•  

    Trafiłem właśnie na wpis o vatowcach i przypomniał mi się mój przekręt życia. W skrócie: byłem członkiem zorganizowanej grupy przestępczej zajmującej się przemytem i wprowadzaniem do obrotu lewych produktów spożywczych, a następnie praniem zarobionych pieniędzy. Niestety zostaliśmy złapani po donosie i ukarani. Wyrok: dwa miesiące ograniczenia wolności i pobicie ze strony wymiaru sprawiedliwości.

    Chodziłem do gimnazjum, w którym pani Grażynka prowadząca szkolny sklepik zrezygnowała i po roku buntów ze strony młodzieży, bo nie było co kupować, a szkoła była w takim miejscu, że najbliższy sklep spożywczy znajdował się kilka kilometrów dalej, dyrekcja stwierdziła, że szkoła sama poprowadzi sklepik, a jego zarządzaniem zajmą się się uczniowie. Konkretnie to trzecia klasa, która w poprzednim roku miała najlepszą średnią. Funkcja osoby pracującej w sklepiku to był niesamowity prestiż. Uczniowie z klasy, która prowadziła sprzedaż byli szanowani, nikt ich nie zaczepiał i każdy im właził w dupę, bo przez to można było dostać się bocznymi drzwiami bez kolejki albo dostać coś na krechę.

    No i tak się złożyło, że to nasz klasa dostała sklepik pod zarząd w ostatnim roku gimnazjum. Oczywiście głównie pracowały osoby najbardziej popularne i kilka najładniejszych dziewczyn dla towarzystwa. Prowadzenie sklepiku wymagało jednak obsadzenia funkcji księgowego, zaopatrzeniowca i magazyniera w jednym, który za wszystko odpowiadał. Czyli funkcja, która wymagała faktycznego zapierdalania, wiązała się z odpowiedzialnością własną głową, a nie dodawała żadnego dodatkowego prestiżu. Bardzo nie było chętnych, więc stwierdziliśmy, że potrzebujemy słupa. Wtedy to było bardziej podyktowane lenistwem, bo lepiej spędzać czas na bajerowaniu loszek w z kolejki, niż pobudkami kryminalnymi. Decyzja ta jednak wpłynęła na powstanie całego procederu.

    Do klasy chodził Marcinek nazywany Pigułą z racji na swoja aparycję. Marcinek bardzo łaknął naszego towarzystwa, więc ochoczo zgodził się zostać naszym słupem. Dostaliśmy wszelkie instrukcje, przygotowaliśmy grafik i odebraliśmy klucze. Zbiegło się to w czasie z zamknięciem jedynego większego sklepu na osiedlu, więc dzieciaki zostały pozbawione ostatniego źródła chispów i tymbarków w drodze do szkoły. Przez to sklepik przeżywał prawdziwe oblężenie. Jeśli ktoś nie ustawił się na początku kolejki, to ciężko było dorwać się przed końcem przerwy do okienka.

    Działaliśmy tak ponad dwa miesiące. Piguła na bieżąco sprawdzał stany, pisał zamówienia na to co się kończy i przekazywał dyrektorce. Dyrektorka w drodze do pracy kupowała wszystko w jakimś markecie, przywoziła do szkoły, my to sprzedawaliśmy z minimalną marżą, a zysk oficjalnie szedł na piłki i pomoce naukowe, czyli w rzeczywistości na wieżę stereo do gabinetu dyrektorki albo ekspres przelewowy do pokoju nauczycielskiego, w którym zawsze pachniało kawą i bogactwem. My bajerowaliśmy dziewczyny i zaliczaliśmy pierwsze macanki w kartonach po lejsach, a kujonki z naszej klasy pracowały w tym czasie na wzorowe sprawowanie i Pana Tadeusza z dedykacją na koniec roku.

    Wszystko się zmieniło, gdy pewnego dnia Piguła wpadł rozemocjonowany do sklepiku. "Chłopaki, chłopaki, nie uwierzycie" krzyczał podniecony. Okazało się, że dzień wcześniej pojechał do Selgrosa z ojcem kupić jakieś rzeczy do jego firmy i poszli kupić kilka rzeczy do domu. Jak Piguła zobaczył ceny jakie tam są to w oczach pojawiły mu się dwa wielkie znaczki dolara. Okazało się, że chipsy, które my sprzedawaliśmy za 2,50 zł, w Selgrosie były po złotówce. Ktoś zaproponował, żeby iśc z tym do dyrektorki, ale szybko został uświadomiony.

    Plan był taki, że Piguła podprowadzi ojcu kartę, każdy zbierze tyle kasy ile będzie w stanie i pojedziemy nabyć towar do Selgrosa, a potem sprzedawać w sklepiku. Po kilku dniach ja i Piguła pojechaliśmy do innego miasta do Selgrosa. Wyjazd we dwóch był konieczny, gdyż bilety kosztowały po kilka złotych, a na początku biznesu każdy grosz się liczył. Nabraliśmy cały wózek małych napojów, czipsów, batonów. Niestety przy kasie zderzyliśmy się z rzeczywistością, gdyż okazało się, że Piguła patrzył na ceny netto, które były tam podane jako ceny główne. Mimo to, biznes w dalszym ciągu był opłacalny.

    Na początku w maksymalnej konspiracji wprowadzaliśmy do obiegu niewielką ilość. Może z 1-2 paczki czipsów na 10 sprzedanych. Panicznie baliśmy się, że ktoś rozpozna produkt z innego źródła, że dyrektorka spisuje numery seryjne czipsów albo, że ktoś nas podkabluje. Bezkarność powodowała, że z czasem lewe produkty zaczęły stanowić większość, a my zarabialiśmy już po kilkanaście złotych na łebka dziennie.

    Niestety zmniejszony przychód spowodował podejrzenia dyrektorki. Popełniła jednak błąd, że powiedziała Pigule o kontroli jaką zamierza nam urządzić. Piguła chyba pobił swój rekord na 100m, który wynosił jakieś 30 sekund i w ostatniej chwili ostrzegł nas przed zbliżającym się nalotem wywiadu skarbowego w postaci dyrektorki. Na szybkości wrzuciliśmy co się dało do worów na śmieci i postawiliśmy koło drzwi do wyniesienia, a napoje wylaliśmy do sklepikowej umywalki. Dyrektorka wpadła, zażądała od Piguły dokumenty i faktury, czyli remanent w zeszycie, który miał robić na koniec każdego dnia. Porównała go z swoimi zapiskami i wyszło jej kilka nadprogramowych paczek czipsów których nie zdążyliśmy upłynnić, więc kazała popytać następnego dnia czy ktoś nie zapomniał odebrać swoich zakupów. Niskie obroty zrzuciła na karb bezrobocia w okolicy i dała nam spokój.

    Taka bezkarność tylko dodała nam odwagi. Zaczęliśmy kupować produkty, których wcześniej nie było takie jak napoje w puszkach, kwaśne żelki czy porządne batony, a nie tylko wyroby czekoladopodobne, tanie czipsy i pseudotymbarki. Nieoficjalnie sprzedawaliśmy też zeszyty, długopisy, a nawet tabakę czy zakazane w szkole energetyki przelewane do z litrowej butli do małych butelek po napojach. Interes kręcił się tak dobrze, że postanowiliśmy sprzedawać rzeczy od dyrektorki jak wcześniej a zarabiać tylko na dodatkowych rzeczach, żeby nie budzić podjerzeń.

    Pojawił się jednak problem z przemytem do szkoły. W plecakach nie dawaliśmy już rady, a korzystanie z mułów generowało koszty i budziło podejrzenia. Ale korzystaliśmy z okazji. Głównie dzięki Jarkowi, szkolnemu muzykowi, który co okazję targał do szkoły swój sprzęt w wielkich skrzyniach. Wszyscy myśleli, że z Jarkiem wnosimy jego głośniki, kable i inne kibordy, a tak naprawdę wjeżdżały kartony żelków czy zgrzewki napojów.

    Zarabialiśmy wtedy po nawet 100 zł na dzień na osobę, co było dla 15latka ogromną kasą. Woziliśmy się do selgrosa taksówką odjebani w najnowszą kolekcję Mass 98 i inne ecko czy akademiksy. Niestety taka kasa w posiadaniu nastolatków ze średnio zamożnych domów powodowała podejrzenia, dlatego musieliśmy ją prać. Kolega, który jako jedyny ogarniał Corela zeskanował pismo o przyznaniu stypendium swojej siostry, podmienił dane i dał każdemu z nas do pochwalenia się rodzicom. Moi byli tak szczęśliwi, że obiecali mi dawać dodatkowo 100 zł co miesiąc jeśli tylko utrzymam stypendium. Inni chodzili co sobotę do centrum handlowego czy kina a w drodze powrotnej tarzali się po ulicy, żeby po powrocie twierdzić że robili na budowie. Jeden kolega dostał nawet wpierdol od ojca, bo ten podejrzewał go o handel narkotykami, gdy znalazł zwitek pieniędzy pod jego łóżkiem.

    Niestety zawiść inne klasy spowodowała, że w końcu nie wytrzymali i poszli złożyć grupowy donos. Nic nam nie mogło pomóc, gdy wkurzona dyrektorka wpadła do sklepiku. Wobec masy nielegalnego towaru w naszym posiadaniu, zeznań świadków i słabej odporności Piguły na presję podczas przesłuchania nie było dla nas ratunku. Dostaliśmy nagany, zostaliśmy zawieszeni i odebrano nam wszystkie zarobione pieniądze które miały zostać przeznaczone na remont boiska, przy którym mieliśmy pomagać przez całe wakacje pod czujnym okiem woźnego. Najlepsze było gdy moja matka zaczęła płakać przy dyrektorce, że teraz mi odbiorą stypendium z kuratorium i prosi, żeby mnie nie zawieszać. Dyrektorka oczy jak pięć złotych i prosi o pokazanie tego dokumentu. Prawie wyleciałem za to fałszerstwo ze szkoły, uchroniło mnie że ojciec posunięty do ostateczności zasugerował dyrektorce, że prowadzenie niezarejestrowanej działalności zatrudniając przy tym nieodpłatnie uczniów jest chyba nie do końca legalne. Za to dostałem od ojca wpierdol, którego do końca życia nie zapomnę i całe wakacje spędziłem czytając książki. A oferta sklepiku strasznie podupadła.

    O ile nas można było przyrównać do wyrafinowanej mafii paliwowej, to działania naszych następców można porównać do dresików kradnących radia. Podobno zaczęli od brania sobie żarcia na krechę, aż doszli do manka na kilka tysięcy. Wpadli po pierwszym remanencie. Do prowadzenia sklepiku wzięto jakąś firmę. Chłopaki pokończyli różnie. Część tyra za grosze po jakichś fabrykach, część ma zarabia całkiem przyzwoicie, a Piguła ma drukarnię, która dziwnym trafem wygrywa wszystkie przetargi dla urzędów i spółek samorządowych po tym jak druknął po taniości 100 tysięcy plakatów kandydatowi na prezydenta. A w sklepiku teraz podobno nawet gorące kubki mają i papier kancelaryjny, który za moich czasów przed polskim można było sprzedać za nawet 5 zł za arkusz.

    #pasta #coolstory
    pokaż całość

  •  

    Ma ktoś linka do pasty o gangu sklepikowym w szkole? Szukam i szukam i nie mogę znaleźć... A była mega.
    #pytanie #pasta

  •  

    "The Falling Man". Historia najbardziej poruszającego zdjęcia z 11 września.

    "Odlatuje z tej ziemi jak strzała. Chociaż nie wybrał swojego losu, wydaje się, że w ostatnich chwilach życia przyjął go" – pisał dziennikarz amerykańskiego magazynu "Esquire". Do dziś zastanawiamy się kim był "The Falling Man”, który zdecydował się na skok z wieży WTC. W tej opowieści chodzi jednak o coś więcej, niż tylko o znalezienie odpowiedzi na to pytanie.
    11 września 2001 r. Godzina 8.46. W północną wieżę World Trade Center uderza samolot pasażerski American Airlines uprowadzony przez terrorystów Al-Kaidy. Maszyna wbija się w budynek odcinając górne piętra.

    Setki osób znalazły się w potrzasku. Otacza je ogień i dym. Windy nie działają, a nawet gdyby, to zamieniły się w śmiertelną pułapkę. Zawalone są wyjścia ewakuacyjne. Temperatura wzrasta do kilku tysięcy stopni. Żelbetonowe konstrukcje dosłownie się topią. Ci, którzy mają szczęście, giną w momencie wybuchu. Inni umierają w męczarniach. Wychylają się z okien, by złapać haust powietrza. Tak bardzo pragną oddychać. Ściągają ubrania i machają nimi do ekip ratunkowych w helikopterach latających w pobliżu wież.

    "O Boże! Oni skaczą!"
    Nie ma jeszcze 9. Richard Drew, fotograf Associated Press, robi sesję modową w Bryant Parku. Dzwoni jego szef. Polecenie jest krótkie - Drew ma przerwać pracę i natychmiast jechać pod World Trade Center.

    Jedzie metrem, którego jest jedynym pasażerem. Na miejscu widzi już nie jedną, a dwie płonące wieże. "O Boże! Oni skaczą!" – zewsząd słychać okrzyki grozy. Rzeczywiście, co chwila od ścian wieżowców odrywają się miniaturowe punkciki. Drew działa instynktownie. Naciska migawkę. Pstryka w zapamiętaniu. Potem okaże się, że zanim dotrze do niego charakterystyczne mlaśnięcie towarzyszące rozbijaniu się ciał, każdej zauważonej postaci zdążył zrobić od 9 do 12 ujęć.

    Łącznie fotografuje 15 osób. O godzinie 9:59 przerywa - zawala się południowa wieża WTC. Potem znów wyciąga aparat. Gdy wybije 10:28, upada wieża północna. Richard Drew robi ostatnie zdjęcia i ucieka.

    12 września 2001 r. jedna z jego fotografii pod tytułem "The Falling Man" ukazuje się na okładce "The New York Times'a". Jest wstrząsająca. Zdjęcie szybko publikują inne amerykańskie gazety, a potem prasa na całym świecie.

    "Jumpers". Tak mówi się o ponad 200 osobach [7-8 proc. ofiar zamachu – red.], które zdecydowały się na skok z wież WTC. Nie dla wszystkich ofiar był to świadomy wybór. Jedni dusząc się, stracili równowagę wychylając się z okien. Innych impet eksplozji wyrzucił z okien tuż po uderzeniu samolotów. Ale byli i tacy jak on, "Spadający Mężczyzna” [The Falling Man – ang.].

    Pisano, że zbuntował się przeciwko strasznym okolicznościom i po raz ostatni o sobie zadecydował. "New York Times" nie napisał, kim był. Po prostu nie można było tego ustalić. Wystarczyło jednak, że go pokazał. Przez Amerykę przeszła fala oburzenia. Dostało się nie tylko wielkiej redakcji, ale również tym mniejszym, jak "Morning Call" z Allentown w Pensylwanii.

    Dziennikarze pisma długo zastanawiali się, czy publikować zdjęcie Richarda Drew. Początkowo "za" była tylko wydawczyni Naomi Helprin, która o "The Falling Man" powiedziała: "To esencja 11 września". Jej koledzy przekonywali się stopniowo do jej zdania, aż wreszcie fotografia trafiła do druku.

    – Musieliśmy jednak wiedzieć, że reakcja na nią będzie przytłaczająca i pełna złości – wspomina Helprin w filmie dokumentalnym z 2006 r. Miała rację. Rzeczywiście, ludzie pisali wprost: "Odarliście tego mężczyznę z godności. Jesteście obrzydliwi".

    Na tropie
    "The Falling Man" od razu po publikacji zaczął żyć swoim życiem. Cały świat zapamiętał dramatyczne ujęcie. Wśród zainteresowanych jego bohaterem był również kanadyjski reporter Peter Cheney.

    Już 22 września 2001 r. poinformował wszystkich, że go zidentyfikował. Jego zdaniem był to Norberto Hernandez, pracownik restauracji "Windows on the world". Lokal znajdujący się na 106. i 107. piętrze północnej wieży, był jednym z najbardziej dochodowych w całych Stanach.
    W czasie poszukiwań Peter Cheney nie wykazał się ani taktem, ani empatią, ani wrażliwością. Ze zdjęciem zjawił się na pogrzebie Norberto Hernandeza.

    – Wynoś się! – krzyczała najstarsza córka Latynosa. Z kolei jego matka, siostra i brat czuli, że to "musiał być on".

    Okazało się, że po publikacji artykułu świat żony i córek Norberto Hernandeza legł w gruzach. Najmłodsza zaczęła mieć omamy, pozostałe nie wierzyły, że ojciec mógł tak po prostu wyskoczyć.

    – Był bogobojny. Na pewno próbowałby się inaczej wydostać. Twierdząc, że skoczył, automatycznie wsadzacie go do piekła – mówiła jedna.

    "The Falling Man” budził emocje jeszcze długo potem. W 2003 r. Tom Junod, dziennikarz magazynu "Esquire", napisał tekst "The Falling Man. Unforgettable Story". Trudno nie dostrzec w nim fascynacji mężczyzna spadającym z WTC. Dowodem jest choćby ten fragment:

    _"Odlatuje z tej ziemi jak strzała. Chociaż nie wybrał swojego losu, wydaje się, że w ostatnich chwilach życia przyjął go. Gdyby nie spadał, mógłby równie dobrze latać. Sprawia wrażenie zrelaksowanego, gdy przecina powietrze. Wygodnie mu w uścisku niewyobrażalnego ruchu.

    Nie onieśmiela go boskie prawo grawitacji ani to, co go czeka. Ramiona trzyma blisko ciała, nieznacznie je odrywając. Jego lewa noga zgina się w kolanie, prawie niedbale. Biała koszula, marynarka lub fartuch faluje przy czarnych spodniach, które wciąż ma na sobie. Nadal ma buty. Na wszystkich innych zdjęciach ludzie, którzy robili to, co zrobił on – ci, którzy skoczyli – zdają się walczyć z przerażającymi rozbieżnościami skali.

    Stają się słabi na tle wież, które krążą jak kolosy. Niektórzy z nich są bez koszul; ich buty odlatują; wyglądają na zmieszanych, jakby chcieli spłynąć po zboczu wieży. Natomiast on jest w idealnej harmonii z liniami budynków za nim. On je dzieli, dzieli je na pół: wszystko na lewo od niego to Wieża Północna; wszystko na prawo: Południowa".

    Kim jesteś?
    Junod, podobnie jak Peter Cheney, starał się zidentyfikować mężczyznę. Poszedł jednak o krok dalej, niż kolega po fachu - przygotowując materiał, obejrzał wszystkie ujęcia serii "The Falling Man". Najsławniejsze rzeczywiście mogło sugerować, że w locie jest jakieś piękno mrożące krew w żyłach. Pozostałe ujęciach były jednak odarte z tego odczucia.

    – To nie było żadne doświadczenie zen. Ten człowiek był przerażony, lecąc zrywał z siebie koszulę – opowiadał potem dziennikarz. Pod koszulą ofiary Junod dostrzegł pomarańczowy T-shirt. Uczepił się tego szczegółu, a zidentyfikowanie "Spadającego Mężczyzny" stało się dla niego niemal sprawą życia i śmierci. Po pierwsze, chciał oddać mu hołd, po drugie – przywrócić "Skoczków z WTC" do narodowej pamięci. Dlatego, mimo oporów, zwrócił się do rodziny Norberto Hernandeza.

    Ku swojemu zdziwieniu dziennikarz "Esquire" został przyjęty inaczej, niż poprzednik. Usiadł i czekał, aż bliscy sami się przed nim otworzą. Najstarsza z córek, która krzyczała na Cheneya, poprosiła o pokazanie zdjęcia. Wszystko stało się jasne.

    – Spojrzałam i wiedziałam, że to nie mój ojciec – opowiadała potem dziewczyna. Te słowa potwierdziło wspomnienie jej matki: W dniu śmierci Norberto na pewno nie miał na sobie pomarańczowej koszulki.

    Rodzina po spotkaniu z dziennikarzem poczuła wielką ulgę. Z ukochanego męża i ojca zdjęto bowiem łatkę samobójcy, na którą jego bliscy się nie godzili. Tom Junod dostał natomiast drugą szansę na znalezienie prawdziwego bohatera zdjęcia. Pomóc miał mu w tym nowojorski researcher Andrew Chaikivsky. Na starcie wiedzieli jedno - 11 września "The Falling Man" był w restauracji "Windows on the World" w północnej wieży WTC. Bo to jej obsługa nosiła charakterystyczne białe fartuchy.

    "Windows on the world"
    11 września 2001 r. w "Windows of the world" było 170 osób. 79 pracowników i 91 gości. Był piękny, słoneczny poranek, Nowy Jork budził się do życia. Brakowało szefa kuchni Michaela Lomonaco – spóźnił się do pracy. Gdy Lomonaco w końcu zbliżał się do budynku, w wieżę uderzył samolot. Mężczyzna z przerażeniem patrzył w górę, modląc się, by jego koledzy uszli z życiem. Modlił się na próżno - zginęli wszyscy, którzy tamtego ranka przebywali w lokalu.

    Rodzina Norberto Hernandeza zaprzeczyła, że jest on człowiekiem ze zdjęcia Drew.
    Lomonaco był jedną z osób, do których ze zdjęciami Spadającego Mężczyzny zgłosili się Chaikivsky i Junod. Pozostałymi byli menadżerowie restauracji "Windows on the world": Glenn Vogt i Melissa Trumbul.

    U całej trójki samo wspomnienie 11 września wywoływało dreszcze. Miejsce, w którym pracowali, i z którego byli dumni, nagle zniknęło. 79 osób, które widzieli niemal codziennie, zginęło straszną śmiercią.

    – I nagle przychodzisz z pytaniem, czy spojrzą na zdjęcie jednej z nich, gdy ta spada na bruk. To nie jest przeglądanie albumu z liceum – wyjaśniał potem delikatność tematu Chaikivsky. Na swojej liście miał jednak nie 79, a 22 nazwiska. Prawdopodobieństwo trafienia urosło - zgadzały się bowiem rasa, wiek i typ sylwetki. Zostało tylko - lub aż - wymieniać je po kolei, aż były pracownik "Windows on the world" powie: Stop.

    Manager lokalu Glenn Vogt postanowił spotkać się z researcherem, bo uznał, że chociaż tyle może zrobić dla zmarłych kolegów. – Czułem, że to moja powinność. Mogłem pomóc komuś, kto stracił męża, ojca, syna – tak wyjaśniał powody, dla których spojrzał na mężczyznę ze zdjęcia. Nikogo jednak nie rozpoznał.

    Melissa Trumbull zdecydowała się na spotkanie z podobnych względów, ale i ona nie była w stanie pomóc. – W mojej głowie nie pojawiła się żadna osoba, którą znałam. I właściwie to była ulga – wyznała.

    Michael Lomonaco zgłosił się w chwili, gdy Junod i Chaikivsky powoli godzili się z myślą, że ich poszukiwania zakończą się fiaskiem.

    Szef kuchni "Windows on the world" długo toczył wewnętrzną walkę: z jednej strony, za nic nie chciał pamiętać horroru 11 września, z drugiej coś kazało mu zobaczyć ujęcia Richarda Drew. Wreszcie umówił się na spotkanie z researcherem.

    – Wymieniałem mu kolejne imiona z listy. Powiedziałem "Jonathan" i nastąpiła cisza – wspominał Chaikivsky. – Michael przyjrzał się zdjęciu, nabrał powietrza i zaczął mówić.

    Symbol czy po prostu człowiek
    Lomonaco był przekonany, że wie kogo widzi na zdjęciu. Jego zdaniem "The Falling Man" to Jonathan Briley, inżynier dźwięku w restauracji.

    – Wspaniały człowiek. Ciężko pracował i był oddany temu, co robił – opowiadał autorom filmu dokumentalnego z 2006 r. – Był moim bliskim przyjacielem. Ale myśl, że go rozpoznałem, nie przyniosła mi spokoju. Jeśli to naprawdę on, może być mi tylko żal, że tak bardzo cierpiał.

    "Niektórzy ludzie, patrząc na to zdjęcie widzą stoicyzm, siłę woli, portret rezygnacji; inni widzą coś innego - coś niezgodnego, a przez to strasznego: wolność. W postawie mężczyzny jest coś niemal buntowniczego, jak gdyby po raz pierwszy zmierzył się on z nieuchronnością śmierci i postanowił zająć się nią; jak gdyby był pociskiem, włócznią, nastawioną na osiągnięcie w końca. Jest piętnaście sekund po 9:41, w chwili, gdy powstaje to zdjęcie, mężczyzna znajduje się w szponach czystej fizyki, przyspieszając z prędkością trzydziestu dwóch stóp na sekundę do kwadratu. Wkrótce będzie leciał z prędkością 150 mil na godzinę, do góry nogami. Na zdjęciu jest zamrożony; w swoim życiu poza kadrem, spada i upada, aż znika" – to kolejny fragment tekstu Toma Junoda z 2003 r.

    Czy fascynujący dziennikarza człowiek był rzeczywiście Jonathanem Brileyem, pełnym optymizmu i werwy?

    Rodzina nie daje na to prostej odpowiedzi. Zgadza się, że Jonathan często zakładał do pracy pomarańczowy T-shirt czym narażał się na kpiny brata. Ów brat będzie potem identyfikować ciało, a właściwie to, co z niego zostało. Rozpozna dłonie i stopy, a także czarne buty do kostek - jeden z elementów przykuwających uwagę na zdjęciu Drewa.

    – Może to był on, może nie – mówiła w 2006 r. matka Brileya. – Tak czy inaczej, myślę, że nie ma to znaczenia. Fotografia symbolizuje coś więcej niż życie jednostki – zauważyła. Tu zgodziłby się z nią Tom Junod, któremu zależało przecież nie tylko na identyfikacji skoczka.

    11 września w pamięci Amerykanów nie jest dniem takich osób, jak "The Falling Man". Fakt, że ktoś był w stanie wyskoczyć z okna WTC jest nadal zbyt bolesny. Myśl: "To był akt heroizmu pasuje już bardziej", nie boli, a wręcz leczy rany.

    – Bez względu na to, czy skoczkowie byli bohaterami czy nie, nie można pozwolić ich wykreślić. Tylko dlatego, że to niekomfortowe – przekonywał dziennikarz "Esquire".

    11 września zmienił Amerykę. Tragedia podzieliła ją na pół. Część społeczeństwa wierzy w teorie spiskowe i analizuje każdy szczegół horroru. Część zdaje się iść do przodu, raz w roku zatrzymując się, by oddać hołd 2973 ofiarom zamachów.

    Do Nowego Jorku w rocznicę przybywają tłumy. Pomnik zakrywają białe róże, odczytuje się nazwiska zmarłych. To, jak zginęli otwiera ranę, ale jest też czymś, co zarazem ją zabliźnia. Historie, takie ja "The Falling Man", płyną w świat i czynią Amerykę silniejszą, dając lekcję nam wszystim.

    Źródło

    #gruparatowaniapoziomu #wtc #zamach
    pokaż całość

  •  

    Kiedy ktoś mówi, że spowiedź to prawie jak psycholog albo terapia. Od razu widać czy ta osoba miała w życiu jakiekolwiek doświadczenia z psychoterapią.

    pokaż spoiler A tak serio; jeśli masz jakiekolwiek problemy psychiczne; idź do specjalisty, NIE DO KSIĘDZA. On tylko co najwyżej pogłębi ci poczucie winy i da rady pokroju odmówienia zdrowaśki


    #bekazkatoli #psychologia #depresja #naukowcywiary
    pokaż całość

    •  

      @Soojin21: dlaczego uważasz, że wiesz lepiej co pomoże innym ludziom od nich samych? To, że coś działa lub nie działa na Ciebie niekoniecznie oznacza, że u innych jest tak samo. Inaczej w historii rezygnowalibyśmy ze sposobów, które nic nie dają i dziś by ich nie było... ale widocznie tak nie jest. Sam uważam, że jeśli ktoś boryka się z problemami psychicznymi powinien udać się do kilku specjalistów psychologów, aby spróbować trafić na odpowiedniego i dzięki niemu lepiej zrozumieć naturę swoich problemów, ale nie uważam że ktoś kto czyni inaczej popełnia błąd, skoro coś mu to daje i pomaga mu to w jakiś sposób pokaż całość

      +: Jacket
    •  

      @Soojin21: Rozumiem Twoją tezę. Sam wierzę w naukę, ale uważam jednocześnie, że ludzie którzy twierdzą że ich pogląd lub rozumowanie jest jedynym słusznym, mają ograniczony umysł i jeszcze małą wiedzę w szerszej perspektywie problemu

      +: Jacket
    • więcej komentarzy (33)

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika zexan

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (2)