•  

    Odnośnie wpisu @Twinkle o Karolu Kocie - tutaj mam całą historię wraz z wywiadem przed egzekucją. Jeśli ktoś lubi czytać takie smaczki to się nie zawiedzie:
    "...lubiłem pić ciepłą krew i zabijałem jak nikt inny z Krakowa..."

    Prawie świtało, gdy Karol z rodzicami zakończył świętować zdaną maturę. Spałby więc jeszcze, ale nie mógł znieść łomotania do drzwi.
    - Obywatel Karol Kot? - spytał wytworny jegomość, w nienagannie skrojonym płaszczu, stojący w otoczeniu kilku cywili.
    - Tak słucham - odparł młodzieniec.
    Funkcjonariusze milicji, którym polecono doprowadzenie 19-letniego Karola Kota do komendy , zdumieli się. Zobaczyli przed sobą sympatycznego chłopca, o niezwykle przyjemnej twarzy, miłego i grzecznego, którego powierzchowność musiała budzić zaufanie.
    - Jesteśmy z milicji, obywatel jest zatrzymany, proszę się ubrać, jedziemy do komendy - padła zwyczajowo powtarzana formuła.
    - Panowie, ale o co chodzi? - zdziwił się Karol.
    - Wyjaśnimy na miejscu - uspokajali policjanci.
    - No dobrze, ale tylko szybko wyjaśniajcie, bo złożyłem papiery do Wyższej Szkoły Oficerskiej i chcę w terminie przystąpić do egzaminów wstępnych.
    Tymczasem do wyjaśnienia zebrało się sporo, na początek dwa dokonane zabójstwa, cztery usiłowania oraz jedna groźba zabójstwa. Gdy w komendzie zdradzono o co chodzi Karol Kot nie zaprzeczył temu. Przyznał się również przed prokuratorem. Nie były to zresztą wszystkie krwawe owoce jego krótkiego życia.
    12 lipca 1966 Kraków odetchnął. Komunikaty prasowe obwieściły bowiem o wielkim sukcesie, o ujęciu szalejącego od dwóch lat potwora. Skończył się dręczący niepokój, ustąpił paniczny strach i groza. W każdym przecież zaułku, w każdej bramie i klatce schodowej, w każdym miejscu i o każdej porze czaił się złowieszczy cień tego zwyrodnialca. W najmniej spodziewanym miejscu czyhała z jego ręki nagła śmierć. Ból i dramat tych, których dosięgnął, były udziałem wszystkich. Błyskawiczne ciosy jego noża godziły w mieszkańców Krakowa, w ich serca i poruszały do głębi sumienie każdego. Kraków żył dotąd w ustawicznym napięciu, drżał przed następnym atakiem, zastanawiając się kto będzie następną ofiarą potwora. Wszyscy głęboko przeżywali i wstrząsającą okrutną śmierć zaledwie 11-letniego Leszka, 8 kłutych ran których doznała malutka Małgosia, cios noża zadany w przedsionku Klasztoru, który trafił w serce zniedołężniałej staruszki, nagłe bolesne uderzenie nożem w plecy innej starszej kobieciny powodujące trwałe kalectwo, ból jaki dosięgnął jeszcze inną kobietę po ugodzeniu ją nożem podczas modlitwy w kościele. Następną ofiarą mogło być każde dziecko i każda bezbronna staruszka. Wiele kobiet, zwłaszcza starszych, wkładało pod ubrania metalowe płyty, poduszki, albo inne przedmioty aby chronić swoje życie przed ciosami wampira. Kraków miał zawsze "szczęście" do głośnych morderstw, ale jeszcze nigdy dotąd nikt nie targnął się na życie dzieci. Karol Kot był pierwszym. Toteż komunikat o jego pojmaniu wywołał spodziewaną reakcję. Telefony, listy, osobiste wizyty mieszkańców Krakowa w KW MO z podziękowaniem za ulgę, za przywrócenie bezpieczeństwa dzieciom i starszym nie miały końca. Wszystkich intrygował jednak wiek mordercy, zastanawiano się, w którym momencie zrodziło się to, co wyzwoliło w nim zbrodniarza. Przecież chodził do szkoły, zdał maturę. Pytano czemu nikt w porę nie wytrącił mu noża z ręki, gdzie byli rodzice, koledzy, wychowawcy, a w konsekwencji czy ofiary te były konieczne.
    Spodziewano się, że na te pytania odpowie proces. Tak się niestety nie stało, przeszkodziła temu postawa oskarżonego. Rozprawa rozpoczęła się 3 maja. Urząd prokuratorski zarzucił Kotowi 2 zabójstwa dokonane, 10 zabójstw usiłowanych (w tym 6 przez otrucie) oraz 4 zbrodnicze podpalenia. W toku przewodu przesłuchano 64 świadków oraz wysłuchano opinii biegłych psychiatrów.
    Przemówienia stron trwały wiele godzin. Prokurator Zygmunt Piątkiewicz, wnosząc o wymierzenie Karolowi Kotowi kary śmierci, powiedział na zakończenie : "(...) Niech wyrok Wasz Obywatele sędziowie, wyrok jedyny jaki może zapaść w tej strasznej, ponurej sprawie (...) usunie raz na zawsze rozpostarty nad Krakowem cień krwawego wampira, przywróci poczucie bezpieczeństwa w starych zaułkach naszego miasta, da satysfakcje tak strasznie sponiewieranemu poczuciu prawnemu i moralnemu społeczeństwa, przywróci zachwianą wiarę w człowieczeństwo natury ludzkiej. A zarazem wyrok Wasz - który z tej koszmarnej od oparów zbrodni sali, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji wybiegnie na szeroki słoneczny świat, od krańca po kraniec Polski - niech będzie też groźnym memento - ostrzeżeniem dla wszystkich tych tchórzliwych bohaterów, którzy kierując się egoistycznymi pobudkami, poważyli się targnąć na najwyższe dobro społeczne, jakim jest życie człowieka, targnąć na życie staruszek, targnąć na życie dzieci!!!"
    Wyrok ogłoszono 14 lipca 1967 roku. Przewodniczący składu orzekającego - sędzia Sądu Wojewódzkiego A. Olesiński, uzasadniając skazanie Karola Kota na karę śmierci, powiedział, ze: ,,(...) czyny, jakie oskarżony popełnił wykazują, ze jest groźniejszy od dzikiej bestii, bo obdarzony rozumem, (...) ten drugi jego życiorys pisany był męczeństwem, cierpieniem i krwią niewinnych ofiar, życiorys ujawniający cechy okrucieństwa i narastającego chłodu uczuciowego, życiorys, którego treścią było zabijanie, niszczenie, podpalanie i trucie (...)." Wyrok uspokoił społeczeństwo Czyny Kota tak mocno wstrząsnęły miastem, że nie było człowieka, który miałby choć cień litości dla tego zwyrodnialca. Długo jeszcze powtarzano słowa prokuratora Piątkiewicza: "Kot urodził się na nieszczęście ludzi, na swoje własne i swoich bliskich."
    Przypadek Karola Kota nie dawał jednak spokoju tym, którzy chcieli go poznać, chcieli wiedzieć, kim był naprawdę, wtargnąć do jego mrocznego wnętrza i rozszyfrować psychikę, tym, którzy szukali jego prawdziwej twarzy. Licząc na więcej szczerości ze strony Karola Kota aniżeli okazał na rozprawie, przeprowadzono z nim wiele rozmów. Karola Kota zobaczyłem po raz pierwszy na sali rozpraw. Wiedziałem już o nim sporo od prokuratora, z gazet i z opowiadań funkcjonariuszy MO. Ciągle jednak czegoś brakowało w wiedzy o nim. Jaki jest zwyrodnialec prywatnie, w rozmowie sam na sam, czy jest równie nonszalancki, cyniczny i zadufany w sobie, jak to pokazał przed sądem?
    Niektóre fragmenty rozmowy z nim zachowałem do dzisiaj.
    Wywiad
    - Kilka miesięcy temu Sąd Wojewódzki w Krakowie skazał Pana, nieprawomocnym co prawda wyrokiem, na karę śmierci. Rozmowy na którą się Pan zgodził, proszę nie traktować jako objawu współczucia czy wyróżnienia. Z tego bowiem co wiem, Pana młode życie pisane było suto krwią, sprowadziło wiele nieszczęść, bólu i strachu , niewarte jest przypomnienia. Jeśli jednak powracam do niego, to jedynie dlatego, ze, chcąc ustrzec się podobnych przypadków należy bliżej poznać Pana, poznać Pana poglądy na wiele spraw i w ten sposób może doszukać się prawdziwej Pana twarzy i znaleźć źródła zbrodniczej działalności.

    - Mój przykład jest ostatnim w historii tego miasta; lepszego ode mnie nie będzie, choć jestem przegrany. Niewiele dni mi zostało, może to i moja ostatnia rozmowa. Co chce Pan wiedzieć?

    - Proszę powiedzieć coś o sobie.

    - No cóż, chyba się najpierw urodziłem. Było to krótko przed gwiazdką 1946 r. Tu w Krakowie. Jestem spod znaku Koziorożca, przez 8 lat byłem jedynakiem. Potem urodziła się siostra. Matka nie pracowała, nie chodziłem do przedszkola. Łatwo zaliczyłem podstawówkę i startowałem do technikum łączności. Z braku miejsc nie zostałem jednak przyjęty. Długo nie mogłem tego zrozumieć. Potem zdawałem do technikum energetycznego na Loretańskiej. Przyjęli mnie. Chodziłem tam aż do zdania matury.

    - Czy Pan chorował w tym czasie, gdzieś się leczył?

    - Pamiętam, że mając 10 lat zachorowałem na dyfteryt. Leżałem nawet w szpitalu. Poza tym zawsze byłem sprawny i zdrowy, jak żołnierz.

    - Jak szła nauka?

    - Nigdy nie miałem kłopotów. Lubiłem przedmioty techniczne. Byłem średnim uczniem. W technikum byłem słaby z języka polskiego i z przedmiotów elektrycznych. Niepowodzenia w nauce przezywałem mocno. W ostatniej klasie w budzie przeżyłem załamanie psychiczne, bo miałem poprawkę z "polaka". Matka chciała nawet zaprowadzić mnie do psychiatry.

    - Czy należał Pan do szkolnych organizacji?

    - Tak. byłem członkiem ZMS, LOK. a od czwartej klasy należałem nawet do ORMO przy Komendzie Dzielnicowej Kraków - Stare Miasto.

    - W czasie rozprawy mówił pan na temat swojego niecodziennego hobby.

    - To długi temat, pewno nie skończylibyśmy go omówić do kolacji powiem tytko, że interesowało mnie to, co służy na wojnie niszczeniu człowieka i jego dobrobytu, a wiec: trucizny, noże, broń palna oraz sposoby ich najskuteczniejszego używania. Miałem sporą kolekcję noży : finki, noże sprężynowe, monterskie, rybackie i inne. Milicja zwinęła mi 17 sztuk. Należałem do sekcji strzeleckiej w klubie "Cracovia". Byłem najlepszym strzelcem z k.b.k.s. w Krakowie. Zbierałem atlasy medyczne i podręczniki z medycyny sądowej, studiowałem przebieg żył i umiejscowienie narządów, których rażenie powoduje nagłą śmierć. Czy Pan wie, że najłatwiejsza droga do serca prowadzi przez plecy?

    - Miał Pan też wiele szczególnych upodobań.

    - Widzę, ze coś Pan wie o tym, wiec w skrócie. Przyjemność sprawiał mi widok zarzynanych zwierząt i ich rozbierania. Z rodzicami jeździłem na wakacje do Pcimia (to taka dziura pod Myślenicami). Było nudno, chodziłem więc do tamtejsze] rzeźni i asystowałem przy zabijaniu cieląt. Lubiłem ten widok i w końcu zasmakowałem w cieplej krwi. Piłem krew z cielęcia i wieprza. Dawali mi rzeźnicy, ile chciałem. Wiedziałem, ze ich to bawiło, i dziwili się mi, a ja z tego korzystałem. Zabijałem potem żaby. kury, gawrony, krety i cielęta. Matka o tym nic nie wiedziała, a dla niepoznaki odmawiałem jej zabicia ryby czy drobiu na obiad, choć to powstrzymywanie się dużo mnie kosztowało, bo przecież tak lubiłem wydłubywać oczy ptakom, pruć ich flaki i lizać krew. Inne upodobanie, to namiętne rysowania noży, gilotyn, szubienic i broni palnej. Gdy wiatrówkę miałem w domu strzelałem do książek, do mięsa, które matka przynosiła na obiad, aby zbadać energię i siłę pocisku. Dobrze operowałem nożem. Nosiłem go zawsze ze sobą. Wiele ćwiczyłem, np. refleks wyrabiałem sobie, uderzając nożem między swoimi rozłożonymi palcami Doszedłem do takiej wprawy, że przebijałem na wylot 3 cm deskę. Bardzo lubiłem niszczyć bilon. Miałem tego całą kolekcję. Rzucałem nożem do kart od gry - zawsze wybierałem na ofiary damy. Od czwartej klasy ćwiczyłem karate. Zbierałem tez truciznę, bo to przecież jeden z rodzajów broni wojskowej. Miałem także proch strzelniczy.

    - Co na to mówili koledzy, nauczyciele, rodzice?

    - Wszyscy traktowali moje upodobania jako niewinne dziwactwa. Koledzy z klubu byli zdania, że rzucanie nożem to takie samo ćwiczenie, jak wiele innych. Kiedy zaś nauczycielka w technikum odebrała mi nóż, którym dziobałem po ławce, powiedziała coś w rodzaju, ze jestem za duży na zabawy w Indian. Rodzice też nie mieli nic przeciwko temu, matka nigdy nie odmawiała forsy na nabycie nowego noża lub na jego zrobienie. Wiedziałem, ze się cieszyli, ze syneczek ma jakieś zamiłowanie.

    - Czy były takie osoby, którym Pan ufał, komu się zwierzał? Jakie było miejsce w tym rodziców?

    - Pewnie że miałem, byłem przecież normalnym człowiekiem. Najbliższe mi osoby to rodzice, dwóch kolegów szkolnych, koleżanka klubowa oraz trener klubu strzeleckiego "Cracovia". Matka była mi bliższa od ojca. Miałem odwagę zwracać się do niej o usprawiedliwienie opuszczonych lekcji. Była nieraz zła na mnie, gniewała się, ale pisała fałszywe oświadczenia tłumaczące moją nieobecność. Jej zwierzałem się z niepowodzeń, mówiłem o tym, że koledzy mi dokuczają. W ogóle to rodzice nie mieli zbyt wiele czasu dla nas. Bardziej zajęci byli pracą zawodową i społeczną. Poniekąd ich rozumiałem, przecież nawet się nie domyślali, kim jestem naprawdę, pamiętam, że jak w domu czytaliśmy o kolejnych napadach wampira, to matka mówiła, ze jest to wyjątkowy drań, ojciec był podobnego zdania, powiedział kiedyś "tylko drań może zdobyć się na takie ohydne czyny". Co ja wtedy sobie myślałem, to łatwo się domyśleć. Byłem zwyczajnym chłopcem, może nie geniusz, ale i nie głupi, choć przepraszam, w sprawach wojskowych nie było w szkole większego znawcy ode mnie. Do rodziców miałem pretensje tylko o jedno - że więcej kochali moją siostrę. Była ode mnie młodsza o 8 lat. Nie powiem, tez ją lubiłem, troszczyłem się o nią jak była mała. Gdy trochę podrosła, denerwowała mnie, z byle powodu ją karciłem, gdy rodziców nie było w domu, bo u mnie dyscyplina wojskowa to rzecz pierwsza i święta. Biłem ją też, aby się wyładować po jakichś niepowodzeniach na strzelnicy czy w budzie. Tłukłem ją czym popadło - ręką, paskiem a nawet kiedyś, pamiętam, wieszakiem. Waliłem byle gdzie, kiedyś o mało nie wybiłem jej oka. Gdy beczała, zamykałem ją w pokoju, jak żołnierza, który przeskrobał, wsadza się do celi. Jak już mówię o pretensjach do rodziców, to powiem Panu, ze nie zapomnę to im tego, iż nie chcieli kupić mi skórzanej kurtki strzeleckiej. Wiem, ze nie było ich stać na to, była droga, ale przecież jak ja chciałem, to powinno być to ważniejsze. Proszę nie myśleć, ze byli chytrusami, o nie, regularnie dawali mi przecież kieszonkowe, a gdy np. zapragnąłem sportowego karabinka, to mi kupili. Widzi Pan dlaczego nie mogę im wybaczyć tej kurtki. 2 kolegów poważałem, Roberta i Andrzeja. Przychodzili do mnie, razem się uczyliśmy, ale w ogień za nimi bym nie skoczył. Gdy będę już tam, w grobie, wspominać będę sobie o moim trenerze klubowym, był to fajny chłop. Nie poznał się na mnie, tak jak i rodzice. Wyróżniał mnie ze wszystkich, może dlatego że miałem talent, ze byłem najlepszym strzelcem. Zrobił mnie nawet swoim zastępcą do spraw gospodarczych sekcji. Miałem więc klucze od Pomieszczeń, w których przechowywany był sprzęt i amunicja. To wszystko było moje, mogłem wytłuc cały Kraków, a wie Pan, że tego nie zrobiłem. Trenerowi dużo pomagałem. Bywałem u niego w domu. Miał on syna jedynaka i nieraz mówił do niego "..popatrz, bierz przykład z Karola, chcę żebyś był taki, jak Karol". Kiedy coś przeskrobał, to trener kazał mi go karcić, nieraz więc złoiłem mu skórę. Trener był mądry chłop, literat i malarz, ale nie wiedział, ze jego syneczek był na mojej liście straceń, tyle że nie na medalowym miejscu. Gdy czytałem akta śledztwa, widziałem pismo trenera wystosowane do Ministerstwa Sprawiedliwości i paru innych osobistości, w którym protestował przeciwko mojemu aresztowaniu. Szczerze się uśmiałem. Ale i on chyba przejrzał, bo w kilka miesięcy później przysłał mi list pełen oburzenia i wymówek. Pisał, abym odpiął odznakę sportową i ją oddał, bo niegodny jestem miana sportowca, i wiedział on o moim zamiłowaniu do noży, nawet sam dał mi swój nóż fiński, za to zrewanżowałem mu się później i podarowałem nóż z zakrzywioną rękojeścią. Dajmy mu spokój i tak dostał za swoje. Bardziej szkoda mi mojej dziewczyny. Była ode mnie starsza. Studiowała sztuki piękne. Poznałem ją na treningach. Była to miłość platoniczna, nie skonsumowana, choć bardzo tego chciałem. Jej perswazje łagodziły moje zapędy. Ona znała moją tajemnicę. Zimą 1966 r. w czasie pobytu w Tyńcu pod Krakowem zwierzyłem jej się za swoich skłonności sadystycznych, mówiłem jej, że zadawanie ran sprawia mi przyjemność. Zresztą doznała tego na sobie. Kiedyś znów pojechaliśmy do Tyńca. Chciała coś tam rysować. Szliśmy jakimś wałem, przewróciłem ją na ziemię i przytknąłem nóż do jej gardła. Powiedziałem, że ją zabiję. Była spokojna, mówiła, że to nie ma sensu, przecież ludzie znajdą ciało, a milicja mnie złapie, bo wiadomo, że byłem z nią. Darowałem jej życie, jednak gdy wracaliśmy, znów ją dusiłem, ale ponownie puściłem ją wolno. Widziałem, że moje zachowanie traktowała jako żart, wtedy pokazałem jej szkło, które miałem w kieszeni. Zgłupiała kompletnie, a ja mówię, że przygotowałem je po to, aby po morderstwie poprzecinać jej żyły i upozorować czyn samobójczy, a potem ciało rzucić do rzeki. Gdyby ją znaleźli, wszyscy by potwierdzili, ze z miłości do mnie to zrobiła. Przeraziła się wtedy chyba na dobre. Następnego dnia namówiła mnie, abym poszedł z nią do lekarza. Dali mi jakieś witaminy. Więcej już nie byłem i powiedziałem jej, że i tak to już za późno. Ona jedna wiedziała przed napadem na tę małą, chyba Małgosię, ze muszę kogoś zgładzić. Wtedy jeszcze nie dowierzała. Nie mogłem jej zawieść, więc jak powiedziałem, tak zrobiłem.

    - Jaki miał pan stosunek do nauczycieli?

    - Szanowałem wszystkich, byłem zdyscyplinowany i usłużny. Pilnie wykonywałem różne ich polecenia. Bywało też, że informowałem ich o różnych wybrykach kolegów. Gdy to się wydało, mówili na mnie "donosiciel". Byłem średnim uczniem, nie mieli ze mną kłopotu. Myślę, ze ładnie ich zaskoczyła wiadomość o moim aresztowaniu.

    - Porozmawiajmy teraz choć chwilę o koleżankach z klasy, z klubu.

    - Tak na dobrą sprawę nie miałem prawdziwej dziewczyny bo tak myślę, czy plastyczka, o której mówiłem, była rzeczywiście moja. Nazywali mnie w związku z tym "Lolo erotoman' Byłem chyba wulgarny wobec koleżanek. Jak się nawinęły, klepałem je po pośladkach.

    - Miał Pan jakieś zwierzęta?

    - W domu mieliśmy dwa koty. Były to koty siostry. Może dlatego znęcałem się nad nimi. Kopałem je, rzucałem z pokoju do pokoju, uderzałem o ścianę. Nie mogłem natomiast patrzeć jak prowadzili na rzeź cielęta, jak zabijano kury i świniaki. Płakałem jak bóbr. Może dla złagodzenia ich bólu i ze współczucia lubiłem ich krew. To prawdziwy napój bogów. Świadomość, że pijesz krew. która przed chwilą była żywa, to coś wzniosłego. Wy, którzy zostajecie wśród żywych, nie pojmiecie tego, zrozumieć to mogą tylko wybrani. Ja byłem naznaczony na tej ziemi, aby to odczuwać i sycić swój organizm odchodzącym życiem innych istot.

    - Szkoła to nie sama nauka, jest tez czas na zabawy, na uczestnictwo w kółkach zainteresowań, a jak to było z Panem?

    - Nie należałem do żadnych kółek, bo nie było takich, które mnie interesowały. Wyżywałem się więc w przerwach między nauką i na wspólnych wycieczkach. Jak już mówiłem, zaczepiałem dziewczyny, ale przede wszystkim sprawdzałem swoje umiejętności na kolegach. Zaskakiwałem ich od tylu i dusiłem. Kiedyś Jackowi zarzuciłem sznurek na szyję i tak ścisnąłem, ze przez wiele dni miał ślad na szyi, albo Mańka podduszałem przewodem elektrycznym. Czerwienił się, dusił, ale oswobodzić się nie mógł - taką miałem wprawę. Zabawiałem się w Indian, wydawałem dzikie okrzyki, fingowałem atak, składałem ręce, jakbym celował. Nosiłem z sobą noże, wyciągałem je zawsze na przerwie i pozorowałem rozpruwanie ciała, podrzynanie gardła, zadawanie ciosów. Chciałem pokazać, aby się mnie bali, dziewczynom chciałem tym zaimponować, bo one lubią brutali, i to najbardziej te niewinne, nieśmiałe, co to nie wiedzą rzekomo, po co są stworzone. Lubiłem jak piszczały, chowały się, podniecało mnie to. Goniłem je wtedy a jak dopadłem, udawało mi się nieraz dotknąć ich miejsc niedostępnych i osamotnionych. Dziewczyny mi się podobały. Planowałem różne orgietki z nimi, ale nie zdążyłem ich zrealizować. Wyjeżdżałem też na wycieczki ze szkołą. Byliśmy kiedyś w Oświecimiu. Zachwyciła mnie organizacja i idea obozów koncentracyjnych. Ja wymyśliłbym jeszcze okrutniejsze tortury.

    - Przyzna Pan, ze nie było to normalne zachowanie, czy spotykały Pana za to jakieś przykrości?

    - Na początku budy może tak, ale później - niechby się jakiś znalazł. Choć już w II klasie, gdy pobił mnie silniejszy Janusz, nie dałem za wygraną, wyciągnąłem nóż i zraniłem go w rękę. Już od wtedy wiedzieli, że ze mną to nie przelewki. Wiedzieli, że jestem silny, na ich oczach przebijałem nożem ławki i rzucałem nim celnie, czego oni nie potrafili. W związku z moimi licznymi upodobaniami różnie mnie nazywali. Przede wszystkim byłem określany jako "Lolo" lub "Lolek", do tego dodawali "rozpruwacz", "krwawy" "erotoman", "wariat", "benzyna". Sam nazywałem siebie: "Lolo-rozpruwacz", "Lolo-pirotechnik", "Anastazja" i "AI Capone". Mnie to nie obrażało, no może poza przezwiskiem "Lolo-donosiciel", choć była to prawda.

    - No tak, prawda boli najbardziej. Pomówmy teraz o Pana marzeniach i planach życiowych.

    - Zaskoczę Pana. Byłem cholernie ambitny, chciałem być kimś, mieć dobre stanowisko, coś znaczyć w tym społeczeństwie. Pierwszym moim marzeniem było zostać komandosem. Przypadła mi do gustu ich odwaga, zimna krew, żelazna dyscyplina i twarde życie. Potem marzyłem o karierze wojskowej, chciałem skończyć szkołę oficerską i zostać wysokim dowódcą. Złożyłem nawet podanie do takiej szkoły. Z moich marzeń zdążyło się spełnić jedno, chciałem i byłem katem ludzi, choć myślałem o większej rzezi, o prawdziwym dużym krematorium. Gdyby była wojna, chciałbym być szefem obozu koncentracyjnego, obcinałbym piersi kobiet i kładł je pod hełmy żołnierzy, aby nie uciskały ich w głowę. Marzyły mi się masowe mordy w komorach gazowych, łapanki, ćwiartowanie ludzi. Chciałem wymordować wszystkie kobiety, może poza dwoma - moją siostrą i kuzynką. Niestety, nie zdążyłem. Nie wiem , kto na tym stracił.

    - Ciekaw jestem Pana poglądów i rozumienia pewnych pojęć i zjawisk; czy wie Pan, że morderstwo jest czynem potępianym?

    - Wiem dobrze, o ile pamiętam, to kodeks zakazuje takiego rozstawania się ludzi z życiem.

    - Jak Pan ocenia swoje czyny?

    - Nie mam i nie miałem żadnych obiekcji moralnych.

    - Co to w takim razie jest postępowanie etyczne, zgodne z moralnością?

    - Według mnie jest to takie postępowanie, które sprawia przyjemność, które odpowiada człowiekowi. Co jest przyjemne, to jest moralne. Jeśli wiec mnie sprawiało satysfakcję i zadowolenie zgładzanie ludzi, to było to postępowanie zgodne z moją moralnością. Byłem oburzony, gdy rodzice komentowali opisywane w gazetach wypadki mordu i mówili, że robi to drań. Ja siebie nie uważam za drania. Drań to taki, który jest pijakiem, złym człowiekiem. Ja zaś uważam siebie za dobrego człowieka. Dokonywane przeze mnie mordy to była moja prywatna sprawa. Byłbym złym człowiekiem, gdybym pil wódkę i zadawał się z prostytutkami. Można więc być mordercą i zarazem dobrym człowiekiem, tak jak ja.

    - Przezywano Pana wampirem.

    - Tak, mówiły tak na mnie dziewczęta. Dla mnie wampir to taki osobnik, który zabija młode kobiety, rozkoszuje się widokiem krwi i ją pije.

    - Czy Pan się modli?

    - Teraz już nie, bo i tak nic już nie wymodlę. Kiedyś tak, nieczęsto może, ale tak. Modliłem się o to, aby w szkole nie być pytanym, czy o to, aby planowane morderstwo się udało.

    - Czy rozumie Pan uczucie miłości?

    - Myślę, że tak, przecież kochałem rodziców.

    - W śledztwie mówił Pan jednak, ze nie lubi matki i pragnie śmierci ojca.

    - Faktycznie tak mówiłem, ale było to co innego. Robili ze mną takie dziwne testy, pytali o skojarzenia i tak powiedziałem, ale mogę zapewnić, i to będzie chyba jedyna pociecha dla moich rodziców, że ich kochałem faktycznie.

    - A ból i cierpienie?

    - Samo cierpienie jest pięknem, a zadawanie komuś bólu lub cierpienia jest dziełem sztuki, a nie każdy to potrafi.

    - Pana credo życiowe?

    - Powiem krótko: zabijać i pić krew ofiar, niszczyć ludzi i ich majątek.

    - Jak zrodziła się w Panu chęć zabijania ludzi?

    - Początkowo było to upodobanie, bardzo lubiłem patrzeć na nienaganny profil noży. Było to wiele lat temu. Zbierałem je, kupowałem, wymieniałem, zamawiałem noże według moich projektów. Nosiłem je zawsze przy sobie. Kochałem je i tak myślę, ze była to moja największa chyba miłość - miłość do przedmiotu. Dla mnie nóż był żywym tworem, lubiłem jego mowę, cieszyłem się jego dziełem, równo uciętą połacią mięsa, przebitą deską. Nóż to byłem ja. Stale mnie coś ciągnęło i namawiało, abym spróbował jak nóż wchodzi w ciało człowieka. Bałem się jednak. Obawa przed karą hamowała moją rękę, bo wiedziałem, ze za to wieszają. Rozpocząłem więc od istot nieludzkich, chodziłem na łąki, gdzie było dużo żab. Wbijałem im ostrze kozika w wypukłe brzuszki i rzucałem za siebie. Potem były krety, ptaki i gołębie. Kiedyś spostrzegłem, że krew tych istot robi na mnie dziwne wrażenie. Lubiłem patrzeć, jak spływa po nożu, jak krople padają w ziemię i jeszcze do niedawna żywe wsiąkają w podłoże. Krew ciągle żyła, była ciepła. Potem była rzeźnia w Pcimiu. Patrzyłem jak ubijali cielaki i świnie. Krwi było pełno, jej ciepły zapach podniecał mnie. Piłem szklankami Kiedyś będąc z dziadkiem na wsi, złapałem cielaka za mordkę i zarżnąłem. Była to pierwsza większa sztuka. Stale prześladowała mnie myśl, aby spróbować tego z człowiekiem. Pamiętam, że będąc nieletnim jeszcze chłopcem, nieraz w czasie zabawy z Janką przymierzałem swoją finkę do jej pleców. Nie miałem jednak odwagi wbić noża w jej drobne ciało. Postanowiłem ćwiczyć obycie z ciałem przeciwnika, dusiłem więc kolegów, rzucałem się na nich, uderzałem karate. Ale to ciągle nie było to, bo pragnąłem krwi człowieka.

    - No właśnie, czy tylko dlatego Pan mordował?

    - Wie pan, początkowo po to, aby zdobyć odwagę, jak również dla własnej przyjemności, dla pokonania samego siebie. Później przyczyną była niechęć do ludzi. Wydawało mi się ciągle i to mnie męczyło, że nikt mnie nie lubi, i dlatego ja nikogo nie lubiłem. Pamiętam, że mówiłem o tym do plastyczki, mówiłem jej że będę mordercą, będę zabijał, bo ludzie są dla mnie źli. Mam z tego powodu kompleksy i będę się mścił za najlżejsze szyderstwo, każde złe słowo. Kto tego nie przeżywa, to nie zrozumie moich natarczywych myśli, które nurtowały mnie, nie dawały spokoju, które mówiły, że muszę kogoś zabić. Było to bardzo męczące, a po to, żeby się od tego uwolnić, musiałem wybiec na miasto i gonić za ofiarą. Niektórzy mówili, że wampir działa bez motywów, ale to nieprawda, przecież dogadzałem swoim zachciankom i uwalniałem się od obezwładniających mnie myśli. Pasjonował mnie widok krwi, cierpienie ofiary i dzieło zniszczenia. Prawdę powiedział o tym prokurator "gdyby Kot chciał, to mógł odmówić sobie przyjemności zabijania, lecz nie chciał, bo wolał zabijać".

    - Pokrótce wiemy dlaczego Pan zabijał, wiemy też, że był Pan świadomy, iż nie wolno zabijać, że za to wieszają - czym w takim razie usprawiedliwia Pan zabijanie, jak można było dokonać tak potwornych zbrodni, przecież trzeba do tego odwagi, a i możliwość umknięcia kary jest minimalna?

    - Rozumiem, o co Panu chodzi. Zbrodniarze hitlerowscy usprawiedliwiali przed sobą i przed sumieniem świata swoje niesłychane zbrodnie oddaniem i wierną służbą dla Fuhrera i Vaterlandu, a czym tłumaczy swoje zbrodnie Karol Kot, czyż nie tak?

    - Właśnie o to spytałem.

    - Wytłumaczenie jest we mnie, w moim wnętrzu, w mojej filozofii, w moich poglądach na dobro i zło. Mówiłem już dzisiaj, ze dobrem jest to co sprawia przyjemność, w takim razie, skoro zabijanie dawało mi zadowolenie, wiec jest dobrem, a ja porządnym człowiekiem. Nie jestem wiec draniem czy zbrodniarzem, ale tylko mordercą. Wierze w to, że jestem porządnym człowiekiem. To, że mordowałem niewinnych to moja osobista, prywatna sprawa.

    - Jaką filozofię wcielał Pan w życie, czyli po prostu, co ma Pan na sumieniu?

    - Zaraz, mam tu ze sobą akt oskarżenia, to będzie łatwiej o wszystkim powiedzieć. Był wrzesień 1964 r. Coś od rana chodziło za mną, gnało mnie, nakłaniało, aby kogoś ugodzić nożem. Zabrałem dwa noże i wyszedłem szukać obiektu. Pomyślałem, ze najpewniej będzie zamordować w pustym kościele jakąś starą, modlącą się kobietę. Wpierw zajrzałem do kościoła Kapucynów, a potem do Sercanek. Wszedłem do wnętrza, ukląkłem, przeżegnałem się i tak bezmyślnie czekałem na jakąś starowinę. Jak na złość żadna nie przychodziła. Już wychodziłem gdy w drzwiach zobaczyłem starą kobietę. Gdy uklękła, podszedłem do niej, wyjąłem bagnet i ciosem od dołu dźgnąłem ją silnie w plecy, mierząc na wysokości serca, tak aby cios był śmiertelny. Wyszedłem zaraz z kościoła. W jednej z bram otarłem bagnet palcem. a krew zlizałem. Jeszcze w tym samym miesiącu, kilka dni później musiałem znów kogoś zabić. Spostrzegłem staruszkę i szedłem za nią. Gdy weszła do kamienicy i była na półpiętrze, uderzyłem ją nożem w plecy. Również kolejną ofiarę przyuważyłem na ulicy. Wszedłem za nią do przedsionka klasztoru Prezentek i tam uderzyłem nożem w plecy. Potem w najbliższej bramie starłem krew z noża i palec oblizałem, W lutym 1966 r, było to w niedzielę, nie mogłem usiedzieć w domu. Pojechałem na Kopiec Kościuszki. Dzień był ładny, leżało sporo śniegu. Gdy dochodziłem do Kopca, słyszałem odgłosy jakiś zawodów. Szedł akurat mały chłopczyk, ciągnął za sobą sanki. Spytałem "czy są, tu jakieś zawody lub spartakiada". Odpowiedział, że tak i wskazał jak mam iść. Gdy się odwrócił, przyciągnąłem jego główkę do siebie i prawą ręką uderzałem go nożem w okolicach łopatek i nerek. Wracając, kupiłem ciastka i zawiozłem do domu. W kwietniu tego roku znów poczułem "natchnienie". Wszedłem do jednej z kamienic. Po chwili zeszła mała dziewczynka do skrzynki z listami. Lewą ręką złapałem ją za szyję, a prawą zadawałem nożem ciosy w plecy, brzuch i okolice serca. Noża nie schowałem od razu do pochwy, aby nie zetrzeć krwi. Wracając do domu, wszedłem do KW MO, aby przedłużyć zezwolenie na broń. Muszę też powiedzieć o próbach zabójstwa na koleżankach. Oprócz wspomnianych już dziś dwóch zamachów na plastyczkę, przypominam sobie również trzeci, było to w piwnicy, gdy odmówiła zbliżenia, strzeliłem do niej z biodra, ale chybiłem. Myślałem też o zamordowaniu czterech innych dziewczyn, dwie odmówiły pójścia ze mną na spacer i to je uratowało. Trzecia, której chciałem pomóc zejść z tego świata, nie była sama w domu, a czwartą uratowało to, iż chciałem brzytwą rozciąć jej głowę "od ucha do ucha", ale nie miałem pieniędzy na brzytwę. Jak Pan wie, próbowałem tez zabijać trucizną. Podjąłem cztery próby, ale chyba żadna się nie udała, choć doprawdy nie wiem jak to było możliwe. Kupiłem kiedyś dwie butelki piwa i wsypałem do nich po około łyżeczce uwodnionego arsenianu sodu. Jedną butelką postawiłem w bramie przy ul. Wawrzyńca, a drugą przy ul. Bożego Ciała. Stałem i czekałem, aż się ktoś złakomi. Dopóki wytrzymałem, nikt nie skusił się na piwo. Innym razem butelkę piwa z trucizną postawiłem w bramie przy ul. Dzierżyńskiego, gdzie mieszkała moja koleżanka - w nadziei, że może ona da się złapać. Kolejny raz zadziałałem inaczej. Zabrałem ze sobą sproszkowaną truciznę i po spożyciu obiadu w restauracji "Sielanka" wsypałem ją do stojącej na stole oranżady ale znów nic z tego chyba nie wyszło. Ostatni raz wsypałem truciznę do buteleczki z octem w barze ,,Przy Błoniach". Myślałem tak, jak posmakuje ktoś oranżadę, to może nie dopić i wylać, a w occie nigdy nie wykapuje. Czytałem potem gazety, pytałem, ale nikt nie słyszał o żadnym otruciu. Może ono poszło na konto kogo innego a może lekarze uznali, ze to zawal serca, nie wiem, choć chciałbym wiedzieć. Najgorzej jest przecież wtedy, gdy robota idzie na marne albo coś się zrobi, a z wyniku korzysta ktoś inny. Może już starczy o tych truciznach, muszę się sprężać, więc teraz o moim zamiłowaniu do ognia. Od najmłodszych lat lubiłem zabawy z ogniem. Pamiętam, ojciec nauczył mnie takiej sztuczki: w usta nabierałem naftę, potem ją rozpraszałem w powietrzu i zapalałem zapałkę albo umywalkę napełniałem wodą, na to lałem naftę lub benzynę i podpalałem. Efekty były wspaniałe i tak przyzwyczajałem się do płomienia. Ogień na wojnie jest jednym ze środków niszczenia nieprzyjaciela, to i ja pomyślałem, że trzeba go też wykorzystać w moich planach. Gdy pierwszy raz spróbowałem, był to pamiętam maj, było już ciepło. Wyszedłem ze szkoły, kupiłem ćwierć litra rozpuszczalnika i chodziłem po różnych bramach w poszukiwaniu najlepszego obiektu na podpalenie. Pamiętam, że na ul. Gołębiej znalazłem poddasze z drewnianym schowkiem i jakimiś papierami. Polałem je rozpuszczalnikiem i podpaliłem. Wyszedłem, a gdy po jakimś czasie wróciłem, aby zobaczyć jak pali się dom, zdziwiłem się, nie było nawet dymu. W tydzień później podpaliłem drewnianą ubikację na strzelnicy, ale ugasił ją dozorca. W czerwcu wszedłem do piwnicy domu przy Straszewskiego. Leżało tam sporo szmat i papierów. Polałem je benzyną i podpaliłem. Czekałem potem długo na ulicy, ale tez bez efektu. Widzi Pan, jak miałem się nie denerwować, skoro nic mi nie wychodziło, nie miałem po prostu szczęścia, a teoretycznie to wszystko wyglądało tak oczywiście. Po co te moje przygotowania, studiowanie podręczników, wyrabianie zręczności, kiedy nie mogłem tego wykorzystać. Czuję taki niedosyt, a głupio umierać ze świadomością, że nie spełniło się swojego posłannictwa na tym świecie, może na tamtym, w uznaniu zasług, będę jakimś szefem destrukcji, ale Pan i tak mi w tym nie pomoże. Wezmę z sobą akt oskarżenia i wyrok, może to ich przekona.

    - Co Pan czuł w momencie zabijania?

    - Chce Pan dotknąć moich czułych miejsc, a niech tam. Każdy mój czyn poprzedzała dziwna myśl, taka natrętna, drążąca cały mózg, dręczyła mnie, prześladowała, chodziła za mną, krępowała moje poczynania. Nie mogłem spać, uczyć się, cierpiałem okrutnie. Musiałem więc szybko myśleć, gdzie i kogo zabić. Warunki zbrodni były niby proste, musiałem być ja, musiała być ofiara i musiał być spokój. Szukałem ofiary w miejscach odludnych, a więc w kościołach, na oddalonych peryferiach miasta czy na pustej klatce schodowej. Z ofiarą musiałem być sam na sam, choćby przez ułamki sekundy, ale sam. Gdy tak nie było, potrafiłem zrezygnować. Prokurator w związku z tym, że potrafiłem zaatakować tylko słabszych ode mnie i gdy byli sami, nazwał mnie tchórzem A co, miałem zabijać na oczach setek, kto wtedy za mnie zabijałby następnych. Czcza demagogia. Przed samym momentem uderzenia, gdy stwierdziłem, że są do tego warunki, ogarniało mnie silne podniecenie, którego nie mogłem opanować. W chwili zaś uderzania miałem jakieś zakłócenia w widzeniu, choć cios pierwszy i ostatni rejestrowałem dobrze, a te środkowe to waliłem na oślep. Przyjemności doznawałem, gdy nóż wchodził w mięso, jest to uczucie nie do opisania, przeżycie warte jest szubienicy. Zazdroszczę chirurgom, jak tak na okrągło tną ciało, tyle że brak im tej atmosfery, tego napięcia, ze ktoś ich nakryje, a w dodatku pacjent nic nie przezywa, bo jest uśpiony. Kiedy przykładałem nóż do gardła plastyczki, chciałem widzieć obłędny strach i grozę w jej oczach, słyszeć krzyk rozpaczy i przerażenia, błaganie o darowanie życia, a po wbiciu ostrza - słyszeć rzężenie konającej. Dlatego też tak rzadko uciekałem się do innych narzędzi. W przypadku użycia trucizny przyjemnie byłoby jedynie przeczytać w gazecie, że ktoś się otruł w restauracji, bo można wyobrazić sobie jego cierpienia przed śmiercią.

    - Czy mordowanie dawało Panu zadowolenie seksualne?

    - Cierpienie ofiary dawało mi zadowolenie, ale czy było to zadowolenie ze sfery seksualnej, tego nie wiem, bo nigdy nie doznałem zadowolenia z kobietą. Mogę jedynie opisać, jak się czułem po mordzie. Momentalnie się uspokajałem, byłem jakiś swobodny, złe głosy odstępowały ode mnie, lepiej spałem, nie czułem potrzeby biegania za ofiarą, byłem zadowolony jak po otrzymaniu oczekiwanego prezentu.

    - Z tego co słyszałem w sądzie i co dziś Pan mówi można wnioskować, że przestępcze działanie Pana było przemyślane, podstępne i chytre. W Tyńcu przed próbą zamachu na plastyczkę udawał Pan zwichnięcie nogi, przed atakiem pod Kopcem Kościuszki uśpił Pan czujność tego chłopca, zagadując go na temat zawodów, gdy Małgosia dochodziła do skrzynki z listami, udawał Pan, ze jej nie widzi, przed wbiciem noża w ciało jednej ze staruszek klęczał Pan i odmawiał modlitwę itd. itd.

    - Ma Pan rację, bo ja potrafiłem zabijać, robiłem to jak nikt inny. Proszę zauważyć, że działałem w otoczeniu tysięcy ludzi, a jednak nie ujęto mnie na gorącym uczynku. Nie byłem przecież szaleńcem - jak słusznie mówił prokurator - który opętany żądzą mordu biega po mieście z nożem w ręku i uderza bez zastanowienia, gdzie popada. Ja działałem z rozeznaniem, przez to byłem groźny i nieuchwytny.

    - Jak Pan scharakteryzowałby swoje zachowanie się po czynie?

    - Jako czujne i ostrożne, ale był i czas na cieszenie się z dobrej roboty. Przede wszystkim uciekałem z miejsca przestępstwa, a odprężenie, jakiego doznawałem po czynie, pozwalało mi zachowywać się normalnie i nie popełniać błędów. Dlatego też, jak już dzisiaj mówiłem, po ataku na Małgosię spokojnie poszedłem do KW MO przedłużyć ważność pozwolenia na broń, a potem zjadłem obiad. Po zabiciu Leszka pod Kopcem pojechałem do kolegi, oglądaliśmy albumy i prospekty, a potem kupiłem ciastka i pojechałem do rodziców. Po każdym czynie przez jakiś czas nie nosiłem ze sobą noży, a nóż, którym zabiłem Leszka, oddałem nawet na przechowanie plastyczce. Zwłok nie starałem się nawet ukrywać, przecież małego Leszka mogłem wrzucić do pobliskiego wąwozu i długo by go nie znaleźli. Jedynie gdy chodzi o plastyczkę, planowałem upozorować samobójstwo i wrzucić jej ciało do Wisły, ale to zrozumiałe, bo gdybym tego nie zrobił, to zabójstwo skojarzono by zaraz ze mną, a tak to jeszcze współczuliby mi, że straciłem dziewczynę. Chwilą radości dla mnie po czynie było, gdy ścierałem palcem krew z noża, a potem go oblizywałem. Robiłem to jak najszybciej, w pierwszej lepszej bramie.

    - Jak dziś ocenia Pan swoje zachowanie, czy wyraża żal lub skruchę z tego powodu?

    - Ja się cieszyłem z tego, co udało mi się zrobić. Gdy w gazecie ukazało się zdjęcie Leszka, pobiegłem do kolegi i pochwaliłem się, że to moje dzieło, planowałem nawet tymi zdjęciami wytapetować swój pokój. Gdy zaś nożem podźgałem Małgosię, to nie mogłem powstrzymać się, aby nie powiedzieć o tym plastyczce. Nie żałuję niczego, a gdybym mógł, mordowałbym dalej. Do żalu musi być jakiś powód, fakt zaś ewentualnej kary śmierci nie wzbudza we mnie żalu, bo wierzę w przeznaczenie, będzie tak, jak być musi. Jak się coś robi dla przyjemności lub z namiętności, to według mojego pojmowania prawa nie jest to przestępstwo. Nie wiem, dlaczego nie rozumie tego prokurator i twierdzi, ze to art. 225. Gdyby chodziło o zabójstwo na tle rabunkowym lub z zemsty, to tak, trzeba dawać dookoła wojtek lub huśtawkę tzn. dożywocie lub karę śmierci, ale mnie, za co, no za co, czy ktoś zdoła mi to przetłumaczyć. Pytał Pan też o skruchę - otóż powiem, że nigdy skruchy nie czułem. Prawdą jest, ze w śledztwie mówiłem, że żałuję tego, co zrobiłem, ale tylko dlatego, ze milicjanci tak nudzili mnie napominałem o skrusze, ze wreszcie powiedziałem, jak chcieli. Ale za to już przed sądem mówiłem prawdę, ze nie czułem i nie czuję żadnej skruchy, no bo niby dlaczego.

    - Czy współczuł Pan ofiarom, tym które przeżyły, one przez wiele miesięcy walczyły ze śmiercią, cierpiały?

    - Uczucie współczucia znam dobrze, ale jeśli komuś współczułem, to tylko sobie. Nigdy nie przyszło mi na myśl, ze należy współczuć ofiarom czy ich rodzinom. Cieszyła mnie moja robota, krew, śmierć, cierpienie ofiar i to było najważniejsze. Powiem więcej, gdy się dowiedziałem, że niektórzy wylizali się z moich uderzeń, to byłem zły na siebie, że mogłem tak spartaczyć robotę.

    - A obawa przed ujęciem?

    - Mógłbym powiedzieć, że się nie bałem, i musiałby Pan przyjąć to za dobrą monetę, ale ja powiem prawdę, bałem się przez jakiś czas po czynie, stąd - jak mówiłem - nie nosiłem ze sobą tego noża, którym zabiłem, przez kilka dni. Potem wszystko ustępowało i czekałem, kiedy najdą mnie myśli, żeby ruszyć w Kraków na polowanie.

    - Pana krwawe konto stale się powiększało, czy nie było momentów refleksji, że należy się opamiętać i zaprzestać dalszych morderstw?

    - Wie Pan, ze mną było jak w tym porzekadle "ciało puszczone w ruch puszcza się dalej". To był taki nałóg, jak w niego wpadłem, nie mogłem żadną miarą z niego się wydostać. Zresztą muszę szczerze powiedzieć, że nawet na myśl mi me przyszło, aby z niego się wygrzebać, myśli były ode mnie silniejsze, one dowodziły moim umysłem, ja byłem jak posłuszny żołnierz. Prawdą jest, ze zwierzałem się z moich wyczynów, ale nie po to, aby osoby, którym to mówiłem, ratowały mnie. Najwięcej wiedziała plastyczka. Powiedziałem jej nawet o tym, że wsypałem truciznę do butelki octu w restauracji. Ona chyba chciała mnie ratować. Wiedziałem, że już za późno, ale dla świętego spokoju poszedłem z nią do lekarza. Jeden raz, więcej nie poszedłem.

    - Czy utkwiły w Pana pamięci jakieś szczególne momenty ze śledztwa?

    - Tak, chodziło o okazywanie mnie staruszkom, które uderzyłem w kościele i które przeżyły. Jedna, pamiętam, wskazała na mnie i powiedziała "to bydlę napadło mnie w kościele". Zdenerwowało mnie to, że mówiła prawdę, a ja jej to umożliwiłem, partacząc robotę. Gdy druga staruszka też wskazała na mnie, nie wytrzymałem i przy milicjantach walę prosto z mostu: "dobrą ma pani pamięć, niech pani podejdzie do mnie, to do reszty z pani farbę wytoczę".

    - Pomówmy chwilę o procesie, o Pana zachowaniu się na rozprawie.

    - Sądowi i dziennikarzom nie podobało się moje pogodne usposobienie. Chcieli, abym wył z bólu, szlochał i mdlał. To co miałem udawać i wtedy byłbym "dobrym"? Ja byłem sobą. Co w tym złego, że gdy sąd kazał mi wyjaśniać, ja spytałem, czy dobrze słychać przez te mikrofony i czy mogę już zaczynać. Nieraz sąd przywoływał mnie do porządku i żądał powagi. Albo gdy sąd pytał jak z moim zdrowiem w więzieniu, a ja powiedziałem, że jem, śpię dobrze, a nawet przytyłem - to co, miałem powiedzieć nieprawdę, ze schudłem, bo przeżywam tragedię życiową. Prawda, że nieraz śmiałem się i bawiłem, gdy zeznawali świadkowie. Śmiałem się z kłopotliwej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Śmieszy mnie shocking profesorów, trenera, kolegów, gdy w układnym, grzecznym chłopcu odkryto przed nimi twarz okrutnego mordercy. Nie obyło się bez incydentów. Matka Leszka dwukrotnie próbowała mnie uderzyć torebką, w twarz, ja również zaatakowałem fotoreportera, bo mnie sprowokował, huknąłem go dwa razy w brodę, chyba popamiętał Kota. Wybaczy Pan, że nie powiem o dwóch krytycznych momentach w procesie, gdy zrobiło mi się słabo. Kolega mówił o planowanych przez nas orgietkach i nie wytrzymałem.

    - Dużo czasu w toku procesu zajęła sprawa Pana poczytalności.

    - Nie jest to przecież chyba normalne, ze 19-letni chłopak ma już tak spaćkane sumienie. Mówiłem o tym plastyczce, powiedziałem jej, ze jestem chyba chory na schizofrenię lub psychopatie, bo zabiłem dwóch lub trzech ludzi. Biegli byli innego zdania, twierdzą, że nie jestem chory. Ja myślę sobie tak, czemu moi koledzy, rówieśnicy nie popełniali takich czynów jak ja, a skoro ja mordowałem i jestem zdrowy psychicznie, jak i oni, to chyba dla nich jest krzywdzące, że zaliczam się do tego samego grona normalnych chłopaków, ale trudno, biegli są mądrzejsi. Prokurator miał na to gotową odpowiedź. Mówił, że przecież wielu groźnych przestępców też było normalnych. Mówił o jakimś dusicielu 8 pielęgniarek z Chicago, o facecie, który ukrył bombę w samolocie, powodując śmierć 44 osób, oraz o pielęgniarzu z Niemiec, który dla popsucia reputacji lekarzowi otruł arszenikiem kilkunastu operowanych przez niego pacjentów. Widzi Pan, w jakim jestem towarzystwie. Nie wiem, czy Pan wie, że siedziałem w sądzie na tej samej ławie oskarżonych, na której byli przede mną Mazurkiewicz i Zdanowicz. Czyżby do trzech razy sztuka?

    - Wróćmy do Pana ostatniego słowa w procesie.

    - Nie powiedziałem nic, przecież to nie miało sensu. Sąd mnie wyraźnie naciągał na wypowiedź, pytano, czy mam może prośbę w sprawie wyroku - powiedziałem też, że nie.

    - Czy znalazłby Pan jakieś pozytywne cechy u Karola Kota?

    - Sam prokurator powiedział, że nie miałem amputowanego sumienia i miał rację, mogę wymienić wiele dobrego u Kota, choćby to, że był bardzo wrażliwy, użalał się nad losem cieląt i trzody chlewnej pędzonej na rzeź, płakał z powodu otrucia psa, potępiał zadawanie się z prostytutkami, kradzieże, picie alkoholu, przebywanie w złym towarzystwie, nieuctwo i brak zdyscyplinowania, był prawdomówny i ambitny, marzył o karierze wojskowej, uprawiał sport i osiągał w nim liczące się wyniki, przeżywał niepowodzenia w nauce, darzył sympatią plastyczkę, był religijny. Gdy tak mówię o Karolu Kocie, to aż nie chce mi się wierzyć, że to ja, bo tyle tego pozytywnego, a tymczasem skazany jestem, choć nieprawomocnie, na karę śmierci.

    - Dlaczego w takim razie tak ułożyły się losy Karola Kota, czemu nie pielęgnował i nie rozwijał tych cech pozytywnych?

    - W ten sposób wracamy do początku rozmowy, może wiec powiem tylko, że dużo nad tym myślałem i doszedłem do tego, że niemało w tym winy mojej rodziny, a konkretnie mojego dziadka, który byt tęgim rozrabiaką. Jestem więc może dziedzicznie obciążony, choć dziadkowi daleko do moich wyczynów. Przerosłem go. Dobrze, że ja nie miałem dzieci, co by z nich wyrosło, gdyby miały mnie prześcignąć w zbrodniach. Czy to nie jeszcze jedna pozytywna cecha Kota, że nie zostawił po sobie zbrodniczego potomstwa?

    - Czego się Pan obawia obecnie?

    - Śmierci, własnej śmierci, choć staram się o tym nie myśleć. A gdy takie chwile przychodzą, odsuwam je od siebie.

    - A więc strach przed karą, boi się Pan, bo sytuacja zagraża życiu a to, że Pan sam tylu wysłał na tamten świat, to nie robiło na Panu wrażenia?

    - W chwili zbrodni nie myślałem o karze dla siebie, lecz o przyjemności. Teraz boję się kary, chcę żyć, ale wiem, ze mój los został przesądzony już w chwili pierwszego mordu. Co mi teraz zostało, to tylko przygotować sobie watę, żeby stryczek za bardzo nie uwierał.

    - Co by Pan robił w razie zwolnienia z więzienia?

    - Kpi Pan sobie ze mnie, dlatego na więcej pytań już nie odpowiem. Choć muszę dodać na pożegnanie, ze miałem bogate plany zbrodnicze, o których myślę z ubolewaniem, że ich nie zrealizowałem. Przede wszystkim miałem mordować młode dziewczyny. Wymyśliłem cały przebieg poszczególnych morderstw, wiele miało mieć postać orgietek zakończonych torturami i śmiercią. Planowałem też wysadzenie wiaduktu kolejowego, mordowanie dzieci i starych. Nie zdążyłem, trudno.

    - Skoro kończymy już naszą rozmowę, powiem szczerze, iż według mojej orientacji będzie Pan najprawdopodobniej stracony. Trudno nawet przecież myśleć, że wyrok Sądu Wojewódzkiego ulegnie zmianie w drugiej instancji, przed Sądem Najwyższym. Rozstanie się więc Pan z życiem, mając tyle zła na koncie, tyle wyrządzonych nieszczęść i bólu, czy nie widzi Pan potrzeby choćby moralnej rekompensaty tym osobom, ich rodzinom?

    - Niedługo spotkam się z ofiarami, tam gdzie się wybieram, to sobie pogadamy, tu na ziemi nie mam z kim rozmawiać.

    Po tej rozmowie rewizję od wyroku Sądu Wojewódzkiego w Krakowie wnieśli do Sądu Najwyższego prokurator (bo sąd skazał Kota na karę śmierci jedynie za zabójstwo Leszka C.) oraz obrońcy. Sąd Najwyższy w składzie zwykłym, wyrokiem z 22 listopada 1967 r., zmienił wyrok i skazał Karola Kota na karę łączną dożywotniego więzienia. Zdaniem bowiem sądu, młodociany wiek oskarżonego i stwierdzona u niego psychopatia stanowią przesłanki przemawiające przeciwko wymierzeniu mu kary śmierci. Od tego prawomocnego wyroku rewizję wniósł Prokurator Generalny PRL. W dniu 11 marca 1968 r. Sąd Najwyższy w składzie siedmioosobowym ogłosił wyrok : Karol Kot został skazany łącznie na karę śmierci (w tym za zabójstwo Leszka C. i usiłowanie zabójstwa Małgosi P. na karę śmierci) i utratę praw obywatelskich na zawsze. W uzasadnieniu sąd podał m.in., że "szczególnie okrutny sposób działania oskarżonego przy zabójstwie 11-letniego Leszka C. i próba zabicia 7-letniej Małgorzaty P., godzenie w bezbronne istoty, jego cynizm i brak skruchy sprawiają, że jedynie słuszną karą za nie jest kara śmierci". Rada Państwa PRL nie skorzystała wobec Karola Kota z prawa łaski i wyrok wykonano w dniu 16 maja 1968 r.
    Przerażenie ogarnia na myśl, co by się stało, gdyby Karol Kot pozostał wśród żywych.

    #gruparatowaniapoziomu #mordercy #krakow #kryminalistyka
    pokaż całość

    •  

      @SCHODOV: Zrobiłbyś znalezisko z tego, taki długi wpis na mirko ciężko sie czyta.

    •  

      @SCHODOV: Co mi od początku nie pasowało w tym tekście, to wzmianka o karate niby ćwiczonym przez Kota. Wydawało mi się, że w Polsce jeszcze wtedy nie było karate. Poszperałem po sieci i wszystkie źródła podają, że karate w Polsce pojawiło się pod koniec lat 60/na początku 70. Pierwsza oficjalna sekcja powstała w 1972, właśnie zresztą w Krakowie, a od 1968 roku karate było nauczane nieoficjalnie przez Andrzeja Drewniaka pod przykrywką "samoobrony judo". Nie ma żadnych informacji o karate w Polsce przed rokiem 1968. A w 1968 Kota już stracono.
      Kot twierdzi w tym wywiadzie, że karate ćwiczył "od czwartej klasy" - jak przypuszczam, technikum, a nie podstawówki :) - a aresztowany został w roku 1966, niedługo po maturze. Ponieważ technikum było pięcioletnie, musiałby ćwiczyć od roku 1965. Wygląda to na niemożliwe.
      Chyba że jego "ćwiczenie" polegało tylko na powtarzaniu ruchów podglądniętych gdzieś w zagranicznych filmach, i po prostu w wywiadzie się przechwalał. Albo autor wywiadu konfabuluje :)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (13)

  •  

    Ten młody chłopiec to urodzony 18 grudnia 1946 roku Karol Kot. Uczeń technikum energetycznego wywodzący się z dobrej rodziny, wychowany na krakowskim Kazimierzu przy ulicy Meiselsa 2.
    Był członkiem klubu strzeleckiego zakochanym w wojsku, śmierci i broni palnej oraz białej. Za czasów wczesnej młodości zakradał się do rzeźni w Pcimiu, uczestniczył w zabójstwach bydła i pił krew zwierząt. Podczas powrotu zabijał napotkane zwierzęta. Już w latach szkolnych bawił się i groził rówieśnikom.

    Nosiłem ze sobą noże, wyciągałem je zawsze na przerwie i pozorowałem rozpruwanie ciała, podrzynanie gardła i zadawanie ciosów. Chciałem pokazać, aby się mnie bali, dziewczynom chciałem tym zaimponować, bo one lubią brutali.
    21 września 1964 roku dokonał pierwszego ataku. Dwa dni później otrzymano kolejne zgłoszenie gdy znaleziono na Starym Mieście ranną starszą kobietę. Sprawca był śmiały, zaledwie tydzień później (29 września), jego pierwszą śmiertelną ofiarą została 77-letnia Maria Plichta. Została ugodzona w plecy w godzinach popołudniowych bagnetem w kościele sercanek przy ulicy Garncarskiej 24/sióstr prezentek przy ulicy Św.Jana 7 w Krakowie.

    pokaż spoiler Są różne źródła, jednak prawdopodobnie jest to ten drugi, w aktach mówi się o tym, jednak sam mówił o sercankach.

    Początkowo nie poczuła rany, zorientowała się dopiero w domu z którego wezwała już bezskuteczną pomoc. Mimo tego, że została przeprowadzona w warunkach szpitalnych. Chirurdzy po zbadaniu rany stwierdzili, że kobieta nie ma obrażeń wewnętrznych i podczas krótkiej obserwacji nastąpił zgon. Śledztwa umorzono z powodu niewykrycia sprawcy.

    Za cel obierał głównie starsze, bezbronne kobiety, co w czasach PRL-u wywołało w Krakowie falę strachu i psychozy. Skala zjawiska była tak ogromna, że na pogotowie przywożono kobiety z błahymi urazami takimi jak połamanie kończyn, a okazywało się, że mają na plecach ogromne pokrywki od garnków lub blachy, ponieważ wiedziały, że sprawca atakuje od tyłu.
    W 1,5 tygodnia Kot postawił na nogi całą milicję i wydawano liczne ostrzeżenia w prasie.
    W pewnym momencie za swój cel obrał dzieci.
    Drugą jego śmiertelną ofiarą 1,5 roku później (13 lutego 1966) był 11-letni Leszek Cołek wracający z zawodów saneczkowych na Kopcu Kościuszki.

    Po 6 ciosie poczułem, że leci mi z rąk. Dziwię się ludziom, że unikają i narzekają na trzynastego, a tymczasem okazuje się, że trzynasty może być wspaniałym dniem.
    W tym momencie nie było już wątpliwości, że nie był to przypadek i działał z wysoką premedytacją. Wywnioskowano to po ogromnej ilości ran, o wiele większej, niż jest potrzebna do zabicia dziecka (tzw. "nadzabijanie"/"overkill").
    W kwietniu 1966 roku zaatakował siedmioletnią Małgosię na ul. Sobieskiego przy okazji jej zejścia do skrzynki na listy. Prawdopodobnie powodem było to, że nie spotkał polonistki na której chciał się zemścić za zabranie noża podczas lekcji, a jak sam mówił "czuł potrzebę zabicia". Dziewczynka miała dużo szczęścia i mimo jedenastu ran zadanych kordelasem miała ogromne szczęście gdyż przeżyła.

    To podejście sprawiło, że znacznie zbliżono się do identyfikacji sprawcy, mimo, że niemal zignorowano trafne zeznania i opis Kota przez taksówkarza (stwierdzono, że miały one pobudki prywatne). Analiza była ciężka, ponieważ nie mordował z powodów rabunkowych czy też seksualnych. Zabijał dla dzikiej przyjemności, a jego modus operandi uległo szybkiej zmianie w momencie, w którym "zaspokoił swoje potrzeby". Prawdopodobnie dla większej przyjemności i utrudnienia wykrycia zmienił typ ofiary i sposób zadawania ciosów.
    Po napadach na dzieci zaczęto dogłębnie profilować sprawcę poprzez zeznania środowiskowe na podstawie ubioru gdyż stwierdzono, że jest to jedna i ta sama osoba (głównym znakiem rozpoznawczym była tarcza szkoły na ramieniu). Przełom jednak nastąpił w momencie, w którym na policję zgłosiła się jego bliska znajoma z klubu strzeleckiego (uważał ją za swoją dziewczynę), której kilkukrotnie się chwalił i rzucił się na nią z nożem grożąc śmiercią. Początkowo twierdziła, że to wytwór jego wyobraźni oraz głupi żart. Jednak szybko postanowiła to zgłosić ponieważ opowiedział jej szczegółowo o ataku na dziewczynkę, który później potwierdziła prasa.

    Na swoim koncie miał też 4 podpalenia i próby otrucia. Dla rekreacji trucizny w barach i dosypywał je znajomym, usiłował to zrobić sześciokrotnie (ani razu mu się to nie udało).

    Po tych zeznaniach ujęto go 14 lipca 1966 roku (w wieku 22 lat), niemal po zakończonych maturach (obserwowano go celowo do nich i pozwolono mu je zdać, prawdopodobnie by wykorzystać ten fakt do udowodnienia, "że jest normalny"). Początkowo nie przyznawał się do zarzucanych czynów (nie zostawiał żadnych śladów, więc udowodnienie winy było utrudnione), a i środowisko nie twierdziło by był do tego zdolny.

    Nikt nie wierzył, że młody, miły chłopiec o sympatycznej buzi może być bestią. Wyróżniał się, ale nikt nie przypuszczał, że to może być on. Był nadpobudliwy i ludzie byli pewni, że zaczepienie go może się skończyć agresją. Przeciętny uczeń, lecz pilny (na tyle, że studiował na własne potrzeby podręczniki anatomii długimi godzinami), dlatego też był stawiany za wzór. Wszyscy wiedzieli, że niezdrowo interesuje się bronią, miał dużą kolekcję a jego zeszyty były gęsto pokryte rysunkami broni. Nazywano go w żartach "krwawy Lolo", "Lolo rozpruwacz".

    Gdy już przyznał się do popełnionych zbrodni (w wyniku konfrontacji z ofiarami które przeżyły i go rozpoznały) opisywał je w zeznaniach i wizjach lokalnych z niezwykłą dumą i emocjonalnymi szczegółami. Nie krył też zamiarów, planów, widok krwi wywoływał na jego ustach uśmiech jak nic innego. Psychiatrzy stwierdzili, że był klasycznym sadystą, który z zabijania zrobił sobie jeden z najważniejszych celów życiowych.
    W zeznaniach powiedział:

    Warto było zabijać, nie żałuję tego.
    Przy badaniach psychiatrycznych odnaleziono typowe dla psychopatów zaniki pewnych części mózgu, inne badania mówią, że miał nieznaczne zmiany psychiatryczne odpowiadające za niepoczytalność, jednak pozwalające na sądzenie jako zdrowego człowieka, świadomego swoich czynów.

    Nie jestem zaskoczony i zdziwiony tym, że psychiatrzy uznali mnie za całkowicie poczytalnego, bowiem ja również za takiego się uważam. Chciałbym tylko przeczytać wszystkie notatki prasowe, jaki na mój temat zostały opublikowane.
    Na rozprawie również nie ukazywał skruchy, wręcz przeciwnie - pokazywał jak bardzo go to bawi, jest z tego dumny i nawet machał do znajomych ze szkolnych ławek.

    Wiem o tym, że nie można zabijać... ale mimo to postanowiłem zabijać, bo to sprawiało mi przyjemność. Oczywiście mogłem sobie odmówić tego rodzaju przyjemności, gdybym chciał, ale nie chciałem, to wolałem zabijać. Właściwie to niczego nie żałuję, nie żal mi też ludzi, których skrzywdziłem. Gdybym nie został zatrzymany, to zapewniam, że robiłbym to samo, to znaczy w dalszym ciągu zabijałbym ludzi dorosłych i dzieci.

    Podczas sekcji znaleziono u niego rozległy guz mózgu (znaleziony również u Charlesa Whitmana) prawdopodobnie odpowiedzialny również za odczuwanie agresji i lęku.
    Równy rok później ogłoszono wyrok kary śmierci, jednak w wyniku odwołania został on zmieniony na karę dożywocia. W tym momencie wkroczył jednak Prokurator Generalny i wniósł o rewizję nadzwyczajną. Jej skutkiem było z dniem 17 marca 1968 roku utracenie honorowych praw obywatelskich i powieszenie "Wampira z Krakowa" dnia 16 maja 1968 roku (w wieku 24 lat).

    Postać Kota przejawia się w wielu tworach literackich, muzycznych (bardzo rozsławił tą sprawę Świetlicki) i filmach (równie dokumentalnych, jak i inspirowanych jego historią). Najpopularniejszym i zawierającym najwięcej informacji jest "Był sobie chłopiec" na podstawie którego powstał ten wpis.

    Jeśli któryś z krakusów dotarł do tego momentu to proszę o odpowiedź na pytanie - czy historia Kota w piędziesięciolecie jego stracenia była żywa w mieście i czy ogólnie jest?

    pokaż spoiler Źródła: głównie film pt. "Był sobie chłopiec", wikipedia oraz wiedza własna.
    To, co napisałam zawiera zapewne mnóstwo błędów gramatycznych, za co przepraszam, ale jednak pisałam to przez 3 bezsenne godziny na telefonie.

    #gruparatowaniapoziomu #krakow #historia #prl #kryminalistyka #seryjnimordercy
    pokaż całość

    źródło: gfx.antyradio.pl

    •  

      jak to się stało, że stwierdzono iż jest psychopatą i że jest poczytalny? To się nie wyklucza?

      @whiteglove: Nie wyklucza się.
      Człowiek niepoczytalny nie zdaje sobie sprawy z tego, co robi.
      Psychopata znakomicie zdaje sobie sprawę z tego, co robi, co więcej, bardzo często precyzyjnie to planuje - on po prostu nie widzi w tym, co robi, niczego złego.
      Psychopata jest pozbawiony empatii (ale świetnie potrafi udawać uczucia), nie potrafi nikomu współczuć, natomiast nie jest pozbawiony rozpoznania swojego postępowania, z tego sobie świetnie zdaje sprawę. Jest całkowicie poczytalny.
      pokaż całość

      +: Twinkle
    • więcej komentarzy (109)

  •  

    Zaznacz odpowiedź.

    • 0 głosów (0.00%)
      Medytacja? A co to?
    • 5 głosów (6.41%)
      Nigdy nie próbowałem i nie zamierzam.
    • 16 głosów (20.51%)
      Kiedyś może spróbuję.
    • 12 głosów (15.38%)
      Czasami medytuję.
    • 4 głosy (5.13%)
      Medytuję regularnie.
    • 41 głosów (52.56%)
      Arka Gdynia kurwa świnia.
  •  

    Dzisiaj w 1657 r. w Janowie Poleskim zginął męczeńską śmiercią jezuita Andrzej Bobola herbu Leliwa.
    Wiki tak to opisuje - Z pojmanego kapłana zdarto suknię kapłańską, na pół obnażonego zaprowadzono pod płot, przywiązano do słupa i zaczęto bić nahajami, z zamiarem, by wyrzekł się wiary. Następnie oprawcy ucięli świeże gałęzie wierzbowe, upletli z nich koronę na wzór Chrystusowej i włożyli ją na jego głowę oraz zaczęli go policzkować, aż wybili mu zęby. Potem wyrywali paznokcie i zdarli skórę z górnej części jego ręki. Odwiązali go i okręcili sznurem, a dwa jego końce przymocowali do siodeł. Andrzej musiał biec za końmi, popędzany kłuciem lanc, a oprawcy dodatkowo torturowali go szablami, raniąc mu palce, nogę oraz przekłuwając oko.
    Na koniec zawleczono go do rzeźni miejskiej, rozłożono na stole i zaczęto przypalać ogniem. Na miejscu tonsury wycięto mu ciało na głowie do kości, na plecach wycięto mu skórę w formie ornatu, rany posypano sieczką oraz odcięto mu nos, uszy i wargi. Kiedy z bólu i jęku wzywał imiona Jezusa i Maryi, w karku zrobiono otwór i wyrwano mu język oraz grubym szydłem rzeźniczym podziurawiono mu lewy bok. Potem jego ciało szarpane konwulsjami powieszono twarzą do dołu. Katusze i straszne tortury trwały około dwóch godzin, po których uderzeniem szabli w szyję dowódca oddziału zakończył około godziny 15. jego nieludzkie męczarnie, powodując śmierć.
    #wiara #katolicyzm #historia
    pokaż całość

  •  

    Czytając wątek o cenie wody na lotnisku, który jest w gorących pomyślałem, że podzielę się pewną historyjką, która mi się przydarzyła, może ktoś polubi #lotnisko #krakow #balice

    Więc kilka tygodni temu miałem samotny przelot zagraniczny rejsowym samolotem jednej z tanich linii. Bilet wcześniej kupiony na świeżo założone konto i normalnie wcześniej zrobiona odprawa online. Będąc na miejscu ma się trochę czasu do zbicia, więc a to tu sobie pójdziesz zobaczyć co się dzieje, to tu sobie skorzystasz z kibelka, tu zapytasz za czym kolejka ta stoi - i jakoś ten czas leci, normalka. Dla tych co się nie orientują na loty zagraniczne "traci się" dosyć więcej czasu, niż na krajowe; różnica jest typu "musisz być co najmniej 2h przed odlotem" - a - "możesz wbiec do samolotu jak ten będzie już kołował po pasie" ( ͡° ͜ʖ ͡°) Druga ważna kwestia - ze względu na procedury bezpieczeństwa, zaostrzone bodajże po 9/11, NIE WOLNO ci mieć ze sobą płynu o pojemności większej, niż 100 ml na tzw. "bramkach" -- tam gdzie groźni panowie przyglądają się kto wygląda podejrzanie, kręcąc się w miejscu albo nerwowo rozglądając, podczas gdy inni "groźni" panowie: jeden na zmianę macha łapką do ludzia w kolejce "go" albo "stop", a inny przysypia przy ekranie skanera bagażu podręcznego (który wnosisz ze sobą na pokład; duży bagaż główny zdaje się wcześniej w innej kolejce xd)
    Ale niech was ten obrazek nie zmyli - są momenty gdzie czasem widać jak czujni są i jaka to musi być męcząca też praca - sam też byłem świadkiem jak lasce po przejechaniu bagażu po taśmie haltują ją na zasadzie - "hola hola ty tu stój i bezradnie patrz, jak rozpieprzam ci w torbie wszystko to co tak misternie składałaś" -- ale tym razem krótka piłka: człowiek do tej pory obserwujący monitor, podchodzi do torby i jakby bez zastanowienia: rozsuwa zamek torby, otwiera torbę, wyciąga z niej kosmetyczkę, rozsuwa zamek kosmetyczki, otwiera i wyciąga takie małe pudełeczko, otwiera zatrzask i wyciąga z niego takie cążki czy nożyczki malutkie do skórek - "tego nie wolno psze pani" - i w kosz bez pytania leci. po prostu ( ͡° ͜ʖ ͡°) i nie ma się co spierać. także jak się zapomnisz i wrzucisz do podręcznego flakonik drogiej wody kolońskiej od wujka z batastanu za milion ojro -- leci w kosz, sorry.
    Wracając do historii właściwej: kupiłem sobie jeszcze wcześniej taką małą zgrzewkę bodajże trzech soczków w kartonikach po 200 ml każdy. Zorientowałem się jak torba już oddalała się ode mnie bezpowrotnie w czarną czeluść skanera. Eee tam, kilka zeta, trudno się mówi, a potem myślę, że może akurat mnie jeszcze przez to wezmą na "osobistą" - to nawet fajnie będzie, więcej czasu zleci, a jak już na zapleczu obiją mi mordę i upewnią się, czy aby na pewno nie mam w odbycie afgańskiego haszu -- może pogadam sobie chwile z nimi, zapytam jak się pracuje i ile wyciągają w takiej robocie, czy fajna - wiadomo, takie podstawowe sprawy ( ͡° ͜ʖ ͡°) Ale później stało się coś nieoczekiwanego.
    Nie zatrzymali tej torby. Nie zatrzymali też młodego faceta, będącego jej właścicielem. Pozwalając mi się oddalić szczerze mówiąc poczułem się zawiedziony, gdy już sobie wyobrażałem jak po dzisiejszym dniu będę mówił kumplom, że poznałem gościa z odprawy lotniskowej i opowiadał mi jakich to "przebiegłych" numerów udało mu się ciekawych wykryć. Miły gość to miał być w mojej historii...
    No ale zamiast tego zatrzymali osobę za mną. Kobietę, lat ~60 spokojnie. Przemachali ją najpierw ręcznym wykrywaczem metalu, a potem (ni to prośba, ni to rozkaz) "proszę podejść tutaj ze mną. czy jest to pani torba? czy przewozi pani jakieś niebezpieczne przedmioty? Czy zostawiała pani torbę bez uwagi?", a kobieta w głowie tragedia, co nie: "co ja zrobiłam, przecież ja nic..." -- a tu jeszcze lepsze buty: podchodzi nie wiem skąd kobieta i niesie taki dosyć spory przedmiot wyglądający trochę jak kasa fiskalna. Bierze taki papierek jak lakmusowy, albo taki jak przy testerach zapachów w drogeriach i tym świstkiem obskakuje wszystkie dziury bagażu podręcznego tej pani, a także ubranie, które ma na sobie. Jak już wszystko podotykała, poobmacywała to włożyła ten podłużny papierek do takiego podajnika w tej czarno-zółtej kasie fiskalnej z ekranem lcd może ~10 cali => elektroniczny multitester na kilka/kilkanaście różnych substancji odurzających i podaje wynik "tak" czy "nie" w kilkanaście, pełnych wyczekiwania i dźwięków werbli, sekund. Zebrało się trochę gapiów dookoła, popatrzeć co tu się niecodziennego dzieje.
    A wśród nich ja. Już od chwili obserwowałem wszystko z zaciekawieniem sącząc mój soczek, który smakował jakoś lepiej niż do tej pory :)

    Może przypadek, może dziwny zbieg okoliczności, sami ocenicie :) Nie mniej było mi podwójnie wesoło - dobrze, że mnie tym paskiem nie miziała ( ͡° ͜ʖ ͡°) Oczywiście było by zielone, panie władzo ( ͡° ͜ʖ ͡°) światełko kasy fiskalnej wskazujące "droga wolna" - ma się oczywiście rozumieć ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

    •  

      Występują płynne materiały wybuchowe, a100 ml to jest za mała ilość aby uszkodzić samolot. Jednoczesnie ta ilość pozwala na przewiezienie niezbędnych rzeczy

      @rozowy_transformator @carbyne : To jest tzw. "security theater". :) Innymi słowy pic na wodę - ma robić wrażenie, że bardzo się dba o bezpieczeństwo, a tak naprawdę nic nie daje. Polecam poczytać teksty Bruce'a Schneiera na ten temat (kto jak kto, ale ten człowiek to akurat na bezpieczeństwie się zna :)) - duzo ciekawego sie można dowiedzieć. pokaż całość

    • więcej komentarzy (10)

  •  

    Byłem kilka dni w #krakow Moja opinia na temat tego miasta.. Wszystko pięknie i ładnie. ale te tłumy ludzi spowodowały, że pierdole to. Nie przyjdę tam prędko. Ciągłe krzyczące bachory, tłok. Jak wy tam kurwa żyć możecie. A tak w ogóle poza rynkiem, to niema żadnych fajnych atrakcji.

    •  

      turyści wygonili mieszkańców z Rynku, to Kraków bawi się na Kazimierzu

      @Michau89: Trochę nieaktualne. Kazimierz to już też głównie turyści.
      Dla mieszkańców w ogóle nie pozostało w Krakowie zbyt wiele miejsc :(, to jest niestety wina polityki władz miasta, które wszystko robią pod turystów i dla "promocji Krakowa na świecie". Podczas gdy co rozsądniejsze władze "turystycznych" miast na świecie zaczynają kombinować, co by tu robić, żeby napływ turystów ograniczać.

      Tymczasem w Krakowie turyści niedługo wyprą mieszkańców nie tylko z Rynku i Kazimierza, ale w ogóle z miasta... ;)
      pokaż całość

    •  

      @Michau89: No nie wiem, nieraz chodziłem i obserwowałem, kto siedzi w knajpach na Kazimierzu. Mieszkańców to ja tam zbyt wielu nie widziałem, chyba że masz na myśli (w większości przyjezdnych) studentów i hipsterów :)

    • więcej komentarzy (10)

  •  

    - Puste pudełko. Dokładnie tak, jak chciałem.

    Urodziny buddysty-zen

    #buddyzm #humorobrazkowy #filozofia #rosja #rosyjski #heheszki

    źródło: whymagic.ru

  •  

    W nawiązaniu do prowadzonej przez @luvencedus akcji przybliżania Mirkom różnych religii pod tagami #daszwiare i #religijneabc (przepraszam za "podpinanie się" pod tagi...) chciałem przypomnieć arcyciekawy serial dokumentalny TVP z lat osiemdziesiątych "Religie i kościoły w Polsce". Sporo odcinków jest dostępnych na YT (ale nie wszystkie, oglądałem w tamtych czasach ten serial z wielkim zainteresowaniem i z tego co pamiętam, wszystkich odcinków było ponad dwadzieścia). Wszystkie, które udało mi sie znaleźć, zebrałem w postaci tej playlisty:
    https://www.youtube.com/playlist?list=PLYDgfS2htuhoaQbtnATgFCcbnXSMSgpEE
    Jest też nowszy serial, z roku około 2000, "Dzieci różnych bogów", ale zajmuje się tylko najbardziej znanymi religiami - "Religie i kościoły w Polsce" miały natomiast tę zaletę, że pokazywały religie i wyznania, o których istnieniu większość ludzi (w tym ja :)) nie miała zielonego pojęcia... "Dzieci różnych bogów" są do obejrzenia tutaj:
    https://vod.tvp.pl/website/dzieci-roznych-bogow,553503/video
    pokaż całość

  •  

    #ciekawostki #religia #religie #pastafarianizm #katolicyzm #islam

    Nie wiedziałem, że kręcenie śmigła wśród buddystów jest uznawane za błogosławione ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      @niedoszly_andrzej: Ale wiesz, że to co mówi dalajlama, nijak nie może być traktowane jako reprezentatywne dla buddyzmu w ogóle? To jest po prostu jego stanowisko i tyle...

      A co kwestii związanych z seksem, w buddyzmie tych spraw dotyczy trzecie wskazanie, które mówi mniej więcej tyle, że należy unikać takich zachowań seksualnych, które kogoś krzywdzą.
      Dlatego - tak jak w tabelce - seks z nieletnimi i seks pozamałżeński raczej w większości wypadków będzie traktowany jako naganny, ponieważ zwykle w takiej sytuacji ktoś jest krzywdzony. Homoseksualizm nikogo nie krzywdzi i jest z reguły traktowany całkowicie obojętnie - w zasadzie nikogo nie obchodzi, czy ktoś jest homo, czy hetero. Co do aborcji, ona podpada pod pierwsze wskazanie, mówiące o niezabijaniu (pierwsze wskazanie dotyczy niezabijania żadnych żywych istot, więc z tego punktu widzenia dyskusje o tym, czy płód jest człowiekiem, czy nie, są kompletnie bezprzedmiotowe - bo na pewno tak czy owak płód jest żywą istotą :)), i dlatego będzie traktowana jako zachowanie, którego należy unikać (w buddyzmie generalnie nie ma pojęć dobra ani zła, natomiast pewne zachowania mogą być uważane za właściwe lub nie). Ale ostatecznie (przynajmniej w buddyzmie mahajany) wszystko zależy od sytuacji - jeżeli ktoś ma czysty umysł, to właściwe postępowanie w danej sytuacji samo staje się jasne :). W mahajanie wskazania traktuje się jako otwarte (czyli czasami można je złamać, jeżeli tego wymaga sytuacja - co ważne, wymaga tego sytuacja, a nie nasze ego czy nasze wyobrażenie na temat tej sytuacji :)), realistycznie zdając sobie sprawę z faktu, że nie da się żyć bez łamania wskazań (np. jeżeli chodzi o zabijanie - ile razy rozdeptujemy np. jakieś robaki nawet ich nie widząc i nie zdając sobie sprawę z faktu, że to robimy?). Trochę inaczej jest w theravadzie, gdzie wskazania traktuje sie jako absolutne, w związku z czym wyznawcy theravady mają problem :), gdyż ciagle muszą robić rytuały oczyszczające w związku ze złamaniem wskazań :).

      Co do ślubów to nie masz racji, bo jak najbardziej odbywają się buddyjskie śluby w świątyniach, nawet w zachodnich szkołach buddyjskich, a w tradycyjnie buddyjskich krajach wschodnich to już w ogóle norma :). Ale homoseksualnego ślubu buddyjskiego jeszcze nie widziałem - ale w ogóle tematem slubów mało sie interesuję, więc może taki był, ale mi to umknęło...
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (28)

  •  

    #krakow zajebie chyba komuś przez te korki, czas się przeprowadzić tam gdzie jest dojazd tramwajem (╯︵╰,) #zalesie

  •  

    Mirki, wytłumaczcie koledze czym się różni buddyzm od hinduizmu. Dla takiego Janusza jak ja to wszystko to tylko jakieś azjatyckie religie :v
    #religia #buddyzm #hinduizm

    •  

      Nie wiem dlaczego jego buddyzm miałby być mniej buddyjski.

      @niedoszly_andrzej: Tu przede wszystkim trzeba byłoby zdefiniować, co to znaczy "mniej buddyjski" i próbując to zdefiniować zaraz się zaplątasz w kłopoty... Dopóki próbujesz to brać na rozum, to zawsze będziesz miał problem.

      Może powiem inaczej - można to nazywać buddyzmem, i nie jest to być może ani "bardziej" ani "mniej buddyjskie" od innych "podejść do buddyzmu", ale jedno jest raczej pewne - to nie jest to, o co chodziło Buddzie :) Może zostańmy przy tym :)

      W Sutrze Serca jest taki fragment: "bodhisattwa [...] przekraczając wszystkie błędne poglądy [...] przebywa w nirwanie". Ludzie czasami słysząc ten fragment sutry pytają - jakie to są "błędne poglądy"? Odpowiedź jest ciekawa. Wszystkie poglądy są błędne - dlatego że są poglądami :). Nauka zaczyna sie wtedy, kiedy sobie uświadomisz, że nic nie wiesz, i wyrzucisz wszelkie przekonania :)

      ja nie atakuje Twojego podejścia tylko nie bardzo wiem czemu każde inne to "zabawa w buddyzm" a tylko Twoje jest "prawdziwe"

      Jeżeli przez "prawdziwe" potraktować to, o co chodziło Buddzie, to żeby dojść do tego, do czego on doszedł, trzeba zrobić to co on :).
      Budda najpierw usiadł i siedział, i w ten sposób uzyskał pewne zrozumienie, i potem dopiero zaczął nauczać, próbując jakoś (nieudolnie, bo inaczej się nie da) przełożyć pozasłowne i pozaintelektualne zrozumienie, które uzyskał, na język słów i intelektu. Cały czas zaznaczając, że jest to tylko nieudolna interpretacja i żeby nie przywiązywać się do jego słów :), bo sens jego nauki jest poza słowami i intelektem - to jest ten najważniejszy punkt, który nagminnie umyka ludziom próbujacym analizowac buddyzm intelektualnie. :)
      Pomimo tego, co mówił, setki jego uczniów zaczęły się przywiązywać do słów :), i nad tym, czego nauczał Budda, nadbudowywać tysiące interpretacji, które bardzo często stały się już tylko słowami, a zatraciły pierwotnego "ducha" tego, o co chodziło... :)
      Dlatego ja jestem wręcz za tym, żeby zbyt wielu tekstów w ogóle nie czytać, tylko robić to co robił Budda, zmierzając do tego, do czego on doszedł :) A z takiego punktu widzenia wszystko jest jasne :)

      I jeszcze jedna sprawa - nie należy tego pozaintelektualnego poznania mylić (co też sie bardzo często robi) z tym, co ktoś odczuwa. Odczucia są sprawą subiektywną - jeden ma takie, drugi ma inne. Natomiast to "coś" jest intersubiektywne - każdy, kto do tego doszedł, mówi o tym z grubsza tak samo, niezależnie od tego, czy wywodzi sie z buddyzmu, hinduizmu, chrześcijaństwa, czy w ogóle jest człowiekiem, który nie opierał sie na żadnej tradycji religijnej, tak jak np. Eckhart Tolle :). Skłania mnie to do przekonania, ze jednak to "coś" istnieje poza naszymi subiektywnymi odczuciami i jest weryfikowalne, tyle że nie możemy zbadac tego rozumowo, lecz innymi metodami :). Buddyzm jest tak naprawdę niczym więcej jak nauką o "tym".

      A podążanie tą drogą, jaka podążał Budda - o czym tu piszę - wygląda mi na najprostszą, najkrótszą i pozbawioną zbędnych "ozdobników" i naleciałości droge do tego "czegoś" - i dlatego taka droga mnie najbardziej odpowiada. :)
      Oczywiście komus może odpowiadać inna droga, bardziej skomplikowana. Są ludzie, którzy nie lubią, jak jest za prosto, wolą, kiedy ktoś im ubiera prawdę w róznego rodzaju postacie, wizualizacje i wyobrażenia :).
      Ale dopóki taka droga prowadzi do "tego" samego, to jest dobra - niezależnie od tych wszystkich naleciałości, wyobrażeń itp. Ale kiedy staje sie tylko czystym intelektualnym studiowaniem dla samego studiowania, bez chęci wyjscia poza sam intelekt i doświadczenia tego, o co tu chodzi "naprawdę" - to wtedy staje się czczą zabawą. I to miałem na myśli używając tego słowa :)
      pokaż całość

    •  

      dlatego się nie zgadzam ze stwierdzeniami "moje podejście jest najbardziej (wstaw nazwę), a wszystkie inne to (wstaw określenie)".

      @niedoszly_andrzej: Nawet ze stwierdzeniem "moje podejście jest najbardziej odpowiednie dla mnie, a wszystkie inne to (dla mnie) strata czasu" ??? :)

      jakbym był born again chrześcijaninem to, wierząc w swoje, nie odmawiałbym innym prawa do nazywania się chrześcijanami tylko po prostu twierdził, że tam o co innego chodzi.

      No to mniej więcej coś takiego miałem na myśli. Napisałem przecież, że "można to nazywać buddyzmem, ale to nie jest to, o co chodziło Buddzie". :) Nie należy za bardzo czepiać się słów (chyba że analizujemy umowę prawną ;)), tylko starać się zrozumieć o co komuś chodzi poza słowami...
      Nie wiem jak ty, ale ja generalnie nie myślę słowami. Myślę strukturami, relacjami, powiązaniami - chyba tak byłoby najlepiej to nazwać. I potem muszę to dopiero przekładać na słowa, i jest oczywiste, że taki przekład będzie w jakimś stopniu błędny. Jestem przekonany, że każdy człowiek ma podobnie, tylko że u wielu osób proces przekładu "wewnętrznych" struktur myślowych na "zewnętrzne" słowa i odwrotnie jest tak automatyczny, że nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że on zachodzi (co bynajmniej nie znaczy, że jest u nich mniej błędny :)). Ja akurat mam tak, że w pełni zdaję sobie sprawę z istnienia tego procesu i muszę podjąć świadomy wysiłek, żeby go wykonać, widzę też nieadekwatność tego, co ostatecznie wyprodukuję w postaci słów, do tego, co rzeczywiście myślę. :) Chyba dlatego zresztą tak przemawia do mnie nauka Buddy, wskazująca na to, co jest "poza słowami"... - bo to, co mam w umyśle, w zdecydowanej większości jest poza słowami...
      Dlatego zalecenie, żeby nie przywiązywać się do słów, a "próbować przeniknąć prawdziwe znaczenie czyjejś mowy" jest wg mnie bardzo słuszne i wszyscy powinni się do niego stosować :)

      to samo podejście jest mi bardzo bliskie- no, ale w moim przypadku prowadzi gdzieś indziej

      Ja jestem przekonany, że prowadzi ostatecznie do tego samego - tylko może inną drogą. Może dłuższą i bardziej zagmatwaną :), bo cały czas podtrzymuję przekonanie o tym, że droga wybrana przez mnie jest najbardziej prosta i bezpośrednia. Ale nie musi być dla każdego. I to, że moja jest prostsza, a czyjaś jest bardziej kręta, nie oznacza oceny, że któraś jest gorsza czy lepsza :)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (32)

  •  

    #muzyka #muzykaelektroniczna #synthpop #kraftwerk #80s #winyl #lifelikejukebox
    10 maja 1981 r. niemiecki zespół Kraftwerk wydał nagrany w studiu Kling Klang w Düsseldorfie dziesiąty album studyjny - "Computer World".
    Kraftwerk - "Computer Love"
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Medytacja Transcendentalna - co polecacie na początek? Czego unikać? Coś wam szczególnie pomogło na początku?
    #medytacja #medytacjatranscendentalna #buddyzm

  •  

    #apple #logitech

    Ehh. Mam nieodparte wrażenie że każda osoba która hejtuje myszkę ładowaną od spodu w życiu nie zetknęła się z dwiema rzeczami:

    1) Myszką appla
    2) Dowolną myszką ładowaną od przodu.

    Tak się składa że mam obie. Logitech Mx Performance sprzed 2-3 lat i magic mouse z ładowaniem od spodu.

    MX Performance

    Ergonomia Mx Performance wymiata i tak dobrze korzystało mi się tylko z myszki dołączanej do tej nowej klawiatury Microsoft Sculpt. Ma jednak jedną wadę - baterie.

    Myszka została zaprojektowana do bycia bezprzewodową i to czuć. Kabel (zwłaszcza ten dołączony do myszy) zmienia jej ergonomię na tyle, ze o wygodnej pracy można zapomnieć. Niesamowicie ogranicza zakresy ruchu i zmienia siłę z jaką trzeba przesunąć mysz, żeby osiągnąć ten sam efekt co bez kabla.

    Oczywiście można wymieniać baterie, ale po to kupujesz akumulatorki, żeby ją ładować a nie latać po baterie do sklepu.
    na nowych akumulatorkach godzina, 1,5h ładowania starczy na 8godzin pracy. Zwykle żeby podładować ją całą wystarczyło zostawić ją na noc i wrócić. i spokojnie starczało to na 2-3 tygodnie.
    Podczas ładowania potrafi nieprzyjemnie grzać w rękę.

    Minusem jest to, ze windows nie zawsze oznajmi, że myszce kończy się żarełko, przez co sporadycznie konczyłem z wyładowaną myszą nie wiedząc że ma słabą baterię :/

    Apple Magic Mouse 2

    Dostałem ją i używałem jej 3 miesiące, ale jak każda myszka przegrała ergonomicznie z Macowym touchpadem.

    Ergonomicznie dla mnie dno, ze względu na fakt, ze lubie grubsze myszki, klik masakrycznie ciężki i głośny w porównaniu do konkurencji, sensor imho gorszy niż w mx performance. generalnie to miałem w życiu 3 myszki i każda biła applową na głowę.

    I teraz temat mitycznego ładowania. 5 min ładowania wystarcza na 8h pracy. Ładowanie do pełna (też robiłem to w nocy) starcza na 4 do 6 tygodni. Ta druga statystyka nie miażdży mx performance ale ta pierwsza już tak. Jeśli przez tydzień będziesz ignorować komunikaty, że myszka ci sie wyładowuje, to wystarczy iść zrobić sobie kawę żeby wrócic do pracy do końca dnia.

    System przypomina też o ładowaniu myszy tydzien przed rozładowaniem.

    Podsumowanie

    Gdyby połączyli ergonomie mx performance i ładowanie apple mouse'a to powstała by dla mnie myszka idealna.
    Praca i ładowanie Mx performance na raz to ergonomiczne piekło i wolałbym żeby ładowała się 5 minut do tych 8h pracy, nawet jeśli miałaby się ładowac przez brzuszek.

    moje myszunie na pic rel

    https://i.imgur.com/3n8Py0i.jpg
    https://i.imgur.com/BF1aB2H.jpg
    https://i.imgur.com/gwjGs0o.jpg
    pokaż całość

    •  

      Oczywiście można wymieniać baterie, ale po to kupujesz akumulatorki, żeby ją ładować a nie latać po baterie do sklepu.
      na nowych akumulatorkach godzina, 1,5h ładowania starczy na 8godzin pracy. Zwykle żeby podładować ją całą wystarczyło zostawić ją na noc i wrócić. i spokojnie starczało to na 2-3 tygodnie.


      @martwy_kotek: 2-3 tygodnie pracy na pełnych aku? To ile prądu ta myszka żre?
      Ja w mojej myszy bezprzewodowej (jakiś najtańszy model HP) baterie wymieniałem ostatnio chyba pół roku temu...
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (10)

  •  

    Ma ktoś z #krakow problem z #upc ? Działają google, facebook i YouTube i to tyle

    •  

      @bumcykcyk: No trochę niepoważnie, jeżeli wyłączają IPv4 i zostawiają tylko IPv6... Jeszcze bardzo niewielka część serwerów w Internecie działa w pełni na IPv6, więc to jest oczywiste, że stary protokół musi działać - wyłączenie go powoduje odcięcie dostępu do znacznej części serwisów, tak jak to się zdarzyło u Ciebie. Może za jakieś 20 lat będzie można całkowicie wyłączyć IPv4, ale raczej nie wcześniej... :)
      Mam nadzieję, że to tylko pomyłka kogoś, kto pisał konfiguracje, a nie zamierzona próba wyłączenia IPv4, bo to drugie by świadczyło o strasznej niekompetencji autora tego pomysłu...
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (15)

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika raj

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.