Przeszkadza Ci #polityka na Wykopie?
Zarejestruj konto i sam decyduj jakie tematy chcesz wyświetlać!
  •  

    #perfumy #150perfum 236/150
    Zoologist Koala (2020)

    Koala czyli eukaliptus, eukaliptus czyli moja ulubiona roślina. Uwielbiam mentol, ale łatwo jest z nim przesadzić robiąć perfumy. Zbyt duże nagromadzenie olejków i słaby blend mogą sprawić, że zapach stanie się niezdatny do noszenia. Koala z początku wydawał się mocno intrygujący i nie mogłem doczekać tego jak rozwinie się na skórze. Na moje nieszczeście nie rozwinął się wcale lecz do końca pachniał na równym, dobrym poziomie.

    Mentol, eukaliptus, kadzidło i wetyweria – na tych 4 składnikach moglibyśmy w sumie zakończyć opisywanie składu Koali. Klimat jaki nam sprzedaje marka jest bardzo surowy. Jeśli znacie oziebłą, wręcz szpitalną wetywerie z Sultan Vetiver od Nishane to tak właśnie pachnie mi Koala. Mentol jest tutaj zdecydowanie za mało posłodzony tak jak i zresztą herbata. Daje to taki trochę lodowaty i bardziej gorzki aniżeli słodki wymiar a ja wolałbym powąchać coś bardziej przypominającego miętową gumę do żucia o lekkim kadzidlanym zabarwieniu.

    W przeciwieśtwie do niektórych perfum tej niszowej marki, Koala nie jest też tak uniwersalny, ale późniejsze recenzje jednak pokażą, że te najlepsze pozycje od Zoologist też są mało wszechstronne. Mimo tego, że Koala jest bardzo mentolowy to jednak jest też duszący i ciężko byłoby mi go założyć latem. Słabo sprawdzałby się też jako perfumy do używania na co dzień. Bardziej jako perfumy do koszuli ale w gruncie rzeczy mocno jest to zależne od osobistych preferencji.

    Parametry jak większość, tutaj zawodu nie będzie. Trwałość 10 godzin bite, a później nadał dobrze wyczuwalny.

    Pomimo tych wszystkich minusów to w gruncie rzeczy noszenie go na nadgarstku sprawiało mi przyjemność, a przecież o to chodzi najbardziej. Mimo tego, że bezkutecznie doszukiwałem się czegoś nowego wąchając swoje ramię to czas spędzony na testach nie był stracony bo aromat był ciekawy a nie niezaprzeczalnie odpychający jak w niektórych kompozycjach Zoologist. Odlewki z tego raczej nie będzie, flakonu tymbardziej, ale zachęcam do testów aby samemu się przekonać do Koali.

    zapach: 7,0/10
    projekcja: 8,0/10
    trwałość: 9,0/10
    podobne: Mi najbardziej przypominał Nishane Sultan Vetiver ale pisząc recenzję nie miałem perfum tureckiej marki przy sobie żeby zrobić porównanie.
    cena: 590zł za 60 ml
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 235/150
    Gucci Envy for Men (1998)

    Pogoń za wycofanymi z produkcji perfumami czasami wydaje się absurdalna. Ludzie potrafią niekiedy kupić w ciemno kompozycje warte kilka razy więcej niż za czasów gdy były normalnie dostępne w sklepach chyba tylko dla tego, że są trudno dostępne. Czasem jednak udaje się za groszę kupić używany flakon po czym często przychodzi ulga, że nie wtopiliśmy kilkuset złotych na całą flache a jedynie kilkadziąt. Tak było właśnie ze mną i Gucci Envy.

    Envy for Men mnie nie urzekł. Zielono-drzewne otwarcie, chociaż w tym przypadku jakby bladozielone. Jedynie przez chwile wyczuwalny imbir trochę poprawił jego odbiór. Poza tym standard, prawie transparenta lewenda i jakieś przyprawy, najpewniej pieprz i kolendra. Następnie zapach z drzewnego bardzo szybko przechodzi w jakby delikatnie waniliowy i robi się mega nudny. Nic generalnie więcej ciekawego się juz tu nie dzieje. Nie jest jednostajnie ale jest strasznie sztywnie. Zwyczajna zieleń na wetywerii zmieszana z nutami drzewnymi, a do tego wanilia z drzewem sandałowym, które pojawiają się zbyt wcześnie i nadają kremowego wyrazu perfumom. Jakbym miał je przyporządkować do jakiejś kategorii to byłoby to jednak chyba „aromatic”.

    Na plus na pewno jego uniwersalność. Perfumy w tym stylu nadają się kolokwialnie mówiąc i do tańca i do różańca, zakładająć, że je w ogóle poczujecie. Tutaj się bowiem rodzi kolejny poważny problem, mianowicie przeciętne parametry. Nie powinno być to spowodowane wiekiem perfum bo butelka pochodzi z 2003 roku ale na mojej skórze Envy wytrzmuje około 6 godzin. Później zostają tylko resztki wyczuwalne po dokładnym wąchaniu nadgarstka. Projekcja jest bardzo lekka. Użyłem ostatnio około 6 psiknieć i nie czułem dosłownie nic, poprawiłem poirytowany do 10 i było trochę lepiej. Aurę czułem bardzo delikatną, może przez niecałą godzinę. Straszny zawód, szczególnie po hajpie jakie te perfumy mają na forach.

    Niewypałem nazwać Envy nie moge bo poznać zawsze warto, ale całę szczęście, że nie kupiłem nigdy ich w ciemno za wyjątkiem używanej flaszki z dużym ubytkiem. Są to niesamowicie bezpieczne perfumy więc nic dziwnego, że mają tak dużą bazę fanów. Największą ich wadą jest to, że są nudne, nie ma tu bowiem nic co by od nich odrzucało, więc na ocenę poniżej 6 nie zasługują, szczególnie, że wydaje się, że jakość składników stoi tu na całkiem dobrym poziomie. Plusy jakieś są, a to, że przeżyłem zawód to już swoją droga. Jeśli chcecie polować na ciężko dostępne perfumy jak myśliwy na zwierzynę to nie na terenie Gucciego.

    zapach: 6,0/10
    trałość: 6,0/10
    projekcja: 5,5/10
    cena: 1000-1200 zł za 100 ml. Szaleństwo
    podobne: Carven Carven Homme
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 234/150
    Zoologist Dodo (2019)

    Dzisiaj wcześnie bo ruszam na dwutygodniowy urlop do Polski. Najpierw 3 dni odpoczynku w moim ukochanym Krakowie do którego jeszcze kiedyś mam nadzieję wrócić na stałe, a potem powrót do rodzinnego zadupia.

    Dodo to perfumy, które po czarującym otwarciu zapowiadały się doskonale, jednak zanim zdołałem się nimi dobrze nacieszyć to pozostała po nich ledwo wyczuwalna baza. Gdyby nie to ocena mogłaby być o wiele wyższa.

    Dla ludzi, którzy poznali już Dodo, nie będzie raczej żadnym zaskoczeniem jak powiem, że liczi jest tu prominentnym składnikiem. Otwarcie jest przez to owocowo słodkie, ale w żadnym stopniu kobiece. Później jest też trochę świeżo, wchodzi paproć, jodła, ambergirs i limonka, a gdy to wszystko zaczyna się kręcić do głosu dochodzą ostrzejsi zawodnicy jak piżmo czy mech. Niestety następnie zapach jednak zaczyna się ulatniać i staje się wyczuwalny tylko przy skórze. Niektórzy mówią, że jest tam wyczuwalny odór moczu lub potu ale ja to odbieram jednak mniej fizjologicznie i czuje tam po prostu bardziej cielesne piżmo. Po niebanalnym owocowym zapachu nagle zostają jednak już tylko wspomnienia. Czuć jedynie bazową ambrę, piżmo i może coś tam jeszcze przez co jest mi się cholernie smutno.

    O samym aromacie tyle. Jeśli chodzi o jego unikatowość to bez dwóch zdań Dodo jest wyjątkowy, ale nie do końca pozytywnie. Wyróżnia się na tle innych dzieł marki Zoologist między innymi tym, że szybko staje się bliskoskórny i mimo, że czuć go długo to nie projektuje. O ile nawet po testach nadgarstkowych większość zapachów dobrze siedziała na skórze, tak tutaj musiałem po godzinie mocno się napracować żeby coś poczuć.

    Dodo to zapach z niewykorzystanym potencjałem. Ciekawy początek, niezłe rozwinięcie i nagłe zakończenie, bez happyendu. Gdyby podrasowano tutaj parametry a niektórym akordom dano bardziej dojść do głosu (paczula, balsam jodłowy!) to byłoby lepiej, a tak ocena taka a nie inna. Ostatni plus wędruje za noszalność, bo bez dwóch zdań nie są to jakoś specjalnie trudne do zakładania perfumy.

    Dodam, że to ostatni recenzowany zapach z serii Zoologist z 6 z przodu. Generalnie miała ta recenzja pójść przed lepiej ocenioną Pandą ale mi się zawieruszyła na dysku.

    zapach: 6,5/10
    trwałość: 7,5/10
    projekcja: 6,0/10
    cena: 680 zł za 60 ml
    pokaż całość

    źródło: dodox.jpg

    •  

      @dr_love: Piękny, rajski zapach.

      Świetne otwarcie, które może nas przenieść na egzotyczne wyspy tym jednym psiknięciem na nadgarstek.
      Słodkie liczi na otwarciu. Pamiętam jak miałem obawy z połączenia liczi i róży bo w sporej liczbie kompozycji wychodzi z tego mocny kwas, a tutaj zaskoczenie na duży plus.
      Szkoda tylko właśnie tego jak szybko zanika.
      Zwierz wychodzi za sprawą właśnie tego piżma.
      Mokra ziemia po opadach plus wspomniane piżmo wychodzi w bazie więc dla fanów zapachów deszczowych też coś się tutaj znajdzie. Ja odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z lasem tropikalnym po lekkim deszczu. Lubię takie zapachy.

      Co do noszalności to pełna zgoda. Jednak trzeba przyznać, że na mocne upały się nie nada. Jest później trochę gęsto więc będzie dusił.
      pokaż całość

      +: dr_love
  •  

    #perfumy #150perfum 233/150
    Giorgio Armani Armani Code Absolu (2019)

    Dzisiaj coś popularniejszego i łatwo dostępnego dla każdego w drogerii. Zobaczymy czy przełoży się to na plusy lub komentarze ;)

    Nigdy bym nie pomyślał, że będą mógł się kiedyś wypowiedzieć pozytywnie na temat któregoś z zapachów z serii Armani Code. Mimo, że nie są to ani trochę odkrywcze perfumy to na tle innych wydawanych przez Armaniego w ostatnich latach (Diamonds, Stronger With You) wypadają bardzo dobrze.

    Napisałem, że nie są to ani trochę perfumy odkrywcze po raz kolejny mamy do czynienia z zapachem którego główną bazą jest tonka i to na niej są one oparte. Wszystko co teraz wychodzi pachnie albo podobnie do tego Armaniego, albo jak kolejny Bleu de Chanel czy Sauvage. Wcześniej były to klony Diora Homme ale ta moda najwyraźniej minęła. Oprócz tonki mamy tu owoce w postaci jabłka czy mandarynki, nie mniej syntetyczne niż w perfumach Hugo Bossa czy Paco Rabanne, słodką, kremową wanilię, lekko wyczuwalny zamsz i nuty drzewne. Bardzo typowo bym rzekł. Resztę nut można pominąć. Klimat jaki przestawia nam Code Absolu jest bliski takim kompozycjom jak np. Spicebomb Extreme, Parfums de Marly Layton czy Ultra Male – czyli z waniliowo-tonkowym zapachem z dodatkiem owoców. Jeśli mam być szczerzy to nic gorszego nie spotkało świat perfum od bardzo dawna i pozostaje czekać aż to minie. Nie wiem czy jest to zamsz czy jakiś inny składnik ale perfumy te pachną dla mojego nosa lepiej niż wszystkie trzy wymienione wyżej. Minusami będą na pewno ulepowość, nikła oryginalność i rażąca syntetyka. Jest to więc zapach bardzo słodki, gdzie ta słodycz jest tylko momentami przełamana lekka goryczką nasion marchwi. Da się też tu poczuć gałkę muszkatołową. Aromat jest też ciepły, otulający, nie jest raczej balsamiczny a bardziej pudrowy, specyficzny dla fasoli tonka, która daje waniliowo-przyprawowy zapach.

    Uniwersalność słaba. Są to perfumy raczej na wieczór i bardziej gdy jest chłodno. Kremowo-owocowa słodycz może być odpychająca nie tylko dla nas ale i dla otoczenia nawet mimo braku agresywnej projekcji. Trwałość na bardzo dobrym poziomie, a projekcja bardzo wyraźna szczególnie przez pierwsze godziny

    Pomimo tych minusów jest to najlepszy z zapachów z tej pozbawionej charakteru serii Armani Code. Zapach nie jest zły, może się podobać a przy odpowiedniej aplikacji można nawet dostać komplement. Mimo, że mnie wynudził, bo ile można wąchać to samo) to nie jest najgorzej.

    Chętnie bym opisał więcej podobnych zapachów i jak uda mi się dorwać próbki to tak zrobię. Chyba, że ktoś z Was ma do odsprzedania jakiś zestaw. Przyjmę wszystko co popularne, od Bossów po Caroline Herrere. Nikt przecież nie mówi, że recenzje mają być tylko pozytywne:)

    zapach: 6,5/10
    trwałość: 8.0/10
    projekcja: 7,5/10
    podobne: Giorgio Armani Armani Code Profumo
    cena: 110 ml za 234 zł
    pokaż całość

    źródło: arma.jpg

  •  

    #perfumy #150perfum 232/150
    Zoologist Panda (2017)

    Panda czyli bambus. Do tego zielone wysokie trawy, drzewa, orientalne kwiaty – takie mam skojarzenia z tym uroczym, zagrożonym wyginięciem niedźwiadkiem. Czy perfumy marki Zoologist faktycznie mogą przypominać to zwierzę? Trochę tak. Znaczy, jakby ktoś mi kazał nazwać je ich zwierzęcą nazwą po powąchaniu próbki to bym pewnie nie trafił ale jakby mi dał wybór a) panda b)kot c)indyk to już pewnie bez większych problemów wybrałbym biało-czarnego mieszkańca Azji.

    Panda pachnie mi na początku czymś jakby morką glebą za co najpewniej odpowiada bambus w połączeniu z paczulą a ma to imitować las bambusowy. Z czasem pojawia się herbata i reszta zielonych ingrediencji. Po naturalnym i tym trochę gorzkim początku wchodzą elementy owocowej słodyczy i jest to zdecydowanie najlepsza część Pandy. Zapach staje się taki ciepło-słodko za sprawą ambry, wanilii i drzewa sandałowego dzięki czemu wzrasta jego noszalność.

    Perfumy te nosi się całkiem przyjemne. Po ciężkostrawnym początku zapach staje się już przyjemny dla nosa. Trudno jest je jednak sklasyfikować bo mamy i ziemiste otwarcie, sporo naturalnej zieleni a nawet kwiatowo-owocową słodycz. W przeciwieństwie do opisywanego ostatnio Squida jest ciekawie, perfumy się zmieniają i mogą pokazywać jakieś obrazy. Nie musi mi wcale autorka perfum nagrywać filmiku i opowiadać co chciała przekazać i czego użyła by tego dokonać. Panda broni się sama.

    Parametry tradycyjnie dobre. Uniwersalność średnia, ale jak na Zoologist to jest całkiem dobrze. Zapach nadaje się jako ciekawostka do wąchania w domu ale i fajnie spisywałby się w ciepłe, wiosenne czy deszczowe dni. Otoczenia nie powinniśmy nim specjalnie wyprowadzić z równowagi bo nie ma w sobie nic kontrowersyjnego. Na koniec dodam, że pierwsza Panda wyszła w 2014 ale nigdy nie miałem z nią do czynienia wiec nie wiem na ile różni się od opisywanej dziś wersji z 2017.

    zapach: 7,0/10
    projekcja: 7,5/10
    trwałość: 8,0/10
    cena: 590 zł za 60 ml

    https://www.parfumo.net/Perfumes/Zoologist/Panda_2017
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 231/150
    Jaguar Mark II (1995)

    Dzisiaj jeden z największych skarbów w mojej kolekcji i jednocześnie jedne z najrzadszych perfum jakie posiadam.
    Tworząc perfumy Mark II, brytyjska marka samochodowa pokazała, że nie tylko potrafi robić świetne auta. Nazwa nawiązuje do modelu luksusowego Jaguara produkowanego w latach 50 i 60 ubiegłego wieku. Opisywane dzisiaj perfumy Jaguar Mark II są rewelacyjne pod każdym względem, zapewne tak jak i tamten pojazd i wielka szkoda, że szansa na ich kupno jest praktycznie zerowa.

    Na anglojęzycznych forach nazywają takie zapachy „hidden gem”. Małe perfumowe arcydzieło o którym mało kto wie i o którym w ogóle się nie mówi. Pierwszy kontakt z zapachem i od razu wiadomo co nam przypomina – Angel Muglera. Ale sam zapach jest jakby bardziej cytrusowy i alkoholowy ale nie tak, że czujesz spirytus jak wąchając biedronkowe klony popularnych perfum, a dobrej jakości alkohol. Jakby ktoś do Muglerowskiej gwiazdki dolał odrobinę rumu, syropu z mandarynki i cierpkiej bergamotki. Paczula tak jak i w dziełach Thierry Muglera jest tutaj prominentna. Jest jakby mniej słodka a bardziej ziemista co do raczej owocowego klimatu tego Jaguara dodaje świetnego kontrastu. Balans między słodyczą, świeżością i aromatem paczuli jest tutaj na bardzo wysokim poziomie. Ładnie pachnie też baza, która jest słodko-kremowa dzięki połączeniu ambry, tonki piżma i drzewa sandałowego. Nie ma tu nie wiadomo jak dużo składników, nie ma nic wymyślnego a wszystko jest wręcz proste ale pasujące do siebie i dobrze ze sobą zmieszane.

    Parametry ma zadowalające. Nie ma podjazdu do A*Mena czy Angela ale i tak da nam dobrą trwałość i solidną projekcje. Nikt nie powinien narzekać.

    Jaguar Mark II to stuprocentowy unisex. Fanki Angela powinny się czuć w nim komfortowo a panowie, którzy bali się używać Gwiazdy będą mogli sobie teraz pozwolić na coś do niej bardzo podobnego, nawet bardziej niż A*Men. Jest to zapach reklamowany jako „for men” więc jeśli ktoś się z jakichś powodów wstydził używać babskich z nazwy perfum Mugler Angel, to teraz już nie powinien bo ma swój męski odpowiednik ;)

    Najgorsze w tym wszystkim jest to jak trudno dostępne są to perfumy. Czaiłem się na nie kilka lat aż nagle pojawiła się buteleczka na eBayu na licytacji. Nikt nawet nie licytował bo pewnie i nikt o nich nie słyszał, a ja za kilka funtów stałem się posiadaczem tego dzieła.

    zapach: 9,0/10
    trwałość: 7,5/10
    projekcja: 7,0/10
    podobne: Thierry Mugler Angel

    https://www.parfumo.net/Perfumes/Jaguar/Mark_II_Eau_de_Toilette
    https://www.fragrantica.com/perfume/Jaguar/Jaguar-Marc-II-6811.html
    pokaż całość

    źródło: okejdajmiodlewke.jpg

  •  

    #perfumy #150perfum 230/150
    Zoologist Chameleon (2019)

    Trochę to trwało ale dzisiejszym wpisem kończyny przygodę z tymi najmniej ciekawymi Zoologistami i od piątku będą już bardziej pozytywne recenzje.

    Pamiętam jak jakiś rok temu nasi wykopowi rozbiórkowicze nakręcali hype na te perfumy. Zachwalali, że szok i mimo tego, że byłem już wtedy po rozczarowujących testach w krakowskiej LuLua to mało brakowało a bym się nabrał i dołączył do hypetrainu dając im kolejną szansę.

    Zacznę od tego, że pomimo tego, że Kameleon jest unisexem to delikatnie mówiąc bardzo średnio sprawowałby się na facecie. Kwiaty, owoce te soczyste tropikalne jak i cytrusowe już od początku nas atakują, ale wszystko jest strasznie delikatne i słodkie. Najbardziej wyczuwalny jest ylang-ylang, który sprawia, że zapach ten jest odczuwany jako mocno kobiecy. Dobrze czuć owoce tropikalne jak np. kokos czy mango, a do tego jaśmin czy wanilie. Zdecydowanie zbyt różowo bo wszystko co czujemy kojarzy nam się z babą. Aromat też się specjalnie nie zmienia co nie pasuje trochę do Kameleona. Niby z czasem się wygładza i staje się bardziej piżmowy to jednak brakuje tutaj czegoś, może jakichś wyraźniejszych przypraw żeby był on odbierany inaczej.

    Trwałość 8-10 godzin a po ocenę projekcji odsyłam na parfumo.net bo moja opinia po testach z próbki nie byłaby miarodajna.

    Nie są to perfumy złe, ale są zdecydowanie zbyt kobiece i jednowymiarowe. Nawet jakbym chciał je polecić konkretnie kobietom to byłoby ciężko bo nie dość, że cena jest zaporowa to na rynku jest masa o wiele ciekawiej pachnących zapachów na które nie trzeba wydawać fortuny. Mimo ogromnej ilości składników, praktycznie w ogóle nie czuć ich złożoności, a po kim jak nie po Kameleonie mielibyśmy się tego spodziewać?

    Miało być „sztosiwo” jak ktoś na Wykopie pisał a wyszła blada dupa. Spodziewałem się, że to będzie topowy zapach
    Zoologist a okazał się tylko "taki se"

    zapach: 6,0/10
    trwałość: 8,0/10
    projekcja: 7,0/10
    cena: 680 zł za 60 ml
    https://www.parfumo.net/Perfumes/Zoologist/Chameleon
    pokaż całość

    źródło: karmakamiljon.jpg

  •  

    #perfumy #150perfum 229/150
    Xerjoff Casamorati: 1888 (2013)

    Jeśli uważacie Naxosa za słodki zapach to dla 1888 trzeba zrobić nową kategorię. Ciężko stworzyć bardzo słodkie perfumy nie będące jednocześnie przesłodzonym ulepem. Włoskiej marce się to już po raz kolejny udało.

    Tak jak i Naxos, 1888 przypomina mi trochę klimatem Pure Havane. Nie łączy ich za wiele jeśli chodzi o skład bo tutaj główne skrzypce grają ambra i drzewo sandałowe ozdobione cynamonem i innymi orientalnymi przyprawami. Są tu bowiem i goździki i czarny pieprz, jest szafran, kolendra. Łączy ich natomiast podobny typ, takiej gładkiej i ciepłe, miodowejj słodyczy, w tym wypadku raczej kwiatowo-orientalnej z dodatkiem róży i ylang-ylang. Czuje tu tez coś wiśniowego chociaż próżno jest wiśni w składzie 1888 szukać. Jest też trochę drzewnie, bo oprócz drzewa sandałowego mamy oryginalnie pachnącą brzozę. Bardzo sympatycznie się to ze sobą wszystko komponuje.

    Unisex, bardziej na chłodne dni, ale niekoniecznie zimę. Jeśli Naxos jest raczej bardziej męski, to tak myślę, że tego mogą spokojnie nosić tak samo i kobiety jak i mężczyźni. Zapach nie pachnie jakoś za bardzo niszowo, a bliżej mu do mainstreamowych wypustów stworzonych na bazie wysokiej jakości składników (np. zapachów Toma Forda(, więc będzie łatwy w noszeniu dla każdego komu podobają się miodowo-słodkie dziwadła

    1888 nigdy nie zbierał za dobrych opinii w recenzjach co mnie dziwiło od w sumie pierwszego poznania kilka lat temu w krakowskiej Tiger & Bear. Momentalnie też spodobał się mojej dziewczynie co nie jest tak oczywiste jeśli chodzi o niszowe zapachy.

    Bardzo dobre parametry. Niemal wieczna trwałość i wielogodzinna projekcja, ale chyba jednak odrobinę mniej krzykliwa niż w Naxosie. Chyba mój drugi ulubieniec od Xerjoffa. Jeśli macie jakieś ekstra hajsy, które chcielibyście wydać na zapach "premium" to o wiele lepiej będzie je wydać na 1888 niż na Tobacco Vanille albo co gorsza perfumy Parfums de Marly.

    zapach: 8,5/10
    trwałość: 9,0/10
    projekcja: 8,5/10
    podobne: Moresque Contessa, Mugler Mirroir des Majestes (jest to podobno zapach na którym się Xerjoff wzorował. Nie znam, nie potwierdzam).
    cena: obecnie dochodzi do 1000 zł za 100 ml i 300 zł za 30 ml. Da się jednak go kupić do 7 zł za mililitr tylko trzeba być cierpliwym.
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 228/150
    Zoologist Beaver (2016)

    Mam wrażenie, że ostatnio nikt prawie nie czyta moich wpisów ( ͡° ͜ʖ ͡°) nie poddaje się bo za bardzo lubię sobie popisać o takich gagatkach i nawet czasem jak wywoła się jakaś dyskusja to jest fajnie.

    Ciężko byłoby opisać bobra zapachem. Najlepiej chyba byłoby połączyć nuty ziemiste, dodać dużo surowego drewna i tonę kastoreum. Pytanie tylko czy dałoby się to nosić? Twórca poszedł trochę w innym kierunku ale i tak wyszły perfumy, które ciężko byłoby założyć gdzie indziej niż we własnym ogrodzie. Jest to kolejny zapach w tej serii, którego nosić się nie da co znaczy, że na optymistycznie napisane recenzje Zoologistów musicie jeszcze zaczekać ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Bóbr śmierdzi. Ciężko jest powiedzieć o nim, że jest nijaki, ale nijak jego aromat ma się do tego czym są w zamierzeniu perfumy. Od początku pachnie bagnem i mokrą ziemią czyli świetnie odwzorowuje naturalne środowisko tego zwierzęcia. Później wchodzą nuty morskie czyli kolejny plus dla twórcy za łączenie aromatu ze skojarzeniami. Następnie wchodzą bliżej nieznane syntentyczne akordy morskie i tutaj bóbr robi się już trochę bardziej ciekawy a nawet trochę noszalny. Drzewne i trawiaste składniki dają taki trochę herbaciany klimat, wchodzi lekka słodycz a zapach robi się podobny do Fahrenheita albo Kitona Black. Baza jest natomiast wyraźnie skórzana i zwierzęca, ale nie w pozytywnym znaczeniu.

    Ciekawe rozwinięcie to jednak za mało bo przez większość czasu na skórze Beaver śmierdzi zwierzęcym futrem połączonym ze skórą, bagnem gdzie zieleń wydaje się być zgniła zamiast żywa. Nikt tu raczej nie oczekiwał, ze będzie pachniało jakimś motylem ale to nie jest usprawiedliwienie na brak argumentów za noszalnością Beavera.

    Trwałość dobra, ale odrobinę gorsza niż w większości produkcji marki. Być może przez to, że testowałem po-reformowe 2016, która jest nową wersją perfum wydanych 2 lata wcześniej. Opinie o projekcji możecie zasięgnąć na parfumo czy fragrantice.

    Podsumowują są to bardzo trudne perfumy. Mimo tego, że momentami przypominają coś co faktycznie można nazwać perfumami to jednak przez większość czasu śmierdzą.

    zapach: 5,5/10
    trwałość: 7,0/10
    projekcja: 7,0/10
    cena: 590 zł za 60 ml
    pokaż całość

    źródło: beavv.jpg

  •  

    #perfumy #150perfum 227/150
    Shay & Blue Salt Caramel (2014)

    Londyńska marka Shay & Blue nie należy do zbyt popularnych w naszym kraju. Portfolio nie mają jakiegoś zbytnio bogatego ale są tam pozycje nietuzinkowe, np. gourmandowe jak dzisiejszy bohater czy typowo kwiatowe jak np. Dandelion Fig, którego chciałbym bardzo poznać. Czy warto zagłębiać się w twórczość tej angielskiej niszowej marki? Salt Caramel mówi, że tak i może to być nawet coś lepszego od przecenionej Jo Malone.

    Solony karmel odkryłem pare lat temu jedząc lody w takim smaku. Od tamtego czasu zwykły karmel mógłby dla mnie nie istnieć. Perfumy te pachną dosłownie jakbyśmy wąchali taki jeszcze ciepły, dopiero co przygotowany solony karmel. Niektórzy porównują je do Jeux de Peau, ale perfumy Lutensa są bardziej mleczne. W Salt Caramel jest też bardziej gęsto a zapach jest też jakby bardziej maślany niż mleczny. Na lekki minus jest to, że można wyczuć tutaj odrobinę syntetyki i szczególnie pod koniec mam wrażenie jakbym wąchał mój 0 kaloryczny sos, którego czasem dodawałem do twarogu czy serka wiejskiego a którego nienawidzę.

    Parametry dobre. Trwałość na skórze około 10 godzin. Projekcja na mnie dobra, ale muszę przyznać, że bałem się przesadzać z ilością psiknięć bo jest chyba zbyt ciepło na niego. Dziewczyna miała go ostatnio na sobie w pracy i czułem go od niej stojąc jakiś metr po paru godzinach od aplikacji. Rewelacja. Nie jest to może A*Men ale aromat jest dobrze od nas i tak bardzo wyczuwalny.

    Ciekawy i unikalny w swoim aromacie gourmand. Warty poznania jak i pewnie cała marka Shay & Blue, która być może ma jeszcze coś równie ciekawego co Salt Caramel.

    zapach: 7,0/10
    trwałość: 8,5/10
    projekcja: 8,0/10
    cena: 55 funtów za 100 ml
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 226/150
    Zoologist Dragonfly (2017)

    Dragonfly to subtelny, kobiecy zapach zapach po którym spodziewałem się trochę więcej. Twórcy nie udało się wykorzystać w pełni ciekawych składników i można powiedzieć, że wyszło to wszystko trochę rutyniarsko. Dzień po testach na dobrą sprawę nie pamiętałem już jak te perfumy pachniały co nie będzie najlepszą rekomendacją.

    Ważka mnie trochę zawiodła. Spodziewałem się tutaj wyrazistrzego unisexa a dostałem zdecydowanie kobiecy, kwiatowy aromat. Tak wytworne składniki jak ryż czy nuty deszczowe nie podrasowały wcale jakoś tych perfum. Po lekko musującym, cytrusowo-aldehydowym otwarciu zapowiadało się nieźle, ale potem wszedł heliotrop i zrobiło się zbyt pudrowo co w połączeniu z aldehydami mogło wydawać się trochę za bardzo old-schoolowe. Kwiat wiśni, irys i lotus jeszcze bardziej podkreśliły kobiecą sferę tych perfum. Oprócz kwiatków można się pokusić o stwierdzenie, że jest w tych perfumach coś jakby morskiego. Nie wiem czy to za sprawą tych tzw. nut deszczowych ale całkiem nieźle to pachnie. W bazie oprócz drzewa sandałowego da się poczuć coś na wzór skóry, co też może się podobać. Well done.

    Co do parametrów to mam wrażenie, że Dragonfly znikał ze skóry szybciej od reszty testowanych zwierzaków. Przez pierwsza godzinę był świetnie wyczuwalny ale potem pachniał już tylko bardzo delikatnie.

    Generalnie po raz kolejny mam do czynienia z perfumami Zoologist, które są tylko ok. Niestety nie ma w nich czegoś co by sprawiło, że wziąłbym je pod uwagę szukając czegoś dla dziewczyny. Większość tych przechylonych na damską stronę perfum tej marki jakoś mnie nie pociąga i chyba bardziej wole tych „poważniejszych” zawodników.

    zapach: 6,5/10
    trwałość: 7.0/10
    projekcja: 7,0/10
    cena: 590 zł za 60 ml
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 225/150
    Penhaligon’s Elixir (2008)

    Pisząc tę recenzję mam na sobie ostatnie krople Elixiru. Wielka szkoda, że miałem tylko 5 mililitrową odlewkę bo zapach ten został wycofany (jak większość zresztą świetnych perfum marki) i będzie go pewnie cholernie ciężko dostać.

    Postanowiłem je kupić tak naprawdę tylko dzięki obecności eukaliptusa w składzie bo jest to jedna z moich ulubionych nut. Sam zapach jest dziwnie świeży i lekko słodki. Mimo wielu składników ciężko jest znaleźć coś co pachnie mocniej od reszty co jest siłą tych perfum. Mamy cedr, wspomniany eukaliptus jako prominentny składnik, kardamon, kwiat pomarańczy, absolut jaśminu i wiele innych ciekawych komponentów, które możecie sobie zobaczyć na parfumo czy fragrantice. Pisałem wcześniej, że są to dziwnie świeże perfumy bo tak właśnie je odbieram. Tak naprawdę bardzo trudno je sklasyfikować, bo dzięki cedrowi mamy klimaty drzewne, kwiatowe za sprawą róży, absolutów kwiatu pomarańczy czy jaśminu, a nawet kadzidlane. Wychodzi z tego bardzo ciekawy i unikalny w swoim aromacie eliksir.
    .
    Uniwersalność bardzo wysoka. Elixir nadaje się do pracy, do wyjścia na siłownie czy na randkę. Kolega w poprzedniej pracy jeszcze w Polsce powiedział, że na te wszystkie perfumy którymi pachnę każdego dnia te są najlepsze. Krzyczał z drugiego końca biura i mimo, że było to już ponad rok temu to pamiętam jakby to było wczoraj bo takich tekstów się nie zapomina, ba, czasem to nawet je się zapisuje w notatkach na parfumo ;)

    Parametry są ok. Nie ma szału, ale po godzinie od aplikacji będą wyczuwalne z drugiego końca biura na przykład ;)

    Jeśli lubicie np. Royal Mayfair Creeda to Elixir jest w bardzo podobnym klimacie. Ja osobiście wole perfumy Penhaligon’s i stawiam je wyżej od Creeda. Szkoda, że zostały wycofane.

    zapach: 7,5/10
    trwałość: 6,0/10
    projekcja: 6,0/10
    podobne: Creed Royal Mayfair, ale to tylko moje odzcucie. Nie wiem czy ktoś inny widzi podobieństwo między nimi.

    Offtop: chciałbym zrobić jakąś baze moich wpisów bo jak widzicie jest ich trochę ponad 150, a już mam wiele przygotowanych w wodzie, ale po pierwsze nie mam pomysłu a po drugie czasu. Nie wiem też jak za to się zabrać. Koleżka podsunął mi wordpressa ale nie wiem czy chce mi się w to bawić.
    Jest niby lista w excelu z odnośnikami ale niestety nieaktualizowana. Najwyżej zrobie kiedyś w wolnej chwili nową, chyba, ze macie jakieś pomysły. Pozdrawiam.
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 224/150
    Zoologist Hummingbird (2015)

    Dziś znowu skupimy się na typowo damskiej produkcji Zoologista. Koliber przypomina mi trochę kobiece zapachy z przełomu lat 80 i 90. Nie ma tu nic szokującego, taki zwykły psikacz, który ani nie grzeje ani nie ziębi.

    Nuty jakie mogą tu być wyczuwalne to m.in miód, wiciokrzew, piwonia czy mimoza. Baza jest kremowa, czuć piżmo, drzewo sandałowe ambrę, ale są także składniki znane z „fougere” jak kumaryna, przypominająca w zapachu siano czy mech. Są też owoce jak wiśnia, jabłko czy cytryna. Duże bogactwo składników jak widać po składzie. Aromat w tym przypadku faktycznie pasuje do tytułowego kolibra i najbardziej jednak skupiony jest na kwiatach czy nektarze. Nektarowa słodycz kwiatków sprawia, że słabo nadawałyby się do faceta. Nie ma tu też raczej nic gourmandowego mimo kwiatowej słodyczy, owoców i czegoś na wzór miodu także fani jadalnych perfum muszą szukać gdzie indziej.

    Parametry dobre. Trwałość praktycznie zawsze w przypadku marki Zoologist jest jednakowa, czyli 8-10 godzin. Projekcja na dobrym poziomie.

    Mimo, że perfumy te są sprzedawane jako unisex to jednak nie będą one dobrze leżały na facecie. Jest to poprawny, bardzo kobiecy zapach w lekkim stylu retro, nie dający niestety nic ekstra. Cena zupełnie nie pasująca do tego co nam oferują te perfumy bo nie ma w nich nic co by je jakoś wyróżniało, nawet pośród perfum marki Zoologist.

    Nie lubię opisywać takich perfum gdzie nie bardzo jest co o nich powiedzieć ale jeśli obiecałem to dotrzymałem słowa. Wpis odwalony, można się rozejść.

    zapach: 6,5/10
    trwałość: 8,0/10
    projekcja: 7,5/10
    cena: 60 ml za 590 zł
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

    •  

      będzie już tylko lepiej

      @dr_love: to się okaże doktorku ;]

      ja, tak samo jak @Ryshardi, lubię ten zapach i, wraz ze słowikiem, mam go oznaczonego jako planowany zakup w przyszłości :)

      +: dr_love
    •  

      @dr_love: Kolejny świetny zapach od Zoologist!
      Jeden z tych najbardziej bezinwazyjnych zapachów w menażerii.

      Rzut okiem na nuty i można utwierdzić się w przekonaniu, że to damski zapach ale od pierwszego machnięcia skrzydłami Koliber przepięknie współgra na męskiej skórze.

      To piękny kwiatowo-owocowy zapach. Ileż tu można wyłapać poszczególnych nut!
      Niech nikogo nie odrzuci ta bogatość, ten ogrom w spisie nut, to nie Tiziana Terenzi, że mamy wymienione dwadzieścia składników, a jesteśmy w stanie wyczuć maksymalnie trzy.

      Piękny słodki nektar z wyczuwalnym bzem, konwalią, wiciokrzewem oraz mimozą. Owocowa uczta w postaci wiśni, jabłka oraz gruszki. Bardzo fajnie to współgra ze sobą.
      Pachnidło o wydźwięku czegoś spokojnego, wręcz idyllicznego. Zapach wiosny, zapach wczesnego lata.

      Trzeba też dodać o tytanicznej trwałości bo jest naprawdę do zmycia.
      pokaż całość

      +: dr_love
    • więcej komentarzy (5)

  •  

    #perfumy #150perfum 223/150
    Tauer Perfumes L’Air des Alpes Suisses (2019)

    Tauer Perfumes L’Air des Alpes Suisses to pierwsze perfumy Andy'ego Tauera jakie poznałem. Jak tylko przeczytałem zapowiedź i to, że zapach będzie miał odwzorowywać alpejskie powietrze to wiedziałem, że będę robił wszystko by je zdobyć. Co prawda byłem tylko w Alpach włoskich ale świetnie wspominam to czyste, górskie powietrze i z pewnością jeszcze tam kiedyś pojadę.

    L’Air des Alpes Suisses czyli Powietrze Alp Szwajcarskich ciężko jest rozłożyć na czynniki pierwsze. Jest to kompozycja, której siłą jest to jak świetnie zgrane są ze sobą komponenty. Są tu jakieś bliżej nieznane zioła, jest w niedużej ilości ambergris a także jodła nadająca leśną świeżość perfumom. Całość jest bardzo aromatyczna i lekko słodka. Da się tęż wyczuć kwiaty z alpejską lilią na czele. Doskonale spisały się ostatnio u mnie jak było ciepło a wiejący lekki wiatr potęgował tylko doznania. Balans między świeżością, słodyczą i chłodem zachowany w najlepszy możliwy sposób.

    Płacąc tak wysoką cenę za zapach trzeba mieć wysokie oczekiwania choćby względem parametrów. Tutaj mamy bardzo dobrą trwałość i niezła projekcję, która przez pierwszą godzinę jest zadowalająca i dopiero później gaśnie, dając jednak o sobie znać od czasu do czasu. Mam jednak ten problem, że angielski klimat jakoś lepiej działa na parametry a te perfumy testowałem na razie tylko w Polsce, więc możliwe, że parametry będą jeszcze lepsze.

    Chłodny, odświeżający i lekko słodki aromat perfum stworzonych przez Andy’ego Tauera może faktycznie przenieść nas na wiosenny poranek w Alpach Szwajcarskich. Mimo, że przed zakupem odlewki nigdy nie testowałem żadnych kompozycji Tauera to nie byłem do nich sceptycznie nastawiony. Czytając skład jego zapachów zawsze znajdowałem coś intrygującego. Dziś posiadam już kilka jego perfum i każde z nich są wysokich lotów. Oczekiwania zostały spełnione a ja jeszcze bardziej zaczynam się rozglądać za perfumami Tauer Perfumes. Świetne, uniwersalne pachnidło które zdaje się świetne przekazywać obrazy swoim aromatem.

    zapach: 8,0/10
    trwałość: 8,0/10
    projekcja: 7,0/10
    cena: Koło 500 zł za 50 ml.
    https://www.parfumo.net/Perfumes/Tauer/l-air-des-alpes-suisses
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 222/150
    Zoologist Nightingale (2016)

    Nightingale czyli słowik. Nazwa perfum podpowiada zatem, że można się spodziewać lekkiego, wiosennego, kwiatowego zapachu. Czy tak jest w rzeczywistości?

    Zacznę od tego, że ze wszystkich perfum Zoologist, Nightingale jest według mnie najbardziej damski. 100% kobiece perfumy, które skupiają się wokół białego piżma i kwiatów moreli. W składzie występuje też m.in. róża ale nie czuć jej zbytnio co mi się akurat podoba. Zerkając na frangrantikę, zobaczyłem, że jest to kompozycja stworzona przez perfumiarza z Japonii co ani trochę mnie nie dziwi. Nightingale to chyba najbardziej japońskie perfumy jakie znam. Nie żadne Issey Miyake czy Kenzo, które jedynie brzmią japońsko i nie mają prawie nic w swoim portfolio co przypominałoby Kraj kwitnącej wiśni, a Nightingale od Zoologist pachną właśnie tak jak wyobrażam sobie rodzącą się do życia wczesną wiosną Japonię. Jest lekko, świeżo, czuć białe kwiaty ale także oud.

    Nie jest to jakaś skomplikowana kompozycja ale przyznać trzeba, że pachnie wyjątkowo. Jedyne co mi trochę przypomina Nightingale to kwiatowe perfumy z początku lat 90 gdzie ograniczano ilość aldehydów w kompozycjach. Na fragrantice niektórzy piszą, że Nightingale przypomina im perfumy babci, czego totalnie tego rozumiem. Nie ma to ani aldehydów ani taniego olejku różanego kojarzonego z zapachami używanymi przez starych ludzi więc nie wiem skąd się biorą takie porównania.

    Jak w większości perfum Zoologist tak i tutaj mamy dobrą trwałość. Projekcja według parfumo.net też wygląda obiecująco. Gdyby były o połowę tańsze to przemyślałbym może nawet i zakup flakonu. Po cenie po jakiej chodzą normalnie jednak podziękuje.

    zapach: 7,0/10
    trwałość: 8,0/10
    projekcja: 8,0/10
    cena: 60 ml za 590 zl
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 221/150
    Acqua di Parma Colonia Leather (2014) (EDCC)

    Do czasu poznania Colonia Leather, ze wszystkich Tuscan Leatherowych skór najbardziej podobał mi się La Yuqawam. To czym Acqua di Parma bije wszystkie te podobne perfumy na głowę to wplecenie znamienitych cytrusów, które dają większą soczystość i świeżość przez co są bardziej Tuscan niż Tuscan Leather.

    Prawdziwa włoska skóra, ze świeżymi cytrusami, kwiatami i wspaniałą drzewną bazą nieobecną ani u Forda ani u Arabów z Rasasi, składającą się z cedru atlaskiego i paragwajskiego drzewa gwajakowego. To co wyróżnia Colonia Leather na tle innych podobnych perfum to też ich lekkość. Kwiatowe czy owocowe składniki sprawiają, że nosi się je cholernie łatwo, można zarzucić je latem i nie zastanawiać się czy podusimy otoczenie. Nie odejmuje to jednak klasy tym perfumom. Bogactwo i wysoka jakość składników zapewnią też włoską elegancję z której słynie marka. Wiele ludzi szukając lżejszej i bardziej noszalnej wersji Tuscan Leather sięga po Ombre Leather Toma Forda a według mnie są to perfumy kilka poziomów gorsze od dzieła Acqua di Parma. W porównaniu do Colonia Leather wypadają blado, brak im głębi i charakteru i pachną trochę jak druga woda po kisielu.

    O komplementach nie ma sensu wspominać. Otoczenie uwielbia Acqua di Parma i bez względu czy założę średnią w moim mniemaniu Mirre, klasyczną Essenze czy Ouda to i tak każdy będzie zachwycony. Cytrusy jakich używa włoska marka są na nieosiągalnym dla wielu poziomie a to właśnie one są z reguły najbardziej lubiane przez otoczenie.

    Zaskakujące są też fenomenalne jak na koncentrację aromatu parametry. Mamy do czynienia z Eau de Cologne Concentree a trwałość jest iśćie tytaniczna (jak na skoncentrowaną wodę kolońską oczywiście) i na mojej skórze dobija spokojnie do 10 godzin. Projekcja przynajmniej przez pierwszą godzinę jest wyraźna i zostawiam za sobą lekki ogon.

    Najlepsze skórzane perfumy jakie poznałem do tej pory. Sprawdzałem niby w Notino wersje Eau de Parfum i na pierwszy niuch pachniała niemal identycznie ale były to zbyt krótkie testy żeby powiedzieć więcej. Nie mam pojęcia czy można je kupić jeszcze w tej koncentracji. Oby.

    zapach: 9,5/10
    trwałość: 8,0/10
    projekcja: 7,0/10
    podobne: Acqua di Parma Leather (Eau de Parfum), a także wszystkie Tom Ford Tuscan Leather i jego klony.
    cena: 60 ml za 320 zł, ale kiedyś testery były jakoś troszkę ponad 200 zł za 125 ml
    pokaż całość

    źródło: adp.jpg

  •  

    #perfumy #150perfum 220/150
    Zoologist Squid (2019)

    Wysoka ocena na parfumo.net, świetne recenzje, nietuzinkowe nuty, zapowiadało się naprawdę świetnie, szczególnie, że od zawszę lubię morskie klimaty. Najlepszy w tym wszystkim okazał się ostatecznie jednak tylko flakon...

    Jak kałamarnica to miała być głębia oceanu, słoność wody, może jakieś glony albo inne wodorosty. Zamiast tego dostałem staw albo jakieś bajoro, słono też nie było wystarczająco a raczej trochę słodko i do tego bardzo płytko. Na frangrantice czytam, ze Squid to nowatorska próba ukazania morskiego aromatu, a dla mnie jest zupełnie odwrotnie. Nie ma tu nic ciekawego, nie pachnie unikatowo a przypomina mi raczej syntetyczne, morskie świeżaki z lat 90. Nie jest to może Wings for Men Giorgio Beverly Hills ani Horizon od Guya Laroche ale wcale tak mocno jakością od nich nie odstaje. Zupełnie nie wykorzystano to potencjału tak świetnego składnika jak ambergris. Jak powinien on pachnieć odsyłam twórców Squida do Colonia Ambra Acqua di Parmy. W składzie jest roślina o bardzo dziwnej nazwie – nagarmotha, ale nie jestem w stanie powiedzieć jak to pachnie. Powinien być też atrament, czystek czy np olejek petigrain czyli bardzo ciekawe komponenty, ale albo jest ich tutaj bardzo mało albo reszta jest taką chemiczną bombą, że ciężko jest je wyróżnić. Aromat jest praktycznie taki sam od początku do końca i żadna nuta nie próbuje wyjść przez szereg. Ewidentnie siłą ich jest całość i ciężko tutaj doszukiwać się czegoś ekstra od pojedynczych składników. Oceanu i morskości jak na lekarstwo, chyba, że dla kogoś czymś takim będzie ambrowo-waniliowa, odrobinę słona baza.

    Trwałość jak zawsze, czyli spokojnie ponad 8 godzin pachnąc bardzo wyraźnie. Po ocenę projekcji odsyłam na parfumo.net.

    Są to chyba najmniej wyróżniające się perfumy mark Zoologist. Gdyby przed testem ktoś mi powiedział, ze to enty flaner Acqua di Gio albo Gucci Guily to uwierzyłbym. Plusem tego zapachu jest to, że jest dość uniwersalny i raczej nikt nie powinien czuć się w nich dziwnie. Nie jest to generalnie złe pachnidło a poprawne aż do bólu i zbrodnią byłoby kupić flaszkę w cenie ze jaką wołają sobie twórcy.

    zapach: 6,0/10
    projekcja: 8,0/10
    trwałość: 8,0/10
    cena: 590 zł za 60 ml

    https://www.parfumo.net/Perfumes/Zoologist/squid
    pokaż całość

    źródło: sq.jpg

  •  

    #perfumy #150perfum 219/150
    Serge Lutens Bornéo 1834

    Bornéo 1834 to kolejne dzieło Lutensa, które na jakiś czas zniknęło ze sklepowych półek pare lat temu I dopiero niedawno zostało wznowione w serii Gratte Ciel. Ostatni raz gdy je wąchałem gdy były dostępne stacjonarnie to zapamiętałem je jako mocno paczulowe, wręcz czekoladowe i słodkie perfumy. Dzisiaj będąc już w posiadaniu tych perfum moje odczucia są takie same a ich aromat podoba mi się tak jak wtedy.

    Paczula służyła kiedyś jako środek odstraszający ćmy. W 1834 została sprowadzona z indonezyjskiej wyspy Borneo do Paryża i zyskała dużą popularność wśród kobiet do czego nawiązuje Serge Lutens w nazwie perfum. Dla mnie, jako wielkiego fana Muglerowskich Angelów jest to więc obowiązkowa pozycja. Borneo jest raczej liniowe i nie zmienia się zbytnio na skórze. Od samego początku atakuje nas połączeniem paczuli i kakao. W składzie da się wyczuć też żywicę labdanum i momentami lekko kadzidlany klimat. Kakao, które daje taki wyraźnie czekoladowy posmak sprawia, że Bornéo nie pachnie tak ziemiście jak np. Javanese Patchouli Ermenegildo Zegna’y, natomiast w obu tych perfumach wyczuwam coś jakby smar albo smołę czego nie ma np. w Angelu Muglera, ale według niektórych jest już w starym A*Menie. Słodycz jest też zupełnie inna niż u Muglera u którego da się wyczuć karmel czy po prostu zwykły cukier, tu jest to jakby polane masą czekoladową zrobioną z dobrej jakości kakao. Są to zatem ciemniejsze i bardziej intensywne perfumy od tych najpopularniejszych z paczulą w roli głównej. Jest też dość pudrowo co może podobać się także kobietom.

    Parametry są trochę poniżej moich oczekiwań. O ile trwałość jest solidna, 7-8 godzinna to jednak projekcji trochę mocy brakuje i zapach zbyt szybko staje się blisko skórny.

    Zdecydowanie jest to unisex, zahaczający o gourmand. Lepszy będzie na chłodniejsze dni i bardziej wieczorowo niż dziennie. Mimo, że nie jest to typowy paczulowiec a perfumy kakaowo-paczulowe to i tak w kategorii perfum opartych na paczuli, obok Chanel Coromandel i Javanese Patchouli jest to chyba najlepszy zapach w tym klimacie. Polecam

    zapach: 8,5/10
    trwałość: 7,0/10
    projekcja: 6,0/10
    podobne: Novaya Zarya Patchouli Magique
    cena: 591 zł za 100 ml
    pokaż całość

    źródło: borneo.jpg

    •  

      @dr_love: No tu się zgodzę, jeżeli chodzi o unikalność to zapachy CH są faktycznie bez niczego rewolucyjnego a wręcz na zasadzie "gdzieś to już wąchałem". No chyba, że najpierw trafisz na Caroline to stwierdzisz odwrotnie. No ale tak już mają zapachy designerskie, że w większości są zrobione tak, aby podobały się jak największej liczbie osób i jak jest moda na jakiś zapach to zaraz każdy wypuszcza swojego odpowiednika.
      Jeżeli chodzi o mnie to doceniam CH za wyjątkowo dobre parametry (na mnie oczywiście), bo w niektórych warunkach potrafię wyczuć je po 10-12 godzinach od aplikacji, przy czym nie stają się blisko skórne tak szybko jak produkty "konkurencji".
      pokaż całość

    •  

      @uwielbiamnalesniki: ma, od dawna poluje na Confidental Tobacco, niestety w PL nie da sie tego dostac. Da sie za to dostac Ambre za niezle pieniadze ;)

    • więcej komentarzy (9)

  •  

    #perfumy #150perfum 218/150
    Zoologist Macaque (2016)

    Z makakiem nie mam żadnych specjalnych skojarzeń. Po sprawdzeniu Wiki okazuje się, że ssaki te zamieszkują tereny od Afryki Północnej do Japonii a to już może wywołać jakieś skojarzenia. Czy będzie to kolejne zaskoczenie od Zoologist?

    Perfumy te od samego początku do końca pachną głównie jednym składnikiem – herbatą. Jest tu herbata jaśminowa i zielona, do tego bardzo wyraźne w otwarciu zielone jabłko. W tle czuć np. piżmo i biały oud, perfumy są lekkie, ale pachną bardzo oryginalnie. Jeśli miałbym je przyporządkować do jakiejś pory roku to będzie to najpewniej wiosna. Kolory jakie przywołuje makak to zieleń i biel. Biel jako subtelność i delikatność a zieleń od herbat, traw i jabłka obecnych w składzie. Mimo, że perfum herbacianych mamy wiele na rynku to nie ma niczego co specjalnie mi przypomina Makaka, ani perfumy skrojone w stylu Gucci Pour Homme II ani te podobne do Philtre Ceylan nie będą dobrym zamiennikiem dla niego. Macaque jest świeży, herbaciany i trochę metaliczny

    Trwałość jak zawsze spoko, projekcja także. Rzadko kiedy można mieć jakieś zastrzeżenia do parametrów mając do czynienia z marką Zoologist.

    Świeże, z lekko chłodnym, może nawet lodowym rysem, a drugiej strony czymś trochę duszącym, jakby osłabionym dymem. Jest też trochę słodko i całkowicie unisexowo. Nie da się powiedzieć czy bardziej męsko czy damsko. Perfumy z niezłym balansem aromatów ale mam wrażenie, że trochę zrobione bez pomysłu. Poznać warto, ale czy opłaca się kupować? Raczej nie. Poprawny zapach, ale w takiej cenie nie warto sobie nim zaprzątać głowy. Będą gorsze i mniej ciekawe pozycje od niego.

    zapach: 6,5/10
    trwałość: 8,0/10
    projekcja: 7,5/10
    cena: 590 zł za 60 ml

    https://www.parfumo.net/Perfumes/Zoologist/Macaque
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 217/150
    Davidoff Zino (1986)

    Niesamowicie popularne ostatnio perfumy Toma Forda Beau de Jour często są nazywane prawie, że kopią YSL Rive Gauche, nawet przez społeczność tutaj na Wykopie. Według mnie niezasłużenie bo łączy je tak naprawdę tylko klimat „barbershop” a od początku do końca pachną zupełnie inaczej i trzeba mieć mocno spłaszczony zmysł węchu żeby dojść do takich konkluzji. Zapach marki Tom Ford jest cieplejszy i pozbawiony metaliczności z której słyną wycofane w ubiegłym roku perfumy Yves Saint Laurent. Zino, mimo, że dużo starszy od Rive Gauche jest według mnie bliższy Beau de Jour i to o wiele, choć ciągle nie będzie to klon.

    Bałem się kupować Zino bo wszechobecne były opinie o jego „dziadkowości”. Faktycznie, jeśli dla kogoś dziadem będzie Azzaro pour Homme to i Zino mógłby być tak kojarzony, jednak dla mnie staromodny to może być gęsty jak las Quorum albo skórzano-przyprawowy Aramis. Zino to perfumy łączące świeżość i elegancję czyli to co ludzie najbardziej lubią w „fougere”. Na początku jest szałwia z bergamotką i lawendą. Później gdy bergamotka gaśnie wchodzi paczula i nuty zielone z mchem na czele. Lawenda jest obecna przez cały czas. Świeże, czyste, ale też bardzo bogate w swoim zapachu dające dużo elegancji i klasy dzięki nitom drzewnym. Nie czuć syntetyki ani prostoty znanej z Cool Water, ani też dziadowego smrodu z Davidoff Classic. Nie są to perfumy, które wyprzedziły swoją epokę, bo takie były Azzaro pour Homme wydane 9 lat wcześniej, ale jest to zapach, który idealnie wstrzelił się w swoje czasy i jeszcze przez wiele lat inspirował perfumiarzy i zachwycał pokolenia.

    Parametry bardzo dobre. Trwałość na wysokim poziomie, projekcja również, minimalnie słabsza niż w Beau de Jour ale ciągle więcej niż oferuje nam większość perfum na rynku.

    Perfumy z rodziny fougere, bez znaczenia czy te aromatyczne jak Rive Gauche czy te bardziej drzewne jak Zino z reguły należą do bardzo uniwersalnych i tak też jest tym razem. O ile nie będziecie na początku negatywnie do nich nastawieni to będziecie mogli je używać i jako swój daily zapach jak i do bardziej formalnych okazji. W lecie Zino mimo swojej gęstości potrafi nam dać nieco świeżości a zimą poczujemy się otuleni drzewno-paczulowo-ambrową bazą.

    Globalnie założyłem je raz i w pracy dostałem komplement od znajomego. Dziewczyna, która uważa Rive Gauche i Beau de Jour za nic specjalnego też pochwaliła jakość Davidoffa i powiedziała mi w pracy, że mocno projektuje. Tak więc na razie moge spokojnie powiedzieć, że Zino się może podobać.

    Internetowi rycerze kościoła reformulacji donoszą o dużych zmianach w zapachu na przestrzeni lat. Nie znam wersji produkowanej przez Lancaster ale jestem w stanie w to uwierzyć choćby ze względu na mech drzewny obecny w składzie.

    Fantastyczne perfumy, które niestety zostały trochę zapomniane. Bodajże 2 lata temu Davidoff zdecydował się je wycofać z produkcji ale nadal można je kupić w internetowych perfumeriach za śmieszne pieniądze. Lepiej jest kupić je teraz żeby nie było sytuacji jak z Tzarem, że chwile po wycofaniu nadal był po 80 zł i z dnia na dzień zniknął całkowicie a ceny skoczyły do 300+ zł. I teraz zostałem z ręką w nocniku z dwoma zużytymi w ponad połowie flaszkami 50 mililitrowymi.

    Może być to świetny wybór dla Ciebie albo Twojego starego. W tej cenie to aż żal nie kupić. A teraz zachęcam do odwiedzenia perfumomaniaka albo perfumehub i zamawiania dużej flachy.

    zapach: 8,5/10
    trwałość: 8,0/10
    projekcja: 7,5/10
    cena: 125 ml za 68 zł
    podobne: Tom Ford Beau de Jour
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 216/150
    Zoologist Elephant (2018)

    Przyznam, że początkowe testy jeszcze ze starej próbki całkiem mi się podobały, ale im dłużej z tym słoniem chodziłem na ręku tym było gorzej. Z przykrością stwierdzam, że z całej linii Zoologist jest to według mnie najgorszy zapach.

    Otwarcie ma całkiem przyjemne. Jest zieleń, jest trawiasto, dość naturalnie i można poczuć się faktycznie jak w jakiejś dżungli. Później niestety robi się dziwne syntetycznie. Nie wiem czy to za sprawą kokosa, drzewa sandałowego, syntetycznego piżma czy połączenia tych składników, ale perfumy te wydają się straszliwie mdłe, jakby mleko połączone z mydłem. Tego mleka wydaje mi się być tam za dużo, bo i w połączeniu z jaśminem czuć to aż zbyt wyraźnie. Nie wiem co te mleczne akordy mają w zamiarze nam przywoływać ale nic ze słoniem ani z dżunglą to wspólnego nie ma. Nawet całkiem niezłe, herbaciane nuty nie poprawiają jakości tego marnego aromatu.. Zapach staje się nienadający do noszenia i nawet wąchanie własnego nadgarstka staje się straszliwie nieprzyjemne. Smród.

    Parametry dobre, ale Zoologista stać na większą trwałość. Tutaj miałem może z 8 godzin trwałości, a mam dwie próbki z różnych źródeł. Projekcja niezła, jak na częściowo zielone perfumy dobra, jak na samą markę średnia ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Różne są gusta, ale osobiście nie dałbym rady wytrzymać więcej niż jednej sesji z tym zapachem. Kiepskie, sztuczne i pozbawione realizmu akordy słabo łączą się z dość naturalną zielenią. Taki zapach z dupy, nie mający według mnie nic wspólnego z nazwą. Nosi się to źle. Aromat perfum nie nadaję się nawet do wąchania w zaciszu domowym bo robi się od niego niedobrze. Do tego jeszcze ta zaporowa cena, ehh. Żałosna próba stworzenia artystycznego aromatu.

    zapach: 3,0/10
    projekcja: 7,0/10
    trwałość: 7,5/10
    cena: 60 ml za 590 zł
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 215/150
    Xerjoff Join The Club: 40 Knots

    40 Knots to bardzo ciekawy zapach. Lista nut na fragrantice zupełnie nie pokrywa się z tym co czuje mój nos. Mają to być z założenia perfumy morskie ale żadnego morza tam nie czuje, bardziej kwiaty, drzewo i syntetyczną słodycz.

    Co raz bardziej skłaniam się tezie, że marka ta jest nieco przeceniana. Nie można im zarzucić co prawda tak strasznej wtórności jak np. Parfums de Marly czy Tiziana Terenzi, ale cena bardzo często nie oddaje tego co czujemy gdyż niektóre zapachy są mało oryginalne i perfumy bronią się tylko doskonałą jakością.

    40 Knots, czyli 40 węzłów żeglarskich, nie pachnie jak coś co znam ale ten aromat jest sam w bardzo dziwny i nie do końca tak czarujący jak się spodziewałem. Zamiast nazywać go „morskim” nazwałbym go albo kwiatowo-drzewnym, albo po prostu kremowym. Najbliżej mu do jakiegoś zamszu albo drzewa kaszmeranowego, a według producenta miał on nawiązywać do klubów jachtowych. Morskości tam nie ma prawie wcale, pojawiać się ona może jedynie razem z ciepłymi, waniliowymi akordami po tym jak minie kwiatowo-cytrusowe(?) otwarcie. Nawet „Aquatic vanilla” będzie zbyt mocnym określeniem w tym przypadku. Czytając recenzje miałem nawet przez chwilę wrażenie, że ktoś z wykopu kto mi sprzedał tę odlewkę pojebał etykiety bo żadnego „marine” tam prawie nie czułem i jakieś porównania do Cool Watera to już w ogóle są o kant dupy potłuc. Kremowość to sprawka wanilii i być może jakiegoś alkoholu, bo perfumy te mają w sobie coś szampańskiego. Do tego czuje wyraźnie, słodycz i cytrynową świeżość wplątaną w aromaty drzewne o których tak jak i wspomnianym alkoholu nie ma żadnej wzmianki w piramidce nut.

    Parametry nie są jakieś wybitne. Trwałość typowo dla niszowym pozycji czyli około 8 godzin, projekcja jak na markę bardzo przeciętna, powiedziałbym wręcz, że po godzinie robi się subtelna albo dyskretna.

    40 Knots jest raczej syntetyczną, żywą kompozycją, zrobioną nad wyraz dobrze. Nos przeciętnego człowieka bez problemu wyczuje, że są to perfumy o wysokiej jakości i większej klasy od tego z czym ma do czynienia na co dzień w wąchalniach na "D" czy "S". Osobiście nie porwały mnie jakoś bardzo i znam kilka lepszych zapachów tej włoskiej marki. Minusem też jest cena, która jak to często z niszowymi zapachami bywa, jest nieadekwatna do tego co perfumy te nam oferują. Dziwny zapach, którego nie do końca rozumiem.

    zapach: 7,0/10
    trwałość: 8,0/10
    projekcja: 6,0/10
    podobne: Dior Ambre Nuit
    cena:50 ml za 620 zł.

    https://www.parfumo.net/Perfumes/Xerjoff/Join_The_Club_40_Knots
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 214/150
    Zoologist Moth (2018)

    Nastraszyliście mnie tą Ćmą a okazała się ona bardzo przyjemną pozycją. Bardzo dobre, niszowo pachnące perfumy mogące się podobać otoczeniu.

    Na początku czuć kwiaty, bardzo dużo kwiatów i jakiś słodkawy syrop przez co perfumy wydają się bardzo eleganckie i dojrzałe. Potem wchodzą przyprawy takie jak kmin, cynamon, pieprz i szafran, a po poczuciu paczuli i drzewa gwajakowego perfumy zaczynają iść w kierunki Mancera Red Tobacco i Costume National Soul a ich klimat staje się szpitalnie-syropowy. W takim też stanie, otoczona dymem Ćma trwa do końca swojej bytności na skórze.

    Ciepły, może nawet lekko dymny charakter tych perfum sprawia, że nie są one jednak zbyt trudne. Spodziewałem się tu jakiegoś obślizgłego robactwa, małej noszalności, czegoś wyjątkowo nieperfumowego, a wyszła ciekawa, niszowa kompozycja, której aromat można pamiętać jeszcze na długo po aplikacji i czerpać radość z jej noszenia. Zupełne przeciwieństwo Bata, który jest ziemisty i pozbawiony słodyczy, tu mimo „szpitalnego” akcentu w końcowej fazie jest i żywiczna słodycz, jest dym, są wyszukane kwiaty i bogactwo przypraw. Pełne głębi, złożone perfumy.

    Trwałość wyśmienita, przekraczająca 10 godzin, a ocenę projekcji przekleje z parfumo.net. Kolejny duży plus Ćmy.

    Jeśli szukacie czegoś kontrowersyjnego to w Moth tego nie ma, powiem więcej, w mainstreamie znajduje trudniejsze perfumy jak np. Gucci Guilty Absolu czy Memoir d’Une Odeur.

    zapach: 7,5/10
    trwałość: 9,0/10
    projekcja: 8,0/10
    podobne: Mancera Red Tobacco, Costume National Soul - oba momentami przypominają Moth mimo zupełnie odmiennych początków.

    https://www.parfumo.net/Perfumes/Zoologist/Moth
    pokaż całość

    źródło: 32738294_995981150571629_5537730423993401344_n.jpg

  •  

    #perfumy #150perfum 213/150
    Jean Patou Patou pour Homme (1980)

    Dzisiaj będzie trochę historii i ciekawostek, nie wiem czy lubicie czytać o takich rzeczach, ale mnie takie coś fascynuje;)

    Nie wiem czy wiecie, ale Patou pour Homme to najbardziej pożądane perfumy przez perfumową społeczność internetową i trwa to mniej więcej od początku obecnego wieku. Nieważne czy wejdziecie na basenotes, fragrantike czy parfumo to o Patou pour Homme będą pisali jak o Świętym Graalu. Nie wiem do końca z czego się to wzięło bo Patou można jeszcze dostać jeśli ma się odpowiednie fundusze, a już np. jego flankera – Patou pour Homme Prive niekoniecznie i musimy czekać aż pojawi się w zbójeckiej cenie na Ebayu, a pojawia się o wiele rzadziej od dzisiejszego bohatera.

    Poczytałem sobie kiedyś na nocnej zmianie wszystkie posty zawierające frazę „Patou pour Homme” na basenotes i pisano tam m.in. o tym, że jeszcze koło 1995-1996 roku nie było jakoś ciężko je dostać i normalnie bywały dostępne w perfumeriach. W 1997 zniknęły całkowicie z półek, a warto nadmienić że było to kilka lat przed tym gdy marka Jean Patou została zakupiona przez Procter & Gamble co miało miejsce w 2001. Najprawdopodobniej nie było już wtedy też Patou pour Homme Prive. Niegdysiejsze perfumerie internetowe (prawdopodobnie jakieś najstarsze w internecie) sprzedawały w relatywnie niskiej cenie stary stock jeszcze do około 2003 roku i co mądrzejsi zaopatrzyli się wtedy we flaszki warte pewnie koło 70 dolarów i już w 2005 puszczali je z dobrym zyskiem na forum czy Ebayu. Jak sytuacja miała się w Polsce nie mam pojęcia. O tym, że polska Sephora była pełna Shiseido Basali w 2003 roku słyszałem, o tym, że Iquitosa można było kupić za 70 zł także ale o Patou nigdy nic nie przeczytałem. W 2013 marka Jean Patou postanowiła wyprodukować remake dawnego zapachu stworzonego przez Jean Kerleo i wypuścić go w serii Heritage. Jako osoba posiadająca te perfumy powiem, że łączy je tylko nazwa. Sam zapach jest zupełne niepodobny i nawet jako flanker się nie sprawdza.

    Patou pour Homme to legendarne dzieło stworzone przez wybitnego, leciwego już dziś mistrza Jeana Kerleo, który obecnie jest prezesem Osmotheque czyli największego na świecie archiwum zapachów. Perfumy w otwarciu pachną bardzo agresywnie i wręcz zwierzęco. Nie jest to jakiś unikatowy aromat bo przypomina wiele powerhousów z tych lat, m.in. wydanego w tym samym roku Rochas Macassar, którego lubię oraz Diora Jules, za którym nie przepadam. Ale podobieństw do innych perfum jest zdecydowanie więcej. Te mocne, drzewno-skórzane otwarcie na szczęście nie trwa długo i Patou zaczyna się wygładzać, do głosu dochodzą lżejsze nuty takie jak np. wetyweria i robi się bardziej „fougere”. Ale znów nie trwa to długo. Bardzo wyraźne są tu przyprawy w postaci pieprzu i szałwii, do tego baza drzewna stworzona z drzewa sandałowego mysore, mchu dębowego i labdanum i zapach dalej jest mocno gęsty.

    Czy są to perfumy dziadkowe? Powiem szczerze, że spokojnie można by je tak nazwać. Mimo dużego bogactwa składników jest to bardzo slaby wybór na blind buy, chyba, że chcecie na nich zarobić.

    Parametry powerhousowe, chociaż było kilku większych zawodników w tych latach. 10 godzinna trwałość i mocna projekcja to gwarant jeśli chodzi o Patou pour Homme.

    Po tym co piszą o tych perfumach w Internecie spodziewałem się nie wiadomo jak zajebistego i co najważniejsze unikatowego dzieła, którego zamienników próżno szukać. Jeśli lubi się podobne klimaty to jestem w stanie wymienić kilka, łatwiej dostępnych, które może nie są jakoś bardzo podobne ale jednak stworzone w tym, wcale nie zapomnianym klimacie, którego osobiście zwolennikiem nie jetem – Dior Jules, Antonio Puig Quorum, Bijan Men, Halston 1-2 itd. Zupełnie ciekawiej na papierze prezentuje się Patou pour Homme Prive mające być podobno zapachem w stylu Zino czy Rive Gauche, ale tego gagatka jest dostać cholernie ciężko.

    Czy podoba się otoczeniu? Wątpię. Zapytałem wczoraj dziewczynę co o nich sądzi to powiedziała, że śmierdzi jak woda po kiszonych ogórkach. Dla mnie aromat jest zbyt drzewny a brak słodyczy i mała świeżość potęgują tutaj negatywne skojarzenia. Bogactwo składników wcale tutaj nie pomaga i nie zmienia mocno ciężkiego klimatu.

    Płacić 700 dolarów za perfumy, które się fatalnie zestarzały, nie pachną wcale wyjątkowo a mają jedynie nieuzasadniony, niepohamowany hajp, który trwa już od połowy lat 90, jeszcze przed erą basenotes i innych for internetowych? Nie zrozumcie mnie źle, to ciągle znakomicie skrojone perfumy, ale nie pasujące zupełnie do czasów w jakich przyszło nam żyć. Wolałbym wydać te pieniądze na 10 butelek RIve Gauche. Z tego roku mamy też np. Rochas Macassar, który jest o wiele lepszy i Mirkom, którym go ostatnio odlałem bardzo się spodobał ;)

    zapach: 7,0/10
    projekcja: 8,0/10
    trwałość: 9,0/10
    podobne: Dunhill Blend 30 i Giorgio Beverly Hills Red – oba podobno najbardziej przypominają PPH ale oba są też ciężko dostępne. Z tych, które poznałem i można by je nazwać dalekimi krewnymi będą np. Dior Jules, Antonio Puig Quorum, Bijan Men, Halston 1-2, Rochas Macassar
    cena: około 3320 zł. Ale pojawiają się taniej. Trzeba czekać i walczyć z setkami napaleńców na Ebayu. Kilka lat temu poszła używana flaszka na allegro za poniżej 900 zł, a w ubiegłym miesiącu prawie nieużywany after-shave splash za 118 funtów na angielskim eBayu.

    Swoją próbką dostałem od Rafała, który napisał do mnie kiedyś na Instagramie i mam od niego kilka trudno dostępnych flakonów oraz kilka próbek takich Białych Kruków jak właśnie PPH czy Egoiste Concentree. Nie wiem czy masz tu konto ale wiem, że to czytasz. Jeszcze raz wielkie dzięki!
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 212/150
    Zoologist Bat (2015)

    No to zaczynamy recenzje zwierzaków. Dzięki Mirkowi @Mu5hr00m mogę sobie je teraz dokładnie potestować, bo mimo, że większość i tak już sprawdzałem stacjonarnie to czym innym jest spokojne testowanie perfum w zaciszu domowym a czym innym szybkie testy bloterowe w jednej z krakowskich perfumerii. Zrecenzuje je wszystkie, jedne dłużej, inne krócej bo niestety nie o każdym będzie można za wiele powiedzieć. Nie będę natomiast codziennie dodawał Zoologistów żeby nie było nudno ;)

    Pierwszym nieszczęśnikiem, którego opiszę będzie Bat.

    Banan, ziemia, mirra, owoce tropikalne to jedynie niektóre nuty zapachowe znajdujące się w tej kompozycji. Ciekawe składniki prawda? Zacznę od otwarcia – jest ono żałosne, katastrofalne, nienadające się nawet do dłuższego wąchania własnego nadgarstka. Jest mocno ziemiście, mam też wrażenie, że później pachnie jakby ktoś wlał flaszkę wina w doniczkę pełną ziemi w której stoi jakiś kwiatek. Daje to wszystko taki błotnisty klimat. Inne skojarzenie jakie mi się nasuwają to przemoczone skarpety po wypadzie do ulewie lasu. Pod koniec jest już lepiej. Zapach zaczyna przypominać coś co faktycznie można nosić. Czuje tu duże podobieństwo do Chopard Oud Malaki i mniejsze do Armani Code Absolu. Ciemne, wilgotne i bardzo naturalnie stworzone perfumy. Mimo tej nie najgorszej końcówki, dla mnie Bat nie nadaje się do noszenia. Jeśli ktoś chce aby tytułowy nietoperz przeniósł go do wilgotnej i ciemnej jaskini to tak się też stanie, ale tą jaskinią niech zostanie wasza własna piwnica.

    Trwałość bardzo dobra. Czuć go przez 10 godzin bardzo wyraźnie. Projekcje przekopiuje z parfumo.net bo niesprawiedliwie byłoby ją oceniać testując zapach z małych próbek, głownie nadgarstkowo.

    Noszalność, która jest podstawą tego jak oceniam zapachy jest na bardzo niskim poziomie. Za tym idzie także i niska uniwersalność bo perfumy te nadają się jedynie do używania we własnym domu, najlepiej z dala od innych domowników, no chyba, że nie żyjemy z nimi w dobrych stosunkach i im bardzo źle życzymy..

    Jeśli chcecie zapoznać się z marką Zoologist to nie zaczynajcie od Bata bo może to się skończyć szybkim pożegnaniem z marką.

    Ciekawy koncept, ale jako perfumy się nie sprawdza. Sztuka dla sztuki? Ja tego nie kupuje, przynajmniej nie tym razem. Na plus naturalność, dobrej jakości składniki i parametry.

    Na koniec dodam, że nie jest to ani najlepszy ani najgorszy zapach marki Zoologist jaki przetestowałem ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    zapach: 4,0/10
    projekcja: 7,5/10
    trwałość: 8,5/10
    podobne: Olympic Orchids Night Flyer – zamówiłem odlewkę przed poznaniem dogłębnym Bata. Najprawdopodobniej skończy się sprzedażą bo Night Flyer to ponoć to samo tylko dla innej marki, stworzone przez tę samą osobę - Dr. Ellen Covey.
    cena: 680 zł za 60 ml podaje perfumomaniak.pl. Zdaję sobie sprawę, że można trafić taniej, ale podaje to co widzę. Jeśli ludzie chcą tyle płacić to voila.
    pokaż całość

    źródło: bateusz.jpg

  •  

    #perfumy #150perfum 211/150
    Serge Lutens Muscs Koublaï Khän (1998)

    Piżmo to chyba moja ulubiona nuta, ale powiedzieć „piżmo” to jak nie powiedzieć nic. Są piżma naturalne, których pozyskiwanie z gruczołów zwierzęcych jest zabronione niemal na całym świecie, są syntetyki, piżma ksylenowe, nitrowe i masa innych mających imitować oryginalny zapach naturalnego piżma. Na Frangratice pisało kiedyś, że piżmo pachnie trochę jak niemowlak, powinno być lekko słodkie i pudrowe. Po dodaniu cywetu (ekstrakt z gruczołów ssaków z podrodziny wiwerowatych) i kastoreum (ekstrakt z gruczołów bobra europejskiego) wielu spodziewałoby się brutalnego, brudnego i zwierzęcego zapachu, Kourosa na hormonie wzrostu czy smrodu tatarskiego siodła. Czy tak jest w rzeczywistości?

    Koublaï Khän, czyli wnuk Czyngis-chana od którego pochodzi nazwa perfum był pierwszym wielkim, mongolskim Chanem. Skojarzenia jakie można z tym mieć związane to brutalna, barbarzyńska siła, zwierzęcość, mongolskie stepy czy koczownicza kultura mieszkańców stepów. Perfumy te faktycznie może pachną trochę animalnie i zwierzęco ale absolutnie nie surowo i okrutnie i nie są tak brudne jak o nim mówią recenzje. Powiedziałbym wręcz, że jest tu bardziej „cieleśnie” aniżeli zwierzęco. Nie jest to też żaden Kouros na HGH czy insulinie. Piżmo jest z gatunku tych „czystych” i w żadnym wypadku nie ma tu mowy o jakiejś animalnej bestii. Cywet i kastorem jako dodatek do piżma dają faktycznie lekkiej zwierzęcości temu działu, do tego kminek, labdanum, paczula i wyraźnie waniliowo-ambrowo baza. Do tego jakieś owoce, być może jagody? Nie wiem, w składzie nie ma o tym wspomnianego. Powinna być też róża ale znika ona w towarzystwie reszty. I mamy ciepły i pudrowy zapach czystego ciała

    Podobieństwa do Kourosa też nie ma mimo wyraźnego w obu perfumach cywetu. Król jest ziołowy i zwierzęcy, tutaj jest bardzo ciepło, piżmowo a może i nawet ambrowo przez co zapachy rozjeżdżają się już na początku i pachną zupełnie niepodobnie. Nie ma też Kourosowej mocy, smrodu tatarskiego siodła ani też kociego moczu o czym można było wyczytać w recenzjach na fragrantice.

    Muscs Koublaï Khän to wspaniałe perfumy, pachnące bardzo naturalnie. Mam jednak wrażenie, że wersje które obecnie spotykamy we flakonach Gratte Ciel skąd pochodzi moją odlewka są trochę rozcieńczoną wersją starego MKK, bo daje sobie rękę uciąć, że te kilka lat temu gdy się nimi zachwycałem po raz ostatni to mocy im odmówić nie było można. Dziś projekcja jest jedynie przeciętna, mimo tylko dobrej trwałości. W ich przypadku duży overspraying może bardzo pomóc ale takie perfumy aż proszą się o większą moc.

    Uniwersalność wbrew pozorom duża. Nie są to perfumy tak kontrowersyjne jak chociażby Kouros czy Amouage Gold, nie są też agresywne ani nachalne, więc jeśli przeczytacie coś takiego w internecie to nie bierzcie tego do końca na poważnie. Nie ma tu też nic retro. Perfumy w takim stylu się nie starzeją. Ktoś zobaczy piżmo z innymi zwierzęcymi nutami i od razu zacznie mu się dziwnie kojarzyć zupełnie niezasłużenie.

    Świetnie sprawują się latem i będą dobrze leżały zarówno na mężczyźnie jak i kobiecie. Polecam. Kolejne wybitne dzieło Serge’a Lutnesa, które gdyby miało trochę lepsze parametry to dostałoby ode mnie 10. a tak odchodzi jedna gwiazdka i zostaje 9.

    zapach: 9,0/10
    projekcja: 6,5/10
    trwałość: 7,0/10
    podobne: Kiehl’s Musk – podobno. Perfumy te czekają na mnie już w domu i czy faktycznie są podobne do MKK będę mógł powiedzieć za kilka dni jak wrócę do Anglii.
    cena: ponad 600 zł za 100 ml. Mega ciężko dostępne. Mam je tylko dlatego, że Mirek @grzesinek dał mi cynka, że ktoś je rozlewa na perfuforum.
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 210/150
    M. Micallef Emir (2010)

    Po hiperoptymistycznej recenzji @KaraczenMasta, postanowiłem zapolować na te arabskie cudeńko. Wiązałem z nim duze nadzieje ale jakoś nuty nie specjalnie mnie do niego przekonywały i bałem, ze się mocno zawiodę. Do perfum które już na papierze wydają się arabskie zawszę staram się podchodzić z dużym dystansem.

    Znacie te takie najtańsze perfumy po kilka funtów od Al Rehab? Mirki z UK może kojarzą. Takim fatalnym, arabskich aromatem atakuje nas w otwarciu Emir. To jakiś duszący oud o raczej niezbyt wysokiej jakości zblendowany z geranium i przyprawami do kebaba. Modlisz się tylko żeby te otwarcie minęło jak najszybciej bo zdajesz sobie sprawę, że sytuacja w której się znajdujesz przypomina przypadkowe zaciąganie się dymem podczas próby rozpalania grilla. Gdy po chwili wchodzi paczula robi się już lepiej, zdecydowanie cieplej, bardziej słodko i zapach staje się całkiem okej. Oud się wygładza a całość robi się tak jakby miodowa. Nice. Im dalej tym lepiej, a drydown to już w ogóle klasa sama w sobiej. W końcówcę wychodzą ciekawę, mydełkowe nuty i dla mnie jest to zdecydowanie najciekawsza część. Jest czysto, piżmowo, otulająco i czuć wysoką jakość komponentów czego nie było na początku. Pomijając końcówkę to niestety zbyt długo na skórze Emir pachnie jak typowy arabski dusiciel, których testowałem masę. Parę klas niżej niż pierwszy z brzegu Amłaż. O bogactwie części głowej Testo do której nawiązał Karaczen niestety ja się nie przyłączam ale jestem w stanie zaakceptować to, że ktoś może je tak odbierać ze względu na to jak te perfumy się zmieniają.

    Tak w skrócie to Emir ma dla mnie mocno tanie, arabskie i duszące wejście, ciekawe rozwinięcie i naprawdę fajną, piżmową bazą, Nie jest tu linearnie, perfumy się zmieniają, ale jednak w tej cenie spodziewałem się czegoś ekstra, czegoś unikatowego co będe pamiętał jak pachnie a nie tylko, że będzie mi się kojarzyło z badziewnymi, oudowymi olejkami z bliskiego wschodu i dobrym drydownem.

    Parametry ma całkiem spoko. Projekcja jest wystarczająco dobra z tym, że nie używałem więcej niż 4 shotów ze względu na arabski charakter zapachu, który raczej nie należy do lubianych przez otoczenie. Mogło być jednak trochę lepiej. Trwałość dobra ale znowu nie ma szaleństwa. Po 8 godzinach zostają tylko strzępki które czuć po zaciąganiu nosem po nadgarstku. Pewne jest jednak to, że na pewno idąć gdzieś na kilka godzin nie będziecie musieli brać ze sobą dekantu.

    Ogólnie to w tej cenie jeśli nie jest się fanem bliskowschodnich, oudowych perfum, zapach pozostawia wiele do życzenia. Jeśli się takowe zapachy lubi to warto spróbować bo jak wiadomo każdy ma inny gust. Choćby dla samej końcówki i wygaszania na ciele fajnie jest zaopatrzyć się w mały dekant. Ja wole gładkie, europejskie agary w stylu Oud Wood czy M7 gdzie ten oud jest tylko dodatkiem i nie przytłacza, a tutaj jest zupełnie inaczej. Bardziej dla fanów Interlude aniżeli M7.

    Unisex? Tak, chociaż jakby moja kobieta to założyła to uciekałbym tak daleko jak tylko się da. Oryginalność tych perfum też nie jest imo wielka, wszystkie te aromaty już gdzieś czułem. Sprzedałem bez żalu.

    zapach: 6,5/10
    trwałość: 7,0/10
    projekcja: 7,0/10
    cena: koło 400 zł za 100 ml
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

    •  

      @dr_getsome: @FELIX90: Enigma nie ma nic wspólnego z Emirem, to dwie różne marki i kompletnie inne zapachy.

      @dr_love tu już wchodzą dwa aspekty: kwestia gustu i skóra :P Na mnie nawet najbardziej paskudne arabskie śmierdziuchy przeładowane agarem pachną bardzo dobrze, ale na mojej dziewczynie nawet taki super mainstreamowy Man in Black Orient "wali arabskim dziadem" i taniochą. Obecnie coraz bardziej przekonuję się do tych tanich arabów. Jeżeli jeszcze nie znasz, to polecam Raghba Wood Intense od Lattafa. Powinieneś być bardziej zadowolony, niż z tego Micallefa. W UK kupisz to za grosze, a myślę, że jakością (albo przynajmniej parametrami) przebija on nawet większość nowych wypustów od Amouage ( ͡° ͜ʖ ͡°) pokaż całość

      +: dr_love
    •  

      Raghba Wood Intense od Lattafa

      @KaraczenMasta: <3

    • więcej komentarzy (8)

  •  

    #perfumy #150perfum 209/150
    Guerlain Héritage (EDP) (1992)

    Słodkie, orientalne i bardzo głębokie perfumy z lekką nutką stylu retro ale nie powiedziałbym, że „dziadkowe”. Tak można opisać w skrócie Heritage.

    Te perfumy to klasyka Guerlaina. Bardzo złożona kompozycja, wyraźnie męska z gęstą, trochę taką balsamiczną, zawiesistą słodyczą skupiająca się chyba na raczej niewielkiem ilości składników ale świetne ze sobą połączonych. Ciężko jest jednoznacznie skategoryzować Heritage. Można nazwać ją kwiatowo-drzewną, można orientalnie-przyprawową a nawet ambrową kompozycją. Heritage tak jak i wiele innych perfum z tamtego okresu należy do eleganckich zapachów, coś jak np. Egoiste. Nuty na jakich się opiera ten zapach to m.in. drzewo sandałowe, ambra, paczula, pieprz czy lawenda. Są też słynne, Guerlainowskie cytrusy jak bergamotka i cytryna a także przyprawy takie jak kolendra, pieprz czy szałwia. Nie ma tu dominujących składników jest zachowany balans a wszystko jest skomponowane z wielką klasą jak na wielkiego perfumiarza jakim był Jean-Paul Guerlain przystało. Słodkie, drzewne, kwiatowe i ambrowe akcenty, do tego elegancja i szyk.

    Nie są to perfumy uniwersalne i słabo nadadzą się np. do biegania albo do wyjścia do klubu, bardziej bym je założył na np. jakieś rodzinne spotkanie albo do jakiegoś kościoła. Lepsze też będą dla nich chłodniejsze dni aniżeli gorące, sierpniowe popołudnia jakie mamy teraz w Polsce. Jeśli miałbym je porównać klimatem do jakichś innych perfum to dobrym przykładem będzie Equipage Hermesa czy Egoiste od Chanel. Wielu ludzi porównuje je do Danger pour Homme ręki Roja Dove czego niestety potwierdzić nie mogę ze względu na brak znajomości tychże perfum.

    Parametry są na dobrym poziomie. Wiele osób piszę, że wersja vintage ma na nich potężne parametry, ja do tych szczęśliwców nie należę, ale 8 godzin i mały ogon mam gwarantowany. Taki najzwyklejszy Guerlain bym powiedział.

    Podobno była jakaś potężna reformulacja. Nie wiem. Mam wersję w starej butelce bo z bodajże 2003 roku, która oficjalnie jest uznawana za vintage.

    Porównania do wersji EDT nie mam bo testowałem ją lata temu. Polecam fanom klasycznych kompozycji, takich jak Egoiste czy Habit Rouge. Heritage to gwarancja klasy, szyku i elegancji. Nie są to najłatwiejsze perfumy ale też daleko im do takich dzieł jak Macassar czy Antaeus, które są o wiele trudniejsze dla zwykłego śmiertelnika lubiącego perfumy.

    zapach: 8,0/10
    trwałość: 8,0/10
    projekcja: 7,0/10
    podobne: Roja Dove Danger pour Homme
    cena: za swoją flache dałem równowartość około 450 zł za 100 ml ale to jest vintage, który podobno jest dużo lepszy. Nową wersję można dostać tester za niecałe 200 zł
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 208/150
    Joop! Berlin (1990)

    Nietypowych zapachów ciąg dalszy. Dziś prezentuje damskie perfumy, w których czuje się bardziej męski niz w niejednych popularnych obecnie zapachach reklamowych jako "for men". Joop! Berlin to przepiękna, kwiatowa pozycja, której zakup w ciemno dla mojej dziewczyny okazał się ostatecznie świetnym trafem dla mnie.

    Czasy się zmieniają i wiele starszych, damskich perfum dziś nie pachnie już typowo kobieco. Habanita, Jicky, Angel (chociaż on gdy wychodził to był już unisexem), Shalimar, Coromandel, Feminite du Bois, Opium YSL, Jean Patou Ma Liberte to tylko nieliczne przykłady takich zapachów. Nawet nowsze pozycję takie jak Noir Pour Femme czy Black Orchid Forda mogą być z powodzeniem noszone przez facetów tak jak i zresztą Berlin.

    Nie jest to mocarz w stylu Habanity Molinarda, a bardziej jednak lekkie, wiosenne, kwiatowe perfumy z dodatkiem świeżych owoców, miodu i przypraw, ale też o bardzo dobrych parametrach i tak jak Habanita w lekko pudrowym stylu. Nuty jakie tu mamy to m.in żywica benzoesowa, tuberoza, wanilia, brzoskwinia, cynamon, goździki, piżmo, śliwka czy cedr. Kolejność nieprzypadkowa bo starałem się wymieniać je zaczynając od tych najbardziej wyczuwalnych a i tak nie wymieniłem wszystkich składników. Tuberoza mimo, że jest bardzo kobieca to dzięki Serge’owi Lutensowi nie mam absolutnie żadnych problemów z noszeniem perfum na jej bazie. Doskonałe połączenie świezych kwiatów i słodkich owoców, nawet lekko zahaczających o gourmand.

    Joop! Nie był by sobą gdyby nie zaprezentował zapachu z dobrymi parametrami. Berlin ma fantastyczną trwałość i dobrą projekcje, która na szczeście nie jest przesadzona przez co nie będziemy mieli efektu La Vie Est Belle i nie wystraszymy nikogo z otoczenia.

    A jak z uniwersalnościa? Cieżko jest mi powiedzieć czy Berlin jest już niemodny. Moda na podobne perfumy chyba nadal jest czego dowodzi popularność L’Interdit Givenchy, które jest bardziej unowocześnione. W przeciwieńtwie jednak do perfum niemieckiej marki, Givenchy raczej nie odważyłbym się juz założyć. Są to perfumy bardziej do osób zafascynowanych perfumami niż po prostu do kogoś szukającego czegoś nowego. Wystarczy jednak trochę odwagi i Berlin mógłby zadowolić np. wiele młodszych kobiet.

    Znakomite perfumy, co raz ciężej dostępne i droższe z roku na rok ze względu na słabą dostępność. Jeśli będzie okazja do testowania to zachęcam.

    zapach: 8,0/10
    trwałość: 9,0/10
    projekcja: 7,0/10
    cena: 50 ml za 170 funtow obecnie. Łatwo jest jednak wyrwać okazje na licytacji, mi się udało pół 100 ml flakonu kupić za 18 funtów.
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 207/150
    O Boticário Arbo Man (2002)

    O Boticário to marka dość egzotyczna jak na perfumy bo brazylijska. Dowiedziałem się o niej szukając perfum zbliżonych do syropowego M7 a oni mieli coś bardzo podobnego przez co na Arbo Man trafiłem zupenym przypadkiem licytując je w ciemno. Był to jeden z najtańszych blind buyów jakich dokonałem w ostatnim czasie i do tego jeden z bardziej udanych.

    Ten zielony świeżak to jeden z moich faworytów na najbardziej upalne dni zaraz obok Nightflighta i Vintage Green. Pachnie rześko, ziołowo, orzeźwiająco, trochę jak jakaś miętowa herbatka, choć jednak to odrobinę inny klimat niż np. Herba Fresca czy Limon Verde z serii Aqua Allegoria od Guerlaina. Nie ma tu miętowej wody z cytryną a bardziej po prostu miętowa woda z ..grejpfrutem. Da się też wyczuć coś bardzo ciekawego co widnieje w składzie a nie jest dość popularne w obecnych czasach czyli liść pomarańczy, do tego jest też całkiem wyraźny owoc grejpfruta o którym pisałem wcześniej. Mimo to jest to jednak bardziej "green" niż fruity". Nie ma tu może jakości Guerlaina ale nie ma też rażącej syntetyki. Całość pachnie przyjemnie.

    Pozytywnie zaskoczyłem się też parametrami. Moje ciało ogólnie świetnie znosi letnie zapachy i taki stary Cool Water czy Acqua di Gio trzymają wieki na mojej skórze, ale i z Arbo Manem radzi sobie ponadprzeciętnie. Projekcja jest dobra przez pierwszą godzinę czy dwie, potem jest cicho ale zauważalnie. Trwałość to takie spokojne 8 godzin, bez szorowania nosem po nadgarstku. Jak na letnie perfumy jest naprawdę dobrze.

    Dostępność ciężka. Jeśli nie mieszkacie w Polsce i przeglądacie zagraniczne eBaye to tam co jakiś czas pojawiają się perfumy tej marki. Prawdziwy hidden gem o którym nikt nie wie, a pachnie znamienicie.

    zapach: 7,0/10
    projekcja: 6,5/10
    trwałość: 7,0/10
    podobne: nie znam nic. Fragrantica podaje Hugo Energise. Wedlug mnie Hugo pachnie bardziej słodko i syntetycznie i po prostu trochę inaczej.

    https://www.parfumo.net/Perfumes/O_Boticario/Arbo_for_Men
    https://www.fragrantica.com/perfume/O-Botic-rio/Arbo-7347.html
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 206/150

    Guy Laroche Drakkar Noir (1982)

    Dzisiaj wrzucam wcześnie rano, bo właśnie ruszam w podróż do Polski po prawie roku nieobecności, a w torbie ze mną będzie podróżował bohater dzisiejszego wpisu w dwóch sztukach.

    Chyba nie skłamię jeśli powiem, że był to największy bestseller lat 80. Nie Kourousa, nie Antaeusa a właśnie Drakkara było czuć wszędzie jeśli poczytamy sobie posty na forach fragrantiki czy basenotes. Popularny był szczególnie w przedziale wiekowym 16-25, pachniały nim korytarze szkół średnich, sale gimnastyczne, uniwerki. Oczywiście nie mówimy tu Polsce gdzie na perfumy takie jak Drakkar Noir mogli sobie pozwolić sobie tylko wybrania, nie mówimy tu nawet o Europie a o Ameryce. Drakkar Noir był częścią amerykańskiej popkultury lat 80 i jeszcze długo później, do może i nawet połowy lat 90. Dziś są klony Aventusa, Sauvage’a czy Invictusa, wtedy każdy miał Drakkar Noir.

    Czym się takim ten Drakkar Noir wyróżniał? Opowiem na podstawie 2 wersji – z 1985 i 2004, których byłem przez krótką chwilę właścicielem a kupiłem je dla @fryco, któremu obiecałem namierzenie vintage (mam nadzieję, że nie będziesz zły za jednego globala i jeden testowy psik z drugiej flaszki ;-) )

    Dla mnie jest to najbardziej typowy przykład zapachu lat 80 jaki tylko można podać. Najbliższym mu aromatem będzie zapach pianki bądź żelu do golenia Gillette. Generalnie, pachnie bardzo jak kosmetyki, które pamiętam z lat 90 takie jak mydła czy dezodoranty. Z jednej strony mocny, zdecydowanie męski, wchodzący w metaliczność aromat, który możemy odnaleźć np. w wydanym wiele lat później Platinum Egoiste, a z drugiej niesamowitą ziołową gładkość i aromatyczną świeżość.

    Składników jest multum, ale ciężko jest coś tutaj wyróżnić. Czuć cytrynę w otwarciu, czuć drzewa iglaste znane np. z Alfred Sung Homme, no i przede wszystkim mech dębowy, którego niestety ze względu na restrykcje IFRA nie można już stosować. Całość aromatu jest bardzo syntetyczna co zresztą jest naturalne w perfumach z tamtych lat ale nie przeszkadza to ani trochę. Nie ma tu wrednych, proszkowych niuansów przedzierających nozdrza czy odpychającej ambroxanowej bazy znanej z popularnych obecnie perfum jadących na popularności Bleu de Chanel.

    Parametry są na dobrym poziomie. Trwałość 7-8 godzin, projekcja po prostu dobra. Pewne jest jednak to, że na pewno w tym przypadku nie mam do czynienia z powerhousem z lat 80, więc jeśli gdzieś usłyszycie teksty, że Drakkar bywał killerem to włóżcie je między bajki.

    Cała ta recenzja opiera się na wersjach starych, a myślę, że od 1982 mogło sporo się zmienić w składzie ze względu na chociażby regulacje prawne. Ostatni raz gdy psikałem sobie Drakkara na lotnisku to zapamiętałem go jednak inaczej, jako taki tani, dezodorantowy psikacz o bardzo ostrym i niefajnym, marketowym otwarciu. Te, które lecą ze mną w bagażu takie nie są.

    Bardzo przyjemne perfumy, które mogą się pochwalić tym, że już prawie 40 lat utrzymują się na rynku i dalej mają swoich amatorów. Na pewno nie są dla wszystkich ale jeśli lubicie retro klimaty to Drakkar Noir musicie poznać. Bezpieczny wybór jeśli będziecie chcieli się polubić z vintage

    zapach: 7,0/10
    projekcja: 6,5/10
    trwałość: 7,0/10
    podobne: Lomani Pour Homme, Cofinluxe Taxi
    cena: 100 ml za 100 zł

    https://www.parfumo.net/Perfumes/Guy_Laroche/Drakkar_Noir_Eau_de_Toilette
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 205/150

    Kiton Napoli (1998)

    Wylicytować praktycznie nieużywane Kiton Napoli za 15 funtów to jak wygrać z rakiem. Nie skłamię jak powiem, że jest on w Top 10 najrzadszych perfum Europie, na pewno za Patou Pour Homme Prive, Antaeus Sport Cologne czy Jil Sander Man III, ale takiego legendarnego już Patou Pour Homme ciągle można bez problemu dostać jeśli tylko ma się odpowiednie fundusze i łatwiej będzie o niego niż o Napoli. 15 funtów wydane świetne, ale czy warto byłoby za niego zapłacić dużo więcej, powiedzmy cenę po której chodzi Background Sandera, Bogner Deep Forest czy chociażby Shiseido Basala?

    Nie wiem czym pachnie Neapol bo tam jeszcze nie byłem, ale ekskluzywna marka szyjąca garnitury próbuje mi podpowiedzieć, że jest to aromat grejpfruta. Owoc ten nie należy do najczęściej pojawiających się cytrusów na listach składników co bardzo mi się podoba. Niestety oprócz wspomnianego bohatera nie czuć w nim za wiele. Fakt, pachnie śródziemnomorsko, a wraz z grejpfrutem da się wyczuć jeszcze ostrość bergamotki i jaśmin co też jest dużym plusem. Nie czuć natomiast wymienionej w składzie wetywerii co mnie bardzo smuci. Powinny być też umieszczone w piramidce jabłko czy pomarańcza i być może są, ale grejpfrut jest tak wyraźny, że razem z bergamotką unicestwiły resztę składników. Za dużo tego grejpfruta zdecydowanie przez co całą kompozycja jest jak gorzki tonik. Dużą wadą Napoli jest to, że leży on na skórze w niezmiennej formie od początku do końca gdzie czy to klasyczny Kiton Men czy Black fajnie się zmieniają. Plusem natomiast jest unikalny aromat. Niby jest to styl świeżaków z lat 90 jak np. Eternity ale jednak nie ma nic na rynku co bliżej przypominałoby Napoli. Warto też dodać o zerowej słodyczy. Są to bardzo wytrawne perfumy, przypominające mi właśnie wcześniej wspomniany tonik. Uniwersalność także ogromna, chociaż najlepszy będzie na leniwe, sierpniowe popołudnie.

    Parametry poniżej oczekiwań. Trwałość 6h max, projekcja bliskoskórna co jest zupełnym przeciwieństwem klasyka, który leżał na mnie czasem nawet i dobę. Szkoda, ale z drugiej strony jeśli chcemy go używać upalnego lata to w pewnym sensie oczekiwania swoje spełnia.

    Jeśli chcecie płacić ogromną kasę żeby powąchać Napoli to nie warto i lepiej zainwestować kasiore w starą formułę Kiton Men. Ja swojej flaszki na razie jednak nie sprzedam ze względu na jej wartość kolekcjonerską. Może jak ktoś mi zaproponuje tyle ile mi na instagramie dawali za Heaven Choparda to wtedy to przemyślę ;)

    zapach: 6,5/10
    trwałość: 6,0/10
    projekcja: 5,0/10
    cena: widywałem je kiedyś za jakieś 700 zł za 75 ml i ponad 1000 zł za 100. Obecnie nie widać ich w ogóle.

    https://www.parfumo.net/Perfumes/Kiton/Napoli_Eau_de_Toilette
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 204/150

    Joop! Homme Wild (2012)

    Dzisiaj to co wykopki lubią najbardziej, czyli tanio i dobrze. A perfumy nie byle jakie ale niestety często pomijane. "Overlooked gem" o dobrych parametrach i podatny na komplementy,

    Homme Wild to moje trzecie, świadomie kupione perfumy, które postanowiłem nabyć bazując na recenzjach i postach z fragrantiki i perfuforum. Wcześniej był tylko Uomo? Moschino i Versace Pour Homme. Mimo, ze swoją 125 kupioną te 7 czy 8 lat temu za niespełna 90 zł dawno wykończyłem to jednak tęsknota i wspomnienia związane z tymi perfumami wzięły górę i od niedawna mam już nowy flakon w kolekcji ;-)

    Homme Wild, to jeden z kilku flankerów legendarnego zapachu Joop! Homme z 1989 roku, który do dziś ma grono wielu fanów. Mimo bezpośredniego nawiązania w nazwie do klasyka, nie ma raczej z nim wiele wspólnego pod względem aromatu. Jedynym podobieństwem jest w sumie to, że oba są bardzo słodkie. Homme Wild to słodycz w stylu Coca-Coli. albo jeśli znacie np. Magnetism od Escady to mógłby to być jego daleki kuzyn. Nie ma tu tej potężnej kwiatowej projekcji znanej z klasyka a jest całkiem fajnie, klubowo czy imprezowo. W składzie jest rum i jeśli się chce się wyczuć jakieś cuba libre to się je wyczuje. Jest też imo bardziej męsko niż w klasyku. Zaletą są też niewątpliwie dobre parametry i brak zbyt mocnej projekcji znanej z Joop! Homme, która dyskwalifikuje go z wielu okazji do noszenia. Całość jest syntetyczna jak prawie zawsze w Joopie ale zrobiona z pomysłem. Wielkim plusem jest też to, ze kupując Homme Wilda nie będziemy posądzani o używanie jakiejś Zary czy czegoś innego znanego z klonowania. Homme Wild pachnie całkiem unikatowo a mimo to wpada w obecne trendy. Przeciwieństwo zapachów typu Ultra Male czy 1 MIllion, które są tak mdłe, że aż gorzkie od syntetyki ( ͡° ͜ʖ ͡°) Nie chcesz pachnieć tak jak większość tj. klony Aventusa->Sauvage'a->Ultra Male'a->Dior Homme'a->Invictusa- kup tego zawadiake.

    Dostałem masę komplementów za Homme Wild, ale ciężko mi się do tego odnieść bo było to w czasie gdy nosiłem dosłownie 5-6 perfum na zmianę, dziś przy ponad 300 perfumach o komplementy o wiele trudniej. Największym minusem jest jakiś taki emo-flakon, ale zawsze można go sobie schować gdzieś ;)

    Polecam. To według mnie taki "overlooked gem", o którym dużo osób zapomina albo nawet istnieniu nie wie. Stosunkowa niska cena, dobre parametry i wyjątkowy zapach jak na marketowe standardy. \

    pokaż spoiler babom też się podoba


    zapach: 7,0/10
    trwałość: 7,5/10
    projekcja: 7,0/10
    cena: 125 ml za około 90 zł
    podobne: Vince Camuto Solare
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 203/150

    Escada pour Homme (1993)

    Escada pour Homme to dziś chyba jedne z najtrudniej dostępnych perfum na rynku wtórnym. Niby ciągle można je kupić ale ceny są strasznie wysokie i śmiało można je stawiać w tej samej lidze białych kruków co Chopard Heaven czy Shiseido Basala. Ileż to ja się o nich naczytałem i nasłuchałem, co recenzja to same superlatywy. Warto było szukać? Zdecydowanie!
    .
    To co w nich jest tak niepowtażalne to ich gładkość. Escada Pour Homme to ciepłe, drzewno-ambrowe aromaty wymieszane z pachnącym świeżością doskonałą mydłem i aromatycznymi przyprawami. Koniak, cedr, lawenda, pomarańcze do tego masa przypraw takich jak liść laurowy, kardamon, jałowiec a wszystko na bazie piżma, drzewa sandałowego, ledwo słyszalnej paczuli i pobrzmiewającej w tle wanilii z aldehydami. Do tego pewnie wiele innych nut których nie ma sensu wymieniać bo Escada jest przeładowana składnikami jak przystało na perfumy z początku lat 90. Wszystko zmiksowane z najwyższą klasą.

    Escada pour Homme pachnie elegancko ale też i uniwersalnie, wyszukanie, niebanalnie, bardzo bogato ale ma też coś cielesnego dzięki dobrze wyczuwalnej nucie piżma. Pachnie też tak, że pasować będzie do wielu okazji o każdej porze dnia i roku Nada się do garnituru ale i na zwykłe, niezobowiązujące wyjście z domu. W zimie też jako zapach kominkowy zrobi dla nas świetną robotę.To są jedne z tych perfum w których wyobrażam siebie podczas własnego ślubu. Klasa bije od nich na kilometr. To jest coś takiego jak Rive Gauche, że niby uniwersalne ale jak powąchasz to wiesz, że masz do czynienia z wysokiej jakości perfumami w których nie wyobrażasz sobie po prostu typa na co dzień używającego Armani Code albo Invictusa.

    O uniwersalności i wyjątkowości już napisałem więc czas skupić się na parametrach. Tutaj niestety minus, głównie przy ocenie projekcji. Brakuje mi lekkiego ogonka i pewnie gdyby nie to, to dałbym ocenę maksymalną za zapach. Niby aromat jest wyczuwalny bo mimo, że nosiłem je zaledwie 2 czy 3 razy od kiedy je kupiłem to zdołano mnie już zapytać o to co tak ładnie pachnie, ale jednak było to w miarę świeżo po aplikacji. Godzinę dłużej na ciele i byłoby w sam raz. Trwałość koło 7-8 godzin.

    Obłędne perfumy. Najbliższymi Escadzie zapachami są inne ciężko dostępne pachnidła. Shiseido Basala, które pachną bardzo podobnie jednak mają zdecydowany kadzidlany charakter, którego tutaj brak. Jest też flanek Escady Pour Homme - Silver Light Edition, który tutaj wcześniej opisywałem i który pachnie jak Escada Pour Homme z wyeksponowanym jabłkiem, grejpfrutem i miętą

    Wielka szkoda, że ta marka zrezygnowała nie tylko z produkcji Escada pour Homme ale i ogólnie z robienia męskich perfum bo robili to cholernie dobrze. Mangetism, Casual Friday, Sentiment to kolejne lubiane po dziś dzień produkcje

    Escada Pour Homme to biały kruk, drogi jak cholera i cieszę się niezmiernie, że mam 40 ml które udało mi się nabyć zafoliowane za z tego co pamiętam jakieś 50 funtów. Steal jak cholera, bo za 100 ml niekiedy trzeba płacić czasem koło 200 funtów, a w Polsce pamiętam 40 za 390 zł. Takiej ceny oczywiście nie warto płacić ale jeśli trafi się setka za połowę tego, na co są niestety znikome szanse to warto.

    Jedne z tych perfum gdzie hajp nie jest sztuczny tylko ze względu na słaba dostępność ale dlatego, że to po prostu wyborny zapach.

    zapach: 9,0/10
    projekcja: 6,0/10
    trwałość: 7,0/10
    cena: 590 zł za 75 ml 848 zł za 125 ml
    podobne: Escada pour Homme Light Silver Edition – to jest najbliższy mu zapach, jest to bardziej letnia i owocowa wersja EPH. Dalekim krewnym też może być Basala, która jednak jest kadzidlana i mniej mydlana.
    pokaż całość

    źródło: tmp-cam-6849841433905246715.jpg

    •  

      @WujekAtom: Z tego co pamiętam to pachniały całkiem niepodobnie do innych i bardzo fajnie (jak zresztą każdy Kenzo). Miał je kiedyś znajomy u którego mieszkałem i był to jego signature scent razem z Allure Homme Sport. Chwalił zawsze after-shave balm Kenzo Homme Sport ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Chciałem je kiedys kupić ale naczytałem się o słabych parametrach i odpuściłem. Dziś już słabo je pamiętam poza tym, że były spoko

    •  

      @dr_love:
      Opinie o słabych parametrach często się powtarzają. Muszę to przemyśleć ;)

      Dzięki.

      +: dr_love
    • więcej komentarzy (10)

  •  

    #perfumy #150perfum 202/150

    Aramis Bermuda Tonic (2005)

    Bermuda Tonic to perfumy, które nie dość, że w żaden sposób nie przypominają innych perfum marki Aramis to i nie są specjalnie podobne do niczego na rynku, a najbliżej im od Virgin Island Water Creeda, których można nazwać dalekim kuzynem. Opinie są różne, od świetnych po katastrofalne o czym może powiedzieć @kret_w_granulkach, któremu ten zapach nie przypadł do gustu ani trochę. Generalnie są to perfumy o których istnieniu wie bardzo mało osób i przez ich słabą dostępność ciężko też o dobre recenzje.

    Bermuda Tonic to kokosowo-limonkowa mieszanka z dodatkiem ananasa i rumu. Perfumy te przypominają ludziom często albo olejek do opalania albo egzotyczny koktajl prosto z Karaibów. Oba porównania są trafne. Balsamiczność zapachu sprawia, że porównanie do olejku nasuwa się od razu. Limonka, ananas, rum, kokos, mimo, że bardzo chemiczne to podane jako świeży, słodki koktajl. Bardzo przyjemny. Jedyny mankament to zbyt dużo kwasowości od limonki, gdzie w takim Creed jest wszystko świetnie wyważone.

    Parametry to niestety nie jest mocna strona Aramis Bermuda Tonic. Projekcja jest cicha, wyraźnie słabsza niż w Virgin Island Water. Trwałość też nie jest zbyt długa. Jeśli jednak chcemy traktować je jako typowo kolońskie perfumy i po prostu dopsikiwać się nimi w upalne dni leżąc na plaży to będzie to dobry wybór

    Nie wiem w sumie co miałbym więcej o nich napisać, generalnie tak pachą jak się nazywają i ciężko je dostać w Europie, w Polsce to juz w ogóle. Zapach typowo na lato, który raczej nie sprawdzi się zimą czy jesienią. Na Karaibach nie byłem ale planuje w maju wybrać się na St. Lucia i na pewno zabiorę ze sobą odlewkę. Warto spróbować, a czym Wam się spodoba to nie wiem. Specyficzny aromat, dość unikalny i bardzo słabo dostępny w Europie poza Wielką Brytanią.

    zapach: 7,0/10
    trwałość: 5,5/10
    projekcja: 5,0/10
    cena: 150 funtów za 100 ml.
    pokaż całość

    źródło: berr.jpg

  •  

    #perfumy #150perfum 201/150

    Xerjoff Shooting Stars: Uden (2007)

    W swoim 25 wpisie opisywałem bardzo ciekawe, trochę już zapomniane ale cenione od wielu lat perfumy Nikos Sculpture tutaj do poczytania. Kosztujące około 60 zł za 100 ml i gwarantujące uniwersalność perfumy Nikos Sculpture mają słodki, bardzo przyjemny i podobający się otoczeniu zapach o nie najgorszych parametrach. Dziś opisze ich klona, który kosztuje na chwilę obecną 950 zł za 50 ml. Tak, renomowany Xerjoff to zapach bardziej niż mocno inspirowany aromatem perfum kosztujących 60 zł, a nie odwrotnie. Czy Uden to zwykła zżynka zapakowana w ekskluzywnie wyglądający flakon czy jednak podrasowana wersja klasyka? Zdaje się, że jednak to pierwsze.

    Nie mam co prawda teraz przy sobie Nikosa bo został u ojca w Polsce więc nie porównam go ręka w rękę, ale pamiętam go na tyle dobrze żeby opisać różnice i podobieństwa. Po pierwsza oba są syntetycznie. Nie łudźcie się, że kupując tak drogiego Xerjoffa i teraz będziecie czuli fenomenalne cytrusowe nuty z których słynie włoska marka. Nie tym razem. Jest tu kremowa. Wręcz mocno waniliowa cytryna podobna do tej z Allure Homme Edition Blanche, ale np. wymienionego w składzie grejpfruta nie czuć wcale. Oprócz cytryny to w sumie tylko ta wanilia i może drzewo sandałowe, które dokłada trochę do tej kremowości. W sumie to tyle. Miał być rum, ambergris, kawa. Ciężko. Zapach z każdą minutą staje się co raz banalniejszy i nawet prostszy od Nikosa, gdzie jest jeszcze bergamotka, mandarynka czy pomarańcza. Lubię proste zapachy ale jednak wzorując się na czymś można to było zrobić ciekawiej.

    Pomimo tego wszystkiego, ta nieskomplikowana kompozycja pachnie po prostu bardzo ładnie i gdyby nie to, że znam i cenię perfumy na których się wzorował Uden to oceniłbym ten zapach lepiej. Można było z tego wyciągnąć o wiele więcej, tak jak np. w Naxosie gdzie czuć podobieństwo do Pure Havane ale tylko momentami a sam zapach hipnotyzuje. Podobnie jest we Fiero, które nawiązuje trochę do Eau Sauvage i kolońskich zapachów z lat 60 i 70. Tutaj jest zbyt prosto, a wszystkiego jest zbyt mało.

    Uden broni się parametrami i pod tym względem jest lepszy od Nikosa. Trwałość bardzo dobra. Projekcja, dłuższa i wyraźniejsza od tańszego protoplasty.

    Tak jak i Nikos, Uden powinien być crowdpleaserem. Mojej dziewczynie przypadł do gustu bardziej niż Sculpture, ale to pewnie ze względu tego, że po prostu go bardziej czuć.

    Czy warto więc go kupić? Według mnie lepiej sprawdzić Nikos Sculpture i porównać je z Udenem. Podobieństwie to na moje oko około 75-80%, więc nie jest to do końca taki klon jak on nim pisałem we wstępnie ale cena jest tak wysoka, że według mnie ekonomiczniej wyjdzie jeśli sobie zrobimy dekanta z Nikosa i będziemy go po prostu ze sobą zabierali żeby się nim dopsikiwać.

    Spodoba się z pewnością fanom takich perfum jak Roma Uomo Laury Biagiotti. Chanel Allure Homme Edition Blanche czy Paloma Picasso Minotaure.

    zapach: 7,0/10
    trwałość: 8,0/10
    projekcja: 7,5/10
    podobne: Nikos Sculpture Homme
    cena: 950 za 50 ml, ale da się wyrwać taniej od czasu do czasu.
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 200/150

    Yves Saint Laurent Kouros Fraîcheur (1993)

    Jubileuszowy wpis to i perfumy musza być wyjątkowe. Wiedziałem, że zakładając sobie liczbę 150 i tak na niej się nie skończy. Zbyt lubie perfumy żeby przestać o nich pisać.

    Pamiętam jak rok temu miałem ból głowy co wziąć w maju ze sobą na wycieczkę po Italii. Wziąłem w końcu 2x więcej perfum niż miałem w planach w tym bohatera dzisiejszego wątku, który został największym wygranym w moich oczach

    Kouros Fraîcheur to w dużym skrócie wygładzony, bardziej cytrusowy Kouros. Letni Kouros dla którego im większa temperatura tym jest lepiej bo jest pozbawiony wszelkich animalistycznych nut z cywetem na czele, który jako główny składnik Króla odrzuca na starcie wiele amatorów perfumwego boga. Mimo, że wywalono z niego animalne nuty to jest dalej coś zwierzęcego w tym Fraicheur. Próżno tam szukać piżma ale perfumy te pachną bardzo męsko, a owoce takie jak ananas czy bergamotka świetnie łączą się ze świeżym zapachem kwiatu pomarańczy, pikantnie orientalnym imbirem i świeżą wetywerią. W bazie jest natomiast ambra z bardzo delikatną paczulą, które nie wychodzą przed szereg. Kouros Fraîcheur pachnie lekko, owocowo, wakacyjnie ale nie jest pozbawiony pazura. Doskonale nadaje się na upały bo nie przydusi ani nas ani tak jak Król Kouros osób z najbliższego otoczenia. Nie znaczy to jednak, że nie ma dobrych parametrów. 7-8 godzin na skórze i niezła wyczuwalność przez pierwsze dwie godziny. Jak na zapach typowo wakacyjny to jest wystarczająco dobrze i nie widziałbym sensu aby projektował mocniej. Można też spokojnie w nim wsiąść w środku lata do zatłoczonego tramwaju w Krakowie..

    Nie są to perfumy dalej produkowane ale nadal można je z łatwością kupić z drugiej ręki nie wydając przy okazji milionów tak jak to trzeba niestety poczynić z najlepszym w mojej opinii flankerem Kourosa – Eau de Sport na którego już od paru dobrycg lat mam dużą ochotę .Zostało mi jeszcze trochę w odlewce ale rozważam przed następnymi wakacjami zakup pełnego flakonu, no chyba, że pojawi się dobra okazja na eBayu. Jeśli pytacie mnie czy warto to potwierdzam, że tak i wcale nie trzeba być fanem Kourosa bo to bardzo oryginalny świeżak na lato. Najbliżej mu do wersji Tonique, którą opiszę kiedy indziej. Świetne, charakterne perfumy na lato.

    zapach: 8,0/10
    trwałość:7,0/10
    projekcja: 7,0/10
    podobne: Yves Saint Laurnet Kouros
    cena: około 400 zł za 100 ml, tylko z drugiej ręki.
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 199/150

    Areej Le Doré Siberian Musk

    Perfumy, których próbkę dostałem razem z kilkoma innymi wspaniałymi pozycjami od @kyloe . Żeby Was szybko zachęcić do dalszej części tego opisu powiem, że jest to chyba najlepsze co mnie spotkało do tej pory jeśli chodzi o niszę. Nadzapach.

    Uwielbiam piżmo, ale nie sądziłem, że można je ukazać w ten sposób. Perfumy te są uniseksem, piżmo, które marka reklamuje tutaj jako naturalnie, nie jest według mnie przedstawione jakoś mocno zwierzęco, a bardziej jest to ciepłe, balsamiczne piżmo. Niemała liczba nut pozwala nam tutaj na wiele ciekawych doświadczeń, od wędrówki po iglastych lasach Syberii przez stosunek seksualny aż po głaskanie niebieskiego kota rosyjskiego. Wiem, że brzmię tutaj trochę jak typowy schizofrenik z fragry, ale tych perfum nie umiem po prostu opisać. To jak wielowymiarowe one są odbiera mi po prostu mowę. Ideał.

    Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nigdy nie zrobiłem globala a tylko nosiłem je na nadgarstku. Wiem też, że prawdopodobnie nigdy ich nie będę miał, bo nie dość, że są wycofane to gdy były dostępne były poza progiem finansowym jaki sobie postawiłem. Ostatnio widziałem 30 ml na eBayu za 900 funtów, wrzucone jako licytacja. Teraz wyszła kontynuacja Siberian Musk Part II ale nie mam pojęcia jak ma się do oryginału.

    Czy są to perfumy uniwersalne? Szczerze nie wiem. Dużo większa szansa, ze spodobają się one komuś kto np. lubi Kourosa czy Narciso for Him EDP. Jeśli ktoś je testował i zna coś podobnego chociaż w 50% to niech szybciutko mi mówi co to jest. Jeśli nie znacie Siberian czy Russian Musk a znacie jakieś inne, warte poznania piżmo to również proszę o rekomendację/

    zapach: 10/10
    trwałość: 10/10 – na nadgarstku trwał w nieskończoność.
    projekcja: 8,0/10 ciężko jest oceniać projekcje bez globala. To co o nim jednak piszą w sieci sprawiło, że dałem akurat tyle. Nie chce zostawiać tego pola pustego po raz pierwszy więc myślę, że ósemką będzie ok :)
    cena: 200/300 euro za 30 ml? Jakoś tyle to kiedyś kosztowało. Jeśli nie, popraw mnie @kyloe
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 198/150

    Kiton Black (2007)

    Dla tych którzy znają oryginalnego Kitona, wersja Black będzie bardziej owocową i faktycznie ciemniejszą wersją oryginału. Świetne, casualowe perfumy na każdą porę roku i okazję. Chyba nawet bardziej uniwersalne niż oryginał.

    Fiołek, który jest jeszcze bardziej obecny niż w pierwowzorze sprawia, że z dodatkiem skóry dają nam coś na wzór Fahrenheita, w przeciwieństwie do Green Irish Tweedowego stylu oryginału. Obecność czerwonych jagód to już natomiast element owocowej słodyczy. Do tego jeszcze cytrusy takie jak cytryna i bergamotka, wetyweria i wcześniej wspomniany fiołek jako główny bohater, oraz jego liść i mamy ciekawą, niebanalną świeżość, która nie pachnie ani jak te wstrętne ambrowo-morskie tanie pachnidła ani jak proszek do prania. Nie czuć w nim ani trochę chemii. Niektórzy porównują Kitona Black do GiTa czy Cool Watera, ale dla mnie to jednak bardziej Fahrenheit Aqua ze względu na większą owocowość niż w Gicie, któremu jednak bliżej do Kitona oryginalnego. Uważam jednak, że Kiton jest od flankera Fahrenheita o klasę lepszy.

    Jak na perfumy kosztujące takie drobne to Black jest naprawdę bogaty jeśli chodzi o skład. Tak jak zresztą i Kiton Men bardzo ładnie pachnie a nie tylko wygląda na papierze. Ciekawa i dość długa lista składników robi swoje, a mamy do czynienia z całkiem wyjątkowym i bardzo udanym zapachem.

    Parametry ma przyzwoite. Projekcja przy większej ilości psiknięć powinna być zadowalająca. Nie będzie raziła ale Kiton na pewno przez godzinę czy dwie będzie od nas wyczuwalny. Trwałość to 7-8 godzin na skórze czyli wystarczająco.
    Uniwersalność, o której wspomniałem na początku, wyjątkowy aromat i nieduża cena to największe zalety. Osobiście uwielbiam je najbardziej nosić ciepłego, deszczowego dnia, ale sprawdza się całorocznie. Klasa.

    Czy brać w ciemno? Jak się mocno nie bieduje to można zaryzykować. Chętnych na odkupienie raczej nie powinno brakować w przypadku gdybyśmy się jednak z zapachem nie polubili. Skoro taką furorę Kiton Men w oryginalnej formule zrobił tutaj na wykopie po moim wpisie, to może i jego flanker zostanie kupiony przez kogoś? :)

    zapach: 8,0/10
    projekcja: 6,5/10
    trwałość: 7,0/10
    cena: 125 ml za 140 zł
    podobne: Dior Aqua Fahrenheit
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 197/150

    Xerjoff Casamorati: Fiero (2009)

    Na rynku jest ogromny wybór jeśli chodzi o cytrusowe zapachy, ale mało jest tych wyróżniających się na tle reszty czy po prostu pachnących lepiej. Cytrusowym chadem był w moim przekonaniu zawsze Eau Sauvage Diora ale Xerjoff zdaje się być dla niego godnym adwersarzem.

    Fiero mimo, że nie pachnie zbyt unikatowo, nie ma tu raczej jakiegoś perfumiarskiego kunsztu, to po prostu świetnie zrobiony, cytrusowy zapach na wysokiej jakości składnikach, który wspaniale łączy elegancje z kolońskim stylem retro, a na tle zapachów cytrusowych wyróżnia się doskonałą jakością podanych cytrusów.

    Fiero jest bardzo męski, świeży, zielony a w otwarciu bardzo soczysty, aż nawet lekko kwaśny. Pachnie trochę jak esencja z Eau Sauvage i bardziej męskie wersje kolońskich Acqua di Parma. Najjaśniejszą gwiazdą w kompozycji jest cytryna, która pachnie przepięknie. Fajną relację z nią nawiązują też estragon, mięta i inne zioła. Końcówka jest natomiast ciepła, jakby trochę cielesna i piżmowa, zacnie to pachnie. Są to kolejne perfumy marki Xerjoff gdzie nuty cytrusowe wyglądają fenomenalnie.

    Największą bolączką jest cena, chociaż myślę, że takie 30 ml warto mieć, na pewno starczy na sporo, szczególnie, że Fiero ma całkiem niezłe parametry. Trwałość bez większych problemów dochodzi do 8 godzin, projekcja po prostu niezła. Najlepiej projektuje jak jest chłodniej. Nie ma obaw przed tym czy ktoś od nas je poczuje jeśli strzelimy z 5-6 shotów. Warto też dodać, że chociaż dla samego flakonu warto rozejrzeć się za flaszką. Seria Casamorati wymiata.

    Świetne, uniwersalne perfumy, ale nie jest to najlepszy zapach od Xerjoffa, który poznałem. To co powinno was zachęcić do kupna to praktycznie niespodziewanie nigdzie indziej tak żywe, naturalnie i męskie cytrusy. Jeśli lubicie Acqua di Parma czy Eau Sauvage to zachęcam do testów.

    typ: citrusy
    zapach: 8,0/10
    trwałość: 8,0/10
    projekcja:8,0/10
    cena: 620 zł za 100 ml najtaniej.Ale dobrą opcją jest kupienie 30 ml, czasami pojawiają się poniżej 400 zł. Sam mam dwie takie flaszki.
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 196/150

    Dior Sauvage Parfum (2019)

    Zaledwie rok po wydaniu Sauvage Eau de parfum. Dior postanowił bez większego zaskoczenia wydać wersje Parfum. Cóż, widocznie opłacą się dużo bardziej robić flankery niż całkiem nowe perfumy, nie trzeba szukać nowego Deppa, nie trzeba robić specjalnej reklamy, wymyślać nazwy, zmieniamy pare składników, dodajemy słowa parfum, l'eau, sport czy intense i voila. Nie wiem czy ktokolwiek spodziewał się fajerwerków po tym flankerze, wątpię. Jedyne czego ja się spodziewałem to, że będzie to kolejna, niczym nie wyróżniająca się masówka.

    Oryginalną próbkę dostałem wczoraj do zakupu Rochas Macassar, gdyby nie to nie wiem czy nawet odważyłbym się psiknąć je na nadgarstek bo delikatnie mówiąc fanem serii nie jestem. Od samego początku zapach bardzo mi się już podobał i to co przykuło moją uwagę to mimo tego, że Sauvage Parfum to nadal chemiczna bomba to jest ona pozbawiona, tego czegoś takiego proszkowatego, co głównie w EDT atakuje nos. Parfum nie jest szorstki jak EDP i EDT i chyba mniej pieprzny. Co prawda dawno nie wąchałem ani wody toaletowej ani perfumowanej, ale podobieństwo do nich wcale nie musi być oczywiste. To ciągle ten sam klimat co Sauvage, Bleu de Chanel czy Missioni Parfum ale sam zapach zaskoczył mnie na plus. Po słowie Parfum w nazwie można oczekiwać wzmocnionego oryginału, we wręcz takiej surowej formie. Parfum okazał się jednak zupełnie przeciwny takim oczekiwaniom i imo jest delikatniejszą i bardziej subtelną kontynuacją serii. Welll done Christian Dior. O nutach nie ma sensu się wypowiadać bo Parfum to ambroxanowa bomba, którą na basenotes często określają jako „chemical mess”. Pomimo tej całej sztuczności, Sauvage Parfum pachnie bardzo przyjemnie, a chyba o to właśnie chodzi, nie? Nie ma pazura edt, nie jest tak gorzki jak edp, to warto jeszcze dodać.

    Parametry – mam wrażenie, że trwałość mniejsza niż w EDP a projekcja cichsza niż w oryginale. Nie znaczy to jednak, że są słabe, wręcz przeciwnie, Dior po raz kolejny łapie u mnie plusa. Wiele osób narzeka na projekcje, jakoby miała gasnąć po godzinie. No tak faktycznie jest, ale przez tę godzinę Sauvage projektuje naprawdę mocno a później cichnie, ale absolutnie nie staje się bliskoskórny, a daje o sobie znać jeszcze kilka godzin lekką projekcją.

    Uniwersalność tradycyjnie już bardzo wysoka. A czy podoba się otoczeniu? Myślę, że taki masspleaser nie może się nie podobać przeciętnemu Kowalskiemu czy Smithowi, został przecież po to stworzony. On nie ma zaskakiwać czymś nowym a podobać się i starej babie i nastolatkowi. Mojej dziewczynie również przypadł do gustu.

    Czy warto kupić wersje Parfum mając EDT albo EDP? Według mnie jeśli się lubi takie klimaty to warto je sprzedać i kupić Parfum. :) Dla mnie jest to najlepsza wersja z trzech i jedyna, którą mógłbym nosić nie czując dyskomfortu. Jeśli nie podoba Wam się ostrość, nachalność czy agresywna projekcja i chcieli byście delikatniejszego Sosydża to polecam.

    Dodam jeszcze, że cena to największy mankament tego Sauvage’a. Ponad 300 zł to 60 ml to rozbój w biały dzień. Płacić tyle siana za zapach który nie jest w żaden sposób wybitny a po prostu ładnie pachnie? Jak macie kase to ok. Jako, że według TVP zamożność Polaków wzrasta, kupujcie śmiało, nawet na zapas w razie jakby wycofali. :( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Pewnie się dziwicie, że komuś kto ma ponad 300 perfum, gustuje w nieprodukowanych starociach i lubuje w dziwnych, mało znanych zapachach podoba się wtórny, niczym nie wyróżniający się aromat. Nigdy nie warto się zamykać na perfumy.Pamiętajcie, warto być otwartym, mnogość doznań wtedy wzrasta.

    zapach: 7,0/10
    trwałość: 7,0/10
    projekcja: 7,0/10
    podobne. Seria Sauvage, Bleu de Chanel
    cena: 60 ml za 300 zł najtaniej
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 195/150

    Gucci Pour Homme (2003)

    W czasie gdy pisałem recenzję Bentleya Absolute to słabo pamiętałem Gucciego, dziś takie porównanie wypada inaczej. Mimo kilku naprawdę solidnych klonów, GPH to zapach za którym zdaje się najwięcej ludzi płacze po jego wycofaniu, co zawsze mnie trochę dziwiło, bo są perfumy do których zapachów nawet choć trochę zbliżonych nie ma, jak np. Cacharel Nemo czy What About Adam Joopa.

    Bentley to bardzo dobry klon, do tego jest jeszcze niedawno powstały Papyrus Oud71, który to już w ogóle podobno pachnie identycznie, czy C2G Man, który jest fajną wariacją na temat stylu ukazanego w GPH. Wiele osób sobie zadaje pewnie pytanie, czy mając Bentleya warto w ogóle szukać Gucciego? Długo uważałem, że nie, ale zaryzykowałem kupno 30 ml w pół-ciemno i nie pożałowałem. Później dokupiłem jeszcze kolejną flaszkę, która poleci na sprzedaż za 2 tygodnie, a jak nie będzie chętnych to za pare lat za kilka razy drożej ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Podobieństwo jest na pewno bardzo duże, ale sam Gucci zdaje się być trochę bardziej herbaciany, słodszy i mniej „czarny” od Bentleya Absolute. Nazwa flankera czyli Gucci Pour Homme II jest jak najbardziej trafna bo nawiązanie do oryginału jest bardzo widoczne. Delikatne kadzidło, lekka świeżość, herbatka z imbirem, pieprz, przyprawy, głębia. Pachnie to wszystko bardzo męsko, do tego niesamowicie przyjemnie i elegancko, tak inaczej od tych wszystkich cytrusowych świeżaków. Czuć wysoką jakość komponentów i wydaje mi się, że ten Gucci nie jest też aż tak linearny jak Bentley mimo wysokiego podobieństwa. Perfumy te też nie są agresywne ani nachalne, nie są również dyskretne a coś pomiędzy. Comme des Garcons 2 Man to już wyraźnie różny zapach o całkiem innym otwarciu chociażby, ale nie chcę więcej pisać bo ze względu na brak projekcji musiałem sprzedać flaszkę.
    .
    Parametry ma Gucci wcale nie tak słabe jak opowiadają o nim legendy. Nie uważam żeby był gorszy od Absoluta a na pewno jest o wiele lepszy od Comme des Garcons 2 Man. 6-7 strzałow i mam kilkugodzinną, lekką projekcję. Jest w tym Guccim coś co sprawia, że ludzie płacą niewiarygodne sumy za niego. Do tego jest dość uniwersalny, nienachalny i raczej należy do takich które podobają się otoczeniu.

    Polecam spróbować jeśli będzie taka okazja. Ja, mimo bardzo negatywnego nastawienia i sporej ilości podobnych perfum zaryzykowałem i nie żałuję mimo niemałej ceny,

    pokaż spoiler Nie mylić z Gucci by Gucci


    typ: smoky-woody
    zapach: 8,0/10
    projekcja: 7,0/10
    trwałość: 7,0/10
    podobne: Bentley Absolute, Commes des Garcons 2 Man, Parle Moi Papyrus Oud71
    cena: myśle, że około 1000 zł za 100 ml

    https://www.parfumo.net/Perfumes/Gucci/Gucci_pour_Homme_2003_Eau_de_Toilette
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 194/150

    Mancera Red Tobacco (2017)

    Witam po 6 miesiącach przerwy. Przewaliło się przez ten czas sporo fajnych, wartych opisania perfum. Być może po raz kolejny pomogę komuś znaleźć "jego" zapach ;)

    Red Tobacco to mocno tytoniowe perfumy, które po słodkim, waniliowym początku przechodzą w drzewne klimaty. Ciekawa pozycja na zimę, szczególnie dla osób ceniących sobie silne parametry.

    Mimo tego, że wystarczą zaledwie 2 psiknięcią tego killera, to to że 5 mililitrów mi na długo nie starczy wiedziałem od razu i dokupiłem sobie jeszcze trochę. Zapach jest po prostu hipnotyzujący!

    Początek jest kremowy i słodki, jakby waniliowy, trochę może nawet syropowy. Najbardziej przypomina mi w tym stadium Costume National Soul, którego jestem wielkim fanem i którego już tutaj opisywałem. Potem Red Tobacco staje się bardziej tytoniowe, ale słodycz trochę schodzi i wchodzą aromaty drzewne. Wyczuwam też coś co pachnie jak świeże, orzechy włoskie, takie wiecie, prosto z drzewa. Ta właśnie część najbardziej mi się podoba w Red Tobacco co wyróżnia je już na tle innych, zbliżonych klimatem perfum. O ile po słodkim początku ciężko nazwać Red Tobacco tytoniowym zapachem tak później już spokojnie można, Da sie tu też wyczuć np. oud, bardzo wyraźny też także szafran czy orientalne przyprawy. W necie padają porównania do Heroda czy Laytona, ale osobiście nie czuje tego jakoś. Wielkim ich plusem też jest niebywała trwałość. Mancera ta siedzi na skórze wieki i projektuje jak szalona przez kilka godzin.

    Uniwersalnym zapachem bym ich nie nazwał. Perfumy te stworzone są zdecydowanie na chłodniejszą porę. W lecie mogą zadusić. Sam aromat jest słodki i przyjemny i raczej należy do dobrze odbieranych przez otoczenie.

    Na trzy wyjścia, dwa razy dostałem za nie komplement w tym raz od osoby w pracy, z którą raczej nie rozmawiam. Jak się później okazało zna markę i ma nawet coś od nich ale tych akurat nie kojarzy.

    Zapach: 8,5/10
    Trwałość: 10/10
    Projekcja: 9,0/10
    Podobne: Costume National Soul
    https://www.parfumo.net/Perfumes/Mancera/Red_Tobacco
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 193/150

    Rasasi Hawas for Men (2015)

    Dużo się o tych perfumach mówiło na Wykopie jeszcze zanim zacząłem na dobre się tu udzielać. Jakoś zaraz po tym jak Hawas wyszedł kupiłem próbkę ale poleciałla do śmieci za zbytnią Invictusowość. Był to błąd bo co tak naprawdę można oceniać po testach na 1,5 ml próbce z patyczkiem z notino? Dopiero globale z pożyczonego od brata flakonu na kilka dni sprawiły pokazały mi jak fajne są to perfumy.

    Mimo mojej szczerej nienawiści do Invictusa, wszystko co zostało powiedziane o Hawasie jest prawdą. Jest to bardziej niszowa, lepiej skoncentrowana, mniej chemiczna wersja bestsellera od Paco Rabanne. Nie śmierdzi plastikowo, nie wali paloną gumą i pachnie przyjemnie dla nosa. Bardziej słodki ale nie wiem czy i nie mniej świeży jednocześnie niż Invictus Aqua, który pachnie jak najtańsza ambrowo-morska breja która mogłaby stać na pułkach biedronki i nazywać się Luca Cipriani Aqua for him albo coś takiego. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest to jakaś nie wiadomo jak wspaniała kompozycja z cytrusami jak u Acqua di Parma. Da się tu poczuć jednak melona, śliwki a może nawet ananasa i pomarańcze wraz z przyprawami czego nie wychwycę u Paco. Ciekawe są też cytrusy ale jednak Hawas jest bardziej słodki niż świeży przez co na lato jest średnim wyborem. To tak jak z Kenzo pour Homme dla których jest idealną opcją na lato a mnie jego aromat gumy balonowej odstrasza przed upałami. Nieprzypadkowo nawiązałem do Kenzo bo to dla mnie ten sam klimat, różowa orbitka + płyn do mycia szyb. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Uniwersalność Hawasa jest całkiem przyzwoita. Na upały odpada, ale już na mrozy będzie bardzo dobry. Najlepszy jednak jest w słoneczne, ale chłodne dni. Marzec, początki kwietnia to chyba idealna pora na używanie tych perfum. Do pomieszczeń, przy odpowiedniej ilości psiknieć może się nadać, ale jednak preferowałbym go na przestrzenie otwarte. Z powiewającym wiatrem zagrają zajebiście.

    Parametry nie są aż takie kozackie jak czytałem. Nie ma ogromnej projekcji tak jak o tym się naczytałem, ale też może być to spowodowane reformulacjami które są faktem u Rasasi. Przy 5 psikach czułem niedosyt i zawsze waliłem coś koło 8, wtedy projektował jak należy i zostawiał lekki ogon. Trwałość na dobrym poziomie.

    Polecam fanom mainstreamowych pozycji. Faktycznie pachnie trochę niszowo i ciekawiej niż te wszystkie ambrowo-morskie popłuczyny od Montblanc i innych marek robione na bazie Bleu de Chanel.

    zapach: 8,0/10
    trwałość: 8,0/10
    projekcja: 7,0/10
    podobne: Paco Rabanne Invictus i inne flankery
    cena: 100 ml za 180 zł. A pamiętacie jak chodziły po 100-120? To byli czasy
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 192/150

    Parfums Berdoues Maasaï Mara (2017)

    Wczoraj był YSL to dziś coś mało znanego.( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Nazwa perfum wzięła się od obszaru lezącego w Kenii na terenie którego znajduje się słynny rezerwat wpisany na liste UNESCO. Ja co prawda mam trochę inne skojarzenia z Afryką ale wątpię żeby nazwa wzięła się całkowicie z dupy.

    Maasai Mara to perfumy ambrowo-słodkie w bardzo syropowym klimacie. Coś na pograniczu Tobacco Vanille, Pure Havane i Ambre Narguile Hermesa,(wołam @qtavon bo to moga byc jego klimaty) ale całościowo bardziej przypominające te ostatnie. Lista nut a to co wyczuwa mój nos to dwie trochę rozbieżne sprawy. Suszone owoce, śliwki, pomarańcze, cynamon - to wszystko da się spokojnie wyczuć, jednak oprócz tego można poczuć tu migdały w stylu amaretto znane z L’Homme Ideal Guerlaina czy syropową wiśnie z M7. Jest też labdanum i egipski rumianek, który pachnie tak zajebiście, że jak tylko pojawia sie na skórze to nie moge oderwać nosa od nadgarstka. Według mnie jest tu najlepszy ze wszystkich składników bo jak łączy się ze słodkimi kolegami to wychodzi z tego coś jak bardzo słodka, owocowa herbatka. Coś pięknego. Nie czuć go z daleka, nie projektuje a daje o sobie znać dopiero jak zbliżymy nos do miejsca aplikacji perfum.Obecna jest też tutaj paczula oraz słodka jak cholera wanilia. W oko wpada tajemnicza ingrediencja o nazwie afrykańskie bukku, rodzaj krzewu rosnącego na terenach Afryki. Jak to pachnie? Nie wiem.

    Żeby nie było to perfumy te nie są przesłodzonym ulepem i jak się dobrze wwąchamy to wyczujemy tu więcej niż można się spodziewać. Im dłużej siedzą na skórze tym bardziej się uspokajają a słodycz staje się co raz mniej wkurwiająca. Jest to z pewnością totalny uniseks do używania według upodobań. Najlepszy pewnie na zimę, ale znam wielu sympatyków podobnych pachnideł latem. Uniwersalność raczej mała ze względu na dobre parametry i słodki klimat. Polecam osobom lubującym w Ambre Narguile czy Dolcelisir bo bardzo ale to bardzo przypomina te perfumy, ale fanom Pure Havane czy Tobacco Vanille także powinien przypaść do gustu.

    zapach: 8,0/10
    trwałość: 8,5/10
    projekcja: 6,5/10
    cena: 100 ml za 350 zł
    podobne: Hermes Hermessence Ambre Narguilé, L'Erbolario Dolcelisir
    https://www.fragrantica.com/perfume/Parfums-Berdoues/Maasa-Mara-43109.html
    https://www.parfumo.net/Perfumes/Berdoues/Collection_Grands_Crus__Maasai_Mara

    Jakby ktoś kiedyś z UK chciał odlewkę to można się do mnie odzywać jak tylko będe miał wolne dekanty bo 100 ml nigdy nie zużyje.
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 191/150

    Yves Saint Laurent L’Homme Inense (2013)

    Pomimo ścieku jaki ostatnimi laty jest wypuszczany przez zarządzaną przez L’Oreal marką Yves Saint Laurent, trafiają się czasem takie perełki jak własnie L’Homme Intense, które potrafi trafić w mój gust jak mało jakie inne perfumy.

    L’Homme Intense czyli jak pewnie wielu z Was pomyślało, bardziej intensywna wersja oryginalnego L’Homme. Otóż nie. Podobieństwo do klasyka jest według mnie żadne i L’Homme Intense to zdecydowanie mógł być bardziej jakiś kolejny flanker La Nuit de L’Homme albo nawet Paco Rabanne 1 Million. Nie wiem kto wpadł na ten „genialny” pomysł nazwania tak tych perfum, ale co raz więcej niestety takich kwiatków ostatnio i leci się na popularności oryginałów.

    Perfumy to są przede wszystkim ciepłe, słodkie i pachną tak jakby chciały tego masy, no są po prostu trendy. Są cytrusy w otwarciu, bursztynowo-drzewna baza i nie mogąca się nie podobać słodka, środkowa część, która nie atakuje, nie dusi, nie zagłusza. Bardzo dobre rozwinięcie tego co mamy na początku. Pomimo wielkiej syntetyczności, da się tu też co ciekawe wyczuć np. takiego fiołka, który nadaje też takiej delikatności. Nie jest to jakaś wyrafinowana kompozycja, złożona z najlepszej jakości składników i skomponowana z najdroższych olejków. Nie są to też perfumy, których aromat będziesz pamiętał za kilka lat jak już totalnie będą niedostępne, oj nie. Są po prostu dobre i cholernie podobające się kobietom, doskonałe na randkę, na zwykłe wyjście na dwór ze względu na swoją uniwersalność czy nawet do biura albo do innej roboty ze względu na projekcje, która nie jest przesadzona..

    Co do parametrów to trochę ze względu na nie właśnie niedawno je sprzedałem. 5 godzin trwałość i projekcja której w ogóle nie czułem mimo, że ludzie mówili że zostawiam nawet ogon... Mój nos ewidentnie zbyt szybko się do nich przyzwyczaił a ja po prostu muszę czuć perfumy których używam, nawet pomimo tego, że ludzie mi mówią, że czuć je dobrze ode mnie.

    L'Homme Intense są już chyba wycofane z produkcji (coś tak kiedyś słyszałem) więc to ostatnia szansa na wyrwanie ich w rozsądnej cenie. Uniwersalne, bardzo podobające się płci przeciwnej i komplementogenne tym samym. Polecam

    zapach: 8,0/10
    trwałość: 5,0/10
    projekcja: 6,0/10
    cena: około 270 zł za 100 ml
    podobne: Zara Night pour Homme III, Diesel Fuel for Spirit
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 190/150

    Maison Francis Kurkdjian Grand Soir (2016)

    Ciekawie wyglądający na papierze skład, jeden z najbardziej szanowanych perfumiarzy jako twórca, prawie same zachwyty na wykopie, czy więc coś mogło pójść nie tak? Jak się okaże zaraz, wiele rzeczy.

    Miał to być słodki, żywiczny i elegancki zapach, w klimatach Ambre Sultan a dostałem takiego trochę Armaniego na lepszej jakości olejkach. Największym zawodem Grand Soir jest to, że nie pachnie on ani trochę oryginalnie dla mojego nosa. Aromat jest tak wtórny, tak ambrowy, że paradoksalnie następnego dnia po użyciu nie pamiętam już jak on pachniał. Niby czuć dobrego blenda, że jest jakaś tam jakość mimo krótkiej listy składników ale ewidentnie brakuje tu czegoś. Może jakichś przypraw? W ambrowcach z najwyższej ligi perfum z reguły robotę robią takie składniki jak oregano, liść laurowy, kmin itd. Tutaj jest sucho jałowo, nie ma żadnej absolutnie głębi. Wąchając Ambre Sultan, Ambre Narguile, Ambe Precieux, Ambre Loup czy innych kozaków z ambrowej ekstraklasy przenosisz się w inny wymiar, z każdą godziną odkrywasz coś innego. Tutaj tego nie masz bo masz wrażenie, że Pan Kurkdjian miał fajny pomysł, ale ostatecznie zdecydował się tylko na ambre z wanilią i zapomniał o połowie składników. Czy ten straszny mininalizm to był celowy zabieg? Tego nie wiem ale mnie takie Grand Soir nie przekonuje. Swoje robi też niemała cena która jak w niestety wielu niszowych perfumach nie idzie w parze z całą resztą. Nie ma sensu pisać jak to pachnie bo wystarczy przeczytać w składzie - wanilia, tonka, ambra i jest odpowiedź gotowa.

    Uniwersalność jest taka jak można by się spodziewać. Perfumy przeznaczone raczej na jakąś okazję, wieczorowe wyjście. Sprawdzą się bardziej jak jest chłodno, ale myślę, ze późnym, letnim wieczorem będzie też spoko.

    Parametry na mojej skórze są niestety trochę gorsze niż przekonują recenzenci. Znaczy się, trwałość jest na znakomitym poziomie i utrzymują się na skórze do następnego dnia ale projekcja milknie całkowicie po godzinie czy półtorej więc co mi po tej prawie, że monstrualnej trwałości... Jak na perfumy „specjalne” to troche mało i nie pogardziłbym tutaj ogonem.

    Generalnie to jeśli szukacie perfum żywicznych, bez różnicy czy bardziej pudrowych czy balsamicznych czy po prostu ambrowych-premium to nie macie czego szukać o Kurkdjiana. Wcześniej wymieniłem kilka, które biją na głowę Grand Soir - Ambre Sultan, Ambre Narguile, Ambe Precieux, Ambre Loup, ale jako fan ambry w perfumach z całą pewnością stwierdzę, że jest ich o wiele, wiele więcej, o Gaultierze2 czy tanim jak barszcz Altamir nawet nie będę się rozpisywał. Grand Soir jak tylko zużyje odlewkę to zapomnę o nich na zawsze.

    Btw. odnoszę ostatnio wrażenie, że trochę się tutaj przecenia Kurkdjiana a o prawdziwych koksach w niszy się nie mówi prawie nic albo bardzo mało.

    zapach: 6,5/10
    trwałość: 9,0/10
    projekcja: 6,5/10
    cena: 70 ml za 645 zł pokazuje perfumomaniak. Wygląda to trochę jak ponury żart. Ja płaciłem jakoś koło 7 zł za mililitr. chyba,
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 189/150

    Serge Lutens Iris Silver Mist (1994)

    To w 1994 roku powstawały już perfumy niszowe? Oczywiście. Iris Silver Mist to zapach, który pachnie zdecydowanie inaczej niż większość perfum z tego okresu a niektórym pewnie ciężko je nawet nazwać perfumami.

    Korzeń irysa, bo na tym składniku skupia się cały twór duetu Roucel-Lutens (a to zaskoczenie, że nie Sheldrake-Lutens!) pachnie jak marchew, gorzka, wykopana z ziemi marchew. Reszta składników jest tu tak naprawdę nieistotna, bo o ile da się wyczuć trochę kadzidła, tak reszta, jak np. cedr, piżmo czy wetyweria są zupełnie niezauważalne. ISM pachnie rustykalnie i przynajmniej mi kojarzy się ze wsią, latem, pracami w polu i mimo, że niektórzy uważają je za perfumy mroczne i ciemne to ja uważam zupełnie na odwrót.

    Irys to nuta znana fanom perfum głównie za sprawą Dior Homme i dzięki tym perfumom została wprowadzona na stałe do mainstreamu. W Iris Silver Mist nie ma zbyt dużo tego podobieństwa bo ta marchew nie pachnie ani trochę słodko, ale jak przeciągniemy nosem po nadgarstku to nie wiem czy nie poczujemy więcej tej słynnej szminki niż u Diora. Polecam sprawdzić samemu, bo właśnie ten brak słodyczy sprawia, że według mnie Iris Silver Mist jest bardziej szminkowy.

    W dużym skrócie są to też bardzo gładkie i linearne perfumy, które nie zaskakują nas w trakcie trwania na skórze i od pierwszego psika pachną tak samo do samego końca. Niby standardowy Lutens, ale ja nie przychylam się do takiej tezy bo poznałem kilka mega złożonych dzieł tej marki.

    Uniwersalność zaskakująco duża jak na perfumy niszowe. Nadają się na według mnie na każdą porę roku i na każdą okazję będą spoko. Na plus też to,że działają jak ciekawostka, bo mimo, że mam je może od niecałego roku i użyłem ich pare razy to zawsze ktoś musiał mnie o nie zapytać, albo powiedzieć, że pachnie mu to znajomo, albo czuje owoc/warzywo, które dobrze zna ale nie kojarzy od razu, że to marchewka.

    Lubicie przykuwać uwagę, ale nie w taki sposób jak amatorzy perfum Paco Rabanne i szukacie czegoś nietuzinkowego pachnącego mocno inaczej niż wszystko dookoła to warto spróbować.

    Jeśli coś ma być typowo Lutensowe to parametry. Dobrze wyczuwalne a nienachalne. 7-8 godzinna trwałość dzięki 5-6 psiknięciom. Nie trzeba dopsikiwać w trakcie dnia
    .
    zapach: 7,5/10
    projekcja:7,0/10
    trwałość: 7,0/10
    cena: 180-270 zł za 30 ml? chyba jakoś tak płaciłem
    pokaż całość

    źródło: uiimages.parfumo.de

  •  

    #perfumy #150perfum 188/150

    Molinard Habanita (2012) EDP

    Witam po przerwie. W tym tygodniu będę starał się regularnie wrzucać wpisy bo mam drugie zmiany więc jest kiedy, a kilka recenzji już jest gotowych od dawna. Na początek damskie, legendarne perfumy ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Za wikipedią, Habanita powstał (powstała? będę się trzymał jednak męskiej formy bo jakoś lepiej mi leży) w 1921 roku, w 1988 został poddany reformulacji a w 2012 roku została wydana nowa, odświeżona wersja tych perfum, która dziś opisuję. Niestety nie znam ani wersji z 1988 ani wcześniejszej więc nie będzie tutaj żadnych odniesień do klasyka.

    Mimo, że Habanita jest kierowany do kobiet to według mnie może być spokojnie noszony przez mężczyzn. Ja, ale też kilku innych wykopowiczów zachwala go na sobie. Habanita to perfumy przede wszystkim cholernie pudrowe, mające w sobie coś animalnego, piżmowego ale i dymnego. Niosą ze sobą wielką moc i nawet największego twardziela potrafią przydusić. Mając w sobie „to coś”, co przypomina zapach starej baby uzależnionej od nikotyny czy też jakiejś pudernicy, a wspólne elementy z Diorem Homme i szminkowym vibem, wcale nie muszą pachnieć jak perfumy dla starszej kobiety, ale dla eleganckiego dojrzałego faceta. Jest też trochę ziemiście, co przełamuje trochę tę papierosową suchość, którą daje się wyczuć wcześniej.
    Ogólnie to bardzo ciężko mi się je opisuje i nie zdziwię się jeśli zapomnę napisać o czymś ważnym.

    Uniseks, niby perfumy damskie ale bardziej dla faceta niż dla młodej kobiety. Moc mają piekielną. Może sama projekcja nie jest z top topów, ale trwałość jest kosmiczna. Wiele perfum wytrzymuje długo na skórze czy ubraniach, ale jeśli chodzi o Habanite to mało jest takich, które mogą stanąć z nim w szranki. Projekcja silna przez pierwsze dwie godziny, później średnio i dopiero po jakimś czasie robi się bliskoskórnie.

    Najlepsze na chłodne dni no i zdecydowanie nie dla każdego. Jako prezent w ciemno nawet dla starszej kobiety się nie nadadzą. Bez testów przed zakupem nie brać. Zdecydowanie dla osób, które są przekonane do tego czego chcą.

    zapach: 8,0/10
    trwałość: 10/10
    projekcja: 8,0/10
    cena: 125 ml za 495 zł pokazuje perfumehub, ale raczej da się dużo taniej wyrwać.
    pokaż całość

    źródło: 67535351_2282976168682951_780314641481808803_n.jpg

  •  

    #perfumy #150perfum 187/150

    Jil Sander Man (2007)

    Czas na perfumy. Którym słabe parametry zaniżają mocno w mojej opinii ocenę końcową. Gdyby projekcja była trochę lepsza to zapach ten mógłby spokojnie należeć do tej samej ligi co La Nuit de l'Homme, a że pod tym względem z nimi jeszcze gorzej niż z zapachem od YSL to nigdy takiego fejmu nie zdobył.

    Napisałem o La Nuit de l’Homme bo perfumy francuskiej marki to pierwsze skojarzenie po psiknięciu Sanderem. A żeby tego było mało, to co najlepsze w LNDLH połączono z czymś luźno przypominającym Fahrenheita co obecne jest w DNA nowszych perfum Jil Sander, nawet i tych damskich, wszak takie Simply w formulacji EDT bardzo nawiązuje do legendarnego, męskiego zapachu pachnącego fiołkami i benzyną. Twórcą Sander Man jest znany dobrze w naszym małym świecie Thierry Wasser, który tak jakby zabrał trochę cukru z La Nuit, dodał więcej lawendy i przede wszystkim fiołka.

    Pachnie bardzo seksownie, sensualnie i tajemniczo. Nie jest to głośny panty droper jak 1 Million a męskie pachnidło w stylu The One które czuć przy skórze ale przez to wywołuje na odbiorcach odpowiednie emocje. Najlepiej byłoby gdyby projekcja była odrobinę większa, a że jest słaba po jakiejś godzinie to Sander nigdy wielu fanów nie zyskał. Do mnie takie lekko słodkie perfumy trafiają i myślę, że nie tylko do mnie i wielu z nas woli takie zapachy od tworów Paco Rabanne.

    Uniwersalność duża. Zapach nadaje się na dzień i noc, na randkę i na wyjście w klapkach do sklepu. Bardziej jednak na chłodniejsze dni, chociaż latem też nie ma tragedii. Ze 2-3 lata temu wycofano je z produkcji przez co ceny moga szokować a dostępność być bardzo mała. Uwaga też żeby nie pomylić z Jil Sander for Men ani Jil Sander Man I zwany też Man Pure.

    zapach: 7,5/10
    trwałość: 5,0/10
    projekcja: 5,0/10
    podobne: Jil Sander Man Absolute – tego drania jeszcze trudniej dorwać, ale na szczeście należę do elity i go mam ;) Najłatwiej opisać Absolute jako waniliowego Sander Man.
    pokaż całość

    źródło: 53331075_1975404509433273_7798555173391628169_n.jpg

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #150perfum

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0

Powiązane z #150perfum

Archiwum tagów