•  

    W ten weekend rusza OFF Festival i może ktoś się wybiera albo jeszcze się nad tym zastanawia. To ja pomogę! Prowadzę i piszę sobie na swoim blogu i rekomendacje na OFFa też popełniłem. Także zapraszam: https://halasyimelodie.wordpress.com/2018/07/31/polecanki-na-off-festival-2018/ A jak lubicie muzyczkę, to możecie śledzić też fanpage. Dzięki!

    #muzykaalternatywna #offfestival #festiwale #muzyka #blog
    pokaż całość

  •  

    Z fanpage'a Hałasy i melodie: https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    Wierzycie w samospełniające się przepowiednie? Goście z Failure chyba nie, skoro tak nazwali swoją grupę. A jednak. Pomimo nagrania kilku świetnych krążków, w tym i tutaj omawianego Magnified z 1994 roku, grupie nie udało się wybić wyżej i w końcu zawiesiła działalność. Co prawda reaktywowali się w 2014 roku i może dostaną drugą szansę, ale mimo tego, że im kibicuję, to niestety wątpię. Zresztą teraz wspomina się o nich głównie jako o kolejnym, niesłusznie niedocenionym zespole, któremu warto przyjrzeć się bliżej i posłuchać. I przy okazji pojawia się refleksja nad tym, jak to jest, że niektórym przeciętniakom się udaje, a inni, mający spory potencjał na więcej, nie zostają nigdy należycie odkryci i docenieni.

    Rezydujący w Los Angeles Failure tworzył zaledwie duet muzyków: Ken Andrews oraz Greg Edwards. Ten pierwszy zagrał na gitarze, basie, dołożył wokal i napisał teksty. Edwards nałożył na to swoją gitarę, dorzucił jeszcze więcej basu i zabębnił na perkusji. Obaj muzycy podpisali się też pod produkcją krążka. Może to właśnie metoda DIY i niewielka liczba osób biorących udział w nagraniu tego albumu sprawia, że jest on tak zwarty stylistycznie, brzmieniowo i tekstowo. Muzycznie można by pewnie wrzucić całość do worka z napisem „rock alternatywny” i nie ma w tym niczego złego, ale diabeł tkwi w szczegółach. Brzmienie jest dość grunge’owe, a pełna emocji maniera wokalna Andrewsa może przypominać sposób śpiewania kolegów z Seattle. Jednak mimo wszystko Failure bliżej jest do post-hardcore’owych grup typu Hum czy Helmet, łączących wyraźną grę sekcji rytmicznej z najeżonymi efektami, gitarowymi odjazdami. Muzyka jest ciężka, prawie że metalowa, mocno depresyjna i koresponduje z tekstami, które opowiadają o lękach, uzależnieniu od narkotyków i przemocy. Całym tym syfem wydają się być pokryte same instrumenty – brzmienie basu jest mocno zniekształcone („Frogs”), gitary grają w zmiennym tempie i często generują długie, rozstrojone dźwięki („Undone”), perkusja jest surowa i oszczędna, a nawet jeśli gdzieniegdzie pojawia się gitara akustyczna („Bernie”) to raczej jako przeciwwaga dla piszczących, rzeżących gitar i przytłaczającego bezsilnością nastroju płyty.

    Pomimo ironicznego wstępu na temat nazwy zespołu, nie możemy mówić tu o żadnej porażce muzyki. Fiaskiem możemy za to określić ówczesny gust włodarzy wytwórni, którzy w zespół nie wierzyli, a bez dobrej promocji nie ma szans na to, by zetknąć się z dobrą muzyką.

    https://www.youtube.com/watch?v=RVCcKHsmn4w

    #muzyka #grunge #posthardcore #rockalternatywny #metalalternatywny
    pokaż całość

  •  

    Ostatnia płyta z halloweenowych polecanek. Ta, oraz wszystkie poprzednie, pochodzą z fanpage'a Hałasy i melodie: https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    Halloweenowe hałasy i melodie #10

    ▶️Christian Death – Only Theatre of Pain (luty 1982)

    Syf, wściekłość, mrok, zwierzęca pasja, czysta, punkowa energia i opętańczy, przyciągający do siebie wokal Rozza Williamsa. Tak rozpoczęła się historia deathrocka i tak brzmi jedna z najlepszych płyt gotyckiego rocka zza oceanu.

    Pierwszy odsłuch może zupełnie odrzucić od tej płyty. Wokal swoje, gitara raz rzęzi i przynudza, by zaraz przyspieszyć i ścigać się z basem, który razem z perkusją tworzą kompletnie niepasujący do reszty rytm, a jakby tego było mało, to czasami słychać w tle dziwne szumy i uderzenia w dzwon. O co tu chodzi? To jakieś dofinansowanie dla pacjentów psychiatryka, kontakt z muzyką nowym przełomem w leczeniu zaburzeń psychicznych? Jednak w tym szaleństwie jest metoda, co udaje się odkryć dopiero przy następnych spotkaniach z tą muzyką. Williams brzmi tu jak nawiedzony heretyk, który jeszcze niedawno ubrany w sutannę, zza ambony, prawił w takiej samej, szaleńczej formie, kazania swoim wiernym. Teraz z kolei, zamieniając ołtarz na scenę i odrzucając religijne dogmaty, plącze się, wije i wypluwa z siebie kolejne bluźnierstwa i balansując na granicy grafomaństwa, dzieli się swoimi chorymi fascynacjami śmiercią, okultyzmem, miłością i wiarą. Przeciąga sylaby, wyje, jęczy, jest pełen nieznośnej, maniacko-pretensjonalnej maniery i urzeka charyzmą w jednym. Pełen zestaw nawiedzonego kapelana.

    Muzycznie płyta zawiera wszystko to, co później ukształtuje gatunek. Bas z perkusją trzymają tu wszystko w kupie i są wysunięte do przodu, dzięki czemu udaje im się przemycić niewielkie zalążki melodii do poszczególnych kompozycji. Jednak to, co wyprawia tutaj gitarzysta, Rikk Agnew, jest naprawdę trudne do opisania. Gitara wydaje się tu być zbiorem zupełnie przypadkowych nut czy akordów. Tempo potrafi zmienić się kilkukrotnie w ramach jednego tylko utworu, tak samo zresztą z samym brzmieniem: czasami kompletnie rozmytym, czasami zwartym, cały czas rozedrganym, brudnym i przesterowanym. Pełno tu quasi-solówek i zrywów, a także nietypowych hałasów wydobywających się spod palców gitarzysty. Wszystko to tworzy nastrój duszny, straszny i kompletnie obłąkany. I tak jest z całą płytą. Każdy z utworów to zupełnie inna, wyjątkowa i mroczna litania, a razem tworzą podstawy nowego gatunku i wzór, z którego ściągać będzie później masa innych grup.

    https://www.youtube.com/watch?v=F2nm8d8Kzrk

    #muzyka #halloween #deathrock #gothicrock #postpunk
    pokaż całość

  •  

    To już przedostatni, halloweenowy wpis. Jutro zamykający 10-tkę.. sami zobaczycie ;)

    Halloweenowe hałasy i melodie #9

    ▶️Danny Elfman - Tim Burton's The Nightmare Before Christmas (październik 1993)

    Trudno jednoznacznie określić, czy jest to bardziej świąteczny, czy też halloweenowy soundtrack. Dla kogoś może to być wada, ale dla mnie jest wręcz przeciwnie. Zarówno Tim Burton, jak i Danny Elfman, pokazali, że te, wydawałoby się zupełnie odmienne od siebie światy, można ze sobą połączyć i otrzymać coś zupełnie nowego i intrygującego. Poza tym nie oszukujmy się – zaraz po 1 listopada na tapetę wjedzie świąteczne szaleństwo, od którego już nie uciekniemy, a słuchając tej płyty, możemy jednocześnie pozostać w tych bardziej mrocznych klimatach Halloween, jak i powoli przygotowywać się na świąteczną wyżerkę i prezenty od św. Mikołaja.

    Cały album ma musicalowy charakter, a w główną postać, czyli Jacka, wcielił się sam Elfman, który błyszczy tu wokalnie. Oprócz protagonisty śpiewa również partie Klauna i Barrela i w każdej z tych interpretacji wypada zupełnie inaczej i każda z nich jest ciekawa. Ponadto głównym bohaterom towarzyszy cała zgraja dziwnych i pokręconych postaci z tego lekko przerażającego, ale ostatecznie pogodnego i wesołego świata. Utwory śpiewane przeplatane są muzyką ilustracyjną, przepięknie skomponowaną i oddającą w pełni ducha tego miejsca, czego przykładem jest chociażby „Jack and Sally Montage” czy uroczy „Christmas Eve Montage”. Wracając jeszcze na chwilę do piosenek z udziałem wokalu, to nie sposób brać je całkiem na poważnie, wsłuchując się w teksty. Zdziwienie Jacka podczas poznawania nieznanej krainy w „What’s This?” udziela się słuchaczowi, tak samo, jak świąteczne przygotowania w „Making Christmas”, a podczas „Kidnap The Sandy Claws” sami mamy ochotę dołączyć do bohaterów i dorzucić swoje trzy groszy do planów porwania Mikołaja. Wisienką na torcie jest bardzo melancholijna i smutna, a zarazem pięknie zaśpiewana „Sally’s Song”.

    Dużo tutaj zabawy konwencją musicalu, żonglowania gatunkami muzycznymi, uciechy z ukazywania przygód bohaterów i zakątków tego magicznego, bajkowego świata, w którym się znajdują, a także bardzo przewrotne, zabawne teksty. Ta radość tworzenia zaraża i słuchając przygód Jacka i spółki po prostu nie da się nie uśmiechnąć.

    https://www.youtube.com/watch?v=kGiYxCUAhks

    Wpis pochodzi z mojego fanpage'a: https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #halloween #timburton #dannyelfman #filmnawieczor #muzykanawieczor #darkcabaret #musical
    pokaż całość

    +: K.........a, magenciorek
  •  

    Kolejny dzień z halloweenową płytą :)

    Wszystkie moje wpisy pochodzą z prowadzonego przeze mnie fanpage'a Hałasy i melodie: https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    Halloweenowe hałasy i melodie #8

    Dead Man’s Bones – Dead Man's Bones (październik 2009)

    Płyta zaczyna się wstępem, które zapowiada podróż do krainy zaświatów. Oszczędnie dodawane są coraz to nowe dźwięki – pobrzękiwanie łańcuchów, pohukiwanie wiatru, nienarzucająca się gra gitary i szeptany wokal, a w tle pojawia się nawoływanie kogoś lub czegoś, co być może właśnie przebudziło się po drugiej stronie i tylko czeka na to, aż się tam zjawimy. Na ucieczkę już zbyt późno, musimy iść dalej. Tak zaczyna się jedna z najlepszych i najbardziej nietypowych halloweenowych płyt, owoc współpracy Ryan Goslinga i Zacha Shieldsa.

    Panowie z początku chcieli stworzyć upiorny musical, ale zabrakło im na to środków. Na scenie duet miał wspomóc założony przez Flea z RHCP Silverlake Conservatory Children's Choir. Musical nie powstał, ale na szczęście udało się zrobić płytę. Trudno bowiem znaleźć podobne wydawnictwo. Panowie stworzyli album mroczny, ale jednocześnie romantyczny i melancholijny. Zaprosili nas do świata pełnego potworów i dziwolągów, ale są to bardziej strachy z naszego dzieciństwa i to w takiej formie, jakimi wtedy je zapamiętaliśmy. Coś, co tak naprawdę nas już nie przeraża, a raczej wywołuje tęsknotę za czasami, gdy jako małe dzieci baliśmy się stwora czającego się w kącie pokoju. Podobne jest też instrumentarium, którego wokal jest zresztą częścią – klaskanie, tamburyn, pianino, rytmiczne uderzanie o kolana, tupanie, bliżej niezidentyfikowane hałasy, śmiechy, mroczniejsze, elektroniczne wstawki uzupełniane dziecięcym śpiewem. I to właśnie dziecięcy chór, którego jest bardzo dużo na tej płycie, tylko potęguje ten groteskowy nastrój. Tak jak w „My Body’s a Zombie For You”, gdzie w ostatniej fazie utworu dzieci klaszcząc i tupiąc, przeliterowują słowo „Zombie”. Słyszymy też ich radość z powodu udanego nagrania, co daje nam pojęcie o tym, jak intuicyjnie i spontanicznie nagrywany był to materiał. Nie brakuje także bardziej melodyjnych momentów, jak w ujmującym „Pa Pa Power” czy mocno elvisowskim, dzięki interpretacji wokalnej Goslinga, „Lose Your Soul”, a całość ożywia na chwilę ducha popowej muzyki z lat 60-tych.

    Płyta, która zaraża dobrym humorem i zadziwia pomysłowością twórców. Jednocześnie tworzy klimat niby groźny, a tak naprawdę bardzo wciągający i radosny. To potwory, których z początku może i się boimy, ale zaraz chcemy je poznać, przygarnąć i zatańczyć wraz z nimi do muzyki dobiegającej gdzieś ze świata zmarłych.

    https://www.youtube.com/watch?v=kEwKVhSZAhE

    Jako bonus jeszcze wizyta zespołu w domu opieki:
    https://www.youtube.com/watch?v=lwfzKOeMT6A

    #muzyka #halloween #ryangosling #gospel #folk #dzieciecechorki
    pokaż całość

  •  

    Film też polecam. Kto nie oglądał, to nie ma lepszego momentu do nadrobienia, niż Halloween.

    Halloweenowe hałasy i melodie #7

    ▶️Goblin – Suspiria (1977)

    Włoska grupa Goblin swoją muzyczną twórczość związała bezpośrednio z filmem. Prawie wszystkie wydane przez nich albumy stanowią ścieżki dźwiękowe dla różnych obrazów, choć kojarzeni są głównie z horrorem i z postacią Dario Argento. Z tym reżyserem współpracowali kilka razy m.in. przy obrazach „Profondo Rosso” oraz przy „Suspirii” właśnie. I była to bardzo udana kolaboracja, bowiem zarówno film, jak i sam soundtrack, zdołały przejść do klasyki i straszą do dzisiaj.

    Kto nie widział „Suspirii”, powinien nadrobić i samemu ocenić, czy trafia do niego taka kolorowa, kiczowata stylistyka filmu grozy, natomiast po muzykę można śmiało sięgnąć bez znajomości tej produkcji. Co prawda potęguje ona to, co możemy zobaczyć na ekranie i stanowi w pewnym stopniu podstawę w budowie nastroju, ale jednocześnie bardzo dobrze sprawdza się jako osobny twór i też potrafi nieźle wystraszyć. Nie jest to jednak strach niczym z krwawego slashera, gdzie trup ścieli się gęsto, a my mamy ochotę uciekać, ile sił w nogach. Goblin potrafi wytworzyć klimat niepewności, nieuświadomionego strachu i oczekiwania na coś złego, co wiemy, że zaraz się zdarzy, choć tak naprawdę nie mamy pojęcia dlaczego i jak to się stało, że jesteśmy w to zamieszani. To klimat niczym z koszmaru, który nie chce się skończyć, ale który jednocześnie mieni się kolorami i przyciąga nas do siebie swoim pięknem. Środki zespół dobiera do tego przeróżne.

    Najlepiej wypada w wywołujących ciarki, bardziej eksperymentalnych fragmentach („Witch”, „Sighs”), trochę mniej straszy, choć nie mniej zaciekawia w tych bardziej „klasyczno-progresywnych” („Black Forest / Blind Concert”). W tych pierwszych mamy naprawdę nietypowe instrumentarium: krzyki, pomruki, szelesty, 6-cio strunowy, nienastrojony bas i klawesyn, złowrogie szepty, kotły, dźwięki wiatru i trudno wychwycić co jeszcze. Kiedy jednak trzeba, zespół potrafi zagrać ciszą, w sposób przemyślany używa elektronicznych sampli, tak aby dać słuchaczowi miejsce oddech na to, by jego fantazja sama podążyła ciemnymi ścieżkami. Tak jak w tytułowym, otwierającym płytę „Suspiria”, gdzie początkowe dźwięki, wyrwane jakby z dziecięcej pozytywki, okraszone są wyśpiewywaną przez nieznajomego prostą melodią, a gdzieś w tle przemykają z każdą chwilą coraz bardziej narastające, złowrogie szepty. Mamy moment przyspieszenia, organowe solo, tak by przy końcu zatoczyć koło i powrócić do początku i do swoich niewypowiedzianych na głos lęków. I rozpocząć wszystko od nowa.

    https://www.youtube.com/watch?v=pins1y0XAa0

    Takie i podobne wpisy publikuję na blogu i fanpage'u: https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #halloween #muzyka #horror #progressiverock #muzykaeksperymentalna #soundtrack #recenzja
    pokaż całość

  •  

    Wpis pochodzi z mojego fanpage'a, na którym od jakiegoś czasu publikuję zestawienie wartych uwagi płyt, pasujących klimatem do Halloween :)

    Fanpage: https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    Halloweenowe hałasy i melodie #6

    ▶️The Crow Soundtrack (marzec 1994)

    Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy obejrzałem „Kruka”. Wiem jedynie, że dostałem na jego punkcie kompletnego fioła. Od razu sięgnąłem po kolejne części (dwójka, gdyby nie bezmyślna ingerencja producentów, mogła być nawet lepsza, ale wyszło, jak wyszło), które, niestety, poziomem nie dorastały pierwowzorowi do pięt. Potem przyszła kolej na nowelę graficzną Jamesa O’ Barra z 1989 roku i moja fiksacja na temat arlekina-mściciela wzrosła jeszcze bardziej. Do tego dochodziło oczywiście przeczesywanie internetu w poszukiwaniu artykułów na temat śmiertelnego wypadku Brandona Lee na planie pierwszej części serii, co stanowiło naprawdę nędzny żart od tego chorego śmieszka zwanego losem. Przez kilka kolejnych lat, co Halloween, pewną tradycją stało się oglądanie „Kruka”, ale można powiedzieć, że moja fascynacja osiadła na bezpiecznym poziomie. Odzywała się tylko czasami i to pod postacią filmowego soundtracku.
    Muzyka z „The Crow” trafiła idealnie w swój czas, przynajmniej jeśli chodzi o mój ówczesny poziom muzycznego ogarnięcia. To był okres kształtowania się mojego gustu, który zaraz później podążył w rejony znane z tej właśnie płyty. Klimatyczne, bardzo ilustracyjne i zawierające świetną solówkę „Burn” rozbudziło ciekawość The Cure; mroczny, ale melodyjny industrialny rock w wykonaniu Machines of Loving Grace spowodował, że ten podgatunek miałem zaraz w małym palcu, „Dead Souls” Nine Inch Nails, które brzmieniowo stanowi świetną hybrydę stylu grupy Reznora oraz autorów oryginału, czyli Joy Division skierował mnie ku dyskografii obu grup; rozkrzyczany „Ghostrider” Rollins Band oraz ostry cios w szczękę od Helmet w „Milquetoast”, a także emocjonalna jazda na rollercoasterze w „Slip Slide Melting” For Love Not Lisa wyprowadziły mnie na manowce noise rocka i post-hardcore’u; z kolei mroczna goth-electro impreza w „After The Flesh” My Life With The Thrill Kill Kult popchnęła mnie ku gotykowi i ebm. A to przecież nie wszystko, bo oprócz trochę słabującego zakończenia w postaci „It Can’t Rain All The Time” Jane Siberry (aczkolwiek mającego uzasadnienie fabularne w filmie), wszystko trzyma tu poziom i jednocześnie stanowi pewien zapis muzycznych trendów lat 90-tych. Tych pozytywnych, do których chce się wracać i które przetrwały próbę czasu, a także tych, które mogą stanowić jakiś punkt wyjściowy do dalszych poszukiwań. Tak samo jak zrobiły to film i komiks.

    https://www.youtube.com/watch?v=lEnMb4m9lu0

    #muzyka #industrial #industrialrock #soundtrack #kruk #noiserock #postpunk #thecure #nineinchnails #halloween
    pokaż całość

  •  

    Halloween już za tydzień, a ja jestem na półmetku mojego zestawienia płyt, które pasują na tę okoliczność :)

    Halloweenowe hałasy i melodie #5

    ▶️Misfits – Walk Among Us (marzec 1982)

    Chwilę myślałem, którą płytę Misfits umieścić w zestawieniu na Halloween. Tak naprawdę swoją tematyką pasują wszystkie, a chyba najbardziej „Famous Monsters” z 1999 roku. Tylko że tam nie ma wokalu Danziga i nie jest to też najlepsza płyta grupy (choć nie tak zła, jak niektórzy ją malują). Po jakichś trzech minutach intensywnego myślenia zdecydowałem się więc na debiut.

    „Walk Among Us” to po prostu Misfits w pigułce. Album, który zawiera wszystkie charakterystyczne elementy tego upiornego składu. 24 minuty energetycznego, punkowego uderzenia. Opisanie w sposób wyszukany samej muzyki na płycie, zajęłoby mi chyba więcej czasu, niż jej przesłuchanie. Mimo prostych środków, na ówczesnej, punkowej scenie, album wyróżniał się kilkoma rzeczami. Po pierwsze – zespołu zupełnie nie interesowała polityka. Żadne tam lewicujące, społeczne hasła. Teksty zabierają nas w świat horrorowych fantazji – potworów, świeżych trupów, szkieletów, dwugłowych noworodków, cmentarzy, wampirów, a nawet kosmicznych zombie. Zaraz za tym dreptał image członków zespołu, którzy sami wyglądali, jakby akurat wyszli z grobu lub ewentualnie z planu jakiegoś bardzo przerażającego filmu. Alice Cooper musiał poczuć się dość głupio, bo przy chłopakach jego stylówa wydawała się być tym, czym są horrory z PG13 do tych z Rką. To po drugie. Po trzecie, muzyka może jest i prosta, ale nie prostacka i czuć w tym sporo inspiracji rock n rollem oraz gitarową muzyką lat 50-tych i 60-tych. Szczególnie, i to po czwarte i najważniejsze, takie skojarzenia budzić może wokal Glenna Danziga. Są tu oczywiście obowiązkowe, punkowe „zaśpiewy” oraz chórki kolegów z zespołu, a sama barwa głosu Glenna idealnie spaja się z muzyką, ale jednocześnie intryguje sama w sobie. Połączenie Elvisa, Morrisona i demona w jednym to coś, z czym raczej na co dzień niełatwo się spotkać.

    Różne były dalsze losy zespołu, ale tę płytę, jeśli lubicie horrorowe klimaty, po prostu znać trzeba.

    https://www.youtube.com/watch?v=cno9U9md0Xc

    Wpis pochodzi z fanpage'u: https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #halloween #punk #punkrock #rock #horrorpunk #misfits #danzig
    pokaż całość

  •  

    Lubicie Carpentera? Pewnie, że lubicie. Przecież to on wymyślił Halloween! ;)

    Halloweenowe hałasy i melodie #4

    ▶️John Carpenter – Lost Themes I & II (luty 2015, kwiecień 2016)

    Carpenter nie jest nowicjuszem, jeśli chodzi o komponowanie muzyki. Nagrywał przecież soundtracki do wielu ze swoich filmów (seria Halloween, Escape From New York, The Fog, Big Trouble in Little China i wielu, wielu innych). Potrafił tak operować dźwiękiem, by wywołać u słuchacza konkretny nastrój: przerazić, wzbudzić niepewność, ciekawość czy też po prostu dodać dynamiki poszczególnym sekwencjom. Jako narzędzie służył mu do tego syntezator, bez którego trudno wyobrazić sobie jego filmy. Jednak wcześniej było mu o tyle łatwo, że tworzonym przez niego dźwiękom towarzyszyły konkretne obrazy, z którymi odbiorca mógł je połączyć. Tym razem postanowił zadziałać na fantazję słuchacza samą muzyką, już bez udziału dziesiątej muzy. I potwierdził, że wie o niej przynajmniej tyle samo, co o reżyserii.

    Już sam tytuł wydawnictw, Lost Themes, daje pewne wyobrażenie o zawartości. Poszczególne kompozycje faktycznie brzmią, jak gdyby mogły zostać skomponowane na rzecz nieistniejących filmów. Myślę, że łatka „horror synth” bardzo dobrze oddaje klimat tych utworów. Mroczne, zbudowane w oparciu o brzmienie ulubionego instrumentu kompozycje (gdzieniegdzie przewija się też gitara) mają w sobie bardzo wyczuwalny, celuloidowy posmak. Retro brzmienie wprost z lat 80-tych wydaje się tu być naturalne i to ono tworzy tę specyficzną atmosferę. Złowieszcze, syntezatorowe plamy w „Night”, kosmiczny „Distant Dream”, rozbudowany „Obisidian”, pędzący do przodu „Domain”, romantyczny „Last Sunrise”, organowo-gitarowy „Real Xeno” czy pompatyczny „Angel’s Asylum” potwierdzają, że pomimo zbliżonego brzmienia, prostej struktury i podstawowego instrumentarium, utwory te mogą wywołać zupełnie różne emocje i skojarzenia. Takie „Utopian Facade” pasowałoby do nowego Blade Runnera, „Abyss” widziałbym w Archiwum X, „Mystery” mogłoby znaleźć się w Stranger Things, a „Dark Blues” jak nic pasuje do jakiegoś taniego akcyjniaka (obowiązkowo z akcją osadzoną w Azji). A to tylko kilka wybranych – pobawcie się i w trakcie odsłuchu resztę spróbujcie dopasować sami.

    https://www.youtube.com/watch?v=tyNuWCjc-bg

    Wpis pochodzi z fanpage'a: https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #carpenter #halloween #elektronika #syntezatory #muzykaelektroniczna #horror
    pokaż całość

  •  

    W sam raz na niedzielę :)

    Halloweenowe hałasy i melodie #3

    ▶️Rob Zombie – Hellbilly Deluxe (sierpień 1998)

    Pamiętam, jak w telewizji można było jeszcze obejrzeć i posłuchać dobrej muzyki. Swoje pierwsze szlify w tej materii zbierałem dzięki VH1, gdzie leciały różne bloki tematyczne. To musiał być późny wieczór, bo w pewnym momencie trafiłem tam, o ile pamięć mi nie szwankuje, na kawałek „I’m Your Boogie Man”. Teledysk pełen straszydeł, obrzydliwości, estetyka taniego horroru, a samo brzmienie mocno podbite industrialną elektroniką i pełne metalowych, ciężkich gitar. Najważniejsze jednak, że pomimo całej tej otoczki, to przecież doskonały numer taneczny, przy którym można by było wywijać niezłe, choć trochę mroczne piruety na parkiecie.

    Jak już mówiłem, moja pamięć jest mocno wybiórcza, coś mi się tam poprzestawiało, nie do końca zapamiętałem i zamiast za White Zombie, sięgnąłem po Roba Zombie. Zombie to zombie, co nie? Jaka to różnica. Szczególnie że pierwsza, solowa płyta Roba, to świadoma kontynuacja tego taneczno-elektroniczno-mrocznego brzmienia i swoją pomyłkę odkryłem dopiero po jakimś czasie, gdy zacząłem szukać więcej informacji o zespole.

    Nie zmieniło to jednak istoty rzeczy, czyli tego, że Hellbilly to diabelnie (określenie nieprzypadkowe, hehe) dobry album. Melodii jest tu masa i pomimo ciężkiego brzmienia bardzo trudno usiedzieć w miejscu w trakcie jego odsłuchu. I jest w nim też pewien paradoks. Brzmienie to kompletnie nic oryginalnego – przecież taki mariaż industrialu z metalem był motywem znanym i ogranym już w momencie premiery. Z drugiej jednak strony, dzięki stworzonej i zwartej koncepcji opierającej się na aurze mroku, zła, ponurego i krwawego image’u samego Roba, a także głównych inspiracji, czyli tanich, klasycznych horrorów, Zombiemu udało się stworzyć bardzo zwartą stylistycznie i produkcyjnie płytę. Utwory aż kipią od nawiązań do starych filmów, archaicznych i naiwnych historii grozy oraz wykorzystują na nowo znane pomysły i motywy pochodzące z tych źródeł. Widać, że Rob naprawdę się na tym zna (zresztą przecież później zajął się reżyserią horrorów) i czuję się w tym, jak ryba w wodzie. Takiego to warto posłuchać.

    https://www.youtube.com/watch?v=BvsMPOfblfg

    Fanpage: https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #robzombie #industrial #industrialrock #industrialmetal #groovemetal #halloween
    pokaż całość

  •  

    A oto drugi z dziesięciu halloweenowych, muzycznych wpisów ;)

    Halloweenowe hałasy i melodie #2

    ▶️Blood Ceremony – The Eldritch Dark (maj 2013)
    „The Eldritch Dark” to trzeci album Blood Ceremony, grupy mocno zapatrzonej w lata 70-te. Jej członkowie dyskografię takich zespołów jak Black Sabbath, Coven czy Jethro Tull wydają się znać na pamięć. Te wpływy (sabbathowy ciężar podlany klasyczną, klawiszową psychodelą oraz wplatanie w to wszystko folkowego instrumentarium) wraz z uwidaczniającym się w tekstach zainteresowaniem okultyzmem i czarną magią, tworzą naprawdę interesującą mieszankę. Widać to już w otwierającym płytę „Witchwood”, dość standardowym, jeśli chodzi o grupę, utworze. Ciężkie, budujące ezoteryczny klimat gitary zostają w pewnym momencie rozmiękczone przez bajkowo brzmiące organy (oczywiście Hammonda. Utwór raz to nieznacznie przyspiesza, raz zwalnia, by w finale zachwycić przepiękną partią zagraną na flecie. Dodatkowo tekst opowiada o czarnej magii, wiedźmach, odległych krainach i zapomnianych, pradawnych bogach. I taka właściwie jest cała ta płyta – czasami bardziej skupiona na gitarowych riffach („Goodbye Gemini” i „Witchwood” właśnie), czasami okraszona ciekawymi, niespotykanymi na wcześniejszych albumach rozwiązaniami, popychającymi brzmienie jeszcze mocniej w stronę folku (użycie skrzypiec w bardzo melodyjnym „Ballad of The Weird Sisters”, przejęcie wokalu przez basistę w wyciszonym, akustycznym „Lord Summerisle”, oparty jedynie o dźwięki fletu „Faunus”), czasami skręcająca w rejony bardziej mroczne (tytułowy „The Eldritch Dark”) lub całkiem przeciwnie – bardzo pogodne (piosenkowy i emanujący ciepłem „Drawing Down the Moon”), a także zawierająca wszystkie powyższe (rozbudowany, monumentalny „The Magician”).

    Jednak to, co najbardziej podoba mi się w tym albumie to fakt, iż poszczególne muzyczne komponenty ładnie się zazębiają, tworząc magiczny, odrealniony, trochę straszny, ale jednak w jakiś przewrotny sposób ciepły i bajkowy klimat. Trochę więcej pieprzu, soli lub cukru, a tej potrawy nie dałoby się uratować. Tym razem jednak przepis się udał, a książka kucharska, sporządzona przez mistrzów sprzed lat nadal potrafi zachwycić swoją zawartością.

    https://www.youtube.com/watch?v=nRJwTS_2M5M

    Fanpage: https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #doommetal #rockpsychodeliczny #folkrock #muzycznykacik #stonerrock #okultyzm
    pokaż całość

    +: l...........e
  •  

    @rar:

    Rozpocząłem ciąg wpisów o halloweenowych płytach :) Będzie ich 10, dwie już opisane na stronce. Tutaj póki co wrzucam pierwszą.

    Halloweenowe hałasy i melodie #1

    ▶️ The Cramps – Songs The Lord Taught Us (kwiecień 1980)
    Wystarczy rzut okiem na okładkę, na której widzimy zespół, przypominający raczej grupę naturszczyków starających się o rolę w kolejnej odsłonie rodzinki Addamsów, by domyślić się zawartości tej płyty. The Cramps w tym okresie tworzyli: małżeństwo Lux Interior (wokal) i Poison Ivy Rorschach (gitara) oraz Bryan Gregory (gitara) i Nick Knox (gitara), a grupę uważa się za twórców psychobilly. Termin, wymyślony w celach marketingowych przez samego Luxa, trafnie jednak określał zawartość muzyczną tworzoną przez zespół. Mocne odwołanie się do rock n rolla i rockabilly skąpane w aurze kiczowatego mroku, nawiązań do horrorów klasy Z wraz z aurą erotycznego napięcia, które wytwarzała na scenie zarówno Poison Ivy jak i lider grupy, na pewno było czymś, co ich wyróżniało. Ciekawy był też zestaw instrumentów, bowiem zrezygnowano z basu, a same partie perkusji mocno uproszczono, przez co osiągnięcie tego mroczno-kiczowatego klimatu spoczywało w zasadzie tylko na efektach gitarowych oraz na eksperymentach wokalnych.
    The Cramps kompletnie nie kryli się ze swoimi inspiracjami. Na trwającym niecałe 40 minut debiucie, wśród 13 krótkich utworów aż 5 z nich to covery. Podążając tym śladem łatwo odgadnąć, jakie brzmienie chcieli osiągnąć. Niespełna dwuminutowy „Rock On The Moon” to w oryginale mocno swingujący, ale prosty rock n rollowy utwór Jimmy’ego Stewarta – u The Cramps został dodatkowo podszyty niedbałą produkcją i garażowym brzmieniem. „Sunglasses After Dark” Dwighta Pullena to klasyczne rockabilly, które na opisywanej tutaj płycie zostało poddane ostremu przesterowi, co dało zdecydowanie bardziej psychodeliczny i surowy efekt. „Strychnine” to utwór wpływowego, proto-punkowego The Sonics i to kolejny element układanki w rozgryzieniu części składowych brzmienia The Cramps. W ich interpretacji pozostał ten sam groove, zrezygnowano jednak z pianina, dodając przy tym surf rockowe, gitarowe odjazdy. Ostatnie dwa covery to „Fever” Little Willie Johna, rhythm and bluesowy standard z lat 50-tych (tutaj mocno wydłużony, rozwleczony, a blues w wykonaniu The Cramps ma zdecydowanie cmentarny charakter) oraz rock n rollowy „Tear It Up” Johnny’ego Burnette, doprawiony charakterystycznym wokalem Luxa oraz damskim okrzykom przemykającym gdzieś w tle.

    Stare, tanie horrory, rock n roll i garażowe brzmienie. Czego chcieć więcej?

    https://www.youtube.com/watch?v=AyoAt7r1omc

    https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #psychobilly #rockabilly #garagerock #halloween
    pokaż całość

  •  

    @rar:

    I tak prowadzę bloga/funpage, a na wykopie jestem już od prawie dekady i taki ze mnie trochę śmieszek-anonimek, więc żeby przerwać tę passę, będę wrzucać swoje mini-recki też tutaj. Może komuś się spodoba.

    The Kurws – Alarm (wrzesień 2017)
    Lubię polecać i promować płyty, które mi się podobają, ale czasami za cholerę nie wiem, jak zachęcić postronnych do tego, by je przesłuchali. I nie chodzi tu wcale o ubogi zasób słownictwa, nieśmiałość czy jeszcze jakąś inną niemoc, a po prostu sam fakt tego, że ktoś taki mógłby spojrzeć na mnie i pomyśleć sobie, że chyba zbyt normalny to ja jednak nie jestem. Czemu? A na ten przykład temu, że opisując taką płytę jak Alarm Kurws, opowiedziałbym poniższą historyjkę.

    Rozpoczynam podróż i od razu wjeżdżam na najgorszy odcinek nieremontowanej od kilkudziesięciu lat drogi, z dziurami wielkości kraterów na księżycu i tak wąskiej, że przy każdej próbie wymijania prawie wpadam swoim ukochanym wehikułem do rowu. Wehikuł ten to oczywiście zdezelowany, ale stuningowany polonez, a moi pasażerowie to wrzeszcząca i nieznośnie niegrzeczna zgraja dzieciaków (albo studentów). Nie mamy klimatyzacji, więc uchylam szybę, dzięki czemu rozkoszujemy się dźwiękami zapiaszczonego i podziurawionego podłoża. Raz przyspieszam, raz zwalniam, jeżdżę bardzo nierówno i nieekonomicznie, ale liczy się przecież styl. I to nie dlatego, że nie umiem, ja tak po prostu lubię. Rytm jest przecież po to, by go zmieniać. Zresztą dzięki temu czujemy każdą nierówność, podskakujemy na każdym kamieniu i o nudzie nie może być mowy. Trąbi na nas każda przejeżdżająca obok ciężarówka, tamujemy ruch, a potem znów ścigamy się z tymi, którzy chcą nas wyprzedzić. Z radia leci jakiś skomplikowany jazz, który miesza się z hałasami otoczenia, tworząc niepodrabialną i nieoczywistą mieszankę doznań dźwiękowych dla moich uszu. Jedzie nam się tak dobrze, że prawie zapominamy o celu podróży. A jedziemy oczywiście na koncert The Kurws. Dzieci oczywiście odstawiam na plac zabaw (studenciaki idą na piwo), a sam śmigam na wydarzenie. Płytę znam już przecież na pamięć, nauczyłem się każdego dźwięku w drodze.

    I jak, zabieracie się ze mną?

    https://kurws.bandcamp.com/album/alarm

    https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #postpunk #noise #freejazz
    pokaż całość

  •  

    @rar: Prowadzę sobie od jakiegoś czasu fanpage i bloga muzycznego i z okazji zbliżającego się koncertu The Sisters of Mercy (dziś Gdańsk, jutro Warszawa), napisałem coś w rodzaju przeglądu ich twórczości. Dużo tego przecież nie było, ale warto znać i ciekaw jestem opinii mireczków o tym zespole. Z wpisem na blogu można zapoznać się tutaj: https://halasyimelodie.wordpress.com/2017/09/13/przeglad-dyskografii-the-sisters-of-mercy/

    #muzyka #postpunk #gothic #sistersofmercy #darkwave #80s
    pokaż całość

    źródło: jazzforum.com.pl

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika rar

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.