"Hi, I'm Marjorie Steward-Baxter and I taste like sunshine dust"

  •  

    578393 - 102 = 578291

    Czasówka przed deszczem. Dziesięć pętelek po okolicy. Ostatnia już w lekkiej mżawce.

    #rowerowyrownik #100km (nr 48)

  •  

    Teraz trzeba dać z siebie wszystko, by najpóźniej za 240 godzin dojechać z powrotem w to miejsce :)

    #byczysnarowerze #mrdp

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: fromapp.jpg

    •  

      z jakichkolwiek innych źródeł, oprócz oczywiście portfeli i kieszeni osób LGBTQWERTY

      @Willy666: Pozwól, że jako heteroseksualna dziewczyna będę sama decydować na co przeznaczam zarobione pieniądze( ͡º ͜ʖ͡º)

      +: alkan
    •  

      ja tam wolałbym przepić niż na pedałów dać

      @Willy666: I OK, ale czy to w jakikolwiek sposób uprawnia Cię do rozporządzania cudzymi pieniędzmi czy wartościowania cudzych wydatków? Nie sądzę.

    • więcej komentarzy (5)

  •  

    Nie umiem into rekreacyjne tempo, co zresztą wiem od dawna, bo chodzić powoli też nie umiem. Zawsze jak wychodzę z panną, to ta mnie musi co chwilę upominać, żebym zwolnił, bo nie nadąża.
    Mięśnie mówią: jazdaaa! Stawy krzyczą: ty chory pojebie!

    Dwie ostatnie przejażdżki (cross 15 kg+):
    1. 72 km, 760 m ↑, AVG 28.7 km/h, 34.2 km/h (σ :11.8) 75% Quartile Speed, 22.8 km/h avg climbing speed, 294 W (Coogan).
    2. 53 km, 314 m ↑, AVG 29.3 km/h, 33.1 km/h (σ :8.0) 75% Quartile Speed, 26.8 km/h, avg climbing speed, 269 W (Coogan).

    Atakowałem jeden gównosegment, spodziewałem się, że go wezmę, ale nie sądziłem, że po dziurawej drodze gruntowej można pojechać 30 km/h.
    Dużo bardziej ucieszyło mnie 10. miejsce na segmencie jak na załączniku, bo przede mną nie ma nikogo kto by go jechał na innym rowerze niż szosa, więc jestem tam 1. na crossie... ("1,201 Attempts By 309 People")
    Poza tym popatrzcie na daty przejazdów. Ciekawie wyglądają zwłaszcza dla 2., 3. i 4. miejsca i pewnie przykro było, że się KOM-em nie skończyło. ;)

    Wiem z biegów przełajowych czym jest przetrenowanie. Niczym przyjemnym, bo przez długi czas nie można nawet truchtać. Mój spasiony owczarek niemiecki na okolicznych wzgórzach za mną nie nadążał.

    Wczoraj przed snem łyknąłem dwie tabletki p/bólowe, żeby trochę pospać. Udało się 5 h. A przydało więcej, bo wiadomo, że sen jest najlepszą regeneracją.

    Ciekawe czy ortopeda, do którego poszedłem po 3 latach przerwy od snowboardu spowodowanej kontuzją; ten sam, który odmówił mi jazdy na rolkach, bo ich zakup planowałem, a na rower pozwolił, przez co rower kupiłem, byłby dziś ze mnie dumny. XD

    #rower #rowerowezalesie #rowerowechwalesie #ruchadlojezdzi
    pokaż całość

    źródło: segment.jpg

  •  

    Kolego na crossie, co wczoraj jechał z #szosowawarszawa przez Kampinos: jak ręka?
    @krzysztof4it, jeśli dobrze kojarzę

    +: masash
  •  

    Ogarnąłem se b'twina jako pierwszą ever szosę i coś się kaseta rusza(faluje) i dziwnie hałasuje(no taki dość wkurwiający dźwięk i intensywny) podczas ruchu koła. Dawać na ogarnięcie/dokręcenie przy najbliższym dniu wolnym/biznesowym bardziej? Bo jest do dość irytujące i na testowej przejażdżce po markiecie żem nie zauważył.

    //ruch jest lekki, ale kaseta napierdala burczeniem jak zakłady zmechanizowane

    #rower #szosa
    pokaż całość

  •  

    599103 - 34 - 60 - 34 - 70 - 30 - 30 - 47 - 31 - 113 - 6 = 598648

    Podsumowanie tygodnia czyli zsumowane pracodomy i inne jazdy.
    I jeszcze wczorajsza stołeczna setka plus dzisiejszy podjazd pod bieszczadzką Bezmiechową Górną czyli jak na 3 kilometrach w Bieszczadach zrobić ledwie 100 metrów mniej przewyższeń niż na ponad stówie w centralnej Polsce;)

    W tym tygodniu to już 904km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    12.08.2017 Sobota 10:00 Metro Młociny

    Połówka Kampinosu
    Tempo luźne.

    https://www.strava.com/routes/9973867

    #szosowawarszawa #rowerowawarszawa

  •  

    Praca z #rozowypasek x kilka sztuk, to jakaś masakra. Nie dość, że ich jedyne tematy to obrabianie współpracowników i znajomych, to jeszcze z byle gónwa potrafią zrobić hurr durr.

    Sytuacja z dzisiaj:

    Jestem odpowiedzialna za wbijanie zamówień do systemu. Pracuję od niedawna. Generalnie, mam wychwytywać informacje z maili i bookingów na temat ilości zamówień, terminów etc

    Dzisiaj jedna z "koleżanek" zauważyła błąd, gdzie numery zamówień były wprowadzone na zły dzień. I tak, zamiast normalnie ze mną porozmawiać. Ona ostentacyjnie opieprzyła mnie przy całym biurze. A zważając na to, że pracuję najkrócej i jestem najmłodsza to panienka wiecznie niezadowolona (bo ma chyba wieczny PMS) poczuła pewny grunt, i że może sobie po mnie jechać.

    Warto wspomnieć, że wczoraj nasz dyrektor również pracował nad przenoszeniem zamówień z jednego terminu na drugi i możliwe, że to on namieszał.

    A nawet jeśli to ja, to nie jestem nieomylna i dopiero się uczę. Wszelkie błędy można po prostu usunąć.

    Facet normalnie objaśniłby na czym polega problem i po sprawie, a nie robiłby gównoburzę i poniżał żeby sobie podnieść samoocenę, jakim to jest fachowcem.

    Ogólnie to trochę żenadłam przez tę sytuację, bo jesteśmy dorośli, a moje "koleżanki" wysyłają sobie smsy i mnie obgadują xD (one mają po +30lat) Najśmieszniejsze było, jak taka wielce wkurwiona, demonstracyjnie wyszła na papierosa :D

    O Boże, Mireczki, niech ten dzień szybko zleci (⌒(oo)⌒)

    #zalesie #logikarozowychpaskow #pracbaza
    pokaż całość

    •  

      Facet normalnie objaśniłby na czym polega problem i po sprawie, a nie robiłby gównoburzę i poniżał żeby sobie podnieść samoocenę, jakim to jest fachowcem.

      @noxchi: To zabawne, że jedziesz po koleżankach z pracy a sama, zamiast zachować się jak "facet" i powiedzieć im w twarz co myślisz pięknie wpisujesz się w obrazek "baby" żaląc w internetach.

      panienka wiecznie niezadowolona (bo ma chyba wieczny PMS

      @noxchi: Napisz jeszcze, że brakuje jej chłopa, jest gruba czy co tam jeszcze się mówi w ramach tanich "babskich" przytyków.

      I tak, zamiast normalnie ze mną porozmawiać. Ona ostentacyjnie opieprzyła mnie przy całym biurze.

      @noxchi: Popracuj nad asertywnością. To bardzo pomaga w życiu.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (49)

  •  

    50% układanki;D jutro mam nadzieję że dojdą buty #rower #szosa

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    #anonimowemirkowyznania
    Cześć Mirki, jakiś czas temu próbowałem się tu wygadać ale coś nie bardzo miałem nastrój więc niektóre fragmenty tego co tu piszę mogą brzmieć znajomo

    W sumie to wciąż nie wiem po co piszę, i tak połowa mi odpisze „chlip chlip, smutna historia, trzymaj się”, a druga połowa „zajeb się przegrywie, marnujesz tylko tlen”, ale niektórzy mówią że pisanie i dzielenie się swoimi problemami pomaga. Jestem nastawiony sceptycznie ale spróbuję na poważnie.

    Cóż, chciałbym zacząć od tego że jestem typowym przegrywem, ale to by nie było w sumie prawdą, nie jestem typowym czy przeciętnym przegrywem, jestem ostateczną formą przegrywa, podczłowiekiem któremu każdy może zrobić i powiedzieć co chce, debilem, głupcem i idiotą bez żadnych zainteresowań, umiejętności i zdolności, istotą która nie ma prawa głosu, która nie może mieć zdania, stworzeniem które nie zasługuje ani na szczęście ani na normalną egzystencję.
    I to nie tylko w mojej własnej ocenie, ale każdego kto miał ze mną do czynienia, o czym codziennie mi wprost przypominają.

    Byłem zawsze tym cichym, wyalienowanym dzieciakiem w klasie, tym który nigdy nigdzie nie wychodził, słabo się uczył, zawsze chodził w ubraniach z lumpeksów, zawsze spędzał wakacje w domu. Cóż, na początku mojej edukacji tak nie było, byłem nawet dość lubiany, tak samo nie uczyłem się raczej jakoś gorzej od innych. Ale z każdym kolejnym rokiem się to zmieniało. Nie miałem (i nie mam) zdrowej sytuacji w domu, pochodzę z bardzo skłóconej rodziny, od dziecko towarzyszyły mi kłótnie rodziców, czasem się do nich włączałem, głównie broniąc matki, ale to nie był dobry pomysł. Nie tylko nijak to nie poprawiało sytuacji, ale także wkurwiało oboje rodziców i dawało im możliwość do tego by mnie opieprzyć. Z czasem zaczęli więc kłócić się bezpośrednio ze mną, o wszystko, o byle pierdołę, bo słabe oceny, bo chodzę bez skarpet, bo za głośno włączam światło, ilość kłótni i ich zawziętość wzrastała z każdym rokiem, zwłaszcza że jako rodzina mieliśmy kłopoty finansowe, a starych już w sumie nic nie trzymało razem (poza zależnością finansową), stałem się więc swoistym „chłopcem do bicia”, służącym wyładowaniu stresu i gniewu. Pod koniec podstawówki/na początku gimnazjum aktywnie się do tego włączył mój starszy brat, który również chciał wyładować swój gniew i frustrację, zaczynało się od obrażania i dogadywania, pojawiały się coraz wymyślniejsze obrazy i wyzwiska, przepychanki, aż w którymś momencie zaczęło się obmacywanie po tyłku i genitaliach z tekstami „lubisz to”, „chciałbyś chapać moją dzidę”, „chciałbyś być brany w dupę” i masa tego typu rzeczy. Stało się to codziennością. Wszystko to przy wiedzy i aprobacie reszty rodziny, która nie widziała w tym nic złego, zawsze to były albo wygłupy, albo „co ty opowiadasz za głupoty”, „widocznie zasłużyłeś”, „twój brat się uczy/pracuje i jest zestresowany” i inne takie teksty, kiedy się stawiałem, kiedy krzyczałem albo wręcz odpowiadałem poprzez uderzanie brata to rodzice interweniowali...opieprzając mnie że czemu zachowuję się jak bydło, że mam przeprosić brata, że sami zaraz mi przypierdolą. On mnie molestował, raz nawet doszło do sytuacji że próbował mnie zgwałcić kijem od miotły, i albo to było ignorowane albo ja byłem opieprzany i musiałem go jeszcze przepraszać. Ja wiem że to nie brzmi jak coś wielkiego, ale wyobraźcie sobie bycie tak upokarzanym każdego jebanego dnia, przez całe gimnazjum, przez całe liceum i wciąż w życiu dorosłym (ze strony brata skończyło się to dopiero rok temu, gdy wyjechał za granicę. Mam 23 lata! I przestałem być obmacywanym każdego pojedynczego dnia dopiero w zeszłym roku, po ponad 10 latach tego procederu o którym wiedzieli rodzice, siostra, dziadkowie), do tego codzienne awantury od innych członków rodziny, wyzwiska, obwinianie o wszystko, nazywanie wprost debilem i nieudacznikiem, który nigdy nic nie zrobi, nie będzie miał dziewczyny, nie będzie miał przyjaciół, że nikt mnie nie lubi, mówienie że ja jestem zły, że jestem ścierwem które na nic nie zasługuje, popychanie, opluwanie, kilka razy drapanie, przeżywanie potwornych awantur, awantur, nie kłótni, nie że ktoś sobie pokrzyczał, to było wydzieranie się aż sobie ludzie zdzierali głosy, nieraz byłem po prostu zaganiany w kąt i to nawet przez kilka osób gdzie słuchałem tych wszystkich wyzwisk i byłem zachęcany bym uderzył a nawet zabił swoją własną matkę! Nieraz doprowadzano mnie do sytuacji gdy nie mogłem złapać oddechu, a wierzcie mi że to było dość ciężko osiągnąć. Byłem pozbawiony jakiejkolwiek prywatności, włączając w to nawet łazienkę, mamy jebane 3 łazienki i zawsze gdy ja korzystałem to brat ją otwierał przekręcając zamek z zewnątrz, wchodził brat, wchodził ojciec, wchodziła nawet matka i siostra, często mnie opierdalając i notorycznie komentując wygląd mojego ciała i małe przyrodzenie. Ja wiem, że to może brzmieć jak nic wielkiego ale naprawdę, wyobraźcie sobie, każdego dnia, przez całe życie. Do tego zawsze masa zakazów i nakazów, nigdy nie mogłem wychodzić ze znajomymi z klasy ani do kina, ani na urodziny, ani na domówki, ani nic, wszelkie próby znalezienia jakiś zainteresowań kończyły się zawsze wyśmiewaniem tego i nierzadko konfiskatą rzeczy np. książek od programowania czy elektroniki.
    Naprawdę odechciewało mi się od tego wszystkiego, ileś razy się jeszcze starałem podnieść, mówiłem sobie „byle do 18 później wszystko się zmieni”, ale od razu byłem sprowadzany na ziemię, nie mogłem tego przetrwać, nie mogłem się rozwijać, najlepiej było siedzieć cicho i się nie wychylać. I tak też się działo, gdy dotarłem do liceum to naprawdę nie miałem ochoty już na nic. Właściwie moje wspomnienia z końca gimnazjum i liceum to jedynie to że włóczyłem się po mieście albo cały dzień, nieraz upalne lub deszczowe dni siedziałem na jednej jebanej ławce w parku bo po prostu musiałem wyjść z domu ale nie miałem siły iść do ludzi i udawać, że jest w porządku, nie miałem po prostu siły być pomiędzy ludźmi z których strony mogłem spodziewać się tylko wyśmiania tego jaki jestem słaby i chujowy.
    Tak już było i pewnie by było po dzień dzisiejszy o ile bym się nie zajebał po jakimś czasie, gdyby nie fakt że w 3ciej liceum do naszej klasy dołączyła nowa dziewczyna, pierwsza osoba jaka kiedykolwiek chciała ze mną rozmawiać, która nie traktowała mnie jak jakieś gówno, która wprost mi mówiła że mam prawo do własnego zdania, do bycia usłyszanym, która chciała poznać moją opinię w różnych sprawach, osoba która zapewniała mnie że świat nie jest tak chujowy, że jest ciekawy, oferuje wiele, osoba która twierdziła, że nie wszyscy ludzie są potworami, moimi wrogami wręcz mogą być moimi przyjaciółmi. Nie będę ukrywał, na początku niespecjalnie jej ufałem, nie kupowałem tego wyczuwając w tym jakiś podstęp, ale po jakimś czasie uwierzyłem jej, polubiłem ją, była jedynym powodem dla którego jeszcze co jakiś czas przychodziłem do szkoły. Ona miała też swoje problemy, ale mnie to nie odstraszało, wręcz uważałem że dzięki temu mogę jej ufać i się z nią dogadać bo ona wie, że nie zawsze wszystko jest takie łatwe, wręcz dodawało mi to sił bo nawet jeśli nie do siebie to chciałem być silny dla niej, chciałem by czuła się przy mnie komfortowo i mogła powiedzieć co jej leży na sercu. Lubiłem ją, uznałem ją za swoja przyjaciółkę, pierwszą i jedyną tak bliską osobę jaką miałem w życiu. Pisaliśmy kilka razy po zakończeniu liceum, ja oczywiście jako debil musiałem powtarzać rok, aż do czasu gdy sama wyszła z inicjatywą spotkania, w czasie którego mówiła mi o tym jak podjęła leczenie i jej życie zmieniło się na lepsze i o tym jaka ona jest zajebista i jak to wszystkim pomaga, każdy może na niej polegać, każdemu pomaga nawet gdy jest na drugim końcu kraju, proponowała mi też wspólny wyjazd na majówkę. Odmówiłem. Bardzo chciałem pojechać, chciałem móc spędzić z nią jak najwięcej czasu, ale bałem się, byłem przerażony, nigdy nie byłem zbyt dobry w interakcjach towarzyskich, nie wiedziałem i wciąż nie wiem jak wyglądają wspólne wyjazdy z kimkolwiek, ja generalnie wyjechałem tylko kilka razy poza miasto na więcej niż 1 dzień, bałem się że będzie to dla mnie zbyt ciężkie i że jak ona będzie zmuszona ze mną siedzieć cały czas, bez przerwy przez 2 czy 3 dni to prędzej czy później coś powiem albo odjebię co ją odstraszy, wolałem działać powoli, powoli, zwłaszcza że dopiero pierwszy raz wyszedłem z kimś na kawę (W wieku 19 lat!!)…i w sumie kawy się nie napiłem bo byłem tak podekscytowany tym wszystkim że zapomniałem jakąś kupić. Ale spotkanie mimo wszystko było dobre, utwierdziło mnie w przekonaniu że jest moją przyjaciółką, że mogę jej ufać, że mogę z nią szczerze porozmawiać i co najważniejsze, że ona mnie postrzega w ten sposób, że wreszcie w czyiś oczach nie byłem pieprzonym podczłowiekiem, którego może zwyzywać i uderzyć, ale kimś z kim można porozmawiać i na kim można polegać, kimś z kim ona chce spędzać czas. Utwierdziła mnie w tym rozmowa telefoniczna którą odbyłem z nią wieczorem tego samego dnia, rozmowa którą odbyłem pod wpływem tego co mówiła, rozmowa czasie której powiedziałem że chcę zmienić swoje otoczenie i siebie samego, zacząć żyć tak jak ona zaczęła, rozmowa w której ona powiedziała że to rozumie i że mogę na nią liczyć, że wróci za 2 miesiące (akurat wyjeżdżała na dłuższy wyjazd kilka dni później), później odkryłem że wrzuciła fragment tej rozmowy na swojego bloga co tym bardziej mnie utwierdziło w tym że dla niej też to jest ważne, a przynajmniej wie jak ważne jest to dla mnie. .
    Ja wiem jak debilnie to brzmi, jak śmieszne to jest, ale ja jej uwierzyłem. Wykrzesałem resztki sił i nadziei, których nie miałem w sobie od lat i wierzyłem, wręcz byłem pewien że moje życie się odmieni za parę miesięcy, może nawet tygodni. Oto wreszcie dostałem szansę, ktoś mnie potraktował jak człowieka, ktoś we mnie wierzy, na kimś mogę polegać. Wreszcie spędzę trochę czasu z inną osobą, będę mógł porozmawiać, szczerze porozmawiać, pogadać o swoich problemach, o sobie, tak pomyśleć i pogadać o sobie, odnaleźć siebie, poszukać tego kim jestem, jakie mam zainteresowania i czego chcę od życia. Wierzyłem że wyjdę z nią, znów na kawę, na spacer, do muzeum, do kina...po prostu zobaczę normalne życie, zobaczę jak ludzie funkcjonują, poznam to co inni mieli od dawien dawna, myślałem że nadrobię zaległości względem rówieśników, szczerze w to wierzyłem, wierzyłem że jeszcze jest na to szansa, jeszcze jest czas, byłem wciąż młody, miałem siły i nadzieję, moje życie miało się zmienić o 180 stopni. Byłem tak szczęśliwy, Chryste, to było jedyne szczęśliwe wspomnienie jakie miałem, jedyne co dawało mi siłę żyć, jedyne co mnie utrzymywało przy zmysłach gdy słuchałem jakim ścierwem jestem, jak bardzo bezużyteczny jestem.
    Jedno jest pewne, już wtedy czułem że na to nie zasługuję, że spotkało mnie tak ogromne szczęście, czysty fart i niestety miałem rację bo ona nigdy nie wróciła, nigdy się nie spotkaliśmy, nigdy nie dostałem szansy na którą liczyłem, nigdy nie poznałem normalnego życia. Czasem to wygląda jak jakiś okrutny żart, bo pierwszy raz w to wszystko uwierzyłem, pierwszy raz życie, normalność i szczęście były na wyciągnięcie ręki...i nic się z tego nie spełniło. Ona przedłużyła wyjazd, później poleciała gdzieś indziej z chłopakiem. Ja mimo wszystko próbowałem, dostałem się na 2 kierunki studiów, próbowałem działać, każdego dnia myśl o tym że była jedna osoba która widziała we mnie pełnoprawnego człowieka, osoba która chciała się ze mną zadawać i mi pomóc dodawała mi sił, myślałem że mimo wszystko pokonam przeciwności losu, jakoś z tego wyjdę. Ale nie. Nie mogłem znaleźć wspólnego języka z ludźmi na uczelni więc jak zawsze stałem z boku, w domu od rana do wieczora awantury, upokarzanie, obmacywanie, z każdym tygodniem było coraz gorzej, ale znów pojawił się promyk nadziei, znajoma chociaż postanowiła wyjechać na stałe za granicę przyjechała i chciała się spotkać, umówiliśmy się na spotkanie, które potwierdziła ze mną jeszcze dzień wcześniej telefonicznie. Byłem tak uradowany. Chciałem z nią pogadać, usłyszeć co u niej, jak się trzyma, poopowiadać o moich próbach, podzielić się z kimś kto chce mnie wysłuchać, z kimś kto sam przechodził przez różne gówno i mógł mi też doradzić, tak bardzo oczekiwałem tego, tak bardzo tego potrzebowałem. Niestety do spotkania nie doszło. Olała mnie, zerwała kontakt, przestała odbierać telefony, chociaż jeszcze dzień wcześniej nie było z tym problemu. Na początku myślałem że ma coś na głowie, dużo roboty albo nie daj Boże, źle się czuła, jak mówiłem miała swoje problemy natury psychiatrycznej, martwiłem się o nią, uznałem że nie będę naciskał, chciała się spotkać więc pewnie nie może i sama się odezwie gdy będzie mogła. Ale mijały dni, wręcz tygodnie, nie odezwała się, za to nie miała problemu z wrzucaniem zdjęć ze swoich spotkań towarzyskim na portale społecznościowe, miała mnie kompletnie w dupie i miała kompletnie w dupie to że ja przez to wpadłem w ciężką depresję, na tyle ciężką że olałem już wszystko całkowicie, była akurat sesja więc olałem egzaminy, miałem już tak wszystkiego dość, czułem się tak zraniony i oszukany bo do ostatniej chwili udawała że bardzo chce się spotkać, że się cieszy z tego że się zobaczymy, że będziemy mogli pogadać. Po jakimś czasie wyleciała, nie znalazła ani chwili na to by oddzwonić lub napisać, żeby przełożyć spotkanie albo je odwołać albo wytłumaczyć że się jednak nie spotkamy.
    Parę miesięcy później, przy okazji jej imienin znów do niej napisałem i zaczęło się wszystko po staremu, fajnie że piszesz, tyle jest rzeczy które bym ci opowiedziała, trzeba będzie się spotkać itp itd. Jako że ona nie wracała do tematu spotkania to też do niego nie wracałem, wszystko zdawało się wracać do normy, więc wolałem tego nie psuć mimo że wciąż mnie to męczyło, znów uznałem że moje emocje, moje potrzeby są podrzędne względem jej chwilowego humoru, nie chciałem więc się domagać wyjaśnień mimo że mi to ciążyło, nie chciałem tworzyć konfliktowej sytuacji, wolałem budować znajomość na tym co jest, tak więc przez kolejny rok tam sobie pisaliśmy co jakiś czas, ona udawała że jest moją przyjaciółką i że się cieszy że do niej piszę. Od razu mówię, wiem jak wygląda grzecznościowa rozmowa, czasem wpadam na kogoś albo napiszę komuś jakieś życzenia i chwilę pogadamy z grzeczności, takie tam cześć, co słychać itp. itd. To nie było to, ona zachowywała się inaczej, ona zawsze udawała że się interesuje, że chce pogadać, zapewniała o tym że się spotkamy przy najbliższej okazji jak będzie w kraju, udawała że ją interesuje co mam do powiedzenia i co się dzieje u mnie, zachęcała mnie do działania i zachęcała do mówienia. Tak minął kolejny rok. Do momentu gdy przytłoczony swoją sytuacją, swoją bezradnością, słuchaniem jakim jestem śmieciem, swoimi chorobami takimi jak drżenie dłoni postanowiłem wreszcie do niej napisać coś bardzo szczerego, nigdy nie byłem zbyt otwarty, w domu byłem za to karany więc przy innych też się powstrzymywałem, zresztą na tym etapie szczerze nie miałem już za bardzo oczekiwań i wymagań względem innych, z reguły dostosowywałem się do tego czego oni oczekiwali. Napisałem jej więc że jest dla mnie ważna, napisałem że niezwykle ważne są dla mnie rozmowy z nią, napisałem że nieraz są dziwne bo często gdy piszę jest to w trudnych dla mnie momentach. Szczerze to byłem nawet pogodzony że ona mnie wtedy zablokuje, ale tak się nie stało, zapewniła mnie że nie uważa mnie za jakiegoś dziwaka i popychadło, nie odrzuciła mnie, wręcz mówiła że jestem szczery i żebym nigdy nie krepował się pisać i dodała „Zobacz o ile łatwiej jak chcesz rozmawiać w taki szczery sposób”. To było to, zawsze mnie zachęcała do tego by mówić szczerze, jak jest, co leży na sercu, nawet jeśli czujemy że to może się nie spodobać drugiej osobie, do tego by się nie krępować, zwłaszcza gdy jest to dla nas coś ważnego, zwłaszcza gdy mamy jakiś problem. Chciałem też dodać że to była ostatnia dłuższa rozmowa przed Listopadem, że te rzeczy padły w ostatniej dłuższej rozmowie przed wydarzeniami Listopadowymi!

    A Listopad...cóż, w Listopadzie ubiegłego roku byłem w ciężkiej depresji, która utrzymywała się w sumie od kilku miesięcy, w domu sytuacja wciąż ta sama, każdego dnia odkąd wstanę słyszę wyzwiska i obelgi, jestem wciągany w kłótnie, uczelnia już dawno olana i z niej wyleciałem, z nikim poza moją przyjaciółką nie utrzymywałem kontaktu, nieco wcześniej byłem w szpitalu w związku z drżeniem dłoni ale nie znaleźli źródła ani leków które mogłoby je ograniczyć, byłem już po prostu na granicy wytrzymałości, chciałem się zajebać. I to tak poważnie, to nie były tylko myśli i rozważania, to były zamiary. Byłem z tym pogodzony, spaliłem swoje notatniki w których czasem próbowałem poukładać swoje myśli i postanowiłem pożegnać się z moja przyjaciółką. Coś mnie jednak wcześniej tchnęło i uznałem że nie chcę być chujem, żeby nie było że tak znienacka i bez powodu, podszedłem do mojej matki i powiedziałem jej że od lat jestem w depresji, że ostatnimi czasy jest mi coraz ciężej, że nie mam nikogo, żadnego wsparcia i nie podoba mi się to że muszę być zagrożony nawet ze swojej rodziny, że ostatnio rozważam odebranie sobie życia. Na reakcję nie musiałem czekać, podniosła głowę znad telefonu i powiedziała, żebym nie zawracał jej głowy głupotami i żebym rozładował zmywarkę, to była cała reakcja, w sumie było to coś czego oczekiwałem i nie, nie była to gra, tak zareagowała, następnie zadzwoniła do mojej siostry i przez pół godziny opowiadała jej o jakiś sukienkach które widziała. Od razu też przypominam, że nie robiłem wobec siebie szumu, nie mówiłem innym o swoich problemach, nic w tym stylu, pierwszy raz wyszedłem z czymś takim więc to nie było na zasadzie „ah znowu przychodzi i opowiada”.

    Rozmowa z moją przyjaciółką też na niewiele się zdała. Najpierw niespecjalnie ogarnęła o co mi chodzi, a gdy już to do niej dotarło to była na mnie zła że dlaczego do niej piszę i jej tym piszę, dość chaotyczna była ta rozmowa i im bardziej o tym myślę to była bardziej chęć umycia rąk z jej strony niż chęć pomocy mi, nie chciała za bardzo ze mną rozmawiać i w sumie rozmowa zakończyła się na tym że skontaktowała się z moją rodziną i że ją to przerasta więc żebym na razie nie pisał. Tak, napisała do osób które uznaję za swoich oprawców o tym że ich ofiara się skarży.
    Dla mnie jednak w tym wszystkim było najważniejsze to „zrob cos, sprobuj, i wtedy do mnie napisz
    wtedy dopiero bedziemy mieli o czym porozmawiac”. Znów naiwnie uwierzyłem że ma to na myśli, dodało mi to sił by skontaktować się z psychologiem i spróbować ten jeden ostatni raz, samobójstwo w końcu nigdzie nie ucieka i może poczekać.

    Pierwsze kroki z psychologiem były ciężkie, kilkadziesiąt godzin spędziłem siedząc w gabinecie i milcząc, całkowicie szczerze, bo pomimo tego że chciałem porozmawiać, pomimo tego że wiedziałem nawet o czym chcę mówić to nie mogłem się przełamać. Miałem tak ogromną barierę, nigdy z nikim nie rozmawiałem, nigdy nie mówiłem o swoich problemach, w dzieciństwie mówienie o czymś, zwłaszcza o swoich jakiś trudnościach było albo powodem do ukarania albo wyśmiewania przez resztę członków rodziny i nie mogłem się przełamać pomimo tego że wiedziałem że psycholog po to jest by móc mówić. Mimo wszystko byłem zdeterminowany, uznałem że spróbuję, że ten jeden ostatni raz podejmę trud, nadludzkim wysiłkiem przełamię się, zacznę mówić, zacznę sobie układać wszystko w głowie. I zacząłem wiara w słowa mojej przyjaciółki dodawała mi sił i pozwalała na to bym wraz ze swoją psycholog przechodził przez kolejne rozdziały mojego życia.
    Minęły 3 czy 4 miesiące i postanowiłem znów napisać do mojej przyjaciółki, wciąż była dla mnie ważna, pomimo tego że chciała brać w tym udziału. Zapytałem tylko czy możemy się spotkać i pogadać, zostałem zignorowany i przy powtórnym zapytaniu zablokowany. Bez żadnych pytań z jej strony, bez żadnej możliwości wyjaśnienia z mojej. Moja jedyna przyjaciółka, jedyna bliska mi osoba jaką kiedykolwiek miałem, przyjaźń która utrzymywała mnie przy życiu przez ostatnie kilka lat i która ostatecznie zmotywowała mnie do tego by spróbować jeszcze raz, by spróbować przy pomocy psychologów i psychiatrów, wszystko to było chuja warte, wszystko to okazało się nieprawdą,wszystkie te zapewnienia o tym że mogę na nią liczyć i żebym był szczery, zapewnienie że dobrze że jestem otwarty, że mogę bez obaw mówić jak jest, zapewnienie żebym zaczął coś robić to będziemy mogli pogadać. To nie miało znaczenia, nigdy tego nie planowała, nie chciała mi dać szansy, nie chciała mnie wysłuchać, miała w dupie czy faktycznie bym się zajebał czy nie.
    Zdołowało mnie to bardzo, połączcie to z faktem że wbiłem też wtedy na facebooka siostry i odkryłem że moja przyjaciółka faktycznie do niej napisała, napisała że ja byłem klasowym popychadłem a ona tą super empatyczną dziewczyną, przesłała jej całą rozmowę słowo w słowo, moja siostra wcisnęła jakiś bullshit że to bardzo smutna historia, że w domu wszyscy się kochają i wspierają i dziękuje jej za informację i że mi wszyscy tu pomogą. I tyle. Nikomu tego nie przekazała, nic z tym nie zrobiła, gdy jakiś czas później, a dokładniej w kwietniu, po tym gdy chciałem zabić się po raz kolejny i jedynie moja psycholog mnie od tego powstrzymała, próbowałem się z nią skonfrontować (z moją siostrą) to udawała że nic nie wie, ponad 20 minut musiałem tłumaczyć jej że wiem o tych wiadomościach i co tam jest napisane tylko po to by ostatecznie usłyszeć, że jestem śmieciem i przegrywem, że w sumie to ma nadzieje że się zabiję, że jakim prawem ją w to wciągam, że ona nie chce mieć nic wspólnego ze mną i nie chce by moja jebana koleżaneczka do niej pisała.
    Próbowałem się skontaktować ze swoją przyjaciółka wielokrotnie przez te miesiące, za każdym razem opisując jak to wygląda z mojej strony, próbując wytłumaczyć jak ja to wszystko widzę i dlaczego, prosząc ją by tylko raz ze mną pogadała i wyjaśniła mi moje wątpliwości, bo mam ich wiele w związku z tym co ona mówiła i robiła, pytania w mojej głowie się mnożą, ciążą mi i chciałbym to po prostu wyjaśnić, tak by móc to zakończyć, ja rozumiem że ona nie chce kontynuować znajomości (mimo iż nie do końca rozumiem powody) i nie zamierzam jej do tego zmuszać, starałem się to wszystko zrobić w jak najbardziej czytelny i jak najbardziej natarczywy sposób, mimo że ona ma mnie w dupie to ja jej nie mam i nie wypisuję jej tego codziennie, co parę tygodni, niekiedy miesięcy, wcześniej jeszcze sprawdzając na blogach i portalach społecznościowych do których mam jeszcze dostęp czy nie jest na wyjeździe służbowym albo czy nie ma dołka, tak żeby jak najmniej ingerować w jej życie, na wypadek gdyby się jednak przejmowała tym co piszę nie wpłynąć negatywnie na jej pracę i nastrój. Próbowałem skontaktować się nią na wszelkie możliwe sposoby, próbowałem też porozumieć się z jej siostrą (którą ona wcześniej w to włączyła bo rozmawiała z nią na mój temat, pokazywała jej moje wiadomości i nawet raz zaproponowała spotkanie, ja jak debil odmówiłem ale wtedy byłem raczej zdeterminowany by odebrać sobie życie i nie widziałem w tym sensu ani nie chciałem włączać w to kolejnej osoby). Wszystko okazało się bezskuteczne. Po paru miesiącach otrzymałem tylko jedną wiadomość, że ona uznaje to za nękanie i kolejne wiadomości będą lecieć wprost do jej kancelarii. Nie wiem za bardzo co z tym dalej zrobić, psycholog mi mówi że może powinienem pojechać do niej do domu i się z nią skonfrontować skoro tak mi zależy, ale wolałbym nie bo raz że to ją utwierdzi w przekonaniu że ją nękam, dwa nie chodzi o to żeby ją do tego zmuszać. Szczerze to gdybym miał jakieś pieniądze (mam 200 pln obecnie…) to bym zatrudnił mediatora, tak ważna jest to dla mnie sprawa.
    Wiem jak to wszystko debilnie i abstrakcyjnie brzmi, jednak ja dorastałem, żyłem i wciąż stale znajduję się w tym wrogim środowisku, środowisku w którym nie mam praw i wolności człowieka, środowisku w którym każdy może przyjść i zrobić ze mną co chce, przez te lata w moim życiu była tylko jedna osoba, która mnie tak nie traktowała, była moją przyjaciółką, ufałem jej i ważne dla mnie było jej dobro, myślałem że i ja ją obchodzę choć w minimalnym stopniu, wiązałem z nią te ogromne nadzieje że wreszcie wyjdę z domu, zobaczę normalne życie, będę mógł z kimś porozmawiać, a później była jedynym powodem że w ogóle przetrwałem te lata, była jedynym co mnie utrzymywało przy zmysłach gdy ludzie się na mnie wydzierali jakim jestem śmieciem bo wierzyłem, że nie, dla jednej osoby tym śmieciem nie byłem. I teraz tego nie wiem. Nie wiem co z tego było prawdą a co nie, nie wiem czy cokolwiek było prawdą, nie wiem czy miałem przyjaciółkę, czy miałem chociaż znajomą, nie wiem czy mogę być szczery czy nie, czy mogę komuś zaufać czy nie, nie wiem naprawdę nic. Jestem totalnie zdezorientowany. Nie wiem czy zerwała ze mną kontakt z powodu moich zamiarów samobójczych, z powodu mojej skomplikowanej sytuacji czy z powodu tego, że ja jestem osobą z którą nie chce się zadawać, może wręcz jestem dupkiem i zrobiłem coś co ją obraziło, nie wiem, szczerze nie wiem, wiem tylko tyle że ona mnie zapewniała że mogę jej ufać, rysowała przede mną obraz lepszego świata i lepszych ludzi, mówiła żeby być szczerym żeby nie wstydzić się swoich problemów i słabości, a teraz gdy wreszcie uwierzyłem to zerwała kontakt, wiem że była jedyną osobą która mówiła że mam prawo do mówienia, do własnego zdania, do tego by być usłyszanym i ta osoba blokuje mnie i ignoruje na każdy możliwy sposób i to akurat gdy pierwszy raz mam potrzebę coś powiedzieć i być usłyszanym, wiem tylko że była osobą przeciwną dyskryminacji i stygmatyzacji osób z problemami psychologicznymi i psychiatrycznymi i teraz gdy przyznałem że mam problem, gdy zacząłem chodzić do psychologa i psychiatry to zerwała ze mną kontakt, wiem tylko, że osoba pisząca na swoim blogu rzeczy takie jak to „Przysłowie z miejsca, gdzie nikt nie umie pływać, żeby nie palić za sobą mostów, bo potem może być trzeba przez nie przejść” zrywa ze mną kontakt całkowicie, bez wyjaśnienia i bez dania szansy na to bym ja się wytłumaczył, bez możliwości rozejścia się w zgodzie i wzajemnym szacunku.
    Dla mnie to się w ogóle kupy nie trzyma, nie ma w tym sensu i jest to dla mnie ciężkie i bolesne. Naprawdę staram się poprzestawiać wszystko w swoim życiu, ale ciężko jest gdy z każdej strony jestem zasypywanym przeciwnościami i demotywowany. Nie będę udawał że jestem silnym człowiekiem, nie jestem, to co mnie oblega, te wszystkie negatywne aspekty mojego życia które na mnie naciskają, tego jest po prostu za wiele, przytłacza mnie to, wiele z tych rzeczy się nawzajem napędza, powstało wręcz błędne koło, pomimo prób, pomimo chodzenia do psychologa i psychiatrów, bycia przez wiele miesięcy faszerowanym różnymi antydepresantami, wciąż jest tego za wiele, z którejś strony nacisk musi ustąpić, żebym mógł chociaż na chwilę złapać powietrze i odetchnąć, żeby w tym murze który mnie otacza powstała wyrwa, która pozwoliłaby mi na zburzenie go. Wyjaśnienie sprawy z moją przyjaciółką zdawało się być najłatwiejszą z tych rzeczy do zmienienia, to nie jest duży cel, spotkać się i porozmawiać, wyjaśnić sobie wszystko i zakończyć temat, niezwykle ważny dla mnie temat, rzecz która w ogromnym stopniu odbiera mi siły i utwierdza w tych wszystkich negatywnych założeniach jakie miałem o ludziach i świecie. Lecz niestety tak się nie da, nie wiem co zrobić, nie wiem co robić dalej, sił i motywacji powoli znów zaczyna mi brakować, wszystkie pieniądze jakie miałem straciłem na jeżdżenie po psychologach, jedyną osobę która nie była mi wroga doprowadziłem do tego że mnie znienawidziła i zerwała kontakt i nawet nie wiem dokładnie dlaczego i nie mam możliwości wytłumaczenia się, w domu totalny burdel a nawet gorzej niż było bo w ostatnich miesiącach rodzina przestała się bawić w znajdywanie wymówek typu że czegoś nie zrobiłem albo że za głośno chodzę czy coś tylko wprost się wyżywa, nawet pisząc to musiałem przerwać bo musiałem wysłuchać że jestem pierdolonym chujem bez przyszłości. Naprawdę, było ciężko, ale ostatni rok dał mi w kość i tylko udowadniał mi każdego dnia że im bardziej chcę, im bardziej się staram i im bardziej próbuję z tego wyjść tym gorsza jest moja sytuacja, tym bardziej się wszystko radykalizuje, te przeciwności urosły do tego stopnia że jedyna osoba która zachęcała mnie i mówiła że mogę normalnie żyć i żebym próbował w odpowiedzi na moje chęci i próby zerwała ze mną kontakt.

    Nie mogę tu chyba dodać filmiku tylko obrazki więc łapcie na koniec nutkę, którą lubię sobie słuchać wieczorami

    #anonimowemirkowyznania #depresja #przegryw #gorzkiezale #patologia #psychologia #psychiatria #gownowpis #zalesie #feels #spierdolenie #rozowypasek

    Kliknij tutaj, aby odpowiedzieć w tym wątku anonimowo
    Kliknij tutaj, aby wysłać OPowi anonimową wiadomość prywatną
    Post dodany za pomocą skryptu AnonimoweMirkoWyznania ( https://mirkowyznania.eu ) Zaakceptował: Limonene
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    618 118 - 18 = 618 100

    Wczorajsza szybka wycieczka po pracy.
    Przy okazji trochę #pokazwlosy - obinać?

    pokaż spoiler DYSTANS: 18,86 km CZAS TRWANIA: 55m:16s . KCAL: 587 kcal . ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ: 20.48 km/h . MAKS. PRĘDKOŚĆ: 32.34 km/h


    #rowerowyrownik

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: DSC_0342-2.jpg

  •  

    08.08.2017 Wtorek 18:30 Pod Pączkami.
    Luźno do GK na kolę.
    Zapraszam
    Będziesz? ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #szosowawarszawa #rowerowawarszawa

    +: pop_up
  •  

    #anonimowemirkowyznania
    Mircy, mam absurdalną sytuację w #zwiazki i #malzenstwo . Zawsze zarabiałem sporo więcej od mojej obecnej żony, w moim zawodzie można żądać sporych stawek a rynek i tak jest. Jakiś czas temu moja żona postanowiła "realizować się na polach innych niż praca zawodowa", złożyła wymówienie w #korpo i obecnie sprawdza się w spaniu i jedzeniu. Idzie jej to całkiem nieźle. Sroga #inba zaczęła się gdy zmieniłem zleceniodawcę na innego ze względu na znacznie ciekawsze projekty. Czy zarabiam 80zł na rękę za godzinę czy 200 to dla mnie nie specjalna różnica. Na wszystko spokojnie wystarcza a swoją pracę lubię, mógłbym generalnie pracować i za 50zł/h na rękę. Przeszkadza to nagle bardzo mojej żonie bo wpływy na koncie mniejsze i mniej również na "realizowanie pasji". Kopnąć w tyłek dopóki dzieci nie ma bo księżniczkuje wcześniej wynosząc co się da do spółki zoo? Z drugiej strony sam przez lata jej na to pozwalałem i tolerowałem takie podejście do życia...

    Kliknij tutaj, aby odpowiedzieć w tym wątku anonimowo
    Kliknij tutaj, aby wysłać OPowi anonimową wiadomość prywatną
    Post dodany za pomocą skryptu AnonimoweMirkoWyznania ( https://mirkowyznania.eu ) Zaakceptował: Asterling
    pokaż całość

  •  

    Miraski polećcie jakąś książkę o technikach manipulacji i takich tam ʕ•ᴥ•ʔ
    #czytajzwykopem #ksiazki #manipulacja

  •  

    625780 - 30 - 44 - 31 - 54 - 34 - 45 - 36 - 109 - 20 = 625377

    Standardowo podsumowanie tygodnia czyli łączone pracodomy a oprócz tego:
    Poniedziałkowe 44 po raz pierwszy w spd i do dziś się zastanawiam, czemu tak późno;)
    Wtorkowe 54 z @mmichal'em
    Środowe 54 z dziewczynami
    I na dobre zakończenie tygodnia sobotnia stówka po świętokrzyskiem i niedzielny 5x Św. Krzyż czyli dwa dni pedalarstwa sadoMASASHistycznego z @masash'em:)

    Na zdjęciu Tupolew z Kałkowa. Piękna rzecz;)

    W tym tygodniu to już 403km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km
    pokaż całość

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika rdza

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.