•  

    358190 - 267 - 254 = 357669

    Ostatni wpis z letniej wyprawy. Finito! Do zobaczenia w czerwcu na ostatniej wyprawie

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXX (23.07.2017)

    @Cymerek to dobry kolega i przyjechał ciapągiem.

    Wyjątkowo udało się wystartować przed 8 co można uznać za cud, ale też ile mogłem spakowałem się poprzedniego dnia. Poprzedniego dnia umówiłem się z @Cymerek, że przyjedzie pociągiem do Częstochowy i śmigniemy sobie razem ile km damy radę. Spotkałem go w okolicy Gorzowa Śląskiego i już wtedy wiedzieliśmy, że zbliża się burza i mamy przewalone. Zerwała się paskudna wichura, ale wiało w plecki, więc nawet nam to pasowało. Szczęścia wystarczyło nam do Krzepic. Gdzie dopadła nas naprawdę konkretna ulewa. Schowaliśmy się w Biedronce i musieliśmy tam przeczekać chyba ponad 2h.

    Jedziemy dalej. Natrafiamy na jakiś dziwaczny wiatrak i zapytany człowiek mówi, że była to jakaś nieudana inwestycja. Kolejny na trasie jest monument upamiętniający bitwę pod Mokrą. Trochę Strava znów zrobiła mnie (nas) w wałka, bo puściła nas drogą, której nie było i musieliśmy zawracać, a @Cymerek miał pociąg, na który musiał zdążyć. Ale udało się.

    Już na dworcu PKP w Częstochowie odbiera mnie @archive, u którego nocleg kiedyś mi nie wypalił i kolega był bardzo zdeterminowany, że tym razem to już udać się musi! No i udało się. Zjedliśmy kolację, wypili piwerko, pogadali. Idealnie na przedostatni dzień wyprawy.

    Strava i Endomondo

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXXI (24.07.2017)

    Koniec, Finito, The End! 8238km w miesiąc, czyli 265km dziennie.

    Wstajemy rano i w sumie chyba bardziej przeważa uczucie ulgi, że to już ostatni dzień, że nie trzeba się już śpieszyć, że nocleg będzie już u siebie w domu. @archive jedzie rowerkiem do pracy i kawałek trasy się nam pokrywa.

    Po paru zygzakach po ostatnie gminy jadę już prosto na Tarnowskie Góry, gdzie czeka na mnie McD i ostatni raz na tej wyprawie stołuję się tejże jakże "luksusowej restauracji". W Świerklańcu spotykam kolegę @Lixer i razem jedziemy do Będzina zrobić fotkę zameczkowi. Niby już tam kilka razy byłem, ale skoro i tak był po drodze... W Dąbrowie Górniczej robimy sobie pauzę na Colę i lody i tam też się rozdzielamy.

    Jadę przez okolice Olkusza i pod Krakowem przypadkiem spotykam Radosława Krupę. Taki nasz okoliczny długodystansowiec, więc już razem śmigamy do centrum. Po drodze zgarniam @mihal34 i @Cymerek - razem kierujemy się na Rynek, gdzie obowiązkowa fotka z Kościołem Mariackim w tle.

    I tak oto moi Państwo pod domem wybiło 8238km, 613 nowych gmin, 31 dni. Koniec wyprawy, koniec zabawy!

    Strava i Endomondo

    #100km #200km (nr 32) #200km (nr 33) #metaxynarowerze #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2017.07.23-full.JPG

  •  

    359197 - 263 - 276 - 263 = 358395

    Wpisy z letniej wyprawy dookoła Polski - czytasz na własną odpowiedzialność. Przedostatni wpis.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXVII (20.07.2017)

    Coraz bliżej domek, coraz bliżej domek.

    Po śniadanku i przebytych kilku km spotykam @KonniQ i już razem jedziemy do Włocławka. @kocurkolandia niestety musiał iść do pracy, więc jazda z nim mi uciekła, ale widzieliśmy się na majówce, gdzie razem byliśmy kilka dni w Jeleniej Górze, więc aż tak się nie stęskniliśmy za sobą. Kawałek przed Włocławkiem zaczyna padać i rozdzielamy się na moście. Kinia wraca do domu, a ja jadę na południe. I wyjątkowo to ja byłem wygrany, bo mnie w miarę udawało się uciekać przed deszczem, a jej zlało tyłek.

    W Brześciu Kujawskim wybiło 7000km i już było pewne, że życiówka miesięcznego dystansu z poprzedniego roku zostanie pobita.

    Cały dzień minął bez szczególnych wydarzeń poza dużą dawką zamieszania z noclegiem. Umówiony byłem z @Phoenixx, że nocuję u jej rodziców, gdzie ona akurat też będzie. Ale wieczorem rozmawiam z @mosci_K, który chciał dołączyć po raz drugi do mnie na trasie. I okazało się, że nocleg w Turku, który bardziej pasował mi na kolejny dzień. Przeprosiłem @Phoenixx za zamieszanie i wybrałem nocleg z @mosci_K, z którym jechaliśmy aż do jego domu... I tu okazało się, że jedziemy do domu jego rodziców, który nie jest dokładnie w Turku tylko nieco na południe. Zabawniejsze jest, że znajdował się on w sąsiedniej miejscowości do tej z rodzicami @Phoenixx, więc całe zamieszanie nie było w sumie potrzebne. Ale z kolegą wypiliśmy piwko domowej roboty i ogólnie miło spędziliśmy wieczór.

    Strava i Endomondo

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXVIII (21.07.2017)

    Mamy wszystkie literki alfabetu i nie zawahamy się ich użyć.

    Wstałem zbyt późno, żeby pożegnać się z @mosci_K - zjedliśmy z jego mamą śniadanie, bardzo miło się z nią rozmawiało. Rano popadało i padało też w Turku, do którego podjechałem, utrzymało się to aż do Warty, ale reszta dnia w dobrej pogodzie.

    Na południe od Turka miejscowość Karolina. W sam raz żeby wysłać spod niej zdjęcie wszystkim koleżankom Karolinom, których to jakoś wyjątkowo obrodziło w moim otoczeniu. W okolicy Łasku, blisko lotniska, gdzie znajduje się 32. Baza Lotnictwa Taktycznego, zobaczyłem znaki miejscowości Czestków A, Czestków B i F. Gdzie C i D nie ma... Nie wiem jaka jest za tym historia, ale dziwnie to wygląda i chętnie bym się dowiedział czemu te nazwy miejscowości mają literki oraz czemu brakuje C i D.

    Przez przypadek też okazało się, że jechałem przez miejscowość, do której zapraszał @frytacz i myślałem, że kawałek śmignie ze mną, ale wybył do Wawy. Słońce zachodzi, czyste niebo, widać chmury znad elektrowni w Bełchatowie, nawet ładnie to się prezentowało.

    Nocleg w pensjonacie w Szczercowie, poczekali z zamknięciem recepcji na mnie, skoczyłem jeszcze do Dino na zakupy. Pani była tak miła, że przygotowała mi sama z siebie herbatkę i uciekłem pod prysznic i do spania.

    Strava i Endomondo

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXIX (22.07.2017)

    Dobry stolec podstawą sukcesu każdej wyprawy.

    W sumie całkiem bezpłciowy dzień, już tereny dość blisko domu. Niby weekend, piękna pogoda, a nie spotkałem ani jednego szosowca. Żyjemy złudzeniami, że w Polsce jest wielu kolarzy, ale tak naprawdę taka sytuacja ma miejsce tylko w okolicy większych miast. Co widać też co roku na podsumowaniu tworzonym przez Strava. Heatmapa pokazuje, że szał rowerowy to głównie domena większych miast i górskiego południa Polski.

    Niedaleko Wielunia leciał helikopter, kawałeczek dalej wylądował w szczerym polu. Poszedł do najbliższego domu, pogadał z kimś i wystartował. Normalnie wyglądało jakby gość sobie helikopterem wpadł do mamusi spytać jak się ma.

    Nieco dalej miejscowość Stolec, która nadała nazwę temu "treningowi". W:

    Dobry stolec podstawą sukcesu każdej wyprawy.
    Jest wbrew pozorom całkiem dużo prawdy i jest to jedna z ważniejszych rzeczy na długich wyprawach.

    Na noclegu wylądowałem w Ostrzeszowie. Jakiś ośrodek kolonijny. Kilkunastoletnie dzieciaki zachowujące się jak kilkunastoletnie dzieciaki mają w zwyczaju, więc głośno. Do pokoju wpadł mi szerszeń. Nie mogłem skubanego zabić przez chyba pół godziny. Chował się za żyrandolem, który był delikatny i próby walki za pomocą ręcznika mogły się skończyć jego rozbiciem. Nie chciałem też zostawiać go żywego, bo perspektywa, że usiądzie gdzieś na łóżku podczas, gdy będę spał, a ja go przez przypadek wkurwię, trochę mi nie pasowała.

    Strava i Endomondo

    #100km #200km (nr 28) #200km (nr 29) #200km (nr 30) #metaxynarowerze #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2017.07.20-full.JPG

  •  

    363280 - 219 = 363061

    od zeszłego roku co chwilę się coś sypię... tym razem tylne koło. Poza tym mroźny wiatr ;)

    W tym tygodniu to już 271km!
    #rowerowyrownik #ruszmiasto #100km #200km #impanaszosie

  •  

    364391 - 259 - 284 - 283 = 363565

    Wpisy z letniej wyprawy dookoła Polski - czytasz na własną odpowiedzialność.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXIV (17.07.2017)

    Wmordewind, ale poza tym pogoda bajka.

    Kolega @szymonzo1002 nawet myślał, że da radę przejechać się ze mną z rana, ale wcześniej się okazało, że ma swoje załatwienia i plan ten nie wypalił. Najlepszy jednak był poranek, gdy obudziłem się i okazało się, żenad ranem lała mi się krew. Pościel nie wygląda jakbym składał ofiary z niemowląt, ale kropla na prześcieradle i kilka na poduszce było. Dogadaliśmy się, że nie trzeba tego utylizować w kombinezonie ochronnym, bo HIV nie mam i nie trzeba tego utylizować w kombinezonie ochronnym.

    Start trochę po 8 przez trochę okolicznych - bydgoskich - lasów. Po drodze trąbił na mnie ktoś w samochodzie. Okazuje się, że @tomek860827 wyczaił na Endomodno, gdzie jadę i złapał mnie na trasie. Traska biegnie przez Zławieś Wielka (tak, w tej nazwie nie ma błędu) i Błoto. Kolejne dziwaczne znaki do kolekcji. Ogólnie kujawsko-pomorskie już jest znacznie przyjemniejszym terenem do jazdy w porównaniu z Wielkopolską. Jakieś minimalne pagóreczki, lasy, w końcu coś poza zbożem i płaskimi asfaltami Poznania i okolic.

    Poza tym dzień raczej bez historii, wiało, bo wiało, ale słoneczko, bez deszczu, w końcu można było się cieszyć z jazdy, a nie kurwować, że znów człowiek gnije w deszczu.

    Nocleg po 21 w Tucholi u dość miłej pani. Wybierane przeze mnie noclegi po taniości, bo nic poza łóżkiem i prysznicem nie potrzebuję, a kilka godzin jest poświęcone wyłącznie na sen. Toteż bardzo często zdarza się, że do takiego miejsca nie prowadzi żaden asfalt. Póki nie pada to spoko... Tutaj standard. Jak nie śpię u Wykopków, to byle usnąć, byle złapać kilkadziesiąt minut snu więcej.

    Strava i Endomondo.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXV (18.07.2017)

    Niezapomniane 9km (45min) kocich łbów przez las.

    Start z odrobiną deszczu, ale dramatu nie ma. Przez Tucholski Park Krajobrazowy dojeżdżam do wioski Złe Mięso. Niestety ta wyprawa okazuje się obfitować jedynie w znaki miejscowości o głupich skojarzeniach, a niekoniecznie w zabytki czy szczególnie urokliwe tereny. W większości to lasy lub pola. Płasko, bez łamiących monotonię elementów.

    Następna miejscowość Stara Kiszewa ma tylko pozytywne skojarzenia dla mnie i moich znajomych, bo koleżanka z liceum miała tam domek letniskowy, do którego jeździło się pobalować w sposób typowy dla ludzi, którzy dopiero co osiągnęli pełnoletność.

    Dzień mija sielankowo wręcz, człowiek myśli, że już jest fajnie, że będzie dobrze, że na nocleg dotrę przed czasem.... I co? I mamy drogę prowadzącą przez las. Dłuuuugo dłuuuugo prosta droga i nagle pojawia się info o zmianie nawierzchni. Pokrywa się to z wjazdem w gminę Osie. Jest to gmina graniczna w kujawsko-pomorskim. Nie wiem czy może coś zaoferować poza skrajnym, ale to skrajnym wkurwieniem jakie spowodowała jazda po 9km kocich łbów przez las z piaszczystym podłożem. Nie da się tych kocich łbów ominąć, nie da się też jechać tym brukiem w sposób, który nie wywoła skrajnego zdenerwowania. Nigdy jak pragnę zdrowia nie jechałem gorszym terenem. 9km przebyte w 45min. Dramat. @byczys też kiedyś na to dziadostwo wpadł i jak ja nigdy więcej nie chciałby tego powtórzyć.

    Nocleg po raz kolejny w jakimś zajeździe, a nie u Wykopka, bo tereny, które nie wchodziły w pierwotny plan wyprawy, więc nie miałem przygotowanych wcześniej ofert. No i wylądowałem w miejscowości Warlubie, do której przyjechałem już po ciemku, po 22. Straszne zadupie, droga przez ciemny las, ale przespać się dało.

    Strava i Endomondo

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXVI (19.07.2017)

    Nie ma się do czego przyczepić, nawet kupony w McD były.

    Pierwszym ciekawym punktem na trasie był Grudziądz, do którego prowadzi najdłuższy w Polsce most drogowo-kolejowy zbudowany jeszcze przez Niemców podczas zaboru pruskiego. Dopiero w akij sytuacji człowiek uświadamia sobie dlaczego na północy Polski mosty są tak rzadko umiejscowione. W Krakowie i ogólnie na południu koryta rzek są dość wąskie i budowa mostu nie wydaje się wielkim przedsięwzięciem (relatywnie). Przez mosty na północy jedzie się i jedzie. To już naprawdę inżynieria na wyższym poziomie i inwestycje za grube pieniądze.

    Po zwiedzeniu miasta i kilkudziesięciu kilometrach zupełnie bezpłciowych trafiłem do Radzynia Chełmińskiego, gdzie stoi krzyżacki zamek komturski. Bardzo ładny, szczególnie dla kogoś takiego jak ja kogo kręcą takie budowle. Dlatego też rozłożyłem się na trawce i zrobiłem sobie piknik na miarę moich możliwości, czyli żarcia kupionego w pobliskim sklepie.

    Na wjeździe do Brodnicy strąbił mnie jakiś koleś. Okazało się, że to gość, z którym mijaliśmy się bodaj 3 raz i zaczął mi kibicować. Szybka obiadokolacja w McD i musiałem zrezygnować z jazdy do Brodnickiego Parku Krajobrazowego i zostawiłem to sobie na kolejną wyprawę.

    Był wstępny plan, że w Czernikowie będę nocował u @kocurkolandia i @KonniQ, z którymi znamy się osobiście już kilka lat. Ale akurat tego dnia mieli bodaj urodziny cioci, która też nieraz nam pomagała, gdy z chłopakami z Krk jeździliśmy pod Toruń i nocowali u nich. Dlatego też na noclegu wylądowałem u @demolition_corp_inc. Świetne przyjęcie, kolacja, pogaduchy z nim i jego żoną. Mało tego. Okazało się, że pracuje w Nestle i dostałem tyle batonów energetycznych od firmy, że nie byłem w stanie tego zabrać ze sobą i z wszystkim tym dojechałem do samego domu i końca wyprawy.

    Strava i Endomondo

    #100km #200km (nr 25) #200km (nr 26) #200km (nr 27) #metaxynarowerze #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2017.07.17-full.JPG

  •  

    365145 - 5 - 5 - 5 - 5 - 224 = 364901

    W stronę tęczy i zobaczyć Nickischschacht czyli #rowerowykrakow na styczniowej dwusetce do Katowic.

    @demoos @MordimerMadderdin @regyam @Arczi-S @Limon2g @byczys @Mortal84 @bynon @Cymerek @wspodnicynamtb @mihal34 @atizylak @Kuchasz Adrian Grzegorz @metaxy

    Statystyki:

    Dystans: 224 km
    Czas: ◷08:40:44
    Średnie tempo: 2:19 min/km
    Średnia prędkość: 25,86 km/h
    Kalorie: 9106 kcal

    W tym tygodniu to już 244km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: IMG_20180106_124712_768.jpg

  •  

    366346 - 306 - 310 - 259 = 365471

    Wpisy z letniej wyprawy dookoła Polski - czytasz na własną odpowiedzialność.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXI (14.07.2017)

    Żeby zawsze było tak jak dziś.
    Start rano nie boli tak bardzo, gdy wiesz, że czekają cię bardzo dobre, dobre lub chociaż znośnie asfalty Wielkopolskiego, a nie "drogi" północnej części Dolnośląskiego próbujące wytłuc mózg przez uszy.

    Jadę przez las i na drodze leży spora gałąź zajmując więcej niż pół jezdni. Przy mnie przejechało 6 samochodów i tylko omijają, żaden dupy nie ruszy. W nocy ktoś w to przywali i będzie płacz. No i ściągam takie gałęzie, wiadra, kołpaki. Ludzie to lenie.

    Stoję na przejedzie kolejowym w Bronowie i pierwszy raz w Polsce widzę pociąg z samochodami. Ze 30 wagonów z Toyotami i Lexusami. Na zachodzie dość częste.

    W Krzywosądowie spotykamy się z @mosci_K. Bardzo sympatycznie się nam gada, ale kolega po ostatnich 300km jeszcze nie doprowadził kolana do porządku, więc zrobiliśmy razem ze 30km tylko.

    Po drodze jestem w Panience, Murzynowie Kościelnym co mile uzupełnia kolekcje znaków miejscowości dziwnych i dziwniejszych.

    Na nocleg dojeżdżam już późną nocą, ale mogłem, bo u mojej wieloletniej koleżanki ze Ślesina. Tym milej było u niej nocować, że mogliśmy sobie pogadać po dłuższej przerwie.

    Strava i Endomondo

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXII (15.07.2017)

    Brukami, polami do Paryża, Rzymu i innych dziur.

    Żegnam się z koleżanką ze Ślesina i jadę po pierwszą połówkę "Złotego Gralla" znaków miejscowości dziwnych, czyli Tumidaj. Dalej trasa leci przez Powidzki Park Krajobrazowy i po raz kolejny Strava zrobiła mnie w wała i puszczając wzdłuż jeziora powidzkiego wepchnęła w piaszczystą drogę. Jak się okazało, po rozmowie z lokalsami, droga wokół tego jeziora jest cała taka, więc skończyło się nawracaniem, nadkładaniem kilometrów, ale dzięki temu wpadło ponad 300km tego dnia.

    Przez Małachowo Złych Miejsc (kto to kurde im wymyśla) jadę do Żydowa i już bezpośrednio do Gniezna. Trochę zdziwiony byłem, że poza katedrą nie znalazłem nic ciekawego do zobaczenia. Lednicki Park Krajobrazowy trochę złamał choć na chwilę krajobraz, ale potem znów Wielkopolska przypomina o sobie i raduje oko z jednej strony pszenżytem z drugiej kukurydzą przez 10km. Po 10km następuje zamiana i zboże zamienia się stronami z kukurydzą (tak wiem, kukurydza to też zboże).

    Płasko, monotonnie, na szczęście po drodze była dziura zabita dechami zwana Paryżem, która to nazwa zawsze pozwala się ponabijać troszkę z naszego naczelnego trolla @NadiaFrance. To już trzecia taka miejscowość w Polsce, którą udało mi się zwiedzić. Nawet porządna droga tam niestety nie prowadzi.

    Wyprzedzałem mocno terminarz, więc jechałem po terenach, których pierwotnie nie miałem w planie, ergo nie miałem wcześniej skombinowanych noclegów u Wykopków. Dlatego też nocleg udało się znaleźć dopiero w Mogilnie, do którego droga prowadziła przez Rzym. Jednego dnia być w Paryżu i Rzymie to naprawdę dobry wynik. Na nocleg dojechałem dopiero mocno po północy. Na szczęście był to 24h Hotel Mogilno przynależny do miejscowego ośrodka sportowego. Nie najtaniej, ale naprawdę dobry standard jak na hostele, w których nocuję zwykle na wyprawie i już dalej nie było sensu i sił jechać.

    Strava i Endomondo.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXIII (16.07.2017)

    Jakby tak złamać sobie nogę, to bym się wyspał.
    Można wstać po 7, ale i tak człowiek jest już tak styrany, że zebranie się rano, zjedzenie śniadania, spakowanie zajmuje stanowczo za dużo czasu, więc wyjechałem chwilę przed 9. Dlatego też musiałem odpuścić Kruszwicę i Mysią Wieżę nad Jeziorem Gopło choć mijałem je o rzut beretem. Nocleg był już ugrany i wiedziałem, że muszę się śpieszyć, coby nie przyjechać do kolegi @szymonzo1002 o jakiejś pogańskiej godzinie.

    Mijam Janikowskie Zakłady Sodowe, całkiem pokaźny zakład przemysłowy i jadę do Inowrocławia. Najpierw zwiedzić tężnie solankowe, a potem obowiązkowa wizyta w McD, gdzie miałem przyjemność posłuchać planów restrukturyzacyjnych lokalnego rynku transportowego, bo jacyś panowie pozbierali byłych kierowców PKS i innych busów, żeby otworzyć własną firmę transportową. Ilość kurwowań na poprzednich pracodawców, rubasznego humoru etc. dobijała pod limit.

    Jadę na Aleksandrów Kujawski, żeby odbić na Szubin i kawałek przed Szubinem trafiam wybija 6000km tej wyprawy. To już liczba, którą wyprawa miała zakończyć się pierwotnie, ale skoro idzie dobrze, to szkoda trzeba korzystać, a trwać wyprawa ma miesiąc. Niedaleko Szubina, przedzierając się kilka kilometrów przez las, po piasku i w towarzystwie komarów, docieram do miejscowości Grzeczna Panna. Jak w lesie spytałem starszego pana, czy dobrze jadę, to był przezdziwiony, że ktokolwiek wie o tej miejscowości i niestety nie mógł mi potwierdzić, że jest tam znak, któremu można zrobić zdjęcie. Dojechałem, znak jest i tak właśnie skolekcjonowałem drugą połówkę "Złotego Gralla" znaków, czyli "Tumidaj Grzeczna Panno". Tak humor najwyższych lotów, ale na takiej wyprawie robi się wszystko, żeby stworzyć sobie jakiś cel i żeby było ciut mniej nudno. Wyjeżdżając z tej miejscowości okazało się, że była tam inna, znacznie lepsza droga, która nie wymagała prowadzenia roweru po piasku... Bywa, ale któż to mógł wiedzieć.

    Powoli robi się coraz ciemniej i pędzikiem lecę na Bydgoszcz. Po drodze mijam parę samolotów zaparkowanych pod Wojskowymi Zakładami Lotniczymi przy lotnisku i niedaleko zbiera mnie @szymonzo1002 na rowerku. Jedziemy prosto do niego do domu. Kąpiel, kolacja, rozmowa z rodzinką, trochę zajęło mi ogarnianie trasy na następny dzień i do spania. Kolejny dzień za nami.

    Strava i Endomondo.

    #100km #200km (nr 24) #300km (nr 5) #metaxynarowerze #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2017.07.14-full.JPG

  •  

    367251 - 586 = 366665

    Przedsylwestrowy przejazd Katowice - Gdańsk

    Już tradycyjnie, w okresie między świętami a sylwestrem udało się zrealizować dłuższą trasę, tym samym zamykając rok 2017. Tym razem prognozy pogody sugerowały jazdę na północ, więc padło na przejazd do Gdańska. Pierwszy raz nie jechałem sam - kilka dni wcześniej odezwał się do mnie Paweł Pieczka, który znając już moją tradycję, zaproponował towarzystwo.

    Startujemy zaraz po świętach, 27 grudnia w okolicach 6 rano. Paweł jedzie od południa (spod czeskiej granicy), więc wyjeżdżam mu na przeciw. Dziwne uczucie, bo mamy jechać nad morze, a ja początkowo się oddalam jadąc na południe ;) Poranek mglisty i zimny. Spotykamy się gdzieś przed Żorami i odtąd jedziemy już wspólnie na północ. Niepokoi nas, że jeśli kolejna noc będzie podobna (zimno, mgliście i wilgotno), to może być z nami krucho, a przede wszystkim - zbyt niebezpiecznie. Bo przecież aktualnie mamy najdłuższe noce i czeka nas dobrych 15 godzin jazdy po ciemku.

    Przed Częstochową pierwszy krótki postój pod sklepem. Chwilę wcześniej jednak mały incydent - na środku naszego pasa stoi śmieciarka. Słońce już zaczęło podsuszać asfalty, co uśpiło czujność - gdy tylko naciskam hamulec, od razy podcina mi koła i zaliczam glebę. Akurat trafiłem na zacieniony kawałek asfaltu, na którym jest tak ślisko, że nawet ciężko mi się pozbierać. Na szczęście prędkość niewielka i skończyło się na zdartym łokciu i dziurawej kurtce.

    Większy postój planujemy zrobić w okolicach środka trasy. Zgodnie z założeniem, niedługo po zapadnięciu zmroku wjeżdżamy na DK91, by odtąd trzymać się sprawdzonego przeze mnie wariantu nad morze aż do końca. Przed Krośniewicami łapie gumę w tylnym kole. Wokół tylko pola i ciemność, więc nie uśmiecha się wymiana dętki w świetle latarki. Postanawiamy spróbować dopompować i jechać dalej, bo jakoś gwałtownie to nie zeszło. Udaje się przejechać 7 km, więc nie jest źle. Jeszcze jedna dobitka i po kolejnych 10 km lądujemy w Krośniewicach, gdzie ma być w końcu Orlen i dłuższy postój. Niestety jest kiepściutko - to jakaś lokalna stacja, zamykana o 22. Jeszcze jest czynne, ale na wypasy nie ma co liczyć. Brak miejsca do siedzenia, a całe menu to znienawidzone już przeze mnie hot dogi. Ale trudno - trzeba zjeść co jest i zrobić dętkę, którą udaje się załatać bez zdejmowania koła.

    Ledwie wracamy na główną drogę, a naszym oczom ukazuje się wielki i wypasiony Orlen z czerwonymi sofami i bogatym menu na pokładzie. Aż żal patrzeć, ale trzeba jechać dalej. Oczywiście przez kolejne godziny mijamy sporo takich wypasionych przybytków ;)

    Noc przemija dość spokojnie. Zgodnie z prognozami wiatr sprzyja, jednak pokazują one też coś niepokojącego, czyli nadchodzące opady deszczu.
    W okolicach Grudziądza zaczynają się pierwsze podjazdy, które towarzyszyć nam będą do końca trasy. Łamie mnie trochę senność, więc za miastem robimy szybki postój żeby wybić się monotonii jazdy. W okolicach 500 km, (tu pęka #festive500 ) zajeżdżamy do sprawdzonego i wyczekiwanego miejsca postoju na stacji BP w miejscowości Nowe. Tutaj w końcu ogromny wybór jedzenia. Podwójna jajecznica i inne rarytasy od razu stawiają mnie na nogi. Jednak to co widać za oknem nie napawa optymizmem - zgodnie z zapowiedziami pada deszcz, a temperatura oscyluje nieznacznie powyżej zera.

    Ostatnie godziny jazdy nie należą do przyjemnych. Deszcz i chłód skutecznie wysysają z nas energię potrzebna do jazdy. Dodatkowo mój rower ma taką przypadłość, że w takich warunkach momentalnie cały napęd pokrywa się błotem i zaczyna mocno rzęzić, a biegi przestają się słuchać. Sam tez jestem uwalony po czubek głowy (patrz zdjęcie w pierwszym komentarzu :D). Jest ciężko, ale że kolega Paweł tez nie jest z pierwszej łapanki (świetne drugie miejsce na tegorocznym #mrdp mówi samo za siebie), to nie odpuszczamy i już bez postojów docieramy do celu.

    Tym sposobem, po 31 godzinach i przebyciu niespełna 600 km wspólnie meldujemy się pod Neptunem ;) W moim zabłoconym stroju byłem chyba większą atrakcją niż on sam ;) Na ostatnich 100 km deszcz i grudniowy chłód dały nam ostro popalić, ale w towarzystwie łatwiej było przezwyciężyć te trudności. Dzięki za jazdę :)

    Pozostaje mi wstawić krótkie podsumowanie mojego roku 2017 na rowerze:

    - w sumie przejechanych okrągłe 15 000 km

    - przewyższeń (za Strava) 100 976 m

    - udało się "zamknąć" województwo opolskie, odwiedzając wszystkie gminy w jego granicach,

    - na tę chwilę zaliczonych gmin w Polsce 999 / 2478 (40%)

    - kilka wypadów z namiotem, w tym tygodniowy tour po kilku państwach PL-CZ-SK-HU-CRO-SRB-RO-HU-SK-PL

    - udało się ukończyć kilka ultramaratonów: Maraton Podróżnika, Maraton Tour de Silesia, Maraton Karpacki Hulaka

    - udało się przejechać całą trasę MRDP - wprawdzie spóźniłem się 4 godziny, ale mimo to ciesze się, że wziąłem udział i dojechałem do mety. Niezapomniana przygoda :)

    Na ten rok też się szykuje coś większego, ale to się ma wyklarować na dniach ;)

    Dzięki Wszystkim za wspólne równikowanie w 2017! :)

    Strava: https://www.strava.com/activities/1330418430

    #byczysnarowerze #zaliczgmine

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: preview.ibb.co

    +: Ragnarokk, the_Fam +101 innych
    •  

      @Mortal84

      Jasne że jednolita mapka wygląda lepiej. Moja jest jednak zalaminowana i maluję takimi permanentnymi olejowymi pisakami, bo chcę żeby to było trwałe.

      Kolega @metaxy będzie miał w tym roku zaliczoną całość, więc nie ma takich wymagań ;)
      U mnie to będą jeszcze długie lata i pod tym względem jest OK - nic nie blaknie, żółknie itp.

      Wszystko robiłem własnoręcznie (docinanie, ramki i tablica), więc mam też do niej pewien sentyment :) A ładną super ekstra, to można kiedyś zrobić w programie graficznym i wydrukować.
      pokaż całość

    •  

      Kolega @metaxy będzie miał w tym roku zaliczoną całość, więc nie ma takich wymagań ;)

      @byczys: Szanse są. A jak zaliczę całość to dołożę ramkę i pewnie szybkę, żeby dłużej wytrzymało. Też mam sentyment i takie ręcznie malowane sobie zostanie.

    • więcej komentarzy (17)

  •  

    369095 - 205 = 368890

    Po okolicy, czyli z krakusami do Katowic.

    Zbiórka o 8.45 tam gdzie zazwyczaj. Stawiają się @byczys, @Arczi-S, @atizylak i kilka minut spóźniony @Limon2g, który przybywa na swoim zabytkowym vintydżu. Ruszamy w kierunku Wygiełzowa i Płazy. Po zjeździe z tej ostatniej robimy chwilę przerwy w Bolęcinie, a już parę km dalej spotykamy #rowerowykrakow w składzie: @metaxy, @bynon, @Cymerek, @mihal34, niewykopowy Adrian i @Kuchasz, który dołączył do nich jadąc od siebie z Andrychowa.

    Przed Chrzanowem @mihal34 zawraca, bo w planie miał tylko setkę. Czyli jednego towarzysza tracimy, ale w Jaworznie przybywa nam dwóch: @demoos i @MordimerMadderdin. Ten pierwszy prowadzi nas na słynne już nie tylko na Wykopie (bo i ostatnio był o nim reportaż na TVN) rondo holenderskie.
    Fajnie, że macie tam tak przyjazną rowerzystom infrastrukturę, ale te brukowane przerywniki na DDR-ach niezbyt przypadły mi do gustu. Szczególnie, że jeszcze było mokro...

    @demoos opuszcza nas niestety po ledwie kilku minutach. W samych już Katowicach trochę pobłądziliśmy, ale udało się trafić pod Spodek i pomnik Powstańców Śląskich, gdzie porobiliśmy obowiązkowe zdjęcia. Obowiązkowa była też wizyta w McD.
    Od razu po obiadku @byczys skręca do siebie, a my nadkładamy trochę drogi na Nikiszowiec - zabytkowe osiedle górniczych familoków.

    W Lędzinach zatrzymuje nas na moment orszak Trzech Króli. Akurat mamy ruszać, a tu mnie ktoś woła. Babcia! Dziadkowi tylko machnąłem, bo już musieliśmy jechać. Na następnych kilku km odłączają się po kolei @Limon2g, @atizylak i @Arczi-S. Żodyn nie chciał ze mną dokręcać do dwustu, żodyn... ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    Tak więc zostajemy w sześciu i kierujemy się na WTR, która prowadzi wałami wzdłuż Wisły. W Zatorze żegnamy się i krakusy w swoją stronę, a @Kuchasz i ja "w swoją". W sumie żaden z nas nie jechał bezpośrednio do domu, bo trzeba było lekko nadłożyć do tej dwójki z przodu.

    W zeszłym roku pierwsza dwusetka wpadła mi dopiero pod koniec marca, a tutaj początek stycznia i już fajrant :D Miejmy nadzieję, że będzie to dobry prognostyk na nadchodzący sezon.
    Dzięki wszystkim za udaną wycieczkę i do zobaczenia na kolejnej!

    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #szosa #wykoptribanclub #100km #200km (nr 1)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: Kato.jpg

  •  

    369888 - 233 = 369655

    Było nas szesnastu w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel...
    Czyli jak dobrze rozpocząć rok 2018.

    Start o 8 - jedziemy z @Cymerek pozbierać jednego z nowych towarzyszy (Adrian) z OTR i zaraz dogadania nas kolejny (Grzegorz) oraz niespodziewanie pojawia się @regyam ubrany w krótkie spodnie... Ja wiem, ze ciepło i w ogóle. Tym bardziej niespodziewany, że odkąd zrobiło się chłodniej to nie jeździł wcale. Koło Orlenu dołącza @bynon i @mihal34. Taka to mała banda leci na Tenczynek, a po drodze odpada na podjeździe pod Sankę @regyam, ale też taki był plan, że tylko godzinkę z nami. W lesie dołącza @Kuchasz, a opuszcza nas Grzesiek. W Regulicach, znanych krakusom ze sklepu rowerowego, następuje wielkie połączenie ze Ślązakami (i nie tylko): @Arczi-S @Limon2g @byczys @Mortal84 @atizylak. Chwilę potem @mihal34 nas opuszcza.

    Zaczyna padać deszcz, ale przynajmniej widzimy tęczę. W takich warunkach dojeżdżamy do Jaworzna napotykając @demoos @MordimerMadderdin. Dyżurny oficer rowerowy Jaworzna @demoos przeprowadza nas po ichniejszych DDR i cudownym rondzie holenderskim po czym chwilę później nas opuszcza. Taką już ekipą dojeżdżamy do #katowice. Spodek, pomnik i wykwintny obiad w prestiżowej restauracji McDonald's.

    Przez śmierdzące dymem okolice jedziemy zobaczyć Nikiszowiec, ale strasznie zastawione autami i brzydkie zdjęcia, a potencjał dzielnica ma. Przez jeszcze więcej smogu dojeżdżamy do Lędzin, a tam procesja na 3 Króli z królami na koniach. Nagle z tłumu pani woła Tomaszka... Okazuje się, że to babcia @Mortal84, a chwilę dalej spotykamy dziadka.

    Kierujemy się na WTR dzięki czemu możemy nadrobić trochę czasu. Po drodze do Zatoru (Zatora?) po kawałku odpadają kolejni uczestnicy. Aż zostaje nas 4. @bynon @Cymerek @metaxy no i nowy nabytek Adrian. Natomiast już w granicy Krakowa czeka na nas @wspodnicynamtb. Razem śmigamy wałami i do domów.

    Nikt by się nie spodziewał, że w pierwszym tygodniu stycznia zrobimy 200km. Nikt by się nie spodziwał, że zrobimy to w łącznie (w różnych konfiguracjach) 16 osób. Było super! #rowerowykrakow i #drozdzowkarze zaczynają dobrze ten rok!

    Udział wzięli:
    @demoos @MordimerMadderdin @regyam @Arczi-S @Limon2g @byczys @Mortal84 @bynon @Cymerek @wspodnicynamtb @mihal34 @atizylak @Kuchasz Adrian Grzegorz @metaxy

    #rowerowyrownik #100km #200km (nr 1)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2018.01.06-full.JPG

  •  

    371517 - 285 = 371232

    Rok 2018 dla mnie będzie dość intensywny w dłuższe dystanse, takie przynajmniej mam postanowienie ( ͡° ͜ʖ ͡°) Nie odpuściłem #festive500, nie zamierzam również innych wolnych dni na jazdę. Pierwszy ultramaraton Piękny Wschód, kolejny Wisła1200 i jak dobrze pojadę PW to i BBT...

    Bardzo dziękuję @rdza za zaproszenie do Warszawy, dzięki temu udało się dobrze otworzyć rok :)

    "Jaki początek roku taki cały rok..." Wyszedłem z takiego założenia wybierając się na ta jazdę. Zabrał się ze mną koleżka, z którym robiłem #festive500. Wziął sobie dzień wolny by tylko się przejechać.
    Wyjechaliśmy około 5 rano, trochę późno jak się później okazało. Pogoda nijaka, niby nie było zimna, ale wszędzie były mgły lub smog i wilgotny asfalt. Najgorzej było w kieleckim. Smród i widoczność bardzo mała, na oko 50-100m. Mimo to lecieliśmy sobie dość sprawnie, bo z Rzeszowa do Warszawy jest z górki (:
    Na około 150 km myjemy rowery i to był błąd. Prawdopodobnie jeden zły ruch dyszą doprowadził do przedostania się smaru do mechanizmu zapadkowego. Po kilku kilometrach zapadki się skleiły z bębenkiem. Tak straciłem napęd. Wykonałem szybki serwis bębenka wycierając wszystko do sucha. To była jedna poważniejsza awaria tego dnia, całe szczęście. W Warce koleżka potrzebuje się doładować, zatrzymujemy się więc na polskiego kebaba. Do Warszawy wjeżdzamy około 19:20, pod blokiem @rdza jestem około 19:40.

    Jutro Gassy...

    Statystyki:

    Dystans: 285 km
    Czas: ◷09:51:06
    Średnie tempo: 2:04 min/km
    Średnia prędkość: 28,97 km/h
    Kalorie: 11901 kcal

    W tym tygodniu to już 771km!
    #rowerowyrownik #ruszrzeszow #100km #200km #zaliczgmine +22
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: c1.staticflickr.com

  •  

    372788 - 267 - 306 - 229 = 371986

    Wpisy z letniej wyprawy dookoła Polski - czytasz na własną odpowiedzialność. Znów paczka 3 dni, żeby nie spamować tagu. Zdjęcia z kolejnych dni w komentarzach. I tak już nikogo to nie interesuje, ale kronikarski obowiązek i z tego powstanie podsumowanie całej wyprawy.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XVIII (11.07.2017)

    Jak się nie ma w głowie, to się ma w nogach.

    Raz że kilometrów za mało, coby wypełnić zakładany plan na ten miesiąc. Dwa, że jak się gmera przy trasie, jak ja w Nowym Tomyślu na noclegu u @apee, to trzeba sprawdzić, czy wszystko przebiega tak jak powinno. No i nie przebiegało. Brakło mi gminy Miedzichowo i nie ma lekko. Z Leszna mam po nią 100km, więc lecim.

    Meteo jak zwykle zrobiło mnie w wałka i zapowiadana bezdeszczowa pogoda okazała się być 3h niezbyt mocnego, ale jednak deszczu. Reszta trasy przebiega dość spokojnie, temperatury optymalne, brak palącego słońca, bo wszystko za chmurami. Zaległa gmina zaliczona i licznik pokazuje 100.50km, więc wymierzone niemal idealnie. No to lecim na Poznań, gdzie umówiony jestem z @sensei_RRicco i w planie jest burgerek Fat Bob Burger. Na wylocie z Nowego Tomyśla macha na mnie gość jakiś. Okazało się, że to koleżka ze Stravy, który niestety wyglebił na rowerze i nie mógł mi towarzyszyć, więc spakował się z Poznania do samochodu i zrobił te 60km, żeby pogadać sobie 5min. Bardzo miłe, ale że się Wam chce i nie macie ciekawszych rzeczy do roboty...

    Dojeżdżam do Poznania i niespodziewanie spotykam @jagoot, który czekał na mnie wracając z pracy. Odprowadza mnie na Rynek i pod burgera. Burgerek sam w sobie wg mnie tylko dobry, a nie rewelacyjny, ale spoko zapchał brzuch. Tam też okazało się, że @sensei_RRicco pochrzanił trochę daty i tego dnia wybył zamiast śmignąć ze mną. Bywa.

    60km od końca podróży spotykam @impa, który z kolegą wyjechał mi na przeciw. Trochę kręcimy sie, żebym miał dość km i nowe gminy, a gdy dorwaliśmy jeszcze jednego ich kolegę już ogień do domu. 40-45km/h na zmianie dało się trzymać mimo 240km już w nogach.

    Nocowanie u kolegi @impa z którym rok temu jechaliśmy część mojej trasy Poznań - Wrocław. Tak się tworzy siatka znajomości, że czasem człowiek aż jest zszokowany. Pisanie tej relacji i poprawa trasy, żeby było dość km do końca to znów zarwana noc. Witaj ziewanko dnia następnego.

    Strava i Endomondo.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XIX (12.07.2017)

    Leje, wieje, ale ludziska ratowały dzień!
    Nocka u Daniela kolegi @impa, który to jak na rasowego lenia, uznał, że:

    7 rano to dla mnie noc...
    Więc zbieram się sam. Daniel jednak napisał na ichniejszej grupie, że jadę i czy ktoś by mnie kawałek nie chciał eskortować. Znalazł się kolega Dawid. Z nim i jeszcze jednym przypadkowo spotkanym kolegą jedziemy razem do Gostynia. Tam przerwa na Bieronkowanie, tam też znajduje mnie @Dewastators, który przyjechał z Wrocka do Rawicza pociągiem i potem już ze mną chciał zrobić resztę trasy. Głupek. Podoba mi się to.

    Mamy startować, ale dojeżdża jeszcze @ferinanto. 2 pierwszych kolegów wraca do Śremu, a z kolejnymi dwoma jedziemy dalej. Wiatr zaczyna dokuczać coraz mocniej i kolega @ferinanto niedługo odłącza się do nas. Zaś mnie i @Dewastators zostaje trochę ponad 200km jeszcze do Wrocławia.

    Wieje brzydko cały dzień w ryjek, ale padać zaczyna dopiero koło 15, gdy przekraczamy granice Wielkopolskiego i Dolnośląskiego. Drogowo dwa światy. Pierwsze ma jedne z najlepszych asfaltów w Polsce, choć do Podkarpacia im trochę jeszcze brakuje. Drugie to dziury, łaty i bruk. Na początku mżawka, potem jeden konkretniejszy deszcz, ale w sumie szczęśliwi jesteśmy, że tylko tyle. W Wołowie chowamy się trochę przed deszczem i git, wychodzi słońce. Coś tam jeszcze popaduje, ale nic to. Coś tam wieje, też nic to.

    W Urazie za Brzegiem Dolnym spotykamy @cherrycoke2l i jeszcze jednego Wykopka, który jednak ma nowe konto i nie pamiętam nawet czy powiedział jakie. Razem już we 4 jedziemy i w sumie wtedy rozpoczyna się najgorszy tego dnia dzień. Przynajmniej jak przemoknąć to całkiem, bez rozdrabniania się.

    Jedziemy na nocleg u kolegi @uysy, który to niesamowicie zaangażował się w uprzyjemnienie mi wyprawy. Pisze do mnie, że widzi, że niedużo brakuje mi do 300km, to żebym się nie przejmował i dokręcił sobie. Świetny domowy, duży obiadek. Pogaduchy z nim i jego dziewczyną. Ogólnie aż bije od niego chęcią pomocy. Trochę kombinowania z trasami na następne dni, pisanie tego wpisu i jupi, znów mniej niż 6h snu.

    Strava i Endomondo.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XX (13.07.2017)

    Morderca wmordewind i jak ja nienawidzę dolnośląskich "dróg".
    Pobudka o 7, @uysy zrobił elegancką jajecznicę na śniadanie i wyprowiantował mnie babeczkami na drogę. Jedziemy razem raptem półtora km. On do pracy, ja na myjnię. Z zeszłorocznej wizyty na Impact Fest we Wrocławiu pamiętam, że obok Pasibusa i Barbary na Świdnickiej stał krasnal rowerzysta. Godzina przez miasto tylko po to, żeby się przekonać, że już go nie ma i nikt nie wiem czemu.

    4998 km wypadło koło znaku Mirków, więc dokręciłem do 5k obok, żeby było okazjonalne foto. Ogólny kierunek na Kalisz, czyli na północ powoduje, że przy wichurze, jaka tego dnia była chyba w całej Polsce, miałem bardzo fajny #wmordewind. Jadę wśród:

    tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem
    Gdzie z otwartych, nieosłoniętych przestrzeni cieszą się chyba tylko właściciele kręcących się jak oszalała wiatraków.

    W Twardogórze dziadek w Fieście uznał, że wyjeżdżając w lewo z parkingu automatycznie ma pierwszeństwo przed pedalarzem na drodze i skończyło się na szczęście tylko obcierką.

    Granica województwa jest jednocześnie granicą dobrych asfaltów dosłownie nie trzeba nawet znaków.

    Nocleg w hostelu w Krotoszynie o zaskakującej nazwie "Krotoszyn". Warunki kołchoźne, wspólne pokoje, stara kamienica, wodę trzeba było dopiero nagrzać, brak drzwi z klatki schodowej do pokoju. Ze mną było dwóch chłopaków, którzy przyjechali na zawody w crossfit - nie wiem na czym to polega. Dziwny "hostel", ale ja tam potrzebuję wziąć prysznic i pójść spać, więc spełnił swoją rolę.

    Dzień dość męczący, ale przede wszystkim psychicznie, bo przez wichurę trzeba było walczyć o średnią 20km/h.

    Strava i Endomondo

    #100km #200km (nr 22) #200km (nr 23) #300km (nr 3) #metaxynarowerze #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2017.07.11-full.JPG

  •  

    373952 - 248 - 264 - 274 = 373166

    Wpisy z letniej wyprawy dookoła Polski - czytasz na własną odpowiedzialność. W paczce 3 dni, żeby nie spamować przesadnie tagu. Zdjęcia z kolejnych dni w komentarzach. I tak już nikogo to nie interesuje, ale kronikarski obowiązek i z tego powstanie podsumowanie całej wyprawy.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XV (08.07.2017)

    W grupie to i oberwanie chmury łatwiej znieść.

    @Milady88, @zdebel oraz ich kot żegnają mnie ciut po 8 rano i jadę kawałek na południe sprawdzić lotnisko wojskowe w Krzesinach - stacjonują tam F16 - niestety dane mi było zobaczyć jedynie zamknięte hangary.
    W okolicy mostu Królowej Jadwigi spotykam towarzysza mojej wczorajszej niedoli - Wojtka Bystrzyckiego, szukamy jakiejś myjni, bo rower po ulewie przypomina coś zapomnianego przez Boga i ludzi, ale jakoś nam to nie wychodzi. Kawałek za Szamotułami spotykamy @Rzufik, który wyjechał nam naprzeciw z Wronek.

    Jest fajnie, gadamy, śmieszki tylko chmury jak cholera sugerują, że będzie źle. No i zrobiło się oberwanie chmury z gatunku tych, gdzie naprawdę nic nie widać. Totalnie. Dodatkowo jesteśmy, jak to w Wielkopolsce, pośrodku niczego. Żadnego przystanku, domku, etc. żeby się schować. Pewnie po jakiejś godzinie ulewy pojawia się słońce. W Sierakowie wpadamy do Biedronki, siedzimy chwilę przed nią i suszymy buty i skarpetki.

    W okolicy Gorzynia na Międzychód ucieka @Rzufik. Niedługo później dopada nas kolejna ulewa, a je usypiam na siedząco na przystanku, czego aparatem nie omieszkał uwiecznić Wojtek.

    Od Zbąszynia goni nas już konkretna burza i uciekamy na Nowy Tomyśl ile pary w nogach. Wojtek jak na młodzieżowca z klubu i wynikami na koncie, ciągnie 40km/h mimo 200km w nogach. Z nim też dojeżdżam do końca dzisiejszej wyprawy czyli Nowego Tomyśla. Tam sklep, pożegnanie, kolega jedzie na PKP, żeby wrócić do Poznania, a ja mam zaraz obok nocleg u @apee. Świetny kolega, naprawdę miło się z nim gadało i piło piwko.

    Strava i Endomondo.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XVI (09.07.2017)

    Rodzynek pogodowy... I zgubiona gmina.
    Wstajesz rano i widzisz słońce, słoneczko... Aż chce się jechać, mimo że kolejna noc zarwana na pogaduchach - tym razem z @apee. Po śniadanku próbuję odwiedzić ich ZOO, ale jest niestety zamknięte. ZOO dość ciekawe, bo wiklinowe. Poza zwierzaczkami mają też choćby wiklinowego trabanta. Jadę na północ po kolejne gminy i, jak się okaże wieczorem, gubię jedną z nich czyli Miedzichowo. Niedopatrzenie, które będzie mnie kosztowało nadłożenie 100km i wizytę raz jeszcze w Nowym Tomyślu, choć @apee już wtedy nie było tam. Ale nie uprzedzając faktów....

    W Wąsowie jest całkiem ładny pałacyk zamieniony (jak zwykle) w hotel. Chyba całkiem dobry hotel, bo Passaty bynajmniej pod nim nie stały. Dalej trasa przez miasteczko Buk, którego znak ktoś pięknie przerobił na Buka. Przed Gorzowem Wielkopolskim zaczyna się całkiem długi DDR wzdłuż głównej drogi, biegnący potem w kierunku na Wolsztyn. Tamże bardzo fajne muzeum kolejnictwa. Parowozownia, stare lokomotywy, to co taki fan dużych maszyn jak ja lubi najbardziej.

    Niedaleko dalej Babimost, gdzie wybiło 4000km tej wyprawy. Szerszej publiczności miejscowość ta może być znana z "zielonogórskiego" lotniska. Lotniska, które to z Radomiem zawzięcie walczy o ostatnie miejsce wśród najmniej ruchliwych portów lotniczych w Polsce.

    W okolicy Lubięcina dołącza dwóch Wykopków @Regis89 i @dablju_, Decathlonowe chłopaki jak i ja. Już razem jedziemy do Nowej Soli wzbudzając frustrację Januszy wypoczywających tego dnia nad Jeziorami Tarnawskimi.

    Po rozdzieleniu się z nimi jadę już sam do Zielonej Góry na nocleg u @katalizat0r. Kolega zapowiadał, że w nocy mają nightcoding, więc niepotrzebnie zahaczałem o McD, bo czekała pizza. Jak również kolega od kodowania i żona. A propos żona - to tenże Pan wymyślił #zonabijealewolnobiega. Chłopaki kodowali serwis do grania w gry, które będzie generowało wpłaty na cele charytatywne, więc spoko idea. A ja porysowałem sobie trasę na dzień następny i do spania.

    Strava i Endomondo.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XVII (10.07.2017)

    Dookoła Polski dzień XVII. Lubuskie bruki dały mi raka, syfilis i guza mózgu. No i 6 burz.
    Start już o 7 rano, bo @katalizat0r z żoną śmigali do pracy. Pierwsze co niedaleko miałem do zobaczenia to "Pomnik ludzi uwięzionych w windzie", czyli Pomnik Bohaterów II Wojny Światowej na Placu Bohaterów.

    Dalsza trasa biegła w kierunku na Żagań, w którym nocowałem w tamtym roku i jak w tamtym roku zwiedziłem Stalag Luft III, czyli obóz jeniecki znany z Wielkiej ucieczki, o czym nakręcono też film. Po co jechać w to samo miejsce? Ano bo jeszcze dalej jest gmina Wymiarki, którą przegapiłem podczas ulewy rok wcześniej. Przegapiłem o jakieś kilkaset metrów, ale co zrobisz Bożenko? Tylko kKilkaset metrów to nadal nie powód, żeby odhaczyć gminę jako zaliczoną. I jak w 2016 tam też dopadła mnie ulewa.

    Pauza wracając znów do Żagania na Orlenie, gdzie hot dog na szybko i wiszenie na infolinii Play, bo jak się okazało ograniczyli mi, jak większości ludzi, roaming krajowy i prawie nigdzie poza większymi miastami nie miałem zasięgu. Info dostałem dzień wcześniej od @Regis89 i @dablju_ czym mi bardzo pomogli, bo już myślałem, że to zalany telefon wariuje.

    W mniejszym lub większym deszczu jadę do Szprotawy. I tam zaczyna się syf, z którego znane jest lubuskie. Czyli bruk - dużo bruku, bo przez Niegosławice i jeszcze w kierunku na Mycielin. Razem około 10km wytrząsania mózgu przez uszy.

    W Głogowie, niedaleko różowego Mostu Tolerancji, spotykam wczorajszego kompana @dablju_, który to wiedząc, że idzie burza i tak wybrał się na jazdę ze mną. Burza ta dopadła nas w środku lasu między Głogowem, a Wschową i była to jedna z bardziej przerąbanych burz w moim życiu. Skryliśmy się w lesie, ale... Dopadła nas prawdziwa chmara komarów, cały czas trzeba było się ruszać i rękoma bez przerwy "masować" się po rękach, nogach i twarzy. Mimo to i tak skończyłem z kilkudziesięcioma pogryzieniami. Jechać się nie dało, bo widoczność bardzo słaba, a pioruny i grzmoty co chwilę w bardzo bliskiej odległości. Czasem było tylko słychać syk i od razu grzmot, więc uderzenia były w bezpośredniej bliskości. Po burzy zawsze wychodzi słońce, więc @dablju_ dostał ładną fotkę z tęczą.

    We Wschowej rozdzielamy się, a ja śmigam na Leszno, choć niebezpośrednio, bo najpierw odwiedzając Przemęcki Park Krajobrazowy. I to był błąd, bo szła kolejna paskudna burza. Zmrok zapada, a Wykopki ostrzegają, że w okolicy wali gradem i to takim, który krzywdę zrobić może.

    Dojeżdżam do Leszna jak wariat, wichura, ulewa, ale uniknąłem gradu i burzy właściwej. W momencie jak wszedłem do mieszkania kolegi "z pracy" burza rozszalała się na dobrze i znów było "straszno". Świetny wieczór, bo z kolegą Mateuszem się lubimy, z dziewczyną zrobili super kolację, naleweczki, alkohole, sielanka.

    Strava i Endomondo

    #100km #200km (nr 19) #200km (nr 20) #200km (nr 21) #metaxynarowerze #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2017.07.08-full.JPG

    •  

      Dzięki za wspólny kawałek :) Szkoda że tak gnoiło. Nigdy przedtem ani później w takim załamaniu rowerem nie jechałem. Zmieniłem szarego pożyczkę tribana na swoją maszynkę, używaną i wolniejszą ale ciut bardziej terenową, bo jak piszesz, w Wlkp wielkie nic (szczególnie w moich rejonach) i fajnie zjechać czasami w jakąś podrzędną drogę gdzie schowane są ciekawsze rzeczy :) Zaległa fota której nie zrobiliśmy z powodu deszczów przy Lizbonie. Pozdrawiam! :) pokaż całość

      źródło: lizbona.JPG

    •  

      Nigdy przedtem ani później w takim załamaniu rowerem nie jechałem.

      @Rzufik: Ja też nie, bo u nas jest gdzie się schować, a u Was już nie bardzo. Powodzenia kolego.

    • więcej komentarzy (8)

  •  

    376460 - 101 = 376359

    wczorajsze #100km na zakończenie roku i żeby utrzymać ciągłość w Gran Fondo.

    Przy okazji małe podsumowanie kończącego się roku:
    - udało się przejechać zakładany dystans roczny 5000 km i poprawić zeszłoroczny wynik o 1000 km, przy jednoczesnym dwukrotnym zwiększeniu zdobytych przewyższeń
    - w końcu stałem się posiadaczem swojej pierwszej #szosa dołączając do #wykoptribanclub
    - poprawiony dystans jednego przejazdu na 286 kilometrów
    - trzykrotnie udało się przejechać #200km

    Dużo fajnych wyjazdów - w tym:
    - dołączenie do #rowerowykrakow odprowadzających @metaxy do Warszawy (miło było poznać @wspodnicynamtb, @metaxy, @Cymerek, @kiwacz, @Mortal84, @makyo, @bynon )
    - przejechanie wielkiej pętli bieszczadzkiej
    - wycieczka do Krakowa
    - zwiedzanie okolic Sandomierza z żoną (dzięki @faramka za pomoc)
    - Rajd Wokół Tatr (miło było ponownie spotkać @wspodnicynamtb @Cymerek @bynon @Mortal84)
    - wycieczki z #rowerowalodz

    Przy okazji chciałbym szczególnie podziękować @Zelazko_MPM z którym przejechałem w tym roku zdecydowanie najwięcej kilometrów - w przyszłym roku muszę Cię w końcu wyciągnąć na #200km.

    Statystyki:

    Dystans: 101 km
    Czas: ◷04:15:18
    Średnie tempo: 2:30 min/km
    Średnia prędkość: 23,84 km/h
    Kalorie: 4561 kcal

    W tym tygodniu to już 337km!
    #rowerowyrownik #ruszlodz #100km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: 2017.png

  •  

    379995 - 24 = 379971

    #festive500 - regeneracja [528/500]

    Była to ostatnia jazda w tym roku więc krótkie podsumowanie:
    - pierwszy raz przekroczylem 10kkm
    - 46x #100km
    - 2x #200km i poprawa najdluższej jazdy 222km

    #rowerowyrownik

    źródło: stravaRide.png

  •  

    383200 - 207 - 35 - 113 = 382845

    Plan na środę początkowo był inny, ale w związku z silnym południowym wiatrem postanowiliśmy z @Arczi-S, że założoną dwusetkę pojedziemy na północ i wrócimy pociągiem. Szybki rzut oka na mapę i wyszło, że dwieście km jest akurat do Piotrkowa Trybunalskiego. A że wieczorem był stamtąd bezpośredni pociąg do Katowic, to długo nie musieliśmy się zastanawiać.
    Przez pierwsze 2 godziny nieźle zamulaliśmy, bo było dobrych kilka stopni na minusie i po prostu nie jechało się zbyt rewelacyjnie. Na szczęście temperatura wzrosła powyżej zera, zaczął wiać zapowiadany wiatr w plecy (choć nie zawsze) i zrobiło się znacznie przyjemniej.
    W Koniecpolu, w połowie trasy, zarządziliśmy sobie przerwę obiadową w przydrożnym zajeździe. Następne kilkadziesiąt km to głównie drogi przez lasy i jakieś małe wsie z zaskakująco dobrymi asfaltami. W Piotrkowie meldujemy się chwilę po 17, ale jeszcze trzeba dokręcić i ostatecznie nie zdążamy na wcześniejszy pociąg. Ale za to na spokojnie zjedliśmy maka i pojechaliśmy następnym.
    Krótszy dystans to powrót z dworca z Katowic do domu, a setka to dzisiejsza trasa na zaporę. Niby miało padać cały dzień, ale skoro pogoda się zmieniła, nie mogłem nie wykorzystać okazji ;)

    #festive500 - 701/500 km

    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #szosa #wykopcanyonclub #100km (nr 72) #200km (nr 22)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: Piotrków.jpg

  •  

    384094 - 104 - 107 - 124 - 202 - 26 = 383531

    #festive500 zaliczony.
    24.12 - tylko setka z @Mortal84 i grupą z Stravy - lokalna runda
    25.12 - znowu setka na zaporę z @Mortal84
    26.12 - na kremówkę do Wadowic z @Mortal84 i @Kuchasz oraz Marcinem z Stravy
    27.12 - kropka nad "i" czyli dwie setki do Piotrkowa Trybunalskiego z @Mortal84 a powrót pociągiem do Katowic
    27.12 - dokręcenie z Katowic do domu

    Statystyki:

    Dystans: 104 km
    Czas: ◷03:58:54
    Średnie tempo: 2:17 min/km
    Średnia prędkość: 26,24 km/h
    Kalorie: 7839 kcal
    Średni puls: ❤149.2bpm
    Maksymalny puls: ❤181bpm

    Dystans: 107 km
    Czas: ◷04:05:38
    Średnie tempo: 2:18 min/km
    Średnia prędkość: 26,02 km/h
    Kalorie: 4339 kcal
    Średni puls: ❤132.8bpm
    Maksymalny puls: ❤158bpm

    Dystans: 124 km
    Czas: ◷04:43:56
    Średnie tempo: 2:17 min/km
    Średnia prędkość: 26,24 km/h
    Kalorie: 6104 kcal
    Średni puls: ❤132.3bpm
    Maksymalny puls: ❤169bpm

    Dystans: 202 km
    Czas: ◷07:51:02
    Średnie tempo: 2:20 min/km
    Średnia prędkość: 25,68 km/h
    Kalorie: 9397 kcal
    Średni puls: ❤127.9bpm
    Maksymalny puls: ❤155bpm

    Dystans: 26 km
    Czas: ◷01:02:38
    Średnie tempo: 2:24 min/km
    Średnia prędkość: 24,85 km/h
    Kalorie: 1054 kcal
    Średni puls: ❤125bpm
    Maksymalny puls: ❤148bpm

    W tym tygodniu to już 766km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km (58) #100km (59) #100km (60) #200km (6)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: festive500.jpg

  •  

    389147 - 266 = 388881

    137 km po mieście :D

    W tym tygodniu to już 266km!
    #rowerowyrownik #ruszmiasto #100km #200km #impanaszosie #festive500

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: PhotoGrid_1514214396267.jpg

  •  

    419026 - 455 = 418571

    Katowice – Raciniewo – Bydgoszcz

    Czyli odwiedziny u Pawła Jumpera, sprawdzić czy naprawdę jest wysoko ;)

    W zasadzie na pomysł tego stricte atencyjnego wyjazdu wpadłem już na początku roku, ale nie był on jakimś priorytetem, bo trasę w rejony Torunia mam już przejechaną kilka razy. Wiem że na super widoki nie ma tam co liczyć, więc stwierdzam że listopadowy krótki dzień i długa noc będą w sam raz ;) Prognozy jak na te porę roku całkiem optymistyczne – brak opadów (najważniejsze) i południowy wiatr. No to jadę.

    Start chwilę po godzinie 7 rano. Planowałem wcześniej, żeby wykorzystać puste drogi podczas przejazdu przez aglomerację katowicką, ale jest sobota, więc nie jest najgorzej. Praktycznie do 10 towarzyszą mi mniejsze bądź większe mgły. Trochę mnie to martwi, bo jeśli kolejna noc będzie podobna, to będzie kiepsko – kilkanaście godzin po ciemku w takich warunkach oznacza już proszenie się o kłopoty. Jest chłodno i wilgotno, ale wiatr sprzyja, więc pierwsze 80 km do Częstochowy leci na pamięć, ze średnią w granicach 30 km/h. Tutaj postój na tortillę śniadaniową (lubię) i sałatkę w McD. Gniazdko do którego się podpinam nie ma obudowy, więc na wierzchu wystają niezaizolowane elementy. Niebezpiecznie, więc powiadamiam obsługę. Niestety nikt do końca mojej wizyty nikt nie przyszedł się zainteresować. Chyba potrzebują konkretnego incydentu żeby szybko zareagować. Słabo.

    Dalej klasycznie drogą na Łask. Nuda. W Buczku zatrzymuję się jeszcze na nieplanowany postój w sprawdzonym zajeździe. Średnia nadal 30 (z wiatrem, jak ten śmieć), wiec mimo wszystko zmierzch witam zgodnie z planem, ze wskazaniem 200 km na liczniku.
    Teraz będzie już tylko wolniej. Sprzyjający wiatr cichnie, a chęć złapania nowej gminy (Świnice Warckie) oznacza konieczność zjechania na boczne drogi gorszej jakości. Dalej w ciemnościach koszę Grabów i Olszówkę. Robi się coraz chłodniej, a na niebie pojawia się wielki księżyc w pełni. Fajnie, nawet bez świateł jest dość jasno. Z drugiej strony takie bezchmurne niebo może oznaczać, że będzie chłodniej niż przewidywałem. Mój „zapas” ubraniowy w postaci długich rękawiczek, rękawów i długich spodni zostawiam więc na później, by się za bardzo nie przyzwyczajać do ciepłego ;) Każdy postój powyżej 5 minut oznacza więc mały wypizg, co motywuje do jazdy z większą dyscypliną.

    Tym sposobem, Wisłę na moście w Toruniu przekraczam z ulgą, dobre 2 godziny wcześniej niż zamierzałem. Nie mogę jednak zajechać na legendarne miejsce skoku Pawła Jumpera po ciemku, więc postanawiam wykorzystać dostępność stacji benzynowej i robię tu dłuższy, bo około 2h postój na herbatę i zapiekanki. Mógłbym wprawdzie wydłużyć trasę i pojechać bardziej dookoła, ale po prostu mi się nie chce. Tyle godzin jazdy nocą bez żadnych widoków jest zdecydowanie nudne. Na plus prawie zerowy ruch samochodowy i możliwość przebywania sam ze sobą.

    Przy ciepłej herbatce udaje mi się nawet na chwilę zamknąć oczy i tym samym dać im odpocząć. Jakoś o 3:30 ruszam dalej wzdłuż Wisły. By zaliczyć gminę Zławieś Wielka tłukę się po jakichś dziurach. Dalej odbijam po Łubiankę, a następnie Kijewo Szlacheckie. Jedzie się dość ciężko – w miarę zbliżania się świtu jest coraz chłodniej, a wielogodzinna jazda w niskich temperaturach potęguje zmęczenie.
    W Unisławiu, czyli bardzo blisko mojego celu ma być stacja Orlen, na której planuje przeczekać pozostałą godzinę do wschodu słońca, jednak na miejscu okazuje się, że jest czynna dopiero od 7:00. Postanawiam więc nie czekać dłużej i po wjechaniu do Raciniewa odbijam w ulicę Długa i po betonowych płytach pokonuje ostatnią prosta do mojego celu ;)

    No i jestem! Po ciemku niewiele jeszcze widać, ale to miejsce rozpoznaję bezbłędnie. Czekam godzinę aż zrobi się jasno, i pałaszuję owsiane ciastko zwycięstwa ;) Obok legendarnego budynku znajduje się zadaszona wiata, z pozostałościami zdewastowanych dystrybutorów paliwa. Pstrykam pamiątkowe fotki i ruszam w kierunku Dąbrowy Chełmińskiej, czyli ostatniej nowej gminy tegoż wypadu. Po powrocie na lewy brzeg Wisły witam Bydgoszcz, skąd wracam pociągiem do Katowic, tym samym kończąc swoją „wycieczkę”. Do odjazdu mam jednak dobre 3 godziny, więc mogę się jeszcze pokręcić po mieście i zjeść śniadanie.

    Cóż, pomimo że to był mój chyba najbardziej durny cel ze wszystkich dotychczasowych, to osiągnięcie go dało mi wielką frajdę :D Pozdr i do usłyszenia w przyszłości pod #byczysnarowerze

    Ps. Dodaję wpis wieczorem, bo atencja i tak już wywalona w kosmos po ostatnim wpisie i jeszcze bym na łeb dostał od jej nadmiaru ;)

    Strava: https://www.strava.com/activities/1261741375

    #zaliczgmine

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

  •  

    435549 - 235 = 435314

    #rowerowykrakow na ostatniej grubszej wycieczce w tym roku, bo i dzień krótki i temperatury średnie na całodniowe wypady. Rano pociągiem z @wspodnicynamtb @Cymerek @38kemor @louise_attack i Piotrkiem do Kielc. Dodatkowo był z nami @DerMirker, ale on już sobie z Kielc pojechał swoją trasę na Tarnów. Później trasa obejmująca:

    - Zamek królewski w Chęcinach,
    - dwór Mikołaja Reja w Nagłowicach,
    - Pałac Dembińskich w Szczekocinach,
    - zamek Bobolice,
    - ruiny zamku w Mirowie,
    - zamek Ogrodzieniec w Podzamczu,
    - zamek Smoleń.

    Ten ostatni to już tylko przejazdem, bo złapałem kapcia (jak się potem okazało w domu rozdarłem oponę) i powiedziałem reszcie, żeby jechali, a ja ich dogonię. I po 20km ich dogoniłem w Wolbromiu.

    Ogólnie w planie była Pustynia Błędowska i powrót przez Ojców, ale dopadła nas noc, więc prostsza trasa wygrała. Fajna zabawa, zapraszamy do nas w przyszłym roku.

    #rowerowyrownik #100km #200km
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2017.10.19-full.JPG

  •  

    436608 - 204 = 436404

    204 - środowy wypad do Tarnowa z okazji "okienka pogodowego" w mijającym tygodniu. Niestety deszcz i tak mi towarzyszył pomiędzy Tarnowem a Brzeskiem, ale na szczęście nie było ulewy.
    Start rano ok 8 w 3stC nie napawał optymizmem ale ponieważ trasa "do" prowadziła południową stroną od A4 stąd było gdzie się rozgrzewać ;) W południe już było ok 10st więc przyzwoicie, choć bywało ostatnio lepiej.
    Powrót z Tarnowa serwisówkami i wzdłuż Puszczy więc udało się zdążyć przed zmrokiem.
    Największe zaskoczenie to że na południe od Tarnowa w niedalekiej odległości można się pomęczyć na kilku górkach :)

    Statystyki:

    Dystans: 204 km
    Czas: ◷07:47:08
    Średnie tempo: 2:17 min/km
    Średnia prędkość: 26,16 km/h
    Kalorie: 10691 kcal

    W tym tygodniu to już 401km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: imgur.com

  •  

    440409 - 234 - 350 - 534 = 439291

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski - dni 8-10 i podsumowanie

    Poprzednie części:

    Przygotowania
    Dzień 1-4
    Dzień 5-7

    MRDP Dzień 8
    234 km | 3739 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159661619

    Pomimo że leżę bezpośrednio na trawniku, śpi mi się całkiem komfortowo. Nie trwa to jednak długo, bo wybudza mnie głos: „halo, wszystko w porządku?”. Tak, tak śpię sobie, dziękuję. „ Bo właśnie widzę że ktoś leży, ale rower nie taki byle jaki i myślałem że coś się stało”. Patrzę na zegarek – 3 z groszami. Gościu chyba lekko podpity, ale raczej niegroźny. Mówię, że jadę maraton dookoła polski i chciałbym się trochę przespać i jechać dalej. Przeprasza że mnie obudził. Mówię że nic się nie stało i miło że się zainteresował, ale chciałbym spać. „OK… ale jak to dookoła polski?!” Tłumaczę żeby sobie wszedł na MRDP.PL i tam jest wszystko. W końcu mogę spać dalej.

    Niestety okazało się, że moja miejscówka nie jest na uboczu jak myślałem, a leżę sobie zaraz przy uliczce biegnącej od rynku. Tym sposobem kolejną pobudkę mam już około 4, więc postanawiam się zbierać. Senność nie daje mi spokoju i po przejechaniu zaledwie kilku kilometrów układam się na ławce w Stroniu Śląskim. Po jakichś 20 minutach budzi mnie deszcz. Szybko się zbieram i uciekam do jakiejś kamienicy. Jest trochę burzowo, ale przejściowo, więc postanawiam skorzystać z postoju i wyjadam zapasy. Puszka coli stawia mnie na nogi i gdy ruszam jedzie mi się całkiem przyjemnie. Drogi są mokre, ale chmury nie wyglądają już na takie co by chciały spaść na ziemię. Dalej jadę na południe, przedostając się w samo serce Kotliny Kłodzkiej. Kawałek za Damaszkowem, na łuku DK33 słyszę za sobą gwałtowny pisk opon. Odwracam się i widzę podwozie samochodu wylatującego z przydrożnego rowu i frunący w powietrzu akumulator. Zawracam i widzę że z rozbitego auta wyskakuje młody chłopak z dziewczyną. Ona cała roztrzęsiona, a chłopak mówi tylko żeby nie dzwonić do rodziców. Chodzą w kółko i mówią żeby zadzwonić po policję (?). Sytuacja jest niebezpieczna, bo z obu stron droga zwija się w zakręt, a my jesteśmy w dołku i samochody zjeżdżają wprost na nas, w ostatniej chwili hamując na mokrej drodze. Dzwonię po pomoc i przy okazji z daleka ostrzegam nadjeżdżające pojazdy. Chcę wyciągnąć trójkąt, ale bagażnik jest rozbity i nie daje się otworzyć. Z uwagi na wyciekające płyny zostaje wezwana straż pożarna i policja, której nadal się domagają. Dyspozytorka pyta czy jest potrzebna karetka. Każe zapytać poszkodowanych, skoro są „na chodzie”. Mówią, że nie potrzebują i że wszystko jest ok. Poleca zadzwonić gdyby się poczuli gorzej. Tymczasem oni chodzą i zbierają porozrzucane części. Martwią się co z tym akumulatorem. Widać że są w szoku. Każę im to zostawić i mówię żeby zeszli z drogi, bo jest niebezpiecznie. Dziewczyna cały czas płacze. Słyszę zbliżające się syreny, więc powoli oddalam się z miejsca zdarzenia.

    Przez najbliższe godziny nie umiem dojść do siebie. Mam czarne myśli, bo przecież kilka sekund wcześniej i ten samochód skosiłby mnie z jezdni. W takim nieciekawym nastroju, po pokonaniu długiego podjazdu w okolicach Zieleńca, docieram do Kudowy, gdzie kieruję się z pomocą Garmina do baru mlecznego. Gdzieś w centrum ponownie spotykam Daniela Śmieję, który akurat kończy swoja przerwę obiadową. Mówi coś o limicie, że trzeba się sprężać żeby zdążyć, ale ja jestem teraz jakiś obojętny. Kolega ucieka, a ja po posiłku zahaczam jeszcze Biedronkę, gdzie robię solidne zapasy.

    Tuż za miastem zaczynam podjazd Szosą Stu Zakrętów w głąb Gór Stołowych. Jechałem tędy niecałe 3 miesiące wcześniej podczas Maratonu Podróżnika, jednak w przeciwnym kierunku i nocą. Teraz mogę w końcu co nieco zobaczyć. Na jednym ze zjazdów jakiś kolarz macha do mnie i głośno dopinguje. Odmachuję mu z uśmiechem i przez nieuwagę łapię przednim kołem krawędź krawężnika. Ledwie ratuję się z opresji – gleba była bardzo blisko. Jakoś niedługo po tym zdarzeniu urywa mi się film ;) Dalszej drogi przez Sudety Wałbrzyskie nie mogę sobie przypomnieć. Za Mieroszowem znów doganiam Daniela i po chwili spotykamy kibiców w postaci forumowej Kahy z rodziną ;)

    Z dalszej drogi też nie pamiętam wielu szczegółów. Były ładne karkonoskie widoki i dobra pogoda. Trasa naszpikowana podjazdami i kiepska ostatnia noc z zaledwie drzemką na trawniku zaczęły odciskać swoje piętno. Wieczorem, już po zmroku, w okolicach Podgórzyna ponownie spotykam Daniela, który przygotowuje się na przystanku do nocnej jazdy. Trochę rozmawiamy i kalkulujemy. By myśleć o dotarciu na metę w limicie, raczej konieczne jest zarwanie również tej nocy. Daniel może sobie na to pozwolić, bo poprzedniej spał pod dachem. U mnie sytuacja wygląda kiepsko. Czuję się tak niedospany i zmęczony, że dalsza jazda to igranie z losem. Dzwonię pod numer telefonu z tabliczki oferującej noclegi. Niestety Pani jest w innej miejscowości, ale daje mi namiary na inne noclegi które mogę znaleźć przy mojej trasie. Niestety wszędzie zbywają mnie brakiem miejsc. Poszukiwania trwają ponad godzinę . W końcu pytam jakieś towarzystwo siedzące w imprezowym klimacie pod parasolem, czy się nie orientują w temacie noclegu. Wołają kolegę który za 40 zł oferuje bardzo fajny pokoik 1-osobowy z łazienką. Ostrzega że w nocy zapowiadają ulewne burze i żebym lepiej pospał do rana, gdy ma się już przejaśnić. Na niebie w oddali faktycznie widać błyski. Niestety maksimum na co sobie mogę pozwolić to 4h snu, więc budzik ustawiam na godzinę 4 i po szybkim ogarnięciu siebie ląduję w łóżku.

    MRDP Dzień 9
    350 km | 2265 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159664955

    Na szczęście nocne burze ominęły moje okolice. Wyruszam wcześnie rano i po kilku kilometrach od razu popełniam błąd. Za bardzo zapuściłem się w kierunku Szklarskiej i minąłem zakręt prowadzący pod Zakręt Śmierci. To ostatni tak solidny podjazd na trasie MRDP. Czas pożegnać się z górami na dobre. W zasadzie cała reszta trasy to miejsca w których będę pierwszy raz w życiu.
    Dalej przez Świeradów, Leśną aż do Zgorzelca jest głownie z górki, więc kilometry lecą dosyć szybko. Budzi to w głowie pewną nadzieję, że może jest jeszcze szansa trochę podgonić, że może się uda. Gdy wjeżdżam do Lubuskiego jest mi dane poznać osobiście legendarną jakość dróg tego obszaru. Ubzdurałem tu sobie, że cała trasa wzdłuż zachodniej granicy tak wygląda i nie mam szans by nadrobić zaległości. Postanawiam po prostu dojechać do przeprawy promowej w Połęcku przed ostatnim kursem o godzinie 20.

    W zasadzie wszystkie mijane przygraniczne miejscowości usiane są tablicami i szyldami w języku niemieckim. Czasem można się zapomnieć, że jest się w Polsce. Gdzieś po drodze mijam Macieja Skowronka z którym tasowałem się na prawie całej trasie. Jedzie w kategorii sport i często podczas poprzednich nocy widziałem jego zaparkowanego na poboczu kampera.
    Przed jednym z pierwszych dłuższych brukowych odcinków, mijam kolegów z jego ekipy, stojących w gotowości z drugim rowerem przygotowanym pod kiepskie nawierzchnie. Nie wiedziałem że ma aż takie wypasy ;)
    W dalszej części chamskie bruki (które staram się mijać bokiem - czasem nawet ściółką przez las;) ) przeplatają się z drogami, gdzie po prostu jedna część jezdni jest szutrowa. Czasem wydaje mi się, że jadę jakąś kompletnie zapomnianą drogą, po czym dojeżdżam do sporej miejscowości i okazuje się że to jest właśnie główna dojazdówka :) Czasem ślad do punktu kontrolnego prowadzi tak. Kulminacją tego odcinka jest jednak PK32 w Brodach. Te sterty kostki brukowej to jest po prostu kwintesencja ostatnich kilometrów i śmieję się pod nosem, że pewnie plac był kiedyś asfaltowy, ale władze postanowiły wyłożyć trochę bruku dla odmiany ;)

    Do przeprawy promowej na Odrze docieram chwilę przed 19. Czeka tu na mnie Paweł Ignasiak, który zorganizował serwisowy punkt wsparcia dla wszystkich zawodników. Nie znam gościa, ale siedzi tu kilka dni i czeka na każdego zawodnika by zaproponować wsparcie serwisowe – szacun. Od razu zabiera mój rower, każe się rozsiąść, a sam zaczyna czyścić maszynką łańcuch. Śmieje się, że w tym roztworze benzyny jest jeszcze smar od Kosmy ;) Podczas sympatycznych pogaduszek stwierdza, że jestem ostatnim zawodnikiem który ma szanse na dojazd w limicie. Myślę - jak to? Przecież nie ma już szans. Wprawdzie matematycznie jest to możliwe, ale przy takiej jakości dróg niewykonalne. Dodatkowo musiałbym zarwać kolejne 2 noce z rzędu. Paweł mówi że na wybrzeżu jest zachodni wiatr, więc muszę tylko dotrzeć do Międzyzdrojów i będzie w plecy aż do mety. Dodatkowo podobno najgorsze bruki mam już za sobą. Chwilę przed startem promu dociera kolega z kamperem i przeprawiamy się wspólnie .

    Za promem jakość dróg faktycznie ulega zdecydowanej poprawie. Wiatr cichnie i w końcu nie przeszkadza, więc jedzie się przyjemnie. W Cybince robię krótki postój na stacji i zmotywowany słowami Pawła zaczynam wszystko kalkulować na nowo. Pozostało niecałe 40 godzin i około 650 km. Na świeżo do zrobienia bez problemu, jednak przede mną jeszcze dwie całe noce, a deficyt snu mam już ogromny. Gdyby jednak na wybrzeżu faktycznie zawiało w plecy, a drogi były dobre… postanawiam spróbować. Żałuje jednak, że trochę odpuściłem przed promem, bo teraz każda godzina może mieć znaczenie.

    Po 5 godzinach jazdy ponownie łamie mnie senność. Pomimo że drogi są dobre i puste, gdzieś za Mieszkowicami po prostu zjeżdżam w leśną drogę i od razu kładę się na ściółce w opakowaniu. Po pół godziny wybudza mnie chłód, więc po prostu wskakuję na rower i jadę dalej. Niestety tego typu drzemki już nie pomagają i po zaledwie kilku kilometrach, skuszony przydrożną wiatą zajeżdżam na dłuższy sen. Ładuję się w śpiwór i układam na blacie stołu, bo ławeczki są za wąskie. Zasypiam z nadzieją, że nie spadnę ;)

    MRDP Dzień 10+
    534 km | 2487 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1160525921

    Po niecałych 2 godzinach ruszam dalej. Na przejściu w Osinowie doskonale widać drugi brzeg Odry i zabudowę niemieckiego Hohenwutzen. W Cedyni siadam na jakiejś ławie. Czuję się bardzo źle. Dzwonię do małżonki i marudzę jakie to wszystko bez sensu. Motywuje mnie, ale ja bredzę i czuję się jak pijany. Jestem tak zmęczony, że pozostałe 500 km do mety jest dla mnie absurdem. Pomimo że jest 6 rano postanawiam szukać noclegu, bo nie jestem w stanie dalej jechać. Droga biegnąca przez Cedyński Park Krajobrazowy spowita jest mgiełką, a wokół kręci się mnóstwo ptactwa, mającego tu sporo siedlisk.

    W Piasku dostrzegam na bramie jednego z gospodarstw tabliczkę z napisem noclegi i numerem telefonu. Nie zastanawiam się długo tylko dzwonię. Tłumaczę Pani sytuację i mówię, że potrzebuję się przespać 3-4 godziny w ciszy i spokoju. „Ale moment, bo mnie Pan obudził. Jeszcze raz, bo chyba jeszcze źle kontaktuję. Chce pan nocleg TERAZ?” Odpowiadam że tak i stoję pod bramą ;) Pani każe mi wejść na podwórko i poczekać aż się ubierze i do mnie wyjdzie. Jest to agroturystyka urządzona w leśniczówce i wygląda na bardzo fajne miejsce. Po chwili wychodzi moja gospodyni, uśmiecha się i wskazuje łóżko oraz łazienkę. Na pytanie o cenę macha ręką. „Proszę się przespać”. Tak to wygląda z okna mojego pokoju. Postanawiam się przespać 3 godziny, więc ustawiam budzik i kładę się w śpiworze, żeby nie nadużywać gościny.
    Budzę się po może dwóch godzinach, cały spocony. Dosłownie czuję jak w żyłach buzuje mi krew. Już wiem, że nie ma szans na dalszy sen, więc zbieram się do dalszej jazdy. Do mety niecałe 500 km i ostatnia doba. Limit już mało realny, ale postanawiam zawalczyć, bo liczę na ten wiatr w plecy. Wiem już, że ostatniej nocy za bardzo przekombinowałem. Powinienem wziąć porządny nocleg, przespać te 6 godzin i ruszyć na „ostatnią prostą”. No ale łatwo oceniać po fakcie ;)

    Przejazd przez aglomerację szczecińską bardzo kiepski. Gorąc, zerwany asfalt i olbrzymi ruch, bo akurat trafiam na godziny szczytu. W Wolinie robię w biegu duże zakupy. Mój plecaczek jest wypchany po brzegi. Przygotowuję się do jazdy z jak najmniejszą ilością postojów. Niestety przez ostatnia dobę wiatr zmienił kierunek i zapowiada się, że znów będzie przeszkadzał. Utwierdzam się w tym po wyjechaniu za Międzyzdroje. Ostatecznie porzucam nadzieję na dojechanie w limicie czasu. Ale jakiś cel trzeba mieć, więc zakładam sobie, że muszę zobaczyć latarnię przed zmierzchem i zdążyć na wieczorną biesiadę.

    Niespodziewanie spotykam Darka Janeczka, który właśnie wychodzi na drogę z lasu po krótkiej drzemce ;) Pierwsze nocne kilometry jedziemy wspólnie. Fajnie się rozmawia, ale taka jazda męczy mnie podwójnie, bo nie pozwala złapać własnego rytmu. Umawiamy się na stacji benzynowej, a ja wyrywam do przodu. Kolega dociera gdy ja już kończę swojego Hot –Doga. Ruszam dalej, tu widzieliśmy się ostatni raz. Na nadmorskiej DW 102 trwają remonty, więc co chwilę pojawiają się odcinki z sygnalizacją wahadłową. W nocy ruch jest niewielki, więc w miarę możliwości wjeżdżam „pod prąd”. Około północy przejeżdżam przez Kołobrzeg. Senność ponownie mocno daje się we znaki. Na tyle mocno, że drzemka to konieczność. Zaczynam się rozglądać za jakąś wiatą, ale w okolicy Miłogoszczy, tuż przy remontowanej drodze znajduję walec drogowy. Chwytam za klamkę – otwarty! :) W środku na całej długości kabiny kanapa, więc wiele się nie zastanawiam, tylko ustawiam budzik i się kładę.

    Nie pamiętam ile snu sobie zaplanowałem, ale po około godzinie budzi mnie chłód. Nie spodziewałem się tak zimnej nocy i nawet nie wyciągałem śpiwora. Nie ma co kombinować, więc zmarznięty ruszam dalej. W Kazimierzu Pomorskim mijam zakręt i znów nadkładam troszkę drogi. W Mielnie, pomimo że jest 4 rano, można spotkać jeszcze kilku imprezowych niedobitków. Jadąc 10 km odcinkiem mierzei jeziora Jamno, jest mi przeraźliwie zimno. Mam ubrane na sobie już wszystko, ale jadąc wąskim pasem lądu pomiędzy dwoma zbiornikami wodnymi jest bardzo wilgotno, co wraz z olbrzymim zmęczeniem potęguje odczuwanie chłodu. Senność nie ustępuje i pomimo kiepskich warunków dosypiam kilka minut na jakiejś ławce. Tym razem budzi mnie sprzątaczka – pewnie myśli że jestem jednym z niedobitków ;) Coraz bardziej zły i zmęczony ruszam dalej. Na dobitkę w miejscowości Osiek ślad skręca w lewo w jakąś drogę z płytami ażurowymi przez pola. O ile nie złamały mnie lubuskie bruki i wschodnie dziurawe drogi, tak teraz klnę na Daniela że puścił tędy trasę. (O dziwo jest nawet w Street View ;) ). To chyba jedyny moment na maratonie, gdy klnę głośno do siebie. Na końcu tej drogi, z jednego z gospodarstw wybiega do mnie ujadający pies. Niestety trafił w złym momencie, bo miałem w sobie tyle złości, że pogoniłem dziada przednim kołem. Był tak zszokowany moją reakcją, że puścił strzałę prosto do jakiegoś rowu z przerażeniem w oczach i podkulonym ogonem. Przepraszam pan pies z Rzepkowa, że dałem upust w twoim kierunku ;)

    Bezchmurny poranek zapowiada ładną pogodę. Niestety wiatr wciąż przeszkadza. Przed Ustką mijam przejazd długiej kolumny wojskowej. Gdy wybija godzina 12:10, czyli 10 doba i tym samym limit ukończenia maratonu, do mety pozostaje mi 90 km. Z tym, że się nie zmieszczę w czasie pogodziłem się już wcześniej – teraz chcę tylko dojechać do końca i mieć to wszystko za sobą :) Droga wzdłuż wybrzeża jest pagórkowata i kiepskiej jakości. Utwierdzam się w przekonaniu, że wieczorna decyzja o odpuszczeniu jazdy na limit za wszelką cenę była słuszna. Na tego typu drogach strata była nie do odrobienia. Groziło to tylko niepotrzebną kontuzją/wypadkiem.

    W miarę jak słońce unosi się coraz wyżej nad widnokręgiem, wiatr zmienia kierunek. W końcu wieje w plecy! :) Migoczące między liśćmi światło bardzo męczy moje oczy. Na tyle, że na jednym z krótkich zjazdów czuję że odcina mi świadomość. Pomimo że do mety zaledwie 30 km, to postanawiam się jeszcze zatrzymać i chociaż zamknąć oczy na kilka minut. Siadam bod belą siana i odpływam może na 2 minuty. Pomogło!

    Podjazdy pod Jeziorem Żarnowieckim wciągam już dość żwawo. Ostatnie kilometry miedzy Karwią a Jastrzębią Górą to wręcz maraton w pigułce. Dziadowskie drogi, brukowe drogi i podjazdy :) Pod latarnię dojeżdżam o godzinie 16:28, czyli z czasem 10 dni 4 godziny i 18 minut. Łączny przejechany dystans to 3200 km. Czekają tu na mnie żonka z synem i osobiście wręcza statuetkę i inne fanty :)

    Wspólnie udajemy się do bazy maratonu, gdzie wieczorem ma się odbyć biesiada. Dostaję obiad i przy stole dzielimy się przeżyciami. Po około godzinie, gdy emocje trochę opadają, zaczyna mnie dopadać zmęczenie i ból nóg. Niestety do wieczornej biesiady nie dotrwam. Reprezentować mnie będzie jednak małżonka, a ja z synkiem udajemy się na naszą kwaterę ;)

    Kolejne dni spędzamy wspólnie nad w Jastrzębiej Górze. Zawodnicy zjeżdżają na metę jeszcze do czwartku. Kilku wyjeżdżamy przywitać pod latarnię. Bardzo fajna atmosfera i zasłużony odpoczynek.

    Na pociąg do Gdyni dojeżdżam na rowerze, po drodze zaliczając jeszcze gminę Kosakowo, którą trasa maratonu niefortunnie omijała ;)

    PODSUMOWANIE

    Przejechanie dystansu 3200 km zajęło mi 10 dni 4 godziny i 18 minut. Trasa maratonu wynosiła 3142 km, więc przejechałem gratis 60 km, a były to błędy nawigacji, krążenie po miejscowościach itp.

    Nie udało się zmieścić w limicie wyznaczonym przez organizatora, który wynosił 10 dni. Mimo wszystko ukończenie trasy dało mi ogromna satysfakcję. Przed startem wiele razy wątpiłem i nawet raz miałem definitywnie rezygnować ze startu. Pewien niedosyt jest, bo zabrakło przysłowiowej „kropki nad i”. Myślę, że brakujące godziny mógłbym zyskać stosując inną strategię noclegową. Można było zostawić cześć bagażu (materac, śpiwór) i korzystać wyłącznie z opcji pod dachem. To jednak nie jest mój styl jazdy, bo przede wszystkim lubię improwizować, a jazda od kwatery do kwatery odebrałaby mi dużo frajdy. Miałem tego świadomość. Na dzień dzisiejszy pojechałbym bardzo podobnie.

    Traktuję to jako otwartą furtkę do startu za 4 lata - o ile żona, zdrowie i okoliczności pozwolą ;)

    Cieszę się, że wziąłem udział w tej przygodzie. Zyskałem dużo doświadczenia, którego w inny sposób nabyć się nie da. Lepiej poznałem możliwości swojego organizmu. Odkryłem istnienie pewnych rezerw, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Zaskoczyła mnie szybkość regeneracji zarówno w trakcie, jak i po maratonie. W czasie dni odpoczynku śmigałem po okolicy na rowerze bez jakichś bóli czy dolegliwości. Oczywiście była zamuła, ale przede wszystkim cieszy mnie, że nie nabawiłem się żadnej kontuzji. Nawet bardzo popularne wśród innych zawodników drętwienia rąk mnie ominęły. Nareszcie udało się w miarę ujarzmić bóle ramion i karku, z którymi borykałem się na długich dystansach. Pomogły tutaj dodatkowe ćwiczenia, które wykonywałem w czasie przygotowań do startu, oraz w trakcie jego trwania.

    Sprzęt spisał się na 100%. Na całej trasie nie złapałem ani jednego kapcia :) Jedynie kilka razy smarowałem łańcuch.

    Trasa była trudna nie tylko ze względu na swoją długość i wymagający limit. Dużym utrudnieniem były drogi złej i bardzo złej jakości – było ich mnóstwo. Najlepiej było chyba pod tym względem w górach Podkarpacia, Śląska i Małopolski. Na trasie napotykaliśmy też wiele kilometrów remontów, czy też zerwanej nawierzchni.
    Była to jedna wielka, intensywna wyprawa, z trudnościami jakie można spotkać podczas wyjazdów w nieznane :)

    Bywało ciężko. Czasem bardzo ciężko. Kryzysy ma każdy – sztuką jest sobie z nimi radzić, czego ciągle się uczę. Była też euforia, złość (dostało się psu;) ), a nawet łzy. Bardzo mi pomagały słowa wsparcia, które spływały do mnie z różnych źródeł. Pisali do mnie rodzina, znajomi, a także nieznajomi ludzie. Czy to przez Facebooka, czy przez sms, czy nawet przez Wykop :) Nie będę tutaj wymieniał wszystkich - każdy kto mnie wspierał o tym wie i każdemu z osobna bardzo dziękuję :)

    Dziękuję też tym, którzy przebrnęli prze całość relacji – do usłyszenia w przyszłości ;)

    Mój tag - #byczysnarowerze

    Cała galeria zdjęć z opisami

    Pokrewne: #mrdp #rower #kolarstwo #zaliczgmine #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

    •  

      @Ragnarokk hej :)

      1. Je się oczywiście również podczas jazdy. Ale to raczej rzeczy typu batony, banany itp. Ja na większe posiłki się zatrzymuję. Lubię zjeść przynajmniej raz na dzień normalny posiłek typu zupa, obiad itp. Jest to przy okazji chwila na odpoczynek i toaletę. Oczywiście im większe ma ktoś parcie na wynik, tym bardziej minimalizuje postoje i głównie jada podczas jazdy.

      Co do zdjęć, to ja się zawsze zatrzymuję na chwilę. SMS zdarza się podczas jazdy, ale tylko gdy droga na to pozwala. Najczęściej na podjazdach ;)

      2. To przede wszystkim kwestia wygody. Przy jeździe kilkanaście godzin na dobę, to ciężki plecak byłby porażką - obciążenie ramion, spocone plecy. Niektórzy jeżdżą z małymi plecakami z tzw. camelbak, czyli zbiornikiem z piciem i wprowadzonym na zewnątrz wężykiem. Sam myślę nad takim rozwiązaniem ostatnio.

      3. Na stacjach nie zapinam roweru, a przy sklepach czy restauracjach stosuję małe tandetne zapięcie na szyfr - chroni jedynie przed spontanicznym podprowadzeniem roweru. No i nie trzeba się bawić z kluczykiem.

      4. Wbrew pozorom jazda nocą przy zastosowaniu dobrego oświetlenia jest bezpieczniejsza od jazdy w dzień. Jest się lepiej widocznym, no i ruch jest oczywiście mniejszy. Trzeba jednak czasem zerknąć na licznik, bo często jedzie się wolniej niż by się mogło wydawać ;)

      Pozdr
      pokaż całość

    •  

      @byczys:
      1. Właśnie głównie chodziło mi o takie przegryzki typu batonów. Zastanawiałem się, czy to nie odbija się jakoś na żołądku takie jedzenie w czasie jazdy. Z drugiej strony sam na pieszych ultra jem takie rzeczy w marszu, więc podejrzewałem że jest właśnie tak.

      2. Właśnie myślałem sam teoretycznie o małych plecakach właśnie z camelbakiem i jakimiś lekkimi i dużymi objętościowo rzeczami - czyli zasadniczo głównie ubraniami. Ale że nigdy nie jechałem rowerem dłużej niż 2h na raz, to nie wiem jak plecak współgra z pozycją na rowerze. Zwłaszcza że na szosowym to nigdy w życiu nie jechałem :)

      3. W sumie z tym kluczykiem to logiczne - zapodzianie kluczyka na takiej trasie to prawdobieństwo graniczące z pewnością. A trochę problemów by robiło :)

      4. Co do widoczności, to tak podejrzewałem, ale zastanawiałem się, czy to nie jest problemem, że po ciemku gorzej widać nierówności, dziury na trasie. Tak trochę wizualizować sobie próbowałem siebie samego zmarzniętego i niewyspanego i w tej wizualizacji ciężko było mi widzieć siebie skupionego na dziurach w asfalcie :)

      Ogólnie tak pytam, bo kiedy w tym sierpniu ktoś wrzucił na wykop o MRDP zacząłem się trochę zastanawiać. Do tej pory bawiłem się w piesze, górskie ultra, ale teraz z małymi dziećmi to na wyjazd w góry, nawet na dobę chodzenia po górach, to minimum 2-3 dni, z dojazdem i wszystkim. I prościej będzie samemu wsiąść na rower gdzie w moich płaskich okolicach, zarwać może pół dnia, zrobić te 100 km, wrócić do rodziny. Więc wyciągnąłem rower, poczytałem/pooglądałem na YT bo moja wiedza o rowerze w zasadzie ograniczała się do tego, gdzie są koła a gdzie pedały, zacząłem nim jeździć - i zadałem teraz Tobie pytania na tematy, co nie widziałem żadnych informacji. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Dzięki wielki i pozdrawiam :)
      pokaż całość

      +: byczys
    • więcej komentarzy (8)

  •  

    444751 - 233 = 444518

    233 - moje pierwsze "Zamki" wraz z #rowerowykrakow w składzie: @wspodnicynamtb @metaxy @Cymerek @louise_attack i Piotr.
    Opis już u wszystkich innych więc nie będę się powtarzał.
    Dzięki i mam nadzieję że na vol.4 też się załapię

    Statystyki:

    Dystans: 233 km
    Czas: ◷09:46:05
    Średnie tempo: 2:30 min/km
    Średnia prędkość: 23,89 km/h
    Kalorie: 12005 kcal

    W tym tygodniu to już 542km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: imgur.com

  •  

    447008 - 5 - 77 - 5 - 21 - 5 - 40 - 7 - 225 - 5 = 446618

    Poniedziałek z @wspodnicynamtb i @louise_attack po dolinkach Lato wróciło

    Wtorek z Dżastą

    Środa z @wspodnicynamtb Sunset catching

    Czwartkowe Tour de Zamki vol.3 czyli coroczna wycieczka po Jurze razem z @wspodnicynamtb @metaxy @38kemor @louise_attack i Piotrkiem.

    Pociągiem do Kielc, a później na rowerze:

    - Zamek królewski w Chęcinach
    - dwór Mikołaja Reja w Nagłowicach
    - Pałac Dembińskich w Szczekocinach
    - zamek Bobolice
    - ruiny zamku w Mirowie
    - zamek Ogrodzieniec w Podzamczu
    - zamek Smoleń

    Idealnie wykorzystane promienie jesiennego słońca - od 11 do 16 dało się jechać na krótko. Później szybki powrót po ciemku i kolacja w ristorante McD

    #rowerowykrakow #rower #szosa

    pokaż spoiler Statystyki:


    pokaż spoiler Dystans: 77 km
    Czas: ◷03:17:51
    Średnie tempo: 2:34 min/km
    Średnia prędkość: 23,24 km/h
    Kalorie: 3513 kcal


    pokaż spoiler Dystans: 21 km
    Czas: ◷01:10:54
    Średnie tempo: 3:25 min/km
    Średnia prędkość: 17,53 km/h
    Kalorie: 666 kcal


    pokaż spoiler Dystans: 40 km
    Czas: ◷01:40:24
    Średnie tempo: 2:30 min/km
    Średnia prędkość: 23,97 km/h
    Kalorie: 1583 kcal


    pokaż spoiler Dystans: 7 km
    Czas: ◷00:18:43
    Średnie tempo: 2:35 min/km
    Średnia prędkość: 23,21 km/h
    Kalorie: 316 kcal


    pokaż spoiler Dystans: 225 km
    Czas: ◷09:00:22
    Średnie tempo: 2:23 min/km
    Średnia prędkość: 25,02 km/h
    Kalorie: 10402 kcal


    W tym tygodniu to już 390km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #100km #200km
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 20.10.2017.jpg

  •  

    448969 - 224 = 448745

    Czwartkowa Jura czyli zamki z #rowerowykrakow edycja 2017

    Razem z @Cymerek @metaxy @38kemor @louise_attack i Piotrkiem wyruszyliśmy z Kielc w stronę Krakowa, oglądając po drodze zamki w Chęcinach, Mirowie, Bobolicach, Ogrodzieńcu, Smoleniu i miejsce włoście w Nagłowicach oraz Szczekocinach. Pogoda idealna + ekipa wyborna = udane jesienne #200km

    #rowerowyrownik #100km #wspodnicynahoyu
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    456173 - 202 = 455971

    Pewnie już jeden z ostatnich tak dalekich wypadów w tym roku. Prawie cały dzień na rowerze, a na trasie Przełęcz Ostra, Słopnicka, Rydza-Śmigłego i Glisne. Początek jesieni i ok 20st na plusie czyli tak to może wyglądać cały czas. I wszystko byłoby idealnie gdyby nie #wmordewind przez większość trasy... Mimo wszystko oczywiście warto było.

    Na zdjęciu Glisne a więcej w linku: https://www.strava.com/activities/1226928108

    Statystyki:

    Dystans: 202 km
    Czas: ◷07:46:47
    Średnie tempo: 2:18 min/km
    Średnia prędkość: 25,96 km/h
    Kalorie: 11057 kcal

    W tym tygodniu to już 430km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: imgur.com

  •  

    456658 - 230 = 456428

    Jesienna trasa po Beskidach.

    Głównym celem było sprawdzenie dokąd sięga asfalt na Skrzyczne. Prawie dwa lata temu jechaliśmy tam z @byczys'em w naszą pierwszą wspólną trasę i w połowie podjazdu było tyle śniegu, że już się koła ślizgały.
    W sumie szału nie ma, ale na 825 mnpm można wjechać. Dróżka za to bardzo przyjemna, bo wyłączona z ruchu, więc tylko piesi turyści i rowerzyści.
    Później skierowałem się na Salmopol, gdzie klasyczny kofibrejk w karczmie, zjazd do Wisły, zdjęcie na zaporze, podjazd pod zameczek prezydencki i przez Istebną i Koniaków w kierunku Żywca.
    Bardzo podobała mi się droga przez Kamesznicę. Koniecznie muszę tam jeszcze pojechać z drugiej strony, bo ta końcowa ścianka wygląda na niezłą rzeźnię ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    W Żywcu McZestaw, bo już ciągnąłem na oparach. Przy okazji sprawdziłem lifehacka od @kolkohyt - kosze na śmieci przy maku otwierają klapę, jeśli naciśnie się nogą tę wajchę u dołu. Wykop bawi i uczy!
    A dalej już na spokojnie do domu. Przykro, gdy się pomyśli, że jeszcze niedawno o godz. 19 można było dokręcać 60 km, a teraz zimno, ciemno, ultralighty, lampki. Ech... A będzie tylko gorzej ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    #mortalszosuje - mój tag

    #rowerowyrownik #szosa #wykopcanyonclub #100km #200km (nr 21)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: skrzyczne.jpg

  •  

    470671 - 222 = 470449

    Jakiś czas temu wypatrzyłem zamek w Rabsztynie i nie mogło być tak, żeby pozostał nieodwiedzony. A że Rabsztyn to już prawie Dolinki, a Dolinki to już w sumie Kraków, nie wypadało nie zgłosić się do @metaxy'ego z pytaniem, gdzie jedzie w sobotę.
    Z mojej strony chęć wyjazdu wyrazili @Arczi-S i znajomy Marcin ze Stravy. Na miejsce spotkania wyznaczamy okolicę kopalni porfiru Zalas. Lekkie zdziwienie, gdy okazuje się, że @metaxy jest jedynym przedstawicielem #rowerowykrakow. Na szczęście kawałek dalej, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, dołącza do nas @Hinol.
    Spora część trasy przez Dolinki wiodła tymi samymi drogami, którymi jechaliśmy w maju, tylko teraz w drugą stronę.
    Na podjeździe pod zamek @metaxy złapał kapcia, więc zeszło nam tam trochę dłużej niż planowaliśmy. W McD standardowa wyżerka z kuponu "50011607".
    Kawałek za Olkuszem rozdzielamy się. @metaxy do Krakowa, a my przez Jaworzno, gdzie spotykamy się z @byczys'em, który wyjechał po nas po pracy. W tym roku jeszcze żadnej grubszej jazdy nie uskuteczniliśmy wspólnie, ale dobry i taki kawałek, bo wysłuchałem już przynajmniej relacji z ostatnich trzech dni MRDP :)

    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #szosa #wykopcanyonclub #100km #200km (nr 20)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: Dolinki.jpg

  •  

    473903 - 207 = 473696

    Wczorajszy wypad na jakiś tam zamek (w Rabsztynie) przez jakieś tam Dolinki Krakowskie do McD :) w towarzystwie @Mortal84 i Marcina z Stravy oraz @Metaxy i @Hinol. Wpadło sporo metrów w górę czyli było mocno. Te Dolinki to powinny się nazywać Wyrzynki Krakowskie.

    Statystyki:

    Dystans: 207 km
    Czas: ◷08:36:55
    Średnie tempo: 2:29 min/km
    Średnia prędkość: 24,04 km/h
    Kalorie: 12001 kcal
    Średni puls: ❤131.1bpm
    Maksymalny puls: ❤173bpm

    W tym tygodniu to już 369km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km (nr 5)
    pokaż całość

    źródło: rabsztyn.jpg

  •  

    476558 - 205 = 476353

    Dosyć dobrze dojechana dwusetka - drużynowe Dolinki

    Czyli rowerowy wypad #rowerowykrakow do Dolinek Krakowskich i Zamku Rabsztyn. 200km/2500m w górę - solidnie po pagórkach.

    Rano 6 stopni i gęsta, oblepiająca mgła. Zimno jak fiks. Na szczęście wjeżdżając na Sankę pojawiło się słońce i zostało z nami aż do zmroku. Umiarkowanie chłodny dzień. W Zalasie spotkaliśmy się z @Mortal84, @Arczi-S, jeszcze jednym kolegą raczej nie Wykopkiem. Kawałek dalej @Hinol dołączył do wycieczki. Wafelkiem niestety okazał się @Cymerek, bo musiał pojechać kopać ziemniaki zamiast uprawiać pedaladę. W Olkuszu standardowo wykwintna obiadokolacja z kuponów w McD. Chwilę później chłopaki jadą na południe, a ja prosto do Krk.

    Przykre, że 200km teraz bez opierdalania się po płaskim to już od świtu do zmroku.

    #rowerowyrownik #100km #200km (nie wiem ile bo cholera muszę zaległości z wyprawy dodać).
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2017.09.30-full.JPG

  •  

    490966 - 300 = 490666
    https://www.strava.com/activities/1198004079

    Wczorajsza trzysetka do Ustki, Sławna i Słupska.
    W obie strony pod wiatr. Słońca zeeero. Mgła, wilgoć i mżawka. Prawdziwa jesień.
    Debiut nowych opon Vittoria Rubino Pro. Biały pasek na oponach szybko zrobił się szary:)

    #rowerowetrojmiasto #szosa

    Statystyki:

    Dystans: 300 km
    Czas: ◷11:22:13
    Średnie tempo: 2:16 min/km
    Średnia prędkość: 26,41 km/h
    Kalorie: 11103 kcal
    Średni puls: ❤131.4bpm
    Maksymalny puls: ❤158bpm

    W tym tygodniu to już 424km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km
    pokaż całość

  •  

    494978 - 228 - 315 - 272 = 494163

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski (3142km) – Relacja z dni 5-7 i garść zdjęć

     

    Pierwsza część, czyli opis przygotowań oraz relacja z pierwszych 4 dni TUTAJ

     

    MRDP Dzień 5

    228 km | 2673 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159511260
     

    Budzik miałem ustawiony jakoś na 3-4 godziny, ale pomimo zmęczenia śpię niespokojnie i kilka razy się budzę. Raz jest mi po prostu zimno, więc ściągam jakąś narzutę z kanapy obok i się nakrywam. Trzeba było skorzystać od razu ze śpiwora.

    Nie budzi mnie budzik, a głosy młodzieży która powoli budzi się do życia w pokojach za ścianą. Nie pozostaje nic innego, jak się zacząć zbierać. Ogarniam się w łazience, po czym schodzę zerknąć na dół do jadalni, bo stamtąd też dobiegają jakieś odgłosy życia. Kilka pań nakrywa do stołu dla dobrych kilkudziesięciu osób. Pytam o możliwość zamówienia śniadania. Wołają „szefowo”, która informuje mnie, że śniadanie jest w prawdzie od 8, ale może mi cos na boku przygotować.  Dostaję więc dzbanek gorącej herbaty i jedzenie. Dziwi się jednak gdzie spałem, bo przecież nie ma miejsc ;)

    Po napełnieniu żołądka, czas uregulować należność. Szefowo wycenia posiłek na 8 zł, więc zostawiam dyszkę i chwilę po godzinie 7 wyruszam w Bieszczady właściwe ;)

     

    Przejazd odcinkiem wielkiej pętli w towarzystwie deszczu. Widoki nie zachwycają – jest mokro i ponuro. Chwilę przed południem, zachęcony sms z relacji forumowego Hipka, zajeżdżam do oberży Biesisko w Przysłupie na placka po bieszczadzku. Fakt, jest PRZEOLBRZYMI, jednak smak pozostawia wiele do życzenia i po prostu wmuszam w siebie jakąś połowę.

     

    Kolejny postój planuję w Komańczy, bo zapasy się kończą, a w tych rejonach o sklep wcale nie jest tak łatwo. Szyld kierujący do delikatesów wskazuje w złym kierunku, bo przejeżdżam całą miejscowość, a sklepu brak. Muszę wracać 2 km do skrzyżowania, czyli kolejne 4 gratis do puli. Ładuję prowiant i przebieram się na krótko, bo nawet wyszło słońce. Wiem, że niedługo wieczór i zrobi się chłodno, ale inaczej bym się zagotował.

     

    Przez Beskid Niski jedzie mi się bardzo przyjemnie, choć wiatr za wszelką cenę chce mnie spowolnić. Mijam kilka bardzo klimatycznych agroturystyk i myślę sobie, że kiedyś trzeba tu będzie przyjechać z rodziną na kilka dni. Bardzo podobają mi się okolice – jest jakoś tak sielankowo.  W Chyrowej cykam fotke ładnie położonej cerkwi. Pod wieczór niebo ciągle straszy deszczem, ale mam nadzieję go uniknąć, bo nie uśmiecha mi się moknąć przed nocną jazdą. Pomimo zachmurzenia, zapowiadana jest kolejna zimna noc.

     

    Zachód słońca podziwiam na pofalowanej drodze za Nowym Żmigrodem. Przed Gorlicami szybki Hot-Dog na stacji plus jeden na wynos. Czując nadchodzący chłód, wpadam jeszcze na chwilę do Biedronki, z nadzieją na zakup jakiegokolwiek cieplejszego ciuszka na górę.  Niestety nic takiego nie znajduję, więc ruszam dalej. Za miastem droga pnie się stopniowo ku górze, by tuż za Ropą zaatakować porządniejszymi procentami.  Dziś jazdę nocą planowałem pociągnąć jak najdłużej, jednak chcieć to jedno, a móc to co innego. Sen mnie muli już nieźle, więc pomimo stosunkowo wczesnej godziny, postanawiam przespać się 2-3 h i dalej ruszyć bardzo wcześnie rano.  Po zjechaniu do Brunar analizuję profil wysokościowy i widzę, że przede mną kolejny solidny podjazd, w sam raz na poranną rozgrzewkę po wyjściu ze śpiwora. Obok boiska wypatruję niewykończone jeszcze budynki, mające chyba spełniać funkcję szatni itp. Niestety wszystkie drzwi i okna już są wstawione i pozamykane. Wjeżdżam na teren szkoły i już klasycznie rozkładam się pod dobrze osłoniętymi od wiatru drzwiami wejściowymi. Niestety namierzają mnie miejscowe psy i zaczynają ujadać zza płotu opodal.  Przy tym akompaniamencie zasypiam, lekko zaniepokojony wskazaniami licznika. Niecałe 230 km to zdecydowanie za mało. Jeszcze jeden taki dzień i szanse na dojazd w limicie będą marne. Jutro trzeba coś podgonić.

     

    MRDP Dzień 6

    315 km | 3745 m

     

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159514411
     

    W trakcie zaplanowanych 3,5h snu, psy oczywiście musiały zrobić ze 2 pobudki, bo tyle nieprzerwanego snu, to byłby zbytni rarytas. O godzinie 3 nieśmiało wysuwam się ze śpiwora. Jest mega zimno, więc postanawiam jak najszybciej znaleźć się na rowerze. Mój Hot-Dog na wynos również ma temperaturę w okolicach 5 stopni, więc na samą myśl że miałbym go ugryźć przechodzi mnie dreszcz i ruszam bez jedzenia. Trzeba było go wziąć ze sobą do śpiwora…

     

    Po szybkim zwinięciu posłania, wsiadam na rower i uświadamiam sobie – ale jestem wyspany!  To uczucie mija po jakichś dwóch minutach, zmieniając się z powrotem w zamułę. Mimo wszystko fajnie było poczuć się wyspanym choć chwilę ;) Zgodnie z wczorajszymi planami od razu zaczyna się podjazd. Fajnie, zaraz będzie mi cieplej. Niestety nie jest tak kolorowo, bo jest bardzo stromo, a zastane po nocy mięśnie, ścięgna i stawy krzyczą, że potrzebują spokojnej rozgrzewki, a nie katowania. W Banicy po skręcie w prawo jest tylko gorzej. Dostaję pod koła nachylenie kilkunastoprocentowe, więc największą koronkę kasety szybko opatula łańcuch. Mimo wszystko jadę zygzakiem, co można nawet dostrzec na śladzie z zapisem trasy ;)

    Nadal jestem bardzo śpiący, nie umiem pobudzić organizmu do działania. (Z perspektywy czasu wiem, że dużym błędem był brak jakiegokolwiek posiłku. Powinienem wmusić w siebie cokolwiek, jednak wtedy nie czułem głodu i wcale o tym nie myślałem). Kładę się na kolejnym napotkanym przystanku i zasypiam. Nawet nie nastawiam budzika, bo wiem że w tych warunkach nie zaśpię na pewno. Postój momentalnie mnie wychładza i po niecałych 10 minutach przeraźliwy chłód szybko stawia mnie do pionu. Jeszcze jedna solidna ściana i w końcu zjazd do Tylicza. Gdzieś tutaj nocowałem pierwszej nocy podczas zeszłorocznego wyjazdu do Rumunii. Wtedy też było mokro, ale teraz poza wilgotnością 100% jest jeszcze bardzo zimno.

     

    Kolejne kilkadziesiąt kilometrów zjazdu w kierunku Muszyny to istna katorga. Jadę w dół w porze gdy temperatura jest najniższa. Trzęsę się z zimna i marzę o stacji benzynowej, bo dodatkowo potrzebuję skorzystać z toalety. Chcę by się to skończyło jak najszybciej, ale trwa dobre 2 godziny. Jadę, bo po prostu nie mam innego wyjścia. Pocieszam się myślą, że mógł przecież jeszcze padać deszcz.

     

    W Muszynie zawód – nie ma stacji. Całe szczęście po wjechaniu w Dolinę Popradu robi się cieplej. Na tyle, że mogę się zatrzymać na przystanku i coś zjeść. Hot – Doga popycham batonem i od razu czuję się lepiej. Za Żegiestowem przez mgłę zaczynają się przebijać pierwsze promienie słońca. W Piwnicznej w końcu wymarzona stacja. Zajadam się zapiekankami i nawet zdejmuję część ubrań.

     

    Od Starego Sącza zaczynam się stopniowo piąć ku górze w kierunku Pienin. Przed Tylmanową wracają wspomnienia z Karpackiego Hulaki. Spotkałem tu wtedy Krzyśka Sobieckiego. To było zaledwie 3 tygodnie temu a ja znowu katuję te góry ;) Teraz jedzie się lepiej, bo ruch jest mniejszy. Odzywa się do mnie @Cymerek – jest w okolicy i chciałby dołączyć  i trochę potowarzyszyć. Jednak jest jeszcze daleko, więc za Krościenkiem zajeżdżam do karczmy i zamawiam to, co dostanę najszybciej - pomidorową. Dziś nie ma czasu na stołowanie się. Wyciągam wczorajsze bułki, serek topiony i już po 17 minutach jadę dalej, całkiem syty.

     

    Przejazd przez Pieniński Park Narodowy idzie sprawnie. W końcu czyste błękitne niebo i piękne widoki. Widać pierwsze zarysy szczytów tatrzańskich. Czas na malowniczy podjazd przez Łapsze aż do Łapszanki, skąd rozpościera się piękna panorama Tatr. Tutaj jedzie mi się bardzo dobrze. Mijam sporo rowerzystów, w tym jednego z naszych, a kolega Cymerek również coś nie może mnie dogonić. Czekam na niego w Brzegach, przy okazji napełniając bidony. Podjazd pod Głodówkę jedziemy wspólnie. Fajnie z kimś pogawędzić – dzięki za towarzystwo. Na górze ja odbijam do schroniska, a kolega jedzie dalej.

     

    Spotykam tu Emesa, Daniela Śmieję i Marcina Nalazka. Oni jednak zbierają się do odjazdu, a ja dopiero zamawiam obiad. Wymieniam nadajnik GPS, ale także zakładam nową przetwornice napięcia z dynama. Dobrze że kilka dni przed startem zamówiłem i zabrałem nową. Tak przeczuwałem, że ta stara może już długo nie pociągnąć. Specjalnie zaplatałem nowe koło na dynamie, a zostałbym bez zasilania przez kawałek kabelka ;)

     

    Po obiedzie staję się senny, więc pytam czy za spanie na stole wypraszają ;) Dowiaduję się, że uczestnicy mają tutaj wynajęte 2 pokoje i można z nich skorzystać. Super! Szybka łazienka, budzik na 20 minut i jestem w łóżku. Chwilę przed alarmem przypadkiem budzą mnie dziewczyny z obsługi. No to w drogę.

    Godziny popołudniowe i przejazd przez Zakopane – to się nie dodaje. Tłumy ludzi i chmary samochodów. Chcę stad uciec jak najszybciej, ale nie jest to takie łatwe. Za miastem długi zjazd do Czarnego Dunajca. W końcu wjeżdżam w „swoje rejony”. W tym miasteczku mam sprawdzoną jadłodajnię, ale zastanawiam się czy czasowo mogę sobie pozwolić na taki rarytas. Wiem jednak, że podają jedzenie szybko, a porządny posiłek przyda się przed kolejnym górskim odcinkiem. Zamawiam więc obiad i szybko jadę do Biedronki. Ładuję do koszyka sprawdzone produkty i gdy dochodzę do kas uderzają mnie dwie olbrzymie kolejki na co najmniej 20 minut. Już chcę zrezygnować z zakupów, ale wypatruję jedną zamknięta kasę, gdzie pani kasuje ostatniego klienta. Udaje mi się ją uprosić by jeszcze mnie skasowała. Inni patrzą na mnie trochę krzywo ;)

     

    Gdy wracam do lokalu, obiad już na mnie czeka. W trakcie jedzenia udaje mi się znaleźć w sieci opcję noclegową zaraz przy trasie. Umawiam się z gospodarzem, że wejdę tylnymi drzwiami, a on pokój zostawi otwarty. Pieniądze mam zostawić pod telewizorem ;) A wszystko dlatego, że do przejechania mam jeszcze ponad 100 km, więc planowo będę w samym środku nocy. Dzięki takiemu zagraniu mam na dziś ambitny cel, by pokonać ponad 300 km w górskim terenie.

     

    Jeszcze przed Krowiarkami żegnam się ze Słońcem. Sam podjazd pod przełęcz to dla mnie przyjemność, bo bardzo lubię te rejony. W Zawoi, już po ciemku, odbijam w lewo w kierunku Stryszawy. Sam podjazd jest mi dobrze znany. Jakość asfaltu zawsze była tu kiepska, jednak tym razem cała nawierzchnia jest kompletnie przeryta. Fajnie że się za to wzięli, jednak teraz trzeba się tłuc po wyrwach i błocie. Po chwili doganiam Marcina Nalazka i Jarosława Krydzińskiego. Z tym drugim mijałem się od przez ostatnie 3 dni kilka razy. Trochę dyskutujemy, ale dalej postanawiam wyrwać trochę do przodu, bo mam przecież swój cel na dziś. Wg profilu trasy, przede mną jeszcze 2 niewielkie podjazdy, później kolacja na stacji w Węgierskiej Górce i jestem „w domu”.  Niestety okazuje się, że podobnie jak dwa pierwsze dzisiejszego dnia (przed Tyliczem), to również dwa ostatnie będą bardzo ciężkie. Na jednym z nich kompletnie opadam z sił, kładę głowę na lemondce i piszę sms do relacji: Wyczerpanie kompletne. Prowadzę rower. To jedyny odcinek na którym prowadziłem rower w czasie trwania maratonu. Jakieś 20 kroków. Nie było jakoś stromo, ale po prostu chciałem być bliżej noclegu, a stojąc się przecież nie zbliżałem. Piszę sms z siostrą, motywuje mnie.

     

    W końcu około godziny 1 docieram na miejsce. Godzinę później niż planowałem. Szybki prysznic z użyciem płynu do naczyń i jestem w łóżku. W końcu upragniony nocleg. Właśnie… człowiek dociera na miejsce odpoczynku po długich zmaganiach. Wielka ulga, jednak po chwili uświadamia sobie, że trzeba ustawić budzik na 3 godziny i ciągnąć to dalej. Czy to nie chore? A przecież nikt nie każe – wszystko na własne życzenie. Dostaję jeszcze motywującego sms od Gustava, że jest szansa na limit, żeby jechać. Zasypiając słyszę impulsy elektryczne przepływającprzepływające e w głowie, jakby ktoś nastrajał radio. Bum, świadomość wyłączona.

     

    MRDP Dzień 7

    272 km | 2681 m

     

    Strava: https://www.strava.com/activities/1160538805

     

    Gdy się budzę, stoję obok łóżka i coś majstruję przy rowerze. Chyba śniło mi się że zaspałem i nerwowo zacząłem się zbierać do jazdy. Patrzę na zegarek, a od zaśnięcia minęły dopiero dwie godziny. Wskakuję z powrotem do łóżka, po czym dociera do mnie, jak bardzo bolą mnie kolana. Zasypiam z myślą, że chyba je załatwiłem i  dalej nie pojadę. Gdy dzwoni budzik jest jeszcze gorzej. Próbując założyć spodenki, odkrywam też skalę moich obtarć. Koniec, dalej nie dam rady. Wracam do łóżka i postanawiam się po prostu wyspać. Kilkanaście kilometrów stąd jest przecież żona z synkiem na wczasach. Jakoś się do nich dokulam i w końcu się zobaczymy – będzie po wszystkim.

     

    Budzę się po godzinie i jestem załamany. Żal mi że tak to się skończy. Łzy same cisną się do oczu i kapią na ekran telefonu. Kompletne rozstrojenie. A pogoda za oknem taka piękna. Tak sobie dumam i dochodzi mnie myśl, że przecież oba kolana bolą mnie tak samo. Gdyby to była kontuzja, to raczej bolałoby jedno, lub chociaż któreś mocniej. Może to rozjeżdżę? Mam jakieś tabletki przeciwbólowe, ale to awaryjnie, gdyby trzeba było dociągnąć jakąś końcówkę przed metą. A przede mną jeszcze grubo ponad 1000 km. Nie chcę tłumić bólu, wolę się wsłuchiwać w organizm. Nigdy nie brałem żadnych specyfików tego typu podczas jazdy. Nawet kawy nie piję – jak kofeina to tylko ta z coli.

     

    Podejmuję decyzję – próbuję. Przede mną wieś Szare, a na jej końcu najbardziej stromy odcinek całej trasy. Na jego szczycie albo skręcam w lewo do rodziny, albo w prawo ku mecie ;) Na tyłek leci podwójna warstwa sudocremu, a na kolana trochę jakiejś maści, która kupiłem na szybko przed wyjazdem. Gdy ruszam jest już ciepło i słonecznie (moje rozterki zajęły mi sporo czasu), więc wszystkie długie ciuchy lecą do kuferka. Pierwszy raz jadę całkiem na krótko. Kulam się ostrożnie i o dziwo ból powoli ustępuje.  Kulminacyjny odcinek z ażurowymi płytami podjeżdżam w całości. Czyli jest dobrze. Ochodzita wchodzi również bez problemu. Jadę dalej! :) Po dziurawym zjeździe do Koniakowa zatrzymuję się z zamiarem wysłania do relacji sms, że jest dobrze. Odwracam się i odkrywam że kuferek jest otwarty. Szybka kontrola inwentarza i stwierdzam, że brakuje materacyka. Zerkam na podjazd, ale nie widzę żeby coś leżało. Postanawiam podjechać z powrotem na górę. Niestety nie znajduję zguby. Stoję na szczycie i morale znów pikują w dół. Jak mam jechać dalej, to nie mogę się więcej wracać. Zjeżdżam ponownie po tych dziurach. Na dole znów orientuję się, że kuferek jest otwarty! Tym razem brakuje nogawek i rękawiczek. Czyli pakując wszystkie zbędne ubrania do kuferka przeładowałem go i otwiera się samoistnie. Ponownie wracam pod ten przeklęty podjazd i zbieram z ulicy swoje fanty. Nigdy go nie lubiłem ;)

    Przepakowuję się i ruszam pod Kubalonkę. Po zjechaniu do Wisły robię zakupy w Biedzie. W Ustroniu odbijam w kierunku Cieszyna, gdzie nieśmiało spoglądam w kierunku McD. Jest jednak za wcześnie na dłuższy postój. Dalej wjeżdżam do Czechów. Jedyny zagraniczny odcinek trasy. Całe 3 km ;) Po chwili na poboczu rozpoznaję kolegę z pracy, Dawida. Czatował tu na mnie i towarzyszy mi przez najbliższe kilometry. Większą część trasy jechałem całkiem samotnie, więc fajnie jest podzielić się z kimś wrażeniami.

     

    Teraz czeka mnie trochę odpoczynku od gór. Aż pod Sudety będzie względnie płasko, jednak niestety – pod wiatr. W Krzyżanowicach w powietrzu wyczuwam zapach domowego jedzenia. Jakby rosół czy coś. Muszę to mieć! Zajeżdżamy więc na obiad. Jest wymarzony rosół i grillowana pierś z kurczaka z ananasem. Pycha. Kawałek dalej Dawid odbija w swoją stronę – dzięki za towarzystwo.

     

    Już wieczorem jestem w Głuchołazach, gdzie robię ładowanie zapasów na noc. Kawałek dalej,  na zjeździe przed Gierałcicami, ktoś z pobocza krzyczy: _stój! _ Zawracam i już rozpoznaję. To kuzyn z żoną polowali na mnie z transparentami. Specjalnie dla mnie wyjechali na trasę z Wrocławia. Mało tego! Wiedząc o mojej zgubie, chcą mi wręczyć nowy materac :) Niestety formuła maratonu zabrania tego typu wsparcia na trasie, więc jestem zmuszony odmówić. W każdym razie wielkie dzięki! To bardzo miłe. Mam tylko nadzieję, że nie był kupiony specjalnie dla mnie ;)

     

    Po dalszych zmaganiach z wiatrem, około 1 w nocy zajeżdżam do Złotego Stoku. Tutaj zaczynają się dalsze zmagania z górami. Na pierwszy rzut podjazd pod Przełęcz Jaworową. Nogi dają radę, jednak senność daje się ponownie we znaki. Na zjeździe w kierunku Lądka, gdy ciśnienie krwi spada, a w uszach pojawia się jednostajny szum, zaczynam przysypiać za kierownicą. Musze się bardzo pilnować żeby nie wypaść na którejś z serpentyn, więc postanawiam poszukać miejsca na sen. W samym miasteczku wchodzę na plac zabaw i układam się pod jakąś drabinką. Materaca brak, więc pozostaje mi po prostu trawnik. Tym razem pozwalam sobie na 2 godziny snu. Niestety nawet ten skromny plan ktoś musiał mi pokrzyżować…

     

     ______________

    Ostatnie 3 dni zmagań pojawią się w kolejnym wpisie, gdy tylko znów uda mi się znaleźć trochę czasu. Tak jak myślałem, relacja robi się obszerna, więc taki podział całości wydaje się sensowny :)

     

    Mój tag -> #byczysnarowerze

    Pokrewne:

    #rower #szosa #kolarstwo #mrdp
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

    •  

      super :) kolejny odcinek za tydzień? :)

      @sargento: postaram się zmieścić w tygodniu, bo wspomnienia się rozpływają ;)

      @AdamTorpeda: sorry, jakoś mi umknęło to pytanie. Oczywiście dość miałem nie raz :) Każdy na tego typu imprezach miewa kryzysy. To nie jest tak, że jak ktoś przejedzie 1000 km w 2 doby, to później jest to dla niego pestka. Zawsze trzeba się przyłożyć, a warunki na trasie rzadko są takie same. Im więcej się jeździ, tym lepiej człowiek poznaje siebie, swoje granice i słabości. Z czasem uczy się jak sobie z nimi radzić.

      Jak zwykle świetnie się czytało. Czekam na ostatnią część ;-)

      @Mortal84:

      Super sią to czyta! Wrzucaj szybko tą 3 część, bo z takim cliffhangerem się ludzi nie zostawia :D

      @Karabekian:

      no to się cieszę, że nie zanudziłem ;)
      pokaż całość

    •  

      Tym razem pozwalam sobie na 2 godziny snu. Niestety nawet ten skromny plan ktoś musiał mi pokrzyżować…

      Świetne pióro, @byczys. Potrafisz umiejętnie zbudować napięcie, zaciekawić i porwać czytelnika tylko po to by na końcu niespodziewanie zostawić go z uczuciem irytującego niedosytu:)

      +: byczys
    • więcej komentarzy (8)

  •  

    497144 - 38 - 38 - 227 - 32 - 36 - 70 - 43 = 496660

    Zaległe wpisy.
    Niby jeszcze lato, a pogoda jak w listopadzie.

    #rowerowyrownik #100km #200km

  •  

    503690 - 265 - 237 - 129 = 503059

    Dawno nie wrzucałem jazd więc najwyższa pora wrzucić coś konkretnego :-)

    265:
    https://www.strava.com/activities/1176082098
    Jak co roku o tej porze wypada firmowy event, tzw. 'klasyk' czyli przejazd Kraków-Łódź.
    Start 5:30 Błonia, przegrupowanie w Skale i w aurze porannego słońca na śniadanie w Mirowie. Rozleniwienie po posiłku trzeba było pokonać uformowaniem szybkiej grupy, która to co roku jest coraz szybsza.
    W tym roku pomagał nam Kuba z VA za co mu dziękuje bo kilka razy mnie holował na kole i udało się w całości dojechać mocnym tempem do Pławna. https://www.strava.com/segments/16028612
    Dalej turlanie się na obiad w Kamieńsku i dalsze pokonywanie kilometrów w stronę Łodzi.
    Był też szoso mirek, jak zobaczy ten wpis to pewnie się ujawni :-) Pozdrawiam
    Pogoda jak na zamówienie, 24-26'C i wiaterek w plecy. Czego chcieć więcej.
    W tej edycji pomogłem nieco organizatorom czego efektem jest m.in. pomarańczowa edycja stroju. Kolor daje radę. Sporo ludzi nam machało na trasie czy robiło fotki z aut. Możliwe że przypominaliśmy nieco CCC :-) Sprawdzona jakość z raso pomogła by tyłek mniej bolał.

    237:
    https://www.strava.com/activities/1177998561
    Kolejną niepisaną tradycją poza "szybką grupą" jest aktywny rozjazd zwany off-classic'iem czyli zamiast autokarem powrót na kołach do Krakowa. Rzuciłem luźno temat i znalazło się trzech chętnych. O mało co nie zaspałem i średnio miałem ochotę w niedzielę rano jechać, ale słowo się rzekło i nie ma przeproś.
    Pogoda stabilna, bez deszczu. Różnica taka, że sobotni wiatr w plecy stał się niedzielnym huraganem na twarz. Niszczyło to totalnie morale i średnią prędkość.
    Trasa podobna do sobotniej z małymi zmianami z uwagi na remont w Janowie oraz moją zachciankę jazdy przez Ogrodzieniec, Olkusz i Krzeszowice.
    Wyjazd nieco przed 9, powrót nieco po 20. Plan zrealizowany choć łatwo nie było.

    129:
    https://www.strava.com/activities/1185173738
    Kilka dni bez roweru by tyłek odpoczął i skromna trasa do Niedzicy na wyjazd integracyjny (stąd tylko w jedną stronę). Wiatr lekko na twarz nie pomagał. Jakość asfaltu za przełęczą Przysłop niby dobra, ale jednak nie. Cała radość ze zjazdy znika jak rowerem telepie na nierównościach. Nigdy więcej.
    W komentarzu fotka z zapory dla @Mortal84

    Statystyki:

    Dystans: 265 km
    Czas: ◷09:07:32
    Średnie tempo: 2:04 min/km
    Średnia prędkość: 29,01 km/h
    Kalorie: 9902 kcal
    Średni puls: ❤134.3bpm
    Maksymalny puls: ❤187bpm

    Dystans: 237 km
    Czas: ◷08:25:48
    Średnie tempo: 2:07 min/km
    Średnia prędkość: 28,15 km/h
    Kalorie: 9840 kcal
    Średni puls: ❤135.7bpm
    Maksymalny puls: ❤173bpm

    Dystans: 129 km
    Czas: ◷04:53:33
    Średnie tempo: 2:16 min/km
    Średnia prędkość: 26,44 km/h
    Kalorie: 6689 kcal
    Średni puls: ❤148.6bpm
    Maksymalny puls: ❤187bpm

    W tym tygodniu to już 631km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #100km #200km #100km #200km #100km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    509104 - 203 = 508901

    Nie miałem konkretnego pomysłu na niedzielę, więc po prostu pojechałem do Tychów pod Piramidę. Feniksy ustaliły, że jadą na zaporę do Porąbki, a kto będzie chciał to na Żar. Pasowało mi to.
    W Brzeszczach spotkałem @Marcin_od_Tribana z różowym, którzy jechali na kofibrejka na Kocierz. Ola pierwszy raz podjeżdżała na przełęcz Targanicką (ostatnie pół kilometra ma 13% nachylenia) i udało się bez zatrzymywania. Zuch dziewczyna. Następna w kolejce czeka Chrobacza Łąka ;)
    Dogoniłem Feniksów, gdy zbierali się już z zapory, ale na Żar oczywiście żaden się nie zdecydował, więc musiałem jechać sam... Dalej uderzyłem na Kocierz od strony Żywca i ponownie spotkałem się z Marcinem i Olą.
    Z powrotem dobrze się jechało, a że godzina była jeszcze wczesna, to dokręciłem do dwustu. Tak profilaktycznie, żebym później nie miał niepotrzebnych wyrzutów sumienia.

    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #szosa #wykoptribanclub #100km #200km (nr 19)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: niedzielatuitam.jpg

  •  

    509474 - 205 = 509269

    Brevet 200km w Pomiechówku z soboty.

    Rewelacyjna impreza, polecam każdemu! Niesamowita atmosfera, organizacja na świetnym poziomie. Jestem pod wrażeniem zaangażowania organizatorów. W przyszłym roku na pewno będę chciał zaliczyć więcej takich wydarzeń.

    Przy okazji pierwsza dwusetka w życiu :)

    Statystyki:

    Dystans: 205 km
    Czas: ◷07:51:24
    Średnie tempo: 2:18 min/km
    Średnia prędkość: 26,06 km/h
    Kalorie: 8778 kcal

    W tym tygodniu to już 205km!
    #rowerowyrownik #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    512246 - 620 - 353 - 296 = 510977

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski (3142km) – Relacja, przygotowania i garść zdjęć

    O MRDP pierwszy raz usłyszałem podczas jego poprzedniej edycji w 2013 roku (maraton odbywa się w cyklu czteroletnim). Wystartowało wtedy 19 osób. Czytałem relacje uczestników i wyczyn był to dla mnie niewyobrażalny. Postanowiłem wtedy, że za 4 lata… żartuję – wtedy nawet mi przez myśl nie przeszło, że mógłbym wziąć w czymś takim udział :) Najdłuższym przejechanym przeze mnie jednorazowo dystansem było wtedy 90 km z prędkością 23 km/h i pełnymi sakwami. Mimo wszystko byłem dumny z tego przejazdu i chyba z 5 razy wracałem do zapisu śladu i go sobie podziwiałem. Dojechałem wtedy z okolic Zawiercia do Tychów!

    Jeszcze tego samego roku, w październiku, podjąłem wyzwanie które dłuższy czas miałem w głowie i postanowiłem spróbować dojechać do rodziny na Kujawach (pozdrawiam!) rowerem. Spakowałem namiot, wydrukowałem jakieś mapki i po 3 dniach i 340 przejechanych kilometrach dotarłem na miejsce, po drodze zaliczając swój pierwszy samotny nocleg na dziko. Nie pospałem wtedy za dobrze – obok przebiegała ruchliwa linia kolejowa, a każdy szelest trawy wzbudzał mój niepokój. Aż się łezka w oku kręci ;)

    Bardzo mnie tego typu jazda wciągnęła, więc w kolejnych latach odbyłem sporo kilkudniowych wycieczek z namiotem po Polsce i nie tylko (również z przyszłą jeszcze wtedy małżonką ;)).
    Zachęcony opisem zmagań rowerzystów z forum z jednorazowymi długimi dystansami, zacząłem próbować swoich sił również w tym kierunku. Uszosowiłem trochę swój rower MTB i zacząłem zaliczać samotnie coraz dłuższe wycieczki w systemie non-stop. Jednego roku złamałem barierę kolejno 200 , 300 (na Kujawy – tym razem na raz;)), i 400 km. Po zmianie roweru na bardziej szosowy (choć nie typowo), zacząłem nieśmiało spoglądać w kierunku trasy nad Bałtyk bezpośrednio z domu. Tym sposobem, za trzecim podejściem (jedno zakończone w Tczewie, drugie też już na Pomorzu, jednak z winy sprzętu) pokonałem trasę Katowice – Hel, tym samym łamiąc barierę 600 km.

    W międzyczasie zaliczałem też kilku i kilkunastodniowe wypady z namiotem m.in. do Rumunii i po Gran Canaria. Chociaż lubię jeździć samotnie, to zacząłem interesować się startami w bardziej zorganizowanych imprezach. Tym sposobem w 2016 roku wystartowałem w Brevecie 200 km i niedługo później w bardzo fajnym Maratonie Podróżnika na dystansie 530 km. Tu czas przejazdu zdecydowanie powyżej swoich oczekiwań (22h35m) i tym samym uzyskałem oficjalną kwalifikację do startu w Maratonie Północ – Południe (Hel – Głodówka k/Zakopanego) na dystansie 930 km. Przez własne gapiostwo (zgubienie portfela) mój dystans się wydłużył do 990 km, jednak mimo wszystko udało się dojechać na metę na 12h przed limitem wynoszącym 72h. Piękna przygoda i sporo zdobytego doświadczenia, w trudnych, jesiennych warunkach.

    Na mecie mieszczącej się w schronisku Głodówka, zaczęły się toczyć dyskusje dotyczące przyszłorocznego MRDP. Gdy pomyślałem wtedy, że miałbym jeszcze jechać kolejne 7 dni przy podobnym obciążeniu, to myśli o starcie szybko odsunąłem na bok. Tym bardziej, że byłem nieźle zmiękczony mokrą i zimną, górską końcówką  Jednak gdy już wróciłem do domu i doszedłem do siebie, myśl o starcie nie dawała mi spokoju. Okazało się, że jazda w formule samowystarczalnej to coś dla mnie. W pełni świadomy tego, że na jakąkolwiek rywalizację z innymi uczestnikami o miejsce w czołówce nie mam szans (własne ograniczenia fizyczne, sprzętowe, ale też dużo mniejsze doświadczenie), postanowiłem za jedyny cel obrać sobie ukończenie trasy w limicie 10 dni. Od tego momentu „choroba” MRDP ogarnęła mój umysł na blisko rok, w trakcie którego czyniłem przygotowania do startu. W zasadzie moją przygodę z tym maratonem można liczyć już od tego momentu, bo uważam że są one (przygotowania) nieodłącznym i także emocjonującym elementem całości :) Pewnie każdy startujący wie o czym mówię, ale moja małżonka zdecydowanie też jest w temacie :D (buziaki ;))

    Przygotowania polegały głównie na kompletowaniu i testowaniu sprzętu, ale również przygotowaniach organizmu do wysiłku. Moją największą zmorą przy długich dystansach był dotąd ból ramion, karku i kręgosłupa w odcinku szyjnym, który pojawiał się zawsze po 2-3 dniach intensywnej jazdy i tutaj upatrywałem najbardziej prawdopodobnej przyczyny potencjalnej porażki.
    Zacząłem więc stosować ćwiczenia ogólnorozwojowe i rozciągające – nie stosowałem tu jednak jakiegoś wielkiego reżimu. W każdym razie przyniosło to efekt :)

    Strategia noclegowa również ewoluowała. Początkowo zapisałem się do kategorii Extreme, mając w planach 2 wcześniej przygotowane miejsca noclegowe. Jednak gdy jedno z nich mi wypadło, to postanowiłem jechać z własnym sprzętem noclegowym i przeniosłem się do kategorii Total Extreme, gdzie wsparcie z zewnątrz jest zakazane i trzeba być całkowicie samowystarczalnym. Dodatkowo lepiej wpisywało się to w mój ulubiony styl jazdy. Kupiłem więc mniejszy i lżejszy namiot, jednak tygodniowy, testowy wyjazd po kilku krajach na południe od PL pokazał, że w moim przypadku taka opcja na maratonie nie sprawdzi się. Za dużo czasu zajmowało mi składanie i rozkładanie majdanu.

    Ostatecznie zdecydowałem się na jazdę z samym śpiworem i dosyć lekkim (600g), dmuchanym materacem, a ewentualne noclegi pod dachem załatwiać spontanicznie w zależności od warunków i samopoczucia na trasie. Sam materac udaje mi się przetestować tylko raz, podczas maratonu Karpacki Hulaka, w którym wziąłem udział na 3 tygodnie przed startem. Sprawdziło się to wtedy nieźle – dobra izolacja od podłoża i całkiem akceptowalna wygoda, pomimo niewielkich rozmiarów.

    No, dosyć już tego wstępu, czas przejść do właściwej relacji ;)

    Start Maratonu ma miejsce 19 sierpnia o godzinie 12 w południe, spod latarni morskiej Rozewie, czyli w okolicach najbardziej wysuniętego na północ obszaru Polski.
    Na miejsce startu docieram z Katowic koleją dzień wcześniej. Początkowo jadę sam, ale już w połowie trasy cały przedział rowerowy obsadzony jest ekipą MRDP :) Podróż mija więc dosyć szybko i sympatycznie. W Gdyni przerwa na obiad i przesiadka na pociąg do Władysławowa. Dalej pierwsze doświadczenia z brukowaną nawierzchnią i późnym popołudniem meldujemy się w bazie zawodów w Jastrzębiej Górze. Wieczorem kolacja i pogaduszki z innymi uczestnikami. Atmosfera jest dosyć swobodna, nie czuć żadnej napinki czy podenerwowania i jest sympatycznie. Wieczorne rozmowy w pokoju przeciągają się prawie do północy.

    Po dosyć rwanej nocce wstajemy około godziny 6. Z balkonu na którym trzymaliśmy rowery, w oddali widać słynną latarnię. Niebo zasnute jest ciemnymi chmurami, które przemieszczają się bardzo szybko. W nocy padał deszcz, więc jest mokro i wilgotno. Pozostaje mieć nadzieję, że do południa się trochę wyklaruje. Śniadanie w formie bufetu znika ze stołów bardzo szybko. Pomimo, że przyszedłem jako jeden z pierwszych, to po chwili nie mam w czym wybierać i udaje mi się złapać tylko 2 parówki i trochę pieczywa. Apetyt Maratończyków jest nieposkromiony  Obsługa donosi jedzenie, ale udaje mi się jeszcze załapać tylko na 2 naleśniki. Przeczekuję pierwszą falę i po dobrej godzinie w końcu udaje mi się dorwać jajecznicę. Na szczęście czasu jest jeszcze sporo i nie trzeba się gonić. W tym przypadku start w samo południe to dobre rozwiązanie. Można się na spokojnie przygotować i udaje się uniknąć niepotrzebnej nerwówki

    Pod samą latarnię idziemy niespiesznie, spacerkiem. Wygląda to trochę jak marsz skazańców ;) Robię pamiątkowe zdjęcie i odbieram trackera, dzięki któremu będzie można śledzić moją pozycję na trasie. Przed samym startem łapie mnie jeszcze Gustav z kamerką, więc mam swoje 5 minut na filmiku ;)

    MRDP Dzień 1-2
    620 km | 3348 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1144005044

    Ostatecznie po krótkiej odprawie ruszamy o 12:10, czyli z małym opóźnieniem. Pierwszy odcinek, to wspólny przejazd do przeprawy promowej Świbno, znajdującej się na 90 km trasy. Jednocześnie jest to pierwszy punkt kontrolny. Jazda przez aglomerację trójmiejską to kompletna porażka. Ruch jest olbrzymi i wiele odcinków jest całkowicie zakorkowanych. Trzeba przeciskać się między samochodami, często zjeżdżać na pseudo – ścieżki rowerowe, lub walić na zakazie, bo innej alternatywy nie ma. Aż dziwne, że nie interweniowały tu żadne służby. Za Gdańskiem robi się w końcu luźniej. Trochę gawędzę z Gustavem oraz Stanisławem Piórkowskim. Przed promem zjawiam się na około 10 minut przed zaplanowanym kursem o 16:00. Korzystając z okazji robię jeszcze małe zakupy. Gdy wracam, prom z częścią zawodników jest już po drugiej stronie. Musza oni jednak na nas czekać, bo dopiero po przeprawie ma się tu odbyć start ostry i odtąd każdy musi już jechać wg zasad swojej kategorii.

    Dalej ruszam jako jeden z ostatnich. Planuje jechać od początku swoim tempem, więc wolę by nie mieć najmocniejszych w zasięgu wzroku i nie dać się ponieść instynktowi stadnemu ;) Mijam jeszcze transparent, ustawiony przez kibiców, informujący jak niewiele już zostało do mety :)

    W trakcie mijania kolejnych uczestników, rozpoznaję awolowego kolegę, Sylwka Banasika. Chwilę rozmawiam, bo wcześniej nie mieliśmy się okazji spotkać na żywo. W Braniewie planuję pierwszy postój na pizzę i ładowanie zapasów do jazdy nocą. Przejeżdżając przez Frombork, sprawdzam godziny otwarcia restauracji i okazuje się, że mogę nie zdążyć. Zatrzymuję się więc tutaj na zakupy i znajduję inny lokal. Robi się chłodno, więc ubieram cieplejsze ciuchy, pakuje resztę pizzy i ruszam w otchłań nocy ;) Tuż za miastem zauważam rowerzystę stojącego na poboczu. Podjeżdżam zapytać czy wszystko ok, a tu okazuje się, że to wykopowy @Qardius czeka tu na mnie ponad godzinę i jest już nieźle wymarznięty. Widział na mapie, że dojeżdżam do Fromborka, ale nie przewidział mojego postoju. Szacun że wytrwał i doczekał :D Odprowadza mnie kawałek do swojego Braniewa.

    Nocą wypatruję przed sobą kolejne migające światełka i wyprzedzam kilkanaście osób. Mazurskie drogi nie rozpieszczają jakością. Mamy też dużo hopeczek, więc nudno nie jest. Około godziny 3 mijam Stasia Piórkowskiego i Marcina Nalazka. W Węgorzewie zajeżdżam na Orlen, gdzie po chwili dojeżdża też Marcin. Hot-dog, wymiana wrażeń i dalej w drogę. Poranek witam w rejonie Puszczy Romnickiej. Czas na przejazd przez Suwalszczyznę, którą bardzo lubię. W Rutka – Tartak zatrzymuje się na śniadanie w przydrożnym sklepie. W trakcie jego konsumpcji zaczyna padać deszcz, więc chowam się pod wiatą. Po chwili słyszę głuche uderzenie. Samochód wyjeżdżający spod sklepu wyjechał pod koła motocykliście i ten przyładował w jego bok. Poszkodowany zwija się trochę z bólu, a wokół zbiera się kilku wiejskich gapiów. Przyglądam się sytuacji i widzę, że ludzie naskakują na niego i twierdza ze jechał za szybko i to jego wina i w ogóle młody wariat i mógł ich przecież wyminąć a nie się ładować na maskę. Ten jest w lekkim szoku i stwierdza że nie będzie dzwonił po policję. Polecam mu, żeby jednak to zrobił, bo wina jest ewidentnie kierowcy samochodu, nawet jeśli jechał trochę za szybko i pomijając uszkodzony sprzęt, to może się okazać że ucierpiało także jego zdrowie. Wtem doskakuje mnie jakiś dziadek i wyklina mnie od najgorszych. Grozi że zaraz stąd wyjadę z dwoma śliwami pod oczami i chce wziąć od drugiego krykę żeby mnie sprać :D Mówię, że niech tylko mnie spróbuje dotknąć… ale wtedy przypominam sobie że jadę maraton i szkoda go zakończyć w taki głupi sposób. Oczywiście w żadną bójkę bym się nie wdawał, ale sytuacja zmierzała w złym kierunku ;) Mój niedoszły napastnik uciekł do sklepu coś mamrocząc jeszcze pod nosem, a ja po przebraniu w strój przeciwdeszczowy ruszam dalej zanim zjawi się policja. Kilka km dalej mijam radiowóz.

    Za Gibami, po zjechaniu z głównej drogi prowadzącej do Augustowa, ktoś macha do mnie spod wiaty i zaprasza do siebie. Niestety nie pamiętam imion, ale to jakaś rowerowa para kibiców częstuje wodą i naleśnikami. Twierdzą, że to dla wszystkich, więc postanawiam się skusić na jednego – dzięki, był pyszny  Trochę ciężko się stamtąd ruszyć, bo pada nieprzerwanie od rana, a teraz jakby jeszcze mocniej. Jadąc dalej, postanawiam dociągnąć tego dnia do Krynek, gdzie podobno znajdę jakieś schronisko młodzieżowe. Jestem kompletnie przemoczony, więc nocleg na dziko nie wchodzi w grę. Im bliżej wieczora, tym zimniej się robi. Ponura aura potęguje senność i zmęczenie. Jadę praktycznie bez przerwy, bo postoje nie są w tych warunkach przyjemnością. Do Krynek docieram nieźle wypruty, jednak myśl, że zaraz zrzucę z siebie to wszystko dodaje mi otuchy.

    Dopytuję policjanta o schronisko młodzieżowe ale nie jest w stanie mi pomóc. Zaczynam podejrzewać najgorsze. Dopytuje jeszcze jakąś panią i nakierowuje mnie na szkołę. Jest schronisko! Zamknięte! A numer telefonu nieaktywny. Stoję w tym deszczu podłamany i kombinuję co dalej. Do następnej opcji noclegowej prawie 50 km. Muszę jeszcze coś podziałać lub jechać dalej. Spotykam jeszcze raz tę samą kobietę i daje mi namiary na jakiś inny nocleg w tej pipidówie. Podjeżdżam pod dom, światła się świecą – jest nadzieja. Pukam, nikt nie otwiera. Znajduję numer i dzwonię, jednak kobieta od razu mówi że nie ma miejsc i się chce rozłączyć. Zagaduję jednak, że maraton, że cały dzień w deszczu, że mam materac i śpiwór, że tylko suchy kąt potrzebny, że może być garaż lub cokolwiek.
    Po chwili namysłu stwierdza, że w sumie to ma jeden pokój, ale nieposprzątany… i nie wie czy mi taki będzie odpowiadał. Mówię, że biorę na pewno :) Nalega, bym najpierw zobaczył. Okazuje się, że to porządny pokój z 3 łózkami i łazienką, a jedyny „bałagan” polega na tym, że na dwóch łóżkach jest używana pościel ;) Proponuje 20 zł, więc tym bardziej biorę z pocałowaniem ręki. Wyskakuję jeszcze na drugą stronę ulicy do karczmy na pierogi, dalej szybki prysznic i po ustawieniu budzika na 4h momentalnie zasypiam.

    MRDP Dzień 3
    353 km | 1239 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1145583685

    Śpię bite 4h bez przerwy, aż do budzika. Okaże się, że to najdłuższy nieprzerwany sen w trakcie całego maratonu. Wszystkie ubrania są nadal kompletnie mokre, bo w pokoju chłodno. Cudowne uczucie wkładać na siebie to wszystko z powrotem i wyjść o 2:30 w nocy na zewnątrz ;) Plus jest taki, że w końcu przestało padać, więc pedałując odpowiednio dynamicznie można to mokre odzienie na sobie jakoś ogrzać.

    Ruszam więc żwawo, ale po chwili coś mi nie pasuje. Dlaczego jadę na północ? Ok, jadę w złym kierunku, dobrze że się zorientowałem odpowiednio wcześnie 
    Po ciemku pokonuję jedyny szutrowy odcinek trasy (ok 5km). Po deszczach jedzie się tu dosyć kiepsko, ale bez tragedii. O poranku zajeżdżam do Hajnówki, spragniony normalnego jedzenia. Udaje mi się upolować jakiś hotel, gdzie o tej godzinie podają już śniadanie w formie bufetu. Za 20 zł mam niezłą wyżerkę, ale czasu schodzi mi tu sporo, bo nie umiem przestać jeść ;)
    Około południa ląduję w Siemiatyczach. Jestem dopiero 4 godziny po porządnym śniadaniu, ale widok baru mlecznego wywołuje u mnie taki głód, że muszę się zatrzymać. Warto było, bo w pół godziny solidnie pojadłem i jeszcze zabrałem pyszne krokiety na drogę. W Neplach przed Terespolem obowiązkowe foto z czołgiem.
    Kawałek dalej doganiam Daniela Śmieję. Dziś naszą trasę przecina sporo komórek burzowych, które gdy nadchodzą warto przeczekać, bo opad trwa chwilę, a nie jest się ponownie mokrym. Momentami wjeżdża się w rejony, gdzie kałuże są olbrzymie, a woda nadal spływa strumieniami i widać że przed chwilą lało solidnie. Robimy z Danielem taki krótki postój pod wiatą, ale ponieważ jedziemy solo, to ja zostaję jeszcze na krokieta i tym sposobem się rozdzielamy ;)
    Dalej doganiam Emesa, który poluje na jakiś sklep. Robimy wspólne zakupy we Włodawie, dołączając ponownie do Daniela. Zjadamy tutaj też wspólną kolację. Gdy zbieramy się do wyjścia, w lokalu zmienia nas Stasiu Piórkowski. Po pewnym czasie wyprzedzam Emesa, który wyjechał trochę wcześniej. Tutaj chyba widzimy się ostatni raz na trasie – odtąd będę miał do niego ciągłą stratę kilku godzin aż do mety.
    Jadąc wzdłuż Bugu docieram do Dorohuska. Zapowiada się zimna noc. Śmiać mi się chce, gdy przypominam sobie jak jeden z uczestników (nie pamiętam kto) przed startem obiecywał sobie, że jak dojedzie do Bugu właśnie, to się w nim wykąpie – powodzenia ;) Ale mało kto spodziewał się, że o tej porze roku warunki tutaj będą tak fatalne.

    Mijam Biedronkę całodobową, ale w sumie mam jeszcze sporo zapasów, więc zaczynam szukać miejsca pod materac. Znajduję jakiś zespół szkolny i rozkładam się pod drzwiami. Pomimo bardzo chłodnej nocy śpię całkiem komfortowo około 4h. Oczywiście nie obyło się bez pobudek w trakcie, bo człowiek pomimo olbrzymiego zmęczenia jest ciągle nakręcony.

    MRDP Dzień 4
    296 km | 2111 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1147430592

    Około 4:30 jestem z powrotem na rowerze. W końcu mamy słoneczny poranek. W towarzystwie nadbużańskich mgieł zjadam zimne pierogi, które wiozę od Włodawy. Dalej przejeżdżam przez Zosin, czyli najbardziej na wschód położoną miejscowość w Polsce. W Hrubieszowie zahaczam o Orlen. Przed Tomaszowem Lubelskim, jakośc przed południem dopada mnie największy dotąd kryzys. Jestem kompletnie wykończony i ledwo jadę. Dodatkowo jestem bardzo śpiący i po prostu czuję się bardzo kiepsko i niepewnie. Gdy wjeżdżam na dosyć ruchliwą drogę robi się już zbyt niebezpiecznie, więc po prostu wchodzę w las, kładę rower, zjadam cokolwiek i tak jak stoję ładuję się na ściółkę tuż obok i momentalnie zasypiam. Po około pół godziny budzę się i oceniam swój stan. Jest trochę lepiej, ale nie jest to forma z jaką mógłbym dalej jechać. Kulam się wiec do Tomaszowa, gdzie robię duże zakupy w Biedronce i znajduję bar mleczny, gdzie posilam się porządnie. W mijanym sklepie militarnym wypatruję jeszcze odblaskową opaskę, która okazuje się idealnie pasuje na mój kuferek.
    Na tym wszystkim schodzi mi 1,5 godziny, ale warto było, bo poczułem się zdecydowanie lepiej.
    Za Narolem zaczyna padać deszcz. Na szczęście przelotny i późnym popołudniem wychodzi słońce, więc i morale idą w górę. Pierwsze góry są już w zasięgu ręki. Do Przemyśla dojeżdżam wieczorem. Robię zakupy i zamawiam jakiś makaron. Całkiem smaczny, ale nie jest to porcja maratońska ;)

    Mimo wszystko pierwsze podjazdy idą mi całkiem dobrze. Niebo się klaruje i widać pięknie gwiazdy, jednak robi się bardzo zimno. Na podjeździe pod Arłamów wyprzedzam jednego z zawodników. Prowadzi rower pod górę, jest trochę zrezygnowany. Chwilę dyskutujemy i jadę dalej. Po dość długim i zimnym zjeździe łapie mnie senność i postanawiam się zdrzemnąć. Znajduję jakieś wiaty, zaczynam się rozkładać ze śpiworem, ale przejeżdżające auto daje mi światłami po oczach, uświadamiając że nie jest to dobra miejscówka na sen. Dodatkowo zdałem sobie sprawę jak jest zimno i że najlepiej będzie rozejrzeć się za normalnym noclegiem.

    Ruszam dalej i po pokonaniu kilku wzniesień jestem w Ustrzykach Dolnych. Dzwonię na dzwonek do jakiegoś hoteliku – nikt nie otwiera. W innym trwa jakaś impreza, ale postanawiam spróbować – brak miejsc. Błądzę po jakichś uliczkach, tracąc tylko czas. Zrezygnowany i zmęczony ruszam dalej, bo co innego mi pozostało. Już przy wyjeździe z miasta dostrzegam jakiś gościniec (zdjęcie robione już o poranku), gdzie drzwi wejściowe są otwarte i nawet świeci się światło. Wchodzę do środka, ale nikogo nie ma. Znajduję numer telefonu i pomimo że jest 1 w nocy, postanawiam zadzwonić. Niestety nikt nie odbiera. Wchodzę jeszcze raz nieśmiało i rozglądam się po wnętrzu. W jednym z pokoi nasłuchuję jakieś rozmowy. Pukam więc, ale rozmowy cichną i nikt nie otwiera. Po jakimś czasie ktoś powoli otwiera drzwi. Pytam o możliwość noclegu, ale tłumaczą że sami ledwo znaleźli miejsce na nocleg i raczej kiepsko z tym będzie. Postanawiam jeszcze raz zadzwonić. Odbiera pan z zaspanym głosem. Pomimo późnej pory spokojnie odpowiada że niestety nie ma miejsc. Przepraszam za późną porę i tłumaczę sytuację. Że maraton, że śpiwór mam, że na 4 godziny itp. Mówi, że nie ma go na miejscu, bo jest obecnie na Śląsku, ale dodaje: „Pan posłucha. Proszę sobie wejść na pierwsze piętro, tam na korytarzu jest kanapa, to proszę się przespać. Niżej jest kuchnia, można zrobić herbatę itp. Jest też łazienka. Jak rano ktoś będzie pytał, to Pan ze mną rozmawiał. Powodzenia.”
    Ale ulga! Szacunek dla tego Pana za podejście :) Ostatecznie ląduję na czymś takim. Jest dobrze! Dobranoc :)

    __________________________________________________________

    Niestety czasu na pisanie relacji mam niewiele, a dodatkowo wiem, że ciężko przebrnąć jednorazowo przez taką dużą ilość tekstu, więc pozostałe części (dni 5-6-7 oraz dni 8-9-10 czyli zachód, wybrzeże i finisz) napisze w miarę możliwości niebawem. Powinno być optymalnie. Przepraszam, jeśli ktoś czuje niedosyt, ale lepsze to niż przesyt ;)

    Wszystko oczywiście pojawi się pod tagiem #byczysnarowerze

    #rower #mrdp #szosa #kolarstwo #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

  •  

    515729 - 258 - 103 = 515368

    Sobotnia wycieczka i jedyne #200 w tym roku, dzisiejszy lekko dłuższy rozjazd

    #wykoptribanclub

    Statystyki:

    Dystans: 258 km
    Czas: ◷09:13:53
    Średnie tempo: 2:08 min/km
    Średnia prędkość: 27,93 km/h
    Kalorie: 11681 kcal

    Dystans: 103 km
    Czas: ◷03:51:14
    Średnie tempo: 2:15 min/km
    Średnia prędkość: 26,61 km/h
    Kalorie: 4101 kcal

    W tym tygodniu to już 361km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km #200km #100km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    518785 - 227 = 518558

    W ramach https://www.facebook.com/events/1946400388964636 i https://www.facebook.com/events/168857980337524

    Statystyki:

    Dystans: 227 km
    Czas: ◷07:12:42
    Średnie tempo: 1:54 min/km
    Średnia prędkość: 31,47 km/h
    Kalorie: 10310 kcal
    Średni puls: ❤127.8bpm
    Maksymalny puls: ❤167bpm

    W tym tygodniu to już 425km!
    #rowerowyrownik #ruszwroclaw #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    523185 - 136 - 200 = 522849

    Piękny podhalański weekend z ekipą #rowerowykrakow w gościnie u @Cymerek, z okazji Rajdu wokół Tatr

    Sobotni prolog: Gliczarów, Zdiar od Ostruni, Ząb itp
    https://www.strava.com/activities/1153005739

    Niedzielny rajd: Trasa jechana poraz 4ty, wiec tym razem w zamiarem wyciśnięcia jak najwyższego tempa. Tatry objechane w 6h 37min ᕙ(⇀‸↼‶)ᕗ
    https://www.strava.com/activities/1155080281

    Statystyki:

    Dystans: 136 km
    Czas: ◷05:01:40
    Średnie tempo: 2:12 min/km
    Średnia prędkość: 27,10 km/h
    Kalorie: 8109 kcal
    Średni puls: ❤153.9bpm
    Maksymalny puls: ❤188bpm

    Dystans: 200 km
    Czas: ◷06:16:09
    Średnie tempo: 1:52 min/km
    Średnia prędkość: 31,88 km/h
    Kalorie: 11870 kcal
    Średni puls: ❤151.9bpm
    Maksymalny puls: ❤181bpm

    W tym tygodniu to już 808km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #szosa #100km #100km #200km
    pokaż całość

  •  

    526081 - 229 = 525852

    Deszcz, góry, cyganie, przeskakiwanie płotów. Razem ponad 3800m przewyzszenia i 228km przygody :)
    https://www.strava.com/activities/1132233999

    Statystyki:

    Dystans: 229 km
    Czas: ◷09:07:49
    Średnie tempo: 2:23 min/km
    Średnia prędkość: 25,06 km/h
    Kalorie: 13622 kcal
    Średni puls: ❤140.8bpm
    Maksymalny puls: ❤184bpm

    W tym tygodniu to już 472km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #szosa #100km #200km
    pokaż całość

    źródło: P8132157.JPG

  •  

    526558 - 234 = 526324

    XXII Rajd wokół Tatr z ekipą #drozdzowkarze @bynon @regyam @mortal84 @wspodnicynamtb @38kemor @louise_attack i @radoslaw-szalkowski

    Pozostali już wszystko opisali, więc ja nie będę przeciągał.
    Świetna pogoda, świetna organizacja, świetni ludzie!
    Cały Rajd w 8:20, Cel na przyszły rok to zejść poniżej 8h.

    Album ze zdjęciami

    XXIII Rajd wokół Tatr link do przyszłorocznego wydarzenia

    Statystyki:

    Dystans: 234 km
    Czas: ◷08:43:36
    Średnie tempo: 2:14 min/km
    Średnia prędkość: 26,77 km/h
    Kalorie: 12373 kcal

    W tym tygodniu to już 234km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #100km #200km #rowerowykrakow #rower #szosa #tatry
    pokaż całość

    źródło: youtu.be

  •  

    527544 - 103 - 202 = 527239

    202 - Zaległy wpis z udziału w XXII Rajdzie Wokół Tatr. Trasę objechałem w zeszłym roku w dużo mniejszej grupie, więc wiedziałem czego się spodziewać. Pierwszym razem czas przejazdu to prawie 8h netto stąd celem było zejść poniżej. Ale od początku...
    Pobudka przed 5tą, za oknem mgła, a po 10 min rozpoczyna się burza i ulewa, taka że nie bardzo jest jakakolwiek szansa spakować rower do auta nie przemakając całkowicie. Jednak jakimś cudem na planowane o 5:30 wyjście z domu ulewa odpuszcza. Jedziemy z kolegą M(z którym w zeszłym roku objechałem tą trasę) pełni optymizmu, ale oczywiście powtarzamy, że jakby co to bez ścigania żeby nie przegiąć.
    Dojeżdżamy na 7mą więc jest sporo czasu na spokojne poskładanie rowerów i odebranie pakietów. Tutaj śladu nie było po burzy choć jeszcze trochę chłodno. Jednak zapowiada się nieźle, stąd rękawki postanowiłem zostawić, ale ”na wszelki“ zabrać ultralighta.
    Przed 8mą przejazd na rynek w Nowym Targu gdzie spotykam #rowerowykrakow w składzie @wspodnicynamtb @Cymerek @bynon @regyam @44zw @louise_attack oraz @Mortal84 i @radoslaw-szalkowski. Z tego co mi wiadomo jeszcze trochę mirków było jednak nie sposób znać wszystkich ;)
    Start „na luzie“ jednak po chwili przeskakuję z M do przodu i tu praktycznie kończy się plan nie ścigania. Na pierwszych podjazdach zaczynają się tworzyć pierwsze grupy wspólnej adoracji. Idzie całkiem nieźle, aż momentami myślę że za dobrze i skończy się tak jak poprzednim razem „bombą“ na podjeździe pod Ździar. Myślałem że kolega M gdzieś został na początku podjazdu z Oravic i ewentualnie spotkamy się na bufecie (tydzień wcześniej ukończył IronMan’a więc Tatry potraktował jako rozjazd ;) ) a pod koniec podjazdu z Hut bez żadnego problemu mnie wyprzedził i newet nie miałem ochoty go gonić… Po podjeździe następuje zjazd czyli Huty DH na stravie. Zdeeecydowanie lepiej mi poszło za pierwszym podejściem choć ze dwa razy „wylądowałem“ na przeciwległym pasie nie dokręcając zakrętu. Na szczęście nic nie jechało w tamtym momencie. Dojazd do pierwszego bufetu i… wyżerka na całego :D klasycznie drożdżówka plus kolka robią robotę i stawiają na nogi. Popycham jeszcze arbuzem i bułką co może nie było najlepszym pomysłem, ponieważ po starcie lekko mnie zmuliło ale przynajmniej bez potrzeby jedzenia dojechałem do kolejnego bufetu. Ten usytułowany jest na Strbskiem Pleso, czyli prawie cały czas pod górę między bufetami z przerwą na przelot przez Liptovsky Mikulas w 30 osobowej grupie. Na samym początku ostrzejszego już podjazdu kolega M przemiela przerzutkę i urywa hak czyli dla niego koniec rajdu za to początek przygód z powrotem (ale to musiałby sam opisywać). Ja lecę dalej próbując dogonić uciekającą grupkę a przynajmniej kogoś z podobnym tempem jazdy. Udaje się złapać jednego i przycupnąć na kole. Niestety był mocniejszy niż ja więc moje wyjście na zmianę powodowało nasze spowolnienie, stąd to jednak ja częściej jechałem na kole. Miejscami uciekał mi na kilkadziesiąt metrów ale jakimś cudem udawało mi się go dogonić. Tak naprwdę od tej pory był moją motywacją do mocniejszego kręcenia i ostatecznie dojechaliśmy w podobnym czasie na metę. Nawet bufety ograniczyłem do czasu pobytu „współtowarzysza“ trasy. Drugi bufet to ratowanie się kolką a z jedzenia praktycznie zrezygnowałem po przegięciu na pierwszym.
    Tutaj teoretycznie „krótka“ trasa między bufetami bo tylko 40km z czego spory kawałek to zjazd, ale ostatni podjazd to Zdziar który utkwił mi w pamięci baaardzo mocno i niestety złe wspomienia z niego miałem. Ostatecznie jadąc w bliższej lub dalszej odległości od „motywatora“ skupiłem się na dociąganiu do koła, więc poszło całkiem nieźle a bomby tym razem uniknąłem chyba przez przeżarcie na pierwszym bufecie. Z 3go bufetu miało być już łatwo i przyjemnie z kilkoma hopami do mety i pewnie tak by było gdyby nie to, że jechaliśmy pod zajeb…. wiatr. Momentami jadąc z górki osiągałem zawrotne 30 zamiast 50ciu ;) Strasznie dłużyło mi się te ostatnie 30km, ale wizja zimnego piwerka na mecie zrobiła swoje ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Podsumowując: było szybciej i fajniej więc za rok chyba też się skuszę.

    103 – płaski „gastro rozjazd“ czyli pomimo obżarstwa dzień wcześniej nadal jakoś ciągle głodny byłem więc kilka drożdżówek wpadło ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Statystyki:

    Dystans: 103 km
    Czas: ◷03:49:52
    Średnie tempo: 2:13 min/km
    Średnia prędkość: 26,92 km/h
    Kalorie: 5222 kcal

    Dystans: 202 km
    Czas: ◷06:49:52
    Średnie tempo: 2:01 min/km
    Średnia prędkość: 29,62 km/h
    Kalorie: 11861 kcal

    W tym tygodniu to już 305km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #100km #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: imgur.com

  •  

    530252 - 30 - 22 - 58 - 33 - 48 - 201 = 529860

    https://www.strava.com/activities/1155438715 - zeszła niedziela przed deszczem

    https://www.strava.com/activities/1156851269 - wyjątkowo wyjazd w poniedziałek na brower

    https://www.strava.com/activities/1158476835 - wtorek po pracy do zmroku

    https://www.strava.com/activities/1159970934 - środa sprawdzenie co skrzypi i regulacja w trasie

    https://www.strava.com/activities/1161629717 - czwartek kółko po nowych asfaltach

    https://www.strava.com/activities/1166886552 - niedziela wyjazd turystyczny na Zamek w Barcianach, Śluzy w Leśniewie i Mamerki, na zwiedzanie których podczas robienia życiówki nie było czasu więc trzeba było wrócić

    #wykoptribanclub

    Statystyki:

    Dystans: 30 km
    Czas: ◷01:26:28
    Średnie tempo: 2:55 min/km
    Średnia prędkość: 20,51 km/h
    Kalorie: 1298 kcal
    Średni puls: ❤123.6bpm
    Maksymalny puls: ❤161bpm

    Dystans: 22 km
    Czas: ◷01:22:27
    Średnie tempo: 3:44 min/km
    Średnia prędkość: 16,05 km/h
    Kalorie: 715 kcal
    Średni puls: ❤104.1bpm
    Maksymalny puls: ❤168bpm

    Dystans: 58 km
    Czas: ◷02:17:25
    Średnie tempo: 2:23 min/km
    Średnia prędkość: 25,11 km/h
    Kalorie: 2498 kcal
    Średni puls: ❤130.8bpm
    Maksymalny puls: ❤165bpm

    Dystans: 33 km
    Czas: ◷01:23:29
    Średnie tempo: 2:33 min/km
    Średnia prędkość: 23,48 km/h
    Kalorie: 1531 kcal
    Średni puls: ❤122.8bpm
    Maksymalny puls: ❤148bpm

    Dystans: 48 km
    Czas: ◷02:08:45
    Średnie tempo: 2:40 min/km
    Średnia prędkość: 22,48 km/h
    Kalorie: 2103 kcal
    Średni puls: ❤125.6bpm
    Maksymalny puls: ❤161bpm

    Dystans: 201 km
    Czas: ◷08:52:56
    Średnie tempo: 2:39 min/km
    Średnia prędkość: 22,58 km/h
    Kalorie: 7917 kcal
    Średni puls: ❤130.9bpm
    Maksymalny puls: ❤168bpm

    W tym tygodniu to już 392km!
    #rowerowyrownik #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: joxi.net

  •  

    537679 - 201 = 537478

    Od kiedy @Cymerek wrzucił informację, że ruszyły zapisy na XXII Rajd wokół Tatr wiedziałem, że chcę wziąźć w nim udział - pozostawała tylko kwestia czy jestem w stanie go przejechać. Dystans 205 km i 2500 metrów przewyższeń trochę mnie przerażał - jestem przyzwyczajony do jeżdzenia po płaskim, a najwyższa górka w okolicy ma 4 km długości i aż 85 metrów przewyższenia. Ale w końcu jak opłaciłem wpisowe to trzeba jechać ;)

    W niedzielę pobudka około 6.00, szybkie śniadanie i pakowanie - i pierwsze dylematy: co zabrać i jak się ubrać. Dzień wcześniej wieczorem przeszła przez Nowy Targ konkretna burza, a prognoza pogody wskazywała na możliwość opadów od godziny 17. Zabrałem więc i koszulkę z długim rękawem, i kamizelkę przeciwdeszczową (jak się okazało niepotrzebnie). Poza 2 dętkami, nabojami i głowicą do pompowania, multitoolem zabieram jeszcze powerbanka i 3 batoniki oraz małą colę. Większość rzeczy oczywiście niepotrzebne, a później po dojechaniu na start na rynek dziwię się jak wszyscy się pakują tylko w kieszonki w koszulkach. Na starcie spotykam osoby z #rowerowykrakow poznane podczas wycieczki do Warszawy @wspodnicynamtb @Cymerek @bynon @Mortal84 oraz @regyam (pewnie kogoś pominąłem - przepraszam).

    Około 8 na rynek dojeżdzają z biura zawodów organizatorzy oraz karetki i policja. Kilka słów od burmistrza Nowego Targu, następnie informacje od organizatora i wspólne pamiątkowe zdjęcia. W końcu około 8.15 następuje start. Fajny jest odgłos 250 wpinanych butów w zatrzaski. Początek rajdu po eskortą policji, wszystkie skrzyżowania pozamykane - fajna sprawa. Trochę obawiałem się pierwszych kilometrów gdzie wszyscy jechali w grupie, bo z relacji z poprzedniego roku wiedziałem, że było kilka kraks na początkowych kilometrach. Na szczęście w tym roku wszyscy zachowali czujność i obyło się bez wypadków na starcie.

    Na pierwszych podjazdach peleton zaczął się coraz bardziej rozdzielać i miałem dylemat jakim tempem jechać dalej - nie znałem trasy i nie wiedziałem czego się spodziewać dalej, szczególnie, że naklejka z profilem trasy straszyła naklejona na ramę. Zaczęły się pierwsze poważniejsze podjazdy pod Huty i okazało się, że nie jest tak źle. Później mega zjazd do Liptowskiego Mikulasza (bałem się jechać ponad 70km/h, ale inni śmigali więcej) i pierwszy bufet gdzie spotykam @Cymerek i @regyam oraz odjeżdzającego właśnie @Mortal84 - jak się okazało widziałem go ostatni raz dzisiaj. Bufet na pełnym wypasie - każdy na pewno znalazł coś dla siebie do zjedzenia i picia, a dodatkowo toi-toi i woda do umycia. Z pierwszego bufetu ruszam @Cymerek i @regyam i jedziemy większą grupą, ale przy przejeździe przez Liptowski Mikulasz gubię ich, a później utkwiłem na czerwonym świetle przy remoncie mostu. Jadę więc swoim tempem pod 40 kilometrowy podjazd do drugiego bufetu. Tego fragmentu obawiałem się najbardziej, a również okazało się, że nie jest taki straszny jak wygląda na profilu trasy. 10 kilometrów przed drugim bufetem doganiam @regyam - później już jedziemy razem od bufetu do bufetu - to znaczy ja go wyprzedzam na podjazdach, a on mnie odstawia na zjazdach - z górek odjeżdzał mi strasznie.

    Na drugim bufecie spotykam ponownie @Cymerek, który zbiera się właśnie do odjazdu. Uzupełniam bidony, trochę się napiłem, coś przegryzłem i ruszam dalej z @regyam, który momentalnie mi odjeżdza na zjazdach, ale później doganiam go na podjeździe pod trzeci bufet i historia z drugiego bufetu się powtarza. Znowu docieram do bufetu pierwszy i znowu ruszamy razem.

    Pozostaje trochę ponad 30 kilometrów do mety, które mimo tego, że są w większości z górki okazały się ciężkie do przejechania. Zaczęło dawać o sobie już zmęczenie i mocny #wmordewind sprawia, że tempo mocno spada. Dodatkowo od Białki Tatrzańskiej zaczyna się duży ruch samochodów - co chwila ktoś skręca, zatrzymuje się co nie pomaga. Ale jakoś udaje się dojechać do mety około 17.15.
    Na miejscy spotykam @Cymerek i @regyam. Czas na zasłużone piwko i ciepły posiłek. Razem czekamy na @wspodnicynamtb, później czas na pożegnanie i spacerek do hotelu.

    Podsumowując rajd bardzo dobrze zorganizowany, super atmosfera, a górki okazały się nie takie straszne. Dodatkowo mega widoki praktycznie przez całą trasę. Czyli do zobaczenia 26 siepnia 2018 w Nowym Targu.
    Dzięki całej ekipie z #rowerowykrakow.

    P.S. mam nadzieję, że godnie reprezentowałem drużynę #drozdzowkarze

    #rowerowalodz #wykoptribanclub #200km (nr 3)

    Statystyki:

    Dystans: 201 km
    Czas: ◷07:33:36
    Średnie tempo: 2:15 min/km
    Średnia prędkość: 26,52 km/h
    Kalorie: 9668 kcal

    W tym tygodniu to już 286km!
    #rowerowyrownik #ruszlodz #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: rwt.jpg

  •  

    5048674 - 210 = 5048464

    Szosą w dzień i nocą ;)

    https://www.strava.com/activities/1160514165

    W tym tygodniu to już 400km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #impanaszosie

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: PhotoGrid_1504135063620.jpg

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów