•  

    Niedawno sie dowiedzialem, ze kilku moich znajomych regularnie chodzi do kościoła. Nie podoba mi sie to szczerze mowiac. Zastanawiam sie teraz jacy naprawde sa, jacy mogliby byc bez Boga. Czuje sie oszukany

    #gorzkiezale #zalesie oczywiście #gimboateizm oraz #pdk

  •  

    Skoro jest tag #stulejacontent to dlaczego nie ma #chadkontent? Niech ktoś podzieli się historiami z drugiego końca skali, czy nie znajdzie się nikt taki na wypoku? ( ͡º ͜ʖ͡º) #kiciochpyta

  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #wietnam #tajlandia #azja #kiciochpyta

    Mirki, Mirabelki,

    Dostałem prawie dwa miesiące urlopu na przełomie roku i zamierzam przeznaczyć ten czas na podróżowanie po południowo wschodniej Azji - można więc się spodziewać delikatnej rewitalizacji tagu. Jednak zanim to nastąpi, to muszę zaplanować sobie podróż i tutaj chciałbym się zwrócić z prośbą do społeczności wykopu. Nie mam zbyt wiele czasu do spędzenia tam, więc chciałbym mieć dobry szkielet harmonogramu.

    Myślałem żeby rozwiązać to w taki sposób:
    -Przylot do Bangkoku,
    -3 tygodnie żeby dostać się przez Kambodzę do Saigonu - transport miejski + zwiedzanie
    -kupno motoru plus 4 tygodnie na podróż z Saigonu do Hanoi.
    -sprzedaż motoru, powrót do domu.
    (detale jestem w stanie zaplanować sobie sam, chodzi mi o stworzenie najrozsądniejszego szkieletu podróży. Oprócz standardowych punktów turystycznych chciałbym też ponurkować)

    Opracowałem ten wstępny szkic jedynie na podstawie mapy i randomowych opinii w internecie, chętnie zweryfikowałbym to na mirko xD Także jeżeli ktoś ma lepszą propozycję, własne doświadczenia, znajomość realiów (jak np przekraczanie granic), czy jakikolwiek strzęp użytecznych informacji, byłbym niewypowiedzianie wdzięczny za podzielenie się nimi.

    W miniaturce szara myszka z Wietnamu.
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

    +: Cronox
  •  

    #gimbokatolicyzm #gimboateizm #ateizm #wiara #takaprawda

    Zacięta walka katolików z ateistami właśnie trwa na wykopie. Częstym zarzutem ze strony katolików jest ogólnie pojęta niedojrzałość, zresztą z tym się łączy geneza tagu #gimboateizm. Że już niedługo będzie tam cisza, bo wszyscy z lakukuraczą na czele wrócą do szkół.

    Nie kojarzę czy było konkretne wydarzenie, które to spowodowało, czy raczej zebrał się na to całokształt kościoła w połączeniu z polityką najnowszą, ogólnym spadkiem religijności, czy zapowiadanymi filmami antyklerykalnymi (Smarzowski, Sekielski), ale jest to faktem. Tagi zrobiły się popularne, więc sporo ludzi zazwyczaj nieudzielających się w takim temacie mogło poczuć się wystarczająco swobodnie, żeby też zabrać głos. Psychologia tłumu, skoro inni wypowiadają się już głośno, to tak bardzo nie wystawię się na widok i ostracyzm opowiadając swoją historię. A z kościołem każdy zetknął się nie raz i znając specyfikę tej instytucji podejrzewam, że praktycznie każdy miałby coś do opowiedzenia.

    No i tu cały na biało wchodzi hasztag gimboateizm, odeprze każdy argument, wygra każdą dyskusję i pogrzebie każdego przeciwnika. Bo przecież każda ręka podniesiona na kościół, to ręka podniesiona na Polskę, a kto nie z nami ten hasztag gimbokatolicyzm.

    Z drugiej strony co innego katolicy mogą zrobić? Udowodnić, że to co się dzieje pomiądzy kościołem, a rządem jest dobre? Prowadzić tag #naukowcywiary ? xd Przekonać kogoś przez internet do katolicyzmu? Walczyć z zwiększającym się dobrobytem, powszechnym dostępem do informacji, czy rozwojem technologicznym?

    Nie bardzo. Piszą więc posty na portalu ze śmiesznymi obrazkami heroicznie walcząc o wiarę. Jakie będzie ich zaskoczenie, gdy się okaże, że we wrześniu ciągle będzie z kimś walczyć.

    miał być mem z przedszkolakiem, który tłumaczy katolom, ale nie umiem znaleźć.
    pokaż całość

    źródło: najlepiej.jpg

  •  

    #humorobrazkowy #tfwnogf #tfwnobf #przegryw
    Cóż za wspaniały wybór modeli ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)

    źródło: fromapp.jpg

    +: s......e, A.....o +6 innych
  •  

    #zdzislawintheworld #bytom #slask #tworczoscwlasna

    Cześć Mirki i Mirabelki!

    Dawno nie pisałem nic na tagu, bo nie bardzo miałem możliwości podróżować. Nie żeby się coś zmieniło, tylko niedawno udało mi się zakończyć pewien projekcik, który realizowałem w moim rodzinnym mieście. Zrobiłem zdjęcia elektrociepłowni Szombierki w 4 różnych porach roku. Wcześniej myślałem, że w takich samych kadrach, ale po zestawieniu ich razem już tak nie twierdzę xD

    Sam obiekt jest dość ciekawy i ma przed sobą jeszcze ciekawsze perspektywy. Za wikipedią "zespół zabudowy dawnej elektrowni Bobrek z 1920 roku w Bytomiu, wpisany do rejestru zabytków nieruchomych województwa śląskiego[1]. W skład zabytkowego kompleksu położonego w dzielnicy Szombierki, o powierzchni około 17,88 ha[4] wchodzą: kotłownia, pompownia, maszynownia, rodzielnia prądu, wieża wodna „Zegarowa”, wieża węglowa, trzy kominy fabryczne, budynek zarządu, wartownia wraz z otoczeniem[1]. Razem z Elektrociepłownią Miechowice tworzył Zespół Elektrociepłowni Bytom. Obecnie obiekt znajduje się na Szlaku Zabytków Techniki Województwa Śląskiego a jego właścicielem jest Rezonator S.A. z siedzibą w Gliwicach."

    A co do planów na przyszłość, to firma Rezonator planuje uczynić z elektrociepłowni studio nagrań i ogólnie wykorzystać ją do działalności kulturalnej. - http://slask.eska.pl/newsy/elektrocieplownia-szombierki-sprzedana-powstanie-tu-muzyczny-disneyland-teatr-3d-i-studio-nagran-zdjecia/294657
    pokaż całość

    źródło: page2.jpg

    +: H................s, harpiowata +13 innych
  •  

    #sernik bez rodzynek, czy zostanie zaaprobowany przez specjalistę @lubie-sernik? #humorobrazkowy

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: fromapp.jpg

    +: Cronox
  •  

    #vontrompka #void #humorobrazkowy
    niedziela wieczór, Polska, Ziemia.

    źródło: czaspodsumowan.gif

    +: S......5, Tom_Ja +8 innych
  •  

    Bracia pataponec.
    Za każdym razem jak widzę mema, gdzie któryś z Golców strzela z puzona, to mi się od razu przypomina ta mistrzowska gra na #psp. #braciapierdolec #heheszki

    źródło: Megapon.png

  •  

    #rakcontent #gownowpis #gornictwo
    od znajomego z liceum na tablicy (╯°□°)╯︵ ┻━┻

    źródło: 26167423_782634185253573_6498036716664533442_n.jpg

  •  

    #wykopoczta #wykopaczka #chwalesie
    Przyszła do mnie paczucha, wprost do paczkomatu. Przedrałowałem przez hałdy i śniegi, poczekałem aż jedna osoba skończy wyciągać swoją (łącznie zajęło jej to ponad 80 sekund, ehhhhhh). No, ale paczucha wyszła, ładnie, schludnie, prosto do plecaczka. Nie spodziewałem się, że będę aż taki podekscytowany perspektywą otwarcia. Nawet się trochę stresowałem przed, na wszelki wypadek ubrałem koszulę xD

    Widać napracowanko przy pakowaniu, jestem pod wrażeniem. Tak teraz myślę o wysłanej przeze mnie paczce, no mogłem trochę bardziej się przyłożyć do pakowania xD Nic, mam nadzieję, że zawartość nadrobi, a ja mam lekcje na przyszły raz. Wracając do mojej paczuchy w środku znajdowało się kilka oddzielnych pakuneczków zgrabnie opchniętych w karton i uzupełnionych bibułą. Trochę miejsca jeszcze zostało, kilka cebuli, czy jakaś pietruszka weszłaby bez problemu. Jak w przyszłym roku się zakwalifikuję, to wyślę w tej samej paczce z tą samą bibułą xD

    Wbrew oczekiwaniom autora list zostawiłem sobie na koniec. Za to odpakowałem czipsy, batony, czekoladę, żelki, mikołaja, a jeśli chodzi o michauki to będę je odpakowywał pojedynczo, na bieżąco, licząc że to są michauki biauki. W ogóle mamba, od przedszkola nie jadłem tego czegoś.

    No i dostałem książeczkę. W sumie po moim opisie można było się tego spodziewać, ale już trudno mi było obstawiać co to może być. Zostałem zaskoczony i to całkiem pozytywnie. Nie czytałem nic z uniwersum warcrafta, a przecież blizzarda szanuje i czasem nawet w heartstone'a sobie popykam, więc świetny wybór.

    Wziąłem udział w wykopaczce, bo chciałem sprezentować paczuszkę dla kogoś i niewiele myśli poświęciłem faktowi, że sam też coś dostanę. A już tym bardziej nie przyszło mi do głowy, że tak bardzo mnie ten fakt ucieszy. Polecam ten stan.

    Niestety mireczek nie podpisał się nickiem, więc nie mogę zawołać.
    pokaż całość

    źródło: IMG_20171205_192220.jpg

    +: w.....g, allegramente +14 innych
  •  

    #protestlekarzy #przemyslenia #dobrazmiana, mam nadzieję że #heheszki

    A co jeśli wszystko to jest z góry ukartowane przez partię rządzącą?

    Przecież Radziwiłł wcześniej wnioskował o podniesienie nakładów na służbę zdrowia, a do tego jest lekarzem, więc chyba zdawał sobie sprawę, że jest źle. Jednak udało im się go przekonać do zmiany zdania jednym prostym trickiem:

    1. Wygraj wybory w kraju gdzie służba zdrowia jest na granicy upadku (średni wiek lekarzy, pielęgniarek i generalnie wszystko o czym piszą w #protestmedykow),
    2. Zrób to poprzez zmniejszenie wieku emerytalnego i rozdawanie socjalu (wiem że uproszczone),
    3. Ignoruj dalej służbę zdrowia, aż będzie tylko teorią
    4. Nie można się dostać do lekarza
    4,9. Emeryci umierają szybciej, ludzie pobierający socjal leczą się u Ziębów czy innych szarlatanów, ergo umierają szybciej,
    6. Spadają koszty wypłat socjalnych, rosną słupki, rząd afiszuje się ze zwycięstwem, aż sam jestem ciekaw jakby to #tvpis przedstawiło
    7. Wykształceni, oraz mający możliwość wyjazdu ludzie już nie mieszkają w Polsce, większość z nich nawet nie będzie głosować za zmianą ustroju (o ile w ogóle partia rządząca nie zmieni ordynacji tak, że nie będzie to możliwe),
    8. Po raz kolejny wygrywaj wybory, wraz ze swoją dość zaawansowana w wieku kliką (szacunkowo do 20 lat życia żeby się utuczyć publicznymi pieniędzmi),
    9. Takbardzowyjebane na przyszłość, bo za pieniądze zapewniacie swoim ewentualnym dzieciom życie na poziomie/układy/posady/wyjazd za granicę, a sobie pośmiertną pamięć.
    10. Profit. 
    11. Brak profitu dla Polaków, kraj się rozsypuje, interwencja EU/Rosji. Polska znów przestaje istnieć, jej tereny zostają aneksowane przez Niemcy/Rosję.
    12. Były wszystkie punkty
    13. Kto tu jest ukrytą opcją niemiecką/rosyjską?

    Choć patrząc przez pryzmat działań polityków mam spore wątpliwości czy byliby w stanie zaplanować ubicie muchy w kiblu, a co dopiero tak złożony plan. Zachęcam do kulturalnej dyskusji.

    Niech ktoś mema ze starym duchownym pijącym z kielicha, że kiedy sprawiłeś, że to wszystko wkrótce jebnie, żeby mieć się dobrze w ostatnich latach życia, czy coś bardziej kreatywnego. Ja wrzucam randomowego memeska z odmętów pamięci telefonu.
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

    +: M................a, bitcoholic +12 innych
  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #peru #ayahuasca

    Pod koniec roku miałem przyjemność przejść dwukrotnie ceremonię Ayahuasci. Czyli wypiłem te słynne narkotyki z Ameryki Południowej, co to pozwalają szamanom rozmawiać z duchami plemienia, poruszać się po innych wymiarach i leczyć choroby.

    Postanowiłem sprawdzić czy warto i odpowiedzieć na pytanie - czy jest to faktycznie zmieniające Twoją istotę duchowe przeżycie, czy jedynie ciężkie dragi na drugim końcu świata. Jeżeli ktoś chce wersję okrojoną to proszę - "Ayahuasca jest ciężkim i trudnym doświadczeniem, z którego wychodzi się innym, nie ryzykuję pisząc lepszym, człowiekiem. Tak naprawdę to nie życzył­bym nikomu żeby przez to prze­cho­dził, ale z dru­giej strony chciał­bym, żeby każdy to przeżył."

    Jeżeli ktoś jest gotów na przeczytanie 8500 słów szczegółowej relacji, to zapraszam na bloga - http://zdzislaw.in/ayahuasca/

    Jeżeli ktoś obserwuje mój tag, to chwilowo zostaje zawieszony, gdyż wróciłem do kraju, muszę szukać pracy i zająć się prozą życia, więc trochę czasu minie zanim znów będę podróżował. Jeżeli jednak komuś spodobało się moje pióro, czy chciałby poczytać moje wypociny na różne inne tematy, to polecam polajkować bloga - https://www.facebook.com/zdzislaw.in/

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: szaman.jpeg

  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #boliwia #rower

    Przeżyłem DEATH ROAD

    W sumie nie ma w tym nic zadziwiającego, ale bawił mnie fakt posiadania przez ludzi koszulki z takim napisem. Ale po kolei - death road to trasa rowerowa niedaleko stolicy Boliwii - La Paz. W wolnym tłumaczeniu ścieżka śmierci i podobno jest jedną z najbardziej niebezpiecznych na świecie. Około 60 km zjazdu, pierwsza połowa po betonie wzdłuż drogi, druga po żwirze, również wzdłuż drogi, a podczas całości zjeżdża się łącznie o jakieś 3500 metrów w dół.

    Jeżeli się nie szaleje za bardzo i przestrzega podstawowych zasad bezpieczeństwa, to trasa wcale nie była taka straszna. Choć faktem jest, że z jednej strony przez większość czasu jest kilkusetmetrowa skarpa jedzie się po żwirze z dużą ilością większych kamieni. Także jeżeli nie szaleje się za bardzo podczas jazdy dając wyraz ułańskiej fantazji, to nic nie powinno się stać. Chyba że nawali sprzęt, bo jak pęknie opona przed zakrętem to już nic nie zrobisz.

    Dlatego też wybrałem firmę, która szła na jakość, a nie ilość. Oczywiście trzeba było za to więcej zapłacić (łączny koszt po utargowaniu 8% zniżki to było około 100$), ale byliśmy w 6 osobowej grupie, z profesjonalnym przewodnikiem, który naprawdę umiał mówić po angielsku, no i mieliśmy naprawdę dobre rowery. Ja to nie jestem specjalnym fanem, ani nigdy nie miałem nawet dobrego roweru, ale dało się wyczuć że jest to konkretny sprzęt, konserwowany i zadbany. Wspominali że każdy rower kosztuje około 3000$ i tak mogło faktycznie być.

    Zresztą wszystko było zaskakująco bardzo profesjonalne. Jechało z nami dwóch przewodników-mechaników, a za nami busik gdzie można było zostawić rzeczy, a także mieli zestaw do naprawy rowerów, jak również zapasowe. Oczywiście najpierw musieliśmy kilka godzin z La Paz przejechać tym busikiem, ale to już się nawet nie chce irytować. Po przejechaniu całości mieliśmy jeszcze zorganizowany obiadek (całkiem ujdzie) w miejscu gdzie można wziąć prysznic. A jak sam zjazd?

    Nie bez powodu nazywa się to drogą śmierci, bo faktycznie parę osób rocznie tam ginie. No ale przecież nie będzie to powód do zamknięcia takiej atrakcji, przecież to kura znosząca złote jaja. A takie informacje wręcz przyciągają ludzi do tego miejsca. No i przecież wiadomo, że mi się to nie przytrafi, szczególnie że jechałem na przyzwoitym rowerku.

    No i się nie zdarzyło, choć wypieprzyłem się dość konkretnie.

    Bo wiecie nie wszystkie odcinki były tam niebezpieczne, a przecież nie po to tam poszedłem, żeby jechać wolno. Albo żeby mnie ktoś wyprzedzał. Jak był brzeg bez barierek, wąski przejazd, jechał samochód z naprzeciwka, czy po drodze błąkały się kury, to wybierałem opcję bezpieczną. Zresztą nie ma się co tłumaczyć z chęci zachowania życia. W innych przypadkach pracowałem na rekord prędkości na endomondo (https://www.endomondo.com/users/22929885/workouts/840672892).

    Napisanie, że konkretnie się przewróciłem to za dużo powiedziane, bo ani nie miałem jakiejś ogromnej prędkości, ani nie obtarłem się jakoś szczególnie, część impetu przyjęły ochraniacze, ale za to nabiłem sobie siniaka na pół uda, prościutko w mięsień. Na początku byłem w szoku i tak bardzo nie bolało, ale następnego dnia pół uda sine i chodzenie to nie jest taka prosta sprawa. Tzn. da się, tylko boli.

    Popełniłem błąd, bo nie dość że nawierzchnia była mokra od niewielkiego wodospadu, to jeszcze chciałem wejść w zakręt driftem tylnego koła, no i przeliczyłem się trochę. Teraz już wiem żeby tak nie robić, choć zapewne nigdy nie zostanę zapalonym cyklistą. W każdy razie nie ostudziło to mojego entuzjazmu i udało mi się osiągnąć 55 km/h. Bawiłem się tam naprawdę nieźle i serdecznie polecam się przejechać i spróbować przetrwać.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: P1430541.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #peru #machupicchu

    MACHU PICCHU

    Jedna z najbardziej wartych zobaczenia rzeczy na świecie i nareszcie udało mi się ją zobaczyć. Bardzo miłe zwieńczenie końca podróży. A jak wyglądała ta przygoda?

    Aby dostać się do Machu Picchu najpierw należy przyjechać do Cusco. Następnie stamtąd możemy sprawdzić oferty setek biur podróży i wybrać coś dla siebie. Najbardziej widowiskowa i piękna czterodniowa trasa trekingowa Inca Trail kosztuje kilkaset dolarów, a do tego trzeba ją zabookować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, gdyż dzienna ilość osób wpuszczanych na trasę jest ograniczona. Przed przyjazdem myślałem, że jest to kolejna ściema, aby wyciągnąć od turystów większe pieniądze za bookowanie przez internet, ale okazało się prawdą. Pozostało poszukać innych opcji.

    Można zrobić kilkudniową trasę Inca Sport z jazdą na rowerze i dwoma 8 godzinnymi trekami, ale jest to koszt 200$ i w porze deszczowej może nie być najprzyjemniej. Można zrobić dwudniową trasę z dojazdem pociągiem z Cusco, ale jest to najdroższy pociąg na świecie w przeliczeniu na km i też wychodzi koło 200$. Można zrobić to samo jadąc autobusem do miejscowości Hidroelectrica i stamtąd 3 godziny spacerku do miasteczka Machu Picchu, w którym i tak trzeba spędzić noc niezależnie od wyboru trasy, aby móc podejść na Machu Picchu właściwe z samego rana.

    Ponieważ nie mogłem zrobić Inca Trail, oraz trochę już podróżuję i zdaję sobie sprawę, że biura podróży pobierają prowizję, postanowiłem zrobić to najtańszym sposobem na własną rękę. Kupiłem jedynie bilet na autobus do Hidroelectrica na godzinę 7 rano. Bo to jest 6 godzin jazdy, więc trzeba wyjechać wcześnie. Także zebrałem się z samego rana nie przeczuwając jeszcze, że przede mną 8 godzin wkurwiania się.

    Firm jest zbyt dużo, aby każda miała swój środek transportu. One po prostu sprzedają z prowizją miejsca na autobusy, które jeżdżą regularnie, a to może prowadzić do wielu problemów. Otóż na ten sam autobus jedna dziewczyna miała przyjść półtora godziny później i w inne miejsce. Także prawie dwie godziny stałem sobie marznąc z rana, a następnie spędziłem 6 godzin w busiku, który został dostosowany do tutejszych ludzi. Czyli dla kurdupli. Do tego była to jeszcze jazda po krętych górskich żwirowych drogach akompaniowana tysiącami klaksonów.

    Po tej podróży byłem wymęczony bardziej niż koń po westernie i z radością patrzyłem na perspektywę 3 godzinnego spaceru, podczas którego rozprostuję nogi i złapię trochę powietrza. Wyciągam więc aparat i katastrofa. Nie chce działać, a przecież czekając na autobus robiłem jeszcze zdjęcia. Najprawdopodobniej któraś z rzeczy wciśniętych w plecak wbijała się w przycisk on aparatu i gdy ja cierpiałem katusze podróży, on się powoli rozładowywał. Ładowarki ze sobą nie wziąłem, bo przecież naładowałem go dzień przed podróżą. O__________o

    Na szczęście Sokół ma telefon z dobrym aparatem (choć nie umywa się do aparatu, nie mogłem się wyszaleć artystycznie, no i nie da rady zrobić nim timelapsów), więc jakieś tam zdjęcia mam.

    Dobra, czas na samo Machu Picchu. Bramy na dole otwierają o 5 rano, szybka kontrola biletów na moście i przed nami 400 metrów wspinania się po schodach, podczas gdy w międzyczasie zdecydowana większość ludzi pokonuje tę trasę autobusem za 12$. No, ale dla mnie to byłby wstyd i hańba, więc z zapałem pokonywałem kolejne stopnie. Na samej górze okazało się, że już kolejka na 15 minut czekania jest ustawiona.

    Na górze okazało się również, że jedzenie jest zabronione. Z jednej strony rozumiem, bo ludzie to zwierzęta, wyrzucają śmieci gdzie bądź i generalnie są hołotą, ale z drugiej strony wcześniej tego nie wiedziałem. A śniadanie w formie warzyw i owoców miałem ze sobą, także musiałem się trochę kitrać żeby zjeść. Następnie przyszedł czas na zwiedzanie.

    Po pierwsze Machu Picchu jest ogromne. Prócz głównego placu widocznego na większości zdjęć, jest też kilka atrakcji znajdujących się w kilkukilometrowych odległościach i jest również góra, na którą należy się wspiąć kolejne 800 metrów. Po schodach. Licząc od samego dołu to tak jakby się wspiąć na około 400 piętro. Bilet wstępu wraz z wejściem na górę kupiłem parę dni wcześniej (nie można kupić ich przy wejściu), w dodatku jak mogłem tu przyjechać i nie obejść wszystkiego? Całe zwiedzanie zajęło około 9 godzin, z czego ponad 6 i pół to było chodzenie, głównie po schodach.

    Tak męczącego jednodniowego treka nie miałem jeszcze nigdy w swoim życiu, pisząc te słowa bolą mnie nie tylko uda i łydki, ale większość mięśni które mam. Na szczęście za chwilkę wychodzę na trzygodzinną podróż powrotną do busa, a potem 6 godzin upychania się tam bez tlenu, więc sobie trochę odpocznę.

    Nie mniej jednak było warto. Jest to najlepsza atrakcja Ameryki Południowej i nie bez powodu otrzymała ten tytuł. Ogromne, przepiękne, imponujące, zbudowane z rozmachem miasteczko cywilizacji Inków w samym sercu gór. Jedynym problemem była ogromna ilość turystów, ale na to już się nic nie poradzi. Na szczęście większość z nich spędzała czas tam, gdzie można się było dostać bez najmniejszego wysiłku.

    Wrzucam zdjęcie z siatką z biedronki. Bo mogę i mnie bawi. No i bardzo lubię biedronkę, nawet pisałem o tym kiedyś na blogu - http://zdzislaw.in/moje-ulubione-produkty-z-biedronki/. Trochę lepszych zdjęć wrzucę na instagrama na dniach, jak i również we wpisie podsumowującym ostatni miesiąc podróży.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: 20161119_123356_HDR.jpg

  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #peru #cusco

    Idealnie dopasowane kamienie

    Cusco jest jednym z najładniejszych miast jakie widziałem podczas podróży i co zadziwiające dużym. Prócz hiszpańskiego językiem urzędowym jest quechua, mają posągi starożytnych władców inków, mnóstwo lokalnych roślin wraz z ich tradycyjnymi zastosowaniami, a na ulicach można spotkać lamy i alpaki.

    Samo miasto zaś zostało zbudowane pomiędzy dwoma rzekami i pierwotnie miało kształt pumy. W ogóle puma to jest słowo z języka quechua podobnie jak czekolada. Teraz już znacznie się rozrosło i jedynie ścisłe centrum znajduje się w obrysie pumy. Jeżeli chodzi o oryginalne budowle inków, to również nie zachowało się zbyt wiele. Jak przybyli Hiszpanie to większość z nich zburzyli i pobudowali kościoły.

    Jednak kilka rzeczy się zachowało. Między innymi fragment muru, będący kiedyś ścianą pałacu. I właśnie na zdjęciu można zobaczyć fragment tego muru. Każdy z tych kamieni ma co najmniej kilkaset kilogramów, a są dopasowane tak ściśle, że się nie da wepchnąć pomiędzy nie nawet igły. W dolnej części kamieni można zobaczyć odstając uchwyty, które ułatwiały ich transport. Co bardziej imponujące inkowie nie dysponowali żelazem, więc dokonali tego wszystkiego za pomocą najprostrzych kamiennych narzędzi.

    W każdym razie Cusco jest jednym z najładniejszych i najciekawszych miejsc jakie widziałem podczas mojej, a przecież jeszcze nie byłem na Machu Picchu. Więcej informacji na ten temat na pewno znajdzie się na blogu, jednak na razie nie bardzo mam czas i możliwość żeby je stworzyć i tam umieścić. Choć można rzucić okiem na instagram.com/zdzislawin

    Szczególnie że kilka godzin po publikacji tych słów wyjeżdżam do dżungli. Spędzę tam prawie tydzień bez dostępu do udogodnień nowoczesnej technologii, dlatego apeluję do moich czytelników, znajomych i przyjaciół - nie martwcie się moją nieobecnością w internecie. I wyczekujcie końca tygodnia, bo wrócę z interesującymi materiałami.

    Być może niektórzy się już zorientowali, że chodzi o #ayahuasca ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_5738.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #peru

    Skończyłem WOLONTARIAT

    Zaczynając "pracować" w hostelu traktowałem to jak możliwość oszczędzenia pieniędzy w podróży, która pozwoli mi się zatrzymać w jednym miejscu i odpocząć, bez poczucia zmarnowanego czasu. I nie myliłem się w tych kwestiach, jednak nie spodziewałem się, że stanie się to dla mnie czymś więcej, a nawet o wiele więcej. To była jedna z najlepszych decyzji jakie podjąłem podczas całego wyjazdu, poznałem kilka osób, których nie zapomnę do końca życia, a i mam nadzieję że jeszcze spotkam, a do tego pożegnanie było bardziej rzewne niż po Dumbledorze.
    Nie spodziewałem się tego zupełnie, bo mimo że uważam innych ludzi za jedną z najważniejszych rzeczy w życiu, to wcale nie przywiązuję się zbyt łatwo. Nie z każdym można złapać dobry kontakt, ale nie będę wam tłumaczył takich banałów. Wspomnę że moje wymagania jawią mi się na dosyć wygórowane na tle statystycznych obywateli. Drugą kwestią jest czas, zazwyczaj trzeba go trochę spędzić wspólnie zanim się zsynchronizujemy.

    A tutaj takie coś. Sytuacja prawie jak z bajki, kilkanaście osób z różnych części świata, spotkało się w dość niepowtarzalnym okresie swojego życia, w miejscu w którym już najprawdopodobniej nigdy się nie pojawią. Czasu nie było wcale aż tak dużo, ale za to każdemu zależało, żeby wprowadzić jak najlepszą atmosferę.
    I udało im się.

    Już parę dni przed wyjazdem czułem się nieswojo, a jak doszło do żegnania się, to serce podeszło mi do gardła. A szczególnie gdy następnego dnia obudziłem się i nie miałem wokół siebie znajomych twarzy. Jest wyjątkowo rzadką sytuacja, co może zobrazować fakt, że te kilka zdań piszę już trzecią godzinę.

    I zdaję sobie sprawę, że nie wszystko co dobre może wiecznie trwać, a już szczególnie wakacyjne przygody. Z czego jednak sobie nie zdawałem sprawy, to jak bardzo mnie to dotknie. Tak bardzo, że nie czuję się na siłach przeżyć coś podobnego w najbliższym czasie.

    Postanowiłem kontynuować podróż zwaną życiem, na jakiś czas starczy mi wielkich podróży. Zostanę w Peru jeszcze miesiąc, przejdę po kilku górskich szlakach, zobaczę Machu Picchu, jezioro Titicaca, może Boliwię i wracam.
    Na święta, jak na dobrego ateistę przystało.

    A za niedługo na blogu (jak tylko napiszę) podsumowanie 8 miesiąca podróży, które będzie się kończyć tą notką.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: bus.jpg

    +: spontan1, kacap- +15 innych
  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #peru

    Krótka anegdota o podróżowaniu z kimś

    Ostatnia wrzutka na blogu - jak oszczędzać w podróży - kończyła się informacją, że zatrzymałem się na wolontariacie. Za to że 25 godzin tygodniowo postoję na barze relaksując się z rana, albo rozkręcając melanże z wieczora, za zakwaterowanie i wyżywienie to nie jest praca, tylko sposób na oszczędzenie ponad stu dolarów na tydzień pobytu nad morzem. Jednym słowem chillujemy.

    Jestem pozytywnie zaskoczony symbiozą wolontariatu. Obie strony tutaj korzystają, choć właściciele o wiele bardziej. Mając kilka osób na wolontariacie, cały czas ktoś jest na barze, generuje się ruch, ale przede wszystkim zachędza to ludzi. O wiele milej zatrzymać się w miejscu gdzie widać dobrze bawiących się ludzi. To że miejsce jest żywe w dużej mierze zawdzięcza wolontariuszom. Jest to dobry, samonapędzający się mechanizm, w którego trybach mam przyjemność się znajdować. Do tego jeszcze jedna koleżanka jest tutaj z Polski, to już w ogóle przejmujemy to miejsce.

    No i tak leci czas strasznie szybko, jak to bywa na urlopie. Bo to jest urlop, jawny odpoczynek od podróżowania, które męczy zarówno psychicznie jak i fizycznie. Także na leżeniu w hamaku, piciu drinków, bieganiu po plaży, chodzeniu na slackline i ogólnopojętym chillowaniu minął już ponad tydzień ciężkiej pracy. I tak się składa, że ciągle jest coś do roboty i mimo osiadłego trybu blog w dalszym ciągu pozostaje zaniedbany.

    I tak sobie pomyślałem, że skoro teraz mam trochę czasu, a i sytuacja się delikatnie zmieniła i nie podróżuję już sam, to może napiszę właśnie o tym. Bo teraz mam porównanie, bo jestem na bieżąco, bo widzę jak to się zmieniło i takie tam. Zacząłem od sprawdzenia, co też inni napisali na ten temat. Po tym drobnym researchu stwierdziłem, że raczej nie napiszę tego wpisu z dwóch powodów.

    Po pierwsze podróżuję z ziomkiem, a wszelkie próby napisania tytułu do takiego wpisu nasuwają skojarzenia ludzi w związku. To jeszcze dałoby się jakoś obejść, drugi powód jednak nie jest już taki prosty do przeskoczenia. Nie mam pojęcia w jaki sposób mógłbym to napisać, aby nie stworzyć banału, który widziałem w innych miejscach internetu. Mogę jednak napisać drobną anegdotkę, która by się nie wydarzyła gdybym podróżował sam.

    W naszym hostelu znajduje się restauracja, a raczej pomieszczenie, w którym kobitka gotuje. Taka drewniana buda, lecz zaskakujące jedzenie jest bardzo dobre. Naprawdę wyśmienite, porcje znaczne, ceny rozsądne i naprawdę dobrze się złożyło, że tak jest. Praktycznie wszystko co tam jadłem było naprawdę dobre i zdarzył się tylko jeden drobny incydent. Raz zamówiłem szarlotkę z lodami i faktycznie dostałem szarlotkę. Jednak nie z lodami, a z dwoma soczystymi, oszronionymi i polanymi czekoladą gałkami ziemniaków. Puree dokładniej. Wróćmy jednak do anegdoty.

    Codziennie rano dostajemy od tamtej Pani również śniadanie. Dość biedne, bo tylko kawa, bułeczka, kąsek masła i kawałek omleta lub sadzone jajko, więc po dokupieniu jakiegoś pieczywa, awokado i owoców może być naprawdę spoko. W każdym razie zawsze są jajka i zawsze są niedosolone. I cały problem kończy się w miejscu gdy pojawia się solniczka, tam też również zaczyna się anegdota.

    Przymiotnik jakim można by opisać Peruwiańczyków nie oscylowałby zbyt blisko porządni. W dużej mierze przeważa tutaj prowizorka, a mnóstwo rzeczy zrobionych jest na przysłowiowy odpierdol, 30% nie więcej. Na przykład stół do bilarda (już abstrahując od jego stanu, jak i stanu kijów) jest nachylony pod kątem widocznym gołym okiem. Na barze do krojenia limonek jest nóż do chleba, głośnik można by przewiesić w znacznie lepsze miejsce, lampy które rozstawiamy co wieczór są w takim stanie, że najchętniej trzymałbym z dala od energii elektrycznej. Szafki mają zawiasy na górnej krawędzi, więc są skrajnie niewygodne. Wiecie, takie małe rzeczy, które łatwo i małym nakładem można by poprawić. Drobiazgi które irytują, ale są zbyt małe żeby je poprawiać. Na przykład solniczka.

    Jak się zapewne możecie domyślić dość byle jaka. Pusty słoiczek z wybitymi dziurami we wieczku. W środku zwyczajna sól kuchenna, a do tego surowy ryż. Ryż wspaniale wyciąga wodę, jeszcze lepiej niż sól, dlatego też suszy się w nim wszelką zamoczoną elektronikę, telefony spłukane w kiblu, itp. W solniczce też dobrze się sprawdza, zapobiega zbrylaniu się soli i wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie drobna niedogodność. Otwory w solniczce są średnicy pozwalającej ryżowi swobodnie wypadać podczas solenia. Czyli w praktyce soląc co rano śniadanie posypuję je również ryżem. Albo ryżując je, jednocześnie solisz.

    No i podróżując samemu zapewne westchnąłbym smutnie nad jej losem, przeszedł z tym do porządku dziennego, co ranek irytując się nieznacznie, tydzień po wyjeździe zapomniał i tyle. W przypadku gdy jest nas dwoje i obaj znamy swoją pogardę do tego typu hochsztaplerki wystarczyło tylko że na siebie spojrzeliśmy. Nie musiałem tłumaczyć jak wchodzi to w konflikt z moim perfekcjonizmem, poczuciem dobrego smaku i dlaczego taki drobiazg może być aż tak bardzo irytujący. Nie było potrzeby, bo od razu to wiedzieliśmy. Poryżowaliśmy sobie jedzenie sprawdzając ile soli przy okazji wypadnie z pojemnika, postawiliśmy na środku, oglądnęliśmy dokładnie, zamieniliśmy parę ogólnych zdań o upadku rasy ludzkiej, pośmialiśmy się trochę i tak minęło nam śniadanie.

    Tak też mijają śniadania od jakiegoś tygodnia i będą wyglądać podobnie przez kolejny tydzień. I jestem praktycznie pewien, że pierwszą rzeczą jaka będzie mi się kojarzyć z wolontariatem w Peru będzie ta solniczka. Gdybym I właśnie to jest jedna z większych różnic pomiędzy podróżowaniem samemu, a z osobą którą się dobrze zna.

    A na zdjęciu hostel w którym pracujemy.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_5430.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #ekwador #earthboners

    AUTOSTOP po raz trzeci

    Na zdjęciu jest lokalna koza, co ją udało mi się nawet dotknąć, najbardziej chciałem ponarzekać we wpisie, że zmokłem wtedy, a do tego wszystkiego jechałem autostopem. Po raz kolejny.

    Ale to nie jest tak, że ja sobie te autostopy planuję. Raz tylko zaplanowałem, to stałem przy drodze ponad 6 godzin, a później podjechał bus i przepodróżowałem trasę standardowo, dodając do tego zmęczenie, oraz omamy wzrokowe i słuchowe jakich można się nabawić w Meksykańskim słońcu. Te co nie planowałem, to też jeden był w Meksyku. Za późno przyjechałem na granicę, nie było już busików, a pewna miła Pani zgodziła się podrzucić mnie kawałek. W przyczepie razem z chyba 6 osób, o czym już kiedyś pisałem.

    Drugi autostop (a pierwszy chronologicznie) miał miejsce w Hondurasie i byłem zmuszony, bo w środku trasy policja wyprosiła wszystkich ludzi z busa, dostaliśmy zwrot pieniędzy i ultimatum - albo jedziemy w busie z powrotem do Tegusigalpy (najbrzydsze miasto jakie widziałem), albo zostajemy tutaj. Akurat jeden człowiek śpieszył się wtedy na lotnisko i zarzekał się, że damy radę, postanowiłem więc podróżować wraz z nim. Do skorzystania z tej niezbyt pewnej formy transportu po raz trzeci zmusił mnie los, zacznijmy jednak od początku.

    Przyjechałem z Sokołem do miejscowości Cuenca w Ekwadorze i jestem dumny z tego jak sprawnie i efektywnie udało nam się tam spędzić czas. Zaczęło się nieciekawie. Przybyliśmy nocnym busem, choć jechał on jedynie 6 godzin, a ostatni odjeżdżał o 22. Liczyliśmy trochę na to, że się spóźni, ale przeliczyliśmy się. Zresztą jeżeli na cokolwiek można tu liczyć w kwestii transportu, to jest to fakt, że kierowca będzie się śpieszyć. I nie do końca poważać przepisy. Zajechaliśmy więc cało około 4 rano i co w takim wypadku robić?

    Miasto nie jest wtedy najciekawszym miejscem. Na pewno też nie tak bezpiecznym jak dworzec autobusowy. Trzeba więc zostać. Zapewne zdajecie sobie sprawę, że w nocy jest dość chłodniej. Ale czy zdajecie sobie sprawę jak bardzo chłodniej? Nawet latem może być dość zimno w nocy. W ruch poszły więc śpiwory. Do wyboru plastikowe krzesełka z blatem, na którym można oprzeć głowę, albo metalowe ławki żeby się położyć. Lepiej leżeć, mimo że w poprzednim hostelu straciłem poduszkę. Sprzątnęli mi z łóżka w poprzednim hostelu, także kolejna rzecz na długiej liście rzeczy straconych w podróży, ale na szczęście niezbyt dotkliwa to strata.

    Wybraliśmy oczywiście pierwszą klasę, opcję leżącą. I mimo wpijających się w ciało cienkich i zimnych metalowych żebrowań i najważniejszych rzeczy wciśniętych w śpiwór udało mi się w końcu umościć wygodne posłanko. Zajęło mi to akurat tyle czasu ile potrzebował ochroniarz aby nas wyczaić (wbrew pozorom dość sporo) i zwrócić uwagę, że tu nie można leżeć. I teraz kolejny dylemat, czy wychodzić ze śpiwora, ubierać buty, przenosić rzeczy i spróbować usnąć przy stoliku na plastikowym krzesełku, czy liczyć że uda się zasnąć siedząc na tych niewygodnych ławach. Wygrało lenistwo i nie ruszyliśmy się z miejsca, jednak nie można powiedzieć, że pospaliśmy.

    Z ranna poszliśmy do hostelu, gdzie zginęła moja poduszka, przeszliśmy się po mieście, do jakiegoś kościoła (mam już trzecie zdjęcie pomnika papieża polaka z podróży), gdzie nie wszedłem na dzwonnicę za dwa dolary, bo nie zwykłem wspierać tej organizacji, a następnie wykupiliśmy zwiedzanie miasta autobusem. Pierwszy raz w życiu się na coś takiego porwałem i zapewne ostatni. Nie tylko samo z siebie było szybkim objazdem wokół miasta, rzutem oka na najważniejsze punkty z pędzącego autobusu, to jeszcze pogoda była paskudna, nie dość że zmarzłem, to jeszcze nie można było wyjść na dach, bo padało.

    Drugiego dnia w nocy postanowiliśmy wyjechać, a do tego czasu przejść się do parku narodowego Cajas. Znajdującego się również na około 4 tysiącach metrów nad poziomem morza, więc zadyszka gwarantowana. Trasę możecie zobaczyć na endomondo, bo zadziwiająco pamiętałem o włączeniu od samego początku, jak i GPS działał sprawnie - https://www.endomondo.com/users/22929885/workouts/latest

    A jak to wyglądało? Zostawiliśmy rzeczy w hostelu, następnie drobne zakupy, żeby co przegryźć po drodze. Pomidory, awokado i kilka bułek, w sam raz na drobną przekąskę. Następnie spacer na dworzec autobusowy i jeszcze tylko 20 km w linii prostej, czyli z godzinka jazdy. W ogóle bardzo ciekawe rozwiązanie jest na dworcach autobusowych. Żeby dostać się na płytę musisz przejść przez bramkę i zapłacić 10 centów. Dzięki temu budynek pobiera równą opłatę bezpośrednio od każdego podróżującego, a do tego stanowi filtr przed niepodróżującymi osobami udającymi się na dworzec.

    Po czasie wysiadamy w parku narodowym, szybkie zdjęcie w słowackim przykucu i można lecieć w trasę. Part był naprawdę spory, z możliwością kilkudniowych tras z miejscami na nocleg w namiocie. Tylko żeby spać na 4000 metrów to trzeba mieć konkretny sprzęt. A myśmy mieli niezbyt konkretny, o czym dość szybko się przekonaliśmy - zaczęło padać. Przeszliśmy już wtedy ponad kilometr, postanowiliśmy więc kontynuować marsz.

    Najgorsze chwile w deszczu to jak czujesz pierwsze krople za kołnierzem. Ten szok, gdy zimna woda spływa po kręgosłupie. Jak już się jest całym mokrym, to dodatkowa woda nie robi to zbyt wielkiej różnicy. Tak na szczęście nie miałem. Zabrałem ze sobą trekingową kurteczkę i spodnie, więc nie straszne były mi opady. Gorzej ze stopami, bo jeżeli chodzi o buty, to mam tylko takie na deskorolkę i właśnie jak one mi mokły to czułem się tak jak opisałem na początku akapitu. Z tą różnicą, że chodząc woda się trochę ogrzewa i nie jest tak źle.

    Połaziliśmy jednak po górach, poczytaliśmy ogłoszenia, żeby nie wychodzić bez mapy i kompasu, podziwialiśmy puste pieńki tablic informacyjnych zastanawiając się czy idziemy w dobrą stronę, albo czy wyrobimy się na powrót. Bardzo było ładnie, narobiłem nawet trochę zdjęć, a pod sam koniec trasy jeszcze poustawiały się lamy. Dotknąłem jednej, zrobiłem kilka kolejnych zdjęć i trzeba było zawijać na autobus. Tylko, że on nie miał stacji, po prostu przejeżdżał przez fragment parku i tam trzeba było go zatrzymać.

    I się nie zatrzymał. Już abstrahuję od faktu, że był ponad 20 minut po czasie, o wiele gorsze jest to, że mimo naszego machania i widocznego wysiłku aby zostać zauważonym z szoferki, kierowca postanowił nas jawnie zignorować i zostawić na pastwie lam. Te lamy to nic strasznego w porównaniu z deszczem, który znów się rozpadał i z powoli zapadającą nocą. Pozostało więc autostopować.

    I udało się, zadziwiająco szybko. Byliśmy ze znajomymi, to trzeba było rozłożyć na dwie pary, ale i tak oboje złapaliśmy transport w przeciągu 15 minut. Także Cuenca zwiedzona szybko, intensywnie i efektywnie, widziałem lamę, jechałem po raz kolejny autostopem i się przeziębiłem. Miałem napisać coś krótszego i mieć jakieś coś ciekawego na zakończenie, ale wygląda na to, że mi się nie udało.

    Trudno, najwyżej nie dostanę zbyt dużo plusów, ale przynajmniej dotykałem lamę.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_5313.JPG

    +: xz2580, u..............r +12 innych
  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #ekwador #banos

    SKOCZYŁEM Z MOSTU

    Cały nagłówek dużymi literami, wielkie rzeczy. W Ekwadorze tyle się dzieje, tyle ciekawych aktywności, tyle interesujących miejsc, tyle przygód i tak mało ich opisałem. Zalegam nawet z podsumowaniem poprzedniego miesiąca, ale nie mam zbyt dużo czasu ani siły, żeby się rozkręcić, a do tego takie coś się zdarzyło, że powinienem opisać.

    Nigdy nie określiłbym się jako osoby szalonej. Napisałem kiedyś nawet o tym cały wpis - http://zdzislaw.in/wzglednosc-szalenstwa/ W skrócie chodzi o to, że rzeczy nie są wcale takie szalone na jakie się wydają. W tamtym wpisie skupiłem się na różnicach pomiędzy odbiorem różnych rzeczy gdy ich nigdy nie zrobiliśmy, a pomiędzy tym w którym mamy to doświadczenie za sobą. Istnieje jednak jeszcze jedna różnica.

    Różnica w tym jak ja postrzegam rzeczy, a jak inni na to patrzą. Robienie rzeczy, które wiele innych osób zrobiło, za co ludzie biorą pieniądze nie może być niebezpieczna, przez co zazwyczaj nie może być szalona. Mówię to z uprzywilejowanej pozycji młodego, wysportowanego (i przystojnego xD) mężczyzny, więc mam tę przewagę, że moja forma fizyczna i możliwości przekraczają średnią. Zatem jeśli uśredniony Kowalski wszedł na prawie 5000 tys. metrów zobaczyć wulkan, to ja też dam radę. A jeżeli nie do końca idzie mi tak dobrze, to wtedy działa to jak dobry motywator. Zazwyczaj jednak rzeczy postrzegane jako szalone, nie są wymagające fizycznie.

    Na przykład takie nurkowanie. Wydaje mi się, że ludzie mogą to postrzegać jako coś szalonego i ekstremalnego. Dla mnie nigdy się takie nie wydawało, ale nie poświęcałem temu najmniejszych myśli, dopóki nie trafiła się okazja spróbować. Nie dość że tyle ludzi nurkuje, to jeszcze jak poznałem zasady bezpieczeństwa i możliwości udzielania pomocy, to już bylem całkowicie przekonany. Oczywiście na początku czułem się z tym nieswoje, ale przecież umysł najpotężniejszym mięśniem i im szybciej uspokoimy się z myślą, że to robimy, tym łatwiej będzie.

    Z tym skakaniem z mostu to też liczba zabezpieczeń była imponująca. Musiała być, w takim miejscu jeden wypadek mógłby przekreślić ich biznes na długie lata. Dwie solidne uprzęże, mnóstwo lin, no i w sumie tyle wystarczy. Widok z 90 metrowego mostu wprost na wzburzoną rzekę faktycznie może być straszny, więc z jednej strony rozumiem ludzi, że mogą zwątpić, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie, żeby taki drobiazg powstrzymał mnie. Jeśli byłoby to jakieś niebezpieczeństwo, raczej bym się nie zdecydował, bo nie jestem ryzykantem.

    No i teraz skoczyłem z mostu. Choć tak nie od razu, bo najpierw wybraliśmy się zrobić ostatniego dnia w Banos małą wycieczkę, szlak ledwie 8 km. Poszło kilka osób z hostelu, między innymi gość z Hiszpanii i dziewucha z wysp, między którymi wyraźnie iskrzyło. Z powodu tego dopasowania rzeczy, które sobie opowiadali były dla mnie istnym kabaretem. Gość, że on to jest szalony, taki z niego krejzol, a ta laska jest adventorous. Nie ma konkretnego tłumaczenia, ale chodzi o to, że lubi przygody. Choć na rowery to nie dla niej, skok z mostu całkowicie odpada, spływ rzeką nieprzyjemny, a wspinanie to katorga. Nie zostało więc wiele rzeczy, w których mogłaby okazać swoją przebojowość i chęć przygód.

    Choć o wiele bardziej irytował mnie ten gość. O co to w ogóle chodzi, że ktoś o sobie mówi, że jest szalony? Bez żółtych papierów, bazując na swojej własnej opinii? Jak on to będzie robił, chwaląc się swoimi "szalonymi" przygodami? Jako sposób na przedstawienie siebie w dobrym świetle? Kiepsko strasznie, to nie jest przymiotnik, którym można obdarzyć siebie. Bycie szalonym, odważnym, fajnym, zasługiwanie na szacunek, czy bycie dobrym w łóżku to raczej są kwestie, które mogą ocenić inni na podstawie Twoich czynów.

    Dlatego nie będę się już dłużej rozpisywał. Poszedłem, skoczyłem i nic szalonego.

    To znaczy całkiem spoko było, choć to dosłownie chwilka i jakbym się ktoś chciał posrać ze strachu, to nawet nie zdąży. Także po przełamaniu strachu, króciutkim locie pohuśtamy się jeszcze chwilkę i trzeba się wspiąć po raz drugi. Całkiem spoko, że zrobiłem, choć nie zapłaciłbym po raz drugi 20 dolarów, aby mieć lepsze zdjęcie.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: 20161004_145533_HDR.jpg

    +: M.............i, u..............r +9 innych
  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #ekwador

    huśtałem się na KRAŃCU ŚWIATA

    Podróżowanie ze znajomymi niesie ze sobą plusy i minusy. Praktycznie o każdej rzeczy w życiu, można tak powiedzieć, ale ja powiem akurat o tej. no ale ja teraz mam doświadczone na własnej skórze jej skutki. Po tylu miesiącach samotnej podróży, odizolowany od własnego języka, kultury i większości znajomych różnicą czasową i odległościową stęskniłem się za bardziej angażującym towarzystwem niż losowi, kilkudniowi towarzysze podróży.

    Korzyści jest z tego całkiem sporo. Prócz tych standardowych, że razem lepiej jest, że się można pilnować, że bezpieczniej, że odwiedzić atrakcje co to samemu średnio jechać, że wyskoczyć na jakiś melanż. Bo to to wiadomo. Jest jednak parę plusów, o których człowiek na pierwszy rzut oka by nie pomyślał.

    Po pierwsze nie dość, że możemy rozmawiać w języku ojczystym, to do tego zawsze mamy całkowitą prywatność. Niezależnie czy jesteśmy sami, na ławce w parku, w hostelowym pokoju wspólnym, na górskim szlaku, w autobusie pełnym ludzi, w sklepie czy restauracji. Zawsze, a większość osób które podróżują to albo z Niemiec, albo z kraju anglojęzycznego, albo rozmawiają po hiszpańsku. W takim przypadku przypadku zawsze muszą się liczyć z tym, że postronne osoby zrozumieją. A kto niby cokolwiek z języka polskiego zrozumie?

    Co samo z siebie prowadzi do dość zabawnej sytuacji. Ponieważ nikt nie rozumie ani słowa, nie musimy się ograniczać co do kwestii wyszukania słownictwa, wybredności naszych żartów, czy ogólnej przyzwoitości wypowiedzi. Naturalną konsekwencją takiej sytuacji jest degeneracja naszych konwersacji, a w szczególności żartów. I tak przerzucamy się swoistymi epitetami, czy używamy słów powszechnie uznawanych za wulgarne, ale nigdy nie twierdziłem, że tylko wyrafinowany humor jest śmieszny. Zresztą po spędzeniu odpowiedniej ilości czasu z kimś, wyrabia się swój własny język i żarty, więc nie ma co tu opisywać ich, ani całej etymologii.

    Kolejnym plusem jest to, że wreszcie jest ktoś, kto może mi zrobić zdjęcia. Mimo, że nie przepadam za pozowaniem do zdjęć, to jednak wypadałoby mieć jakieś kilka dobrych ujęć z wyjazdu. Wcześniej to męczyłem się z selfie stickiem i kamerą, albo co gorsza samowyzwalaczem. Poszliśmy więc na okoliczną huśtawkę na krańcu świata w Banos, Ekwador żeby zrobić jakieś dobry ujęcia. Takiej na górze góry. Na skraju, przy grani z widokiem na jeszcze więcej gór.

    W górach jakby ktoś jeszcze się nie zorientował. Że trzeba było wejść ponad 800 metrów na wysokość, a wiecie jak ja lubię wspinanie się. Zabraliśmy się z poznanymi ludźmi i jeden z nich był tak bardzo przygotowany dość marnie, bo w japonkach i jedynie w najlżejszym ubraniu. Nie mogłem więc zbytnio narzekać, będąc o niebo lepiej przygotowany.

    Udało się dojść na samą górę i co się okazało? Że pomimo pochwalenia się czasem jakimś w miarę przyzwoitym zdjęciem, to nie udało mi się zrobić ani jednego przyzwoitego, przedstawiającego mojego znajomego. W zupełnym przeciwieństwie do niego. A potem jeszcze jak chciałem poprawić, robiąc kolejne, to aparat był za długo włączony i tuż przed kolejną fotką moduł oszczędzania energii postanowił wyłączyć urządzenie. I teraz jest mi wstyd, bo wcale nie zrobiłem tego specjalnie, no i wcześniej też mi nie wyszło no i ogólnie słabo.

    Takiego negatywu podróżowania razem się nie spodziewałem.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_5134.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #kolumbia #cali

    Kolumbijski MELANŻ

    Taka przygoda to mnie jeszcze nie spotkała i nie przypuszczałbym, że mnie spotka. No bo żebym ja i kluby, taniec, poznawanie miejscowych, a potem afterparty na ich kwadracie, no to nie pomyślałbym. Ale po kolei.

    Wszystko miało miejsce w Cali - mieście, które jest światową stolicą salsy. Wiedziałem o tym przed przyjazdem i pomyślałem sobie, że nawet warto byłoby wziąć kilka lekcji tańca, skoro już tam będę. Z pomocą przyszedł mi hostel Los Viajeros, który organizuje dziennie po godzince darmowych zajęć z salsy. Nie trzeba od razu się zobowiązywać na wiele godzin takich męczarni, a do tego jest na miejscu no i oczywiście za darmo. Poszedłem więc.

    I potańczyłem. Nie było tak źle, szczególnie że podczas swojego całkowicie nietanecznego życia udało mi się wykonać kilka ćwiczeń poprawiających rytmikę. Głównie chodzi mi tutaj o grę Dance Dance Revolution, takiej z matą ze strzałkami, co to mali Chińczycy w tym wymiatają no i przeszedłem wszystkie trzy części Pataponów - jedynej gry dla której warto kupić PSP.

    Nie było źle, ale dobrze również. Po prostu stwierdzam, że w przeciągu kilkunastu dni treningu byłbym w stanie się jako tako nauczyć, poderwać do tańca jakąś niewiastę, a może nawet tym tańcem jej zaimponować na tyle, że nie musiałbym się wysilać zbytnio na flirtowanie. W każdym razie było zdecydowanie za szybko, aby nabyte umiejętności prezentować przed kimkolwiek. W sam raz za to, aby popatrzeć jak inni tańczą. A tak się szczęśliwie złożyło, że w tym czasie odbywały się mistrzostwa świata w salsie, więc jedziemy.

    Taksóweczka, prócz nas dwie dziewczyny z hostelu i lecimy na zawody. Wbijamy na stadion, trybuny na otwartym powietrzu, pierwsze pary w tańcu. I okazało się, że wcale nie mam jeszcze wystarczająco pojęcia, żeby oglądać. To co tam się wyrabiało na scenie, było daleko ponad moje zrozumienie. Mnóstwo ewolucji, akrobatyki i konkurs najprawdopodobniej na najszybsze przebieranie nogami, nie spodziewałem się czegoś takiego.

    Nie spodziewałem się również, że poznamy miejscową dziewczynę, która będzie nas gorąco namawiać na wizytę w tradycyjnym klubie, gdzie tańczy się salsę. Takiej sytuacji nie wolno przegapić, nawet jeżeli odbierasz kluby jako przedsionek piekła. Niskie sufity, duszne pomieszczenia, pijani ludzie ocierający się o Ciebie i głośna muzyka, brakuje jedynie kotła ze smołą. Tak wyglądają wszystkie kluby i tak też wyglądało tym razem, z jedną drobną różnicą.

    Wszyscy tańczyli salsę. Wszyscy umieli to robić. A przekrój klubu zaczynał się od ledwie pełnoletnich (albo nawet i nie) ludzi, aż do takich w zaawansowanym wieku. Pomimo tego zatańczyłem sobie tam raz, w zupełności mi wystarczy. Całą resztę czasu, jak zazwyczaj, spędziłem przed klubem czekając aż ta męczarnia dobiegnie końca, dziwiąc się jak ludzie są w stanie wytrzymać w takich warunkach i zastanawiając czy "w poszukiwaniu utraconego czasu" Prousta okaże się gniotem.

    Byłem sobie przed budynkiem, gdzie również natężenie dźwięku było nieznośne, ale już do przeżycia miałem wiele czasu na kontemplację, oraz rozmowy z ludźmi, którzy wyszli na fajkę. Wśród nich znalazło się też ekipa miejscowych, która zaprosiła nas do siebie na after party. Ogólnie pomysł pójścia w środku nocy, z obcymi ludźmi, na drugim końcu świata do ich domu można uznać za niezbyt rozsądny. Jednak było nas kilka osób, do tego byliśmy dość trzeźwi, więc trzeba chwytać sroki za ogon, czy dzień.

    I okazało się to jednym z lepszych pomysłów podczas całej podróży. Fajna, spokojna, chilloutowa domóweczka, międzynarodowe grono, wszyscy siedzą sobie przed blokiem, nasi nowi znajomi zaopatrują nas jeszcze w browary, a wracając do hostelu jemy śniadanie, bo zasiedzieliśmy się do rana. Takie imprezy już bardzo lubię, a nie byłoby możliwe się na niej znaleźć, gdybym nie zaryzykował pójścia na taką, której nie lubię. Niestety nie ma stamtąd zbyt dobrych zdjęć, dlatego musicie uwierzyć na słowo, że druga plama od prawej to ja.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: IMG_4059.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #kolumbia

    Powinienem coś napisać, tylko że ostatnio nie miałem zbytnio czasu, bo poświęciłem go na integrację z ziomkiem. Wynikiem tego jest zdjęcie słowiańskiego przykucu na krańcu świata. #slavesquat

    Postaram się niebawem ( ͡° ͜ʖ ͡°) napisać coś o Kolumbii, bo to strasznie interesujący kraj, a i mam parę dobrych zdjęć. Stay tuned. pokaż całość

    źródło: dobre_squat.jpg

    +: P.....i, a...k +7 innych
  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #nikaragua #ometepe #kostaryka

    Ukradli mi TELEFON

    Ktoś się nie bał i zajebał, zaraz po tym jak przyjechałem do San Jose, Kostaryka. W ogóle z Ometepe się tam dostać, to też było trochę kombinowania. Najpierw zakupiłem bilet prywatnego przewoźnika, za grube dolary, bo okazało się, że tym razem chcąc przebyć te 200 km transportem publicznym potrzeba będzie 12 godzin. Wystraszyłem się i chciałem trochę komfortu, zresztą w zeszłym tygodniu dostałem ponad 100$ zniżki na transport z Salwadoru do Nikaragui, więc można zaszaleć. Wysupłałem więc 30$ i następnego dnia o 11 miałem być na przystanku przed supermarketem.

    Pani poradziła, żeby odpłynąć łodzią z samego rana. Bo to lepiej, bo śniadanie można zjeść już poza wyspą i jest taniej, no i lepiej być wcześniej. Tylko, że ta wcześniejsza łódka do była o godzinie 6.45, a jej rejs trwa około godziny. Myślę sobie, że pojebało, przecież nie będę siedział 3 godzin na przystanku. Albo tak bym sobie pomyślał, gdyby mi się nie uroiło, że ona jest o 7.45. Także wstałem sobie na tę godzinę, przybywam do portu i tam okazuje się, że najbliższe jest o 9 jest dopiero. Także tym sposobem ani sobie nie pospałem, ani nie zjadłem taniego śniadania. No, ale bywają gorsze rzeczy.

    Jak np. stres gdy jest 11.30, a autobus ciągle nie przyjechał. Co prawda mam bilet i mógłbym dochodzić swoich praw, ale co mi z tego, jak ja chce podróżować, a nie się wykłócać. Poszedłem do biura konkurencyjnej firmy tuż obok, zapytać się gościa czy on coś o tym wie i w ogóle zamienić z nim słowo, żeby nie czuć się tak opuszczonym. Mówi mi, że źle mi godzinę wpisali, bo on jedzie o 12. Okazało się, że tak naprawdę jechał o 11, tylko był 45 minut spóźniony. Busik taki na wypasie, dostałem miejsce na piętrze (!), z przodu tuż przed szybą (!!!). Zresztą stamtąd jest dołączone zdjęcie.

    Faktycznie okazało się, że ta jazda transportem publicznym zajęła by co najmniej 12 godzin, bo w takim ekskluzywnym busie to było ponad 8. Znów przekraczanie granicy i znów stres. Szczególnie że na przejściu do Kostaryki musieliśmy wysiąść, żeby każdego z osobna przeszukali i podbili mu pieczątkę. Do tego dochodzi kwestia, że wjeżdżając do Kostaryki mogą Cię nie wpuścić jeżeli nie masz biletu świadczącego, że opuścić ten kraj. Co prawda ludzi z bardziej cywilizowanych części kraju traktują dość wyrozumiale, ale stres był. Na podorędziu miałem plan udawania nieznajomości języka, ale nie musiałem zamienić ani słowa z panem z okienka.

    Po przekroczeniu granicy jeszcze kilka godzin jazdy i jak w końcu dotarliśmy do San Jose, to mnie okradli. Dosłownie kilka minut po wyjściu z autobusu. Zapewne to jest standardowy proceder dworcowy, gdy po takiej podróży zdrożeni ludzie odbierają swoje bagaże nachylając się w bagażniku, co osłabia ich czujność. No i okradli mnie właśnie w takiej sytuacji i to rozpinając kieszeń na zamek. Do teraz nie wiem w jaki sposób to ten czarodziej zrobił, ale miał szczęście, że go nie przyciąłem, bo poczułby trochę słowiańskiej magii na swojej mordzie.

    Zorientowałem się bardzo szybko że nie mam telefonu, ale początkowo założyłem, że wypadł mi w autobusie. Zostałem więc chwilę dłużej niż wszyscy inni na parkingu i gadam z kierowcą, żeby wejść, rzucić okiem. Nie udało się nic znaleźć, ale za to jakiś gość po chwili przyniósł mi mój paszport. Bo po przejściu granicznym schowałem go w kieszeń, zamiast do wewnętrznej kieszeni plecaka i wtedy dopiero mnie uderzyło, że ktoś mnie okradł. Co prawda nie skorzystał na tym wcale, bo telefon zdalnie zablokowałem, a paszport mu był na nic. Dzięki bogom go wyrzucił i udało się odzyskać, bo bez tego to by było naprawdę kiepsko, a nawet nie zdałem sobie z tego sprawy. Trochę szczęścia w nieszczęściu.

    Teraz będzie opuszczał tę kieszeń tylko w urzędzie emigracyjnym. Dostałem nauczkę.

    Paszport stracić to by był największy problem, bo sam telefon no to wiadomo, słabo, ale wyjeżdżając liczyłem się z tym, że cały mój ekwipunek może zostać spisany na straty. Nie wyobrażam sobie ruszenia w dłuższą podróż z innym nastawieniem. Wszystko się przecież zużywa, a wypadki chodzą po ludziach, zbyt wiele zdarzeń losowych. Najważniejsze żebym przyjechał cały, zdrowy i z mnóstwem wspaniałych doświadczeń, a nie użalał się nad stratą kilkuset złotych, tylko wpisał je w koszt podróży tak jak bilety i zakwaterowanie.

    Po tym wszystkim, wraz z jednym gościem co się z nim skumałem w busie uderzyliśmy razem do hostelu. Złożyliśmy się na taksówkę, bo nie było drogo, a po takiej długiej drodze i takich przygodach, to już chciałem spokojnie położyć się spać. W ogóle to kradzież telefonu w 2016, gdzie można go zdalnie wyczyścić i zablokować, że stanie się bezużyteczny. Może jeszcze na części się da sprzedać, ale nawet jeśli to pewnie za jakieś grosze i jedynym wynikiem tego zdarzenia jest moja strata pieniędzy. I nerwów. Suabo.

    W hostelu wrzucili nas do pokoju, gdzie było dwóch innych, niedawno okradzionych ludzi. Jednemu ukradli portfel z dokumentami, a drugiego konkretnie pobili. Z poprzedniej wizyty w San Jose nie odniosłem wrażenia, że to takie złe miasto. Lekcja na dziś, odwiedzając Amerykę Centralną unikajcie dużych miast.

    Na szczęście w międzyczasie okazało się, że mój przyjaciel ma lot przez Panamę, a skoro ja nie lecę z Meksyku do Peru, tylko podróżuje lądem, to można spróbować się spotkać tam. Normalnie myśląc człowiek stwierdziłby, że anulowanie jednego lotu, żeby wysiąść wcześniej nie powinno sprawić żadnego problemu, więc z tego powodu na pewno będzie to nie do zrealizowania przez linie lotnicze. Okazało się jednak, że jest to wykonalne i zamiast śpieszyć się do Peru, mogę sobie spokojnie spędzić najbliższy tydzień w Panamie czekając na niego. Jak tylko znajdę tam jakąś miejscówkę fajną, to zatrzymam się na parę dni, aby trochę porobić internetów. A następnie razem wybierzemy się do Ameryki Południowej.

    I to dopiero będzie przygoda. Bo z Panamy nie ma lądowej granicy i żeby się dostać do Kolumbii to trzeba pokonać ją wodą, co jest dość złożone i czasochłonne. Ale ogarnie się i będę miał bardzo interesujący temat na wpis.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_4749.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #nikaragua #ometepe

    Zatrzymała mnie POLICJA

    Bo wiecie, jestem badboyem. Miałem parę razy do czynienia z policją w życiu i generalnie nie wspominam tego za dobrze. To nie jest tak, że jakiś kryminalista ze mnie, ale parę razy zdarzyło się mieć kontakt ze smutnymi Panami. Czy to jakieś spożycie alkoholu w niedozwolonym miejscu, za głośna impreza, kontrola drogowa, czy inne takie normalne rzeczy, co się zdarzają normalnym ludziom. No i generalnie moje kontakty ze służbami mundurowymi wspominam bardzo negatywnie. Nie jestem jp100%, bo to potrzebna organizacja, ale tej organizacji potrzebne są zmiany w sposobie działania i doboru pracowników. W każdym razie jak zatrzymała mnie policja w Nikaragui, no to nie byłem zachwycony. A jak to się w ogóle stało?

    W poprzednim wpisie pisałem, że przypłynąłem na wyspę Ometepe. 10 tyś. mieszkańców, 275 km kwadratowych powierzchni i dwa wulkany. Za środku jeziora w środku Nikaragui. Wróćmy jeszcze chwilę do momentu, zanim wsiadłem na łódkę tam. Już w samym porcie siedziała sobie przy krawężniku samotnie dziewuszka, jak się później okazało Laura. Zazwyczaj nie bardzo rozmawiam z ludźmi, no ale jak jest to krasna niewiasta, a do tego jeszcze samotna, no to tak jakoś łatwo mi wychodzi. Wszedłem więc w tryb podrywu i zagaduję.
    -Cześć, czekasz na statek o 16.45?
    -Tak.
    Siadam obok niej.
    -Dosiądę się w takim razie. Widzę, że masz szluga i browar, więc zapewne będziesz całkiem spoko.

    Od słowa do słowa doszliśmy do porozumienia, że zatrzymamy się w jednym hotelu, a następnego dnia wypożyczymy skutery żeby objechać całą wyspę. Gdybym był sam, zapewne by mi nawet do głowy nie przyszło wziąć skutera, a przecież brzmi to całkiem spoko. Drobną przeszkodą mogło być to, że nigdy nie jeździłem, no ale czasem trzeba przygrać pewnego siebie.

    Następnego dnia z rana, za 20$ dostaliśmy po skuterze i kasku do końca dnia, do zwrócenia z pełnym bakiem. Czas nauczyć się jeździć. Gość z wypożyczalni tłumaczy mi kilka rzeczy, z czego najbardziej zaskoczyło mnie, że tylny hamulec jest w lewej manetce. Przeciwnie niż na rowerze. Jednak gdy się chwilę zastanowić, to nie można jedną ręką kontrolować i gazu i hamulca jednocześnie, a przecież przyśpieszenie jest na prawej. Okazało się, że jazda jest bardzo prosta i nawet udało mi się wyciągnąć na nim 80. Tylko że nie wiem czego, czy km czy mil na godzinę. Teraz jest mi wstyd, że nie sprawdziłem jednostek i jak to opublikuję, to pójdę sprawdzić.

    Za bardzo szybko się zresztą nie dało, bo cała droga na kostce brukowej i dużo progów zwalniających. No i pojeździliśmy sobie po wyspie, zajechaliśmy na jakąś plażę, jakieś źródełka, wyprzedziliśmy stado krów, zjedliśmy gdzieś przy drodze rybę z jeziora, pojechaliśmy do jakiegoś ogrodu hodującego motyle, gdzie za wjazd życzyli sobie 5 dolców i po szybkim spojrzeniu w oczy wiedzieliśmy, że tam nie wejdziemy. Ostatni punkt jaki mieliśmy odwiedzić, to zachód słońca na plaży Jezus Maria.

    Jedziemy tam po drodze mijając patrol zatrzymujący ludzi, ale nie zwracają na nas uwagi. Chwilę później dojeżdżamy na pas startowy lotniska, który przez większość czasu pełni funkcje drogi i żołnierze czuwają nad tym. Pytamy się ich więc gdzie ten Jezus Maria, a oni że trzeba się wrócić. A już prawie wróciliśmy do miasta i znów musimy się oddalić. Myślałem, że skoro nas nie zatrzymali za pierwszym razem, to nie zatrzymują turystów, ale się myliłem. Zjechaliśmy na bok.

    Przypomniało mi się, że przed wyjściem gość dał mi dokumenty, skuterem każdy może jeździć i zrozumiem po hiszpańsku, także powinno być spoko. No ale to zawsze stres, gorzej niż na lotnisku. Także zatrzymują nas, dajemy dokumenty i podaje swoje prawo jazdy kat B. Prawko noszę ze sobą zawsze, z dokumentami. To prawie tak jak z prezerwatywą. Lepiej jak przeleży bezużytecznie przez długi czas, niż jakby trzeba było użyć i nie będzie. No, ale na motory nie miałem. W międzyczasie okazało się, że moja nowa znajoma prawda w ogóle nie zabrała ze sobą. Bo przecież na skuter nie potrzeba.

    Okazało się, że jednak potrzeba. Albo przynajmniej policjant tak powiedział. Że lipa teraz, bo musi dostać mandat, który się płaci zdalnie. W banku. Więc najwcześniej jutro, a że nie może prowadzić, to skuter idzie na parking policyjny. Zapłacić na miejscu nie można, bo w ramach przeciwdziałania korupcji policjanci nie mogą mieć kontaktu z gotówką. No i że mandat za to to jakieś 100 dolarów. W międzyczasie drugi oglądał uważnie mój paszport wyraźnie skofundowany. Laura gada z gościem, że to wypożyczony i że ma numer do właściciela, ale nie ma jak zadzwonić. Policjantowi błysnęło w oczach, ale jeszcze wtedy nie ogarnąłem co się dzieje. Zadzwonił do niego, pogadali z nim oboje i uzgodnili, że właściciel teraz zrobi zdalnie przelew, a ona weźmie motor i zwracając odda mu też za mandat.

    W dalszym ciągu słabo tracić hajs, ale przynajmniej to będzie jedyny problem. Pyta się więc policjanta ile będzie za ten mandat, a on zaczyna bajerować. Że nie wie, że to różnie, że zazwyczaj się waha od 80 do 120, ale dowie się od właściciela. No to wtedy już wszystkie trybiki zaskoczyły i z całą przejrzystością zobaczyłem, że on chce żeby posmarować. Zwyczajnie łapówę dostanie od właściciela, podzielą się pewnie hajsem i pewnie nie pierwszy raz to robią. Dziewczynie z Niemiec jednak nie przyszło to do głowy. Wracając już oburza się, że jak to tak, że nie wzięli jej danych, że jak ten mandat ma dostać, bo dorastając za żelazną kurtyną nie znała po prostu takich rzeczy, no a żyjąc w Polsce to niejedno się widziało.

    Także uśmiecham się w duchu i myślę sobie ile to też będzie wynosił ten około stu dolarowy mandat. Ostatecznie skończyło się na 7 dolarach, a ja oniemiałem z dumy. Tak sprawnie działający system. Odizolowana wyspa, gdzie może niekoniecznie wszyscy się znają, ale każdy wie jak jest, każdy chce zarobić, ale nie przestraszyć ludzi. Ta cała gra psychologiczna z nastraszeniem dużymi kosztami, który okazują się kilkoma dolarami. Jakby kroili ludzi na sto dolarów, to na pewno by się wieść rozniosła, a takie ploty nie wpływają dobrze na gospodarkę wyspy. A jak zejdzie z człowieka napięcie, to z zasady kontrastu te, w dalszym ciągu jest to 30 złoty, ale w porównaniu z możliwą stratą 400 jest nieistotne. Opowie się komuś to jako śmieszną anegdotkę, bo przecież w dłuższej perspektywie lepiej zbierać jaja niż zabić znoszące je kury.

    Także generalnie gumki zawsze warto mieć przy sobie. Choć prawo jazdy zapewne przyda ci się częściej.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_4720.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #salvador #nikaragua #ometepe

    Przyjechałem na wyspę Ometepe w Nikaragui.

    Też tak macie z telefonem, że jak jest podłączony do ładowania, to włącza się mu tryb cichy? Że podczas tego telefon nie zadzwoni, ani nawet nie zawibruje. Również budzik. I jak tu pogodzić się to z sytuacją, jak wieczorem miałem pustą baterię? Także dnia którego miałem wstać o 5 rano i musiałem to zrobić bez budzika. O ile w ogóle ktoś po mnie przyjedzie.

    Okazało się, że te 50 dolarów jakie dałem gościowi to były dobrze zainwestowane pieniądze, a obudził mnie gość z recepcji. I faktycznie, podjeżdża elegancki busik, kierowca się przedstawia że jest Israel, chwilę sobie gadamy i mówi żebym się położył spać na tylnej kanapie. Jakby czytał mi w myślach, bo specjalnie niedospany myślałem o tym od chwili gdy przekręcił kluczyk. Wyjąłem więc poduchę, rozwaliłem się i po paru godzinach obudziłem się na wybrzeżu.

    Urząd emigracyjne załatwiłem szybciutko i miałem 40 minut do czasu, aż przyjdzie gość od łódki. Poszedłem więc przejść się i zjeść jakieś śniadanie. W Salwadorze wyjątkowo popularne są tzw. papusy. Jest to ciasto jak na tortille, tylko że nafaszerowane serem, więc wychodzą mniejsze i grubsze. Dobre rzeczy, będę sobie robił jak już się kiedyś ustatkuję. Zjadłem i zawinąłem do emigracyjnego, a tam już na mnie czekał, eeee hipster?

    Większość ludzi pracujących w transporcie, to takie lokalne odmiany Januszy, a tu taki gościo wystrojony. Zamieniłem z nim może tylko dwa słowa, zarzucił słuchawki na uszy i tak zakończyła się nasza znajomość. Położył się na ławce, więc ja zrobiłem to samo i kolejne dwie godzinki chillu na łódce. Super sprawa. Na imigracyjnym bez problemu, zapłaciłem 12 dolców i gościowi nawet nie przyszło do głowy sprawdzić moich rzeczy. Zaraz potem podjechał po mnie bus i wsiadłem w kierunku Leonu.

    Zanim zaproponowali mi tę oszałamiającą cenę, chciałem zakończyć przygodę z tą firmą po wyjściu z łódki. No bo przecież znajdę jakiś transport, żeby stamtąd dalej pocisnąć, zamiast płacić im za to 35$. Nie, nie znalazłbym. To było takie zadupie, że musiałbym wierzchem pojechać do jakiegoś bardziej cywilizowanego miejsca. I strasznie śmierdziało tam rybą, bo na świeżym powietrzu suszyli tysiące krewetek.

    Zajechałem do Leonu, zostałem jedną noc, pojeździłem na deskorolce i następnego dnia z rana wyruszyłem. Ostatnio narzekałem na to, że zapominam zabrać ze sobą żel pod prysznic. Tym razem pamiętałem, ale za to otworzył się w kosmetyczce. Musiałem ją płukać z 15 minut zanim przestała się pienić a do tego przemyć wszystko co tam było, a patyczki higieniczne wyrzucić. Przez noc na szczęście wszystko wyschło, więc z rana dnia następnego mogłem wyruszyć.

    Na pobliską wyspę Ometepe, na środku wielkiego jeziora, która jest praktycznie tylko dwoma wulkanami. Z rana na deskorolce na dworzec, potem z 5 godzin w wytrzęsarce, z dwoma przesiadkami i jedną podróżą, gdzie musiałem trzymać plecak na kolanach, żeby nie policzyli go jako kolejnego pasażera. Wylądowałem w miejscowości Rivas, jakieś 5 km od portu. I naszła mnie tam głęboka refleksja na temat nauki języka obcego.

    Jak się go nie zna, nie można wtedy cisnąć. Trzeba być grzecznym, bo nie masz słownictwa, ani przyzwyczajenia w operowaniu takimi wyrażeniami. Oczywiście w większości sytuacji się to sprawdza, ale czasem trzeba rzucić jakąś soczysta kurwa. I właśnie taką sytuację miałem. Jako że jestem extranjero i chelo, to zawsze chcą mi rzucić cenę dla wielkiego Pana z zagranicy. I za ten przejazd życzyli sobie 5 dolarów, mimo że jest wart pół dolara. Dawno już nie chcieli mnie naciągnąć na dziesięciokrotnie większą cenę. W każdym razie branie taksy zaraz po wyjściu jest najgorszym pomysłem, bo tam są największe ceny. Postanowiłem więc pójść trochę w stronę portu, na GPSie był oddalony o 5 km.

    Robię jakieś 200 m, wchodzę na ulicę która bezpośrednio prowadzi do miejsca docelowego i jest piękna. Asfaltowa dróżka, z przestrzenią dla rowerzystów i do tego nachylona w dół. No to kurde no, na deskorolce zrobię to bez problemu. Jak pomyślałem tak też zrobiłem i oczywiście zacząłem wzbudzać zainteresowanie wszystkich wokół. Bo z taką ilością bagażu raczej się nie jeździ na desce. Wzbudziłem takie zainteresowanie jednego gościa jadącego autem, że zajechał mi drogę i powiedział że mnie podwiezie. Po kilku minutach rozmowy okazało się, że do ostatniej budki jest jeszcze trochę czasu, a oni jadą na browara do miejsca gdzie mogę coś zjeść i czy nie chce jechać. No a ponieważ chwytaj dzień, carpe diem i yolo, no to zabrałem się z gościem i jego koleżanką do knajpy.

    Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, bardzo spoko. Odwieźli mnie do portu, wsiadam w łódkę i płynę podczas zachodu słońca w stronę dwóch gór z chmurami na szczytach niczym białe, wełniane czapeczki. Okazało się, że wyspa jest naprawdę przepiękna, a do tego zatrzymałem się w hostelu, gdzie są małe kociaki. To jest bardzo ważny argument przy wybieraniu hostelu i cieszę się, że udało mi się na niego trafić. Z tych wszystkich przygód wybrałem też ich zdjęcie do załączenia, jako najbardziej atrakcyjne.

    Okazało się również, że można tutaj wypożyczyć motor, bez prawa jazdy. Jak dla mnie brzmi jak całkiem niezła przygoda, szczególnie że ze względu na stan dróg jest to dość bezpieczne. Czterdziestu na godzinę raczej nie przekroczysz, a można objechać całą wyspę, odwiedzić plaże no i pojeździć motorem. Elegancko, nie jeździłem jeszcze motorem.

    W sumie to ani puenty dziś nie mam, ani morału, ani nie jest za bardzo zabawnie, ale po prostu dużo się działo i żeby trzymać was na bieżąco musiałem opisać dość dużo rzeczy, zamiast zbudować historię opartą na jednej anegdotce. Ale chyba też spoko?

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_4697.JPG

    +: F......G, L_u_k_as +11 innych
  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #salvador #gwatemala

    Dalej podróżuję. Jak już poniosłem sromotną porażkę autostopując po Meksyku, a następnie zatrzymał mnie huragan w Gwatemali, to przecież nie mogłyby mnie opuścić przygody w drodze do Peru. Tam minie pół roku mojej samotnej podróży i zacznie się drugi etap. No, ale najpierw muszę się tam dostać.

    Wymyśliłem sobie podróż przez El Salvador. Bo tam mnie jeszcze nie było, wiecie jak jest. Do tego jest bardzo szybka i wygodna opcja, aby prosto ze stolicy wziąć busik o 5 rano, który zabierze Cię na wybrzeże i tam przesiadka na łódkę, która zabierze do Nikaragui, z ominięciem Hondurasu. Oszczędza się czas na podróż, ale niestety taka przyjemność kosztuje 100$. Strasznie drogo jak na coś takiego, no ale czasem w życiu trzeba zapłacić za coś, co się nie opłaca.

    Kursują dwa razy w tygodniu i jednym z tych dni jest piątek. Skoro tak się złożyło, no to oczywiście że będę chciał zajechać na ostatnią chwilę, nawet nie wyobrażam sobie jak można by to rozegrać inaczej. Piszę wstępne maile do firmy, tam mówią że płacić trzeba z góry, ale jak będę w San Salwadorze, to mogę komuś na miejscu. Tylko mam potwierdzić jak przyjadę.

    No to więcej zachęty mi nie trzeba. Poszedłem na dworzec w Peten, żeby kupić bilet na nocny autobus do Gwatemala City. Wyjeżdżam o 8 wieczorem, a po 10 godzinach jestem te 300 km dalej. Prędkość podróży do której już się przyzwyczaiłem, ale nigdy chyba jej nie zaakceptuję jako normy. W każdym razie w nocy, to sobie pośpię i się teleportuję. Same plusy.

    Pan się mnie pyta jakim chce autobusem. Bo mają 25 dolarów za przejazd klimatyzowanym autobusem rodem z najśmielszych snów o all inclusive, albo za 20 dolarów starym Jelczem. Myślę sobie że takie jaśniepanieńskie wygody to za wysokie progi, zresztą w nocy jest zimniej i klima niepotrzebna. Jedyny problem to może być głośność autobusu, ale zastosuję mój sprawdzony trip przyjścia na nocny autobus niewyspanym. No i oczywiście stopery.

    Także udałem się na Busa, przestronnie, wygodnie, temperatura bardzo przyzwoita, no ale przecież nie mogło być wszystko idealnie. Atak losu nastąpił ze strony, z której nigdy bym się nie spodziewał i nawet najbardziej ekskluzywny środek transportu by nie pomógł. Problemem był kierowca. A raczej muzyka której słuchał. I jak.

    Włączył sobie praktycznie na pełen regulator jakąś składankę piosenek wejściowych do brazylijskich telenoweli w wersjach techno. Słuchał muzyki tak głośno, że byłem na cichszych koncertach. Na pozostałych ludziach nie zrobiło to zbyt wielkiego wrażenia, ale ja dostałem miejsce tuż za kierowcą, także mogłem rozkoszować się skrzeczeniem rozciąganych do granic wytrzymałości błon bębenkowych.

    Nie myślcie, że nie zagadałem do kierowcy. Ja nie jestem z tych osób, które jak coś im nie pasuje to zagryzają zęby cały czas, a potem opowiadają na forum publicznym jak to w dobrej wierze przyjmowali na klatę cierpienia godne Jezusa, a przynajmniej Wertera. Ja od razu wyskoczyłem do gościa, czy on ma zamiar cały czas słuchać tak głośno, abstrahując już od wyboru nuty. I choć mój hiszpański jest komunikatywny, to żeby kogoś opierdolić jeszcze mi trochę brakuje, musiałem więc być grzeczny. Za to kierowca się w tańcu nie pierdolił, przerwał mój monolog i mówi - jak leci muzyka to wtedy mam pewność, że nie zasnę. A płacą mi za to, żeby przywieźć ludzi żywych, niekoniecznie wyspanych.

    Mimo to ściszył troszeczkę. I tak była na poziomie, który sam bym włączył jedynie aby zdenerwować sąsiadów. Nie wiem jak, ale jakimś cudem czy magicznym sposobem udało mi się zasnąć i droga całkiem szybko się skończyła. Jednak przygody się mnie imają nawet gdy śpię, nie odpuszczą ani na moment. Komuś za mną wylała się woda jak spał i utworzyła ogromną kałużę tuż pod moim plecakiem, który miał całą noc aby ją wchłonąć.

    I dobrze sobie poradził. Zanim miałem więcej czasu i możliwości żeby tam zaglądnąć i ogarnąć trochę bardziej niż wyrzucić rolkę papieru toaletowego, który spełnił rolę piorunochronu i wchłonął więcej wody. W każdym razie odkryłem to tuż po przebudzeniu, zaraz przed wysiadaniem i musiałem przenieść się z dworca północ, na dworzec południe, co zabrało 2 przesiadki i ponad dwie godziny. W obrębie jednego miasta. Jak już udało mi się znaleźć bus do granicy (niecałe 100 km w 3 godziny, elo) to zrobiłem tam cygański kram.

    Zamókł mi mały plecak. Taki w którym miałem najcenniejsze i najprzydatniejsze w podróży rzeczy. Na szczęście komputer i cała elektronika uniknęła złego losu, ale z całą resztą musiałem sobie poradzić. Rozłożyłem się jak baba na cygańskim straganie i w tym trzygodzinnym busie wszystkie siedzenia wokół mnie były przystrojone schnącymi - skarpetami, maskotkami, arafatą, dwoma zeszytami (jeden z wydatkami, da się odczytać na tyle, że nie będę go przepisywał, drugi z hiszpańską gramatyką. Ten chyba przepiszę.), a także zbiorem bajek dla dzieci w wieku 9-11 lat po hiszpańsku, którą kupiłem w meksyku, aby trenować język. Aż dziw, że nikt nie chciał ode mnie nic kupić.

    I dojechałem tak do granicy. Zgarnąłem wszystko do plecaka i hyc na przejście. A tam jakieś zamieszanie, okienka pozamykane, ludzie koczują na ulicy, grille palą, siedzą na kocach całymi rodzinami, wokół biegają bezpańskie psy i jedna świnia, a tuż obok sznurek ciężarówek, a ich kierowcy mają porozkładane hamaki pod nimi. A do tego krążąca w powietrzu plota, że dziś się nie da przejść, bo coś tam.

    Nosz kurwa, nie po to całą noc słuchałem techno hiciorów ze zbuntowanego anioła, a potem przez 6 godzin pokonywałem zawrotny dystans 100 km żeby mnie na granicy cofnęli, jak ja tu podróżuję na ostatnią chwilę. Obmyśliłem wyjątkowo sprytny plan, że będę udawał idiotę. Dobrze udawać idiotę to prawdziwa sztuka, ale tutaj wystarczyło udawać, że się nie zna języka i próbować przejść. Teraz to już sam nie wiem (tak naprawdę to wiem) czy to mój super podstępny plan zadziałał, czy po prostu nie było problemów z przekroczeniem granicy, a ci ludzie tam stali cholera wie po co.

    Standardowo nikt nawet nie zainteresował się zawartością mojego plecaka, czy nie mam tam żadnych różnych rzeczy zabronionych, ani w ogóle niczego. Nawet mi nie wbili pieczątki do paszportu, bo w Gwatemali było zamknięte i nie mam wyjściowej, a w Belize mają wszystko zinformatyzowane i jestem w bazie danych, więc pieczątki wycofali. I używają tu dolarów (nigdy nie przestanie mnie śmieszyć moneta 25 centowa).

    Pierwsze wrażenie z San Salvadoru - jakby w Rio teraz były zawody z zaśmiecaniu, to byłby to czarny koń zawodów. Prześcignęliby moich faworytów - Polaków i Rumunów bez najmniejszego problemu. Teren przystanku autobusowego przy granicy był praktycznie cały wyłożony zadeptanymi, plastikowymi butelkami. Podczas jazdy ludzie otwierali okna, żeby wyrzucić śmieci, bez najmniejszego skrępowania. Ale i tak moim faworytem był gość, który podczas jednego postoju wysiadł i oddał mocz na przednie koło autobusu. Już mógł się nie fatygować tym chodzeniem po schodach i po prostu lać stojąc na progu - nie ryzykowałby, że korona cygańskiego króla spadnie mu z głowy. Bo jakby odszedł trochę dalej i zrobił to do rzeki, to zwiększyłby jej czystość, co już w ogóle byłoby karygodne.

    W każdym razie jeszcze tylko dwie przesiadeczki, kolejne 4 godzinki na pokonanie jakiś 150 km i zajechałem do San Salvadoru, gdzie ostatecznie będę mógł wysuszyć moje rzeczy. Od przystanku parę kilometrów spacerkiem i zaszedłem do hostelu. Pierwsze co robię, to piszę do firmy transportowej, że chcę potwierdzić rezerwację, że jestem i jutro z samego rana chętnie wyruszę dalej.

    Mr Kamil, wszystko fajnie, wszystko elegancko, ale nie mamy dla Ciebie miejsca. Mimo, że wczoraj pisałeś, to jakoś tak się złożyło, że nie bardzo. Ale żeby nie zostawić Cię na lodzie, to możemy zaproponować ten sam przejazd (a nawet do miejscowości dalej, czego chciałem uniknąć z tą firmą pewien, że znajdę tańszy transport) dzień później za 50$. Cena właśnie spadła do całkiem akceptowalnej, o ile to wyjdzie.

    Jakbym miał jechać naokoło to i tak by mi to zabrało ten jeden dodatkowy dzień. A tak to będę mógł pozwiedzać San Salwador, porozkopywać śmieci jak mam to w zwyczaju robić z liśćmi jesienią i popodziwiać banery uświadamiające ludzi, że aborcja to jest morderstwo (https://www.facebook.com/slowoniedzielne/photos/a.1137420636329068.1073741828.1119553924782406/1137415592996239/?type=3), mimo że jej całkowita delegalizacja w KAŻDYCH warunkach kilkanaście lat temu przyniosła Salwadorowi mnóstwo strat. No ale wiecie, jeżeli przestanie się mówić, że autorytety trzeba szanować, ich słowa są prawdą, czyny dobrocią, to może ludzie by się zorientowali. Mam jednak nadzieję, że uda mi się w końcu tutaj zobaczyć coś wartego uwagi. Albo przynajmniej zjeść coś dobrego.

    A pojutrze kolejny dzień pełen podróży.

    Okoliczności nie sprzyjały robieniu zbyt dużej ilości zdjęć. Mając do wyboru zdjęcie śmieci, baneru promującego całkowity zakaz aborcji i martwego ptaka, nie miałem wątpliwości co wybrać. Szczególnie że robiąc to zdjęcie po kilkunastu godzinach w autobusach byłem w środku taki, jak ten ptak na zewnątrz.

    Martwy.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: ptak.JPG

    +: N.....o, t-ja +11 innych
  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #meksyk #gwatemala

    Przeżyłem HURAGAN

    Który był daleko ode mnie. W sumie każdy może tak powiedzieć, różnica jest jednak taka, że tutaj skutki huraganu dało się odczuć. Ale o tym za chwilę.

    Chronologia. Czas nagli, a w dodatku jakiś huragan zaczął szaleć na Karaibach. Dość daleko, ale w prognozach miał się zbliżać do Bacalaru, więc już mnie nic tam nie trzymało. Na początku wyjechałem z meliny. Do przejechania cały Meksyk, ale miałem rekomendację na autostopa, zresztą na mapie też tylko jedna droga, prosta jak myśl wodza Indian Tępej Strzały, no to na pewno się zajedzie. Wstałem jak ogarnięty człowiek, czyli inaczej niż mam w zwyczaju, z samego rana, zjadłem sześć bananów, wziąłem plecak na barki i ruszyłem.

    I stanąłem. Na jakieś pięć godzin. Przez ten czas jeden gość podwiózł mnie kilkanaście kilometrów, bo jechał do Chetumalu. Czyli zostawił mnie na krzyżówce głównych dróg za miastem i już nie było powrotu. Przez większość czasu panował niemiłosierny skwar, jednak na tyle się przygotowałem, że nie spaliło mi ani ramion, ani karku. Tylko twarz. Choć w międzyczasie zdarzyła się też dość potężna ulewa, jednak udało mi się schować. Tym razem się udało.

    Jak już straciłem nadzieję i zacząłem oceniać pobliskie krzaki pod kątem atrakcyjności noclegowej, to przyszło wybawienie w postaci autobusu. Także postałem sobie 5 godzin w skwarze, żeby przeżyć przygodę i zaoszczędzić na podróży, a spaliłem sobie twarz i zapłaciłem za bilet bez zniżki studenckiej. Zajechałem więc znów do Palenque, ale tym razem wybrałem egzotyczny hostel - w środku dżungli, tuż przy ruinach.

    Był aż tak egzotyczny, że w okolicy w ogóle nie było internetu. Nawet w pobliskiej knajpie, gdzie nad wejściem pisało, że mają alkohole, toalety i internet, nie było internetu. Alkohol i toalety były za to naprawdę. Trochę słabo, bo się umówiłem na skype, ale z drugiej strony specjalnie tam pojechałem nagrać filmik, więc miałem przynajmniej możliwość skupić się na tym.

    Prócz tego wszystko elegancko. Bardzo fajna miejscówka, nie zdarzyło mi się zobaczyć żadnego paskudnego robactwa, tylko kolorowe motylki, wieczorem usypiał mnie huk małp, a rano obudziło pianie koguta. Nie mniej jednak przyjechałem tam tylko na jeden dzień - bo zmierzam już w kierunku Peru, a ten hostel polecili mi na poprzedniej melinie. No, ale melina to ludzie, a nie miejsce, no i pozostały mi jedynie okoliczności przyrody do kontemplowania.

    Następnego dnia wstałem drugi dzień z rzędu z rana, zebrałem się do drogi, wyjechałem z dżungli, zjadłem na śniadanie kilka empenad (takie pierogi z innym ciastem i gorsze oczywiście) i na spokojnie przejazd do Flores. Tylko że trzeba było się przesiąść kilka razy, na początku w Meksyku, później na granicy. Tym razem nikt się mną nie zainteresował, musiałem tylko zapłacić prawie 400 peso (80 zł) na pożegnanie. Pies poszukujący narkotyków wciąż tam był, znowu spał. Może to tylko atrapa?

    Następnie zajechałem do Flores i okazało się, że jest całkiem ciemno. I pada. Miało być bliziutko i szybciutko, do tego wstałem z rana, a to znów cały dzień. Zatrzymałem się znów na wyspie i zaczął się sztorm. Tzn. zapewne tylko jakieś resztki niepogody z obrzeża, ale wystarczyło, żeby wszystko sparaliżować. Nie było prądu, odcięli wodę, na ulicach stała woda no i nie jeździł transport publiczny. Więc zmuszony byłem zostać w takich warunkach z ludźmi, w tych specyficznych okolicznościach. Wszyscy razem przy świeczkach i świetle księżyca odbijany od tafli jeziora. A to jednoznacznie oznaczało, że przykuję czyjąś uwagę i ktoś będzie chciał ze mną rozmawiać. Tak też było.

    A ja tak mam, że jestem trudnym rozmówcą. Podpuszczam ludzi, mówię różne głupoty, żeby przetestować ich reakcje na skrajności. Czasem zdarza mi się przesadzać, albo po prostu nie móc się powstrzymać od powiedzenia czegoś głupiego. Jak już ktoś przejdzie przez weryfikację, to tego nie robię. Tak tylko słowem wstępu.

    Standardowo zaczyna się historia od tego kto, skąd, co i jak. No i powiedzmy szczerze mój poziom edukacji stanowi wyjątek wśród osób podróżujących. W bogatszych krajach ludzie podróżują tuż po szkole, a w biedniejszych do czasu aż ktoś będzie miał wystarczająco gotówki, odechciewa mu się. No i jeszcze okoliczni tutaj podróżują, ale ich system edukacji to porażka, także dyplom uczelni wyższej jest niespotykany w tym gronie. Także odpowiadam, że mogę gówno robić i nieźle żyć, że matma, że fizyka, chwilę po tym rozmowa schodzi na temat kosmosu.

    I mimo, że nie jest to moja ulubiona dziedzina, to coś tam wiem. Prócz standardowej edukacji, to w dzieciństwie moim ulubionym filmem był apollo 13, byłem w planetarium w Budapeszcie i zdarzyło mi się nawet przeczytać książkę Hawkinga. Także coś interesującego mogę na ten temat powiedzieć. No i tak rozmowa, a głównie monolog, się toczy i w końcu jedna dziewczyna mi przerywa i mówi.
    -Ja robię paznokcie, ale jak byłam w szkole to interesowałam się astronomią i kosmosem.

    No i wiecie, to jest ten moment, w którym nie mogłem się powstrzymać.
    -Ja jak byłem mały, to chciałem być piekarzem. Każdy z nas nosi w sercu swoje porażki.

    Ale w ogóle zdjęcie i o co tam chodzi. Jak przybyłem na wyspę to już padało dość konkretnie, no i niestety nie udało mi się wyjść z tego suchą nogą. Sprzęt i wartościowe rzeczy miałem bezpieczne, jednak większość plecaka może nie była mokra, ale wilgotna. Co w połączeniu z zaduchem siedzenia w plecaku sprawiło, że wszystko było do prania. Wrzuciłem więc do prania. Wszystko.

    Wszystko, łącznie z moimi nowymi, ręcznie robionymi, zajebiście zielono-jaskrawymi spodniami. Teraz wszystkie moja białe koszulki zyskały drugie życie. Dobrze, że nie miałem białych skarpet, bo tego to by się nie dało nosić po takim praniu.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_4637.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #meksyk #bacalar

    Życie płynie na MELINIE

    Dwa dni po tym jak dotykałem ptaka, okazało się że nie ma wolnych miejsc, bo miejsce jest tak dobre, że ludzie robią rezerwacje, więc musiałem ewakuować się z tego cudownego miejsca z papugami i własnym molo. W ogóle kto robi rezerwacje do hosteli? Ja jeszcze nigdy tego nie zrobiłem, a przez te 5 miesięcy tylko dwukrotnie zdarzyło mi się usłyszeć, że nie ma miejsc. I za każdym razem inne miejsce do spędzenia nocy było rzut patykiem. I ten przysłowiowy rzut patykiem od raju, była melina, w której się zatrzymałem.

    Ja wiem, że melina to są ludzie, a nie miejsce. No, ale jak ma się dobrych ludzi i dobre miejsce na melinę, to można wznieść się na szczyty. A jedno i drugie było tam na najwyższym poziomie. Może zacznijmy od miejsca. Otóż budynek zbudowany był na wspornikach i zaczynał się od pierwszego piętra, a pod nim była prowizoryczna kuchnia, zadaszona część na namioty, "pokoje prywatne" - tak nazywano przestrzeń pomiędzy kolumnami odgrodzoną za pomocą zbitych palet i część gościnna - czyli to co można zobaczyć na zdjęciu. Na zdjęciu tego nie widać, ale te meble były stworzony chyba z myślą o krasnoludkach. Jak miałem tam przysiąść to oczami wyobraźni przenosiłem się do podstawówki, kiedy po nauczaniu początkowym zmienili nam ławki i krzesełka na większe, bo już prawie nikt się w nie nie mieścił. No i tu też nie bardzo się ktokolwiek mieścił, ale siedzieliśmy. No, ale parę dni to się można przemęczyć, na melinie.

    Muszę też wspomnieć o sanitariach. Kible bez desek, w damskim tak samo, za to drzwi wejściowe do kabin jak w westernie. takie podwójne drewniane drzwi. I do tego kosz na śmieci na zużyty papier, ale to tutaj standard. Jak się o tym dowiedziałem, to spodziewałem się, że to będzie raczej obleśne i pod kątem wizualnym i zapachowym, ale jest zadziwiająco neutralne w obu tych kwestiach. Prysznice też słabo, wybetonowane pomieszczenie i tylko zimna woda. No, ale parę dni to się można przemęczyć, na melinie.

    Z tyłu był też spory ogród, w którym można było rozłożyć namiot. Ja jednak swojego nie miałem, więc musiałem pożyczyć od gospodarzy, a że byli bardzo poczciwymi ludźmi, to nigdy nie składali swoich namiotów, więc wystarczyło sobie wybrać. Pierwsze co zrobiłem, to przeniosłem go pod dach, bo stwierdziłem, że wolę karimatę położyć na betonie, niż w razie deszczu zamoczyć wszystkie rzeczy. Bo ten mój namiot to było pół namiotu - nie miał tropiku. Na patykach opięta była jedynie siateczka, więc praktycznie jakbym spał na dworze pod moskitierą. No, ale parę dni to się można przemęczyć, na melinie.

    W ogóle właściciele. Bardziej wyglądali mi na Kubańczyków niż Meksykanów, choć sam nie wiem skąd mi się takie skojarzenie wzięło w głowie. Prócz tego byli bardzo sympatyczni, mili, otwarci, znali wszystkich po imieniu, jak wychodzili to prosili wobec, żeby ewentualnym zbłąkanym wędrowcom przedstawić cennik i pokazać gdzie się mają rozłożyć. I do tego zupełnie nie przeszkadzało im praktycznie nic. A działo się całkiem sporo, bo jak wspominałem melina to głównie ludzie.

    Głównie meksykanie tu mieszkali. I to tacy podróżujący na maksymalnym budżecie. I to takim naprawdę grubym. Większość czasu spędzali ćwicząc, albo kombinując w jaki sposób można zarobić pieniądze. I tak kilka osób robiły biżuterię skręcając ją z drucików, inne plotły ją ze sznurków, połowa osób grała na czymś, jedna dziewczyna ćwiczyła z hula-hop, jeden gość żonglował nożami i pochodniami. Chciałem napisać na początku w wolnym czasie, albo w przerwach od picia browarów i palenia zielska, ale to wcale nie było tak. Oni po prostu robili to wszystko ciągle i naraz. No, ale parę dni to się można z nimi przemęczyć, na melinie.

    W ogóle o narkoturystyce to można napisać by całkiem sporo, bo nawet jeżeli nigdy nie miałeś i nie chcesz mieć niczego wspólnego z diabłem ukrytym w zakazanych substancjach, to i tak spotkasz je nie raz, nie dwa. I obok meliny w której mieszkałem, była melina w której można było nabyć marichuaninę. Zwykły wiejski sklep, a raczej okno wychodzące z czyjegoś domu na ulicę. Na parapecie stało parę zakurzonych jaj, dla niepoznaki, gdzieś z tyłu na półce jakaś zapomniana bułka, kilka cebuli i do tego mieszkało tam kilka osób, przy czym wszyscy byli zamieszani w ten bandycki proceder.

    Kolega z meliny mi opowiadał oczywiście. Że tam i jakaś babuszka jest, że oboje rodziców i że dwójka dzieci w miarę dorosłych i każdy z nich na tajne hasło wyskakiwał z narkotyków. I tak sobie można pomyśleć, ale patologia. Choć ja wcale nie nazwałbym tego patologią, zanim nie poznałbym historii skąd to się wzięło i kto wpadł na taki pomysł i jak przekonał resztę domowników do czegoś takiego. Niestety nie dowiem się tego, bo ani mój hiszpański nie jest aż tak dobry, ani zapewne nikt by nie chciał się ze mną podzielić tymi sekretami, a do tego już wyjechałem.

    Dzień zanim przeniosłem się na melinę przewróciłem się na deskorolce. Pięć miesięcy noszę ją ze sobą, a miejsc żeby pojeździć prawie nie tu nie ma. No, ale nie każdy dobry pomysł jest mądry, a nie każdy mądry pomysł jest dobry. W każdym razie jak zobaczyłem stan dróg, to stwierdziłem, że teraz będę szaleć. No i sobie, kurwa, zaszalałem. Straciłem panowanie i mi deskorolka skręciła prosto w kałużę błota. W której dość szybko wytraciła prędkość, a chwilę po tym i ja utraciłem w niej prędkość. Zyskałem za to piękny komplet obtarć sunąc po błocie.

    Ciuchy były w takim stanie, że poszedłem w nich pod prysznic. Nie pomogło to im za bardzo, więc następnego dnia zaniosłem do pralni, która pomogła już trochę bardziej. Do tego okazało się, że dość konkretnie sobie zdarłem skórę na obu przedramionach, a do tego standardowo kolana i nawet straciłem fragment skóry na nosie. Także wprowadzając się na melinę, miałem już odpowiedni look.

    Następnego dnia okazało się, że jakimś magicznym sposobem zachorowałem. Dostałem gorączki, co w połączeniu z prawie 40 stopniowym upałem dało mi się dość mocno we znaki i spędziłem kilka dni siedząc w miejscu i trzęsąc się. Obraz całkiem adekwatny do miejsca, w którym się znajdowałem. Także wbiłem przygotowany - cały w strupach, z gorączką, próbując przespać jak najwięcej, od czasu do czasu dotrzymując towarzystwa, żeby podłapać parę nowych słówek, ale parę dni to się można przemęczyć, na melinie.

    I ostatnia meliniarska rzecz, której się zupełnie nie spodziewałem. No może trochę, bo mam taką drobną przypadłość, której nieświadomie folguję. Otóż bardzo często zdarza mi się zostawić prawie pełen żel pod prysznic. Nie zliczę ile razy podczas tej podróży tak zrobiłem, ale kilku podróżników powinno mi być wdzięcznych. To samo miało miejsce dziś, a dokładniej jakieś 15 godzin temu jak wyjeżdżałem z Bacalar - zostawiłem żel pod prysznic, który kupiłem w przeciągu ostatniego tygodnia. I po tym długim i męczącym dniu podróży musiałem się myć hostelową atrapą mydła, która zapewne bardziej nadaje się do zjedzenia niż do namydlenia. Człowiek może wyjść z meliny, ale melina z człowieka - nigdy.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: melina.JPG

    +: N.....o, kubosh +14 innych
  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #podrozujzwykopem #meksyk #bacalar #chetumal

    Przyjechałem do Bacalar w Meksyku, na półwyspie Jukatan i zostaję tutaj. Po raz pierwszy trafiłem na naprawdę dobre miejsce w Meksyku. Poprzednie to takie niezbyt turystyczne, a Palenque to aż za bardzo. Wcześniej byłem w Chetumal całkiem niedaleko i po jednym dniu już miałem go dość. A tutaj jest jak w bajce. Hostel bardzo ładny, z kuchnią, lodówką, naczyniami, tuż nad jeziorem. Kawałek od miasteczka, ale jest dobra droga na deskorolce i wreszcie mogę sobie pojeździć, od prawie pół roku noszę ją na plecach, a pojeździłem tylko w dwóch miejscach na razie - Leon i Esteli, obie w Nikaragui.

    Teraz jest północ i na tyle ciepło, że piszę sobie w hamaku na molo, a na równoległym jakaś parka uprawia seks. Mam w planach sobie posiedzieć, bo ostatnio w autobusach spędziłem mnóstwo czasu, a w drodze powrotnej będzie to samo. Nie wrzucałem opisu żadnych książek, ale to nie znaczy, że nie czytam. Jestem na trzecim tomie Diuny i postanowiłem napisać o nich jak doczytam wszystkie. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony treścią książki jak i tym, że kolejne tomy nie tracą na jakości. I niedługo będę musiał znów pokonać kilkaset kilometrów na wschód, bo nie chcę wracać przez Belize.

    W ogóle Belize. Trochę nieoptymalnie zaplanowałem podróż, bo w Belize spędziłem tylko kilka dni w San Ignacio, tuż przy granicy, płacąc przy okazji 20$ wjazdowego . Następnie wróciłem do Gwatemali, aby pojechać dookoła Meksyku. I tą samą drogą wrócę, bo nei chce do Belize. Słabo tam jest. Niby powinno być super turystycznie, bo jedyny anglojęzyczny kraj tutaj i dużo potencjalnych klientów nie miałaby problemu z komunikacją. Ale jakoś tak nieprzyjemnie jest. Nawet w tym małym miasteczku czułem się nieswojo, a o stolicy to się nasłuchałem. Zresztą stolic i dużych miast nie warto tu odwiedzać, więc nie chciałem się przekonywać czy istnieje gorsze miejsce niż Tugesigalpa.

    Planuję wrócić autostopem. Rozmawiałem z Marcinem z stopami przez świat, sprawdziłem jak to wygląda na mapie i jest to wykonalne. Noc w Palenque i z powrotem do Flores. Tam wziąć nocny autobus do Stolicy i tego samego dnia wbić do El Salvadoru. Najlepiej zatrzymać się w mniejszej miejscowości, brońcie bogowie w stolicy. Potem na wybrzeże i do Nikaragui promem omijając całkowicie Honduras. Zatrzymać się na noc w Leon, pojeździć na deskorolce i na wyspę JAKA?, zobaczyć wulkany. Stamtąd blisko do San Jose, zatrzymać się w tym samym hostelu żeby spotkać ziomeczków z obsługi i porozmawiać z nimi po hiszpańsku. Następnie mogę zwolnić tempo, żeby trochę pozwiedzać nowe rzeczy, bo to stamtąd zacząłem podróż na kontynencie. Później już tylko Panama, Kolumbia i w stolicy Peru za jakieś 40 dni spotykam się z przyjacielem. To tak w skrócie, co będzie potem to się zobaczy.

    Ale na razie odpocznę sobie kilka dni. Napiszę coś na bloga, odeśpię sobie, nadrobię wiadomości, wyślę pocztówki (w ogóle chciałby ktoś pocztówkę? Za przelew z drobnymi na znaczek mogę wysłać parę dodatkowych kartek), opalę się trochę, popływam, najem ananasów i tacosów. Od kiedy przyjechałem do Meksyku co najmniej raz dziennie jem tacosy. Wspaniałe jedzenie. No i w wolnym czasie będę dotykał ptaka. Tutaj jest taka hostelowa papuga i prawie jak kot. Łasi się, wchodzi na kolana, ramiona i w ogóle aż chce się założyć przepaskę na oko do kompletu.

    Do tego tutaj jest przepięknie. Wrzuciłem nawet trochę rzeczy na instagrama - https://www.instagram.com/zdzislawin/

    Jeżeli ktoś miałby być w okolicy, to odwiedzenie Bacalar jest bardzo dobrym pomysłem.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon @Nabucho i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_4582.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #gwatemala #tikal #podroze #podrozujzwykopem

    Pierwsze doświadczenie w Meksyku - autostop.

    Dziś znowu beznadziejne zdjęcie, wiem o tym. Niestety taki urok spontaniczności w połączeniu z przednią kamerą telefonu, ale przecież to treść i fakt, że na zdjęciu jest moja facjata jest tu najważniejszy, żeby dostać jakieś łapki w górę. Prawda?

    Bilet do Ameryki Południowej kupiłem mniej więcej wtedy gdy zwalniał się wakat Pablo Escobara. Teraz jestem już w Meksyku żeby złożyć CV w tej sprawie, ale raczej nie rozważą go pozytywnie. Jestem niewierzący, a to jest straszna przeszkoda, jeżeli chcesz zostać słynnym gangsterem. A tak na poważnie, to Meksyk mnie zaskoczył. Mają tutaj naprawdę dobre jakościowo drogi i ten pryzmat Meksyk wydaje mi się być o wiele bardziej cywilizowany niż cała reszta Ameryki Środkowej razem wzięta. Na razie to takie przypuszczenie, ale niedługo je zweryfikuję.

    W ogóle to trochę mi się posypały plany. Tzn planowałem objechać sobie Meksyk, aż do końca półwyspu Jukatan i tam w mieście Cancun wskoczyć w samolot, który zabierze mnie w pobliże Peru, gdzie za jakieś 40 dni muszę być. Okazało się jednak, że bilety lotnicze to będzie jakieś 400$, co jest delikatnie mówiąc dość wysoką ceną. Znacznie wyższą niż zapłaciłem za bilet z Polski tutaj. Tak wysoką, że zawrócę i pokonam po raz kolejny trasę lądową. Liczyłem się z taką opcja i byłem na tyle przewidujący, że odpuściłem sobie kilka atrakcji, które teraz będę mógł odwiedzić.

    Trochę słabo, bo nie lubię jak moje plany nie wychodzą tak jak sobie założyłem. No i będę mógł tylko zobaczyć mały fragment Meksyku, bo powrót może trochę zająć, no ale trzeba się umieć dostosowywać do świata, gdy świat się nie chce dostosować do nas. A jak się podróżowało do Meksyku? Tak jak wszędzie tutaj, długo i uciążliwie. Z Belize wróciłem po kilku dniach do Gwatemali, żeby następnego dnia wyruszyć do kraju sombrer, kastanietów i ludzi, którzy mają zbudować mur odgradzający ich od najlepszego państwa na świecie. Żeby z jedynej turystycznej miejscowości w okolicy dojechać do jedynej granicy z Meksykiem w okolicy (jakieś 100 km pomiędzy nimi) należy poświęcić prawie 3 godziny i trzeba zrobić dwie przesiadki. No chyba, że ktoś wyrobi się na 7 rano, to wtedy jeździ bezpośredni, ale no bez przesady jestem na wakacjach.

    Także jechałem sobie. W upale, po wybojach, to już wiadomo i nie będę po raz n-ty pisał tego samego. I tak dotarłem do granicy z Meksykiem, gdzie po raz pierwszy celnicy się mną zainteresowali. Wszystkie poprzednie granice to widząc pojedynczego gościa z plecakiem, a jeszcze z pieczątkami z wielu krajów po prostu mnie puszczali. Wbijali swoją pieczątkę, inkasowali opłatę i idź Pan. A w Meksyku nie było już tak łatwo. Musiałem wypełnić jakieś papiery, opowiedzieć o sobie i swojej wycieczce, zadeklarować czas, jaki chcę zostać w Meksyku i iść na przeszukanie.

    Nie lubię przeszukań. Rozumiem że trzeba, że bezpieczeństwo, że muszą wykonywać swoją pracę, ale niewiele rzeczy jest dla mnie mniej stresujące niż przekraczanie granic. Przecież nie mam nic nielegalnego, czy zabronionego (nie można w ogóle jedzenia przewozić), więc powinno iść jak z płatka. Nie zmienia to jednak w żaden sposób faktu, że mnie to stresuje i to bardzo. To jest tak samo jak wychodząc ze sklepu boję się, że bramka zacznie szaleć akurat jak będę wychodził, tylko w o wiele większej skali. Idę więc z pewną miną i duszą na ramieniu, a tu jeszcze policyjny pies do wykrywania narkotyków.

    Myślę sobie łomatkobosko, teraz już na pewno mnie zamkną. Bo przecież jest najzupełniej możliwe, że ktoś się o mnie otarł i zostawił zapach swoich nielegalnych rozrywek, albo idąc wdeptałem jakieś resztki blanta w szpary w podeszwie, czy po prostu pies wyczuje moją niechęć do tej rodziny zwierząt i ze zwykłej złośliwości zacznie szczekać. Nie było się jednak czego bać, bo pies cały czas spał, a celnik przeszukując bagaż zrobił taką prowizorkę, jak moje prace na lekcje plastyki. Później był drugi punkt kontrolny, który różnił się tym, że nie było psa, a celnik miał na sobie rękawiczki. Ten już oglądnął trochę bardziej wnikliwie - otworzył również boczne kieszenie plecaka. I w sumie tyle byłoby różnic.

    A co robić za granicą? Normalnie powinny jeździć busiki, co się nimi dostaniesz do większego miasta, no i nawet podobno jakiś miał przyjechać za 20 minut, ale jeśli podróż mnie czegoś nauczyła, to jest to zwyczaj sprawdzania informacji. Gdyż zazwyczaj za polecenie jakiejś usługi dostają parę groszy, więc musisz zapłacić większą cenę. Więc tak sobie idę troszkę dalej i widzę, że jakaś kobiecina siedzi za sterami sporego auta i szykuje się do odjazdu. Spytam, czy mnie nie zabierze, przypomniałem sobie formy grzecznościowe i ukułem dość misterne pytanie czy jeżeli ma miejsce i jedzie choć trochę w kierunku Palenque. to czy nie mogłaby mnie wziąć na autostopa. Okazało się, że z 7 kobiet i jedno dziecko miało jechać tym samochodem, ale i tak mnie przygarnęła.

    Prócz tego Meksyk mnie troszkę rozczarował - nie widziałem nikogo w sombrerze, nikogo z wąsami, a kupić tacosy było trudniej niż w Gwatemali. No, ale dopiero zaczynam swoją przygodę w tym kraju.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_0186.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #gwatemala #tikal #podroze #podrozujzwykopem

    Odwiedziłem drugie z kolei ruiny miasta starożytnych majów - Tical. Większe, ładniejsze, lepiej zachowane no i kręcili tu gwiezdne wojny. Mam też do tego historię do opowiedzenia.

    Jestem spokojny jak tafla jeziora w bezwietrzny dzień.

    I to tak naprawdę. Zazwyczaj robi się setki ujęć, żeby powstały zdjęcia ukazujące spokój, medytację i osiągnięte zen. Kilkadziesiąt prób stania na rękach, utrzymania się na głowie, czy choćby pozycji lotosu z idealnie ułożoną grzywką na tle niespokojnych fal aby podkreślić wrażenie wyspy spokoju na rwącym i niezmierzonym oceanie spraw codziennych. Ja nie miałem takich możliwości. Miałem za to statyw sklejony na superglue (a dokładniej to superpegamiento), autowyzwalacz i jedną próbę. Bo tam tak do końca nie można było wchodzić i tyle mniej więcej czasu minęło zanim dotarł do mnie ochroniarz. Ale nie uprzedzajmy faktów, najpierw skąd tam się w ogóle wziąłem.

    Przyjechałem do Flores z zamiarem pojechania do Tikal, więc wiedziałem, że tam będę jednak spodziewałem się, że będzie to wyglądać trochę inaczej. Otóż zaziomkowałem się z kilkoma lokalnymi osobami i zaproponowali, że jeżeli poczekam do niedzieli, to możemy tam pojechać razem, furą. Akurat tak się złożyło, że mogłem sobie jeszcze na to pozwolić, więc spędziłem te parę dni pływając w jeziorze, leżąc na plaży, nagrałem filmik na yt i próbowałem przetrwać te trzydzieści kilka stopni w cieniu. Na szczęście niedziela okazała się łaskawsze dla mnie i to nie tylko z powodu słońca skrytego za chmurami.

    Otóż wjeżdżając do parku narodowego w towarzystwie kilku lokalnych osób zostałem wzięty za rodowitego Gwatemalczyka. I tak naprawdę ta wizja by mnie nie ziębiła, ani nie grzała, gdyby nie oznaczało to o wiele tańszego biletu wejścia. Żeby zapłacić kilkanaście złoty, zamiast prawie 80 to mogłem przez ten jeden dzień poudawać Gwatemalczyka. No i do tego również nie musiałem płacić kolejnych prawie 80 za transport, co jest okrutnie zawyżoną ceną. Także wjeżdżamy na miejsce i park jest ogromny, od bramy do ruin jeszcze przed nami kilkanaście kilometrów. Zresztą same ścieżki jakby chcieć obejść wszystkie budowle majów to miałyby z maraton co najmniej.

    A co się jeszcze ciekawszego okazało? Że w tym miejscu nakręcono parę scen z gwiezdnych wojen. W takim wypadku trzeba sobie zrobić zdjęcie udając, że gra się w filmie. No i gitara, ale chciałem też mieć jakieś ciekawsze ujęcie. Takie eleganckie, z ładną kolorystyką i kompozycją, emanujące spokojem, ale i energią, pomysłowe, z widoczną dziarą i potęgą otoczenia, żeby zebrało setki lajków na fejsiku i zwiększyło moje szanse na tinderze. No i znalzła się idealna miejscówka do zrobienia takowego. W miejscu, gdzie nie można było wchodzić. Musiałem spróbować.

    Generalnie ci ochroniarze nie wyglądali zbyt groźnie i nie mieli broni, bo inaczej pewnie bym się nie zdecydował. Przedstawiam ziomkom mój plan, a oni że w takim razie się do mnie nie przyznają. Skoro wszystko jasne, to przykręciłem trójnóg, sprawdziłem poziom na ziemi, wziąłem w łapę i życiówka w biegu po schodach. I to jeszcze o takich dziwnych proporcjach te schody, zupełnie nieoptymalnych. W połowie myślę sobie, że pewnie nie wpuszczają, bo niebezpiecznie jest się tutaj wspinać. W tej samej połowie mnie zauważyli, ale nie było już odwrotu. Zakładając, że wbiegłną dokładnie prostopadle, a do tego odstawię kamerę pod dobrym kątem, okolo 2,1 m ode mnie i usiądę prosto, to teoretycznie powinno wyjść elegancko.

    Zresztą tak też się stało, nawet o wiele lepiej niż się spodziewałem. Jestem idealnie na środku i jest praktycznie symetryczne. I choć trwało to tylko chwilę, musiałem więc zachować najwyższy spokój myśli i ogromną pewność ruchów, większy niż tysiąc blogerek modowych nawet gdyby każda, wypiła tysiąc kaw w starbucksie, zapozowała z tysiącem dziubków i zrobiła tysiąc zdjęć stania na rękach na plaży. A potem mnie złapali.

    Tak dramatycznie napisałem, ale nie spotkało mnie nic groźnego. Po prostu odprowadzili mnie, udawałem że nie znam hiszpańskiego, pokazali mi różnymi gestami dość dosadnie, żebym tego nie robił i zakończyli gestem, że im się podobam. Palcami na oczy, a potem na mnie.

    Więc jestem zadowolony bardzo z tej wyprawy, bo nie dość, że kosztowała mnie ułamek normalnej ceny, to jeszcze mam takie super zdjęcie i małą anegdotkę na jego temat.

    A teraz to jestem już w Belize i tutaj językiem urzędowym jest angielski, a większość sklepów prowadzą Chińczycy. I zbyt długo nie zabawię, bo jest drogo i w sumie niewiele do zobaczenia. A zaraz po tym jadę do Meksyku, aby gość w sombrerze i z wąsami zrobił mi taco.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_4477.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #gwatemala #coban #podroze #podrozujzwykopem

    Ostatnia notka cieszyła się ogromnym zainteresowaniem i teraz nie wiem czy dlatego, że była wyjątkowo dobra, że miała ciekawy opis, że napisałęm lajk4lajk, czy że umieściłem tam zdjęcie swojej uśmiechniętej twarzy. W celach researchu wrzucę kolejną fotę mojej uśmiechniętej japy, tym razem ze słabym jakościowo zdjęciem i napiszę historyjkę dobrą jak zawsze.

    Ale najpierw jeden akapit o podróżowaniu. Albo trzy. Przejechałem kilkaset km do miejscowości Flores, gdzie niedaleko są podajże największe ruiny miasta majów. W poprzedniej miejscowości spytałem się Pani z hostelu o dojazd i zaproponowała mi prywatnego busa, że kosztuje niewiele więcej niż jakby używać transportu publicznego, a do tego wygodniej i w ogóle świetnie. No, ale przecież nie dam się nabrać na takie proste sztuczki, postanowiłem na własną rękę poszukać transportu.

    Okazało się, że faktycznie jest to dość złożone, bo trzeba było przesiadać się 4 razy, z czego raz na łódkę. Z drugiej strony było to też proste, bo powiedziałem kierowcom punkt docelowy, a oni mi dali znać gdzie i na co mam się przesiąść. I mimo, że na każdym transporcie mnie oszukali na kilka złotych, to i tak sumarycznie zapłaciłem 3 dychy mniej, niż by mnie kosztował prywatny bus. I do tego ten lokalny folklor, bo byłem jedynym obcokrajowcem w każdym z transportów. Że jeszcze mam kilkanaście centymetrów zwrostu więcej niż wynosi średnia kraju (i do czego są dostosowane pojazdy), to wzbudzałem niezdrowe zainteresowanie wszystkich dzieci, jakie tam były.

    W każdym razie dojechałem, ogarnąłem sobie miejscówkę i elegancko. Zatrzymałem się w najlepszym hostelu jaki w życiu widziałem, klima w pokojach, ogromny ogród z barem, sala bilardowa, cały wypełniony lokalną sztuką, no naprawdę niesamowity. Miał tylko jeden drobny mankament. Nie było internetu. Tzn był, ale nie działał. Podróżując samotnie z moim introwertyzmem i prowadzeniem blogaska nie wyobrażam sobie, żeby zatrzymać się gdzieś, gdzie nie ma internetu.

    Następnego dnia rano przez godzinę próbowałem połączyć się, żeby wyszukać innego miejsca. W ogóle jak włączycie stronę tripadvisora na telefonie, to dostajemy informację, że o wiele wygodniej jest korzystać ze specjalnej aplikacji. I jest to zapewne prawda, bo ta jebana informacja pojawia się na każdej podstronie. W każdym razie ściągnąć to by się na pewno nie dało przy tamtym internecie. W końcu musiałem się zdecydować na najbardziej niemiłą opcję i spytać pani pracującej w hostelu o polecenie innego. Oczywiście wywiązała się dyskusja.

    Byłem miły. Zagadałem, że wiem, że to niezręczne i że gdyby się dało uniknąć to bym jej nie pytał, no ale internet tutaj nie działa i nie mam pojęcia jak inaczej mógłbym uzyskać taką informację. Zaczęła mnie przekonywać, że tu jest bilard, że jest klima, że jest fajnie. Żeby nie przedłużać tej rozmowy postanowiłem przedstawić jej bardzo obrazowy przykład.

    Proszę sobie wyobrazić, że poznała Pani idealnego mężczyznę. Wysoki jak brzoza, owłosiony jak koza, umięśniony, szarmancki, inteligentny i w ogóle cud, miód, orzeszki. Rozchyliła usta, wstrzymała oddech, tętno jej wzrosło, a ja kontynuuję. Jest tylko jeden szkopół, jedna maleńka niedogodność. Nie ma penisa. Z tego też powodu wszystkie inne jego zalety stają się bezwartościowe. Ja mam mniej więcej tak, gdy zatrzymuję się w miejscu bez internetu.

    Poruszona moim nieszczęściem niewiasta poleciła mi inny hostel. Ale miałem napisać o zdjęciu. Jakiś rok temu wymarzyłem sobie, żeby podczas podróży spotkać kogoś, kto zagra na gitarze i zaśpiewa Blowing in the wind (http://zdzislaw.in/gdy-spelniaja-sie-marzenia/), tak jak miało to miejsce w książce Wielki Las. Udało mi się spełnić to marzenie dość szybko, jednak nie byłem wcale z tego zawodolony. Bardziej mnie to rozczarowało niż spełniło.

    A wczoraj spełniło się marzenie, którego nigdy wcześniej sobie nie wymarzyłem. Spotkałem na ulicy kilku gości i jeden z nich właśnie wyciągał gitarę. Po pierwszych nutach już wiedziałem, że zostanę dłużej, bowiem zaczął grać piosenkę, którą zawsze grał mój współlokator z akademika Tenacious D - Tribute (https://www.youtube.com/watch?v=_lK4cX5xGiQ). Zostałem z nimi i przeszliśmy przez wszystkie piosenki z płyty Pick of Destiny. Nie przypuszczałem, jak bardzo poprawi mi to humor.

    Po raz kolejny widziałem też dziką tarantulę. Zresztą wrzucę fotkę na bloga, jak wymyślę o czym napisać kolejny post.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: 13585238_1054229107963911_6237161493479290207_o.jpg

  •  

    #zdzislawintheworld #gwatemala #coban #podroze #podrozujzwykopem

    Byłem dziś w parku narodowym w Semuc Champey. Tam jest taka bardzo ładna rzeka, z delikatnymi wodospadami, jaskiniami, mnóstwem roślinności no i wodą o wyjątkowo intensywnym kolorze. Jest to takie miejsce w którym robi się zdjęcia do katalogów turystycznych. I takie też zdjęcie zrobiłem, ale nie wrzucę go tutaj, o nie. Tutaj muszę wrzucę nie aż tak atrakcyjne zdjęcie ze swoją japą i napisać coś, żeby wyszło że jestem sympatyczny, to wtedy może więcej ludzi będzie plusować.

    Ta miejscówka znajduje się zaledwie 40 km od miejscowości Coban. Miejscowości do której się przyjeżdża, aby zobaczyć ten park narodowy. Ktoś naiwny mógłby pomyśleć, że w takim razie dojazd nie będzie najmniejszym problemem, ale wcale tak nie jest. I mówię to z perspektywy osoby, która podczas studiów często, gęsto wracała do domu pociągiem, zanim jeszcze pendolino komukolwiek skojarzyłoby się z pociągiem. Także długie godziny telepania się, stania na polu, ekstremalne temperatury, opadająca deska, śmierdzący współpasażerowie, niedające się otworzyć okna to dla mnie chleb powszedni.

    Oczywiście wszystko załatwiam sobie sam i korzystam tylko z transportu publicznego. W moim hostelu jest możliwość wykupienia całodniowej wycieczki do tego miejsca, co kosztuje prawie 200 zł. Nie wiem co oni musieliby tam zaoferować za te 200 zł w miejscu, gdzie dobry obiad można zjeść za mnie niż dychę.

    W ogóle to jestem taki monotematyczny. Ciągle piszę o tym, że transport tutaj jest kiepski, ale on naprawdę jest beznadziejny. Jeszcze do tego dałem się dziś złapać na naganiacza do autobusu i zapłaciłem jemu, a nie kierowcy. Co prawda oszukał mnie tylko na 5 zł, ale że dałem się nabrać na taki tani numer, to nie umiem sobie wybaczyć.

    A sama jazda bardziej przypominała bardziej przejażdżkę rollercoasterem, niż szybkie i wygodne przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Drogi są w tak beznadziejnym stanie (o ile te klepiska można nazwać drogami), że podczas jazdy trzeba nieprzerwanie trzymać się barierek czy siedzeń i człowiek tylko myśli, kiedy to się skończy. A co gorsza w takich warunkach nie za bardzo da się czytać.

    W każdym razie 40 km, 4 godziny jazy, 25 złotych. Wjazd na teren parku narodowego kolejne 25. Tak to już nawet się nie kryli z tym, że przyjezdnych kasują więcej. Na ścianie wisiał cennik i można było zobaczyć, że lokalni płacą pół ceny. Nie uwierzyli mi, że jestem lokalny.

    No i pochodziłem sobie tam pooglądać. Wszedłem na punkt widokowy zrobić kilka zdjęć. Spociłem się niemiłosiernie. Minąłem kilkanaście osób chcących sprzedać mi wodę. Wszedłem do wody i zrobiłem sobie w niej selfie. Wyciągając aparat z plecaka na brzegu niechcący przesunąłem go do kałuży. Wyjąłem wszystko z plecaka i go wykręciłem. Włożyłem stopy do wody i po chwili je wyciągnąłem przerażony. Zorientowałem się, że nie ma się co bać małych rybek skubiących martwy naskórek. Poczułem się jak wielka dama na pedicurze rybami. Zorientowałem się, że jeśli powrót ma trwać kolejne 4 godzinym to muszę wracać.

    Tak teraz sobie myślę, że skoro już wstawiłem swoję fotę, to i w opisie powinienem być bardziej sympatyczny. Spróbujmy więc.

    Hej ludziska! Dziś był taki wspaniały dzień i tak świetnie się bawiłem! Zobaczyłem przepiękny park narodowy, kąpałem się w wodospadach i zrobiłem mnóstwo selfie z moją uśmiechniętą twarzą, żeby zaakcentować jaki jestem fajny i szczęśliwy. A jestem bardzo szczęśliwy, bo ta przygoda wypełniła mnie pozytywną energią na kolejne podboje. Pozrawiam wszystkich, lajk4lajk, obs4obs.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_4418.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #chichicastenango #gwatemala #podroze #podrozujzwykopem i trochę #pilkanozna

    Ostatni dzień postanowiłem spędzić aktywnie i pojechać na największe targowisko w Ameryce Środkowej. Nie było jakoś specjalnie większe od tego w miejscowości Antigua, ale za to profil był zupełnie inny. Jak tam sprzedawali praktycznie wszystko, od sprzętu AGD, przez zwierzęta, proszki do prania, warzywa, po buty i ciuchy z drugiej ręki, tak tutaj postawili na specjalizację. To jest największy market z pamiątkami. Czyli w skrócie pojechałem do piekła.

    Najpierw jak tam dojechać. Bo to aż 30 km dalej i nie ma nic bezpośredniego. Prócz prywatnego busa, który kosztuje jakieś astronomiczne kwoty. No, ale język znam i wszystko się mogę dowiedzieć. Teoretycznie. Zajechałem więc za 3 quetzale do Solony, potem za 2,5 GTQ do Encuentras, a następnie za 5 GTQ do w sumie nie wiem gdzie. Na pewno nie tam gdzie chciałem i teraz nie wiem czy po prostu gość mnie źle zrozumiał, czy miałem wysiąść po drodze. Jeśli ta druga opcja to liczyłem, że ten pachoł co zbierał za bilety o tym wspomni, albo da mi jakoś znać. Zajechałem więc gdzieś tam i musiałem zapłacić kolejne 5 GTQ za bilet do suveniro-landu, gdzie zajechałem już bez dalszych przeszkód.

    Chyba, że ktoś by policzył ponad 3 godziny podróży jako przeszkodę. W ogóle podczas całej podróży przeczytałem sobie raz jeszcze rok 1984. W dalszym ciągu jest bardzo dobry. Za pierwszym razem ta książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie i zawsze jak ktoś mnie prosi o polecenie czegoś, zaczynam od Orwella. Takie Black Mirrors poprzedniego stulecia, niszczy wiarę w ludzi. Zresztą napiszę jeszcze o tej książce i na blogu też kiedyś o tym było.

    W każdym razie jestem. Idę. Na początku nie zatrzymuję nigdzie wzroku, delikatnie trzeba zorientować się w przestrzeni i terenie, obejść wstępnie naokoło. Teraz powinienem opisać jak to mniej więcej wyglądało, no jak targowisko. Chujowo. Składane metalowe lady, obciągnięte folią do malowania, czy plandeką, odpadki organiczne spływające przy krawężnikach, zaimprowizowane grille i paleniska, bezpańskie zwierzęta wyjadające resztki, tylko że towary trochę bardziej kolorowe no i kobiety noszące przedmioty na głowach. Zresztą wydaje mi się, że to jest całkiem mądry pomysł. Goście też noszą na głowie, tzn na plecach, ale specjalny pas opierają na czole i idą nachyleni do przodu.

    Przechadzam się wśród uliczek i zaglądam w bramy. W bramach też mogą być różne interesujące rzeczy, więc warto patrzeć. I w jednej z nich istotnie jest, leci mecz. Polska gra z Portugalią, już w doliczonym czasie. Jak mogłem nie zostać żeby popatrzeć? Choć nie jestem kibicem, raz tylko poszedłem ze znajomymi na mecz głównie po to, żeby poderwać jedną niewiastę, ale nie bardzo mi to wyszło. Oglądanie sportu też mnie nie kręci, ale skoro została końcówka i tyle memów o Pazdanie i Dudku zalało internet, no to zostałem.

    Na początku myślałem, że wszedłem do kogoś do domu, bo tu się zostawia otwarte drzwi i można zrobić przegląd, co ludzie mają w dużych pokojach. Najczęściej motor, matkę boską i telewizor. No, ale bycie Polakiem niejako dawało mi przyzwolenie do wpierdolenia się komuś na kwadrat, więc zapoznałem się i oglądamy. Po chwili się okazuje, że wszedłem do fryzjera i ktoś przyszedł się obciąć. Gość się pyta, czy nie oglądnie z nami końcówki i czy może go obciąć po meczu. Spoko wodza.

    A komu kibicujesz, dopytują się fryzjerzy. Polsce, tu to ja się też zdziwiłem trochę, bo wyglądał dość egzotycznie, ale oni go naiwni pytają, czy jest polakiem. Nie, jestem z Hiszpanii. Także z całej gry tak chwalonej na świecie reprezentacji miałem okazje zobaczyć jedynie karne jak przegrali z Portugalczykami i zrobić selfie z gościem, który czekał aż mecz się skończy na strzyżenie. Czuje się źle, że przyniosłem pecha.

    No, ale trudno, trzeba lecieć i jest robota do zrobienia. Bo tak narzekałem i narzekałem o tych pamiątkach i postanowiłem kupić w końcu parę rzeczy. No i co mogę napisać? Kupiłem kilkanaście niewielkich i lekkich przedmiotów, ale przecież nie co to jest, ani ile kosztowało, bo być może przeczytają to osoby, które chce obdarować?

    Ale mogę jeszcze wspomnieć o targowaniu. Najgorsza z rzeczy, bo u nas to znasz ceny o razu, wiesz na ile Cię dymają i wiesz, że wszystkich dymają mniej więcej po równo. A tutaj to cholera wie. Ostatnio kupowałem sobie spodnie to myślałem, że Jezuska i wszystkich świętych chwyciłem na stopy, jak w dość konkretnie były rozprute na szwie. Naprawić to nie jest problem, zresztą już to zrobiłem, ale jak dobrze się targowało. Z jakiś 75 złotych zeszło do 30, także oh i ah. A w Chichicastenango z ulicy wołali, że mają po 2 dyszki -____-

    Jutro chcę przejechać kilkaset km, jak pomyślę o tym o której wstanę i ile godzin spędzę telepiąc się w autobusie, to już mi jest niedobrze.

    A jak tam przejadę, to zrobię podsumowanie czwartego miesiąca. Lubię je robić z dokładnością do kilku dni, jak akurat coś się zmienia w moim otoczeniu. Albo usprawiedliwiać tak lenistwo.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: 15.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #gwatemala #panajachel #hiszpanski #podroze #podrozujzwykopem

    Jak zostałem Januszem podróży.

    Zawsze mnie bawiły rozróżnienia pomiędzy podróżnikiem, a turystą. Bo wiecie, niby robią to samo, tylko podróżnik chujowo. Bo turysta to tylko otrze się o nowe miejsce, nie zwiedzi jego zaułków, kanałów, spelun i to prawie tak, jakby tam nie był nigdy. A przecież jeśli ktoś chce spędzić dwa tygodnie w ośrodku w Ciechocinku niczym się nie przejmując, to co to za problem? No i co to za problem, gdy ktoś postanowi spędzić tak dwa tygodnie na drugim końcu świata? No właśnie nic.

    Oczywiście pod warunkiem, że jest to świadoma decyzja i nie wynika z tego, że ktoś nie mógłby wyjechać w mniej zaplanowaną, albo bardziej szaloną podróż. Bo zupełnie czym innym jest wybierać jedyną opcję za strachu, który nie jest zbytnio uzasadniony. W każdym razie tak musi być, żeby nie wyszło, że dwa ostatnie akapity napisałem jako usprawiedliwienie dla swojego lenistwa.

    Po przyjeździe do Panachajel miałem zostać tu tylko jedną noc i zaraz jechać dalej. Jednak zaspałem, zawsze mam problem ze wstawaniem rano [link] i nawet się nie zdziwiłem specjalnie, więc odstawiłem na kolejny dzień. W końcu postanowiłem zostać kilka dni i ciągle myślałem o tym gdzie i jak muszę wyjechać.

    A przecież wcale nie musi tak być, mogę zostać dłużej i się niczym nie przejmować. Zrobię sobie wakacje i odpocznę, w końcu podróżuję parę miesięcy, a w dodatku nauczyłem się hiszpańskiego. W dalszym ciągu jest to dla mnie dziwne i nie czuję się do końca pewny, bo jestem nieprzyzwyczajony. Zresztą wyobraź sobie, że pytasz znajomego co tam u niego nowego słychać w przeciągu tych kilku miesięcy od których nie rozmawialiśmy. A w sumie nic specjalnego, nauczyłem się nowego języka. Mózg rozjebany.

    Robię więc sobie wolne. Tzn dobiega końca, bo jak miałem wolne to niewiele mnie spotykało, toteż miałem niewiele do pisania. Także przez ostatnie dni sporo rozmawiałem ze znajomymi, wstawałem późno, napisałem zaległe maile, siedziałem nad brzegiem jeziora, gapiłem się na wodę, poszedłem w melo z francuzami, którzy nie umieli po angielsku, ale za to śmigali po hiszpańsku, nagrałem filmik, zjadłem kilka paczek ciastek, do których dodają tazo z postaciami z Dragon Ball, czytałem sobie, słuchałem muzyki (Sprawdziłem nowy album Gospela i kawałek ludzie są dziwny mnie zniszczył), próbowałem medytować, nakurwiałem pompki i oglądnąłem też dwa sezony Futuramy i jeden Wilfreda po hiszpańsku, także część czasu wykorzystałem produktywnie.

    I staram się mieć wyjebane.

    Zresztą o tym, jak i dlaczego warto mieć wyjebane napisałem cały tekst na blogu, a tezę wziąłem sobie tak do serca że pisałem to kilka dni. Choć tutaj wam się przyznam, że jest sytuacja w której to, że mam na nią wyjebane działa na moją niekorzyść. Bo podczas pobytu tutaj planowałem zakupić kilka pamiątek.

    Pisałem już w poprzednim wpisie, że jestem rozdarty pomiędzy chęcią bycia dobrym znajomym, który przywiezie coś z podróży, a koniecznością zakupu pamiątek, o których nie mam najlepszego zdania. Ciężko mi je nawet sprecyzować, bo od kiedy skończyłem gimnazjum to uważałem, że nieużyteczne pamiątki to są po to, aby dzieci na koloniach miały co przywieźć dla rodziców. Bo niby po co komu jest drewniany domek-płaskorzeźba z zakopanego, konstrukcja z muszli, jakich nigdy się nie znajdzie nad naszym morzem, czy jakiś inny przejaw lokalnej sztuki.

    Poszedłem więc pooglądać co też mają do zaoferowania, no i właśnie już tu jest problem. Chciałem pooglądać, a za każdym razem sklepikarz czy straganiarz wchodzi w dyskusję. I to taką maszynową, zawsze zaczynają od que buscas amigo, a potem leci lista tego co mają i ile kosztuje, w zależności na ile wycenią ciebie. Ja lubię się przyglądać przez dłuższy czas, bo to nie są proste decyzje, a oni mnie peszą. No i jak tak się przyglądam, to w większości przypadków proponują narkotyki spod lady. Jakbym miał opisać narkoturystykę w Ameryce Środkowej, to wystarczyłoby do tego jedno zdanie - jeżeli się boisz, że będziesz mieć problem z kupieniem narkotyków, prawdopodobnie będziesz mieć problem z ich niekupieniem.

    No ale łażę po tych stoiskach. Przeglądam małe obrazki, drewniane figurki, ręcznie robioną biżuterię i mam wrażenie, że już gdzieś to widziałem. Ciągle mam wrażenie, że zaraz znajdę smoka wawelskiego. Albo pluszowego karpia. Albo przynajmniej obrazek z papieżem. I mimo że można zobaczyć jak ci ludzie produkują pamiątki, to wydaje mi się, że te wszystkie produkty pochodzą z jednej ogromnej fabryki, gdzie w równych odstępach czasu wychodzą spod maszyny partie produktów z nadrukowanymi nazwami kolejnego miejsca i ruszają w świat. Nie ma wielkiej różnicy pomiędzy stoiskami odległymi o 5 metrów i pomiędzy tymi odległymi o 15000 km. Ten sam festiwal przaśności, galeria kiczu, wystawa pogardy dla gustu i smaku.

    Naprawdę trudno jest znaleźć coś fajnego, a przecież nie mógłbym przywieźć gówna dla znajomych. Przecież ktoś mógłby mi się odpłacić tym samym i również przywieźć mi smutny symbol upadku cywilizacji w zamian za pieniądze turystów. Na szczęście mam jeszcze parę miesięcy, żeby znaleźć coś przyzwoitego.

    I możecie sobie pomyśleć co za burak. Gość na drugim końcu siedzi i sprawa kupienia pamiątek jest dla niego największą traumą. No możecie, ale mam na to wyjebane. Mam o tym cały tekst na blogu.

    A te ulice są dla mnie za ciasne, codziennie to samo na śniadanie, twarze te same (właściciel hostelu ma straszne zęby, najgorzej jak muszę z nim rozmawiać), koc zbyt szorstki, a i kontakt z pająkiem z łazience jakoś ostatnimi czasy się ochłodził. Ciągnie mnie, żeby stąd wyruszyć, a i 90 dni wbite w paszport dobiega końca. No i mam plan, za dwa miesiące muszę być w Peru.

    Najwyższy czas zrzucić wąs i jechać. A zdjęcie to jest typowe Gwatemalskie śniadanie. Zdjęcie jedzenia na internecie dobrze żrą, a i to się dobrze żarło.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_0142.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #gwatemala #panajachel #hiszpanski #podroze #podrozujzwykopem

    Po raz drugi kupiłem sobie pamiątkę, tym razem spodnie.

    Ciągle siedzę nad jeziorem Atitlan, po 8 tygodniach szkoły postanowiłem tu trochę odpocząć, szczególnie że kwatera dość tania, bardzo ładna, dobry internet, super klimat, jeziora i w ogóle chillout. Dużo straganów z pamiątkami tutaj jest i choć zazwyczaj staram się unikać kontaktu wzrokowego ze sprzedawcami, bo strasznie są nachalni, więc w konsekwencji nie przeglądam niczego, a tutaj jest cały targ, więc poszedłem go sobie zobaczyć.

    Jakoś tak mam, że nie lubię kupować dla siebie nieużytecznych rzeczy. Jestem strasznym minimalistą, nie przywiązuję się do przedmiotów no i nie odczuwam potrzeby ich kupowania. Jak są użyteczne, to coś zupełnie innego, a jeszcze szczególnie taki zajebisty ciuch! Szczególnie, że mam słabość do zielonego koloru i do kolorowych spodni. I jedną smutną historię o takich.

    Dawno, dawno temu bawiłem się w odtwórstwo historyczne, tak zwane rycerstwo. Człowiek kupował, albo robił sobie sprzęt jak był kiedyś (ubrania, namioty, biżuterie, generalnie wszystko) i jeździł na turnieje. Też miałem takie zacięcie, żeby wszystko robić. Raz nawet złożyłem kolczugę z ponad 15 kg podkładek sprężynujących, oglądnąłem przy tym całego Dragon Ball Z, a później sprzedałem ją za 7 stów. Uszyłem też sobie skórzane buty, z czego jednego za małego. No i uszyłem sobie spodnie, długie z zielonego lnu. Najlepsze na świecie, na lato do śmigania po miasteczku studenckim.

    I tak się złożyło, że zostawiłem je kiedyś niechcący na chacie u kumpla. Takiego dobrego, z którym wcześniej mieszkałem i wiedział o moim podejściu do tych spodni. To, że wiedział nie zmienia jednak faktu, że nim gardził i delikatnie mówiąc nie uważał moich spodni za najlepszy ciuch. Więc nałożył je na miotłę, umył nimi podłogę, wyrzucił i wysłał mi zdjęcia.

    Wkurwiłem się. I to strasznie, także jeżeli to czytasz to wiedz, że nigdy nie zapomnę. W ogóle z tym znajomym to jest ciekawa relacja. Określiłbym naszą relację jako dobrzy znajomi, mimo że w sumie to zawsze opierała się na dogryzaniu sobie. Że wszystko jest spoko, oprócz tego, że nie możemy liczyć na swoją pomoc, albo jest okazja żeby sobie sprawić nawzajem jakąś niedogodność, to korzystamy. Oczywiście w jakiejś podbramkowej sytuacji mógłby na mnie liczyć, a ja w ostateczności też mógłbym spróbować mu zaufać, jednak jakieś drobiazgi, żeby się zirytować jak najbardziej.

    No i jako dobry znajomy chciałbym przywieźć coś z podróży dla moich znajomych. Nie mogę jednak temu koledze przywieźć nic fajnego, bo odpuściłbym naszą grę. Nie chcę mu również wysłać pocztówki, bo musiałbym za to zapłacić (ten kolega ze swoich wakacji przywoził jako pamiątki ulotki reklamowe z hoteli i puste butelki po alkoholu, który wypił), więc postanowiłem połączyć te dwa pomysły i przekażę mu kartkę jak się spotkamy. I to taką brzydką, którą dostałem za darmo. Seba, prezent dla Ciebie będzie wyjątkowy, jak zawsze.

    W ogóle kupowanie pamiątek dla ludzi. Masakra. Jak pierwszy raz z Budapesztu jechałem do Polski to o przywiezienie butelki wina poprosiło mnie 14 osób. To bym musiał tylko te butelki spakować i jeszcze uważać, żeby sie nie potłukły. No i muszę znaleźć jakiś kompromis pomiędzy byciem dobrym znajomym, a ograniczeniem ilości i wagi rzeczy. Zrobiłem więc wstępną listę osób, którym chce coś przywieźć z podziałem na kategorie:
    -osoby, którym muszę przywieźć, bo muszę,
    -osoby, którym muszę przywieźć, bo chcę,
    -osoby, którym powinienem przywieźć,
    -osoby, którym fajnie byłoby coś przywieźć,
    -osoby, dla których może znajdę coś fajnego,
    -Seba.
    Dwie pierwsze kategorię są oddzielone, bo w przypadku jednej z nich, w ostateczności istnieje opcja nie przywiezienia niczego specjalnego. Oczywiście w przypadku tych co muszę, bo jak muszę, bo chcę, to muszę. Łącznie na liście jest ponad 60 osób, za każdym razem trzeba będzie się targować ze sprzedawcą, jak wyczują że chcesz coś kupić, to zachowują się jak szakale nad padliną. Jedyne rzeczy, jakie na razie kupiłem do dla siebie koszulka z dragon balla, hipisowskie spodnie i dla mamy ceramiczny magnes na lodówkę z Nikaragui, który się rozbił po podróży plecaka na dachu autobusu.

    Jak to zrobić?
    Jak żyć?

    Ale przynajmniej mam zajebiste spodnie.
    Miałem zrobić zdjęcie w słowiańskim przykucu na tle jeziora, ale tam jest złe światło.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_4373.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #gwatemala #quetzaltenango #hiszpanski #podroze #podrozujzwykopem

    Ciągle żyję. Jeszcze. Jakoś.

    Bo wiecie rozchorowałem się. Wiadomo jakie krążą plotki o tym jak faceci chorują. Zawsze mnie to niezmiernie dziwi, bo zdaję się zaprzeczać temu stereotypowi. Nie umieram ostentacyjnie przed wszystkimi i nie wymagam dużo uwagi ani opieki. Po prostu chciałbym mieć wtedy absolutny spokój, żebym mógł pogodzić się z Bogiem i pożegnać ze światem.

    Nie no, żartuję, nawet nie wiem w którym przypadku bardziej. Po prostu muszę się wyspać porządnie, co też zrobiłem. W dniu, w którym gorączka dopadła mnie z rana, tuż po szkole poszedłem spać i przespałem 18 godzin budząc się dopiero na śniadanie dnia kolejnego. Trzydniowa norma podczas jednej nocy pozwoliła mi zebrać tyle energii, że wybrałem się na zajecia. Słowianie, są twardzi, wiadomo. No i zapłaciłem z góry za zajęcia.

    Jako jedyny pokusiłem się na tak absurdalny wyczyn, bo jakaś epidemia panuje i w domu gdzie mieszkam czworo innych studentów również jest chorych. Jednak nikomu innemu nie przyszło do głowy iść do szkoły, gdy nie czują się najlepiej. Leszcze.

    W ogóle to nie polubiłem Quetzaltenango. Nie tylko z powodu choroby, ale jakieś takie jest niefajne. Chyba najgorsze miejsce w którym się dotychczas zatrzymałem, a do tego musiałem przedłużyć pobyt do 2 tygodni, żeby dojść do siebie. Większość budynków do szaro-bure zlepki pustaków poustawiane bez ładu, składu i wykończeń na zboczach góry. Bezdomni śpią na ulicach, walają się po nich również śmieci, które są wyżerane przez stada bezpańskich psów. Jest obrzydliwie, nie tak źle jak w Tegusigalpie, ale też kiepsko.

    Lecz to nie jedyny powód, dla którego miasto nie przypadło mi do gustu. Znajduje się ono na wysokości 2300 mnpm, z czego wynika kilka problemów. Po pierwsze mniejsza zawartość tlenu w powietrzu i wbrew pozorom różnica jest znacząca. Na początku szybką utratę oddechu składałem na karb choroby, ale jak już doszedłem do siebie, to wcale nie było lepiej. No bo powiedzmy sobie szczerze, żeby zmachać się wchodząc na 2 piętro, albo jedząc taco, to jestem trochę za młody.

    Drugą kwestią ściśle powiązaną z wysokością jest temperatura, a dokładniej jej spadek. Jak przez całą 3 miesiące na palcach jednej ręki mogę pokazać ile razy ubrałem długie spodnie, tak tutaj innych nie ma co zakładać. Cóż za ironia losu, w Polsce teraz zaczyna się robić ciepło, a ja tutaj muszę walczyć o każdą kalorię. Zakładam więc do tego bluzę i kurtkę jednocześnie, no bo nie wspomniałem jeszcze o tym, ale tutaj pada deszcz.

    Może nie jakiś specjalnie mocny, ale za to pada kilkanaście godzin na dobę. Każdą. Od prawie 2 tygodni. Czuje się jak Forest Gump w Wietnamie, tylko czekam aż zacznie padać od dołu, bo takiej aberracji to jeszcze nie widziałem.

    Ze szkołą też jest słabo. Po raz pierwszy nie mam na zewnątrz wśród roślin i pięknych okoliczności przyrody, tylko na zimnej klatce schodowej jakiegoś starego budynku. I jeszcze jaką nauczycielkę mi dali! Już poprosiłem o zmianę, bo nie byłem w stanie wytrzymać. Wszystko byłoby z nią w porządku, gdyby nie miała jednego tiku. Jeszcze jakby do był jakiś gest, to mógłbym po prostu na nią nie patrzeć, ale ona wydawała dźwięk.

    Chciałem napisać onomatopeję, ale nie mam pojęcia jak. Taki dźwięk co powstaje jak się wciąga powietrze przez zamknięte usta. Co kilka sekund. A ja z gorączką, nie mogę myśleć o niczym innym. Prosiłem ją kilka razy, żeby przestała, ale to nie było takie proste. Bo widać, że się starała, ale to było silniejsze od niej. Także co jakiś czas, tym razem już zupełnie losowo wydawała ten dźwięk, a moje wszystkie myśli krążyły wokół tego kiedy to nastąpi. Jak tylko to zrobiła, to miałem kilka sekund skupienia i zaraz po tym znów zaczynałem wyczekiwać. Tak jak ktoś śpiący niedaleko chrapie. Paskudne uczucie, szczególnie że za to płaciłem.

    Także teraz nie mam już gorączki, nie mam nauczycielki która mnie irytuje, ale w dalszym ciągu zajęcia są na korytarzu i tam jest zimno. Nie mogę się doczekać aż skończy się ósmy tydzień nauki i wrócę do mojej wycieczki. Najpierw będę chciał udać się do miejscowości Coban, gdzie niestety nie ma bezpośredniego busa, więc będę musiał nadrobić z dwieście kilometrow, co zapewne zajmie mi pół doby i czego już się nie mogę doczekać.

    Wspomniałem o tym, że tutaj pada? Na pewno wspomniałem, bo najbardziej denerwują mnie rzeczy, na które nie mam wpływu, a warunki atmosferyczne znajdują się dość wysoko na ich liście. I jeszcze dodam, że jak pada na dworze, to pada również u mnie w pokoju, bo sufit przesiąka. Problem jednak rozwiązałem w bardzo łatwy sposób, podstawiając tam garnek. I wszysctko było by fajnie gdyby nie odgłos, jaki wydaje kropla wody uderzając o jej powierzchnię. Na szczęście do tego można się w miarę szybko przyzwyczaić. A ponieważ niewiele więcej udało mi się tu zobaczć, to wrzucę fotę deszczu. Podsumowując nie polecam przyjeżdżać do Xeli.

    No i może się okazać, że człowiek nie ma wcale żadnej ckliwej puenty, czy błyskotliwej historii do opowiedzenia, ale jak jest zdenerwowany, to jakoś to łatwo idzie pisanie. Gdyby tylko tak samo było z pozytywnymi emocjami...

    Kurwa.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_4319.JPG

    +: plazma, N....h +12 innych
  •  

    #zdzislawintheworld #gwatemala #quetzaltenango #hiszpanski

    Czwartek. Dzień matki. Boskie ciało. Temperatura ponad 30 stopni. Wspaniały dzień na podróż.

    Posiedziałem 2 tygodnie nad jeziorem Atitlan, więc czas odkrywać kolejne miejsca. Ostatnio niewiele zmieniałem miejsc, a wolny czas poświęcałem na naukę hiszpańskiego, więc nie bardzo miałem weny, siły i materiałów, no ale dziś to był dzień pełen wrażeń. Zresztą każda podróż tutaj to dzień pełen wrażeń. Ale zacznijmy od początku.

    Jako doświadczony podróżnik zdaję sobie sprawę jak ważną sprawą jest wcześniejszy research. Jednak jako straszliwy leń, zacząłem go robić dopiero dzień wcześniej, aczkolwiek wystarczyło. Przejazd z miejscowości San Pedro La Laguna do Quetzaltenango, pieszczoZajtliwie zwanego Xela to jakieś 50 km. Prywatni przewoźnicy życzyli sobie za to 160 Quetzales, czyli jakieś około 23 dolary.

    Bardziej spostrzegawczy ludzie powinni zauważyć podobieństwo między nazwą miasta, a nazwą waluty. Otóż quetzal to jest nazwa lokalnego ptaka, bardzo pięknego zresztą, który przynosi szczęście, jednak umiera jeśli go trzymać w niewoli. Bardzo podoba mi się, że nazwa waluty ma taką etymologię i postanowiłem zapytać się nauczycielki (a była ona młodsza ode mnie), czy mają jakieś slangowe określenia na pieniądze. No bo w Polsce to wiadomo, mamy hajs, szmal, forsę, siano, czy moją ulubioną flotę. I tak sobie pomyślałem, że na quetzale możnaby mówić ptaki. A dużo ptaków to byłby klucz, wiadomo. No i pomyślałem też, że ktoś już pewnie na to wcześniej wpadł. Niestety nie, choć to że moja nauczycielka nie załapała o niczym jeszcze nie świadczy. Wcześniej jak rozmawialiśmy o kosmosie, to była bardzo zdziwiona, że na marsie jest światło i teoretycznie można by tam uprawiać rośliny.

    No, ale wróćmy na ziemię, a konkretniej do autobusu. Skoro ceny za transport prywatny były, delikatnie mówiąc, wysokie, postanowiłem odnaleźć publiczny bus. Nie było to szczególnie trudno, bo wystarczyło się kogoś zapytać, bo tu nie ma ani przystanku, ani w ogóle rozkładu. Po prostu ludzie wiedzą skąd odjeżdzają, dokąd i o której. I mimo, że czuje się niepewnie bez wiaty okraszonej reklamą podpasek, czy innej sieci komórkowej, to zaufałem przypadkowym ludziom i przed 11 stawiłem się w określonym miejscu. Bilet dla miejscowych 25 GTQ (3,5 $), a dla przyjezdnych 50, które wytargowałem do 35 GTQ (5$). I na tym się kończą wszystkie różnice pomiędzy prywatnymi i publicznymi środkami transportu.

    Nie, jest jeszcze jedna rzecz. Publiczne mają mnóstwo przystanków, na których wsiadają ludzie, ale zazwyczaj autobus jedynie zwalnia. Nie wpływa to zbytnio na czas trwania jazdy, ale za to jest ciągłe zamieszanie. Bo one wszystkie pokonują te 50 km w ponad 3 godziny. I choćbybyśmy mieli najbardziej wypasiony autobus, z klimatyzację, wspomaganiem kierownicy, ABS, USB i CIA to i tak nie dojedzie. Na te warunki to by trzeba było mieć kamaza, żeby wyciągnąć jakiś lepszy czas. Stan dróg jest straszliwy (prócz tych najgłówniejszych), więc większość tego czasu toczyliśmy się z prędkością mniejszą niż 20 km/h, do tego slalomem omijając dziury i przed każdym ostrzejszym zakrętem kierowca praktycznie się zatrzymywał i trąbił dając znak, że jedzie.

    Zajechałem więc do miasta i kolejna niespodzianka. Sygnał GPS nie chciał się połączyć, więc nie miałem pojęcia gdzie jestem, czy da się zajść pieszo, a jeśli nie to ile powinna kosztować taksa. Postanowiłem jednak zaryzykować i zasięgnąć języka u miejscowych. I teraz taka moja drobna refleksja, zawsze jak pytam się ludzi o drogę, to mam wrażenie, że wszyscy oni są upośledzeni, a teraz już umiem po hiszpańsku na tyle, żeby się dowiedzieć gdzie iść. Albo że nigdy nie widzieli mapy swojego miasta. W każdym razie dopiero 4 zapytana osoba wskazała mi kierunek w którym jest centrum miasta i że to jakieś 20 minut piechotą. No to elegancko, idę.

    Idę, idę i zaszedłem. W słuchawkach pezet śpiewa mi o patologicznych melanżach, a ja docieram do wrót nowej szkoły językowej. Wbijam do recepcji, przedstawiam się, babka kojarzy bo napisałem maila parę dni wcześniej i prosi mnie o wypełnienie formularza. Poczułem się prawie jakbym składał podanie o wizę do US&A, tyle było różnych okienek do wypełnienia. Prócz moich danych, daty przyjazdu, wyjazdu, preferencji uczenia się, czy jestem wzrokowcem, słuchowcem, czy ruchowcem (wtf?), to była też cała strona dotycząca wymagań związanych z zakwaterowaniem. Czy żeby był balkon w domu, czy mam dietę wegańską, czy są rzeczy których nie jem, na które mam alergię, czy preferuję rodzina z małymi dziećmi, czy wolę żeby ich nie było i mnóśtwo takich różnych pierdół.

    Pani kochana, ja w kwestii mieszkania mam tylko jedno wymaganie. Żeby był tam internet. Bo ten jestem blogerem, to poważna sprawa. Także tamtej kartki nie wypełniałem, tylko sobie musiałem poczekać półtorej godzinki, aż obdzwoni różne rodziny pytając czy mają miejsce przyjąć kolejnego studenta (przypominam, że kilka dni wcześniej uprzedzałem o swoim przybyciu mailem, gdzie podałem najważniejsze informacje). Zanim udało się ogarnąć kogoś minęło półtorej godziny, ale idziemy w końcu. Także plecak na barki i ogień w trasę. Na miejscu okazało się, że to najładniejsza i najbardziej wypasiona miejscówka jaką widziałem podczas pobytu tutaj, jednak nie mają internetu. Nosz kurwa, jedyna rzecz o którą prosiłem.

    Wziąłem więc klucze, wracam do biura. Będę się kłócił, myślę, będę twardy i cyniczny. Pani mnie przeprosiła, ogarnęła inną rodzinkę i ktoś po mnie przyjdzie za 40 minut do biura. No to elegancko, lecę po rzeczy na poprzednie mieszkanie. Wróciłem więc na ulicę bezinternetową, pod drzwi które zapamiętałem, wkładam klucz i lipa. Nie działa. Pamięć do map i miejsc mam całkiem niezłą, więc adresu nie chciałem, ale tutaj coś musiało nawalić. Choć byłem pewien, że to te drzwi, no ale klucz nie działa więc pewnie nie. Poszedłem troszkę dalej, aż znalazłem sklep z instrumentami, którego nie kojarzyłem i wracając testowałem klucz na wszystkich drzwiach na ulicy.

    Mniej więcej w połowie przyczepiła się do mnie jakaś kobieta i mówi, że wzywa policję. Bo przyjechał biały diabeł, jeszcze z tatuażami i teraz chce okradać porządnych ludzi. Na szczęście znajomość języka pozwoliła mi się wytłumaczyć zanim zadzwoniła i jakoś to zaakceptowała. Wróciłem więc do biura bez moich rzeczy, żeby być na czas. Zupełnie niepotrzebnie, bo musiałem czekać kolejne pół godziny na przyjście kogoś po mnie. W międzyczasie poprosiłem też o adres poprzedniego mieszkania, żeby je przeszturmować raz jeszcze.

    Poszedłem do nowej chaty, okazało się że właściciele mają 5 dzieci w wieku od 9 do 18 lat, a do tego mieszkają 4 osoby uczące się hiszpańskiego. Zupełne przeciwieństwo poprzedniego i o wiele lepiej się tu czuję, no ale muszę szybko lecieć po rzeczy. Wspomniałem na początku, że było dość gorąco tego dnia. Może nie podkreśliłem tego zbyt wyraźnie, ale zapociłem się jak prosiak przed świniobiciem, czułem się niekomfortowo przez większość dnia, szczególnie że zapewne było to również ode mnie czuć. Wtedy jednak zrobiło się już ciemno, no i trochę zimniej. Także tym razem marznąc, również bardzo nieświerzy, po ciemku lecę na poprzednią ulicę, sprawdzam adres i ląduje przed tymi samymi drzwiami, co na początku. Wkładam klucz i nie działa.

    Zadzwoniłem domofonem. Okazało się, że właścicielka dała mi klucz, który nie wiadomo do czego był, ale na pewno nie do tych drzwi. Była też bardzo zdziwiona, że nie mogła otworzyć kłódki, którą zamknąłem pokój, ale przezornie zawsze używam własnej. Już nawet nie pytałem po co chciała tam wejść, po prostu wziąłem rzeczy i zawinąłem. Także straciłem jakieś 9 godzin, filiżankę potu i mnóstwo nerwów, aby pojechać do miasta odległego o 50 km i znaleźć lokum z internetem.

    Tak mnie to zmęczyło, że dopiero teraz mogłem dokończyć wpis, a miałem go wrzucić wczoraj (czyli na wasze rano, bo jest 8 godzin różnicy). Pewnie większość już wybyła na melanże, no ale zaryzykuję ( ͡° ͜ʖ ͡°). Wrzucam zdjęcie fragmentu Don Kichota, którego próbowałem czytać w telepiącym się autobusie, który mnie bardzo rozbawił.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_0123.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #gwatemala #nauka #hiszpanski

    Przy­je­cha­łem teraz w oko­lice jeziora Ati­tlan. Od poprzed­niej miej­sco­wo­ści odda­lona o około 150 km, więc to tylko 4 godziny jazdy. I po raz pierw­szy pozwo­li­łem sobie na bur­żuj­swo, takie jak śro­dek trans­portu pry­wat­nego prze­woź­nika. Zawsze sta­ram się chło­nąć atmos­ferę miej­sca i podró­żo­wać rdzen­nym trans­por­tem, wśród kur, stert towa­rów, zapcha­nym do gra­nic moż­li­wo­ści. Tym razem jak się dowie­dzia­łem, że trzeba po dro­dze zro­bić dwie prze­siadki po jakiś wio­chach i zaj­mie to z 7 godzin, to odpu­ści­łem. Potrze­bo­wa­łem się dostać przed popo­łu­dniem, aby tego samego dnia móc zacząć naukę w nowej szkole hisz­pań­skiego, więc zapła­ci­łem zawrotną sumę 70 Quet­zali (10$) i z samego rana zja­wi­łem się w busiku.

    Tutaj nie ma cze­goś takiego jak limit miejsc pojazdu. Może i dla oso­bo­wych zapi­sują takie dane w dowo­dzie reje­stra­cyj­nym, ale wszy­scy prze­woź­nicy mają to w posza­no­wa­niu. Także kie­rowca nas wci­ska i upy­cha, bo jeste­śmy chu­dzi to wejdą 4 osoby na 3 miej­sca. Do tego jak już wszyst­kie, a nawet wię­cej, miejsc jest zaję­tych, to zaczyna się dosta­wia­nie krze­se­łek. A raczej desek, które opie­rają się na fote­lach z obu stron przej­ścia i służą za sie­dze­nie do kolej­nych osób, A do tego uwie­ra­jąc osoby sie­dzące przy przej­ściach. No i stanu drogi też się nie zmieni.

    Nor­mal­nie rodzice nie pozwa­lają się bawić dzie­ciom na dro­gach, bo jeż­dżą samo­chody i mogą spo­wo­do­wać wypa­dek. W tym przy­padku pręd­kość samo­chodu jest mniej­sza niż pie­szego, a rodzice zabra­niają się bawić dzie­ciom na jezdni, z zupeł­nie innego powodu. Bo jakby grały w cho­wa­nego, to mogłyby się pogu­bić w tych dziu­rach i już nigdy nie wró­cić do domu.

    Za plus można uznać kli­ma­ty­za­cję, która przez pół drogi dzia­łała no i fakt, że doje­cha­li­śmy. W ogóle to jest para­doks, że korzy­sta­jąc z lokal­nego trans­portu, z bar­dziej sza­lo­nymi kie­row­cami czu­łem się o wiele pew­niej, niż jadąc busi­kiem aspi­ru­ją­cym do euro­pej­skich stan­dar­dów. Cią­gle się krę­ci­łem nie­spo­koj­nie, na tyle na ile pozwa­lała mi resztka wol­nej prze­strzeni i wyglą­da­łem przez szybu wró­żąc wypa­dek. Mam jakieś takie dziwne prze­świad­cze­nie, że trzeba tutaj się po pro­stu zaadap­to­wać, a lokalni są lepiej dosto­so­wani do takich warunków.

    Zaje­cha­łem więc do San Pedro La Laguna. Teraz to dopiero jestem w małej miej­sco­wo­ści. Jedna z wielu poło­żo­nych tuż nad brze­giem jeziora, w oto­cze­niu gór. Jeżeli cho­dzi o jezioro, to zadzi­wia­jąco nie­wiele się tutaj łowi, ale nie powinno to dzi­wić aż tak bar­dzo jeśli się wie, ile tu się robi pra­nia. Bo pralka jest w Gwa­te­mali nie­sa­mo­wi­tym luk­su­sem, a po co prać w domu i zuży­wać wodę, jak w jezio­rze można za darmo? Nie jestem w sta­nie tego zro­zu­mieć, bo po pierw­sze ludzie mają tele­wi­zory, mikro­fa­lówki, roboty kuchenne, a nie mają pralki. A po dru­gie, czy po tylu latach nie zorien­to­wali się, że ryby nie prze­pa­dają za mydłem?

    Mia­steczko ma rap­tem kilka ulic i jest zbu­do­wane na zbo­czu góry. I to takiej dość stro­mej. Jak chcę dojść do rodzinki, u któ­rej miesz­kam, to mogę wyjść przez dach 3 pię­tro­wego budynku szkoły i potem jesz­cze tro­chę po schod­kach na zewnątrz. Albo mogę iść naokoło uli­cami sobie, w każ­dym razie muszę się wspi­nać. Po ostat­niej przy­go­dzie na Aca­te­nango tak śred­nio mnie to napawa opty­mi­zmem. No, ale nie ma tego złego, na tej wyso­ko­ści nie egzy­stują już kara­lu­chy. A przy­naj­mniej nie zauwa­ży­łem, a szu­ka­łem. Są za to inne zwierzęta.

    Jest dużo psów i kotów, które się włó­czą po całej miej­sco­wo­ści, ale wspi­na­jąc się po ciemku po pro­wi­zo­rycz­nych scho­dach z uło­żo­nych kamieni można się prze­stra­szyć jak się jakieś zwie­rze poru­szy koło Cie­bie. Szcze­gól­nie że cią­gle mam w pamięci skor­piona, który mnie użą­dlił i pająki które widzia­łem. Dla­tego idąc przy­świe­ca­łem sobie latarką z tele­fonu na coś co zachrzę­ściło mi nad głową. Pew­nie kocur, bo i zarys świe­cą­cych oczu mogłem zoba­czyć. Pod­no­szę latarkę, a to jakiś szczur. Tylko takie wiel­ko­ści kota. Oka­zało się póź­niej, że to był opos, taki jak z epoki lodow­co­wej. Tylko że nie wiem dla­czego wszy­scy uwa­żają te zwie­rzęta za obrzy­dliwe, a ja bym chciał zro­bić mu zdję­cie. A wąt­pię, żeby udało mi się spo­tkać go pod­czas dnia, skoro wzbu­dzają taką niechęć.

    Jak już wspo­mnia­łem jest też strasz­nie pod górę. I jak w więk­szo­ści miast tury­stycz­nych można wyna­jąć sobie moto-taxi, które prze­wie­zie cię kil­ka­set metrów (więk­szych odle­gło­ści tu nie ma), jak i rów­nież wje­dzie z Tobą pod górę. Dość stromą górę, po wej­ściu na którą zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy jest moż­liwe żeby pod­czas wjazdu ta tak­sówka prze­wró­ciła się do tyłu. Ma dość małe kółeczka, co sprzyja nie­wy­pier­do­le­niu się, jed­nak tym samym ogra­ni­cza to jej pręd­kość maksymalną.

    Zresztą gdyby zało­żyć, że przy mak­sy­mal­nej mocy sil­nika wje­dzie pod taką górę, to zna­jąc kąt wznie­sie­nia, cię­żar samo­chodu z kie­rowcą, ich pręd­kość, odle­głość środka cięż­ko­ści od osi napę­do­wej i od powierzchni styku kół, śred­nicę kół, i współ­czyn­nik tar­cia to mogli­by­śmy osza­co­wać moc tego sil­nika. Jasne o wiele pro­ściej byłoby po pro­stu wydać dolara na prze­je­cha­nie się tak­sówką i zapy­tać kie­rowcę ile koni się kryje pod maską, ale prze­cież wcale nie cho­dzi o to, żeby to wie­dzieć. Po pro­stu nie mając pracy znaj­duje inne ujście dla moich inży­nier­skich zmysłów.

    Kie­dyś wymy­śli­łem jesz­cze inny kon­cept. Koja­rzy­cie coś takiego jak rok świetlny? Otóż jest to jed­nostka, wbrew pozo­rom, odle­gło­ści. Wska­zuje na to ile drogi w próżni może prze­być świa­tło przez rok. Są to nie­wy­obra­żal­nie ogromne war­to­ści, jed­nak w warun­kach kosmicz­nych trzeba takich uży­wać, bo i sam kosmos jest nie­sa­mo­wi­cie wielki. I tak się zasta­na­wia­łem, czy dałoby się opra­co­wać taką jed­nostkę jak rok konny. Odle­głość, jaką czło­wiek może poko­nać wierz­chem w prze­ciągu roku.

    Nastrę­cza­łoby to jed­nak wiele trud­no­ści. Bo albo musie­li­by­śmy wziąć pod uwagę potrzeby fizjo­lo­giczne, koniecz­ność snu, brak moż­li­wo­ści poru­sza­nia się cią­gle pro­sto i po każ­dej powierzchni z jed­na­kową pręd­ko­ścią, zmę­cze­nie i inne aspekty tech­niczne. Albo musie­li­by­śmy przy­jąć, że mamy ide­al­nie okrą­głego konia w próżni. I wtedy rów­nik będzie miał około 0,8 lat kon­nych długości.

    Ponie­waż koniem raczej w kosmos nie pole­cimy, to nie da się wymy­ślić żad­nych śmiesz­nych alter­na­tyw dla pręd­ko­ści kosmicz­nych. Co naj­wy­żej możemy przy­jąć, że pierw­sza pręd­kość konna to jest kłus, druga cwał, a trze­cia galop. Mnie śmieszy.

    Także jak widzi­cie mam mnó­stwo fascy­nu­ją­cych myśli, które zaj­mują mój umysł. Mię­dzy innymi udało mi się zwątpić w jedną tezę, którą sobie zało­ży­łem. Wcze­śniej powie­dział­bym że jest to mia­steczko jak każde inne nad tym jezio­rem. Tak samo jak szkoły nur­ko­wa­nie się raczej mię­dzy sobą nie róż­nią, jak i szkoły języ­kowe. Powie­dział­bym tak, gdy­bym nie zwe­ry­fi­ko­wał tej tezy zmie­nia­jąc szkołę hiszpańskiego.

    Różni się ona tylko jed­nym małym, malu­teń­kim szcze­gó­łem, który jed­nak cał­ko­wi­cie zmie­nia moje postrze­ga­nie tej kon­kret­nej szkoły.

    Ma plan nauczania.

    W tym miejscu kończy się część geograficzno-podróżnicza. Jeżeli ktoś ma ochotę poczytać moje wynurzenia na temat planowania swoich czynności, albo zobaczyć więcej zdjęć to możecie wejść tutaj - http://zdzislaw.in/czasem-warto-miec-plan/

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: DSC_4267.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #gwatemala #gory #podrozujzwykopem #heheszki

    Wszedłem sobie na wulkana.

    Nie żebym jakoś specjalnie lubił góry. Wręcz przeciwnie, nie mam pojęcia jak wchodzenie po schodach, czy chodzenie po górach może być dla kogoś rozrywką. Jasne, jak się wejdzie na górę to jest satysfakcja, widoki też są zazwyczaj ładne, a wiatr zazwyczaj chce wywiać z Ciebie duszę.

    No ale przecież jestem na kontynencie, który słynie z wulkanów, to jak miałbym tak nie pójść? Szczególnie, że była to dwudniowa wycieczka z noclegiem na wysokości 3600 m i wejściem na szczyt na wschód słońca. Także przetrwałem te wszystkie nieprzyjemności z myślą, że będę miał przygody i dobre ujęcia. A było ich całkiem sporo. Jednak najwięcej było niewygód.

    Już nie będę pisać o tym, że człowiek się poci jak świnia, a jak wejdzie wystarczająco wysoko to zaczyna wiać i trzeba się jeszcze zakisić kurtką. Takie coś zdarzyło mi się nie raz chodząc nawet po naszych górach. Jednak wraz z wysokością nieprzyjemności się nagromadzają. Szczególnie jeżeli masz tam spędzić noc.

    Od ponad 2 miesięcy nie musiałem ubierać długich spodni, a tam miałem spędzić noc w namiocie, przy temperaturze poniżej zera. No i oczywiście nieść ten namiot, jak i całą resztę potrzebnego sprzętu i dużo wody. Mimo, że miałem na sobie bieliznę termiczną, długie spodnie, dwie koszulki, bluzę, skarpety zwykłe i narciarskie, oraz czapkę i leżałem w śpiworze, to było mi za zimno, żeby zasnąć.

    Na szczęście sen i tak by nie trwał zbyt długo, bo trzeba było wstać o 4, żeby zdążyć na wschód. Idąc po drobnym żwirze pod solidnym kątem, co sprawiało że co dwa kroki cofałem się o jeden. Do tego wiatr. Im wyżej tym mocniejszy, jak na szczycie odkręciłem butelkę, to zaczęła gwizdać. No i jeszcze powietrze. Wiem, że na wysokościach jest rozrzedzone, ale nie zdawałem sobie sprawy, że to aż tak będzie czuć.

    Na początku myślałem, że to starość, albo jakaś inna choroba. Zrobiłem paręnaście kroków pod górę i nie mogę złapać tchu. Szlugów nie ruszam, więc co innego by to mogło być? Udało mi się jednak dojść na teren obozowiska, złapałem trochę oddechu i biorę się za rozkładanie namiotu. Schylam się, rozpakowuję torbę, wyciągam rzeczy na ziemię, ogarniam kijki i inne pierdoły. Na końcu wbijam śledzie i gwałtownie się prostuję. Chwilę potem myślałem, że padnę na glebę. Zrobiło mi się na przemian ciemno i jasno przed oczami, a zdyszałem się od tego rozkładania jakbym co najmniej ćwiczył z Chodakowską.

    Także musiałem nieustannie zwracać uwagę, aby oddychać bardzo głęboko i regularnie, bo inaczej dusiło mnie i czułem się jak Deadpool w scenie, gdzie próbowali uaktywnić mutacje. W ogóle to oglądnąłem Deadpoola, bo człowiek który wraz ze mną mieszkał u miejscowej rodziny zobaczył, że czytam Dostojewskiego i przyniósł mi na pendrivie, żebym pochłonął też trochę nowoczesnej kultury. Albo po prostu było mu głupio.

    No, ale przejdźmy do rzeczy. Nakręciłem dość sporo materiału, naoglądałem się dużo Gonciarza i mam zamiar skręcić jakiś świetny filmik z tej wyprawy. A na razie wrzucam coś na miarę moich obecnych możliwości.

    https://www.youtube.com/watch?v=SS4srCnSXvE

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon i @angeldelamuerte
    pokaż całość

    źródło: mini.jpg

  •  

    #zdzislawintheworld #gwatemala #antigua #nauka #hiszpanski

    Mój ostatni wpis nie spotkał się ze zbyt dużym entuzjazmem, ale przynajmniej nikt nie napisał, że się skończyłem. No nic, niezależnie od tego i tak będę pisał, ale nie dzisiaj. Bo dzisiaj za godzinę wyruszam na wulkan Acatenango, żeby jutro móc zobaczyć wschód słońca z jego szczytu.

    Wrzucę jednak coś co mnie rozbawiło, a co jednocześnie może się komuś przydać. Otóż ostatniego dnia zajęć postanowiłem poprosić moją nauczycielkę o nauczenie mnie przekleństw. Nie mogłem zapytać porannej nauczycielki, bo jestem praktycznie pewien, że ona takich słów nie wypowiada w ogóle, jednak popołudniowa nauczycielka nie będzie miała nic przeciwko, a nawet chętnie mi opowie jak można kogoś nazwać i jak mu zasugerować włożenie czegoś, gdzieś.

    Okazało się, że jest jeszcze lepiej. Szkoła języka przewidziała, że ludzie mogą być zainteresowani i w sekretariacie można sobie odebrać karteczkę z tłumaczeniem przekleństw, a raczej kolokwialnych zwrotów. Uroku całości dodaje fakt, że osoba która to robiła raczej nie bardzo znała angielski i po prostu skopiowała bez uprzedniego sprawdzenia. No bo nie uwierzę, że w języku hiszpańskim istnieje czasownik (31), który oznacza "to become pussy whipped".

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon i @angeldelamuerte też pewnie doceni ;)
    pokaż całość

    źródło: DSC_0107.JPG

  •  

    #zdzislawintheworld #gwatemala #antigua #nauka #hiszpanski

    Uczę się więc hiszpańskiego, a nawet już coś umiem bo siedzę już tu miesiąc. Ale to człowieka rozleniwia, wcześniej to co 2-3 dni zmieniałem miejsce, miałem wszystko ogarnięte, wiedziałem co, jak i gdzie. Teraz jest poniedziałek, we wtorek rano ruszam dalej, ale jeszcze nie wiem gdzie, ani po co. Mniej więcej wiem, bo albo będę się wspinał na wulkan Acatenango, albo pojadę nad jezioro Atitlan do jakiejś innej szkoły językowej. Nic jednak nie sprawdzałem, ani nie ustalałem. Zobaczymy co to będzie, bo zapewne o tym napiszę.

    Wróćmy jednak do szkoły. Wszystkie materiały jakie tutaj zostały przygotowane w całości przez szkołę. Jeżeli chodzi o gramatykę, czy inne zasady to nie może się za bardzo różnić (choć w hiszpańskim amerykańskim nie używa się 2 osoby liczby mnogiej) to przy wymyślanie czytanek, zadań i przykładów mogli sobie popłynąć.

    Także na początku tłumaczyłem zdania w stylu "jestem niebieskim niedźwiedziem", czy inne nieżyciowe pierdoły. Trzeba przez to przejść, wiadomo. Później dowiedziałem się, że w hiszpańskim, podobnie jak w polskim ma się ileś lat. W ogóle w hiszpańskim do wielu rzeczy używa się czasownika mieć. Ma się tam głód, pragnienie, strach, wstyd, czy strach. Caricatura to kreskówka, conductor to kierowca, serio to serio, a duda znaczy wątpliwość. Na palce u stóp i dłoni jest jeden wyraz, a rzeczownik oznaczający mięso może oznaczać także miąższ owoców.

    Potem trochę już wiedziałem i mogłem już zauważyć różnice kulturowe. Po pierwsze chrześcijaństwo miało tutaj za mało czasu żeby wyplewić rdzenne religie, więc wielu ludzi prócz katolickich, czci także bogów majów. W czytance żona robiła awanturę mężowi, że ten poświęcił czarną kurę, żeby zapewnić rodzinie byt, a tylko Chrystus im może pomóc. Bo tutejszym bogom składano w ofierze tylko czarne zwierzęta, jako symbol nieszczęścia którego się pozbywamy. Pytanie czy czarnych ludzi też składano kiedyś w ofierze widocznie było nie na miejscu, bo nie doczekałem się odpowiedzi. Albo ćwiczenie w którym mam odpowiadać na pytania dotyczące domu. Ile pokoleń mieszka razem, jak pomagasz dziadkom, w którym pokoju masz telefon stacjonarny.

    Jednak to, co dostałem ostatnio na zadanie domowe mnie rozwaliło. Trzeba było wpisać czasowniki w odpowiednim z czasów przeszłych, w odpowiedniej formie. Także czytam sobie pierwszą czytankę i na bieżąco uzupełniam. Jakaś taka dziwna i niepokojąca, o mężczyźnie, który odwiedził Gwatemalę. Dobrze się tu bawił, robił dużo rzeczy, był nad rzeką i nawet złapał rybę. Mieszkał z miejscową rodziną, aż pewnego razu wydarzyła się dziwna rzecz. Właścicielka zaczęła mówić w nieznanym języku, złapała za głowę i zmusiła do zjedzenia tabletek, po których zasnął. Następnie właścicielka wraz z mężem wsadzili go do samochodu i dalej wmuszali tabletki, mimo że nie mógł chodzić i czuł się źle. Następnie zobaczył człowieka w szarym uniformie, który spytał o coś właścicielkę. A ona, że nie będzie problemu, bo to wyjątkowo grzeczny pies.

    No dobra, był psem. W sumie to wytrąciło mnie z równowagi, ale myślę że po prostu kogoś jednorazowo poniosła fantazja i biorę się za kolejną czytankę, o tytule ostatni dzień. O bezdomnym człowieku, bez rodziny i przyjaciół, co się nigdy nie mył i szukał szczurów, albo martwych psów, żeby mieć co zjeść. Przy granicy spotkał kobietę, która chciała aby jej towarzyszył, jednak bohater odmówił. Po roku jednak zaczął go dręczyć ogromny smutek i postanowił odnaleźć tamtą kobietę, gdyż ona zapewne ma dla niego odpowiedzi (?). Jak już jakimś cudem ją znalazł, to okazało się że jest hajtnięta, a w ramach owej odpowiedzi powiedziała "żyj dniem" i umarła.

    Myślę sobie, że może chociaż ostatnia czytanka będzie normalna. Patrzę na tytuł, a tam "leniwy niewolnik". (O_______o)

    Jednak nikt go za to nie zabija, nie ma więc o czym pisać.

    W ogóle to zrobiłem dłuższy wpis na blogu o tym, jak wygląda nauka hiszpańskiego w takiej szkole. Uznałem również, że może to się spodobać większemu gronu, oraz jest wystarczająco interesujące i przydatne, aby stworzyć wykop. W sumie to wpis to ten wpis jest trochę motywacyjny, ale nie couchingowy. Couching powinno się zdelegalizować i ogólnie gardzę. Ja po prostu przedstawiam zalety i opisuję dlaczego warto się rozwijać, zresztą zobaczycie sami. Także po więcej historii, okraszonych zdjęciami wbijcie tutaj - http://www.wykop.pl/link/3161143/szkola-jezyka-hiszpanskiego-antigua-gwatemala-zdzislaw-in/

    A ja w tym czasie lecę spać, bo jest prawie 2 w nocy, a do szkoły na 8 ;< Będę mógł więc odpisać dopiero za kilkanaście godzin.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon
    pokaż całość

    źródło: DSC_0103.JPG

    +: mike78, C......7 +11 innych
  •  

    #zdzislawintheworld #podroze #amerykapoludniowa #gwatemala #owady

    Jestem w Ameryce Południowej, tu są robaki. Trzeci tydzień już mieszkam z miejscową rodziną (zdjęcie jest z ich domu), więc mogłem przekonać się na własnej skórze jak wygląda sytuacja z insektami. Nigdy za nimi nie przepadałem. Nie żebym się bał, po prostu mnie obrzydzają. W gimnazjum raz nie chciałem dotknąć dżdżownicy, co na prawie tydzień wykluczyło mnie z grona znajomych. Od tego czasu trochę już się do nich przyzwyczaiłem, szczególnie że ostatnio widziałem kilka konkretnych pająków spacerujących sobie na wolności (w tym tarantulę), ale w dalszym ciągu jestem na nie. Na bardzo duże, czerwone NIE, wspomagane najlepiej miotaczem płomieni.

    Z owadów to prócz nielicznych komarów i much widuję tylko karaluchy. Za to tych karaluchów (po hiszpańsku la cucaracha) jest o wiele więcej. Co prawda kryją się dobrze, nie przepadają za światłem i wychodzą głównie w nocy, jednak ciągle masz świadomość, że one tam są. Pierwsze spotkanie z nimi miało miejsce w nocy gdy poszedłem do ubikacji. Rozespany nie spodziewając się niczego zapalam światło, łapie za deskę żeby ją podnieść, a spod nie obok mojej dłoni wybiega jeden. Odruchowo odskoczyłem, deska spadła, a hałas go wypłoszył. Przestraszył też inne, które jak po chwili zauważyłem chodziły po podłodze. Od tamtej pory zawsze zakładam buty do ubikacji, a deskę podnoszę tylko stopą. Nawet w dzień, tak na wszelki wypadek.

    Po tym wydarzeniu przestałem się łudzić, że u mnie w pokoju ich nie będzie. I faktycznie, jakby na zawołanie następnego dnia wchodząc do pokoju niedaleko drzwi zobaczyłem ogromnego bydlaka. Taki wielkości kciuka, co jest naprawdę wyczynem, bo większość które rozdeptałem było wielkości paznokcia. Także oczami wyobraźni już widzę jak rozbryzguje się pod butem na pobliską ścianę, z charakterystycznym dźwiękiem kruszenia chrustu. Bo z rozdeptywaniem karaluchów jest trochę jak było z wyciskaniem pryszczy. Takie małe to po prostu zrobi się to odruchowo, bo wypada, bo inaczej jest obrzydliwie. Gdy już minie urok nowości, to nie przywiązuje się do tego zbyt dużo uwagi. Dopiero jak trafi się dorodna sztuka, to człowieka ogarnia niezdrowe zainteresowanie na temat tej błahej czynności.

    Wróćmy jednak do karalucha. Skubaniec skrył się dokładnie w róg pokoju, więc próbuję docisnąć butem, ale noski są za szerokie. Nie da rady, trzeba to rozegrać jakoś inaczej. Palcem przecież go nie będę zgniatał, więc biorę ulotkę zwijam w rurkę, żałując że jego śmierć będzie mniej spektakularna niż zamierzałem. Podchodzę z powrotem w róg pokoju z narzzędziem zbrodni za plecami, ale skubaniec musiał wyczuć, że coś jest nie tak. Rzucił się do ucieczki i wpełzł w taką malutką dziurę, że bez tego bym jej nie zauważył. Nie wiem jak się tam zmieścił. Następnego dnia zatkałem wszystkie widoczne dziury namoczonym papierem toaletowym i dopchałem ołówkiem. A na każdą noc dociskam drzwi zrolowanym kocem, bo tam jest z centymetr prześwitu między nimi, a podłogą.

    Myślicie, że to powstrzymało mojego nowego kumpla? Piszę kumpla, bo od tamtej pory nadałem mu imię - Stefan. Otóż owego Stefana bardzo często widywałem wracając późno do pokoju. Oczywiście nie od razu, najpierw próbowałem go kilka razy zabić, lecz zawsze wychodził z tego cało. Raz żeby uśpić jego czujność zrobiłem najpierw szybki przegląd reszty pokoju i zadeptałem jakiegoś małego, a Stefan tylko stał po drugiej stronie pokoju i obserwował. Jak tylko zwróciłem się w jego stronę uciekł, mały sadysta. Ostatecznie zaprzestałem prób unicestwienia go, jedynie robiłem trochę hałasu żeby uciekł. Wierzyłem, że pilnuje pokoju pod moją nieobecność, a jak wrócę to mi nie przeszkadza. Doszło do tego, że jak wracałem i nie było Stefana, to zaczynałem się martwić.

    Aż do wczoraj. Obudziłem się w środku nocy z wrażeniem, że ktoś jest w pokoju. Po chwili zreflektowałem nie ktoś, a raczej coś i to większego niż robak. Szpara pod drzwiami jest całkiem spora, a jak nie docisnąłem koca wystarczająco mocno, to może jakiś mały szczur tutaj wlazł. Myślę sobie Stefan, kurwa. Czemu mu na to pozwoliłeś? Jeszcze mi szczurów brakowało i jak miałbym się tego pozbyć? Przecież to nie robak, raczej się go nie rozdepcze. Włączam latarkę w telefonie, świecę wokół i widzę paczkę po orzeszkach, które zjadłem wczoraj. Lekko się rusza i wydaje szelest, który musiał mnie obudzić. Trącam ją książką, a tam wychodzi Stefan.

    To była trudna znajomość dla obu stron, jednak nauczyła mnie jednej ważnej rzeczy. Nie ma najmniejszego powodu, żeby tolerować żywe robactwo w miejscu gdzie żyjesz. A i rozdeptany karaluch może przeżyć do rana.

    wołam @dolandark @Refusek @L_u_k_as @Cooyon
    pokaż całość

    źródło: DSC_4006.JPG

    +: Refusek, C....n +51 innych

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika zdzislaw_in

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (4)