypowiedź, pytano, czy mam może prośbę w sprawie wyroku - powiedziałem też, że nie.

    - Czy znalazłby Pan jakieś pozytywne cechy u Karola Kota?

    - Sam prokurator powiedział, że nie miałem amputowanego sumienia i miał rację, mogę wymienić wiele dobrego u Kota, choćby to, że był bardzo wrażliwy, użalał się nad losem cieląt i trzody chlewnej pędzonej na rzeź, płakał z powodu otrucia psa, potępiał zadawanie się z prostytutkami, kradzieże, picie alkoholu, przebywanie w złym towarzystwie, nieuctwo i brak zdyscyplinowania, był prawdomówny i ambitny, marzył o karierze wojskowej, uprawiał sport i osiągał w nim liczące się wyniki, przeżywał niepowodzenia w nauce, darzył sympatią plastyczkę, był religijny. Gdy tak mówię o Karolu Kocie, to aż nie chce mi się wierzyć, że to ja, bo tyle tego pozytywnego, a tymczasem skazany jestem, choć nieprawomocnie, na karę śmierci.

    - Dlaczego w takim razie tak ułożyły się losy Karola Kota, czemu nie pielęgnował i nie rozwijał tych cech pozytywnych?

    - W ten sposób wracamy do początku rozmowy, może wiec powiem tylko, że dużo nad tym myślałem i doszedłem do tego, że niemało w tym winy mojej rodziny, a konkretnie mojego dziadka, który byt tęgim rozrabiaką. Jestem więc może dziedzicznie obciążony, choć dziadkowi daleko do moich wyczynów. Przerosłem go. Dobrze, że ja nie miałem dzieci, co by z nich wyrosło, gdyby miały mnie prześcignąć w zbrodniach. Czy to nie jeszcze jedna pozytywna cecha Kota, że nie zostawił po sobie zbrodniczego potomstwa?

    - Czego się Pan obawia obecnie?

    - Śmierci, własnej śmierci, choć staram się o tym nie myśleć. A gdy takie chwile przychodzą, odsuwam je od siebie.

    - A więc strach przed karą, boi się Pan, bo sytuacja zagraża życiu a to, że Pan sam tylu wysłał na tamten świat, to nie robiło na Panu wrażenia?

    - W chwili zbrodni nie myślałem o karze dla siebie, lecz o przyjemności. Teraz boję się kary, chcę żyć, ale wiem, ze mój los został przesądzony już w chwili pierwszego mordu. Co mi teraz zostało, to tylko przygotować sobie watę, żeby stryczek za bardzo nie uwierał.

    - Co by Pan robił w razie zwolnienia z więzienia?

    - Kpi Pan sobie ze mnie, dlatego na więcej pytań już nie odpowiem. Choć muszę dodać na pożegnanie, ze miałem bogate plany zbrodnicze, o których myślę z ubolewaniem, że ich nie zrealizowałem. Przede wszystkim miałem mordować młode dziewczyny. Wymyśliłem cały przebieg poszczególnych morderstw, wiele miało mieć postać orgietek zakończonych torturami i śmiercią. Planowałem też wysadzenie wiaduktu kolejowego, mordowanie dzieci i starych. Nie zdążyłem, trudno.

    - Skoro kończymy już naszą rozmowę, powiem szczerze, iż według mojej orientacji będzie Pan najprawdopodobniej stracony. Trudno nawet przecież myśleć, że wyrok Sądu Wojewódzkiego ulegnie zmianie w drugiej instancji, przed Sądem Najwyższym. Rozstanie się więc Pan z życiem, mając tyle zła na koncie, tyle wyrządzonych nieszczęść i bólu, czy nie widzi Pan potrzeby choćby moralnej rekompensaty tym osobom, ich rodzinom?

    - Niedługo spotkam się z ofiarami, tam gdzie się wybieram, to sobie pogadamy, tu na ziemi nie mam z kim rozmawiać.

    Po tej rozmowie rewizję od wyroku Sądu Wojewódzkiego w Krakowie wnieśli do Sądu Najwyższego prokurator (bo sąd skazał Kota na karę śmierci jedynie za zabójstwo Leszka C.) oraz obrońcy. Sąd Najwyższy w składzie zwykłym, wyrokiem z 22 listopada 1967 r., zmienił wyrok i skazał Karola Kota na karę łączną dożywotniego więzienia. Zdaniem bowiem sądu, młodociany wiek oskarżonego i stwierdzona u niego psychopatia stanowią przesłanki przemawiające przeciwko wymierzeniu mu kary śmierci. Od tego prawomocnego wyroku rewizję wniósł Prokurator Generalny PRL. W dniu 11 marca 1968 r. Sąd Najwyższy w składzie siedmioosobowym ogłosił wyrok : Karol Kot został skazany łącznie na karę śmierci (w tym za zabójstwo Leszka C. i usiłowanie zabójstwa Małgosi P. na karę śmierci) i utratę praw obywatelskich na zawsze. W uzasadnieniu sąd podał m.in., że "szczególnie okrutny sposób działania oskarżonego przy zabójstwie 11-letniego Leszka C. i próba zabicia 7-letniej Małgorzaty P., godzenie w bezbronne istoty, jego cynizm i brak skruchy sprawiają, że jedynie słuszną karą za nie jest kara śmierci". Rada Państwa PRL nie skorzystała wobec Karola Kota z prawa łaski i wyrok wykonano w dniu 16 maja 1968 r.
    Przerażenie ogarnia na myśl, co by się stało, gdyby Karol Kot pozostał wśród żywych.

    #gruparatowaniapoziomu #mordercy #krakow #kryminalistyka
    pokaż całość

    •  

      @SCHODOV: Zrobiłbyś znalezisko z tego, taki długi wpis na mirko ciężko sie czyta.

    •  

      @SCHODOV: Co mi od początku nie pasowało w tym tekście, to wzmianka o karate niby ćwiczonym przez Kota. Wydawało mi się, że w Polsce jeszcze wtedy nie było karate. Poszperałem po sieci i wszystkie źródła podają, że karate w Polsce pojawiło się pod koniec lat 60/na początku 70. Pierwsza oficjalna sekcja powstała w 1972, właśnie zresztą w Krakowie, a od 1968 roku karate było nauczane nieoficjalnie przez Andrzeja Drewniaka pod przykrywką "samoobrony judo". Nie ma żadnych informacji o karate w Polsce przed rokiem 1968. A w 1968 Kota już stracono.
      Kot twierdzi w tym wywiadzie, że karate ćwiczył "od czwartej klasy" - jak przypuszczam, technikum, a nie podstawówki :) - a aresztowany został w roku 1966, niedługo po maturze. Ponieważ technikum było pięcioletnie, musiałby ćwiczyć od roku 1965. Wygląda to na niemożliwe.
      Chyba że jego "ćwiczenie" polegało tylko na powtarzaniu ruchów podglądniętych gdzieś w zagranicznych filmach, i po prostu w wywiadzie się przechwalał. Albo autor wywiadu konfabuluje :)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (13)

  •  

    Ten młody chłopiec to urodzony 18 grudnia 1946 roku Karol Kot. Uczeń technikum energetycznego wywodzący się z dobrej rodziny, wychowany na krakowskim Kazimierzu przy ulicy Meiselsa 2.
    Był członkiem klubu strzeleckiego zakochanym w wojsku, śmierci i broni palnej oraz białej. Za czasów wczesnej młodości zakradał się do rzeźni w Pcimiu, uczestniczył w zabójstwach bydła i pił krew zwierząt. Podczas powrotu zabijał napotkane zwierzęta. Już w latach szkolnych bawił się i groził rówieśnikom.

    Nosiłem ze sobą noże, wyciągałem je zawsze na przerwie i pozorowałem rozpruwanie ciała, podrzynanie gardła i zadawanie ciosów. Chciałem pokazać, aby się mnie bali, dziewczynom chciałem tym zaimponować, bo one lubią brutali.
    21 września 1964 roku dokonał pierwszego ataku. Dwa dni później otrzymano kolejne zgłoszenie gdy znaleziono na Starym Mieście ranną starszą kobietę. Sprawca był śmiały, zaledwie tydzień później (29 września), jego pierwszą śmiertelną ofiarą została 77-letnia Maria Plichta. Została ugodzona w plecy w godzinach popołudniowych bagnetem w kościele sercanek przy ulicy Garncarskiej 24/sióstr prezentek przy ulicy Św.Jana 7 w Krakowie.

    pokaż spoiler Są różne źródła, jednak prawdopodobnie jest to ten drugi, w aktach mówi się o tym, jednak sam mówił o sercankach.

    Początkowo nie poczuła rany, zorientowała się dopiero w domu z którego wezwała już bezskuteczną pomoc. Mimo tego, że została przeprowadzona w warunkach szpitalnych. Chirurdzy po zbadaniu rany stwierdzili, że kobieta nie ma obrażeń wewnętrznych i podczas krótkiej obserwacji nastąpił zgon. Śledztwa umorzono z powodu niewykrycia sprawcy.

    Za cel obierał głównie starsze, bezbronne kobiety, co w czasach PRL-u wywołało w Krakowie falę strachu i psychozy. Skala zjawiska była tak ogromna, że na pogotowie przywożono kobiety z błahymi urazami takimi jak połamanie kończyn, a okazywało się, że mają na plecach ogromne pokrywki od garnków lub blachy, ponieważ wiedziały, że sprawca atakuje od tyłu.
    W 1,5 tygodnia Kot postawił na nogi całą milicję i wydawano liczne ostrzeżenia w prasie.
    W pewnym momencie za swój cel obrał dzieci.
    Drugą jego śmiertelną ofiarą 1,5 roku później (13 lutego 1966) był 11-letni Leszek Cołek wracający z zawodów saneczkowych na Kopcu Kościuszki.

    Po 6 ciosie poczułem, że leci mi z rąk. Dziwię się ludziom, że unikają i narzekają na trzynastego, a tymczasem okazuje się, że trzynasty może być wspaniałym dniem.
    W tym momencie nie było już wątpliwości, że nie był to przypadek i działał z wysoką premedytacją. Wywnioskowano to po ogromnej ilości ran, o wiele większej, niż jest potrzebna do zabicia dziecka (tzw. "nadzabijanie"/"overkill").
    W kwietniu 1966 roku zaatakował siedmioletnią Małgosię na ul. Sobieskiego przy okazji jej zejścia do skrzynki na listy. Prawdopodobnie powodem było to, że nie spotkał polonistki na której chciał się zemścić za zabranie noża podczas lekcji, a jak sam mówił "czuł potrzebę zabicia". Dziewczynka miała dużo szczęścia i mimo jedenastu ran zadanych kordelasem miała ogromne szczęście gdyż przeżyła.

    To podejście sprawiło, że znacznie zbliżono się do identyfikacji sprawcy, mimo, że niemal zignorowano trafne zeznania i opis Kota przez taksówkarza (stwierdzono, że miały one pobudki prywatne). Analiza była ciężka, ponieważ nie mordował z powodów rabunkowych czy też seksualnych. Zabijał dla dzikiej przyjemności, a jego modus operandi uległo szybkiej zmianie w momencie, w którym "zaspokoił swoje potrzeby". Prawdopodobnie dla większej przyjemności i utrudnienia wykrycia zmienił typ ofiary i sposób zadawania ciosów.
    Po napadach na dzieci zaczęto dogłębnie profilować sprawcę poprzez zeznania środowiskowe na podstawie ubioru gdyż stwierdzono, że jest to jedna i ta sama osoba (głównym znakiem rozpoznawczym była tarcza szkoły na ramieniu). Przełom jednak nastąpił w momencie, w którym na policję zgłosiła się jego bliska znajoma z klubu strzeleckiego (uważał ją za swoją dziewczynę), której kilkukrotnie się chwalił i rzucił się na nią z nożem grożąc śmiercią. Początkowo twierdziła, że to wytwór jego wyobraźni oraz głupi żart. Jednak szybko postanowiła to zgłosić ponieważ opowiedział jej szczegółowo o ataku na dziewczynkę, który później potwierdziła prasa.

    Na swoim koncie miał też 4 podpalenia i próby otrucia. Dla rekreacji trucizny w barach i dosypywał je znajomym, usiłował to zrobić sześciokrotnie (ani razu mu się to nie udało).

    Po tych zeznaniach ujęto go 14 lipca 1966 roku (w wieku 22 lat), niemal po zakończonych maturach (obserwowano go celowo do nich i pozwolono mu je zdać, prawdopodobnie by wykorzystać ten fakt do udowodnienia, "że jest normalny"). Początkowo nie przyznawał się do zarzucanych czynów (nie zostawiał żadnych śladów, więc udowodnienie winy było utrudnione), a i środowisko nie twierdziło by był do tego zdolny.

    Nikt nie wierzył, że młody, miły chłopiec o sympatycznej buzi może być bestią. Wyróżniał się, ale nikt nie przypuszczał, że to może być on. Był nadpobudliwy i ludzie byli pewni, że zaczepienie go może się skończyć agresją. Przeciętny uczeń, lecz pilny (na tyle, że studiował na własne potrzeby podręczniki anatomii długimi godzinami), dlatego też był stawiany za wzór. Wszyscy wiedzieli, że niezdrowo interesuje się bronią, miał dużą kolekcję a jego zeszyty były gęsto pokryte rysunkami broni. Nazywano go w żartach "krwawy Lolo", "Lolo rozpruwacz".

    Gdy już przyznał się do popełnionych zbrodni (w wyniku konfrontacji z ofiarami które przeżyły i go rozpoznały) opisywał je w zeznaniach i wizjach lokalnych z niezwykłą dumą i emocjonalnymi szczegółami. Nie krył też zamiarów, planów, widok krwi wywoływał na jego ustach uśmiech jak nic innego. Psychiatrzy stwierdzili, że był klasycznym sadystą, który z zabijania zrobił sobie jeden z najważniejszych celów życiowych.
    W zeznaniach powiedział:

    Warto było zabijać, nie żałuję tego.
    Przy badaniach psychiatrycznych odnaleziono typowe dla psychopatów zaniki pewnych części mózgu, inne badania mówią, że miał nieznaczne zmiany psychiatryczne odpowiadające za niepoczytalność, jednak pozwalające na sądzenie jako zdrowego człowieka, świadomego swoich czynów.

    Nie jestem zaskoczony i zdziwiony tym, że psychiatrzy uznali mnie za całkowicie poczytalnego, bowiem ja również za takiego się uważam. Chciałbym tylko przeczytać wszystkie notatki prasowe, jaki na mój temat zostały opublikowane.
    Na rozprawie również nie ukazywał skruchy, wręcz przeciwnie - pokazywał jak bardzo go to bawi, jest z tego dumny i nawet machał do znajomych ze szkolnych ławek.

    Wiem o tym, że nie można zabijać... ale mimo to postanowiłem zabijać, bo to sprawiało mi przyjemność. Oczywiście mogłem sobie odmówić tego rodzaju przyjemności, gdybym chciał, ale nie chciałem, to wolałem zabijać. Właściwie to niczego nie żałuję, nie żal mi też ludzi, których skrzywdziłem. Gdybym nie został zatrzymany, to zapewniam, że robiłbym to samo, to znaczy w dalszym ciągu zabijałbym ludzi dorosłych i dzieci.

    Podczas sekcji znaleziono u niego rozległy guz mózgu (znaleziony również u Charlesa Whitmana) prawdopodobnie odpowiedzialny również za odczuwanie agresji i lęku.
    Równy rok później ogłoszono wyrok kary śmierci, jednak w wyniku odwołania został on zmieniony na karę dożywocia. W tym momencie wkroczył jednak Prokurator Generalny i wniósł o rewizję nadzwyczajną. Jej skutkiem było z dniem 17 marca 1968 roku utracenie honorowych praw obywatelskich i powieszenie "Wampira z Krakowa" dnia 16 maja 1968 roku (w wieku 24 lat).

    Postać Kota przejawia się w wielu tworach literackich, muzycznych (bardzo rozsławił tą sprawę Świetlicki) i filmach (równie dokumentalnych, jak i inspirowanych jego historią). Najpopularniejszym i zawierającym najwięcej informacji jest "Był sobie chłopiec" na podstawie którego powstał ten wpis.

    Jeśli któryś z krakusów dotarł do tego momentu to proszę o odpowiedź na pytanie - czy historia Kota w piędziesięciolecie jego stracenia była żywa w mieście i czy ogólnie jest?

    pokaż spoiler Źródła: głównie film pt. "Był sobie chłopiec", wikipedia oraz wiedza własna.
    To, co napisałam zawiera zapewne mnóstwo błędów gramatycznych, za co przepraszam, ale jednak pisałam to przez 3 bezsenne godziny na telefonie.

    #gruparatowaniapoziomu #krakow #historia #prl #kryminalistyka #seryjnimordercy
    pokaż całość

    źródło: gfx.antyradio.pl

    •  

      jak to się stało, że stwierdzono iż jest psychopatą i że jest poczytalny? To się nie wyklucza?

      @whiteglove: Nie wyklucza się.
      Człowiek niepoczytalny nie zdaje sobie sprawy z tego, co robi.
      Psychopata znakomicie zdaje sobie sprawę z tego, co robi, co więcej, bardzo często precyzyjnie to planuje - on po prostu nie widzi w tym, co robi, niczego złego.
      Psychopata jest pozbawiony empatii (ale świetnie potrafi udawać uczucia), nie potrafi nikomu współczuć, natomiast nie jest pozbawiony rozpoznania swojego postępowania, z tego sobie świetnie zdaje sprawę. Jest całkowicie poczytalny.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (109)

  •  

    Zaznacz odpowiedź.

    • 0 głosów (0.00%)
      Medytacja? A co to?
    • 5 głosów (6.25%)
      Nigdy nie próbowałem i nie zamierzam.
    • 16 głosów (20.00%)
      Kiedyś może spróbuję.
    • 13 głosów (16.25%)
      Czasami medytuję.
    • 5 głosów (6.25%)
      Medytuję regularnie.
    • 41 głosów (51.25%)
      Arka Gdynia kurwa świnia.
  •  

    Dzisiaj w 1657 r. w Janowie Poleskim zginął męczeńską śmiercią jezuita Andrzej Bobola herbu Leliwa.
    Wiki tak to opisuje - Z pojmanego kapłana zdarto suknię kapłańską, na pół obnażonego zaprowadzono pod płot, przywiązano do słupa i zaczęto bić nahajami, z zamiarem, by wyrzekł się wiary. Następnie oprawcy ucięli świeże gałęzie wierzbowe, upletli z nich koronę na wzór Chrystusowej i włożyli ją na jego głowę oraz zaczęli go policzkować, aż wybili mu zęby. Potem wyrywali paznokcie i zdarli skórę z górnej części jego ręki. Odwiązali go i okręcili sznurem, a dwa jego końce przymocowali do siodeł. Andrzej musiał biec za końmi, popędzany kłuciem lanc, a oprawcy dodatkowo torturowali go szablami, raniąc mu palce, nogę oraz przekłuwając oko.
    Na koniec zawleczono go do rzeźni miejskiej, rozłożono na stole i zaczęto przypalać ogniem. Na miejscu tonsury wycięto mu ciało na głowie do kości, na plecach wycięto mu skórę w formie ornatu, rany posypano sieczką oraz odcięto mu nos, uszy i wargi. Kiedy z bólu i jęku wzywał imiona Jezusa i Maryi, w karku zrobiono otwór i wyrwano mu język oraz grubym szydłem rzeźniczym podziurawiono mu lewy bok. Potem jego ciało szarpane konwulsjami powieszono twarzą do dołu. Katusze i straszne tortury trwały około dwóch godzin, po których uderzeniem szabli w szyję dowódca oddziału zakończył około godziny 15. jego nieludzkie męczarnie, powodując śmierć.
    #wiara #katolicyzm #historia
    pokaż całość

  •  

    Czytając wątek o cenie wody na lotnisku, który jest w gorących pomyślałem, że podzielę się pewną historyjką, która mi się przydarzyła, może ktoś polubi #lotnisko #krakow #balice

    Więc kilka tygodni temu miałem samotny przelot zagraniczny rejsowym samolotem jednej z tanich linii. Bilet wcześniej kupiony na świeżo założone konto i normalnie wcześniej zrobiona odprawa online. Będąc na miejscu ma się trochę czasu do zbicia, więc a to tu sobie pójdziesz zobaczyć co się dzieje, to tu sobie skorzystasz z kibelka, tu zapytasz za czym kolejka ta stoi - i jakoś ten czas leci, normalka. Dla tych co się nie orientują na loty zagraniczne "traci się" dosyć więcej czasu, niż na krajowe; różnica jest typu "musisz być co najmniej 2h przed odlotem" - a - "możesz wbiec do samolotu jak ten będzie już kołował po pasie" ( ͡° ͜ʖ ͡°) Druga ważna kwestia - ze względu na procedury bezpieczeństwa, zaostrzone bodajże po 9/11, NIE WOLNO ci mieć ze sobą płynu o pojemności większej, niż 100 ml na tzw. "bramkach" -- tam gdzie groźni panowie przyglądają się kto wygląda podejrzanie, kręcąc się w miejscu albo nerwowo rozglądając, podczas gdy inni "groźni" panowie: jeden na zmianę macha łapką do ludzia w kolejce "go" albo "stop", a inny przysypia przy ekranie skanera bagażu podręcznego (który wnosisz ze sobą na pokład; duży bagaż główny zdaje się wcześniej w innej kolejce xd)
    Ale niech was ten obrazek nie zmyli - są momenty gdzie czasem widać jak czujni są i jaka to musi być męcząca też praca - sam też byłem świadkiem jak lasce po przejechaniu bagażu po taśmie haltują ją na zasadzie - "hola hola ty tu stój i bezradnie patrz, jak rozpieprzam ci w torbie wszystko to co tak misternie składałaś" -- ale tym razem krótka piłka: człowiek do tej pory obserwujący monitor, podchodzi do torby i jakby bez zastanowienia: rozsuwa zamek torby, otwiera torbę, wyciąga z niej kosmetyczkę, rozsuwa zamek kosmetyczki, otwiera i wyciąga takie małe pudełeczko, otwiera zatrzask i wyciąga z niego takie cążki czy nożyczki malutkie do skórek - "tego nie wolno psze pani" - i w kosz bez pytania leci. po prostu ( ͡° ͜ʖ ͡°) i nie ma się co spierać. także jak się zapomnisz i wrzucisz do podręcznego flakonik drogiej wody kolońskiej od wujka z batastanu za milion ojro -- leci w kosz, sorry.
    Wracając do historii właściwej: kupiłem sobie jeszcze wcześniej taką małą zgrzewkę bodajże trzech soczków w kartonikach po 200 ml każdy. Zorientowałem się jak torba już oddalała się ode mnie bezpowrotnie w czarną czeluść skanera. Eee tam, kilka zeta, trudno się mówi, a potem myślę, że może akurat mnie jeszcze przez to wezmą na "osobistą" - to nawet fajnie będzie, więcej czasu zleci, a jak już na zapleczu obiją mi mordę i upewnią się, czy aby na pewno nie mam w odbycie afgańskiego haszu -- może pogadam sobie chwile z nimi, zapytam jak się pracuje i ile wyciągają w takiej robocie, czy fajna - wiadomo, takie podstawowe sprawy ( ͡° ͜ʖ ͡°) Ale później stało się coś nieoczekiwanego.
    Nie zatrzymali tej torby. Nie zatrzymali też młodego faceta, będącego jej właścicielem. Pozwalając mi się oddalić szczerze mówiąc poczułem się zawiedziony, gdy już sobie wyobrażałem jak po dzisiejszym dniu będę mówił kumplom, że poznałem gościa z odprawy lotniskowej i opowiadał mi jakich to "przebiegłych" numerów udało mu się ciekawych wykryć. Miły gość to miał być w mojej historii...
    No ale zamiast tego zatrzymali osobę za mną. Kobietę, lat ~60 spokojnie. Przemachali ją najpierw ręcznym wykrywaczem metalu, a potem (ni to prośba, ni to rozkaz) "proszę podejść tutaj ze mną. czy jest to pani torba? czy przewozi pani jakieś niebezpieczne przedmioty? Czy zostawiała pani torbę bez uwagi?", a kobieta w głowie tragedia, co nie: "co ja zrobiłam, przecież ja nic..." -- a tu jeszcze lepsze buty: podchodzi nie wiem skąd kobieta i niesie taki dosyć spory przedmiot wyglądający trochę jak kasa fiskalna. Bierze taki papierek jak lakmusowy, albo taki jak przy testerach zapachów w drogeriach i tym świstkiem obskakuje wszystkie dziury bagażu podręcznego tej pani, a także ubranie, które ma na sobie. Jak już wszystko podotykała, poobmacywała to włożyła ten podłużny papierek do takiego podajnika w tej czarno-zółtej kasie fiskalnej z ekranem lcd może ~10 cali => elektroniczny multitester na kilka/kilkanaście różnych substancji odurzających i podaje wynik "tak" czy "nie" w kilkanaście, pełnych wyczekiwania i dźwięków werbli, sekund. Zebrało się trochę gapiów dookoła, popatrzeć co tu się niecodziennego dzieje.
    A wśród nich ja. Już od chwili obserwowałem wszystko z zaciekawieniem sącząc mój soczek, który smakował jakoś lepiej niż do tej pory :)

    Może przypadek, może dziwny zbieg okoliczności, sami ocenicie :) Nie mniej było mi podwójnie wesoło - dobrze, że mnie tym paskiem nie miziała ( ͡° ͜ʖ ͡°) Oczywiście było by zielone, panie władzo ( ͡° ͜ʖ ͡°) światełko kasy fiskalnej wskazujące "droga wolna" - ma się oczywiście rozumieć ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

    •  

      Występują płynne materiały wybuchowe, a100 ml to jest za mała ilość aby uszkodzić samolot. Jednoczesnie ta ilość pozwala na przewiezienie niezbędnych rzeczy

      @rozowy_transformator @carbyne : To jest tzw. "security theater". :) Innymi słowy pic na wodę - ma robić wrażenie, że bardzo się dba o bezpieczeństwo, a tak naprawdę nic nie daje. Polecam poczytać teksty Bruce'a Schneiera na ten temat (kto jak kto, ale ten człowiek to akurat na bezpieczeństwie się zna :)) - duzo ciekawego sie można dowiedzieć. pokaż całość

    • więcej komentarzy (10)

  •  

    Byłem kilka dni w #krakow Moja opinia na temat tego miasta.. Wszystko pięknie i ładnie. ale te tłumy ludzi spowodowały, że pierdole to. Nie przyjdę tam prędko. Ciągłe krzyczące bachory, tłok. Jak wy tam kurwa żyć możecie. A tak w ogóle poza rynkiem, to niema żadnych fajnych atrakcji.

    •  

      turyści wygonili mieszkańców z Rynku, to Kraków bawi się na Kazimierzu

      @Michau89: Trochę nieaktualne. Kazimierz to już też głównie turyści.
      Dla mieszkańców w ogóle nie pozostało w Krakowie zbyt wiele miejsc :(, to jest niestety wina polityki władz miasta, które wszystko robią pod turystów i dla "promocji Krakowa na świecie". Podczas gdy co rozsądniejsze władze "turystycznych" miast na świecie zaczynają kombinować, co by tu robić, żeby napływ turystów ograniczać.

      Tymczasem w Krakowie turyści niedługo wyprą mieszkańców nie tylko z Rynku i Kazimierza, ale w ogóle z miasta... ;)
      pokaż całość

    •  

      @Michau89: No nie wiem, nieraz chodziłem i obserwowałem, kto siedzi w knajpach na Kazimierzu. Mieszkańców to ja tam zbyt wielu nie widziałem, chyba że masz na myśli (w większości przyjezdnych) studentów i hipsterów :)

    • więcej komentarzy (10)

  •  

    - Puste pudełko. Dokładnie tak, jak chciałem.

    Urodziny buddysty-zen

    #buddyzm #humorobrazkowy #filozofia #rosja #rosyjski #heheszki

    źródło: whymagic.ru

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika raj

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.