•  

    W Koninie policjant zastrzelił Adama C., 21-letniego mieszkańca miasta. Na zawodach strzeleckich dostałby nagrodę, bo pocisk trafił w samo serce, ale w tym przypadku niewątpliwie usłyszy zarzut przekroczenia uprawnień. Nawet gdyby strzał był konieczny, funkcjonariusz ma mierzyć w nogi, a nie w lewą część klatki piersiowej. To elementarz każdego policjanta i swoista gwarancja bezpieczeństwa dla osób, wobec których podejmowana jest interwencja z użyciem ostrej broni.

    W policyjnych komunikatach powtarza się stwierdzenie, że policjant został zmuszony do użycia broni, nie pada jednak wyjaśnienie, co go do tego zmusiło. Nie wiemy więc, czy doszło do walki między uciekającym a ścigającym i czy policjantowi coś ze strony 21-latka groziło. Świadkowie twierdzą, że między policjantem a gonionym przez niego mężczyzną była wolna przestrzeń wykluczająca bezpośrednie starcie.

    Zapewne nie bez powodu rzecznik policji bez zwłoki przekazał informację, że zastrzelony miał przy sobie nożyczki. To wyraźna sugestia, iż był w posiadaniu ostrego narzędzia, którym można zaatakować. Ale rzecznik nie dodał, że to były małe nożyczki biurowe bez ostrych końcówek.

    W sprawie tragicznego zdarzenia w Koninie nic nie trzyma się kupy. Dowody wskazują, że policjant nie miał powodów, aby użyć broni. Według niektórych źródeł zabezpieczone dwa nagrania z monitoringu nie dają podstaw, aby twierdzić, że funkcjonariusz działał w zagrożeniu zdrowia lub życia. Dlaczego więc strzelił?

    ---

    W czasie handlowego szczytu na parkingu pełnym samochodów i ludzi policjanci użyli broni. Oddali ok. 6–10 strzałów, celowali do kierowcy jednego z samochodów. Tylko przypadkowi można zawdzięczać, że nikt postronny nie zginął, chociaż według niepotwierdzonych pogłosek jeden z funkcjonariuszy dostał rykoszetem w nogę, co w opisie zdarzenia zakamuflowano jako uraz stopy. Sprawa jest dla policji lekko wstydliwa, żeby nie powiedzieć kompromitująca.

    Policjanci strzelali do Michała W., osoby niekaranej i nieposzukiwanej listem gończym. Przyjechał do Biedronki samochodem znajomego. Towarzyszył mu kolega. Mieli zrobić zakupy i wrócić na imprezę. Michał jako niepijący służył w charakterze zaopatrzeniowca. Nie wiedział, że samochód, jaki mu powierzono, budzi wśród policjantów złe skojarzenia. Nie wiedział także, że ubrani na ciemno faceci na parkingu to policjanci. Nie widział nigdzie radiowozów, świecących na niebiesko kogutów. A goście ubrani na ciemno wyglądali na bandziorów.

    Samochód należał do znajomego podejrzewanego przez policję o związki z handlarzami narkotyków. Ale podejrzewać to nie znaczy mieć dowody i policja, chociaż bardzo się starała, haków na tego młodego mężczyznę zdobyć nie potrafiła. Próbowała za to, ze wszystkich sił, utrudnić mu życie. Polegało to na ustawicznym zatrzymywaniu do kontroli jego auta, przeszukaniach osobistych i podobnych przykrościach. Traktowano go jak wroga numer jeden, rzecz jasna na lokalną skalę. Znajomy Michała W. niewiele sobie z tego robił, ale na wszelki wypadek samochodem starał się nie jeździć, pożyczał go kolegom.

    Z perspektywy Michała W. wszystko mogło wyglądać tak, jak potem opisał w swoich wyjaśnieniach. Po wyjściu ze sklepu on i towarzyszący mu kolega włożyli zakupy do auta, po czym wsiedli do środka. Michał odpalił silnik i wtedy pojawili się mężczyźni ubrani na czarno. Wyjęli spod kurtek broń, coś głośno krzyczeli. Michał usłyszał: „Kurwa, otwieraj drzwi”. Był przekonany, że to napad, auto znajomego było z górnej półki, jak na warunki lokalne. Wrzucił wsteczny bieg, potem dał do przodu. Później okazało się, że jeden z policjantów (według Michała W. – napastników) został uderzony zderzakiem. Posypały się strzały. Jedna kula utkwiła w słupku od strony kierowcy, inne podziurawiły szyby. Tor lotu pocisków wskazywał, że strzelano nie w opony, aby unieruchomić pojazd, ale w kierowcę, aby go zabić.

    ---

    Tak stało się w sprawie pobicia przez załogę radiowozu 75-letniego mężczyzny i jego niewiele młodszej żony. Doszło do tego na podlubelskiej wsi, na posesji starszego małżeństwa. Powodem interwencji było niewłączenie przez 75-latka kierunkowskazu w aucie, którym wracał wraz z żoną z niedzielnej mszy. Całą tę historię opisał niedawno w „Gazecie Wyborczej” Jacek Brzuszkiewicz. Małżonkowie zaprotestowali przeciwko naruszeniu przez policjantów miru domowego, czym rozwścieczyli funkcjonariuszy. Użyli siły fizycznej, przy czym warto wiedzieć, że interweniujący policjant jest byłym judoką, brązowym medalistą mistrzostw policyjnych w wadze powyżej 91 kg.

    ---

    Opisywaliśmy podobne sprawy. Między innymi tę z warszawskiego Mokotowa. Po policyjnej interwencji w mieszkaniu obrażenia odnieśli dwaj taksówkarze, ojciec i syn. Obaj doznali identycznego złamania kości piszczelowych, jako skutek kopnięcia. Prokuratura umorzyła ich skargę na policyjne przekroczenie uprawnień, za to oskarżyła ich obu o utrudnianie policyjnej interwencji. I tak z ofiar stali się sprawcami. W sprawę zaangażowały się prawnicze autorytety, a media jednogłośnie stanęły w obronie taksówkarzy, ale dla rozpędzonej sądowej machiny nie miało to już żadnego znaczenia. Sądy dawały wiarę policjantom, którzy dowodzili, że nie kopali taksówkarzy, te złamania to jakiś przypadek.

    Źródło: https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1933184,1,strzal-w-stope.read

    #konin #policja przy okazji otwieram tag #1000dnibezmonitoringu 1000 - 1 = 999
    pokaż całość

    źródło: static.polityka.pl

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #1000dnibezmonitoringu

0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0

Powiązane z #1000dnibezmonitoringu

Archiwum tagów