•  

    A oto drugi z dziesięciu halloweenowych, muzycznych wpisów ;)

    Halloweenowe hałasy i melodie #2

    ▶️Blood Ceremony – The Eldritch Dark (maj 2013)
    „The Eldritch Dark” to trzeci album Blood Ceremony, grupy mocno zapatrzonej w lata 70-te. Jej członkowie dyskografię takich zespołów jak Black Sabbath, Coven czy Jethro Tull wydają się znać na pamięć. Te wpływy (sabbathowy ciężar podlany klasyczną, klawiszową psychodelą oraz wplatanie w to wszystko folkowego instrumentarium) wraz z uwidaczniającym się w tekstach zainteresowaniem okultyzmem i czarną magią, tworzą naprawdę interesującą mieszankę. Widać to już w otwierającym płytę „Witchwood”, dość standardowym, jeśli chodzi o grupę, utworze. Ciężkie, budujące ezoteryczny klimat gitary zostają w pewnym momencie rozmiękczone przez bajkowo brzmiące organy (oczywiście Hammonda. Utwór raz to nieznacznie przyspiesza, raz zwalnia, by w finale zachwycić przepiękną partią zagraną na flecie. Dodatkowo tekst opowiada o czarnej magii, wiedźmach, odległych krainach i zapomnianych, pradawnych bogach. I taka właściwie jest cała ta płyta – czasami bardziej skupiona na gitarowych riffach („Goodbye Gemini” i „Witchwood” właśnie), czasami okraszona ciekawymi, niespotykanymi na wcześniejszych albumach rozwiązaniami, popychającymi brzmienie jeszcze mocniej w stronę folku (użycie skrzypiec w bardzo melodyjnym „Ballad of The Weird Sisters”, przejęcie wokalu przez basistę w wyciszonym, akustycznym „Lord Summerisle”, oparty jedynie o dźwięki fletu „Faunus”), czasami skręcająca w rejony bardziej mroczne (tytułowy „The Eldritch Dark”) lub całkiem przeciwnie – bardzo pogodne (piosenkowy i emanujący ciepłem „Drawing Down the Moon”), a także zawierająca wszystkie powyższe (rozbudowany, monumentalny „The Magician”).

    Jednak to, co najbardziej podoba mi się w tym albumie to fakt, iż poszczególne muzyczne komponenty ładnie się zazębiają, tworząc magiczny, odrealniony, trochę straszny, ale jednak w jakiś przewrotny sposób ciepły i bajkowy klimat. Trochę więcej pieprzu, soli lub cukru, a tej potrawy nie dałoby się uratować. Tym razem jednak przepis się udał, a książka kucharska, sporządzona przez mistrzów sprzed lat nadal potrafi zachwycić swoją zawartością.

    https://www.youtube.com/watch?v=nRJwTS_2M5M

    Fanpage: https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #doommetal #rockpsychodeliczny #folkrock #muzycznykacik #stonerrock #okultyzm
    pokaż całość

  •  

    @rar:

    Rozpocząłem ciąg wpisów o halloweenowych płytach :) Będzie ich 10, dwie już opisane na stronce. Tutaj póki co wrzucam pierwszą.

    Halloweenowe hałasy i melodie #1

    ▶️ The Cramps – Songs The Lord Taught Us (kwiecień 1980)
    Wystarczy rzut okiem na okładkę, na której widzimy zespół, przypominający raczej grupę naturszczyków starających się o rolę w kolejnej odsłonie rodzinki Addamsów, by domyślić się zawartości tej płyty. The Cramps w tym okresie tworzyli: małżeństwo Lux Interior (wokal) i Poison Ivy Rorschach (gitara) oraz Bryan Gregory (gitara) i Nick Knox (gitara), a grupę uważa się za twórców psychobilly. Termin, wymyślony w celach marketingowych przez samego Luxa, trafnie jednak określał zawartość muzyczną tworzoną przez zespół. Mocne odwołanie się do rock n rolla i rockabilly skąpane w aurze kiczowatego mroku, nawiązań do horrorów klasy Z wraz z aurą erotycznego napięcia, które wytwarzała na scenie zarówno Poison Ivy jak i lider grupy, na pewno było czymś, co ich wyróżniało. Ciekawy był też zestaw instrumentów, bowiem zrezygnowano z basu, a same partie perkusji mocno uproszczono, przez co osiągnięcie tego mroczno-kiczowatego klimatu spoczywało w zasadzie tylko na efektach gitarowych oraz na eksperymentach wokalnych.
    The Cramps kompletnie nie kryli się ze swoimi inspiracjami. Na trwającym niecałe 40 minut debiucie, wśród 13 krótkich utworów aż 5 z nich to covery. Podążając tym śladem łatwo odgadnąć, jakie brzmienie chcieli osiągnąć. Niespełna dwuminutowy „Rock On The Moon” to w oryginale mocno swingujący, ale prosty rock n rollowy utwór Jimmy’ego Stewarta – u The Cramps został dodatkowo podszyty niedbałą produkcją i garażowym brzmieniem. „Sunglasses After Dark” Dwighta Pullena to klasyczne rockabilly, które na opisywanej tutaj płycie zostało poddane ostremu przesterowi, co dało zdecydowanie bardziej psychodeliczny i surowy efekt. „Strychnine” to utwór wpływowego, proto-punkowego The Sonics i to kolejny element układanki w rozgryzieniu części składowych brzmienia The Cramps. W ich interpretacji pozostał ten sam groove, zrezygnowano jednak z pianina, dodając przy tym surf rockowe, gitarowe odjazdy. Ostatnie dwa covery to „Fever” Little Willie Johna, rhythm and bluesowy standard z lat 50-tych (tutaj mocno wydłużony, rozwleczony, a blues w wykonaniu The Cramps ma zdecydowanie cmentarny charakter) oraz rock n rollowy „Tear It Up” Johnny’ego Burnette, doprawiony charakterystycznym wokalem Luxa oraz damskim okrzykom przemykającym gdzieś w tle.

    Stare, tanie horrory, rock n roll i garażowe brzmienie. Czego chcieć więcej?

    https://www.youtube.com/watch?v=AyoAt7r1omc

    https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #psychobilly #rockabilly #garagerock #halloween
    pokaż całość

  •  

    @rar:

    I tak prowadzę bloga/funpage, a na wykopie jestem już od prawie dekady i taki ze mnie trochę śmieszek-anonimek, więc żeby przerwać tę passę, będę wrzucać swoje mini-recki też tutaj. Może komuś się spodoba.

    The Kurws – Alarm (wrzesień 2017)
    Lubię polecać i promować płyty, które mi się podobają, ale czasami za cholerę nie wiem, jak zachęcić postronnych do tego, by je przesłuchali. I nie chodzi tu wcale o ubogi zasób słownictwa, nieśmiałość czy jeszcze jakąś inną niemoc, a po prostu sam fakt tego, że ktoś taki mógłby spojrzeć na mnie i pomyśleć sobie, że chyba zbyt normalny to ja jednak nie jestem. Czemu? A na ten przykład temu, że opisując taką płytę jak Alarm Kurws, opowiedziałbym poniższą historyjkę.

    Rozpoczynam podróż i od razu wjeżdżam na najgorszy odcinek nieremontowanej od kilkudziesięciu lat drogi, z dziurami wielkości kraterów na księżycu i tak wąskiej, że przy każdej próbie wymijania prawie wpadam swoim ukochanym wehikułem do rowu. Wehikuł ten to oczywiście zdezelowany, ale stuningowany polonez, a moi pasażerowie to wrzeszcząca i nieznośnie niegrzeczna zgraja dzieciaków (albo studentów). Nie mamy klimatyzacji, więc uchylam szybę, dzięki czemu rozkoszujemy się dźwiękami zapiaszczonego i podziurawionego podłoża. Raz przyspieszam, raz zwalniam, jeżdżę bardzo nierówno i nieekonomicznie, ale liczy się przecież styl. I to nie dlatego, że nie umiem, ja tak po prostu lubię. Rytm jest przecież po to, by go zmieniać. Zresztą dzięki temu czujemy każdą nierówność, podskakujemy na każdym kamieniu i o nudzie nie może być mowy. Trąbi na nas każda przejeżdżająca obok ciężarówka, tamujemy ruch, a potem znów ścigamy się z tymi, którzy chcą nas wyprzedzić. Z radia leci jakiś skomplikowany jazz, który miesza się z hałasami otoczenia, tworząc niepodrabialną i nieoczywistą mieszankę doznań dźwiękowych dla moich uszu. Jedzie nam się tak dobrze, że prawie zapominamy o celu podróży. A jedziemy oczywiście na koncert The Kurws. Dzieci oczywiście odstawiam na plac zabaw (studenciaki idą na piwo), a sam śmigam na wydarzenie. Płytę znam już przecież na pamięć, nauczyłem się każdego dźwięku w drodze.

    I jak, zabieracie się ze mną?

    https://kurws.bandcamp.com/album/alarm

    https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #postpunk #noise #freejazz
    pokaż całość

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika rar

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.