Strona o historii ukrytej za fasadą mitów i legend, otulonej płaszczem sekretów, skandali i kontrowersji. Opowieści o pasjach, namiętnościach, zbrodniach i zdradach, o ludziach wielkich i małych, znanych i zapomnianych. Razem oddzielmy prawdę od legend i dowiedzmy się, jak to naprawdę było...

  •  

    BENEDYKT IX - PAPIEŻ Z PIEKŁA RODEM

    O ile w średniowieczu dla osoby wpływowej zostanie papieżem nie stanowiło większego problemu, to bycie papieżem kilka razy, nawet dla hierarchów kościoła z tamtej epoki, było czymś niewyobrażalnym. Był jednak człowiek, który papieżem został aż trzy razy. I to nie posiadając nawet kapłańskich święceń!

    Tą osobą był urodzony około 1012 roku w Tusculum (niedaleko Rzymu) Teofilatto di Tusculo. Jego ociec Alberyk III był bratem dwóch papieży – Benedykta VIII i Jana XIX. Nic zatem dziwnego, że zapragnął, aby również jego syn zasiadł na papieskim tronie. Teofilatto jako osoba świecka nie miał najmniejszych szans zostania głową Kościoła, więc Alberyk III wymarzone stanowisko synowi po prostu kupił.

    Pierwszy raz Teofilatto został papieżem 21 października 1032 roku. Jako Benedykt IX niemal od pierwszych chwil zaczął wzbudzać odrazę wśród mieszkańców Rzymu. Trudno było, co prawda, oczekiwać od osoby świeckiej życia w zgodzie z Biblią – jednak cierpliwość wiernych miała swoje granice. Jego rozrzutność i fakt bycia biseksualistą można było jeszcze zaakceptować. Wszak wielu papieży przed nim grzeszyło w podobny sposób. Jednak gdy tylko w Rzymie pojawiła się plotki mówiące, że nowy papież uprawia seks również ze zwierzętami, a pod osłoną nocy lubuje się w licznych morderstwach i torturach obywateli Rzymskich, w mieście zawrzało. Robiono wszystko, by usunąć Benedykta IX.

    Późniejszy papież Wiktor III pisał otwarcie:
    „Benedykt IX popełniał czyny nie do opisania. Siłą panował nad Rzymem, miastem bezprawia, a życie jakie prowadził rozwiązłe było niczym życie paszy. Gwałty i morderstwa, których dokonał jako papież były tak podłe i wstrętne, że nawet teraz przechodzą mnie ciarki, gdy tylko o nich pomyślę”

    Wielu biskupów z najbliższego otoczenia Benedykta IX nazywało okres jego rządów „szczytem moralnego upodlenia”. Zazwyczaj osoby, które miały odwagę krytykować styl rządów papieża bardzo szybko żegnały się ze światem.

    W obawie o własne życie ludzie z otoczenia Ojca Świętego albo milczeli, albo pisali anonimowe świadectwa tego, co dzieje się na Luteranie. Opowiadano o hucznych balach w papieskim komnatach, na których pojawiały się całe rzesze prostytutek. Na specjalne życzenia papieża, sprowadzano mu zarówno młodych chłopców, jak i dziewczęta, które Benedykt brutalnie gwałcił na oczach swojej służby.

    Za nic miał wszelkie świętości. Gardził sprawami boskimi, a o Biblii mówił, że to zbiór największych bzdur, o jakich kiedykolwiek słyszał. Mimo wszystkich swoich grzechów jego pontyfikat trwał aż 12 lat. Cierpliwość Rzymian skończyła się we wrześniu 1044 roku, kiedy Benedykt został siłą wyprowadzony ze swojego pałacu i wywieziony za mury miasta. Tam postanowiono go zabić, jednak życie uratowało mu nieoczekiwane zaćmienie słońca. Zdezorientowani niecodziennym zjawiskiem porywacze nie zauważyli chwili, kiedy Benedykt IX zdołał uciec.

    Rodzina wygnanego papieża miała dobre stosunki z ówczesnym cesarzem rzymskim i królem Niemiec – Konradem II. To właśnie on pomógł byłemu papieżowi powrócić na papieski tron. W pierwszych dniach marca 1045 roku Benedykt IX, wspomagany armią przysłana przez Konrada II krwawo odbił Luteran i wygnał swojego następcę – papieża Sylwestra III. 10 marca ponownie zasiadł na tronie. Wściekłość mieszkańców Rzymu była tak wielka, że Benedykt zrezygnował z udziału w procesjach. Jego osobista armia pilnowała, by żaden wierny nie mógł zbliżyć się do papieża.

    Rodzina Tusculo radziła „swojemu” papieżowi abdykację, w celu uniknięcia linczu. Benedykt nie chciał słyszeć o takim rozwiązaniu. Nie zmienił też swoich upodobań. Wręcz przeciwnie, bale były jeszcze większe, a tortury i morderstwa jeszcze częstsze. Podobno jedną z jego ulubionych nocnych rozrywek były także włamania do prywatnych domostw i dewastowanie ich wnętrz.

    Nagle papież wpadł na zupełnie nowy pomysł. Zapragnął ożenić się z pewną 15-latką, pochodzącą z dobrego domu. Aby tego dokonać postanowił wprowadzić zmiany w kościelnych regułach. Domagał się zniesienia celibatu i wprowadzenia prawa, dającego papieżowi możliwość ożenku. Gdy wszystkie próby nie powiodły się, postanowił porzucić swój urząd. Nie za darmo jednak…

    Zakochany papież szybko znalazł kupca na papieski tron. Najwięcej zapłacił Johannes Gratianus (1000 funtów srebra) i wkrótce po transakcji, 1 maja 1045 roku, został nowym papieżem Grzegorzem VI. Benedykt wciąż jednak tytułował się papieżem, domagając się od Rzymian oddawania mu należnej czci. A gdy z małżeństwa nic nie wyszło, postanowił objąć „tron piotrowy” po raz trzeci. W tym czasie na Luteranie rządził już kolejny papież Klemens II. Benedykt nie chciał czekać cierpliwie na swoją kolej i konkurenta postanowił zamordować. Miesiąc po otruciu Klemensa II, 8 listopada 1047 roku, Benedykt ponownie rozgościł się w papieskich komnatach. Nie na długo jednak, gdyż pół roku później ponownie został zmuszony do ucieczki.

    Biskup i doktor Kościoła Pietro Damiani (1007-1072), doradca Klemensa II (oraz kilku kolejnych papieży) napisał w roku 1051 „Księgę Gomory” („Liber Gomorrhianus”), w której piętnował niegodziwe seksualne praktyki, jakich miał dopuszczać się podczas swoich rządów papież Benedykt IX, wraz ze swoim dworem. Praktyki homoseksualne, zoofilia, współżycie z nieletnimi, wzajemna i samotna masturbacja, gwałty, kopulacją między udami oraz seks analny – tym wszystkim, zdaniem Damianiego, cechowały się grzeszne pontyfikaty jednego z najbardziej okrutnych i rozpustnych papieży w historii Kościoła.

    Benedykt IX po swojej abdykacji osiadł w rodzinnym Tusculum. Do końca swoich dni tytułował się głową Kościoła. Zmarł 9 stycznia 1056 roku w Grottaferrata (blisko Rzymu). Mówiono, że przed śmiercią zrozumiał, jak wielkie grzechy popełnił. Podobno został nawet pokutnikiem. Ty tak było faktycznie? Żadne źródła tego nie potwierdzają…
    pokaż całość

    źródło: Benedict IX.jpg

  •  

    EUSTACHY - MNICH, KTÓRY ZOSTAŁ PIRATEM

    Urodził się w roku 1170 w Boulogne-sur-Mer, we Francji. Jego ojciec, Baldwin Busket, był rycerzem szanowanym w całym hrabstwie. Jako, że Eustachy był drugim dzieckiem, przeznaczony został do stanu duchownego. Po studiach w hiszpańskim Toledo wrócił w rodzinne strony i wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru w Samer. Wbrew woli ojca, nie zapisał się jednak w historii Kościoła, ale w historii piractwa.

    Eustachy przywdziewał habit tak długo, jak długo żył jego ojciec. Po jego śmierci, mnich bez żalu opuścił klasztor. W Boulogne został przyjęty na dwór hrabiego Reginalda de Dammartin, gdzie szybko uzyskał znaczne wpływy, które sprawnie wykorzystywał do pogromu swoich wrogów. Gdy wyszło na jaw, że w wolnych chwilach były mnich okrada swojego hrabiego, Reginald de Dammartin kazał aresztować Eustachego. Nie zdążył, gdyż Eustachy wymknął się z zamku i uciekł. Przez kilka następnych miesięcy ukrywał się w okolicznych lasach, prowadząc życie banity, żyjącego z okradania przejezdnych kupców.

    Z tego okresu pochodzą legendy, przedstawiające Eustachego jako miejscowego Robin Hooda, który okradał bogatych i oddawał biednym. Trudno dziś ustalić, czy opowieści o dobrym sercu Eustachego są prawdziwe. Wiadomo tylko, z razem ze swoją bandą siał w Boulogne terror i zamęt. Hrabia de Dammartin robił wszystko, by schwytać banitę, ale mimo zakrojonych na szeroką skalę pościgów nie udało się schwytać byłego mnicha.

    Kiedy bandycki żywot przestał przynosić zyski, Eustachy popłynął do Anglii i zaproponował swoje usługi królowi Janowi bez Ziemi. Monarcha uczynił Eustachego swoim piratem, zaopatrzył w list kaperski i dał pod rozkazy flotyllę pięciu okrętów. Mnich szybko stał się postrachem mórz. Nazywano go nawet “mistrzem piratów” i „arcypiratem”. Jan bez Ziemi, w uznaniu zasług Eustachego, oddał mu pod komendę kolejne jednostki oraz uczynił dowódcą wyprawy na Wyspy Normandzkie.

    Powodzenie wyprawy zadecydowało o tym, że król uczynił Mnicha swoim wasalem, a zdobyte przez niego ziemie nadał w lenno. Wszystko po to, żeby zapewnić sobie wierność pirata. W tym celu władca przymykał też oczy na jego ciemne sprawki. Gdy angielski król zawarł przymierze z hrabią Boulogne, Eustachy w ramach protestów przeszedł na stronę swoich niedawnych wrogów.

    Wkrótce Eustachy kontrolował prawie cały Kanał La Manche. Nie uznawał niczyjej władzy, a swoje łupieżcze wyprawy prowadził po obu stronach kanału. Był lojalny wyłącznie wobec francuskiego królewicza i następcy tronu Ludwika, który często korzystał z jego eskorty podczas przeprawiania się do Anglii.

    Po porażce Francuzów pod Lincoln, Ludwik powierzył Eustachemu dowództwo nad armadą z Calais, która miała dostarczyć do Anglii wojsko i złoto. 24 sierpnia 1217 roku do bitwy pod Sandwich. Były mnich okazał się nie być wyjątkowo złym dowódcą. Jego statki atakowały Anglików chaotycznie, nie zważając na nieprzychylny wiatr. Pierwszy łupem wrogich okrętów padł idący na czele statek Eustachego. Ten sam los spotkał prawie sześćdziesiąt francuskich okrętów, rozproszonych i zdezorientowanych przez brak rozkazów od dowództwa. Eustachy próbował schować się w ładowni przebrany za marynarza, ale został rozpoznany i ścięty. Zginął prawdopodobnie z ręki młodego angielskiego króla, Henryka III, Głowa Eustachego, zatkniętą na włóczni, pokazywana była później wszystkim innym uczestnikom bitwy…

    Na zdjęciu:
    XIII-wieczna ilustracja, przedstawiająca śmierć Eustachego Mnicha, z ręki Henryka III, w bitwie pod Sandwich w roku 1217.

    #wmrokuhistorii #swiat #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #sredniowiecze #piractwo #anglia #ciekawostkihistoryczne #kosciol #religia
    pokaż całość

  •  

    KAROL LEVITTOUX - ŚMIERĆ W PŁOMIENIACH

    Karol Levittoux urodził się prawdopodobnie w roku 1820, w Kumelsku koło Kolna. Już w czasach szkolnych dał się on poznać jako uczeń o niepospolitych zdolnościach i nieugiętej woli. W 1839 roku założył w Łukowie Związek Patriotyczny, którego działalność polegała na pracy samokształceniowej oraz agitacji.

    Organizacja była częścią składową Stowarzyszenia Ludu Polskiego. Z jego inicjatywy powstał też podobny związek w Chełmie. Spiskowcy planowali wywołanie powstania zbrojnego, utworzenie rządu republikańskiego oraz zniesienie pańszczyzny i uwłaszczenie chłopów. W organizacji zwano go "Konarszczykiem".

    Zdrada Jana Thierbacha, nauczyciela Szkoły Elementarnej w Łukowie, który podstępnie wkradł się do organizacji w 1841 roku, sprowadziła liczne aresztowania. Czternastu najbardziej obciążonych, łącznie z Levittoux, osadzono w celach X pawilonu Cytadeli warszawskiej.

    Tak całą sytuację relacjonował Bolesław Limanowski:

    "Armia szpiegów pod dowództwem słynnego Abramowicza napadała na domy, dwory i, znalazłszy jakąś książkę zakazaną lub jaką inną poszlakę, więziła i odsyłała do cytadeli. (…) Tak było w 1841 r., kiedy wykryto związek młodzieży szkolnej w Łukowie. Przywieziono wówczas około 200 młodzieńców. Młodzież trzymała się dzielnie i nic z niej wydobyć nie można było. Kierownikiem tego związku był Karol Levittoux, wielkiego hartu i niezwykłych zdolności młodzieniec. Dostał on 2 tysiące pałek, co dwa dni po 400, był głodzony, nie dawano mu spać, ale wszystko to wytrzymał i nikogo nie wydał. Z powodu zaślubin następcy Mikołaja wystarano się o uwolnienie młodzieży łukowskiej, ale z tej łaski wyłączono Levittoux. Wówczas starano się ułatwić mu ucieczkę i w grzbiecie książki wraz z listem, kluczem [szyfrem] pisanym, przysłano piłkę do przerzynania krat. Przy rewizji więźniów, która odbywała się często, wpadły one w ręce żandarmów. Rozpoczęły się więc nowe badania [przesłuchania] i nowe męczarnie."

    7 lipca 1841 roku wyczerpany fizycznie i psychicznie Karol Levittoux, obawiając się, że nie wytrzyma kolejnego przesłuchania i wyda współpracowników, podpalił łóżko i zginął w płomieniach. W chwili swojej śmierci miał zaledwie 21 lat...

    Cyprian Kamil Norwid, w liście do Zygmunta Krasińkiego, tak opisał śmierć Levittoux:

    "Kląkł na łóżku z twardych desek powrozami słomianymi okręconych – pod one deseczki świecę postawił; wolno zapaliły się powrozy kręcone ze słomy. Jak wieczność długo musiały się rozżarzać, nim zaczęły śmierć zadawać. Kilka godzin ujść musiało nim to łóżko w stos się przeobraziło i to raczej węglem niż płomieni. Znaleziono go na kolanach z piersią i twarzą zwęgloną, bez życia wpół opadłym…"

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #smierc #xixwiek #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Levittoux.jpg

  •  

    TAJEMNICZA ŚMIERĆ SUPERMANA

    Postać Supermana znana jest z komiksów, filmów animowanych i seriali telewizyjnych. Bohatera spopularyzował na świecie aktor George Reeves (1914-1959), który w roku 1951 podpisał niezbyt opłacalny, wieloletni kontrakt na serial „Przygody Supermana”.

    37-letni aktor, mający za sobą występ w przeboju „Przeminęło z wiatrem”, doskonale zdawał sobie sprawę, że występy w telewizji maja niższy prestiż niż gra w kinowych hitach. Jednak status światowej gwiazdy, jaki zapewniła mu postać Clarka Kenta, zrekompensowała mu spadek (jak sam uważał) do hollywoodzkiej „drugiej ligi”.

    Reeves spędził na planie serialu kilka następnych lat. U szczytu sławy aktor nawiązał romans z Toni Lanier, żoną Eddiego Mannixa, jednego z szefów wielkiego studia MGM. Wierzył, że w Hollywood jest nietykalny i zupełnie zignorował fakt, że mąż jego kochanki to były gangster z New Jersey. Mannix był zamieszany w kilka spraw o morderstwo i wciąż utrzymywał kontakty z mafią.

    Romans Toni i Supermana stał się tajemnicą poliszynela. Niby nikt nic nie wiedział, ale całe Los Angeles aż huczało od plotek. Wcześniej czy później pogłoski o małżeńskiej zdradzie musiały dojść do uszu Eddiego. I doszły w roku 1959.

    Kontrakt telewizyjny Reevesa wygasł, a on nie otrzymywał żadnych nowych angaży. Aktor zaczął pić i popadł w depresję. 16 czerwca 1959 roku ciało George’a znaleziono w jego rezydencji. Zginął od strzału w głowę z bliskiej odległości.

    Oficjalnie uznano to za samobójstwo - mimo, że w domu Reevesa nie znaleziono broni, z której padł strzał, a w ścianie sypialni, w której zginął, znaleziono dwie kolejne kule, pochodzące z tej samej broni, co kula z głowy Reevesa.

    Choć policja uznała sprawę za nierozwiązaną, nieoficjalnie w całym Los Angeles mówiono, że aktora zabiła mafia. Nie wiedziano tylko, kto wynajął zabójcę – zdradzony Mannix, czy porzucona Toni…

    Na zdjęciu:
    George Reeves w swojej najsłynniejszej roli - jako Superman.

    #wmrokuhistorii #historia #ameryka #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #usa #hollywood #film #zbrodnia #ciekawostkihistoryczne #swiat
    pokaż całość

    •  

      @TwoWolves: Ogółem wtedy nie przywiązywano uwagi do odcisków palców czy nawet do poprawnego zachowania sceny zbrodni. Np po zabójstwie jednego z bossów mafii w Nowym Jorku w latach 30, jeden z dziennikarzy po prostu włożył w dłoń zabitego Asa Pik i strzelił dosyć ikoniczną fotkę a policjanci oraz obecny prokurator uznali to za nic złego.

      Sporo się zmieniło w tej sprawie dopiero w latach 60 wraz z rozwojem kryminalistyki i technik laboratoryjnych. Współczesne normy w kwestii podejścia do zbierania dowodów to dopiero lata 70, gdy FBI zaczęło prowadzić szkółki objazdowe (taką szkółkę widać choćby w serialu Mindhunter) w celu doszkalania policjantów oraz rząd federalny zaczął wspierać lokalne policje finansowo. pokaż całość

      źródło: i.pinimg.com

    •  

      A wszystko zaczęło się od Zishe Breitbarta, który był pierwowzorem Supermana. Tak Superman pochodzi z Polski. Z niewielkiej gminy pod Łodzią. Swoją drogą to jedna z najbogatszych gmin, gdzie magazyny centralne ma Lidl, Castorama i kilka innych. Zishe był żydowskim cyrkowcem, o którym w Strykowie nikt nie pamięta.

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    GORALENVOLK - PODHALAŃSCY PRZYJACIELE HITLERA

    Po zajęciu Podhala przez III Rzeszę, we wrześniu 1939 roku, Niemcy wraz z niektórymi polskimi kolaborantami - Wacławem Krzeptowskim, Henrykiem Szatkowskim, Józefem Cukrem, Witalisem Wiederem - usiłowali udowodnić Góralom, iż nie są pochodzenia polskiego, tylko niemieckiego – góralskiego.

    W tym celu stworzyli zakrojoną akcję germanizacyjną zwaną „Goralenvolk”. Wymyślono także niebieskie kenkarty (niem. Kennkarte), dowody tożsamości ważne na terenie Generalnego Gubernatorstwa, oznaczone literą „G” (Górale).

    Przynależność do wyimaginowanego narodu przyjęło wówczas około 18% Podhalańczyków. Poza kartami identyfikacyjnymi polskimi i niemieckimi, na Podhalu wydawano również karty góralskie. Za ich przyjęcie obiecywano ochronę przed wywozem na przymusowe roboty do Niemiec i obniżenie podatków. Największym zainteresowaniem wśród południowych mieszkańców Polski „karty górala” cieszyły się w czterech miejscach. Były to miasta: Zakopane, Nowy Targ, Kościelisko i Szczawnica.

    Wydano ich w sumie 30 tysięcy (ze 150 tysięcy dostępnych), co oznacza największą liczbę „Volksdeutschów” w GG. Gdy zrodziła się już idea powstania nowego narodu, wkrótce zaczęto myśleć również myśleć o powstaniu całkowicie odrębnego państwa marionetkowego, niewchodzącego w skład GG. Państwo to otrzymało nazwę Goralenland.

    W 1942 roku doprowadzono do powstania Komitetu Góralskiego, który miał być zalążkiem państwa „góroli”, jednak szybko zakończyło się fiaskiem. Niemcy przez cały okres okupacji zdawali sobie sprawę z silnego patriotyzmu Podhalańczyków i obecnej na tych terenach tatrzańskiej partyzantki Polskiego Państwa Podziemnego. Działała tam Konfederacja Tatrzańska (jednym z członków był Józef Kuraś), która tropiła zdrajców Polski i niemieckich żołnierzy.

    Pod koniec wojny Wacław Krzeptowski opuścił Zakopane wraz ze swoim majątkiem, nie informując o tym fakcie Niemców. Krótko po wyzwoleniu został złapany i skazany na karę śmierci przez Armię Krajową. W 1946 roku w Zakopanem odbył się pokazowy proces kierownictwa Goralenvolku. Zastępca Krzeptowskiego, Józef Cukier został skazany na 15 lat więzienia. Mniej ważni członkowie Komitetu Góralskiego otrzymali wyroki od 3 do 5 lat więzienia, a główni organizatorzy zdrady - Szatkowski i Wieder - uciekli wraz z Wehrmachtem przed zbliżającą się do stolicy Tatr armią radziecką.

    Na zdjęciu:
    Przewodniczący Komitetu Góralskiego Wacław Krzeptowski (w środku) podczas spotkania z Hansem Frankiem (z lewej) w listopadzie 1939 roku.

    #wmrokuhistorii #historia #wojna #ciekawostki #polska #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #podhale #niemcy #ciekawostkihistoryczne #swiat
    pokaż całość

    źródło: Goralenvolk.jpg

  •  

    76 lata temu...

    9 lutego 1943 roku oddział Hryhorija Perehijniaka "Dowbeszki-Korobki", uznany za pierwszą sotnię UPA, dokonał w kolonii Parośla I na Wołyniu masakry polskich mieszkańców, zabijając 173 osóby z 26 rodzin, w tym dzieci i niemowlęta. Zbrodnia ta dała początek rzezi wołyńskiej - jednemu z najokrutniejszych aktów barbarzyństwa, dokonanego na ludności cywilnej podczas II wojny światowej.

    "Mord w Parośli - preludium do rzezi wołyńskiej":

    "Ukraińcy nacjonaliści z UPA przyszli nad ranem. Uzbrojeni w siekiery, piły i kosy. Najpierw podstępnie związali, potem zaatakowali wszystkich mieszkańców polskiej wsi Parośla na Wołyniu. Ofiary umierały najczęściej od ciosów w głowę, zadanych siekierą. Mężczyźni, kobiety i dzieci – dla nikogo Ukraińcy nie mieli litości. W ciągu godziny wieś Parośla przestała istnieć.

    W Parośli ocalało zaledwie 13 osób, w większości dzieci. Przeżyty koszmar odcisnął na nich trwały ślad. Część z nich pozostała kalekami do końca życia. Nienawiść do Polaków, podsycana skutecznie przez nacjonalistów Ukraińskich doprowadziła do sytuacji, w której sąsiad z przyjaciela stał się wrogiem. Żądza krwi i marzenia o „wolnej Ukrainie” okazały się silniejsza niż przyjaźń kwitnąca przez lata pomiędzy dwoma narodami – polskim i ukraińskim. Mord we wsi Parośla stał się iskrą, która wywołała pożar na Wołyniu, doprowadzając tym samym do śmierci około 100 tysięcy ludzi."

    Ludobójstwo Polaków na Wołyniu zaczęło się właśnie w Parośli…

    [...]

    Jeszcze w roku 1943, w miejscu rzezi postawiono krzyż, upamiętniający wszystkich pomordowanych Polaków. Dziś już nie ma po nim nawet śladu. Pośrodku lasu, w miejscu, gdzie istniała Parośla, jeden z Ukraińców – Anton Dorofijewicz Kowalczuk w roku 1974 sam wzniósł pamiątkowy krzyż z informacją, że właśnie tutaj potwornej zbrodni dokonali jego rodacy – ukraińscy nacjonaliści, kierujący się nieopisaną wręcz nienawiścią do wszystkiego, co obce. Anton Kowalczuk do końca swoich dni modlił się w pobliskim kościele o dusze pomordowanych mieszkańców Parośli. I opowiadał ich historię każdemu, kto chciał słuchać. A chciało niewielu.

    Większość Ukraińców nie chciało też pamiętać o tym, co wydarzyło się 9 lutego 1943 roku. Tylko stary Anton, jako jeden z nielicznych był świadomy tego, jak wielką zbrodnię popełnili jego rodacy i czuł z tego powodu wielki wstyd. Miał wyrzuty sumienia i wciąż pamiętał. Bo tylko on chciał pamiętać…

    Na zdjęciu:
    Krzyż wykonany przez Antona Kowalczuka w roku 1974. Zawiera odważny napis, wskazujący morderców. (fot. Janusz Horoszkiewicz)

    #wmrokuhistorii #wolyn #historia #kalendarium #gruparatowaniapoziomu #polska #ukraina #iiwojnaswiatowa #wojna #ludobojstwo #rzezwolynska #kresy #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    NIEMIECKA ZBRODNIA W BOISKACH – ŚMIERĆ ZA OPATRUNEK

    Umiejętnie i wręcz profesjonalnie opatrzona rana. W ten sposób Niemcy wpadli na ślad Polaków, którzy na przełomie 1942 i 1943 roku udzielili pomocy ukrywającemu się przed nazistami Żydowi i opatrzyli jego okaleczenia. Przesłuchiwany mężczyzna przyznał, że opatrunek fachowo założył mu Józef Krawczyk ze wsi Boiska.

    2 stycznia 1943 roku, we wsi Boiska na południu Mazowsza, przed domem rodziny Krawczyków pojawili się niemieccy żandarmi. Za pomoc żydowskiemu zbiegowi Józef, jego małżonka Zofia oraz kilkuletni syn Adam zostali bestialsko zastrzeleni. Sprawcy nie odmówili sobie rabunku domu Krawczyków. Odjeżdżając, podpalili zabudowania.

    To nie był jednak koniec. Następnie żandarmi udali się do gospodarstwa Boryczków. Niemcy otrzymali bowiem informacje, że Zofia Boryczka - ochrzczona Żydówka - pomagała ukrywającym się w lasach Żydom, dostarczając im miedzy innymi jedzenie. Tylko z tego powodu żandarmi zastrzelili Zofię, jej męża Stanisława oraz synka Zygmunta, który miał niespełna rok.

    Ocalała przebywająca w gospodarstwie 12-letnia bratanica Stanisława, Maria. Dziewczynka na początku uciekła Niemcom, a schwytana przekonała ich, że nie jest córką Boryczków. Również to gospodarstwo zostało złupione przez Niemców. Tylko dzięki błaganiom sąsiadów rodziny Boryczków, ich dom nie został podpalony.

    Nie były to niestety jedyne niemieckie zbrodnie w tym regionie, dokonane na Polakach ukrywających Żydów. Wcześniej zamordowano mieszkającą w Boiskach rodzinę Kryczków. Niemcy dopuścili się również mordów w pobliskich Starym Ciepielowie, Rekówce, Świesielicach i Zajączkowie.

    #wmrokuhistorii #historia #iiwojnaswiatowa #niemcy #iiirzesza #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #wojna #polska #swiat
    pokaż całość

    źródło: 003.jpg

  •  

    CHARLES YUKL - MORDERCZY PIANISTA

    Karin Irene Schlegel z Nowego Jorku miała wszystko, o czym może marzyć 24-latka. Pieniądze i dobrą pracę asystentki redaktora w McGraw Publishing Company. Dodatkowo wydała książkę na temat aranżacji wnętrz, która zbierała rewelacyjne recenzje. To było jednak za mało dla kobiety, która od dziecka pragnęła zostać aktorką. W roku 1974 rzuciła więc pracę i zapisała się do szkoły aktorskiej. W lokalnej prasie odnalazła ogłoszenie, na które postanowiła odpowiedzieć.

    Nauczyciel gry na pianinie Charles Yukl (urodzony w 1935 roku) rozpoczynał właśnie pracę nad swoim pierwszym filmem reklamowym i jako reżyser potrzebował młodej aktorki. Pierwsze przesłuchanie wyznaczył na dzień 20 sierpnia o godzinie 21 w swoim mieszkaniu przy 120 Waverly Place. Znajomi odradzali Karin wieczorną wizytę w prywatnym domu nieznanego mężczyzny. Pragnienie bycia aktorką okazało się jednak silniejsze, więc kobieta nie posłuchała dobrych rad.

    Gdy tylko Karin przekroczyła próg mieszkania „pianisty”, ten rzucił się na nią i zaczął dusić swoim krawatem. Robił to tak mocno, że złamał jej kark. Potem zaczął bić martwe już ciało kobiety. Uderzał z całej siły, nie mogąc przestać. Następnie rozebrał do naga zmasakrowane zwłoki i kontynuował bicie. Gdy się zmęczył, wyciągnął z kieszenie żyletkę i zaczął ciąć ciało.

    W tym samym momencie zadzwoniła żona Charlesa, informując go, że za kwadrans będzie w domu. Przestraszony „pianista” owinął zwłoki Karin z folię i schował je pod ich małżeńskie łóżko. Pani Enken Yukl nie tylko nie zauważyła śladów krwi w ich mieszkaniu, nie była również świadoma, że w nocy, gdy uprawiała z mężem seks, pod ich łóżkiem leżały zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. A może nie chciała zauważyć?

    Następnego ranka, gdy tylko żona Yukla wyszła do pracy, Charles zabrał ciało Karin, wyniósł na dach swojego bloku i tam je porzucił. Wszystkie rzeczy należące do młodej kobiety ukrył w koszu na śmieci. Następnie wrócił do mieszkania i zaczął przygotowywać obiad, na który zaprosił swoich przyjaciół.

    Karin znalazł dozorca budynku. Stan zwłok był przerażający - naga kobieta miała poderżnięte gardło i odcięte sutki. Niektóre fragmenty ciała były ponacinane żyletką, najbardziej piersi i wagina (sekcja zwłok wykazała brak odciętej łechtaczki). Dodatkowo martwa kobieta została zgwałcona (prawdopodobnie po wyniesieniu na dach). Dowody zebrane przez policjantów pozwoliły oskarżyć Charlesa o morderstwo pierwszego stopnia. Z powodu błędów prawnych podczas procesu, sąd skazał „pianistę” jedynie na 15 lat więzienia. Jego żonie nigdy nie przedstawiono żadnych zarzutów.

    Po kilku dniach „odsiadki” Charles Yukl powiesił się w swojej celi 22 sierpnia 1982 roku.

    #wmrokuhistorii #historia #mordercy #usa #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #zbrodnia #ameryka #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: yukl.jpg

  •  

    IGNACY ŁUKASIEWICZ I HONORATA STACHERSKA - ZAKAZANY ZWIĄZEK TWÓRCY PRZEMYSŁU NAFTOWEGO

    Pochodzący ze zubożałej szlacheckiej rodziny Ignacy Łukasiewicz (1822-1882) był polskim farmaceutą i przedsiębiorcą. Dziś znany jest przede wszystkim jako współtwórca przemysłu naftowego w Europie oraz wynalazca lampy naftowej. Z zamiłowania był chemikiem oraz fizykiem.

    Był również wielkim społecznikiem. Propagował budowę dróg i mostów, szkół oraz szpitali, finansując wiele inicjatyw z własnej kieszeni, walczył z biedą i alkoholizmem w regionie, tworzył kasy zapomogowe i fundusze emerytalne. Dążył do rozwoju rodzącego się tam przemysłu naftowego nie skupiając go całkowicie w swoich rękach, lecz namawiając i pomagając w tworzeniu również innych firm. W roku 1854 założył pierwszą na świecie kopalnię ropy naftowej w Bóbrce koło Krosna

    Znacznie mniej wiadomo o jego życiu prywatnym. I nic dziwnego, ponieważ sam Łukasiewicz miał sporo do ukrycia. Przez blisko 30 lat żył bowiem w związku kazirodczym ze swoją siostrzenicą...

    On miał 35 lat,ona 20. Honorata Stacherska była córką Emilii, rodzonej siostry Ignacego Łukasiewicza. Ich związek w XIX wieku stał się obyczajową sensacją w zaborze austriackim. Ignacy poświęcił bardzo dużo czasu i ogromne pieniądze, aby zrealizować swoje marzenie - chciał ożenić się z Honoratą na przekór wszystkim, którzy odradzali mu ten "zakazany związek". Sama starania prawne trwały ponad rok. Zakochani musieli uzyskać zgodę zarówno rządu Galicji, jak i samego papieża.

    Papież Pius IX po długich wahaniach zezwolił parze na zalegalizowanie związku i 20 kwietnia 1857 roku odbył się ślub.

    Pomimo skandalu obyczajowego, głośnych głosów oburzenia i wielu plotek w kegu najbliższego otoczenia państwa Łukasiewiczów, ich małżeństwo uchodziło za bardzo udane. Oboje wspierali się w trudnych momentach, których nie brakowało.

    Przed końcem 1957 roku młodzi małżonkowie przenieśli się z Gorlic do Jasła, gdzie Ignacy wydzierżawił aptekę Romualda Palcha, w tym też czasie, wraz z braćmi Zielińskimi projektował i budował rafinerię w Klęczanach. Jego praca była coraz bardziej dostrzegana i honorowana.

    Ich szczęście nie trwało długo. W roku 1859 Łukasiewiczów dotknęła ogromna tragedia. Ich 2-letnia córka Marianna zmarła. Przyczyną śmierci była prawdopodobnie gruźlica (lub zator płucny). Mniej więcej w tym samym czasie spłonęła, należąca do Łukasiewiczów, rafineria w Ulaszowicach.

    Miłość nie pozwoliła im się jednak poddać. Oboje przetrwali najgorszy czas. Zamieszkali w Chorkówce, wspólnie z siostrą i matką Honoraty. Tam też znalazło schronienie wielu politycznych emigrantów oraz weterani Powstania Styczniowego, którzy zawsze mogli liczyć na bezwarunkowa pomoc państwa Łukasiewiczów.

    Ignacy zmarł 7 stycznia 1882 na zapalenie płuc. Honorata umarła w Krakowie 24 września 1897, Przeżywszy swojego ukochanego męża o 15 lat. Oboje są pochowani w Zręcinie.

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #kobiety
    pokaż całość

    źródło: 002.jpg

  •  

    PAPIEŻ SYKSTUS IV - MIŁOŚNIK TORTUR I PORNOGRAFII

    Gdy Sykstus IV wybrany został nowym papieżem, początkowo przyjęto ten fakt z nieukrywanym entuzjazmem. Wszyscy mieli nadzieję, że nowy papież dokona moralnej odnowy Kościoła i przywróci sztuce należne jej w Watykanie miejsce. Szybko jednak pożałowano tej decyzji…

    Sykstus IV przyszedł na świat 21 lipca 1414 roku w Celle Ligure (region Liguria w północnych Włoszech) jako Francesco della Rovere. Pochodził z biednej rodziny. W wieku 9 lat rozpoczął naukę we franciszkańskim konwencie w Savonie. Wstąpił do tego zakonu, aby kontynuować naukę na uniwersytetach w Padwie, Bolonii i Pawii, gdzie uzyskał doktoraty z filozofii i teologii. W roku 1444 przyjął święcenia kapłańskie i został profesorem teologii. Swoją działalność duchowną poświęcał głównie na pisaniu traktatów teologicznych, dotyczących „Krwi Chrystusa” i „Niepokalanego poczęcia Marii”.

    Papieżem został 9 sierpnia 1471 roku. Tuż po swoim wyborze podpisał „kapitulację wyborczą”, w której obiecał zwalczenie nepotyzmu w strukturach kościelnych. Wkrótce okazało się, że Sykstus IV nie tylko nie miał zamiaru walczyć z tym zjawiskiem, ale i sam stał się jego wielkim zwolennikiem. Za jego rządów nepotyzm osiągnął niespotykaną wcześniej skalę.

    Cały Rzym huczał od plotek na temat jego nieślubnego potomstwa. Aż sześciu swoich synów, których nazywał „bratankami”, uczynił kardynałami. Podobno jeden z nich, słynący ze swojej urody Pietro Riario, był owocem związku Sykstusa IV ze swoja rodzoną siostrą. Zarówno Pietro, jak i jego drugi syn Giuliano della Rovere (późniejszy papież Juliusz II) dopuszczali się kazirodczych aktów seksualnych z własnym ojcem w zamian za klejnoty pochodzące z watykańskiego skarbca.

    Niemal wszyscy członkowie rodziny della Rovere otrzymali wysokie stanowiska – nie tylko kościelne, ale i świeckie. Takie praktyki szybko zaczęły być głośno krytykowane, zwłaszcza, że większość przedstawicieli tej rodziny okazała się niegodna do piastowania jakiejkolwiek funkcji poprzesz swój rozwiązły tryb życia.

    Wszystkie źródła zgodnie potwierdzają, że Sykstus IV był człowiekiem bardzo pobożnym. Nie przeszkadzało mu to jednak wykorzystywać papieskiego tronu do własnych celów. Niemal całą swoją uwagę poświęcał nie sprawom boskim, ale pomnażaniu własnego majątku. Podniósł wszelkie możliwe podatki. Wprowadził także nowe. Każdy kapłan, który chciał mieć kochankę musiał za ten przywilej zapłacić. Papież poszedł na rękę również zamożnym mężczyznom, którzy po zapłaceniu odpowiedniego podatku, mieli pełne prawo „pocieszać” zamężne kobiety, podczas nieobecności ich mężów.

    Sykstus IV zdobył również renomę „szczodrego dobroczyńcy dla prostytutek”. Aby powiększyć swój majątek zbudował w Rzymie okazały dom publiczny, przeznaczony dla osób obojga płci. Pracę w nim mogła znaleźć niemal każda chętna kurtyzana, bez względu na wiek i status społeczny. Za możliwość legalnego zarobkowania prostytutki płaciły papieżowi około 400 dukatów rocznie. Prowadzone w tym czasie zapiski sugerują, że podczas pierwszego roku za pracę w „papieskim burdelu” prostytutki zapłaciły łącznie około 26 tysięcy dukatów.

    Wydając specjalną bullę zastrzegł sobie jedyne prawo do produkowania i sprzedawania specjalnych „papieskich figurek”, przedstawiających postać świętego baranka. Oświadczył wiernym, że dotknięcie kupionej figurki nie tylko leczy wszelkie możliwe choroby i chroni kobiety przed śmiercią podczas ciąży, ale również ratuje przed pożarem, rozbiciem statku na morzach i oceanach, gradem, piorunami oraz popadnięciem w obłęd. Wierni ochoczo nabywali święte baranki, przez co do skarbca Sykstusa IV trafiły ogromne sumy. Był on także pierwszym papieżem, który wprowadził (w roku 1474) płatne odpusty za dusze zmarłych, gdzie pieniądze wpłacane przez rodzinę nieboszczyka były jedynym gwarantem odpuszczenia grzechów i życia wiecznego po śmierci.

    Papież, który nie ukrywał swojego biseksualizmu czerpał z życia pełnymi garściami. Nie miał także nic przeciwko temu, aby inni korzystali z życia w każdy możliwy sposób. Gdy pewna rodzina kardynała z kościoła św. Łucji zwróciła się do Sykstusa IV z pisemna prośbą o zgodę na popełnienie grzechu pederastii i kazirodztwa podczas trzech najgorętszych miesięcy w roku – w czerwcu, lipcu i sierpniu – na co papież bez wahania się zgodził a pod petycją własnoręcznie napisał: „Niech się stanie, co się uprasza”.

    Sykstus IV słynął także ze swojego uwielbienia dla sztuki. Nie tylko tej wzniosłej. Wiele uwagi poświęcał dziełom zawierającym erotykę i bluźnierstwa. Tak było w przypadku opublikowanej w Niemczech wizji niejakiego mnicha Alano de Rupe:

    „Pewnego razu przenajświętsza Dziewica Maryja wkroczywszy do celi zamkniętego Alamo de Rupe, wzięła włos z jego głowy i uczyniła pierścień, z którym poślubiła ojca i spowodowała, by ją pocałował i trzymał w dłoni jej pierś. I mówiąc wprost, w krótkim czasie stała mu się tak bliska, jak kobieta zwykła być blisko ze swym mężem”

    Mnich swoje erotyczne fantazje przelewał na papier, Papież nie tylko się w nich ochoczo zaczytywał, ale je również uświęcał.

    Przez cały jego pontyfikat bardziej skłaniał się ku sprawom świeckim, jednak nie zapomniał całkowicie o obronie wiary. 1 listopada 1478 roku na wyraźną prośbę hiszpańskiej pary królewskiej – Ferdynanda Aragońskiego i Izabeli Kastylijskiej – wydał bullę papieską sankcjonującą hiszpańską Inkwizycję, instytucję kościelną zajmująca się walką z heretykami. Z papieskiego polecenia Naczelnym Inkwizytorem został okryty złą sławą Tomás de Torquemada, który stał się symbolem religijnej nietolerancji.

    Uwielbiał wszelkie tortury, a skazanych chętnie palił na stosie. Był jednym z inicjatorów dekretu o wygnaniu Żydów z Hiszpanii w 1492 roku. Szacuje się, że w samej tylko Hiszpanii życie w płomieniach straciło około 2 tysięcy heretyków. Sykstus IV kilka razy zaprotestował przeciwko nadużyciom Torquemady, jednak jego upomnienia nie przyniosły żadnego efektu.

    Pod koniec swojego życia Sykstus był tak znienawidzony w całym Rzymie, że gdy zmarł 12 sierpnia 1484 roku, jego papieskie apartamenty zostały doszczętnie ograbione. Podczas, gdy martwe ciało papieża leżało w łożu, ludzie w szaleńczej radości wynosili wszystko, co wpadło im w ręce. Nie pozostawiono ani jednej papieskiej szaty, a osobisty kapelan Sykstusa IV, aby przykryć papieskie zwłoki musiał pożyczyć sutannę od miejscowego diakona.

    Jedyna pozytywną strona pontyfikatu Sykstusa IV była jego troska o rozwój sztuki. Sprowadził do Rzymu wielu wybitnych artystów, a z Rzymu uczynił prawdziwe miasto renesansu. W Pałacu Watykańskim ufundował Kaplicę Sykstyńską (wybudowaną w latach 1475-1483), która otrzymała nazwę na jego cześć. Jego wielkie zasługi w dziedzinie propagowania sztuki nie uchroniły Sykstusa IV przed opinią jednego z najgorszych papieży w historii Kościoła. Kronikarz Stefano Infessura napisał kilka dni po jego śmierci:

    „Najszczęśliwszy to dzień, w którym dobry Bóg uwolnił całe chrześcijaństwo od bezbożnego i występnego papieża, nie mającego w swym sercu ni bojaźni Bożej, ni miłości do świata chrześcijańskiego, ni miłosierdzia dla ludzi”

    #wmrokuhistorii #swiat #historia #ciekawostki #religia #kosciol #watykan #papiez #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #europa
    pokaż całość

    źródło: Sisto_IV.jpg

  •  

    218 lat temu...

    31 stycznia 1801 roku w Bilczy koło Kielc urodziła się ksiądz Piotr Ściegienny - twórca idei wybuchu chłopsko-narodowego powstania.

    Podstawą jego działalności publicznej była jednoczesna walka o niepodległość Polski i o pełne uwłaszczenie chłopów. Postulował zniesienie wielkiej własności ziemskiej. Walkę przeciw posiadaczom chłopstwo miało prowadzić w sojuszu z mieszkańcami miast i „dobrymi panami”, dobrowolnie wyzbywającymi się swej ziemi.

    Radykalnymi tezami i powoływaniem się na autorytet Kościoła pragnął wzniecić w chłopach ogień buntu przeciwko zaborcy. Jego starania spełzły na niczym, a sam ksiądz musiał za głoszone poglądy srogo odpokutować.

    Rosyjski zaborca próbował za wszelką ceną stworzyć "czarną legendą" księdza. Nakazano prasie, która podlegała kontroli carskiej cenzury, pisać o nim w sposób paszkwilancki i straszny. W negatywnych artykułach o Ściegiennym przodował zwłaszcza "Kurier Warszawski".

    Program Ściegiennego w istocie był jak na owe czasy radykalny. Ksiądz postulował wyzwolenie spod jarzma zaborców, ale też zniesienie pańszczyzny, uwłaszczenie chłopów i rozparcelowanie wielkich majątków ziemskich. Swoje tezy rozpowszechniał wśród chłopów Kielecczyzny i Lubelszczyzny w tzw. "Złotej książeczce", prawdopodobnie był też autorem "Listu Ojca Świętego Grzegorza papieża do rolników i rzemieślników", w którym Ojciec św. Grzegorz XVI rzekomo miał zachęcać chłopów do powstania.

    Ksiądz Piotr Ściegienny był wielkim patriotą, ale jednocześnie człowiekiem, który nie miał szerszego rozeznania w sytuacji Polaków we wszystkich trzech zaborach. W ogóle nie zdawał sobie sprawy, jakiego działania się podejmuje.

    Kapłanowi nie udało się doprowadzić do wybuchu powstania. Konspiratorów wydał uczeń Ściegiennego. Poszukiwany przez carskie władze ksiądz próbował zbiec, ale został złapany. Ściegienny załamał się na śledztwie i wydał pozostałych spiskowców. On sam został wydalony ze stanu kapłańskiego i skazany na śmierć. W ostatniej chwili wyrok zamieniono na katorgę. Z zesłania Ściegienny wrócił w 1871 roku. Przywrócono mu godność kapłańską w 1883 roku. Swoistą formą pokuty był fakt, że do końca życia sprawował posługę kapłańską wśród chorych.

    Ściegienny zmarł 6 czerwca 1890. Jego pogrzeb przerodził się w manifestację patriotyczną.

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #kalendarium #religia #kosciol
    pokaż całość

  •  

    CHARLES CALDWELL - PIERWSZY "CZARNY" UNIEWINNIONY ZA ZABÓJSTWO "BIAŁEGO"

    Pod koniec lat 60. XIX wieku w USA narastała przemoc na tle rasowym. Ku Klux Klan każdego niemal dnia organizował liczne napady, pobicia, lincze i podpalenia. W samym tylko stanie Kentucky (w roku 1867) archiwa odnotowują 116 aktów przemocy, które zakończyły się śmiercią osób czarnoskórych z rąk członków Ku Klux Klanu.

    Rok później postrzelony został czarnoskóry kowal Charles Caldwell, który urodził się jako niewolnik. Później został wybrany do Senatu w stanie Missisipi i cieszył sie wśród białych złą sławą "buntowniczego i pyskatego Murzyna". Zaatakował go syn miejscowego białego sędziego. W samoobronie Charles odpowiedział ogniem i zabił napastnika. Za swój czyn stanął przed sądem, a ława przysięgłych złożona była wyłącznie z białych ławników.

    Podczas swojego procesu Charles bronił się mówiąc, że został zaatakowany pierwszy i działał jedynie w samoobronie. Ku wielkiemu zaskoczeniu miejscowej białej ludności, czarny kowal został uniewinniony. Był to pierwszy taki przypadek w Stanach Zjednoczonych, kiedy "czarny" oskarżony o zabójstwo "białego" nie tylko nie został powieszony, ale nawet wyszedł na wolność.

    Historia ta jednak nie skończyła się dobrze... Ku Klux Klan nie zapomniał o czarnym kowalu i 7 lat później, w Boże Narodzenie 1875 roku Caldwell padł ofiarą grupy kilku członków klanu. Pobity do nieprzytomności, wkrótce zmarł na skutek odniesionych ran. Żaden biały, biorący udział w tej "egzekucji" nie został aresztowany. Był to oczywisty znak, że do zniesienia segregacji rasowej w USA jeszcze daleka droga. Zwłaszcza na amerykańskim południu...

    Na zdjęciu:
    Dwóch zamaskowanych członków Ku Klux Klanu w roku 1870.

    #wmrokuhistorii #historia #ameryka #swiat #zbrodnia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #usa #ciekawostkihistoryczne #xixwiek
    pokaż całość

    źródło: kkk.jpg

  •  

    KREW NA SUFICIE - BUDDYJSKA ŚWIĄTYNIA GENKO-AN

    Japońska świątynia buddyjska Genko-an w Kyoto skrywa w sobie pewien mroczny sekret. Na drewnianym suficie gołym okiem widoczne są czerwone plamy. Znaleźć tam można także czerwone odciski dłoni i stóp. Te plamy to ślady krwi sprzed ponad 400 lat...

    Deski, których użyto do budowy tego sufitu pochodzą z zamku Fushimi, zbudowanego przez jedną z najważniejszych postaci w historii Japonii - Hideyoshiego Toyotomi, który był przywódcą politycznym i militarnym w okresie Azuchi-Momoyama.

    W roku 1600 Torii Mototada, obrońca zamku, przez 11 dni starał się odeprzeć ataki armii samuraja Mitsunari Ishida. Wojsko Motatady dzielnie się broniło, jednak przeważające siły wroga wdarły się na zamek. Wtedy to rozegrała się zacięta bitwa - tak krwawa, że deski na podłodze zostały całkowicie przesiąknięte krwią. Ishida wygrał tę bitwę, a Torii poległ w trakcie walk o zamek jako ostatni. Martwe ciała leżały na zamku przez kilka dni.

    Wkrótce zamek został odbity przez sojuszników Mototady, natomiast Ishida został stracony jeszcze w tym samym roku. Na pamiątkę krwawej bitwy i ku czci poległych obrońców, deski z podłogi przewieziono w 5 różnych świątyń w Japonii - między innymi do Genko-an w Kyoto, gdzie do dzisiaj są częścią świątynnego sufitu i przypominają odwiedzającym o tej ponurej historii i poległych samurajach...

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #japonia #azja #ciekawostkihistoryczne #smierc #buddyzm
    pokaż całość

    źródło: Genko-an2.jpg

  •  

    EDUARD BOHLEN - WRAK W GŁĘBI LĄDU

    Eduard Bohlen był niemieckim statkiem pasażersko-towarowym zwodowanym w styczniu 1891 roku w stoczni Blohm & Voss w Hamburgu. Statek należał do armatora Woermann-Linie i był wykorzystywany do przewożenia różnych ładunków między portami w Afryce.

    Jednostka miała 95 metrów długości i tonaż około 2272 GT. Na jej pokładzie znajdowało się miejsce dla 46 pasażerów i 30 członków załogi. Prędkość maksymalna wynosiła 10,5 węzła.

    W toku eksploatacji Eduard Bohlen wykorzystywany był do wielu zadań, a przez pewien czas wykorzystywano go nawet jako statek niewolniczy.

    5 września 1909 roku po wypłynięciu z Swakopmund w kierunku Table Bay, statek uderzył w gęstej mgle o brzeg niedaleko Conception Bay w dzisiejszej Namibii. Miejsce to nazywane jest Wybrzeżem Szkieletowym (inna nazwa to Wybrzeże Szkieletów), ponieważ panujące w tym rejonie warunki (silne prądy i liczne płycizny) doprowadzają do wielu katastrof.

    Statek wpadł na jedną z takich płycizn i mimo prób wydostania się jednostka zakopała się w piasku. Cała załoga opuściła jednostkę i udała się do pobliskiej kopalni diamentów. Gdy w kolejnych dniach ponownie próbowano wydostać statek, okazało się, że silne prądy nagromadziły wokół kadłuba tyle piasku, że nie dało się go wydostać.

    W kolejnych tygodniach wrak coraz bardziej przesuwał się w głąb lądu. Przez pewien czas wykorzystywano go nawet jako schronienie dla pracowników pobliskiej kopalni diamentów. Gdy kopalnię zamknięto, Eduard Bohlen powoli zaczął popadać w ruinę.

    Obecnie wrak znajduje się 300 metrów w głębi lądu i jest całkowicie zniszczony. Pozostał jedynie szkielet kadłuba, w większości przykryty przez piasek. Pokazuje to jak bardzo zmieniło się wybrzeże Namibii przez ostatnie 100 lat.

    Na zdjęciu:
    Współczesny wygląd wraku statku Eduard Bohlen oraz statek w roku 1906 (lewy górny róg)

    #wmrokuhistorii #swiat #historia #afryka #podroze #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #statki #ciekawostkihistoryczne #wraki #niemcy
    pokaż całość

  •  

    „W MROKU HISTORII” – PODSUMOWANIE 2018 ROKU

    Styczeń to zwykle miesiąc zeszłorocznych podsumowań i podliczeń. My również postanowiliśmy przedstawić Wam, Drodzy czytelnicy, listę najchętniej czytanych przez Was artykułów na blogu „W mroku historii” w roku 2018.

    Jak każdego roku, również i tym razem największym Waszym zainteresowaniem cieszyły się artykuły nieco starsze, ale w dalszym ciągu nie tracące nic ze swojej aktualności. Każda epoka, każdy gatunek i każdy temat kryje w sobie jakąś intrygującą tajemnicę. Od niemal 6 lat „W mroku historii” przedstawia Wam historie pełne zagadek i pytań, na które ciężko jest uzyskać jednoznaczną odpowiedź. Historie nieznane lub dawno zapomniane, postaci niejednoznaczne w swojej ocenie i ludzkie tragedie, o których mówi i pisze niewielu. Fakt, że liczba naszych czytelników wciąż się powiększa oznacza, że trafiamy w Wasze gusta – co cieszy nas niezmiernie. A co czytaliście najczęściej w roku 2018?

    Zapoznaliście się z prawdziwą twarzą legendarnego odkrywcy Ameryki, którego wyprawa przyniosła tubylcom więcej szkód niż pożytku. Zastanawialiście się ile prawdy jest w opowieściach o latających stworach, obecnych w mitach i legendach wielu kultur, zadając sobie jednocześnie pytanie: czy smoki naprawdę istniały? Przekonaliście się, na ile prawdziwy jest wizerunek Williama Wallace’a, wykreowany przez Mela Gibsona w filmie „Braveheart” – i zrozumieliście, że bardzo cienka jest granica pomiędzy byciem bohaterem a terrorystą. Na własne oczy ujrzeliście także, że nawet bycie papieżem nie było gwarancją szlachetności i świętości, a ludzkie pokusy nie ominęły również Watykanu. Zetknęliście się z długo ukrywaną historią rodem ze Związku Radzieckiego – przemierzając zarówno owianą złą sławą Przełęcz Diatłowa, jak i wyspę Nazino, którą miejscowi do dziś nazywają „Wyspą Kanibali”.

    W Waszym zainteresowaniu znalazły się również dwie wyjątkowe Polki. Pierwszą z ich jest postać legendarnej agentki brytyjskiego wywiadu, hrabiny Krystyny Skarbek, która po swojej tragicznej śmierci stała się pierwowzorem pierwszej dziewczyny Jamesa Bonda. Drugą kobietą stała się bohaterka najgłośniejszego procesu II Rzeczpospolitej Rita Gorgonowa – morderczyni czy niewinna ofiara ówczesnej nagonki medialnej?

    Największym zainteresowaniem cieszyły się jednak tematy, o których pewne kręgi postanowiły milczeć. Mowa tu o legendarnej kobiecie, która zapragnęła zrobić karierę w męskim świecie średniowiecza i podobno udało się to tak skutecznie, że została nawet Papieżem. Jednak bezkonkurencyjnym artykułem okazała się być historia opowiadająca o ostatnich dniach II wojny światowej. Czy istnieje coś takiego jak „sprawiedliwa zemsta”? Czy ludziom łatwo jest wyzwolić bestię, która w nich drzemie? Czy mordercy mordujący innych morderców są ludźmi dobrymi czy złymi? Wyzwolenie przez amerykańskich żołnierzy obozu koncentracyjnego w Dachau przerodziło się w krwawą krucjatę przeciwko niemieckim nazistom, którą później starano się starannie ukryć przez światem…

    Oto lista 10 najpopularniejszych artykułów 2018 roku:

    1. „RZEŹ W DACHAU, CZYLI KRWAWA ZEMSTA JANKESÓW” (24268 odsłon)
    2. „Papieżyca Joanna - wstydliwy sekret Watykanu” (20942)
    3. „Rita Gorgonowa - morderczyni czy ofiara?” (11767)
    4. „Krystyna Skarbek - ulubiony szpieg Churchilla” (8711)
    5. „Nazino - wyspa śmierci” (7847)
    6. „Tragedia na Przełęczy Diatłowa” (7778)
    7. „Święci grzesznicy, czyli diabły w Watykanie” (7475)
    8. „William Wallace - Waleczne Serce Szkocji” (6823)
    9. „Smoki - legenda czy fakt?” (6553)
    10. „Krzysztof Kolumb i ludobójstwo Indian” (4779)

    Łącznie w roku 2018 odwiedziliście nas 249.711 razy, a łączna liczba Waszych odwiedzin (od roku 2013) urosła do niesamowitej liczby 1.367.894 !!! Nowych czytelników wciąż przybywa, więc jesteśmy pewni, że już niedługo przekroczymy magiczną granicę, wynoszącą PÓŁTORA MILIONA wejść.

    Za każdą Waszą aktywność, zarówno na naszym blogu, jak i na naszym profilu FB bardzo dziękujemy. Tworzymy dla Was i dzięki Wam. Wchodźcie, czytajcie, komentujcie, polubiajcie i polecajcie „W mroku historii” wszystkim swoim znajomym, którzy podobnie jak Wy są pasjonatami historii. Zwłaszcza historii tajemniczych, mrocznych i nie do końca poznanych…

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #podsumowanie2018 #2018 #blog
    pokaż całość

    źródło: WMH1 2018.jpg

  •  

    INNOCENTY VIII - PAPIEŻ SKANDALISTA

    Innocenty VIII okazał się całkowitym zaprzeczeniem swojego imienia („Innocent” – ang. „Niewinny”). Jeszcze za jego żywota powiadano w Watykanie, że „jego prywatne życie okrywał cień najbardziej skandalicznych aktów”.

    Giovanni Battista Cibo był synem rzymskiego senatora Arana Cibo i Teodoriny de Mari. Urodził się w Genui, w roku 1432. Swoją młodość spędził w Neapolu, gdzie na jednym z królewskich dworów dorobił się opinii bardzo rozwiązłego młodzieńca. Tam dwukrotnie został ojcem – w roku 1449 przyszedł na świat jego syn Franceschetto, a 6 lat później córka Teodorina. Jego niezwykła uroda sprawiała, że nie mógł odpędzić się zarówno od kobiet, jak i od mężczyzn. Giovanni nie miał żadnych zahamowani. Aby osiągnąć korzyści decydował się często na związki homoseksualne. Po studiach w Padwie i Rzymie doznał nawrócenia tak mocnego, że wkrótce przyjął święcenia kapłańskie.

    Jako biskup został wybrańcem papieża Sykstusa IV, który szybko uczynił go kardynałem. W Rzymie plotkowano, że Cibo oddanie służył papieżowi również w papieskiej sypialni. Podobno równie gorące relację łączyły go także z poprzednim papieżem Pawłem II oraz z kardynałem Guliano della Rovere, nieślubnym dzieckiem Sykstusa IV (późniejszym papieżem Juliuszem II).

    Cibo został papieżem Innocentem VIII 29 sierpnia 1484 roku. Jego wybór miał być jedynie przejściowy. Rodrigo Borgia przymierzał się do objęcia tronu Piotrowego, jednak jego kandydatura nie miała jeszcze wystarczająco dużego poparcia wśród elektorów. Potrzebował więc człowieka o słabym charakterze, podatnego na wpływy i łasego na bogactwo – kogoś kim Borgia mógł sterować, zanim sam został papieżem (udało mu się to w roku 1492, gdy został Aleksandrem VI).

    Innocenty VIII, w przeciwieństwie do innych papieży, nigdy nie wyparł się swoich nieślubnych dzieci. Co więcej, otwarcie się do nich przyznawał. Ochrzcił je, udzielił ślubów oraz zapewnił im odpowiednie posady Łącznie „dorobił się” szesnaściorga pociech, a wszystkich synów i córki hojnie obdarowywał. Przed nim żaden papież nie czynił tego publicznie bez wmawiania wiernym, że są to jedynie „bratankowie” i „bratanice”.

    Swoje dzieci jawnie faworyzował i przymykał oczy nawet na ich najgorsze przewinienia. Jego syn Franceschetto, który był wyuzdanym biseksualistą (oskarżanym o liczne rozboje i gwałty), pewnego razu poskarżył się ojcu, że podczas gry w karty został oszukany przez kardynała Riario, na kwotę 50 tysięcy funtów. Papież natychmiast wysłał swoich strażników, którzy odebrali kardynałowi przywłaszczone pieniądze.

    Innocenty VIII, podobnie jak jego poprzednik Sykstus IV, prowadził barwne i rozwiązłe życie. Jego dwór nie różnił się niczym od dworów książąt i sułtanów. Komnaty jego watykańskiego pałacu pełne były roznegliżowanych prostytutek, świadczących swoje usługi każdemu duchownemu, który tam zawitał.

    Mimo, że papieski skarbiec świecił pustkami po pontyfikacie Sykstusa IV, Innocenty VIII nie miał najmniejszego zamiaru oszczędzać, ani tym bardziej próbować napełnić watykańską kasę. Wolał całe dni spędzać na błogim lenistwie i przyjemnościom, którym towarzyszyło zazwyczaj obżarstwo, wystawność, próżność i zbytek. Gdy tylko pewna grupa (złożona z 16 osób) zasugerowała mu w liście, że jako papież powinien podążać drogą Jezusa i tak jak Chrystus „służyć ludziom w swoim ubóstwie”, Innocenty tak bardzo się rozgniewał, że natychmiast ekskomunikował autorów listu jako heretyków.

    W innym liście zwrócono się do niego z prośbą o powstrzymanie wszystkim duchownym od posiadania kochanek i utrzymanek. Odpowiedź Innocentego nie pozostawiła żadnej wątpliwości:
    „Takie działanie uważam za niepotrzebną stratę czasu, gdyż jest to rzecz tak powszechna wśród zwykłych kapłanów, a nawet wśród przedstawicieli Kurii, że trudna dziś znaleźć choć jednego takiego kapłana, który żyje bez konkubiny”

    Była jedna rzecz, której papież panicznie się bał – czary! Był przekonany, że czarna magia próbuje podporządkować sobie cały chrześcijański świat. W związku z tym wydał papieską bullę„Summis desiderantes affectibus”, w której napisał:

    „Mężczyźni i kobiety odchodząc od wiary katolickiej oddali się szatanowi i demonom, które odbywają stosunki seksualne podczas ich snu. Demony te poprzez czary, zaklęcia, magiczne słowa i inne przeklęte występki zabijają swoje dzieci, pozostające jeszcze w łonie matki. Zabijają również potomstwo wszelkiego bydła i niszczą płody ziemi […] Powstrzymują ludzi przed dokonywaniem stosunku płciowego i kobiety przed poczęciem, dlatego też mężowie nie mogą poznać swych żon, a żony przyjąć w sobie swych mężów.”

    Bulla ta pojawiła się jako wstęp do owianej złą sławą księgi „Młot na czarownice” („Malleus Maleficarum”), opublikowanej w roku 1487 przez dominikanów Heinricha Krammera i Jamesa Sprengera, która stała się instrukcją wykrywanie i karania ludzi oskarżonych o czary i kontakty z diabłem. To właśnie oni, za zgodą papieża Innocentego VIII, przemierzali miasta i wsie tropiąc czarownice. W celu wymuszenia przyznania się do obcowania z szatanem stosowali najróżniejsze metody – biczowanie, zdzieranie szat, łamanie kołem, miażdżenie palców, topienie. Papież pochwalał te metody, nie widząc w nich nic złego. Cel uświęcał środki, a demony musiały być pokonane raz na zawsze…

    Ostatnie chwile życia Innocentego VIII również nie były godne urzędu, który sprawował od ośmiu lat. Gdy tylko poczuł, że jego ziemski czas dobiega końca, poprosił o spełnienie jego ostatniego życzenia – chciał wypić mleko z kobiecej piersi! W tym celu szybko odnaleziono karmiącą matkę i sprowadzono ją przed oblicze umierającego papieża. Papieski kapelan Johann Buchard próbował jeszcze utrzymać Innocentego przy życiu. Stwierdził, że może pomóc wyłącznie transfuzja krwi trzech młodzieńców. Znaleziono ochotników, którym sowicie zapłacono, jednak chłopcy zmarli podczas zabiegu upuszczania krwi. Podobno widząc ich śmierć Innocenty odmówił poddania się tej kuracji, choć żadne ówczesne źródła nie potwierdzają takiej wersji. Tak czy inaczej, Innocenty VIII „odszedł do domu Ojca” późnym wieczorem, 25 lipca 1492 roku. Pochowany został w Bazylice Watykańskiej, gdzie jego szczątki znajdują się do dzisiaj.

    Niemal od razu po jego śmierci Rzymianie, przy każdej możliwej okazji, zaczęli wyśmiewać byłego papieża w najróżniejszych wierszach i piosenkach:
    „Spłodził ośmiu synów, córek tyle samo
    Stąd też tytuł ojca w Rzymie mu nadano
    Innocenty VIII odkąd tyś w zaświatach
    Tam odeszła również chciwość i prywata”

    Papież Innocenty VIII był ostatnim papieżem średniowiecza, które swój papieski okres kończyło niezbyt chlubnie. Wkrótce nastała kolejna epoka, która wcale nie okazała się lepsza…

    #wmrokuhistorii #historia #religia #swiat #papiez #chrzescijanstwo #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #kosciol
    pokaż całość

    +: badmate, o........i +19 innych
  •  

    Czy wiecie, skąd wzięły się popularne dziś powiedzenia? Takie o "kocie w worku", "puszczaniu płazem" albo "udawaniu Greka"?

    - "SMALIĆ CHOLEWKI" znaczy teraz tyle, co zalecać się do kogoś. Skąd to się wzięło? Przed laty porządny kawaler, który wybierał się w konkury, musiał mieć czyste, lśniące buty. Dobrym sposobem było opalanie obuwia nad ogniem, zwane smaleniem.

    - O genezie zwrotu: "NIE KUPUJ KOTA W WORKU" może lepiej nie pamiętać... W średniowieczu kocie skóry cieszyły się dużym powodzeniem.. Szyto z nich ubrania, obijano meble. Specjalni łapacze polowali na bezpańskie koty, ale zdarzało się, że złapali zwierzę, które miało właściciela. Ci - aby uchronić swoje koty przed losem obicia na krzesło - wypalali im na futrze specjalna pieczęć, dzięki czemu mruczki przestawały być atrakcyjnym towarem. Bywało jednak, że hycel złapał i takiego oznaczonego kota. Stąd ostrzeżenie dla kupujących, żeby sprawdzali, za co płacą.

    - Także w średniowieczu szczególnie "zasłużonych" złoczyńców wieszano w towarzystwie psów. Miało to oznaczać, że skazaniec zasłużył na los zwierzęcia, a nie człowieka. Do naszych czasów przetrwał zwrot: WIESZAĆ NA KIMŚ PSY".

    - W średniowieczu skazańców ścinano też mieczem. Jeśli katowi w czasie obcinania głowy obsunęło się ostrze i uderzył przestępce boczną stroną miecza - tzw. płazem - to kara była anulowana, a skazany odzyskiwał wolność. Dotąd przetrwał zwrot: "PUŚCIĆ PŁAZEM".

    - Dawniej na wystawnych ucztach ludzie bogaci, poubierani w drogie, barwne szaty, zajmowali najlepsze miejsca przy stole. Biedniejsi, poubierani na szaro, siedzieli gdzieś na końcu. Dlatego dziś mówimy: "NA SZARYM KOŃCU".

    - Powiedzenie "NIE UDAWAJ GREKA" zawdzięczamy greckiemu filozofowi Sokratesowi, który zaczepiał ludzi i zadawał im pytania, udając, że sam nie zna na nie odpowiedzi.

    - W wiekach średnich, aby zmusić więźnia do przyznania się do winy stosowano tortury. Śledczy zobowiązani byli jednak stosować się do szczegółowych instrukcji i określonych procedur. Jedna sesja tortur nie mogła trwać dłużej niż pół godziny, a liczba wszystkich sesji nie przekraczała sześciu. Jedną z bardziej drastycznych metod wydobywania zeznań było przypalanie ogniem. Jeśli delikwent lub delikwentka przeżyli pięć tur przesłuchania, po szóstej sąd rezygnował z oskarżenia i puszczał ich wolno, co zdarzało się bardzo rzadko. Na pamiątkę tej "atrakcji" mamy dziś powiedzenie: "PAL SZEŚĆ!".

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #polska #powiedzenia #jezykpolski
    pokaż całość

    źródło: kot.jpg

  •  

    ZDZISŁAW MARCHWICKI - WAMPIR Z ZAGŁĘBIA

    Gdy w latach 60. XX wieku na Górnym Śląsku i Zagłębiu doszło do brutalnych morderstw kobiet, na mieszkańców tych okolic padł blady strach. Gdzieś w ciemnych zakamarkach grasował seksualny maniak. Szybko okazało się, że sposób ataku był zawsze podobny. Sprawca atakował kobiety na otwartym terenie, najczęściej blisko ich miejsca zamieszkania. Śledził je, następnie zakradał się od tyłu i uderzał tępym narzędziem w głowę. Jeśli kobieta po pierwszym uderzeniu żyła – bił do skutku. Martwe ofiary zaciągał w ustronne miejsce, gdzie po ich rozebraniu, dokonywał najróżniejszych czynności seksualnych. Jednak nigdy nie dokonywał gwałtu.

    Odkrywano ciała kobiet z rozchylonymi udami. Ich bielizna była pocięta, a narządy płciowe obnażone. Kiedy okazało się, że wszystkich ataków dokonuje ten sam seryjny morderca, sprawca szybko otrzymał od milicji operacyjny przydomek – „Wampir z Zagłębia”.

    Milicja oficjalnie nie informowała społeczeństwa o grasującym psychopacie. Przecież seryjni mordercy mieli być wyłącznie częścią „zepsutego kapitalistycznego Zachodu”, w państwach socjalistycznych takie rzeczy nie mogły się zdarzyć. Jednak „ulica” wiedziała swoje. Ludzie szeptali i powtarzali zasłyszane plotki. Tymczasem ginęły kolejne kobiety. W ciągu pierwszych dwóch lat swojej działalność „Wampir z Zagłębia” zaatakował 16 kobiet.

    Siedemnasta ofiara mordercy sprawiła, że nastąpił przełom w śledztwie. 11 października 1966 roku znaleziono zwłoki osiemnastoletniej Jolanty Gierek, bratanicy Edwarda Gierka, który był wówczas I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Polskie władze postanowiły za wszelką cenę dopaść „Wampira z Zagłębia” za wszelka cenę.

    Nagle sprawa przybrała polityczny charakter. Oprócz powiązań z Gierkiem, dopatrzono się tego, że jedną z kobiet zamordowano 22 lipca. Inna miała na nazwisko Gomółka (podobne do Gomułki, I sekretarza KC PZPR) – pojawiło się przekonanie, że sprawca „podniósł rękę” na władze ludową. Do marca 1970 roku zwyrodnialec miał na swoim koncie 21 ataków, w tym 14 morderstw.

    Specjalna grupa operacyjna milicji o nazwie „Anna” wytypowała prawie pół tysiąca podejrzanych. Wśród nich był Zdzisław Marchwicki, alkoholik i awanturnik. Doniosła na niego żona, która podczas kolejnej domowej awantury zadzwoniła na milicję z prośba, aby przyjechali „zabrać sobie Wampira”.

    Marchwicki wszystkiemu zaprzeczał. Liczne prowokacje milicyjne i brutalne przesłuchania zrobiły swoje. Podczas procesu podejrzany przyznał się do popełnionych morderstw. Gdy sędzia zapytał Marchwickiego, czy jest mordercą, ten odparł niepewnie: „No z tego co słyszałem, co się dowiedziałem, no to chyba tak”.

    Mimo, że proces był wyłącznie poszlakowy i nie przedstawiono Marchwickiemu twardych dowodów uznano, że to właśnie on jest słynnym „Wampirem z Zagłębia”. Skazano go na karę śmierci przez powieszenie, wykonaną 26 kwietnia 1977 roku, w milicyjnym garażu w Katowicach. Czy jednak faktycznie Zdzisław, alkoholik maltretowany przez własną żonę, był „Wampirem z Zagłębia”?

    Echa tych zbrodni i pokazowego procesu nie milkną do dzisiaj, wzbudzając wiele kontrowersji. Wielu milicjantów z grupy „Anna” wątpiło w jego winę. Wątpliwości miał również sędzia Ochman, który skazał Marchwickiego na śmierć. Miał on powiedzieć po procesie: „Gdybyśmy wydali inny wyrok, ludzie na sali by nas roznieśli”

    #wmrokuhistorii #historia #polska #zbrodnia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mordercy #sadowehistorie
    pokaż całość

    źródło: Marchwicki.jpg

  •  

    POENARI - ZAMEK DRACULI

    Zamek Poenari (Cetatea Poenari), zwany także cytadelą to ruiny zamku w dolinie uformowanej przez rzekę Ardżesz, niedaleko Gór Fogarskich. Osadzony jest na trudno dostępnym zboczu. Został założony w XIII wieku przez pierwszych władców Wołoszczyzny.

    W wieku XIV był on twierdzą władców Besarabii, ale w kolejnych dziesięcioleciach popadał w ruinę i w końcu został opuszczony. W XV wieku potencjał zamku dostrzegł Wład III Palownik (zwany dzisiaj Draculą), który odbudował i wzmocnił mury twierdzy, tworząc z niej jedną ze swoich głównych fortec.

    Chociaż zamek był użytkowany jeszcze w wiele lat po śmierci Włada w 1476 roku, w końcu został ponownie opuszczony w pierwszej połowie XVI wieku i został zrujnowany w wieku XVII. Z powodu swojego rozmiaru i położenia zamek jest bardzo trudny do zdobycia czy zniszczenia. Jednak w 1888 obsunięcie się ziemi zrujnowało część zamku, która zsunęła się do rzeki. Pomimo to zamek został szybko naprawiony...

    Lokalizacja:
    Ardżesz (Argeş), Rumunia

    #wmrokuhistorii #historia #rumunia #swiat #ciekawostki #zamki #europa #dracula #ciekawostkihistoryczne #podroze #turystyka
    pokaż całość

  •  

    „STANOWY ELEKTRYK”, CZYLI KAT CELEBRYTA – HISTORIA ROBERTA ELLIOTTA

    Urodzony w roku 1874 Amerykanin Robert Green Elliott, jak wielu innych ludzi na świecie, nie lubił swojej pracy. Mimo swojego negatywnego stosunku do niej robił wszystko, by sumiennie wykonywać swoje obowiązki, narzucane mu przez przełożonych. Lata praktyki sprawiły, że w swoim fachu nie miał sobie równych w całych Stanach Zjednoczonych. A pracę miał bardzo specyficzną – był katem…

    W oficjalnych dokumentach widniał jako kat stanu Nowy Jork. Był jednak tak skuteczny, że z jego usług korzystano również w stanach Massachusetts, Vermont, New Jersey, Connecticut i Pensylwania. Odpowiedzialny był za wykonywanie wyroków śmierci poprzez egzekucje na krześle elektrycznym. Szybko przylgnął do niego przydomek „stanowy elektryk”. Za każdą z egzekucji otrzymywał wynagrodzenie w wysokości 150 ówczesnych dolarów (dzisiaj jest to równowartość 2100 dolarów).

    Robert Elliott w latach 30. XX wieku stał się jednym z najbardziej znanych katów amerykańskich, a zarazem jednym z ostatnich, będących osobą publiczną. O swojej profesji wypowiadał się chętnie i niemal zawsze w sposób negatywny – Elliott był bowiem zagorzałym przeciwnikiem kary śmierci. Za każdym razem wyraźnie podkreślał, że nie wierzy w jej skuteczność, jako środka odstraszającego ludzi przed popełnianiem zbrodni. Siebie samego traktował wyłącznie jako narzędzie – ktoś przecież musiał to robić.

    Z wieloma wyrokami się nie zgadzał i czasami publicznie zwracał się do gubernatorów z prośbą o zmianę wyroków śmierci na karę więzienia. Tak było między innymi w roku 1928, gdy dojść miało do egzekucji Ruth Synder, która wraz ze swoim kochankiem 3 lata wcześniej zamordowała własnego męża. Tuż przez jej śmiercią Robert Elliott w wystąpieniu dla prasy stwierdził, że wykonywanie kary śmierci na kobiecie jest nieludzki i okrutne.

    Innymi znanymi „klientami” „stanowego elektryka” byli między innymi Ferdinando „Nicola” Sacco i Bartolomeo Vanzetti (anarchiści niesłusznie skazani w roku 1927 na śmierć za napad rabunkowy i dwa morderstwa) oraz Bruno Hauptmann (1936) skazany w „procesie stulecia” za porwanie i morderstwo dziecka Charlesa Lindbergha.

    Zdarzały się okresy, że Elliott był mocno rozchwytywany. Jednego tylko dnia, 6 stycznia 1927 roku, przeprowadził 6 osobnych egzekucji w dwóch różnych stanach.

    Przez 13 lat swojej „elektrycznej kariery” prowadził skrupulatne zapiski, które później posłużyły mu do napisania autobiograficznej książki zatytułowanej „Agent of Death” („Agent Śmierci”), w której przyznał się do przeprowadzenia łącznie 387 egzekucji.

    Krótko po wykonaniu wyroku na Sacco i Vanzettim zwolennicy straconych anarchistów podłożyli bombę w domu Elliota. Władze Nowego Jorku zdecydowały się wtedy przydzielić katowi całodobową ochronę policyjną, która towarzyszyła mu aż do śmierci, która nastąpiła 10 października 1939 roku.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #usa #smierc #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #karasmierci #ameryka #kat
    pokaż całość

  •  

    26 lat temu...

    14 stycznia 1993 roku, na Bałtyku w czasie silnego sztormu zatonął prom Jan Heweliusz. Była to największa katastrofa w powojennej historii polskiej floty handlowej. Śmierć poniosło 55 osób. Zdołano uratować jedynie 9 członków załogi (20 zginęło). Nie ocalał żaden z 35 pasażerów.

    Nad Europą szalał huragan "Junior", a szybkość wiatru przekraczała 160 km/h. Na Bałtyku nasilał się sztorm. Prom opuścił Świnoujście tuż przed północą, płynął do Ystad. Miał opóźnienie spowodowane naprawą furty rufowej.

    Dla załogi sztorm o tej porze roku był czymś normalnym. Ci, który nie mieli wachty poszli spać. Zbudziły ich dopiero dzwonki alarmowe. Gdy statek wyszedł za cypel Arkony, w jego burtę uderzył huraganowy podmuch wiatru. Nastąpił gwałtowny przechył, który szybko się powiększał. Kapitan ogłosił alarm opuszczenia statku. Wezwał pomoc. W eter biegło rozpaczliwe wołanie: "MAYDAY, MAYDAY ferry Jan Heweliusz".

    O godzinie 4:30 sygnał odebrali Duńczycy i Niemcy. 20 minut wołanie o pomoc odebrała polska stacja Witowo-Radio. O 5:10 w eterze nastąpiła cisza. To wtedy prom przewrócił się stępką do góry. Zatonął całkowicie sześć godzin później.

    Jako przyczynę wypadku Odwoławcza Izba Morska uznała zły stan techniczny statku i błędy kapitana (ta część orzeczenia budzi kontrowersje). Dziś wiadomo, że prom w swój ostatni rejs wyszedł z uszkodzoną furtą rufową, przebitym poszyciem pod furtą i uszkodzoną przekładnią śruby napędowej.

    Wrak osiadł na głębokości 27 metrów, a jego najwyższa część znajduje się około 10 metrów poniżej poziomu wody.

    #wmrokuhistorii #historia #kalendarium #polska #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #swinoujscie
    pokaż całość

    źródło: Heweliusz.jpg

    •  

      @w-mroku-historii: Pamiętam, że jak byłem w podstawówce to zawsze w styczniu były organizowane imprezy choinkowe. Z rana dla młodszych dzieci, a popołudniu dla starszych. Gdy byłem na tej popołudniowej imprezie to mocno wiało. Mama mówiła wtedy, że pogoda (i pora roku) jest taka sama jak wtedy, gdy zatonął Heweliusz. Zastanawiała się czy znowu jakiś prom na dno nie pójdzie.

  •  

    FUKUOKA - JAPOŃSKIE PIEKŁO

    Po ataku na Pearl Harbor, 7 grudnia 1941 roku, wojska japońskie rozpoczęły błyskawiczny podbój Azji oraz wysp Pacyfiku. Już wcześniej rząd Japonii rozpoczął ogromną kampanię represyjną, wymierzoną głównie w komunistów i przeciwników imperialistycznego reżimu. W zaprowadzeniu porządku pomóc miała policja wojskowa zwana Kempeitai, pełniąca funkcję tajnej policji politycznej.

    W okresie II wojny światowej jednostka ta stanowiła główne narzędzie terroru nie tylko na obszarach okupowanych przez japońskie wojska, ale również w samej Japonii. Przeciwników politycznych zamknięto w obozach. Nikt nie silił się specjalnie na wymyślanie powodów uwięzienia. Wystarczył jeden gest lub słowo, by znaleźć się w miejscu, które gorsze było od samego piekła.

    Jednym z takich obozów było więzienie w Fukuoce, znajdujące się na japońskiej wyspie Kiusiu. Trafiali tam wszyscy wrogowie rządu Japonii i samego cesarza Hirohito. Koreańczycy, Chińczycy, Amerykanie. Największą grupę więźniów stanowili jednak Japończycy.

    Wrogowie ojczyzny od razu po przybyciu do obozu uznawani byli za winnych. Przyznanie się do winy było tylko kwestią czasu, a pomóc w tym miały prowadzone w tajemnicy przesłuchania. Gdy zawiodły, a opór skazanego był większy niż się spodziewano – przychodził czas na tortury.

    Na tortury można było trafić o każdej porze dnia i nocy. Najczęściej więzień nie dowiadywał się nawet dlaczego zostanie im poddany. A w taki sposób karano nawet za najmniejsze wykroczenie. Zabronione były rozmowy z współwięźniami. Jakikolwiek kontakt z innym człowiekiem groziła kaźń. Na terenie obozu jenieckiego nie można było śpiewać, gwizdać, rysować i pisać. Każdą formę sztuki surowo karano. Poważnym wykroczeniem stał się nawet uśmiech. Najpoważniejszym przestępstwem było jednak nie okazanie szacunku strażnikowi. Brak ukłonu i zasalutowania oznaczał natychmiastowe represje w postaci wielogodzinnych tortur.

    Sadystyczni strażnicy prześcigali się w wymyślaniu najróżniejszych sposobów na zadawanie bólu swoim ofiarą. Nie potrzebowali żadnego powodu. Ot tak, wyłącznie dla zaspokojenia swoich chorych żądz gaszono na ciele więźniów papierosy, świece lub rozpalone do czerwoności żelazne pręty. Wrząca woda i płonący olej również należały do popularnych narzędzi tortur. Oblewano nimi najczulsze miejsca na ciele – nos, uszy, brzuch i genitalia.

    Wyrywanie paznokci, obcinanie palców, rażenie prądem, zmuszanie do kilkugodzinnego klękania na potłuczonym szkle, rozciąganie stawów kolanowych i łokciowych, łamanie kończyn i żeber, wbijanie pod paznokcie drzazg – to wszystko należało do „żelaznego repertuaru” więziennych sadystów w mundurach.

    Choroby były wszechobecne. Malaria i dezynteria (czerwonka) dziesiątkowała ludność w obozach w sposób okrutny i systematyczny. Chorzy czekali na śmierć leżąc we własnej krwi, wymiocinach i odchodach. Umierający przypominali żywe trupy, a ich ciała pokryte często wrzodami i gnijącymi ranami były siedliskiem ogromnej ilości owadów. Widok był przerażający…

    Chorzy trafiali do prowizorycznej izby, gdzie unosił się silny zapach środków dezynfekcyjnych. Z powodu braku leków i narzędzi medycznych nikt specjalnie nie zajmował się leczeniem chorób. Każdy więzień, który tam trafiał mógł czekać wyłącznie na własną śmierć. Personel medyczny bardziej zainteresowany był badaniem zwłok i dokonywaniem różnego rodzaju doświadczeń i eksperymentów medycznych, także za żywych.

    Po kapitulacji Japonii i zakończeniu II wojny światowej na Pacyfiku, zdecydowana większość okrutnych strażników japońskich obozów jenieckich nie podzieliła losu swoich hitlerowskich odpowiedników i umknęła przed wymiarem sprawiedliwości. W procesach najczęściej uznawani zostawali wyłącznie za wykonawców rozkazów swoich przełożonych. Wyroki uniewinniające stały się częstym zjawiskiem. Mimo swojego niebywałego barbarzyństwa nie ponieśli kary i dożyli końca swoich dni ciesząc się tym, czego pozbawiali swoich więźniów – wolnością…

    Amerykanie posunęli się nawet do stwierdzenia, że zbrodnie popełnione przez Japończyków nie były tak nikczemne i okrutne jak czyny, których dopuścili się naziści sądzeni w Norymberdze. Z takim wyrokiem byli więźniowie japońskich obozów nie pogodzili się nigdy. Jak widać, sprawiedliwość po wojnie miała wiele twarzy…

    #wmrokuhistorii #historia #swiat #iiwojnaswiatowa #japonia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #azja
    pokaż całość

  •  

    ŚMIERĆ W GNIEWOSZÓWCE - TRAGICZNY WYPADEK HOKEISTÓW Z SANOKA

    To był mroźny zimowy dzień, choć serca hokejowych kibiców były gorące jak zawsze. 22 stycznia 1995 roku hokeiści STS Autosan Sanok grali wyjazdowy mecz w Sosnowcu z tamtejszym zespołem SMS Orlęta. Sanoczanie wygrali 6:1. Jednym ze strzelców był Piotr Milan. Nikt jeszcze nie przewidywał, że zdobyty w 39 minucie spotkania gol będzie ostatnim w życiu utalentowanego hokeisty.

    Kilka godzin później autobus znajdował się w drodze powrotnej. Jechało nim 30 osób: hokeiści, trenerzy, lekarz, zaprzyjaźnione z zespołem osoby, dziewczyna jednego z zawodników, wierny sympatyk, który dosiadł się w Krakowie. Większość pasażerów w czasie drogi spała. Warunki pogodowe były niezwykle trudne, wiał silny watr.

    Około godziny drugiej w nocy, 23 stycznia, autobus dotarł do Gniewoszówki, zaledwie 20 kilometrów od Sanoka. Sytuacja na drodze pogorszyła się jeszcze bardziej, a jezdnia była śliska i wąska. Nagle w autobus uderzył podmuch bardzo silnego wiatru. Kierowcy udało się jeszcze jakimś cudem utrzymywać kontrolę nad „tańczącym” na drodze Autosanem. Kilka sekund później nastąpił drugi podmuch i autobus stoczył się do rowu dachując.

    Huk i wstrząsy brutalnie wyrwały pasażerów ze snu. Ogólne przerażenie, panika, krzyki. Kto mógł łapał się odruchowo jakiejś poręczy, elementów pojazdu, foteli. To pozwalało zabezpieczyć się przed wypadnięciem na zewnątrz. I przeżyć.

    Czworo pasażerów nie miało takiego szczęścia. Siła uderzenia wyrzuciła na zewnątrz Piotra Milana, jego kolegę z drużyny Tomasza Jęknera, Izę Suską (partnerkę jednego z zawodników) i Tomasza Ocha, sympatyka drużyny, który zabrał się z hokeistami do domu. Jekner cudem nie został przygnieciony przez autobus. Pozostała trójka zginęła na miejscu.

    Warunki pogodowe niezmiernie utrudniały akcję ratowniczą. Dopiero około siódmej rano, sprowadzono wielotonowe dźwigi, które podniosły wrak pojazdu, spod którego wydobyto zwłoki.

    Wypadek sportowej ekipy wstrząsnął całą Polską. Zewsząd napływały telegramy z kondolencjami, telefon klubowy urywał się od połączeń. 25 stycznia odbyło się pożegnanie Piotra Milana na cmentarzu przy ul. Rymanowskiej w Sanoku. W uroczystości wzięło udział kilka tysięcy osób. Na trumnie, obok kwiatów, położono koszulkę z nr 7, w której występował Piotr Milan. Jego numer został zastrzeżony - od tego czasu nikt w Sanoku nie może grać z „7” na plecach.

    W tym samym dniu w Olchowicach odbył się pogrzeb drugiej ofiary wypadku – Tomasza Ocha. Dzień później pożegnano Izabelę Suską.

    Na zdjęciu:
    Miejsce wypadku w Gniewoszówce.

    #wmrokuhistorii #polska #historia #wypadek #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #katastrofa #hokej #sport
    pokaż całość

    źródło: 001.jpg

  •  

    461 lat temu...

    11 stycznia 1558 roku ogromna powódź, wywołana przez sztorm na Bałtyku, całkowicie zniszczyła Łebę - dzisiaj nazywaną Starą Łebą.

    Pierwsze przyszły sztormowe fale, które runęły na miasto niszcząc wszystko co stanęło im na drodze. Port uległ całkowitej dewastacji, a cofające się morze wyżłobiło nowe koryto dla rzeki. Po cofnięciu się wód Bałtyku okazało się, że ujście Łeby przesunęło się około 1,5 km na wschód.

    Nowe miasto zdecydowano się zbudować na wschód od ujścia Łeby (prawej stronie rzeki). Kolejny wielki sztorm w 1570 roku, zmusił ostatnich mieszkańców do opuszczenia Starej Łeby i przeniesienia swoich siedzib na drugi brzeg rzeki.

    Wszystko, co pozostało po Starej Łebie z czasem zasypały ruchome piaski. Do dzisiaj po zachował się tylko fragment ściany gotyckiego kościoła św. Mikołaja z XIII wieku, który tkwi wśród wydm.

    Nieistniejące już miasto określa się mianem Stara Łeba. Pierwsza historyczna wzmianka o nim pochodzi z 1282 roku. Była to kaszubska osada położona na lewym, zachodnim brzegu rzeki Łeby. Jej mieszkańcy zajmowali się rybołówstwem oraz handlem drewna. Obecnie Łeba to typowe miasteczko nadmorskie z niedużym portem. Co roku od maja do września zmienia się w bardzo zatłoczone popularne letnisko. Dużą atrakcją są ruchome wydmy oraz znajdujący się w bliskim sąsiedztwie Sowiński Park Narodowy.

    Na zdjęciu:
    Pozostałości XIII-wiecznego kościoła św. Mikołaja w Starej Łebie.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #kalendarium #rocznica #polska #leba #baltyk #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    ONDRASZEK - LEGENDARNY KSIĄŻĘ ZBÓJNIKÓW

    Nie wiemy, kiedy przyszedł na świat książę cieszyńskich zbójników. Pierwszą pewną informacją na jego temat jest data chrztu - 13 listopada 1680. Ondraszek, a właściwie Andrzej Szebasta, urodził się w bogatej chłopskiej rodzinie wójta wsi Janowice. Istnieją przypuszczenia, że rodzina Szebastów pochodziła z Węgier.

    Zgodnie z tradycją, urząd wójta był dziedziczny i sprawował go najstarszy w rodzie. Jednak funkcja nie przypadła Ondraszkowi. W 1709 roku wójtem został jeden z dziewięciorga rodzeństwa Ondraszka, młodszy od niego - Jan. Stąd przypuszczenia, że już wówczas harnaś prowadził zbójeckie życie. Pewne jest, że w 1711 roku został dowódcą bandy rozbójników, złożonej z dezerterów z austriackiej armii.

    W górach zbójnicy mogli rozwijać swój łupieżczy fach. Geograficznie trudno dostępny teren sprzyjał ukrywaniu się przed władzą, nie bez znaczenia było nastawienie lokalnej społeczności, która bardziej od miejscowych zbójców nienawidziła poborców podatkowych. Każdy bandyta chronił swoją społeczność, bo w ten sposób sam był chroniony.

    Banda Ondraszka nie była romantyczną zbieraniną szlachetnych banitów. Herszt i jego podwładni napadali na dwory i wioski. Zbójnicy nie mieli oporów przed splamieniem sobie rąk ludzką krwią.

    Lokalna społeczność nie wydała Ondraszka nawet po wyznaczeniu za niego sowitej nagrody. Zbójnika zdradzili jego kompani. Spiskowi przewodził Jerzy Juraszek, który zgładził swojego harnasia w karczmie Antoniego Horaka w Świadnowie, w nocy z 31 marca na 1 kwietnia 1715. Bandyci przewieźli ciało herszta do Frydku, gdzie - jak podaje „Polski słownik biograficzny” Michaela Morysa - zostało poćwiartowane i rozwieszone po okolicy.

    Podobnie jak inni zbójnicy, również Ondraszek stał się nieśmiertelny dzięki folklorowi. Po jego śmierci, tak jak w przypadku Janosika, zaczęły powstawać legendy o bohaterskim zbójcy.

    Jako harnaś działał mniej więcej w tym samym czasie, co słowacki zbójnik Juraj Janosik. Obie postacie obrosły legendą, obie też spotkał tragiczny los.

    Na zdjęciu:
    Ondraszek, czyli Andrzej Szebasta - drzeworyt Władysława Skoczylasa

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Ondraszek.jpg

  •  

    EXTERNSTEINE - SKAŁY, NA PUNKCIE KTÓRYCH OSZALELI NAZIŚCI

    W Lesie Teutoburskim, gdzie Germanie pokonali Rzymian w 9 roku n.e., znajduje się Externsteine - kompleks skał pochodzenia kredowego. W czasach prehistorycznych, było to miejsce kultu zamieszkujących te tereny prymitywnych ludów.

    W czasach III Rzeszy skałami tymi bardzo zainteresował się sam Heinrich Himmler i założona przez niego w roku 1935 Ahnenerbe - nazistowska organizacja badawcza, zajmująca się teoriami o wyższości rasy aryjskiej poprzez badania historyczne, etnograficzne, antropologiczne i archeologiczne.

    W Ahnenerbe zakładano, że Externsteine było miejscem kultu solarnego pierwszych ludów germańskich, symbolem ich rasy oraz świadkiem początków germańskiej rasy. Na zlecenie Himmlera prowadzono w tym miejscu wiele badań archeologicznych, mających na celu udowodnienie prawdziwości tej teorii. I choć nie przynosiły one spodziewanych efektów, kontynuowano je z zapałem.

    Heinrich wielokrotnie odwiedzał Externsteine. Organizował w tym miejscu również spotkania wysokich rangą oficerów SS. Był tak zafascynowany tymi skałami, że powołał nawet "Fundację Externsteine", mającą za zadanie badania historii tego kompleksu. W 1940 roku rozpoczęto budowę infrastruktury umożliwiającej zwiedzanie, jednak prace wstrzymano w 1942 roku.

    Ciekawa jest historia groty, która się w owym monumencie znajduje. Wyryte jest na jej ścianie tajemniczy symbol. Ma on wygląd kwadratu bez podstawy, a z dolnych części pionowych linii wychodzą promieniście trzy kolejne. W Ahnenerbe poddano analizie ów tajemniczy symbol i szybko zidentyfikowano, jako runę. Prawda jest jednak nieco inna - w średniowieczu w miejscu tym odbywały się egzekucje skazańców, a ów tajemniczy symbol oznacza prawdopodobnie wyobrażenie szubienicy.

    Dziś kompleks Externsteine jest atrakcją turystyczną, którą można odwiedzić będąc w okolicach miasta Detmold (Nadrenia Północna-Westfalia).

    #wmrokuhistorii #swiat #niemcy #nazizm #ciekawostki #podroze #europa #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #iiwojnaswiatowa
    pokaż całość

    źródło: Externsteine.jpg

    +: xMrWywroteK, orkako +10 innych
    •  

      W czasach III Rzeszy skałami tymi bardzo zainteresował się sam Heinrich Himmler

      @w-mroku-historii: A co w tym niezwykłego? Himmler był poronionym turbogermanem. Wymyślał masowo głupoty na poziomie dzisiejszych turbosłowian (każdy wybitny starożytny lud to ich przodkowie, a każda niezwykła budowla, to ich dzieło. Z tego powodu pół świata powinno należeć do nich).
      Z obsesji Himmlera naśmiewał się otwarcie sam Hitler, ale jego bzdury były korzystne dla działań propagandowych, wiec mu nie zakazywał tej błazenady. Najgorsze jest, ze dziś więcej zwolenników turbogermańskich bredni jest w Polsce niż w Niemczech. Nawet na wykopie nie raz się ścierałem z ludźmi o pochodzenie Niemców i Słowian podając obficie linki do książek (w tym po niemiecku) opracowań naukowych, raportów i artykułów. A co gorsze, niektórzy z nich podawali się za historyków, czy archeologów. Po przytłoczeniem ich faktami po prostu przerywają dalszą dyskusję i nie reagują na wołania. Wstyd.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    RYK NIEDŹWIEDZIA, CZYLI TSUNAMI W DARŁOWIE

    16 września 1497 roku wybrzeże Morza Bałtyckiego, niedaleko Darłowa (Zachodniopomorskie), nawiedziło odnotowane w książęcej kronice trzęsienie ziemi, które wywołało ogromną falę tsunami oraz powódź - największą w historii tego miasta.

    Działo się to w czasie panowania księcia Bogusława X. Książę pielgrzymował wówczas do Ziemi Świętej. W rządach nad Pomorzem Zachodnim zastępowała go małżonka - księżna Anna, córka króla Kazimierza Jagiellończyka. Przebywała wtedy ze swym dworem w darłowskim zamku.

    W książęcej kronice zanotowano:

    „Ranek tego pamiętnego dnia był podobny do innych dni, tylko znacznie bardziej wietrzny. Wiejący z północnego zachodu silny wiatr wywołał sztorm. W południe wiatr dął już z mocą huraganu, zrywając połacie dachów, powalając drzewa i stare mury. Była to zapowiedź kataklizmu, jaki miał tej nocy runąć na Darłowo.

    W dawnym gotyckim ratuszu, stojącym na środku rynku zebrała się Rada Miejska, aby zaradzić zagrożeniu. Zamknięto cztery bramy miejskie, a na murach wystawiono straże. Na zamku księżna Anna zarządziła, aby wszyscy udali się do kaplicy zamkowej i odmawiali modlitwy.”

    Falę tsunami, która runęła na Darłowo i okolicę poprzedził wielki huk. Mieszkańcom wydawało się, że słyszą „ryk niedźwiedzia”. Hałas ten spowodowany był wybuchem uwolnionego przez trzęsienie ziemi metanu, zalegającego południowe obszary Bałtyku.

    Eksplozja metanu wytworzyła falę tsunami, która gwałtownie wyrzuciła zacumowane w porcie cztery statki o prawie cztery kilometry dalej, w tym jeden pod wzgórze Kopa (22 m n.p.m.), na którym stoi do dziś, wzniesiony w I połowie XIV wieku, kościół p.w. Świętej Gertrudy. Gwałtowna fala morska wdarła się także głęboko w ląd.

    Fala tsunami całkowicie zniszczyła port w Darłówku...

    Na zdjęciu:
    Fragment barokowej ambony w Kościele Mariackim w Darłowie, upamiętniająca powódź w mieście.

    #wmrokuhistorii #polska #historia #katastrofa #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #trzesienieziemi #darlowo #
    pokaż całość

    źródło: Tsunami.1497.jpg

  •  

    ZBOMBARDOWANA PRAGA – TRAGICZNA POMYŁKA AMERYKANÓW

    Przez cały okres II wojny światowej mieszkańcom czeskiej Pragi towarzyszyły syreny alarmowe, przygotowujące ludność cywilną do ochrony oraz informujące o latających nad praskim niebem samolotach brytyjskich i amerykańskich. Czesi przywykli do tych alarmów, nie przejmując się już zbytnio kolejnymi.

    14 lutego 1945 roku raz jeszcze zawyły syreny. Ignorując kolejny alarm lotniczy, mieszkańcy kontynuowali swoje codzienne prace. Lecz tym razem syrena alarmowa ogłaszała prawdziwe niebezpieczeństwo. W środę popielcową nikt z cywilnych obywateli Protektoratu Czech i Moraw nie spodziewał się bombardowania. Zwłaszcza zabójczego nalotu przeprowadzonego przez aliantów. W dodatku dokonanego przez pomyłkę…

    Tego dnia 8. Armia Powietrzna USAAF (8 AF) wysłała nad terytorium całej Rzeszy 1337 bombowców B-24 „Liberatora” i „Latającej Fortecy” B-17 oraz 962 amerykańskich myśliwców P-51 Mustang i Republic P-47 Thunderbolt.

    62 „Latające Fortece” z podległej 8 AF 398. grupy bombowców o godzinie 12:35 zrzuciły 152 tony bomb na gęsto zaludnione dzielnice Pragi: Wyszehrad, Zlíchov, Plac Karola, Nusle, Vinohrady, Vršovice, Pankrác, Radlice i Smíchov oraz centralne osiedla. Pierwszymi dzielnicami zaatakowanymi nalotem dywanowym przez Amerykańskie Siły Powietrzne były Radlice oraz Smíchov. Atak zakończył się po pięciu minutach (o godzinie 12:40), niszcząc przy tym ogromną ilość budynków, w tym wiele cennych zabytków (m.in. synagoga miasta w Vinohrady, klasztor Emmaus na Praskim Nowym Mieście, most Palackiego). Amerykańskie bomby dosięgły również Rynek Staromiejski. Zginęło 701 osób, 1184 zostało rannych.

    Amerykańscy lotnicy, którzy wzięli udział w nalocie twierdzili później, że był to „straszny błąd”. Pogoda była zła – duże zachmurzenie z bardzo słabą widocznością. Ich system radarowy zepsuł się, a boczny wiatr, z prędkością do 100 mil na godzinę, wyniósł ich z pierwotnej trasy około 65 mil. Miasto, którego prawie nie widzieli, było bardzo podobne do Drezna ze względu na swoją pozycję, konstrukcje kolejowe i obszary mieszkalne. Nawet rzeką płynęła z południa na wschód, podobne jak drezdeńska Łaba. Wszystkie te czynniki i błędna ocena sytuacji doprowadziły do tragicznej w skutkach pomyłki…

    Piloci wielokrotnie wyrażali swój żal, a niektórzy z nich przepraszali krewnych ofiar osobiście. Dowódca Amerykanów wydał rozkaz ataku, pomimo pewnych wątpliwości, które piloci mieli zgłaszać. Relacje naocznych świadków mówiły jednak zupełnie coś innego niż zeznania amerykańskich pilotów. Według mieszkańców Pragi dzień był słoneczny, niebo czyste a widoczność doskonała. Zdaniem wielu osób pomylenie Pragi z Dreznem było po prostu niemożliwe.

    Nazistowska propaganda Niemców wykorzystała pomyłkowe bombardowanie do podkreślenia, że alianci w swym zbrodniczym charakterze zniszczą wszystko, co stanie im na drodze. Po wojnie komunistyczne władze również starały się wykorzystać ten nalot. Ówczesna propaganda podkreślała, że „Amerykanie są źli”, gdyż byli w stanie celowo zabić tak wielu cywilów i zbombardować miasto, które pozostawało niechronione przez wojsko. Twierdzono nawet że samoloty bombardujące Pragę nie należały do głównej grupy ciężkich bombowców lecących nad Drezno.

    Wśród czeskich historyków istnieje przypuszczenie, zgodnie z którym Praga została wcześniej wyznaczona jako tzw. „cel okazjonalny”, co było częstą praktyką w przypadku niemożności zrealizowania ataku na cel główny. Potwierdzać to mają widoczne na mapie podobieństwa w punktach orientacyjnych, a także w układzie linii kolejowych łączących Pragę i Drezno.

    W trakcie II wojny światowej miały miejsce jeszcze trzy inne naloty na Pragę. Pierwszy miał miejsce 5 października 1941 roku, kiedy angielskie bombowce zrzuciły cztery bomby zapalające. Drugi atak przeprowadzony 4 lata później (15 listopada 1944 roku) przez dwa amerykańskie samoloty doprowadził do zniszczenia elektrowni miejskiej w dzielnicy Holešovice. Trzeci i zarazem jeden z większych ataków miał miejsce 25 marca 1945 roku. Wojska alianckie zbombardowały wtedy strategiczne cele w trzech praskich dzielnicach. Zginęło łącznie 235 osób a 417 zostało rannych. 527 budynków zostało całkowicie zniszczonych.

    Strona amerykańska kilkakrotnie potępiła atak dokonany 14 lutego 1945 roku, jednak nigdy nie dało się udowodnić, że bombardowanie zostało przeprowadzone przez pomyłkę…

    (autor tekstu: Hubert P.)

    #wmrokuhistorii #swiat #historia #iiwojnaswiatowa #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #usa #czechy #ciekawostkihistoryczne #wojna
    pokaż całość

    źródło: Praga.jpg

  •  

    GEORGE STINNEY - NASTOLATEK NA KRZEŚLE ELEKTRYCZNYM

    16 czerwca 1944 roku wykonano egzekucję na 14-letnim czarnoskórym chłopcu. George Junius Stinney został skazany na krzesło elektryczne za domniemane zabójstwo dwóch białych dziewczynek: 11-letniej Betty June Binnicker i 8-letniej Mary Emmy Thames.

    Po procesie trwającym 3 godziny, George'a skazano na karę śmierci. Zarówno werdykt, jak i przebieg procesu wzbudził spore kontrowersje. Dziewczynki zmarły w wyniku uderzenia ciężką belką. Wiele osób miało wątpliwości, czy mizerny, ważący 40 kg, chłopak byłby w stanie w ogóle ją podnieść. Sekcja zwłok wykazała co najmniej sześć uderzeń u Mary i siedem u Betty.

    Jedynym dowodem w procesie były zeznania George'a (prawdopodobnie wymuszone torturami). Stinney zeznał, że dziewczynki spytały go, gdzie mogą zerwać kwiaty, zaczęły go bić, przez co młodsza spadła do rowu, drugą natomiast uderzył w obronie własnej.

    12 białym mężczyznom z ławy przysięgłych wydanie werdyktu zajęło niespełna 10 minut. Chłopiec był tak mały, że - aby móc przeprowadzić egzekucję na krześle elektrycznym - posadzono go na grubej książce.

    18 grudnia 2014 sąd w Karolinie Południowej uznał, że Stinney został skazany niesłusznie oraz nie miał zapewnionych podstawowych praw gwarantowanych przez konstytucję.

    Na zdjęciu:
    14-letni George Junius Stinney po aresztowaniu.

    #wmrokuhistorii #historia #usa #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #egzekucja #swiat #dzieci #zbrodnia #ciekawostkihistoryczne #sadowehistorie
    pokaż całość

  •  

    76 lat temu...

    6 grudnia 1942 roku, w Starym Ciepielowie i Rekówce na Mazowszu, niemieccy żandarmi z miejscowego posterunku spalili żywcem 31 osób z czterech polskich rodzin: Kowalskich, Kosiorów, Skoczylasów i Obuchiewiczów. Wszyscy zostali oskarżeni o pomoc w ukrywaniu Żydów. Zginęło także dwóch żydowskich uciekinierów. Większość ofiar stanowiły dzieci. Była to jedna z największych zbrodni popełnionych przez Niemców na Polakach, którzy w czasie II wojny światowej udzielali pomocy Żydom.

    Tego dnia rano, oddziały żandarmerii niemieckiej, stacjonujące w opustoszałym folwarku w Ciepielowie, otoczyły znajdujące się w tej samej wsi gospodarstwa Kowalskich i Obuchiewiczów oraz dom Skoczylasów zamieszkujących pobliską wieś Rekówka. W domu tych ostatnich mieszkali także Stanisław i Marianna Kosiorowie z dziećmi.

    Żandarmi zaprowadzili mieszkańców do drewnianej chaty rodziny Obuchiewiczów. Siłą wepchnięto wszystkich do środka, zaryglowano drzwi i podłożono ogień. Z płonącego domu udało się wybiec poparzonej dziewczynce, 14-letniej Janinie Kowalskiej. Wtedy Niemcy otworzyli ogień, a ciało martwego dziecka wrzucili z powrotem do środka.

    Tuż po dokonaniu tej makabrycznej zbrodni, Niemcy kazali innym mieszkańcom wsi zakopać w jednym zbiorowym dole zwęglone szczątki sąsiadów. Po wojnie szczątki zamordowanych zostały ekshumowane i przeniesione do masowego grobu ofiar niemieckiego terroru, znajdującego się w Starym Ciepielowie.

    W 1992 roku (w 50. rocznicę mordu) odbyły się w Ciepielowie uroczystości, w czasie których wmurowano w miejscowym parku kamień węgielny pod przyszły pomnik.

    W 2009 roku nakręcony został dokument fabularyzowany opowiadający o wydarzeniach z Ciepielowa pt. „Historia Kowalskich”. Po premierze filmu (20 października 2009 roku), ówczesna pierwsza dama Maria Kaczyńska odznaczyła pośmiertnie zamordowanych Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

    Na zdjęciu:
    Bronisława i Adam Kowalscy wraz z dziećmi - Janiną (14l.), Zosią (12l.), Stefanem (7l.) i Heniem (4l.).

    #wmrokuhistorii #historia #iiwojnaswiatowa #niemcy #gruparatowaniapoziomu #polska #zbrodnia #ciekawostki #kalendarium #rocznica #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Kowalscy.jpg

  •  

    TAJEMNICZA ŚMIERĆ NATALIE WOOD

    Urodzona w San Francisco (w roku 1938) Natasza Nikołajewna Zacharenko, córka rosyjskich imigrantów, nie miała łatwego dzieciństwa. Apodyktyczna matka prowadziła kilkuletnią dziewczynkę na każde przesłuchanie. Szybko objawił się talent Nataszy. W wieku 9 lat stała się znana jako Natalie Wood, wschodząca gwiazdka Hollywood. Trzy nominacje do Oskara uczyniły z niej wielką aktorkę, a takie filmy jak „Buntownik bez powodu” (1955) i „West Side Story” (1961) na trwałe zapisały się w historii kina. Ten sukces pozwolił przetrwać jej rodzinie.

    W miłości miała mniej szczęścia. Już samo wejście w dorosłość było dla niej traumatyczne, gdyż jako 15-latka została zgwałcona przez wielką gwiazdę ówczesnego kina Kirka Douglasa, który tym samym stał się jej pierwszym mężczyzną. Matka obawiając się, że skandal może zniszczyć karierę Natalie, wymusiła na córce milczenie. Sławny aktor nigdy nie odpowiedział za swój czyn.

    Potem nie było lepiej. O jej małżeństwach i rozwodach rozpisywała się prasa. Jej ostatnim mężem został Robert Wagner, jako aktor uwielbiany, jako człowiek szalenie apodyktyczny i zazdrosny. Było to ich drugie małżeństwo, tym samym jej pierwszy mąż został trzecim. To właśnie z nim spędziła ostatni listopadowy weekend 1981 roku na jachcie „Splendour” w pobliżu wyspy Catalina, niedaleko Los Angeles. Towarzyszył im aktor Christopher Walken, z którym wówczas Natalie kręciła film „Burza mózgów”.

    To, co wydarzyło się wtedy na jachcie do dziś pozostaje jedną z najmroczniejszych zagadek Hollywood. Wspólna impreza, podszyta alkoholem, lekami uspokajającymi, przemocą i zazdrością doprowadziła do tajemniczej śmierci Natalie Wood.

    29 listopada 1981 roku, krótko przed północą, Wagner ostro pokłócił się z Walkenem. Powodem awantury miała być Wood, którą mąż podejrzewał o romans z kolegą z planu. Kilka minut później 43-letnia aktorka zniknęła z pokładu w tajemniczych okolicznościach, wraz z nią zginęła szalupa ratunkowa. Jej ciało, dryfujące w pozycji pionowej z twarzą zanurzoną pod wodą, znaleziono kilka godzin później.

    Kobieta ubrana była jedynie w koszulę nocną, skarpetki i puchową kurtkę.Według oficjalnej wersji śmierć aktorki uznano za „nieszczęśliwy wypadek”. Pijana aktorka miała wpaść do wody podczas próby dostania się do nadmuchiwanej łódki. Nie było świadków tego wydarzenia, gdyż wszyscy uczestnicy imprezy, łącznie z kapitanem jachtu Dennisem Davernem, spali w swoich kajutach. Śledztwo zamknięto, wątpliwości pozostały.

    Przełom w sprawie nastąpił w roku 2011, gdy podczas wywiadu telewizyjnego, kapitan przyznał się, że tamtego tragicznego dnia skłamał podczas przesłuchania. Nie powiedział, że po awanturze z Walkenem, agresywny Wagner ostro kłócił się z żoną na pokładzie. Gdy Davern wyszedł do nich, aktor stał już sam. Powiedział tylko, że Natalie zniknęła. Nie próbował szukać żony, a także zabronił kapitanowi oświetlenia wody i powiadamiania służb o wypadku.

    Pierwszy meldunek Wagner nadał dopiero po 90 minutach od wypadku. Na jego kapitan zataił prawdę na temat ostatnich chwil życia Natalie Wood. Policja z Los Angeles natychmiast wznowiła śledztwo. Po 30 latach śledczy ponownie przyjrzeli się dowodom i raportowi z sekcji zwłok aktorki.

    Okazało się, że istnieją przesłanki, aby uznać śmierć Natalie nie za wypadek, ale za morderstwo. Nowy raport koronera, stwierdził ponad wszelką wątpliwość, że na ciele aktorki znaleziono ponad dwadzieścia świeżych siniaków na nadgarstkach, twarzy i kolanach oraz zadrapania na szyi i czole. Oznaczało to, że Wood przed utonięciem została napadnięta. Nie było żadnych śladów stężenia pośmiertnego (które zwykle powstaje w czasie od 2 do 4 godzin po zgonie), za to treść jej żołądka wskazywała, że Natalie zmarła około północy, potwierdzając słowa kapitana o półtoragodzinnym opóźnieniu z powiadomieniem o wypadku. Na podstawie zbadanego poziomu moczu uznano, że aktorka była nieprzytomna zanim wpadła do wody.

    Koroner Thomas Noguchi stanowczo wykluczył, że przyczyną śmierci mogło być utonięcie lub hipotermia. Również Dennis Davern oskarżał o morderstwo Wagnera, który najpierw zmieniał swoją wersję wydarzeń, a potem uparcie milczał. Niedługo po tym policja opublikowała 10-stronicowy dodatek do raportu z autopsji, który ostatecznie wykluczył ustalenia śledczych sprzed 30 lat. Zmieniono w nim przyczynę śmierci z „wypadku” na „wypadek oraz inne nieokreślone czynniki”.

    Roberta Wagnera nie postawiono nigdy w stan oskarżenia, jednak kilka razy biuro szeryfa hrabstwa Los Angeles wzywało go do złożenia nowych wyjaśnień. Aktor za każdym razem odmawiał. Również Christopher Walken, obecny na jachcie tamtej nocy, do dziś twierdzi, że nic nie słyszał i nic nie widział. Lena Wood, siostra Natalie, wciąż walczy o prawdę. Na razie bezskutecznie…

    #wmrokuhistorii #historia #hollywood #smierc #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #usa #kobiety #ameryka #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Natalie wood.jpg

  •  

    188 lat temu...

    W nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku w Warszawie rozpoczęło się powstanie listopadowe - zryw niepodległościowy skierowany przeciwko rosyjskiemu zaborcy. Przez 10 miesięcy, 140 tysięcy ludzi prowadziło walkę z największą potęgą militarną Europy, odnosząc w niej poważne, lecz przejściowe sukcesy. Rozpoczęte w listopadową noc powstanie narodowe było największym wysiłkiem zbrojnym w polskich walkach wyzwoleńczych XIX wieku.

    Rządy cara Mikołaja I, łamanie przez niego konstytucji z 1815 roku, wprowadzenie cenzury, prześladowania organizacji patriotycznych – to główne przyczyny wybuchu powstania listopadowego. Do ujścia nastrojów rewolucyjnych doszło w nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku.

    O godzinie 18 podporucznik Piotr Wysocki wszedł do Szkoły Podchorążych Piechoty w Łazienkach i wyprowadził kadetów pod pomnik Jana III Sobieskiego. Ruszyli na Belweder, w którym urzędował Wielki Książę Konstanty, syn Piotra I, gubernator wojskowy Królestwa Polskiego. Chcieli dokonać zamachu na znienawidzonego namiestnika cara. Ten jednak zdołał uciec.

    1 grudnia 1830 roku na czele Towarzystwa Patriotycznego, domagającego się rozpoczęcia działań wojennych przeciwko armii rosyjskiej na terenie Królestwa, stanął Joachim Lelewel. Później doszło do powstania Rządu Tymczasowego, którego prezesem został książę Adam Czartoryski. W Rosji rozpoczęły się negocjacje w sprawie polskiej.

    Rosja była zaskoczona powstaniem – podkreślał prof. Jerzy Skowronek. – My czekaliśmy aż dojdzie do kompromisu, w związku z czym nie wypadało walczyć.

    Historycy uważają takie zachowawcze działanie za błąd. Do Petersburga został wysłany książę Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki. Tam miał domagać się od Mikołaja I respektowania postanowień konstytucji z 1815 roku, ale przede wszystkim natychmiastowego opuszczenia przez wojska rosyjskie terytorium Królestwa Polskiego. Car wprowadził stan wojenny na ziemiach zabranych i kazał Iwanowi Dybiczowi stłumić powstanie. Mimo to wciąż mieliśmy szansę na zwycięstwo.

    Ostatecznie powstanie listopadowe, które przekształciło się w wojnę polsko-rosyjską, upadło 21 października 1831. Największym zagrożeniem dla tego ruchu wyzwoleńczego nie była wcale ogromna armia rosyjska, a bierna postawa polskich dowódców. Dyktator powstania, Józef Chłopicki po żądaniach cara w sprawie kapitulacji sił polskich 17 stycznia 1831 złożył rezygnację. Z kolei Adam Czartoryski był przeciwnikiem jakichkolwiek zmian oraz w ogóle samego powstania.

    Źródło:
    "powstanie listopadowe - klęska na własne życzenie"

    Na zdjęciu:
    Obraz Wojciecha Kossaka "Starcie belwederczyków z kirasjerami rosyjskimi na moście w Łazienkach"

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #polska #gruparatowaniapoziomu #xixwiek #powstanielistopadowe #ciekawostkihistoryczne #kalendarium #rocznica
    pokaż całość

  •  

    126 lat temu...

    29 listopada 1892 w Tallinie (Estonia) przyszedł na świat Karl Arnold Waldemar Majewski - Polak, który został bohaterem Finlandii.

    Jego ojciec, Aleksander Majewski, pochodził ze starej polskiej rodziny wojskowej i służył w Imperialnej armii rosyjskiej, a następnie osiadł w Helsinkach. Matka Arnolda, Irene Hellman pochodziła z Finlandii.

    Arnold Majewski rozpoczął karierę wojskową, walcząc w fińskiej wojnie domowej w kawalerii białej armii. Pozostał w wojsku, ukończył szkolenie oficerskie, a później został kapitanem kawalerii.

    W czasie "wojny zimowej" (od 30 listopada 1939 do 13 marca 1940) był dowódcą batalionu w Karelii i walczył w bitwie pod Kollaą. Szybko stał się znany jako odważny oficer, który nigdy nie bał się narażać na ogień wroga. Zasłynął śmiałym, długim na 100 km, zimowym wypadem dwu-batalionową grupą bojową (1286 ludzi i 268 koni) na tyły wroga, gdzie w styczniu 1942 zniszczył strategiczne połączenie kolejowe do Murmańska. Majewski został ciężko ranny tuż przed końcem wojny, kiedy szrapnele trafiły go w ramię, klatkę piersiową i szyję. Po zakończeniu wojny został awansowany.

    W radziecko-fińskiej "wojnie kontynuacyjnej" (od 25 czerwca 1941 do 19 września 1944) walczył na froncie Rukajärvi, gdzie stał się znany jako jeden z najodważniejszych dowódców. Został awansowany na podpułkownika w kwietniu 1942 roku. Wielka odwaga Arnolda Majewskiego, często połączona ze skrajną brawurą, okazała się wkrótce dla niego.

    10 października 1942 roku pokazywał fotografom wojennym pole walki, na którym niedawno odepchnięto ciężki atak wroga. Reporterzy sporządzający dokumentację nie mogli skutecznie policzyć martwych ciał na polu walki. Gdy ukryci w okopach bezradnie patrzyli przez peryskop, Majewski wyszedł z rowu i zaczął osobiście liczyć ciała na "ziemi niczyjej". Zdążył naliczyć 30 ciał, gdy został trafiony przez sowieckiego snajpera. Kula przeszła przez szczękę i gardło, rozrywając mu szyję.

    Arnold Majewski został pochowany na cmentarzu rodzinnym w miejscowości Turku (*). Dziś uważany jest w Finlandii za jednego z największych bohaterów tego kraju.

    Żona Arnolda Majewskiego (ur. 1916) dożyła późnej starości. Zmarła w wieku 99 lat, 12 marca 2015 w fińskim Porvoo.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #finlandia #ciekawostkihistoryczne #swiat #kalendarium #rocznica #iiwojnaswiatowa #wojna
    pokaż całość

  •  

    MORD UPA POD BEŁŻCEM

    16 czerwca 1944 roku siły Ukraińskiej Powstańczej Armii z zimną krwią zamordowały kilkudziesięciu Polaków jadących pociągiem osobowym z miejscowości Bełżec do Rawy Ruskiej.

    Do masakry doszło w okolicach wsi Zatyle (dziś województwo lubelskie). Banda ukraińskich zbrodniarzy dowodzonych najprawdopodobniej przez Dmytra Karpenkę ps. „Jastrub” około godziny 7 rano zatrzymała jadący pociąg. Ukraińcy przebrani w niemieckie mundury weszli na tory, a będący z nimi w zmowie ukraiński maszynista Zachariasz Procyk, zatrzymał skład.

    Zbrodniarze wtargnęli do pociągu. Najpierw legitymowali wszystkich pasażerów, aby oddzielić Polaków od Ukraińców. Tych pierwszych w bestialski sposób zamordowali nie oszczędzając nawet kobiet i dzieci. Drugich wypuścili. Z zachowanych relacji wynika, że przed dokonaniem mordu Polaków bito kolbami karabinów i okradano ich z posiadanych rzeczy. W swoim morderczym amoku jedną z Polek, która była w ciąży, przybili bagnetami do ziemi, a następnie rozpruli jej brzuch. Zaledwie kilku osobom udało się jakimś cudem przeżyć.

    Po masakrze ciała zamordowanych zostały przewiezione drezyną do Bełżca. Tam dokonano identyfikacji części z nich. Kilka dni później odbył się w Tomaszowie Lubelskim pogrzeb części ofiar ukraińskich bestii, który ze względu na ogrom bestialstwa i jego skalę, zamienił się w patriotyczną manifestację.

    Historycy spierają się dziś o liczbę zamordowanych wówczas Polaków. Ich szacunki wahają się od 41 do 70 osób.

    Na zdjęciu:
    Polacy zamordowani przez ludobójców z OUN-UPA w Bełżcu. Las przy torze kolejowym.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #ukraina #upa #mordercy #zbrodnia #iiwojnaswiatowa #kresy #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #smierc #wojna
    pokaż całość

    źródło: Mord w Belzcu.jpg 18+

  •  

    POWSTANIE ŁÓDZKIE - ROBOTNICY KONTRA IMPERIUM ROSYJSKIE

    22 czerwca 1905 roku wybuchło pierwsze w historii Imperium Rosyjskiego powstanie, głównie polskich i żydowskich robotników, na terenie rozwijającej się w tym okresie Łodzi. Do historii przeszło pod nazwą "łódzkie" lub "czerwcowe". Zryw ten miał miejsce w ramach ogólnokrajowej Rewolucji 1905 roku.

    Niezadowolenie społeczne, wynikające z przegranej wojny z Cesarstwem Japonii, głęboki kryzys gospodarczy, prawie czternastogodzinny dzień pracy (najwięcej w Europie) oraz bardzo niskie płace pogłębiły nastroje antycarskie oraz wzmocniły w Królestwie Kongresowym (Polskim) dążenia do zaprzestania rusyfikacji w szkołach oraz niepodległości kraju (oprócz domagania się praw dla pracowników fabryk, sama rewolucja miała także charakter niepodległościowy).

    Wszystko zaczęło się w pod koniec stycznia 1905 roku. W Petersburgu (ówczesnej stolicy Rosji) zebrało się przed Pałacem Zimowym około dwustu tysięcy ludzi, domagających się zakończenia wojny z Japonią oraz poprawy ekonomicznej dla robotników.

    Przebywający w Carskim Siole Mikołaj II postanowił nie prowadzić rozmów z demonstrantami. Rozkazał rozpędzić tłum przy pomocy carskiego wojska oraz kozaków. Zginęło kilkaset osób. Wieść o tej krwawej demonstracji szybko ogarnęła całą Rosję, w tym Łódź.

    Jeden z większych początkowych protestów odbył się kilka dni po „Krwawej niedzieli”. Stutysięczny tłum, protestując przeciwko cenzurze i domagający się wyborów do Dumy Państwowej, maszerował ulicami miasta bardzo spokojnie, za to 1 lutego robotnicy, żądający wypłaty zaległej tygodniówki, stoczyli z Kozakami jedną z pierwszych potyczek, która zapoczątkowała ideę walki z caratem.

    Na przełomie stycznia i lutego zginęło wtedy około 19 osób. 12 kwietnia zaczęły powstawać pierwsze barykady robione przez strajkujących na głównych ulicach. Bunt ludności miasta trwał…

    Nastał maj. Podczas „Dnia Pracy” strajkowało około 30 tysięcy ludzi. Od tej chwili główne pochody oraz marsze były organizowane przez partie socjalistyczne – PPS, Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy oraz Bund. Demonstracje organizowane były także na pogrzebach. 26 maja odbył się pochówek robotnika zastrzelonego przez Kozaków przed zakładami Grohmana – Jana Grabczyńskiego. Wzięło w nim udział 50 tysięcy osób.

    W czerwcu strajki oraz napięta sytuacja doprowadzały do coraz gorszych wydarzeń. 18 czerwca, kilka dni przed wybuchem zbrojnego powstania, Kozacy zaatakowali w lesie łagiewnickim kilkaset osób wracających z jednej z demonstracji. Zginęło 5 osób, a rannych zostało ponad 40. Dwa dni później, w czasie pogrzebu ofiar poprzedniego protestu, doszło do masakry, podczas której tragiczną śmierć poniosło 21 osób.

    Dzień po wybuchy powstania w Łodzi wzniesiono już 100 barykad. Zbyt słabe uzbrojenie robotników nie mogło powstrzymać przedzierania się wojsk carskich przez tereny „okupowane” i niszczenie barykad, co doprowadziło do ciężkich walk, szczególnie na dawnej już ul. Południowej.

    Ostatnie barykady padły 24 czerwca na ulicy Wschodniej, po wielkich starciach z Rosjanami. W ciągu dwóch dni zginęło 151 osób a kilkaset zostało rannych. Car Mikołaj wprowadził w powiecie łódzkim oraz w samej Łodzi stan wojenny. Gdzieniegdzie trwały jeszcze potyczki na ulicach, nie miały już one jednak większego znaczenia…

    Powstanie łódzkie („czerwcowe”) stanowczo potępił ówczesny papież Pius X.

    Na pamiątkę tych wydarzeń, ulica Południowa została nazwana ulicą Rewolucji 1905. W 1975 roku odsłonięto Pomnik Czynu Rewolucyjnego w parku na łódzkim Zdrowiu. W Łodzi znaleźć można także wiele innych miejsc, związanych z tymi wydarzeniami...

    Na zdjęciu:
    Pomnik w Łodzi upamiętniający Rewolucję 1905 roku.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #polska #rosja #xxwiek #lodz #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Pomnik_1905.jpg

  •  

    "Historia po niemiecku, przez Niemców pisana"

    "DER SPIEGEL": ENIGMĘ ZŁAMALI BRYTYJSCY SZACHIŚCI

    Niemiecka gazeta "Der Spiegel" zamieściła na swoich łamach artykuł o "złamaniu" kodów maszyny szyfrującej Enigma - niemieckiej przenośnej elektromechanicznej maszyny szyfrującej, opartej na mechanizmie obracających się wirników, skonstruowanej przez Artura Scherbiusa. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że całkowicie pominięto w tym sukcesie udział Polaków, czyli trójki znakomitych matematyków i kryptologów: Mariana Rejewskiego, Henryka Zygalskiego oraz Jerzego Różyckiego – ludzi, którzy rzeczywiście złamali szyfr Enigmy.

    Po "złamaniu" Enigmy, o czym napisał Kacper Śledziński w książce „W tajnej służbie. Wojna wywiadów w II RP”, Polacy przez dłuższy czas nie informowali o tym sukcesie swoich sojuszników. Uczynili to dopiero na kilka dni przez wybuchem II wojny światowej.

    Dziś niemieckie media starają się wszelkimi sposobami zmieniać historię II wojny światowej w taki sposób, aby umniejszać sukcesy Polaków. Nie mają natomiast oporu przed oskarżaniem nas o antysemityzm i współudział w Holokauście Żydów.

    We wspomnianym wyżej artykule"Der Spiegel" za ojców sukcesu uznał brytyjskich agentów wywiadu oraz szachistów. Do tego grona dołączono również brytyjskiego matematyka Alana Turinga, podkreślając jednocześnie fakt, że Turing był homoseksualistą, co w "nietolerancyjnej" ówcześnie Wielkiej Brytanii uznawano za przestępstwo. "Der Spiegel" wspomina też o tragicznym życiu Alana Turinga, który z powodu tej "nietolerancji" oraz przymusowemu zabiegowi "chemicznej kastracji"popadł w depresję i w roku 1954 popełnił samobójstwo.

    O Polakach i ich pracy przy "złamaniu" Enigmy Niemcy napisali niewiele, poświęcając naszym rodakom zaledwie jedno(!) zdanie. Możemy w nim przeczytać, że:

    "brytyjskim kryptologom pomogła mistrzowska praca polskich specjalistów z grupy matematyka Mariana Rejewskiego".

    Tylko tyle i aż tyle...

    Źródło:
    "Der Spiegel"

    Na zdjęciu:
    Enigma na wystawie w Muzeum Techniki w Warszawie.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #niemcy #propaganda #iiwojnaswiatowa #swiat #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #polska #enigma #wojna
    pokaż całość

    źródło: Enigma.jpg

  •  

    PRZEKLEŃSTWA I WULGARYZMY. SKĄD SIĘ WZIĘŁY?

    Przekleństwa, wulgaryzmy, brzydkie wyrazy – wszyscy je znamy i niemal wszyscy stosujemy. Czy jednak wszyscy wiemy skąd się wzięły? Bywało tak, że dawniej wyraz uważany za obraźliwy z czasem stracił lub zmienił swoje wulgarne znaczenie. I na odwrót – słowo, które dziś stosujemy z dumą, kilka wieków temu oznaczało coś zupełnie przeciwnego…

    „KIEP”

    W przeszłości słowo kiep oznaczało kobiecy srom i było jednym z najgorszych przekleństw jakich można było użyć w stosunku do innej osoby. W epoce renesansu “kiepem” określano zniewieściałego lub tchórzliwego mężczyznę. Właśnie od tego starego wulgaryzmu pochodzi słowo “kiepski”.

    „KUTAS”

    Dziś to po prostu wulgarne określenie męskiego członka. Dawniej wyraz ten był dość pospolitym słowem, używanym przez wszystkich. Oznaczał ozdoby z nici, sznurka lub wełny w kształcie frędzla – często stanowił dolne wykończenie co bogatszych szamerunków stosowanych w mundurach wojskowych i habitów. Był także elementem ozdobnym niektórych rodzajów czapek (np. szlafmycy) i zasłon.

    „CHAM”

    Słowo bardzo często używane przez ludzi na określenie osoby, która zachowuje się bezczelnie i niegrzecznie. Mało kto wie, że Cham to imię najmłodszego z synów biblijnego Noego. Od jego imienia powstała nazwa ludu Chamitów. Noe przeklął swojego syna za niesubordynację i brak szacunku. Imię jego syna stało się zatem określeniem negatywnym, które znamy dzisiaj. Dawniej „cham” było pogardliwym określeniem chłopa niskiego stanu (parobka).

    „KURWA”

    Wbrew powszechnemu przekonaniu nie wywodzi się do łacińskiego "curva" (czyli "krzywa"), ale ma korzenie czysto słowiańskie. Ten niezwykle popularny dzisiaj wyraz wziął się od staropolskiej nazwy „kur”, czyli kogut. Pierwszy dokument z zapisanym słowem „kurwa” pochodzi z roku 1415 roku. Według Andrzeja Bańskowskiego to obelżywe słowo oznaczało pierwotnie dojrzałą kobietę niezamężną. Stąd właśnie wywodzi się wulgarne słowo „skurwysyn” („syn z kurwy” lub „kurwi syn”), czyli „syn samotnej kobiety i nieznanego ojca, bękart-wyrzutek, dziecko nie należące do rodu”. Prostytutki zaczęto określać tym słowem już w XVI wieku.

    „DUPA”

    Dziś to po prostu wstydliwa część ciała lub człowieka niezaradnego. Wyraz ten pochodzi od starosłowiańskiego słowa „dupło” – zagłębienie, dziura, strzelić z dupy, dziupla. W XIII wieku określenie „dupna mogiła” oznaczało pusty grób. Z czasem słowa tego zaczęto używać w znaczeniach, jakie dziś wszyscy znają.

    Kiedyś to słowo oznaczało dziuplę w drzewie, wgłębienie w skale, w ziemi bądź w ludzkim ciele. Do dzisiejszych czasów dupa to po prostu “tyłek”. Obecnie jednak słowa używa się w wielorakim kontekście. Określa się nim człowieka niezaradnego “ale z ciebie dupa”, ładną dziewczynę lub partnerkę – i w tym przypadku zdania są podzielone, ponieważ dla jednych jest to komplement, dla innych obraza.

    „CHOLERA”

    To dziś jedno z lżejszych przekleństw, jednak nie zawsze tak było. W czasach, gdy zdarzały się pandemie cholery, życzenie jej komuś było wyrazem głębokiej nienawiści. Życzenie komuś, aby „wzięła go cholera” to tak naprawdę życzenie komuś śmierci – było uważane za „przekleństwo”, czyli próbę rzucenia na kogoś uroku. Samo słowo „cholera” pochodzi od starogreckiego „cholera”, którym pionierzy medycyny tacy jak Pliniusz czy Plutarch określali wymioty żółcią.

    „PIERDOLIĆ”

    To przekleństwo ma ogromną ilość znaczeń. Może opisywać stosunek płciowy, gadanie głupot czy lekceważenie czegoś lub kogoś. Pochodzi od słowa „pierdoła”, dawnego określenia osoby źle wykonującej swoją pracę lub lekceważącego swoje obowiązki. Czasami określano tak również osoby, które często „puszczały gazy”. Dziś „pierdoła” to ktoś niezdarny, ślamazarny lub niedołężny.

    „KOBIETA”

    Na koniec słowo o historii całkowicie odmiennej niż wszystkie powyższe. Wszyscy wiemy, co oznacza – jednak niewiele osób wie, skąd się wzięło… Wyraz ten pojawił się dopiero w XIX wieku wypierając wcześniejsze powszechnie używane określenia na płeć piękną takie jak „niewiasta” czy „białogłowa”. Wcześniej było mianem obelżywym, uwłaczającym przedstawicielkom płci pięknej.

    Wyraz „kobieta” pochodzi od staropolskich słów „kob”, czyli „chlew” (obrządzanie świń należało do obowiązków kobiecych) oraz „koba”, czyli „kobyła”. Dziwna końcówka „-ieta” zgadza się z końcówkami XVI-wiecznych imion żeńskich, takich jak „Bieta”, „Elżbieta”, „Markieta”. Z biegiem czasu ten staropolski wulgaryzm nabrał neutralnego znaczenia, całkowicie zatracając swój negatywny charakter…

    #wmrokuhistorii #ciekawostki #historia #polska #jezykpolski #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #przeklenstwa
    pokaż całość

    źródło: TDD2.jpg

    +: ajo48, WuDwaKa +73 innych
  •  

    KAPITAN THOMPSON - DŻENTELMEN, KTÓRY ZOSTAŁ PIRATEM

    W roku 1820, kiedy José Francisco de San Martín y Matorras, generał argentyński i przywódca powstania narodów Ameryki Południowej przeciw hiszpańskiemu panowaniu, wraz ze swoimi oddziałami zmierzał w stronę Limy, stolicy Peru, Hiszpanie postanowili wywieść i ukryć cały znajdujący się tam „Skarb Limy”. Joaquín de la Pezuela, wicekról Wicekrólestwa Peru, w porozumieniu z przedstawicielami 50 kościołów w mieście, zdecydował wszystkie kosztowności, złoto i klejnoty przenieść na statek cieszącego się dużym poważaniem brytyjskiego żeglarza – kapitana Williama Thompsona.

    Według oryginalnego wykazu inwentarza, na statek „Mary Dear” załadowano 113 złotych religijnych posągów, w tym naturalnej wielkości statuę Matki Boskiej, 200 skrzyń z klejnotami, 273 miecze ze zdobionymi rękojeściami, 1000 brylantów, szczerozłote korony, 150 kielichów mszalnych oraz setki złotych i srebrnych sztabek. Kapitan Thompson otrzymał rozkaz wypłynięcia na wody Oceanu Spokojnego z portu Callao i pozostawania z dala od brzegu, aż do momentu, gdy sytuacja w Limie unormuje się i będzie możliwy powrót „Skarbu Limy”.

    Pokusa przejęcia ładunku o wartości 160 milionów funtów okazała się silniejsza niż oficerski honor. Którejś nocy ludzie Thompsona obezwładnili sześciu hiszpańskich strażników i poderżnęli im gardła. Po wyrzuceniu ciał za burtę, kapitan obrał kurs na Wyspę Kokosową, gdzie zakopano ładunek. Gdy wieści o przechwyceniu ładunku i zabiciu strażników dotarły do Hiszpanów, natychmiast wyruszono w pościg za „Mary Dear”. Po schwytaniu piratów, wszystkich powieszono podczas publicznej egzekucji.

    Istnieje także inna wersja tej historii. Według niej Kapitana Williama Thompsona i jego pierwszego oficera ocalono w zamian za wskazanie miejsca ukrycia „Skarbu Limy”. Thompson zabrał Hiszpanów na Wyspę Kokosową, jednak po zejściu na ląd, wraz z pierwszym oficerem uciekli w głąb wyspy i ukryli się w gęstej dżungli. Nigdy ich nie odnaleziono.

    Podobno rok później piraci zostali zabrani z wyspy przez jeden z przepływających tamtędy statków. Kilkadziesiąt lat później kanadyjski żeglarz John Keating twierdził, że poznał Williama Thompsona na Kubie w latach 40. XIX wieku i zaprzyjaźnił się z nim. Kapitan zdradził mu miejsce ukrycia skarbu, który Keating w końcu odnalazł i jego niewielką część zabrał ze sobą.

    Trudno dziś zweryfikować, czy kanadyjski żeglarz mówił prawdę. Nie istnieją żadne świadectwa tego wydarzenia, nie było też świadków, którzy widzieliby jakikolwiek cenny przedmiot, będący w posiadaniu Keatinga.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #skarb #piraci #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #xixwiek #peru #swiat
    pokaż całość

    źródło: Thompson.jpg

  •  

    Historia do odwiedzenia:

    ZAMEK BECKOV (Słowacja)

    Beckovský hrad (wcześniej Castrum Blundix, Blundus, Blondich, Bolondus, Bulunduz, Bolondóc) wznosi się na 70-metrowej wapiennej skale, na wysokości 245 m n.p.m. Kronika węgierska Gesta Hungarorum z XII wieku wspomina już o nim jako o starej twierdzy, lecz być może chodziło o wcześniejszy obiekt, a badania archeologiczne potwierdzają istnienie osadnictwa w tym miejscu już w kulturze lateńskiej. Dzisiejszy, kamienny obiekt zbudowano prawdopodobnie w XIII wieku.

    Zamek był jednym z licznych zamków położonych nad Wagiem i strzegącym brodu oraz granic Królestwa Węgier.

    Jeszcze pod koniec XIX wieku na zamkowych ścianach widoczne były duże fragmenty dekoracji, z powodu których w dawnej kaplicy zamontowano prowizoryczny dach, który jednak z czasem także zniszczał. Dopiero w latach 70. XX wieku ruiny doczekały się zainteresowania specjalistów i władz – w 1970 został uznane za Narodowy Zabytek Kultury (słow. Národná kultúrna pamiatka), a do 1976 roku przeprowadzono rozległe prace archeologiczne oraz konserwacyjne, jednak, w przeciwieństwie do wielu innych zamków słowackich, nie dokonano jego odbudowy, a jedynie zabezpieczono istniejące pozostałości.

    W latach 90. został udostępniony publiczności do zwiedzania (w okresie kwiecień-listopad). Kolejne prace konserwacyjne wraz z częściową rekonstrukcją ruiny przeszły w latach 2010-2012.

    #wmrokuhistorii #historia #zabytki #slowacja #zamki #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #podroze #ciekawostkihistoryczne #turystyka #swiat
    pokaż całość

    źródło: Beckov.jpg

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika w-mroku-historii

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (3)