•  

    W sam raz na niedzielę :)

    Halloweenowe hałasy i melodie #3

    ▶️Rob Zombie – Hellbilly Deluxe (sierpień 1998)

    Pamiętam, jak w telewizji można było jeszcze obejrzeć i posłuchać dobrej muzyki. Swoje pierwsze szlify w tej materii zbierałem dzięki VH1, gdzie leciały różne bloki tematyczne. To musiał być późny wieczór, bo w pewnym momencie trafiłem tam, o ile pamięć mi nie szwankuje, na kawałek „I’m Your Boogie Man”. Teledysk pełen straszydeł, obrzydliwości, estetyka taniego horroru, a samo brzmienie mocno podbite industrialną elektroniką i pełne metalowych, ciężkich gitar. Najważniejsze jednak, że pomimo całej tej otoczki, to przecież doskonały numer taneczny, przy którym można by było wywijać niezłe, choć trochę mroczne piruety na parkiecie.

    Jak już mówiłem, moja pamięć jest mocno wybiórcza, coś mi się tam poprzestawiało, nie do końca zapamiętałem i zamiast za White Zombie, sięgnąłem po Roba Zombie. Zombie to zombie, co nie? Jaka to różnica. Szczególnie że pierwsza, solowa płyta Roba, to świadoma kontynuacja tego taneczno-elektroniczno-mrocznego brzmienia i swoją pomyłkę odkryłem dopiero po jakimś czasie, gdy zacząłem szukać więcej informacji o zespole.

    Nie zmieniło to jednak istoty rzeczy, czyli tego, że Hellbilly to diabelnie (określenie nieprzypadkowe, hehe) dobry album. Melodii jest tu masa i pomimo ciężkiego brzmienia bardzo trudno usiedzieć w miejscu w trakcie jego odsłuchu. I jest w nim też pewien paradoks. Brzmienie to kompletnie nic oryginalnego – przecież taki mariaż industrialu z metalem był motywem znanym i ogranym już w momencie premiery. Z drugiej jednak strony, dzięki stworzonej i zwartej koncepcji opierającej się na aurze mroku, zła, ponurego i krwawego image’u samego Roba, a także głównych inspiracji, czyli tanich, klasycznych horrorów, Zombiemu udało się stworzyć bardzo zwartą stylistycznie i produkcyjnie płytę. Utwory aż kipią od nawiązań do starych filmów, archaicznych i naiwnych historii grozy oraz wykorzystują na nowo znane pomysły i motywy pochodzące z tych źródeł. Widać, że Rob naprawdę się na tym zna (zresztą przecież później zajął się reżyserią horrorów) i czuję się w tym, jak ryba w wodzie. Takiego to warto posłuchać.

    https://www.youtube.com/watch?v=BvsMPOfblfg

    Fanpage: https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #robzombie #industrial #industrialrock #industrialmetal #groovemetal #halloween
    pokaż całość

  •  

    A oto drugi z dziesięciu halloweenowych, muzycznych wpisów ;)

    Halloweenowe hałasy i melodie #2

    ▶️Blood Ceremony – The Eldritch Dark (maj 2013)
    „The Eldritch Dark” to trzeci album Blood Ceremony, grupy mocno zapatrzonej w lata 70-te. Jej członkowie dyskografię takich zespołów jak Black Sabbath, Coven czy Jethro Tull wydają się znać na pamięć. Te wpływy (sabbathowy ciężar podlany klasyczną, klawiszową psychodelą oraz wplatanie w to wszystko folkowego instrumentarium) wraz z uwidaczniającym się w tekstach zainteresowaniem okultyzmem i czarną magią, tworzą naprawdę interesującą mieszankę. Widać to już w otwierającym płytę „Witchwood”, dość standardowym, jeśli chodzi o grupę, utworze. Ciężkie, budujące ezoteryczny klimat gitary zostają w pewnym momencie rozmiękczone przez bajkowo brzmiące organy (oczywiście Hammonda. Utwór raz to nieznacznie przyspiesza, raz zwalnia, by w finale zachwycić przepiękną partią zagraną na flecie. Dodatkowo tekst opowiada o czarnej magii, wiedźmach, odległych krainach i zapomnianych, pradawnych bogach. I taka właściwie jest cała ta płyta – czasami bardziej skupiona na gitarowych riffach („Goodbye Gemini” i „Witchwood” właśnie), czasami okraszona ciekawymi, niespotykanymi na wcześniejszych albumach rozwiązaniami, popychającymi brzmienie jeszcze mocniej w stronę folku (użycie skrzypiec w bardzo melodyjnym „Ballad of The Weird Sisters”, przejęcie wokalu przez basistę w wyciszonym, akustycznym „Lord Summerisle”, oparty jedynie o dźwięki fletu „Faunus”), czasami skręcająca w rejony bardziej mroczne (tytułowy „The Eldritch Dark”) lub całkiem przeciwnie – bardzo pogodne (piosenkowy i emanujący ciepłem „Drawing Down the Moon”), a także zawierająca wszystkie powyższe (rozbudowany, monumentalny „The Magician”).

    Jednak to, co najbardziej podoba mi się w tym albumie to fakt, iż poszczególne muzyczne komponenty ładnie się zazębiają, tworząc magiczny, odrealniony, trochę straszny, ale jednak w jakiś przewrotny sposób ciepły i bajkowy klimat. Trochę więcej pieprzu, soli lub cukru, a tej potrawy nie dałoby się uratować. Tym razem jednak przepis się udał, a książka kucharska, sporządzona przez mistrzów sprzed lat nadal potrafi zachwycić swoją zawartością.

    https://www.youtube.com/watch?v=nRJwTS_2M5M

    Fanpage: https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #doommetal #rockpsychodeliczny #folkrock #muzycznykacik #stonerrock #okultyzm
    pokaż całość

  •  

    @rar:

    Rozpocząłem ciąg wpisów o halloweenowych płytach :) Będzie ich 10, dwie już opisane na stronce. Tutaj póki co wrzucam pierwszą.

    Halloweenowe hałasy i melodie #1

    ▶️ The Cramps – Songs The Lord Taught Us (kwiecień 1980)
    Wystarczy rzut okiem na okładkę, na której widzimy zespół, przypominający raczej grupę naturszczyków starających się o rolę w kolejnej odsłonie rodzinki Addamsów, by domyślić się zawartości tej płyty. The Cramps w tym okresie tworzyli: małżeństwo Lux Interior (wokal) i Poison Ivy Rorschach (gitara) oraz Bryan Gregory (gitara) i Nick Knox (gitara), a grupę uważa się za twórców psychobilly. Termin, wymyślony w celach marketingowych przez samego Luxa, trafnie jednak określał zawartość muzyczną tworzoną przez zespół. Mocne odwołanie się do rock n rolla i rockabilly skąpane w aurze kiczowatego mroku, nawiązań do horrorów klasy Z wraz z aurą erotycznego napięcia, które wytwarzała na scenie zarówno Poison Ivy jak i lider grupy, na pewno było czymś, co ich wyróżniało. Ciekawy był też zestaw instrumentów, bowiem zrezygnowano z basu, a same partie perkusji mocno uproszczono, przez co osiągnięcie tego mroczno-kiczowatego klimatu spoczywało w zasadzie tylko na efektach gitarowych oraz na eksperymentach wokalnych.
    The Cramps kompletnie nie kryli się ze swoimi inspiracjami. Na trwającym niecałe 40 minut debiucie, wśród 13 krótkich utworów aż 5 z nich to covery. Podążając tym śladem łatwo odgadnąć, jakie brzmienie chcieli osiągnąć. Niespełna dwuminutowy „Rock On The Moon” to w oryginale mocno swingujący, ale prosty rock n rollowy utwór Jimmy’ego Stewarta – u The Cramps został dodatkowo podszyty niedbałą produkcją i garażowym brzmieniem. „Sunglasses After Dark” Dwighta Pullena to klasyczne rockabilly, które na opisywanej tutaj płycie zostało poddane ostremu przesterowi, co dało zdecydowanie bardziej psychodeliczny i surowy efekt. „Strychnine” to utwór wpływowego, proto-punkowego The Sonics i to kolejny element układanki w rozgryzieniu części składowych brzmienia The Cramps. W ich interpretacji pozostał ten sam groove, zrezygnowano jednak z pianina, dodając przy tym surf rockowe, gitarowe odjazdy. Ostatnie dwa covery to „Fever” Little Willie Johna, rhythm and bluesowy standard z lat 50-tych (tutaj mocno wydłużony, rozwleczony, a blues w wykonaniu The Cramps ma zdecydowanie cmentarny charakter) oraz rock n rollowy „Tear It Up” Johnny’ego Burnette, doprawiony charakterystycznym wokalem Luxa oraz damskim okrzykom przemykającym gdzieś w tle.

    Stare, tanie horrory, rock n roll i garażowe brzmienie. Czego chcieć więcej?

    https://www.youtube.com/watch?v=AyoAt7r1omc

    https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #psychobilly #rockabilly #garagerock #halloween
    pokaż całość

  •  

    @rar:

    I tak prowadzę bloga/funpage, a na wykopie jestem już od prawie dekady i taki ze mnie trochę śmieszek-anonimek, więc żeby przerwać tę passę, będę wrzucać swoje mini-recki też tutaj. Może komuś się spodoba.

    The Kurws – Alarm (wrzesień 2017)
    Lubię polecać i promować płyty, które mi się podobają, ale czasami za cholerę nie wiem, jak zachęcić postronnych do tego, by je przesłuchali. I nie chodzi tu wcale o ubogi zasób słownictwa, nieśmiałość czy jeszcze jakąś inną niemoc, a po prostu sam fakt tego, że ktoś taki mógłby spojrzeć na mnie i pomyśleć sobie, że chyba zbyt normalny to ja jednak nie jestem. Czemu? A na ten przykład temu, że opisując taką płytę jak Alarm Kurws, opowiedziałbym poniższą historyjkę.

    Rozpoczynam podróż i od razu wjeżdżam na najgorszy odcinek nieremontowanej od kilkudziesięciu lat drogi, z dziurami wielkości kraterów na księżycu i tak wąskiej, że przy każdej próbie wymijania prawie wpadam swoim ukochanym wehikułem do rowu. Wehikuł ten to oczywiście zdezelowany, ale stuningowany polonez, a moi pasażerowie to wrzeszcząca i nieznośnie niegrzeczna zgraja dzieciaków (albo studentów). Nie mamy klimatyzacji, więc uchylam szybę, dzięki czemu rozkoszujemy się dźwiękami zapiaszczonego i podziurawionego podłoża. Raz przyspieszam, raz zwalniam, jeżdżę bardzo nierówno i nieekonomicznie, ale liczy się przecież styl. I to nie dlatego, że nie umiem, ja tak po prostu lubię. Rytm jest przecież po to, by go zmieniać. Zresztą dzięki temu czujemy każdą nierówność, podskakujemy na każdym kamieniu i o nudzie nie może być mowy. Trąbi na nas każda przejeżdżająca obok ciężarówka, tamujemy ruch, a potem znów ścigamy się z tymi, którzy chcą nas wyprzedzić. Z radia leci jakiś skomplikowany jazz, który miesza się z hałasami otoczenia, tworząc niepodrabialną i nieoczywistą mieszankę doznań dźwiękowych dla moich uszu. Jedzie nam się tak dobrze, że prawie zapominamy o celu podróży. A jedziemy oczywiście na koncert The Kurws. Dzieci oczywiście odstawiam na plac zabaw (studenciaki idą na piwo), a sam śmigam na wydarzenie. Płytę znam już przecież na pamięć, nauczyłem się każdego dźwięku w drodze.

    I jak, zabieracie się ze mną?

    https://kurws.bandcamp.com/album/alarm

    https://www.facebook.com/Halasyimelodie/

    #muzyka #postpunk #noise #freejazz
    pokaż całość

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika rar

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.