Emeryt, wykształcenie wyższe magisterskie, historyk i muzyk. Zainteresowania różne - od gospodarki, poprzez politykę, problemy naukowe, psychologiczne, społeczne, kulturalne, aż do ciekawostek przyrodniczych.

  •  

    #stan #polityka #po #pis #wladza PO wozi meble, PiS płaci na fotografa

    Każda partia walczy o władzę. Tak jest na całym świecie. U nas też. PiS już ponad osiem lat usiłuje zdobyć rządy nad Polską. Teraz ma ten cel na wyciągniecie ręki. Atakuje więc przeciwnika jak może i wyciąga rękę… po forsę podatnika.

    Głównym celem każdej partii jest zdobycie władzy w kraju. Nie liczą się metody walki o ten cel. U nas pokazuje to dobitnie działalność partii Jarosława Kaczyńskiego. Od przeszło ośmiu lat Prawo i Sprawiedliwość czyni przeróżne "akrobacje" polityczne - słowne, radiowe, telewizyjne, sondażowe, fotograficzne i filmowe. Okłada rządzących z PO, którzy są przecież z tego samego pnia "rodowego". Chodzi o to, aby przeciwnika skutecznie zatopić pod ciężarem nacisków, nierzadko brudnych i ohydnych – i słów nie ważne, jakich – dobrych czy złych, ale zawsze, zdaniem PR—oców, prawdziwych.

    Dla celu głównego wprzęgnięto cały arsenał potęgi słowa. Uruchomiono specjalne portale, na których grzeją się klawiatury domorosłych redaktorów, w klepaniu przez okrągłą dobę przeróżnych zarzutów i oszczerstw pod adresem polityków rządzących. Potrafią każdą prawdę obrócić w fałsz i odwrotnie – fałsz obrócić w nieskazitelną prawdę. Ot, dla przykładu – prezydent Komorowski uwikłany jest w smoleński zamach, a Tusk z Putinem zmontowali go w szczegółach.

    Potęgę słowa przeciw rządzącym uruchomili także gazetowi, radiowi i telewizyjni potentaci, o skrajnie konserwatywnych i silnie katolickich poglądach: "Gazeta Polska", jej dwie "córki" i żywotne kluby, Radio Maryja ze swoimi "odnogami", niektórzy biskupi i część księży oraz grupa konserwatywnych naukowców.

    Była już mowa o tym, że premier Tusk doprowadził do biedy w Polsce, a Ewa Kopacz nie umie rządzić i naraża kraj na ogromne koszty, jeżdżąc po kraju pociągami. Ostatnio opinię publiczną miały bulwersować wydatki Platformy na alkohol, dyskotekę, drogie ubrania, a nawet wożenie za rządem na obrady w terenie, mebli. Zapomnieliśmy zapewne, o kosztach alkoholi wydawanych przez byłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego czy utrzymania armii ochrony Jarosława Kaczyńskiego, za "jedyne" 1,8 mln zł rocznie.

    Tygodnik "Newsweek" prześwietlił finanse Prawa i Sprawiedliwości. Jak się okazuje, na ochronę Jarosława Kaczyńskiego i jego domu na Żoliborzu, PiS wydało "tylko" 3,4 mln zł. Ale za 700 tysięcy złotych partia PiS wydała na... fotografa, a ponad 900 tysięcy złotych, na kancelarię prawniczą reprezentującą prezesa w procesach sądowych. Czyżby te pieniądze, liczone w milionach, były z rozmnożenia ostatnich sukcesów sondażowych, czy może raczej ze zwycięskiej kampanii prezydenckiej? A może jakimś sposobem zarobiła na swoje podróże "szydłobusem" Beata Szydło? Toż to są miliony podatników.

    Partia Jarosława Kaczyńskiego od kilku lat współpracuje ze znanym warszawskim fotografem Maciejem Nabrdalikiem. Ten, w ciągu trzech lat, przyjął od PiS kilkanaście przelewów na łączną sumę ponad 700 tysięcy złotych! Z historii transferów wynika, że zarabiał nie tylko w kampaniach wyborczych, ale także poza nimi. Maciej Nabrdalik nie chciał rozmawiać z "Newsweekiem", za co płaciło mu Prawo i Sprawiedliwość – czytamy w portalu fakt.pl.

    Ciekawa – według faktu.pl - jest też współpraca PiS z firmą Guru Control Systems, która od 2010 roku otrzymała od partii Jarosława Kaczyńskiego kilkadziesiąt przelewów na ponad 2,7 mln zł. Firma zajmuje się sprzedażą kamer przemysłowych, wodoszczelnych klawiatur czy systemów do obsługi linii produkcyjnych. Guru Control Systems reklamuje się w sieci jako - dystrybutor i integrator systemów przemysłowych i informatycznych.

    Dwa lata temu wyborcza.pl podała: "Prawie 1,4 mln zł PiS przelało w wyborczym 2011 roku do Guru Control Systems. W 2012 r. - ok. 800 tys. zł, a w 2010 r. - blisko 1,1 mln zł. Tak wynika ze sprawozdań partii dla Państwowej Komisji Wyborczej."

    W trakcie ostatniej kampanii wyborczej, firma Guru wypożyczała PiS laptopy, telefony, drukarki i robiła sondaże. Szef Guru Control Systems Krzysztof Kamiński twierdzi, w rozmowie z "Newsweekiem", że współpraca z Kaczyńskim, zaczęła się od obsługi informatycznej partii, jeszcze w 2005 roku i sukcesywnie się rozwijała. Zapewnia też, że jego firma sama wykonuje sondaże, bo ma swoje call centre i ankieterów.

    "Newsweek" dowiedział się między innymi, że warszawski dom Kaczyńskiego przy ul. Mickiewicza, jest otoczony podwójnie - od przodu i od tyłu pilnują go ochroniarze z agencji Grom Group (to na nich PiS wydało 3,4 mln zł), a po bokach ulokowała się zaprzyjaźniona spółka "Srebrna" (gazetaprawna.pl).

    PiS, jak każda partia, ma wydatki na różne ekspertyzy, badania, doradztwo, m.in. przy robieniu spotów reklamowych, za prawników i adwokatów w związku ze sprawami sądowymi. Kosztują też niemało sondaże opinii publicznej na zlecenie partii i co nieco prenumerata czasopism.

    Źródła: fakt.pl i wyborcza.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. Foto: wirtualnapolonia.com.google.com.
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    #stan #gus #polska #ludnosc W kraju nadal maleje liczba mieszkańców

    Polska ciągle odczuwa spadek ludności. W 2015 roku , w porównaniu z minionym, w kraju uległa zmniejszeniu liczba osób w wieku produkcyjnym (63 proc. ogółu), o 191 tys. 984 (0,8 proc.); spadek jest we wszystkich województwach.

    Według GUS, aktualnie - w porównaniu z rokiem 2014 - liczba mieszkańców Polski uległa zmniejszeniu o 17 tys. 57 osób. Tak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego zawartych w raporcie "Powierzchnia i ludność w przekroju terytorialnym w 2015 roku." Spadek wystąpił w 12 spośród 16 województw.

    Najmniej zaludniony powiat w kraju to powiat bieszczadzki. Tam kilometr kwadratowy zamieszkuje powierzchni 19 osób. Najludniejszy jest zaś powiat pruszkowski w woj. mazowieckim, mieszka 648 osób na km kwadratowy.

    Zdaniem autorów opracowania, najwięcej mieszkańców ubyło w województwach: śląskim (13 tys. 523 osoby, co w porównaniu z 2013 rokiem stanowi 0,3 proc.), łódzkim (8 tys. 957, czyli 0,4 proc.) i lubelskim (8 tys. 404 osób, czyli 0,4 proc.).

    Na 314 powiatów w kraju, liczba mieszkańców spadła w 209. Najwięcej - w powiecie zielonogórskim (19 tys. 577 osób, czyli 20,6 proc.). Nastąpiło to z powodów czysto administracyjnych - wyłączenia z niego gminy wiejskiej Zielona Góra. Została ona przyłączona do miasta na prawach powiatu Zielona Góra. Kolejny to powiat kłodzki, woj. dolnośląskie (spadek o 1 tys. 008 osób, 0,6 proc.).

    Spadek liczby ludności wystąpił w 55, spośród 66 miast, na prawach powiatu - największy w Łodzi (5 tys. 328 osób, 0,7 proc.) i Katowicach (2 tys. 528, 0,8 proc.).

    Odnotowano także powiaty ze wzrostem liczby ludności. Największy wzrost stwierdzono w powiatach: poznańskim (o 6 tys. 499 osób, to 1,8 proc.) i wrocławskim (3 tys.72 osób, o 2,4 proc.).

    Wzrost liczby mieszkańców wystąpił w 11. jednostkach administracyjnych; największy - w Zielonej Górze (20 tys. 107 osób, czyli o 17,0 proc.), co – jak wspomniano - jest wynikiem zmiany w podziale terytorialnym i w Warszawie (11 tys. 038 osób, 0,6 proc.).

    W 2478 gmin w kraju, stwierdzono w porównaniu z poprzednim rokiem, spadek liczby ludności. Najbardziej w Łodzi i Katowicach. Następne to: Poznań, Częstochowa i Sosnowiec w woj. śląskim. W każdej z ostatnich trzech gmin liczba ludności zmniejszyła się o ponad 2 tys. osób.

    Ogółem, w porównaniu z 2014 rokiem, o 37 tys. 769 osób, czyli 0,2 proc. zmniejszyła się liczba mieszkańców miast, a spadek w tym przedziale nastąpił w 13 województwach. Najwięcej osób ubyło w województwie śląskim (17 tys. 111 osób, czyli 0,5 proc.), drugie z kolei było woj. łódzkie (9 tys. 632,czyli 0,6 proc.). Przybyło natomiast mieszkańców wsi. W porównaniu z 2014 r. jest ich o 20 tys. 712 osób (0,1 proc.) więcej; najwięcej w województwach: pomorskim (13405, o 1,7 proc.) i wielkopolskim (8522, o 0,5 proc).

    Przeciętnie, kilometr kwadratowy w Polsce, zamieszkują 123 osoby. Najludniej jest w woj. śląskim (372 osoby), następne jest woj. małopolskie (222 osób). Najniższą gęstość zaludnienia mają: podlaskie (59 osób na 1 km kw.) i warmińsko-mazurskie (60 osób na 1 km kw.). Mniej niż 100 osób przypada na 1 km kw. też w województwach: lubuskim, zachodniopomorskim i lubelskim.

    Najgęściej zaludnionym powiatem w kraju jest powiat pruszkowski (woj. mazowieckie) 648 osób na 1 km kw., kolejny to pow. wodzisławski (woj. śląskie) 551 osób na 1 km kw. Ponad 400 osób na 1 km kw. mają jeszcze dwa powiaty: będziński i mikołowski, także w woj. śląskim. Najmniejsza gęstość zaludnienia (19 osób na 1 km kw.) występuje w powiecie bieszczadzkim. Poniżej 30 osób na 1 km kw. mają trzy kolejne powiaty: sejneński, suwalski i hajnowski (odpowiednio 24, 27, 28).

    Z opracowania GUS wynika, iż mieszkańcy Polski w wieku przedprodukcyjnym (0 -17 lat), stanowią 18 proc. ogółu populacji. W porównaniu do 2014 roku zmniejszyła się teraz o 52366 osób to spadek o 0,7 proc. Liczba osób w tym wieku obniżyła się we wszystkich województwach, z wyjątkiem mazowieckiego, gdzie nastąpił wzrost o 3934 osób, 0,4 proc.). Największy spadek nastąpił w województwie świętokrzyskim o 1,8 proc., czyli 4 tys. 40 osób.

    Najmniejszy spadek procentowy odnotowano w woj. pomorskim (0,2 proc., 783 osób). Największy procentowy udział osób w wieku przedprodukcyjnym (19,5 proc.) przypada na woj. pomorskie; najniższym charakteryzuje się woj. opolskie (16,1 proc.).

    W porównaniu z minionym rokiem, liczba osób w wieku produkcyjnym (63 proc. ogółu) spadła o 191 tys. 984 (0,8 proc.); spadek wystąpił we wszystkich województwach.

    Najwięcej osób procentowo (po 1,2 proc.) ubyło w dwóch województwach: zachodniopomorskim i śląskim (odpowiednio 13 tys. 169 i 36 tys. 446 osób); procentowy spadek był najmniejszy w województwach: małopolskim (0,2 proc., 4 561 osób) i podkarpackim (0,3 proc., czyli 4 tys. 237).

    W ogólnej populacji Polaków, w tym roku grupa osób w wieku poprodukcyjnym, w stosunku do 2014 r., wzrosła o 227 tys. 293, co stanowi 3,2 proc. Przyrost nastąpił we wszystkich województwach i wyniósł od 2,1 proc. w woj. podlaskim, to wzrost o 4560 osób, do 4,4 proc. w woj. zachodniopomorskim to 13 tys. 587 osób. Procentowy udział osób w wieku poprodukcyjnym w ludności województw ogółem jest największy w woj. łódzkim (21,2 proc.), a najmniejszy w woj. warmińsko-mazurskim (17 proc.).
    Źródło: biznes.interia.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - GUS: spada liczba mieszkańców Polski. Najbardziej wyludniają się Śląsk i Łódzkie. Foto: m.wiadomosci.gazeta.pl.google.com. Zmiany liczby ludności polski w latach 2009-2035 (od 2010 w stosunku do 2009) w tys. Foto: slideplayer.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    #stan #biznes #kulczyk #energetyka #holdingsa Odszedł znany w świecie biznesmen Jan Kulczyk

    Nieżyjący Jan Kulczyk zostawił majątek o wartości szacunkowej około 14-15 mld złotych. Na liście najbogatszych ludzi na świecie jest na 418 miejscu. Biznes po ojcu przejął syn Sebastian.

    Nie żyje Jan Kulczyk, znany w świecie najbogatszy polski przedsiębiorca. "Dziś w nocy, w wyniku powikłań pooperacyjnych, w wieku 65 lat, zmarł Jan Kulczyk, największy polski przedsiębiorca" - poinformował w komunikacie Kulczyk Holding SA. Odszedł w wyniku powikłań po zabiegu kardiologicznym. Był chory na raka prostaty. Przyczyną śmierci doktora prawa międzynarodowego Jana Kulczyka był zator żylno-płucny.

    W piątek 24 lipca polski biznesmen źle się poczuł - trafił do kliniki w Wiedniu. Lekarze rozważali założenie mu by-passów. Do tego jednak nie doszło. Po zabiegu, który – jak ustalono – był drobny, powstały komplikacje. Dziś miał opuścić wiedeński szpital i znowu ostro wejść w wir pracy.

    Jan Kulczyk działał globalnie w kilku sektorach: energetyki, ropy naftowej i gazu, surowców mineralnych, infrastruktury i nieruchomości. Bardzo ważną rolę odegrał w transformacji polskiej gospodarki. Brał udział w największych transakcjach i przekształceniach własnościowych w Polsce, inicjował i realizował duże projekty w zakresie partnerstwa publiczno-prywatnego.

    Był współzałożycielem i wieloletnim prezesem Polskiej Rady Biznesu, przewodniczył Polsko-Niemieckiej Izbie Przemysłowo-Handlowej, był jej honorowym prezesem. Był prezesem Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej. Od czerwca 2006 r. w zasiadał Radzie Dyrektorów Green Cross International, a od 6 października 2007 r. pełnił funkcję jej przewodniczącego – podaje portal biznes.interia.pl.

    Prowadził inwestycje w kraju, Europie i Afryce. Jak mówił - inwestycje w Afryce są szansą dla Europy, w tym Europy Środkowo-Wschodniej. To najszybciej rozwijający się region świata – twierdził. Według niego, w najbliższych latach połowa - spośród 20. najszybciej rozwijających się gospodarek - będzie pochodzić z Afryki Subsaharyjskiej. Inwestycje na tym kontynencie są ryzykowne, ale Europa nie może pozwolić sobie na zmarnowanie tej szansy – przekonywał.

    Dr Jan Kulczyk to filantrop, mecenas kultury i sportu. Laureat prestiżowej nagrody Kisiela (1992 r.), Orderu Odrodzenia Polski, Złotego Medalu Ojców Paulinów za szczególne zasługi dla Jasnej Góry. Laureat nagrody "Mecenas Kultury 2012" przyznawanej przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jako pierwszy przedsiębiorca na świecie, otrzymał nadany przez rząd nigeryjski tytuł "Przyjaciela Nigerii". Jako sponsor strategiczny polskiej reprezentacji olimpijskiej, wspierał inicjatywy środowisk biznesowych, politycznych i sportowych na rzecz rozwoju sportu.

    Jan Kulczyk zostawił po sobie majątek, o wartości szacunkowej około 14-15 mld złotych - chodzi tu tylko o aktywa biznesowe. Na liście najbogatszych ludzi na świecie notowany na 418 miejscu. Swoje firmy kontrolował głównie poprzez Kulczyk Investments i zależny od niego Kulczyk Holding.

    Najwięcej, bo około 9,3 mld złotych, wart jest pakiet akcji SABMillera - globalnego producenta piwa, takich marek jak między innymi Grolsch, Pilsner Urquell czy Redd’s. Jan Kulczyk otrzymał go w zamian za akcje Kompanii Piwowarskiej z Poznania (m.in. Lech, Tyskie, Żubr) - koncern z RPA stał się dzięki temu jej jedynym właścicielem (forbes.pl). Biznes po ojcu przejął syn Sebastian Kulczyk.

    Źródła: biznes.interia.pl i forbes.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Jan Kulczyk nie żyje, urodził się w 1950 roku w Bydgoszczy. Foto: wyborcza.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #ludzkosc #inteligencja Człowiek rozwija technologię inteligencji, która go zniszczy

    Człowiek zbliża się w szybkim tempie do momentu wymknięcia się spod kontroli sztucznej inteligencji, która podejmie samodzielny błyskawiczny rozwój. Będzie to znak końca ludzkości.

    Stephen Hawking – światowej sławy brytyjski astrofizyk, kosmolog i fizyk teoretyk ostrzega: Rozwój sztucznej inteligencji oznacza koniec ludzkości. Powtarza to już od jakiegoś czasu, lecz – jak się zdaje – niewiele z tego dociera do odpowiedzialnych za eksperymenty z doskonaleniem sztucznej inteligencji. Podobnie - jak ostrzega prof. Hawking – ślą ostrzeżenia również inni uczeni, inżynierowie i technicy.

    Ostrzegają w tej kwestii naukowcy, intelektualiści, pisarze i inżynierowie. Ostrzegają, ale słowa wszelkich ostrzeżeń odbijają się, jak groch o ścianę. Nic z tego nie robią sobie wykonawcy zleceń inżynierskich – eksperci praktycy, którzy mają na celu, przede wszystkim technologiczny postęp i zarabianie na chleb. Eksperymentują z rozwojem inteligencji maszyn, aby doskonalić swoje możliwości twórcze i chlubić się bogactwem doświadczeń w procesie badawczo-rozwojowym nowoczesnych technologii.

    Naukowcy i inżynierowie napisali list specjalny do decydentów i możnych tego świata. Według sygnatariuszy listu, roboty-zabójcy, o których pisarze piszą uczone książki - same podejmują decyzję o "otwarciu ognia", mogą zbuntować się tak, jak na filmach science-fiction i doprowadzić do zagłady ludzkości.

    Uczeni i pisarze ostrzegają na różne sposoby przed wyścigiem zbrojeń w tworzeniu bardzo groźnych robotów-zabójców. Pod apelem w tej niezwykle żywotnej sprawie, podpisało się około 1000 naukowców i intelektualistów świata, w tym Stephen Hawking i współzałożyciel Apple, Steve Wozniak.

    Także eksperci ostrzegają przed rozwojem przemysłu autonomicznych systemów broni – znanych z opowieści fantastycznych czy takich, jakich prezentuje na przykład seria filmów "Terminator". Jak argumentują, jesteśmy obecnie coraz bliżej wprowadzenia w życie i urzeczywistnienia filmowych wizji, "w ciągu kilku lat, a nie dekad". Jeśli tak się stanie, jak widzimy to w filmach, będzie to trzecia wielka i przełomowa rewolucja w przemyśle zbrojeniowym, po wynalezieniu prochu i broni atomowej.

    Sygnatariusze listu zwracają uwagę, że nie ma nic złego w pociskach naprowadzających i dronach, bo w tym przypadku ostateczne decyzje o ich użyciu podejmują ludzie. Gorzej z autonomicznym uzbrojeniem, które ewentualnie samo podejmie decyzje o walce i zabijaniu, co może obrócić się przeciwko ludziom – ostrzegają sygnatariusze.

    Przed kilkoma miesiącami naukowiec Stephen Hawking stwierdził, że ludzie nie mieliby szans z myślącymi robotami. Rozwinięcie sztucznej inteligencji w pełni mogłoby oznaczać kres ludzkości - mówił uczony. Wszystko przez to, że maszyny nie byłyby ograniczane przez te same czynniki, co ludzie.

    Gdy stworzymy sztuczną inteligencję, zacznie się ona rozwijać sama i to w coraz większym tempie. Tymczasem ludzie, ograniczeni powolnością ewolucji, nie mogliby konkurować i zostaliby zastąpieni mądrymi maszynami - tłumaczy profesor Stephen Hawking.
    Źródło: technologia.dziennik.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - ponura wizja przyszłości zdominowanej przez sztuczną inteligencję, według Steve Wozniaka. Foto: koniec-swiata.org.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #polityka #pis #pkp #polska Będzie nowa Polska i rewolucja na torach

    "Ojcem polskiej biedy jest Donald Tusk!" - mówił przed dwoma laty prezes Kaczyński. I dodał: "Trzeba naprawić państwo we wszystkich dziedzinach życia" – odnotował we wrześniu 2013 r. gość.pl. Andrzej Duda w kwietniu br. w Płocku przekonywał, że "przywrócenie Polski na drogę rozwoju to dzisiaj dziejowe wymaganie".

    Prawo i Sprawiedliwość zapowiada od dawna, że po przejęciu władzy po Platformie, zmieni Polskę. Zmieni, bo kraj w ruinie. Trzeba więc wszystko naprawić i uładzić na nowo. Remont, czyli restauracja zacznie się od wymiany aparatu sprawiedliwości, aby można było natychmiast podjąć ściganie i zamykanie tych, którzy narobili bałaganu i biedy - nakradli, nałupili i się urządzili – a niszcząc Polskę, zostawili zgliszcza.

    W połączeniu sił naładowanych teorią Kukiza: "Zmienić system" – ruszą szerokim frontem prace nad zmianą Konstytucji RP. Pójdzie łatwo, bo PO będzie w podziemiu czekać na wyroki, a front walki z szeryfami i niedobitkami tej partii, ma być silny, stanowczy, szeroki i głęboki. Równocześnie zacznie się modelowanie od nowa polskiej szkoły, włącznie z reformowaniem metod i celów nauczania oraz systemu kształcenia uczniów i nauczycieli, a także pisanie nowych podręczników i nowej historii Polski.

    Nie mówi się wprawdzie o budowie 3 milionów nowych mieszkań czy "produkcji" nowych obywateli. Ale ma być stanowczo więcej urodzin – to zadanie dla młodych małżeństw, aby wybić im z głowy wyjazdy z kraju i rodzenie Polek, gdzieś na wyspach brytyjskich czy irlandzkich lub choćby w sąsiednich Niemczech. Bo przecież, biorąc pod uwagę przyszłość, w nowej Polsce, musi być własna siła robocza, a nie jakaś tam, dajmy na to bliskowschodnia, naznaczona – nie daj Boże - czarnymi…

    Darujmy sobie dalszą opowieść w tym kierunku. Pokażmy konkrety. Otóż PiS chce budowy kolei dużych prędkości oraz pełnej kontroli nad Przewozami Regionalnymi i wstrzymania sprzedaży PKP Energetyka. Sprzedaż kawałka PKP to źle. Sprzedane – nie nasze, nie będzie nam służyć. A wszystko, co nasze, musi nam służyć jak najlepiej.

    Założenia programu transportowego PiS, partii będącej na prostej drodze do wyborczej wygranej, można streścić w słowach: zrobić wiele rzeczy inaczej niż "bankomaty", czyli sprowadzeni przez PO i zarządzający od 2012 roku, spółkami kolejowymi menedżerowie z sektora finansowego – pisze portal dziennik.pl.

    Przełomowe są w tym przypadku zapowiedzi dotyczące budowy kolei dużych prędkości. Polski nie stać na szybkości do 230 km/h. Polskę stać na pociągi, które będą jeździć do 350 km/h - z Warszawy do Łodzi, a stąd do Poznania i Warszawy – to tzw. projekt igrek. W grudniu 2011 roku minister transportu Sławomir Nowak zdecydował, że ten projekt zostanie zamrożony do 2030 roku, bo Polski na to nie stać (szacowany koszt projektu 22 mld zł), w zamian trzeba skupić się na modernizacji sieci tradycyjnej.

    PiS planuje, że projekt powinien być niezwłocznie wznowiony. – Taka inwestycja wpłynie pozytywnie na gospodarkę, zapewni nowe miejsca pracy i transfer nowych technologii do Polski. Środki na te cele miałyby pochodzić m.in. z UE i od inwestora prywatnego, w ramach umowy PPP – twierdzi były minister transportu w latach rządów PiS (2005-2006), Jerzy Polaczek.

    Według zamierzeń PiS, Polska, ze względu na wielkość, jest krajem stworzonym dla KDP, czyli Kolei Dużych Prędkości. Skrócenie czasu podróży między Warszawą, Wrocławiem i Poznaniem do 1,5 godz. miałoby zwiększyć mobilność Polaków i spowodować wzrost gospodarczy w największych polskich miastach. PiS proponuje też, aby linia "igrek" została wydłużona: z Poznania do Berlina i z Wrocławia do Pragi.

    Podstawowy postulat w działaniach PiS - utrzymanie własności Skarbu Państwa w sektorze kolejowym. Zadanie najbliższe: powstrzymać prywatyzację spółki PKP Energetyka. W ubiegłym tygodniu Grupa PKP poinformowała, że podpisano umowę przedwstępną o sprzedaży 100 proc. akcji PKP Energetyka, funduszowi CVC Capital Partners z Luksemburga. Kwota sprzedaży 1,4 mld zł (minus wartość długu netto spółki PKP Energetyka). PiS wyraża przekonanie, że zdoła zablokować sprzedaż, w KE.

    Źródło: wiadomosci.dziennik.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - PKP Intercity Pendolino na dworcu w Olsztynie. Foto: olsztyn.wm.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    #stan #finanse #skok #bfg #knf Finanse SKOK-ów znów mają wielką dziurę

    Premier Ewa Kopacz, będąc z wizytą w Wałbrzychu, pytana o SKOK-i, powiedziała: - One już są obciążeniem dla systemu bankowego. Ponad 3 mld zł wypłacono z BFG ludziom, którzy złożyli depozyty, a teraz znowu trzeba będzie wypłacić 1,2 mld zł.

    Tematyka SKOK-ów zaczyna znowu żyć na dobre. Niedawno Minister Finansów Mateusz Szczurek powiedział dziennikarzom w Sejmie, że kolejne problemy finansowe Kas, to konieczna wypłata SKOK-om z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego 1,2 mld złotych. Dziś powtórzyła to w Wałbrzychu premier Ewa Kopacz. Wcześniej mówiła o tym posłanka Joanna Mucha z PO. Kłopoty SKOK-ów to problemy banków. Zapewne zwykłych klientów banków także.

    Kłopot jest też ze zrozumieniem, dlaczego banki i ich klienci mają płacić kolejne 1,2 mld zł, choć zapłacili już ponad 3 mld zł, na ratowanie depozytów upadających SKOK-ów? – pisze polityka.pl. Publicysta Jacek Żakowski pyta: czy nadużyć w SKOK-ach nie da się rozliczyć? Działacze PiS bronią SKOK-i i zaprzeczają informacjom o nadużyciach. Mariusz Błaszczak mówi, że temat o SKOK-ach to kampania wyborcza PO.

    Tymczasem portal polityka.pl m.in. zastanawia się: "Dlaczego żadnej odpowiedzialności za złą sytuację wielu Kas, nie ponosi Kasa Krajowa, która je przez lata nadzorowała? Dlaczego zwykli ludzie, którym banki podnoszą teraz opłaty za usługi (bo składka na Bankowy Fundusz Gwarancyjny wzrosła), mają finansować nieodpowiedzialność polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy przez lata bronili Kas przed nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego?"

    Po słowach ministra finansów Mateusza Szczurka i posłanki Joanny Muchy, Kasa Krajowa SKOK zapowiada pozwy sądowe przeciw nim, w związku z ich wypowiedziami "nieprawdziwymi i godzącymi w dobre imię spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych" – podaje Polskie Radio.

    Starli się w niedzielę 26 lipca w TVN24, m.in. w sprawie SKOK-ów, politycy PO i partii Kaczyńskiego - goście Anity Werner. - To wygląda na piramidę finansową - powiedział w programie "Ława polityków" w TVN24 minister rolnictwa Marek Sawicki, odnosząc się do kwestii działania SKOK-ów. Dodał, że nie chciałby komisji śledczej w ich sprawie, bo ta "zawsze staje się narzędziem walki politycznej i niewiele wyjaśnia". Jacek Sasin z PiS zarzucał zaś Platformie Obywatelskiej upolitycznienie tematu.

    Bankowy Fundusz Gwarancyjny (BFG), który jest rodzajem polisy ubezpieczeniowej dla sektora finansowego, uratował SKOK-i przed najgorszym. Zgromadzone w nim pieniądze dają klientom banków poczucie bezpieczeństwa; gdyby coś się stało złego, ludzie nie stracą depozytów. Sektorowi Kas spółdzielczych przygląda się uważnie także Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) i o wszelkich zagrożeniach ostrzega wcześniej. Dlatego polski sektor bankowy jest stabilny, a pieniądze klientów bezpieczne.

    Jednak o to, żeby KNF nie mogła przyglądać się SKOK-om, politycy PiS walczyli przez ileś lat. Chodziło także i o to, aby SKOK-i nie płaciły składki do BFG. Bo byli zdania, że Kasy najlepiej będą pilnować się same. A zgromadzone w nich pieniądze ponad 3 mln ich klientów są bezpieczne i dobrze nadzorowane. Jak się okazało - nie były.

    W wielu kasach, o czym wiemy od niedawna, działo się źle. Sprawę badają prokuratorzy w całym kraju. Teraz KNF informuje o kolejnych nieprawidłowościach. Pieniądze klientów w tajemniczy sposób wyparowały, a Kasy zaczynają bankrutować – informują media. Gdyby nie BFG, miliony klientów SKOK straciłoby swoje pieniądze, wybuchłaby wielka polityczna awantura. Może wszyscy ci, którzy źle ulokowali swoje oszczędności, zastanowiliby się wtedy, dlaczego tak się stało, kto ponosi za to winę.

    Obecnie nie muszą się zastanawiać, bo system zwrotu pieniędzy funkcjonuje sprawnie. Pretensji do polityków PiS nie mają. "A to właśnie oni nie pozwalali objąć Kas nadzorem KNF, w czym niebagatelny udział miał Andrzej Duda, który jako prawnik w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, odesłał stosowną ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, blokując jej wejście w życie" (polityka.pl).

    Poseł Jacek Sasin z Prawa i Sprawiedliwości stwierdził w TVN24, że Platforma znów wykorzystuje kwestię SKOK-ów, jako element walki politycznej. - Co kampania wyborcza to SKOK-i - stwierdził, podkreślając, że "minister finansów jest elementem obozu PO i dziś prowadzi grę polityczną". - Nie mieści się w głowie, by minister finansów formułował tego typu oskarżenia - powiedział, odnosząc się do sformułowania o SKOK-ach, "piramida finansowa".

    W opinii Jacka Sasina, "nieprawdą jest, że SKOK-i są w jakiejś dramatycznej sytuacji", a komisja śledcza w ogóle w tej sprawie nie powinna być powołana.

    Premier Ewa Kopacz w trakcie wizyty w Wałbrzychu, pytana o SKOK-i, powiedziała: - One już są obciążeniem dla systemu bankowego. Ponad 3 mld zł zostały wypłacone ludziom, którzy złożyli depozyty i zaufali tym instytucjom. Wiem, że zakończyła się praca podkomisji i rekomendacje, które podkomisja przedłożyła komisji finansów, były bardzo jednoznaczne. Postawiły diagnozę dotyczącą kondycji finansowej SKOK-ów.

    Drugą rekomendacją było to, jak mówiła pani premier, żeby podczas zbliżającej się kampanii wyborczej, PKW bardzo szczegółowo oceniała czy przypadkiem SKOK-i nie finansują kampanii wyborczej. A trzecią rekomendacją jest to, aby w przyszłym parlamencie powołać Komisję Śledczą, która sprawdzi dogłębnie, jak doprowadzono w SKOK-ach do tak tragicznej sytuacji - dodała Prezes Rady Ministrów.

    Spośród przeszło 50 SKOK-ów w kraju, padły dwa - SKOK "Wspólnota" (84 placówek, ponad 70 tys. członków, ok. 900 mln zł depozytów) i SKOK Wołomin (60 tys. klientów, depozytów 2,2 mld zł), a trzy SKOK-i zostały w ramach ratunkowych przejęte przez banki. W tragicznej sytuacji finansowej – według mediów - jest wiele Kas (podobno 40 z 52 istniejących); ponad 60 mln zł wyprowadzono do Luksemburga. Kasy mają 2,5 mln członków, depozyty wynoszą prawie 17 mld zł.

    Źródła: polityka.pl, tvn24 i polskieradio.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Gdańska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie SKOK i Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych, będącej głównym udziałowcem Krajowej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej. Foto: regionalna.tvp.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #gwiazda #galaktyka Bardzo szybka gwiazda jest w centrum Drogi Mlecznej

    W centrum Drogi Mlecznej - uczeni z różnych krajów świata, w tym z Polski - znaleźli bardzo szybką gwiazdę, która weszła w jej skład przypadkowo, z zewnątrz naszej Galaktyki. Można ją dostrzec przez lornetkę.

    W naszej Galaktyce zauważono niezwykłe zjawisko. Jedna z gwiazd, w centralnym zgrubieniu Galaktyki, porusza się bardzo szybko w stosunku do innych jej sąsiadek. Jak wykazały badania, w których brali udział także Polacy, prędkość gwiazdy jest niewiele wolniejsza, niż prędkość ucieczki z Drogi Mlecznej. Informację o tym podał niemiecki Instytut Astrofizyczny Leibniza w Poczdamie.

    Astronomowie, pod kierunkiem Andrea Kundery z poczdamskiego instytutu, dokonali pomiaru prędkości 100 starych gwiazd typu RR Lyrae, w zgrubieniu centralnym naszej Galaktyki. Jak się okazało, jedna z nich ma prędkość blisko 500 km/s, czyli aż pięć razy szybszą niż spodziewana dla zwykłych gwiazd, w tym obszarze Drogi Mlecznej.

    Wśród międzynarodowego zespołu badawczego była też 11-osobowa grupa polskich astronomów z Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego.

    Gwiazdy typu RR Lyrae to typ gwiazd zmiennych pulsujących, będących olbrzymami, wszystkie o prawie takiej samej jasności. Uczeni, dzięki właśnie tej własności, mogli w prosty sposób wyznaczyć dokładną odległość do tych obiektów. Obecnie w kierunku na zgrubienie galaktyczne znanych jest około 38 tysięcy gwiazd zmiennych tego typu. Protoplastka, która dała nazwę całej klasie gwiazd (nazwana RR Lyrae), widoczna jest w gwiazdozbiorze Lutni; można ją dostrzec przez lornetkę.

    Astronomowie podjęli próbę rekonstrukcji przebiegu orbit zbadanej próbki gwiazd w okresie ostatniego miliarda lat i ustalenia ich pochodzenia. Dla opisywanej "szybkiej" gwiazdy, wynik okazał się być zaskakujący – nie jest to gwiazda ze zgrubienia galaktycznego, lecz "obiekt przechwycony z halo naszej Galaktyki - obszaru rozciągającego się wokół zgrubienia i dysku galaktycznego".

    Wyróżniająca się gwiazda ma w nauce oznaczenie MACHO 176.18833.411. Prędkość jej wynosi dokładnie 482 km/s, a to największa wartość dla znanych gwiazd RR Lyrae, w zgrubieniu galaktycznym. To niewiele mniejsza prędkość niż ucieczki z Galaktyki.

    Zgrubienie galaktyczne to – zdaniem uczonych - centralna część Drogi Mlecznej. Rozciąga się ono na około 10 tysięcy lat świetlnych i składa z gazu, pyłu i starych gwiazd. Według astronomów, mogą być wśród nich rekordzistki pod względem wieku – najstarsze gwiazdy naszej Galaktyki. Jednak przypadek MACHO 176.18833.411, komplikuje sprawę, bo może się okazać, że dana gwiazda trafiła w ten obszar przypadkowo, z innych rejonów Galaktyki.

    Badania Instytutu Astrofizycznego Leibniza w Poczdamie, są częścią większego projektu, o nazwie Bulge RR Lyrae Radial Velocity Assay (BRAVA-RR). Jego celem jest m.in. odróżnienie najstarszych gwiazd w zgrubieniu galaktycznych od gwiazd pochodzących z zewnątrz naszej Galaktyki.
    Źródło: wiadomosci.onet.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Droga Mleczna. Foto: wrozenie24.com.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #burza #piorun Burz jest coraz więcej, a ich ilość będzie wzrastać

    Amerykańscy naukowcy z Uniwersytetu w Berkeley spodziewają się, że do końca bieżącego stulecia, częstotliwość burz z piorunami wzrośnie o 50 procent. Wszystko to przez globalne ocieplenie klimatu na Ziemi.

    W tym roku latem, jak zwykle o tej porze, występują silne burze nad Polską, których wynikiem są ogromne straty. Do takiej sytuacji powinniśmy zacząć się przyzwyczajać, gdyż częstotliwość burz z piorunami, prawdopodobnie z biegiem lat będzie wzrastać.

    Takie wnioski wynikają z lektury zeszłorocznych badań uczonych amerykańskich z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Po zestawieniu danych dotyczących opadów i określonej charakterystyki chmur, naukowcy zaprojektowali model, który wyjaśnia zależność istniejącą pomiędzy wysokimi temperaturami, a częstotliwością wyładowań elektrycznych podczas burz. Jak wiadomo, burze z piorunami, znacznie częściej występują w klimatach ciepłych, w tym na południu Europy. Ale także u nas.

    - Kiedy robi się cieplej, burze są coraz bardziej wybuchowe - mówi adiunkt David Romps, autor badań. - To ma związek z parą wodną, która jest paliwem dla głębokiej konwekcji związanej z wyładowaniami w atmosferze. Ocieplenie sprawia, że w atmosferze jest więcej pary, a jeśli jest więcej paliwa, to zapłon wywoła dużo większą eksplozję – tłumaczy badacz.

    Naukowcy z Berkeley wzięli pod uwagę w badaniach, modele klimatu USA, ale ich wnioski dotyczą jednocześnie globalnych zmian klimatu. Wyliczyli, że zwiększenie się średniej temperatury, zaledwie o jeden stopień Celsjusza, będzie oznaczać około 12 procent więcej piorunów. A według uczonych, do końca obecnego stulecia - ich częstotliwość - ma ulec zwiększeniu o około 50 procent.

    Obserwacje prowadzone przez naukowców z Berkeley, pozwoliły badaczom opracować również model, który mogą zastosować do przewidywania burz z piorunami, z dużą dokładnością, która zdziwiła nawet samych autorów przedsięwzięcia.

    Polski lipiec w tym roku przejdzie do historii, zapewne jako jeden z najbardziej burzowych w ostatnich latach, i chyba najbardziej kosztownych. Od początku miesiąca, strażacy byli wzywani do pomocy w usuwaniu skutków nawałnic, ponad 11 tys. razy. Gwałtowne zjawiska atmosferyczne – silny wiatr, pioruny, deszcz i grad - spowodowały uszkodzenia i zniszczenia przeszło 500 samochodów i 1,5 tysiąca zabudowań oraz upraw polowych i ogrodowych.

    Blisko 1000 gospodarstw było bez prądu i łączności. Nawałnice zabiły 4 osoby, a 34 raniły. Od początku 2015 roku, na przeciwdziałanie i usuwanie skutków klęsk żywiołowych, wydano z budżetu państwa ponad 600 milionów złotych. A to nie koniec. Kolejne burze przed nami. Mogą być – zdaniem synoptyków - równie niebezpieczne.
    Źródło: wiadomosci.gazeta.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - burza, błyskawice, pioruny - miasto nocą. Foto: tapeta-miasto-burza-noca.na-pulpit.com.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #zdrowie #smaki #wiek Preferencje smaków wiążą się z wiekiem

    Większość smaków produktów spożywczych - według badaczy – znamy z dzieciństwa. Ostrzejsze i bardziej wyrafinowane smaki zaczynamy poznawać w okresie około 22 lat.

    Moja 13-letnia wnuczka czasem mówi przy stole: tego nie jem, bo nie lubię. Małe dzieci także nie zawsze chcą jeść to, co im mama czy babcia daje. Różnica między 13-latką taka, że nie umieją jeszcze powiedzieć: to mi nie smakuje, albo - tego nie lubię. Sprawa - smakuje czy nie smakuje, rozbija się na ogół o najwcześniejsze miesiące życie niemowlaka, a nawet wcześniej – w łonie mamy.

    Smaków uczymy się już w okresie niemowlęcym i w brzuszku mamy. Nasz mózg od bardzo wczesnego okresu życia zapamiętuje smaki i pozostaje z nimi dozgonnie. Jednak uczymy się ich niemal przez całe życie. Zdaniem uczonych, niektóre produkty spożywcze zaczynamy doceniać po smaku, w bardzo różnym wieku. Na przykład makrelę, oliwki, pleśniowy ser, fasolę czy anchois (filecik z solonej sardeli z oliwą i korzennymi przyprawami) – lubimy dopiero po 20-tce.

    Pełny zakres smaków doceniamy do 20. urodzin

    Eksperci dokładnie sprawdzili jak wiek ludzi wpływa na preferencje smakowe. Twierdzą: wcześniej rozsmakujesz się w czosnku, więcej czasu upłynie, nim odkryjesz smak sera koziego, szparagów czy oliwek. Zatem, ile lat musi upłynąć, zanim polubimy smak różnych produktów?

    W badaniach wyszło, iż smakosze rozkoszują się smakiem takich produktów jak: oliwki, ser pleśniowy, anchois, jako dorośli. Ale czy będąc dziećmi darzyli je tak samo wielkim uwielbieniem? Prawdopodobnie, nie. Naukowcy odkryli punkty graniczne w naszej metryce smakowej i ustalili, kiedy kubki smakowe zaczynają rozsmakowywać się w "dorosłych" smakach. Badania w Wielkiej Brytanii wykazały, że muszą upłynąć średnio 22 lata, zanim zaczniemy tolerować bardziej intensywne smaki.

    Badania przeprowadzono na liczbie 1950 Brytyjczyków przez Butterkist. Uczeni pytali badanych o pokarmy znienawidzone w dzieciństwie, które po osiągnięciu dorosłości, stały się smakołykami. Statystyki badawcze pokazały, że większość z nas jest w stanie doświadczyć, pełnego zakresu smaków do 20. urodzin, ale jednak jest kilka produktów, których jedzenia odmawiamy. Dlaczego, skąd to się bierze?

    Od mdłych do intensywnych smaków

    Naukowcy są zdania, że zmiana preferencji smakowych wynika, ze zmniejszania się liczby kubków smakowych wraz z wiekiem. Niemowlęta mają ich bardzo dużo, bo aż około 30 tysięcy, a przez to smaki wyraziste są dla nich bardzo intensywne. Do czasu dorosłości zostaje im już tylko jedna trzecia z tych kubków smakowych, większość na języku. Dlatego - zdaniem ekspertów - w żywieniu dzieci, np. w przedszkolach, dominują potrawy mdłe, lecz jako dorośli, tolerujemy już mocniejsze smaki - tłumaczą naukowcy. A gdy to zaczyna się zmieniać, dokładnie zmieniają się także nasze preferencje.

    Uczeni ustalili kalendarz wieku zmian smakowych niektórych produktów, np. czosnek - 19 lat, kozi ser – 28. Ostre curry, zdobywało zwolenników głównie wśród osób po dwudziestce, rzadko wcześniej. Podobnie intensywne w smaku ryby – np. makrela.

    Część smaków zaczynamy cenić po 25 roku

    Do dojrzewających serów – zdaniem badaczy - musimy zwykle dojrzewać jeszcze dłużej. Parmezan dla większości nabiera walorów w okolicach 21. roku życia, a ser pleśniowy zaczynamy doceniać rok później, bo średnio około 22. roku życia - ustalili badacze. Muszą też poczekać na nasze uznanie niektóre warzywa. Zanim docenimy smak szpinaku, papryki czy bakłażana musi upłynąć 21 lat.

    Łagodne i przyjemne w smaku awokado – jak uważamy jako dorośli - do ulubionych nie będzie należeć nawet do 23. urodzin, podobnie jak szparagi, twierdzą badacze. A oliwki to przekąski lubiane zwykle przez osoby w wieku powyżej 25 roku życia. Natomiast zdecydowany rekordzista: ser kozi - na ten smakołyk musimy czekać - według badaczy -nawet do 28. roku życia.

    Eksperci ustalili, że do bardziej "wymagających" smaków zalicza się także czosnek i korniszony, choć faktycznie przyjemność z ich jedzenia, zyskujemy najwcześniej z wymienionych już produktów, bo w wieku około 19 lat.

    Kiedy przekonujemy się do nowych smaków?

    Kiedy i przy jakich okazjach, najczęściej przekonujemy się do nowych, wcześniej niezbyt lubianych smaków? Jak wykazały badania, jedna na trzy osoby próbowała potrawy, której wcześniej nie lubiła, aby nie urazić kogoś, u kogo była w gościach. Część badanych przyznawała, że taką sytuację mieli podczas stołowania się u teściów. Inne podobne okazje to były lunche biznesowe, kolacje u przyjaciół lub u rodziny.

    Według badaczy, najczęściej ma to miejsce podczas wspólnych posiłków ze znajomymi. Próbowanie nowych potraw w czasie wakacji czy na spotkaniu z różnymi osobami o wyrafinowanych upodobaniach kulinarnych i dużej wiedzy na ten temat - to inne sprzyjające warunki w tym kierunku, aby przyswoić nowe preferencje smakowe.

    Ponadto badania wykazały, że to co jemy jako dzieci, ma duży wpływ na kształtowanie się naszych późniejszych gustów kulinarnych. Bo mózg doskonale zapamięta pierwsze nasze smaki i gusta kulinarne, więc pozostają one z nami na zawsze.

    Lekarze przyjmują uśredniony wiek smaków 22 lata, dla takich produktów, jak: sos chilli, ser pleśniowy, anchois, ostrygi, oliwki, kozi ser, awokado, szparagi, parmezan, małże, bakłażan, papryka, szpinak, sos chrzanowy, makrela, czosnek, fasola, curry i korniszony.
    Źródło: zdrowie.gazeta.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - rodzina poznaje nowe smaki produktów spożywczych.
    Foto: szczecin.naszemiasto.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #grafen #perowskit Grafen już nie nasz. Nasze będą perowskity?

    Olga wraca z Uniwersytetu w Walencji do Polski i zakłada z przedsiębiorcami firmę Saule Technologies, która chce, jako pierwsza na świecie, "skomercjalizować technologię ogniw perowskitowych".

    Polscy naukowcy zostali liderami w wykorzystaniu grafenu do celów przemysłowych. I na tym się skończyło. Zespół naszych uczonych kierowany przez dr. inż. Włodzimierza Strusińskiego, z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych (ITME), osiągnął bardzo dużo. Opracował technologię, która pozwala na produkowanie taniego grafenu, ale także - czego zabrakło, bo nie udało się konkurentom – na otrzymywanie tego cennego materiału o najwyższej jakości.

    Ogniwa z perowskitu spółki Saule Technologies

    Jak pisze forbes.pl - po nieudanym niebieskim laserze i ślimaczącym się grafenie - znów dostaliśmy szanse na stworzenie technologii przyszłości. Pojawił się nowy wynalazek materiałowy – perowskit – ma on zrewolucjonizować produkcję paneli słonecznych, a jednym z pionierów badań nad tym jest młoda polska fizyk, Olga Malinkiewicz. Jej cel jest prosty: jako pierwsza wprowadzić technologię perowskitu do powszechnego użytku.

    Tym razem ma być całkiem inaczej z nowym wynalazkiem w Polsce niż było w przypadku grafenu. Ogniwa z perowskitu wyprodukuje nasza rodzima spółka Saule Technologies, którą założyła Olga Malinkiewicz, z dwoma przedsiębiorcami: Arturem Kupczunasem i Piotrem Krychem.

    Młodziutka doktorantka Olga Malinkiewicz na Uniwersytecie w Walencji ma coś w rodzaju naukowo-twórczego ADHD. Podczas, gdy jej koledzy i koleżanki z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, od początku studiów skupiali się na zbieraniu jak najlepszych ocen na kolokwiach, studentka Olga wzięła się ostro za konstruowanie. Na pierwszy ogień zbudowała lidar - rodzaj laserowego radaru.

    Olga w "naukowej ekstraklasie"

    Dla Olgi Malinkiewicz, mury wydziału fizyki UW na Hożej w Warszawie, szybko stały się za ciasne. Po pokonaniu licencjatu, pozostawiła UW i wyjechała do Hiszpanii. Najpierw wstąpiła na Politechnikę w Barcelonie, później na Uniwersytet w Walencji.

    To właśnie tutaj, latem ubiegłego roku, trafiła na perowskit - obiecujący materiał fotowoltaiczny. Szybko się wzięła za niego. Wystarczyło zaledwie kilka tygodni, na rozpracowanie prostej i efektywnej metody, nanoszenia perowskitów na cienkie folie. I w ten sposób weszła niemal z biegu do "naukowej ekstraklasy". Niemal w mgnieniu oka dokonała odkrycia na skalę światową.

    Nie chciała zasiedzieć się zbyt długo za laboratoryjnym stołem. W maju 2015 roku wróciła do Polski, aby założyć spółkę Saule Technologies, która ma ambitny plan: jako pierwsza na świecie "skomercjalizować technologię ogniw perowskitowych".

    Biznes wyrasta na atomach

    Olga Malinkiewicz, w sprawności działania i wyczuciu biznesowym, wykazuje silną energię i chęć działania, czego nie mieli ani naukowcy, którzy pracowali nad niebieskim laserem, ani nawet ci wszyscy, którzy chcą z Polski uczynić potentata w technologiach grafenowych. Pierwszy projekt padł ofiarą naukowców, drugi jest przytłaczany przez politykę i państwowych menadżerów.

    W okresie najbliższych sześciu lat (2014-2020), na badania naukowe w kraju, ma trafić z UE około 8,6 mld euro. Szansa, że tak ogromna pula pieniędzy zrodzi wartościowe projekty jest spora. Przydałoby się, aby do tego czasu, ktoś w Polsce przetarł szlak - "od laboratorium do sklepowej półki". Chodzi o to, by pokazał w świecie nauki, że da się zrobić duże pieniądze na własnym odkryciu. Otwiera się okienko, aby nasz kraj przeprowadzić do nowoczesności – pisze z optymizmem o nadziejach portal forbes.pl.

    Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju (MIR) podało w styczniu 2015 roku, że zostały zakończone negocjacje z KE ws. programu "Inteligentny Rozwój", następnie w I kwartale roku, resorty: infrastruktury i rozwoju, gospodarki oraz nauki i szkolnictwa wyższego przygotowały rozporządzenia w sprawie ogłaszania konkursów na dofinansowanie unijne. Przygotowano rozporządzenia i ruszyła machina konkursów – mówiła mediom wiceminister MIR Iwona Wendel – informowało Polskie Radio.

    New Europe 100 i 28 wspaniałych

    Jak się okazuje - nasi liderzy innowacji na liście New Europe 100. Polscy przedsiębiorcy są innowacyjni - tak wynika z opublikowanego przy okazji trwającego właśnie UFNI, czyli Europejskiego Forum Nowych Idei - Sopot 30 września - 2 października 2015 - zestawienia New Europe 100. Na liście liderów innowacji znalazło się 28 osób i podmiotów z naszego kraju – informuje invest-in-wroclaw.pl.

    New Europe 100 to wspólne przedsięwzięcie wielkiej wspaniałej czwórki: Res Publiki, Fundacji Wyszehradzkiej, Google'a i "Financial Times". Mają one na celu wspieranie innowacji m.in. technicznych i naukowych w Europie Środkowo-Wschodniej. New Europe 100 wyróżnia sto osób, które - dzięki wykorzystaniu w swoich branżach nowych technologii - są motorem pozytywnych zmian w regionie.

    Kandydatami do listy mogły być osoby oraz zespoły i instytucje, które wywarły w ostatnim czasie wpływ na gospodarkę, naukę, kulturę i lokalne społeczności. To pierwsze takie zestawienie w historii, które ma zadanie promować talenty z Europy Środkowo-Wschodniej i udowodnić, że nasz region prężnie się rozwija. Pozostaje uzasadniona nadzieja, że na liście znajdzie się również ambitna, zdolna i pracowita Olga Malinkiewicz, ze swoimi kolegami ze spółki Saule Technologies.
    Źródło: forbes.pl i polskieradio.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Olga Malinkiewicz dokonała odkrycia na skalę światową, chce pracować we Wrocławiu. Foto: forbes.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: t....k, Przemysl +3 innych
  •  

    #stan #nauka #ziemia #epoka #lodowiec Nadchodzi mała epoka lodowcowa

    Według długoterminowych prognoz naukowych czeka nas wielka zmiana klimatyczna. W niedługim czasie zniknie aktualne globalne ocieplenie i nastanie globalne oziębienie.

    Naukowcy w różnych krajach świata, obserwują i badają od lat zjawiska przyrodnicze, zachodzące w Arktyce i Antarktyce, w tym też pogodowe. Informują o nadchodzącej małej erze lodowcowej, która zmieni życie na naszej planecie. Brytyjscy astrofizycy uściślają i ostrzegają: za 15 lat czeka nas "mini epoka lodowcowa", która spowoduje bardzo niskie temperatury w zimie, a lata także będą zimne.

    Zdaniem brytyjskich astrofizyków, w latach 2030–2040, Ziemię czeka globalne oziębienie, które można porównać z tym, które miało miejsce w drugiej połowie siedemnastego wieku. Globalne oziębienie planety wyniknie z gwałtownych zmian zachodzących w głębi Słońca. Naukowcy informują właśnie, że w najbliższych kilkunastu latach, aktywność Słońca spadnie o 60 procent.

    Wizja skutych lodem rzek i jezior za kilkanaście lat oraz bardzo niskich temperatur w zimie, nie należy do przyjemnych. Tak czy inaczej trzeba się przygotować na globalne oziębienie Ziemi, dokładnie takie, jakie dotknęło naszą planetę w latach 1645–1715, kiedy to saniami można było podróżować przez Bałtyk.

    Brytyjscy astrofizycy, których wyniki badań opublikowało Royal Astronomical Society (brytyjskie towarzystwo naukowe), ostrzegają, że za 15 lat czeka nas "mini epoka lodowcowa", która spowoduje bardzo niskie temperatury w zimie. Takie wnioski naukowcy wyciągnęli, na podstawie prowadzonych badań, według najnowszego modelu aktywności słonecznej, który pokazuje, że pomiędzy rokiem 2030 a 2040, aktywność Słońca spadnie o 60 proc. Jak to możliwe?

    – Badania wskazują, że pojawiają się elementy fal magnetycznych w parach. Pochodzą z dwóch różnych warstw znajdujących się we wnętrzu Słońca. Mają częstotliwość około 11 lat, chociaż ta częstotliwość może być przesunięta w czasie. Stworzyliśmy bardzo dokładny model do przewidywania wahań aktywności słonecznej. Nasze przewidywania wykazały dokładność 97 proc. – wyjaśnia profesor Valentina Zharkova.

    Jak wygląda z długoterminowych prognoz naukowych, czekają nas wielkie zmiany klimatyczne i w niedługim czasie problem, jakim aktualnie jest globalne ocieplenie, zostanie wyparty przez globalne oziębienie.

    Według kronik i badań z XX wieku, w lutym 1929 roku odnotowano najzimniejsze w historii meteorologii w Polsce – temperatury. Były nawet 40-stopniowe mrozy, zaś średnie temperatury tego miesiąca oscylowały w kraju w przedziale od –13 °C do –16 °C. Padło też wiele nieoficjalnych rekordów zimna, m.in. –45 °C w Rabce, –42 °C w Czarnym Dunajcu, Dubiach i Czechowicach-Dziedzicach. Krakowski "Ilustrowany Kuryer Codzienny" donosił 23 lutego 1929 roku o –44 °C w Kolbuszowej, a nawet –48 °C w Kąclowej koło Grybowa.

    W nieodległym czasie, w latach 1971-2000, bywały także silne zimy takie, że pociągi nie mogły sobie z nimi poradzić. Stawały w polu na terenach mocno zasypanych śniegiem i zamarzały na szynach. Na lotniskach, jak na dalekiej północy Norwegii, zamarzały samoloty. I trzeba było je regularnie odladzać. Mieliśmy zimy stulecia, ale i piekielnie gorące lata. Wyjątkowo gorące były u nas lipce w 2006, 2010 i 2014 roku.

    Jedni naukowcy doszukują się w tym cykliczności spowodowanej przyczynami astronomicznymi, inni szukają jednorazowych zaburzeń pogodowych wynikających, np. a erupcji wulkanicznej, a jeszcze inni starają się wykazać powiązanie z aktywnością Słońca lub działalnością człowieka.
    Źródło: pogoda.wp.pl, TVN Meteo i fakt.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - nadchodzi mała epoka lodowcowa.
    Foto: fakt.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #swiat #chiny #miasto W Chinach wyrośnie największe na świecie miasto

    Marzeniem urbanistów Państwa Środka już od lat 80. zeszłego wieku było zbudowanie ogromnego obszaru metropolitarnego, ale dopiero w maju 2015 roku chiński prezydent Xi Jinping poparł plan utworzenia megalopolis dla 130 mln ludzi.

    Chiny zbudują największe miasto na świecie nazywane Jing-Jin-Ji. Przejeżdżając przez nie – najlepiej pociągiem - minęlibyśmy bloki mieszkań dla 130 milionów osób. - Jing-Jin-Ji to Pekin, Tianjin i Hebei w jednym – podaje Bankier.pl. Dzięki megalopolis gospodarka kraju nabierze impetu. Gdy powstanie Jing-Jin-Ji, może obejmować obszar terenów położonych w trzech różnych krainach geograficznych, zajmujących około 212 tysięcy km2, co odpowiada mniej więcej powierzchni Nowej Anglii.

    Urbaniści Państwa Środka marzyli od lat 80. XX wieku o zbudowaniu tego ogromnego obszaru metropolitarnego. W maju 2015 roku chiński prezydent Xi Jinping poparł plan utworzenia megalopolis, choć na razie nie ujawniono szczegółów całego urbanistyczno-gospodarczego przedsięwzięcia.

    Każdy Europejczyk, który pierwszy raz pojedzie do Chin, znajdzie się pod wielkim wrażeniem skali budowli lotnisk, dworców kolejowych, długości i szerokości autostrad, obiektów publicznych i budynków mieszkalnych oraz metropolii liczących kilkadziesiąt milionów mieszkańców i tłumu ludzi krążących w miastach. Chiny są największym krajem świata pod względem liczby ludności - co piąty mieszkaniec globu jest Chińczykiem. Szacuje się, że na zaledwie piątej powierzchni kraju mieszka ponad 80 procent mieszkańców Państwa Środka.

    Chińczycy marzą od dłuższego czasu, aby mieć wszystko jak największe, najdłuższe, najwyższe i najszybsze. Wkrótce będą mieć najszybszy pociąg świata, a teraz mają już najwyższy budynek na świecie i najwyższe drapacze chmur, najdłuższy morski most o 35 metrach szerokości (całą konstrukcję wspiera ponad 5000 filarów), najgłębszą jaskinię na świecie Krubera (Wronia) o głębokości 2191 metrów i superkomputer Tianhe-2, który pokonał amerykańskiego Tytana; Tianhe-2 będzie wykorzystywany – według władz - w celach naukowych.

    Chiny mają także to, co przekracza największe granice absurdu - budują repliki europejskich miast. Jest piękny chiński Paryż na przedmieściach Hangzhou, który ma Wieżę Eiffla, Wersal, Łuk Triumfalny i nawet… klimatyczne kamienice. Ale nie ma planowanych 10 tysięcy mieszkańców wprowadziło się tam zaledwie 2 tys., więc replika stolicy Francji raczej straszy niż zachwyca. Chińczycy wykonali replikę Manhattanu, egipskiego Sfinksa i skopiowali takie miasta, jak: Wenecja, Bristol i Barcelona, wyrastają też miasta holenderskie, angielskie i skandynawskie.

    Chiny wybudowały również największe miasta-widma – jedno z nich szacowane na 2,5 miliona ludzi, nowy dystrykt miasta Zhengzhou - zamieszkuje zaledwie kilkadziesiąt tysięcy osób. Puste domy i mieszkania liczy się w Chinach w dziesiątkach... milionów. A ceny nieruchomości ciągle rosną, na budowach praca wre. Bo ma być wysoki wzrost gospodarczy, miliony ludzi muszą mieć pracę i środki do życia. Rosną nowe domy, szkoły, sklepy, dworce, szpitale, obiekty sportowe, urzędy i drogi – miasta czekają na nowych mieszkańców, a oni… nie przyjeżdżają, nie stać ich na kupno nowego lokum.

    Źródło: bankier.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Chiny stworzą super-miasto na 130 mln ludzi. Foto: robertdee.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #finanse #skok-i #piramida Minister: SKOK-i to "piramida finansowa"?

    W 5. największych Kasach brakuje miliard 200 milionów złotych. Zdaniem ministra finansów największe SKOK-i są niewypłacalne, a pomoc dla nich będzie wymagała pieniędzy publicznych.

    Na trzy miesiące przed wyborami odżywa uśpiona – niczym drzemiący wulkan - sprawa SKOK-ów. Kandydatka PiS na premiera Beata Szydło, uderza ministra finansów biczem krytyki, za jego niewybredne słowa o SKOK-ach. Minister Mateusz Szczurek powiedział, że są one niewypłacalne i porównywał ich pracę do piramidy finansowej.

    Kandydatka PiS na premiera przekonywała swoich słuchaczy w Opolu, że minister zachował się nieodpowiedzialnie, z tego względu, że – według niej - nie mówił językiem finansowym, a publicystycznym. Jak oceniła, brak rozwagi ministra może w sprawach dotyczących finansów, skutkować wywołaniem niepotrzebnej paniki na rynku.

    Kilka dni temu komisja finansów publicznych Sejmu, przyjęła raport o Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo-Kredytowych. Stwierdziła w raporcie, iż należy powołać sejmową komisję śledczą, która zbada sytuację Kas. Minister Mateusz Szczurek mówił członkom komisji, że w pięciu największych Kasach, brakuje miliard 200 milionów złotych. Minister finansów powiedział również, że największe SKOK-i są niewypłacalne, a pomoc dla nich będzie wymagała pieniędzy publicznych.

    Choć niektóre Kasy mają problemy finansowe, ich członkowie mogą być spokojni. Bankowy Fundusz Gwarancyjny (BFG), którym objęte są także SKOK-i, gwarantuje bezpieczeństwo wypłat depozytów do równowartości 100 tysięcy euro.

    Jeżeli słowa ministra Szczurka okażą się prorocze i sprawa niewypłacalnych SKOK-ów przybierze szeroki rozgłos społeczny to stracą na tym przede wszystkim politycy, którzy mają w Kasach od lat, swoje sekretne interesy partyjne, więc bronią ich zażarcie w całej rozciągłości, jak niepodległości.
    Źródło: wiadomosci.dziennik.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Beata Szydło kandydatka PiS na premiera. Foto: finanse.wnp.pl.google.com. Minister Finansów Mateusz Szczurek. Foto: polskieradio.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: s........i, Cronox
  •  

    #stan #owoc #witaminy #zdrowie Lato obfituje owocami. Jak je chronić przed zepsuciem?

    Owoce – jak wiadomo – to skarbnica witamin, minerałów, błonnika i zdrowia (100 g jabłka, pomarańczy, brzoskwini zawiera około 50 kcal, a banana - do 100 kcal). Największą wartość odżywczą mają owoce świeże, jedzone latem.

    W okresie lata, kiedy mamy pod dostatkiem świeżych owoców, należy z nich korzystać, bo są pyszne i zdrowe. A, co robić, gdy temperatura za oknem wysoka, słońce na niebie porządnie operuje, więc owoce szybko się psują? Warto znać sposoby przechowywania ich, aby utrzymały jak najdłużej swoją świeżość. Są na to całkiem proste metody.

    Oryginalny, zwyczajny i bardzo prosty sposób na podanie apetycznych truskawek. Jeżeli chcesz, żeby drink, napój, albo koktajl truskawkowy przyciągał wyglądem, włóż do niego plastikową słomkę i nadziej na nią truskawkę. Przyjemny efekt zapewniony.

    Jabłko, czerwone nasze jabłuszko cudownie pachnące... Och, iluż poetów o nim pisało, ile piosenek powstało... "Po zjedzeniu jabłka, Adam ujrzawszy, że Ewa jest naga, innego raju już się nie domaga" (Sztaudynger). Gdy pokrojone jabłka brązowieją… Co zrobić, żeby nie traciły ani swojego koloru, ani świeżości? Wykorzystaj w tym celu "zwykłą gumkę recepturkę" i obwiąż nią owoc.

    Jak utrzymać – proszę Pań i Panów - świeżość bananów? Jeżeli nie chcesz, żeby banany podatne na szybkie brązowienie, nie otrzymały tej niezbyt apetycznej z koloru skórki, obwiąż ich końcówki taśmą. Ta metoda na pewno dobrze zadziała.

    Pytanie: jak obierać kiwi? Nie potrzeba w tej operacji noża. Wystarczy łyżeczka do herbaty lub lepiej łyżka stołowa, która za jednym zamachem doskonale "wykopie" całe jego kwaskowo-słodkawe wnętrze. I już można się nim delektować.

    Pomarańcze. Tu przychodzi mi na myśl piękna piosenka Tadeusza Woźniaka ze słowami Bogdana Chorążuka: "Kto to pędzi tak przez miasto, komu w tych ulicach ciasno? Biegnę gryząc pomarańczę, ziemia pod nogami tańczy." Nie chodzi jednak o piosenkę, chodzi o sposób oryginalny i praktyczny krojenia pomarańczy. Wystarczy wykonać na owocu kilka cięć wzdłużnych ostrym nożem.

    Jest także świetna metoda na obieranie skórki mango. Należy w tym celu przygotować zwykłą szklankę. I wnętrze soczystego mango wydobędziesz właśnie przy pomocy szklanki. To naprawdę proste, sprytne i wygodne - spróbuj koniecznie. Smacznego.
    Źródło: kobieta.onet.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - kosz owoców - truskawki, jabłka, wiśnie, banany, kiwi, winogrona. Foto: tapeciarnia.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    #stan #nauka #ziemia #potop Ziemia przed globalnym potopem?

    Prof. James Hansen - wybitny autorytet w dziedzinie klimatologii, który ogłosił ostatnio ciekawą publikację – ostrzega świat przed nadchodzącym globalnym potopem. A, co najgorsze – nie jesteśmy w stanie kataklizmowi zapobiec.

    Dawno, dawno temu był na Ziemi biblijny potop. Wielce troskliwy Noe zdołał uratować przed śmiercią, w dużej drewnianej arce, część ludności owego świata i co nieco wziął na nią zwierząt. Teraz czeka nas drugi potężny, bo globalny potop, tylko brakuje nowego Noego. Kiedy nadejdzie? Kataklizm przyjdzie za jakiś czas. Wpierw muszą roztopić się, pod wpływem gazów cieplarnianych, wszystkie lodowce globu.

    Jeżeli nie zredukujemy gazów cieplarnianych, w okresie najbliższych 50 lat, poziom wody w oceanach może się podnieść nawet o 3 metry – alarmuje w swojej najnowszej publikacji, amerykański klimatolog, profesor Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku, James Hansen, cytowany przez lewicową witrynę newsową i blog polityczny "Huffington Post". Gdyby powstała taka sytuacja, mogłaby mieć katastrofalne skutki. "Globalny potop" zatopiłby przede wszystkim wyspiarskie państewka i zagroził Nowemu Jorkowi, Tokio oraz m.in. naszemu Trójmiastu.

    Jak twierdzi James Hansen, były szef należącego do NASA Centrum Badań Kosmicznych im. Goddarda, w oparciu o długie i skomplikowane badania, prowadzone wraz z grupą współpracowników, w niedalekiej przyszłości lodowce Grenlandii i Antarktydy będą topnieć 10 razy szybciej, niż dotychczas sądzono.

    Naukowcy uważają, że proces topnienia lodowców, znalazł się obecnie w tzw. sprzężeniu zwrotnym. Im więcej lodu tracą, tym bardziej napędzają swoje topnienie. Dzieje się tak, gdyż słodka woda spływająca coraz szerszym strumieniem z lodowców Grenlandii i Antarktydy, "wpycha słoną", czyli cięższą i ciepłą wodę morską, pod "lodowcowe brzuszyska". W ten sposób przyspiesza ich rozpad i znikanie.

    Wśród współautorów pracy prof. Jamesa Hansena, która będzie wkrótce publikowana w piśmie naukowym "Atmospheric Chemistry and Physics", jest m.in. Francuz prof. Eric Rignot, zatrudniony na Uniwersytecie Kalifornijskim w Irvine. Rok temu francuski uczony oznajmił światu, że nic już nie powstrzyma zaniku lodowców spływających z Antarktydy Zachodniej do Morza Amundsena.

    ONZ-owski Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC), w ostatnim raporcie, był dużo ostrożniejszy niż prof. James Hansen. Prognozował mianowicie, że do końca tego wieku, średni poziom światowego morza wzrośnie maksymalnie o około metr.

    Natomiast w jednym z ostatnich wydań tygodnika naukowego "Science" zespół międzynarodowy naukowców, pod kierunkiem prof. Andrei Dutton z Uniwersytetu Florydy w Gainesville wyliczał, że z powodu aktualnego globalnego ocieplenia, światowy ocean swój poziom podniesie, co najmniej o sześć metrów, ale w najbliższych wiekach, nie zaś jeszcze w tym stuleciu.

    Prof. James Hansen to wybitny autorytet w dziedzinie klimatologii, który nie liczy się zbytnio z "ciasnym gorsetem" naukowym kolegów, w prognozowaniu zmian klimatycznych na Ziemi. Jego energia i siła przebicia są imponujące. Cieszy się uznaniem innych naukowców i dziennikarzy tylko nie światowych przywódców.

    W grudniu br. mają się oni zebrać w Paryżu, aby podpisać wspólnie nowe porozumienie klimatyczne, w którym będzie zobowiązanie do redukcji emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Najważniejszy z nich to dwutlenek węgla. Ludzkość pompuje go w powietrze rocznie aż 36 mld ton. Od wybuchu rewolucji przemysłowej stężenie CO2 w atmosferze wzrosło o prawie połowę. Jeżeli w porę nie opamiętamy się to w końcu wieku średnia temperatura Ziemi, wzrośnie przez człowieka według prognozy IPCC o dalsze 4,8 st. C.
    Źródła: onet.pl i wyborcza.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - prof. James Hansen: Fossil fuel addiction could trigger runaway global. Foto: theguardian.com.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #nasa #kosmos #ziemiabis Teleskop Keplera odnalazł "Ziemię bis"

    Krążący od 6 lat w kosmosie, Teleskop Keplera amerykańskiej agencji NASA, odnalazł drugą Ziemię. Jest od nas bardzo daleko, ale też bardzo podobna do naszego globu. Czy jest na niej życie?

    NASA cieszy się szczęściem naukowej sensacji: znaleźliśmy Ziemię bis! To może być odkrycie epokowe. Nowa Ziemia jest nieco większa od naszej Ziemi. Leży w odległości 1400 lat świetlnych od naszego globu w konstelacji Łabędzia. Krąży wokół gwiazdy podobnej do Słońca. Zdaniem astronomów może to być Ziemia 2.0. Znajduje się w tak zwanej strefie zamieszkiwalnej.

    Nie jest na tej planecie, ani za zimno, ani za gorąco. Może być na niej woda w stanie ciekłym i teoretycznie także życie. Aby człowiek mógł tam dolecieć rakietą, o znanym dziś napędzie, podróż trwałaby 28 milionów lat.

    Planeta w symbiozie z gwiazdą 6 mld lat

    Uczeni nadali jej nazwę Kepler-452b. Ziemia bis ma średnicę o około 60 proc. większą od naszej Ziemi, a gwiazdę swoją okrąża w 385 dni. Nie wyliczono jeszcze jej masy. Nie jest – zdaniem astronomów - wykluczone, że to glob skalisty. Także grawitacja jest znakiem zapytania, choć uczeni przypuszczają, że jest dwa razy większa niż ziemska.

    Według Jona Jenkinsa z NASA, powstanie życia na tej planecie, ma duże szanse. Planeta istnieje w symbiozie ze swoją gwiazdą od 6 miliardów lat. A to wystarcza, żeby powstały niezbędne czynniki do tworzenia życia - twierdzi Jon Jenkins.

    Teleskop ma do odkrycia 4696 planet

    Amerykańscy naukowcy z NASA mają na swym koncie odkrycie kilku tysięcy planet, lecz żadna z nich nie wzbudziła aż takich oczekiwań i nadziei, jak teraz świeżo odkryta. Kepler-452b znalazła się w grupie 12 innych planet, na których potencjalnie może rozwijać się życie.

    Dzięki misji kosmicznego teleskopu Keplera, liczba odkrytych planet poza Układem Słonecznym wzrosła do 1030, a 4696 kandydatek na planety czeka na odkrycie. Spośród dotąd odkrytych egzoplanet, 12 ma średnicę zbliżoną lub blisko dwa razy większą, od Ziemi. Krążą wokół gwiazd, z których 9 jest podobnej wielkości i zbliżonej temperaturze jak ma nasze Słońce.

    Kepler wciąż szuka drugiej Ziemi

    Barwna i owocna odyseja kosmicznego teleskopu Keplera, należącego do NASA, który od sześciu lat podróżuje w przestrzeni pozaziemskiej w interesie nauki człowieka, uznana jest za jedną z najlepszych w całej historii badań kosmosu. Największym jego wyzwaniem było poszukiwanie drugiej Ziemi – planety skalistej, niedużej, okrążającej macierzystą gwiazdę w odległości "w sam raz", czyli niezbyt dalekiej i niezbyt bliskiej.

    Teleskop Keplera, po zbadaniu 150 tys. gwiazd na pograniczu gwiazdozbiorów Lutni i Łabędzia, ukazał przed uczonymi zupełnie nowy świat. Wiadomo, że planet jest dużo więcej niż gwiazd, a tych poznanych ostatnio jest tylko w naszej Galaktyce ok. 400 mld. Zdecydowana większość planet, spośród około 1700 odkrytych przez teleskop Keplera, w niczym nie przypomina Ziemi. Są to na ogół planety, znacznie od Ziemi większe i zwykle orbitują wokół swoich gwiazd zbyt blisko, aby znaleźć się w strefie ekologicznej.
    Źródło: polskieradio.pl i polityka.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Ziemia (z lewej) i Kepler-452b. Naukowcy z NASA odkryli planetę podobną do Ziemi. Foto: interia.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #prawo #mecenas #prokurator Roman Giertych oskarża prokuratora Seremeta

    Radosław Sikorski, były minister dyplomacji i marszałek Sejmu, ogłosił swoje odejście z polityki. Mecenas Roman Giertych dostrzega w tym winę prokuratora generalnego. Oskarża go w dwóch stacjach telewizyjnych.

    Były wicepremier w rządzie PiS, dziś mecenas Roman Giertych, wkracza do akcji. Staje w obronie byłego marszałka Sejmu Radosława Sikorskiego i wskazuje osobę, która - jego zdaniem – stała się przyczyną decyzji o odejściu z polityki. Według Romana Giertycha, winę za to ponosi Prokurator Generalny Andrzej Seremet.

    Mecenas Giertych wygłosił oskarżenia pod adresem prokuratora Seremeta w dwóch telewizyjnych kanałach informacyjnych. Najpierw zjawił się w TVN24, a wkrótce potem – niecałe pół godziny – wystąpił w kanale TVP Info. W obu stacjach ostro i stanowczo skrytykował prokuratora generalnego za to, że publicznie wypowiadał się o śledztwie w sprawie tzw. kilometrówek marszałka Sejmu.

    Rzucił tym samym – jego zdaniem - cień podejrzeń na Radosława Sikorskiego, że wykorzystuje publiczne pieniądze do prywatnych podróży po kraju.

    Adwokat Giertych nie krył oburzenia na Andrzeja Seremeta za to, że jako prokurator nie przeprosił Sikorskiego w czasie, gdy śledztwo prokuratorskie zostało umorzone.

    Szef prokuratury generalnej nie ma racji i nie ma odwagi cywilnej, przeprosić osobę, która przez kilka miesięcy była pod ostrym zarzutem. Czy można inaczej zdefiniować podłość, niż to, co zrobił Andrzej Seremet? Nie miał odwagi wziąć na siebie błędnej decyzji prokuratury – atakował mec. Roman Giertych w TVP Info. I, jak dodał, prokuratura nie dość, że nic nie robiła, to jeszcze utrudniała śledztwo.

    Radosław Sikorski jest pokrzywdzony w śledztwie, a podejrzani chodzą i śmieją się z pokrzywdzonych. Prokuratura nie udostępnia materiałów ze śledztwa, odmówiła dostępu do nich pokrzywdzonemu Sikorskiemu – wytykał jego obrońca.

    W opinii Romana Giertycha, na decyzję byłego ministra i marszałka Sejmu o rezygnacji z kandydowania w nadchodzących wyborach parlamentarnych, miało wpływ coś jeszcze. Ten właśnie zarzut wyraził w studiu TVN24.

    Dużą rolę w odejściu Radosława Sikorskiego z polityki odegrała bezwładność systemu wymiaru sprawiedliwości. Myślę tu o śledztwie dotyczącym afery podsłuchowej, które zamieniło pokrzywdzonych w oskarżonych – podkreślił adwokat Giertych. Przy okazji zadeklarował, że on sam planuje powrócić do polityki. W październikowych wyborach będzie ubiegał się o mandat niezależnego senatora. Będzie korzystał w kampanii z własnych środków finansowych.
    Źródło: wiadomosci.dziennik.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Roman Giertych o Sikorskim: cień, który rzucił Seremet, przyczynił się do odejścia z polityki. Foto: tvp.info.google.com.
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    #stan #polityka #sn #skarga #tu-154m SN nie stwierdził przewlekłości śledztwa ws. Tu-154M

    Sąd Najwyższy - na niejawnym posiedzeniu - nie stwierdził, że jest przewlekłość śledztwa prowadzonego przez Wojskową Prokuraturę Okręgową w Warszawie, w sprawie katastrofy smoleńskiej.

    Po niejawnym posiedzeniu, trzech sędziów Izby Wojskowej Sądu Najwyższego (SN), oddaliło w czwartek 23 lipca 2015 roku, skargę ośmiorga bliskich ofiar katastrofy samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem, na przewlekłość śledztwa, które jest prowadzone od 10 kwietnia 2010 roku.

    Jak powiedział mecenas Piotr Pszczółkowski, reprezentujący w SN autorów skargi - działania prokuratury prowadzą do przewlekłości śledztwa. Powołał się m.in. na fakt, że bliscy ofiar katastrofy dostają opinie biegłych, ale bez materiałów źródłowych, które powinny być ich podstawą. Według adwokata Piotra Pszczółkowskiego prokuratura limituje także stronom dostęp do materiałów niejawnych śledztwa.

    Prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie "nieumyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu powietrznym, w której śmierć ponieśli wszyscy pasażerowie samolotu Tu-154 Sił Powietrznych RP, numer boczny 101, w tym prezydent RP Lech Kaczyński oraz członkowie załogi".

    Dotychczas Wojskowa Prokuratura Okręgowa (WPO) w Warszawie wydała decyzje o zarzutach dla czterech osób: dwóch oficerów, którzy w 2010 roku dowodzili 36. specpułkiem, który zapewniał transport VIP-ów i dwóch rosyjskich kontrolerów lotów ze Smoleńska, czego wciąż jeszcze im nie ogłoszono. Śledztwo przedłużone jest do 10 października br., ale nie będzie to jeszcze końcowy termin postępowania. Wrak i oryginały rejestratorów rozbitego samolotu cały czas są w Rosji.

    Gdy sprawa – jak w tym przypadku - ma charakter precedensowy, wiąże się z aspektami międzynarodowymi i koniecznością zasięgania licznych opinii biegłych, postępowanie może trwać dłużej - uznał Sąd Najwyższy, nie stwierdził jednak przewlekłości śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej.

    Sędzia SN Marek Pietruszyński, uzasadniając postanowienie sądu o oddaleniu wniosku o stwierdzenie przewlekłości śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej, autor takiej skargi powinien precyzyjnie wykazać, gdzie doszło do przewlekłości i wskazać okoliczności szczególnie decydujące o tym, że do przewlekłości doszło - chodzi głównie o terminowość i prawidłowość czynności prokuratora prowadzącego śledztwo.

    "Ocena, czy doszło do przewlekłości, nie może mieć charakteru subiektywnych przeświadczeń strony, ale mieć charakter obiektywny, z uwzględnieniem procedur. Trzeba też brać pod uwagę charakter sprawy i stopień jej prawnej zawiłości - co może uzasadniać długotrwałość postępowania" - dodał sędzia Pietruszyński. I podkreślił, że dotyczy to szczególnie spraw o charakterze precedensowym, z występującymi w nich aspektami międzynarodowymi i koniecznością zasięgnięcia wielu opinii biegłych.

    Sąd Najwyższy podkreślił również, iż prokuratura wiele razy powielała wnioski do Rosji, o wydanie wraku Tu-154M i rejestratorów samolotu. Jednocześnie SN przyznał, że jest oczywistym fakt, iż bliscy ofiar katastrofy oczekują szybkiego i efektywnego śledztwa i należy im się empatia. "Skład orzekający także ją wobec bliskich ofiar przejawia. Ale nie możemy zapomnieć o formalno-prawnych wymogach postępowania w sprawie przewlekłości" - mówił sędzia Marek Pietruszyński.
    Źródło: fakty.interia.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Sąd Najwyższy stwierdził: śledztwo ws. katastrofy smoleńskiej nie jest przewlekłe. Foto: tvn24.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    #stan #nauka #technika #zdrowie Uwaga! Smartfony, tablety i laptopy szkodzą

    Technika usprawnia i ułatwia życie. Ale może być również nieszczęściem człowieka. I nie chodzi tu wyłącznie o sygnały naukowe o możliwościach wykształcenia się maszyn komputerowych, które wymkną się spod kontroli człowieka. Chodzi o telefony.

    Teraz, gdy lipiec i lato na dworze, wiaterek ciepły i słońce przygrzewa, każdy, kto może jedzie nad morze, na gorącym piasku się wygrzewać. Do letniej rymowanki dodać wypada fraszkę wakacyjną: "W siódmym niebie spędził wczasy z anielicą pełną krasy" – napisał kurzbi. Tematyka wakacyjna przeważa także w mediach pisanych. Kilka sygnałów godnych uwagi, warto przeczytać, a nawet wziąć do pamięci.

    Na wczasach każdy ma swoje sprawy i problemy, z którymi chętnie dzieli się z bliskimi, czy znajomymi. Używamy w tym celu m.in. telefonów komórkowych. Czy wiemy o zagrożeniach, jakie niosą naszemu zdrowiu? Portal CNET zestawił pięć smartfonów z najwyższym wskaźnikiem promieniowania elektromagnetycznego. Co ustalono?

    Od jakiegoś czasu wiadomo, że telefony mogą być dla nas szkodliwe. Wystawienie naszego organizmu na efekt promieniowania, na zaledwie 15 minut dziennie, może spowodować trwałe zmiany w naszym mózgu. Są smartfony z najwyższym wskaźnikiem promieniowania elektromagnetycznego.

    Zdaniem ekspertów, najwięcej potencjalnie szkodliwych produktów, sprzedaje Motorola. To właśnie konstrukcje koncernu należącego obecnie do Lenovo zajmują aż trzy pierwsze miejsca – pisze portal technowinki.onet.pl.

    Instytut Nauki Weizmanna w Izraelu ustalił, że po około 10-12 latach zwykłej ekspozycji naszego ciała na promieniowanie generowane przez smartfony, powoduje dramatyczne prawdopodobieństwo choroby raka mózgu. Ustalono ponadto, że - ze względu na strukturę budowy czaszki dziecka - nasze pociechy są zdecydowanie bardziej narażone na wystąpienie późniejszych szkodliwych dla zdrowia efektów. Z tego też względu trzeba sprawdzać parametr SAR przy zakupie nowego smartfona.

    Brytyjskie stowarzyszenie fizjoterapeutów także ostrzega: używanie smartfonów, tabletów i laptopów grozi problemami zdrowotnymi. Uczeni z amerykańskiego Towarzystwa Endokrynologicznego, po analizie dziesiątków publikacji naukowych, ustalili, że sztuczne światło z wszelkich urządzeń elektronicznych: tabletów, smartfonów, a nawet maleńkich diod LED, utrudnia zasypianie i zaburza naturalne dobowe rytmy organizmu. To prowadzi do poważnych problemów zdrowotnych, w tym otyłości.

    Niektórzy eksperci są też zdania, że rozchwianie rytmów dobowych może zaburzać pracę całego organizmu i prowadzić na przykład do nowotworów, np. raka piersi.
    Źródła: technowinki.onet.pl, nauka.newsweek.pl, zdrowie.gazeta.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - smartfon, tablet i laptop. Foto: enauczanie.com.google.com.
    pokaż całość

    źródło: tblt-ntbk.png

  •  

    #stan #zdrowie #energia #cukier #dieta Brak koncentracji i zmiana nastrojów to wina diety

    Są tacy ludzie, którzy z nieznanych przyczyn, odczuwają częste poczucie apatii, zmęczenia, zniechęcenia, poirytowania i mają problemy z utrzymaniem wagi. To typowe objawy zaburzenia poziomu cukru we krwi. Aby je zniwelować lub usunąć, konieczna jest zmiana diety. Codzienna dieta powinna obfitować w białko i produkty o "niskim indeksie glikemicznym". Indeks glikemiczny to wskaźnik, który określa wzrost poziomu cukru we krwi, po dwóch godzinach od zjedzenia danego produktu. Im niższy indeks glikemiczny tym lepiej dla zdrowia.

    - Niezdolność utrzymania stałego poziomu cukru we krwi w ciągu dnia jest - według mnie - jedną z najczęstszych przyczyn dolegliwości trapiących ludzi, którzy teoretycznie na nic nie chorują, w rzeczywistości nie są w pełni sił - zauważa Maria Cross, specjalista w zakresie żywienia medycznego, autorka książki pod tytułem "Nie powinnaś tego jeść".

    Mówiąc inaczej, jeżeli z niewyjaśnionych przyczyn, zaczniemy odczuwać ciągłe dokuczliwe zmęczenie, częsty odczuwalny brak koncentracji i nieodpartą ochotę na coś do zjedzenia oraz wahania nastrojów i poirytowanie, wypada dokładnie przeanalizować swój codzienny jadłospis. Może się okazać, że przyczyną tych uciążliwych dolegliwości nie jest przemęczenie, stres czy jesienna chandra, ale zła dieta, bogata przede wszystkim w węglowodany i produkty przetworzone.

    - Dieta, która wpływa na zaburzenia poziomu cukru we krwi jest bogata w cukier i przetworzone węglowodany, zaś uboga w białko, które jest kluczowe dla utrzymania odpowiedniej równowagi poziomu cukru we krwi. Paradoksalnie pacjenci, często tłumaczą się, że jedzą słodkie potrawy, aby dodać sobie energii, utożsamiają cukier z energią i wytrwale pochłaniają pożywienie, które jest przyczyną ich zmęczenia - wyjaśnia specjalistka żywienia Maria Cross.

    Jakie produkty spożywcze są szczególnie groźne dla samopoczucia? Lekarze ustalili i określili, dominujące miejsce zajmują w tym wszelkie słodkości, ale nie tylko. Umieścili na "czarnej liście" spożywczych "wampirów" energetycznych, m.in.: dżemy, wszystkie słodycze oraz płatki śniadaniowe, białe pieczywo, biały ryż, makarony i konserwanty. Istotną przyczyną, która rzutuje na obniżenie poziomu energii w ciągu dnia, jest również omijanie posiłków lub spożywanie mało wartościowych produktów.

    To głównie cechuje część młodzieży szkolnej, ale także dorosłych, którzy w pośpiechu do szkoły i pracy, nie znajdują czasu, nawet na skromne śniadanie. Lekarze ostrzegają: człowiek głodny źle funkcjonuje, jest mało wydolny umysłowo i fizycznie. Mózg takich osób robi się ciasny, leniwy, ospały, niechętny do mobilizacji.

    Aby poczuć się lepiej i zyskać energię - wskazuje Maria Cross - wypada wprowadzić kilka prostych zmian w codziennej diecie. Po pierwsze koniecznie jeść śniadania. Wprawdzie nie każdy jest zwolennikiem wczesnych posiłków i zwykle z łatwością przełyka jedynie poranną kawę, warto a nawet trzeba, przed wyjściem z domu do pracy, zjeść choć kilka migdałów lub owoc czy grahamkę.

    Wskazane, aby w diecie przyjąć zasadę: jem zawsze śniadania złożone przede wszystkim z warzyw i owoców, produktów zbożowych, nabiału i jajek, mięsa - oczywiście chudego (wołowina i cielęcina, drób, w tym kurczak i indyk) oraz ryby - najlepiej morskie i chude, bogate w białko i zdrowe tłuszcze (dorsz, morszczuk, pstrąg, sandacz, sola, szczupak i tuńczyk). Należy przy tym przyjąć drugą zasadę: podstawą codziennej diety muszą być produkty pochodzenia roślinnego, a więc owoce, warzywa i ziarna zbóż.

    Zdrowe śniadanie – zdaniem specjalistów – to m.in. musli z orzechami i nasionami oraz owocami, takimi jak: jagody, truskawki i maliny, z jogurtem naturalnym i sokiem pomarańczowym. Taki posiłek poranny jest szczególnie zalecany osobom cierpiącym na zaparcia, gdyż zawiera dużo błonnika regulującego pracę jelit.

    Inny zestaw – według mgr Anety Kościołek, dietetyczki i biotechnologa, specjalistki ds. zdrowia publicznego - to zielony twarożek (szczypiorek, natka pietruszki, rzeżucha), bułka grahamka i herbata. To śniadanie zalecane jest głównie dla kobiet, które planują ciążę lub są w ciąży, gdyż zielone warzywa są bogate w kwas foliowy i witaminę E, które zapobiegają wadom "cewy nerwowej". Wady cewy nerwowej to grupa wrodzonych wad rozwojowych ośrodkowego układu nerwowego powstałych podczas rozwoju płodowego.

    Na śniadanie w innej wersji wskazane są: jajko na miękko z sałatką warzywną, w tym pomidor, ogórek, sałata, szczypiorek, natka pietruszki oraz kawa zbożowa z mlekiem 2%. Takie śniadanie jest bogate w pełnowartościowe białko; polecane jest sportowcom i osobom pragnącym zwiększyć masę mięśniową. Może też być jajecznica z pomidorami lub pieczarkami, bułka grahamka i herbata – radzi biotechnolog mgr Aneta Kościołek, doktorantka Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.

    Dietetyk radzi również zjeść rano: kaszę manną na mleku 2%, z owocami jagodowymi (jagody, poziomki, maliny); dodaje ono energii na cały dzień, gdyż zawiera duże ilości substancji o działaniu antyoksydacyjnym i zwalczającym wolne rodniki. Bardzo wskazana jest na dobre samopoczucie owsianka na mleku z owocami (truskawki, jagody) - szczególnie zalecana osobom chorym na cukrzycę i cierpiącym na zaparcia.

    Kolejnym ważnym składnikiem codziennej diety, powinny być produkty bogate w białko, a więc: ryby, mięso, jaja, nabiał, fasola, soczewica i produkty sojowe. Jak pisze w książce Maria Cross, śniadanie jest niezbędne, do równoważenia poziomu cukru we krwi. Specjalistka żywienia zachęca, aby białko znalazło się koniecznie w naszym śniadaniu. Unikniemy w ten sposób utrzymujących się w okresie dnia wahań cukru we krwi. Do tej listy należy też dodać produkty o niskim indeksie glikemicznym.
    Źródło: menstream.pl i abczdrowie.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - dieta na dobre samopoczucie. Foto: polki.pl.google.com.
    pokaż całość

    •  

      @stanislaw-cybruch: O ile nie zgadzam się z wnioskami (co jeść), o tyle założenia bardzo słuszne - podstawą dobrego samopoczucia jest dieta. Obok mnie w fabryce siedzi typ i opierdala paczkę ciastek. Na pytanie "co tam" zawsze odpowiada "meh, chyba ok, nuda".

      Ludzie zabierają się do ogarniania życia od dupy strony niestety.

      +: matra, maur
  •  

    #stan #wiara #invitro #ksiadz #biskup Parlamentarzyści widzą strach w słowach z ambon

    Prezydent podpisał ustawę o in vitro. Ucieszył tym premier Kopacz, bezpłodne małżeństwa pragnące dziecka i 70 procent Polaków, którzy popierają tę metodę. Rozwścieczył zaś Episkopat.

    Ustawa o in vitro podpisana. Senator Platformy Obywatelskiej na znak protestu odchodzi z partii. Premier Ewa Kopacz mówi o in vitro: To wielkie zwycięstwo polskiej wolności. Episkopat rzuca stanowczo: Katolicy nie mogą stosować in vitro! Wcześniej straszył parlamentarzystów i sugerował zablokowanie ustawy. Miał wsparcie PiS i znanego konserwatysty ze zjednoczonej prawicy posła Jarosława Gowina.

    Gdy słyszymy mieszanie się biskupów do istotnych spraw państwa, zwłaszcza przy stanowieniu przez Sejm ustaw, można mieć wrażenie, że żyjemy w kraju islamskim. Tam także prawo i państwo oraz kobiety są w rękach autorytetów religii. Tam, podobnie jak u nas, mężczyźni manewrują państwami i rządami. Choć nie są władzą ustawodawczą i nie ponoszą w państwie za nic odpowiedzialności, to silnie trzęsą ludźmi, ich sumieniem i tworzą prawo niepisane, które gorliwie wykonują rządzący.

    Prezydent Komorowski podpisał ustawę o in vitro, lecz chce, aby jeden z jej przepisów zbadał Trybunał Konstytucyjny. "Oceniam ustawę jako ewidentny postęp wobec dziś obowiązujących rozwiązań" – mówił prezydent. Wśród części posłów i senatorów, w trakcie debaty nad kształtem ustawy, chwilami atmosfera przyjmowała temperaturę wrzenia. Nie brakował słów o piekle i treściach wziętych wprost z ambon kościelnych. "Piekielne wrota i syndrom ocaleńca"…, to słowa senatorów z debaty o in vitro. "Czy dzieci osób bezpłodnych przenoszą bezpłodność?" – pytał senator PiS Grzegorz Czelej.

    Najsilniejszą zapiekłość i wściekłość, w dyskusji nad komórkami rozrodczymi i ustawą, prezentowali wybrańcy narodu w Sejmie i Senacie z PiS. Dorota Czudowska, lekarka: Zadałam panu ministrowi pytanie, pytając dosyć oględnie, bo temat jest bardzo intymny i trudno o tym mówić… Chodzi o to, jak mężczyźni są traktowani przy przygotowaniu do in vitro… Zapewne państwo wiecie, że aby oddać w gabinecie lekarskim swoje męskie komórki rozrodcze, czyli nasienie, trzeba zastosować wymuszony onanizm. Czy to jest miłość? Czy to jest poczęcie, o jakie nam chodzi? – pytała pani Czudowska.

    Ujawniła się też grupa ostrych konserwatystów w PO, którym w niesmak było jawnie protestować przeciwko projektom zapisów prawnych o in vitro. Koniec końców pięciu posłów i dziewięciu senatorów PO głosowało przeciwko ustawie. Najpierw senator Tadeusz Kopeć, obecnie jego kolega senator Stanisław Iwan, w między czasie samorządowiec o znanym nazwisku Buzek i imię Janusz (daleki krewny byłego premiera Buzka) – wszyscy trzej odeszli z PO.

    Tak więc trzech dzielnych konserwatystów - z tego samego powodu odeszło, niby przez "lewicowe odchylenia" Platformy, które wyrażają się jakoby przez przyjęcie konwencji antyprzemocowej i ustawy o in vitro. "Jako konserwatysta i chrześcijanin, nie znajduję już dzisiaj dla siebie miejsca w Platformie Obywatelskiej, w jej obecnym kształcie" – zagrzmiał senator Tadeusz Kopeć, kiedy to przed dwoma miesiącami przechodził do partii Jarosława Gowina, zwanej czasem "zielone jabłuszko" lub Polska Razem.

    Hm, to co najmniej dziwna, bardziej jednak pokrętna, argumentacja. Bo program PO nie ma nic wspólnego z antychrześcijańską retoryką, jest raczej zbyt odległy od haseł, które głosi polski Kościół czy może tylko biskupi. Jednak ultrakonserwatyści w naszym parlamencie jednoczą się z ich hasłami. I na to nie ma rady. Są za tym, aby w Polsce było dużo więcej dzieci niż się rodzi, ale jednak nie z in vitro, gdyż to "nie jest miłość"…, jak mówi legnicka senator, onkolog Dorota Czudowska.

    W wielu chrześcijańskich, zwłaszcza katolickich krajach, in vitro jako metoda leczenia niepłodności jest dopuszczalna, konwencja antyprzemocowa w nich obowiązuje, a tamtejsze Kościoły przeciwko temu nie protestują. Więcej – arcybiskup Dublina z iście chrześcijańską pokorą przyjął wynik majowego referendum, w którym obywatele Zielonej Wyspy opowiedzieli się za legalizacją małżeństw jednopłciowych – przypomina komentator "Polityki", Grzegorz Rzeczkowski.

    "Kluczowa w tym przypadku jest obrona nauczania polskiego Kościoła. Wiadomo, że polscy biskupi są najbardziej w Europie wrodzy nie tylko wobec in vitro, ale i innym zmianom w prawie, które mogłyby uczynić życie wielu osób bardziej godnym i szczęśliwym. W sprawie związków partnerskich, małżeństw homoseksualnych i adopcji dzieci przez geje i lesbijki, polski Kościół wypowiada zdecydowane "nie", bez zażenowania wpływa na proces stanowienia świeckiego prawa. Do tego w sposób wręcz nieprzyzwoity naciska na polityków, z prezydentem włącznie, poddając ich moralnemu szantażowi" – czytamy w tygodniku "Polityka".

    Moc presji biskupów i księży proboszczy na posłów i senatorów jest tak silna psychicznie, że część lęka się skutków przed wyborami czy nie daj boże, przed oskarżeniem o wrogość wobec Kościoła. Dlatego wielu z nich ulega jej i walczy publicznie o utrwalanie w mentalności społeczeństwa, zdecydowanie katolickiego, głoszonych teorii o barbarzyństwie w metodzie in vitro i nie rodzeniu dzieci a ich kupowaniu. Senator Stanisław Kogut przekonywał nawet, że "in vitro jest metodą barbarzyńską, która naprawdę odczłowiecza dziecko".

    Konserwatywnych parlamentarzystów nie interesuje to, że in vitro jest uznawaną i cenioną na świecie metodą naukową, za którą jej twórca – brytyjski biolog - Robert Geoffrey Edwards z Patrickiem Steptoe, dostali Nagrodę Nobla. Nie ważne dla nich jest także to, że w dwa lata w Polsce, z in vitro przyszło na świat 2500 dzieci. Dla nich, podobnie jak dla księży i biskupów, nie jest ważne, że konstytucja RP nie wspomina ani słowem, że parlamentarzyści mają słuchać funkcjonariuszy Kościoła, a wiele mówi o tym, że mają działać na rzecz dobra wspólnego wszystkich obywateli.
    Źródło: polityka.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Ustawa o in vitro podpisana przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Foto: tvn24.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #polityka #kopacz #kaczynski Ewa Kopacz wzywa prezesa Kaczyńskiego…

    Były prezydent USA Ronald Reagan powiedział kiedyś: "Politycy mają skłonność do myślenia o następnych wyborach, a nie o następnym pokoleniu." Nasza opozycja mówi lepiej: kraj jest w ruinie, my zmienimy Polskę.

    Premier rządu Ewa Kopacz powiedziała Polakom, że w jesiennych wyborach parlamentarnych chciałaby się zmierzyć z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim, który zapewne wystartuje z Warszawy. - Będę startować z jedynki w Warszawie - dodała. To bardzo ciekawe wyzwanie dla szefa największej partii opozycyjnej, która od 9 lat walczy bezskutecznie z Platformą o zdobycie władzy w kraju. Jarosław Kaczyński w tym czasie skutecznie unikał starcia w wyborach z Donaldem Tuskiem.

    Ewentualnym pojedynek w październikowych wyborach parlamentarnych skomentował szef MSZ Grzegorz Schetyna. - To będzie pokazanie dwóch wizji Polski – powiedział minister o możliwym pojedynku Ewy Kopacz z Jarosławem Kaczyńskim w Warszawie.

    Premier Ewa Kopacz liczy na to, że na pewno zmierzy się w wyborczym pojedynku z liderem Prawa i Sprawiedliwości. Pani premier, znając jego lęki na ten temat z minionych lat, rzuciwszy wyzwanie Kaczyńskiemu, powiedziała: "Ja tam tchórzliwa nie jestem, więc chciałabym się zmierzyć ze swoim największym oponentem."

    - Choć bardziej naturalnym moim okręgiem byłby albo Radom, (…) albo Gdańsk (…), ale postanowiłam, że będzie to taka próba sił - mówiła Ewa Kopacz w Tarnowie. Według Grzegorza Schetyny, który skomentował tę sprawę podczas wizyty służbowej w Brukseli, będzie to "ciekawa rywalizacja".

    To na pewno będzie pokazanie dwóch wizji Polski. Kto może to zrobić lepiej niż liderzy obu partii w stolicy - powiedział minister. I dodał: Jarosław Kaczyński dotychczas "nie miał szczęścia" w starciu z kandydatami Platformy Obywatelskiej w Warszawie. Mam nadzieję, że tak będzie i w tym przypadku - podkreślił Grzegorza Schetyna. Wybory parlamentarne odbędą się 25 października 2015 roku.
    Źródło: wiadomosci.dziennik.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - premier Ewa Kopacz i prezes PiS Jarosław Kaczyński. Foto: tvnwarszawa.tvn24.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: D........r, Szaraczek +2 innych
  •  

    #stan #handel #ryba #kontrola Inspekcja Handlowa zbadała mrożone ryby

    Wyniki kontroli okazały się porażające. Ponad 70 procent hurtowni i sklepów rybnych w kraju handluje towarem o nieprawidłowej jakości. Winnych ukarano na kwotę 14 tys. złotych.

    Kontrola sklepów rybnych przez Inspekcję Handlową przyniosła "porażające efekty". Kontrolerzy wykazali w "przeważającej ilości placówek" handlowych i hurtowniach wiele rażących błędów, zaniedbań i nieprawidłowości. Producenci najbardziej oszukują na mrożonkach. Z raportu inspektorów wynika, że klient kupuje "nie rybę, a wodę".

    W wyniku kontroli przeprowadzonej przez Inspekcję Handlową w całej Polsce, stwierdzono nieprawidłowości w ponad 70 procentach, hurtowni i sklepów rybnych. Inspektorzy zakwestionowali ponad 40 procent badanych laboratoryjnie mrożonych ryb i owoców morza.

    Najczęstsze nieprawidłowości i oszukaństwa dotyczyły: zaniżonej masy produktu, zmienionej nazwy ryb i zawyżonej ilość glazury lodu na mrożonce - wymienia Beata Manios z Wojewódzkiego Inspektoratu Inspekcji Handlowej (WIIH) w Szczecinie. Jak mówi, przedstawicielka WIIH zdarza się, że w deklarowanym jednym kilogramie ryby, glazura zajmuje 25 procent. Klient kupuje nie rybę, ale wodę.

    Jak wyjaśnia Beata Manios - dla ochrony mięsa ryby, przed wpływem środowiska zewnętrznego, wystarczy 5 procent otoczki z lodu. Z tych też względów, bardzo ważne jest, aby klienci pamiętali, jak powinna być prawidłowo oznakowana mrożonka. Pani inspektor przypomina: Na etykiecie powinno być oznaczenie gatunku ryby po polsku i po łacinie, musi być wskazany obszar połowu i metoda produkcji.

    Inspektorzy wymierzyli winowajcom, mandaty i kary pieniężne, o łącznej wysokości 14 tysięcy złotych. Inspekcja Handlowa przypomina, że produkty spożywcze o niewłaściwej jakości - na podstawie paragonu zakupu - podlegają reklamacji u sprzedawcy. Wszelkie zastrzeżenia można również zgłaszać w wojewódzkich inspektoratach Inspekcji Handlowej, jak również do rzeczników konsumentów.
    Źródło: wiadomosci.dziennik.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - hurtownia ryb. Foto: hurtidetal.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: D........r, ashmedai +2 innych
  •  

    #stan #polityka #duda #wakacje #milioner Andrzej Duda wypoczywał u polskiego milionera

    Andrzej Duda był na urlopie we Włoszech. Wypoczywał w luksusowej willi polskiego milionera. Jak się okazuje firma biznesmena wystąpiła w śledztwie w sprawie słynnej infoafery.

    Prezydent elekt Andrzej Duda wrócił z wakacji. Nie urlopował nad polskim morzem czy jeziorami a we Włoszech. Wyjechał daleko od kraju na ostatni podobno urlop przed zaprzysiężeniem na 5-letnią kadencję. Spędził go z rodziną i przyjaciółmi. Cieszył się wspaniałą pod względem turystyczno-krajobrazowym krainą Toskanii, gdzie stoi luksusowa Willa Berti. Właśnie w Willa Berti polskiego multimilionera polski prezydent elekt miał szczęście oddać się rozkoszom luksusowych rozrywek wczasowych.

    Willa Berti - to zabytkowa XVIII-wieczna posiadłość - będąca częścią kompleksu wypoczynkowego Tuscany Forever. Wynajęcie tego miejsca na 7-dniowy pobyt, oznacza niemały wydatek, bo rzędu 3,4 tys. euro. (ponad 14,2 tysięcy złotych). Tyle też zapłacił z własnej kieszeni prezydent elekt Andrzej Duda.

    Tuscany Forever utworzył wysokim kosztem nakładów finansowych, Marek Kobiałka, multimilioner i właściciel firmy informatycznej Infovide-Matrix. Biznesmen Kobiałka, skomentował pobyt prezydenta elekta w należącej do niego posesji: "Pan prezydent elekt Andrzej Duda przebywał w jednym z naszych domów na wakacjach, pokrywając samodzielnie wszelkie koszty związane z pobytem. Za pobyt została wystawiona faktura" - podaje "Puls Biznesu", o czym czytamy w polska.newsweek.pl.

    Pomysł na wakacyjny biznes Marka Kobiałki - Tuscany Forever - sięga 2009 roku. To wtedy nasz biznesmen przedstawił lokalnym władzom plan rewitalizacji zespołu historycznych budynków, które wcześniej były częścią klasztoru żeńskiego. Teraz, po sześciu latach, turyści z Europy i świata, mogą w tym kompleksie wypoczywać, w luksusowych apartamentach i willach, umilać sobie czas w kawiarniach i restauracjach, basenach i na kortach tenisowych.

    Nic dziwnego, że gości tu nie brakuje. Wprawdzie najniższe ceny za tygodniowy pobyt sięgają 1,2 tys. euro - wolnych miejsc jest jak na lekarstwo. Jak szacuje "Puls Biznesu" tylko latem 2015, inwestycja Marka Kobiałki zarobi, przynajmniej pół miliona euro.

    Perspektywy na dalszy rozwój biznesu z turystyki są świetlane. Włoskie Ministerstwo Rozwoju Gospodarczego prognozuje, że inwestycja w turystykę w słonecznej Italii, zwraca się po 7-10 latach. Reklama w postaci prezydenta elekta w Polski, który zażywa beztroskich uciech we włoskim słońcu, może ten czas dodatkowo skrócić.

    Toskania – kraina historyczna, zwana Etrurią i zamieszkana ongiś przez Etrusków, potem podbita przez Imperium Rzymskie (281 p.n.e.), dziś region administracyjny w środkowych Włoszech, ze stolicą Florencją (425,8 tys. mieszkańców) – region o jednym z najważniejszych centrów turystyki na świecie.

    Toskania to zielona kraina winorośli, malowniczych dolin rzecznych, barwnych krajobrazów, niewielkich wiosek i pojedynczych osad porozrzucanych po urokliwych pagórkach, które tworzą sielskie krajobrazy i stanowią kwintesencję wiejskiej, zdrowej przyrody regionu.

    Toskania położona nad Morzem Tyrreńskim, cieszy się dużą popularnością m.in. przez doskonałą regionalną kuchnię i smakowite wina, szeroko rozwiniętą agroturystykę, no i oczywiście bogatą bazę noclegową. Przyciągają też turystów z całego świata, zabytki kultury i światowej sławy muzea. Łagodny klimat regionu pozwala na dość długi sezon turystyczny, który trwa od Wielkanocy do października.

    Region ten jest jednym z najważniejszych centrów turystyki na świecie. Kuchnia toskańska i wina cieszą się tutaj dużą popularnością, a szeroko rozwinięta agroturystyka dysponuje bogatą bazą noclegową. Zabytki kultury i światowej sławy muzea przyciągają turystów z całego świata. Łagodny klimat zezwala na dość długi sezon turystyczny, który trwa od Wielkanocy do października.

    Powrót z włoskich wakacji Andrzeja Dudy nastąpił wraz z szybkim powrotem prezydenta elekta do polskiej politycznej rzeczywistości. A wszystko to za sprawą właściciela toskańskiego kompleksu turystycznego, biznesmena Marka Kobiałki. Firma Infovide-Matrix, w której ma większościowy udział, wystąpiła w śledztwie w sprawie słynnej infoafery. Wykonuje też wiele zleceń dla instytucji rządowych, m.in. resortów finansów i spraw wewnętrznych.

    Czy to możliwe, aby biznesmen Marek Kobiałka chciał się przez wypoczynek w Willa Berti, zbliżyć do przyszłego prezydenta? "To totalne nieporozumienie" - komentuje Marcin Kędryna, bliski współpracownik prezydenta elekta.
    Źródło: polska.newsweek.pl i onet.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Villa Berti Montescudaio pool - Tuscany Forever - Villa Berti with Swimming Pool in Montescudaio, Tuscany. Foto: airbnb.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: ninetyeight, D........r +5 innych
  •  

    #stan #zdrowie #dieta #nadwaga Dieta niskoenergetyczna niesie radość życia

    Przeciętna dieta zawiera najmniej 120 gramów tłuszczu. Wprawdzie przestrzegamy niskiego spożycia masła, boczku, śmietany i innych, ale nie zdajemy sobie sprawy z obecności tłuszczów "ukrytych" w ciastach i wchłoniętych np. w procesie smażenia.

    Latem na wakacjach, łatwo złapać dodatkowe kilogramy, które potem bardzo trudno będzie zrzucić. To istotny problem, wszak Polaków z nadwagą i otyłością coraz więcej, a szacunki wskazują już teraz na ponad 30 proc. ogólnej populacji. Dlaczego ludzie tyją, czemu jest tak dużo wśród nas otyłych? Lekarze dają na te pytania odpowiedzi.

    - Tylko 5% ludzi otyłych zbędne kilogramy może wytłumaczyć chorobą. Dla pozostałych 95%, nadwaga jest efektem złej diety i nieprawidłowego stylu życia – tłumaczy lekarz med. Ewa Matyska-Piekarska, lekarz chorób wewnętrznych, konsultant dietetyki Europejskiego Centrum Leczenia Otyłości Dzieci i Dorosłych w Warszawie.

    Ewa Matyska-Piekarska radzi: Czas zmienić sposób odżywiania. Dieta, która dostarcza dziennie 1000 do 1500 kalorii, czyli niskoenergetyczna, z zawartością w odpowiednich proporcjach: białka, tłuszczu i węglowodanów, połączona z aktywnością fizyczną, to najlepszy sposób na pozbycie się zbędnych kilogramów.

    Stosując taką dietę, można zjeść dziennie: około pół kilograma warzyw, jeden - dwa owoce, kawałek mięsa lub ryby; jeżeli mięso smażone to w małej ilości tłuszczu, 2-3 porcje produktów mlecznych; 1 porcja to szklanka kefiru lub 100 g chudego białego sera, należy rezygnować z żółtych i pleśniowych serów, majonezu, słodkich jogurtów, można zjeść 3 porcje produktów zbożowych dla kobiet, 5 - dla mężczyzn (jedna porcja to kromka chleba pełnoziarnistego albo trzy łyżki kaszy, ryżu lub makaronu); należy zrezygnować z ciastek i chrupek oraz 2-3 łyżeczki tłuszczu.

    Stosując dietę niskoenergetyczną, zwłaszcza, gdy chcemy pozbyć się nadwagi i otyłości, trzeba dostarczać organizmowi dziennie 500-1000 kcal mniej, od dziennego zapotrzebowania energetycznego. Aby dieta była skuteczna i nie prowadziła do niedoboru składników odżywczych, musi zawierać w odpowiednich proporcjach: tłuszcze, białka, węglowodany, błonnik pokarmowy, witaminy i składniki mineralne.

    Zawartość powyższych składników wyliczana jest w odpowiednich (właściwych) programach komputerowych. Większość osób, które prowadzą odchudzanie, nie korzysta z porad fachowych, więc grozi im w codziennym menu zbyt dużo tłuszczów, szczególnie "ukrytych" i cukrów prostych. Skutkiem tego może być niedostateczna redukcja masy ciała lub szybki efekt tzw. jo-jo po zakończeniu diety albo szybki przyrost wagi w związku ze złym bilansem energetycznym w codziennej diecie.

    Dla orientacji wypada przypomnieć zawartość tłuszczu w różnych popularnych produktach spożywczych: 2-3 plastry szynki (50 g) to 12,8 g tłuszczu, pieczone udko z kurczaka ma 12g tłuszczu, 1 parówka – 20,6 g tłuszczu, ser żółty 1-2 plasterki (30 g) – 25,5 g tłuszczu, jajko – 5,8 g tłuszczu, baton – 9,1 g tłuszczu, orzechy 5-6 sztuk (o wadze 30 g) – zawierają 13,9 g tłuszczu.

    Warto pamiętać: przeciętna dieta zawiera 120 i więcej gramów tłuszczu. Wynika to z tego, że wprawdzie przestrzegamy obniżone spożycie masła, boczku, śmietany i innych źródeł tłuszczu "widocznego", jednak nie zdajemy sobie sprawy z obecności tłuszczów tzw. "ukrytych" – w ciastach i wypiekach oraz wchłoniętych w procesie smażenia lub zawartych w produktach, które wydają się pozornie odtłuszczone. Chodzi m.in. o ryby smażone, jajka, frytki, naleśniki, placki ziemniaczane, pączki, faworki, itp. A to są właśnie – jak Polska długa i szeroka - powszechne smakołyki na letnich wakacjach.
    Źródło: poradnikzdrowie.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Dieta Kliniki Mayo – kobieta pilnuje wagi. Foto: niam.pl.google.com. dieta niskoenergetyczna - owoce i warzywa. Na czym polega? Jak stosować? Foto: nuclearts.pl.google.com. Dieta niskoenergetyczna. Foto: m.magazyn-kuchnia.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    #stan #polityka #pis #wybory Szykują ważny urząd dla córki Wassermanna

    Jeszcze do jesiennych wyborów parlamentarnych trzy miesiące, a PiS już teraz robi przymiarki list wyborczych i kandydatów swojego rządu.

    Adwokat Małgorzata Wassermann, córka byłego ministra-członka Rady Ministrów w rządach PiS zmarłego w Smoleńsku, Zbigniewa Wassermanna, szykuje się do pracy w Sejmie, ale nie tylko. Faktycznie szykują jej… Sejm i bardzo ważny urząd.

    Podobno miejsce na listach wyborczych PiS do Sejmu, Małgorzata Wassermann ma tak pewne, jak w banku. Zdaniem dziennika "Fakt", córka byłego ministra i prokuratora tragicznie zmarłego Zbigniewa Wassermanna, może liczyć na znacznie poważniejsze stanowisko służbowe, niż poseł.

    – Jest wymieniana w gronie faworytów do teki ministra sprawiedliwości – opowiada "Faktowi" polityk PiS. A, co na to zainteresowana? – Chyba mnie pan przecenia, panie redaktorze – odpowiada Małgorzata Wassermann. I nagle uchyliła rąbka tajemnicy: "Słyszałam tylko, że o mojej potencjalnej kandydaturze na to stanowisko, mówił jakiś wysoko postawiony polityk PiS" – przyznała.

    Pytanie na czasie: co w przymiarkach PiS przemawia za kandydaturą M. Wassermann? Przede wszystkim jest kobietą, w dodatku mecenasem. Według informatorów tabloidu, ma jeszcze inną istotną zaletę: jej nazwisko jest jednoznacznie i pozytywnie kojarzone z przeciwnikami Zbigniewa Ziobry. Wprawdzie szef Solidarnej Polski nie jest brany pod uwagę, jako kandydat na ministra sprawiedliwości, to jego ostre wystąpienie na konwencji programowej PiS w Katowicach, wywołało histerię.

    Dlaczego? Ponieważ Ziobro chciał, wręcz żądał dla sędziów i prokuratorów, okresowych badań moczu i wariografu. – Jeżeli Wassermann zostanie ministrem sprawiedliwości, przekaz będzie jednoznaczny: Ziobro nie ma wstępu do resortu – twierdzi ukryty informator gazety.

    Ministerialna kariera pani Małgorzaty - adwokat z Krakowa - absolutnie nie jest jeszcze przesądzona. Czołowi politycy partii Jarosława Kaczyńskiego zdają sobie sprawę, że Małgorzata Wassermann ma wady, które mogą przekreślić polityczne plany, co do tak ważnego resortu Temidy: chodzi przede wszystkim o młody wiek i brak politycznego doświadczenia. I jest coś jeszcze niezbyt miłego: Małgorzata Wassermann kojarzy się ludziom głównie z katastrofą smoleńską. Właściwie tylko z nią.

    Adwokat Małgorzata Wassermann jest żywym przykładem na to, że dramat części rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej - zamiast maleć - z upływem czasu wzrasta. Pani mecenas zapewnia, że ufała zespołowi, który pracował przy identyfikacji zwłok i nikomu nie przypisywała złej woli. Był czas, że ujawniła drastyczne opisy sekcji zwłok. Nie kryła też krytyki: Polskie organy przerasta wyjaśnienie katastrofy.

    – Relacje się pogorszyły, gdy zaczęliśmy pytać o konkrety. Gdy po miesiącach zorientowałam się, że chaos i "dziadostwo" dotyczyło wszystkiego – usłyszał niedawno "Fakt" od Małgorzaty Wassermann.
    Źródło: telewizjarepublika.pl i fakt.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Małgorzata Wassermann: nie przestanę walczyć o prawdę smoleńską. Foto: wiadomosci.wp.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #biskup #invitro #chrzescijanie Biskup Marcin Hintz za in vitro

    Jak to możliwe, że po reformach soborowych, które otworzyły Kościół rzymski na świat współczesny i współpracę ekumeniczną z innymi chrześcijanami, polski katolicyzm ignoruje to, że są w Polsce chrześcijanie o innym zdaniu w sprawie gender czy in vitro?

    Po przyjęciu przez parlament ustawy o in vitro, biskupi zareagowali alergicznie, nerwowo, by nie powiedzieć, wściekle. Ruszyła fala ataków na posłów i senatorów i na państwo polskie. Znalazł się jednak wyjątek – biskup, który ma przeciwne zdanie. Chwali decyzję parlamentu. To biskup oczywiście nie rzymskokatolicki, a ewangelicki – Marcin Hintz. Ten teolog, etyk, profesor Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie, mówi w rozmowie z "Gazetą Wyborczą": "tak, przyjęta ustawa o in vitro to kompromis, a procedura jest godziwa".

    Biskup Hintz wolałby, aby dostępna była tylko dla małżeństw dotkniętych bezpłodnością i w całości finansowana przez państwo, ale Kościół luterański w Polsce, nie wyraża wobec niej sprzeciwu.

    Oto myślenie chrześcijan… i chrześcijan…, w dodatku polskich. Jaka ulga, że są jeszcze chrześcijanie w Polsce, którzy mają odwagę spojrzeć na in vitro inaczej niż nasi katolicy. Kościół rzymskokatolicki reaguje na demokratyczny wynik głosowania w parlamencie jak na zarazę – pisze publicysta Adam Szostkiewicz w "Polityce".

    To przykre, gdy słucha się naszych kaznodziejów, siejących złość i nienawiść do swoich przeciwników ideowych - posłów i senatorów, niczym w średniowieczu za zarazę, brud i parchy wobec Żydów.

    Trzeba przyznać – reakcja środowisk rzymskokatolickich, w tym polityków partii skrajnie prawicowych i podobnych mediów – stała się niemal awanturnicza.

    Adam Szostkiewicz widzi to ostrzej, wymowniej, barwniej: "Hejt lukrowany dewocyjną nowomową i pseudonaukowymi wywodami sączy się z ambon i łamów katolickich (i prawicowych) mediów. Kampania anty-in vitro jest tak intensywna, jak równoległa do niej kościelna kampania anty-dżenderowa. Głos polskiego katolicyzmu coraz powszechniej jest głosem dr. Terlikowskiego, ks. Oko i o. Rydzyka. Kto nie z nimi, ten łże-katolik."

    Kampania potrwa jeszcze jakiś czas. Musi trzymać temperaturę kampanii wyborczej. Potem zelżeje i zaniknie, gdy PiS chwyci władzę i zmieni ustawę. Przecież czymś będzie musiał "zapłacić katolickim biskupom i kaznodziejom" za polityczne poparcie. Zapłata zapewne zbyteczna, wszak – według biskupów – oni nie mają nic wspólnego z polityką. PiS uzasadni "przekreślenie ustawy in vitro" niezgodnością z polską konstytucją. Ma już teraz wpływowego, silnego rzecznika w tej sprawie, prof. Andrzeja Zolla.

    Aż trudno w to dziś uwierzyć, zważywszy na pamięć, iż prof. Andrzej Zoll był jakiś czas temu Rzecznikiem Praw Obywatelskich i powinien mocno wziąć pod uwagę, że sprawę in vitro można interpretować też w tych kategoriach – praw obywatelskich.

    Dziwi się publicysta tematyki społeczno-religijnej i katolickiej Adam Szostkiewicz: Jak to możliwe, że po 50 latach od reform soborowych, otwierających Kościół rzymski na problemy świata współczesnego i współpracę ekumeniczną z innymi chrześcijanami, polski katolicyzm ignoruje całkowicie fakt, że są w Polsce chrześcijanie mający inne zdanie w kwestii gender czy in vitro? Jak to możliwe, że można ignorować ich obecność w naszej wspólnej ojczyźnie i mówić rzeczy dla nich nie do przyjęcia, czyli obrażać ich uczucia religijne? Przecież słuchają, czytają i myślą! – pisze redaktor "Polityki".

    I odpowiada - "możliwe, bo idee soborowe, na czele z dialogiem ekumenicznym i międzyreligijnym, są w naszym katolicyzmie płytko zakorzenione, dekoracyjnie i bezrefleksyjnie". Jak zauważa publicysta – tylko nieliczna elita duchownych, intelektualistów i działaczy Kościoła rzymskokatolickiego - wzięła je sobie głęboko do serca. To źle, gdyż większość środowiska kościelnego, nie ma nie tylko ich w sercu, ale i naucza z ambon, w duchu wrogości wobec oponentów i przeciwników politycznych.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - biskup Marcin Hintz. Foto: luteranie.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #finanse #podatek #pit Zapowiedzi i nadzieje: 4 mln emerytów nie zapłaci podatku

    Kwota wolna od podatku jest priorytetem prezydenta elekta Andrzeja Dudy. W kilka dni po objęciu urzędu, złoży on w Sejmie, projekt ustawy na ten temat. Jednak temat budzi kontrowersje nawet w łonie PiS.

    Głośno było o kwocie wolnej od podatku w kampanii prezydenckiej i na początku startu w kampanii kandydatki PiS na premiera Beaty Szydło. To miał być ukłon w stronę blisko 2 milionów emerytów, którzy – według założeń "kalkulatorów" politycznych - powinni w wyborach jesiennych poprzeć partię Jarosława Kaczyńskiego.

    Sprawa bardzo poważna, bo dziś takich osób, które mają zbyt niski dochód, by go opodatkować, jest 1,8 mln. Po podwyżce kwoty wolnej od PIT do 8 tys. zł, będzie ich o ponad 2 mln więcej - takie wnioski płyną z danych Ministerstwa Finansów – pisze portal dziennik.pl.

    "Brać od nich podatki i dawać im zasiłki"

    Mimo wszystko, na pewnym aktywiście - pośle Henryku Kowalczyku z PiS - jednym z autorów planów podatkowych partii, w tym podwyższenia kwoty wolnej, tak radykalny wzrost liczby osób zwolnionych z podatku dochodowego, nie robi wrażenia, a przecież - dla porównania - wszystkich podatników PIT jest około 24,7 mln.

    – Proponujemy to z pełną świadomością. W tej grupie większość to będą ci, którzy mają najniższe emerytury. Dziś bardzo często ci ludzie korzystają z opieki społecznej. To bez sensu, żeby jedną ręką zbierać od nich podatki, a drugą dawać im zasiłki – argumentuje nieźle uposażony poseł.

    Henryk Kowalczyk przyznaje, że sprawa kwoty wolnej od podatku to priorytet prezydenta elekta Andrzeja Dudy. I w kilka dni po objęciu urzędu, co – zgodnie z konstytucją, nastąpi na początku sierpnia - złoży on w Sejmie, projekt ustawy w tej sprawie.

    Wątpliwości nawet wśród polityków PiS

    Plan ten budzi jednak pewne wątpliwości nawet wśród polityków PiS. Progresja podatkowa, czyli - im większe dochody, tym większe obciążenia – od tego nie wzrośnie. Poseł PiS Kowalczyk deklaruje, że partia jego jest otwarta na dyskusję w sprawie sposobu zwiększenia dochodu wolnego od opodatkowania. Ale póki co, odrzucono pomysł zróżnicowania kwoty wolnej, w zależności od wielkości dochodów – chodzi o obawy przed zarzutami o jej niekonstytucyjność.

    Mateusz Wąsik, doradca podatkowy z międzynarodowej firmy KPMG w Polsce, zwraca uwagę na to, że "degresywna kwota wolna – malejąca wraz ze wzrostem dochodów podatnika" – obowiązuje w kilku krajach Unii Europejskiej, m.in. w Hiszpanii, na Litwie i we Włoszech. I dobrze zdaje tam egzamin. Przypomina jednocześnie, że takie przymiarki w Polsce, do wprowadzenia degresywnej kwoty, robiono 12 lat temu.

    Z danych Ministerstwa Finansów sprzed dwóch lat wynika, że bezpośredni skutek zwiększenia kwoty wolnej do 8 tys. zł - co obiecuje teraz Prawo i Sprawiedliwość - oznacza podwojenie liczby osób z dochodem wolnym od podatku.

    Polska "emerytalna wolna" od podatku

    Bezpośredni skutek zwiększenia kwoty wolnej do 8 tys. zł - co obiecuje Prawo i Sprawiedliwość - to podwojenie liczby osób z dochodem wolnym od opodatkowania. Tak wynika z danych Ministerstwa Finansów za 2013 rok.

    Gdyby ta kwestia weszła w życie, byłaby bardziej skomplikowana sprawa odliczania składek na ubezpieczenie zdrowotne. W praktyce powstałaby sytuacja, że podatnik nie poniesie kosztu składki na ubezpieczenie zdrowotne i zachowa jednocześnie prawo do nieodpłatnej publicznej opieki zdrowotnej. Zasada taka, z pewnymi wyjątkami, dotyczyć będzie osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę – mówi przedstawicielka z firmy doradczej PwC.

    Gorzej na umowach śmieciowych

    Gorzej będą miały osoby zatrudnione na umowach śmieciowych - takie, które dostają wynagrodzenie na podstawie umowy-zlecenia, objętej podatkiem zryczałtowanym. - Tu możliwa jest sytuacja, kiedy podatnik będzie musiał sfinansować koszt składki na ubezpieczenie zdrowotne, z własnych środków – twierdzi reprezentantka PwC.

    Eksperci widzą te kwestie ostrzej. Twierdzą, że nawet radykalne podwyższenie kwoty wolnej, choć technicznie proste, jest bardzo kosztowne. W dodatku skorzystają z tego wszyscy podatnicy, także najwięcej zarabiający, a to nie jest głównym celem autorów pomysłu. Panaceum na taką ewentualność byłoby wprowadzenie degresywnej kwoty wolnej, malejącej wraz ze wzrostem dochodów podatnika. To właśnie podobne rozwiązania są w Hiszpanii, we Włoszech i na Litwie.

    Źródło: dziennik.pl i biznes.interia.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - kwota wolna od podatku w Europie.
    Foto: zycienazielono.com.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #przyroda #park #rowokol #wydma Wyjątkowe cuda natury Słowińskiego Parku

    Teren ten pokrywają jeziora, ruchome wydmy, bagna i torfowiska, porastają rzadkie bory i lasy, a w nich chronione porosty, grzyby i glony. Żyją też zwierzęta z czerwonej księgi, a na straży stoją: Rowokół i Latarnia morska Czołpino.

    Słowiński Park Narodowy – jeden z 23 parków narodowych w Polsce - leży w środkowej części Wybrzeża, w woj. pomorskim. Obejmuje Mierzeję Łebską, Nizinę Gardeńsko-Łebską, morenę czołową z najwyższą kulminacją 115 m n.p.m. na wzgórzu Rowokół oraz kilka jezior, w tym: Łebsko (7,1 tys. ha) i Gardno (2,5 tys. ha).

    Charakterystyczne elementy Słowińskiego Parku to przymorskie jeziora, bagna, łąki, torfowiska oraz nadmorskie bory i lasy, a przede wszystkim pas ruchomych wydm mierzei. Żywym symbolem Parku jest hałaśliwa duża mewa srebrzysta.

    Ruchome wydmy, porosty, grzyby i zwierzęta

    Ruchome wydmy w Słowińskim Parku zajmują 500 hektarów. To największy taki obszar w Europie. Osiągają one wysokość ponad 30 m n.p.m. i przenoszone z wiatrem wędrują z szybkością ok. 3-10 m w okresie roku. Latem przypominają Saharę, a zimą pustkowia Arktyki. Masy piasku tworzą niezapomniane widoki. Dodatkową atrakcją jest to, że można po nich chodzić.

    W Słowińskim Parku rosną chronione porosty, których odnotowano około 250 gatunków i grzyby: smardz, purchawica olbrzymia, szmaciak gałęzisty i sromotnik bezwstydny; przyrodnicy stwierdzili ponad 500 ich gatunków. Występuje tu też około 500 gatunków glonów, a kilkadziesiąt gatunków ma tutaj swoje jedyne stanowiska.

    Głównymi mieszkańcami Parku są zwierzęta – przede wszystkim ptaki. Żyje tu około 260 gatunków ptaków, z czego 170 wyprowadza lęgi (pozostałe 90 zimują lub pojawiają się na przelotach). W trakcie jesiennych i wiosennych przelotów – lecą tędy gatunki skrzydlatych z północy, a niektóre zimują; na przelotach widywany jest biegus rdzawy.

    Występują też: bataliony, mewy srebrzyste, kuliki wielkie, krwawodziób, ohar, bekas krzyk, gęś gęgawa zamieszkująca Eurazję i majestatyczne żurawie. Można też spotkać w lasach orła przedniego, rybołowa i sowy m.in. puchacza i włochatkę. Ze szponiastych występują m.in. także: orlik krzykliwy, błotniaki i kania ruda.

    Pozostałe zwierzęta: owady, płazy i gady

    Ponadto w Parku Słowińskim żyją również owady, w tym rzadkie motyle, chrząszcze i skoczogonki oraz płazy - ropuchy i żaby. Stwierdzono istnienie 490 gatunków owadów, w tym ściśle chronione chrząszcze Carabus (15 gatunków) oraz pływaka lapońskiego, kozioroga bukowca i tęcznika mniejszego; 5 gatunków ważek o ochronie ścisłej, trzmiele i motyle - po 3 gatunki. Występuje także 10 gatunków płazów i 5 gatunków gadów.

    Z grupy ssaków są umieszczone w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt gatunki takie, jak: rzęsorek mniejszy, mroczek posrebrzany, nietoperze (10 gatunków), m.in. borowiec wielki i mopek oraz morświn i foka szara. Spotykane są sporadycznie rzadkie w Europie gatunki: bóbr europejski, wydra, lis rudy, borsuk, zając szarak, sarna i jeleń europejski.

    Turystyczne i przyrodnicze oferty

    Warto wybrać się do Słowińskiego Paku Narodowego turystycznie. Trzeba koniecznie zobaczyć, m.in. wydmy ruchome z najwyższą wydmą Łączka, o wysokości 42 m n.p.m.; tempo przemieszczania się jej piasku od 3,5 do ok. 10 m/rok.

    Na terenie Parku jest także Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach, Latarnia morska Czołpino o wysokości 25 m i ścieżka przyrodnicza Latarnia. Jest też Święta góra Kaszubów – Rowokół o wysokości 115 m; to najwyższe wzniesienie na Pobrzeżu Słowińskim, z wieżą widokową i ścieżką przyrodniczą "Rowokół", Poligon niemiecki z czasów II wojny światowej na Mierzei Łebskiej w okolicach Rąbki.

    Łeba organizuje dla turystów i wczasowiczów programy pobytowe dla grup, w tym oferty, oprócz Parku Słowińskiego, takie atrakcje jak: loty widokowe, wydmy ruchome, Park Dinozaurów, rejsy statkami, wędkarstwo morskie, wycieczki do latarni morskiej, konie, quady, buggy, windsurfing, dyskoteki, ogniska, kuligi i inne.

    W 1977 roku Słowiński Park Narodowy został włączony przez UNESCO (w ramach programu "Człowiek i biosfera") do sieci Światowych Rezerwatów Biosfery. A w 1995 roku wpisano go na listę terenów chronionych o obszarach wodno-błotnych, o międzynarodowym znaczeniu przyrodniczym pod numerem 757.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Słowiński Park Narodowy z lotu ptaka, Łeba. Foto: odkryjpomorze.pl.google.com. Góra Rowokół. Foto: nadmorzem.com.google.com. Latarnia morska w Czołpinie. Foto: turystycznybaltyk.pl.google.com. Jezioro Łebsko. Foto: leba-kurort.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #pluton #sonda Sonda New Horizons dotrze dziś do Plutona

    Oddalając się od Plutona - sonda New Horizons - zrobi zdjęcia i pomiary. Wtedy wyśle krótki sygnał w stronę Ziemi z informacją: zakończyłam zaplanowane zadania.

    Człowiek, odkąd zszedł z drzewa i podjął życie koczownicze wśród wielkich traw i gąszczy kłujących krzewów, zaczął dumać nad tym, jakby to zacząć latać podobnie jak ptaki i dolecieć gdzieś hen, do gwiazd. Pierwszą próbę w tym kierunku w dziejach, podjęli ponoć niezłomni - Ikar i Dedal. Ale wredne słońce zbyt mocno ich przygrzało, więc zbladli i… spadli. Człowiek współczesny nie był aż taki kiep, wysłał na krańce naszego wszechświata, "mądrą" maszynę, która po dziewięciu latach, ze szczęścia uskrzydlona, doleciała 14 lipca we wtorek 2015, do Plutona.

    Sonda New Horizons osiągnie cel

    Dziś właśnie, we wtorek 14 lipca amerykańska sonda New Horizons, osiągnie cel swojej podróży - Plutona. Jeszcze nigdy ludzkość nie była tak blisko niezbadanej dotąd planety karłowatej. Szykujcie się na zapierające dech w piersiach zdjęcia. I zobaczcie na żywo, jak New Horizons zbliża się do Plutona – zaprasza ciekawskich portal wyborcza.pl.

    - Dzisiaj zobaczymy coś, czego jeszcze nigdy nie widziały ludzkie oczy. Plutona obserwowanego z odległości 12,5 tys. km. Czekaliśmy na tę chwilę od dziewięciu lat i już prawie jesteśmy na miejscu - pisze na Twitterze Alex Parker, jeden z członków zespołu NASA New Horizons. - To będzie naprawdę coś. Opadną wam szczęki! - dodaje szef zespołu prof. Alan Stern.

    NASA wysłała z Ziemi sondę New Horizons w 2006 r. i od tamtej pory pokonała ona miliardy kilometrów. Dziś osiągnie główny cel swojej podróży - dotąd niezbadany i otoczony aurą tajemniczości - Pluton. Kluczowy moment nastąpi o godz. 13.50 czasu polskiego. New Horizons przeleci wówczas w odległości 12 500 km od powierzchni tej karłowatej planety naszego Układu. Potem zbliży się do Charona - największego satelity Plutona, aby udać się w kierunku złożonego ze skalnych i lodowych asteroidów - Pasa Kuipera na krańcach Układu Słonecznego.

    Co nam pokaże sonda New Horizons?

    Podróż i praca sondy New Horizons, jest w pełni zautomatyzowana i zaplanowana przez uczonych, co do sekundy. Podczas przelotu obok planety, New Horizons będzie niema, nie "zechce się" komunikować z Ziemią. Przez krótką chwilę kosmiczną, trwającą zaledwie godzinę - oddalając się od Plutona - sonda zrobi zdjęcia i pomiary. Wtedy wyśle krótki sygnał w stronę Ziemi z informacją: zakończyłam zaplanowane zadania.

    Ziemia odbierze je dopiero po jakimś czasie. Sygnał wymaga 4 godz. i 25 minut lot, aby dotrzeć do anten odbiorczych. Nasłuchiwać będzie go 34-metrowa antena sieci Deep Space Network w Canberze w Australii. Będzie oczekiwany około godz. 19.40.

    Sonda, podczas zbliżenia do Plutona, wykona pomiary, m.in. zliczy obecne na powierzchni planety kratery wulkaniczne, poszuka gejzerów i ich wyrzutów w atmosferę. Dzięki New Horizons, w poniedziałek 13 lipca, uczeni dowiedzieli się, że Pluton jest większy, niż do tej pory sądzili i ma średnicę 2370 km. "Nie możemy się doczekać, czego dowiemy się we wtorek! - komentuje NASA.

    New Horizons wykona także zdjęcia i co kilkanaście godzin zacznie przesyłać je do bazy na Ziemię. Im bliżej będzie planety, tym więcej powinno być na nich szczegółów. Dziś wykona mnóstwo fotografii o wysokiej rozdzielczości, która umożliwi wypatrywanie szczegółów, o rozmiarach boiska piłkarskiego. Na zdjęcia uczeni będą musieli poczekać. Transmisja rozpocznie się we wtorek wieczorem i potrwa dziewięć godzin.

    Zobacz zdjęcia już zrobione przez sondę New Horizons - http://wyborcza.pl/1,75477,18354207,dzis-pluton-na-wyciagniecie-reki-jak-zobaczyc-zblizenie.html

    Jak zobaczyć zbliżenie sondy do Plutona?

    Oglądanie zbliżenia – informuje wyborcza.pl - za pośrednictwem kamery New Horizons, niestety nie będzie możliwe. Ale jest sposób, by zobaczyć, jak sonda zbliża się do Plutona. Taką możliwość dają "Oczy NASA". Aplikacja NASA's Eyes w czasie rzeczywistym, przedstawia lokalizację sondy, Plutona i jego satelitów na wiernej symulacji komputerowej. Śledzimy ją od rana, wygląda tak: Dzięki "Oczom" można było się dowiedzieć, że o godz. 9 rano New Horizons znajdowała się 283 tys. km od Plutona i pędziła w jego kierunku z prędkością 48 tys. km na godzinę.

    Pobierz NASA's Eses i oglądaj Plutona - http://wyborcza.pl/1,75477,18354207,dzis-pluton-na-wyciagniecie-reki-jak-zobaczyc-zblizenie.html

    Relację z historycznego zbliżenia do Plutona będzie można dziś zobaczyć w internetowym kanale "Z głową w gwiazdach LIVE" na Youtube. Astronom Karol Wójcicki z Centrum Nauki Kopernik i jego goście, będą obserwować pracę sondy i analizować dotychczasowe dane. Relacja rozpocznie się o godz. 17:00 i potrwa do czasu odebrania sygnału od sondy.

    "Tata byłby bardzo przejęty"

    Na pokładzie New Horizons lecą prochy amerykańskiego astronoma Clyde'a Tombaugha, który odkrył Plutona 85 lat temu. NASA wysłała je w kosmos w aluminiowej kapsule, aby uhonorować Clyde'a Tombaugha i jego odkrycie.

    - Myślę, że tata byłby bardzo przejęty misją New Horizons. Zresztą, kto by nie był? Kiedy patrzył na Plutona przez teleskop, był on zaledwie jasną plamką - powiedziała córka astronoma Annette Tombaugh-Sitze.

    Na pokładzie sondy znajduje się także amerykański znaczek pocztowy o nominale 29 centów z 1991 roku, z wizerunkiem planety i napisem "Pluton jeszcze niezbadany". Do tego dołączono dwie flagi USA i dwie płyty CD ze zdjęciami naukowców, którzy odpowiadają za misję sondy oraz nazwiska 400 tys. ludzi, którzy zgłosili do NASA, chęć wysłania swoich personaliów w kosmos.

    Pluton jest najbardziej odległą od Słońca tzw. planetą karłowatą. Jego masa to zaledwie szósta część masy ziemskiego Księżyca. Do 2006 r. miał status dziewiątej planety Układu Słonecznego. Status utracił, gdy ustalono ponad wszelką wątpliwość, że jest jednym z kilku najbardziej masywnych ciał Pasa Kuipera; jest jego najjaśniejszym obiektem. Pluton, aby okrążyć Słońce, potrzebuje 248 ziemskich lat. Dociera do niego znikoma, w porównaniu z Ziemią, ilość światła słonecznego.
    Źródło: wyborcza.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - sonda New Horizons zbliża się do Plutona. Foto: kosmonauta.net.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #prawo #etpc #skarga #polska Według ETPC Polska ma problem przewlekłych postępowań

    W Polsce występują w wyniku złej praktyki, zarówno przewlekłe postępowania sądowe, jak i przyznawanie zbyt małych sum pieniężnych, z tytułu przewlekłości postępowania – mówi prawniczka HFPC.

    Polski wymiar sprawiedliwości cierpi na chorobę przewlekłych spraw w postępowaniach i orzecznictwie. Zauważył to, choć inaczej nazwał, ETPC w Strasburgu. Uznał właśnie i orzekł ostatnio Europejski Trybunał Praw Człowieka: Przewlekłość postępowania to w Polsce problem systemowy. W Trybunale w Strasburgu czeka blisko 600 skarg z Polski na przewlekłość postępowań prokuratorskich i sądowych.

    Helsińska Fundacja Praw Człowieka (HFPC) podała, kilka dni temu, iż w wyroku pilotażowym w sprawie połączonych trzech spraw przeciw Polsce, ETPC uznał, że przewlekłość postępowania i sprzeczne ze standardami europejskiej konwencji praw człowieka funkcjonowanie skargi, na przewlekłość postępowania, to problem systemowy.

    W opinii HFPC sprawy, w których zapadł wyrok w Strasburgu, to jedynie wierzchołek góry lodowej. W Trybunale czeka na rozpoznanie blisko 600 podobnych spraw z naszego kraju.

    ETPC rozpoznawał trzy sprawy, w których postępowania trwały - odpowiednio - 8, 11 i 14 lat. Dwóm osobom skarżącym, polskie sądy nie przyznały żadnej kompensacji za przewlekłe postępowanie, a trzeciemu zasądziły 2 tys. złotych. Trybunał strasburski stwierdził, że we wszystkich tych sprawach, Polska naruszyła prawa do rozpatrzenia sprawy w rozsądnym terminie i prawa do skutecznego środka odwoławczego.

    Trybunał przyznał skarżącym należność od Polski - od 8,8 do 10 tys. euro –zadośćuczynienia, wraz ze zwrotem kosztów, od 180 do 750 euro.

    "Trybunał uznał, że naruszenia powstały na gruncie praktyki ukształtowanej w Polsce, która jest sprzeczna ze standardami wypracowanymi przez ETPC" - mówi Irmina Pacho, prawniczka HFPC. "W wyniku tej praktyki mamy do czynienia zarówno z przewlekłością postępowań sądowych, jak i przyznawaniem za małych sum pieniężnych, z tytułu przewlekłości postępowania" – dodała prawniczka.

    Jak podkreśla Helsińska Fundacja Praw Człowieka, nierozwiązanym problemem pozostaje jednak to, w jaki sposób oceniać przewlekłość postępowania. Sądy biorą pod uwagę albo całe postępowanie, albo poszczególne jego etapy. Ostatecznie Sąd Najwyższy rozstrzygnął, że przy badaniu przewlekłości, ocenie sądowej podlega całe postępowanie. "Jednym z głównych skutków fragmentarycznego badania, przez polskie sądy toku postępowania, było zasądzanie za małych kwot pieniężnych" - wyjaśniła Irmina Pacho.

    Europejski Trybunał Praw Człowieka, w swoim wyroku podkreślił, że zbyt niskie sumy pieniężne zadośćuczynienia, stanowią o systemowym problemie, który nie może być wyeliminowany jedynie uchwałą Sądu Najwyższego. "Polska ma dwa lata, by zakończyć wszystkie te sprawy poprzez zapewnienie odpowiedniej kompensacji naruszenia praw skarżących" - dodała pani Irmina Pacho.
    Źródło: wiadomosci.onet.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu - siedziba. Foto: wyborcza.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #zdrowie #zycie #smierc Gdy w chłodni grabarz otworzył worek ona "ożyła"

    Trzeba bezwzględnie odczekać 3-4 godziny, zanim przewiezie się pacjenta do kostnicy, w tym czasie powinny pojawić się oznaki śmierci. Decyzja o uznaniu tej osoby za zmarłą była przedwczesna – mówi profesor.

    Powróciła z tamtego świata do żywych. Lekarka miała podobno wszelkie podstawy, aby sądzić i uznać, że 91-letnia Janina Kołkiewicz spod Lublina, nie żyje. Przeleżała ileś godzin w chłodni, aż grabarz w pewnym momencie rozsunął foliowy worek i kobieta zamrugała oczami. On zdębiał, ona ożyła. I wkrótce była już w domu.

    Brak tętna, źrenice stoją, ręka sztywna

    Ostrów Lubelski (ok. 40 km od Lublina), czwartek 6 listopada 2014 roku, około szóstej rano. Tadeusz Kołkiewicz idzie do pokoju swojej ciotki 91-letniej Janiny Kołkiewicz. W pokoju podejrzanie cicho. Ciocia nie reaguje. Tadeusz woła żonę. Oboje dochodzą do wniosku, że "babcia" - jak ją czasem nazywano - nie zasłabła, co się jej zdarzało, tylko nie żyje. Była schorowana, cierpiała na miażdżycę.

    Przyjeżdża wezwana do "babci" doświadczona lekarka (28 lat stażu) Wiesława C. Bada staruszkę, dotyka jej przedramienia i szyi. Stwierdza brak tętna i źrenice nie reagują. Pod stetoskopem też nic nie słychać (stetoskop – przyrząd do osłuchiwania pacjenta). Ręka już sztywnieje, zupełnie jak po śmierci.

    Tadeusz wraz z lekarką idzie do ośrodka zdrowia. Pani doktor wypisuje kartę zgonu. Przyczyna: "zespół sercowo-płucny". Tadeusz z żoną przystępują do przygotowania pogrzebu, zamawiają u proboszcza mszę, rozwieszono nekrologi. Grabarze o godz. 9 zabierają ciało i przewożą je do chłodni w Lubartowie. Staruszka pozostaje w worku zamkniętym zamkiem błyskawicznym w pomieszczeniu, w którym jest pięć stopni Celsjusza. Przeszywający chłód – pisze portal gazeta.pl.

    Obłożyć pierzyną i dać ciepłą herbatę

    Tego dnia około godz. 22.30 grabarze przywożą do chłodni kolejne zwłoki. Jeden z nich chce "dochłodzić" ciało 91-latki. Otwiera worek i wtedy zmarła Janina Kołkiewicz... zaczyna mrugać oczami. Zszokowany woła kolegę. Zmarła porusza wtedy też ręką. Wezwana lekarka przyjeżdża natychmiast i bada powstałą ze martwych. Diagnoza: Janina Kołkiewicz żyje. Niepotrzebne pogotowie, trzeba ją tylko odwieźć do domu, obłożyć pierzyną i napoić ciepłą herbatą. Tak też się dzieje.

    Tadeusz z żoną są w szoku, gdy grabarze wnoszą "babcię". Lekarka czuwa przy niej do drugiej w nocy. Wraca również rano i jeszcze potem wielokrotnie, by spytać 91-latkę o stan zdrowia. Następnego dnia rumiana Janina Kołkiewicz zjada śniadanie, korzysta z toalety, ma dzień, jak co dzień. - Pamiętasz, gdzie byłaś - pytają bliscy. - Nigdzie nie byłam – odpowiada "babcia".

    Zbyt stara i za chora na resuscytację?

    Prokuratura podejmuje śledztwo. Powrót do świata żywych relacjonują media ogólnopolskie i światowe (CNN). Śledczy sprawdzają czy lekarka Wiesława C. zrobiła wszystko, co powinna, gdy stwierdziła zgon Janiny Kołkiewicz. Kluczowa była odpowiedź na pytanie, czy pani doktor nie powinna podjąć resuscytacji 91-latki (przywrócenie funkcji układu krążenia i oddychania) i dopiero, gdyby akcja okazała się bezskuteczna, orzec śmierć kobiety.

    Ekspertyzę przygotowali biegli z Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Śląskiego. Uznali, że postępowanie Wiesławy C. było prawidłowe. Znała wiek, historię chorób "zmarłej", zbadała ją najlepiej, jak umiała. Mogła podejrzewać, że w mózgu Janiny Kołkiewicz zaszło nieodwracalne niedokrwienie.

    Wniosek biegłych: pani doktor mogła przeprowadzić resuscytację, "odzyskałaby" pacjentkę żywą, ale w stanie wegetatywnym. - Biegli stwierdzili, że lekarka Wiesława C. dochowała wszelkich procedur skutkujących stwierdzeniem i wydaniem karty zgonu, w jej zachowaniu nie można dopatrywać się zawinienia - informuje rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Właśnie teraz prokuratura w Lubartowie śledztwo umorzyła. Wcześniej sąd unieważnił akt zgonu Janiny Kołkiewicz.

    Odczekać 3-4 godziny i wtedy do kostnicy

    Prof. Konrad Rejdak, szef Kliniki Neurologii PSK nr 4 i wojewódzki konsultant ds. neurologii, tłumaczył w rozmowie z "Wyborczą", że podobne przypadki zdarzają się bardzo rzadko. - Musiało dojść do znacznego spadku ciśnienia krwi i zmniejszenia perfuzji [przepływu krwi - red.] mózgu. W połączeniu z niską temperaturą, w jakiej być może przebywała kobieta, potrzeby energetyczne mózgu były na minimalnym poziomie.

    Kombinacja warunków otoczenia ze znikomym przepływem krwi i zachowaną na poziomie minimum akcją oddechową spowodowały, że mózg nie uległ nieodwracalnym uszkodzeniom. W warunkach domowych być może trudno było ustalić, czy całkowicie ustała praca serca. Zazwyczaj w takich przypadkach trzeba podłączyć pacjenta do aparatu EKG i obserwować.

    Profesor Rejdak wyjaśniał, że trzeba koniecznie odczekać 3-4 godziny, zanim przewiezie się pacjenta do kostnicy, bo w tym czasie pojawiają się oznaki śmierci, np. plamy opadowe: w tym wypadku jednak, decyzja o uznaniu tej osoby za zmarłą była przedwczesna. Zwłaszcza, że nie było pewnych oznak śmierci. Ostatecznym kryterium uznania danej osoby za zmarłą jest śmierć mózgu. Taka sytuacja tu na pewno nie miała miejsca. Najważniejsze, że zmarła faktycznie powróciła do świata żywych.
    Źródło: gazeta.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - udawał martwego, bo bał się więzienia. "To pierwsze zmartwychwstanie na Podkarpaciu". Foto: tvn24.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #przyroda #wulkan Erupcje wulkaniczne mają wpływ na klimat

    Rozwiązano zagadkę bodaj największego zaburzenia klimatycznego w ostatnich tysiącleciach. W 536 roku nad Morzem Śródziemnym wyrosła tajemnicza chmura pyłu i wisiała…18 miesięcy. Był to efekt olbrzymiej erupcji wulkanicznej na półkuli północnej.

    Przez wiele lat panowała w nauce teoria o przemożnym wpływie zjawisk przyrody na życie człowieka i klimat na Ziemi. Ten trudny i skomplikowany w dowodzeniu problem zdaje się być obecnie rozwikłany. Jak się okazuje, erupcje wulkanów mają silny wpływ na zmienność klimatu. Zakres i wielkość oceny tego wpływu jest jednak bardzo trudna, gdyż brakuje zarówno odpowiedniej ilości danych z rdzeni lodowych, które pozwalają na ocenę erupcji, jak i danych z pierścieni drzew, niezbędnych w ocenie temperatury.

    Po wybuchach wulkanów były chłodne lata

    W naukowym tygodniku "Nature", opublikowano ostatnio wyniki prac naukowców z wielu instytucji międzynarodowych, którzy pracowali z kolegami z Desert Research Institute (campus badawczy Nevada Systemu Szkolnictwa Wyższego). Uczeni ocenili wpływ blisko 300 erupcji wulkanów, które wystąpiły w okresie od powstania Republiki Rzymskiej do dnia dzisiejszego.

    W oparciu o nowe dane wykazano, że wielkie erupcje w obszarach tropikalnych i na dużych szerokościach geograficznych, były główną przyczyną zmian klimatycznych w okresie ostatnich 2500 lat. Były one odpowiedzialne za liczne bardzo zimne lata - mówi autor badań, doktor Michael Sigl. Obniżenie temperatury latem powodowały wielkie ilości związków siarki, wydostające się z gardzieli wulkanów i odbijały promienie słoneczne - argumentuje amerykański uczony.

    Naukowcy wykazali ponadto, że 15 z 16 najchłodniejszych okresów letnich, jakie wystąpiły na przestrzeni lat 500 p.n.e. do 1000 n.e., miało miejsce po wybuchach wulkanów. Cztery z nich nastąpiły krótko po największych erupcjach linearnych (wzdłuż szczeliny) i centralnych (w jednym punkcie Ziemi) wulkanów w historii.

    Datowanie dla naszej ery było niedokładne

    W pracach badawczych i obliczeniowych brali udział naukowcy: z USA, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Niemiec, Danii i Szwecji. Byli to specjaliści geolodzy i zajmujący się Słońcem, klimatem, przestrzenią kosmiczną, a także historycy.

    Poddano dokładnej analizie ponad 20 rdzeni lodowych z Grenlandii i Antarktyki oraz pierścienie starych drzew. Dla potrzeb tego datowania opracowano nowe algorytmy statystyczne. W podjętym datowaniu wykorzystano także znane z zapisków historycznych wydarzenia kosmiczne, które pozostawiły ślady w rdzeniach.

    To wszystko wzięte razem pozwoliło na dokładne datowanie. Przy okazji uczeni dowiedzieli się, że dotychczasowe datowanie z rdzeni lodowych, dla naszej ery, było niedokładne o 5-10 lat. Historycy, biorący udział w badaniach, przetłumaczyli i zinterpretowali dokumenty źródłowe ze starożytnych Chin, Babilonu i Europy, z których materiały najwcześniejsze były datowane na rok 254 przed Chrystusem.

    Wtedy panowały obniżone temperatury latem

    Badania wykazały również, że do największych wahań klimatu dochodziło wtedy, jak łatwo się domyślić, kiedy na świecie wystąpiły po sobie - dwie lub więcej - dużych erupcji wulkanów.

    Przy okazji, w trakcie badań uczonym udało się rozwiązać zagadkę, jednego z największych i być może najistotniejszych zaburzeń klimatycznych, w ostatnich tysiącleciach. W marcu 536 roku, nad Morzem Śródziemnym pojawiła się na niebie tajemnicza chmura pyłu i "wisiała" w powietrzu 18 miesięcy. Teraz już wiemy, że był to efekt olbrzymiej erupcji wulkanicznej na półkuli północnej.

    Doszło wtedy do obniżenia się temperatur, a sytuację pogorszyła jeszcze kolejna potężna erupcja, która miała miejsce 4 lata później, gdzieś w tropikach. Na całej półkuli północnej doszło do wielkiego obniżenia temperatur w miesiącach letnich.

    Ta niezwykła sytuacja ciągnęła się aż 15 lat. Zjawisko to powodowało spadek plonów rolnych i wywołało głód. Nie jest wykluczone, że to zaburzenie klimatyczne było też przyczyną wybuchu dżumy Justyniana, która zdziesiątkowała ludność Europy.
    Źródło: kopalniawiedzy.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Erupcja wulkanu Etna, Włochy 30.07.2011. Foto: paranormalne.pl.google.com.
    pokaż całość

    źródło: erupcja etny.jpg

  •  

    #stan #wybory #emerytura #polityka #pis Emerytura. Gwóźdź programu wyborczego PiS

    Całe życie pracowali, a z chwilą przejścia na emeryturę nagle nie wiedzą, co ze sobą począć – dziwi się Eschenbach. To w Austrii. A w Polsce dochodzi do tego pytanie: jak żyć i za co? Odpowiedź dają przed wyborami politycy.

    W kampanii prezydenckiej głośno było aż huczało, wszędzie gdzie chciało, o pilnym i natychmiastowym wprowadzeniu emerytury po staremu, gdy zwycięży Andrzej Duda. A po jego zwycięstwie, hasło to przejęła w całej krasie, kandydatka na premiera PiS Beata Szydło. Szerzej starała się temat rozjaśnić na konwencji partyjnej w Katowicach, choć ciemności pozostały, wszak sprawa rozbija się o pieniądze, które przypadną w udziale przyszłym emerytom, kiedy to już PiS zostanie odcięte od władzy.

    Warianty przechodzenia na emeryturę

    Spece od szalbierskich prognoz emerytalnych, próbują uzasadniać możliwości wprowadzenia stażu zawodowego, jako istotnego kryterium wcześniejszego przejścia na emeryturę, ale to będzie oznaczało znaczące zmniejszenie comiesięcznych wypłat dla osób, które będą chciały skorzystać z takiej możliwości.

    Przejście na emeryturę w młodszym wieku w prosty i oczywisty sposób oznacza niższą emeryturę. Nieco mniejsze znaczenie dla wysokości świadczenia z kasy ZUS ma liczba przepracowanych lat. Aby pokazać bliżej, jak działa ten mechanizm, media wykonały symulację dla przyszłych emerytów/emerytek, którzy osiągną 40 lat stażu składkowego. To tyle, ile proponują związki zawodowe i PSL w swoim projekcie ustawy dającej możliwość przejścia wcześniejszego na emeryturę.

    W pierwszym wariancie założono, że osoba ta zaczęła pracować w wieku 20 lat i przeszła na emeryturę po 40 latach pracy, mając 60 lat życia – to wariant 1. W drugim, że osoba poszła do pracy 5,5 roku później i przechodzi na emeryturę w wieku 65,5 roku, czyli po przekroczeniu obecnej granicy wieku emerytalnego – to wariant 2. W trzecim wariancie pokazano osobę ubezpieczoną, która zaczęła pracę w wieku 20 lat i pracowała do ukończenia 65,5 roku - wariant 3.

    Jaka stopa zastąpienia?

    Z wyliczeń wyszło, że ubezpieczony, który przepracował 40 lat i będzie miał pełne składki odprowadzone do ZUS za ten okres (a to zdarza się rzadko), jeśli przejdzie na emeryturę w wieku 60 lat, będzie miał ją o ponad jedną piątą niższą, niż gdyby poszedł po przekroczeniu wieku emerytalnego (65,5), i to przy takim samym stażu pracy.

    Jego stopa zastąpienia, czyli relacja emerytury do ostatniej pensji, wyniesie 36 proc. Podczas, gdy u osoby, która zakończy pracę w obecnym wieku emerytalnym i pracowała również 40 lat, ta relacja będzie znacznie lepsza - wyniesie 44 proc. A co z trzecim przypadkiem? Gdyby nasz przeciętny Kowalski pracował od 20 roku życia i miał 45,5 roku stażu, to jego stopa zastąpienia będzie najwyższa i wyniesie już 49 procent – pisze portal gospodarka.dziennik.pl.

    Ile na rękę przez wiek emerytalny?

    Aby pokazać dokładniej te różnice, dziennikarze liczący przyszłe emerytury, odnieśli wyliczenia do obecnej średniej krajowej pensji, czyli 4 tys. zł. W takim przypadku osoba idąca na emeryturę w wieku 60 lat, dostanie 1500 zł, jego konkurent z pracą również 40 lat, ale pobierający świadczenie dopiero po przekroczeniu 65,5 roku życia, otrzyma 1760 zł. To oznacza, że w okresie roku jego świadczenie będzie wyższe w sumie o 3120 zł.

    W najlepszej sytuacji będzie oczywiście teoretyczny bohater trzeciego wariantu. Taki ktoś, kto zaczął pracę w wieku 20 lat i przepracuje do 65,5 roku życia otrzyma emeryturę w wysokości 1960 zł miesięcznie. W przeciągu roku jego emerytura będzie wyższa w sumie o 5520 zł, niż gdyby zakończył pracę w wieku 60 lat.

    Podstawy świadczeń emerytalnych

    Wysokość świadczenia emerytalnego zależy od kształtu obecnego systemu zdefiniowanej składki, w którym to systemie wysokość emerytury zależy zarówno od tego ile odłożymy, czyli jak długo pracowaliśmy, a także od tego, jak długo będziemy żyli na emeryturze. Składka emerytalna to 19,52 proc. naszego wynagrodzenia. Co oznacza w praktyce, że osoba, która pracuje 40 lat, odłoży na koncie emerytalnym blisko 94 swoje pensje.

    Natomiast ktoś, kto przepracował 45,5 roku, odłożył 106 pensji. Aby wyliczyć stopę zastąpienia, należy podzielić zgromadzony kapitał przez średnie dalsze trwanie życia podawane przez GUS. Dla takiej osoby, która idzie na emeryturę w wieku 60 lat, wyniesie ono przeszło 21 lat, czyli ściślej 261 miesięcy, stąd po podzieleniu wychodzi stopa zastąpienia 36 procent.

    Z kolei osoba, która przejdzie na emeryturę w wieku 65,5 roku, będzie żyła według GUS, 213 miesięcy, czyli ponad 17 lat, stąd mianownik jest mniejszy, a ostateczny wynik większy. Dlatego dużo wyższe stopy zastąpienia są u osób, które przechodzą później na emeryturę.

    Zobacz i przeczytaj - Więcej odłożysz, mniej dostaniesz? Szczegóły rewolucji emerytalnej PiS - http://gspodarka.dziennik.pl/emerytury-i-ofe/artykuly/492437,wiecej-odlozysz-mniej-dostaniesz-reforma-emerytalna-pis.html
    Źródło: gospodarka.dziennik.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - polscy emeryci klepią biedę. Foto: fakt.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #zdrowie #plecy #bol Poznano główne przyczyny bólu pleców

    Praca uodparnia na ból - twierdził Cyceron. Owidiusz był zdania, że ból można rozpraszać i uśmierzać przez łzy. Zdziwienie wyrażał Lichtenberg, gdy "człowiek bardzo się uskarża przy każdym bólu, a tak rzadko się cieszy, gdy go nie ma".

    Dużo osób cierpi na bóle pleców. Tłumaczą to różnie. Zwykle jednak unikają lekarza. To źle. Nie zawsze lekarz jest w stanie ustalić prawdziwej przyczyny. Problemem zajęli się dogłębnie amerykańscy naukowcy. W badaniach ustalili, że osoby z bólem pleców w dolnym ich odcinku, które palą, piją, są w depresji lub mają otyłość, mogą złagodzić tę przykrą dolegliwość, poprzez pewne zmiany w stylu życia.

    Ból w dole pleców

    Zdaniem specjalistów, jeżeli doświadcza się bólu w dole pleców, który nie daje się uzasadnić problemami z kręgosłupem, a jest bardziej związany z mięśniami - takie czynniki jak: otyłość, nadużywanie alkoholu, palenie papierosów i depresja mogą mieć wpływ na tę dolegliwość - mówią ortopedzi z Summa Health System w Akron, w amerykańskim stanie Ohio.

    Otyłość, spośród wymienionych czynników, jest w sposób najbardziej oczywisty związana z bólem pleców. Otyłość, a z nią nadwaga, powoduje zwiększony nacisk na wszystkie stawy i plecy. Gdy chodzi o palenie papierosów, może zmniejszyć przepływ krwi, co nierzadko przyczynia się do rozwoju bólu.

    Otyłość, depresja, alkohol i palacze!

    A co do depresji czy nadużywania alkoholu, to być może wpływają one na pojawienie się bólu pleców, bądź też ból przyczynia się do ich powstawania. Często bywa również tak, że osoby z problemem z alkoholowym i będące w depresji, stają się nieaktywne fizycznie, a brak ruchu zwykle przekłada się na bolesność pleców.

    Zmiany w wymienionych obszarach, czyli leczenie stanów depresyjnych lub unikanie alkoholu, mogą poprawić ogólny stan zdrowia i zmniejszyć dolegliwości pleców – twierdzą specjaliści.

    W ramach badań, podjęto analizę danych dotyczących 26 milionów ludzi, z których 1,2 mln miało bóle, w dole pleców. Były one częste u palaczy (16,5 procent), osób pijących alkohol (blisko 15 procent), ludzi otyłych (niemal 17 procent) i u cierpiących na depresję (nieco ponad 19 procent). W przypadku osób bez przytoczonych powyżej czynników, problem dolegliwości bólowych pleców, był znacznie mniejszy, mówią autorzy analiz.

    Bóle kręgosłupa i pleców

    Bóle pleców związane z kręgosłupem to dolegliwość niemal 80 proc. ludzi. Czasem wynikają one z niezależnym od nas schorzeń kręgosłupa, ale często też sami fundujemy je sobie na własne życzenie. Bo rozpędzeni w zajęciach codziennego życia, zapominamy, że kręgosłup musi nam służyć przez wiele lat, aż po grób. A bezmyślne obżeranie się i siedzenie godzinami przez telewizorem czy komputerem, prowadzi do otyłości, bólów pleców, cukrzycy i zawału lub udaru.

    Natura najwyraźniej nie była w stanie przewidzieć, co człowiek będzie wyprawiał ze swoim ciałem. Odziedziczyliśmy po praprzodkach budowę ciała, która umożliwia znoszenie różnych obciążeń, ale nie powodowanych przez kilkanaście czy kilkadziesiąt kilogramów nadwagi lub codziennym dźwiganiem ciężkich toreb, przesiadywaniem w tej samej pozycji godzinami przy komputerze lub za kierownicą samochodu.

    Niestety, nadmierny wysiłek związany z dźwiganiem i brak ruchu, szkodzą kręgosłupowi. Postarajmy się zrozumieć to i zmieńmy tryb życia – włączmy do zajęć obowiązek różnych form ruchu, ćwiczeń fizycznych, jazdy na rowerze, masaże, wcieranie żeli i maści, itp.
    Źródło: choroby.senior.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - ból pleców doskwiera młodym i starym. Foto: wylecz.to.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #polityka #wybory Beata Szydło w Szydłowcu. "Nie mówię, że Polska jest w ruinie"

    Szukamy pieniędzy na nasze programy – mówiła w Szydłowcu wiceprezes PiS Szydło i uważa, że jej partia znalazła sposób, aby pomóc małym firmom i miastom oraz gorzej zarabiającym Polakom. – Mamy projekt opodatkowania supermarketów - powiedziała.

    W niesamowitym i bezprzykładnym ściganiu się po kraju dwóch konkurentek do władzy rządowej w Polsce – rządzącej Ewy Kopacz i pragnącej Beaty Szydło. Ta druga trafiła w sobotę 11 lipca do Szydłowca, miasta na Mazowszu koło Radomia, z którym po studiach medycznych związana była pani premier Ewa Kopacz, gdzie do 2001 roku kierowała zakładem opieki zdrowotnej.

    Beata Szydło przyjechała, jak mówiła, do "matecznika Ewy Kopacz", zanim ta zajęła się wielką polityką. Bo Szydłowiec to przykład średniego miasta pomijanego przez rządzących.

    "Jestem w mateczniku premier Kopacz"

    Wiceprezes PiS i kandydatka na premiera Beata Szydło, zaczęła spotkanie z mieszkańcami Szydłowca od obiecywania ludziom wprowadzenia podatku od sklepów wielkopowierzchniowych i silniejszego wsparcia dla małego biznesu.

    W powiecie szydłowieckim panuje najwyższe w Polsce, bo aż ponad 30-procentowe bezrobocie. - Jestem w mateczniku premier Ewy Kopacz, ale Szydło w Szydłowcu też brzmi nieźle - rozpoczęła z przekąsem zdanie i spotkanie z mieszkańcami wiceszefowa PiS. Oznajmiła, że objeżdżając kraj, celowo trafia do miejscowości, które nie rozwijają się tak dynamicznie jak metropolie, a ich mieszkańcy nie wyjeżdżają na wakacyjny wypoczynek, bo nie mają na to pieniędzy.

    – Tutaj w Szydłowcu jest wysokie bezrobocie i utrzymuje się na wysokim poziomie od dłuższego czasu, trzeba sobie postawić pytanie, co zrobić, aby je zmniejszyć. Mówimy, że ważny jest rozwój Warszawy, Katowic, Poznania, Szczecina. Szczycimy się tym, że duże aglomeracje są szybko rozwijającymi się ośrodkami, ale i małe ośrodki i ludzie, którzy tu mieszkają, muszą mieć swoją szansę. Trzeba wykorzystać wszędzie potencjał i energię Polaków. Trzeba dać szansę polskim przedsiębiorcom – postulowała dobrotliwie Szydło.

    Wprowadzić zasady skutecznej konkurencji

    Przypomniała, że największym problemem Polaków jest dziś brak pracy, ale też często - jeśli się ją ma - zbyt niskie wynagrodzenie. Według wiceprezes PiS Szydło, dzisiejszy rząd tych problemów nie dostrzega. Z tego względu trzeba zrobić wszystko, aby to zmienić i w pełni wykorzystać potencjał małych, rodzinnych firm.

    Według Beaty Szydło, koniecznie należy wprowadzić zasady, które pozwolą polskim producentom i handlowcom, skutecznie konkurować z zagranicznymi gigantami. Jeden z proponowanych dziś przez PiS sposobów na to jest obłożenie podatkami sklepów wielkopowierzchniowych.

    Szukamy pieniędzy na programy

    Wiceprezes PiS uważa, że jej partia znalazła sposób, aby pomóc takim małym firmom i miastom oraz gorzej zarabiającym Polakom. – Mamy projekt opodatkowania sklepów wielkopowierzchnionych. Trzeba dać szansę równego konkurowania małym firmom rodzinnym. Po to żeby polscy kupcy, polskie firmy handlowe, także tutaj w Szydłowcu, mogły się rozwijać, mogły spokojnie myśleć o przyszłości – mówiła wiceszefowa PiS, dolewając ducha nadziei słuchaczom.

    Beata Szydło podkreślała, że program gospodarczy jej partii, zakłada nałożenie podatków nie tylko na zagraniczne supermarkety, ale także banki i instytucje finansowe. – Szukamy pieniędzy na realizację wielu różnych programów – wyjaśniała wyborcom.

    Kandydatka PiS na premiera przypomniała, że program Prawa i Sprawiedliwości opiera się na trzech priorytetowych filarach: obniżeniu wielu emerytalnego, wsparciu dla rodziny, czyli 500-złotowym dodatku na drugie i każde kolejne dziecko oraz podwyższeniu kwoty wolnej od podatku. To tak brzmi pięknie, że aż nieświeżo, bo trąci zbyt mocno kiełbasą wyborczą. Dla jasności sprawy wyborcze obietnice ma też PO.

    Kpi z kierowania państwem przez Kopacz

    Według Szydło, dzisiaj w Polsce trzeba realizować priorytetowe programy, "które pokazaliśmy w Katowicach na naszej konwencji programowej". Zapowiada od tygodnia i w Szydłowcu również, nowy podatek bankowy, który sfinansuje część obietnic PiS? Kandydatka na premiera Szydło przypomina też, że Ewa Kopacz uczy się kierować ruchem drogowym i drwi z pani premier: "Myślę, że ona nie potrafi kierować państwem." - A to jest dzisiaj w Polsce potrzebne – podkreśliła.

    Wiceprezes PiS dodała, że daleko jej do skrajnych opinii o stanie państwa. – Ja nie mówię, że Polska jest w ruinie, że w Polsce nie ma dobrych rzeczy. One tworzone są przede wszystkim rękoma polskich przedsiębiorców, ludzi, którzy są zdeterminowani, chcą, żeby państwo, w którym żyją, dobrze się rozwijało.

    My to potrafimy zrobić, mamy doświadczenie, mamy dobre plany i zamiary, mamy szczere chęci i dobrze przygotowane kadry, mamy projekty ustaw i świetnych ekspertów – zapowiadają zapalczywie liderzy PiS.
    Źródła: tvp.info i dziennik.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Beata Szydło w Szydłowcu mówiła o podatkach. Foto: polskieradio.pl.Google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #zdrowie #dopalacz #mocarz Policja na Śląsku z trudem mocuje się z "Mocarzem"

    Ewa Kopacz: nasza "ustawa o dopalaczach jest wzorem dla całej Europy". "Znikły autorytety, w telewizji się kłócą, rodzice nie mają czasu, wywracają się filary moralne, wszyscy kłócimy się wokół, i ten człowiek młody idzie w nicość" – minister zdrowia Marian Zembala.

    Od kilku lat policja polska zmaga się z problemem dopalaczy. Podjął z nimi stanowczą i ostrą walkę – nieskuteczną jak wiemy - były premier Donald Tusk. Nielegalny proceder kwitnie teraz na dobre, mimo zakazów prawnych, kar sądowych dla sprzedawców i dealerów, mimo codziennych informacji w mediach o zgonach młodych ludzi po zażyciu tych śmiercionośnych specyfików.

    Policja apeluje: nie bierzcie tej trucizny! Nie kupujcie dopalaczy, bo zabijają! – ślą ostrzeżenia lekarze. Minister zdrowia Marian Zembala woli jednak nie słuchać pytań na temat dopalaczy i oddala je…

    Tymczasem w ostatnich dniach do szpitali na Śląsku trafia coraz więcej umierających osób po dopalaczach. Policja ma wyniki badań laboratoryjnych "Mocarza" - dopalacza, którym na Śląsku zatruło się 86 osób. - Zawiera on zakazane substancje uznawane za narkotyki - podkreśla śląska komenda policji.

    Od czwartku 9 lipca 2015 roku, do śląskich szpitali trafiło 154 osób, które zatruły się dopalaczami. Były agresywne, trudno dostępne lub nie było z nimi kontaktu. Najwięcej pacjentów trafiło do placówek medycznych w Katowicach i Sosnowcu. Wśród nich była kobieta w ciąży i dwoje nieletnich.

    Większość przyznała się, że są po zażyciu dopalacza o nazwie "Mocarz", kilka osób zatruło się podpałką do grilla lub barwnikiem do piasku. Na razie nie ma jeszcze informacji o przypadkach śmiertelnych.

    W sobotę 11 lipca oficerowie policji z wydziału do walki z przestępczością narkotykową, komendy w Katowicach, wkroczyli do jednego z mieszkań w mieście, przy ul. Opolskiej. Zatrzymano 59-letnią kobietę i 26-letniego mężczyznę. Znaleziono przy nich 144 gramy "Mocarza".

    Wszystko wskazuje na to, że to oni byli głównymi dystrybutorami tego dopalacza w regionie. Badania laboratoryjne wykazały, że zawiera on substancje zakazane, uznawane za narkotyki. Zatrzymanym z dopalaczami grozi 10 lat więzienia.

    W sobotę wieczorem do szpitala w Sosnowcu przyjechał Minister Zdrowia prof. Marian Zembala, rozmawiał na oddziale z zatrutymi pacjentami. Wykazują oni – jak stwierdził - cechy trwałego uzależnienia od dopalaczy, które są dostępne i stosunkowo tanie. - Stówa wystarcza na tydzień i on właściwie na tych dopalaczach żyje. Pacjent mówił, że bez dopalaczy - dwa razy dziennie - nie funkcjonuje - opowiadał minister Zembala.

    Doktor Mariusz Kicka z Instytutu Medycyny Pracy w Sosnowcu, gdzie trafiły najcięższe przypadki osób zatrutych, wyjaśniał, że "Mocarz" to nowoczesny, syntetyczny kanabinoid o sile działania 800 razy większej niż marihuana. - Z całą pewnością nie można powiedzieć, że są to substancje, które są bezpieczne i które cokolwiek dopalają. To zwykłe syntetyczne, nowoczesne i bardzo silne narkotyki, o dużym potencjale uzależniającym - podkreślił doktor Kicka.

    Ponieważ państwo i jego agendy nie radzą sobie z trującym problemem dopalaczy, a lekarze zaczynają drżeć o swoje zdrowie i bezpieczeństwo, wobec silnej i nie kontrolowanej agresji pacjentów dotkniętych atakiem trucizn dopalaczowych, to kto ma zająć się tym problemem? Przecież państwo konstytucyjnie dźwiga szeroko rozumianą odpowiedzialność za bezpieczeństwo kraju i obywateli.

    Według portalu niezalezna.pl, Ewa Kopacz, która zapowiada, że w przyszłym tygodniu przedstawi "bardzo konkretny scenariusz" walki z dopalaczami - jako minister zdrowia w rządzie Donalda Tuska, już w 2011 roku ogłosiła sukces rządu PO-PSL w walce z nimi. Czytaj >> > Ewa Kopacz: "Ustawa o dopalaczach jest wzorem dla całej Europy"

    Nowy minister zdrowia Marian Zembala, pytany przez dziennikarzy o problem dopalaczy, w związku z tym, że aktualnie do szpitali trafiają ludzie po zatruciu tą trucizną - zaczął rozprawiać o motywacjach ludzi, którzy po nie sięgają.

    "Problem rodzi się w głowie. Dokąd on sięga? Albo jest to tak niewykształcony, młody człowiek, który nie ma w sobie tyle siły, albo… Znikły autorytety, starsi się w telewizji kłócą, rodzice nie mają czasu, wywracają się filary moralne, nagle wszyscy kłócimy się wokół, i ten człowiek młody idzie w nicość" - mówił dziennikarzom minister Marian Zembala, pomijając milczeniem istotę zagadnienia.

    Ciężar walki z zatrutymi po dopalaczach, dźwigają obok lekarzy, także ratownicy medyczni. Jeden z pacjentów kopnął ratowniczkę medyczną w twarz i wybił jej ząb. Skuty pacjent po dopalaczach był już w karetce pogotowia. – Zagrożenie utraty życia jest ogromne – przekonywał w rozmowie z reporterami doktor Piotr Burda, krajowy konsultant w dziedzinie toksykologii.

    – Dopóki będzie popyt to niestety żadne prawo nie uchroni ludzi przed ich samobójczymi zachowaniami. Nie kupujcie tego ludzie! – apelował na konferencji prasowej wiceminister zdrowia Igor Radziewicz-Winnicki, nawiązując do serii zatruć dopalaczami.

    Dziennikarze, z zainteresowaniem pytali na konferencji prasowej lekarzy m.in. o to, dlaczego walka z dopalaczami jest tak trudna?

    – Zawsze będzie tak, że producent w Azji, za tydzień będzie miał kolejnych 10 substancji – mówił dr Piotr Burda odpowiadając na pytanie o skuteczność wpisywania dopalaczy na listę substancji zakazanych.

    – Tak było w ciągu ostatnich 5-6 lat. W 2010 roku zidentyfikowanych nowych substancji psychoaktywnych było około pięciu. W ciągu ostatnich dwóch lat jest to prawie 200 nowych substancji, które działają w podobny sposób, albo jeszcze silniej i stwarzają zdecydowanie większe zagrożenie dla zdrowia i życia, niż te pięć sprzed pięciu lat. Typowy jest mefedron – mówił lekarz.

    Od piątku przybywa osób w szpitalach w związku z zatruciem dopalaczami. W Katowicach było tego dnia już około 60 osób, były także doniesienia o zatruciach w Poznaniu i Kutnie. Pacjenci po zażyciu dopalaczy są zwykle bardzo agresywni - w Katowicach pobili dwoje ratowników medycznych w karetce.

    W Komendzie Głównej Policji w poniedziałek odbyła się narada minister spraw wewnętrznych z szefem policji nadinsp. Krzysztofem Gajewskim oraz komendantami wojewódzkimi policji oraz inspektorami sanitarnymi w sprawie walki z dopalaczami. Od czwartku do szpitali m.in. na terenie woj. śląskiego trafiło ponad 200 osób z podejrzeniami zatruć dopalaczem o nazwie "Mocarz" – podaje portal wp.pl.

    Podczas briefingu w poniedziałek szef policji poinformował, że do tej pory zatrzymano już dziewięć osób, które mogły mieć związek z tą sprawą. - Monitorujemy kanały przerzutu tego środka, bo chcemy z całą determinacją dotrzeć do źródła. Na pewno będą dalsze zatrzymania, poszukujemy kilku osób w tej sprawie - powiedział dziennikarzom Krzysztof Gajewski.

    Skoro – jak widać – państwo w tak trudnej i groźnej sytuacji w kraju, jaką stwarzają obecnie dopalacze, nie jest w stanie nic zrobić, bo nikt nie ma czasu się zająć się tym zagadnieniem - to może jednak premier Ewa Kopacz z pretendentką do fotela premiera z ramienia PiS, Beatą Szydło, podejmą – dla dobra Polski – zobowiązanie: Przerywamy kampanię, ratujemy Polskę i Polaków!

    Resztę o tym co robić, niech dopowiedzą eksperci, którym Polacy sowicie płacą za wszelkie doradztwo rządzącym. Są też do wykorzystania: służby specjalne w liczbie 12, w tym szczególnie ważne – ABW, CBA, CBŚ, NIK, itp.
    Źródła: gazeta.pl, niezalezna.pl i tvp.info.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Śląsk: ponad 60 osób zatruło się dopalaczami. Wśród nich kobieta w ciąży. Foto: eostroleka.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #polityka #historia #zbrodnia #upa Zbrodnia wołyńska. To trudny "dzień, miejsce i rocznica"

    Ukraińscy nacjonaliści – według szacunków - zamordowali w latach 1943-1945 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, około 100 tys. Polaków. Dziś obchodzimy rocznicę zbrodni wołyńskiej.

    Mija 72. rocznica zbrodni wołyńskiej. Mówi się o niej w Polsce skromnie, nieśmiało, raczej po cicho, tak jak gdyby chciano przemilczeć i zapomnieć krwawą historię sprzed niezbyt odległych lat. Bo Katyń to była wielka zbrodnia, a Wołyń – to… po co tam leźliśmy. Ukraina to nasz bliski sąsiad, wiążemy z nią wielkie nadzieje polityczne – musi dla naszego spokoju, bezpieczeństwa i ambicji politycznych – być koniecznie w Unii Europejskiej, a w przyszłości też w NATO.

    Tymczasem nie daje nam spokoju historia. Zbrodnia wołyńska to śmierć wielu tysięcy Polaków. Śmierć dzieci, kobiet, młodzieży i starców – mordowanych w haniebny, straszliwy, bestialski sposób, w trudnych do opisania męczarniach.

    W niedzielę 11 lipca 1943 roku, na Wołyniu zaczęło się dla Polaków tam zamieszkałych, za sprawą bandyckiej UPA, prawdziwe piekło na ziemi. W latach 1943-1945 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, UPA wymordowała łącznie, według historyków, od 100 tysięcy do nawet 260 tysięcy Polaków. Apelem pamięci, salwą honorową i złożeniem wieńców pod pomnikiem 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK na stołecznym Skwerze Wołyńskim - z udziałem przedstawicieli władz państwowych, samorządowych i kombatantów - uczczono w dzisiejszą sobotę 72. rocznicę zbrodni wołyńskiej.

    - Spotykamy się w dniu szczególnym, w dniu 72. rocznicy tzw. krwawej niedzieli na Wołyniu i w miejscu szczególnym na Skwerze Wołyńskim - mówił podczas uroczystości w Warszawie, Sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, Andrzej Krzysztof Kunert. - Spotykamy się, by uczcić, oddać honor i objąć modlitwą ponad 100 tysięcy ofiar zbrodni ukraińskich nacjonalistów Ukraińskiej Powstańczej Armii. Zbrodni dokonanych w 2136 miejscowościach siedmiu województw II Rzeczpospolitej na Kresach Południowo-Wschodnich – dodał Andrzej Kunert.

    Jak zaznaczył Sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, to niezwykły dzień, miejsce i rocznica, ponieważ po raz pierwszy "ma honor obchodzić tę rocznicę wspólnie ze środowiskiem 27. Dywizji Piechoty Armii Krajowej".

    Prezes zarządu Okręgu Wołyńskiego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Anna Lewak, na uroczystości podkreśliła, że to spotkanie jest "świadectwem prawdy o Kresowianach II Rzeczpospolitej, o ludności polskiej, która przeżyła dwie okupacje: sowiecką i niemiecką, o ofiarach ludobójczych czystek na Wołyniu, Polesiu, Podolu, ziemi lwowskiej, stanisławowskiej i tarnopolskiej, którzy zginęli z rąk OUN-UPA".

    W trakcie uroczystości, zgromadzeni na stołecznym Skwerze Wołyńskim, odmówili modlitwę ekumeniczną w intencji ofiar zbrodni i odczytano apel pamięci. Po salwie honorowej przed pomnikiem 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej złożono wieńce i zapalono znicze.

    UPA, w wolnej, niepodległej Ukrainie, ma swoje miejsce w ustawodawstwie i wśród legalnych organizacji. Członkowie UPA zostali uznani przez parlament "bojownikami o wolność". Mają zniżki dla weteranów i są kary dla ich krytyków. Od pewnego czasu przechodzą szkolenie wojskowe prowadzone przez Amerykanów. Na szkolenie kierują ich władze w Kijowie.

    Jak podają szacunki oparte na badaniach polskich historyków, ukraińscy nacjonaliści zamordowali w latach 1943-1945 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, około 100 tys. Polaków, z czego 40-60 tys. zginęło na Wołyniu, 20-40 tys. w Galicji Wschodniej, i co najmniej 4 tys. na terenie dzisiejszej Polski. Kulminacja tych wydarzeń, określanych mianem zbrodni wołyńskiej, nastąpiła 11 lipca 1943 roku, gdy oddziały UPA zaatakowały jednocześnie około 150 polskich miejscowości na ziemi wołyńskiej.
    Źródło: tvn24.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Zbrodnia wołyńska w znaczeniu potocznym jest ludobójstwem – mówi Paweł Kowal. Foto: archiwum.rp.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: RIKZAG, g........e +3 innych
  •  

    #stan #polityka #premia #wybory Każdy dostanie bez względu na wiek premię?

    PiS obiecuje: zmianę wieku emerytalnego, 500 zł na dziecko w biednych rodzinach, i podniesienie kwoty wolnej od podatku – koszt 50 mld zł. SLD proponuje darmo "premię obywatelską"? Każdemu obywatelowi bez względu na wiek. Wybierajcie ludziska…

    W prześciganiu się polityków, teraz w kampanii wyborczej, na pomysły w podbijaniu serca wyborców, największą siłę przebicia mają dwie ostro konkurujące ze sobą partie: PO i PiS. Do konkurencji stanęła dziś także, niknąca w oczach SLD, z Leszkiem Millerem na czele. Szef SLD chce wprowadzić w życie premię obywatelską i rozdać Polakom trzecią część dochodu z PKB. Premia – według pomysłu Millera - należałaby się każdemu obywatelowi bez względu na wiek. Od kiedy? Od dziś na zawsze.

    Przewodniczący SLD Leszek Miller powiedział mediom, że biorąc pod uwagę tegoroczny wzrost PKB - kwota, jaka trafiłaby do kieszeni obywateli, wyniosłaby 18 miliardów złotych. Lider Sojusz Lewicy podkreślił, że z takiego rozwiązania najwięcej zyskałyby wielodzietne rodziny. Czteroosobowa rodzina, zdaniem Leszka Millera, rocznie otrzymywałaby premię w wysokości 2000 złotych.

    SLD chce wprowadzić również podatek od transakcji finansowych. W opinii ekspertów SLD, taki podatek pozwoliłby na ograniczenie występowania spekulacji finansowych, które są związane głównie z zawirowaniami w strefie euro.

    Trzeba uczciwie podkreślić, że oba wspomniane pomysły SLD, mają istotny i nośny sens społeczny, mogłyby autentycznie odegrać bardzo ważne znaczenie we wzmacnianiu finansowym biednych rodzin, choćby jednorazowym zastrzykiem w roku, kwotą dwóch tysięcy złotych. Byłby to, jak dotąd, jedyny realny niczym niezakłamany przykład obietnicy politycznej SLD, w odróżnieniu od priorytetowych napłodzonych niczym ikra rybia obietnic PiS i PO, których nikt nie zliczy i nie połapie się w ich realiach.

    Mógłby ten pomysł SLD, ogłoszony dziś w dwóch postaciach, przejść do historii i mieć szanse wejść w życie, gdyby nie pewne, tzw. ale… Ale na przeszkodzie staje oczywista oczywistość, wprowadzenia wniosku do Sejmu, poddania go procedurom prawnym, "obrobienia" pod względem uzasadnienia, zdobycia w drodze negocjacji klubowych poparcia i uzyskania wystarczających sił "głosowych" w procedurze głosowania. Ostatecznie – twierdzę – wniosek SLD przejdzie do "zamrażarki"… i historii.
    Źródło: dziennik.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Leszek Miller szef SLD. Foto: gazetaprawna.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    #stan #pesa #transport #lokomotywa Nowoczesna lokomotywa Pesy Gama Marathon

    Lokomotywa, od pierwszej konstrukcji z 1804 r., przeszła wiele przeobrażeń i wcieleń literackich. Bydgoska Pesa, która śmiało konkuruje na rynku światowym, wykonała ostatnio pierwszą w Europie lokomotywę, typu Gama Marathon...

    "Cudze chwalicie, swego nie znacie…" To przysłowie autorstwa Stanisława Jachowicza nazbyt często ujawnia się nam w życiu. Najbardziej wyraziście, w szokująco drogim wydaniu, gdy chodzi o koszty finansowe, pokazało to praktycznie i naocznie włoskie Pendolino. Zamówione przez PKP Intercity i Ministerstwo Transportu, za początkową cenę 400 milionów euro, z czasem przejazdu z Gdańska do Krakowa i Katowic 4,5 godziny, wychylne pudło, tanie bilety i 50 proc. dofinansowania unijnego. Według mediów (2012) czas podróży z Warszawy do Gdańska miał wynieść 2 godz. 10 minut.

    Co z tego wyszło wszyscy wiemy, podobnie jak i władze wiedzą, Pendolino bez pudła, bo tory u nas nie takie jak należy, szybkość też nie oszołamia, jedynie cena, za którą można było kupić trzy razy więcej składów polskiej produkcji, o podobnych parametrach technicznych, jak włoskie, z fabryki francuskiego Alstomu.

    Znana w kraju bydgoska fabryka pociągów typu Pesa, wytwarza światowej klasy składy, które idą na eksport do różnych krajów, m.in. do Włoch, Czech, Brazylii czy Niemiec. Niedawno oddano do użytku nowatorską lokomotywę elektryczną Gama Marathon, która może przejechać najmniej 40 km bez zasilania z sieci trakcyjnej. Bydgoska Pesa przekazała ją, w środę 8 lipca, firmie Lokomotiv z Podegrodzia koło Nowego Sącza. Maszyna będzie pracować w barwach przewoźnika Ecco Rail z Katowic.

    Firma Lokomotiv - udziałowiec Ecco Rail (międzynarodowy przewoźnik w transporcie kolejowym) - podpisała z Pesą umowę na dostawę dwóch kolejnych lokomotyw elektrycznych z rodziny Gama Marathon, która ma być zrealizowana w 2016 roku.

    - Jestem dumny, że możemy nabyć tę lokomotywę jako firma całkowicie polska, firma rodzima. Nasza współpraca z Pesą trwa od lat 90. Wcześniej firma wykonywała dla nas naprawy i modernizację naszego starego taboru. Znamy zachodnie lokomotywy, ale takiej jak Gama Marathon nie ma. Szczególnie ważny jest tzw. silnik dojazdowy, który zapewnia bezpieczeństwo. W razie awarii zasilania, włączamy silnik spalinowy i możemy jechać dalej - powiedział właściciel firmy Lokomotiv Bronisław Plata.

    Podkreślił też, że jego firma Lokomotiv, miała możliwość przez trzy miesiące testować lokomotywę Gama i przez ten czas sprawdziła się, nie miała żadnej usterki.

    - Nasze firmy są przykładem jak polskie przedsiębiorstwa przeistaczają się i rozwijają. Pesa, z firmy naprawczej zmieniła się w produkcyjną, a nasz klient kiedyś jeździł używanymi lokomotywami, a teraz zaczyna jeździć najnowocześniejszymi. Gama Marathon to lokomotywa nowoczesna, bezpieczna i ekologiczna, z rozbudowaną częścią socjalną - podkreślił wiceprezes bydgoskiej Pesy, Robert Świechowicz.

    Lokomotywę Gama Marathon wyprodukowano w 2013 roku. Zanim testował ją Ecco Rail, przeszła okres testowy w ramach użytkowania na torach, przez przewoźników: Lotos Kolej i PKP Intercity.

    Podstawową i główną zaletą lokomotywy Gama jest możliwość doprowadzenia pociągu, w przypadku awarii zasilania, do najbliższej stacji czy miejsca, gdzie płynie prąd w sieci trakcyjnej. W takiej sytuacji, do ściągnięcia składów ze szlaku kolejowego, nie trzeba wysyłać spalinowych lokomotyw manewrowych.

    Na wypadek awarii, używany jest agregat prądotwórczy o mocy 400 kW, który pozwala prowadzić składy o masie do 3,5 tys. ton, minimum na odległość 40 km. Im mniejszy jest ładunek tym zasięg i prędkość pociągu są większe. Sama lokomotywa, z wykorzystaniem agregatu prądotwórczego, może pokonać 400 km z prędkością 40 km/h.

    W rozwiązaniu konstrukcyjnym są dwie kabiny maszynisty, po przeciwległych końcach lokomotywy, które pozwalają na jazdę lokomotywy w obu kierunkach, bez konieczności jej obracania. Kabiny są jednocześnie klatkami bezpieczeństwa - pozwalają na przeżycie obsługi pociągu w przypadku zderzenia. Maszynista ma do dyspozycji w Gamie Marathon, toaletę z umywalką, mikrofalówkę, lodówkę i czajnik bezprzewodowy.
    Źródło: tvn24bis.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - lokomotywa Pesy Gama Marathon.
    Foto: forumkolejowe.pl.google.com.
    pokaż całość

    •  

      @stanislaw-cybruch:

      Najbardziej wyraziście, w szokująco drogim wydaniu, gdy chodzi o koszty finansowe, pokazało to praktycznie i naocznie włoskie Pendolino. Zamówione przez PKP Intercity i Ministerstwo Transportu, za początkową cenę 400 milionów euro, z czasem przejazdu z Gdańska do Krakowa i Katowic 4,5 godziny, wychylne pudło, tanie bilety i 50 proc. dofinansowania unijnego. (...) Co z tego wyszło wszyscy wiemy, podobnie jak i władze wiedzą

      Ja widzę tyle:
      - Warszawa Centralna - Kraków Gł. - czysty czas przejazdu na dzisiaj 2:11 (w rozkładzie o 13 min więcej z powodu rezerw; za kilka lat czas z rezerwami wyniesie 2:05-2:10.
      Polecam: https://www.youtube.com/watch?v=-VNwSawe1O0
      - Katowice - Warszawa Centralna - czysty czas przejazdu na dzisiaj 2:10 (w rozkładzie o 17 min więcej z powodu rezerw i postoju we Włoszczowie; za kilka lat czas z rezerwami wyniesie 2:00-2:05.
      Polecam: https://www.youtube.com/watch?v=IyUm3vSLlSA
      - Warszawa Centralna - Gdańsk Gł. - czysty czas przejazdu na dzisiaj 2:39 (w rozkładzie 20 min więcej z powodu rezerw i 3 postojów po drodze); za pół roku rozkładowy czas (czyli z rezerwami) przejazdu wyniesie ok. 2:40, a za 1,5 roku ok. 2:28-2:30 (wdrożenie ETCS plus likwidacja [dla wybranych najszybszych pociągów] postojów po drodze; bez likwidacji postojów zostanie ok. 2:34).
      Polecam: https://www.youtube.com/watch?v=hhpwLSKsqzk

      Według mediów (2012) czas podróży z Warszawy do Gdańska miał wynieść 2 godz. 10 minut.
      Według mediów... Po pierwsze to czas ze Wschodniej, a nie Centralnej. Czyli trzeba doliczyć 8 minut. Po trzecie - to czas dla ekspresu bez żadnych postojów między Wschodnią, a Gdańskiem. Obecne postoje (Iława, Malbork, Tczew) zajmują ok. 6-7 min). Po trzecie - to czas bez rezerw rozkładowych (czysty) - doliczając rezerwy (10 min) i te postoje mamy 2:34. Rozkładowo. I tyle będzie możliwe za góra 1,5 roku, a może i wcześniej (zależy kiedy wdrożą na tej linii sygnalizację kabinową).

      Pendolino bez pudła, bo tory u nas nie takie jak należy, szybkość też nie oszołamia
      Tory są w porządku - można jechać nawet i 293 km/h. Obecnie trwa na CMK jeszcze modernizacja obiektów inż. (zakończenie za 4-5 lat - niskie tempo prac wynikające z ograniczonego finansowania [na linii do Gdańska była modernizacja z funduszy unijnych, tutaj tylko wydatki krajowe]), a na linii do Gdańska montaż sygnalizacji kabinowej (zakończenie za 1-1,5 roku).

      jedynie cena, za którą można było kupić trzy razy więcej składów polskiej produkcji, o podobnych parametrach technicznych, jak włoskie, z fabryki francuskiego Alstomu.
      Takich bredni dawno tutaj nie czytałem. Koszt zakupu jednego Darta z Pesy wynosi ok. 50,4 mln zł. jednego Pendolino z Alstomu - ok. 81 mln zł. Biorąc pod uwagę, że Pendolino ma 402 miejsca, a Dart 352, wychodzi na to, że w cenie 20 Pendolino można było kupić 27-28 Dartów o tej samej pojemności co Pendolino. To ma być 3 razy więcej? Jak dla mnie jest to 1,4 raza więcej. Dartów, o prędkości 160 km/h. Zamiast Pendolino które jeździ obecnie 200, a pojedzie 230 w perspektywie 4-5 lat.
      pokaż całość

      +: MarkG
  •  

    #stan #polityka #pis #konwencja Pomysły i intencje PiS przeciwko sędziom

    "Trzeba wprowadzić okresowe badania wariografem i badania próbek moczu dla sędziów i prokuratorów (...) Ustawowo ustalimy prawo do prowokacji. W naszym interesie jest to, by policja i służby mogły przedstawiać propozycje korupcyjne"...

    Weekendowa konwencja PiS w Katowicach była historyczna, wielowątkowa, narodowa, huczna, buńczuczna i bezpardonowa. Historyczna, bo po raz pierwszy w historii PiS, nie prezentował głównych haseł programu partii prezes, jako premier przyszłego rządu, lecz kandydatka wskazana przez prezesa, Beata Szydło. Wielowątkowa i narodowa, bo w treściach programowych głoszonych zapalczywie przez kandydatkę Szydło, słychać było wątki wyłącznie z różnych płaszczyzn narodu – dzieci, rodziny, pracy, mieszkania.

    Były też mocno skrywane przed narodem i kamerami telewizji, ostre i buńczuczne w treściach, panele specjalne na zapleczach piwnicznych, na których mówiono to, co być może najistotniejsze dla partii, ale jeszcze nie przed wyborami jesiennymi. Jednym z paneli gospodarzył Zbigniew Ziobro, były minister sprawiedliwości i prokurator generalny za rządów PiS, kiedy Prezesem Rady Ministrów był Jarosław Kaczyński.

    Trzeba wprowadzić okresowe badania wariografem i badania próbek moczu dla sędziów i prokuratorów - proponował na konwencji programowej PiS Bogdan Święczkowski, były szef ABW. Wtórował mu były doradca Zbigniewa Ziobry: "Ustawowo ustalimy prawo do prowokacji, by wyeliminować sprowokowanych, z życia publicznego" – czytamy w Wyborczej.pl.

    To zaledwie kilka z istotnych kwestii polityków bliskich PiS, z panelu "system sprawiedliwości", który odbył się oficjalnie, choć w sposób nieco zakamuflowany, na konwencji programowej PiS i zjednoczonej prawicy w Katowicach.

    Tygodnik "Polityka" postawił mocną tezę, że to wszystko, co oficjalnie udostępniono i pokazano dla mediów, to była "niby-konwencja programowa". Że tak naprawdę, PiS nadal ma stary program urządzenia Polski na modłę IV RP i nadal dużo do powiedzenia w partii Kaczyńskiego, mają ci politycy, którzy wprowadzali IV RP w życie.

    Tematyczne panele dyskusyjne były zamknięte dla dziennikarzy i kamer telewizyjnych. Dziennikarce "Polityki" udało się jednak wziąć udział w panelu dotyczącym "systemu sprawiedliwości". Jak się okazało, oficjalnie PiS mówi o potrzebie naprawy wymiaru sprawiedliwości i przywróceniu wcześniejszej formy podporządkowania prokuratury ministrowi sprawiedliwości. Pod tym też kątem czołowi uczestnicy paneli poszli dalej i mówili wprost, jak chcą reformować wymiar sprawiedliwości i co o nim dziś sądzą.

    Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości w rządzie PiS, a dziś lider Solidarnej Polski, walczący o względy Kaczyńskiego, był moderatorem panelu. "Polityka" napisała, że przypomniał z zadęciem, jak za IV RP było sprawiedliwie. Dr Jacek Czabański, za czasów IV RP doradca ministra Ziobry, zapowiedział, że po wygranych wyborach dokonają następującej zmiany: "Ustawowo ustalimy prawo do prowokacji. W naszym interesie jest to, by policja i służby mogły przedstawiać propozycje korupcyjne. Chodzi o to, by wyeliminować sprowokowanych, z życia publicznego."

    Zbigniew Ziobro dobitnie i wymownie uzupełnił, że "ci, co dali się nagrać w restauracji "Sowa i Przyjaciele", jeśliby usłyszeli to, co my chcemy zrealizować, nie będą mieli spokojnej nocy".

    Były minister sprawiedliwości Ziobro, skarżył się na sędziów, którzy "przez PO" nie dają mu żyć. "Musimy znaleźć sposób, aby z niektórymi z nich porozmawiać inaczej, za ich chamstwo i butę" - informuje "Polityka". Wymienił kilka nazwisk, w tym sędziego Igora Tuleyę, który porównał działania CBA w sprawie doktora G., do praktyk z czasów stalinowskich.

    Dostało się Agnieszce Pilarczyk, która według Ziobry, źle prowadziła proces w sprawie śmierci jego ojca. Mówił też o składzie sędziowskim, który skazał "nieskazitelnego człowieka, Mariusza Kamińskiego". Mariusz Kamiński został nieprawomocnie skazany na więzienie za nadużycie władzy przy prowokacji wymierzonej w Andrzeja Leppera w sprawie afery gruntowej - czytamy.

    W podobnym tonie mówił szef ABW za czasów PiS Bogdan Święczkowski. "Trzeba wprowadzić okresowe badania wariografem i badania próbek moczu dla sędziów i prokuratorów. Jak podaje "Polityka", na panelu o sprawiedliwości, było 200 osób i brawami nagradzali panelistów. Jeden ze słuchaczy powiedział, że jak się władza nie zmieni, "będzie trzeba za sędziami z kijami bejsbolowymi jeździć".

    - Obawiam się, że Jarosław Kaczyński rozczaruje umiarkowanych zwolenników - mówił w Poranku Radia TOK FM redaktor Michał Szułdrzyński z "Rzeczpospolitej". - To ziarno radykalnego języka, które PiS siał przez ostatnie lata, nie poszło na marne. Nie po to zagrzewano PiS do walki, demonizowano PO, żeby teraz zadowolić się kompromisem - podkreślił.

    Powiedzmy to jasno - nie po to dopuszczono do panelu o systemie sprawiedliwości, w roli moderatora, byłego ministra sprawiedliwości, który mógł na konwencji partyjnej, wobec sędziów i prokuratorów, do woli odgrywać się i odgrażać słowami, o charakterze gróźb karalnych. Nie po to Jarosław Kaczyński kazał schować się za kulisami konwencji, aby nie drażnić swoimi oczami, minami i mowami, potencjalnych wyborców PiS.
    Źródło: wyborcza.pl.

    Stanisław Cybruch
    pokaż całość

    +: R....m, d.....r +1 inny
  •  

    #stan #lato #kurort #kolobrzeg Kąpieliskowy i uzdrowiskowy Kołobrzeg

    Nadmorski Kołobrzeg to nie tylko kurort, port i piękna przyroda - to także atrakcyjne miasto turystyczne, z którego wiodą drogi wodne m.in. do Danii i na Bornholm.

    Kołobrzeg to znane w kraju i Europie uzdrowisko nad Bałtykiem z trzema letnimi kąpieliskami morskimi. W ujściu rzeki Parsęty rozciąga się port morski z funkcjami: handlową, pasażerską, rybacką i jachtową. Miasto i okolice mają cenne źródła wody mineralnej, solanki i pokłady borowiny. Uzdrowisko Kołobrzeg leczy głównie choroby krążenia i stawów oraz górnych dróg oddechowych.

    Kołobrzeg, z liczbą mieszkańców około 47 tys. i ośmioma częściami urzędowymi, jest też regionalnym ośrodkiem kultury. Tradycyjnie w okresie letnim odbywają się tu liczne koncerty ośrodków radiowych i telewizyjnych oraz popularnych piosenkarzy, muzyków i kabaretów, a także różnych grup muzyki młodzieżowej.

    Specyfiką miasta jest Strefa Pobrzeża, która charakteryzuje się zatorfionymi dolinami przymorskimi, wydmami z roślinnością piaskową i płaskimi płatami pomorskiej moreny dennej oraz wzgórzami moreny czołowej zajętymi przez lasy. Krainę tę porastają rośliny torfowisk wrzosowiskowych oraz lasy bukowe i mieszane, olszyny, wilgotne bory sosnowe i lasy sosnowo-mieszane. Osobliwościami florystycznymi tych lasów są: jarząb szwedzki i wiciokrzew pomorski.

    Część terenów miasta obejmują obszary Natura 2000, tj. Trzebiatowsko-Kołobrzeski Pas Nadmorski i Dorzecze Parsęty. Północna część miasta (od ul. Grzybowskiej, Wolności, Kamiennej) należy do Koszalińskiego Pasa Nadmorskiego. Miasto ma
    6 parków o łącznej powierzchni 62,9 ha, z których największy Park im. Stefana Żeromskiego (31,1 ha) został założony w XIX wieku i stanowi nadmorski park zdrojowy kołobrzeskiego uzdrowiska.

    Dla turystów, kuracjuszy i spacerowiczów, najpiękniejsza i najbardziej urozmaicona staje się każdego dnia, nadmorska plaża. Poranny spencer brzegiem morza zachwyca i leczy, zwłaszcza bryzą i świeżym jodem oraz odgłosem fal muskających piasek plaży i łopotem, jak również piskiem mew, które - niczym piszczące drony natury - oblatują całymi dniami teren plaży, aby czyścić ją z resztek pokarmu, jakie wyrzuca morze.

    Prawdziwą rozrywkę gwarantują gościom w sezonie, najrówniejsze festiwale, m.in. opery i operetki, koncerty muzyczne, m.in. "Tango-Fogg" i Kołobrzeskiej Orkiestry Zdrojowej, zajęcia wakacyjne z książką oraz turnieje piłki nożnej dla dzieci i młodzieży. Szóstego lipca odbyła się w Amfiteatrze Gala Piosenki Biesiadnej - 20 lat. A od 07 do 09 lipca trwa - Port Literacki w Kołobrzegu – oferuje atrakcje dla dzieci, Wolna Plaża Poetów, Geocaching Czytania, wystawy, filmy, kiermasz książek. Miasteczko literackie przy Pomniku Zaślubin Polski z Morzem, wstęp wolny.

    Od 9 lipca do 27 sierpnia będzie odbywał się kołobrzeski XV Międzynarodowy Festiwal Muzyka w Katedrze, festiwal zainauguruje program "Carmen i inne fantazje". 10 lipca legendarny piosenkarz Krzysztof Krawczyk będzie obchodził w tym mieście 50-ty Jubileusz twórczości, następnego dnia planowane są Pokazy Ratowników WOPR, 13 lipca Koncert Kołobrzeskiej Orkiestry Zdrojowej, 16. lipca - Od symfonii Dworzaka do "Koncertu de Aranjuez" Rodrigo, a w okresie 17 – 19 lipca będzie Projekt Plaża TVN.

    Odbywają się też imprezy sportowo-rekreacyjne na plaży, m.in. turnieje plażowej piłki siatkowej, zabawy i konkursy dla dzieci, Plaża Milenium (obok Kamiennego Szańca), spektakl "Sierotka Marysieńka" - Teatr Fantazja, Biblioteka Dziecięca ul. Brzozowa 9a, wstęp wolny oraz XX-lecie Zespołu Vigor Styl Dance Studio, sala widowiskowa RCK. W kolejnych dniach również nie zabraknie oferty rozrywkowej - muzycznej, teatralnej, kabaretowej czy sportowej.

    W końcu maja tego roku Kołobrzeg świętował swoje 760-lecie istnienia. Biskup kamieński Herman von Gleichen i książę dymiński Warcisław III, lokowali Kołobrzeg 23 maja 1255 roku, na prawie lubeckim. Tegoroczne święto miasta tradycyjnie zainaugurowano na scenie plenerowej Regionalnego Centrum Kultury. Po programie oficjalnym, z gościnnym koncertem wystąpiła Orkiestra Ligi Morskiej i Rzecznej z Wyszkowa. W dniach 22 - 24 maja odbywały się Dni Kołobrzegu. Wśród imprez programowych było również I Święto Twierdzy.

    Szczególną atrakcją letnią miasta - największego i popularnego kurortu Pomorza Zachodniego - jest plaża - piękna, czysta i bardzo szeroka, odnowiona niedawno kosztem 62 mln zł. Przy plaży biegnie betonowy deptak nazwany Aleją Nadmorską. Tutaj jest także maszt, który upamiętnia historyczne zaślubiny miasta z morzem. Wspaniałą atrakcją jest również molo o długości 220 metrów zakończone trójkątnym pomostem.

    Kołobrzeg oferuje gościom także tutejszy port. Pełni on bardzo ważne funkcje nie tylko przeładunkowe, ale i turystyczne. Statki prowadzą krótkie rejsy wycieczkowe i mają stałe połączenia z miastem Nexo w Danii. Od 2005 roku można udać się na pobliski Bornholm gruntownie wyremontowanym katamaranem pasażerskim Jantar. Plaża kołobrzeska jest równie piękna wieczorem, jak w dzień - nie brakuje przy niej barów i restauracji oraz różnych form rozrywki.
    Źródło: podroze.gazeta.pl i kolobrzeg.info.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - plaża w Kołobrzegu. Foto: sweetdate4u.ru.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #polityka #szydlo "Zaprzeczył czy chciałby lub miałby być marszałkiem Sejmu"

    Kandydatka na premiera, mówiąc o wprowadzeniu przez PiS podatku bankowego, który miałby finansować szczytne cele społeczne, m.in. hasło: 500 zł na dziecko z biednej rodziny – podkreśliła, że podatek ten nie dotyczy SKOK-ów, bo "SKOK-i to nie banki".

    W partyjnym programie PiS dla Polski, gdy partia Kaczyńskiego wygra jesienne wybory do parlamentu, zapisano dużo papieru, a na nim zapowiedzi wielkich zmian Polski - na kraj nowy, nowoczesny, silny siłą partii rządzącej. Program obszernie, choć oględnie i ogólnikowo, omawiała przez 70 minut, na konwencji w Katowicach, kandydatka na premiera Beata Szydło. Teraz próbuje równie oględnie wyjaśniać konkretne zadania programowe, na zasadzie: co, gdzie, kiedy, czym i za ile będzie realizowane. Problem w tym, że koszty realizacji rozmijają się z realiami.

    We wtorek 7 lipca kandydatka na premiera zapowiedziała wprowadzenie podatku bankowego, który miałby finansować szczytne cele społeczne, m.in. hasło: 500 zł na dziecko z biednej rodziny. Podatek ten nie dotyczy SKOK-ów, bo zdaniem Szydło – SKOK-i to nie banki. - Po pierwsze, SKOK-i są inną instytucją, to nie są banki. Po drugie, SKOK-i płacą podatki w Polsce. A ten podatek będzie skierowany do banków - mówiła Beata Szydło w programie TVN24.

    Beata Szydło, na początku rozmowy w TVN24 solennie zapewniła, że jeżeli już zostanie premierem, nie będzie odwołana, bo Jarosław Kaczyński nie zechce jej zastąpić. - Jesteśmy dogadani na całą kadencję – stwierdziła niemal z pewnością siebie.

    Wiceprezes PiS mówiła także o planach prezesa Kaczyńskiego, stwierdziła: - Zaprzeczył, czy chciałby lub miałby być marszałkiem Sejmu. Sądzę, że nic się nie zmieni i będzie liderem Zjednoczonej Prawicy i PiS. Dzięki niemu dokonaliśmy ogromnego przełomu, to dzięki niemu mamy szansę dziś zwyciężyć - zapewniła.

    Prowadzący rozmowę redaktor Grzegorz Kajdanowicz, pytał o źródła finansowania programu PiS, który zakłada m.in.: zmianę wieku emerytalnego, 500 zł na dziecko w ubogich rodzinach, czy podniesienie kwoty wolnej od podatku. PiS chce sfinansować te pomysły za 50 mld, które weźmie z "uszczelnienia systemu podatkowego". Jak to zrobi?

    - Uszczelnieniu systemu poświęcony był bardzo poważny panel. Myśmy ten proces rozpoczęli za rządów PiS. PO niestety potem zaniechała. Problem polega na tym, że politycy PO obawiali się wprowadzenia tego systemu i kolejne miliardy uciekały. To nie są dane, które wskazujemy na podstawie wyliczeń. To są dane, o których mówiła Najwyższa Izba Kontroli (NIK) - stwierdziła Beata Szydło. Nie umiała jednak podać żadnych konkretów.

    Uciekała też od precyzyjnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego SKOK-i nie będą objęte podatkiem bankowym. Wiceprezes PiS Szydło powtórzyła: Po pierwsze, SKOK-i są inną instytucją, to nie są banki. Po drugie, SKOK-i płacą podatki w Polsce. Ten podatek będzie skierowany do banków. Nie będą nim objęte ani SKOK-i, ani OFE, ani małe banki spółdzielcze – podkreśliła stanowczo.

    Kandydatka PiS na urząd prezesa rady ministrów mówiła też o pomyśle opodatkowania sklepów wielkopowierzchniowych, czyli głównie duże zagraniczne jednostki handlowe.

    - Mamy dwa cele. Jednym są wpływy do budżetu. Ale nie mniej ważna kwestia dotyczy tego, że mali przedsiębiorcy dziś nie mają szans konkurować - powiedziała.

    Beata Szydło uniknęła również odpowiedzi na pytanie, czy do jej rządu wejdą: Anna Fotyga, Zbigniew Ziobro i Antoni Macierewicz. Nie wykluczyła natomiast współpracy z rewelacją kampanii prezydenckiej Pawłem Kukizem. - Myślę, że jeżeli jest porozumienie przy realizacji dobrego programu, to można współpracować z różnymi ludźmi, nawet z Pawłem Kukizem - podkreśliła.

    - Nie zgadzam się z nim i myślę, że nie zgadzają się z nim Polacy. Spadające sondaże są potwierdzeniem. Ja mu życzę powodzenia - powiedziała, ale natychmiast dodała: Jeżeli jest porozumienie dla realizacji dobrego programu, można z różnymi ludźmi współpracować.

    A czy PiS, jak zapowiadał senator Stanisław Karczewski, szef sztabu pani Beaty Szydło, po dojściu do władzy zmieni ustawę o in vitro?

    Kandydatka na premiera stwierdziła, że uważa, iż w kampanii wyborczej nie powinno się zajmować sprawami światopoglądowymi. - Źle się stało, że to stanęło po ośmiu latach - zaznaczyła. - Jest zarzut niekonstytucyjności. Dla mnie jest jedno pewne - trzeba uporządkować sytuację. My się nie zgadzamy z tymi rozwiązaniami - mówiła Beata Szydło. Ale nie podała jednoznacznej deklaracji, że jej rząd ustawę zmieni. - Jeszcze ustawa jest nie podpisana, jeszcze jest w Senacie, zobaczymy, wszystko przed nami – powiedziała oględnie. Bo a nuż w takim razie zagłosują na PiS także zwolennicy in vitro.
    Źródło: tvn24.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Beata Szydło i Jarosław Kaczyński - jesteśmy dogadani z prezesem. Foto: natemat.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    #stan #polityka #bank #podatek PiS mówi o podatku bankowym. Akcje banków w dół

    Podatek bankowy to jedno ze źródeł środków na realizację trzech priorytetowych projektów PiS: pomocy rodzinom 500 zł na dziecko; podwyższenia kwoty wolnej od podatku; obniżenia wieku emerytalnego.

    Jeszcze PiS nie rządzi, a Beata Szydło jest tylko kandydatką na premiera rządu, jednak na GPW w Warszawie powstały już sytuacje niebezpieczne dla rynków finansowych. Nie był to wcale wynik gry rynkowej inwestorów. To efekt politycznej gry przyszłej pani premier, gdyby PiS jesienią chwyciła władzę w kraju. Beata Szydło - zapowiedziała we wtorek, że podatek bankowy ma być jednym ze źródeł finansowania priorytetowych projektów społecznych i gospodarczych PiS. I się zaczęło…

    "Chcemy, żeby banki podzieliły się zyskiem"

    Beata Szydło dodała, że podatek bankowy przyniósłby 5 miliardów złotych wpływów do budżetu państwa. Te właśnie zapowiedzi Beaty Szydło popsuły istniejące i tak już kiepskie nastroje inwestorów na warszawskiej giełdzie. Na zamknięciu całodziennej sesji, WIG20 spadł o 2,3 proc., a indeks WIG-Banki, stracił ponad 3 procent. A ile strat ponieśli pojedynczy inwestorzy?

    Na briefingu w Sejmie, wiceszefowi PiS Szydło powiedziała, że podatek bankowy ma być jednym ze źródeł środków przeznaczonych na realizację trzech priorytetowych projektów PiS: pomocy dla rodzin 500 zł na dziecko, podwyższenia kwoty wolnej od podatku i obniżenia wieku emerytalnego do stanu poprzedniego.

    Zastępca prezesa PiS i kandydatka PiS na premiera, zaznaczyła w Sejmie, że jej partia wyszła z propozycją wprowadzenia podatku bankowego już w czasie, gdy - jak mówiła - PO "obciążyła Polaków", podwyższając podatek VAT. "Proponowaliśmy wówczas, by zamiast podwyżki VAT-u wprowadzić podatek bankowy" - podkreśliła Szydło. "Banki są dzisiaj w Polsce instytucjami, które mają niezwykle uprzywilejowaną pozycję.

    "Banki osiągają bardzo wysokie zyski" – mówiła kandydatka na premiera. Podkreśliła, że w 2014 roku banki osiągnęły ponad 16 mld zł zysku. "Od 2010 roku te wzrosty są bardzo wysokie. W apogeum kryzysu, kiedy wszystkie instytucje narzekały na to, że mają problemy finansowe, banki praktycznie, co roku uzyskiwały zyski powyżej 15 mld zł" - akcentowała wiceprezes PiS. "Proponujemy, żeby tym zyskiem banki się podzieliły ze społeczeństwem" – dodała Beata Szydło.

    Banki obciążą klientów? "Nie obawiam się tego"

    Zaznaczyła, że w Polsce są bardzo drogie kredyty, a Polacy muszą płacić za usługi bankowe, jedne z najwyższych opłat. "To wszystko powoduje, że równowaga między klientem, a bankiem jest mocno zachwiana" – oceniła Szydło. A jeśli banki przerzucą koszty na klientów? "Nie obawiam się tego."

    Pytana, czy zmiany nie spowodują przerzucania kosztów na klientów, odpowiedziała: "Jest konkurencja, więc nie obawiamy się tego". Dodała przy tym, iż jest też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). "Banki, konkurując między sobą nie dopuszczą, żeby to było przerzucone na klientów. To jest bardziej narracja ze strony lobby bankowego" - stwierdziła w tonie obojętnym Szydło. Podkreśliła także, iż podatek bankowy obowiązuje w wielu państwach.

    Priorytety swego partyjnego programu, Beata Szydło przedstawiła w sobotę 4 lipca na konwencji PiS w Katowicach. Są w nim m.in. program rodzinny 500 zł na każde drugie i kolejne dziecko; podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł; i obniżenie wieku emerytalnego. Priorytetowe projekty PiS mają - jak mówiła - kosztować 39 miliardów zł. Wiceszefowi PiS Szydło dowodziła, że osiągnie się to przy dodatkowych wpływach z VAT, uszczelnieniu systemu podatkowego, opodatkowaniu hipermarketów oraz banków, co także zakłada program PiS, można uzyskać 73 miliardy zł.

    GPW odnotowała mocne spadki banków

    Zapowiedzi sobotnie Beaty Szydło, wzmocnione we wtorek w Sejmie, popsuły nastroje giełdowych inwestorów, które i tak są dość kiepskie w związku z sytuacją z Grecją. Na zamknięciu sesji GPW, główny indeks naszego parkietu WIG20, zniżkował o ponad 2,3 proc. w stosunku do wczorajszego zamknięcia i miał wartość 2218,64 pkt. Z kolei indeks WIG Banki stracił aż 3,2 procent.

    Najwięcej, bo blisko 9,5 proc. straciły papiery Getin Noble Banku - za jeden papier płacono 1,14 zł. O 5,1 proc. zniżkowały walory BZ WBK (307,85 zł). ING i mBank potaniały o ponad 4 proc. - kosztowały odpowiednio 120 zł i 383 zł.

    Publicysta Jacek Żakowski czyta partyjne programy i załamany apeluje: "Politycy, zacznijcie traktować nas poważnie. Nie jesteśmy idiotami." Nie musi czytać programu antysystemowego Kukiza, bo on takiego nie ma, a program PiS niby jest, gdyż na konwencji katowickiej był prezentowany przez kandydatkę na premiera Beatę Szydło. I od soboty nie cichnie o nim burza z piorunami w opiniach komentatorów i ekspertów.
    Źródło: wyborcza.biz.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - wiceprezes PiS Beata Szydło.
    Foto: wiadomosci.onet.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    #stan #architektura #zielen #mediolan Projekt Zielonej Architektury z Mediolanu

    "Braku wyobraźni nie zastąpi doskonała technika" - twierdził Mieczysław Jastrun. Architekt, bez wyobraźni i polotu, nie ma szans zbudować projektu na miarę marzeń.

    Architekci poszukują wciąż nowych rozwiązań w dziedzinie konstrukcji budynków mieszkalnych i dodatków uzupełniających architekturę, opartych na nowoczesnych i przyszłościowych pomysłach. W Mediolanie kilka lat temu powstał projekt Zielonej Architektury - nowatorskiej inwestycji Bosco Verticale - zaprojektowanej z myślą o tym, aby w bogatym mieście mody i kultury, utworzyć pierwszy na świecie pionowy las. W ten też sposób powstał nowatorski projekt budownictwa ekologicznego.

    Bosco Verticale i siedziba UniCredit

    Udało się, choć wielu patrzyło bardzo sceptycznie, zarówno na temat samego projektu, jak i możliwości poprawnego funkcjonowania takiej konstrukcji. Chodziło o to, aby na dachach budynków rosły drzewa i inne rośliny. Architekci Boeri Studio, od początku twardo trwali przy swoim przeświadczeniu, że pomysł jest czymś więcej, niż tylko mrzonką czy wymyślną imaginacją. Dzięki ich wytrwałości w dążeniu do celu, Pionowy Las stał się wzorem dla zrównoważonego budownictwa nie tylko we włoskim mieście mody, lecz także budownictwa mieszkaniowego, na świecie.

    Wkrótce pomysł przyjął formę realizacji - inwestycja ruszyła z miejsca. Inwestycję Bosco Verticale (Vertical Forest) wykonano w miarę szybko, w ramach projektu rewitalizacji historycznej części Mediolanu. Kilka wieżowców mieszkalnych usytuowano w dzielnicy Porta Nuova, pomiędzy ulicami Gaetano de Castillia i Federico Confalonieri, w pobliżu stacji metra Milano – Porta Garibaldi. W sąsiedztwie postawiono również niedawno budynek "UniCredit" projektu Pelli Clarke Pelli Architects.

    Dziś w kompleksie Bosco Verticale stoi 113 apartamentów z Pionowym Lasem, które oferują rozległy i ciekawy widok na miasto. "Pionowy Las" zawdzięcza swoją nazwę, niemal 9 tysiącom metrów kwadratowych tarasów, na których posadzono, specjalnie wyselekcjonowane przez botaników drzewa i mnóstwo innych roślin, aktywnie redukujących miejski smog. Przy okazji trzeba pamiętać, że Mediolan należy do silnie - najbardziej zanieczyszczonych miast świata. Vertical Forest niweluje, choć jedynie w pewnym stopniu, szkody wyrządzone środowisku przez intensywny proces urbanizacji.

    Doskonały trend dla ekoentuzjastów

    Budownictwo ekologiczne (inaczej zwane zrównoważone) to koncepcja wyznaczania standardów, opartych na rozwiązaniach i materiałach możliwie najmniej szkodliwych dla środowiska, a także na zmniejszaniu poboru energii, i zazielenianiu budynków i terenów, które do nich przylegają. W praktyce przejawia się, w bardzo oszczędnym gospodarowaniu surowcami w całym cyklu życia budynku – począwszy od projektu, poprzez prace konstrukcyjne, konserwatorskie i modernizacyjne - aż do jego rozbiórki.

    W ocenie ekspertów, budownictwo Bosco Verticale spełnia wszystkie wymogi, tak określonej definicji. To projekt zalesiania metropolii, który przyczynia się realnie do regeneracji środowiska, bez konieczności poszerzania terytoriów miast. Wertykalny Las pomaga doskonale kontrolować i ograniczać ekspansję miasta.

    Każdy wieżowiec z lasem, stanowi odpowiednik obszaru budownictwa jednorodzinnego, które na peryferiach miasta, wydarłoby naturze powierzchnię około 50 tys. m2. W ramach gospodarności i oszczędności terenu, główne trakty i parkingi, umieszczono pomysłowo pod ziemią, dzięki czemu wokół budynków pozostało sporo miejsca dla ścieżek rowerowych, zieleńców i klombów.

    Siły architektury i natury zjednoczone

    Po ukończeniu konstrukcji brył, jeden z budynków posłużył europejskiej stolicy mody i kultury, jako tymczasowa galeria sztuki. Otwarty dla publiczności, gościł jedną z wystaw Milan Fashion Week. Montaż fasad i sadzenie roślin w Mediolanie rozpoczęto w czerwcu 2012 roku. Apartamentowce oddano do użytku w październiku 2014 r. Projekt przed realizacją nasadzeń roślin testowano w tunelu aerodynamicznym, aby zdobyć pewność, że silniejsze porywy wiatru nie powywracają na dachach drzew.

    Botanicy i ogrodnicy, w konsultacji z inżynierami, starali się o to, aby struktura budynku zdolna była udźwignąć cały ciężar lasu. Z tych też przyczyn betonowe podstawy balkonów, o grubości 28 cm, wzmocniono konstrukcjami stalowymi. Teraz już wiadomo, że okrywa roślinna bardzo korzystnie wpływa na regulację temperatury wewnątrz budynku (zimą i latem) i istotnie obniża poziom hałasu. Cztery geotermiczne pompy ciepła, wraz z zintegrowanym systemem solarnym i fotowoltaicznym, zapewniają samowystarczalność energetyczną kompleksu.

    Międzynarodowe jury prestiżowego konkursu budowlanego, "International Highrise Award" (Międzynarodowa Nagroda Budownictwa Wysokościowego), co dwa lata przyznaje tę nagrodę najbardziej innowacyjnym i estetycznym wysokościowcom, na świecie. W listopadzie 2014 roku, kapituła konkursu wybrała na zwycięzcę projekt "il Bosco Verticale" (Pionowy Las /Vertical Forest).

    Nagrodzone wieże Bosco Verticale

    W ostatniej edycji międzynarodowego konkursu architektonicznego, jury poddało swojej ocenie ponad 800 wieżowców wzniesionych na całym świecie, w okresie 2 lat. Pozostawiono w gronie nominowanych, 26 kompleksów rezydencjalnych z 17 krajów. Spośród nich, we wrześniu 2014 roku, w ścisłym finale pozostało już tylko 5.

    Oprócz mediolańskiego "Pionowego Lasu", znalazły się tam również inwestycje "De Rotterdam" z … Rotterdamu / Holandia (wys. 151.3 m), zrealizowana przez Office for Metropolitan Architecture (OMA) w Rotterdamie; "One Central Park" – Sydney, Australia (64.5 m i 116 m) autorstwa Ateliers Jean Nouvel of Paris; "Renaissance Barcelona Fira Hotel" – Barcelona, Hiszpania (105 m), także opracowana przez Ateliers Jean Nouvel of Paris oraz "Sliced Porosity Block" – Chengdu, Chiny (123 m) sygnowana przez Steven Holl Architects of New York.

    Bioróżnorodność miejska Vertical Forest

    W ocenie znawców, zielona architektura Vertical Forest, znakomicie podnosi poziom bioróżnorodności. Promuje tworzenie się miejskich ekosystemów, w których różne typy roślin tworzą oddzielne, w istocie współpracujące w ramach sieci, pionowe siedliska. Zapewniają one miejsce przebywania i rozmnażania rozmaitym ptakom i owadom.

    Według botaników, szacowany potencjał początkowy kompleksu, daje schronienie dla 1600 okazów ptaków i motyli. To niebagatelny czynnik wzrostu miejskiej flory i fauny. Ta różnorodność roślin, ptaków i owadów umożliwia z kolei powstanie korzystnego mikroklimatu, który zapewnia wilgotność, chroni przed promieniowaniem i hałasem oraz filtruje drobiny zanieczyszczeń, unoszące się w miejskiej atmosferze. Zielona architektura Vertical Forest przemienia rocznie około 20 ton CO2 w czysty tlen.
    Źródło: homesquare.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Zielona Architektura z Mediolanu. Budynki Bosco Verticale i siedziba UniCredit. Foto: homesquare.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #polak #statystyka #bankructwo Statystyka zatrważa. Masowe bankructwa Polaków

    Nie można przyjąć założenia, że wszyscy rodzimy się szaleni, dlatego - jak to ktoś mówił - niektórzy już tacy pozostają, więc biorą celowo kredyty i świadomie się zadłużają.

    Zmiana przepisów w ułatwieniu bankructwa sprzyja masowym bankructwom Polaków. W tym roku coraz więcej osób zaczyna ogłaszać niewypłacalność. Tylko w czasie pierwszych sześciu miesięcy bieżącego roku, zbankrutowało dużo więcej osób, niż w okresie minionych czterech lat.

    W pierwszej połowie 2015 roku zbankrutowało 601 osób - podaje dziennik.pl, powołując się na "Puls Biznesu". Według mediów, chodzi o upadłość konsumencką, którą orzekają sądy. W minionym pół roku było ich 24 razy więcej niż w ostatnich czterech latach.

    Zjawisko – zdaniem obserwatorów - z miesiąca na miesiąc gwałtownie przybiera na sile. Od początku 2015 roku obowiązują przepisy, które znacznie bardziej niż wcześniej, ułatwiają formalnie uzyskanie statusu bankruta. Nowe, liberalne przepisy powodują, że coraz więcej indywidualnych dłużników, podejmuje decyzję o ucieczce przed wierzycielami, w niewypłacalność.

    Fakty i liczby nie kłamią. Zjawisko brzmi dramatycznie. Blisko 2,3 mln Polaków figuruje na liście dłużników. Kwota zadłużenia sięga około 40 mld złotych. Chodzi o zadłużenie w bankach, za czynsz mieszkaniowy, za energię elektryczną, wodę, gaz, itp. Wprawdzie liczba dłużników w poszczególnych latach waha się, bo każdego roku część ubywa, ale jednak w ich miejsce są nowi. Dotyczy to dłużników indywidualnych i firm.

    Jednak Monitor Sądowy i Gospodarczy publikuje w ostatnim czasie codziennie informacje o postępowaniu upadłościowym. Z ich analizy wynika niezbicie, że na liście upadłości firm tylko w 2015 roku do 30 czerwca włącznie, ukazało się 2927 takich informacji, z których 406 to ogłoszenia o upadłości firm, 601 to ogłoszenia dotyczące upadłości konsumenckiej. W 2014 r. takich ogłoszeń było 4532, w tym 807 to ogłoszenia upadłości. W 2013 r. takich ogłoszeń było 4435, w tym 888 to ogłoszenia upadłości firm.

    Zestawienie ogłoszeń z Monitora Sądowego i Gospodarczego o upadłości firm w 2015 r.: styczeń - 61 upadłości firm oraz 2 upadłości konsumenckie;
    luty - 62 upadłości firm oraz 25 upadłości konsumenckich;
    marzec - 84 upadłości firm oraz 58 upadłości konsumenckich;
    kwiecień - 61 upadłości firm oraz 119 upadłości konsumenckich;
    maj - 76 upadłości firm oraz 157 upadłości konsumenckich;
    czerwiec - 61 upadłości firm oraz 240 upadłości konsumenckich.

    Dla porównania, liczba upadłości firm w 2014 roku: styczeń – 60, luty – 65, marzec – 63, kwiecień – 62, maj – 78, czerwiec – 74, lipiec – 81, sierpień – 61, wrzesień – 71, październik – 82, listopad – 49, grudzień – 61.

    Zjawisko ogromnego zadłużenia Polaków oraz masowego ogłaszania w tym roku bankructwa i niewypłacalności, musi budzić zainteresowanie władz państwa. Państwo, z mocy konstytucji RP, powołane jest m.in. do zapewnienia gwarancji bezpieczeństwa i ochrony obywateli, bezpieczeństwa i ochrony pod każdym względem, z wyłączeniem – oczywiście – świadomego zadłużania się w bankach.
    Źródło: dziennik.pl i coig.com.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - młotek sędziowski. Foto: pixabay.com
    pokaż całość

  •  

    #stan #plaza #jastarnia #wakacje Lato w Jastarni na Półwyspie Helskim

    Wakacje to radość, zabawa i miłe uczynki innym. Każdy, kto szuka wytchnienia i swobodnego wypoczynku nad naszym morzem, ma szanse odwiedzić urokliwą, ustronną, spokojną, atrakcyjną Jastarnię, na Półwyspie Helskim.

    Na plaży Jastarni na Półwyspie Helskim, w tych dniach słońce praży niemiłosiernie, podobnie jak w całej Polsce. Plażowiczów nie brakuje, letnich rozrywek na wodzie i lądzie, także. Portal augustyna.pl informuje: Słońce, poranna rosa na maskach samochodów, błękit nieba, brak wiatru, silny upał od samego rana i tłumy na plażach - tak jest i tak będzie dziś i jutro - typowy lipcowy dzień plażowy.

    Do Jastarni, tak jak do Świnoujścia, Szczecinka, Kołobrzegu czy Darłowa, dociera w podróży po polskim Wybrzeżu, wakacyjna Telewizja TVN z programem rozrywkowym, pod hasłem "Projekt Plaża".

    Jastarnia to gmina miejska w powiecie puckim. Ponad 36 proc. jej terenu zajmują użytki leśne. W składzie miasta są także: Kuźnica i Jurata oraz osiedle mieszkaniowe Syberia. Miasto przyciąga plażowiczów i wczasowiczów krajowych i zagranicznych, pięknymi, czystymi plażami, zdrowym morskim klimatem i powietrzem przesączonym jodem, jak również bakteriobójczymi fitoncydami lasu. Oferuje też turystom mnóstwo atrakcji rozrywkowych i niezwykłą kulturę, która sprawia, że jest to miejsce szczególne.

    Marka Jastarni, razem z Kuźnicą i Juratą, tworzy na Półwyspie Helskim swego rodzaju "małe trójmiasto" z centrum tutejszej gminy. Z portem rybackim i morzem, wiąże się wiele tradycji miejscowej ludności kaszubskiej, słynnej z gościnności. Warto poznać tę osobliwą kulturę z bogatą historią i zobaczyć zabytki, takie jak: Chata Rybacka z 1881 roku, kościół neobarokowy oraz kaplicę św. Rozalii, prywatne Muzeum Pod Strzechą, a w salach Bosmanatu portu - unikatowe elementy sprzętu rybackiego sprzed lat.

    Są też zabytkowe budynki, m.in. około 90-letnie domy modernistyczne, Ośrodek Morski z 1930 r. oraz latarnia morska i lądowisko helikopterów, a także zabytki z nowszej historii i czterogwiazdkowy hotel spa "Dom Zdrojowy".

    Tu w Jastarni, podczas II wojny światowej, był Ośrodek Oporu "Jastarnia", na jego terenie jest dziś Skansen Fortyfikacji. Ośrodek "Jastarnia", razem z zaporą minową z 1939 r., pozostałościami niemieckiego poligonu torpedowego, miejscem zatopienia trałowców w porcie i baterią przeciwlotniczą, tworzy specjalnie oznakowany Szlak Historii Militarnej.

    Jastarnia oferuje także doskonałe warunki miłośnikom sportów, nie tylko wodnych, takie jak kitesurfing czy windsurfing, ale przede wszystkim możliwości zwiedzania ciekawych okolic. Można odbywać wycieczki po wyznaczonych ścieżkach przyrodniczo-rowerowych, które eksponują miejsca o szczególnych walorach przyrodniczych, jak również najlepsze punkty do obserwacji ornitologicznych.

    Jastarnia, licząca około 4 tys. mieszkańców, to przede wszystkim kurort nadmorski z sześcioma kąpieliskami morskimi, do których prowadzą ulice miasta. Jest też tu port morski i pięć przystani morskich. To również miejscowość turystyczna i uzdrowiskowa. W latach 1974–2005, rządy uznały warunki miejscowe jako uzdrowiskowe, dzięki czemu mogły być prowadzone tutaj zakłady lecznictwa sanatoryjnego.

    Zobacz - Jastarnia plaża - https://www.youtube.com/watch?v=G8owkb4rMFA

    Plaże Jastarni rozciągają się zarówno nad brzegami Bałtyku jak i nad Zatoką Pucką. Te od strony morza są szersze i przez to – zdaniem części gości - ciekawsze. Aby do nich dotrzeć należy przejść z miasta przez sosnowy las. To oczywiście nieduża odległość.

    Na strzeżone fragmenty plaż prowadzą zejścia od ulic: Zdrojowej, Nadmorskiej, Ogrodowej i Leśnej. Dla wczasowiczów z psami i kotami udostępniono sektor plaży położony pomiędzy Jastarnią i Juratą (zejście nr 55). Plaże od strony zatoki - węższe, ale o świetnym wyposażeniu wielu szkół i wypożyczalni sprzętu windsurfingowego.
    Źródło: targiturystyczneonline.pl i augustyna.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Jastarnia plaża. Foto: youtube.com.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #polityka #obietnica #pis #szydlo Czy PiS może zrealizować obietnice?

    PO trzydniowym zjeździe PiS pozostał kurz i dym, a obietnice rzucone dla Polski, stały się przedmiotem analiz i krytyki, jako nierealne, bo niedoszacowane, czy – zdaniem niektórych – rozjechane z rzeczywistością.

    Beata Szydło nieźle błyszczała na 3-dniowym zjeździe delegatów PiS i zjednoczonej prawicy. Przemawiając do swoich językiem kandydatki na premiera, co jakiś czas wznosiła rękę w górę, w charakterze jednostronnej zwyciężczyni politycznej - w swojej partii, i sondażowej - w konkurencji z prezesem. Opowiadała i bajała 70 minut o programie rządu PiS, który ma zamiar realizować na wypadek, gdy jesienią partia odniesie miażdżące zwycięstwo. A jeśli nie – będzie źle. Kto z PiS rządzić zechce?

    Wydatki niedoszacowane a wpływy przeszacowane

    Publicyści i komentatorzy, na ogół ostro komentują wystąpienie Beaty Szydło na katowickiej konwencji programowej PiS. Zdaniem Dominiki Wielowieyskiej, to jedna z wielkich porażek naszej wolnej Polski, naszej demokracji, że kandydatka największej opozycyjnej partii opowiada rzeczy tak kompletnie "oderwane od rzeczywistości i robi idiotów z ludzi". "Przerażające, że taki polityk nie wstydzi się opowiadania bredni" – powiedziała w programie TOK FM.

    Według wyliczeń mediów, dane PiS oparte na wielomiesięcznych wyliczeniach ekspertów, że propozycje finansowe programu partii dla Polski, będą kosztować 39 miliardów złotych, są zaniżone. Wydatki mogą jednak wynieść aż 53 miliardy złotych. Z kolei wpływy, uzyskane po reformach, które zapowiada partia przyniosą nie 73 miliardy złotych, a jedynie 37 mld zł. To nic wielkiego – czeski błąd przecież.

    Parząc bliżej na wyliczenia pisowskich ekspertów trudno nie zauważyć pomyłek i błędów w dość prostych rachunkach. Widać w nich, jak partyjni eksperci mocno zaniżają wydatki i zawyżają wpływy budżetowe, po ewentualnie wprowadzonych zmianach, czyli zapowiadanych reformach. Ponadto trzeba pamiętać, że wiele z proponowanych rozwiązań gospodarczych, przyniesie zysk – owszem - po latach.

    Po analizie głównych propozycji programowych PiS, "DGP" oblicza wyniki i stwierdza, że wydatki są niedoszacowane, a wpływy budżetowe przeszacowane. Eksperci PiS obliczyli wydatki na 39 mld zł. "DGP" szacuje je na 53 mld zł – różnica 14 mld. Wpływy można zwiększyć o około 34,5–37 mld zł, nie zaś o 73 mld zł; różnica 30 mld zł…

    Patrząc z bliska na wpływy

    Wyliczenia partyjnych ekspertów PiS są kontrowersyjne w istotnych punktach dotyczących źródeł finansowania najważniejszych propozycji zmian. Z szacunkowych wyliczeń "DGP" – podaje portal dziennik.pl - wynika, że partia prezesa Kaczyńskiego może liczyć na dużo mniej, niż chciałaby tego – jak mówiła na konwencji - kandydatka na premiera Beata Szydło. A znacząca część wspomnianych dochodów, wymaga systemowych zmian, zatem nie byłaby do wzięcia od ręki.

    Na przykład zawyżona prognoza obliczeń dotyczy m.in. tego, że z kwoty 39 mld zł, jaka ma trafić do podatników dzięki proponowanym zmianom, 9 mld zł wróci do budżetu w postaci VAT. Eksperci PiS od ekonomii założyli z optymizmem, że Polacy po otrzymaniu 39 mld zł w formie dodatków rodzinnych, wyższej kwoty wolnej w PIT i wcześniejszych emerytur, będą kupowali wyłącznie towary z najwyższą stawką podatku VAT 23 proc.

    Pomijając fakt, że Szydło zapowiedziała obniżenie tej stawki do 22 proc., to rzetelne wyliczenia powinny uwzględniać strukturę konsumpcji: w jednej czwartej budżety domowe są przeznaczane na zakup żywności opodatkowanej 8-procentową stawką. Uwzględniając tylko to, bez założenia, że przynajmniej część kwoty zostałaby zaoszczędzona, wpływy z VAT wyniosłyby 7,5 mld zł – pisze dziennik.pl.

    Walka z unikaniem opodatkowania

    Istnieje problem z weryfikacją kwoty 4 mld zł, pochodzącej z walki z unikania płacenia podatku poprzez transfer zysków do rajów podatkowych oraz 52 mld zł, z uszczelnienia systemu podatkowego. W tym drugim przypadku chodzi o zmniejszenie tzw. luki w VAT. Ta kwota, która powinna trafiać do budżetu państwa (zależna od wielkości konsumpcji), nie trafia; luka w Polsce jest ogromna.

    PiS szacuje tę kwotę na 50 mld zł. Tymczasem firma doradcza PwC wyliczyła ją w 2014 roku na około 42 mld zł, czyli niemal 2,5 proc. PKB, czyli blisko tyle, ile tegoroczny deficyt budżetowy. Zupełnie podobne szacunki jak PWC są z Brukseli. W ocenie Komisji Europejskiej, do polskiego budżetu, nie trafia nawet czwarta część należnego mu podatku. W 2012 roku była to równowartość 9,3 mld euro to jest około 40 mld zł.

    Całkowite zmniejszenie jej do poziomu średniej unijnej, czyli do poziomu 16 proc. VAT należnego, PiS mogłoby uzyskać około 15 mld zł. To zależy w dużym stopniu od metod walki z wyłudzeniami, jakie przyjąłby rząd. Według specjalisty z firmy PwC najbardziej skuteczna byłaby zmiana metody rozliczania podatku, polegająca na wprowadzeniu tzw. podzielonej płatności. Problem w tym, że takich zmian nie da się wprowadzić w krótkim czasie, a walka z oszustami podatkowymi może przynieść efekty po kilku latach.

    Szybsze wpływy do budżetu byłyby z podatków zapowiadanych przez PiS, po pierwsze od aktywów banków, co ma dać budżetowi 5 mld zł. Ale tu wyliczenia PiS są zbyt ostrożne, gdyż przy obecnym poziomie aktywów banków - kwota powinna być o miliard złotych większa. Przy starannym liczeniu danina bankowa mogłaby zapewnić nawet 7 mld zł rocznie. Najmniej kontrowersji wzbudzają szacunkowe 3 mld zł z dochodów z podatków od supermarketów, jak proponuje PiS; są zgodne z wyliczeniem handlowców.

    Kwota wolna od podatku: 8 tys. zł

    Gdyby ta propozycja weszła w życie, to w kieszeni każdego podatnika zostanie dodatkowo 894 zł i tyle właśnie mniej trafi do fiskusa. Dwa lata temu, podatników PIT, którzy mogli skorzystać z kwoty wolnej, było przeszło 23 miliony. Gdyby każdy z tej liczby skorzystał z podwyższonej kwoty wolnej, dałoby to ponad 21 mld zł, czyli 14 mld zł więcej, niż proponuje PiS.

    Jak wynika z wyliczeń mediów, 7 mld zł wskazane przez PiS, to efekt kwoty wolnej od podatku przyjęty tylko dla emerytów i rencistów. To oczywisty błąd. Trzeba tu zwrócić uwagę, że koszt rozłożyłby się zarówno na budżet, jak i samorządy, bowiem do nich trafia połowa tego podatku, zatem ubytek dla budżetu państwa wyniósłby ok. 10 mld.

    Zasiłek 500 zł na dziecko miesięcznie

    Kandydatka na premiera Beata Szydło, powiedziała w sobotę na konwencji PiS, o zasiłku na drugie i kolejne dziecko, co ma dotyczyć 51 proc. rodzin, więc wydatki powinny wynieść 22 mld zł. Uściślamy, gdy chodzi o drugie i kolejne dzieci w rodzinach to 3,7 mln dzieci i zasiłki dla nich wyniosłyby ponad 22 mld zł. Ponieważ w minionym czasie propozycja ta miała dwa warianty – także jako 500 zł na każde dziecko w najbiedniejszej rodzinie – niezależni eksperci policzyli i ten wariant.

    Przeciętnie budżet wypłaca niepełne 2,2 mln świadczeń rodzinnych miesięcznie. A więc można tyle dzieci uznać za najbiedniejsze. Koszt wypłaty na nich zasiłków byłby niższy i wyniósłby 13,2 mld zł. Gdyby jednak połączyć obie propozycje, wyjdzie niepełne 30 mld zł. Ostatecznie to mniej niż prosta suma obu, bo liczba adresatów pierwszej propozycji, powiększa się o jedynaków i pierwsze dzieci w najbiedniejszych rodzinach – wychodzi ogółem nieco ponad 1,2 mln dzieci.

    Powrót do pierwotnego wieku emerytalnego

    PiS szacuje operację tę na 10 mld zł rocznie. To korzyści budżetowe z wydłużonego wieku emerytalnego w 2016 roku. Zważywszy, że pewne zyski związane z tym, budżet już ma, bo co najmniej trzy roczniki emerytów przeszły już później na emeryturę – to około 8 mld zł - skutki zmian kumulują się i są tym większe, im bardziej wydłuża się wiek emerytalny. Ale jakie będą koszty zmian PiS, zależy od tego, kiedy wejdą w życie.

    Jeśli nastąpi to od 1 stycznia 2016 r., to koszty do końca kadencji w 2019 roku, wyniosą 43 mld zł. A jeśli od 2017 r., będzie to 38 mld zł, czyli 10 mld zł rocznie. Natomiast odwrócenie wieku emerytalnego, czyli powrót do pierwotnego, oznacza utratę dużych korzyści w kolejnej dekadzie, gdy dochodziłyby one do ponad 100 mld zł rocznie.
    Źródło: wiadomosci.dziennik.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Beata Szydło na konwencji PiS w Katowicach: trzeba wspierać polskie firmy. Foto: tvp.info.google.com.
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    #stan #polityka #sondaz #szydlo Polacy wolą Szydło niż prezesa PiS

    Prezes PiS Kaczyński ma szanse chodzić teraz w pełni smutku, nawet żałoby, biorąc pod uwagę wyniki sondaży jego osoby.

    Jarosław Kaczyński, pomysłodawca człowieka z bliżej nieznanych zakamarków polityki PiS, dziś prezydenta-elekta Andrzeja Dudy, cieszył się tak bardzo sam ze sobą z jego sukcesu, że w nocy spać nie mógł, więc kładł się do snu rano. Potem zaczął się znowu cieszyć niesamowicie, gdy samotne polityka życie, znalazło powód niebywały: Beata Szydło kandydatem na premiera - był to ruch nad wyraz trafny, udany, śmiały.

    Teraz nadchodzą dla szefa PiS dni marne, mroczne, czarne. Prezes Kaczyński ma szanse chodzić w pełni smutku, nawet żałoby, biorąc pod uwagę wyniki sondaży jego osoby. Jak się okazuje, gdyby Prawo i Sprawiedliwość wygrało tegoroczne jesienne wybory do parlamentu polskiego, Polacy widzieliby chętniej na stanowisku premiera, Beatę Szydło, niż Jarosława Kaczyńskiego - wykazuje sondaż pracowni TNS Polska, przeprowadzony na zlecenie "Wiadomości" TVP1.

    Na pytanie sondażu: "Czy Beata Szydło jest Pana(i) zdaniem, lepszym kandydatem na premiera, niż Jarosław Kaczyński?" - twierdzącą odpowiedź dało 58 procent osób ankietowanych. Przeciwne zdanie miało 16 proc. osób pytanych, natomiast 26 proc. oceniło, że nie ma w tej kwestii wyrobionej opinii.

    Jak widać ze statystyki, aż trzy czwarte (75 proc.) zdeklarowanych wyborców PiS i zjednoczonej prawicy jest przekonanych, że Beata Szydło byłaby lepszym premierem, niż prezes Kaczyński. Przeciwnego zdania jest 10 proc., a 15 proc. dało odpowiedź "trudno powiedzieć". W odniesieniu do osób popierających PO, te proporcje to 60–18–22 proc., zaś wśród popierających Pawła Kukiza, kształtują się one: 76–11–13 procent.
    Źródło: wiadomosci.dziennik.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - prezes PiS Jarosław Kaczyński. Foto: joemonster.org.google.com.
    pokaż całość

    +: Cronox
  •  

    #stan #polityka #szydlo #program #polska Beata Szydło przedstawiła program dla Polski

    Trzydniowe zjazd PiS w Katowicach, przyniósł niewiele nowego, choć – według organizatorów – wiele dobrego i nowego, przede wszystkim dla Polski. Dały nadzieję, że pod rządami PiS, ludziom będzie żyło się lepiej, bezpieczniej, taniej, dostatniej.

    Z ogromnym zainteresowaniem czekaliśmy na wystąpienie kandydatki PiS na premiera Beaty Szydło na 3-dniowej konwencji wyborczej w Katowicach. Wreszcie drugiego dnia obrad delegatów partii Kaczyńskiego, kandydatka przemówiła, odsłaniając tajniki swojego – pisowskiego – programu rządzenia, gdyby partia prezesa jesienią wygrała wybory. Wpierw jednak całkiem znienacka – tak od niechcenia – były kandydat na premiera i prezydenta RP, profesor Piotr Gliński, wyjawił narodowi, czy tego chce czy nie, że gdy PiS dojdzie do władzy, będzie budować IV RP.

    Szydło przedstawiła budżet "nie spinającym się"

    Ponura jak nocna chmura kandydatka, przez 70 bitych minut przemawiała, wyliczała, opowiadała i zapewniała, że idzie dobro dla Polski. Gdy PiS chwyci stery rządzenia, będzie ono ścielić się wszystkim u stóp z dostatkiem - w pracy, w domu, firmach - przez niższe podatki, a w rodzinach - przez 500 zł na dziecko, dodatki. Starzy i młodzi będą radzi i pełni szczęścia, gdyż dostaną w prezencie od pani premier, krótszy wiek pracy i lepsze emerytury, i w nadmiarze dostatku, otrzymają wyższą kwotę wolną od podatku.

    Premier Ewa Kopacz, słysząc te i wiele innych szczytnych zapowiedzi, przyjęła je z krytycznym spojrzeniem. Bo założenia programowe PiS, koszty i źródła finansowania głównych obietnic, szokują. Według premier Kopacz, jeśli budżet konstruowany przez opozycję będzie miał taki kształt, jak zaprezentowała Beata Szydło, będzie budżetem "nie spinającym się".

    Liczby Szydło zaniżone o kilkadziesiąt procent

    Jak wyliczyła wiceprezes PiS Beata Szydło, zapowiedziany program 500 złotych na dziecko, podniesienie kwoty wolnej od podatku i powrót do wieku emerytalnego 60/65, będą razem mieściły się w kosztach 39 miliardów złotych. Premier Ewa Kopacz podkreśla, że to nierealne kalkulacje, i zaznacza – nie chcemy mieć Grecji w Polsce.

    Dosadnie i kpiarsko traktuje zapowiedzi Beaty Szydło, była minister w rządzie PO, Joanna Mucha. Jak mówi - bardzo ciekawe są wyliczenia kandydatki na premiera Beaty Szydło. Można się było ubawić - powiedziała Joanna Mucha w Radiu ZET, komentując katowicką konwencję Prawa i Sprawiedliwości. Przedstawiła na antenie wyliczenia, w których liczby zaprezentowane przez Beatę Szydło, były zaniżone o kilkadziesiąt procent. Poseł PiS Jacek Sasin nie miał na to żadnej odpowiedzi.

    "To rachunek prosty jak konstrukcja cepa"

    Posłanka Platformy Obywatelskiej Joanna Mucha - doktor ekonomii - w programie Radia ZET liczyła, że dodatek 500 złotych na drugie i kolejne dziecko (w biedniejszych rodzinach, również pierwsze), pochłonie zdecydowanie więcej niż 22 miliardy, o których mówiła w Katowicach Beata Szydło.

    Rachunek jest prosty. W Polsce jest 8 milionów dzieci. Odejmujemy 3 miliony tych bogatszych, pierwszych dzieci. 5 milionów dzieci, razy 500 złotych, razy dwanaście miesięcy, wychodzi 30 mld zł (trzydzieści miliardów). To rachunek tak prosty jak konstrukcja cepa - argumentowała Joanna Mucha. Dodała, że w programie PiS "takich kwiatków jest więcej", ponieważ Szydło mówiła, że z 39 miliardów, które wyda, do budżetu wróci 9 miliardów złotych - w formie podatku VAT.

    - Żeby tak było, VAT musiałby wynosić 23 procent, a PiS proponuje 22 procent. Te osoby, które dostałyby te pieniądze, a chodzi głównie o osoby biedniejsze, wydałyby je na żywność, która obłożona jest ośmioprocentowym podatkiem. Z tych 9 miliardów robi się 2-2,5 miliarda - liczyła posłanka PO, dr Joanna Mucha.

    "To efekt wielomiesięcznej pracy ekspertów"

    Protestował zdecydowanie poseł Jacek Sasin z Prawa i Sprawiedliwości. - Rozumiem, że dla minister Muchy nic się nie da. Te wyliczenia, które przedstawiała wczoraj prezes Szydło, to efekt wielomiesięcznej pracy ekspertów. To nie jest tak, że ktoś sobie na kalkulatorku wyliczył, ile to będzie - powiedział.

    Panie pośle. Pięć milionów razy pięćset, razy dwanaście…? - zapytała Joanna Mucha. – Ale proszę nie przeszkadzać – odpowiedział Sasin. I po chwili dodał, że "oczekuje dziś, że się poważnie odniesie do tych pomysłów".

    Która liczba w tym mnożeniu jest zła?

    - Zaprasza nas pan do poważnej rozmowy, więc niech pan poważnie rozmawia. Proszę powiedzieć, która z tych trzech liczb jest nieprawdziwa? Liczba dzieci w Polsce? Pięćset złotych, o których mówicie? Czy 12 miesięcy? Będziecie mieć sześć miesięcy w roku? – drwił Tomasz Nałęcz, doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego.

    Poseł PiS nie miał na to pytanie żadnej odpowiedzi. – Będziemy rozmawiać. Rozumiem, że państwo są wybitnymi ekspertami od finansów. Wczoraj padły te liczby, zostaną poddane pod dyskusję – mówił. No niech pan odpowie, czy dobrze policzyła pani Mucha, czy nie? – zapytała redaktor Monika Olejnik.

    Nie. Dobrze policzyła pani prezes Szydło, mówiąc, że to będzie koszt 22 miliardów złotych. To jest realna suma, niezależnie od tego, co będą mówić politycy Platformy Obywatelskiej – odpowiedział Jacek Sasin. Pozostali goście Moniki Olejnik w Radiu ZET wybuchli śmiechem.
    Źródła: wiadomosci.dziennik.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Beata Szydło, kandydatka PiS na premiera, prezentuje gospodarcze plany programowe na konwencji PiS w Katowicach. Foto: wgospodarce.pl.google.com.
    pokaż całość

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika stanislaw-cybruch

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.