•  

    366346 - 306 - 310 - 259 = 365471

    Wpisy z letniej wyprawy dookoła Polski - czytasz na własną odpowiedzialność.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXI (14.07.2017)

    Żeby zawsze było tak jak dziś.
    Start rano nie boli tak bardzo, gdy wiesz, że czekają cię bardzo dobre, dobre lub chociaż znośnie asfalty Wielkopolskiego, a nie "drogi" północnej części Dolnośląskiego próbujące wytłuc mózg przez uszy.

    Jadę przez las i na drodze leży spora gałąź zajmując więcej niż pół jezdni. Przy mnie przejechało 6 samochodów i tylko omijają, żaden dupy nie ruszy. W nocy ktoś w to przywali i będzie płacz. No i ściągam takie gałęzie, wiadra, kołpaki. Ludzie to lenie.

    Stoję na przejedzie kolejowym w Bronowie i pierwszy raz w Polsce widzę pociąg z samochodami. Ze 30 wagonów z Toyotami i Lexusami. Na zachodzie dość częste.

    W Krzywosądowie spotykamy się z @mosci_K. Bardzo sympatycznie się nam gada, ale kolega po ostatnich 300km jeszcze nie doprowadził kolana do porządku, więc zrobiliśmy razem ze 30km tylko.

    Po drodze jestem w Panience, Murzynowie Kościelnym co mile uzupełnia kolekcje znaków miejscowości dziwnych i dziwniejszych.

    Na nocleg dojeżdżam już późną nocą, ale mogłem, bo u mojej wieloletniej koleżanki ze Ślesina. Tym milej było u niej nocować, że mogliśmy sobie pogadać po dłuższej przerwie.

    Strava i Endomondo

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXII (15.07.2017)

    Brukami, polami do Paryża, Rzymu i innych dziur.

    Żegnam się z koleżanką ze Ślesina i jadę po pierwszą połówkę "Złotego Gralla" znaków miejscowości dziwnych, czyli Tumidaj. Dalej trasa leci przez Powidzki Park Krajobrazowy i po raz kolejny Strava zrobiła mnie w wała i puszczając wzdłuż jeziora powidzkiego wepchnęła w piaszczystą drogę. Jak się okazało, po rozmowie z lokalsami, droga wokół tego jeziora jest cała taka, więc skończyło się nawracaniem, nadkładaniem kilometrów, ale dzięki temu wpadło ponad 300km tego dnia.

    Przez Małachowo Złych Miejsc (kto to kurde im wymyśla) jadę do Żydowa i już bezpośrednio do Gniezna. Trochę zdziwiony byłem, że poza katedrą nie znalazłem nic ciekawego do zobaczenia. Lednicki Park Krajobrazowy trochę złamał choć na chwilę krajobraz, ale potem znów Wielkopolska przypomina o sobie i raduje oko z jednej strony pszenżytem z drugiej kukurydzą przez 10km. Po 10km następuje zamiana i zboże zamienia się stronami z kukurydzą (tak wiem, kukurydza to też zboże).

    Płasko, monotonnie, na szczęście po drodze była dziura zabita dechami zwana Paryżem, która to nazwa zawsze pozwala się ponabijać troszkę z naszego naczelnego trolla @NadiaFrance. To już trzecia taka miejscowość w Polsce, którą udało mi się zwiedzić. Nawet porządna droga tam niestety nie prowadzi.

    Wyprzedzałem mocno terminarz, więc jechałem po terenach, których pierwotnie nie miałem w planie, ergo nie miałem wcześniej skombinowanych noclegów u Wykopków. Dlatego też nocleg udało się znaleźć dopiero w Mogilnie, do którego droga prowadziła przez Rzym. Jednego dnia być w Paryżu i Rzymie to naprawdę dobry wynik. Na nocleg dojechałem dopiero mocno po północy. Na szczęście był to 24h Hotel Mogilno przynależny do miejscowego ośrodka sportowego. Nie najtaniej, ale naprawdę dobry standard jak na hostele, w których nocuję zwykle na wyprawie i już dalej nie było sensu i sił jechać.

    Strava i Endomondo.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XXIII (16.07.2017)

    Jakby tak złamać sobie nogę, to bym się wyspał.
    Można wstać po 7, ale i tak człowiek jest już tak styrany, że zebranie się rano, zjedzenie śniadania, spakowanie zajmuje stanowczo za dużo czasu, więc wyjechałem chwilę przed 9. Dlatego też musiałem odpuścić Kruszwicę i Mysią Wieżę nad Jeziorem Gopło choć mijałem je o rzut beretem. Nocleg był już ugrany i wiedziałem, że muszę się śpieszyć, coby nie przyjechać do kolegi @szymonzo1002 o jakiejś pogańskiej godzinie.

    Mijam Janikowskie Zakłady Sodowe, całkiem pokaźny zakład przemysłowy i jadę do Inowrocławia. Najpierw zwiedzić tężnie solankowe, a potem obowiązkowa wizyta w McD, gdzie miałem przyjemność posłuchać planów restrukturyzacyjnych lokalnego rynku transportowego, bo jacyś panowie pozbierali byłych kierowców PKS i innych busów, żeby otworzyć własną firmę transportową. Ilość kurwowań na poprzednich pracodawców, rubasznego humoru etc. dobijała pod limit.

    Jadę na Aleksandrów Kujawski, żeby odbić na Szubin i kawałek przed Szubinem trafiam wybija 6000km tej wyprawy. To już liczba, którą wyprawa miała zakończyć się pierwotnie, ale skoro idzie dobrze, to szkoda trzeba korzystać, a trwać wyprawa ma miesiąc. Niedaleko Szubina, przedzierając się kilka kilometrów przez las, po piasku i w towarzystwie komarów, docieram do miejscowości Grzeczna Panna. Jak w lesie spytałem starszego pana, czy dobrze jadę, to był przezdziwiony, że ktokolwiek wie o tej miejscowości i niestety nie mógł mi potwierdzić, że jest tam znak, któremu można zrobić zdjęcie. Dojechałem, znak jest i tak właśnie skolekcjonowałem drugą połówkę "Złotego Gralla" znaków, czyli "Tumidaj Grzeczna Panno". Tak humor najwyższych lotów, ale na takiej wyprawie robi się wszystko, żeby stworzyć sobie jakiś cel i żeby było ciut mniej nudno. Wyjeżdżając z tej miejscowości okazało się, że była tam inna, znacznie lepsza droga, która nie wymagała prowadzenia roweru po piasku... Bywa, ale któż to mógł wiedzieć.

    Powoli robi się coraz ciemniej i pędzikiem lecę na Bydgoszcz. Po drodze mijam parę samolotów zaparkowanych pod Wojskowymi Zakładami Lotniczymi przy lotnisku i niedaleko zbiera mnie @szymonzo1002 na rowerku. Jedziemy prosto do niego do domu. Kąpiel, kolacja, rozmowa z rodzinką, trochę zajęło mi ogarnianie trasy na następny dzień i do spania. Kolejny dzień za nami.

    Strava i Endomondo.

    #100km #200km (nr 24) #300km (nr 5) #metaxynarowerze #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2017.07.14-full.JPG

  •  

    367251 - 586 = 366665

    Przedsylwestrowy przejazd Katowice - Gdańsk

    Już tradycyjnie, w okresie między świętami a sylwestrem udało się zrealizować dłuższą trasę, tym samym zamykając rok 2017. Tym razem prognozy pogody sugerowały jazdę na północ, więc padło na przejazd do Gdańska. Pierwszy raz nie jechałem sam - kilka dni wcześniej odezwał się do mnie Paweł Pieczka, który znając już moją tradycję, zaproponował towarzystwo.

    Startujemy zaraz po świętach, 27 grudnia w okolicach 6 rano. Paweł jedzie od południa (spod czeskiej granicy), więc wyjeżdżam mu na przeciw. Dziwne uczucie, bo mamy jechać nad morze, a ja początkowo się oddalam jadąc na południe ;) Poranek mglisty i zimny. Spotykamy się gdzieś przed Żorami i odtąd jedziemy już wspólnie na północ. Niepokoi nas, że jeśli kolejna noc będzie podobna (zimno, mgliście i wilgotno), to może być z nami krucho, a przede wszystkim - zbyt niebezpiecznie. Bo przecież aktualnie mamy najdłuższe noce i czeka nas dobrych 15 godzin jazdy po ciemku.

    Przed Częstochową pierwszy krótki postój pod sklepem. Chwilę wcześniej jednak mały incydent - na środku naszego pasa stoi śmieciarka. Słońce już zaczęło podsuszać asfalty, co uśpiło czujność - gdy tylko naciskam hamulec, od razy podcina mi koła i zaliczam glebę. Akurat trafiłem na zacieniony kawałek asfaltu, na którym jest tak ślisko, że nawet ciężko mi się pozbierać. Na szczęście prędkość niewielka i skończyło się na zdartym łokciu i dziurawej kurtce.

    Większy postój planujemy zrobić w okolicach środka trasy. Zgodnie z założeniem, niedługo po zapadnięciu zmroku wjeżdżamy na DK91, by odtąd trzymać się sprawdzonego przeze mnie wariantu nad morze aż do końca. Przed Krośniewicami łapie gumę w tylnym kole. Wokół tylko pola i ciemność, więc nie uśmiecha się wymiana dętki w świetle latarki. Postanawiamy spróbować dopompować i jechać dalej, bo jakoś gwałtownie to nie zeszło. Udaje się przejechać 7 km, więc nie jest źle. Jeszcze jedna dobitka i po kolejnych 10 km lądujemy w Krośniewicach, gdzie ma być w końcu Orlen i dłuższy postój. Niestety jest kiepściutko - to jakaś lokalna stacja, zamykana o 22. Jeszcze jest czynne, ale na wypasy nie ma co liczyć. Brak miejsca do siedzenia, a całe menu to znienawidzone już przeze mnie hot dogi. Ale trudno - trzeba zjeść co jest i zrobić dętkę, którą udaje się załatać bez zdejmowania koła.

    Ledwie wracamy na główną drogę, a naszym oczom ukazuje się wielki i wypasiony Orlen z czerwonymi sofami i bogatym menu na pokładzie. Aż żal patrzeć, ale trzeba jechać dalej. Oczywiście przez kolejne godziny mijamy sporo takich wypasionych przybytków ;)

    Noc przemija dość spokojnie. Zgodnie z prognozami wiatr sprzyja, jednak pokazują one też coś niepokojącego, czyli nadchodzące opady deszczu.
    W okolicach Grudziądza zaczynają się pierwsze podjazdy, które towarzyszyć nam będą do końca trasy. Łamie mnie trochę senność, więc za miastem robimy szybki postój żeby wybić się monotonii jazdy. W okolicach 500 km, (tu pęka #festive500 ) zajeżdżamy do sprawdzonego i wyczekiwanego miejsca postoju na stacji BP w miejscowości Nowe. Tutaj w końcu ogromny wybór jedzenia. Podwójna jajecznica i inne rarytasy od razu stawiają mnie na nogi. Jednak to co widać za oknem nie napawa optymizmem - zgodnie z zapowiedziami pada deszcz, a temperatura oscyluje nieznacznie powyżej zera.

    Ostatnie godziny jazdy nie należą do przyjemnych. Deszcz i chłód skutecznie wysysają z nas energię potrzebna do jazdy. Dodatkowo mój rower ma taką przypadłość, że w takich warunkach momentalnie cały napęd pokrywa się błotem i zaczyna mocno rzęzić, a biegi przestają się słuchać. Sam tez jestem uwalony po czubek głowy (patrz zdjęcie w pierwszym komentarzu :D). Jest ciężko, ale że kolega Paweł tez nie jest z pierwszej łapanki (świetne drugie miejsce na tegorocznym #mrdp mówi samo za siebie), to nie odpuszczamy i już bez postojów docieramy do celu.

    Tym sposobem, po 31 godzinach i przebyciu niespełna 600 km wspólnie meldujemy się pod Neptunem ;) W moim zabłoconym stroju byłem chyba większą atrakcją niż on sam ;) Na ostatnich 100 km deszcz i grudniowy chłód dały nam ostro popalić, ale w towarzystwie łatwiej było przezwyciężyć te trudności. Dzięki za jazdę :)

    Pozostaje mi wstawić krótkie podsumowanie mojego roku 2017 na rowerze:

    - w sumie przejechanych okrągłe 15 000 km

    - przewyższeń (za Strava) 100 976 m

    - udało się "zamknąć" województwo opolskie, odwiedzając wszystkie gminy w jego granicach,

    - na tę chwilę zaliczonych gmin w Polsce 999 / 2478 (40%)

    - kilka wypadów z namiotem, w tym tygodniowy tour po kilku państwach PL-CZ-SK-HU-CRO-SRB-RO-HU-SK-PL

    - udało się ukończyć kilka ultramaratonów: Maraton Podróżnika, Maraton Tour de Silesia, Maraton Karpacki Hulaka

    - udało się przejechać całą trasę MRDP - wprawdzie spóźniłem się 4 godziny, ale mimo to ciesze się, że wziąłem udział i dojechałem do mety. Niezapomniana przygoda :)

    Na ten rok też się szykuje coś większego, ale to się ma wyklarować na dniach ;)

    Dzięki Wszystkim za wspólne równikowanie w 2017! :)

    Strava: https://www.strava.com/activities/1330418430

    #byczysnarowerze #zaliczgmine

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: preview.ibb.co

    +: Ragnarokk, the_Fam +101 innych
    •  

      @Mortal84

      Jasne że jednolita mapka wygląda lepiej. Moja jest jednak zalaminowana i maluję takimi permanentnymi olejowymi pisakami, bo chcę żeby to było trwałe.

      Kolega @metaxy będzie miał w tym roku zaliczoną całość, więc nie ma takich wymagań ;)
      U mnie to będą jeszcze długie lata i pod tym względem jest OK - nic nie blaknie, żółknie itp.

      Wszystko robiłem własnoręcznie (docinanie, ramki i tablica), więc mam też do niej pewien sentyment :) A ładną super ekstra, to można kiedyś zrobić w programie graficznym i wydrukować.
      pokaż całość

    •  

      Kolega @metaxy będzie miał w tym roku zaliczoną całość, więc nie ma takich wymagań ;)

      @byczys: Szanse są. A jak zaliczę całość to dołożę ramkę i pewnie szybkę, żeby dłużej wytrzymało. Też mam sentyment i takie ręcznie malowane sobie zostanie.

    • więcej komentarzy (17)

  •  

    372788 - 267 - 306 - 229 = 371986

    Wpisy z letniej wyprawy dookoła Polski - czytasz na własną odpowiedzialność. Znów paczka 3 dni, żeby nie spamować tagu. Zdjęcia z kolejnych dni w komentarzach. I tak już nikogo to nie interesuje, ale kronikarski obowiązek i z tego powstanie podsumowanie całej wyprawy.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XVIII (11.07.2017)

    Jak się nie ma w głowie, to się ma w nogach.

    Raz że kilometrów za mało, coby wypełnić zakładany plan na ten miesiąc. Dwa, że jak się gmera przy trasie, jak ja w Nowym Tomyślu na noclegu u @apee, to trzeba sprawdzić, czy wszystko przebiega tak jak powinno. No i nie przebiegało. Brakło mi gminy Miedzichowo i nie ma lekko. Z Leszna mam po nią 100km, więc lecim.

    Meteo jak zwykle zrobiło mnie w wałka i zapowiadana bezdeszczowa pogoda okazała się być 3h niezbyt mocnego, ale jednak deszczu. Reszta trasy przebiega dość spokojnie, temperatury optymalne, brak palącego słońca, bo wszystko za chmurami. Zaległa gmina zaliczona i licznik pokazuje 100.50km, więc wymierzone niemal idealnie. No to lecim na Poznań, gdzie umówiony jestem z @sensei_RRicco i w planie jest burgerek Fat Bob Burger. Na wylocie z Nowego Tomyśla macha na mnie gość jakiś. Okazało się, że to koleżka ze Stravy, który niestety wyglebił na rowerze i nie mógł mi towarzyszyć, więc spakował się z Poznania do samochodu i zrobił te 60km, żeby pogadać sobie 5min. Bardzo miłe, ale że się Wam chce i nie macie ciekawszych rzeczy do roboty...

    Dojeżdżam do Poznania i niespodziewanie spotykam @jagoot, który czekał na mnie wracając z pracy. Odprowadza mnie na Rynek i pod burgera. Burgerek sam w sobie wg mnie tylko dobry, a nie rewelacyjny, ale spoko zapchał brzuch. Tam też okazało się, że @sensei_RRicco pochrzanił trochę daty i tego dnia wybył zamiast śmignąć ze mną. Bywa.

    60km od końca podróży spotykam @impa, który z kolegą wyjechał mi na przeciw. Trochę kręcimy sie, żebym miał dość km i nowe gminy, a gdy dorwaliśmy jeszcze jednego ich kolegę już ogień do domu. 40-45km/h na zmianie dało się trzymać mimo 240km już w nogach.

    Nocowanie u kolegi @impa z którym rok temu jechaliśmy część mojej trasy Poznań - Wrocław. Tak się tworzy siatka znajomości, że czasem człowiek aż jest zszokowany. Pisanie tej relacji i poprawa trasy, żeby było dość km do końca to znów zarwana noc. Witaj ziewanko dnia następnego.

    Strava i Endomondo.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XIX (12.07.2017)

    Leje, wieje, ale ludziska ratowały dzień!
    Nocka u Daniela kolegi @impa, który to jak na rasowego lenia, uznał, że:

    7 rano to dla mnie noc...
    Więc zbieram się sam. Daniel jednak napisał na ichniejszej grupie, że jadę i czy ktoś by mnie kawałek nie chciał eskortować. Znalazł się kolega Dawid. Z nim i jeszcze jednym przypadkowo spotkanym kolegą jedziemy razem do Gostynia. Tam przerwa na Bieronkowanie, tam też znajduje mnie @Dewastators, który przyjechał z Wrocka do Rawicza pociągiem i potem już ze mną chciał zrobić resztę trasy. Głupek. Podoba mi się to.

    Mamy startować, ale dojeżdża jeszcze @ferinanto. 2 pierwszych kolegów wraca do Śremu, a z kolejnymi dwoma jedziemy dalej. Wiatr zaczyna dokuczać coraz mocniej i kolega @ferinanto niedługo odłącza się do nas. Zaś mnie i @Dewastators zostaje trochę ponad 200km jeszcze do Wrocławia.

    Wieje brzydko cały dzień w ryjek, ale padać zaczyna dopiero koło 15, gdy przekraczamy granice Wielkopolskiego i Dolnośląskiego. Drogowo dwa światy. Pierwsze ma jedne z najlepszych asfaltów w Polsce, choć do Podkarpacia im trochę jeszcze brakuje. Drugie to dziury, łaty i bruk. Na początku mżawka, potem jeden konkretniejszy deszcz, ale w sumie szczęśliwi jesteśmy, że tylko tyle. W Wołowie chowamy się trochę przed deszczem i git, wychodzi słońce. Coś tam jeszcze popaduje, ale nic to. Coś tam wieje, też nic to.

    W Urazie za Brzegiem Dolnym spotykamy @cherrycoke2l i jeszcze jednego Wykopka, który jednak ma nowe konto i nie pamiętam nawet czy powiedział jakie. Razem już we 4 jedziemy i w sumie wtedy rozpoczyna się najgorszy tego dnia dzień. Przynajmniej jak przemoknąć to całkiem, bez rozdrabniania się.

    Jedziemy na nocleg u kolegi @uysy, który to niesamowicie zaangażował się w uprzyjemnienie mi wyprawy. Pisze do mnie, że widzi, że niedużo brakuje mi do 300km, to żebym się nie przejmował i dokręcił sobie. Świetny domowy, duży obiadek. Pogaduchy z nim i jego dziewczyną. Ogólnie aż bije od niego chęcią pomocy. Trochę kombinowania z trasami na następne dni, pisanie tego wpisu i jupi, znów mniej niż 6h snu.

    Strava i Endomondo.

    Wyprawa dookoła Polski: dzień XX (13.07.2017)

    Morderca wmordewind i jak ja nienawidzę dolnośląskich "dróg".
    Pobudka o 7, @uysy zrobił elegancką jajecznicę na śniadanie i wyprowiantował mnie babeczkami na drogę. Jedziemy razem raptem półtora km. On do pracy, ja na myjnię. Z zeszłorocznej wizyty na Impact Fest we Wrocławiu pamiętam, że obok Pasibusa i Barbary na Świdnickiej stał krasnal rowerzysta. Godzina przez miasto tylko po to, żeby się przekonać, że już go nie ma i nikt nie wiem czemu.

    4998 km wypadło koło znaku Mirków, więc dokręciłem do 5k obok, żeby było okazjonalne foto. Ogólny kierunek na Kalisz, czyli na północ powoduje, że przy wichurze, jaka tego dnia była chyba w całej Polsce, miałem bardzo fajny #wmordewind. Jadę wśród:

    tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem
    Gdzie z otwartych, nieosłoniętych przestrzeni cieszą się chyba tylko właściciele kręcących się jak oszalała wiatraków.

    W Twardogórze dziadek w Fieście uznał, że wyjeżdżając w lewo z parkingu automatycznie ma pierwszeństwo przed pedalarzem na drodze i skończyło się na szczęście tylko obcierką.

    Granica województwa jest jednocześnie granicą dobrych asfaltów dosłownie nie trzeba nawet znaków.

    Nocleg w hostelu w Krotoszynie o zaskakującej nazwie "Krotoszyn". Warunki kołchoźne, wspólne pokoje, stara kamienica, wodę trzeba było dopiero nagrzać, brak drzwi z klatki schodowej do pokoju. Ze mną było dwóch chłopaków, którzy przyjechali na zawody w crossfit - nie wiem na czym to polega. Dziwny "hostel", ale ja tam potrzebuję wziąć prysznic i pójść spać, więc spełnił swoją rolę.

    Dzień dość męczący, ale przede wszystkim psychicznie, bo przez wichurę trzeba było walczyć o średnią 20km/h.

    Strava i Endomondo

    #100km #200km (nr 22) #200km (nr 23) #300km (nr 3) #metaxynarowerze #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2017.07.11-full.JPG

  •  

    419026 - 455 = 418571

    Katowice – Raciniewo – Bydgoszcz

    Czyli odwiedziny u Pawła Jumpera, sprawdzić czy naprawdę jest wysoko ;)

    W zasadzie na pomysł tego stricte atencyjnego wyjazdu wpadłem już na początku roku, ale nie był on jakimś priorytetem, bo trasę w rejony Torunia mam już przejechaną kilka razy. Wiem że na super widoki nie ma tam co liczyć, więc stwierdzam że listopadowy krótki dzień i długa noc będą w sam raz ;) Prognozy jak na te porę roku całkiem optymistyczne – brak opadów (najważniejsze) i południowy wiatr. No to jadę.

    Start chwilę po godzinie 7 rano. Planowałem wcześniej, żeby wykorzystać puste drogi podczas przejazdu przez aglomerację katowicką, ale jest sobota, więc nie jest najgorzej. Praktycznie do 10 towarzyszą mi mniejsze bądź większe mgły. Trochę mnie to martwi, bo jeśli kolejna noc będzie podobna, to będzie kiepsko – kilkanaście godzin po ciemku w takich warunkach oznacza już proszenie się o kłopoty. Jest chłodno i wilgotno, ale wiatr sprzyja, więc pierwsze 80 km do Częstochowy leci na pamięć, ze średnią w granicach 30 km/h. Tutaj postój na tortillę śniadaniową (lubię) i sałatkę w McD. Gniazdko do którego się podpinam nie ma obudowy, więc na wierzchu wystają niezaizolowane elementy. Niebezpiecznie, więc powiadamiam obsługę. Niestety nikt do końca mojej wizyty nikt nie przyszedł się zainteresować. Chyba potrzebują konkretnego incydentu żeby szybko zareagować. Słabo.

    Dalej klasycznie drogą na Łask. Nuda. W Buczku zatrzymuję się jeszcze na nieplanowany postój w sprawdzonym zajeździe. Średnia nadal 30 (z wiatrem, jak ten śmieć), wiec mimo wszystko zmierzch witam zgodnie z planem, ze wskazaniem 200 km na liczniku.
    Teraz będzie już tylko wolniej. Sprzyjający wiatr cichnie, a chęć złapania nowej gminy (Świnice Warckie) oznacza konieczność zjechania na boczne drogi gorszej jakości. Dalej w ciemnościach koszę Grabów i Olszówkę. Robi się coraz chłodniej, a na niebie pojawia się wielki księżyc w pełni. Fajnie, nawet bez świateł jest dość jasno. Z drugiej strony takie bezchmurne niebo może oznaczać, że będzie chłodniej niż przewidywałem. Mój „zapas” ubraniowy w postaci długich rękawiczek, rękawów i długich spodni zostawiam więc na później, by się za bardzo nie przyzwyczajać do ciepłego ;) Każdy postój powyżej 5 minut oznacza więc mały wypizg, co motywuje do jazdy z większą dyscypliną.

    Tym sposobem, Wisłę na moście w Toruniu przekraczam z ulgą, dobre 2 godziny wcześniej niż zamierzałem. Nie mogę jednak zajechać na legendarne miejsce skoku Pawła Jumpera po ciemku, więc postanawiam wykorzystać dostępność stacji benzynowej i robię tu dłuższy, bo około 2h postój na herbatę i zapiekanki. Mógłbym wprawdzie wydłużyć trasę i pojechać bardziej dookoła, ale po prostu mi się nie chce. Tyle godzin jazdy nocą bez żadnych widoków jest zdecydowanie nudne. Na plus prawie zerowy ruch samochodowy i możliwość przebywania sam ze sobą.

    Przy ciepłej herbatce udaje mi się nawet na chwilę zamknąć oczy i tym samym dać im odpocząć. Jakoś o 3:30 ruszam dalej wzdłuż Wisły. By zaliczyć gminę Zławieś Wielka tłukę się po jakichś dziurach. Dalej odbijam po Łubiankę, a następnie Kijewo Szlacheckie. Jedzie się dość ciężko – w miarę zbliżania się świtu jest coraz chłodniej, a wielogodzinna jazda w niskich temperaturach potęguje zmęczenie.
    W Unisławiu, czyli bardzo blisko mojego celu ma być stacja Orlen, na której planuje przeczekać pozostałą godzinę do wschodu słońca, jednak na miejscu okazuje się, że jest czynna dopiero od 7:00. Postanawiam więc nie czekać dłużej i po wjechaniu do Raciniewa odbijam w ulicę Długa i po betonowych płytach pokonuje ostatnią prosta do mojego celu ;)

    No i jestem! Po ciemku niewiele jeszcze widać, ale to miejsce rozpoznaję bezbłędnie. Czekam godzinę aż zrobi się jasno, i pałaszuję owsiane ciastko zwycięstwa ;) Obok legendarnego budynku znajduje się zadaszona wiata, z pozostałościami zdewastowanych dystrybutorów paliwa. Pstrykam pamiątkowe fotki i ruszam w kierunku Dąbrowy Chełmińskiej, czyli ostatniej nowej gminy tegoż wypadu. Po powrocie na lewy brzeg Wisły witam Bydgoszcz, skąd wracam pociągiem do Katowic, tym samym kończąc swoją „wycieczkę”. Do odjazdu mam jednak dobre 3 godziny, więc mogę się jeszcze pokręcić po mieście i zjeść śniadanie.

    Cóż, pomimo że to był mój chyba najbardziej durny cel ze wszystkich dotychczasowych, to osiągnięcie go dało mi wielką frajdę :D Pozdr i do usłyszenia w przyszłości pod #byczysnarowerze

    Ps. Dodaję wpis wieczorem, bo atencja i tak już wywalona w kosmos po ostatnim wpisie i jeszcze bym na łeb dostał od jej nadmiaru ;)

    Strava: https://www.strava.com/activities/1261741375

    #zaliczgmine

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

  •  

    440409 - 234 - 350 - 534 = 439291

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski - dni 8-10 i podsumowanie

    Poprzednie części:

    Przygotowania
    Dzień 1-4
    Dzień 5-7

    MRDP Dzień 8
    234 km | 3739 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159661619

    Pomimo że leżę bezpośrednio na trawniku, śpi mi się całkiem komfortowo. Nie trwa to jednak długo, bo wybudza mnie głos: „halo, wszystko w porządku?”. Tak, tak śpię sobie, dziękuję. „ Bo właśnie widzę że ktoś leży, ale rower nie taki byle jaki i myślałem że coś się stało”. Patrzę na zegarek – 3 z groszami. Gościu chyba lekko podpity, ale raczej niegroźny. Mówię, że jadę maraton dookoła polski i chciałbym się trochę przespać i jechać dalej. Przeprasza że mnie obudził. Mówię że nic się nie stało i miło że się zainteresował, ale chciałbym spać. „OK… ale jak to dookoła polski?!” Tłumaczę żeby sobie wszedł na MRDP.PL i tam jest wszystko. W końcu mogę spać dalej.

    Niestety okazało się, że moja miejscówka nie jest na uboczu jak myślałem, a leżę sobie zaraz przy uliczce biegnącej od rynku. Tym sposobem kolejną pobudkę mam już około 4, więc postanawiam się zbierać. Senność nie daje mi spokoju i po przejechaniu zaledwie kilku kilometrów układam się na ławce w Stroniu Śląskim. Po jakichś 20 minutach budzi mnie deszcz. Szybko się zbieram i uciekam do jakiejś kamienicy. Jest trochę burzowo, ale przejściowo, więc postanawiam skorzystać z postoju i wyjadam zapasy. Puszka coli stawia mnie na nogi i gdy ruszam jedzie mi się całkiem przyjemnie. Drogi są mokre, ale chmury nie wyglądają już na takie co by chciały spaść na ziemię. Dalej jadę na południe, przedostając się w samo serce Kotliny Kłodzkiej. Kawałek za Damaszkowem, na łuku DK33 słyszę za sobą gwałtowny pisk opon. Odwracam się i widzę podwozie samochodu wylatującego z przydrożnego rowu i frunący w powietrzu akumulator. Zawracam i widzę że z rozbitego auta wyskakuje młody chłopak z dziewczyną. Ona cała roztrzęsiona, a chłopak mówi tylko żeby nie dzwonić do rodziców. Chodzą w kółko i mówią żeby zadzwonić po policję (?). Sytuacja jest niebezpieczna, bo z obu stron droga zwija się w zakręt, a my jesteśmy w dołku i samochody zjeżdżają wprost na nas, w ostatniej chwili hamując na mokrej drodze. Dzwonię po pomoc i przy okazji z daleka ostrzegam nadjeżdżające pojazdy. Chcę wyciągnąć trójkąt, ale bagażnik jest rozbity i nie daje się otworzyć. Z uwagi na wyciekające płyny zostaje wezwana straż pożarna i policja, której nadal się domagają. Dyspozytorka pyta czy jest potrzebna karetka. Każe zapytać poszkodowanych, skoro są „na chodzie”. Mówią, że nie potrzebują i że wszystko jest ok. Poleca zadzwonić gdyby się poczuli gorzej. Tymczasem oni chodzą i zbierają porozrzucane części. Martwią się co z tym akumulatorem. Widać że są w szoku. Każę im to zostawić i mówię żeby zeszli z drogi, bo jest niebezpiecznie. Dziewczyna cały czas płacze. Słyszę zbliżające się syreny, więc powoli oddalam się z miejsca zdarzenia.

    Przez najbliższe godziny nie umiem dojść do siebie. Mam czarne myśli, bo przecież kilka sekund wcześniej i ten samochód skosiłby mnie z jezdni. W takim nieciekawym nastroju, po pokonaniu długiego podjazdu w okolicach Zieleńca, docieram do Kudowy, gdzie kieruję się z pomocą Garmina do baru mlecznego. Gdzieś w centrum ponownie spotykam Daniela Śmieję, który akurat kończy swoja przerwę obiadową. Mówi coś o limicie, że trzeba się sprężać żeby zdążyć, ale ja jestem teraz jakiś obojętny. Kolega ucieka, a ja po posiłku zahaczam jeszcze Biedronkę, gdzie robię solidne zapasy.

    Tuż za miastem zaczynam podjazd Szosą Stu Zakrętów w głąb Gór Stołowych. Jechałem tędy niecałe 3 miesiące wcześniej podczas Maratonu Podróżnika, jednak w przeciwnym kierunku i nocą. Teraz mogę w końcu co nieco zobaczyć. Na jednym ze zjazdów jakiś kolarz macha do mnie i głośno dopinguje. Odmachuję mu z uśmiechem i przez nieuwagę łapię przednim kołem krawędź krawężnika. Ledwie ratuję się z opresji – gleba była bardzo blisko. Jakoś niedługo po tym zdarzeniu urywa mi się film ;) Dalszej drogi przez Sudety Wałbrzyskie nie mogę sobie przypomnieć. Za Mieroszowem znów doganiam Daniela i po chwili spotykamy kibiców w postaci forumowej Kahy z rodziną ;)

    Z dalszej drogi też nie pamiętam wielu szczegółów. Były ładne karkonoskie widoki i dobra pogoda. Trasa naszpikowana podjazdami i kiepska ostatnia noc z zaledwie drzemką na trawniku zaczęły odciskać swoje piętno. Wieczorem, już po zmroku, w okolicach Podgórzyna ponownie spotykam Daniela, który przygotowuje się na przystanku do nocnej jazdy. Trochę rozmawiamy i kalkulujemy. By myśleć o dotarciu na metę w limicie, raczej konieczne jest zarwanie również tej nocy. Daniel może sobie na to pozwolić, bo poprzedniej spał pod dachem. U mnie sytuacja wygląda kiepsko. Czuję się tak niedospany i zmęczony, że dalsza jazda to igranie z losem. Dzwonię pod numer telefonu z tabliczki oferującej noclegi. Niestety Pani jest w innej miejscowości, ale daje mi namiary na inne noclegi które mogę znaleźć przy mojej trasie. Niestety wszędzie zbywają mnie brakiem miejsc. Poszukiwania trwają ponad godzinę . W końcu pytam jakieś towarzystwo siedzące w imprezowym klimacie pod parasolem, czy się nie orientują w temacie noclegu. Wołają kolegę który za 40 zł oferuje bardzo fajny pokoik 1-osobowy z łazienką. Ostrzega że w nocy zapowiadają ulewne burze i żebym lepiej pospał do rana, gdy ma się już przejaśnić. Na niebie w oddali faktycznie widać błyski. Niestety maksimum na co sobie mogę pozwolić to 4h snu, więc budzik ustawiam na godzinę 4 i po szybkim ogarnięciu siebie ląduję w łóżku.

    MRDP Dzień 9
    350 km | 2265 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159664955

    Na szczęście nocne burze ominęły moje okolice. Wyruszam wcześnie rano i po kilku kilometrach od razu popełniam błąd. Za bardzo zapuściłem się w kierunku Szklarskiej i minąłem zakręt prowadzący pod Zakręt Śmierci. To ostatni tak solidny podjazd na trasie MRDP. Czas pożegnać się z górami na dobre. W zasadzie cała reszta trasy to miejsca w których będę pierwszy raz w życiu.
    Dalej przez Świeradów, Leśną aż do Zgorzelca jest głownie z górki, więc kilometry lecą dosyć szybko. Budzi to w głowie pewną nadzieję, że może jest jeszcze szansa trochę podgonić, że może się uda. Gdy wjeżdżam do Lubuskiego jest mi dane poznać osobiście legendarną jakość dróg tego obszaru. Ubzdurałem tu sobie, że cała trasa wzdłuż zachodniej granicy tak wygląda i nie mam szans by nadrobić zaległości. Postanawiam po prostu dojechać do przeprawy promowej w Połęcku przed ostatnim kursem o godzinie 20.

    W zasadzie wszystkie mijane przygraniczne miejscowości usiane są tablicami i szyldami w języku niemieckim. Czasem można się zapomnieć, że jest się w Polsce. Gdzieś po drodze mijam Macieja Skowronka z którym tasowałem się na prawie całej trasie. Jedzie w kategorii sport i często podczas poprzednich nocy widziałem jego zaparkowanego na poboczu kampera.
    Przed jednym z pierwszych dłuższych brukowych odcinków, mijam kolegów z jego ekipy, stojących w gotowości z drugim rowerem przygotowanym pod kiepskie nawierzchnie. Nie wiedziałem że ma aż takie wypasy ;)
    W dalszej części chamskie bruki (które staram się mijać bokiem - czasem nawet ściółką przez las;) ) przeplatają się z drogami, gdzie po prostu jedna część jezdni jest szutrowa. Czasem wydaje mi się, że jadę jakąś kompletnie zapomnianą drogą, po czym dojeżdżam do sporej miejscowości i okazuje się że to jest właśnie główna dojazdówka :) Czasem ślad do punktu kontrolnego prowadzi tak. Kulminacją tego odcinka jest jednak PK32 w Brodach. Te sterty kostki brukowej to jest po prostu kwintesencja ostatnich kilometrów i śmieję się pod nosem, że pewnie plac był kiedyś asfaltowy, ale władze postanowiły wyłożyć trochę bruku dla odmiany ;)

    Do przeprawy promowej na Odrze docieram chwilę przed 19. Czeka tu na mnie Paweł Ignasiak, który zorganizował serwisowy punkt wsparcia dla wszystkich zawodników. Nie znam gościa, ale siedzi tu kilka dni i czeka na każdego zawodnika by zaproponować wsparcie serwisowe – szacun. Od razu zabiera mój rower, każe się rozsiąść, a sam zaczyna czyścić maszynką łańcuch. Śmieje się, że w tym roztworze benzyny jest jeszcze smar od Kosmy ;) Podczas sympatycznych pogaduszek stwierdza, że jestem ostatnim zawodnikiem który ma szanse na dojazd w limicie. Myślę - jak to? Przecież nie ma już szans. Wprawdzie matematycznie jest to możliwe, ale przy takiej jakości dróg niewykonalne. Dodatkowo musiałbym zarwać kolejne 2 noce z rzędu. Paweł mówi że na wybrzeżu jest zachodni wiatr, więc muszę tylko dotrzeć do Międzyzdrojów i będzie w plecy aż do mety. Dodatkowo podobno najgorsze bruki mam już za sobą. Chwilę przed startem promu dociera kolega z kamperem i przeprawiamy się wspólnie .

    Za promem jakość dróg faktycznie ulega zdecydowanej poprawie. Wiatr cichnie i w końcu nie przeszkadza, więc jedzie się przyjemnie. W Cybince robię krótki postój na stacji i zmotywowany słowami Pawła zaczynam wszystko kalkulować na nowo. Pozostało niecałe 40 godzin i około 650 km. Na świeżo do zrobienia bez problemu, jednak przede mną jeszcze dwie całe noce, a deficyt snu mam już ogromny. Gdyby jednak na wybrzeżu faktycznie zawiało w plecy, a drogi były dobre… postanawiam spróbować. Żałuje jednak, że trochę odpuściłem przed promem, bo teraz każda godzina może mieć znaczenie.

    Po 5 godzinach jazdy ponownie łamie mnie senność. Pomimo że drogi są dobre i puste, gdzieś za Mieszkowicami po prostu zjeżdżam w leśną drogę i od razu kładę się na ściółce w opakowaniu. Po pół godziny wybudza mnie chłód, więc po prostu wskakuję na rower i jadę dalej. Niestety tego typu drzemki już nie pomagają i po zaledwie kilku kilometrach, skuszony przydrożną wiatą zajeżdżam na dłuższy sen. Ładuję się w śpiwór i układam na blacie stołu, bo ławeczki są za wąskie. Zasypiam z nadzieją, że nie spadnę ;)

    MRDP Dzień 10+
    534 km | 2487 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1160525921

    Po niecałych 2 godzinach ruszam dalej. Na przejściu w Osinowie doskonale widać drugi brzeg Odry i zabudowę niemieckiego Hohenwutzen. W Cedyni siadam na jakiejś ławie. Czuję się bardzo źle. Dzwonię do małżonki i marudzę jakie to wszystko bez sensu. Motywuje mnie, ale ja bredzę i czuję się jak pijany. Jestem tak zmęczony, że pozostałe 500 km do mety jest dla mnie absurdem. Pomimo że jest 6 rano postanawiam szukać noclegu, bo nie jestem w stanie dalej jechać. Droga biegnąca przez Cedyński Park Krajobrazowy spowita jest mgiełką, a wokół kręci się mnóstwo ptactwa, mającego tu sporo siedlisk.

    W Piasku dostrzegam na bramie jednego z gospodarstw tabliczkę z napisem noclegi i numerem telefonu. Nie zastanawiam się długo tylko dzwonię. Tłumaczę Pani sytuację i mówię, że potrzebuję się przespać 3-4 godziny w ciszy i spokoju. „Ale moment, bo mnie Pan obudził. Jeszcze raz, bo chyba jeszcze źle kontaktuję. Chce pan nocleg TERAZ?” Odpowiadam że tak i stoję pod bramą ;) Pani każe mi wejść na podwórko i poczekać aż się ubierze i do mnie wyjdzie. Jest to agroturystyka urządzona w leśniczówce i wygląda na bardzo fajne miejsce. Po chwili wychodzi moja gospodyni, uśmiecha się i wskazuje łóżko oraz łazienkę. Na pytanie o cenę macha ręką. „Proszę się przespać”. Tak to wygląda z okna mojego pokoju. Postanawiam się przespać 3 godziny, więc ustawiam budzik i kładę się w śpiworze, żeby nie nadużywać gościny.
    Budzę się po może dwóch godzinach, cały spocony. Dosłownie czuję jak w żyłach buzuje mi krew. Już wiem, że nie ma szans na dalszy sen, więc zbieram się do dalszej jazdy. Do mety niecałe 500 km i ostatnia doba. Limit już mało realny, ale postanawiam zawalczyć, bo liczę na ten wiatr w plecy. Wiem już, że ostatniej nocy za bardzo przekombinowałem. Powinienem wziąć porządny nocleg, przespać te 6 godzin i ruszyć na „ostatnią prostą”. No ale łatwo oceniać po fakcie ;)

    Przejazd przez aglomerację szczecińską bardzo kiepski. Gorąc, zerwany asfalt i olbrzymi ruch, bo akurat trafiam na godziny szczytu. W Wolinie robię w biegu duże zakupy. Mój plecaczek jest wypchany po brzegi. Przygotowuję się do jazdy z jak najmniejszą ilością postojów. Niestety przez ostatnia dobę wiatr zmienił kierunek i zapowiada się, że znów będzie przeszkadzał. Utwierdzam się w tym po wyjechaniu za Międzyzdroje. Ostatecznie porzucam nadzieję na dojechanie w limicie czasu. Ale jakiś cel trzeba mieć, więc zakładam sobie, że muszę zobaczyć latarnię przed zmierzchem i zdążyć na wieczorną biesiadę.

    Niespodziewanie spotykam Darka Janeczka, który właśnie wychodzi na drogę z lasu po krótkiej drzemce ;) Pierwsze nocne kilometry jedziemy wspólnie. Fajnie się rozmawia, ale taka jazda męczy mnie podwójnie, bo nie pozwala złapać własnego rytmu. Umawiamy się na stacji benzynowej, a ja wyrywam do przodu. Kolega dociera gdy ja już kończę swojego Hot –Doga. Ruszam dalej, tu widzieliśmy się ostatni raz. Na nadmorskiej DW 102 trwają remonty, więc co chwilę pojawiają się odcinki z sygnalizacją wahadłową. W nocy ruch jest niewielki, więc w miarę możliwości wjeżdżam „pod prąd”. Około północy przejeżdżam przez Kołobrzeg. Senność ponownie mocno daje się we znaki. Na tyle mocno, że drzemka to konieczność. Zaczynam się rozglądać za jakąś wiatą, ale w okolicy Miłogoszczy, tuż przy remontowanej drodze znajduję walec drogowy. Chwytam za klamkę – otwarty! :) W środku na całej długości kabiny kanapa, więc wiele się nie zastanawiam, tylko ustawiam budzik i się kładę.

    Nie pamiętam ile snu sobie zaplanowałem, ale po około godzinie budzi mnie chłód. Nie spodziewałem się tak zimnej nocy i nawet nie wyciągałem śpiwora. Nie ma co kombinować, więc zmarznięty ruszam dalej. W Kazimierzu Pomorskim mijam zakręt i znów nadkładam troszkę drogi. W Mielnie, pomimo że jest 4 rano, można spotkać jeszcze kilku imprezowych niedobitków. Jadąc 10 km odcinkiem mierzei jeziora Jamno, jest mi przeraźliwie zimno. Mam ubrane na sobie już wszystko, ale jadąc wąskim pasem lądu pomiędzy dwoma zbiornikami wodnymi jest bardzo wilgotno, co wraz z olbrzymim zmęczeniem potęguje odczuwanie chłodu. Senność nie ustępuje i pomimo kiepskich warunków dosypiam kilka minut na jakiejś ławce. Tym razem budzi mnie sprzątaczka – pewnie myśli że jestem jednym z niedobitków ;) Coraz bardziej zły i zmęczony ruszam dalej. Na dobitkę w miejscowości Osiek ślad skręca w lewo w jakąś drogę z płytami ażurowymi przez pola. O ile nie złamały mnie lubuskie bruki i wschodnie dziurawe drogi, tak teraz klnę na Daniela że puścił tędy trasę. (O dziwo jest nawet w Street View ;) ). To chyba jedyny moment na maratonie, gdy klnę głośno do siebie. Na końcu tej drogi, z jednego z gospodarstw wybiega do mnie ujadający pies. Niestety trafił w złym momencie, bo miałem w sobie tyle złości, że pogoniłem dziada przednim kołem. Był tak zszokowany moją reakcją, że puścił strzałę prosto do jakiegoś rowu z przerażeniem w oczach i podkulonym ogonem. Przepraszam pan pies z Rzepkowa, że dałem upust w twoim kierunku ;)

    Bezchmurny poranek zapowiada ładną pogodę. Niestety wiatr wciąż przeszkadza. Przed Ustką mijam przejazd długiej kolumny wojskowej. Gdy wybija godzina 12:10, czyli 10 doba i tym samym limit ukończenia maratonu, do mety pozostaje mi 90 km. Z tym, że się nie zmieszczę w czasie pogodziłem się już wcześniej – teraz chcę tylko dojechać do końca i mieć to wszystko za sobą :) Droga wzdłuż wybrzeża jest pagórkowata i kiepskiej jakości. Utwierdzam się w przekonaniu, że wieczorna decyzja o odpuszczeniu jazdy na limit za wszelką cenę była słuszna. Na tego typu drogach strata była nie do odrobienia. Groziło to tylko niepotrzebną kontuzją/wypadkiem.

    W miarę jak słońce unosi się coraz wyżej nad widnokręgiem, wiatr zmienia kierunek. W końcu wieje w plecy! :) Migoczące między liśćmi światło bardzo męczy moje oczy. Na tyle, że na jednym z krótkich zjazdów czuję że odcina mi świadomość. Pomimo że do mety zaledwie 30 km, to postanawiam się jeszcze zatrzymać i chociaż zamknąć oczy na kilka minut. Siadam bod belą siana i odpływam może na 2 minuty. Pomogło!

    Podjazdy pod Jeziorem Żarnowieckim wciągam już dość żwawo. Ostatnie kilometry miedzy Karwią a Jastrzębią Górą to wręcz maraton w pigułce. Dziadowskie drogi, brukowe drogi i podjazdy :) Pod latarnię dojeżdżam o godzinie 16:28, czyli z czasem 10 dni 4 godziny i 18 minut. Łączny przejechany dystans to 3200 km. Czekają tu na mnie żonka z synem i osobiście wręcza statuetkę i inne fanty :)

    Wspólnie udajemy się do bazy maratonu, gdzie wieczorem ma się odbyć biesiada. Dostaję obiad i przy stole dzielimy się przeżyciami. Po około godzinie, gdy emocje trochę opadają, zaczyna mnie dopadać zmęczenie i ból nóg. Niestety do wieczornej biesiady nie dotrwam. Reprezentować mnie będzie jednak małżonka, a ja z synkiem udajemy się na naszą kwaterę ;)

    Kolejne dni spędzamy wspólnie nad w Jastrzębiej Górze. Zawodnicy zjeżdżają na metę jeszcze do czwartku. Kilku wyjeżdżamy przywitać pod latarnię. Bardzo fajna atmosfera i zasłużony odpoczynek.

    Na pociąg do Gdyni dojeżdżam na rowerze, po drodze zaliczając jeszcze gminę Kosakowo, którą trasa maratonu niefortunnie omijała ;)

    PODSUMOWANIE

    Przejechanie dystansu 3200 km zajęło mi 10 dni 4 godziny i 18 minut. Trasa maratonu wynosiła 3142 km, więc przejechałem gratis 60 km, a były to błędy nawigacji, krążenie po miejscowościach itp.

    Nie udało się zmieścić w limicie wyznaczonym przez organizatora, który wynosił 10 dni. Mimo wszystko ukończenie trasy dało mi ogromna satysfakcję. Przed startem wiele razy wątpiłem i nawet raz miałem definitywnie rezygnować ze startu. Pewien niedosyt jest, bo zabrakło przysłowiowej „kropki nad i”. Myślę, że brakujące godziny mógłbym zyskać stosując inną strategię noclegową. Można było zostawić cześć bagażu (materac, śpiwór) i korzystać wyłącznie z opcji pod dachem. To jednak nie jest mój styl jazdy, bo przede wszystkim lubię improwizować, a jazda od kwatery do kwatery odebrałaby mi dużo frajdy. Miałem tego świadomość. Na dzień dzisiejszy pojechałbym bardzo podobnie.

    Traktuję to jako otwartą furtkę do startu za 4 lata - o ile żona, zdrowie i okoliczności pozwolą ;)

    Cieszę się, że wziąłem udział w tej przygodzie. Zyskałem dużo doświadczenia, którego w inny sposób nabyć się nie da. Lepiej poznałem możliwości swojego organizmu. Odkryłem istnienie pewnych rezerw, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Zaskoczyła mnie szybkość regeneracji zarówno w trakcie, jak i po maratonie. W czasie dni odpoczynku śmigałem po okolicy na rowerze bez jakichś bóli czy dolegliwości. Oczywiście była zamuła, ale przede wszystkim cieszy mnie, że nie nabawiłem się żadnej kontuzji. Nawet bardzo popularne wśród innych zawodników drętwienia rąk mnie ominęły. Nareszcie udało się w miarę ujarzmić bóle ramion i karku, z którymi borykałem się na długich dystansach. Pomogły tutaj dodatkowe ćwiczenia, które wykonywałem w czasie przygotowań do startu, oraz w trakcie jego trwania.

    Sprzęt spisał się na 100%. Na całej trasie nie złapałem ani jednego kapcia :) Jedynie kilka razy smarowałem łańcuch.

    Trasa była trudna nie tylko ze względu na swoją długość i wymagający limit. Dużym utrudnieniem były drogi złej i bardzo złej jakości – było ich mnóstwo. Najlepiej było chyba pod tym względem w górach Podkarpacia, Śląska i Małopolski. Na trasie napotykaliśmy też wiele kilometrów remontów, czy też zerwanej nawierzchni.
    Była to jedna wielka, intensywna wyprawa, z trudnościami jakie można spotkać podczas wyjazdów w nieznane :)

    Bywało ciężko. Czasem bardzo ciężko. Kryzysy ma każdy – sztuką jest sobie z nimi radzić, czego ciągle się uczę. Była też euforia, złość (dostało się psu;) ), a nawet łzy. Bardzo mi pomagały słowa wsparcia, które spływały do mnie z różnych źródeł. Pisali do mnie rodzina, znajomi, a także nieznajomi ludzie. Czy to przez Facebooka, czy przez sms, czy nawet przez Wykop :) Nie będę tutaj wymieniał wszystkich - każdy kto mnie wspierał o tym wie i każdemu z osobna bardzo dziękuję :)

    Dziękuję też tym, którzy przebrnęli prze całość relacji – do usłyszenia w przyszłości ;)

    Mój tag - #byczysnarowerze

    Cała galeria zdjęć z opisami

    Pokrewne: #mrdp #rower #kolarstwo #zaliczgmine #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

    •  

      @Ragnarokk hej :)

      1. Je się oczywiście również podczas jazdy. Ale to raczej rzeczy typu batony, banany itp. Ja na większe posiłki się zatrzymuję. Lubię zjeść przynajmniej raz na dzień normalny posiłek typu zupa, obiad itp. Jest to przy okazji chwila na odpoczynek i toaletę. Oczywiście im większe ma ktoś parcie na wynik, tym bardziej minimalizuje postoje i głównie jada podczas jazdy.

      Co do zdjęć, to ja się zawsze zatrzymuję na chwilę. SMS zdarza się podczas jazdy, ale tylko gdy droga na to pozwala. Najczęściej na podjazdach ;)

      2. To przede wszystkim kwestia wygody. Przy jeździe kilkanaście godzin na dobę, to ciężki plecak byłby porażką - obciążenie ramion, spocone plecy. Niektórzy jeżdżą z małymi plecakami z tzw. camelbak, czyli zbiornikiem z piciem i wprowadzonym na zewnątrz wężykiem. Sam myślę nad takim rozwiązaniem ostatnio.

      3. Na stacjach nie zapinam roweru, a przy sklepach czy restauracjach stosuję małe tandetne zapięcie na szyfr - chroni jedynie przed spontanicznym podprowadzeniem roweru. No i nie trzeba się bawić z kluczykiem.

      4. Wbrew pozorom jazda nocą przy zastosowaniu dobrego oświetlenia jest bezpieczniejsza od jazdy w dzień. Jest się lepiej widocznym, no i ruch jest oczywiście mniejszy. Trzeba jednak czasem zerknąć na licznik, bo często jedzie się wolniej niż by się mogło wydawać ;)

      Pozdr
      pokaż całość

    •  

      @byczys:
      1. Właśnie głównie chodziło mi o takie przegryzki typu batonów. Zastanawiałem się, czy to nie odbija się jakoś na żołądku takie jedzenie w czasie jazdy. Z drugiej strony sam na pieszych ultra jem takie rzeczy w marszu, więc podejrzewałem że jest właśnie tak.

      2. Właśnie myślałem sam teoretycznie o małych plecakach właśnie z camelbakiem i jakimiś lekkimi i dużymi objętościowo rzeczami - czyli zasadniczo głównie ubraniami. Ale że nigdy nie jechałem rowerem dłużej niż 2h na raz, to nie wiem jak plecak współgra z pozycją na rowerze. Zwłaszcza że na szosowym to nigdy w życiu nie jechałem :)

      3. W sumie z tym kluczykiem to logiczne - zapodzianie kluczyka na takiej trasie to prawdobieństwo graniczące z pewnością. A trochę problemów by robiło :)

      4. Co do widoczności, to tak podejrzewałem, ale zastanawiałem się, czy to nie jest problemem, że po ciemku gorzej widać nierówności, dziury na trasie. Tak trochę wizualizować sobie próbowałem siebie samego zmarzniętego i niewyspanego i w tej wizualizacji ciężko było mi widzieć siebie skupionego na dziurach w asfalcie :)

      Ogólnie tak pytam, bo kiedy w tym sierpniu ktoś wrzucił na wykop o MRDP zacząłem się trochę zastanawiać. Do tej pory bawiłem się w piesze, górskie ultra, ale teraz z małymi dziećmi to na wyjazd w góry, nawet na dobę chodzenia po górach, to minimum 2-3 dni, z dojazdem i wszystkim. I prościej będzie samemu wsiąść na rower gdzie w moich płaskich okolicach, zarwać może pół dnia, zrobić te 100 km, wrócić do rodziny. Więc wyciągnąłem rower, poczytałem/pooglądałem na YT bo moja wiedza o rowerze w zasadzie ograniczała się do tego, gdzie są koła a gdzie pedały, zacząłem nim jeździć - i zadałem teraz Tobie pytania na tematy, co nie widziałem żadnych informacji. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Dzięki wielki i pozdrawiam :)
      pokaż całość

      +: byczys
    • więcej komentarzy (8)

  •  

    490966 - 300 = 490666
    https://www.strava.com/activities/1198004079

    Wczorajsza trzysetka do Ustki, Sławna i Słupska.
    W obie strony pod wiatr. Słońca zeeero. Mgła, wilgoć i mżawka. Prawdziwa jesień.
    Debiut nowych opon Vittoria Rubino Pro. Biały pasek na oponach szybko zrobił się szary:)

    #rowerowetrojmiasto #szosa

    Statystyki:

    Dystans: 300 km
    Czas: ◷11:22:13
    Średnie tempo: 2:16 min/km
    Średnia prędkość: 26,41 km/h
    Kalorie: 11103 kcal
    Średni puls: ❤131.4bpm
    Maksymalny puls: ❤158bpm

    W tym tygodniu to już 424km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km
    pokaż całość

  •  

    494978 - 228 - 315 - 272 = 494163

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski (3142km) – Relacja z dni 5-7 i garść zdjęć

     

    Pierwsza część, czyli opis przygotowań oraz relacja z pierwszych 4 dni TUTAJ

     

    MRDP Dzień 5

    228 km | 2673 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159511260
     

    Budzik miałem ustawiony jakoś na 3-4 godziny, ale pomimo zmęczenia śpię niespokojnie i kilka razy się budzę. Raz jest mi po prostu zimno, więc ściągam jakąś narzutę z kanapy obok i się nakrywam. Trzeba było skorzystać od razu ze śpiwora.

    Nie budzi mnie budzik, a głosy młodzieży która powoli budzi się do życia w pokojach za ścianą. Nie pozostaje nic innego, jak się zacząć zbierać. Ogarniam się w łazience, po czym schodzę zerknąć na dół do jadalni, bo stamtąd też dobiegają jakieś odgłosy życia. Kilka pań nakrywa do stołu dla dobrych kilkudziesięciu osób. Pytam o możliwość zamówienia śniadania. Wołają „szefowo”, która informuje mnie, że śniadanie jest w prawdzie od 8, ale może mi cos na boku przygotować.  Dostaję więc dzbanek gorącej herbaty i jedzenie. Dziwi się jednak gdzie spałem, bo przecież nie ma miejsc ;)

    Po napełnieniu żołądka, czas uregulować należność. Szefowo wycenia posiłek na 8 zł, więc zostawiam dyszkę i chwilę po godzinie 7 wyruszam w Bieszczady właściwe ;)

     

    Przejazd odcinkiem wielkiej pętli w towarzystwie deszczu. Widoki nie zachwycają – jest mokro i ponuro. Chwilę przed południem, zachęcony sms z relacji forumowego Hipka, zajeżdżam do oberży Biesisko w Przysłupie na placka po bieszczadzku. Fakt, jest PRZEOLBRZYMI, jednak smak pozostawia wiele do życzenia i po prostu wmuszam w siebie jakąś połowę.

     

    Kolejny postój planuję w Komańczy, bo zapasy się kończą, a w tych rejonach o sklep wcale nie jest tak łatwo. Szyld kierujący do delikatesów wskazuje w złym kierunku, bo przejeżdżam całą miejscowość, a sklepu brak. Muszę wracać 2 km do skrzyżowania, czyli kolejne 4 gratis do puli. Ładuję prowiant i przebieram się na krótko, bo nawet wyszło słońce. Wiem, że niedługo wieczór i zrobi się chłodno, ale inaczej bym się zagotował.

     

    Przez Beskid Niski jedzie mi się bardzo przyjemnie, choć wiatr za wszelką cenę chce mnie spowolnić. Mijam kilka bardzo klimatycznych agroturystyk i myślę sobie, że kiedyś trzeba tu będzie przyjechać z rodziną na kilka dni. Bardzo podobają mi się okolice – jest jakoś tak sielankowo.  W Chyrowej cykam fotke ładnie położonej cerkwi. Pod wieczór niebo ciągle straszy deszczem, ale mam nadzieję go uniknąć, bo nie uśmiecha mi się moknąć przed nocną jazdą. Pomimo zachmurzenia, zapowiadana jest kolejna zimna noc.

     

    Zachód słońca podziwiam na pofalowanej drodze za Nowym Żmigrodem. Przed Gorlicami szybki Hot-Dog na stacji plus jeden na wynos. Czując nadchodzący chłód, wpadam jeszcze na chwilę do Biedronki, z nadzieją na zakup jakiegokolwiek cieplejszego ciuszka na górę.  Niestety nic takiego nie znajduję, więc ruszam dalej. Za miastem droga pnie się stopniowo ku górze, by tuż za Ropą zaatakować porządniejszymi procentami.  Dziś jazdę nocą planowałem pociągnąć jak najdłużej, jednak chcieć to jedno, a móc to co innego. Sen mnie muli już nieźle, więc pomimo stosunkowo wczesnej godziny, postanawiam przespać się 2-3 h i dalej ruszyć bardzo wcześnie rano.  Po zjechaniu do Brunar analizuję profil wysokościowy i widzę, że przede mną kolejny solidny podjazd, w sam raz na poranną rozgrzewkę po wyjściu ze śpiwora. Obok boiska wypatruję niewykończone jeszcze budynki, mające chyba spełniać funkcję szatni itp. Niestety wszystkie drzwi i okna już są wstawione i pozamykane. Wjeżdżam na teren szkoły i już klasycznie rozkładam się pod dobrze osłoniętymi od wiatru drzwiami wejściowymi. Niestety namierzają mnie miejscowe psy i zaczynają ujadać zza płotu opodal.  Przy tym akompaniamencie zasypiam, lekko zaniepokojony wskazaniami licznika. Niecałe 230 km to zdecydowanie za mało. Jeszcze jeden taki dzień i szanse na dojazd w limicie będą marne. Jutro trzeba coś podgonić.

     

    MRDP Dzień 6

    315 km | 3745 m

     

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159514411
     

    W trakcie zaplanowanych 3,5h snu, psy oczywiście musiały zrobić ze 2 pobudki, bo tyle nieprzerwanego snu, to byłby zbytni rarytas. O godzinie 3 nieśmiało wysuwam się ze śpiwora. Jest mega zimno, więc postanawiam jak najszybciej znaleźć się na rowerze. Mój Hot-Dog na wynos również ma temperaturę w okolicach 5 stopni, więc na samą myśl że miałbym go ugryźć przechodzi mnie dreszcz i ruszam bez jedzenia. Trzeba było go wziąć ze sobą do śpiwora…

     

    Po szybkim zwinięciu posłania, wsiadam na rower i uświadamiam sobie – ale jestem wyspany!  To uczucie mija po jakichś dwóch minutach, zmieniając się z powrotem w zamułę. Mimo wszystko fajnie było poczuć się wyspanym choć chwilę ;) Zgodnie z wczorajszymi planami od razu zaczyna się podjazd. Fajnie, zaraz będzie mi cieplej. Niestety nie jest tak kolorowo, bo jest bardzo stromo, a zastane po nocy mięśnie, ścięgna i stawy krzyczą, że potrzebują spokojnej rozgrzewki, a nie katowania. W Banicy po skręcie w prawo jest tylko gorzej. Dostaję pod koła nachylenie kilkunastoprocentowe, więc największą koronkę kasety szybko opatula łańcuch. Mimo wszystko jadę zygzakiem, co można nawet dostrzec na śladzie z zapisem trasy ;)

    Nadal jestem bardzo śpiący, nie umiem pobudzić organizmu do działania. (Z perspektywy czasu wiem, że dużym błędem był brak jakiegokolwiek posiłku. Powinienem wmusić w siebie cokolwiek, jednak wtedy nie czułem głodu i wcale o tym nie myślałem). Kładę się na kolejnym napotkanym przystanku i zasypiam. Nawet nie nastawiam budzika, bo wiem że w tych warunkach nie zaśpię na pewno. Postój momentalnie mnie wychładza i po niecałych 10 minutach przeraźliwy chłód szybko stawia mnie do pionu. Jeszcze jedna solidna ściana i w końcu zjazd do Tylicza. Gdzieś tutaj nocowałem pierwszej nocy podczas zeszłorocznego wyjazdu do Rumunii. Wtedy też było mokro, ale teraz poza wilgotnością 100% jest jeszcze bardzo zimno.

     

    Kolejne kilkadziesiąt kilometrów zjazdu w kierunku Muszyny to istna katorga. Jadę w dół w porze gdy temperatura jest najniższa. Trzęsę się z zimna i marzę o stacji benzynowej, bo dodatkowo potrzebuję skorzystać z toalety. Chcę by się to skończyło jak najszybciej, ale trwa dobre 2 godziny. Jadę, bo po prostu nie mam innego wyjścia. Pocieszam się myślą, że mógł przecież jeszcze padać deszcz.

     

    W Muszynie zawód – nie ma stacji. Całe szczęście po wjechaniu w Dolinę Popradu robi się cieplej. Na tyle, że mogę się zatrzymać na przystanku i coś zjeść. Hot – Doga popycham batonem i od razu czuję się lepiej. Za Żegiestowem przez mgłę zaczynają się przebijać pierwsze promienie słońca. W Piwnicznej w końcu wymarzona stacja. Zajadam się zapiekankami i nawet zdejmuję część ubrań.

     

    Od Starego Sącza zaczynam się stopniowo piąć ku górze w kierunku Pienin. Przed Tylmanową wracają wspomnienia z Karpackiego Hulaki. Spotkałem tu wtedy Krzyśka Sobieckiego. To było zaledwie 3 tygodnie temu a ja znowu katuję te góry ;) Teraz jedzie się lepiej, bo ruch jest mniejszy. Odzywa się do mnie @Cymerek – jest w okolicy i chciałby dołączyć  i trochę potowarzyszyć. Jednak jest jeszcze daleko, więc za Krościenkiem zajeżdżam do karczmy i zamawiam to, co dostanę najszybciej - pomidorową. Dziś nie ma czasu na stołowanie się. Wyciągam wczorajsze bułki, serek topiony i już po 17 minutach jadę dalej, całkiem syty.

     

    Przejazd przez Pieniński Park Narodowy idzie sprawnie. W końcu czyste błękitne niebo i piękne widoki. Widać pierwsze zarysy szczytów tatrzańskich. Czas na malowniczy podjazd przez Łapsze aż do Łapszanki, skąd rozpościera się piękna panorama Tatr. Tutaj jedzie mi się bardzo dobrze. Mijam sporo rowerzystów, w tym jednego z naszych, a kolega Cymerek również coś nie może mnie dogonić. Czekam na niego w Brzegach, przy okazji napełniając bidony. Podjazd pod Głodówkę jedziemy wspólnie. Fajnie z kimś pogawędzić – dzięki za towarzystwo. Na górze ja odbijam do schroniska, a kolega jedzie dalej.

     

    Spotykam tu Emesa, Daniela Śmieję i Marcina Nalazka. Oni jednak zbierają się do odjazdu, a ja dopiero zamawiam obiad. Wymieniam nadajnik GPS, ale także zakładam nową przetwornice napięcia z dynama. Dobrze że kilka dni przed startem zamówiłem i zabrałem nową. Tak przeczuwałem, że ta stara może już długo nie pociągnąć. Specjalnie zaplatałem nowe koło na dynamie, a zostałbym bez zasilania przez kawałek kabelka ;)

     

    Po obiedzie staję się senny, więc pytam czy za spanie na stole wypraszają ;) Dowiaduję się, że uczestnicy mają tutaj wynajęte 2 pokoje i można z nich skorzystać. Super! Szybka łazienka, budzik na 20 minut i jestem w łóżku. Chwilę przed alarmem przypadkiem budzą mnie dziewczyny z obsługi. No to w drogę.

    Godziny popołudniowe i przejazd przez Zakopane – to się nie dodaje. Tłumy ludzi i chmary samochodów. Chcę stad uciec jak najszybciej, ale nie jest to takie łatwe. Za miastem długi zjazd do Czarnego Dunajca. W końcu wjeżdżam w „swoje rejony”. W tym miasteczku mam sprawdzoną jadłodajnię, ale zastanawiam się czy czasowo mogę sobie pozwolić na taki rarytas. Wiem jednak, że podają jedzenie szybko, a porządny posiłek przyda się przed kolejnym górskim odcinkiem. Zamawiam więc obiad i szybko jadę do Biedronki. Ładuję do koszyka sprawdzone produkty i gdy dochodzę do kas uderzają mnie dwie olbrzymie kolejki na co najmniej 20 minut. Już chcę zrezygnować z zakupów, ale wypatruję jedną zamknięta kasę, gdzie pani kasuje ostatniego klienta. Udaje mi się ją uprosić by jeszcze mnie skasowała. Inni patrzą na mnie trochę krzywo ;)

     

    Gdy wracam do lokalu, obiad już na mnie czeka. W trakcie jedzenia udaje mi się znaleźć w sieci opcję noclegową zaraz przy trasie. Umawiam się z gospodarzem, że wejdę tylnymi drzwiami, a on pokój zostawi otwarty. Pieniądze mam zostawić pod telewizorem ;) A wszystko dlatego, że do przejechania mam jeszcze ponad 100 km, więc planowo będę w samym środku nocy. Dzięki takiemu zagraniu mam na dziś ambitny cel, by pokonać ponad 300 km w górskim terenie.

     

    Jeszcze przed Krowiarkami żegnam się ze Słońcem. Sam podjazd pod przełęcz to dla mnie przyjemność, bo bardzo lubię te rejony. W Zawoi, już po ciemku, odbijam w lewo w kierunku Stryszawy. Sam podjazd jest mi dobrze znany. Jakość asfaltu zawsze była tu kiepska, jednak tym razem cała nawierzchnia jest kompletnie przeryta. Fajnie że się za to wzięli, jednak teraz trzeba się tłuc po wyrwach i błocie. Po chwili doganiam Marcina Nalazka i Jarosława Krydzińskiego. Z tym drugim mijałem się od przez ostatnie 3 dni kilka razy. Trochę dyskutujemy, ale dalej postanawiam wyrwać trochę do przodu, bo mam przecież swój cel na dziś. Wg profilu trasy, przede mną jeszcze 2 niewielkie podjazdy, później kolacja na stacji w Węgierskiej Górce i jestem „w domu”.  Niestety okazuje się, że podobnie jak dwa pierwsze dzisiejszego dnia (przed Tyliczem), to również dwa ostatnie będą bardzo ciężkie. Na jednym z nich kompletnie opadam z sił, kładę głowę na lemondce i piszę sms do relacji: Wyczerpanie kompletne. Prowadzę rower. To jedyny odcinek na którym prowadziłem rower w czasie trwania maratonu. Jakieś 20 kroków. Nie było jakoś stromo, ale po prostu chciałem być bliżej noclegu, a stojąc się przecież nie zbliżałem. Piszę sms z siostrą, motywuje mnie.

     

    W końcu około godziny 1 docieram na miejsce. Godzinę później niż planowałem. Szybki prysznic z użyciem płynu do naczyń i jestem w łóżku. W końcu upragniony nocleg. Właśnie… człowiek dociera na miejsce odpoczynku po długich zmaganiach. Wielka ulga, jednak po chwili uświadamia sobie, że trzeba ustawić budzik na 3 godziny i ciągnąć to dalej. Czy to nie chore? A przecież nikt nie każe – wszystko na własne życzenie. Dostaję jeszcze motywującego sms od Gustava, że jest szansa na limit, żeby jechać. Zasypiając słyszę impulsy elektryczne przepływającprzepływające e w głowie, jakby ktoś nastrajał radio. Bum, świadomość wyłączona.

     

    MRDP Dzień 7

    272 km | 2681 m

     

    Strava: https://www.strava.com/activities/1160538805

     

    Gdy się budzę, stoję obok łóżka i coś majstruję przy rowerze. Chyba śniło mi się że zaspałem i nerwowo zacząłem się zbierać do jazdy. Patrzę na zegarek, a od zaśnięcia minęły dopiero dwie godziny. Wskakuję z powrotem do łóżka, po czym dociera do mnie, jak bardzo bolą mnie kolana. Zasypiam z myślą, że chyba je załatwiłem i  dalej nie pojadę. Gdy dzwoni budzik jest jeszcze gorzej. Próbując założyć spodenki, odkrywam też skalę moich obtarć. Koniec, dalej nie dam rady. Wracam do łóżka i postanawiam się po prostu wyspać. Kilkanaście kilometrów stąd jest przecież żona z synkiem na wczasach. Jakoś się do nich dokulam i w końcu się zobaczymy – będzie po wszystkim.

     

    Budzę się po godzinie i jestem załamany. Żal mi że tak to się skończy. Łzy same cisną się do oczu i kapią na ekran telefonu. Kompletne rozstrojenie. A pogoda za oknem taka piękna. Tak sobie dumam i dochodzi mnie myśl, że przecież oba kolana bolą mnie tak samo. Gdyby to była kontuzja, to raczej bolałoby jedno, lub chociaż któreś mocniej. Może to rozjeżdżę? Mam jakieś tabletki przeciwbólowe, ale to awaryjnie, gdyby trzeba było dociągnąć jakąś końcówkę przed metą. A przede mną jeszcze grubo ponad 1000 km. Nie chcę tłumić bólu, wolę się wsłuchiwać w organizm. Nigdy nie brałem żadnych specyfików tego typu podczas jazdy. Nawet kawy nie piję – jak kofeina to tylko ta z coli.

     

    Podejmuję decyzję – próbuję. Przede mną wieś Szare, a na jej końcu najbardziej stromy odcinek całej trasy. Na jego szczycie albo skręcam w lewo do rodziny, albo w prawo ku mecie ;) Na tyłek leci podwójna warstwa sudocremu, a na kolana trochę jakiejś maści, która kupiłem na szybko przed wyjazdem. Gdy ruszam jest już ciepło i słonecznie (moje rozterki zajęły mi sporo czasu), więc wszystkie długie ciuchy lecą do kuferka. Pierwszy raz jadę całkiem na krótko. Kulam się ostrożnie i o dziwo ból powoli ustępuje.  Kulminacyjny odcinek z ażurowymi płytami podjeżdżam w całości. Czyli jest dobrze. Ochodzita wchodzi również bez problemu. Jadę dalej! :) Po dziurawym zjeździe do Koniakowa zatrzymuję się z zamiarem wysłania do relacji sms, że jest dobrze. Odwracam się i odkrywam że kuferek jest otwarty. Szybka kontrola inwentarza i stwierdzam, że brakuje materacyka. Zerkam na podjazd, ale nie widzę żeby coś leżało. Postanawiam podjechać z powrotem na górę. Niestety nie znajduję zguby. Stoję na szczycie i morale znów pikują w dół. Jak mam jechać dalej, to nie mogę się więcej wracać. Zjeżdżam ponownie po tych dziurach. Na dole znów orientuję się, że kuferek jest otwarty! Tym razem brakuje nogawek i rękawiczek. Czyli pakując wszystkie zbędne ubrania do kuferka przeładowałem go i otwiera się samoistnie. Ponownie wracam pod ten przeklęty podjazd i zbieram z ulicy swoje fanty. Nigdy go nie lubiłem ;)

    Przepakowuję się i ruszam pod Kubalonkę. Po zjechaniu do Wisły robię zakupy w Biedzie. W Ustroniu odbijam w kierunku Cieszyna, gdzie nieśmiało spoglądam w kierunku McD. Jest jednak za wcześnie na dłuższy postój. Dalej wjeżdżam do Czechów. Jedyny zagraniczny odcinek trasy. Całe 3 km ;) Po chwili na poboczu rozpoznaję kolegę z pracy, Dawida. Czatował tu na mnie i towarzyszy mi przez najbliższe kilometry. Większą część trasy jechałem całkiem samotnie, więc fajnie jest podzielić się z kimś wrażeniami.

     

    Teraz czeka mnie trochę odpoczynku od gór. Aż pod Sudety będzie względnie płasko, jednak niestety – pod wiatr. W Krzyżanowicach w powietrzu wyczuwam zapach domowego jedzenia. Jakby rosół czy coś. Muszę to mieć! Zajeżdżamy więc na obiad. Jest wymarzony rosół i grillowana pierś z kurczaka z ananasem. Pycha. Kawałek dalej Dawid odbija w swoją stronę – dzięki za towarzystwo.

     

    Już wieczorem jestem w Głuchołazach, gdzie robię ładowanie zapasów na noc. Kawałek dalej,  na zjeździe przed Gierałcicami, ktoś z pobocza krzyczy: _stój! _ Zawracam i już rozpoznaję. To kuzyn z żoną polowali na mnie z transparentami. Specjalnie dla mnie wyjechali na trasę z Wrocławia. Mało tego! Wiedząc o mojej zgubie, chcą mi wręczyć nowy materac :) Niestety formuła maratonu zabrania tego typu wsparcia na trasie, więc jestem zmuszony odmówić. W każdym razie wielkie dzięki! To bardzo miłe. Mam tylko nadzieję, że nie był kupiony specjalnie dla mnie ;)

     

    Po dalszych zmaganiach z wiatrem, około 1 w nocy zajeżdżam do Złotego Stoku. Tutaj zaczynają się dalsze zmagania z górami. Na pierwszy rzut podjazd pod Przełęcz Jaworową. Nogi dają radę, jednak senność daje się ponownie we znaki. Na zjeździe w kierunku Lądka, gdy ciśnienie krwi spada, a w uszach pojawia się jednostajny szum, zaczynam przysypiać za kierownicą. Musze się bardzo pilnować żeby nie wypaść na którejś z serpentyn, więc postanawiam poszukać miejsca na sen. W samym miasteczku wchodzę na plac zabaw i układam się pod jakąś drabinką. Materaca brak, więc pozostaje mi po prostu trawnik. Tym razem pozwalam sobie na 2 godziny snu. Niestety nawet ten skromny plan ktoś musiał mi pokrzyżować…

     

     ______________

    Ostatnie 3 dni zmagań pojawią się w kolejnym wpisie, gdy tylko znów uda mi się znaleźć trochę czasu. Tak jak myślałem, relacja robi się obszerna, więc taki podział całości wydaje się sensowny :)

     

    Mój tag -> #byczysnarowerze

    Pokrewne:

    #rower #szosa #kolarstwo #mrdp
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

    •  

      super :) kolejny odcinek za tydzień? :)

      @sargento: postaram się zmieścić w tygodniu, bo wspomnienia się rozpływają ;)

      @AdamTorpeda: sorry, jakoś mi umknęło to pytanie. Oczywiście dość miałem nie raz :) Każdy na tego typu imprezach miewa kryzysy. To nie jest tak, że jak ktoś przejedzie 1000 km w 2 doby, to później jest to dla niego pestka. Zawsze trzeba się przyłożyć, a warunki na trasie rzadko są takie same. Im więcej się jeździ, tym lepiej człowiek poznaje siebie, swoje granice i słabości. Z czasem uczy się jak sobie z nimi radzić.

      Jak zwykle świetnie się czytało. Czekam na ostatnią część ;-)

      @Mortal84:

      Super sią to czyta! Wrzucaj szybko tą 3 część, bo z takim cliffhangerem się ludzi nie zostawia :D

      @Karabekian:

      no to się cieszę, że nie zanudziłem ;)
      pokaż całość

    •  

      Tym razem pozwalam sobie na 2 godziny snu. Niestety nawet ten skromny plan ktoś musiał mi pokrzyżować…

      Świetne pióro, @byczys. Potrafisz umiejętnie zbudować napięcie, zaciekawić i porwać czytelnika tylko po to by na końcu niespodziewanie zostawić go z uczuciem irytującego niedosytu:)

      +: byczys
    • więcej komentarzy (8)

  •  

    512246 - 620 - 353 - 296 = 510977

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski (3142km) – Relacja, przygotowania i garść zdjęć

    O MRDP pierwszy raz usłyszałem podczas jego poprzedniej edycji w 2013 roku (maraton odbywa się w cyklu czteroletnim). Wystartowało wtedy 19 osób. Czytałem relacje uczestników i wyczyn był to dla mnie niewyobrażalny. Postanowiłem wtedy, że za 4 lata… żartuję – wtedy nawet mi przez myśl nie przeszło, że mógłbym wziąć w czymś takim udział :) Najdłuższym przejechanym przeze mnie jednorazowo dystansem było wtedy 90 km z prędkością 23 km/h i pełnymi sakwami. Mimo wszystko byłem dumny z tego przejazdu i chyba z 5 razy wracałem do zapisu śladu i go sobie podziwiałem. Dojechałem wtedy z okolic Zawiercia do Tychów!

    Jeszcze tego samego roku, w październiku, podjąłem wyzwanie które dłuższy czas miałem w głowie i postanowiłem spróbować dojechać do rodziny na Kujawach (pozdrawiam!) rowerem. Spakowałem namiot, wydrukowałem jakieś mapki i po 3 dniach i 340 przejechanych kilometrach dotarłem na miejsce, po drodze zaliczając swój pierwszy samotny nocleg na dziko. Nie pospałem wtedy za dobrze – obok przebiegała ruchliwa linia kolejowa, a każdy szelest trawy wzbudzał mój niepokój. Aż się łezka w oku kręci ;)

    Bardzo mnie tego typu jazda wciągnęła, więc w kolejnych latach odbyłem sporo kilkudniowych wycieczek z namiotem po Polsce i nie tylko (również z przyszłą jeszcze wtedy małżonką ;)).
    Zachęcony opisem zmagań rowerzystów z forum z jednorazowymi długimi dystansami, zacząłem próbować swoich sił również w tym kierunku. Uszosowiłem trochę swój rower MTB i zacząłem zaliczać samotnie coraz dłuższe wycieczki w systemie non-stop. Jednego roku złamałem barierę kolejno 200 , 300 (na Kujawy – tym razem na raz;)), i 400 km. Po zmianie roweru na bardziej szosowy (choć nie typowo), zacząłem nieśmiało spoglądać w kierunku trasy nad Bałtyk bezpośrednio z domu. Tym sposobem, za trzecim podejściem (jedno zakończone w Tczewie, drugie też już na Pomorzu, jednak z winy sprzętu) pokonałem trasę Katowice – Hel, tym samym łamiąc barierę 600 km.

    W międzyczasie zaliczałem też kilku i kilkunastodniowe wypady z namiotem m.in. do Rumunii i po Gran Canaria. Chociaż lubię jeździć samotnie, to zacząłem interesować się startami w bardziej zorganizowanych imprezach. Tym sposobem w 2016 roku wystartowałem w Brevecie 200 km i niedługo później w bardzo fajnym Maratonie Podróżnika na dystansie 530 km. Tu czas przejazdu zdecydowanie powyżej swoich oczekiwań (22h35m) i tym samym uzyskałem oficjalną kwalifikację do startu w Maratonie Północ – Południe (Hel – Głodówka k/Zakopanego) na dystansie 930 km. Przez własne gapiostwo (zgubienie portfela) mój dystans się wydłużył do 990 km, jednak mimo wszystko udało się dojechać na metę na 12h przed limitem wynoszącym 72h. Piękna przygoda i sporo zdobytego doświadczenia, w trudnych, jesiennych warunkach.

    Na mecie mieszczącej się w schronisku Głodówka, zaczęły się toczyć dyskusje dotyczące przyszłorocznego MRDP. Gdy pomyślałem wtedy, że miałbym jeszcze jechać kolejne 7 dni przy podobnym obciążeniu, to myśli o starcie szybko odsunąłem na bok. Tym bardziej, że byłem nieźle zmiękczony mokrą i zimną, górską końcówką  Jednak gdy już wróciłem do domu i doszedłem do siebie, myśl o starcie nie dawała mi spokoju. Okazało się, że jazda w formule samowystarczalnej to coś dla mnie. W pełni świadomy tego, że na jakąkolwiek rywalizację z innymi uczestnikami o miejsce w czołówce nie mam szans (własne ograniczenia fizyczne, sprzętowe, ale też dużo mniejsze doświadczenie), postanowiłem za jedyny cel obrać sobie ukończenie trasy w limicie 10 dni. Od tego momentu „choroba” MRDP ogarnęła mój umysł na blisko rok, w trakcie którego czyniłem przygotowania do startu. W zasadzie moją przygodę z tym maratonem można liczyć już od tego momentu, bo uważam że są one (przygotowania) nieodłącznym i także emocjonującym elementem całości :) Pewnie każdy startujący wie o czym mówię, ale moja małżonka zdecydowanie też jest w temacie :D (buziaki ;))

    Przygotowania polegały głównie na kompletowaniu i testowaniu sprzętu, ale również przygotowaniach organizmu do wysiłku. Moją największą zmorą przy długich dystansach był dotąd ból ramion, karku i kręgosłupa w odcinku szyjnym, który pojawiał się zawsze po 2-3 dniach intensywnej jazdy i tutaj upatrywałem najbardziej prawdopodobnej przyczyny potencjalnej porażki.
    Zacząłem więc stosować ćwiczenia ogólnorozwojowe i rozciągające – nie stosowałem tu jednak jakiegoś wielkiego reżimu. W każdym razie przyniosło to efekt :)

    Strategia noclegowa również ewoluowała. Początkowo zapisałem się do kategorii Extreme, mając w planach 2 wcześniej przygotowane miejsca noclegowe. Jednak gdy jedno z nich mi wypadło, to postanowiłem jechać z własnym sprzętem noclegowym i przeniosłem się do kategorii Total Extreme, gdzie wsparcie z zewnątrz jest zakazane i trzeba być całkowicie samowystarczalnym. Dodatkowo lepiej wpisywało się to w mój ulubiony styl jazdy. Kupiłem więc mniejszy i lżejszy namiot, jednak tygodniowy, testowy wyjazd po kilku krajach na południe od PL pokazał, że w moim przypadku taka opcja na maratonie nie sprawdzi się. Za dużo czasu zajmowało mi składanie i rozkładanie majdanu.

    Ostatecznie zdecydowałem się na jazdę z samym śpiworem i dosyć lekkim (600g), dmuchanym materacem, a ewentualne noclegi pod dachem załatwiać spontanicznie w zależności od warunków i samopoczucia na trasie. Sam materac udaje mi się przetestować tylko raz, podczas maratonu Karpacki Hulaka, w którym wziąłem udział na 3 tygodnie przed startem. Sprawdziło się to wtedy nieźle – dobra izolacja od podłoża i całkiem akceptowalna wygoda, pomimo niewielkich rozmiarów.

    No, dosyć już tego wstępu, czas przejść do właściwej relacji ;)

    Start Maratonu ma miejsce 19 sierpnia o godzinie 12 w południe, spod latarni morskiej Rozewie, czyli w okolicach najbardziej wysuniętego na północ obszaru Polski.
    Na miejsce startu docieram z Katowic koleją dzień wcześniej. Początkowo jadę sam, ale już w połowie trasy cały przedział rowerowy obsadzony jest ekipą MRDP :) Podróż mija więc dosyć szybko i sympatycznie. W Gdyni przerwa na obiad i przesiadka na pociąg do Władysławowa. Dalej pierwsze doświadczenia z brukowaną nawierzchnią i późnym popołudniem meldujemy się w bazie zawodów w Jastrzębiej Górze. Wieczorem kolacja i pogaduszki z innymi uczestnikami. Atmosfera jest dosyć swobodna, nie czuć żadnej napinki czy podenerwowania i jest sympatycznie. Wieczorne rozmowy w pokoju przeciągają się prawie do północy.

    Po dosyć rwanej nocce wstajemy około godziny 6. Z balkonu na którym trzymaliśmy rowery, w oddali widać słynną latarnię. Niebo zasnute jest ciemnymi chmurami, które przemieszczają się bardzo szybko. W nocy padał deszcz, więc jest mokro i wilgotno. Pozostaje mieć nadzieję, że do południa się trochę wyklaruje. Śniadanie w formie bufetu znika ze stołów bardzo szybko. Pomimo, że przyszedłem jako jeden z pierwszych, to po chwili nie mam w czym wybierać i udaje mi się złapać tylko 2 parówki i trochę pieczywa. Apetyt Maratończyków jest nieposkromiony  Obsługa donosi jedzenie, ale udaje mi się jeszcze załapać tylko na 2 naleśniki. Przeczekuję pierwszą falę i po dobrej godzinie w końcu udaje mi się dorwać jajecznicę. Na szczęście czasu jest jeszcze sporo i nie trzeba się gonić. W tym przypadku start w samo południe to dobre rozwiązanie. Można się na spokojnie przygotować i udaje się uniknąć niepotrzebnej nerwówki

    Pod samą latarnię idziemy niespiesznie, spacerkiem. Wygląda to trochę jak marsz skazańców ;) Robię pamiątkowe zdjęcie i odbieram trackera, dzięki któremu będzie można śledzić moją pozycję na trasie. Przed samym startem łapie mnie jeszcze Gustav z kamerką, więc mam swoje 5 minut na filmiku ;)

    MRDP Dzień 1-2
    620 km | 3348 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1144005044

    Ostatecznie po krótkiej odprawie ruszamy o 12:10, czyli z małym opóźnieniem. Pierwszy odcinek, to wspólny przejazd do przeprawy promowej Świbno, znajdującej się na 90 km trasy. Jednocześnie jest to pierwszy punkt kontrolny. Jazda przez aglomerację trójmiejską to kompletna porażka. Ruch jest olbrzymi i wiele odcinków jest całkowicie zakorkowanych. Trzeba przeciskać się między samochodami, często zjeżdżać na pseudo – ścieżki rowerowe, lub walić na zakazie, bo innej alternatywy nie ma. Aż dziwne, że nie interweniowały tu żadne służby. Za Gdańskiem robi się w końcu luźniej. Trochę gawędzę z Gustavem oraz Stanisławem Piórkowskim. Przed promem zjawiam się na około 10 minut przed zaplanowanym kursem o 16:00. Korzystając z okazji robię jeszcze małe zakupy. Gdy wracam, prom z częścią zawodników jest już po drugiej stronie. Musza oni jednak na nas czekać, bo dopiero po przeprawie ma się tu odbyć start ostry i odtąd każdy musi już jechać wg zasad swojej kategorii.

    Dalej ruszam jako jeden z ostatnich. Planuje jechać od początku swoim tempem, więc wolę by nie mieć najmocniejszych w zasięgu wzroku i nie dać się ponieść instynktowi stadnemu ;) Mijam jeszcze transparent, ustawiony przez kibiców, informujący jak niewiele już zostało do mety :)

    W trakcie mijania kolejnych uczestników, rozpoznaję awolowego kolegę, Sylwka Banasika. Chwilę rozmawiam, bo wcześniej nie mieliśmy się okazji spotkać na żywo. W Braniewie planuję pierwszy postój na pizzę i ładowanie zapasów do jazdy nocą. Przejeżdżając przez Frombork, sprawdzam godziny otwarcia restauracji i okazuje się, że mogę nie zdążyć. Zatrzymuję się więc tutaj na zakupy i znajduję inny lokal. Robi się chłodno, więc ubieram cieplejsze ciuchy, pakuje resztę pizzy i ruszam w otchłań nocy ;) Tuż za miastem zauważam rowerzystę stojącego na poboczu. Podjeżdżam zapytać czy wszystko ok, a tu okazuje się, że to wykopowy @Qardius czeka tu na mnie ponad godzinę i jest już nieźle wymarznięty. Widział na mapie, że dojeżdżam do Fromborka, ale nie przewidział mojego postoju. Szacun że wytrwał i doczekał :D Odprowadza mnie kawałek do swojego Braniewa.

    Nocą wypatruję przed sobą kolejne migające światełka i wyprzedzam kilkanaście osób. Mazurskie drogi nie rozpieszczają jakością. Mamy też dużo hopeczek, więc nudno nie jest. Około godziny 3 mijam Stasia Piórkowskiego i Marcina Nalazka. W Węgorzewie zajeżdżam na Orlen, gdzie po chwili dojeżdża też Marcin. Hot-dog, wymiana wrażeń i dalej w drogę. Poranek witam w rejonie Puszczy Romnickiej. Czas na przejazd przez Suwalszczyznę, którą bardzo lubię. W Rutka – Tartak zatrzymuje się na śniadanie w przydrożnym sklepie. W trakcie jego konsumpcji zaczyna padać deszcz, więc chowam się pod wiatą. Po chwili słyszę głuche uderzenie. Samochód wyjeżdżający spod sklepu wyjechał pod koła motocykliście i ten przyładował w jego bok. Poszkodowany zwija się trochę z bólu, a wokół zbiera się kilku wiejskich gapiów. Przyglądam się sytuacji i widzę, że ludzie naskakują na niego i twierdza ze jechał za szybko i to jego wina i w ogóle młody wariat i mógł ich przecież wyminąć a nie się ładować na maskę. Ten jest w lekkim szoku i stwierdza że nie będzie dzwonił po policję. Polecam mu, żeby jednak to zrobił, bo wina jest ewidentnie kierowcy samochodu, nawet jeśli jechał trochę za szybko i pomijając uszkodzony sprzęt, to może się okazać że ucierpiało także jego zdrowie. Wtem doskakuje mnie jakiś dziadek i wyklina mnie od najgorszych. Grozi że zaraz stąd wyjadę z dwoma śliwami pod oczami i chce wziąć od drugiego krykę żeby mnie sprać :D Mówię, że niech tylko mnie spróbuje dotknąć… ale wtedy przypominam sobie że jadę maraton i szkoda go zakończyć w taki głupi sposób. Oczywiście w żadną bójkę bym się nie wdawał, ale sytuacja zmierzała w złym kierunku ;) Mój niedoszły napastnik uciekł do sklepu coś mamrocząc jeszcze pod nosem, a ja po przebraniu w strój przeciwdeszczowy ruszam dalej zanim zjawi się policja. Kilka km dalej mijam radiowóz.

    Za Gibami, po zjechaniu z głównej drogi prowadzącej do Augustowa, ktoś macha do mnie spod wiaty i zaprasza do siebie. Niestety nie pamiętam imion, ale to jakaś rowerowa para kibiców częstuje wodą i naleśnikami. Twierdzą, że to dla wszystkich, więc postanawiam się skusić na jednego – dzięki, był pyszny  Trochę ciężko się stamtąd ruszyć, bo pada nieprzerwanie od rana, a teraz jakby jeszcze mocniej. Jadąc dalej, postanawiam dociągnąć tego dnia do Krynek, gdzie podobno znajdę jakieś schronisko młodzieżowe. Jestem kompletnie przemoczony, więc nocleg na dziko nie wchodzi w grę. Im bliżej wieczora, tym zimniej się robi. Ponura aura potęguje senność i zmęczenie. Jadę praktycznie bez przerwy, bo postoje nie są w tych warunkach przyjemnością. Do Krynek docieram nieźle wypruty, jednak myśl, że zaraz zrzucę z siebie to wszystko dodaje mi otuchy.

    Dopytuję policjanta o schronisko młodzieżowe ale nie jest w stanie mi pomóc. Zaczynam podejrzewać najgorsze. Dopytuje jeszcze jakąś panią i nakierowuje mnie na szkołę. Jest schronisko! Zamknięte! A numer telefonu nieaktywny. Stoję w tym deszczu podłamany i kombinuję co dalej. Do następnej opcji noclegowej prawie 50 km. Muszę jeszcze coś podziałać lub jechać dalej. Spotykam jeszcze raz tę samą kobietę i daje mi namiary na jakiś inny nocleg w tej pipidówie. Podjeżdżam pod dom, światła się świecą – jest nadzieja. Pukam, nikt nie otwiera. Znajduję numer i dzwonię, jednak kobieta od razu mówi że nie ma miejsc i się chce rozłączyć. Zagaduję jednak, że maraton, że cały dzień w deszczu, że mam materac i śpiwór, że tylko suchy kąt potrzebny, że może być garaż lub cokolwiek.
    Po chwili namysłu stwierdza, że w sumie to ma jeden pokój, ale nieposprzątany… i nie wie czy mi taki będzie odpowiadał. Mówię, że biorę na pewno :) Nalega, bym najpierw zobaczył. Okazuje się, że to porządny pokój z 3 łózkami i łazienką, a jedyny „bałagan” polega na tym, że na dwóch łóżkach jest używana pościel ;) Proponuje 20 zł, więc tym bardziej biorę z pocałowaniem ręki. Wyskakuję jeszcze na drugą stronę ulicy do karczmy na pierogi, dalej szybki prysznic i po ustawieniu budzika na 4h momentalnie zasypiam.

    MRDP Dzień 3
    353 km | 1239 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1145583685

    Śpię bite 4h bez przerwy, aż do budzika. Okaże się, że to najdłuższy nieprzerwany sen w trakcie całego maratonu. Wszystkie ubrania są nadal kompletnie mokre, bo w pokoju chłodno. Cudowne uczucie wkładać na siebie to wszystko z powrotem i wyjść o 2:30 w nocy na zewnątrz ;) Plus jest taki, że w końcu przestało padać, więc pedałując odpowiednio dynamicznie można to mokre odzienie na sobie jakoś ogrzać.

    Ruszam więc żwawo, ale po chwili coś mi nie pasuje. Dlaczego jadę na północ? Ok, jadę w złym kierunku, dobrze że się zorientowałem odpowiednio wcześnie 
    Po ciemku pokonuję jedyny szutrowy odcinek trasy (ok 5km). Po deszczach jedzie się tu dosyć kiepsko, ale bez tragedii. O poranku zajeżdżam do Hajnówki, spragniony normalnego jedzenia. Udaje mi się upolować jakiś hotel, gdzie o tej godzinie podają już śniadanie w formie bufetu. Za 20 zł mam niezłą wyżerkę, ale czasu schodzi mi tu sporo, bo nie umiem przestać jeść ;)
    Około południa ląduję w Siemiatyczach. Jestem dopiero 4 godziny po porządnym śniadaniu, ale widok baru mlecznego wywołuje u mnie taki głód, że muszę się zatrzymać. Warto było, bo w pół godziny solidnie pojadłem i jeszcze zabrałem pyszne krokiety na drogę. W Neplach przed Terespolem obowiązkowe foto z czołgiem.
    Kawałek dalej doganiam Daniela Śmieję. Dziś naszą trasę przecina sporo komórek burzowych, które gdy nadchodzą warto przeczekać, bo opad trwa chwilę, a nie jest się ponownie mokrym. Momentami wjeżdża się w rejony, gdzie kałuże są olbrzymie, a woda nadal spływa strumieniami i widać że przed chwilą lało solidnie. Robimy z Danielem taki krótki postój pod wiatą, ale ponieważ jedziemy solo, to ja zostaję jeszcze na krokieta i tym sposobem się rozdzielamy ;)
    Dalej doganiam Emesa, który poluje na jakiś sklep. Robimy wspólne zakupy we Włodawie, dołączając ponownie do Daniela. Zjadamy tutaj też wspólną kolację. Gdy zbieramy się do wyjścia, w lokalu zmienia nas Stasiu Piórkowski. Po pewnym czasie wyprzedzam Emesa, który wyjechał trochę wcześniej. Tutaj chyba widzimy się ostatni raz na trasie – odtąd będę miał do niego ciągłą stratę kilku godzin aż do mety.
    Jadąc wzdłuż Bugu docieram do Dorohuska. Zapowiada się zimna noc. Śmiać mi się chce, gdy przypominam sobie jak jeden z uczestników (nie pamiętam kto) przed startem obiecywał sobie, że jak dojedzie do Bugu właśnie, to się w nim wykąpie – powodzenia ;) Ale mało kto spodziewał się, że o tej porze roku warunki tutaj będą tak fatalne.

    Mijam Biedronkę całodobową, ale w sumie mam jeszcze sporo zapasów, więc zaczynam szukać miejsca pod materac. Znajduję jakiś zespół szkolny i rozkładam się pod drzwiami. Pomimo bardzo chłodnej nocy śpię całkiem komfortowo około 4h. Oczywiście nie obyło się bez pobudek w trakcie, bo człowiek pomimo olbrzymiego zmęczenia jest ciągle nakręcony.

    MRDP Dzień 4
    296 km | 2111 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1147430592

    Około 4:30 jestem z powrotem na rowerze. W końcu mamy słoneczny poranek. W towarzystwie nadbużańskich mgieł zjadam zimne pierogi, które wiozę od Włodawy. Dalej przejeżdżam przez Zosin, czyli najbardziej na wschód położoną miejscowość w Polsce. W Hrubieszowie zahaczam o Orlen. Przed Tomaszowem Lubelskim, jakośc przed południem dopada mnie największy dotąd kryzys. Jestem kompletnie wykończony i ledwo jadę. Dodatkowo jestem bardzo śpiący i po prostu czuję się bardzo kiepsko i niepewnie. Gdy wjeżdżam na dosyć ruchliwą drogę robi się już zbyt niebezpiecznie, więc po prostu wchodzę w las, kładę rower, zjadam cokolwiek i tak jak stoję ładuję się na ściółkę tuż obok i momentalnie zasypiam. Po około pół godziny budzę się i oceniam swój stan. Jest trochę lepiej, ale nie jest to forma z jaką mógłbym dalej jechać. Kulam się wiec do Tomaszowa, gdzie robię duże zakupy w Biedronce i znajduję bar mleczny, gdzie posilam się porządnie. W mijanym sklepie militarnym wypatruję jeszcze odblaskową opaskę, która okazuje się idealnie pasuje na mój kuferek.
    Na tym wszystkim schodzi mi 1,5 godziny, ale warto było, bo poczułem się zdecydowanie lepiej.
    Za Narolem zaczyna padać deszcz. Na szczęście przelotny i późnym popołudniem wychodzi słońce, więc i morale idą w górę. Pierwsze góry są już w zasięgu ręki. Do Przemyśla dojeżdżam wieczorem. Robię zakupy i zamawiam jakiś makaron. Całkiem smaczny, ale nie jest to porcja maratońska ;)

    Mimo wszystko pierwsze podjazdy idą mi całkiem dobrze. Niebo się klaruje i widać pięknie gwiazdy, jednak robi się bardzo zimno. Na podjeździe pod Arłamów wyprzedzam jednego z zawodników. Prowadzi rower pod górę, jest trochę zrezygnowany. Chwilę dyskutujemy i jadę dalej. Po dość długim i zimnym zjeździe łapie mnie senność i postanawiam się zdrzemnąć. Znajduję jakieś wiaty, zaczynam się rozkładać ze śpiworem, ale przejeżdżające auto daje mi światłami po oczach, uświadamiając że nie jest to dobra miejscówka na sen. Dodatkowo zdałem sobie sprawę jak jest zimno i że najlepiej będzie rozejrzeć się za normalnym noclegiem.

    Ruszam dalej i po pokonaniu kilku wzniesień jestem w Ustrzykach Dolnych. Dzwonię na dzwonek do jakiegoś hoteliku – nikt nie otwiera. W innym trwa jakaś impreza, ale postanawiam spróbować – brak miejsc. Błądzę po jakichś uliczkach, tracąc tylko czas. Zrezygnowany i zmęczony ruszam dalej, bo co innego mi pozostało. Już przy wyjeździe z miasta dostrzegam jakiś gościniec (zdjęcie robione już o poranku), gdzie drzwi wejściowe są otwarte i nawet świeci się światło. Wchodzę do środka, ale nikogo nie ma. Znajduję numer telefonu i pomimo że jest 1 w nocy, postanawiam zadzwonić. Niestety nikt nie odbiera. Wchodzę jeszcze raz nieśmiało i rozglądam się po wnętrzu. W jednym z pokoi nasłuchuję jakieś rozmowy. Pukam więc, ale rozmowy cichną i nikt nie otwiera. Po jakimś czasie ktoś powoli otwiera drzwi. Pytam o możliwość noclegu, ale tłumaczą że sami ledwo znaleźli miejsce na nocleg i raczej kiepsko z tym będzie. Postanawiam jeszcze raz zadzwonić. Odbiera pan z zaspanym głosem. Pomimo późnej pory spokojnie odpowiada że niestety nie ma miejsc. Przepraszam za późną porę i tłumaczę sytuację. Że maraton, że śpiwór mam, że na 4 godziny itp. Mówi, że nie ma go na miejscu, bo jest obecnie na Śląsku, ale dodaje: „Pan posłucha. Proszę sobie wejść na pierwsze piętro, tam na korytarzu jest kanapa, to proszę się przespać. Niżej jest kuchnia, można zrobić herbatę itp. Jest też łazienka. Jak rano ktoś będzie pytał, to Pan ze mną rozmawiał. Powodzenia.”
    Ale ulga! Szacunek dla tego Pana za podejście :) Ostatecznie ląduję na czymś takim. Jest dobrze! Dobranoc :)

    __________________________________________________________

    Niestety czasu na pisanie relacji mam niewiele, a dodatkowo wiem, że ciężko przebrnąć jednorazowo przez taką dużą ilość tekstu, więc pozostałe części (dni 5-6-7 oraz dni 8-9-10 czyli zachód, wybrzeże i finisz) napisze w miarę możliwości niebawem. Powinno być optymalnie. Przepraszam, jeśli ktoś czuje niedosyt, ale lepsze to niż przesyt ;)

    Wszystko oczywiście pojawi się pod tagiem #byczysnarowerze

    #rower #mrdp #szosa #kolarstwo #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

  •  

    548916 - 303 = 548613

    "Wypad na Mazury" nabiera nowego znaczenia (Pruszcz Gd-Kętrzyn)( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Statystyki:
    Dystans: 303,40 km
    Czas trwania: 12g:44m:28s
    KCAL: 10 021 kcal
    Średnia prędkość: 23.81 km/h
    Maks. prędkość: 63.85 km/h

    W tym tygodniu to już 303km!
    #rowerowyrownik #ruszgdansk #100km #200km #300km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: Maz.jpg

  •  

    572102 - 39 - 26 - 433 = 571604

    https://www.strava.com/activities/1137128899 - środa - test oświetlenia

    https://www.strava.com/activities/1139919539 - piątek - szybko po okolicy przed grillem

    https://www.strava.com/activities/1143854380 - Wrzesień zbliża się szybko i zaraz skończą się weekendowe zakazy jazdy dla TIR więc nadeszła pora na bicie życiówki. Plan minimum 380-400km na wschód, żeby nie było płaski. Tak się złożyło, że dzień wcześniej startowało MRDP i 300km wypadał im w mojej okolicy, także wyjeżdżałem z nadzieją na poznanie Byczysa :D

    Start 1:50 w nocy, w torbie zapas latarek, muzyka i kasa, resztę znajdzie się po drodze. Odcinek LW-Biskupiec mija szybko i spokojnie. Asfalt w miarę ok, droga przez lasy więc trzeba sobie śpiewać. Pierwszy błąd w planie pojawia się już na drugim odcinku Bisztynek-Korsze. Ostatni raz jechałem tam 3 lata temu i od tamtej pory z asfaltem zrobiło się jeszcze gorzej. Gdzie idzie ta kasa z unii :D
    Pierwszych kolarzy z MRDP spotykam tuż za Korszami, okazuje się, że w pierwszy dzień nikt chyba nie miał zamiaru spać i to jest końcówka "peletonu", a więc szanse na spotkanie spadają. Od Korsz aż do Gołdapi trasa układa się w 70% po asfaltowych odcinkach #greenvelo więc można bez obaw śmigać nawet nocą w dyskotekowy weekend. Żaden pijaczek raczej nie potrąci. Na tym odcinku mijam też kilku kolejnych przysypiających kolarzy.

    Pierwszy 5 minutowy postój w Gołdapi na fotkę: http://joxi.net/a2XENX8HylppnA.png
    i jazda dalej do jednego z dwóch głównych celów, mostów w Stańczykach. A tam jak lesie cytując klasyka. Żeby zrzucić się z mostu trzeba zapłacić 5zł.
    http://joxi.net/DrlRW0Yt4Gdnq2.png

    Rezygnuję więc, wcinam batonika i jazda dalej na Trójstyk
    http://joxi.net/5md59qbUvaJp42.png

    Żeby wyjazd nie należał do zbyt przyjemny tuż za granicą warmińsko-mazurskiego łapie mnie deszcz i pierwszy kryzys. Jednak na batonikach daleko nie da się zajechać. Chwytam więc w pierwszym lepszym sklepie drożdżówki, zaliczam brakujące okoliczne gminy i starać się uciekać od deszczu.
    Na Suwalszczyźnie naprawdę mieszkają inni ludzie. Mijałem dziewczynę na rowerze, ja w pełnych termikach, kurtce przeciwdeszczowej i jeszcze się trzęsę na zjazdach a ona z uśmiechem na ustach w stroju kąpielowym (づ•﹏•)づ

    Powrót z Suwalszczyzny bez większych przygód aż do zmroku. Wtedy okazało się, że muszę jednak zainwestować w nowe oświetlenie. Lampka używana od początku wyjazdu wyczerpała się, convoy znowu zaczął szaleć na wybojach i została mi tylko gównoświatełko którego używam do jazdy po mieście. Ostatnio 70km to był slalom między dziurami, które mogłem dostrzec z 2m i wesołe śpiewy dla leśnych zwierzaków.

    Plusy:
    - przetestowana noga - gdyby nie ograniczenie czasu to była szansa na więcej km
    - przetestowane Lezyne Super GPS - według producenta ma trzymać 20h u mnie po 21 godzinach z podpiętymi czujnikiem kadencji i prędkości na BT, Hr na BT i nawigacją zakończyłem trasę z 35% baterii.

    Minusy:
    - muszę kupić nowe światełka
    - nie złapałem byczysa, zabrało około 35km

    #wykoptribanclub

    Statystyki:

    Dystans: 39 km
    Czas: ◷01:41:02
    Średnie tempo: 2:34 min/km
    Średnia prędkość: 23,36 km/h
    Kalorie: 1699 kcal
    Średni puls: ❤133.7bpm
    Maksymalny puls: ❤160bpm

    Dystans: 26 km
    Czas: ◷00:59:07
    Średnie tempo: 2:18 min/km
    Średnia prędkość: 25,96 km/h
    Kalorie: 1307 kcal
    Średni puls: ❤135.8bpm
    Maksymalny puls: ❤168bpm

    Dystans: 433 km
    Wertykalnie: 2396m(↑1194m/↓1202m)
    Czas: ◷18:48:48
    Średnie tempo: 2:36 min/km
    Średnia prędkość: 23,00 km/h
    Kalorie: 14959 kcal
    Średni puls: ❤133.227bpm
    Maksymalny puls: ❤174bpm

    W tym tygodniu to już 498km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km #400km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: joxi.net

  •  

    581983 - 310 = 581673

    16 sierpnia 2017
    Trzysta! Z Mazur przez Warmię do Gdyni

    https://www.strava.com/activities/1137165897

    Ostatni, najdłuższy etap wyprawy. Zaczęło się spokojnie, mazursko, rześko. Po wjeździe na Warmię zaczęły się podjazdy i gorsze drogi. Podjazdy zrobiły się konkretne, dłuższe. Temperatura również się wydłużyła:) Warmia od Wipsowa do Dobrego Miasta to bardzo ładne widoczki. W Elblągu zaczęło się wyczekiwanie na nieuchronny deszcz. Dopadł mnie za Malborkiem. Do Gdańska tylko padało, czasem mocniej. W Sopocie zrobiła się mega ulewa, która trwała praktycznie aż do domu. Ale przetrwałem, rower i bagaż też. Kolejna trzysetka zaliczona!

    Statystyki:

    Dystans: 310 km
    Czas: ◷12:39:13
    Średnie tempo: 2:27 min/km
    Średnia prędkość: 24,48 km/h
    Kalorie: 10755 kcal
    Średni puls: ❤131.3bpm
    Maksymalny puls: ❤162bpm

    W tym tygodniu to już 925km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km
    pokaż całość

    źródło: 6.jpg

  •  

    585859 - 331 = 585528

    Ten wpis. Bo dodałem, ale gdzieś tag #rowerowyrownik zginął i nie dodało się.

    #rowerowyrownik #100km #200km #300km (nr 6)

  •  

    586831 - 302 = 586529

    Pierwsze trzysta w życiu i poprawa poprzedniego rekordu o 56 kilometrów :D

    Nauczka na przyszłość, nigdy nie jeść w domu podczas takiej jazdy bo się zasiedziałem i potem kadencja 60 to maks co mogłem osiągnąć przez ponad godzinę xD

    Statystyki:

    Dystans: 302 km
    Czas: ◷11:43:24
    Średnie tempo: 2:19 min/km
    Średnia prędkość: 25,73 km/h
    Kalorie: 14660 kcal
    Średni puls: ❤159.5bpm
    Maksymalny puls: ❤192bpm

    W tym tygodniu to już 358km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    Miało być #300km z Trójmiasta na Mazury ale kolano powiedziało po #100km stop, wracamy ( ͡° ʖ̯ ͡°)
    #szosa

  •  

    611577 - 410 - 280 = 610887

    Maraton Karpacki Hulaka 2017 ukończony!

    Ale tym razem nie zacznę od relacji, a chciałbym poprosić Was o pomoc w opracowaniu strategii, ale również o plusy, które pomogą mi dotrzeć do większego grona użytkowników, rozsianych przecież po całej Polsce.

    Już niebawem (19 sierpnia) startuję w Maratonie Rowerowym Dookoła Polski. W ciągu 10 dni trzeba pokonać w trybie samowystarczalnym 3142 km. Więcej szczegółów na stronie Maratonu

    Jeszcze rok temu nawet bym nie wpadł na to, by w czymś takim wystartować. Jednak gdy we wrześniu 2016 ukończyłem Maraton Północ – Południe i tym samym zdobyłem kwalifikację do startu w MRDP, zacząłem rozmyślać, czy może jednak stawić czoła wyzwaniu. Rozpocząłem zagłębianie tematu, kolejny raz przeczytałem relacje uczestników edycji z 2013 roku (maraton odbywa się raz na 4 lata) i końcem roku podjąłem decyzję – jadę. Od tamtej pory, czyli ostatnich 8 miesięcy, duża część mojego życia podporządkowana była przygotowaniom do tego startu. Drobne modyfikacje sprzętu, testowanie ekwipunku itp. Poznałem kilka nowych osób ze światka polskiego ultrakolarstwa, popodglądałem, powymieniałem doświadczenia i chłonąłem dobre rady.

    Aktualnie jestem własnie na etapie planowania strategii. Najłatwiejszym rozwiązaniem, byłoby podzielenie trasy na odcinki i wcześniejsza rezerwacja noclegów, a następnie sukcesywna jazda od punktu do punktu. Jednak kto czasem śledzi moje wpisy, to pewnie orientuje się, że to zdecydowanie nie mój styl jazdy ;) Wolę poddać się przygodzie i spontanicznie reagować na konkretne sytuacje / warunki.

    Początkowo rozważałem wieźć ze sobą namiot, ale ostatecznie zdecydowałem się na sam śpiwór oraz lekki dmuchany materac, bo i tak waga całego zestawu jest daleka od optymalnej. Szczególne znaczenie będzie to miało na górskim odcinku pomiędzy Przemyślem a Świeradowem, liczącym ponad 1100 km.
    Z grubsza licząc, każdej nocy mogę sobie pozwolić na 3, maksymalnie 4 godziny snu, na rzeczonym materacu i w śpiworze. W przypadku złych warunków, dużego zmęczenia itp. będę na bieżąco szukał bardziej cywilizowanych warunków.

    I tu przejdę do meritum – chciałbym z Wasza pomocą stworzyć sobie listę:

    - potencjalnych miejscówek, gdzie mógłbym w miarę spokojnie i bezpiecznie przenocować w takim zestawie. Mogą to być przydrożne wiaty, opuszczone budynki, pola biwakowe itp. Być może ktoś ma również sprawdzoną "noclegownię", gdzie mógłbym za niewielką opłatą skorzystać z kawałka podłogi i łazienki. Oczywiście jak najbliżej wytyczonej trasy ;)

    - znanych i polecanych lokali gastronomicznych. Jeśli ktoś zna i może polecić restaurację czy bar, leżący na trasie lub w jej pobliżu, to proszę o informację. Najbardziej pożądane są takie z domowym jedzeniem, gdzie oferuje się danie dnia itp. Chodzi o to żeby było szybko i smacznie, ale przede wszystkim bezpiecznie, bo zatrucie pokarmowe mogłoby oznaczać konieczność wycofania się z udziału.

    Bezpośredni link do trasy: https://ridewithgps.com/routes/23843164

    Jeśli ktoś chciałby podopingować, to chętnie zamienię słówko na trasie. Jednak w mojej kategorii dłuższa jazda z innymi kolarzami jest zabroniona, już nie wspominając o jeździe „na kole”. Ale jadąc obok siebie można będzie chwilę pogawędzić :) Te zasady są dla mnie priorytetem i na pewno będę się ich trzymał.

    Z kolei jeśli ktoś zechciałby śledzić poczynania uczestników sprzed komputera, nie opuszczając piwnicy, to też jest taka możliwość, bo każdy zawodnik będzie wyposażony w urządzenie przesyłające na żywo dane o lokalizacji.

    Mapa z położeniem będzie dostępna na stronie trackcourse.com (obecnie jeszcze nieaktywna).
    Maratończyków obowiązuje również relacja sms, za pomocą których trzeba będzie potwierdzić każdy z 41 punktów kontrolnych znajdujących się na trasie. Można też będzie wysyłać tam swoje aktualne, przemyślenia i odczucia ;) Będą pojawiać się pod profilem każdego z uczestników. Moje powinny być tutaj:

    http://mrdp.pl/zawodnik/marceli-byczek-2017

    Z kolei tutaj powinny pojawiać się po kolei wszystkie sms:

    http://mrdp.pl/relacja-online

    A tutaj będą mogli udzielać się kibice (obecnie są tam jeszcze wpisy z edycji 2013):

    http://mrdp.pl/komentarze

    Postaram się również czasem dodać swoje odczucia, sytuację i marudzenie pod swoim tagiem. Zainteresowanych zapraszam więc do obserwowania -> #byczysnarowerze

    Moja Strava: https://www.strava.com/athletes/7485043

    Tag jest ciągle żywy i raz na kilka tygodni wrzucam pod nim relacje z dłuższych wyjazdów i ultramaratonów.

    Jakie mam ambicje?

    Moim głównym i jedynym celem jest ukończenie trasy Maratonu w wymaganym limicie 10 dni. Jest to dla mnie olbrzymie wyzwanie i główną walkę będę toczył z samym sobą. Średnio na dobę trzeba będzie pokonać prawie 320 km. Niestety nie można sobie trasy podzielić na takie odcinki, bo jak wspominałem trasa wiedzie przez całe polskie góry, gdzie wyrobienie takiego dystansu przez 4 dni z rzędu, mając już ponad 1000 km za sobą jest arcytrudne i stać na to tylko garstkę wyjadaczy, którzy będą rywalizować między sobą o podium.

    Jak widać czas jest tak wyżyłowany, że w zasadzie wystarczy dłuższa chwila słabości i szanse na ukończenie gwałtownie maleją, a w raz z nimi morale. A poza przygotowaniem fizycznym to właśnie psychika będzie grać olbrzymią rolę. Dlatego każde dobre słowo jest mile widziane i może pomóc mi w osiągnięciu celu :)

    Z góry dzięki!

    #rower #kolarstwo #polska

    A poniżej relacja z Karpackiego Hulaki, czyli prawie 700 km wybitnie górskiej trasy bez wypłaszczeń ;)

    Karpacki Hulaka to nowy pomysł na imprezę w stylu ultra. Jej organizatorem jest Krzysiek Sobiecki. Formuła trochę odbiega od tych wg których jeździłem dotąd, jednak zdecydowanie przypadła mi do gustu ;)

    Zasady były dosyć proste: jazda solo, całkowita samowystarczalność i do przejechania 7 obowiązkowych segmentów, każdy w innej części Karpat:

    Beskid Mały
    Beskid Makowski
    Beskid Niski i Pogórza
    Beskid Śląski
    Beskid Wyspowy
    Pasmo Babiogórskie
    Podhale

    Trasę pomiędzy poszczególnymi segmentami, każdy sobie dobierał sam. Godzinę startu również każdy wybierał dowolnie, byle wraz z czasem finiszu zawrzeć się w trzech wyznaczonych dobach (pt-nd).

    Już dobre 2 tygodnie przed startem wyrysowałem sobie trasę, zapisałem w Garminie i zacząłem planować strategię. Wg śladu do przejechania miałem 660 km i prawie 9000 metrów w pionie. Pierwotnie planowałem start w sobotę wcześnie rano, jednak gdy zaczęły do mnie docierać powyższe cyfry, postanowiłem wyruszyć w piątek na noc - na wcześniej nie pozwalała mi praca.

    Początkowo chciałem jechać na lekko, jednak pomyślałem, że może być to świetna okazja do sprawdzenia ekwipunku jaki planuję zabrać na tegoroczny MRDP. Wiedziałem, że będzie to dodatkowy i w tym przypadku znaczący balast, bo trasa miała być wybitnie górska. Uświadomiłem sobie jednak, że w sierpni będę musiał z nim pokonać 5 razy tyle kilometrów, z których prawie 1/3 (ok 1100 km) będzie przebiegać po polskich górach.

    Tym sposobem uzbrojony w śpiwór, materac i wszystkie łachmany, około godziny 19 zajeżdżam na ulicę Staromostową w Krakowie, gdzie znajduje się lokal o nazwie "Punkt Docelowy" wyznaczający miejsce startu.

    Już na początek niespodzianka - gdy chcę napełnić bidon wodą z izotonikiem, orientuję się, że zgubiłem zakrętkę. Musiała być niedokręcona i na krakowskich brukach po prostu sobie uciekła. Postanowiłem wyruszyć na poszukiwania, więc przejeżdżam całą trasę do dworca jeszcze raz (a w zasadzie dwa razy). Niestety nie udało się znaleźć zguby, więc kupuję jakieś Oshee z dziubkiem, który przekładam do 1,5l butli z woda mineralną. Strasznie to nieporęczne, ale ostatecznie będzie mi służyć aż do mety.

    Ostatecznie lekko wkurzony startuję o godzinie 20 i ruszam w stronę Wieliczki, by na pierwszy rzut zaliczyć segment w Beskidzie Wyspowym. Ruch samochodowy spory. Co chwilę łapią mnie czerwone światła, co mnie dodatkowo denerwuje, bo nie mogę się rozkręcić. Myślę nawet czy ta cała akcja ma sens ;)

    W samej Wieliczce ślad ładuje mnie na jakiś stromy brukowy podjazd, czyli pierwszy ze skrótów na którym się tak naprawdę traci :) Za Dobczycami wjeżdżam na właściwy segment. Początek drogi zamknięty (przebudowa mostu), jednak można się przedostać dalej kładką dla pieszych. Od teraz muszę być czujny, bo przez nieuwagę przy planowaniu, mój ślad nie prowadził dokładnie po tym wymaganym. Zorientowałem się w dzień startu i nie miałem już możliwości wgrania właściwego. Dlatego już w pociągu przejrzałem na Street View właściwy wariant i teraz odtwarzam go z pamięci. W sumie mam aż 3 korekty, ostatnia przed Żegociną.

    Ostatni posiłek jadłem po południu w domu, więc już około północy zajeżdżam już na stację na Hot Doga i przyodziewam nogawki itp. Dotąd dało się spokojnie jechać na krótko. Za Uściem Gorlickim wita mnie świt, a także dzika zwierzyna przecinająca mi drogę.

    Jako cel na pierwszy dłuższy odpoczynek obieram sobie McD w Nowym Sączu. Jestem trochę za wcześnie, więc korzystając z chwili czasu rozbieram się znów na krótko, choć jest jeszcze dosyć rześko. Niedaleko mnie zbiera się grupa kibiców na wyjazd do Warszawy. Do śniadania słucham więc w kółko powtarzanej popularnej przyśpiewki o Legii ;)

    Za mną 2 segmenty, więc pora skierować się w kierunku Podhala. Oznacza to prawie 100 km wspinania się pod górę, z małym wyjątkiem w okolicy Jeziora Czorsztyńskiego. W Tylmanowej mijam się z jadącym z naprzeciwka Krzyśkiem, czyli wspomnianym organizatorem całego zamieszania, ale jednocześnie jednym z uczestników. Krzysiek startował w piątek rano, więc większą część trasy ma już za sobą. Chwila pogaduszek, wymiana wrażeń i żegnamy się. Tuz za Krościenkiem zatrzymuję się na szybki rosół i małą toaletę. Teraz zaczyna się już właściwy podjazd na kulminacyjny punk segmentu podhalańskiego, czyli przełęcz na Hali Głodówka. Rok temu była tu meta maratonu Północ – Południe w którym brałem udział, jednak tym razem trzeba jechać dalej ;) Teraz wybija mi tutaj równe 300 km, wtedy było to 990.
    Niestety jest sobota w pełni, więc ruch na drogach jest duży. W połączeniu ze słońcem i niedospaniem, ciągle wyprzedzające auta drażnią mnie podwójnie. Kończy mi się prowiant, więc na zjeździe do Poronina, w Murzasichle, robię postój. Jestem tak wygłodzony, że chciałbym kupić wszystko po kolei. Do picia biorę 3 różne napoje, w tym sok pomidorowy. Nie mogę się również oprzeć ogórkowi małosolnemu ;)

    Od Poronina zaczynam wymagający podjazd pod Ząb, czyli najwyżej położoną miejscowość w Polsce. Tutaj ruch już mniejszy, a widoki na tatrzańskie szczyty cieszą oko i duszę. Porządną kolację planuję zjeść w Czarnym Dunajcu, gdzie mam sprawdzony lokal z dobrymi obiadami. Gdy tak sobie jadę i już rozmyślam o menu, nagle uświadamiam sobie, że przecież zaraz wyjeżdżam z Podhala, a nie zaliczyłem jeszcze obowiązkowego odcinka pod Obidową! Zerkam na mapę i wszystko jasne – minąłem zjazd, a że była to tylko „odnoga”, to nadal byłem na właściwym kursie, co uśpiło moją czujność. Szybka kalkulacja i wychodzi 16 km gratis. Trudno, trzeba wracać.

    Gdy zaliczam szczyt podjazdu i zatrzymuję się pod Rdzawką, okazuje się że Czarny Dunajec to w zasadzie nie jest mi po drodze, więc postanawiam wejść do baru oferującego obiady. Jestem ostatnim obsłużonym klientem, więc decyzja słuszna, bo później mógłbym zostać skazany na hot-dogi, które mi się już mocno przejadły podczas poprzednich maratonów. Niestety ziemniaków brak, a na frytki nie mogę patrzeć, ale udaje mi się zamówić dużą porcję ryżu, grillowaną pierś z kurczaka i zestaw surówek, uprzednio rozgrzewając żołądek porządną michą pomidorowej. W końcu trochę „normalności” ;)

    Dobrze odżywiony ruszam z powrotem w kierunku Jabłonki. Teraz zacznę jazdę po znanych mi terenach – celowo tak ułożyłem kierunek trasy, by w jej drugiej części, gdy zmęczenie jest największe, czuć się jak u siebie ;)

    Zgodnie z przyjętą strategią, przed samym zachodem słońca planuję znaleźć jakiś kąt, gdzie mógłbym się przespać około 3 godzin w śpiworze. Od Zubrzycy rozpoczyna się długi podjazd na Przełęcz Krowiarki, więc okoliczności dobre – po wyjściu z ciepłego śpiwora będę mógł się od razu rozgrzać jadąc pod górkę. Po lewej mijam jakiś plac budowy. Chwilę się przyglądam, planuje nawet zagadać ochroniarza, ale zauważam kamery, więc jadę dalej. Zajeżdżam na tyły szkoły, gdzie ubieram się cieplej, obserwując przy tym okolicę. Obiekt również wyposażony jest w monitoring, ale nie mogę przecież jeździć z miejsca na miejsce bo szkoda czasu. Teraz 20 dmuchnięć w materac i już leżę pod zadaszonym wejściem do budynku. Budzik ustawiam na 3 godziny i w końcu nadszedł czas odpoczynku.

    Jeszcze dobrze nie zamknąłem oczu, gdy słyszę jakąś grupę młodzieży która rozsiada się na ławce 20 metrów ode mnie. Jest już ciemno więc nie zauważają mnie, jednak ich śmiechy i rozmowy nie pozwalają mi zasnąć. Słucham więc sobie i oceniam towarzystwo. Raczej niegroźne młodziki - przyszli napić się piwa i spalić jakieś chwasty – mam nadzieję że zrobią co mają do zrobienia i sobie pójdą, więc zatykam uszy i próbuję zasnąć. Po około godzinie jeden z nich dostrzega mój rower. Podchodzą we dwóch i świeca we mnie latarkami z telefonów. „Ty ktoś tu leży!” „Dobra, zostaw go, niech śpi”.

    Miałem nadzieję że po tym zbiorą się trochę szybciej, lub chociaż będą odrobinę ciszej. Niestety po powrocie do grupy stwierdzili tylko „ktoś tam śpi” i toczyli dyskusję dalej bez żadnych pohamowań ;)

    Na chwilę udaje mi się zasnąć, a gdy się budzę, to nikogo już nie ma. Patrzę na zegarek – spałem max godzinę, ale minęły prawie całe założone trzy. A pośpię jeszcze ze dwie, w końcu spokój… Zaraz, zaraz, halo - przecież nie o to w tym chodzi. Zwijam majdan i marznąc wsiadam na rower aby kontynuować podjazd u podnóży Babiej. Po chwili we wsi zaczynają wyć syreny. Jest pierwsza w nocy, ale nikogo to chyba nie interesuje. A wyją głośno i bardzo długo. Po pewnym czasie mija mnie jednostka straży pożarnej.

    Na parkingu pod Przełęczą Krowiarki sporo samochodów i turystów (jak na tę porę). No tak, jest weekend i ludzie przyjechali podejść na Babią na wschód słońca. Trochę mnie wkurzają, bo patrzą na mnie oślepiając mnie tymi swoimi czołówkami. Na szczycie popełniam błąd, bo przed tym długim i przecież znanym mi dobrze ponad 15 km zjazdem do Zawoi nie ubrałem kurtki. Wytelepało mnie nieźle. Na dziurawym podjeździe pod Stryszawę trochę się rozgrzewam i na szczycie przyodziewam się przed kolejnym zjazdem. Da dole jest czynna stacja, niestety samo okienko i ciepłej strawy brak. Zjadam 7 Days i ruszam dalej. Brak snu daje się we znaki. Postanawiam uciąć sobie jeszcze drzemkę przed samym wschodem. Na jednym z przystanków udaje się przespać jeszcze kilka minut, ale chłód szybko stawia mnie na nogi. Czuję się dużo lepiej więc jadę dalej.

    W okolicy Huciska ślad wprowadza mnie w jakieś szutrowe ścieżki. Nie chcę ryzykować i zawracam na główną i sprawdzoną drogę. Gdy docieram do Żywca jest już jasno. Świt wita mnie w tym samym miejscu co podczas niedanego Tour de Silesia. W Węgierskiej Górce klasycznie już postój na Hot Doga. Ogarniam toaletę i zaczynam kolejny raz w tym roku wspinaczkę pod Ochodzitą. Tym razem jednak, postanawiam sprawdzić wariant którym przyjdzie mi jechać podczas MRDP, czyli przejazd przez wieś Szare, ze „słynnymi” stromymi płytami na końcówce podjazdu.

    Za Koniakowem zaczyna się właściwy segment Beskidu Śląskiego. Jest zaledwie kilka minut po godzinie 8, a odczuwalna temperatura zdradza już, że pozostałe niespełna 200 km do mety nie będzie sielanką. Pod zameczek prezydencki docieram prze Stecówkę wąskimi i przyjemnymi asfaltami. Na jednym z podjazdów wypatruję nawet zabłąkane 10 zł ;)

    Podjazd pod Przełęcz Salmopolską bardzo mi się dłuży. Na jednym z zawijasów przebieram się na krótko. Zjazd do Szczyrku i dalej do Bielska idzie sprawnie. Tutaj dłuższa przerwa na posiłek, tankowanie i ruszam w kierunku Straconki, skąd zaczyna się obowiązkowy, ale dobrze mi znany podjazd na Przełęcz Przegibek w Beskidzie Małym. Drzewa dają sporo cienia, więc jeszcze jedzie się dosyć przyjemnie. Szybki zjazd do Międzybrodzia i przez zaporę zmierzam w kierunku Porąbki. Stąd jeszcze podjazd pod Wielką Puszczę ze stromą ścianką w pełnej lampie i rozpoczynam przerzut krajówkami przez Andrychów i Wadowice, w okolice Beskidu Makowskiego. Ciężki to odcinek – duży ruch samochodowy i jazda w pełnym słońcu, w godzinach gdy doskwiera ono najbardziej.

    Z niecierpliwością wyczekuję Makowa Podhalańskiego, skąd w końcu odbiję na dwa ostatnie, lecz bardzo wymagające podjazdy. Pierwszy prowadzi pod Makowską Górę. Jadę go w tym kierunku pierwszy raz, ale wchodzi jako tako, bo w większej części jest zacieniony. Od strony Jachówki jest bardziej wymagający. Na ostatnim podjeździe (tzw. „Hujówce”), z Bieńkówki do Batorówki piekarnik piękny. Przy mocnym nachyleniu toczę się kilka km/h w pełnym słońcu, więc nawet chłodzenie powietrzem nie funkcjonuje ;)

    Gdy w końcu docieram na szczyt, pozostaje zjazd i ostatnia prosta aż do Krakowa. Za Skawiną, pomimo że jest już po godzinie 18, termometry wskazują chore liczby.

    Na metę docieram chwile przed 19. Od startu upłynęło więc 46h48m. Licznik wskazuje 690 km, z przewyższeniem w okolicach 10000m. Zwycięzca, czyli Daniel Śmieja, potrzebował tych godzin zaledwie 34,5 – wielkie gratulacje. Czas dla mnie nieosiągalny, jednak nie on był dla mnie najważniejszy w tym starcie. Z pewnością mogłem z niego urwać sporo jadąc na lekko i przede wszystkim nie zarywając dwóch nocy. Udało mi się jednak sprawdzić ekwipunek i znów lepiej poznać reakcje swojego organizmu wystawionego na długotrwały wysiłek. Pozostaje mieć nadzieję, że zdobyte doświadczenie zaprocentuje podczas startu w MRDP :)

    Link do całego albumu

    Strava: https://www.strava.com/activities/1109949002

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: snag.gy

  •  

    615740 - 331 = 615409

    Małe chwalę się... Podczas wyprawy udało się wygrać Distance Challenge (dawniej MTS) na Stravie. Wygląda na to, że jako pierwszemu Polakowi. Tym milej. Na wyprawie było 8238km w miesiąc, ale nie był to miesiąc kalendarzowy. Na szczęście 7284km wystarczyło.

    "Podczas wyprawy" to nieścisły termin, bo 1-24 lipca zahaczało o wyprawę. 25-31 to już w połączeniu z pracą, weselem w weekend, więc najłatwiej nie było, ale udało się.

    Sama trzysetka w temperaturze 32-34 stopnie, ergo:

    Wskazania termometru przebijemy dziesięciokrotnie i to nie jest nasze ostatnie słowo!
    Start z domu rodzinnego, bo niedaleko w weekend miałem wesele kumpla. Najpierw 50km samemu czekając aż kolega z liceum będzie wolny, potem zabrałem go i zrobiliśmy razem kolejne 50km do Brzostka. On do domu, ja boczkiem na Tarnów. Tam dużo w te i na zad serwisówkami przy A4, bo czekałem na kolegę z Tarnowa, który wracał dopiero do domu z pracy. Razem ze 30km, rozdzielamy się i miał po mnie do Puszczy wyjechać @kiwacz, ale, ku mojej rozpaczy, nie zrobił tego za to spotkałem jakiegoś koleżkę ze Stravy to zrobiliśmy razem choć 10km.

    Z Puszczy jadę prosto do domu, zabieram lampki, przebieram się w czyste szmaty, bo po całym dniu w upale średnia przyjemność jeszcze dokręcać w nich w nocy. Na wałach spotykam grupkę, która zrobiła sobie night ride, więc z nimi kawałeczek i w domu na liczniku 331km. Jak się potem okazało 130km więcej niż było wymagane, aby wyprzedzić Kanadyjczyka, który jechał z zachodniego na wschodnie wybrzeże Kanady i też trzepał konkretne dystanse.

    Sierpień zapowiada się mało rowerowy. Pracować trzeba.

    Strava

    #100km #200km #300km (nr 6) #metaxynarowerze
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: distance-challenge.jpg

  •  

    624071 - 406 = 623665

    Słowacka wyrypa z @bynon'em.

    Pobudka w sobotę o 3.00 w nocy, kawa, śniadanie itd. i parę minut po czwartej wyjeżdżam. @bynon rusza o tej samej porze, ale z Krakowa. Miejsce spotkania mamy ustalone w Makowie Podhalańskim. Bez zbytniego kombinowania jadę najprostszą trasą przez Wadowice.
    Zgrywamy się prawie idealnie, bo czekam na Adama tylko kilka minut, zajadając się w tym czasie naleśnikiem z serem. Postanawiamy ominąć Krowiarki i sprawdzić podjazd od strony Bystrej Podhalańskiej. Ostatni odcinek przez las bardzo fajny, z mocniejszą końcówką. Godna polecenia alternatywa dla "oklepanej" Zawoi i Krowiarek. W Chyżnem zarządzamy sobie przerwę na hot doga, uzupełnimy bidony i na wszelki wpadek kupujemy też po kilkanaście ojro.

    Będąc już na Słowacji, głównymi drogami kierujemy się do Zuberzeca, gdzie zaczyna się podjazd do atrakcji dnia, czyli Tatliakowego Jeziora. Cały ten odcinek jest mocno oblegany, głownie przez pieszych turystów. Niecały kilometr przed szczytem Adam miał awarię, ale ponieważ jechałem pierwszy, nie zauważyłem tego. Na górze myślałem, że może trochę osłabł i przyjedzie za kilka minut. Porobiłem zdjęcia nad jeziorkiem, ale jego nadal nie było. Zjechałem kawałek w dół i zastałem go na poboczu, gdy próbował wyciągnąć łańcuch spomiędzy kasety i szprych. Chwilę to zajęło, ale operacja się udała, chociaż nie mógł używać największej i najmniejszej zębatki.
    W pewnym miejscu podczas zjazdu odbiliśmy jeszcze na drugi mniejszy podjazd, ale niestety kończył się ślepo w lesie. Na pocieszenie zastaliśmy tam źródełko z pyszną, zimną wodą.

    Znaleźć w weekend otwarty sklep na Słowacji nie jest rzeczą łatwą. Udaje nam się to dopiero w miejscowości Dlha nad Oravą. Uzupełniamy bidony i utracone kalorie, i gdy już mamy się zbierać, Adam postanowił "poprawić" hak przerzutki. Pomysł ten miał niestety fatalne skutki, bo skończyło się owego haka złamaniem... A że zapasowego nie było, pozostało zadzwonić do domu po wóz techniczny. Żegnamy się więc i w dalszą drogę wyruszam sam.
    Najpierw główną drogą wzdłuż Oravy, a następnie przecinam wschodnią część Małej Fatry. Widokowo świetnie, ale niestety nie mam żadnych zdjęć z tego odcinka. Temperatura dobiła do 35 stopni, było cały czas pod górę, a telefon ostatnio wożę w woreczku strunowym, bo obiektyw paruje od potu i prostu nie chciało mi się go wyciągać.

    Trochę się obawiałem co tam @bynon na tej trasie jeszcze zaplanował, ale nie było źle. Jedna poważniejsza, ale bardzo przyjemna ścianka na drodze z Zazrivy do Orawskiej Leśnej, a kawałek dalej bardzo szybki zjazd do Nowej Bystrzycy.
    Na odcinku pozostałym do granicy zrobiłem dwa krótkie postoje, w tym jeden w "Zmarzlinach u Huga", gdzie przydały się kupione rano eurasy. Na polską stronę przejeżdżam w Zwardoniu. Jedną z opcji dla tej trasy był powrót pociągiem, ale nie skorzystałem i postanowiłem dokręcić te sto kilometrów ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Tak więc drogami serwisowymi wzdłuż S1 do Milówki i wizyta w pierwszym napotkanym sklepie, bo z piciem już było cienko. Spotkałem tam starsze małżeństwo z Katowic. Byli żywo zainteresowani różnymi aspektami tak długich tras: czy tyłek nie boli od całodziennego siedzenia, czy plecy nie bolą od leżenia na lemondce itp. I najważniejsze "Ile kosztuje taki rower?". Was też ludzie o to pytają? Bo mnie się zdarza dosyć często.
    Posiedzieli, pogadali ale trzeba jechać. Gdzie? Do McD w Żywcu oczywiście! Posilony zestawem mogłem już na spokojnie kręcić standardową trasą przez Międzybrodzie i Porąbkę. Nie zapomniałem też o zdjęciu na zaporze, żeby trasa się liczyła ;) W domu byłem kwadrans po dziesiątej, czyli wcześniej niż gdybym jechał pociągiem. Wiedziałem, że będzie się opłacało.

    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #szosa #100km #200km #300km #400km (nr 2)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: wyrypa.jpg

  •  

    630737 - 110 - 321 = 630306

    Pierwszy dystans to przedpracowa runda, nic wartego wspomnienia bo runda objeżdżona do porzygu.
    Drugi dystans to już atak na personalny rekord długości (264km). Wyjechałem z domu o 9 więc trochę późno mając w perspektywie jazdę przez 12h + jakieś przerwy. Luźno licząc wychodzi, że jakieś 2h jazdy będzie po zmroku co powoduje dodatkowy dreszczyk emocji związany ze szwankującą na ostatnim najtrajdzie latarką.
    Wracając do początku. Prognozy były obiecujące, znikomy wiatr słabnący z biegiem czasu oraz popołudniowe opady. Nie powinno być źle. Kilkanaście kilometrów po starcie zdałem sobie sprawę, że nieuniknione będzie zajechanie do domu po power bank bo garmin mógłby nie wytrzymać, a wiadomo jak nie ma na #strava to się nie liczy.
    Pierwsze 130km to dobrze znana runda wokół jeziora Lough Neagh. Poszło całkiem sprawnie, nie zatrzymywałem się wcale plus dokręciłem do 150 i zameldowałem się w domu. Napełniłem bidony, zjadłem, spakowałem latarkę, ładowarkę i co wg mnie miało zbawienny wpływ na dalszy przebieg zrobiłem sobie automasaż na rollerze i porozciągałem się.
    Dalej kierowałem się na południe, gdzie trasa już coraz bardziej się fałdowała. W miejscowości Poyntzpass odkryłem ścieżkę z zadowalającą nawierzchnią wzdłuż kanału Canal Bank, którą dojechałem aż do Newry. 16km bez ruchu samochodowego pozwoliło się trochę wyluzować i napawać otaczającymi krajobrazami. Dalej nie było kolorowo, przebicie przez miasto i jazda dramatycznym pasem serwisowym to prawdziwa udręka, co zrobisz. Następnie kierowałem się już w góry z zamiarem po raz trzeci w krótkiej karierze "zdobyć" zaporę Spelga Dam. Podjazd ma 5km ze średnim nachyleniem 6% a długimi momentami jest 9% i więcej. Na razie to jest jedyne miejsce gdzie umarłem by po chwili zmartwychwstać na zjeździe. Zostało jeszcze kilka sztywnych aczkolwiek krótkich podjazdów i dostaje się na drogę A2 ciągnącą się wzdłuż Morza Irlandziekiego. Szybkie zakupy na stacji i w drogę do Newcastle, gdzie na plaży żegnam zachodzące słońce. 50km do miejsca zamieszkania upływa całkiem sprawnie. Koło domu mam 300km na liczniku i wtem pojawiła się myśl, żeby przebić rekord o jakaś równą liczbę i pada na 50km. Muszę dokręcić 15km co robię katując kilkakroć te same ulice. Koniec końców wyszło 320 bo czemu nie?

    Jedzenie i picie:
    - 4,5L izotoników,
    - 8 bananów,
    - 4 małe batoniki Mars.

    Statystyki:

    Dystans: 110 km
    Czas: ◷03:57:56
    Średnie tempo: 2:09 min/km
    Średnia prędkość: 27,85 km/h
    Kalorie: 5582 kcal
    Średni puls: ❤148.2bpm
    Maksymalny puls: ❤187bpm

    Dystans: 321 km
    Czas: ◷12:19:36
    Średnie tempo: 2:18 min/km
    Średnia prędkość: 26,02 km/h
    Kalorie: 14991 kcal
    Średni puls: ❤139.8bpm
    Maksymalny puls: ❤179bpm

    W tym tygodniu to już 634km!
    #rowerowyrownik #ruszmirko #100km [60] #100km #200km #300km #wykoptribanclub
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: zdjęcia.jpg

  •  

    647612 - 304 - 104 = 647204

    Urlop czas start!

    Prawie cały zeszły tydzień odpuściłem, żeby odpocząć przez zbliżającym się urlopem, bo jednak trochę jeżdżenia się szykuje ;) Na dobry początek góry. Ale czy ktoś spodziewał się czegoś innego?
    Zbiórka o 7.00 tradycyjnie u mnie na skrzyżowaniu. Stawili się: @Arczi-S, @Marcin_od_Tribana, @Limon2g oraz Vito i Adrian ze Stravy. Przed Brzeszczami dołącza do nas @Kuchasz, który wystartował o 5 rano z Krakowa.

    W takim składzie nie jedziemy jednak zbyt długo. W Straconce Arczi z kolegami odbijają na Przegibek (zawsze spoko), bo niestety nie mają całej soboty na jeżdżenie, a nasza czwórka kieruje się w stronę Szczyrku. Na podjeździe pod Salmopol Marcin narzucił mocne tempo, którego jednak nie wytrzymałem i wtoczyłem się na górę prawie 2 minuty później niż on i @Kuchasz. Mimo wszystko PR wpadł, ale podjeżdżało mi się raczej kiepsko.
    W karczmie robimy coffee brejka, a następnie zjeżdżamy w stronę Wisły. Pisałem to już kilka razy, ale napiszę jeszcze raz. Ten zjazd po nowym asfalcie to jest mistrzostwo świata! Żeby nas jeszcze ciężarówka po drodze nie przyblokowała, to już w ogóle byłaby rewelacja. A dziś jedzie tam Tour de Pologne. I my też tam będziemy ;)
    W Wiśle skręcamy nad jezioro Czerniańskie, foto na zaporze i jedziemy wzdłuż Czarnej Wisełki do Stecówki. Świetna turystyczna dróżka, polecam.

    Dalej przez Istebną w stronę granicy i mała pętelka po czeskiej stronie, żeby przejechać kapitalny leśny odcinek do wsi Herczawa. Przy okazji zaglądamy też na trójstyk granic, ale ta miejscówka ogólnie szału nie robi. Z Jaworzynki doliną Krężelki (oj, tu też jest pięknie) aż do drogi S1, później kilometrowa ścianka (10% już nie robi takiego wrażenia jak kiedyś) i bardzo fajny zjazd przez Nieledwię do Milówki. Tam też zarządzamy sobie przerwę w Biedronce i posileni ciśniemy z wiatrem do Żywca na maka.
    Było kilka wariantów dalszej trasy, ale ostatecznie wszyscy zgodzili się jechać z moim pierwotnym planem, który zakładał sprawdzenie podjazdu w Sopotni. Wyjeżdżając z Żywca niestety mamy mały wypadek. Przed przejściem dla pieszych @Kuchasz nie wyhamował i wpadł w @Limon2g. Wszystkie straty tj. zdarty łokieć, lekko rozcięta dłoń i potargana owijka po stronie @Kuchasz'a... Na szczęście twardy z niego zawodnik, więc tylko przemył rany wodą i kategorycznie stwierdził, że jedzie dalej.

    Później już bez żadnych przygód pokonujemy zaplanowane podjazdy i w Andrychowie żegnamy się. @Kuchasz dokręca do trzystu (jeszcze raz gratuluję życiówki), a my przez małopolskie wsie kierujemy się do domu. Odprowadziłem chłopaków, a mimo to i tak sam musiałem dokręcać. Co jak co, ale trójka z przodu wygląda znacznie lepiej ;)

    W niedzielę tylko popołudniowa setka dookoła jeziora Goczałkowickiego. Połowa w upale i pod wiatr, więc w sumie nie było takiego luzu, na jaki liczyłem.

    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #szosa #wykoptribanclub #100km (nr 41) #200km #300km (nr 5)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: czasstart.jpg

  •  

    656910 - 300 = 656610

    Zbombowany Mario, życiówka Kasi i mega ekipa :)

    W tym tygodniu to już 675km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km #impanaszosie

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 20170729_110857.jpg

  •  

    675710 - 303 = 675407

    Nie wiem, co ten jutup nie chce filmu ze Zdjęć wczytać... Niech będzie tak, a do wpisu siepnę jakąś mozaikę https://photos.app.goo.gl/dfysjkzU6ncF30MI3

    Od jakiegoś czasu chodziła mi myśl, żeby coś takiego zrobić. Choć to była początkowo abstrakcja, to utrzymywałem jako-taką formę i co jakiś czas dystanse > 100 km. Czerwcowe i lipcowe dnie są długie, więc też sprzyjały wyzwaniu. Pozostała kwestia pogody. W piątek padało, w niedzielę miało padać (faktycznie padało i ma padać:)), zaś w sobotę było "okienko". Choć trochę zastanawiały mnie prognozowane opady konwekcyjne, ale ostatecznie nie padało.
    Pobudka o 2, wyruszyłem o 2.45 (trochę długo się ogarniałem:)). Pierwsza część trasy - jakieś 145 km, to jazda we mgle. Początkowo robiło to wrażenie, zwłaszcza w nocy i przejazdy przez las, czy aleje. Później zaczęło to doskwierać, bo woda osadzała się na ubraniach, na ciele i okularach, które co chwilę trzeba było przecierać. W końcu urwał się nosek (tak się to nazywa?). No, ale jakoś dałem radę:)
    Celem był Czatolin, gdzie znajduje się pomnik upamiętniający zrzut cichociemnych - wśród nich był Jan Piwnik "Ponury". W okolicy mam sporo miejsc upamiętniających działania jego Zgrupowań Partyzanckich "Ponury". Powoli je odwiedzam i ogólnie poszukuję takich miejsc:) W sumie nie wiem dlaczego, ale w jakiś sposób mnie to fascynuje:)
    Powrót w spacerowym tempie. Zrobiło się upalnie, po jakimś czasie zaczął też doskwierać brak snu. 15 minut przerwy jednak pozwoliło na kontynuowanie jazdy.

    Ogólnie podróż bez większych przygód i niespodzianek. Cieszę się, że mogłem zobaczyć nowe miejsca. Z takich miejsc, które warto odnotować (a nie robiłem fotek) to kościoły we Wrzosie, Klwowie, Makowie
    pałace w Rylsku Dużym, Dębowej Górze.
    Od Nowego Kawęczyna do Skierniewic jest droga rowerowa (czy cpr) z jebaniutkej kostki brukowej. JPDLe:/ To chyba powstało niedawno... Na szczęście "tylko" 5 km po tym jechałem.

    Miałem też po trasie Lipce Reymontowskie i widziałem domek, gdzie mieszkał pisarz:) Jest tam też ciekawa, drewniana kaplica cmentarna i muzeum z MIG 17 i jakimiś działkami:)

    Na filmiku:
    0:00 - tak "wyglądały" początkowe godziny jazdy. Tu akurat po godzinie 4, przy Zalewie Domaniowskim
    0:02 - tajemnicza figura chyba w Rylsku Dużym (czy to św. Roch? Nie wiem:))
    0:04 - Czatolin, pomnik upamiętniający zrzut cichociemnych
    0:09 - rozległy gościniec prowadzący do Lipców Reymontowskich, na kolejnej fotce domek Reymonta i MIG 17
    0:15 - kolejka w Spale
    0:16 - dość popularny urbex w Inowłodzu (niestety już praktycznie nie ma co oglądać). Też nie było na to czasu. Zrobiłem tylko tę fotkę i ruszyłem dalej.
    0:18 - kapliczka słupowa w Drzewicy, prawdopodobnie przedpotopowa. Jeszcze 3 mi takie zostały do odwiedzenia w okolicy:) przy okazji #kapliczki #kapliczkiboners
    0:25 - zamek w Drzewicy
    0:29 - kapliczka słupowa w Skrzyńsku, trochę młodsza - (1699 rok:))

    W tym tygodniu to już 441km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    678591 - 303 - 37 - 30 = 678221

    Zaległe sprzed tygodnia gdzieś.
    303 km w czasie 13h czyli średnia ok. 23 km/h. Dla mnie całkiem ok., a było w tym troszkę zwiedzania i wolnej jazdy po centrum miasta.

    W tym tygodniu to już 370km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km

  •  

    681045 - 308 = 680737

    Ostatnio nic nie wrzucam, bo jeżdżę tyle co nic :(, ale dziś zdarzyła się okazja na większy wypad :).
    @impa szkoda, że Cię nie było!

    Statystyki:

    Dystans: 308 km
    Czas: ◷09:42:48
    Średnie tempo: 1:53 min/km
    Średnia prędkość: 31,73 km/h
    Kalorie: 6749 kcal
    Średni puls: ❤145.8bpm
    Maksymalny puls: ❤170bpm

    W tym tygodniu to już 308km!
    #rowerowyrownik #ruszmirko #100km #200km #300km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: dgtzuqphqg23d.cloudfront.net

  •  

    690711 - 430 = 690281

    Wyjazd wczoraj o 3 rano. Do Dębicy jechał ze mną Kona i nowy kolega Marcin. Dostawa paczki do Krakowa to tylko pretekst do jazdy... i pojechałem. Taka trasa to cenne doświadczenie, przyda się na przyszły rok.
    Trasę planowałem specjalnie po płaskim, bo przeczuwałem, co może się dziać na takim dystansie. Pogoda była na prawdę super. Z zapowiadanych upałów po 35 stopni było trochę mniej, może poniżej 30 :D Wiatru jakiegoś bardzo mocnego nie było. Bardzo się ucieszyłem z tego powodu. Jakoś na 250-270km zaczęło mnie boleć prawe kolano, pewnie po 50 km jakoś przeszło. Ale na około 350km powróciło razem z lewym, do tego chłód nadchodzącej nocy i brak nakolanników nie pomagał. Końcówkę przejechałem byle przejechać.

    W tym tygodniu to już 430km!
    #rowerowyrownik #ruszrzeszow #100km #200km #300km #400km #zaliczgmine +23
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: c1.staticflickr.com

  •  

    696217 - 79 - 50 - 20 - 306 = 695762

    czwartek - 79km - GK z wykopkami ( @masash, @ingvarr_zaag, @oskar1100 i ktoś jeszcze ale nie pamiętam :D), modliłem się żeby nie spaść z rowerka
    piątek - 50km - miała być delikatna jazda z @rdza, ale przyjechał @masash i @Mikkeler i plany się poszły ...
    sobota - 20km - jakiś tam rozjazd
    niedizela - 306 km - 3h snu i grupowa wycieczka na pizzę do Puław, pierwsze 300km w życiu, jechało się całkiem przyjemnie chociaż ból nogi odpuścił dopiero po 120 kilometrach.

    Statystyki:

    Dystans: 79 km
    Czas: ◷02:35:03
    Średnie tempo: 1:57 min/km
    Średnia prędkość: 30,64 km/h
    Kalorie: 4261 kcal

    Dystans: 50 km
    Czas: ◷01:37:27
    Średnie tempo: 1:57 min/km
    Średnia prędkość: 30,54 km/h
    Kalorie: 2686 kcal

    Dystans: 20 km
    Czas: ◷00:40:19
    Średnie tempo: 2:01 min/km
    Średnia prędkość: 29,55 km/h
    Kalorie: 2086 kcal

    Dystans: 306 km
    Czas: ◷09:48:17
    Średnie tempo: 1:55 min/km
    Średnia prędkość: 31,17 km/h
    Kalorie: 14990 kcal

    W tym tygodniu to już 455km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km #200km #300km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    701567 - 46 - 13 - 325 - 6 = 701177

    Drobnica plus życiówka z piątku - w sumie 338,5 km - razem z dojazdem na pociąg do Modlina.

    Już od jakiegoś czasu planowałem szarpnąć się na dystans 300+ km. Jako że lubię tereny północnej Polski, to pomyślałem o trasie do Gdańska. Na początku tygodnia przyszła mi torba Apidury i mogłem urzeczywistniać plany.

    Zacząłem pobudką o 2:30 (po 4 godzinach snu), żeby zdążyć na pierwszy pociąg z Centralnego do Modlina. Było bardzo zimno, ale trzymałem niezłe tempo po mieście i jakoś nie zmarzłem za bardzo, ale oczywiście na pierwszy pociąg się spóźniłem :) Kilka minut przed 5 rano dotarłem do Modlina i wystartowałem na północ.
    Całą trasę planowałem tak, żeby nie musieć nawigować i nie przejmować się czy aby na pewno trafię na asfaltową drogę - najchętniej wybierałem drogi wojewódzkie plus krajowe, ale tych ostatnich starałem się unikać ze względu na większy ruch. Dodatkowo całą trasę zaplanowałem tak, żeby mieć plan B - cały czas być względnie blisko do linii kolejowej, żeby wsiąść w pociąg w razie defektu. Fragment do Ciechanowa znałem już wcześniej, także już wiedziałem czego się spodziewać, dalej to widziałem tylko fragmenty na GSV.
    Pierwsze 60 km wpadło bardzo szybko - do Ciechanowa miałem lekko tylny lub boczny wiatr. Później było gorzej, bo już jechałem bardziej w kierunku północno-zachodnim, głównie pod wiatr. Krajobraz robił się ciekawszy wraz z kilometrami - pojawiło się więcej podjazdów i zjazdów, nie tak jak w mazowieckim, gdzie jest tylko płasko. Właściwie przez pierwsze 150 km zrobiłem w sumie 40 minut przerw - tylko i wyłącznie na jedzenie. Mniej więcej po tych 150 km pojawiły się pierwsze oznaki odcinania prądu - półgodzinna drzemka załatwiła sprawę i znowu mogłem jechać. Trafiłem na jednocześnie bardzo dobrą i złą pogodę - mimo że miałem cieplejsze ubrania, to od 5 do mniej więcej 12 marzłem, ale z drugiej strony nie było ostrego słońca, które mogłoby mnie wykończyć.
    Kolejną większą przerwę musiałem zrobić przed Sztumem - znowu organizm domagał się regeneracji - tym razem potrzebowałem już 45 minut drzemki. Dalej aż do Tczewa jechało mi się bardzo lekko. Problemy zaczęły się właśnie tam. W mieście były jakieś remonty i ciężko było trafić na DK 91, a sama jazda drogą krajową też nie należała do najprzyjemniejszych - na części było szerokie pobocze asfaltowe, ale dużo fragmentów to były ścieżki/chodniki i właściwie tak wyglądał dojazd do Gdańska. Gdybym miał robić tą trasę jeszcze raz, to poszukałbym jakiegoś alternatywnego wjazdu do Gdańska, ten nie należy do najszybszych, jeśli nie jedzie się cały czas jezdnią.
    Na koniec została mi "truskawka na torcie" czyli podjazdy w Gdańsku. Po 310 km, gdy było już ciemno i zimno wchodziły gorzej niż fatalnie. A jak potem spojrzałem na Stravę, to okazało się że to były największe podjazdy na trasie.

    Co do wrażeń, to spodziewałem się, że będę się fatalnie czuł jak dojadę, a następnego dnia nie będę w stanie chodzić. Rzeczywistość okazała się łaskawsza i właściwie nic mnie nie bolało, bez większych problemów następnego dnia wsiadłem na rower żeby dojechać na stację. Jeśli chodzi o trasę, to zastanowiłbym się nad zmienieniem fragmentu od Tczewa do Gdańska, bo tam straciłem bardzo dużo czasu.
    Oprócz tego mogę polecić torbę którą miałem. Zapakowałem w nią wszystko do roweru (nawet wziąłem zapasową oponę), rzeczy do spania i inne przydatne drobiazgi i jeszcze zostało miejsca. Dopóki nie wkłada się tam ciężkich rzeczy na koniec, to nie czuć jej w trakcie jazdy. Na jednym postoju przełożyłem na tył ciężkie zapięcie, żeby móc je szybko wyciągnąć, to na stojąco jak jechałem, to zaczęło mi trochę bujać tyłem, mimo że wszystko na sztywno przyczepiłem do roweru.

    Dodaję tag #rowerowetrojmiasto, bo w końcu udało mi się tam dojechać :)
    #wykoptribanclub

    https://www.strava.com/activities/1083533994

    Statystyki:

    Dystans: 46 km
    Czas: ◷01:38:10
    Średnie tempo: 2:07 min/km
    Średnia prędkość: 28,24 km/h
    Kalorie: 1988 kcal

    Dystans: 13 km
    Czas: ◷00:31:41
    Średnie tempo: 2:25 min/km
    Średnia prędkość: 24,74 km/h
    Kalorie: 723 kcal

    Dystans: 325 km
    Czas: ◷13:23:36
    Średnie tempo: 2:28 min/km
    Średnia prędkość: 24,30 km/h
    Kalorie: 15830 kcal

    Dystans: 6 km
    Czas: ◷00:13:17
    Średnie tempo: 2:21 min/km
    Średnia prędkość: 25,46 km/h
    Kalorie: 179 kcal

    W tym tygodniu to już 390km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km #200km #300km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: i.imgur.com

  •  

    702421 - 406 = 702015

    Tour de Silesia 377km

    Sobota, punkt 5 autem razem z @Arczi-S wyruszamy na maraton, po drodze spotykamy się jeszcze z znajomymi z stravy- Vitem i Adrianem. Na miejscu jesteśmy chwilę po 6, czyli mamy prawie 1h30min czasu na przygotowanie się, o 7 (nauczony już thriatlonowym doświadczeniem) dociera Mieszko - ostatni z planowanej ekipy. Startujemy chwilę przed ósmą, do pierwszego punktu nie jedziemy może jakimś zabójczym tempem, ale mijamy sporo osób, które dołączają się do nas, w tym momencie byłem pełen podziwu, bo niektórzy jechali na MTB. Grupa robiła się coraz większa, osobiście tego nie lubię chyba że jadę na przedzie, na szczęście trafił się zjazd, a prowadził Adrian z Arczim którzy postanowili podkręcić tempo do około 55km/h i takim sposobem z kilkunastoosobowej grupy zrobiła się gdzieś ośmioro, i w tym składzie dotarliśmy do PK1. Chwila przerwy i ruszamy dalej. Jest już nas tylko 6, dołączył do nas Paweł z Krakowa, tym składem jedziemy aż do mety. Droga do PK2 obyła się bez żadnych ekscesów, mijamy kilku maratończyków, możemy podziwiać skutki nawałnicy która przeszła dzień wcześniej przez Śląsk. Do PK2 docieramy z średnią 31km/h wydaje się nam że to sporo, ale jak się potem dowiemy to jednak jesteśmy leszcze ;D Po raz kolejny chwila przerwy i ruszamy- jako jedni z ostatnich. PK3 znajduje się dopiero za 100km, po drodze mijamy kilku maratończyków, a po jakichś 30km od PK2 łapiemy grupę około 20 osób, jedziemy za nimi +/- 10km. Przed przejazdem kolejowym zrobiło się jakoś dziwnie ciasno/niebezpiecznie (przynajmniej dla mnie) dlatego postanawiam podjechać na czoło peletonu, trochę mnie poniosło i kawałek odjechałem. Po chwili dołączył do mnie Adrian i powiedział żebym lekko zwolnił, bo przecież nie znam trasy, coś w tym było, bo jedyne co mam na kierownicy to licznik i latarkę ;D Na szczęście nie musiałem zwalniać, bo za Adrianem puściła się cała nasza grupa+ 2os z peletonu, reszta która została podobno trochę na nas klęła ;D Na szczęście, albo i nieszczęście łapią nas na światłach w Mikołowie, ale zaraz po wyjeździe z centrum Mikołowa peleton trochę się wydłużył bo zachciało nam się między sobą ścigać, jedni na podjeździe inni na zjazdach.

    pokaż spoiler Masz przed sobą jeszcze 280km? Pościgaj się trochę! Przecież to nie może być zły pomysł :D


    W Katowicach czeka na nas żona Mieszka z zapasami, więc odłączamy się od peletonu, którego już nigdy nie będzie nam dane dogonić. Po chwili przerwy ruszamy z powrotem. W tym momencie odbijamy od sugerowanej trasy i robimy ją zamiast w lini prostej to po łuku tak aby na koniec wyszło 400km. Do PK3 docieramy 15:43:34 CEST. Ruszamy 20min później, do kolejnego punktu(żywieniowego) jest zaledwie 20km, a to na tym odcinku najbardziej zmokliśmy... Na PŻ zostałem bardzo mile zaskoczony, całą drogę była mowa o makaronie, także za 30zł wyobrażałem sobie bardziej makaron z gara na jakimś parkingu ;D a tu kurczak z ryżem i surówkami (wszedł jak złoto) i to do tego w zajeździe rowerowym :D Godzina przerwy i dalej w trasę. Po chwili łapie nas deszcz/mżawka także morale trochę spadają. Po 40km w deszczu jakieś 5km przed punktem kontrolnym w Wieprzu trochę się rozpogadza jednak nie wystarcza to do całkowitego wyschnięcia. Kolejna "chwila" przerwy. Arczi pisze do @Mortal84 który jedzie dłuższy dystans i dostajemy informacje że te dziki po PK2 mają średnią ustawkową - 36km/h... My natomiast wsiadamy znowu na siodło. Za tym PK zaczynają się góry, My postanawiamy ominąć Kocierz przez Porąbkę na rzecz zdjęcia na zaporze :D Niestety Bóg chyba tego nie chciał, bo Mieszko złapał pana w szytce... próbowaliśmy naprawić ją taśmą szkota jednak nie przyniosło to jakichkolwiek pozytywnych rezultatów ( ͡° ʖ̯ ͡°) Szybka narada i wyszło na to że Mieszko dzwoni do żony po nowe koło, a my w piątkę jedziemy czekać do Maka w Żywcu. Po 2 godzinach dociera do nas Mieszko, szybkie jedzenie w Maku i ruszamy dalej. Jako że była już prawie północ żona Mieszka zaoferowała nam że może przez pare km jechać za nami i oświetlać trasę (ʘ‿ʘ)

    pokaż spoiler Jak ktoś zna miejsce gdzie szukać takiej żony to bardzo proszę o namiary.


    20 minut po północy jesteśmy na przedostatnim punkcie kontrolnym, teraz wchodzimy już tylko po pieczątkę i ruszamy od razu dalej, a i tak to było za wolno bo w nocy było chłodno i jak ruszyliśmy to było czuć mróz.
    Od Milówki zaczynają się jakieś odczuwalne podjazdy.

    Góry nocą to jest kompletnie inna bajka, raz że nie widać ile podjazdu jeszcze zostało, a dwa akurat była pełnia, w dolinach mgła, a cisza jak makiem zasiał, aż żal że nie dało się zrobić jakiegoś ładnego zdjęcia. Kto jeszcze nie był nocą w górach to serdecznie polecam :D Trochę inaczej jest z samą jazdą, podjazdy to jest przyjemność bo człowiek się męczy i jest ciepło, a na zjazdach to nie dość że temperatura jest niska to jest jeszcze zimniej z powodu zjazdu i do tego dziur za bardzo nie widać.

    Druga w nocy- zjeżdżamy z Istebnej do Wisły, droga jest nowa ale nie oświetlona, na szczęście convoy daje rade i zjeżdżamy bez większego problemu.
    Pod koniec zjazdu z Adrianem w kompletnych ciemnościach w oddali widzimy jakiś dwóch ładnie mówiąc idiotów którzy nie dość że są cali czarni to do tego bez oświetlenia... Dopiero po kilku sekundach zaczailiśmy że za nami z zza zakrętu wyjechało auto a ci idioci to nasze cienie...
    W Wiśle po 50km żona Mieszka wraca do domu, a my ruszamy w stronę Ustronia gdzie robimy kolejną "chwilową" przerwę na stacji gdzie były wygodne fotele i co najważniejsze było ciepło. Oko zaczęło już mi się trochę zamykać mimo wypitej dużej kawy.
    Po godzinnym odpoczynku o 4 rano ruszamy do Cieszyna, ruch praktycznie zerowy a jest już jasno także jedynie mróz przeszkadza, ale z nim musimy się męczyć już aż do mety. W Cieszynie tylko szybka pieczątka i "pędzimy" do mety z średnią 20km/h, ten odcinek był chyba najbardziej męczący, 50km w 2 i pół godziny.
    7:05 jesteśmy na mecie - można wyłączyć strave ;D

    Czas samej jazdy- 15h36min : Czas od startu do mety 23h

    Takim oto sposobem te chwilki przerwy dały nam 8godzin ;D

    Także podsumowując: Maraton bardzo mi się podobał mimo deszczu zimna i zmęczenia było warto! W przyszłym roku o ile będę w stanie wybieram się znowu, tyle że nie wiem jeszcze na jaki dystans, ale na to mam czas :D

    pokaż spoiler A, no i rekord pobity o 170km :D


    Statystyki:

    Dystans: 406 km
    Czas: ◷15:36:38
    Średnie tempo: 2:18 min/km
    Średnia prędkość: 26,00 km/h
    Kalorie: 20378 kcal

    W tym tygodniu to już 406km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    715064 - 405 = 714659
    Maraton rowerowy „Tour de Silesia 2017” organizowany przez „Gustava” z Rybnika.
    Start i meta maratonu była w Świerklanach. Ruszaliśmy w 12 osobowych grupach, które i tak od razu się podzieliły według preferencji stylu jazdy.
    My startowaliśmy około 8. Od początku jechaliśmy w sześcioosobowej grupie z @Limon2g oraz znajomymi z Stravy i kolegą z Krakowa, który był z nami w grupie. Jedziemy dwójkami na zmiany. Pogoda super, lekki wiatr i słońce ale robi się duszno. Pierwsze dwa punkty kontrolne w Krzyżanowicach i Rudach zaliczamy bez zbędnych postojów.
    Po drodze możemy zobaczyć jakie szkody wyrządziła nocna wichura, mnóstwo powalonych i połamanych drzew.
    W Mikołowie, żona kolegi który z nami jechał organizuje pitstop przy Lidlu – uzupełniamy bidony, witaminy, chwilę odpoczywamy i jedziemy dalej. Nadciąga zmiana pogody i zapowiada się na deszcz. W połowie drogi do trzeciego punktu kontrolnego mam kryzys jak się okaże nie będzie to jedyny, tempo spada, koledzy odjeżdżają ale jakoś udaje mi się dojechać do Żurady. W drodze na pk3 w Żuradzie nadrabiamy drogi zmieniając trasę ale to nikogo nie obchodzi bo plan mamy na pokonanie #400km więc będzie mniej do dokręcania na końcu. Do Żurady docieram ostatni ale pomarańcze przygotowane przez kuzyna kolegi postawiły mnie na nogi – smakowały jak za bajtla kiedy nic nie było w sklepach. W Żuradzie zrobiliśmy 20min postój i ruszyliśmy na obiad do Zajazdu Rowerowego Nawsie w Bolęcinie gdzie był zorganizowany punkt żywieniowy. Kurczak z ryżem i sałatką to było coś czego mi było trzeba mógłbym nawet zjeść takie dwa! Niestety w okolicach Trzebini przechodził front burzowo deszczowy i tym samym do Bolęcina docieramy przemoczeni. Po godzinnej sjeście nie bardzo chce nam się ruszać dalej bo na niebie przechodzą burzowe chmury a my jeszcze nawet dobrze nie wyschliśmy. Do kolejnego punktu kontrolnego dojeżdżamy znowu przemoczeni. Chwila na ogarnięcie się, jest już chyba około 18, na szczęście już nie pada a drogi trochę przeschły. Postanawiamy nie jechać przez Kocierz tylko przez zaporę w Porąbce bo „bez zdjęcia na zaporze się nie liczy” . Ustalamy, że jedziemy do Żywca na McD ale po drodze kolega łapie kapcia w szytce. Więc on czeka na nowe koło a my jedziemy do McD i czekamy na niego. Jest już około północy kiedy wyruszamy do kolejnego punktu kontrolnego w Węgierskiej Górce. Nie planowaliśmy jechać przez gór w środku nocy ale tak wyszło więc jest ciekawiej. Z Węgierskiej Górki jest już tylko bardziej w górę. Górki pokonujemy pomiędzy pierwszą a trzecią w nocy. Może to i dobrze bo nie widziałem tych stromych podjazdów przed sobą, ale za to góry w nocy wyglądają magicznie – była pełnia księżyca, mgły, cisza bo wiatru prawie wcale, brakowało tylko wycia wilków i byśmy się pewnie pos…... a ja pewno dałbym się im zjeść bo chwyciłem kolejną zamułe. Podczas podjeżdżania nie zauważyliśmy jak zrobiło się zimno. Na zjeździe do Wisły bardzo zmarzliśmy. Zatrzymujemy się na pierwszej możliwej stacji w celu ogrzania. Jest około 3 nad ranem. Po 10min zjawia się kolejna grupka kolarzy i robią to co my. Bardzo nam się nie chciało opuszczać ciepłej stacji. Z Wisły kierujemy się na Cieszyn – do ostatniego punktu kontrolnego. Na stacji benzynowej podbijamy „obiegówkę” i bez zbędnego zatrzymywania jedziemy dalej do mety. Mamy możliwość podziwiania wschodu słońca, robi się coraz przyjemniej. Na metę docieramy każdy już w swoim tempie – mnie złapał kolejny kryzys. Ledwo jechałem, liczyłem każdy km do końca, nawet myśli o dokręcaniu do 400 już wyrzuciłem z głowy. Przed metą spotykamy się razem, kolega ratuje mnie ostatnim batonikiem i postanawiamy dokręcić 12km które nam zostało do równego rachunku #400km. Wtaczamy się na metę maratonu, jest prawie 7 rano. Cała trasa zajęła nam około 23h a sama jazda ponad 15,5h.
    Był to mój pierwszy maraton rowerowy, pierwszy raz pokonałem 400km. Na mecie prawie każdy otrzymał pamiątkowy medal – ja na swój muszę niestety poczekać bo mojego nie było :( i wyślą mi pocztą. Zaraz po maratonie miałem dość jeżdżenia dystansów ultra ale teraz pojechałbym gdzieś znowu....
    Więcej zdjęć na stravie: https://www.strava.com/activities/1074415815
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km #400km (nr 1)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 20170715_104407.jpg

    +: Z..................1, mocar88 +24 innych
  •  

    716459 - 546 = 715913

    Pierwsza edycja Maratonu Tour de Silesia zaliczona!

    Trasa 540 km dookoła województwa śląskiego. Blisko, sporo znajomych nazwisk na liście startowej, więc nie mogłem odpuścić ;)

    Wraz z @Mortal84 i @bynon startujemy w piątej, ostatniej grupie. Tempo od razu jest wyżyłowane. Lecimy grupą około 10 osób po zmianach parami, a wskazanie prędkościomierza rzadko schodzi poniżej 40km/h. Szybko doganiamy resztę uczestników i wychodzimy na czoło całego maratonu. Na PK1 (37km) tylko podbicie pieczątek i w drogę. Na jednej ze zmian łapie mnie kolka, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło na rowerze. Wydaje mi się, że przyczyną jest zwiększona kadencja, jaką sobie przyjąłem jakiś czas temu, by oszczędzać stawy. Boli mocno, ale po kilku minutach udaje się to jakoś ogarnąć. A tempo ciągle jak na ustawkach szosowych, bo na drugim PK (106 km) średnia wskazuje ponad 36 km/h. Tutaj już kilka minut przerwy. Uzupełniamy bidony i kto gotowy rusza dalej. Nasza grupka liczy teraz 8 osób i w tym składzie przejedziemy kolejne 200 km, równo pracując na zmianach. Przed PK3 (170km) łapie nas zawierucha i deszcz. Wieje, leje, ale tempo maleje tylko nieznacznie. Ktoś proponuje przeczekać gdzieś największy deszcz, ale nie zyskuje aprobaty grupy ;) Na punkcie większość ubiera kurtki, choć w sumie już nie pada. Ja zostaję na krótko, z nadzieją że dzięki temu uda mi się lepiej przeschnąć przed nadejściem nocy. W Kłobucku, na 216 km trasy, mamy zorganizowany punkt żywieniowy. Smaczny obiad, trochę dłuższy odpoczynek, ale już słyszę jak grupa woła czy jadę dalej z nimi. Postanawiam jeszcze trochę pociągnąć z nimi, a gdy zaczną się większe pagórki, zacząć jechać już swoje.

    W dalszej części kilka razy jesteśmy filmowani przez drona. Fajna zabawka i pamiątka: https://www.youtube.com/watch?v=Q0qdS0DakdE&t=0s

    Zaraz za PK4 w Koniecpolu (280km), droga coraz bardziej zaczyna się piąć ku górze. Gdy na liczniku wybija 300 km, a średnia wskazuje 34,4 km/h stwierdzam że to już ten moment i na jednym z podjazdów po prostu odpuszczam. Dalsza próba trzymania tempa mogłaby się skończyć kontuzją, bo już lekko pobolewał mnie achilles. Szkoda było zaprzepaścić tak wypracowaną przewagę i zakończyć imprezę wycofką ;)

    Robi się ciemno, ale drogę doświetla piękny księżyc w pełni. Mniej więcej w tym samym czasie z mojej grupy odłączyły się jeszcze 2 uczestników. Jeden z nich zostaje z tyłu, a drugiego doganiam i sobie gawędzimy. Nie jedziemy po zmianach, a po prostu trzymamy się w miarę blisko siebie, bo tempo mamy podobne. W Olkuszu postanawiamy zatrzymać się na stacji benzynowej. Jemy hot-dogi i kolega rusza dalej, ale ja postanawiam jeszcze trochę odpocząć, bo doskwiera mi ból pleców.

    Wrzucam na siebie kurtkę, bo jest bardzo mgliście i ruszam dalej. Po chwili mijam jednego z uczestników, który coś kombinuje na przystanku. Pytam czy wszystko ok i gdy potwierdza, mknę dalej do przodu w kierunku punktu żywieniowego nr 2 w Bolęcinie (373 km). Tu zjadamy jakiegoś kuraka z ryżem i sałatką. Niestety jest to tak suche, że ledwo przechodzi mi przez gardło. Żuję i żuję, a kolega już się zbiera do odjazdu. Mi z tym żuciem schodzi jeszcze dobre 15 minut. Po prostu wmuszam to w siebie, bo szkoda mi tracić posiłku.

    Za cel stawiam sobie złapanie kolegi uciekiniera jeszcze przed górami. Cisnę więc i cisnę wśród mgieł i blasku księżyca, aż w końcu po dobrej godzinie zauważam czerwony migający punkt na horyzoncie. Chodź tu mój zajączku ;)

    Wyprzedam go, ale na PK5 w Wieprzu (403km) znów mnie dopada i rusza przede mną. Po chwili znów jestem z przodu i zaczynam pierwszy z większych podjazdów, czyli wspinaczka na Przełęcz Kocierską (718m). Robi się gorąco, ale nie ściągam jeszcze kurtki, bo wiem co mnie czeka podczas zjazdu. Zaczyna świtać, więc robi się rześko. W Węgierskiej Górce na PK6 (447km) postanawiam zjeść Hot-Doga, więc ponownie się spotykamy. Tym razem jednak wyruszam pierwszy. Góry witają mnie pięknym porankiem. Teraz czeka mnie długi, w zasadzie 30 km podjazd do Koniakowa. Możliwość oglądania takich widoków sprawia, że stwierdzam: "warto było się męczyć całą noc :)" Tym bardziej, że do mety już zaledwie setunia ;)

    Ostatni dłuższy podjazd pod Kubalonkę i zjazd do Wisły. W Ustroniu odbijam w lewo w kierunku Cieszyna, gdzie znajduje się ostatni, siódmy punkt kontrolny (507km). Ku mojemu zaskoczeniu spotykam tam 4 uczestników. Jeden leży na kafelkach, więc coś mi nie pasuje, bo przecież czołówka która była przede mną, by sobie nie robiła takiego popasu 35 km przed metą :) Okazuje się, że to chłopaki z dystansu 370 km. Trochę się z nimi zagaduję i zapominam o moim zajączku, który nagle wpada na stację, bije pieczątkę i od razu ucieka na ostatnią prostą. Szybko zeruję colę i udaję się w pościg. Po kilku km wyprzedam go i pozostaje tylko dociągnąć do mety. Dosyć szybko znika na horyzoncie, więc jeszcze pozwalam sobie na sik-stop. Analizuję godzinę i już wiem, że uda mi się zmieścić w czasie mniejszym niż 1 doba (a przed startem sobie takim przyjąłem jako ambitny cel).

    Na metę docieram z czasem 22 godziny 44 minuty, więc sporo poniżej oczekiwań. Ciepłe przywitanie przez żonę :) Zostajemy jeszcze na mecie dobre 2 godziny, dyskutujemy i witamy przybywających na metę. Próbuję sobie urządzić w namiocie drzemkę, ale jest za duszno, bo słońce już daje lampę. Udaje mi się trochę zdrzemnąć na hali gimnastycznej, po czym pakujemy majdan, żegnamy się i jedziemy do Rybnika na pociąg. Ufff... teraz trzeba trochę odespać, bo jutro powrót do rzeczywistości.

    Super organizacja i towarzystwo. Jeśli za rok trasa będzie poprowadzona inaczej (nie lubię jeździć tego samego), to będę obowiązkowo ;)

    Mój tag -> #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    720 140 - 304 = 719 836

    Zwiedzanie gmin z @metaxy w Wielkopolsce i na Dolnym Śląsku.

    W czasie trzeciego kółka dookoła Polski, @metaxy niepostrzeżenie zbliżał się do Wrocławia. Wobec sporej ilości wolnego czasu oraz braku innych zmartwień, zdecydowałem się dołączyć do kolegi na trasie i przejechać z nim jego jedną 'dniówkę'. Z samego rana wsiadłem do pociągu i podjechałem do Rawicza. Stamtąd z wiatrem pojechałem do Gostynia, mijając trzykrotnie suszących policmajstrów. W Gostyniu na metaxy'ego natrafiam pod sklepem, w towarzystwie dwóch kolarzy ze Śremu, którzy wkrótce wracają do siebie. W międzyczasie dojeżdża do nas jeszcze jedna osoba, także spod sklepu ruszamy w trójkę. Kierujemy się na południe, pod wiatr. W okolicach Pońca, kolega odjeżdża do siebie, a my we dwójkę zmierzamy w kierunku Góry. Tamże robimy sobie bufet i upewniamy się, że na sucho do Wrocławia nie dojedziemy. Następnie nieco z wiatrem turlamy się do Wąsocza (brzmi jak jakaś ryba), a potem lasami, dziurami i innymi zadupiami zbliżamy się do Rudnej. Po drodze wjeżdżamy w chmurę i mokniemy całkowicie, a metaxy wieszczy, że to jeszcze nie jest główny front. W Rudnej stajemy przy jakiejś wielkiej hałdzie ziemi z jeziorkiem w środku, ja nadaję sygnały dla #rowerowywroclaw, coby się po nas ruszyli. Zaraz za Rudną trafiamy na dwa odcinki specjalne z mokrej kostki brukowej - pierwszy około 2kilometromy, drugi kilometrowy. Stajemy w Ścinawie, by nieco wyschnąć i złapać czołg na podeście. Przy okazji przelatują chmury nad nami, tak że chwilami pokazuje się nawet słońce. Lecimy już dalej do Wołowa, potem do Brzegu Dolnego i obserwujemy idącą z południa chmurę. W Urazie zaczyna padać, dołączają do nas @cherrycoke2l oraz kolega z endomondo. Do Wrocławia dojeżdżamy w pełnym deszczu, woda z opon pryska na 2 metry i ogólnie jest fajnie. W mieście już tylko krótka przeprawa po ścieżkach rowerowych, odstawiamy metaxy'ego na nocleg i żegnamy się. Wracam do domu kompletnie mokry i usyfiony nieco okrężną drogą, żeby 300km wpadło. Chwilę po 22 wchodzę na klatkę schodową.

    Cyferki: https://www.strava.com/activities/1080485132
    #rowerowyrownik
    #100km #200km #300km (nr 2)
    pokaż całość

  •  

    724187 - 653 = 723534

    Maraton Tour de Silesia, dystans 540 km.

    Zapisując się na maraton wiedziałem, że będzie szansa poprawić swoją ubiegłoroczną życiówkę. Ale co to za poprawa o ledwo 10 km. To się nie opłaca jechać. Postanowiłem więc na miejsce startu dojechać rowerem i tak samo wrócić później do domu.

    Wyjeżdżam chwilę przed 8.00 w sobotę rano i po dwóch godzinach jestem już w Świerklanach, w bazie maratonu, która ulokowana jest na terenie ośrodka sportu przy lokalnej szkole podstawowej i gimnazjum. Zaczynają zjeżdżać się zawodnicy startujący na długim dystansie. Wersja mini licząca 370 km ruszała o 7.30, więc na trasie już od kilku godzin byli m. im. @Arczi-S i @Limon2g.
    Na drugie śniadanie zjadam makaron z kurczakiem, który miałem ze sobą i kręcąc się po terenie spotykam @bynon'a, a później @byczys'a (pozdrowienia dla żony!). Coś tam pogadaliśmy i trzeba powoli przygotowywać się do startu. Wszyscy trzej jesteśmy w ostatniej, piątej grupie, czyli planowo powinniśmy ruszać o 11.20. Jeszcze jakaś przedstartowa odprawa Gustava, który jest jednym z głównych organizatorów i wypuszczane są poszczególne grupy. Każda liczy ok. 13 osób, w sumie startuje 60-kilka.

    Spodziewałem się szybkiego początku, ale to przypominało raczej typową ustawkę w tygodniu niż maraton dookoła województwa. Po kilku km wyprzedzamy pierwsze, pojedyncze osoby z wcześniejszych grup. Po kilkunastu całą czwartą grupę. Część osób przyłącza się do nas. Pierwszy punkt kontrolny, w Krzyżanowicach, to tylko wejście do sklepu po pieczątkę i szybko jazda, żeby nie zgubić grupy. Pomiędzy Raciborzem a Rudami widać skutki nawałnicy, która przeszła tutaj w piątek. Na poboczach dróg mnóstwo połamanych gałęzi i przewróconych drzew.
    PK2 mieścił się na Orlenie w Pyskowicach. Był to zdaje się 103 km trasy i średnia z tego odcinka przekroczyła 36 km/h. To było dla mnie trochę za dużo. Postanowiłem zrobić o kilka minut dłuższą przerwę i dalej jechać sam albo z kimś napotkanym po drodze. @byczys i @bynon pognali z grupą.
    Ruszamy ze stacji w kilka osób, ale po pierwszym podjeździe zostaję tylko z gościem w stroju Bałtyk-Bieszczady Tour. Jedziemy po zmianach i byłoby bardzo przyjemnie, gdy nie silny boczny wiatr. Po wspólnych 50 km łapie nas deszcz. Postanawiam zatrzymać się na przystanku i założyć ochraniacze na buty. Tamten pojechał dalej. W sumie w deszczu jadę jakieś 20 minut. Jest ciepło, więc drogi szybko wysychają i już na PK3 koło Olesna zdejmuję ochraniacze i wiatrówkę.
    Na stacji spotykam parę osób, ale one właśnie się zbierają. Kupuję jakąś tortillę, bo o hot dogach zapomnij, jeśli przed chwilą przewinęło się tutaj kilkunastu ludzi...

    Prawie cała droga do punktu żywieniowego w Kłobucku mija szybko za sprawą wiatru w plecy. Gdy skręcam do restauracji, @byczys i @bynon z grupą właśnie wyjeżdżają. Oferta obiadowa jest całkiem bogata, wybieram kurczaka z ryżem i zestaw sałatek. Do tego w pakiecie 2 litry wody i dwie saszetki izotoniku. Robię niecałą godzinę postoju i w dalszą trasę zabieram się z dwójką, która przyjechała tam jakiś czas przede mną.
    Spokojnym tempem jedziemy na wschód do Koniecpola, gdzie zlokalizowany jest kolejny punkt kontrolny. Czas mija nam głównie na rozmowach na tematy okołorowerowe. Jarek, który na maraton przyjechał spod Wrocławia, traktuje go jako przygotowanie do pełnego Iron Mana, w którym będzie startował na początku września w Malborku. Z Bartkiem znamy się trochę z naszej lokalnej ustawki - Czwartkowej Rundy.
    W Koniecpolu pieczątka na stacji, chwila odpoczynku i skręcamy na południe. Jest już grubo po zmroku, a trasa z płaskiej przechodzi w jurajskie pofałdowanie. Jedna hopka za drugą. Tempo siłą rzeczy spada, ale przynajmniej nie jest nudno i nie chce się spać. W okolicach Pilicy Jarkowi kończy się picie, ale jako że nie napotykamy żadnej stacji ani otwartego sklepu, ratujemy go własnymi zapasami i jedziemy dalej. Czynną stację znajdujemy dopiero w Kluczach i tam też robimy przerwę na kawę itp. Tego było mi trzeba, bo oko już zaczynało się niebezpiecznie przymykać.

    Po ok. półtorej godziny, który to czas upływa na bezustannej jeździe góra-dół, meldujemy się na drugim punkcie żywieniowym zlokalizowanym w Bolęcinie. Tutaj już wyboru nie ma i każdy dostaje filet drobiowy z ryżem i sałatkę. W sumie zjadłbym dwie takie porcje, gdyby dawali. Kolejna godzina odpoczynku. Jarek nawet przekimał kwadrans na podłodze, bo kryzys snu miał spory. Gustav coś tam nagrywał, więc może znajdziecie nas później w jakimś filmiku na jego kanale.
    Na start dostajemy temperaturę poniżej 10 st., mgłę i podjazd do Płazy. Ale to nawet dobrze, bo od razu się człowiek rozgrzał. Kawałek przed Wieprzem, gdzie na Orlenie jest kolejny PK, spotykamy @Kuchasz'a. Wcześniej umówiliśmy się, że po mnie wyjedzie i nie zawiódł ;)
    Od Andrychowa zaczynają się góry. Na dobry początek Kocierz. Pomimo 470 km w nogach, podjazd wchodzi całkiem nieźle. Na górze ściągam nogawki i czekamy z Rafałem chwilę na pozostałych kompanów. Zjeżdżamy do Żywca i dalej kierunek na Węgierską Górkę, gdzie standardowo na Orlenie mieści się punkt kontrolny.
    Jarek i Bartek są już mocno zajechani i postanawiają zrobić dłuższą przerwę przed czekającymi ich jeszcze podjazdami. Wcinam więc tylko dwa hot dogi, zapijam kawą i ruszamy z @Kuchasz'em do Milówki. Stamtąd drogą serwisową wzdłuż S1 jedziemy do Koniakowa. Droga wojewódzka 943 na tym odcinku to jest jakieś nieporozumienie. Nie dość, że dziury, łaty i muldy, to jeszcze kilkaset metrów bruku. Od Istebnej na szczęście jest już normalnie.
    Podjazd na Kubalonkę całkiem w porządku, chociaż różnica w "świeżości nogi" pomiędzy mną a @Kuchasz'em jest widoczna gołym okiem. Przez Wisłę i Ustroń kierujemy się na Cieszyn. Przejazd przez ten ostatni mocno nadszarpuje moje siły. W zasadzie całe miasto to seria krótkich, sztywnych podjazdów. Pieczątka na Orlenie, cola, lody i jedziemy dalej, zgarniając ze sobą napotkanego na stacji maratończyka.

    Ostatnie 40 km dłuży mi się niemiłosiernie. W końcu o 12.45 docieramy do bazy maratonu, gdzie odbieram pamiątkowy medal i kończę udział w zabawie z czasem 25h 31m. Podobno dało mi to 15. czas wśród startujących na dystansie mega. Nawet spoko, bo spodziewałem się, że z czasem powyżej 25h będę jednak w ogonie stawki.
    Zjadam dwie miseczki bogracza, bo kiełbasy z grilla bym nie przełknął, a tylko takie dania są dostępne. Jeszcze chwila odpoczynku, żegnam się z Gustavem i obsługą maratonu i ruszam do domu, bo do przejechania jeszcze ponad 50 km.
    Zaraz po wyjeździe na główną drogę Garmin informuje mnie, że "Wygrałeś! Trening ukończony" i... wyłączył się. Włączam go, a tam nie ma możliwości kontynuowania trasy, ani nawet samej trasy zapisanej! Fuuuuuuuuuuuck! No ale co zrobię? Nic nie zrobię. Trzeba w domu podpiąć do komputera i zobaczymy.
    Jedziemy z @Kuchasz'em spokojnie, bo też moje nogi nie chcą pozwolić na nic więcej, a w dodatku ciągle myślę o niezapisanej trasie. By to jasny ch... Cała radość z przejechanego maratonu wyparowała niczym przebity balonik. Wkurw na maksa.
    W Pszczynie robimy przerwę na lody, żegnamy się i ostatnie kilometry do domu jadę już sam.

    Pierwsze co, to oczywiście Garmin do komputera i szukam trasy. Jest! Ale tylko 270 km... Załamka :( Szczęśliwie @Marcin_od_Tribana dobrze ogarnia takie tematy, podsunął parę pomysłów i udało się odzyskać ślad trasy. Humor od razu poprawiony :D Bo wiadomo, że jak czegoś nie ma na Stravie, to tak jakby tego w ogóle nie było.

    W imprezie tego typu startowałem pierwszy raz, więc nie będę podejmował się oceny organizacji, bo nie wiem jak to powinno wyglądać ani jak wygląda gdzieś indziej. Mogę tylko powiedzieć, że niesamowicie mi się podobało, atmosfera była bardzo przyjazna i z niecierpliwością czekam na przyszłoroczną edycję. A Gustav już zapowiedział, że łatwiej na pewno nie będzie.

    pokaż spoiler Jeszcze 2 tygodnie temu nie spodziewałem się, że Triban dostanie szansę przejechania czegoś więcej niż 100 km, a tu proszę. W pięknym stylu wrócił z emerytury. I po co te wszystkie karbony i elektroniczne przerzutki? ( ͡° ͜ʖ ͡°)


    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #rower #szosa #wykoptribanclub #100km #200km #300km #400km #500km #600km (nr 1)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: TdS.jpg

  •  

    726651 - 308 = 726343

    Zaległy wpis do X dnia wyprawy. Wpis był tylko zapomniałem tagu #rowerowyrownik

    W tym tygodniu to już 308km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km

  •  

    730992 - 542 = 730450

    Maraton Tour de Silesia!
    540km i 4000m przewyższenia w niecałe 21h
    https://www.strava.com/activities/1074847780

    Była to pierwsza edycja i generalnie zapowiadało się, że to bardziej rajd, ale nie:) Pierwsze kilometry dobitnie pokazały, że wyścig. Znalazłem się w grupie startowej z najmocniejszym składem w tym @Mortal84 i @byczys. Pierwsze 100km, średnia powyżej 35km/h, wyprzedamy wcześniej startujących. Nasza "ucieczka" ma długo kilkanaście osób, łapie nas porządna ulewa z wiatrem w mordę. Na szczęście przed zachodem słońca już podeschliśmy.
    W nocy przejeżdżamy Jurę, średnia cały czas powyżej 30, grupa kurczy się najpierw do 8, później do 6 osób. O 2 w nocy jesteśmy w Andrychowie, dopada mnie pierwszy kryzys snu, a najmocniejsza trójka odjeżdża na podjeździe na Kocierz. Na punkcie kontrolnym w Wegierskiej Górce jeszcze nasza 6stka się spotyka, jednak muszę walnąć kawę i hot doga, "podium" uzupełnia tylko płyny i batony i leci.
    Ostatnie 100km pokonuje już samotnie, po drodze góry o wschodzie słońca i walka z zasypianiem.
    Byłem pewny że na metę wjadę 4, jednak jeden weteran maratonów wyprzedził mnie jadąc trochę inną drogą.

    W tym tygodniu to już 693km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #szosa #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: tds.jpg

  •  

    733226 - 254 - 130 - 121 - 189 - 43 - 58 - 304 = 732127

    Bike challenge 1000km in week by mosci_K
    Urlop się zaczął to trzeba zaszaleć :)
    1099/1000km
    254km - (poniedziałek) dzień się zapowiadał pozytywnie, szybkie śniadanko, obczajenie trasy i o 10 wypad na rower. Wiatr z początku raczej nie przeszkadzał, po 100km nawet trochę pomagał. W Namysłowie obiadek i kierunek Kalisz, zaliczyłem kilka gmin i o tak oto dotarłem do Kalisza z 11-stoma zaliczonymi gminami :) a przy okazji pobiłem swój rekord dystansu o 9km.
    130km - (wtorek) szczerze powiedziawszy chyba za bardzo dałem sobie w kość w poniedziałek, nogi odczuwały poprzedni wypad i ciężko było wygramolić sie z domu, ale nie! trzeba kręcić :D to był naprawdę straszy dzień, pierwsze 50km że średnią 21km/h nogi coś nie chciały współpracować a przy okazji wiatr wiał w mordeczkę... po tej ciężkim odcinku obrałem inny kierunek jazdy, wiatr w tym przypadku już trochę pomagał. Zaliczyłem 3 gminy i powrót do Kalisza bez żadnych problemów
    120km- (środa) dzień powrotu do domu rodzinnego. Na termometrze 15C no szlak... dobra trochę grubiej się ubiorę. Kilka razy złapał mnie deszcz ale ogólnie dobrze że wyjazd na plus. Nogi wciąż odczuwały wypad poniedziałkowy.
    0km - (czwartek) odpoczynek
    189km (piątek) nogi wypoczęte to mogą szaleć. Kierunek Koło i okolice. Z początku wiatr sprzyjał ale z powrotem już nie. Przecinki były dosłownie wszędzie... jak nie przecinki to później deszcz i słonce, deszcz i słonce i tak kilka razy. Zaliczyłem w ten dzień 10 gmin. Przy dotarciu do domu wylewałem z roweru wodę bo jakoś się dostała do środka xD
    52+48km (sobota) kłopoty z endo i luźne kręcenie po okolicach
    304km (dziś - wisienka na torcie) dzień zapowiadał się na słoneczny i pełen wrażeń... wyjazd o 8:30 po 50km pierwsza przystań kawa i ciacho. Na 80km moja prawa noga zaczęła szwankować, a dokładnie czuć było że nie smaruje wystarczająco (może to było spowodowane krótkim spaniem) no nic, pomagałem sobie lewą nogą :D także lewa dostawała podwójną dawkę wrażeń. Po pierwszym przystanku na 155km myślałem że trochę ból ustąpi ni chu, chu... nie ma tak dobrze. Na 240km wyczaiłem pozycję przy której nie czuć było bólu i tak dojechałem na miejsce pobijając tym samym rekord dystansu ;) Przejazdem zaliczyłem 10 gmin :)

    Statystyki:

    Dystans: 254 km
    Wertykalnie: 2181m(↑1075m/↓1106m)
    Czas: ◷09:34:04
    Średnie tempo: 2:15 min/km
    Średnia prędkość: 26,55 km/h
    Kalorie: 7719 kcal

    Dystans: 130 km
    Wertykalnie: 822m(↑407m/↓415m)
    Czas: ◷05:10:57
    Średnie tempo: 2:23 min/km
    Średnia prędkość: 25,16 km/h
    Kalorie: 3922 kcal

    Dystans: 121 km
    Wertykalnie: 816m(↑415m/↓401m)
    Czas: ◷04:23:46
    Średnie tempo: 2:10 min/km
    Średnia prędkość: 27,50 km/h
    Kalorie: 3699 kcal

    Dystans: 189 km
    Czas: ◷06:55:43
    Średnie tempo: 2:11 min/km
    Średnia prędkość: 27,34 km/h
    Kalorie: 5785 kcal

    Dystans: 43 km
    Czas: ◷01:50:05
    Średnie tempo: 2:33 min/km
    Średnia prędkość: 23,39 km/h
    Kalorie: 1235 kcal

    Dystans: 58 km
    Wertykalnie: 422m(↑214m/↓208m)
    Czas: ◷02:25:24
    Średnie tempo: 2:29 min/km
    Średnia prędkość: 24,00 km/h
    Kalorie: 1696 kcal

    Dystans: 304 km
    Wertykalnie: 1741m(↑867m/↓874m)
    Czas: ◷11:20:39
    Średnie tempo: 2:14 min/km
    Średnia prędkość: 26,80 km/h
    Kalorie: 9063 kcal

    W tym tygodniu to już 1099km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #100km #100km #100km #100km #200km #300km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    739777 - 308 = 739469

    Wyprawa dookoła Polski: dzień X (03.07.2017)

    Po deszczu zawsze wychodzi słońce.

    Bo niby po burzy, ale burz nie było. Burzom było zbyt zimno, więc pojawił się tylko deszcz. Ale po kolei.

    Start rano od @jak_to_mozliwe i @Ilana zaplanowany na 7 rano, ale standardowo szmatki nie wyschły, toteż mała obsuwa. Pod Meczetem Abrahama jestem ustawiony z @Rysio2701. Jedziemy, wszystko fajnie, bo nie tak dawno jechał z Gustavem, to coś tam pogadamy i pewnie po 15-20km pęka mu szprycha... Przyrzekam, że nie dotknąłem jej nawet małym palcem! Nawet krzywo się nie popatrzyłem! Strat na wyprawie ciąg dalszy...

    Kolega mnie zostawia, a mnie zostaje weryfikowanie, że będzie fajny #wmordewind całą trasę. Jak to nad morzem, prawie zawsze wieje od Niemca. Bo jak widaomo wszystko co złe od Niemca leci! Zimno, do 12-13 temperatura nie przebiła 15 stopni. Wieje też coraz mocniej. Nuda Panie, nuda, nic się nie dzieje.

    Przejazd przez Bory Tucholskie trochę po łebkach, ale ogólnie polecam bardzo te rejony. Jest szalenie spokojnie, chyba z 10 samochodów mnie minęło. Bokiem idzie szutrowy (lecz dobrze ubity) DDR niemal na całej długości. Jest trochę zakrętów o 90 stopni, jest parę minusów, ale nawet szosą nie było tam strasznie. Do momentu jak zaczął padać deszcz i porobiły się błotne kałuże. Nie można mieć wszystkiego.

    Aż do okolic Murzynowa (cóż za nazwa!) niedaleko Człuchowa było znośnie. Tam po raz pierwszy dopada mnie rzęsty deszcz i nie mam się gdzie schować. Przemoczony jadę dalej i podobna sytuacja powtarza się jeszcze ze 4 razy. Trochę człowiek obeschnie i z miejsca dostaje dawkę wilgoci.

    Plusem całej tej pogody były jedne z intensywniejszych tęcz jakie w życiu widziałem. Nocleg u @Pyniewicz i jego dwóch braci. Szalenie pozytywne i zabawne chłopaki uprawiający mój ulubiony sport - piwkowanie. Takich ludzi potrzeba temu krajowi!

    Strava i Endomondo.

    #100km #200km #300km (nr 2) #metaxynarowerze #300km
    pokaż całość

  •  

    W osobtę wystartowałem w Pierścieniu Tysiąca Jezior, 610km na rowerze non-stop(zrobiłem 622 bo po 5cu kilometrach musiałem wrócić na start). Udało się ukończyć w mniej niż 30h co przy warunkach jakie panowały na trasie uważam za nienajgorszy wynik. Było zimno (nawet 10 stopni), mokro (deszcz padał przez jakieś 19h i te cholerne mazurski drogi. Łata na łacie. Jeszcze przez kilka dni pewnie będę miał zaniki czucia w dłoniach. Pagórki też zrobiły swoje - ok 4000m przewyższeń.
    Polecam wszystkim tę imprezę, świetny sposób na sprawdzenie się. Tym samym kwalifikacja na przyszłoroczny BBT zrobiona :)
    #rower #600km #500km #400km #300km #200km
    pokaż całość

  •  

    759388 - 309 - 81 = 758998

    Wypad do rodziny na Kujawy, czyli już klasyczna trasa do zaliczenia co roku. I pomyśleć, że gdy pierwszy raz tam jechałem 4 lata temu, to zajęło mi to 3 dni. Pierwszego dnia zrobiłem wtedy swoją życiówkę i przejechałem ponad 160 km, po czym spałem pierwszy raz w życiu samemu w namiocie na dziko,a każdy szelest trawy budził mój niepokój. Aż się łezka w oku kręci ;)

    Tym razem wyjazd o 3 rano i plan, by na miejsce dotrzeć na 16. Trasa płaska, wiatr sprzyja, więc na półmetku jestem ze średnią 31. W sprawdzon już zjeździe spotykam starszego szosowca z dużym plecakiem. Rozmawiamy i okazuje się, że jedzie w tym samym kierunku. Ruszamy wspólnie, jednak tempo mamy różne i zgodnie stwierdzamy, że nie ma się co ze sobą męczyć.

    Żegnam się i ruszam jechać swoje. Wiatr zmienia kierunek na zachodni, a ja odbijam bardziej na zachód, więc zaczyna przeszkadzać. Tempo maleje jeszcze bardziej po tym, gdy dopada mnie smak na maślankę ;) Zatrzymuję się przy sklepie, jednak mają tylko takie duże litrowe. Wlewamy w siebie całą, a skutki są łatwe do przewidzenia. Bóle brzucha, kolki i okupywanie stacji benzynowej w Kole.
    Duży błąd, ale tak miałem na nią ochotę..
    :)

    Po drodze jeszcze małe ucieczki przed deszczem i końcowy sprint w nadziei uniknięcia tegoż. Gdy dojeżdżam na miejsce, jest po 17 i akurat zaczyna padać.

    Drugiego dnia o poranku miałem zdecydować co robić dalej, zależnie od pogody. O 4 rano słychać opady, więc śpię dalej do 6. Postanawiam wykorzystać ten zachodni wiatr i uderzyć na pociąg do Kutna. Droga bardzo fajna, dmucha elegancko głównie w plecy, więc 80 km pokonuję bardzo szybko i sprawnie ze średnią ponad 34 km/h.
    Na miejscu jestem sporo przed czasem, więc jeszcze wizyta w pizzerii przy rynku i można iść na pociąg. Pierwszy z 4 tego dnia :) [Aktualnie jadę tym drugim;)]

    Strava:

    https://www.strava.com/activities/1062588669

    https://www.strava.com/activities/1063547401

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: image.ibb.co

  •  

    779601 - 338 = 779263

    Wyprawa, dzień II (25.06.2017)

    Pobudka kwadrans po 5.00, @rdza zrobiła nam śniadanie, trochę jeszcze pogadaliśmy i z półgodzinym opóźnieniem wyruszamy. Na Moście Siekierkowskim spotykamy się z @Cymerek i @mikkeler. Wschodnią stroną Wisły jedziemy na południe. Po drodze dołącza do nas @44zw - pół Krakus, pół Hiszpan. Przez jakiś czas jedziemy też z nami @gato, ale na crossie nadążyć za szosami łatwo nie jest, a niestety dłużej na kolegę czekać nie możemy.

    I tak sobie jedziemy jakimiś małymi zawijasami, bo zaliczanie gmin. W Dęblinie robimy drożdżówkarski postój w Biedronce i dołącza do nas @Bzdziuch. Chwilę po starcie zupełnie przypadkowo spotkamy wykopka @szczypawka. To jest grubsza historia, może @metaxy albo @Cymerek opiszą to u siebie.
    Kilka kilometrów później następuje "rozłam" grupy. @Cymerek niestety nie daje rady z formą tak jak by tego chciał i ucieka na pociąg do Radomia. @44zw i @mikkeler jadą kawałek z nim i dalej też w swoje strony.

    Jedziemy więc w trzech z @Bzdziuch aż do Solca nad Wisłą. Tam kolega skręca na Lublin. Kolejny mirek, @tazlubiczary miał czekać na nas na moście w Annopolu, ale spotykamy się kawałek wcześniej. Rekreacyjnym tempem zmierzamy wspólnie do Janowa Lubelskiego, gdzie mamy nocleg, a nasz nowy znajomy odbija na Tarnobrzeg.

    Nocujemy w hostelu Katrina poleconym przez @faramka. Wszystko fajnie, dobry standard.

    Więcej zdjęć na Stravie -https://www.strava.com/activities/1054176484

    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #szosa #100km #200km #300km (nr 4)
    pokaż całość

  •  

    779934 - 341 = 779601

    Wyprawa dookoła Polski: dzień II (25.06.2017)

    Puste kilometry 

    Po wczorajszych czterystu czas na luz, czyli trzysta. Jedynym reprezentantem #szosowawarszawa, któremu chciało się wstać o 5 rano był @Mikkeler za co wielka chwała mu. Podjechał po @Cymerk pod Pekin i jadą na Siekierkowski, gdzie mają się spotkać ze mną i @Mortal84. Trochę nam się wszystko rozsuwa w czasie więc z mostu start dopiero o 7. 

    Jedziemy w 4 i dołącza do nas @gato na Unibike Viper, do którego mam sentyment, bo też taki rower posiadam i na nim robiłem pierwsze poważne dystanse. @gato na rower wygoniła @Aviendha za co oklaski. Niedaleko Góry Kalwarii dołącza do nas @44zw. Już w 6 jedziemy do Dęblina z przerwą na popas. Spotykamy tam @Bzdziuch oraz widzimy jeszcze jednego kolegę na Bianchi, ale z nim się nie zadajemy. Po kilku km dopadamy go na trasie i jedzie z nami. Był to @szczypawka. Nieznany człowiek okazuje się być Wykopkiem. 

    Rozdzielamy się. Ja z @Mortal84 dalej w trasę, z nami @Bzdziuch. @Mikkeler razem z @44zw odwożą @Cymerek na pociąg. Miał jechać z nami też III dnia, ale niestety... Organizm powiedział, że wystarczy. 

     Nie daj sobie wmówić, że osiągniesz sukces!

    Ale i tak gratuluję 600km w dwa dni. @Cymerek spotkał @szczypawka w pociągu... A to Ci przypadek. W Annopolu dołącza do nas @tazlubiczary i razem jedziemy aż pod Janów Lubelski, gdzie my na nocleg, a on jeszcze 70 km do domu. Licząc od 22. Kolega zrobił #200km. Chwała mu za dużo samozaparcia. 

    Nocleg w hostelu poleconym przez @faramka w Janowie Lubelskim. Był całkiem ok. I znów kilka godzin snu. Za mało. 

    Strava i Endomondo.

    #100km #200km #300km (nr 1) #metaxynarowerze #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    780546 - 358 - 208 = 779980

    Varsovie #rowerowykrakow odprowadzający @metaxy w I dzień wyprawy. Coroczna wycieczka po bułki do Lidla

    A miało być tak pięknie, miało nie wiać w oczy nam z Warszawy przez Dęblin na pociąg do Radomia. Plan był inny, ale dupa okazała się być zbyt miękka.

    W wycieczkach udział wzięli: @metaxy, @kiwacz, @wspodnicynamtb, @makyo, @mortal84, @bynon, @radoslaw-szalkowski, @masash, @oskar1100, @ingvarr_zaag, @mikkeler, @Shaybecki, @theDOG, @44zw, i dwóch mirków których nicków nie znam

    A także @idol89 jako kibic

    #rower #szosa #szosowawarszawa

    Statystyki:

    Dystans: 358 km
    Czas: ◷13:16:45
    Średnie tempo: 2:13 min/km
    Średnia prędkość: 26,99 km/h
    Kalorie: 0 kcal

    Dystans: 208 km
    Czas: ◷07:29:56
    Średnie tempo: 2:10 min/km
    Średnia prędkość: 27,68 km/h
    Kalorie: 0 kcal

    W tym tygodniu to już 566km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #100km #200km #300km #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: youtu.be

  •  

    781938 - 344 - 23 = 781571

    Tradycyjna już trasa do Warszawy z #rowerowykrakow.
    Wiedziałem, że zupełnie bez snu nie dam rady, dlatego zamaist z resztą o 2.00, ruszyłem o 3.45, ( i tak tylko 2h spałem). Żeby te ponad 1,5h cisnąłem w zasadzie w opór, doganiając ekipe po 75km, ze średnią 34km/h. Na tym odcinku były też jedyne na trasie górki, także chyba nieźle :)
    https://www.strava.com/activities/1052206317

    A niedziele przejażdżka z koleżanką na nieplanowany koncert fortepianowy w łazienkach :)

    Statystyki:

    Dystans: 344 km
    Czas: ◷11:22:32
    Średnie tempo: 1:59 min/km
    Średnia prędkość: 30,20 km/h
    Kalorie: 0 kcal
    Średni puls: ❤133.1bpm
    Maksymalny puls: ❤178bpm

    W tym tygodniu to już 367km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #szosa #100km #200km #300km
    pokaż całość

  •  

    783225 - 88 - 32 - 78 - 356 = 782671

    W tym tygodniu to już 554km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #100km #200km #300km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    784639 - 403 = 784236

    Wyprawa, dzień I (24.06.2017)

    Jak wiadomo, @metaxy wybrał się na wyprawę dookoła Polski. Już jakiś czas temu ustaliliśmy, że pojadę razem z nim przez pierwszych 9 dni.
    #rowerowykrakow tradycyjnie raz do roku jeździ do Warszawy. Była więc okazja połączyć start wyprawy i trzysetkę do stolicy.

    Z domu wyjechałem o 1:00 w nocy i po chwili spotykamy się z @makyo, który wyruszył od siebie godzinę wcześniej. Noc jest ciepła i bezwietrzna, jedzie się bardzo przyjemnie.
    W Wolbromiu mamy miejsce zbiórki z Krakusami, którzy przybywają w składzie @metaxy, @wspodnicynamtb, @Cymerek i @kiwacz. Jedziemy sobie wioskami na północ, gonią nas luźno puszczone na noc psy, a słońce powoli wyziera zza horyzontu. Krótko mówiąc, wstaje nowy dzień. Dopada mnie mały problem z łańcuchem, bo jedno ogniwo jest jakieś felerne i przeskakuje na dolnym kółeczku przerzutki. Na szczęście dr @metaxy postawił szybką diagnozę i zastosował wstępne leczenie. Już nie przeskakiwało, a tylko cykało, a po jakimś czasie samo przeszło zupełnie.

    Dogania nas @bynon, który chciał pospać kapkę dłużej i już pełnym składem podążamy we wiadomym kierunku. Robimy kilka drożdżówkarskich postojów, w tym ten najważniejszy w Biedronce.
    W miejscowości Przysucha dołącza do nas @radoslaw-szalkowski, który postanowił zrobić trasę Łódź - Warszawa i na pewno nie była to najkrótsza możliwa droga.
    W Goszczynie spotkamy się z delegacją #szosowawarszawa w składzie @masash, @oskar1100, @ingvarr_zaag, @mikkeler, @Shaybecki i @theDOG. Razem ruszamy do Grójca i wytęsknionego (ale pewnie nie przez wszystkich) McD. Wiadomo, że @metaxy to harpagan jakich mało i narzuca takie tempo, że część ekipy szybko odpada. Każdy jednak dojeżdża na miejsce i w miłej atmosferze konsumujemy swoje zestawy.

    Kierujemy się na Nadarzyn i dalej serwisówkami wzdłuż S8 aż do samej Warszawy. Osoby, które wracają pociągami do domu odstawiamy na dworzec centralny, robimy zdjęcia z Pałacem Kultury (stały punkt każdej wycieczki) i spotykamy tam też @tytyrytek. Żegnamy się i każdy udaje się w swoją stronę.
    Metaxego i mnie warszawiacy odprowadzają na Kabaty, gdzie mamy nocleg u @rdza. Nie obyło się też bez dokręcania do czterystu, bo głupio tak zostawić, jak brakuje tylko 10 km :-D

    U naszej gospodyni jemy kolację, poznajemy @Marjano oraz jej współlokatora, który częstuje nas dziwnymi piwami, różnymi trunkami, których nazw nie pamiętam, a także marynowanym rosyjskim arbuzem. Później jeszcze tylko szybkie zakupy w całodobowym Tesco i można iść spać. A spania niewiele, bo niecałe 5 godzin, ale to i tak lepiej niż poprzedniego dnia.

    Dzięki wszystkim za miłe towarzystwo, wspólną jazdę i do zobaczenia przy nastepnej okazji!

    Więcej zdjęć na Stravie - https://www.strava.com/activities/1052262433

    Cdn.

    #mortalszosuje

    #szosa #rowerowyrownik #100km #200km #300km #400km (nr 1)
    pokaż całość

  •  

    785039 - 400 = 784639

    Wyprawa dookoła Polski: dzień I (24.06.2017)

    I w pizdu i wystartował! 

    A w zasadzie wystartowali, bo po niecałych 2h (to już chyba doroczna tradycja) snu pojechałem na miejsce zbiórki, gdzie czekała już ekipa #rowerowykrakow @Cymerek @kiwacz @wspodnicynamtb oraz kibic @idol89. @bynon stwierdził, że chce pospać dłużej i dogoni nas na trasie. Udało mu się to pewnie koło 80km, bo @Mortal84, który dołączył z nami z @makyo, miał problemy z łańcuchem i serwis zajął dobre pół godziny. 

    Jazda na spokojnie, wyczekujemy spotkania z #szosowawarszawa i trasa wytyczona przez Strava poprowadziła nas po km fragmencie szutru, gdzie @radoslaw-szalkowski złapał kapcia. Kolega dołączył do nas chwilę wcześniej i... Do końca myślałem, że to @bb-8, który pisał do mnie, że dołączy i faktycznie dołączył, ale go nie zauważyłem, odpadł podobno szybko. Toteż kolego pardon, ale do końca dnia myślałem, że jadę z Tobą, a to był Radek. 

    Spotkanie z #szosowawarszawa @masash @Mikkeler @oskar1100 @ingvarr_zaag @Shaybecki @theDOG dało okazję do przepalenia nogi po 300km spokojnego pitu pitu i pogaduch. Bo kto pierwszy w McD w Grójcu ten nie musi czekać aż wyrobią się z zamówieniami całej reszty. Dojazd do tego McD jest kuriozalny. Przez szuter, koło cmentarza, przenoszenie roweru... Jak w tamtym roku robiłem Tauzena to dokładnie na tym szutrze zrobiłem kapcia. 

    Po obiedzie już spokojnie na Warszawę drogą serwisową i jedziemy na Centralny, spotykając @tytyrytek. Z dworca do domu wraca pociągiem @wspodnicynamtb i @kiwacz. Ja z @Mortal84 i kilkoma chłopakami z Wawy śmigamy na nocleg do @rdza. Niedaleko niej okazuje się, że niedużo brakuje nam do 400 to żal nie dokręcić. U @rdza nocowałem w tamtym roku ma wyprawie, więc znamy się i jest fajnie. Spotykamy tam też @Marianów. Kolacja, piwerko i tak jest dobrze po północy, a budzik na 5. Wyspanie się na wyprawie to niepotrzebny luksus. Ale fajnie jest! No i fajnie, bo @Mortal84 będzie ze mną jeszcze 8 dni.

    Strava i Endomondo.

    #100km #200km #300km #400km (nr 1) #metaxynarowerze #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

    •  

      odpadł podobno szybko. Toteż kolego pardon, ale do końca dnia myślałem, że jadę z Tobą, a to był Radek.

      @metaxy: nie dałem rady wam tempa dotrzymać, brak kondycji i kac robią swoje xD

      Bo kto pierwszy w McD w Grójcu ten nie musi czekać aż wyrobią się z zamówieniami całej reszty. Dojazd do tego McD jest kuriozalny. Przez szuter, koło cmentarza, przenoszenie roweru... Jak w tamtym roku robiłem Tauzena to dokładnie na tym szutrze zrobiłem kapcia.

      @metaxy: worów a nie grójec, z s7 jest tylko dobry dojazd do tego maca ;)

      dało okazję do przepalenia nogi po 300km spokojnego pitu pitu i pogaduch

      @metaxy: ja myślałem, że wy sprint walicie u mnie na odcinku, przynajmniej na stravie tak chyba było napisane :D

      tak czy siak fajnie było się sprawdzić, dzięki i szerokiej ;)
      pokaż całość

    •  

      @metaxy: Kurde, nic nie mów o tym McDonaldzie. Kiedyś dało się z tego szutru za cmentarzem samochodem dojechać, a teraz muszę na trasę S7 wyskakiwać i trzepać 10 km by pojechać i wrócić. A widzę go z okna domu po drugiej stronie S7. Jakiś 900 metrów w linii prostej.

    • więcej komentarzy (33)

  •  

    793328 - 43 - 10 - 10 - 22 - 15 - 356 = 792872

    Jazdy z tygodnia i punkt kulminacyjny z wczoraj, czyli Kraków-Warszawa vol.3 z #rowerowykrakow oraz #szosowawarszawa
    Wschód słońca nas powitał po 50 km, wtedy też do ekipy @Cymerek @metaxy @kiwacz i mnie dojechali @Mortal84 oraz @makyo, a później też @bynon. (Na szczęście) słońce nam nie przygrzało w głowy, a pogoda była idealna na długie dystanse. Chyba w okolicy Przysuchy dołączył też do nas @radoslaw-szalkowski, a gdzieś przed Grójcem, dream-team z Warszawy ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Wyprawa po raz kolejny się udała, życiówka symbolicznie pobita, wszyscy zdążyli na pociągi/noclegi/kolacje, a z @kiwacz byliśmy już przed północą z powrotem w Krakowie.

    Dzięki wszystkim za towarzystwo i za kolejne miłe odbieranie nas spod Warszawy:)

    #rowerowyrownik #100km #200km #300km #wspodnicynaszosie
    pokaż całość

  •  

    814859 - 370 - 8 = 814481

    Z Opola do Warszawy na długi weekend. Z tobołkami i na solo. Zadupiami strasznymi. Tereny po byłym zaborze rosyjskim to dno, bieda i tragedia. Mazowieckie poniżej Góry Kalwarii jest całkiem przyjemnie pofałdowane, zdziwiłem się, bo panuj opinia o wszechobecnej płaskości, ale też tłumaczy dlaczego większość zatrzymuje się na GK (; Kolejny dłuższy dystans, po którym mam przekonanie, że 1x11 jest przyszłością rowerów szosowych dla amatorów.

    Miało być też jeżdżenie przez 2 dni w Górach Świętokrzyskich, ale wolałem siedzieć w saunie, basenie i spa (dziękuję Magazynie Szosa :*).

    #szosa #fixienaszosie

    Statystyki:

    Dystans: 370 km
    Czas: ◷13:41:45
    Średnie tempo: 2:13 min/km
    Średnia prędkość: 27,01 km/h
    Kalorie: 13874 kcal

    W tym tygodniu to już 574km!
    #rowerowyrownik #ruszmirko #100km #200km #300km
    pokaż całość

  •  

    824222 - 370 = 823852

    Wyjazd nad morze ze zgrupką luboń :)

    W środę schodziłem z nocki w pracy,przespałem się od 11 do 15.W nocy na chwilę przed wyjazdem bo ok 24:00 godziny robiłem jeszcze przegląd roweru i w końcu doszedłem do tego co mi piszczało w rowerze a jest nim bębenek w piąście(kaseta pływała) No to szybka wymiana koła/opony i kasety i rower gotowy :) Wyjechałem z domu o 1:38 by po ok 5 km wracać się z powrotem bo zapomniałem haka przerzutki i spinki :)
    Coś koło 3:45 byłem w Poznaniu w miejscu spotkania a chwilę po 4 wyruszaliśmy w drogę. Na trasie 3 gumy w tym jedna podwójna-złapana jeszcze przed napompowaniem koła-nie wiem,nie pytajcie xD Z innych rzeczy jeszcze jeden plecacak rozsypał się ale wystarczyło związać tylko jakieś paski czy coś :)

    Jako ciekawostkę dodam jeszcze ze jedna z osoób jadąca z nami miała na sobie plecak ważący ok 30 kg-jedną ręką nie mogłem go podnieść! xD Zdjeła go dopiero na ok 150 km(nie pamiętam dokładnie) jak dojechało do nas auto asekuracyjne :)

    A zapomniałbym bym dodać-nie wziąłem rękawiczek z domu a że w nocy było zimno to czucie w dłoniach odzyskałem ok 7 godziny nad ranem :)

    Cały wyjazd udany,wszyscy dojechali a ja dopiero dziś poszedłem spać :)

    https://www.strava.com/activities/1038315056

    W tym tygodniu to już 633km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km #impanaszosie
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 20170615_191210(0).jpg

  •  

    827212 - 340 = 826872

    Miała być Czwartkowa Runda, ale za wcześnie wyjechałem i tak jakoś wyszło ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Start 5:20 rano, temperaturowo bez szału. Nawet zastanawiałem się czy nie wrócić po długie rękawiczki, ale po pół godzinie już było znacznie cieplej. Na rozgrzewkę klasycznie przy takich trasach Przegibek od strony Bielska. Potem na Żywiec i do Rajczy. Tam odbijam na Ujsoły i Glinkę.
    Trochę ponad rok temu, zimą jechaliśmy tam z @byczys'em. Śniegu było po kostki i musiałem prowadzić rower. W końcu udało się wrócić i wyrównać rachunki z podjazdem pod granicę.
    Tam też, na nieczynnym przejściu granicznym urządzam sobie postój na kawę i naleśniki. Droga przez Słowację w zasadzie niczym szczególnym się nie wyróżnia. Przez Namestovo kieruję się w stronę granicy.
    W Jabłonce skręcam w kierunku Babiej Góry. Podjazd na Krowiarki bardzo przyjemny, a na górze masa zaparkowanych samochodów i tłumy ludzi. Robię drugi postój naleśnikowy i zjeżdżam do Zawoi.
    Podjazd pomiędzy rzeczoną Zawoją a Stryszawą jest w tak fatalnym stanie (więcej dziur niż asfaltu), że zdecydowałem nadłożyć trochę drogi przez Maków Podhalański. Za Suchą Beskidzką odbijam w boczne, lokalne dróżki i tak dojeżdżam do Żywca. McZestaw był tym, czego potrzebowałem.
    Chwilę po wyruszeniu odzywa się @makyo, który z kolegą kręci się po okolicy. Spotykamy się pod Żarem i podjeżdżamy go sobie na spokojnie. Później jeszcze wspólnie Przegibek i w Straconce skręcam już "do siebie".

    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #szosa #100km #200km #300km (nr 3)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: Namestovo.jpg

  •  

    837208 - 150 - 160 = 836898

    Pierwsze 150km w tym roku zrobione i to dwa dni pod rząd. W sobotę bez większych atrakcji i problemów wyjechaliśmy około godziny 10 i na spokojnie wróciliśmy około 18. Na drugi dzień kupiliśmy bilety na żużel. Wyjechaliśmy około 12 do Gorzowa zajechaliśmy o 15 i poszliśmy zająć miejsca na stadionie. Po meczu wybraliśmy się w końcu zjeść coś ciepłego i wyszło, że była już 20, a do domu daleko. Kierunek na DW151 i kręcimy do domu, powoli z zachodu zaczęły nadciągać chmury. Dojechaliśmy do Barlinka z dosyć dobrym tempem, ale powoli robił się już ciemno i padał deszcz. Na chwilę schowaliśmy się pod dachem, zabezpieczyliśmy co się dało przed deszczem i kierunek Choszczno. Na miejsce dojechaliśmy jakoś po 23, jazda w letnim deszczu o tej porze to sama przyjemność ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Statystyki:

    Dystans: 310km
    Czas: ◷ ~15:00:00
    Średnia prędkość: 20,66 km/h

    #100km #200km #300km
    #rowerowyrownik #zuzel
    pokaż całość

    źródło: kolaz.jpg

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów