•  

    367251 - 586 = 366665

    Przedsylwestrowy przejazd Katowice - Gdańsk

    Już tradycyjnie, w okresie między świętami a sylwestrem udało się zrealizować dłuższą trasę, tym samym zamykając rok 2017. Tym razem prognozy pogody sugerowały jazdę na północ, więc padło na przejazd do Gdańska. Pierwszy raz nie jechałem sam - kilka dni wcześniej odezwał się do mnie Paweł Pieczka, który znając już moją tradycję, zaproponował towarzystwo.

    Startujemy zaraz po świętach, 27 grudnia w okolicach 6 rano. Paweł jedzie od południa (spod czeskiej granicy), więc wyjeżdżam mu na przeciw. Dziwne uczucie, bo mamy jechać nad morze, a ja początkowo się oddalam jadąc na południe ;) Poranek mglisty i zimny. Spotykamy się gdzieś przed Żorami i odtąd jedziemy już wspólnie na północ. Niepokoi nas, że jeśli kolejna noc będzie podobna (zimno, mgliście i wilgotno), to może być z nami krucho, a przede wszystkim - zbyt niebezpiecznie. Bo przecież aktualnie mamy najdłuższe noce i czeka nas dobrych 15 godzin jazdy po ciemku.

    Przed Częstochową pierwszy krótki postój pod sklepem. Chwilę wcześniej jednak mały incydent - na środku naszego pasa stoi śmieciarka. Słońce już zaczęło podsuszać asfalty, co uśpiło czujność - gdy tylko naciskam hamulec, od razy podcina mi koła i zaliczam glebę. Akurat trafiłem na zacieniony kawałek asfaltu, na którym jest tak ślisko, że nawet ciężko mi się pozbierać. Na szczęście prędkość niewielka i skończyło się na zdartym łokciu i dziurawej kurtce.

    Większy postój planujemy zrobić w okolicach środka trasy. Zgodnie z założeniem, niedługo po zapadnięciu zmroku wjeżdżamy na DK91, by odtąd trzymać się sprawdzonego przeze mnie wariantu nad morze aż do końca. Przed Krośniewicami łapie gumę w tylnym kole. Wokół tylko pola i ciemność, więc nie uśmiecha się wymiana dętki w świetle latarki. Postanawiamy spróbować dopompować i jechać dalej, bo jakoś gwałtownie to nie zeszło. Udaje się przejechać 7 km, więc nie jest źle. Jeszcze jedna dobitka i po kolejnych 10 km lądujemy w Krośniewicach, gdzie ma być w końcu Orlen i dłuższy postój. Niestety jest kiepściutko - to jakaś lokalna stacja, zamykana o 22. Jeszcze jest czynne, ale na wypasy nie ma co liczyć. Brak miejsca do siedzenia, a całe menu to znienawidzone już przeze mnie hot dogi. Ale trudno - trzeba zjeść co jest i zrobić dętkę, którą udaje się załatać bez zdejmowania koła.

    Ledwie wracamy na główną drogę, a naszym oczom ukazuje się wielki i wypasiony Orlen z czerwonymi sofami i bogatym menu na pokładzie. Aż żal patrzeć, ale trzeba jechać dalej. Oczywiście przez kolejne godziny mijamy sporo takich wypasionych przybytków ;)

    Noc przemija dość spokojnie. Zgodnie z prognozami wiatr sprzyja, jednak pokazują one też coś niepokojącego, czyli nadchodzące opady deszczu.
    W okolicach Grudziądza zaczynają się pierwsze podjazdy, które towarzyszyć nam będą do końca trasy. Łamie mnie trochę senność, więc za miastem robimy szybki postój żeby wybić się monotonii jazdy. W okolicach 500 km, (tu pęka #festive500 ) zajeżdżamy do sprawdzonego i wyczekiwanego miejsca postoju na stacji BP w miejscowości Nowe. Tutaj w końcu ogromny wybór jedzenia. Podwójna jajecznica i inne rarytasy od razu stawiają mnie na nogi. Jednak to co widać za oknem nie napawa optymizmem - zgodnie z zapowiedziami pada deszcz, a temperatura oscyluje nieznacznie powyżej zera.

    Ostatnie godziny jazdy nie należą do przyjemnych. Deszcz i chłód skutecznie wysysają z nas energię potrzebna do jazdy. Dodatkowo mój rower ma taką przypadłość, że w takich warunkach momentalnie cały napęd pokrywa się błotem i zaczyna mocno rzęzić, a biegi przestają się słuchać. Sam tez jestem uwalony po czubek głowy (patrz zdjęcie w pierwszym komentarzu :D). Jest ciężko, ale że kolega Paweł tez nie jest z pierwszej łapanki (świetne drugie miejsce na tegorocznym #mrdp mówi samo za siebie), to nie odpuszczamy i już bez postojów docieramy do celu.

    Tym sposobem, po 31 godzinach i przebyciu niespełna 600 km wspólnie meldujemy się pod Neptunem ;) W moim zabłoconym stroju byłem chyba większą atrakcją niż on sam ;) Na ostatnich 100 km deszcz i grudniowy chłód dały nam ostro popalić, ale w towarzystwie łatwiej było przezwyciężyć te trudności. Dzięki za jazdę :)

    Pozostaje mi wstawić krótkie podsumowanie mojego roku 2017 na rowerze:

    - w sumie przejechanych okrągłe 15 000 km

    - przewyższeń (za Strava) 100 976 m

    - udało się "zamknąć" województwo opolskie, odwiedzając wszystkie gminy w jego granicach,

    - na tę chwilę zaliczonych gmin w Polsce 999 / 2478 (40%)

    - kilka wypadów z namiotem, w tym tygodniowy tour po kilku państwach PL-CZ-SK-HU-CRO-SRB-RO-HU-SK-PL

    - udało się ukończyć kilka ultramaratonów: Maraton Podróżnika, Maraton Tour de Silesia, Maraton Karpacki Hulaka

    - udało się przejechać całą trasę MRDP - wprawdzie spóźniłem się 4 godziny, ale mimo to ciesze się, że wziąłem udział i dojechałem do mety. Niezapomniana przygoda :)

    Na ten rok też się szykuje coś większego, ale to się ma wyklarować na dniach ;)

    Dzięki Wszystkim za wspólne równikowanie w 2017! :)

    Strava: https://www.strava.com/activities/1330418430

    #byczysnarowerze #zaliczgmine

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: preview.ibb.co

    +: Ragnarokk, the_Fam +101 innych
    •  

      @Mortal84

      Jasne że jednolita mapka wygląda lepiej. Moja jest jednak zalaminowana i maluję takimi permanentnymi olejowymi pisakami, bo chcę żeby to było trwałe.

      Kolega @metaxy będzie miał w tym roku zaliczoną całość, więc nie ma takich wymagań ;)
      U mnie to będą jeszcze długie lata i pod tym względem jest OK - nic nie blaknie, żółknie itp.

      Wszystko robiłem własnoręcznie (docinanie, ramki i tablica), więc mam też do niej pewien sentyment :) A ładną super ekstra, to można kiedyś zrobić w programie graficznym i wydrukować.
      pokaż całość

    •  

      Kolega @metaxy będzie miał w tym roku zaliczoną całość, więc nie ma takich wymagań ;)

      @byczys: Szanse są. A jak zaliczę całość to dołożę ramkę i pewnie szybkę, żeby dłużej wytrzymało. Też mam sentyment i takie ręcznie malowane sobie zostanie.

    • więcej komentarzy (17)

  •  

    419026 - 455 = 418571

    Katowice – Raciniewo – Bydgoszcz

    Czyli odwiedziny u Pawła Jumpera, sprawdzić czy naprawdę jest wysoko ;)

    W zasadzie na pomysł tego stricte atencyjnego wyjazdu wpadłem już na początku roku, ale nie był on jakimś priorytetem, bo trasę w rejony Torunia mam już przejechaną kilka razy. Wiem że na super widoki nie ma tam co liczyć, więc stwierdzam że listopadowy krótki dzień i długa noc będą w sam raz ;) Prognozy jak na te porę roku całkiem optymistyczne – brak opadów (najważniejsze) i południowy wiatr. No to jadę.

    Start chwilę po godzinie 7 rano. Planowałem wcześniej, żeby wykorzystać puste drogi podczas przejazdu przez aglomerację katowicką, ale jest sobota, więc nie jest najgorzej. Praktycznie do 10 towarzyszą mi mniejsze bądź większe mgły. Trochę mnie to martwi, bo jeśli kolejna noc będzie podobna, to będzie kiepsko – kilkanaście godzin po ciemku w takich warunkach oznacza już proszenie się o kłopoty. Jest chłodno i wilgotno, ale wiatr sprzyja, więc pierwsze 80 km do Częstochowy leci na pamięć, ze średnią w granicach 30 km/h. Tutaj postój na tortillę śniadaniową (lubię) i sałatkę w McD. Gniazdko do którego się podpinam nie ma obudowy, więc na wierzchu wystają niezaizolowane elementy. Niebezpiecznie, więc powiadamiam obsługę. Niestety nikt do końca mojej wizyty nikt nie przyszedł się zainteresować. Chyba potrzebują konkretnego incydentu żeby szybko zareagować. Słabo.

    Dalej klasycznie drogą na Łask. Nuda. W Buczku zatrzymuję się jeszcze na nieplanowany postój w sprawdzonym zajeździe. Średnia nadal 30 (z wiatrem, jak ten śmieć), wiec mimo wszystko zmierzch witam zgodnie z planem, ze wskazaniem 200 km na liczniku.
    Teraz będzie już tylko wolniej. Sprzyjający wiatr cichnie, a chęć złapania nowej gminy (Świnice Warckie) oznacza konieczność zjechania na boczne drogi gorszej jakości. Dalej w ciemnościach koszę Grabów i Olszówkę. Robi się coraz chłodniej, a na niebie pojawia się wielki księżyc w pełni. Fajnie, nawet bez świateł jest dość jasno. Z drugiej strony takie bezchmurne niebo może oznaczać, że będzie chłodniej niż przewidywałem. Mój „zapas” ubraniowy w postaci długich rękawiczek, rękawów i długich spodni zostawiam więc na później, by się za bardzo nie przyzwyczajać do ciepłego ;) Każdy postój powyżej 5 minut oznacza więc mały wypizg, co motywuje do jazdy z większą dyscypliną.

    Tym sposobem, Wisłę na moście w Toruniu przekraczam z ulgą, dobre 2 godziny wcześniej niż zamierzałem. Nie mogę jednak zajechać na legendarne miejsce skoku Pawła Jumpera po ciemku, więc postanawiam wykorzystać dostępność stacji benzynowej i robię tu dłuższy, bo około 2h postój na herbatę i zapiekanki. Mógłbym wprawdzie wydłużyć trasę i pojechać bardziej dookoła, ale po prostu mi się nie chce. Tyle godzin jazdy nocą bez żadnych widoków jest zdecydowanie nudne. Na plus prawie zerowy ruch samochodowy i możliwość przebywania sam ze sobą.

    Przy ciepłej herbatce udaje mi się nawet na chwilę zamknąć oczy i tym samym dać im odpocząć. Jakoś o 3:30 ruszam dalej wzdłuż Wisły. By zaliczyć gminę Zławieś Wielka tłukę się po jakichś dziurach. Dalej odbijam po Łubiankę, a następnie Kijewo Szlacheckie. Jedzie się dość ciężko – w miarę zbliżania się świtu jest coraz chłodniej, a wielogodzinna jazda w niskich temperaturach potęguje zmęczenie.
    W Unisławiu, czyli bardzo blisko mojego celu ma być stacja Orlen, na której planuje przeczekać pozostałą godzinę do wschodu słońca, jednak na miejscu okazuje się, że jest czynna dopiero od 7:00. Postanawiam więc nie czekać dłużej i po wjechaniu do Raciniewa odbijam w ulicę Długa i po betonowych płytach pokonuje ostatnią prosta do mojego celu ;)

    No i jestem! Po ciemku niewiele jeszcze widać, ale to miejsce rozpoznaję bezbłędnie. Czekam godzinę aż zrobi się jasno, i pałaszuję owsiane ciastko zwycięstwa ;) Obok legendarnego budynku znajduje się zadaszona wiata, z pozostałościami zdewastowanych dystrybutorów paliwa. Pstrykam pamiątkowe fotki i ruszam w kierunku Dąbrowy Chełmińskiej, czyli ostatniej nowej gminy tegoż wypadu. Po powrocie na lewy brzeg Wisły witam Bydgoszcz, skąd wracam pociągiem do Katowic, tym samym kończąc swoją „wycieczkę”. Do odjazdu mam jednak dobre 3 godziny, więc mogę się jeszcze pokręcić po mieście i zjeść śniadanie.

    Cóż, pomimo że to był mój chyba najbardziej durny cel ze wszystkich dotychczasowych, to osiągnięcie go dało mi wielką frajdę :D Pozdr i do usłyszenia w przyszłości pod #byczysnarowerze

    Ps. Dodaję wpis wieczorem, bo atencja i tak już wywalona w kosmos po ostatnim wpisie i jeszcze bym na łeb dostał od jej nadmiaru ;)

    Strava: https://www.strava.com/activities/1261741375

    #zaliczgmine

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

  •  

    440409 - 234 - 350 - 534 = 439291

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski - dni 8-10 i podsumowanie

    Poprzednie części:

    Przygotowania
    Dzień 1-4
    Dzień 5-7

    MRDP Dzień 8
    234 km | 3739 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159661619

    Pomimo że leżę bezpośrednio na trawniku, śpi mi się całkiem komfortowo. Nie trwa to jednak długo, bo wybudza mnie głos: „halo, wszystko w porządku?”. Tak, tak śpię sobie, dziękuję. „ Bo właśnie widzę że ktoś leży, ale rower nie taki byle jaki i myślałem że coś się stało”. Patrzę na zegarek – 3 z groszami. Gościu chyba lekko podpity, ale raczej niegroźny. Mówię, że jadę maraton dookoła polski i chciałbym się trochę przespać i jechać dalej. Przeprasza że mnie obudził. Mówię że nic się nie stało i miło że się zainteresował, ale chciałbym spać. „OK… ale jak to dookoła polski?!” Tłumaczę żeby sobie wszedł na MRDP.PL i tam jest wszystko. W końcu mogę spać dalej.

    Niestety okazało się, że moja miejscówka nie jest na uboczu jak myślałem, a leżę sobie zaraz przy uliczce biegnącej od rynku. Tym sposobem kolejną pobudkę mam już około 4, więc postanawiam się zbierać. Senność nie daje mi spokoju i po przejechaniu zaledwie kilku kilometrów układam się na ławce w Stroniu Śląskim. Po jakichś 20 minutach budzi mnie deszcz. Szybko się zbieram i uciekam do jakiejś kamienicy. Jest trochę burzowo, ale przejściowo, więc postanawiam skorzystać z postoju i wyjadam zapasy. Puszka coli stawia mnie na nogi i gdy ruszam jedzie mi się całkiem przyjemnie. Drogi są mokre, ale chmury nie wyglądają już na takie co by chciały spaść na ziemię. Dalej jadę na południe, przedostając się w samo serce Kotliny Kłodzkiej. Kawałek za Damaszkowem, na łuku DK33 słyszę za sobą gwałtowny pisk opon. Odwracam się i widzę podwozie samochodu wylatującego z przydrożnego rowu i frunący w powietrzu akumulator. Zawracam i widzę że z rozbitego auta wyskakuje młody chłopak z dziewczyną. Ona cała roztrzęsiona, a chłopak mówi tylko żeby nie dzwonić do rodziców. Chodzą w kółko i mówią żeby zadzwonić po policję (?). Sytuacja jest niebezpieczna, bo z obu stron droga zwija się w zakręt, a my jesteśmy w dołku i samochody zjeżdżają wprost na nas, w ostatniej chwili hamując na mokrej drodze. Dzwonię po pomoc i przy okazji z daleka ostrzegam nadjeżdżające pojazdy. Chcę wyciągnąć trójkąt, ale bagażnik jest rozbity i nie daje się otworzyć. Z uwagi na wyciekające płyny zostaje wezwana straż pożarna i policja, której nadal się domagają. Dyspozytorka pyta czy jest potrzebna karetka. Każe zapytać poszkodowanych, skoro są „na chodzie”. Mówią, że nie potrzebują i że wszystko jest ok. Poleca zadzwonić gdyby się poczuli gorzej. Tymczasem oni chodzą i zbierają porozrzucane części. Martwią się co z tym akumulatorem. Widać że są w szoku. Każę im to zostawić i mówię żeby zeszli z drogi, bo jest niebezpiecznie. Dziewczyna cały czas płacze. Słyszę zbliżające się syreny, więc powoli oddalam się z miejsca zdarzenia.

    Przez najbliższe godziny nie umiem dojść do siebie. Mam czarne myśli, bo przecież kilka sekund wcześniej i ten samochód skosiłby mnie z jezdni. W takim nieciekawym nastroju, po pokonaniu długiego podjazdu w okolicach Zieleńca, docieram do Kudowy, gdzie kieruję się z pomocą Garmina do baru mlecznego. Gdzieś w centrum ponownie spotykam Daniela Śmieję, który akurat kończy swoja przerwę obiadową. Mówi coś o limicie, że trzeba się sprężać żeby zdążyć, ale ja jestem teraz jakiś obojętny. Kolega ucieka, a ja po posiłku zahaczam jeszcze Biedronkę, gdzie robię solidne zapasy.

    Tuż za miastem zaczynam podjazd Szosą Stu Zakrętów w głąb Gór Stołowych. Jechałem tędy niecałe 3 miesiące wcześniej podczas Maratonu Podróżnika, jednak w przeciwnym kierunku i nocą. Teraz mogę w końcu co nieco zobaczyć. Na jednym ze zjazdów jakiś kolarz macha do mnie i głośno dopinguje. Odmachuję mu z uśmiechem i przez nieuwagę łapię przednim kołem krawędź krawężnika. Ledwie ratuję się z opresji – gleba była bardzo blisko. Jakoś niedługo po tym zdarzeniu urywa mi się film ;) Dalszej drogi przez Sudety Wałbrzyskie nie mogę sobie przypomnieć. Za Mieroszowem znów doganiam Daniela i po chwili spotykamy kibiców w postaci forumowej Kahy z rodziną ;)

    Z dalszej drogi też nie pamiętam wielu szczegółów. Były ładne karkonoskie widoki i dobra pogoda. Trasa naszpikowana podjazdami i kiepska ostatnia noc z zaledwie drzemką na trawniku zaczęły odciskać swoje piętno. Wieczorem, już po zmroku, w okolicach Podgórzyna ponownie spotykam Daniela, który przygotowuje się na przystanku do nocnej jazdy. Trochę rozmawiamy i kalkulujemy. By myśleć o dotarciu na metę w limicie, raczej konieczne jest zarwanie również tej nocy. Daniel może sobie na to pozwolić, bo poprzedniej spał pod dachem. U mnie sytuacja wygląda kiepsko. Czuję się tak niedospany i zmęczony, że dalsza jazda to igranie z losem. Dzwonię pod numer telefonu z tabliczki oferującej noclegi. Niestety Pani jest w innej miejscowości, ale daje mi namiary na inne noclegi które mogę znaleźć przy mojej trasie. Niestety wszędzie zbywają mnie brakiem miejsc. Poszukiwania trwają ponad godzinę . W końcu pytam jakieś towarzystwo siedzące w imprezowym klimacie pod parasolem, czy się nie orientują w temacie noclegu. Wołają kolegę który za 40 zł oferuje bardzo fajny pokoik 1-osobowy z łazienką. Ostrzega że w nocy zapowiadają ulewne burze i żebym lepiej pospał do rana, gdy ma się już przejaśnić. Na niebie w oddali faktycznie widać błyski. Niestety maksimum na co sobie mogę pozwolić to 4h snu, więc budzik ustawiam na godzinę 4 i po szybkim ogarnięciu siebie ląduję w łóżku.

    MRDP Dzień 9
    350 km | 2265 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159664955

    Na szczęście nocne burze ominęły moje okolice. Wyruszam wcześnie rano i po kilku kilometrach od razu popełniam błąd. Za bardzo zapuściłem się w kierunku Szklarskiej i minąłem zakręt prowadzący pod Zakręt Śmierci. To ostatni tak solidny podjazd na trasie MRDP. Czas pożegnać się z górami na dobre. W zasadzie cała reszta trasy to miejsca w których będę pierwszy raz w życiu.
    Dalej przez Świeradów, Leśną aż do Zgorzelca jest głownie z górki, więc kilometry lecą dosyć szybko. Budzi to w głowie pewną nadzieję, że może jest jeszcze szansa trochę podgonić, że może się uda. Gdy wjeżdżam do Lubuskiego jest mi dane poznać osobiście legendarną jakość dróg tego obszaru. Ubzdurałem tu sobie, że cała trasa wzdłuż zachodniej granicy tak wygląda i nie mam szans by nadrobić zaległości. Postanawiam po prostu dojechać do przeprawy promowej w Połęcku przed ostatnim kursem o godzinie 20.

    W zasadzie wszystkie mijane przygraniczne miejscowości usiane są tablicami i szyldami w języku niemieckim. Czasem można się zapomnieć, że jest się w Polsce. Gdzieś po drodze mijam Macieja Skowronka z którym tasowałem się na prawie całej trasie. Jedzie w kategorii sport i często podczas poprzednich nocy widziałem jego zaparkowanego na poboczu kampera.
    Przed jednym z pierwszych dłuższych brukowych odcinków, mijam kolegów z jego ekipy, stojących w gotowości z drugim rowerem przygotowanym pod kiepskie nawierzchnie. Nie wiedziałem że ma aż takie wypasy ;)
    W dalszej części chamskie bruki (które staram się mijać bokiem - czasem nawet ściółką przez las;) ) przeplatają się z drogami, gdzie po prostu jedna część jezdni jest szutrowa. Czasem wydaje mi się, że jadę jakąś kompletnie zapomnianą drogą, po czym dojeżdżam do sporej miejscowości i okazuje się że to jest właśnie główna dojazdówka :) Czasem ślad do punktu kontrolnego prowadzi tak. Kulminacją tego odcinka jest jednak PK32 w Brodach. Te sterty kostki brukowej to jest po prostu kwintesencja ostatnich kilometrów i śmieję się pod nosem, że pewnie plac był kiedyś asfaltowy, ale władze postanowiły wyłożyć trochę bruku dla odmiany ;)

    Do przeprawy promowej na Odrze docieram chwilę przed 19. Czeka tu na mnie Paweł Ignasiak, który zorganizował serwisowy punkt wsparcia dla wszystkich zawodników. Nie znam gościa, ale siedzi tu kilka dni i czeka na każdego zawodnika by zaproponować wsparcie serwisowe – szacun. Od razu zabiera mój rower, każe się rozsiąść, a sam zaczyna czyścić maszynką łańcuch. Śmieje się, że w tym roztworze benzyny jest jeszcze smar od Kosmy ;) Podczas sympatycznych pogaduszek stwierdza, że jestem ostatnim zawodnikiem który ma szanse na dojazd w limicie. Myślę - jak to? Przecież nie ma już szans. Wprawdzie matematycznie jest to możliwe, ale przy takiej jakości dróg niewykonalne. Dodatkowo musiałbym zarwać kolejne 2 noce z rzędu. Paweł mówi że na wybrzeżu jest zachodni wiatr, więc muszę tylko dotrzeć do Międzyzdrojów i będzie w plecy aż do mety. Dodatkowo podobno najgorsze bruki mam już za sobą. Chwilę przed startem promu dociera kolega z kamperem i przeprawiamy się wspólnie .

    Za promem jakość dróg faktycznie ulega zdecydowanej poprawie. Wiatr cichnie i w końcu nie przeszkadza, więc jedzie się przyjemnie. W Cybince robię krótki postój na stacji i zmotywowany słowami Pawła zaczynam wszystko kalkulować na nowo. Pozostało niecałe 40 godzin i około 650 km. Na świeżo do zrobienia bez problemu, jednak przede mną jeszcze dwie całe noce, a deficyt snu mam już ogromny. Gdyby jednak na wybrzeżu faktycznie zawiało w plecy, a drogi były dobre… postanawiam spróbować. Żałuje jednak, że trochę odpuściłem przed promem, bo teraz każda godzina może mieć znaczenie.

    Po 5 godzinach jazdy ponownie łamie mnie senność. Pomimo że drogi są dobre i puste, gdzieś za Mieszkowicami po prostu zjeżdżam w leśną drogę i od razu kładę się na ściółce w opakowaniu. Po pół godziny wybudza mnie chłód, więc po prostu wskakuję na rower i jadę dalej. Niestety tego typu drzemki już nie pomagają i po zaledwie kilku kilometrach, skuszony przydrożną wiatą zajeżdżam na dłuższy sen. Ładuję się w śpiwór i układam na blacie stołu, bo ławeczki są za wąskie. Zasypiam z nadzieją, że nie spadnę ;)

    MRDP Dzień 10+
    534 km | 2487 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1160525921

    Po niecałych 2 godzinach ruszam dalej. Na przejściu w Osinowie doskonale widać drugi brzeg Odry i zabudowę niemieckiego Hohenwutzen. W Cedyni siadam na jakiejś ławie. Czuję się bardzo źle. Dzwonię do małżonki i marudzę jakie to wszystko bez sensu. Motywuje mnie, ale ja bredzę i czuję się jak pijany. Jestem tak zmęczony, że pozostałe 500 km do mety jest dla mnie absurdem. Pomimo że jest 6 rano postanawiam szukać noclegu, bo nie jestem w stanie dalej jechać. Droga biegnąca przez Cedyński Park Krajobrazowy spowita jest mgiełką, a wokół kręci się mnóstwo ptactwa, mającego tu sporo siedlisk.

    W Piasku dostrzegam na bramie jednego z gospodarstw tabliczkę z napisem noclegi i numerem telefonu. Nie zastanawiam się długo tylko dzwonię. Tłumaczę Pani sytuację i mówię, że potrzebuję się przespać 3-4 godziny w ciszy i spokoju. „Ale moment, bo mnie Pan obudził. Jeszcze raz, bo chyba jeszcze źle kontaktuję. Chce pan nocleg TERAZ?” Odpowiadam że tak i stoję pod bramą ;) Pani każe mi wejść na podwórko i poczekać aż się ubierze i do mnie wyjdzie. Jest to agroturystyka urządzona w leśniczówce i wygląda na bardzo fajne miejsce. Po chwili wychodzi moja gospodyni, uśmiecha się i wskazuje łóżko oraz łazienkę. Na pytanie o cenę macha ręką. „Proszę się przespać”. Tak to wygląda z okna mojego pokoju. Postanawiam się przespać 3 godziny, więc ustawiam budzik i kładę się w śpiworze, żeby nie nadużywać gościny.
    Budzę się po może dwóch godzinach, cały spocony. Dosłownie czuję jak w żyłach buzuje mi krew. Już wiem, że nie ma szans na dalszy sen, więc zbieram się do dalszej jazdy. Do mety niecałe 500 km i ostatnia doba. Limit już mało realny, ale postanawiam zawalczyć, bo liczę na ten wiatr w plecy. Wiem już, że ostatniej nocy za bardzo przekombinowałem. Powinienem wziąć porządny nocleg, przespać te 6 godzin i ruszyć na „ostatnią prostą”. No ale łatwo oceniać po fakcie ;)

    Przejazd przez aglomerację szczecińską bardzo kiepski. Gorąc, zerwany asfalt i olbrzymi ruch, bo akurat trafiam na godziny szczytu. W Wolinie robię w biegu duże zakupy. Mój plecaczek jest wypchany po brzegi. Przygotowuję się do jazdy z jak najmniejszą ilością postojów. Niestety przez ostatnia dobę wiatr zmienił kierunek i zapowiada się, że znów będzie przeszkadzał. Utwierdzam się w tym po wyjechaniu za Międzyzdroje. Ostatecznie porzucam nadzieję na dojechanie w limicie czasu. Ale jakiś cel trzeba mieć, więc zakładam sobie, że muszę zobaczyć latarnię przed zmierzchem i zdążyć na wieczorną biesiadę.

    Niespodziewanie spotykam Darka Janeczka, który właśnie wychodzi na drogę z lasu po krótkiej drzemce ;) Pierwsze nocne kilometry jedziemy wspólnie. Fajnie się rozmawia, ale taka jazda męczy mnie podwójnie, bo nie pozwala złapać własnego rytmu. Umawiamy się na stacji benzynowej, a ja wyrywam do przodu. Kolega dociera gdy ja już kończę swojego Hot –Doga. Ruszam dalej, tu widzieliśmy się ostatni raz. Na nadmorskiej DW 102 trwają remonty, więc co chwilę pojawiają się odcinki z sygnalizacją wahadłową. W nocy ruch jest niewielki, więc w miarę możliwości wjeżdżam „pod prąd”. Około północy przejeżdżam przez Kołobrzeg. Senność ponownie mocno daje się we znaki. Na tyle mocno, że drzemka to konieczność. Zaczynam się rozglądać za jakąś wiatą, ale w okolicy Miłogoszczy, tuż przy remontowanej drodze znajduję walec drogowy. Chwytam za klamkę – otwarty! :) W środku na całej długości kabiny kanapa, więc wiele się nie zastanawiam, tylko ustawiam budzik i się kładę.

    Nie pamiętam ile snu sobie zaplanowałem, ale po około godzinie budzi mnie chłód. Nie spodziewałem się tak zimnej nocy i nawet nie wyciągałem śpiwora. Nie ma co kombinować, więc zmarznięty ruszam dalej. W Kazimierzu Pomorskim mijam zakręt i znów nadkładam troszkę drogi. W Mielnie, pomimo że jest 4 rano, można spotkać jeszcze kilku imprezowych niedobitków. Jadąc 10 km odcinkiem mierzei jeziora Jamno, jest mi przeraźliwie zimno. Mam ubrane na sobie już wszystko, ale jadąc wąskim pasem lądu pomiędzy dwoma zbiornikami wodnymi jest bardzo wilgotno, co wraz z olbrzymim zmęczeniem potęguje odczuwanie chłodu. Senność nie ustępuje i pomimo kiepskich warunków dosypiam kilka minut na jakiejś ławce. Tym razem budzi mnie sprzątaczka – pewnie myśli że jestem jednym z niedobitków ;) Coraz bardziej zły i zmęczony ruszam dalej. Na dobitkę w miejscowości Osiek ślad skręca w lewo w jakąś drogę z płytami ażurowymi przez pola. O ile nie złamały mnie lubuskie bruki i wschodnie dziurawe drogi, tak teraz klnę na Daniela że puścił tędy trasę. (O dziwo jest nawet w Street View ;) ). To chyba jedyny moment na maratonie, gdy klnę głośno do siebie. Na końcu tej drogi, z jednego z gospodarstw wybiega do mnie ujadający pies. Niestety trafił w złym momencie, bo miałem w sobie tyle złości, że pogoniłem dziada przednim kołem. Był tak zszokowany moją reakcją, że puścił strzałę prosto do jakiegoś rowu z przerażeniem w oczach i podkulonym ogonem. Przepraszam pan pies z Rzepkowa, że dałem upust w twoim kierunku ;)

    Bezchmurny poranek zapowiada ładną pogodę. Niestety wiatr wciąż przeszkadza. Przed Ustką mijam przejazd długiej kolumny wojskowej. Gdy wybija godzina 12:10, czyli 10 doba i tym samym limit ukończenia maratonu, do mety pozostaje mi 90 km. Z tym, że się nie zmieszczę w czasie pogodziłem się już wcześniej – teraz chcę tylko dojechać do końca i mieć to wszystko za sobą :) Droga wzdłuż wybrzeża jest pagórkowata i kiepskiej jakości. Utwierdzam się w przekonaniu, że wieczorna decyzja o odpuszczeniu jazdy na limit za wszelką cenę była słuszna. Na tego typu drogach strata była nie do odrobienia. Groziło to tylko niepotrzebną kontuzją/wypadkiem.

    W miarę jak słońce unosi się coraz wyżej nad widnokręgiem, wiatr zmienia kierunek. W końcu wieje w plecy! :) Migoczące między liśćmi światło bardzo męczy moje oczy. Na tyle, że na jednym z krótkich zjazdów czuję że odcina mi świadomość. Pomimo że do mety zaledwie 30 km, to postanawiam się jeszcze zatrzymać i chociaż zamknąć oczy na kilka minut. Siadam bod belą siana i odpływam może na 2 minuty. Pomogło!

    Podjazdy pod Jeziorem Żarnowieckim wciągam już dość żwawo. Ostatnie kilometry miedzy Karwią a Jastrzębią Górą to wręcz maraton w pigułce. Dziadowskie drogi, brukowe drogi i podjazdy :) Pod latarnię dojeżdżam o godzinie 16:28, czyli z czasem 10 dni 4 godziny i 18 minut. Łączny przejechany dystans to 3200 km. Czekają tu na mnie żonka z synem i osobiście wręcza statuetkę i inne fanty :)

    Wspólnie udajemy się do bazy maratonu, gdzie wieczorem ma się odbyć biesiada. Dostaję obiad i przy stole dzielimy się przeżyciami. Po około godzinie, gdy emocje trochę opadają, zaczyna mnie dopadać zmęczenie i ból nóg. Niestety do wieczornej biesiady nie dotrwam. Reprezentować mnie będzie jednak małżonka, a ja z synkiem udajemy się na naszą kwaterę ;)

    Kolejne dni spędzamy wspólnie nad w Jastrzębiej Górze. Zawodnicy zjeżdżają na metę jeszcze do czwartku. Kilku wyjeżdżamy przywitać pod latarnię. Bardzo fajna atmosfera i zasłużony odpoczynek.

    Na pociąg do Gdyni dojeżdżam na rowerze, po drodze zaliczając jeszcze gminę Kosakowo, którą trasa maratonu niefortunnie omijała ;)

    PODSUMOWANIE

    Przejechanie dystansu 3200 km zajęło mi 10 dni 4 godziny i 18 minut. Trasa maratonu wynosiła 3142 km, więc przejechałem gratis 60 km, a były to błędy nawigacji, krążenie po miejscowościach itp.

    Nie udało się zmieścić w limicie wyznaczonym przez organizatora, który wynosił 10 dni. Mimo wszystko ukończenie trasy dało mi ogromna satysfakcję. Przed startem wiele razy wątpiłem i nawet raz miałem definitywnie rezygnować ze startu. Pewien niedosyt jest, bo zabrakło przysłowiowej „kropki nad i”. Myślę, że brakujące godziny mógłbym zyskać stosując inną strategię noclegową. Można było zostawić cześć bagażu (materac, śpiwór) i korzystać wyłącznie z opcji pod dachem. To jednak nie jest mój styl jazdy, bo przede wszystkim lubię improwizować, a jazda od kwatery do kwatery odebrałaby mi dużo frajdy. Miałem tego świadomość. Na dzień dzisiejszy pojechałbym bardzo podobnie.

    Traktuję to jako otwartą furtkę do startu za 4 lata - o ile żona, zdrowie i okoliczności pozwolą ;)

    Cieszę się, że wziąłem udział w tej przygodzie. Zyskałem dużo doświadczenia, którego w inny sposób nabyć się nie da. Lepiej poznałem możliwości swojego organizmu. Odkryłem istnienie pewnych rezerw, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Zaskoczyła mnie szybkość regeneracji zarówno w trakcie, jak i po maratonie. W czasie dni odpoczynku śmigałem po okolicy na rowerze bez jakichś bóli czy dolegliwości. Oczywiście była zamuła, ale przede wszystkim cieszy mnie, że nie nabawiłem się żadnej kontuzji. Nawet bardzo popularne wśród innych zawodników drętwienia rąk mnie ominęły. Nareszcie udało się w miarę ujarzmić bóle ramion i karku, z którymi borykałem się na długich dystansach. Pomogły tutaj dodatkowe ćwiczenia, które wykonywałem w czasie przygotowań do startu, oraz w trakcie jego trwania.

    Sprzęt spisał się na 100%. Na całej trasie nie złapałem ani jednego kapcia :) Jedynie kilka razy smarowałem łańcuch.

    Trasa była trudna nie tylko ze względu na swoją długość i wymagający limit. Dużym utrudnieniem były drogi złej i bardzo złej jakości – było ich mnóstwo. Najlepiej było chyba pod tym względem w górach Podkarpacia, Śląska i Małopolski. Na trasie napotykaliśmy też wiele kilometrów remontów, czy też zerwanej nawierzchni.
    Była to jedna wielka, intensywna wyprawa, z trudnościami jakie można spotkać podczas wyjazdów w nieznane :)

    Bywało ciężko. Czasem bardzo ciężko. Kryzysy ma każdy – sztuką jest sobie z nimi radzić, czego ciągle się uczę. Była też euforia, złość (dostało się psu;) ), a nawet łzy. Bardzo mi pomagały słowa wsparcia, które spływały do mnie z różnych źródeł. Pisali do mnie rodzina, znajomi, a także nieznajomi ludzie. Czy to przez Facebooka, czy przez sms, czy nawet przez Wykop :) Nie będę tutaj wymieniał wszystkich - każdy kto mnie wspierał o tym wie i każdemu z osobna bardzo dziękuję :)

    Dziękuję też tym, którzy przebrnęli prze całość relacji – do usłyszenia w przyszłości ;)

    Mój tag - #byczysnarowerze

    Cała galeria zdjęć z opisami

    Pokrewne: #mrdp #rower #kolarstwo #zaliczgmine #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

    •  

      @Ragnarokk hej :)

      1. Je się oczywiście również podczas jazdy. Ale to raczej rzeczy typu batony, banany itp. Ja na większe posiłki się zatrzymuję. Lubię zjeść przynajmniej raz na dzień normalny posiłek typu zupa, obiad itp. Jest to przy okazji chwila na odpoczynek i toaletę. Oczywiście im większe ma ktoś parcie na wynik, tym bardziej minimalizuje postoje i głównie jada podczas jazdy.

      Co do zdjęć, to ja się zawsze zatrzymuję na chwilę. SMS zdarza się podczas jazdy, ale tylko gdy droga na to pozwala. Najczęściej na podjazdach ;)

      2. To przede wszystkim kwestia wygody. Przy jeździe kilkanaście godzin na dobę, to ciężki plecak byłby porażką - obciążenie ramion, spocone plecy. Niektórzy jeżdżą z małymi plecakami z tzw. camelbak, czyli zbiornikiem z piciem i wprowadzonym na zewnątrz wężykiem. Sam myślę nad takim rozwiązaniem ostatnio.

      3. Na stacjach nie zapinam roweru, a przy sklepach czy restauracjach stosuję małe tandetne zapięcie na szyfr - chroni jedynie przed spontanicznym podprowadzeniem roweru. No i nie trzeba się bawić z kluczykiem.

      4. Wbrew pozorom jazda nocą przy zastosowaniu dobrego oświetlenia jest bezpieczniejsza od jazdy w dzień. Jest się lepiej widocznym, no i ruch jest oczywiście mniejszy. Trzeba jednak czasem zerknąć na licznik, bo często jedzie się wolniej niż by się mogło wydawać ;)

      Pozdr
      pokaż całość

    •  

      @byczys:
      1. Właśnie głównie chodziło mi o takie przegryzki typu batonów. Zastanawiałem się, czy to nie odbija się jakoś na żołądku takie jedzenie w czasie jazdy. Z drugiej strony sam na pieszych ultra jem takie rzeczy w marszu, więc podejrzewałem że jest właśnie tak.

      2. Właśnie myślałem sam teoretycznie o małych plecakach właśnie z camelbakiem i jakimiś lekkimi i dużymi objętościowo rzeczami - czyli zasadniczo głównie ubraniami. Ale że nigdy nie jechałem rowerem dłużej niż 2h na raz, to nie wiem jak plecak współgra z pozycją na rowerze. Zwłaszcza że na szosowym to nigdy w życiu nie jechałem :)

      3. W sumie z tym kluczykiem to logiczne - zapodzianie kluczyka na takiej trasie to prawdobieństwo graniczące z pewnością. A trochę problemów by robiło :)

      4. Co do widoczności, to tak podejrzewałem, ale zastanawiałem się, czy to nie jest problemem, że po ciemku gorzej widać nierówności, dziury na trasie. Tak trochę wizualizować sobie próbowałem siebie samego zmarzniętego i niewyspanego i w tej wizualizacji ciężko było mi widzieć siebie skupionego na dziurach w asfalcie :)

      Ogólnie tak pytam, bo kiedy w tym sierpniu ktoś wrzucił na wykop o MRDP zacząłem się trochę zastanawiać. Do tej pory bawiłem się w piesze, górskie ultra, ale teraz z małymi dziećmi to na wyjazd w góry, nawet na dobę chodzenia po górach, to minimum 2-3 dni, z dojazdem i wszystkim. I prościej będzie samemu wsiąść na rower gdzie w moich płaskich okolicach, zarwać może pół dnia, zrobić te 100 km, wrócić do rodziny. Więc wyciągnąłem rower, poczytałem/pooglądałem na YT bo moja wiedza o rowerze w zasadzie ograniczała się do tego, gdzie są koła a gdzie pedały, zacząłem nim jeździć - i zadałem teraz Tobie pytania na tematy, co nie widziałem żadnych informacji. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Dzięki wielki i pozdrawiam :)
      pokaż całość

      +: byczys
    • więcej komentarzy (8)

  •  

    512246 - 620 - 353 - 296 = 510977

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski (3142km) – Relacja, przygotowania i garść zdjęć

    O MRDP pierwszy raz usłyszałem podczas jego poprzedniej edycji w 2013 roku (maraton odbywa się w cyklu czteroletnim). Wystartowało wtedy 19 osób. Czytałem relacje uczestników i wyczyn był to dla mnie niewyobrażalny. Postanowiłem wtedy, że za 4 lata… żartuję – wtedy nawet mi przez myśl nie przeszło, że mógłbym wziąć w czymś takim udział :) Najdłuższym przejechanym przeze mnie jednorazowo dystansem było wtedy 90 km z prędkością 23 km/h i pełnymi sakwami. Mimo wszystko byłem dumny z tego przejazdu i chyba z 5 razy wracałem do zapisu śladu i go sobie podziwiałem. Dojechałem wtedy z okolic Zawiercia do Tychów!

    Jeszcze tego samego roku, w październiku, podjąłem wyzwanie które dłuższy czas miałem w głowie i postanowiłem spróbować dojechać do rodziny na Kujawach (pozdrawiam!) rowerem. Spakowałem namiot, wydrukowałem jakieś mapki i po 3 dniach i 340 przejechanych kilometrach dotarłem na miejsce, po drodze zaliczając swój pierwszy samotny nocleg na dziko. Nie pospałem wtedy za dobrze – obok przebiegała ruchliwa linia kolejowa, a każdy szelest trawy wzbudzał mój niepokój. Aż się łezka w oku kręci ;)

    Bardzo mnie tego typu jazda wciągnęła, więc w kolejnych latach odbyłem sporo kilkudniowych wycieczek z namiotem po Polsce i nie tylko (również z przyszłą jeszcze wtedy małżonką ;)).
    Zachęcony opisem zmagań rowerzystów z forum z jednorazowymi długimi dystansami, zacząłem próbować swoich sił również w tym kierunku. Uszosowiłem trochę swój rower MTB i zacząłem zaliczać samotnie coraz dłuższe wycieczki w systemie non-stop. Jednego roku złamałem barierę kolejno 200 , 300 (na Kujawy – tym razem na raz;)), i 400 km. Po zmianie roweru na bardziej szosowy (choć nie typowo), zacząłem nieśmiało spoglądać w kierunku trasy nad Bałtyk bezpośrednio z domu. Tym sposobem, za trzecim podejściem (jedno zakończone w Tczewie, drugie też już na Pomorzu, jednak z winy sprzętu) pokonałem trasę Katowice – Hel, tym samym łamiąc barierę 600 km.

    W międzyczasie zaliczałem też kilku i kilkunastodniowe wypady z namiotem m.in. do Rumunii i po Gran Canaria. Chociaż lubię jeździć samotnie, to zacząłem interesować się startami w bardziej zorganizowanych imprezach. Tym sposobem w 2016 roku wystartowałem w Brevecie 200 km i niedługo później w bardzo fajnym Maratonie Podróżnika na dystansie 530 km. Tu czas przejazdu zdecydowanie powyżej swoich oczekiwań (22h35m) i tym samym uzyskałem oficjalną kwalifikację do startu w Maratonie Północ – Południe (Hel – Głodówka k/Zakopanego) na dystansie 930 km. Przez własne gapiostwo (zgubienie portfela) mój dystans się wydłużył do 990 km, jednak mimo wszystko udało się dojechać na metę na 12h przed limitem wynoszącym 72h. Piękna przygoda i sporo zdobytego doświadczenia, w trudnych, jesiennych warunkach.

    Na mecie mieszczącej się w schronisku Głodówka, zaczęły się toczyć dyskusje dotyczące przyszłorocznego MRDP. Gdy pomyślałem wtedy, że miałbym jeszcze jechać kolejne 7 dni przy podobnym obciążeniu, to myśli o starcie szybko odsunąłem na bok. Tym bardziej, że byłem nieźle zmiękczony mokrą i zimną, górską końcówką  Jednak gdy już wróciłem do domu i doszedłem do siebie, myśl o starcie nie dawała mi spokoju. Okazało się, że jazda w formule samowystarczalnej to coś dla mnie. W pełni świadomy tego, że na jakąkolwiek rywalizację z innymi uczestnikami o miejsce w czołówce nie mam szans (własne ograniczenia fizyczne, sprzętowe, ale też dużo mniejsze doświadczenie), postanowiłem za jedyny cel obrać sobie ukończenie trasy w limicie 10 dni. Od tego momentu „choroba” MRDP ogarnęła mój umysł na blisko rok, w trakcie którego czyniłem przygotowania do startu. W zasadzie moją przygodę z tym maratonem można liczyć już od tego momentu, bo uważam że są one (przygotowania) nieodłącznym i także emocjonującym elementem całości :) Pewnie każdy startujący wie o czym mówię, ale moja małżonka zdecydowanie też jest w temacie :D (buziaki ;))

    Przygotowania polegały głównie na kompletowaniu i testowaniu sprzętu, ale również przygotowaniach organizmu do wysiłku. Moją największą zmorą przy długich dystansach był dotąd ból ramion, karku i kręgosłupa w odcinku szyjnym, który pojawiał się zawsze po 2-3 dniach intensywnej jazdy i tutaj upatrywałem najbardziej prawdopodobnej przyczyny potencjalnej porażki.
    Zacząłem więc stosować ćwiczenia ogólnorozwojowe i rozciągające – nie stosowałem tu jednak jakiegoś wielkiego reżimu. W każdym razie przyniosło to efekt :)

    Strategia noclegowa również ewoluowała. Początkowo zapisałem się do kategorii Extreme, mając w planach 2 wcześniej przygotowane miejsca noclegowe. Jednak gdy jedno z nich mi wypadło, to postanowiłem jechać z własnym sprzętem noclegowym i przeniosłem się do kategorii Total Extreme, gdzie wsparcie z zewnątrz jest zakazane i trzeba być całkowicie samowystarczalnym. Dodatkowo lepiej wpisywało się to w mój ulubiony styl jazdy. Kupiłem więc mniejszy i lżejszy namiot, jednak tygodniowy, testowy wyjazd po kilku krajach na południe od PL pokazał, że w moim przypadku taka opcja na maratonie nie sprawdzi się. Za dużo czasu zajmowało mi składanie i rozkładanie majdanu.

    Ostatecznie zdecydowałem się na jazdę z samym śpiworem i dosyć lekkim (600g), dmuchanym materacem, a ewentualne noclegi pod dachem załatwiać spontanicznie w zależności od warunków i samopoczucia na trasie. Sam materac udaje mi się przetestować tylko raz, podczas maratonu Karpacki Hulaka, w którym wziąłem udział na 3 tygodnie przed startem. Sprawdziło się to wtedy nieźle – dobra izolacja od podłoża i całkiem akceptowalna wygoda, pomimo niewielkich rozmiarów.

    No, dosyć już tego wstępu, czas przejść do właściwej relacji ;)

    Start Maratonu ma miejsce 19 sierpnia o godzinie 12 w południe, spod latarni morskiej Rozewie, czyli w okolicach najbardziej wysuniętego na północ obszaru Polski.
    Na miejsce startu docieram z Katowic koleją dzień wcześniej. Początkowo jadę sam, ale już w połowie trasy cały przedział rowerowy obsadzony jest ekipą MRDP :) Podróż mija więc dosyć szybko i sympatycznie. W Gdyni przerwa na obiad i przesiadka na pociąg do Władysławowa. Dalej pierwsze doświadczenia z brukowaną nawierzchnią i późnym popołudniem meldujemy się w bazie zawodów w Jastrzębiej Górze. Wieczorem kolacja i pogaduszki z innymi uczestnikami. Atmosfera jest dosyć swobodna, nie czuć żadnej napinki czy podenerwowania i jest sympatycznie. Wieczorne rozmowy w pokoju przeciągają się prawie do północy.

    Po dosyć rwanej nocce wstajemy około godziny 6. Z balkonu na którym trzymaliśmy rowery, w oddali widać słynną latarnię. Niebo zasnute jest ciemnymi chmurami, które przemieszczają się bardzo szybko. W nocy padał deszcz, więc jest mokro i wilgotno. Pozostaje mieć nadzieję, że do południa się trochę wyklaruje. Śniadanie w formie bufetu znika ze stołów bardzo szybko. Pomimo, że przyszedłem jako jeden z pierwszych, to po chwili nie mam w czym wybierać i udaje mi się złapać tylko 2 parówki i trochę pieczywa. Apetyt Maratończyków jest nieposkromiony  Obsługa donosi jedzenie, ale udaje mi się jeszcze załapać tylko na 2 naleśniki. Przeczekuję pierwszą falę i po dobrej godzinie w końcu udaje mi się dorwać jajecznicę. Na szczęście czasu jest jeszcze sporo i nie trzeba się gonić. W tym przypadku start w samo południe to dobre rozwiązanie. Można się na spokojnie przygotować i udaje się uniknąć niepotrzebnej nerwówki

    Pod samą latarnię idziemy niespiesznie, spacerkiem. Wygląda to trochę jak marsz skazańców ;) Robię pamiątkowe zdjęcie i odbieram trackera, dzięki któremu będzie można śledzić moją pozycję na trasie. Przed samym startem łapie mnie jeszcze Gustav z kamerką, więc mam swoje 5 minut na filmiku ;)

    MRDP Dzień 1-2
    620 km | 3348 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1144005044

    Ostatecznie po krótkiej odprawie ruszamy o 12:10, czyli z małym opóźnieniem. Pierwszy odcinek, to wspólny przejazd do przeprawy promowej Świbno, znajdującej się na 90 km trasy. Jednocześnie jest to pierwszy punkt kontrolny. Jazda przez aglomerację trójmiejską to kompletna porażka. Ruch jest olbrzymi i wiele odcinków jest całkowicie zakorkowanych. Trzeba przeciskać się między samochodami, często zjeżdżać na pseudo – ścieżki rowerowe, lub walić na zakazie, bo innej alternatywy nie ma. Aż dziwne, że nie interweniowały tu żadne służby. Za Gdańskiem robi się w końcu luźniej. Trochę gawędzę z Gustavem oraz Stanisławem Piórkowskim. Przed promem zjawiam się na około 10 minut przed zaplanowanym kursem o 16:00. Korzystając z okazji robię jeszcze małe zakupy. Gdy wracam, prom z częścią zawodników jest już po drugiej stronie. Musza oni jednak na nas czekać, bo dopiero po przeprawie ma się tu odbyć start ostry i odtąd każdy musi już jechać wg zasad swojej kategorii.

    Dalej ruszam jako jeden z ostatnich. Planuje jechać od początku swoim tempem, więc wolę by nie mieć najmocniejszych w zasięgu wzroku i nie dać się ponieść instynktowi stadnemu ;) Mijam jeszcze transparent, ustawiony przez kibiców, informujący jak niewiele już zostało do mety :)

    W trakcie mijania kolejnych uczestników, rozpoznaję awolowego kolegę, Sylwka Banasika. Chwilę rozmawiam, bo wcześniej nie mieliśmy się okazji spotkać na żywo. W Braniewie planuję pierwszy postój na pizzę i ładowanie zapasów do jazdy nocą. Przejeżdżając przez Frombork, sprawdzam godziny otwarcia restauracji i okazuje się, że mogę nie zdążyć. Zatrzymuję się więc tutaj na zakupy i znajduję inny lokal. Robi się chłodno, więc ubieram cieplejsze ciuchy, pakuje resztę pizzy i ruszam w otchłań nocy ;) Tuż za miastem zauważam rowerzystę stojącego na poboczu. Podjeżdżam zapytać czy wszystko ok, a tu okazuje się, że to wykopowy @Qardius czeka tu na mnie ponad godzinę i jest już nieźle wymarznięty. Widział na mapie, że dojeżdżam do Fromborka, ale nie przewidział mojego postoju. Szacun że wytrwał i doczekał :D Odprowadza mnie kawałek do swojego Braniewa.

    Nocą wypatruję przed sobą kolejne migające światełka i wyprzedzam kilkanaście osób. Mazurskie drogi nie rozpieszczają jakością. Mamy też dużo hopeczek, więc nudno nie jest. Około godziny 3 mijam Stasia Piórkowskiego i Marcina Nalazka. W Węgorzewie zajeżdżam na Orlen, gdzie po chwili dojeżdża też Marcin. Hot-dog, wymiana wrażeń i dalej w drogę. Poranek witam w rejonie Puszczy Romnickiej. Czas na przejazd przez Suwalszczyznę, którą bardzo lubię. W Rutka – Tartak zatrzymuje się na śniadanie w przydrożnym sklepie. W trakcie jego konsumpcji zaczyna padać deszcz, więc chowam się pod wiatą. Po chwili słyszę głuche uderzenie. Samochód wyjeżdżający spod sklepu wyjechał pod koła motocykliście i ten przyładował w jego bok. Poszkodowany zwija się trochę z bólu, a wokół zbiera się kilku wiejskich gapiów. Przyglądam się sytuacji i widzę, że ludzie naskakują na niego i twierdza ze jechał za szybko i to jego wina i w ogóle młody wariat i mógł ich przecież wyminąć a nie się ładować na maskę. Ten jest w lekkim szoku i stwierdza że nie będzie dzwonił po policję. Polecam mu, żeby jednak to zrobił, bo wina jest ewidentnie kierowcy samochodu, nawet jeśli jechał trochę za szybko i pomijając uszkodzony sprzęt, to może się okazać że ucierpiało także jego zdrowie. Wtem doskakuje mnie jakiś dziadek i wyklina mnie od najgorszych. Grozi że zaraz stąd wyjadę z dwoma śliwami pod oczami i chce wziąć od drugiego krykę żeby mnie sprać :D Mówię, że niech tylko mnie spróbuje dotknąć… ale wtedy przypominam sobie że jadę maraton i szkoda go zakończyć w taki głupi sposób. Oczywiście w żadną bójkę bym się nie wdawał, ale sytuacja zmierzała w złym kierunku ;) Mój niedoszły napastnik uciekł do sklepu coś mamrocząc jeszcze pod nosem, a ja po przebraniu w strój przeciwdeszczowy ruszam dalej zanim zjawi się policja. Kilka km dalej mijam radiowóz.

    Za Gibami, po zjechaniu z głównej drogi prowadzącej do Augustowa, ktoś macha do mnie spod wiaty i zaprasza do siebie. Niestety nie pamiętam imion, ale to jakaś rowerowa para kibiców częstuje wodą i naleśnikami. Twierdzą, że to dla wszystkich, więc postanawiam się skusić na jednego – dzięki, był pyszny  Trochę ciężko się stamtąd ruszyć, bo pada nieprzerwanie od rana, a teraz jakby jeszcze mocniej. Jadąc dalej, postanawiam dociągnąć tego dnia do Krynek, gdzie podobno znajdę jakieś schronisko młodzieżowe. Jestem kompletnie przemoczony, więc nocleg na dziko nie wchodzi w grę. Im bliżej wieczora, tym zimniej się robi. Ponura aura potęguje senność i zmęczenie. Jadę praktycznie bez przerwy, bo postoje nie są w tych warunkach przyjemnością. Do Krynek docieram nieźle wypruty, jednak myśl, że zaraz zrzucę z siebie to wszystko dodaje mi otuchy.

    Dopytuję policjanta o schronisko młodzieżowe ale nie jest w stanie mi pomóc. Zaczynam podejrzewać najgorsze. Dopytuje jeszcze jakąś panią i nakierowuje mnie na szkołę. Jest schronisko! Zamknięte! A numer telefonu nieaktywny. Stoję w tym deszczu podłamany i kombinuję co dalej. Do następnej opcji noclegowej prawie 50 km. Muszę jeszcze coś podziałać lub jechać dalej. Spotykam jeszcze raz tę samą kobietę i daje mi namiary na jakiś inny nocleg w tej pipidówie. Podjeżdżam pod dom, światła się świecą – jest nadzieja. Pukam, nikt nie otwiera. Znajduję numer i dzwonię, jednak kobieta od razu mówi że nie ma miejsc i się chce rozłączyć. Zagaduję jednak, że maraton, że cały dzień w deszczu, że mam materac i śpiwór, że tylko suchy kąt potrzebny, że może być garaż lub cokolwiek.
    Po chwili namysłu stwierdza, że w sumie to ma jeden pokój, ale nieposprzątany… i nie wie czy mi taki będzie odpowiadał. Mówię, że biorę na pewno :) Nalega, bym najpierw zobaczył. Okazuje się, że to porządny pokój z 3 łózkami i łazienką, a jedyny „bałagan” polega na tym, że na dwóch łóżkach jest używana pościel ;) Proponuje 20 zł, więc tym bardziej biorę z pocałowaniem ręki. Wyskakuję jeszcze na drugą stronę ulicy do karczmy na pierogi, dalej szybki prysznic i po ustawieniu budzika na 4h momentalnie zasypiam.

    MRDP Dzień 3
    353 km | 1239 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1145583685

    Śpię bite 4h bez przerwy, aż do budzika. Okaże się, że to najdłuższy nieprzerwany sen w trakcie całego maratonu. Wszystkie ubrania są nadal kompletnie mokre, bo w pokoju chłodno. Cudowne uczucie wkładać na siebie to wszystko z powrotem i wyjść o 2:30 w nocy na zewnątrz ;) Plus jest taki, że w końcu przestało padać, więc pedałując odpowiednio dynamicznie można to mokre odzienie na sobie jakoś ogrzać.

    Ruszam więc żwawo, ale po chwili coś mi nie pasuje. Dlaczego jadę na północ? Ok, jadę w złym kierunku, dobrze że się zorientowałem odpowiednio wcześnie 
    Po ciemku pokonuję jedyny szutrowy odcinek trasy (ok 5km). Po deszczach jedzie się tu dosyć kiepsko, ale bez tragedii. O poranku zajeżdżam do Hajnówki, spragniony normalnego jedzenia. Udaje mi się upolować jakiś hotel, gdzie o tej godzinie podają już śniadanie w formie bufetu. Za 20 zł mam niezłą wyżerkę, ale czasu schodzi mi tu sporo, bo nie umiem przestać jeść ;)
    Około południa ląduję w Siemiatyczach. Jestem dopiero 4 godziny po porządnym śniadaniu, ale widok baru mlecznego wywołuje u mnie taki głód, że muszę się zatrzymać. Warto było, bo w pół godziny solidnie pojadłem i jeszcze zabrałem pyszne krokiety na drogę. W Neplach przed Terespolem obowiązkowe foto z czołgiem.
    Kawałek dalej doganiam Daniela Śmieję. Dziś naszą trasę przecina sporo komórek burzowych, które gdy nadchodzą warto przeczekać, bo opad trwa chwilę, a nie jest się ponownie mokrym. Momentami wjeżdża się w rejony, gdzie kałuże są olbrzymie, a woda nadal spływa strumieniami i widać że przed chwilą lało solidnie. Robimy z Danielem taki krótki postój pod wiatą, ale ponieważ jedziemy solo, to ja zostaję jeszcze na krokieta i tym sposobem się rozdzielamy ;)
    Dalej doganiam Emesa, który poluje na jakiś sklep. Robimy wspólne zakupy we Włodawie, dołączając ponownie do Daniela. Zjadamy tutaj też wspólną kolację. Gdy zbieramy się do wyjścia, w lokalu zmienia nas Stasiu Piórkowski. Po pewnym czasie wyprzedzam Emesa, który wyjechał trochę wcześniej. Tutaj chyba widzimy się ostatni raz na trasie – odtąd będę miał do niego ciągłą stratę kilku godzin aż do mety.
    Jadąc wzdłuż Bugu docieram do Dorohuska. Zapowiada się zimna noc. Śmiać mi się chce, gdy przypominam sobie jak jeden z uczestników (nie pamiętam kto) przed startem obiecywał sobie, że jak dojedzie do Bugu właśnie, to się w nim wykąpie – powodzenia ;) Ale mało kto spodziewał się, że o tej porze roku warunki tutaj będą tak fatalne.

    Mijam Biedronkę całodobową, ale w sumie mam jeszcze sporo zapasów, więc zaczynam szukać miejsca pod materac. Znajduję jakiś zespół szkolny i rozkładam się pod drzwiami. Pomimo bardzo chłodnej nocy śpię całkiem komfortowo około 4h. Oczywiście nie obyło się bez pobudek w trakcie, bo człowiek pomimo olbrzymiego zmęczenia jest ciągle nakręcony.

    MRDP Dzień 4
    296 km | 2111 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1147430592

    Około 4:30 jestem z powrotem na rowerze. W końcu mamy słoneczny poranek. W towarzystwie nadbużańskich mgieł zjadam zimne pierogi, które wiozę od Włodawy. Dalej przejeżdżam przez Zosin, czyli najbardziej na wschód położoną miejscowość w Polsce. W Hrubieszowie zahaczam o Orlen. Przed Tomaszowem Lubelskim, jakośc przed południem dopada mnie największy dotąd kryzys. Jestem kompletnie wykończony i ledwo jadę. Dodatkowo jestem bardzo śpiący i po prostu czuję się bardzo kiepsko i niepewnie. Gdy wjeżdżam na dosyć ruchliwą drogę robi się już zbyt niebezpiecznie, więc po prostu wchodzę w las, kładę rower, zjadam cokolwiek i tak jak stoję ładuję się na ściółkę tuż obok i momentalnie zasypiam. Po około pół godziny budzę się i oceniam swój stan. Jest trochę lepiej, ale nie jest to forma z jaką mógłbym dalej jechać. Kulam się wiec do Tomaszowa, gdzie robię duże zakupy w Biedronce i znajduję bar mleczny, gdzie posilam się porządnie. W mijanym sklepie militarnym wypatruję jeszcze odblaskową opaskę, która okazuje się idealnie pasuje na mój kuferek.
    Na tym wszystkim schodzi mi 1,5 godziny, ale warto było, bo poczułem się zdecydowanie lepiej.
    Za Narolem zaczyna padać deszcz. Na szczęście przelotny i późnym popołudniem wychodzi słońce, więc i morale idą w górę. Pierwsze góry są już w zasięgu ręki. Do Przemyśla dojeżdżam wieczorem. Robię zakupy i zamawiam jakiś makaron. Całkiem smaczny, ale nie jest to porcja maratońska ;)

    Mimo wszystko pierwsze podjazdy idą mi całkiem dobrze. Niebo się klaruje i widać pięknie gwiazdy, jednak robi się bardzo zimno. Na podjeździe pod Arłamów wyprzedzam jednego z zawodników. Prowadzi rower pod górę, jest trochę zrezygnowany. Chwilę dyskutujemy i jadę dalej. Po dość długim i zimnym zjeździe łapie mnie senność i postanawiam się zdrzemnąć. Znajduję jakieś wiaty, zaczynam się rozkładać ze śpiworem, ale przejeżdżające auto daje mi światłami po oczach, uświadamiając że nie jest to dobra miejscówka na sen. Dodatkowo zdałem sobie sprawę jak jest zimno i że najlepiej będzie rozejrzeć się za normalnym noclegiem.

    Ruszam dalej i po pokonaniu kilku wzniesień jestem w Ustrzykach Dolnych. Dzwonię na dzwonek do jakiegoś hoteliku – nikt nie otwiera. W innym trwa jakaś impreza, ale postanawiam spróbować – brak miejsc. Błądzę po jakichś uliczkach, tracąc tylko czas. Zrezygnowany i zmęczony ruszam dalej, bo co innego mi pozostało. Już przy wyjeździe z miasta dostrzegam jakiś gościniec (zdjęcie robione już o poranku), gdzie drzwi wejściowe są otwarte i nawet świeci się światło. Wchodzę do środka, ale nikogo nie ma. Znajduję numer telefonu i pomimo że jest 1 w nocy, postanawiam zadzwonić. Niestety nikt nie odbiera. Wchodzę jeszcze raz nieśmiało i rozglądam się po wnętrzu. W jednym z pokoi nasłuchuję jakieś rozmowy. Pukam więc, ale rozmowy cichną i nikt nie otwiera. Po jakimś czasie ktoś powoli otwiera drzwi. Pytam o możliwość noclegu, ale tłumaczą że sami ledwo znaleźli miejsce na nocleg i raczej kiepsko z tym będzie. Postanawiam jeszcze raz zadzwonić. Odbiera pan z zaspanym głosem. Pomimo późnej pory spokojnie odpowiada że niestety nie ma miejsc. Przepraszam za późną porę i tłumaczę sytuację. Że maraton, że śpiwór mam, że na 4 godziny itp. Mówi, że nie ma go na miejscu, bo jest obecnie na Śląsku, ale dodaje: „Pan posłucha. Proszę sobie wejść na pierwsze piętro, tam na korytarzu jest kanapa, to proszę się przespać. Niżej jest kuchnia, można zrobić herbatę itp. Jest też łazienka. Jak rano ktoś będzie pytał, to Pan ze mną rozmawiał. Powodzenia.”
    Ale ulga! Szacunek dla tego Pana za podejście :) Ostatecznie ląduję na czymś takim. Jest dobrze! Dobranoc :)

    __________________________________________________________

    Niestety czasu na pisanie relacji mam niewiele, a dodatkowo wiem, że ciężko przebrnąć jednorazowo przez taką dużą ilość tekstu, więc pozostałe części (dni 5-6-7 oraz dni 8-9-10 czyli zachód, wybrzeże i finisz) napisze w miarę możliwości niebawem. Powinno być optymalnie. Przepraszam, jeśli ktoś czuje niedosyt, ale lepsze to niż przesyt ;)

    Wszystko oczywiście pojawi się pod tagiem #byczysnarowerze

    #rower #mrdp #szosa #kolarstwo #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

  •  

    572102 - 39 - 26 - 433 = 571604

    https://www.strava.com/activities/1137128899 - środa - test oświetlenia

    https://www.strava.com/activities/1139919539 - piątek - szybko po okolicy przed grillem

    https://www.strava.com/activities/1143854380 - Wrzesień zbliża się szybko i zaraz skończą się weekendowe zakazy jazdy dla TIR więc nadeszła pora na bicie życiówki. Plan minimum 380-400km na wschód, żeby nie było płaski. Tak się złożyło, że dzień wcześniej startowało MRDP i 300km wypadał im w mojej okolicy, także wyjeżdżałem z nadzieją na poznanie Byczysa :D

    Start 1:50 w nocy, w torbie zapas latarek, muzyka i kasa, resztę znajdzie się po drodze. Odcinek LW-Biskupiec mija szybko i spokojnie. Asfalt w miarę ok, droga przez lasy więc trzeba sobie śpiewać. Pierwszy błąd w planie pojawia się już na drugim odcinku Bisztynek-Korsze. Ostatni raz jechałem tam 3 lata temu i od tamtej pory z asfaltem zrobiło się jeszcze gorzej. Gdzie idzie ta kasa z unii :D
    Pierwszych kolarzy z MRDP spotykam tuż za Korszami, okazuje się, że w pierwszy dzień nikt chyba nie miał zamiaru spać i to jest końcówka "peletonu", a więc szanse na spotkanie spadają. Od Korsz aż do Gołdapi trasa układa się w 70% po asfaltowych odcinkach #greenvelo więc można bez obaw śmigać nawet nocą w dyskotekowy weekend. Żaden pijaczek raczej nie potrąci. Na tym odcinku mijam też kilku kolejnych przysypiających kolarzy.

    Pierwszy 5 minutowy postój w Gołdapi na fotkę: http://joxi.net/a2XENX8HylppnA.png
    i jazda dalej do jednego z dwóch głównych celów, mostów w Stańczykach. A tam jak lesie cytując klasyka. Żeby zrzucić się z mostu trzeba zapłacić 5zł.
    http://joxi.net/DrlRW0Yt4Gdnq2.png

    Rezygnuję więc, wcinam batonika i jazda dalej na Trójstyk
    http://joxi.net/5md59qbUvaJp42.png

    Żeby wyjazd nie należał do zbyt przyjemny tuż za granicą warmińsko-mazurskiego łapie mnie deszcz i pierwszy kryzys. Jednak na batonikach daleko nie da się zajechać. Chwytam więc w pierwszym lepszym sklepie drożdżówki, zaliczam brakujące okoliczne gminy i starać się uciekać od deszczu.
    Na Suwalszczyźnie naprawdę mieszkają inni ludzie. Mijałem dziewczynę na rowerze, ja w pełnych termikach, kurtce przeciwdeszczowej i jeszcze się trzęsę na zjazdach a ona z uśmiechem na ustach w stroju kąpielowym (づ•﹏•)づ

    Powrót z Suwalszczyzny bez większych przygód aż do zmroku. Wtedy okazało się, że muszę jednak zainwestować w nowe oświetlenie. Lampka używana od początku wyjazdu wyczerpała się, convoy znowu zaczął szaleć na wybojach i została mi tylko gównoświatełko którego używam do jazdy po mieście. Ostatnio 70km to był slalom między dziurami, które mogłem dostrzec z 2m i wesołe śpiewy dla leśnych zwierzaków.

    Plusy:
    - przetestowana noga - gdyby nie ograniczenie czasu to była szansa na więcej km
    - przetestowane Lezyne Super GPS - według producenta ma trzymać 20h u mnie po 21 godzinach z podpiętymi czujnikiem kadencji i prędkości na BT, Hr na BT i nawigacją zakończyłem trasę z 35% baterii.

    Minusy:
    - muszę kupić nowe światełka
    - nie złapałem byczysa, zabrało około 35km

    #wykoptribanclub

    Statystyki:

    Dystans: 39 km
    Czas: ◷01:41:02
    Średnie tempo: 2:34 min/km
    Średnia prędkość: 23,36 km/h
    Kalorie: 1699 kcal
    Średni puls: ❤133.7bpm
    Maksymalny puls: ❤160bpm

    Dystans: 26 km
    Czas: ◷00:59:07
    Średnie tempo: 2:18 min/km
    Średnia prędkość: 25,96 km/h
    Kalorie: 1307 kcal
    Średni puls: ❤135.8bpm
    Maksymalny puls: ❤168bpm

    Dystans: 433 km
    Wertykalnie: 2396m(↑1194m/↓1202m)
    Czas: ◷18:48:48
    Średnie tempo: 2:36 min/km
    Średnia prędkość: 23,00 km/h
    Kalorie: 14959 kcal
    Średni puls: ❤133.227bpm
    Maksymalny puls: ❤174bpm

    W tym tygodniu to już 498km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km #400km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: joxi.net

  •  

    611577 - 410 - 280 = 610887

    Maraton Karpacki Hulaka 2017 ukończony!

    Ale tym razem nie zacznę od relacji, a chciałbym poprosić Was o pomoc w opracowaniu strategii, ale również o plusy, które pomogą mi dotrzeć do większego grona użytkowników, rozsianych przecież po całej Polsce.

    Już niebawem (19 sierpnia) startuję w Maratonie Rowerowym Dookoła Polski. W ciągu 10 dni trzeba pokonać w trybie samowystarczalnym 3142 km. Więcej szczegółów na stronie Maratonu

    Jeszcze rok temu nawet bym nie wpadł na to, by w czymś takim wystartować. Jednak gdy we wrześniu 2016 ukończyłem Maraton Północ – Południe i tym samym zdobyłem kwalifikację do startu w MRDP, zacząłem rozmyślać, czy może jednak stawić czoła wyzwaniu. Rozpocząłem zagłębianie tematu, kolejny raz przeczytałem relacje uczestników edycji z 2013 roku (maraton odbywa się raz na 4 lata) i końcem roku podjąłem decyzję – jadę. Od tamtej pory, czyli ostatnich 8 miesięcy, duża część mojego życia podporządkowana była przygotowaniom do tego startu. Drobne modyfikacje sprzętu, testowanie ekwipunku itp. Poznałem kilka nowych osób ze światka polskiego ultrakolarstwa, popodglądałem, powymieniałem doświadczenia i chłonąłem dobre rady.

    Aktualnie jestem własnie na etapie planowania strategii. Najłatwiejszym rozwiązaniem, byłoby podzielenie trasy na odcinki i wcześniejsza rezerwacja noclegów, a następnie sukcesywna jazda od punktu do punktu. Jednak kto czasem śledzi moje wpisy, to pewnie orientuje się, że to zdecydowanie nie mój styl jazdy ;) Wolę poddać się przygodzie i spontanicznie reagować na konkretne sytuacje / warunki.

    Początkowo rozważałem wieźć ze sobą namiot, ale ostatecznie zdecydowałem się na sam śpiwór oraz lekki dmuchany materac, bo i tak waga całego zestawu jest daleka od optymalnej. Szczególne znaczenie będzie to miało na górskim odcinku pomiędzy Przemyślem a Świeradowem, liczącym ponad 1100 km.
    Z grubsza licząc, każdej nocy mogę sobie pozwolić na 3, maksymalnie 4 godziny snu, na rzeczonym materacu i w śpiworze. W przypadku złych warunków, dużego zmęczenia itp. będę na bieżąco szukał bardziej cywilizowanych warunków.

    I tu przejdę do meritum – chciałbym z Wasza pomocą stworzyć sobie listę:

    - potencjalnych miejscówek, gdzie mógłbym w miarę spokojnie i bezpiecznie przenocować w takim zestawie. Mogą to być przydrożne wiaty, opuszczone budynki, pola biwakowe itp. Być może ktoś ma również sprawdzoną "noclegownię", gdzie mógłbym za niewielką opłatą skorzystać z kawałka podłogi i łazienki. Oczywiście jak najbliżej wytyczonej trasy ;)

    - znanych i polecanych lokali gastronomicznych. Jeśli ktoś zna i może polecić restaurację czy bar, leżący na trasie lub w jej pobliżu, to proszę o informację. Najbardziej pożądane są takie z domowym jedzeniem, gdzie oferuje się danie dnia itp. Chodzi o to żeby było szybko i smacznie, ale przede wszystkim bezpiecznie, bo zatrucie pokarmowe mogłoby oznaczać konieczność wycofania się z udziału.

    Bezpośredni link do trasy: https://ridewithgps.com/routes/23843164

    Jeśli ktoś chciałby podopingować, to chętnie zamienię słówko na trasie. Jednak w mojej kategorii dłuższa jazda z innymi kolarzami jest zabroniona, już nie wspominając o jeździe „na kole”. Ale jadąc obok siebie można będzie chwilę pogawędzić :) Te zasady są dla mnie priorytetem i na pewno będę się ich trzymał.

    Z kolei jeśli ktoś zechciałby śledzić poczynania uczestników sprzed komputera, nie opuszczając piwnicy, to też jest taka możliwość, bo każdy zawodnik będzie wyposażony w urządzenie przesyłające na żywo dane o lokalizacji.

    Mapa z położeniem będzie dostępna na stronie trackcourse.com (obecnie jeszcze nieaktywna).
    Maratończyków obowiązuje również relacja sms, za pomocą których trzeba będzie potwierdzić każdy z 41 punktów kontrolnych znajdujących się na trasie. Można też będzie wysyłać tam swoje aktualne, przemyślenia i odczucia ;) Będą pojawiać się pod profilem każdego z uczestników. Moje powinny być tutaj:

    http://mrdp.pl/zawodnik/marceli-byczek-2017

    Z kolei tutaj powinny pojawiać się po kolei wszystkie sms:

    http://mrdp.pl/relacja-online

    A tutaj będą mogli udzielać się kibice (obecnie są tam jeszcze wpisy z edycji 2013):

    http://mrdp.pl/komentarze

    Postaram się również czasem dodać swoje odczucia, sytuację i marudzenie pod swoim tagiem. Zainteresowanych zapraszam więc do obserwowania -> #byczysnarowerze

    Moja Strava: https://www.strava.com/athletes/7485043

    Tag jest ciągle żywy i raz na kilka tygodni wrzucam pod nim relacje z dłuższych wyjazdów i ultramaratonów.

    Jakie mam ambicje?

    Moim głównym i jedynym celem jest ukończenie trasy Maratonu w wymaganym limicie 10 dni. Jest to dla mnie olbrzymie wyzwanie i główną walkę będę toczył z samym sobą. Średnio na dobę trzeba będzie pokonać prawie 320 km. Niestety nie można sobie trasy podzielić na takie odcinki, bo jak wspominałem trasa wiedzie przez całe polskie góry, gdzie wyrobienie takiego dystansu przez 4 dni z rzędu, mając już ponad 1000 km za sobą jest arcytrudne i stać na to tylko garstkę wyjadaczy, którzy będą rywalizować między sobą o podium.

    Jak widać czas jest tak wyżyłowany, że w zasadzie wystarczy dłuższa chwila słabości i szanse na ukończenie gwałtownie maleją, a w raz z nimi morale. A poza przygotowaniem fizycznym to właśnie psychika będzie grać olbrzymią rolę. Dlatego każde dobre słowo jest mile widziane i może pomóc mi w osiągnięciu celu :)

    Z góry dzięki!

    #rower #kolarstwo #polska

    A poniżej relacja z Karpackiego Hulaki, czyli prawie 700 km wybitnie górskiej trasy bez wypłaszczeń ;)

    Karpacki Hulaka to nowy pomysł na imprezę w stylu ultra. Jej organizatorem jest Krzysiek Sobiecki. Formuła trochę odbiega od tych wg których jeździłem dotąd, jednak zdecydowanie przypadła mi do gustu ;)

    Zasady były dosyć proste: jazda solo, całkowita samowystarczalność i do przejechania 7 obowiązkowych segmentów, każdy w innej części Karpat:

    Beskid Mały
    Beskid Makowski
    Beskid Niski i Pogórza
    Beskid Śląski
    Beskid Wyspowy
    Pasmo Babiogórskie
    Podhale

    Trasę pomiędzy poszczególnymi segmentami, każdy sobie dobierał sam. Godzinę startu również każdy wybierał dowolnie, byle wraz z czasem finiszu zawrzeć się w trzech wyznaczonych dobach (pt-nd).

    Już dobre 2 tygodnie przed startem wyrysowałem sobie trasę, zapisałem w Garminie i zacząłem planować strategię. Wg śladu do przejechania miałem 660 km i prawie 9000 metrów w pionie. Pierwotnie planowałem start w sobotę wcześnie rano, jednak gdy zaczęły do mnie docierać powyższe cyfry, postanowiłem wyruszyć w piątek na noc - na wcześniej nie pozwalała mi praca.

    Początkowo chciałem jechać na lekko, jednak pomyślałem, że może być to świetna okazja do sprawdzenia ekwipunku jaki planuję zabrać na tegoroczny MRDP. Wiedziałem, że będzie to dodatkowy i w tym przypadku znaczący balast, bo trasa miała być wybitnie górska. Uświadomiłem sobie jednak, że w sierpni będę musiał z nim pokonać 5 razy tyle kilometrów, z których prawie 1/3 (ok 1100 km) będzie przebiegać po polskich górach.

    Tym sposobem uzbrojony w śpiwór, materac i wszystkie łachmany, około godziny 19 zajeżdżam na ulicę Staromostową w Krakowie, gdzie znajduje się lokal o nazwie "Punkt Docelowy" wyznaczający miejsce startu.

    Już na początek niespodzianka - gdy chcę napełnić bidon wodą z izotonikiem, orientuję się, że zgubiłem zakrętkę. Musiała być niedokręcona i na krakowskich brukach po prostu sobie uciekła. Postanowiłem wyruszyć na poszukiwania, więc przejeżdżam całą trasę do dworca jeszcze raz (a w zasadzie dwa razy). Niestety nie udało się znaleźć zguby, więc kupuję jakieś Oshee z dziubkiem, który przekładam do 1,5l butli z woda mineralną. Strasznie to nieporęczne, ale ostatecznie będzie mi służyć aż do mety.

    Ostatecznie lekko wkurzony startuję o godzinie 20 i ruszam w stronę Wieliczki, by na pierwszy rzut zaliczyć segment w Beskidzie Wyspowym. Ruch samochodowy spory. Co chwilę łapią mnie czerwone światła, co mnie dodatkowo denerwuje, bo nie mogę się rozkręcić. Myślę nawet czy ta cała akcja ma sens ;)

    W samej Wieliczce ślad ładuje mnie na jakiś stromy brukowy podjazd, czyli pierwszy ze skrótów na którym się tak naprawdę traci :) Za Dobczycami wjeżdżam na właściwy segment. Początek drogi zamknięty (przebudowa mostu), jednak można się przedostać dalej kładką dla pieszych. Od teraz muszę być czujny, bo przez nieuwagę przy planowaniu, mój ślad nie prowadził dokładnie po tym wymaganym. Zorientowałem się w dzień startu i nie miałem już możliwości wgrania właściwego. Dlatego już w pociągu przejrzałem na Street View właściwy wariant i teraz odtwarzam go z pamięci. W sumie mam aż 3 korekty, ostatnia przed Żegociną.

    Ostatni posiłek jadłem po południu w domu, więc już około północy zajeżdżam już na stację na Hot Doga i przyodziewam nogawki itp. Dotąd dało się spokojnie jechać na krótko. Za Uściem Gorlickim wita mnie świt, a także dzika zwierzyna przecinająca mi drogę.

    Jako cel na pierwszy dłuższy odpoczynek obieram sobie McD w Nowym Sączu. Jestem trochę za wcześnie, więc korzystając z chwili czasu rozbieram się znów na krótko, choć jest jeszcze dosyć rześko. Niedaleko mnie zbiera się grupa kibiców na wyjazd do Warszawy. Do śniadania słucham więc w kółko powtarzanej popularnej przyśpiewki o Legii ;)

    Za mną 2 segmenty, więc pora skierować się w kierunku Podhala. Oznacza to prawie 100 km wspinania się pod górę, z małym wyjątkiem w okolicy Jeziora Czorsztyńskiego. W Tylmanowej mijam się z jadącym z naprzeciwka Krzyśkiem, czyli wspomnianym organizatorem całego zamieszania, ale jednocześnie jednym z uczestników. Krzysiek startował w piątek rano, więc większą część trasy ma już za sobą. Chwila pogaduszek, wymiana wrażeń i żegnamy się. Tuz za Krościenkiem zatrzymuję się na szybki rosół i małą toaletę. Teraz zaczyna się już właściwy podjazd na kulminacyjny punk segmentu podhalańskiego, czyli przełęcz na Hali Głodówka. Rok temu była tu meta maratonu Północ – Południe w którym brałem udział, jednak tym razem trzeba jechać dalej ;) Teraz wybija mi tutaj równe 300 km, wtedy było to 990.
    Niestety jest sobota w pełni, więc ruch na drogach jest duży. W połączeniu ze słońcem i niedospaniem, ciągle wyprzedzające auta drażnią mnie podwójnie. Kończy mi się prowiant, więc na zjeździe do Poronina, w Murzasichle, robię postój. Jestem tak wygłodzony, że chciałbym kupić wszystko po kolei. Do picia biorę 3 różne napoje, w tym sok pomidorowy. Nie mogę się również oprzeć ogórkowi małosolnemu ;)

    Od Poronina zaczynam wymagający podjazd pod Ząb, czyli najwyżej położoną miejscowość w Polsce. Tutaj ruch już mniejszy, a widoki na tatrzańskie szczyty cieszą oko i duszę. Porządną kolację planuję zjeść w Czarnym Dunajcu, gdzie mam sprawdzony lokal z dobrymi obiadami. Gdy tak sobie jadę i już rozmyślam o menu, nagle uświadamiam sobie, że przecież zaraz wyjeżdżam z Podhala, a nie zaliczyłem jeszcze obowiązkowego odcinka pod Obidową! Zerkam na mapę i wszystko jasne – minąłem zjazd, a że była to tylko „odnoga”, to nadal byłem na właściwym kursie, co uśpiło moją czujność. Szybka kalkulacja i wychodzi 16 km gratis. Trudno, trzeba wracać.

    Gdy zaliczam szczyt podjazdu i zatrzymuję się pod Rdzawką, okazuje się że Czarny Dunajec to w zasadzie nie jest mi po drodze, więc postanawiam wejść do baru oferującego obiady. Jestem ostatnim obsłużonym klientem, więc decyzja słuszna, bo później mógłbym zostać skazany na hot-dogi, które mi się już mocno przejadły podczas poprzednich maratonów. Niestety ziemniaków brak, a na frytki nie mogę patrzeć, ale udaje mi się zamówić dużą porcję ryżu, grillowaną pierś z kurczaka i zestaw surówek, uprzednio rozgrzewając żołądek porządną michą pomidorowej. W końcu trochę „normalności” ;)

    Dobrze odżywiony ruszam z powrotem w kierunku Jabłonki. Teraz zacznę jazdę po znanych mi terenach – celowo tak ułożyłem kierunek trasy, by w jej drugiej części, gdy zmęczenie jest największe, czuć się jak u siebie ;)

    Zgodnie z przyjętą strategią, przed samym zachodem słońca planuję znaleźć jakiś kąt, gdzie mógłbym się przespać około 3 godzin w śpiworze. Od Zubrzycy rozpoczyna się długi podjazd na Przełęcz Krowiarki, więc okoliczności dobre – po wyjściu z ciepłego śpiwora będę mógł się od razu rozgrzać jadąc pod górkę. Po lewej mijam jakiś plac budowy. Chwilę się przyglądam, planuje nawet zagadać ochroniarza, ale zauważam kamery, więc jadę dalej. Zajeżdżam na tyły szkoły, gdzie ubieram się cieplej, obserwując przy tym okolicę. Obiekt również wyposażony jest w monitoring, ale nie mogę przecież jeździć z miejsca na miejsce bo szkoda czasu. Teraz 20 dmuchnięć w materac i już leżę pod zadaszonym wejściem do budynku. Budzik ustawiam na 3 godziny i w końcu nadszedł czas odpoczynku.

    Jeszcze dobrze nie zamknąłem oczu, gdy słyszę jakąś grupę młodzieży która rozsiada się na ławce 20 metrów ode mnie. Jest już ciemno więc nie zauważają mnie, jednak ich śmiechy i rozmowy nie pozwalają mi zasnąć. Słucham więc sobie i oceniam towarzystwo. Raczej niegroźne młodziki - przyszli napić się piwa i spalić jakieś chwasty – mam nadzieję że zrobią co mają do zrobienia i sobie pójdą, więc zatykam uszy i próbuję zasnąć. Po około godzinie jeden z nich dostrzega mój rower. Podchodzą we dwóch i świeca we mnie latarkami z telefonów. „Ty ktoś tu leży!” „Dobra, zostaw go, niech śpi”.

    Miałem nadzieję że po tym zbiorą się trochę szybciej, lub chociaż będą odrobinę ciszej. Niestety po powrocie do grupy stwierdzili tylko „ktoś tam śpi” i toczyli dyskusję dalej bez żadnych pohamowań ;)

    Na chwilę udaje mi się zasnąć, a gdy się budzę, to nikogo już nie ma. Patrzę na zegarek – spałem max godzinę, ale minęły prawie całe założone trzy. A pośpię jeszcze ze dwie, w końcu spokój… Zaraz, zaraz, halo - przecież nie o to w tym chodzi. Zwijam majdan i marznąc wsiadam na rower aby kontynuować podjazd u podnóży Babiej. Po chwili we wsi zaczynają wyć syreny. Jest pierwsza w nocy, ale nikogo to chyba nie interesuje. A wyją głośno i bardzo długo. Po pewnym czasie mija mnie jednostka straży pożarnej.

    Na parkingu pod Przełęczą Krowiarki sporo samochodów i turystów (jak na tę porę). No tak, jest weekend i ludzie przyjechali podejść na Babią na wschód słońca. Trochę mnie wkurzają, bo patrzą na mnie oślepiając mnie tymi swoimi czołówkami. Na szczycie popełniam błąd, bo przed tym długim i przecież znanym mi dobrze ponad 15 km zjazdem do Zawoi nie ubrałem kurtki. Wytelepało mnie nieźle. Na dziurawym podjeździe pod Stryszawę trochę się rozgrzewam i na szczycie przyodziewam się przed kolejnym zjazdem. Da dole jest czynna stacja, niestety samo okienko i ciepłej strawy brak. Zjadam 7 Days i ruszam dalej. Brak snu daje się we znaki. Postanawiam uciąć sobie jeszcze drzemkę przed samym wschodem. Na jednym z przystanków udaje się przespać jeszcze kilka minut, ale chłód szybko stawia mnie na nogi. Czuję się dużo lepiej więc jadę dalej.

    W okolicy Huciska ślad wprowadza mnie w jakieś szutrowe ścieżki. Nie chcę ryzykować i zawracam na główną i sprawdzoną drogę. Gdy docieram do Żywca jest już jasno. Świt wita mnie w tym samym miejscu co podczas niedanego Tour de Silesia. W Węgierskiej Górce klasycznie już postój na Hot Doga. Ogarniam toaletę i zaczynam kolejny raz w tym roku wspinaczkę pod Ochodzitą. Tym razem jednak, postanawiam sprawdzić wariant którym przyjdzie mi jechać podczas MRDP, czyli przejazd przez wieś Szare, ze „słynnymi” stromymi płytami na końcówce podjazdu.

    Za Koniakowem zaczyna się właściwy segment Beskidu Śląskiego. Jest zaledwie kilka minut po godzinie 8, a odczuwalna temperatura zdradza już, że pozostałe niespełna 200 km do mety nie będzie sielanką. Pod zameczek prezydencki docieram prze Stecówkę wąskimi i przyjemnymi asfaltami. Na jednym z podjazdów wypatruję nawet zabłąkane 10 zł ;)

    Podjazd pod Przełęcz Salmopolską bardzo mi się dłuży. Na jednym z zawijasów przebieram się na krótko. Zjazd do Szczyrku i dalej do Bielska idzie sprawnie. Tutaj dłuższa przerwa na posiłek, tankowanie i ruszam w kierunku Straconki, skąd zaczyna się obowiązkowy, ale dobrze mi znany podjazd na Przełęcz Przegibek w Beskidzie Małym. Drzewa dają sporo cienia, więc jeszcze jedzie się dosyć przyjemnie. Szybki zjazd do Międzybrodzia i przez zaporę zmierzam w kierunku Porąbki. Stąd jeszcze podjazd pod Wielką Puszczę ze stromą ścianką w pełnej lampie i rozpoczynam przerzut krajówkami przez Andrychów i Wadowice, w okolice Beskidu Makowskiego. Ciężki to odcinek – duży ruch samochodowy i jazda w pełnym słońcu, w godzinach gdy doskwiera ono najbardziej.

    Z niecierpliwością wyczekuję Makowa Podhalańskiego, skąd w końcu odbiję na dwa ostatnie, lecz bardzo wymagające podjazdy. Pierwszy prowadzi pod Makowską Górę. Jadę go w tym kierunku pierwszy raz, ale wchodzi jako tako, bo w większej części jest zacieniony. Od strony Jachówki jest bardziej wymagający. Na ostatnim podjeździe (tzw. „Hujówce”), z Bieńkówki do Batorówki piekarnik piękny. Przy mocnym nachyleniu toczę się kilka km/h w pełnym słońcu, więc nawet chłodzenie powietrzem nie funkcjonuje ;)

    Gdy w końcu docieram na szczyt, pozostaje zjazd i ostatnia prosta aż do Krakowa. Za Skawiną, pomimo że jest już po godzinie 18, termometry wskazują chore liczby.

    Na metę docieram chwile przed 19. Od startu upłynęło więc 46h48m. Licznik wskazuje 690 km, z przewyższeniem w okolicach 10000m. Zwycięzca, czyli Daniel Śmieja, potrzebował tych godzin zaledwie 34,5 – wielkie gratulacje. Czas dla mnie nieosiągalny, jednak nie on był dla mnie najważniejszy w tym starcie. Z pewnością mogłem z niego urwać sporo jadąc na lekko i przede wszystkim nie zarywając dwóch nocy. Udało mi się jednak sprawdzić ekwipunek i znów lepiej poznać reakcje swojego organizmu wystawionego na długotrwały wysiłek. Pozostaje mieć nadzieję, że zdobyte doświadczenie zaprocentuje podczas startu w MRDP :)

    Link do całego albumu

    Strava: https://www.strava.com/activities/1109949002

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: snag.gy

  •  

    624071 - 406 = 623665

    Słowacka wyrypa z @bynon'em.

    Pobudka w sobotę o 3.00 w nocy, kawa, śniadanie itd. i parę minut po czwartej wyjeżdżam. @bynon rusza o tej samej porze, ale z Krakowa. Miejsce spotkania mamy ustalone w Makowie Podhalańskim. Bez zbytniego kombinowania jadę najprostszą trasą przez Wadowice.
    Zgrywamy się prawie idealnie, bo czekam na Adama tylko kilka minut, zajadając się w tym czasie naleśnikiem z serem. Postanawiamy ominąć Krowiarki i sprawdzić podjazd od strony Bystrej Podhalańskiej. Ostatni odcinek przez las bardzo fajny, z mocniejszą końcówką. Godna polecenia alternatywa dla "oklepanej" Zawoi i Krowiarek. W Chyżnem zarządzamy sobie przerwę na hot doga, uzupełnimy bidony i na wszelki wpadek kupujemy też po kilkanaście ojro.

    Będąc już na Słowacji, głównymi drogami kierujemy się do Zuberzeca, gdzie zaczyna się podjazd do atrakcji dnia, czyli Tatliakowego Jeziora. Cały ten odcinek jest mocno oblegany, głownie przez pieszych turystów. Niecały kilometr przed szczytem Adam miał awarię, ale ponieważ jechałem pierwszy, nie zauważyłem tego. Na górze myślałem, że może trochę osłabł i przyjedzie za kilka minut. Porobiłem zdjęcia nad jeziorkiem, ale jego nadal nie było. Zjechałem kawałek w dół i zastałem go na poboczu, gdy próbował wyciągnąć łańcuch spomiędzy kasety i szprych. Chwilę to zajęło, ale operacja się udała, chociaż nie mógł używać największej i najmniejszej zębatki.
    W pewnym miejscu podczas zjazdu odbiliśmy jeszcze na drugi mniejszy podjazd, ale niestety kończył się ślepo w lesie. Na pocieszenie zastaliśmy tam źródełko z pyszną, zimną wodą.

    Znaleźć w weekend otwarty sklep na Słowacji nie jest rzeczą łatwą. Udaje nam się to dopiero w miejscowości Dlha nad Oravą. Uzupełniamy bidony i utracone kalorie, i gdy już mamy się zbierać, Adam postanowił "poprawić" hak przerzutki. Pomysł ten miał niestety fatalne skutki, bo skończyło się owego haka złamaniem... A że zapasowego nie było, pozostało zadzwonić do domu po wóz techniczny. Żegnamy się więc i w dalszą drogę wyruszam sam.
    Najpierw główną drogą wzdłuż Oravy, a następnie przecinam wschodnią część Małej Fatry. Widokowo świetnie, ale niestety nie mam żadnych zdjęć z tego odcinka. Temperatura dobiła do 35 stopni, było cały czas pod górę, a telefon ostatnio wożę w woreczku strunowym, bo obiektyw paruje od potu i prostu nie chciało mi się go wyciągać.

    Trochę się obawiałem co tam @bynon na tej trasie jeszcze zaplanował, ale nie było źle. Jedna poważniejsza, ale bardzo przyjemna ścianka na drodze z Zazrivy do Orawskiej Leśnej, a kawałek dalej bardzo szybki zjazd do Nowej Bystrzycy.
    Na odcinku pozostałym do granicy zrobiłem dwa krótkie postoje, w tym jeden w "Zmarzlinach u Huga", gdzie przydały się kupione rano eurasy. Na polską stronę przejeżdżam w Zwardoniu. Jedną z opcji dla tej trasy był powrót pociągiem, ale nie skorzystałem i postanowiłem dokręcić te sto kilometrów ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Tak więc drogami serwisowymi wzdłuż S1 do Milówki i wizyta w pierwszym napotkanym sklepie, bo z piciem już było cienko. Spotkałem tam starsze małżeństwo z Katowic. Byli żywo zainteresowani różnymi aspektami tak długich tras: czy tyłek nie boli od całodziennego siedzenia, czy plecy nie bolą od leżenia na lemondce itp. I najważniejsze "Ile kosztuje taki rower?". Was też ludzie o to pytają? Bo mnie się zdarza dosyć często.
    Posiedzieli, pogadali ale trzeba jechać. Gdzie? Do McD w Żywcu oczywiście! Posilony zestawem mogłem już na spokojnie kręcić standardową trasą przez Międzybrodzie i Porąbkę. Nie zapomniałem też o zdjęciu na zaporze, żeby trasa się liczyła ;) W domu byłem kwadrans po dziesiątej, czyli wcześniej niż gdybym jechał pociągiem. Wiedziałem, że będzie się opłacało.

    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #szosa #100km #200km #300km #400km (nr 2)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: wyrypa.jpg

  •  

    690711 - 430 = 690281

    Wyjazd wczoraj o 3 rano. Do Dębicy jechał ze mną Kona i nowy kolega Marcin. Dostawa paczki do Krakowa to tylko pretekst do jazdy... i pojechałem. Taka trasa to cenne doświadczenie, przyda się na przyszły rok.
    Trasę planowałem specjalnie po płaskim, bo przeczuwałem, co może się dziać na takim dystansie. Pogoda była na prawdę super. Z zapowiadanych upałów po 35 stopni było trochę mniej, może poniżej 30 :D Wiatru jakiegoś bardzo mocnego nie było. Bardzo się ucieszyłem z tego powodu. Jakoś na 250-270km zaczęło mnie boleć prawe kolano, pewnie po 50 km jakoś przeszło. Ale na około 350km powróciło razem z lewym, do tego chłód nadchodzącej nocy i brak nakolanników nie pomagał. Końcówkę przejechałem byle przejechać.

    W tym tygodniu to już 430km!
    #rowerowyrownik #ruszrzeszow #100km #200km #300km #400km #zaliczgmine +23
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: c1.staticflickr.com

  •  

    702421 - 406 = 702015

    Tour de Silesia 377km

    Sobota, punkt 5 autem razem z @Arczi-S wyruszamy na maraton, po drodze spotykamy się jeszcze z znajomymi z stravy- Vitem i Adrianem. Na miejscu jesteśmy chwilę po 6, czyli mamy prawie 1h30min czasu na przygotowanie się, o 7 (nauczony już thriatlonowym doświadczeniem) dociera Mieszko - ostatni z planowanej ekipy. Startujemy chwilę przed ósmą, do pierwszego punktu nie jedziemy może jakimś zabójczym tempem, ale mijamy sporo osób, które dołączają się do nas, w tym momencie byłem pełen podziwu, bo niektórzy jechali na MTB. Grupa robiła się coraz większa, osobiście tego nie lubię chyba że jadę na przedzie, na szczęście trafił się zjazd, a prowadził Adrian z Arczim którzy postanowili podkręcić tempo do około 55km/h i takim sposobem z kilkunastoosobowej grupy zrobiła się gdzieś ośmioro, i w tym składzie dotarliśmy do PK1. Chwila przerwy i ruszamy dalej. Jest już nas tylko 6, dołączył do nas Paweł z Krakowa, tym składem jedziemy aż do mety. Droga do PK2 obyła się bez żadnych ekscesów, mijamy kilku maratończyków, możemy podziwiać skutki nawałnicy która przeszła dzień wcześniej przez Śląsk. Do PK2 docieramy z średnią 31km/h wydaje się nam że to sporo, ale jak się potem dowiemy to jednak jesteśmy leszcze ;D Po raz kolejny chwila przerwy i ruszamy- jako jedni z ostatnich. PK3 znajduje się dopiero za 100km, po drodze mijamy kilku maratończyków, a po jakichś 30km od PK2 łapiemy grupę około 20 osób, jedziemy za nimi +/- 10km. Przed przejazdem kolejowym zrobiło się jakoś dziwnie ciasno/niebezpiecznie (przynajmniej dla mnie) dlatego postanawiam podjechać na czoło peletonu, trochę mnie poniosło i kawałek odjechałem. Po chwili dołączył do mnie Adrian i powiedział żebym lekko zwolnił, bo przecież nie znam trasy, coś w tym było, bo jedyne co mam na kierownicy to licznik i latarkę ;D Na szczęście nie musiałem zwalniać, bo za Adrianem puściła się cała nasza grupa+ 2os z peletonu, reszta która została podobno trochę na nas klęła ;D Na szczęście, albo i nieszczęście łapią nas na światłach w Mikołowie, ale zaraz po wyjeździe z centrum Mikołowa peleton trochę się wydłużył bo zachciało nam się między sobą ścigać, jedni na podjeździe inni na zjazdach.

    pokaż spoiler Masz przed sobą jeszcze 280km? Pościgaj się trochę! Przecież to nie może być zły pomysł :D


    W Katowicach czeka na nas żona Mieszka z zapasami, więc odłączamy się od peletonu, którego już nigdy nie będzie nam dane dogonić. Po chwili przerwy ruszamy z powrotem. W tym momencie odbijamy od sugerowanej trasy i robimy ją zamiast w lini prostej to po łuku tak aby na koniec wyszło 400km. Do PK3 docieramy 15:43:34 CEST. Ruszamy 20min później, do kolejnego punktu(żywieniowego) jest zaledwie 20km, a to na tym odcinku najbardziej zmokliśmy... Na PŻ zostałem bardzo mile zaskoczony, całą drogę była mowa o makaronie, także za 30zł wyobrażałem sobie bardziej makaron z gara na jakimś parkingu ;D a tu kurczak z ryżem i surówkami (wszedł jak złoto) i to do tego w zajeździe rowerowym :D Godzina przerwy i dalej w trasę. Po chwili łapie nas deszcz/mżawka także morale trochę spadają. Po 40km w deszczu jakieś 5km przed punktem kontrolnym w Wieprzu trochę się rozpogadza jednak nie wystarcza to do całkowitego wyschnięcia. Kolejna "chwila" przerwy. Arczi pisze do @Mortal84 który jedzie dłuższy dystans i dostajemy informacje że te dziki po PK2 mają średnią ustawkową - 36km/h... My natomiast wsiadamy znowu na siodło. Za tym PK zaczynają się góry, My postanawiamy ominąć Kocierz przez Porąbkę na rzecz zdjęcia na zaporze :D Niestety Bóg chyba tego nie chciał, bo Mieszko złapał pana w szytce... próbowaliśmy naprawić ją taśmą szkota jednak nie przyniosło to jakichkolwiek pozytywnych rezultatów ( ͡° ʖ̯ ͡°) Szybka narada i wyszło na to że Mieszko dzwoni do żony po nowe koło, a my w piątkę jedziemy czekać do Maka w Żywcu. Po 2 godzinach dociera do nas Mieszko, szybkie jedzenie w Maku i ruszamy dalej. Jako że była już prawie północ żona Mieszka zaoferowała nam że może przez pare km jechać za nami i oświetlać trasę (ʘ‿ʘ)

    pokaż spoiler Jak ktoś zna miejsce gdzie szukać takiej żony to bardzo proszę o namiary.


    20 minut po północy jesteśmy na przedostatnim punkcie kontrolnym, teraz wchodzimy już tylko po pieczątkę i ruszamy od razu dalej, a i tak to było za wolno bo w nocy było chłodno i jak ruszyliśmy to było czuć mróz.
    Od Milówki zaczynają się jakieś odczuwalne podjazdy.

    Góry nocą to jest kompletnie inna bajka, raz że nie widać ile podjazdu jeszcze zostało, a dwa akurat była pełnia, w dolinach mgła, a cisza jak makiem zasiał, aż żal że nie dało się zrobić jakiegoś ładnego zdjęcia. Kto jeszcze nie był nocą w górach to serdecznie polecam :D Trochę inaczej jest z samą jazdą, podjazdy to jest przyjemność bo człowiek się męczy i jest ciepło, a na zjazdach to nie dość że temperatura jest niska to jest jeszcze zimniej z powodu zjazdu i do tego dziur za bardzo nie widać.

    Druga w nocy- zjeżdżamy z Istebnej do Wisły, droga jest nowa ale nie oświetlona, na szczęście convoy daje rade i zjeżdżamy bez większego problemu.
    Pod koniec zjazdu z Adrianem w kompletnych ciemnościach w oddali widzimy jakiś dwóch ładnie mówiąc idiotów którzy nie dość że są cali czarni to do tego bez oświetlenia... Dopiero po kilku sekundach zaczailiśmy że za nami z zza zakrętu wyjechało auto a ci idioci to nasze cienie...
    W Wiśle po 50km żona Mieszka wraca do domu, a my ruszamy w stronę Ustronia gdzie robimy kolejną "chwilową" przerwę na stacji gdzie były wygodne fotele i co najważniejsze było ciepło. Oko zaczęło już mi się trochę zamykać mimo wypitej dużej kawy.
    Po godzinnym odpoczynku o 4 rano ruszamy do Cieszyna, ruch praktycznie zerowy a jest już jasno także jedynie mróz przeszkadza, ale z nim musimy się męczyć już aż do mety. W Cieszynie tylko szybka pieczątka i "pędzimy" do mety z średnią 20km/h, ten odcinek był chyba najbardziej męczący, 50km w 2 i pół godziny.
    7:05 jesteśmy na mecie - można wyłączyć strave ;D

    Czas samej jazdy- 15h36min : Czas od startu do mety 23h

    Takim oto sposobem te chwilki przerwy dały nam 8godzin ;D

    Także podsumowując: Maraton bardzo mi się podobał mimo deszczu zimna i zmęczenia było warto! W przyszłym roku o ile będę w stanie wybieram się znowu, tyle że nie wiem jeszcze na jaki dystans, ale na to mam czas :D

    pokaż spoiler A, no i rekord pobity o 170km :D


    Statystyki:

    Dystans: 406 km
    Czas: ◷15:36:38
    Średnie tempo: 2:18 min/km
    Średnia prędkość: 26,00 km/h
    Kalorie: 20378 kcal

    W tym tygodniu to już 406km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    715064 - 405 = 714659
    Maraton rowerowy „Tour de Silesia 2017” organizowany przez „Gustava” z Rybnika.
    Start i meta maratonu była w Świerklanach. Ruszaliśmy w 12 osobowych grupach, które i tak od razu się podzieliły według preferencji stylu jazdy.
    My startowaliśmy około 8. Od początku jechaliśmy w sześcioosobowej grupie z @Limon2g oraz znajomymi z Stravy i kolegą z Krakowa, który był z nami w grupie. Jedziemy dwójkami na zmiany. Pogoda super, lekki wiatr i słońce ale robi się duszno. Pierwsze dwa punkty kontrolne w Krzyżanowicach i Rudach zaliczamy bez zbędnych postojów.
    Po drodze możemy zobaczyć jakie szkody wyrządziła nocna wichura, mnóstwo powalonych i połamanych drzew.
    W Mikołowie, żona kolegi który z nami jechał organizuje pitstop przy Lidlu – uzupełniamy bidony, witaminy, chwilę odpoczywamy i jedziemy dalej. Nadciąga zmiana pogody i zapowiada się na deszcz. W połowie drogi do trzeciego punktu kontrolnego mam kryzys jak się okaże nie będzie to jedyny, tempo spada, koledzy odjeżdżają ale jakoś udaje mi się dojechać do Żurady. W drodze na pk3 w Żuradzie nadrabiamy drogi zmieniając trasę ale to nikogo nie obchodzi bo plan mamy na pokonanie #400km więc będzie mniej do dokręcania na końcu. Do Żurady docieram ostatni ale pomarańcze przygotowane przez kuzyna kolegi postawiły mnie na nogi – smakowały jak za bajtla kiedy nic nie było w sklepach. W Żuradzie zrobiliśmy 20min postój i ruszyliśmy na obiad do Zajazdu Rowerowego Nawsie w Bolęcinie gdzie był zorganizowany punkt żywieniowy. Kurczak z ryżem i sałatką to było coś czego mi było trzeba mógłbym nawet zjeść takie dwa! Niestety w okolicach Trzebini przechodził front burzowo deszczowy i tym samym do Bolęcina docieramy przemoczeni. Po godzinnej sjeście nie bardzo chce nam się ruszać dalej bo na niebie przechodzą burzowe chmury a my jeszcze nawet dobrze nie wyschliśmy. Do kolejnego punktu kontrolnego dojeżdżamy znowu przemoczeni. Chwila na ogarnięcie się, jest już chyba około 18, na szczęście już nie pada a drogi trochę przeschły. Postanawiamy nie jechać przez Kocierz tylko przez zaporę w Porąbce bo „bez zdjęcia na zaporze się nie liczy” . Ustalamy, że jedziemy do Żywca na McD ale po drodze kolega łapie kapcia w szytce. Więc on czeka na nowe koło a my jedziemy do McD i czekamy na niego. Jest już około północy kiedy wyruszamy do kolejnego punktu kontrolnego w Węgierskiej Górce. Nie planowaliśmy jechać przez gór w środku nocy ale tak wyszło więc jest ciekawiej. Z Węgierskiej Górki jest już tylko bardziej w górę. Górki pokonujemy pomiędzy pierwszą a trzecią w nocy. Może to i dobrze bo nie widziałem tych stromych podjazdów przed sobą, ale za to góry w nocy wyglądają magicznie – była pełnia księżyca, mgły, cisza bo wiatru prawie wcale, brakowało tylko wycia wilków i byśmy się pewnie pos…... a ja pewno dałbym się im zjeść bo chwyciłem kolejną zamułe. Podczas podjeżdżania nie zauważyliśmy jak zrobiło się zimno. Na zjeździe do Wisły bardzo zmarzliśmy. Zatrzymujemy się na pierwszej możliwej stacji w celu ogrzania. Jest około 3 nad ranem. Po 10min zjawia się kolejna grupka kolarzy i robią to co my. Bardzo nam się nie chciało opuszczać ciepłej stacji. Z Wisły kierujemy się na Cieszyn – do ostatniego punktu kontrolnego. Na stacji benzynowej podbijamy „obiegówkę” i bez zbędnego zatrzymywania jedziemy dalej do mety. Mamy możliwość podziwiania wschodu słońca, robi się coraz przyjemniej. Na metę docieramy każdy już w swoim tempie – mnie złapał kolejny kryzys. Ledwo jechałem, liczyłem każdy km do końca, nawet myśli o dokręcaniu do 400 już wyrzuciłem z głowy. Przed metą spotykamy się razem, kolega ratuje mnie ostatnim batonikiem i postanawiamy dokręcić 12km które nam zostało do równego rachunku #400km. Wtaczamy się na metę maratonu, jest prawie 7 rano. Cała trasa zajęła nam około 23h a sama jazda ponad 15,5h.
    Był to mój pierwszy maraton rowerowy, pierwszy raz pokonałem 400km. Na mecie prawie każdy otrzymał pamiątkowy medal – ja na swój muszę niestety poczekać bo mojego nie było :( i wyślą mi pocztą. Zaraz po maratonie miałem dość jeżdżenia dystansów ultra ale teraz pojechałbym gdzieś znowu....
    Więcej zdjęć na stravie: https://www.strava.com/activities/1074415815
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km #400km (nr 1)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 20170715_104407.jpg

    +: Z..................1, mocar88 +24 innych
  •  

    716459 - 546 = 715913

    Pierwsza edycja Maratonu Tour de Silesia zaliczona!

    Trasa 540 km dookoła województwa śląskiego. Blisko, sporo znajomych nazwisk na liście startowej, więc nie mogłem odpuścić ;)

    Wraz z @Mortal84 i @bynon startujemy w piątej, ostatniej grupie. Tempo od razu jest wyżyłowane. Lecimy grupą około 10 osób po zmianach parami, a wskazanie prędkościomierza rzadko schodzi poniżej 40km/h. Szybko doganiamy resztę uczestników i wychodzimy na czoło całego maratonu. Na PK1 (37km) tylko podbicie pieczątek i w drogę. Na jednej ze zmian łapie mnie kolka, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło na rowerze. Wydaje mi się, że przyczyną jest zwiększona kadencja, jaką sobie przyjąłem jakiś czas temu, by oszczędzać stawy. Boli mocno, ale po kilku minutach udaje się to jakoś ogarnąć. A tempo ciągle jak na ustawkach szosowych, bo na drugim PK (106 km) średnia wskazuje ponad 36 km/h. Tutaj już kilka minut przerwy. Uzupełniamy bidony i kto gotowy rusza dalej. Nasza grupka liczy teraz 8 osób i w tym składzie przejedziemy kolejne 200 km, równo pracując na zmianach. Przed PK3 (170km) łapie nas zawierucha i deszcz. Wieje, leje, ale tempo maleje tylko nieznacznie. Ktoś proponuje przeczekać gdzieś największy deszcz, ale nie zyskuje aprobaty grupy ;) Na punkcie większość ubiera kurtki, choć w sumie już nie pada. Ja zostaję na krótko, z nadzieją że dzięki temu uda mi się lepiej przeschnąć przed nadejściem nocy. W Kłobucku, na 216 km trasy, mamy zorganizowany punkt żywieniowy. Smaczny obiad, trochę dłuższy odpoczynek, ale już słyszę jak grupa woła czy jadę dalej z nimi. Postanawiam jeszcze trochę pociągnąć z nimi, a gdy zaczną się większe pagórki, zacząć jechać już swoje.

    W dalszej części kilka razy jesteśmy filmowani przez drona. Fajna zabawka i pamiątka: https://www.youtube.com/watch?v=Q0qdS0DakdE&t=0s

    Zaraz za PK4 w Koniecpolu (280km), droga coraz bardziej zaczyna się piąć ku górze. Gdy na liczniku wybija 300 km, a średnia wskazuje 34,4 km/h stwierdzam że to już ten moment i na jednym z podjazdów po prostu odpuszczam. Dalsza próba trzymania tempa mogłaby się skończyć kontuzją, bo już lekko pobolewał mnie achilles. Szkoda było zaprzepaścić tak wypracowaną przewagę i zakończyć imprezę wycofką ;)

    Robi się ciemno, ale drogę doświetla piękny księżyc w pełni. Mniej więcej w tym samym czasie z mojej grupy odłączyły się jeszcze 2 uczestników. Jeden z nich zostaje z tyłu, a drugiego doganiam i sobie gawędzimy. Nie jedziemy po zmianach, a po prostu trzymamy się w miarę blisko siebie, bo tempo mamy podobne. W Olkuszu postanawiamy zatrzymać się na stacji benzynowej. Jemy hot-dogi i kolega rusza dalej, ale ja postanawiam jeszcze trochę odpocząć, bo doskwiera mi ból pleców.

    Wrzucam na siebie kurtkę, bo jest bardzo mgliście i ruszam dalej. Po chwili mijam jednego z uczestników, który coś kombinuje na przystanku. Pytam czy wszystko ok i gdy potwierdza, mknę dalej do przodu w kierunku punktu żywieniowego nr 2 w Bolęcinie (373 km). Tu zjadamy jakiegoś kuraka z ryżem i sałatką. Niestety jest to tak suche, że ledwo przechodzi mi przez gardło. Żuję i żuję, a kolega już się zbiera do odjazdu. Mi z tym żuciem schodzi jeszcze dobre 15 minut. Po prostu wmuszam to w siebie, bo szkoda mi tracić posiłku.

    Za cel stawiam sobie złapanie kolegi uciekiniera jeszcze przed górami. Cisnę więc i cisnę wśród mgieł i blasku księżyca, aż w końcu po dobrej godzinie zauważam czerwony migający punkt na horyzoncie. Chodź tu mój zajączku ;)

    Wyprzedam go, ale na PK5 w Wieprzu (403km) znów mnie dopada i rusza przede mną. Po chwili znów jestem z przodu i zaczynam pierwszy z większych podjazdów, czyli wspinaczka na Przełęcz Kocierską (718m). Robi się gorąco, ale nie ściągam jeszcze kurtki, bo wiem co mnie czeka podczas zjazdu. Zaczyna świtać, więc robi się rześko. W Węgierskiej Górce na PK6 (447km) postanawiam zjeść Hot-Doga, więc ponownie się spotykamy. Tym razem jednak wyruszam pierwszy. Góry witają mnie pięknym porankiem. Teraz czeka mnie długi, w zasadzie 30 km podjazd do Koniakowa. Możliwość oglądania takich widoków sprawia, że stwierdzam: "warto było się męczyć całą noc :)" Tym bardziej, że do mety już zaledwie setunia ;)

    Ostatni dłuższy podjazd pod Kubalonkę i zjazd do Wisły. W Ustroniu odbijam w lewo w kierunku Cieszyna, gdzie znajduje się ostatni, siódmy punkt kontrolny (507km). Ku mojemu zaskoczeniu spotykam tam 4 uczestników. Jeden leży na kafelkach, więc coś mi nie pasuje, bo przecież czołówka która była przede mną, by sobie nie robiła takiego popasu 35 km przed metą :) Okazuje się, że to chłopaki z dystansu 370 km. Trochę się z nimi zagaduję i zapominam o moim zajączku, który nagle wpada na stację, bije pieczątkę i od razu ucieka na ostatnią prostą. Szybko zeruję colę i udaję się w pościg. Po kilku km wyprzedam go i pozostaje tylko dociągnąć do mety. Dosyć szybko znika na horyzoncie, więc jeszcze pozwalam sobie na sik-stop. Analizuję godzinę i już wiem, że uda mi się zmieścić w czasie mniejszym niż 1 doba (a przed startem sobie takim przyjąłem jako ambitny cel).

    Na metę docieram z czasem 22 godziny 44 minuty, więc sporo poniżej oczekiwań. Ciepłe przywitanie przez żonę :) Zostajemy jeszcze na mecie dobre 2 godziny, dyskutujemy i witamy przybywających na metę. Próbuję sobie urządzić w namiocie drzemkę, ale jest za duszno, bo słońce już daje lampę. Udaje mi się trochę zdrzemnąć na hali gimnastycznej, po czym pakujemy majdan, żegnamy się i jedziemy do Rybnika na pociąg. Ufff... teraz trzeba trochę odespać, bo jutro powrót do rzeczywistości.

    Super organizacja i towarzystwo. Jeśli za rok trasa będzie poprowadzona inaczej (nie lubię jeździć tego samego), to będę obowiązkowo ;)

    Mój tag -> #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    724187 - 653 = 723534

    Maraton Tour de Silesia, dystans 540 km.

    Zapisując się na maraton wiedziałem, że będzie szansa poprawić swoją ubiegłoroczną życiówkę. Ale co to za poprawa o ledwo 10 km. To się nie opłaca jechać. Postanowiłem więc na miejsce startu dojechać rowerem i tak samo wrócić później do domu.

    Wyjeżdżam chwilę przed 8.00 w sobotę rano i po dwóch godzinach jestem już w Świerklanach, w bazie maratonu, która ulokowana jest na terenie ośrodka sportu przy lokalnej szkole podstawowej i gimnazjum. Zaczynają zjeżdżać się zawodnicy startujący na długim dystansie. Wersja mini licząca 370 km ruszała o 7.30, więc na trasie już od kilku godzin byli m. im. @Arczi-S i @Limon2g.
    Na drugie śniadanie zjadam makaron z kurczakiem, który miałem ze sobą i kręcąc się po terenie spotykam @bynon'a, a później @byczys'a (pozdrowienia dla żony!). Coś tam pogadaliśmy i trzeba powoli przygotowywać się do startu. Wszyscy trzej jesteśmy w ostatniej, piątej grupie, czyli planowo powinniśmy ruszać o 11.20. Jeszcze jakaś przedstartowa odprawa Gustava, który jest jednym z głównych organizatorów i wypuszczane są poszczególne grupy. Każda liczy ok. 13 osób, w sumie startuje 60-kilka.

    Spodziewałem się szybkiego początku, ale to przypominało raczej typową ustawkę w tygodniu niż maraton dookoła województwa. Po kilku km wyprzedzamy pierwsze, pojedyncze osoby z wcześniejszych grup. Po kilkunastu całą czwartą grupę. Część osób przyłącza się do nas. Pierwszy punkt kontrolny, w Krzyżanowicach, to tylko wejście do sklepu po pieczątkę i szybko jazda, żeby nie zgubić grupy. Pomiędzy Raciborzem a Rudami widać skutki nawałnicy, która przeszła tutaj w piątek. Na poboczach dróg mnóstwo połamanych gałęzi i przewróconych drzew.
    PK2 mieścił się na Orlenie w Pyskowicach. Był to zdaje się 103 km trasy i średnia z tego odcinka przekroczyła 36 km/h. To było dla mnie trochę za dużo. Postanowiłem zrobić o kilka minut dłuższą przerwę i dalej jechać sam albo z kimś napotkanym po drodze. @byczys i @bynon pognali z grupą.
    Ruszamy ze stacji w kilka osób, ale po pierwszym podjeździe zostaję tylko z gościem w stroju Bałtyk-Bieszczady Tour. Jedziemy po zmianach i byłoby bardzo przyjemnie, gdy nie silny boczny wiatr. Po wspólnych 50 km łapie nas deszcz. Postanawiam zatrzymać się na przystanku i założyć ochraniacze na buty. Tamten pojechał dalej. W sumie w deszczu jadę jakieś 20 minut. Jest ciepło, więc drogi szybko wysychają i już na PK3 koło Olesna zdejmuję ochraniacze i wiatrówkę.
    Na stacji spotykam parę osób, ale one właśnie się zbierają. Kupuję jakąś tortillę, bo o hot dogach zapomnij, jeśli przed chwilą przewinęło się tutaj kilkunastu ludzi...

    Prawie cała droga do punktu żywieniowego w Kłobucku mija szybko za sprawą wiatru w plecy. Gdy skręcam do restauracji, @byczys i @bynon z grupą właśnie wyjeżdżają. Oferta obiadowa jest całkiem bogata, wybieram kurczaka z ryżem i zestaw sałatek. Do tego w pakiecie 2 litry wody i dwie saszetki izotoniku. Robię niecałą godzinę postoju i w dalszą trasę zabieram się z dwójką, która przyjechała tam jakiś czas przede mną.
    Spokojnym tempem jedziemy na wschód do Koniecpola, gdzie zlokalizowany jest kolejny punkt kontrolny. Czas mija nam głównie na rozmowach na tematy okołorowerowe. Jarek, który na maraton przyjechał spod Wrocławia, traktuje go jako przygotowanie do pełnego Iron Mana, w którym będzie startował na początku września w Malborku. Z Bartkiem znamy się trochę z naszej lokalnej ustawki - Czwartkowej Rundy.
    W Koniecpolu pieczątka na stacji, chwila odpoczynku i skręcamy na południe. Jest już grubo po zmroku, a trasa z płaskiej przechodzi w jurajskie pofałdowanie. Jedna hopka za drugą. Tempo siłą rzeczy spada, ale przynajmniej nie jest nudno i nie chce się spać. W okolicach Pilicy Jarkowi kończy się picie, ale jako że nie napotykamy żadnej stacji ani otwartego sklepu, ratujemy go własnymi zapasami i jedziemy dalej. Czynną stację znajdujemy dopiero w Kluczach i tam też robimy przerwę na kawę itp. Tego było mi trzeba, bo oko już zaczynało się niebezpiecznie przymykać.

    Po ok. półtorej godziny, który to czas upływa na bezustannej jeździe góra-dół, meldujemy się na drugim punkcie żywieniowym zlokalizowanym w Bolęcinie. Tutaj już wyboru nie ma i każdy dostaje filet drobiowy z ryżem i sałatkę. W sumie zjadłbym dwie takie porcje, gdyby dawali. Kolejna godzina odpoczynku. Jarek nawet przekimał kwadrans na podłodze, bo kryzys snu miał spory. Gustav coś tam nagrywał, więc może znajdziecie nas później w jakimś filmiku na jego kanale.
    Na start dostajemy temperaturę poniżej 10 st., mgłę i podjazd do Płazy. Ale to nawet dobrze, bo od razu się człowiek rozgrzał. Kawałek przed Wieprzem, gdzie na Orlenie jest kolejny PK, spotykamy @Kuchasz'a. Wcześniej umówiliśmy się, że po mnie wyjedzie i nie zawiódł ;)
    Od Andrychowa zaczynają się góry. Na dobry początek Kocierz. Pomimo 470 km w nogach, podjazd wchodzi całkiem nieźle. Na górze ściągam nogawki i czekamy z Rafałem chwilę na pozostałych kompanów. Zjeżdżamy do Żywca i dalej kierunek na Węgierską Górkę, gdzie standardowo na Orlenie mieści się punkt kontrolny.
    Jarek i Bartek są już mocno zajechani i postanawiają zrobić dłuższą przerwę przed czekającymi ich jeszcze podjazdami. Wcinam więc tylko dwa hot dogi, zapijam kawą i ruszamy z @Kuchasz'em do Milówki. Stamtąd drogą serwisową wzdłuż S1 jedziemy do Koniakowa. Droga wojewódzka 943 na tym odcinku to jest jakieś nieporozumienie. Nie dość, że dziury, łaty i muldy, to jeszcze kilkaset metrów bruku. Od Istebnej na szczęście jest już normalnie.
    Podjazd na Kubalonkę całkiem w porządku, chociaż różnica w "świeżości nogi" pomiędzy mną a @Kuchasz'em jest widoczna gołym okiem. Przez Wisłę i Ustroń kierujemy się na Cieszyn. Przejazd przez ten ostatni mocno nadszarpuje moje siły. W zasadzie całe miasto to seria krótkich, sztywnych podjazdów. Pieczątka na Orlenie, cola, lody i jedziemy dalej, zgarniając ze sobą napotkanego na stacji maratończyka.

    Ostatnie 40 km dłuży mi się niemiłosiernie. W końcu o 12.45 docieramy do bazy maratonu, gdzie odbieram pamiątkowy medal i kończę udział w zabawie z czasem 25h 31m. Podobno dało mi to 15. czas wśród startujących na dystansie mega. Nawet spoko, bo spodziewałem się, że z czasem powyżej 25h będę jednak w ogonie stawki.
    Zjadam dwie miseczki bogracza, bo kiełbasy z grilla bym nie przełknął, a tylko takie dania są dostępne. Jeszcze chwila odpoczynku, żegnam się z Gustavem i obsługą maratonu i ruszam do domu, bo do przejechania jeszcze ponad 50 km.
    Zaraz po wyjeździe na główną drogę Garmin informuje mnie, że "Wygrałeś! Trening ukończony" i... wyłączył się. Włączam go, a tam nie ma możliwości kontynuowania trasy, ani nawet samej trasy zapisanej! Fuuuuuuuuuuuck! No ale co zrobię? Nic nie zrobię. Trzeba w domu podpiąć do komputera i zobaczymy.
    Jedziemy z @Kuchasz'em spokojnie, bo też moje nogi nie chcą pozwolić na nic więcej, a w dodatku ciągle myślę o niezapisanej trasie. By to jasny ch... Cała radość z przejechanego maratonu wyparowała niczym przebity balonik. Wkurw na maksa.
    W Pszczynie robimy przerwę na lody, żegnamy się i ostatnie kilometry do domu jadę już sam.

    Pierwsze co, to oczywiście Garmin do komputera i szukam trasy. Jest! Ale tylko 270 km... Załamka :( Szczęśliwie @Marcin_od_Tribana dobrze ogarnia takie tematy, podsunął parę pomysłów i udało się odzyskać ślad trasy. Humor od razu poprawiony :D Bo wiadomo, że jak czegoś nie ma na Stravie, to tak jakby tego w ogóle nie było.

    W imprezie tego typu startowałem pierwszy raz, więc nie będę podejmował się oceny organizacji, bo nie wiem jak to powinno wyglądać ani jak wygląda gdzieś indziej. Mogę tylko powiedzieć, że niesamowicie mi się podobało, atmosfera była bardzo przyjazna i z niecierpliwością czekam na przyszłoroczną edycję. A Gustav już zapowiedział, że łatwiej na pewno nie będzie.

    pokaż spoiler Jeszcze 2 tygodnie temu nie spodziewałem się, że Triban dostanie szansę przejechania czegoś więcej niż 100 km, a tu proszę. W pięknym stylu wrócił z emerytury. I po co te wszystkie karbony i elektroniczne przerzutki? ( ͡° ͜ʖ ͡°)


    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #rower #szosa #wykoptribanclub #100km #200km #300km #400km #500km #600km (nr 1)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: TdS.jpg

  •  

    730992 - 542 = 730450

    Maraton Tour de Silesia!
    540km i 4000m przewyższenia w niecałe 21h
    https://www.strava.com/activities/1074847780

    Była to pierwsza edycja i generalnie zapowiadało się, że to bardziej rajd, ale nie:) Pierwsze kilometry dobitnie pokazały, że wyścig. Znalazłem się w grupie startowej z najmocniejszym składem w tym @Mortal84 i @byczys. Pierwsze 100km, średnia powyżej 35km/h, wyprzedamy wcześniej startujących. Nasza "ucieczka" ma długo kilkanaście osób, łapie nas porządna ulewa z wiatrem w mordę. Na szczęście przed zachodem słońca już podeschliśmy.
    W nocy przejeżdżamy Jurę, średnia cały czas powyżej 30, grupa kurczy się najpierw do 8, później do 6 osób. O 2 w nocy jesteśmy w Andrychowie, dopada mnie pierwszy kryzys snu, a najmocniejsza trójka odjeżdża na podjeździe na Kocierz. Na punkcie kontrolnym w Wegierskiej Górce jeszcze nasza 6stka się spotyka, jednak muszę walnąć kawę i hot doga, "podium" uzupełnia tylko płyny i batony i leci.
    Ostatnie 100km pokonuje już samotnie, po drodze góry o wschodzie słońca i walka z zasypianiem.
    Byłem pewny że na metę wjadę 4, jednak jeden weteran maratonów wyprzedził mnie jadąc trochę inną drogą.

    W tym tygodniu to już 693km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #szosa #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: tds.jpg

  •  

    W osobtę wystartowałem w Pierścieniu Tysiąca Jezior, 610km na rowerze non-stop(zrobiłem 622 bo po 5cu kilometrach musiałem wrócić na start). Udało się ukończyć w mniej niż 30h co przy warunkach jakie panowały na trasie uważam za nienajgorszy wynik. Było zimno (nawet 10 stopni), mokro (deszcz padał przez jakieś 19h i te cholerne mazurski drogi. Łata na łacie. Jeszcze przez kilka dni pewnie będę miał zaniki czucia w dłoniach. Pagórki też zrobiły swoje - ok 4000m przewyższeń.
    Polecam wszystkim tę imprezę, świetny sposób na sprawdzenie się. Tym samym kwalifikacja na przyszłoroczny BBT zrobiona :)
    #rower #600km #500km #400km #300km #200km
    pokaż całość

  •  

    784639 - 403 = 784236

    Wyprawa, dzień I (24.06.2017)

    Jak wiadomo, @metaxy wybrał się na wyprawę dookoła Polski. Już jakiś czas temu ustaliliśmy, że pojadę razem z nim przez pierwszych 9 dni.
    #rowerowykrakow tradycyjnie raz do roku jeździ do Warszawy. Była więc okazja połączyć start wyprawy i trzysetkę do stolicy.

    Z domu wyjechałem o 1:00 w nocy i po chwili spotykamy się z @makyo, który wyruszył od siebie godzinę wcześniej. Noc jest ciepła i bezwietrzna, jedzie się bardzo przyjemnie.
    W Wolbromiu mamy miejsce zbiórki z Krakusami, którzy przybywają w składzie @metaxy, @wspodnicynamtb, @Cymerek i @kiwacz. Jedziemy sobie wioskami na północ, gonią nas luźno puszczone na noc psy, a słońce powoli wyziera zza horyzontu. Krótko mówiąc, wstaje nowy dzień. Dopada mnie mały problem z łańcuchem, bo jedno ogniwo jest jakieś felerne i przeskakuje na dolnym kółeczku przerzutki. Na szczęście dr @metaxy postawił szybką diagnozę i zastosował wstępne leczenie. Już nie przeskakiwało, a tylko cykało, a po jakimś czasie samo przeszło zupełnie.

    Dogania nas @bynon, który chciał pospać kapkę dłużej i już pełnym składem podążamy we wiadomym kierunku. Robimy kilka drożdżówkarskich postojów, w tym ten najważniejszy w Biedronce.
    W miejscowości Przysucha dołącza do nas @radoslaw-szalkowski, który postanowił zrobić trasę Łódź - Warszawa i na pewno nie była to najkrótsza możliwa droga.
    W Goszczynie spotkamy się z delegacją #szosowawarszawa w składzie @masash, @oskar1100, @ingvarr_zaag, @mikkeler, @Shaybecki i @theDOG. Razem ruszamy do Grójca i wytęsknionego (ale pewnie nie przez wszystkich) McD. Wiadomo, że @metaxy to harpagan jakich mało i narzuca takie tempo, że część ekipy szybko odpada. Każdy jednak dojeżdża na miejsce i w miłej atmosferze konsumujemy swoje zestawy.

    Kierujemy się na Nadarzyn i dalej serwisówkami wzdłuż S8 aż do samej Warszawy. Osoby, które wracają pociągami do domu odstawiamy na dworzec centralny, robimy zdjęcia z Pałacem Kultury (stały punkt każdej wycieczki) i spotykamy tam też @tytyrytek. Żegnamy się i każdy udaje się w swoją stronę.
    Metaxego i mnie warszawiacy odprowadzają na Kabaty, gdzie mamy nocleg u @rdza. Nie obyło się też bez dokręcania do czterystu, bo głupio tak zostawić, jak brakuje tylko 10 km :-D

    U naszej gospodyni jemy kolację, poznajemy @Marjano oraz jej współlokatora, który częstuje nas dziwnymi piwami, różnymi trunkami, których nazw nie pamiętam, a także marynowanym rosyjskim arbuzem. Później jeszcze tylko szybkie zakupy w całodobowym Tesco i można iść spać. A spania niewiele, bo niecałe 5 godzin, ale to i tak lepiej niż poprzedniego dnia.

    Dzięki wszystkim za miłe towarzystwo, wspólną jazdę i do zobaczenia przy nastepnej okazji!

    Więcej zdjęć na Stravie - https://www.strava.com/activities/1052262433

    Cdn.

    #mortalszosuje

    #szosa #rowerowyrownik #100km #200km #300km #400km (nr 1)
    pokaż całość

  •  

    785039 - 400 = 784639

    Wyprawa dookoła Polski: dzień I (24.06.2017)

    I w pizdu i wystartował! 

    A w zasadzie wystartowali, bo po niecałych 2h (to już chyba doroczna tradycja) snu pojechałem na miejsce zbiórki, gdzie czekała już ekipa #rowerowykrakow @Cymerek @kiwacz @wspodnicynamtb oraz kibic @idol89. @bynon stwierdził, że chce pospać dłużej i dogoni nas na trasie. Udało mu się to pewnie koło 80km, bo @Mortal84, który dołączył z nami z @makyo, miał problemy z łańcuchem i serwis zajął dobre pół godziny. 

    Jazda na spokojnie, wyczekujemy spotkania z #szosowawarszawa i trasa wytyczona przez Strava poprowadziła nas po km fragmencie szutru, gdzie @radoslaw-szalkowski złapał kapcia. Kolega dołączył do nas chwilę wcześniej i... Do końca myślałem, że to @bb-8, który pisał do mnie, że dołączy i faktycznie dołączył, ale go nie zauważyłem, odpadł podobno szybko. Toteż kolego pardon, ale do końca dnia myślałem, że jadę z Tobą, a to był Radek. 

    Spotkanie z #szosowawarszawa @masash @Mikkeler @oskar1100 @ingvarr_zaag @Shaybecki @theDOG dało okazję do przepalenia nogi po 300km spokojnego pitu pitu i pogaduch. Bo kto pierwszy w McD w Grójcu ten nie musi czekać aż wyrobią się z zamówieniami całej reszty. Dojazd do tego McD jest kuriozalny. Przez szuter, koło cmentarza, przenoszenie roweru... Jak w tamtym roku robiłem Tauzena to dokładnie na tym szutrze zrobiłem kapcia. 

    Po obiedzie już spokojnie na Warszawę drogą serwisową i jedziemy na Centralny, spotykając @tytyrytek. Z dworca do domu wraca pociągiem @wspodnicynamtb i @kiwacz. Ja z @Mortal84 i kilkoma chłopakami z Wawy śmigamy na nocleg do @rdza. Niedaleko niej okazuje się, że niedużo brakuje nam do 400 to żal nie dokręcić. U @rdza nocowałem w tamtym roku ma wyprawie, więc znamy się i jest fajnie. Spotykamy tam też @Marianów. Kolacja, piwerko i tak jest dobrze po północy, a budzik na 5. Wyspanie się na wyprawie to niepotrzebny luksus. Ale fajnie jest! No i fajnie, bo @Mortal84 będzie ze mną jeszcze 8 dni.

    Strava i Endomondo.

    #100km #200km #300km #400km (nr 1) #metaxynarowerze #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

    •  

      odpadł podobno szybko. Toteż kolego pardon, ale do końca dnia myślałem, że jadę z Tobą, a to był Radek.

      @metaxy: nie dałem rady wam tempa dotrzymać, brak kondycji i kac robią swoje xD

      Bo kto pierwszy w McD w Grójcu ten nie musi czekać aż wyrobią się z zamówieniami całej reszty. Dojazd do tego McD jest kuriozalny. Przez szuter, koło cmentarza, przenoszenie roweru... Jak w tamtym roku robiłem Tauzena to dokładnie na tym szutrze zrobiłem kapcia.

      @metaxy: worów a nie grójec, z s7 jest tylko dobry dojazd do tego maca ;)

      dało okazję do przepalenia nogi po 300km spokojnego pitu pitu i pogaduch

      @metaxy: ja myślałem, że wy sprint walicie u mnie na odcinku, przynajmniej na stravie tak chyba było napisane :D

      tak czy siak fajnie było się sprawdzić, dzięki i szerokiej ;)
      pokaż całość

    •  

      @metaxy: Kurde, nic nie mów o tym McDonaldzie. Kiedyś dało się z tego szutru za cmentarzem samochodem dojechać, a teraz muszę na trasę S7 wyskakiwać i trzepać 10 km by pojechać i wrócić. A widzę go z okna domu po drugiej stronie S7. Jakiś 900 metrów w linii prostej.

    • więcej komentarzy (33)

  •  

    853448 - 500 = 852948

    Maraton Podróżnika 2017

    Czyli pętla 500 km spod Ślęży przez Sudety i Karkonosze. Dużo gór (ponad 6k przewyższeń), w tym podobno najtrudniejszy szosowy podjazd w Polsce, czyli Przełęcz Karkonoska. Udało się podjechać całość bez zatrzymania, choć po 130 km odcinku z szybkim tempem i w piekącym słońcu kosztowało mnie bardzo dużo. To nie nie był dobry pomysł, bo przede mną przecież było jeszcze 360 km.

    Trochę problemów z kolanem, ale ostateczkie udało się przejechać całość w czasie 24h15m :)
    Jestem zadowolony z rezultatu. Jak zwykle MP to świetne przygotowanie imprezy i super klimat jaki tworzą ludzie i organizatorzy.
    Niestety nie mam czasu na dłuższą relację, a już minął tydzień, więc wypadało dodać ten wpis.

    Strava:

    https://www.strava.com/activities/1020142722

    Galeria zdjęć:

    https://photos.google.com/share/AF1QipM65uT-SAzvyVrKLpBiEoSCT7rtGSNuUs7_PNg6GI8oHE_YpKj_Lab9RyyrhSs5jg?hl=pl&key=Mkp5S1c3dzY2dHpVOFBpNEVqVnRlMURDSU9JcGlB

    #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 500km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

  •  

    878101 - 473 = 877628

    Brevet 400 z dojazdem.
    Planowałem jeszcze powrót rowerem, co dałoby upragnione 500 km, ale niestety, źle się przygotowałem.

    #zaliczgmine: 21 nowych

    Statystyki:

    Dystans: 473 km
    Czas: ◷15:51:49
    Średnie tempo: 2:00 min/km
    Średnia prędkość: 29,80 km/h
    Kalorie: 17450 kcal
    Średni puls: ❤143.5bpm
    Maksymalny puls: ❤174bpm

    W tym tygodniu to już 607km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km #200km #300km #400km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: mikolajki.JPG

  •  

    1056169 - 424 - 102 - 19 = 1055624

    Pierwsza dłuższa trasa w tym roku. W końcu prognozy pogody na weekend optymistyczne, więc postanowiłem wybrać się na spotkanie forumowe mające miejsce na Roztoczu, na terenie gminy Narol. Wiać miało z południa, więc przy moim zachodnio - wschodnim kierunku trasy powinno być w większości sprawiedliwie z boku ;)

    Niestety z piątkowego wolnego w pracy nici, więc postanawiam wyjechać prosto po pracy i tym sposobem o 16:30 kieruję się na Kraków.
    Początek kiepski, ponieważ o tej godzinie ruch na drodze do Chełmka przez Bieruń Nowy jest olbrzymi. Droga zakorkowana, więc większość tej trasy przejeżdżam po ścieżkach i chodnikach, czasem przeciskając się pomiędzy kolumnami aut środkiem jezdni.

    Jakoś za Żarkami się luzuje, a wiatr zdecydowanie sprzyja, więc do Krakowa dojeżdżam ze średnią na liczniku powyżej 30 km/h. Przez miasto przebijam się ścieżkami rowerowymi, o dziwo idzie całkiem sprawnie. Na Bulwarach robię postój i oglądam zachód, pałaszując ciasto bananowo – owsiane, przygotowane przez Lubą specjalnie na tę okazję ;)

    Na wylocie z Krakowa muszę jeszcze ominąć jakieś roboty w związku z budową S7 i kieruję się spokojną już droga na Niepołomice. Trasa w kierunku Tarnowa prowadzi w dużej części po drogach technicznych biegnących wzdłuż autostrady A4. Ruch znikomy, wiatr raczej sprzyjający, więc jedzie się elegancko. W Tarnowie, po ok 160 km planuję wejść do Maca, który wg strony jest czynny do północy (poza McDrive 24h). Niestety na miejscu rozczarowanie, bo od 23 mają jakąś przerwę techniczną, więc pozostaje mi tylko jechać dalej i szukać jakiejś stacji. Po 40 km znajduję Shella w Dębicy, gdzie trochę się ogarniam i pałaszuję Hot – Doga.

    Kolejny cel pośredni, to Rzeszów. Myślę sobie – tam są aż 3 McD, więc to tam zrobię sobie większą ucztę. Ponieważ droga nr 94 w godzinach nocnych jest pusta i ma szerokie pobocze, postanawiam trochę zmodyfikować pierwotną trasę i przyklejam się do niej długimi odcinkami.
    Do Rzeszowa docieram około 4 nad ranem. Na rynku trochę imprezowiczów – niedobitków i jakieś śmierdzące lokale z kebabami. Niestety wszystkie McD są zamknięte, a najwcześniej otwierany jest dopiero o 7. Szukam jakiejś alternatywy, jednak bez skutku. Kebabownie mnie odpychają, więc ponownie zawiedziony jadę dalej, w poszukiwaniu stacji. Straciłem tylko tutaj czas.
    Niestety długo nie znajduję nic sensownego i na jakimś przystanku robię postój połączony z pożeraniem zapasów (reszta ciasta itp.). Jest jakoś 5 nad ranem, a o dziwo nie jest jakoś bardzo zimno.

    Na wschód od Rzeszowa zaczynają się w końcu większe „zadupia”. Najbardziej marznę już dobrą godzinę po wschodzie słońca, w okolicach 7:00. Do Jarosławia jadę przez Markową i Przeworsk. Kawałek przed miastem znajduję w końcu Statoil i ciepłe jedzenie.
    Kontaktuję się z ekipą forumową i postanawiam spróbować do nich w połowie zaplanowanej przez nich pętli, w Horyńcu – Zdrój. Pisza, że powinni być tam około południa, więc modyfikuję trasę i postanawiam zahaczyć o przygraniczną gminę Wielkie Oczy, która to zawsze mnie intrygowała swoją nazwą ;)
    Na liczniku niedawno pojawiło się 300, a do celu jeszcze jakaś stówka, więc trzeba się sprężać. Teren robi się bardzie pofałdowany, a wiatr zaczyna zawiewać bardziej od frontu. Tereny coraz bardziej odludne, czyli tak jak lubię. Często mijam gniazda z bocianami, zwiastujące nadejście długo wyczekiwanej wiosny ;)

    Gdy w końcu docieram do Wielich Oczu, zatrzymuję się w sklepie na małą wyżerkę. Podpytuję mieszkańca, czy szlak Green Velo do Horyńca będzie przejezdny na rowerze szosowym, Nie zapewnia mnie do końca, jednak postanawiam zaryzykować. Dobra decyzja, bo długimi odcinkami jest to wąski i równy asfalt, wyłączony z ruchu samochodowego.
    Jedynie odcinkami przebijam po szutrach, jednak da się po tym jechać bez większego problemu, bo jest sucho. Na takim właśnie odcinku mijam patrol Straży Granicznej, który zatrzymuje mnie do kontroli. Pytają gdzie jadę itp. Sprawdzają dokumenty i ostrzegają przed przypadkowym przekroczeniem granicy z Ukrainą, wzdłuż której jadę. Ogólnie sympatyczna rozmowa, jednak zabierają mi dobre pół godziny.

    Ponieważ lubię przejścia i tereny przygraniczne, podjeżdżam zobaczyć jak wygląda to w Budomierzu. Dalej przejeżdżam klimatyczny drewniany mostek na rzece Lubaczówka i już w Horyńcu spotykam ekipę zgodnie z planem. Udajemy się wspólnie na zwiedzanie bardzo ładnej i starej Cerkwii w Radrużu, gdzie starsza pani opowiada jej historię z wielkim zaangażowaniem. Pomimo, że klimaty zwiedzania jakoś mnie normalnie nie kręcą, to tutaj słucham z wielką uwagą, więc polecam każdemu.

    Dalej, już bardzo spacerowym tempem kończymy pętlę i w promieniach słońca i zajeżdżamy do Narola, gdzie w końcu mogę pojeść do syta w przyrynkowym barze u Rubina :)
    Nocleg mamy zamówiony w Pizunach, w klimatycznym ośrodku w środku lasu, u źródeł rzeki Tanwi. Wyczytałem gdzieś później, że to podobno jedna z najmniejszych wsi w Polsce ;) Bardzo klimatyczne i spokojne miejsce. Poza nami, nie ma tu więcej gości. Ponieważ ja przyjeżdżam ostatni, a miejsca w domku już brakuje, to dostaje mi się cały inny domek na wyłączność ;) Z uwagi na fakt, że mam całą nockę w plecy, jest mi to bardzo na rękę i po zjedzeniu kolacji, przesypiam bite 9 godzin w zasadzie bez pobudki.
    Rano, po śniadaniu i po rozciąganiu w przyjemnych okolicznościach natury, orientuję się, ze trochę późno wstałem, bo nikogo już nie ma ;)

    Zajeżdżam do Narola na rynek, po czym postanawiam przejechać cześć wczorajszej pętli, która mnie ominęła, bo przecież nie przyjechałem tu tylko po to, żeby zaraz wracać na pociąg.
    To był bardzo dobry pomysł, bo okolice są bardzo klimatyczne i spokojne, szczególnie w niedzielny poranek. W Horyńcu robię pierwszą tego roku przerwę na lody i zwiedzam centrum tego zdrojowego miasteczka. Dalej trzymam się w miarę możliwości blisko linii kolejowej na odcinku Horyniec – Rzeszów, bo w odpowiednim momencie móc zjechać na pociąg powrotny. Ostatecznie ląduję w Jarosławiu, gdzie po obiedzie wsiadam do, jak się okazuje, szynobusu. Jeszcze tylko przesiadka w Rzeszowie i w Krakowie i przed północą jestem w domu. No a rano znów do pracy i koło się weekendowe zamyka ;)

    Podsumowując – warto było! :) Wypad zdecydowanie udany.

    Zaliczone 33 nowe gminy do #zaliczgmine
    Strava:

    https://www.strava.com/activities/923345737
    https://www.strava.com/activities/924977645

    Oraz więcej zdjęć w albumie:

    https://goo.gl/photos/4UVRCTKR7X7huX8XA

    Tag -> #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 545km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: i.imgur.com

  •  

    1209487 - 415 - 7 - 8 - 12 = 1209045

    Katowice – Bratysława

    Podobnie jak w zeszłym roku, postanowiłem podjąć wyzwanie #festive500, a że tym razem w okresie poświątecznym musiałem jeszcze iść do pracy, a święta chciałem spędzić z rodziną, to czasu zrobiło się niewiele.

    Obserwowałem z wielką uwagą prognozy na ostatnie dni w roku, by uskutecznić jakąś dłuższą trasę, najlepiej wzorem roku poprzedniego, w dniu moich urodzin :) Wtedy udało się dojechać do czeskiej Pragi:

    http://www.wykop.pl/wpis/15877091/40-304-407-39-897-katowice-praga-w-prawdzie-od-dlu/

    Tym razem miałem w planach, by dojechać do Wiednia przed zmrokiem dnia następnego, gdzie chciałem przenocować w jakimś motelu, a następnie udać się do Bratysławy rowerowym szlakiem wzdłuż Dunaju, którym miałem przyjemność jechać z moją Lubą w 2012 roku z sakwami :)
    Dzień przed wyjazdem - standardowo szykowanie roweru, czyli mycie, smarowanie itp. Rano jeszcze do pracy, wiec trzeba przygotować jak najwięcej. Zakładam czysty łańcuch, kręcę korbą by wskoczył na swoje miejsce i okazuje się, że mogę sobie kręcić w miejscu, bo zapadki kasety się nie blokują, czyli bębenek nie napędza koła :) Luzy na łożysku zrobiły swoje – woda i WD-40 dostały się do środka siejąc spustoszenie. Walczę przy wsparciu małżonki dobre 3 godziny, ale niestety nie udaje się wskrzesić piasty. Czyli – myślę sobie- z wyjazdu nici.

    Rano z pracy dzwonię jeszcze za jakąś używką, ale gościu ma 2 zmianę w pracy i nie mam jak odebrać koła. Pod koniec przypominam sobie, że kiedyś do starego MTB kupowałem, tez doraźnie, gotowe kółko z Krossa i pomimo niewielkiej ceny trochę się udało je przeciorać. Na obecne warunki w sam raz. Szybki telefon do sklepu i akurat mają gotowe w moim rozmiarze. No to jadę! Cena? 99zł ;)

    W domu przekładam kasetę, tarczę hamulcową i wszystko śmiga. Choć opory toczenia zdecydowanie większe niż na zajechanych maszynówkach ze starego koła. Ale grunt, że się kręci! ;)

    Niestety reszta majdanu nieprzygotowana, dodatkowo jeszcze wyskoczyły inne sprawy, więc o wyjechaniu zgodnie z wcześniejszym planem mogę zapomnieć. Rozważam zmianę trasy, jednak przegląd mapy nie przynosi skutku w postaci alternatywnych kierunków.

    Ostatecznie wyjeżdżam następnego dnia chwilę przed południem. To oznacza, że muszę odpuścić zaplanowany nocleg i jechać non-stop, co z kolei niesie za sobą zarwanie całej nocy, a więc 13 godzin w mrozie i ciemnościach ;) Na gorąco zgaduję się jeszcze z @Makyo, który postanawia dołączyć do mnie na odcinku do czeskiego Bohumina. Ruszamy więc wspólnie i po 50 km meldujemy się w Maku w Wodzisławiu Śląskim. Tutaj wykupuję mobilnie 2 dni ubezpieczenia na Europę i ruszamy dalej.

    Po przekroczeniu granicy słońce zaczyna chować się za horyzont i niebo nabiera ciekawych barw. Robimy jeszcze wspólnie odcinek do Ostravy, gdzie każdy odbija w swoim kierunku. Tu trochę fotek na Stravie Michała -> https://www.strava.com/activities/814911839 Dzięki za wspólna jazdę ;)

    Pamiętając moje przygody z zeszłorocznego wyjazdu do Wiednia, gdzie Strava z centrum Ostravy prowadziła mnie po ścieżkach leśnych uczęszczanych chyba tylko przez zwierzęta oraz wzdłuż torów(!) po wiadukcie kolejowym, tym prazem planuję trasę tak, by ominąć to miasto trochę łukiem.
    Na drodze wylotowej zatrzymuje mnie jakiś gościu, który czeka na mnie na poboczu na światłach awaryjnych. Pyta dokąd jadę. Gdy orientuje się, że jestem z Polski, pyta czy przypadkiem nie jestem z Rybnika. Od razu skojarzyłem, że myli mnie z Gustavem. Okazało się, że śledzi jego filmy na YT.

    Dyskutujemy chwilę i gdy pyta o wiek, zdradzam mu, ze cała wycieczka odbywa się też w związku z tym, że jutro są moje #urodziny. Okazuje się, że również urodził się 30 grudnia :D Przybijamy piątkę i trochę dyskutujemy o skarpetach, w związku z ujemnymi temperaturami. Okazuje się, że właśnie był w sklepie i zakupił jakąś wersję termo, po czym stwierdza, że mi się mogą przydać i dostaję w prezencie jedną parę  Okazało się, że mieszka niedaleko Prudnika, po czeskiej stronie i zaprasza na jazdę po Jesenikach, oferując nocleg na… plebani, bo jest księdzem ;) Tak więc kolego – jeśli to czytasz, to dzięki wielkie za skarpetki i na wiosnę chętnie podjedziemy z chłopakami 

    Ruszam dalej, jednak po chwili łapię kapcia. Na szczęście blisko jest oświetlony przystanek autobusowy. Wymieniam dętkę, jednak w mrozie idzie mi to dosyć opornie. Niestety w tym momencie pozostaję bez zapasu, wiec każda kolejna guma może mnie uziemić na dobre. Podpytuję okolicznych mieszkańców i ustalam, że w pobliżu mojej trasy, za około 10 km jest sklepik rowerowy przy prywatnym domu, więc gdy zapukam, to powinno się udać kupić coś na zapas. Posilam się trochę i ruszam dalej, by po przejechaniu kilku metrów usłyszeć syk powietrza uchodzącego z koła w ciągu zaledwie sekundy. No i masz! Dętka ma podłużne przecięcie, więc prawdopodobnie nieumiejętnie założyłem ją na obręcz i gdzieś była przytrzaśnięta. Czarny scenariusz się ziścił. Do wspomnianego sklepiku dobre 2 godziny wędrówki, więc zdecydowanie przesada. Znajduję na mapie Decathlon, jednak jest w przeciwnym kierunku. Szybkie wyznaczanie trasy i Garmin pokazuje ponad 7 km. Włączam uwzględnienie dróg gruntowych i robi się niecałe 6 km. No to idę, bo co mi pozostaje. Tym sposobem prowadzę rower w ciemnościach jakimiś kompletnymi zadupiami przez ponad 1,5h. Są zmrożone kałuże, błoto, łąki, drogi i ścieżki leśne. Czasem ścieżek nie ma, więc idę „na azymut”. Jeszcze tylko przenoszę rower nad 7 (liczyłem!) powalonymi drzewami i jestem przy torach kolejowych. Co widzę? Wiadukt! Z zeszłorocznego wypadu do Wiednia ze ścieżką wzdłuż torów :D

    Jeszcze trochę przedzierania i jestem na parkingu pod Deca. Ale czy będzie czynny? Na szczęście tak. Kupuję 3 dętki i zestaw naprawczy z klejem, bo już więcej spacerów nie chciałem urządzać. W pobliżu jest Mak, więc postanawiam zrobić przerwę, bo to prowadzenie i przenoszenie roweru mi dało w kość. Przez całą akcję tracę niestety kilka godzin, więc morale trochę szybują w dół.

    Ponieważ zboczyłem z zaplanowanej trasy, a sugerowany przez Garmina powrót na nią wiedzie przez wiadukt ;) dalej ruszam trochę na czuja, z zamiarem powrotu na nią gdzieś dalej. Trafiam jednak na zakazy dla rowerów i trochę błądzę. Krótki postój na herbatkę z termosu połączony z wertowaniem mapy i postanawiam zaryzykować kilka km pod zakaz, by w końcu się wydostać na sensowną drogę.

    Niestety jest już kilka stopni poniżej zera i każdy taki postój powoduje „lekki” wypizg. Oczywiście – jak to w Czechach – jazda polegała na ciągłym męczeniu małych hopek, co strasznie wybijało z rytmu i oznaczało ciągłe grzanie się na podjazdach, bo po chwili marznąć na zjazdach. Dla zobrazowania ich ilości podam, że różnica wysokości na całej trasie o długości 415 km wynosiła zaledwie około 200m w pionie, a Garmin wskazywał, że uzbierałem prawie 3000m przewyższeń, z czego większość właśnie na terenie czeskim, więc na jakichś 200 km trasy.

    Gdy wydostaję się w końcu na sensowne drogi w pożądanym kierunku, jedzie się całkiem przyjemnie. Noc jest bezchmurna i gwieździsta. Standardowo wyłączam sobie czasem oświetlenie i podziwiam niebo w trakcie jazdy. Ruch jest znikomy - mija mnie średnio 1 samochód na godzinę.

    Niedługo po północy zaczynam odczuwać skutki niskiej temperatury, szczególnie w palcach u stóp. Uświadamiam sobie, że do wschodu słońca jeszcze jakieś 6-7 godzin, więc zaczynam poszukiwania jakiejś całodobowej stacji benzynowej, by ogrzać się trochę i zjeść coś na ciepło. Niestety w każdej z trzech mijanych kolejno miejscowości wszystkie stacje były zamknięte. U nas w Polsce jest pod względem dostępy do takich przybytków prawdziwe eldorado. Znajduję na mapie stację Shell i pomimo, że nie leży na mojej trasie, postanawiam trochę zboczyć, z nadzieją, że taka marka ugości mnie na bogato ;) Nie ugościła wcale, bo jest zamknięta. Zauważam opodal w ciemności radiowóz i postanawiam podpytać, bo takie jeżdżenie w ślepo nie miało sensu. Chyba ucinali sobie drzemkę, jednak gdy tylko podjeżdżam szybko wyskakują z auta na baczność :) Dowiaduję się, że w okolicy nic nie ma, jednak zapewniają, że znajdę coś w miejscowości Kromieryż. Ponowni zbaczam z trasy i gdy w końcu docieram na miejsce jest godzina 3. Biorę zestaw zmarzlucha i ładuję telefon. Wcale nie mam ochoty się ruszać dalej i tym sposobem spędzam na tej stacji ponad 2 godziny, w międzyczasie dobierając podobny zestawik ;)

    W końcu się mobilizuję i zbieram się w drogę, bo do Austrii kawał drogi. Przed wyjazdem proszę jeszcze o wrzątek i robię nowy zapas herbaty w termosie. Dalsza droga prowadzi wzdłuż niewielkiego pasma górskiego o nazwie Chrziby. Tutaj wita mnie powoli poranek. Droga przyjemna i spokojna, choć chropowata. Po tylu godzinach ciemności, bardzo przyjemnie jest witać wschodzące słońce.

    Dalsza droga w kierunku Austriackiej granicy długim odcinkiem prowadzi elegancką ścieżką rowerową – tak mi rób!. Przekraczam ją niedaleko miejscowości Brzecław. Tutaj weryfikuję swoje plany i za jedyną rozsądną opcję uważam jazdę wzdłuż granicy AT-SK. Czyli muszę odpuścić wizytę w Wiedniu, bo w innym wypadku, oznaczałoby to walkę z czasem, a nie takie były założenia tej wycieczki. Postanawiam dojechać do Hainburga nad Dunajem, gdzie chciałbym podziwiać drugi już zachód słońca w trakcie tego wyjazdu.

    Tereny Austrii zdecydowanie bardziej płaskie. Mijam sporo małych i zadbanych miejscowości. Widać, że ordnung must sein ;) W pewnym momencie łapie mnie spory kryzys snu. Istnieje ryzyko przyśnięcia za kierownicą, więc muszę uważać. Postanawiam się na chwilę zatrzymać na mijanym przystanku. Drzemka odpada, bo bardzo szybko by mnie wychłodziło, więc tylko na chwilę zamykam oczy, by wybić się z monotonii jazdy. Szybkie przestrojenie fal mózgowych pomaga i po chwili ruszam dalej.

    Za miejscowością Mannersdorf przez nieuwagę zjeżdżam w niewłaściwa drogę, przez co odbijam na zachód. Orientuję się po kilku kilometrach, gdy zauważam zmianę nazw miejscowościach na tabliczkach kierunkowych. Krajobrazy nie są bynajmniej grudniowe. Niebawem niebo nabiera barw. Nad samym Dunajem łapię resztki tego spektaklu. W Hainburgu robię małe zakupy w markecie, uskuteczniam austriackie drożdżówkarstwo i już po ciemku ruszam w dalszą drogę w kierunku Bratysławy. Tutaj ruch jest dosyć spory. Zaraz po przekroczeniu granicy zjeżdżam na ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż rzeki do centrum miasta.
    Na stacji kolejowej kupuję bilet na pociąg do Skalite – Serafinov (miejscowości graniczącej z polskim Zwardoniem) z przesiadką w Żylinie. Do odjazdu mam dobrych 5 godzin, więc trochę krążę po mieście i udaję się do chińskiej restauracji, bo potrzeba ciepłego i pikantnego jedzenia na rozgrzanie jest mocna ;)

    Na dworzec wracam na dobrą godzinę przed odjazdem pociągu i obserwuję jego życie. Klimatem przypomina nieco dawny dworzec katowicki sprzed remontu. Jest godzina 23, a ruch podróżnych wydaje się być spory. Jednak po dłuższej obserwacji można dostrzec, że duża część tych ludzi, to mieszkańcy dworca. Krążą grupkami, załatwiają jakieś sprawy, ktoś gra na skrzypcach. Widać, że się znają. Ktoś inny chodzi po maszynach z jedzeniem i co chwilę sprawdza, czy ktoś nie zapomniał zabrać reszty drobnych. Kilka osób śpi na posadzce. Wszystkiego pilnuje patrol dwóch policjantów ;)
    Na przesiadkę w Żylinie też mam sporo czasu, bo ponad 2 godziny. Krążę więc chwilę po centrum. Jest 3 w nocy i -8 stopni. Okazuje się, że pociąg do Skalite jedzie bezpośrednio do Zwardonia, gdzie mam kolejną godzinę. Gdy wysiadam z pociągu trochę zaskakuje mnie śnieg.

    Pociągiem mógłbym podjechać bezpośrednio pod dom, jednak wysiadam 2 stacje wcześniej, by dokręcić 9 km brakujące do #festive500

    Wypad zaliczam do udanych, choć warunku dały mi nieco popalić. Liczyłem się z tym jednak :) Przedwczoraj, czyli 2 dni po powrocie odczuwałem największe zakwasy jakie przyszło mi mieć dotychczas, bo nawet dotyk bolał dość mocno. Zastanawiałem się skąd aż taki efekt, jednak przecież w grudniu w zasadzie odpuściłem rower, ze względu na warunki i wszechobecny nieprzyjemny smog, a spacer z rowerem tez pewnie dołożył swoje ;)

    Ale się rozpisałem. Jak ktoś dobrnął do końca, to jeszcze dorzucę krótkie podsumowanie mojego rowerowego roku 2016 wg statystyk Stravy:
    Dystans całkowity: 16 841 km

    Najdłuższy przejazd na raz: 658,5 km – z Katowic na Hel

    Największe przewyższenie w trakcie jednego podjazu: 1585 m – droga Transfagaraska podczas sakwiarskiego wypady do Rumunii
    Udało mi się ukończyć 2 ultramaratony w zadowalającym dla mnie czasie:
    1. Maraton Podróżnika - 533 km
    2. Maraton Północ Południe - 987 km
    Dodatkowo odbyłem 2 dłuższe wyjazdy z sakwami, czyli tydzień eksploracji Gran Canaria i 1,5 tyg. wypad w Karpaty Rumuńskie.
    Wpadło też trochę nowych gmin do #zaliczgmine jednak niewiele było wyjazdów konkretnie w tym celu. Na mapce rok 2017 oznaczony na różowo. Trochę szkoda mi wolnego czasu na kręcenie po mieścinach, gdy można w tym czasie zrobić coś ciekawszego ;)

    Dziękuję wszystkim z którymi miałem przyjemność jeździć i odliczać kilometry do wykopowego równika, oraz życzę jak najwięcej przyjemnych chwil na rowerze w 2017! :)

    #byczysnarowerze #rower

    W tym tygodniu to już 466km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: s24.postimg.org

  •  

    93964 - 597 - 390 - 120 = 92857

    Maraton Północ - Południe

    Udało mi się ukończyć pierwszą edycję tego trudnego ultramaratonu, organizowanego przez zapaleńców z forum podróżników rowerowych. Start odbył się spod latarni morskiej w Helu, zaś meta mieściła sie w schronisku na Hali Głodówka k/Zakopanego.
    Trasa od długości 930 km przebiegała w miarę możliwości bocznymi drogami, prowadząc przez malownicze rejony Polski.
    Regulamin zakładał całkowitą samowystarczalność. Każdy z zawodników sam decydował gdzie i kiedy je, ewentualnie śpi itp. Żadne punkty żywieniowe nie były przewidziane. Jakakolwiek pomoc z zewnątrz była zabroniona.
    Strategie były więc różne. Osoby jadące na jak najlepszy wynik nie planowały spać w ogóle. Inni brali po drodze nocleg w kwaterach, hotelach itp. Osobiście wiozłem ze sobą śpiwór i alumatkę, by w odpowiednim momencie zaserwować sobie nocleg w dowolnym zasadzie miejscu. Nie do końca wyszło jak planowałem, ale o tym trochę później :)

    Limit czasu na ukończenie trasy wynosił 72 godziny. Ja planowałem dotarcie na metę przed 3 nocą, czyli zakładałem czas w okolicy 60 godzin.

    Ponieważ w piątek muszę się jeszcze zjawić w pracy, mam ograniczone pole manewru, by dostać się na Hel (start miał miejsce o godzinie 10 w sobotę). W Gdyni miałem być dopiero po godzinie 23. O tej porze żadne szynobusy już nie kursują, więc planowałem przenocować w Gdyni.
    Zapytałem na mikroblogu o jakieś opcje noclegu niedaleko dworca. Kolega @Ulica zaoferował jednak, że może mnie podrzucić o tej godzinie bezpośrednio na Hel. Tak też się stało i ostatecznie około 1 w nocy ląduję pod nieoficjalną bazą zawodów. Dzięki za pomoc :) Dziękuję również tym, którzy oferowali mi nocleg u siebie @Ilana @jak_to_mozliwe @alhakeem Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja się poznać :)

    Zgodnie z ustaleniami ze stróżem kempingowym, czeka na mnie otwarta przyczepa. Duży plus jest taki, że będę spał sam i nikt mi nie zrobi przedwczesnej pobudki. Ostatecznie zasypiam jakoś po 2.

    Wstaję po trochę szarpanych 5h snu. Ogarniam siebie i rower, oddaję plecak który organizatorzy przewiozą na metę i około 9:30 udaję się na miejsce startu, po drodze jeszcze zahaczając o sklep.

    Pod latarnią miła atmosfera. Odprawia nas sam burmistrz i punktualnie o 10 odbywa się wspólny start honorowy. Na odcinku do Władysławowa eskortują nas policjanci na motocyklach. W Jastarni następuje start ostry. Wcześniej jeszcze wypada mi bidon, który niewłaściwie umieściłem w koszyku. Wpadł pod resztę peletonu jadącego za mną. Sytuacja trochę groźna, ale na szczęście wszyscy jeszcze mieli jeszcze świeże i skupione umysły, więc obyło się bez kraksy :)

    Po starcie ostrym kieruję się ku początkowi stawki. Tempo wyraźnie rośnie. Po chwili formuje się grupa bodaj 12 osób i w takim składzie żegnamy się z policjantami na rondzie we Władysławowie.
    Po chwili wjeżdżamy na ścieżkę rowerową. Tempo maleje tylko nieznacznie, więc zdarza się kilka niebezpiecznych sytuacji w miejscach skrzyżowań z drogami, gdzie nastawiane są słupki. Jadąc za kimś na kole łatwo na któryś wpaść. Na szczęście w miarę możliwości ostrzegamy się nawzajem i udaje się przejechać bez incydentów.

    Po wjeździe w rejony Kaszub, grupa się uszczupla, szczególnie za sprawą wielu pagórków. Pierwszy punkt kontrolny znajduje się pod wieżą widokową "Kaszubskie Oko" niedaleko Jeziora Żarnowieckiego.
    Na poprzedzającym je podjeździe, zaczynam odczuwać w nogach bagaż, który ze sobą wiozę. Planowałem jednak pociągnąć w pierwszej grupie początkowe 100 km, więc trochę się jeszcze spinam i dołączam z powrotem do grupy, która liczy już tylko 5 osób. Wchodzenie na zmiany kosztuje mnie coraz więcej wysiłku i ostatecznie po jednej z nich odpadam na podjeździe.

    Na liczniku mam 115 km, więc założenie spełnione. Staję pod jednym ze sklepów, uzupełniam bidon i zaczynam swoją samotną jazdę. W końcu mogę na spokojnie podziwiać kaszubskie krajobrazy. Teren jest pagórkowaty, więc widoki są dosyć rozległe.
    Czasami nawet zatrzymuję się na fotkę.

    PK2 znajduje się w miejscowości Wdzydze Kiszewskie, niedaleko ładnego skansenu. Mija mnie tutaj jeden z uczestników. Doganiam go i kawałek jedziemy wspólnie. Gdzieś dalej mijam forumowego Emesa. Okazuje się, że zapomniał wgrać sobie trasy i musi się kogoś trzymać, by z niej nie zboczyć :)
    Samotnie jedzie się dość ciężko, ponieważ cały czas wieje dość silny czołowo - boczny wiatr. Jadę z nadzieją, że po zachodzie słońca ucichnie.

    PK3 znajduje się na moście w miejscowości Świecie. Tutaj łapie mnie zmierzch, więc postanawiam zjeść gdzieś obiad i przebrać się do nocnej jazdy. Rozkładam się w jakiejś orientalnej restauracji, lecz przy składaniu zamówienia pani informuje mnie, że czas oczekiwania to minimum 40 minut... Poniżej widziałem inny lokal, więc się przeprowadzam ;) Straciłem już jednak dobre pół godziny. Tutaj na szczęście jest już dosyć szybko i smacznie. Jem na spokojnie, więc w dalszą drogę ruszam dopiero po dobrych dwóch godzinach. Po wyjeździe za miasto muszę się ponownie zatrzymać, ponieważ ubrałem się zdecydowanie za ciepło, więc momentalnie jestem cały mokry. Gdy się przebieram, mija mnie grupa 4 osób. Doganiam ich wkrótce, jednak chłopaki zdecydowanie oszczędzają siły, więc po kilku kilometrach ruszam samotnie do przodu.

    Niestyety wiatr zamiast zelżeć, wręcz przybrał na sile. Po około godzinie, zaczynam widzieć na horyzoncie czerwone światełko. Gdy je dochodzę, okazuje się, że to jakiś starszy pan. Od słowa do słowa dowiaduję się, że to Stanisław Piórkowski, który brał udział w tegorocznym TCR. Wspólnie dojeżdżamy do PK4, który znajduje się w Dobrzyniu nad Wisłą. Jedziemy czysto towarzysko, bez żadnych zmian itp. za to czas upływa przyjemnie. Tempo jest spokojne. Okolo godziny 4 nad ranem, przed Płockiem, postanawiam zdrzemnąć się kilka minut na przystanku. Stasiu mówi, że czuje się dobrze, więc jedzie dalej. Więcej się na trasie nie spotkaliśmy :)

    Niestety z drzemki nic nie wyszło i po chwili ruszam dalej. Za Płockiem, po przedarciu się przez kilkaset metrów drogi bez asfaltu, postanawiam spróbować raz jeszcze tutaj. Na chwilę zasypiam, jednak budzi mnie zimny wiatr muskający moje spocone plecy. Jest już jasno, więc ruszam dalej.

    Na długiej i prostej drodze w kierunku Łowicza, podczas zmagań z wiatrem, marzy mi się porządne śniadanie. Gdy w końcu dojeżdżam do miasta, zauważam dwa rowery stojące pod hotelową restauracją. Widzę, że to "nasi" więc wchodzę do środka. Siedzą tam Daniel Śmieja i bodaj Krzysztof Kreft.
    Lepiej trafić nie mogłem, bo za 25 zł mam szwedzki stół, więc mogę jeść do oporu i na co mam ochotę :) Jajecznica to balsam na mój żołądek.
    Po uczcie ogarniam się jeszcze w ubikacji i ruszam pod wiatr w kierunku Skierniewic, gdzie znajduje się PK5.

    Po dotarciu na miejsce, postanawiam zobaczyć piękny park miejski. W tym momencie robi mi się ciepło, bo orientuję się, że nie mam portfela! To oznacza nie tylko straty finansowe, ale też koniec jazdy. Szybko znajduję numer do restauracji gdzie jadłem śniadanie, jednak pan stwierdza, że nikt nic nie znalazł. Proszę jeszcze, by zajrzał do ubikacji. Oddzwania po kilku minutach i jest! Zawracam więc do Łowicza, po drodze mijając się z forumowym Turystą, oraz ekipą z Michałem "Wilkiem" na czele.
    Odzyskuję zgubę i robię mały postój w sklepie. Cała ta akcja kosztowała mnie dodatkowych 50 kilometrów. Ale ważne, że mogę jechać dalej :)

    Kawałek za Rawą Mazowiecką spotyka mnie pierwszy deszcz. Sprawdzam prognozę i w teorii ma padać jedynie przez najbliższe 2 godziny. Stwierdzam, że to idealny czas na drzemkę i układam się w śpiworze pod wiatą przystankową.
    Niestety już po chwili okazuje się, że nie jest to dobre miejsce. Droga jest dość ruchliwa i przejeżdżające pojazdy nie dają mi zasnąć. Cała buda się aż trzęsie.
    Pomimo deszczu muszę jechać dalej - straciłem tu jedynie sporo czasu, a nic nie odpocząłem.
    Już po ciemku przejeżdżam przez Inowłódz, Opoczno, aż w końcu dojeżdżam do miejscowości Końskie, gdzie znajduje się PK6. Jest chwila po północy, a organizm domaga się snu, więc kawałek dalej podejmuję kolejną próbę przystankowego odpoczynku.
    Tym razem udaje mi się zasnąć, jednak około 2 budzi mnie jeden z uczestników, chowając się przed deszczem. Przeprasza i po chwili jedzie dalej. A może mi się to śniło? ;)
    W czasie gdy się pakuję mija mnie Kot, a po chwili nadjeżdża Wilk. Ruszam za nimi. Po kilku km zjeżdżam na stację, gdzie grasuje również Wilk (ukończył tegoroczny TCR ze świetnym wynikiem - tutaj jedzie raczej jako wsparcie dla Kota), który postanowił kupić wielki znicz, by wypełnić pustą przestrzeń w torbie podsiodłowej, by ta dalej pełniła funkcję błotnika. Może to z niewyspania, ale bardzo mnie ta sytuacja rozbawiła :) Po mojej sugestii zmienia znicz na paczkę chrupek.
    Niestety stacja nie oferuje nic ciepłego, więc zjadam rogalika i ruszam dalej.

    Na ciepłe śniadanie udaje mi się załapać w Koniecpolu. Cały czas siąpi deszcz. Łapie mnie największy dotąd kryzys. Uświadamiam sobie, że przede mną najtrudniejszy, najeżony podjazdami górski odcinek, a moja forma jest kiepska. Po chwili ponownie spotykam Kota z Wilkiem, którzy również korzystają z opcji śniadaniowej. Ogarniam się w toalecie i ruszam dalej.
    Gdy wjeżdżam na tereny Jury robi mi się lepiej. Znam dosyć dobrze te okolice, więc czuję się swojsko. Lepiej to mało powiedziane - ja po prostu przestaję czuć zmęczenie i jakikolwiek ból! Nie wiem jaką mieszankę chemiczną wpuścił mój mózg do krwiobiegu, ale muszę się nieźle hamować, by nie szaleć na pojazdach. Wiem, że ten stan nie będzie trwać wiecznie.
    W takim świetnym nastroju zaliczam PK7 w Bobolicach.
    W Olkuszu robię postój w Macu, gdzie zajadam się porządnie. Robię również spore zakupy, by do mety zajechać już bez większych postojów.
    Przejazd przez dolinki krakowskie bardzo przyjemny, choć ciągle trochę siąpi.
    Na zaporze w Łączanach spotykam Włóczykija. Stoi i spogląda w wodę. Pyta jak się obudzić, bo łamie go sen. Ja pytam o olej do łancucha, którego mi użycza. Trochę gawędzimy i chyba dobrze mu to spotkanie robi, bo wyraźnie ożywa :) Podobnie jak mój napęd.

    Przed Kalwarią Zebrzydowską pojawia się seria trzech ostrych ścianek. Jest ciężko, ale z moją górską kasetą daję radę. Asfalt jest kiepski, co szczególnie daje się odczuć na zjazdach. Dobrze, że nie trafiłem tutaj nocą.
    Przed kolejnym ostrym pojazdem, na Makowską Górę, zaczyna znów mocniej padać.
    Zbliża się wieczór, więc ubieram spodnie przeciwdeszczowe i długie rękawiczki. W tym momencie mija mnie ktoś, kogo wcześniej nie widziałem. Spotykamy się na szczycie, gdzie znajduje się PK8. A tym kimś jest Pirzu. W końcu można sobie trochę nawzajem ponarzekać ;)

    Wspólnie zjezdzamy w dół do Makowa Podhalańskiego. Dalej robimy jeszcze krótki postój na stacji i już po ciemku ruszamy na dwa najtrudniejsze dla mnie podjazdy. Pierwszy to Rdzawka. Kolega ma twardsze przełożenia, więc podprowadza. Ja jeszcze jakoś to wciągam, choć z postojem. Na szczycie, na PK9 sceny jak z filmu. Gęsta mgła, deszcz i migające światła radiowozów. Dwie ciężarówki leżą w rowach. Jest bardzo niebezpieczne. Ciężko się włączyć do ruchu.
    Zjazd nieźle nas wychładza. Mokre ciuchy potęgują odczuwanie zimna. Marzymy o jakimś podjeździe. Gdy już udaje nam się rozgrzać, zaczyna solidnie lać. Na podjeździe pod Gliczarów widzę tylko ścianę wody i asfaltu. Nie mogę uwierzyć, że może być tak stromo. Długotrwale przemoczone stopy pieką mnie bardzo mocno. Czuję rany. Ostatnie kilometry jechałem już na piętach, więc teraz tylko podprowadzamy mozolnie rowery. Nie mam już ochoty wsiadać na rower i najchętniej szedłbym pieszo do końca. Ale przed nami jeszcze 10 kilometrów. Wsiadamy na rowery i kulamy się powoli pod górę aż do mety. W końcu widać upragnione światła schroniska.

    Na miejscu miłe przywitanie oklaskami i ciepły makaron z sosem. Nareszcie mogę zdjąć z siebie cały ten gnój. Jeszcze trochę gawędzimy przy stole i około 2 w nocy, po ciepłym prysznicu zasypiam od razu.
    Na mecie licznik wskazuje 990 km. Czas łączny to 60:51
    Dodam tylko, że zwycięzca był na mecie dobę wcześniej :)

    Następnego dnia odbywa się wręczenie medali i miły wieczór przy kominku. W środę rano pogoda się lekko klaruje, więc postanawiam jechać do Żywca na kołach. Na podjeździe z Poronina pod Ząb zaczyna padać. Na Krowiarkach łapie mnie już konkretny deszcz, więc zjazd do Zawoi chłodny i niezbyt przyjemny. Znów jestem przemoczony, więc dzisiejsza trasa to taki maraton w pigułce ;) Po obiedzie w Żywcu wsiadam w pociąg i bezpośrednio wracam do domu.

    Sama trasa maratonu była trudna, ze względu na długość, jak i ilość i trudność podjazdów. Warunki pogodowe sprawiły, że zrobiło się bardzo ciężko. Matatonowi wyjadacze stwierdzili, że była to najcięższa impreza w tym sezonie. Dla mnie więc ukończenie jej w tym czasie, to duży sukces. Chciałem się sprawdzić i się udało :) Przede wszystkim zebrałem kupę doświadczenia.
    Towarzystwo bardzo miłe i pozytywne. Organizacja mistrzowska. Będę wracał!

    Dzięki za doping w formie sms od @Makyo i słowa wsparcia na Stravie w momencie kryzysu od @Ilana :)

    Cała trasa na Endo: https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/811227804

    Strava cz1: https://www.strava.com/activities/716755614

    Strava cz2: https://www.strava.com/activities/718454043

    Dojazd do Żywca: https://www.strava.com/activities/719881954

    Wpadło 51 nowych gmin do #zaliczgmine

    Mój tag -> #byczysnarowerze
    #rower

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: s10.postimg.org

  •  
    r....m

    +66

    129092 - 401 = 128 691

    pokaż spoiler Wrzucam trasę z zeszłej soboty, bo by mnie niektórzy zjedli za przekroczony "limit'.


    Większość współtowarzyszy opisała już wcześniej tę trasę, ale pokuszę się o swój opis.

    Wyruszyliśmy o godz. 3:00 spod Barbakanu (foto) w składzie: @metaxy @cree @Cymerek @kiwacz @bynon @banan77 no i ja. Start honorowy przez Rynek Główny wśród imporezowiczów i po bulwarach, następnie start lotny po wałach. Wyjazd o 3 w nocy zmusił mnie do wstania o 1:40, czyli po ok ~3h snu, co dla mnie nie było najlepszym prognostykiem, anyway.

    W Liszkach odłączył się @kiwacz, który specjalnie nas o tej godzinie odprowadzał. Szacunek kolego. W Babicach za to odłączył się od nas również @Cymerek, który ze względu na ból w kolanie nie mógł niestety kontynuować jazdy. Szkoda. Następnie przybywa nam z odsieczą @Mortal84 na swoim nowym, samojeżdżącym rowerze :D Zatrzymujemy się na jakiejś stacji, podwójne esporesso i można dalej jechać. Postój robimy jeszcze w Pszczynie, gdzie raczymy się drożdzówkami i żelkami. (foto) Trochę przepakowywania i lecimy robić ślaczki na śląsku (zaliczgmine serious business ( ͡º ͜ʖ͡º)), gdzieś koło Rybnika dołącza do nas @makyo.

    Kręci się nawet nieźle, widoczki też nad wyraz dobre, mijamy kombajny do buraków (cukrowych?) i wielkie pole tychże upraw. Zatrzymujemy się przy zamku w Polskiej Cerekwi (foto) i tutaj niestety zaczyna dopadać mnie mały kryzys i mały głód, a na liczniku 50% trasy. Na szczęście ekipa zgadza się zmienć trasę i izatrzymać sei w Kędzierzynie-Koźle(u?), posileni lecimy dalej, a @makyo wraca szukać kamerki, która odpadła mu jakieś ~15km przed postojem (╯︵╰,). Po 30km wraz z @banan77, postanawiamy się odłączyć i jechać swoim tempem, co by nie zwalniać ekipy i jechać z perspektywą dojechania do końca ;-) Metaxy za to postanawia z powodu bólu kolana wrócić z Opola pociągiem.

    Ostatnie 170km to już w miarę spokojne tempo. Przejazd przez Opole (foto), znowu mcdonald i jazda krajówką już do samego Wrocławia. Po zmroku za Brzegiem dopada mnie nie tyle kryzys, co odzywa się brak snu. Dwa razy zjeżdżam na pobocze.. Na szczęście uruchamiam muzykę, robię mini-zrywy i jakoś do Wrocławia docieramy w całości. Wracają siły i dokręcamy do 401km z @banan77. Później wizyta na rynku (foto), dwa hot-dogi, małe piwko i na pociąg.

    I tak oto, mogę w końcu dopisać upragniony tag ;-)
    Strava: https://www.strava.com/activities/707650008

    #100km #200km #300km #400km #rowerowykrakow #rowerowyrownik #szosa
    pokaż całość

  •  

    140087 - 402 - 65 - 108 = 139512

    Ależ to był weekend!

    Sobota 3:00 startujemy z #rowerowykrakow na opisywany już szeroko wypad do Wrocławia. Wszyscy którzy jechali to @metaxy, @bynon, @regyam, @cree i @Mortal84, troche @makyo, a na początku @kiwacz i @Cymerek. Do wrocławia wiechalismy z @Mortal84 i @Cree w eskorcie miejscowych : @Dewastators i @krzysiekdw dzięki Panowie jeszcze raz!
    Paradoksalnie nikt przez całą trasę nie złapał defektu nawet przebitej dętki, za to bardziej biomechaniczne usterki w kolanach zebrały żniwo :(
    Pozytywnie zaskoczyły mnie krajobrazy na trasie, bo niby nie miało być nic ciekawego, a pola buraków cukrowych i olbrzymie kombajny do ich zbierania na pagórkowatej części Opolszczyzny mnie zauroczyły :) https://www.strava.com/activities/707832891

    Pociąg powrotny już w niedziele 00:45. Siedzę koło cygana, ale ja śmierdzę bardziej, więc w sumie spoko :D
    Dostałem potwierdzenie od szefowej, że poniedziałek wolny, wiec zdecydowałem, że wysiadam z Mortalem w Myslovitz-ach, żeby dojechać do rodzinki w Bielsku-B.
    I tu zaczyna się dramat niedziela 3:40 ruszamy. Do Będzina jest spoko bo kitram się za kołem. Od Oświęcimia jest coraz gorzej. Walka z zasypianiem na rowerze jest chyba podlejsza niż jechanie pod wiatr z bombą. Nie mogę korzystać z lemondki bo od razu zamykają się oczy. Nie mogę utrzymać 30stki po płaskim, kawa na stacji nie pomaga, muszę co jakieś 50m robić krótkie "sprinty" na stojąco żeby się dokulać i nie zasnąć...
    Reszta niedzieli dużo przyjemniejsza, trochę snu i chill na basenie w notabene "Cygańskim Lesie" :) https://www.strava.com/activities/710004150

    Poniedziałek. To już powrót do KRK po południu. Do Osieka na Molo odprowadzają mnie brat i tata, który debiutował na szosie:) Potem jeszcze zachciało mi się szukać tej mitycznej asfaltowej Wiślanej Trasy Rowerowej, więc w sumie wyszło nawet ponad 100. https://www.strava.com/activities/710004150
    #szosa #pokazstope

    Statystyki:

    Dystans: 402 km
    Czas: ◷13:57:32
    Średnia prędkość: 28,81 km/h
    Średni puls: ❤132bpm
    Maksymalny puls: ❤176bpm

    Dystans: 65 km
    Czas: ◷02:29:35
    Średnia prędkość: 26,13 km/h
    Średni puls: ❤126.1bpm
    Maksymalny puls: ❤147bpm

    Dystans: 108 km
    Czas: ◷04:04:13
    Średnia prędkość: 26,49 km/h
    Średni puls: ❤133.6bpm
    Maksymalny puls: ❤182bpm

    W tym tygodniu to już 575km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #100km #200km #300km #400km #100km
    pokaż całość

  •  

    141542 - 410 = 141132

    Sobotnia trasa Kraków-Wrocław wraz z @metaxy, @bynon, @regyam, @cree i @Mortal84, przez kawałek również z @Cymerek który musiał niestety zrezygnować, i @kiwacz któremu chciało się o 3 w nocy odprowadzić nas do Liszek(Liszków?).

    Honorowy start chwilę po 3, spod Barbakanu (foto), rundka przez Rynek i Grodzką, oczywiście najechałem na rozbite szkło, ale na szczęście bez konsekwencji (jak sie okazało później jeszcze wiele wiele razy przejechałem po szkle, ale oponki wszystko zniosły!) Jechało się przyjemnie przyzwoitym tempem, trochę po gminach śląsko-opolskich (foto) (foto), koło Rybnika dołącza do nas @makyo, niestety po drodze gubi swojego GoPro.. (foto)Na 260 kilometrze postanawiamy rozłączyć się na dwie grupy, jako że mamy trochę kryzys i ciężko nam utrzymać tempo powyżej 30km/h, a nie chcemy spowalniać całej grupy - jedziemy już sami z @regyam do Opola, troszkę inną trasą niż reszta, bo równoległą do krajówki wojewódzką po drugiej stronie Odry (foto), dzięki temu wyjeżdżamy bezpośrednio na centrum Opola, więc mamy okazję zobaczyć Rynek, dla mnie cenne bo nigdy tam jeszcze nie byłem. (foto) Szybki McZestaw i jedziemy na Wrocław, pozostało jakieś 80km (foto, zaczynam delikatnie czuć kolano, ale po chwili chyba Mak dochodzi do żołądka ,energia do mnie wraca i od tego czasu już w miarę spoko się jedzie. Szybsza grupa dojechała do Wrocławia ok. 20.40, a my przed 23, fotka na Rynku i dokręcamy jeszcze po Wrocławiu by była magiczna liczba 400 na stravie! Hot-dog na orlenie i o 00:45 wsiadamy do pociągu na Kraków.
    Życiówka pobita z 244km (Rzeszów) na 410km! Jak już bić to z rozmachem.

    pokaż spoiler po dłuższy opis zapraszam do @Mortal84 ( ͡° ʖ̯ ͡°) http://www.wykop.pl/wpis/19580565/144970-382-25-61-144502-wyprawa-do-wroclawia-z-row/


    #rowerowykrakow #rowerowyrownik #ruszkrakow #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    150412 - 402 = 150010

    Wycieczka do Wrocławia z mirkami ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Dziękuję wszystkim za jazdę, niestety nie znam waszych nicków :(
    #rowerowykrakow - @bynon @Mortal84 @metaxy @banan77 @regyam @Cymerek @kiwacz
    https://www.strava.com/activities/707551269
    Brak opisu, myślę że koledzy opiszą to lepiej ;)

    W tym tygodniu to już 402km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: 400.JPG

  •  

    180680 - 403 = 180277

    400! Gniezno - Licheń Stary - Radziejów - Toruń - Grudziądz - Kwidzyn - Tczew - Gdańsk - Gdynia
    https://www.strava.com/activities/699464193

    Wyjazd o godz. 2:04 z Gniezna, powrót do Gdyni o 23:21. Początek w nocy, cisza, spokój, gwiazdozbiory na niebie i jelonki buszujące na polach. Około 6 już w jasnym, zimnym i wilgotnym Licheniu, w sam raz na jutrznię. Potem sporo kilometrów po płaskim jak stół i elegancko uasfaltowionym woj. wielkopolskim, mijając pola cebulowe ( ͡° ͜ʖ ͡°). W Toruniu już zaczęło grzać. Zmieniłem trasę, bo na liczniku już było 191 km, a powinno być 174 km. Z trasy wywaliłem Malbork. Potem pojechałem z wiatrem w kierunku Grudziądza. Minąłem Chełmno, Lisewo, Malankowo. Za autostradą pojechałem przyjemną asfaltówką w kierunku Grudziądza, ale po 500 m asfalt zniknął i brodziłem 2-3 km w szutrze i grubym piachu. Grudziądza nie polubiłem, dużo zakazów jazdy rowerem, trzeba szukać dziwnych objazdów, niektóre "trasy" rowerowe to zwykłe dziurawe chodniki, masakra. Za Gdziądzem pierwszy poważniejszy podjazd, i potem w kierunku Kwidzyna. Przez ~25 km do Kwidzyna jechałem z kolegą Adamem, w mieście parę fotek i zjazd do Wisły. W Gniewie czekało na mnie ostatnie 100 km. Pierwsze 20 minut to lekki kryzys (Adam jakby wykrakał), głównie psychiczny (jazda pod wiatr, góra-dół góra-dół), ale potem wróciłem do swojej formy. Na północy błyskało, właśnie tam zdążałem:) Przez Trójmiasto w lekkim deszczu..
    Czterysetka pękła, jeee!:)

    Dane z licznika:
    Dystans: 406,03 km
    Czas: 16h 31m 00s
    Średnia prędkość: 24,56 km/h
    Maksymalna prędkość: 40,1 km/h

    #szosa #wykopspeedsterclub #prawiecaladobejazda #codwiedwusetkitoniejedna #kalibracjapoziomicwielkopolskie

    Statystyki:

    Dystans: 403 km
    Czas: ◷16:55:30
    Średnie tempo: 2:31 min/km
    Średnia prędkość: 23,81 km/h
    Kalorie: 16899 kcal

    W tym tygodniu to już 444km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

  •  

    228 949 - 1025 = 227 924

    Poprzedni wpis był na szybko wrzucony nad ranem, jeszcze przed śniadankiem i pójściem spać. Ludziki pytały co i jak, co i kiedy bolało, itd. No to relacja po kolei. Będzie długo, ale sami się prosiliście...

    Dla pokolenia TL;DR linki do Stravy i Endomondo i bloga, gdzie jest kilka fotek więcej i w nieco lepszej rozdzielczości. W Endomondo nie działa mapa, bo nie przewidzieli, że można zrobić 1000+km, mają to naprawić. Dla tych co lubią poczytać cała reszta, a na samym dole galeria.

    Założeniem było pobić swoją dotychczasową życiówkę 737km jadąc nad morze. Zrobić to bez jazdy na kole, czyli nie chowając się za innym kolarzem (mniejszy opór powietrza, lżejsza jazda). Warunkiem niby niekoniecznym było 1000km, ale szkoda by było mając te ~800km nie próbować dokręcić dalej.

    Trochę nudnej chronologii

    Pobudka o 6 rano po jakichś 6h spania, ale z budzeniem się co chwilę. Organizm już nakręcony, więc spać smacznie się nie dało. Już jasno i w ogóle, ale nie było sensu zarywać snu, skoro i tak całe dwie noce jazdy przede mną. Śniadanko, spakowana Apidura (cywilne ubrania, trochę żarcia, dętki, etc.) na rower i o 7 start.

    Koło 15km spotykam @trace_error na wałach i śmigamy razem wzdłuż Wisły. Mniej więcej 20km dalej kolega zawraca do Krk, żeby zdążyć do pracy. Kawałek przed Alwernią pojawia się @Mortal84, mój towarzysz podróży na długo, a nawet dużo dłużej niż się zapowiadało. Pogoda póki co świetna, jedziemy w zasadzie non stop 33+km/h. Kawałek za Tychami dołącza do nas @makyo, którzy rzucił info, że na Pyrzowicach będzie lądował Antonov An-124-100. Jak wielkie jest to "bydle" można zobaczyć choćby na tym zdjęciu. Cieszyłem się jak dziecko, że taki zbieg okoliczności, że ja tu robię życiówkę i akurat tego samego dnia przyleciało cudo do Polski. Niestety wylądował 20 min przed planem i zobaczyliśmy go tylko zza płotu. Startować zaś miał o 3 nad ranem, więc sorry... W Myszkowie rozstajemy się @mayko i jedziemy dalej. Upał daje się już mocno we znaki (34.7°C w czasie jazdy, więc nie ma po co się nawet zatrzymywać, bo jeszcze gorzej), ale nie cierpimy jakoś przesadnie.

    Trochę błądzenia po łódzkim, bo primo momentami paskudne drogi, secundo remonty i zamknięte, a tertio Strava uznała, że jazda wzdłuż torowiska po jakimś szutrze to dobry pomysł. Może jednak nie. Dlatego też #zaliczgmine trochę dostało po uszach, bo została mi pojedyncza gmina w tamtych rejonach, taka brzydka dziura na mapie, czyli Ruda Maleniecka. Następnym razem. W tych też okolicach postój, bo robi się późno, a #drozdzowkarze coś muszą zjeść. I okazuje się, że obydwoje coś pokręciliśmy z matematyką i ja zgubiłem 100km, a @Mortal84 coś źle policzył czas. Ergo tak czy inaczej nie było szans, żeby dojechał do Wawy o normalnej godzinie na nocleg. Tu podziękowania dla @rdza i @masash za oferty przenocowania mojego pomocnika. Jedziemy do McD w Końskich i na miejscu okazuje się, że jak się myli Końskie z Koninem, to się je hot dogi na Orlenie.

    Nocna jazda z jedną pomyłką trasy, ale ogólnie jedzie się więcej niż dobrze. Tempo spada, ale tylko przez to, że nie widzimy ile jest na liczniku, jak sprawdzamy, to znów dociskamy ponad 30km/h. Noc ciepła, bezwietrzna, jakieś burze w oddali, ale nam nic nie przeszkadza. Rozstajemy się w Jankach. I tu koledze należą się wielkie podziękowania, bo ileż milej było jechać mając do kogo się odezwać. @Mortal84 też trochę na tym skorzystał, bo ze mną zrobił swoją pierwszą #400km, gdy jechaliśmy do Wawy w czerwcu, a teraz życiówkę #500km. Myślę, że siły na #600km też były, więc może coś pykniemy jeszcze w tym roku.

    Zaczyna się druga pięćsetka i to ta znacznie trudniejsza, bo już doba bez snu, jakieś tam skumulowane zmęczenie, ale noga podaje. Od samego rana #wmordewind. Jakby tego było mało @regyam ostrzega mnie przed ulewą w okolicach Sochaczewa, więc skręcam na południe, aby nie tracić czasu i uciec przed deszczem, licząc że sprawa rozejdzie się po kościach. Niestety front zamiast dawać nadzieję na poprawę, zrobił się znacznie gorszy. Decyzja o przebiciu się przez niego, bo inaczej nad morze nie dojadę. Niestety była to ulewa z gatunku świata nie widać, a człowiek pluje wodą. Przez godzinę, ale przemokłem już po 2min. Przez zmiany trasy musiałem nawigować nie po tym co zrobiła Strava, a wg Google'a, a zakazów dla rowerów na tony. Umarł powerbank i zaczęło się ostre oszczędzanie baterii co nie ułatwiało nawigacji. #wmordewind z gatunku tych, gdzie jechałem momentami 16-22km/h i to bynajmniej nie ze zmęczenia, bo gdy w nocy przestało wiać prędkość znów przekraczała 30km/h.

    Za to ta noc miała inną brzydką cechę. Temperatura spadła najpierw do 14 stopni, a chwilę później do 11. Ubrany w krótkie, letnie szmatki i mając tylko "folię" na deszcz na sobie myślałem, że zamarznę. Szczerze. Bez żadnego kolorowania, że było mi zimno. Myślałem, że zostanę w rowie i zamarznę. Straciłem przez to ze 2-3h. Na zatrzymywanie się na stacjach benzynowych, picie herbaty, jedzenie ciepłych rzeczy, schnięcie (bo mgła oblepiała paskudnie). Były też po prostu postoje na poboczu, gdzie skulony łapałem trochę ciepła. Niedaleko Gdańska spotkałem @Ilana i @jak_to_mozliwe, którzy wyjechali mi na przeciw i przywieźli ciepłą kurtkę. Mistrzostwo świata! Przestało mi być zimno po godzinie jazdy w niej, ale cóż za radość! Pojechaliśmy na Westerplatte i w drodze tam wybiło 1000km. Fotka nad morzem, pierwszy w moim życiu wschód słońca stojąc na plaży i szwędając się nieco po Gdańsku dojeżdżamy na ich mieszkanie około 6 rano, ciut przed upłynięciem 48h brutto. Prysznic, śniadanie, social media i około 3h snu. Pyszny obiad, kima jeszcze godzinkę i czas się zbierać. Dzięki Wojtkowi i Oli raz jeszcze za pomoc!

    Pendolino bez miejsc na rower, TLK bez miejsc na rower, więc nie zostaje nic innego jak jazda na partyzanta w TLK właśnie o 22. O 7 rano jestem na Dworcu Głównym w Krk. Pierwsza obserwacja jest taka, że poza mięśniem czworobocznym (lewa strona karku), który boli mnie zawsze, nawet po 100km, a teraz bolał po prostu znacznie bardziej, nie boli mnie nic innego. Nogi może nie świeże, ale nie ma problemu z kręceniem 30+km/h. Bardzo miła niespodzianka.

    Uwagi

    Pojawiały się pytania czy to bezpieczne? Nie sądzę i nie polecam nikomu. Sam mam związane z pracą długie doświadczenie niespania kilka dni z rzędu, więc dość dobrze to tolerowałem. Zadziwiająco dobrze. Spróbowałem się raz, przekroczyłem magiczną granicę i wystarczy.
    Nie było żadnych niebezpiecznych sytuacji niemniej jednak daleki jestem od zachęcania do takich wypadów. Trzeba cholernie dużo samokontroli. W tamtym roku było 737km. Wiedziałem na co się piszę.

    Nie robicie tego w domu. A tak na serio też tego nie róbcie. Już 24h jazda na pewno osłabia czas reakcji. Poza tym taki wypad szalenie daleki jest od bycia przyjemnym. Nieopisana jest jednakowoż satysfakcja z pokonania takiego dystansu. Czasem trzeba w życiu trochę zaryzykować.

    Co bolało? W zasadzie wszystko, ale poza wcześniej wspomnianym mięśniem czworobocznym, z którym problemy mam od lat, nic w sposób szalenie intensywny. Tyłek również nie. Jedyny problem z tyłkiem był taki, że po ulewach "pampers" mokry, więc skóra na tyłku też mokra i jakby bardziej miękka. Zaczęło to trochę przeszkadzać, tak jakby ktoś Wam robił pokrzywkę... tylko na tyłku. Bałem się, że pojawią się jakieś rany, ale w końcu wszystko wyschło i było ok. Mózg ma tak cudowną właściwość, że odcina bodźce bólowe inne niż ten najmocniejszy w danym momencie. Więc czasem bolał kark, czasem tyłek, czasem dłoń, czasem kolano, czasem znów coś innego, ale na szczęście nic w sposób, który choć przez moment stawiałby dalszą jazdę pod znakiem zapytania.

    Długofalowe problemy? Mimo lemondki, bez której byłoby znacznie gorzej, bo to zawsze dodatkowa pozycja za kierownicą. Wszystkie one ustąpiły po około 2 tyg:
    - brak, a przynajmniej ograniczone czucie w palcach serdecznych i środkowych obu rąk, od ucisku nerwu przez kierownicę,
    - czworoboczny uwierał bardzo poważnie przez kolejne dni,
    - "brak" czucia w połowie prawej stopy.

    Podsumowanie

    Czy było warto? Hell yeah! Czy to powtórzę? Chyba nie, choć tak na pewno to nigdy nic nie wiadomo. To nie jest przyjemna jazda, nie ma czasu na fotki, nie ma czasu na nic. Ciągle tyka zegar braku snu. Za dwa lata może spróbuję machnąć BB Bałtyk - Bieszczady czyli 1008km. A już za tydzień Everesting, więc trzymajcie kciuki!

    pokaż spoiler I tak tutaj nikt nie dotarł
    Musiałem dodać raz jeszcze, bo zapomniałem o równiku


    #rowerowyrownik #metaxynarowerze #100km #200km #300km #400km #500km #600km #700km #800km #900km #1000km (nr 1 i pewnie ostatni)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2016.08.08-full.jpg

  •  

    238889 - 416 = 238473

    a pojechałem sobie z kobietą nad morze, fajnie...

    Statystyki:

    Dystans: 416 km
    Czas: ◷02:14:00
    Średnie tempo: 3:47 min/km
    Średnia prędkość: 15,84 km/h
    Kalorie: 11935 kcal

    W tym tygodniu to już 416km!
    #rowerowyrownik #ruszwroclaw #100km #200km #300km #400km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    Ups I did it... #drozdzowkarze znów atakują... 1025km bez spania, bez przerw innych niż żarcie, fizjologiczne, sklepy itd. Również bez jazdy na kole. Z #krakow nad #morze. 39h netto, trochę ponad 26km/h średnia. 5164m w górę, żeby nie było za łatwo. Pierwszy dzień bajka, drugi pogodowa tragedia. Ale się udało. Dzięki za kibicowanie.

    https://www.strava.com/activities/670815950

    Wielkie dzięki dla @Mortal84 za towarzyszenie mi przez niemal połowę dystansu. Jechał z boku lub za mną, ale miło mieć z kim pogadać.

    @faramka dzięki za załatwienie mi wmordewind przez cały dzisiejszy dzień.
    @fvck dzięki za ulewę.
    @Ilana dzięki za bruk.
    Baby... Poza tym dzięki @Ilana i @jak_to_mozliwe za odebranie mnie, ciepłą kurtkę i gościnę.

    #metaxynarowerze #rower #szosa #polska

    I sztuka dla sztuki, ale z radością rozdziewiczam nowe tagi:
    #100km #200km #300km #400km #500km #600km #700km #800km #900km #1000km
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    290739 - 533 - 35 = 290171

    Towarzysząc @metaxy'emu podczas tysiąca, czyli Warszawa #2.

    @metaxy zaplanował pobicie swojego zeszłorocznego rekordu ciągłej jazdy, a jako że jeszcze mam urlop, to co mogłem zrobić innego, niż zaoferować pojechanie z nim "kawałek" dla towarzystwa ;) Chętnie przystał na taką propozycję.
    Wyjechałem z domu mniej więcej o tej samej godzinie, o której on wyruszył z Krakowa i tradycyjnie spotkaliśmy się w Alwerni. Od tego miejsca już razem, ale on zawsze z przodu, żeby nie było żadnego draftingu po jego stronie. Myślę, że ogólnie jakieś 80% trasy przejechaliśmy obok siebie, więc nie było tak, że przez pół Polski jechałem na jego kole.

    W Tychach dołączył do nas @makyo, który poprowadził nas przez Katowice. Zrobiliśmy rundkę wokół lotniska Pyrzowice, bo w południe miał startować Antonov AN-225. Jak się okazało, nie startował, tylko wylądował i nie w południe, tylko 20 minut wcześniej. Cyknęliśmy więc jedynie zdjęcia zza płotu.
    W Myszkowie @makyo odbił w swoją stronę, a my pojechaliśmy dalej przez wioski o przedziwnych nazwach i mocno dyskusyjnej nawierzchni. Wpadło kilka szybkich, typowo drożdżówkarskich pit stopów na uzupełnienie kalorii i picia w bidonach.

    Trasa przez województwa łódzkie i świętokrzyskie wygląda, jakbyśmy błądzili po pijaku, ale było to spowodowane raz nawrotką z racji rozkopanej drogi, dwa, że zaliczgmine.pl to poważna sprawa, a trzy, że route builder ze Stravy chciał nas prowadzić szutrówką wzdłuż torów.
    Pod sklepem w Rudzie Pilczyckiej zdaliśmy sobie sprawę, że moja część trasy była cosik źle policzona i przed północą na bank nie pojawię się w stolicy na umówiony nocleg (miałem wracać pociągiem we wtorek w południe). Serdeczne dzięki dla @masash i @rdza za oferty przekimania mnie!

    Pierwszy grubszy postój mieliśmy zaplanowany w Końskich. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na miejscu okazało się, że nie ma tam McDonalda! Tak to niestety jest, jak się myli Końskie z Koninem :D Na szczęście był Orlen i dwa hot dogi załatwiły sprawę.
    Od tego miejsca aż do Grójca jechało się po prostu rewelacyjnie. Noc była ciepła, żadnego wiatru, drogi praktycznie puste. Miałem założone rękawki i decathlonowego ultralighta, a momentami było mi za gorąco.
    We wspomnianym Grójcu emsidonald już musiał być. Ale żeby się niego dostać, musieliśmy nadłożyć kilka km, przeprowadzać rowery po piachu i przez dziurę w płocie. I tam też Rafał złapał kapcia. Przy okazji wyszło na jaw, że od nie wiadomo kiedy wożę ze sobą dziurawą dętkę... Dziękuję pan metaxy.

    Zestawy weszły jak złoto, uporaliśmy się z kołem i ruszyliśmy dalej. Jako że zbliżała się 3 w nocy, zrobiło się bardzo "rześko", a momentami po prostu zimno. Po kilku km zreflektowałem się, że nie widzę Wielkiego Wozu na zachodnim niebie, pytam więc Rafała kiedy wjedziemy znów na główną drogę. Bo zakładałem, że robimy kolejny mały objazd. Jak tylko spojrzał na mapę, z jego ust wyrwała się tradycyjna, soczysta kurwa. Zamiast na północ, pojechaliśmy na południowy wschód... Momentalnie odechciało nam się spać. Zrobiliśmy "niepotrzebne" 20 km, ale przy okazji wpadła mi tam jedna dodatkowa gmina i już nie musiałem się martwić o dokręcanie do 500 ;)

    Wróciliśmy na właściwą trasę i dalej "siódemką" już pod samą Warszawę. Pożegnaliśmy się w Falentach, gdzie @metaxy skręcił na zachód, a ja prosto na dworzec centralny. Jeszcze tylko parę zdjęć pod Pałacem Kultury, do kasy po bilet i do maca wrzucić coś na ząb. Pies trącał to ich menu śniadaniowe... Żeby nie można było jak człowiek zjeść McWrapa o 6 rano ( ͡° ʖ̯ ͡°)
    Pół godziny później już siedziałem w wygodnym InterCity do Katowic i mogłem dodać na mirko informacyjny wpis, że moja część trasy spełniona. Haha, mój pierwszy wpis w gorących! Tego się nie spodziewałem :D

    W Katowicach pojawiłem się zgodnie z rozkładem, czyli chwilę po 10. A stąd jeszcze tylko 35 km do domu. Nie powiem, łatwo nie było. Nogi zastane przez kilkugodzinne siedzenie, więc każda górka stanowiła nie lada wyzwanie. Ale najbardziej oberwał tyłek. Ledwo dałem radę wysiedzieć.

    Kiedy dodaję ten wpis, @metaxy powinien mieć przejechane już ponad 800 km. Trzymaj się tam! Nad morze już tak niedaleko ;)

    Mój czerwcowy rekord poprawiony o 131 km. Marzyło mi się użycie tagu #500km, ale nie wiedziałem, że nastąpi to tak szybko :D

    #rowerowyrownik #rower #szosa #wykoptribanclub #100km (nr 62) #200km (nr 14) #300km (nr 4) #400km (nr 2) #500km (nr 1)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: pińset.jpg

    +: trace_error, d........2 +99 innych
  •  

    Mirki, mój trud skończony. Cel osiągnięty. Miała być Warszawa i jest, a że kilometrów wyszło trochę więcej... ;-)
    Trzymajcie kciuki za @metaxy, bo przed nim druga, czyli ta trudniejsza połowa dystansu. A kto może, niech go łapie na endo i pokręci z nim chociaż parę km.

    pokaż spoiler Pełna relacja wieczorem na równiku.


    #rower #szosa #wykoptribanclub #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

  •  

    411961 - 603 = 411358

    Druga próba zaliczenia #szejset, tym razem udana

    Próba zaczęła się już w piątek o godzinie 20, bo taki miałem plan. Mimo zapowiedzi złej pogody, postanowiłem nie odkładać startu na kolejny dzień czy kolejny weekend. Tak miałem zaplanowane! Los chciał, że na 95 kilometrze, na wyjeździe z Węgrowa, jakaś menda rozbiła butelkę na ulicy, a ja w ciemności zauważyłem ją za późno i przecinam tylną oponę. To był koniec jazdy. Opony zapasowej nie zabieram, za dużo waży i zajmuje wiele miejsca, a ryzyko jej zniszczenia jest niewielkie, jak widać, nie dość niewielkie. Wykonuję telefon, do kochanej i niezwykle wyrozumiałej żony i po niecałych dwóch godzinach siedzę w samochodzie w drodze powrotnej do domu. Jestem przekonany, że kolejna próba za rok, bo w tym nie znajdę już czasu. Rano podejmuję decyzję. Mimo zarwania nocy i zmarnowania sporej ilości energii postanawiam, że dziś wystartuję jeszcze raz, nie będę czekał kolejnego roku. Pogoda w sobotę jest strasznie paskudna, a więc to że w piątek miałem pecha, jest jednak trochę szczęściem, bo nie muszę z nią walczyć. W dzień próbuję trochę się przespać, bo mam na koncie tylko cztery godziny snu z nocy, ale nie udaje się, we krwi jest już za dużo adrenaliny.
    Przychodzi godzina dwudziesta i startuję. Wita mnie ciepła, pochmurna noc, choć pada mżawka. Jedzie się jak to w nocy. Niewielki ruch, nic nie widać, a raz na jakiś czas słychać dochodzące z lasu dźwięki łamanych gałęzi. Trzeba być maksymalnie skupionym, bo chwila nieuwagi może wiele kosztować, czego doświadczyłem dzień wcześniej. W Sokołowie uzupełniam bidony, przejeżdżam przez Bug, później Drohiczyn, którego nawet nie zauważam i dalej już w dół, wzdłuż granicy. Stacja Orlen w Sarnakach okazuje się nie być całodobową i muszę przejść w tryb oszczędzania picia, bo dolewki nie będzie. W Konstantynowie mają swoje dni i kręci się pełno pijanych ludzi. Jadę dalej i zonk. Widzę coś pięknego i ostro bogatego, Pałac w Janowie Podlaskim. No jest szał. Oświetlenie nocne robi wrażenie, ale telefon nie potrafi tego uwiecznić. Na wiadukcie nad trasą 62 dochodzi do groźnej sytuacji. Zakończony jest on dziwnymi kratkami. Ta na zjeździe łapie mnie za przednie koło i zrzuca z roweru. Szybkie oględziny, obręcz jest uszczerbiona, ale prosta. Można jechać dalej ograniczając używanie hamulca na tym kole. Trochę mniej szczęścia i byłby koniec wycieczki. Dojeżdżam do Terespola, gdzie w całodobowej (sic!) Biedronce, zaopatruję się prowiant. Na parkingu tylko wschodnie blachy, dziwna sytuacja. Jeszcze dziwniejsze jest to, ze na pobliskim blokowisku, ludzie trzymają rowery w stojakach na dworze. Co tam nie kradną? Jest już właściwie dzień, a kilkanaście minut później, słońce znajduje kawałek miejsca między chmurami, żeby pokazać, że już wstało. W drodze do Włodawy trafiam na GreenVelo. Nawet dobrze to zrobione. Asfaltowa ścieżka prowadzi przez kilkanaście kilometrów, do samego miasta. Na stacji paliw robię sobie bufet, zjadam dwie kanapki na ciepło, kawa i dalej, trzeba jechać, bo czasu nie ma. Ciężkie chmury zamieniają się w obłoczki, robi się ciepło i przyjemnie, choć wieje męczący wiatr. Kilometry lecą, okolice nudne, drogi słabej jakości, a do tego są problemy żeby naleźć otwarty sklep. Nie mogę się doczekać powrotu do cywilizacji, bo rejony Nadbużańskie, to prawdziwa pustynia. Trasy ubywa, ale nic się nie dzieje, jest nuda. W końcu mijam kopalnie Bogdanka i jestem w Łęcznej. Obmywam się w fontannie, bo upał już doskwiera mocno i pędzę do Garbowa, na bufet. Żona się zaoferowała, że przyjedzie z jedzeniem, więc zjem smaczne spaghetti, a nie byle co byle szybciej. Chwila rozmowy, odpoczynku i czas jechać dalej. Zostało do przejechania 135 kilometrów i prawie sześć godzin, raczej się wyrobię. Jak wiadomo, jak jest za dobrze, to coś się zepsuje. Za Nałęczowem trafiam do Wąwolnicy, fajny wąwóz, trochę pod górkę i na koniec szuter! Muszę prowadzić rower, żeby nie złapać kapcia. Do Kazimierza jadę czymś co tylko z nazwy jest drogę. Dziury, łaty i syf. Udaje się szczęśliwie pokonać ten ciężki odcinek, jednak tracę kilkanaście minut. Szybko, lawirując między masami ludzi, przeskakuję przez Kazimierz i już widzę [Puławy 12]. Za Puławami uzupełniam picie i kieruję się do Pionek. Przez kilka kilometrów jadę ruchliwą drogą. Kierowcy nerwusy i piraci. Zero mózgu i pojęcia jakie zagrożenie dla rowerzysty stwarzają. Przez Pionki tylko przejeżdżam i już jestem w Parku Kozienickim. Jest cień, dobry asfalt i mało samochodów. Raj. Jest też silne zmęczenie, które skumulowało się od piątku. Czuję, że doszedłem do granicy swoich możliwości i mimo, że nogi kręcą, to głowa już nie reaguje. Wiem, że w każdej chwili mogę stracić kontrole nad rowerem. Jedzenie już nie wchodzi, mogę tylko pić. Decyduję, że kończę jazdę na 600km w Warce. Dobrze, że zostało niewiele kilometrów. Przed samą metą pojawia się we mnie jakaś nowa energia, ale nie ufam jej i nie zmieniam zdania. Wyzwanie udaje się zaliczyć, dziś niczego więcej poza prysznicem już nie potrzebuję. Dałem z siebie wszystko. Mimo niesprzyjających okoliczności, podjąłem ogromne wyzwanie i udało się je ukończyć. Mogłem jechać do 650km, ale nawet ja, muszę czasem odpuścić!

    Statystyki:

    Dystans: 603 km
    Czas: ◷22:09:37
    Średnie tempo: 2:12 min/km
    Średnia prędkość: 27,19 km/h
    Kalorie: 25202 kcal
    Średni puls: ❤69.8bpm
    Maksymalny puls: ❤165bpm

    W tym tygodniu to już 603km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

    +: Tekedo, s...n +111 innych
  •  

    426272 - 515 = 425757

    Jest siedem dni na dodanie, więc z konieczności dopisuję.

    Niezbyt udany i przedwcześnie przerwany Pierścień Tysiąca Jezior, z którego zgoniły mnie upały i paskudna noc.

    Relację dorzucę na dniach, w osobnym wpisie.

    W tym tygodniu to już 741km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km #200km #300km #400km #500km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    480258 - 658 = 479600

    Katowice – Hel

    Trzecia próba dotarcia na rowerze nad Bałtyk, w trybie jazdy NON-STOP. Dwie poprzednie próby opisywałem tutaj:

    http://www.wykop.pl/wpis/17567301/760-231-520-759-711-katowice-tczew-zawsze-chcialem/

    http://www.wykop.pl/wpis/17854537/649-870-480-649-390-czyli-druga-proba-dojazdu-z-ka/

    W końcu się udało! 

    Tym razem w planach miałem jakiś dziki nocleg po dotarciu do celu, więc dodatkowo zabieram ze sobą śpiwór i coś na kształt karimatki (złożony arkusz folii bąbelkowej o wymiarach na oko 1x1,5m).
    Pierwotny plan jest taki, że dojeżdżam do Sopotu, następnie do południa kimam ze 2-3h i jadę dalej (już jako osobna trasa) na Hel, by mieć przetarte gminy pod wrześniowy Maraton Północ – Południe  Bo założenie mam takie, że nie uznaję za zaliczone gmin, gdy dostałem się do nich w inny sposób niż rowerem. Chyba, że wcześniej zaliczyłem je bezpośrednio z domu. Przynajmniej na razie ;)

    Tak jak ostatnio, wyjeżdżam po w miarę przespanej nocy, czyli około 7 rano (za pierwszym razem popełniłem błąd wyjeżdżając w środku nocy, przez co docelowo miałem zarwane praktycznie dwie z rzędu). Prognozy pogody są dosyć optymistyczne, ma być max 20-25 stopni i jedynie po południu straszą przelotnymi burzami. Wiać ma z zachodu, więc generalnie dla mnie z boku.

    Do Częstochowy jadę w zasadzie na pamięć. Niestety okazuje się, że przytroczony pod siodełkiem śpiwór koliduje z moimi nogami w trakcie jazdy, przez co nie mogę przyjąć optymalnej dla mnie sylwetki do jazdy. Martwi mnie to, bo przy takim dystansie może to oznaczać wystąpienie niespodziewanych kontuzji. Na szczęście po kilkudziesięciu km jakoś się to układa i jedynie majtam nim na boki podczas ruchu. W trakcie całej trasy przyjdzie mi go poprawiać kilka razy, bo troki się luzują, a po każdej takiej poprawce musi się układać od nowa.
    W Częstochowie (ok 80km) szybki postój w Macu i menu śniadaniowe. Dalej kieruję się na Łask drogą 483, by trasa nie pokrywała się z tymi z poprzednich prób. Wiatr na tym odcinku faktycznie w większość wieje z boku, jednak często zmienia kierunek na trochę bardziej czołowy, by za chwile powiać bardziej w plecki. W miejscowości Buczek (ok 180km) staje na obiad w sprawdzonym zajeździe. Z tempa jestem zadowolony (w tym miejscu mam średnią 30km/h), więc nie spieszę się jakoś bardzo i zjadam go na spokojnie. Leżę chwilę na ławce dając odpocząć plecom.
    Kolejny cel to gmina Wartkowice więc odbijam trochę w kierunku zachodnim, celowo mijając szerokim łukiem aglomerację łódzką ;) Dalej kieruję się na Łęczycę, gdzie mam wjechać na DK91, czyli drogę znaną mi już z poprzednich aktów. Chodzi znów o to, by w nocy jechać po sprawdzonej drodze o niewielkim ruchu i z szerokim poboczem.
    To właśnie przed Łęczyca spotykam podróżującego Niemca o którym wspominałem tutaj:

    http://www.wykop.pl/wpis/18271413/niemiec-napotkany-podczas-ostatniej-wycieczki-dowo/

    Trochę czasu jedziemy wspólnie, jednak jego tempo jest ślimacze, a rozmowny tez jakoś specjalnie nie jest. Żegnam się i wyrywam do przodu. W Lubieniu Kujawskim szybki postój na lody, bo spodobał mi się taki widoczek:

    https://lh3.googleusercontent.com/-9MojdmJs7g4/V2p8wcbmV6I/AAAAAAAAP1E/8_uMSqijmeYgWs_uFwpk7CPbGSAq4PeGACCo/s800/upload_-1

    W Kowalu zaopatrzam się w prowiant na noc i o zmierzchu melduję się we Włocławku (320km). Zjadam kolację , ubieram długie ciuchy i w drogę. Noc jest gwieździsta, a księżyc daje niezłe światło. W zasadzie całkowita poświata słońca przestaje być na horyzoncie widoczna dopiero około 1 w nocy, by w okolicy 3 znów się zacząć pojawiać.
    Przez Toruń przebijam się dosyć sprawnie i w Stolnie odbijam na KD55 w kierunku Grudziądza. Ponieważ wyjazd traktuję też turystycznie, a nie tylko z parciem na przód, postanawiam tym razem obejrzeć centrum tego miasta. Szybko się zniechęcam, bo drogi to istna brukowa katorga, a dodatkowo z jakiejś knajpy wybiega grupka kilku dresików i uciekają w jakąś obskurną bramę. Za chwilę z naprzeciwka biegnie trzech zamaskowanych typków. Robię odwrót i spadam stąd.
    Po powrocie na lewy brzeg Wisły (wcześniej przejechałem na prawy w Toruniu), łapie mnie pierwszy kryzys tej wycieczki. Wjeżdżam na serię pagórków. Prędkość leci ostro w dół, zaczyna mnie wszystko boleć i wyraźnie słabnę. Łamie mnie też sen i kulam się powoli, zastanawiając się co się dzieje. Wiem! Zrobiło się dużo chłodniej i całkowicie zapomniałem o piciu! Przecież nie piłem prawie nic od kilku godzin. Podpijam więc wodę i ślamazarnie odliczam kilometry pozostałe do słynnej stacji BP w Dobrym ;)
    Na miejscu standardowo pomidorówka z pieczywem i puszka coli. Wchodzi jak marzenie i fajnie mnie rozgrzewa. Po chwili łapie się na tym, że siedząc przy stole 2 czy 3 razy odcina mnie sen. Żeby nie zanurkować głową w talerzu dopijam colę i zbieram się w dalszą trasę.

    Po kilku kilometrach mijam miejsce, w którym ostatnio zakończyłem swój wypad z powodu awarii, jednak tym razem jadę dalej ;) Poranek jest piękny, więc morale lecą ostro w górę. Wszystkie niedogodności przechodzą i czuje się nieźle. Kilka km przed Tczewem robię sobie postój na jakimś przydrożnym miejscu postojowym i w promieniach słońca i przebieram się na krótko. Ahh co za cudowne uczucie zdjąć buty! Chodzę sobie w koło w samych skarpetkach, takie to przyjemne ;)

    Wiatr zgodnie z prognozami zmienia kierunek na południowy i około godziny 10 melduję się w Gdańsku. Uciekam z drogi na ścieżkę rowerową biegnącą wałem Kanału Raduni. Trochę brukowato, jednak dla mnie fajna alternatywa po wielu kilometrach jazdy z samochodami. Dodatkowo mój cel jest blisko, więc przechodzą w tryb relax. W ten sposób dojeżdżam do centrum, pstrykam fotki żurawiem, Neptunem itp. I próbuje przedostać się do Sopotu. Niestety tu zaczyna się logistyczna porażka. Miasto jest częściowo rozkopane, ścieżki dla rowerów często urywają się. Ruch się nasila, a kierowcy nie traktują tutaj rowerzystów zbyt przyjaźnie. Tłukę się więc po tych zdziadziałych ścieżkach, co chwilę się zatrzymując. Średnia z 28km/h leci dosyć szybko w dół, pomimo, że jest „mocna”, bo wyrobiona na dystansie ponad 500km.

    W Sopocie fotka przy molo itp. oraz pierwsze moczenie kół Awola w morskiej wodzie ;) Czuję się świetnie, więc postanawiam nie kończyć tutaj swojej wycieczki jak zaplanowałem, a dojechać prosto na Hel i stamtąd wrócić do Trójmiasta pociągiem. W Gdyni mijam stację PKP, na której widzę pociąg do Katowic, który ma odjechać za 20 minut. Przez chwilę myślę czy jednak do niego nie wskoczyć, jednak po chwili stwierdzam że bez sensu – przecież nie po to targam ze sobą tyle km śpiwór, żeby teraz po prostu wrócić i z niego nie skorzystać 
    Gdzieś przed Redą uzupełniam bidon resztą wody gazowanej której nie dopiłem pod sklepem, czego efektem był wystrzał wieczka. Od razu się zatrzymałem, jednak już po chwili jeden z samochodów mi po nim przejeżdża. Wkurzam się, bo bez niego mi się wszystko rozlewa i musze od tej pory jechać z wypełnioną max połową objętości. Po chwili nadciągają czarne chmury i zaczyna lać. Chowam się na przystanku i tu łapie mnie drugi z kryzysów – tym razem psychiczny. Mam czarne myśli: może trzeba było wsiąść w ten pociąg? Może sobie za dużo wyobrażałem? Może z tym Helem to już przesadziłem? Przecież teraz będzie już mokro i nieprzyjemnie, a do tego mam bidon inwalidę.

    Wykorzystuję przymusowy postój i zjadam zapasy jedzenia. Po około pół godziny przestaje padać, więc postanawiam powoli kulać się dalej i ewentualnie wsiąść w pociąg gdzieś wcześniej. Błotników brak, więc po chwili mam mokre plecy i śpiwór. Na szczęści pogoda się klaruje. Ba! Robi się pięknie i asfalty szybko wysychają.
    Kawałek za Puckiem wjeżdżam na ładną asfaltową ścieżkę rowerową. Pytam jakiegoś dziadka, czy przypadkiem zaraz się nie skończy, żeby nie władować się w jakieś szutry. Mówi, że jest asfalt do samego Władysławowa. Tym asfaltem okazują się jakieś stare puzzle, ale i tak nie żałuję, bo prowadzi ładnie wzdłuż wybrzeża, a na horyzoncie zaczyna być widoczna mierzeja.

    We Władysławowie odbijam na moja ostatnią prostą, na Hel pozostaje nieco ponad 30 km. W zasadzie to 30 km po drodze rowerowej identycznej jak ta do wcześniej. Tłukę się więc i podziewam nadmorskie krajobrazy. Wcześniej byłem tutaj tylko raz, w Jastarni. Spałem wtedy na polu namiotowym po którymś z Openerów, ale jakoś nie kojarzę okolicy ;)
    Na Hel docieram o godzinie 18, na godzinę przed ostatnim pociągiem. Zajeżdżam jeszcze pod latarnię, robię małe zakupy i ładuję się do przedziału, który jest już pełen innych rowerzystów. Na następnych stacjach ludzie z rowerami nie mają już gdzie wsiąść. Miałem nadzieję się tu zdrzemnąć, jednak pozostaje mi koczowanie na podłodze pod kiblem.

    W Gdyni jem kolację w dworcowym Macu (ochrona wyprasza mój rower na zewnątrz;)) i planuję w końcu jakiś nocleg. Początkowo chcę się dostać na plażę Babie Doły (kilkanaście km), jednak z uwagi na późną godzinę i wczesny odjazd pociągu (5:07), postanawiam znaleźć coś w pobliżu. Trafiam na plażę miejską, jednak jest tutaj sporo imprezujących grupek ludzi. Jadę więc do końca bulwaru, gdzie zaczyna się mały skrawek bardziej dzikiego wybrzeża. Ktoś pali ognisko, jednak z uwagi na późną porę postanawiam się gdzie ulokować. Wchodzę do śpiwora, buty pod głowę i około północy zasypiam.

    Jakoś parę minut po trzeciej budzi mnie szum fal. Robi się już jasno, więc postanawiam się zbierać, podziwiając przy tym wschód słońca:

    https://lh3.googleusercontent.com/-P_Dj169knCY/V2qA4HLYw9I/AAAAAAAAP28/MeSnaypAFGkAfA5HYbqC90AEb1YpwUPbgCCo/s912/upload_-1

    https://lh3.googleusercontent.com/-qP1E04oUio0/V2qA7-ge-XI/AAAAAAAAP28/u8w3rkXky6swcgQifNVs_7eGIZ6URSrIgCCo/s912/upload_-1

    W końcu wszystkie cele osiągnięte! Przejazd Katowice – Bałtyk w trybie non-stop i wschód witany na wybrzeżu  Satysfakcja z jego osiągnięcia ogromna. Udało się też trochę zobaczyć, więc turystyczny pierwiastek zachowany.

    Jeszcze kilka lat temu nawet bym nie wpadł na taki pomysł, a do niedawna wydawał mi się on trochę nierealny, ale gdzieś tam siedział z tyłu głowy i sobie kiełkował ;)

    Tutaj więcej zdjęć z telefonu. Nie są może super ekstra pokolorowane, ale przez to lepiej oddają faktyczny klimat miejsca:

    https://picasaweb.google.com/103328722292581463380/6298983967605420113#

    Strava:

    https://www.strava.com/activities/614835759

    Endo (trochę zepsuty ślad):

    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/749042203

    #byczysnarowerze #rower #100km #200km #300km #400km #500km no i pierwszy raz #600km (rekord przejazdu solo poprawiony o 138km)

    W tym tygodniu to już 658km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

  •  

    563 880 - 467 = 563 413

    Trzeci Maraton Podróżnika.

    Pojechałem nie do końca pewien, czy na pewno chcę jechać. No i wydarzyło się to, co musiało się wydarzyć.

    Relacja (tradycyjnie, dużo czytania).
    Strava.

    #szosa #rower #100km #200km #300km #400km

    #rowerowyrownik

    Wpis został dodany za pomocą skryptu do odejmowania

    pokaż spoiler Dzięki niemu unika się błędów w działaniach
    Pobierany jest zawsze ostatni wynik
    Zamiast dystansów można w pole 'Dystans' wkleić link do treningu Endomondo - zostaną dodane dodatkowe statystyki
    pokaż całość

  •  

    564 627 - 533 = 564 094

    Maraton Podróżnika, czyli 533 km w mniej niż dobę.

    Start w Maratonie Podróżnika był moją główną „imprezą“ jaką zaplanowałem na ten rok. Miał to być mój debiut na maratonie na dystansie 500km+ (choć wcześniej przejechałem podobny dystans solo). Kilka tygodni wcześniej wziąłem udział w Brevecie w Miechowie na dystansie 200 km, aby trochę obyć się w tego typu klimatach. Bo w zasadzie od zawsze jeździłem sam, a chciałem poczuć trochę rywalizacji i poznać na żywo trochę ludzi z forum, na którym wprawdzie udzielam się niewiele, jednak w miarę na bieżąco śledzę jego życie ;) Dodatkowo w miarę systematycznie czytuję relacje kilku osób, czerpiąc od nich inspiracje i niejako teoretyczne doświadczenie.

    Jako wsparcie pojechała ze mną żona, która została kierownikiem startu i mety w bazie Maratonu ;) Do Kielc dostajemy się pociągiem z Katowic, po drodze przesiadając się w miejscowości Tunel. Wieziemy ze sobą namiot, jednak na miejscu okaże się, że właśnie w domku w którym ja miałem zarezerwowane łóżko zwolniły się 2 miejsca, więc nie był on nam potrzebny. Do bazy mamy do przejechania 15 km, jednak postanawiamy jeszcze zahaczyć o McD, gdzie po chwili rozpoznaję forumowego Storma ze swoim rowerem poziomym, więc go zagaduję i dalej ruszamy już wspólnie.
    Na miejscu mały rekonesans, trochę biesiady przy ognisku i do spania.
    Rano budzę się w okolicy 5 i na spokojnie zaczynam przygotowania (musiałem odkręcić z Awola bagażnik itp.), a przed samym startem zjadam przygotowaną dzień wcześniej owsiankę z ryżem, makaronem i owocami.

    Startuję o godzinie 8:10 w trzeciej grupie. Początkowo jadę ostrożnie z tyłu, by z czasem systematycznie posuwać się do przodu, mijając kilka małych grupek. Ostatecznie dojeżdżam do kolegi, który od początku wypruł samotnie do przodu (niestety nie kojarzę teraz nazw forumowych, bo wszyscy byli dla mnie „nowi” i mi się to wszystko trochę miesza). Jedziemy we dwóch dosyć długo, po drodze zbierając na koło jakiegoś koleżkę, który od razu mówi, że nie da rady wchodzić na zmiany, więc ciągniemy go kolejny dłuższy odcinek. Po jakimś czasie, nie do końca pamiętam jak ;) kolega z koła gdzieś się gubi, a ja jestem już w 5-osobowej grupie, w której tempo wyraźnie rośnie. Mi się kończą zapasy prowiantu (miałem jedynie słodycze, które szybko mi zbrzydły), a dodatkowo chce mi się sikać, więc z utęsknieniem czekam na PK1 (100km), gdzie planuję uzupełnić zaopatrzenie i zrzucić balast. Jednak przychodzi mi się bardzo zdziwić, bo na tym punkcie nikt z mojej grupki wcale nie miał się zamiaru zatrzymać, więc ciągniemy temat dalej :) Powoli zaczyna mi jednak brakować picia, więc na około 150km pytam nieśmiało, czy ktoś tu w ogóle ma zamiar się kiedyś zatrzymywać. Po krótkiej dyskusji zgadzają się na szybki postój przy małym sklepie, który trwał dosłownie minuty! Zdążam tylko przelać wodę, złapać jakąś drożdżówkę i dalej ogień. Średnia na garminie pokazuje 34 km/h. Już wiem, że trafiłem do grupy jakichś szaleńców ;) i że nie dam rady tego ciągnąć zbyt długo bez uzupełnienia zapasów.

    Zaczynają się pierwsze poważniejsze podjazdy, nawierzchnia się trochę psuje, więc i tempo spada, a i grupka już nie pracuje na zmianach. Ja sam już w zasadzie nie pcham się na przód. Wyraźnie osłabłem i zaczyna mi doskwierać prawa noga. Mocne napieranie i podjazdy zaczynają budzić moją kontuzję. Postanawiam w miarę możliwości wytrzymać do PK2 (ok 200km) i tam odpuścić. Wcześniej dwójka wariatów wyrywa na podjeździe do przodu i tyle ich widziałem :) Kładę się na chwilę na trawie pod znakiem miejscowości Ryglice, by dać trochę ukojenia plecom, cykam fotkę i samotnie ruszam dalej. Po kilku kilometrach zajeżdżam do sklepu, gdzie nie mogę się zdecydować czy chcę wody, kefiru, soku pomidorowego czy coli, więc biorę wszystko i spijam pod sklepem po kolei do dna, zagryzając bananami :) Po chwili dołącza do mniej jeden z uczestników i po krótkiej przerwie ruszamy wspólnie dalej. Dojeżdża do nas mała grupa i następuje małe tasowanie, bo po kilku kilometrach jadę już z Tomstepem i nie wiem kim ;) Wspólnie stajemy pod sklepem. W tym czasie mija nas Turysta. Po szybkiej puszce pepsi dostaję zastrzyku energii i wyrywam do przodu. Widzę że Tomstep też się oderwał od kolegi, więc trochę zwalniam i już po chwili jedziemy wspólnie dalej. Przed Odrzykoniem dochodzimy Turystę i wspólnie zbliżamy się do PK3, czyli długo wyczekiwanego punktu żywieniowego. Ostatnie podjazdy to strome ścianki o nachyleniu ponad 20%. Niektórzy podprowadzają, jednak mi udaje się wciągnąć całość bez postojów – takie to plusy górskiej kasety ;)

    Na punkcie zostaję bardzo mile przyjęty. Od razu uraczono mnie sporą porcją makaronu z sosem, chciano uzupełniać bidon itp. Zjadam makaron i kawałek pysznego ciasta z truskawkami, po czym kładę się na materacu i chcę tam zostać. Punkt był zorganizowany przy małej agroturystyce w bardzo urokliwym miejscu. Jest pięknie! Ale to przecież dopiero połowa trasy. Zaczyna się zjeżdżać coraz więcej osób. Rozpoznaję forumowego Wilka z Marzeną. Zauważam, że towarzystwo z którym tu dojechałem już się rozjechało, więc ładnie dziękuję i ruszam dalej samotnie. Jedzie mi się bardzo przyjemnie, kolejne kilometry są bardzo malownicze, trasa prowadzi krętymi wąskimi ścieżkami. Staram się jednak nie odpuszczać tempa, jednak pozwalam sobie przy tym na krótkie postoje na zdjęcia. W ten sposób powoli doganiam jednostki które uciekły przede mną z punktu. Po krótkich pogaduszkach mknę dalej. Słońce chyli się ku zachodowi, więc temperatura leci w dół. Już po zmierzchu zatrzymuję się na jednym z przystanków gdzie przebieram skarpetki i przyodziewam długie ciuchy. W tym czasie wyprzedzają mnie dwie osoby. Daję znać żonie że żyję, wymieniam baterie w Garminie i chcę zmienić szkiełka w okularach na białe, jednak okazuje się, że zostały w domku w bazie, więc dalej jadę bez.

    Ruszam dalej swoim tempem i zaczynam wypatrywać czerwonych światełek na horyzoncie. W końcu się jakieś pojawia, więc mam „zająca” którego mogę gonić. Gdy w końcu się udaje (nie mam teraz pojęcia kto to był, może Hipek?), już po chwili widzę drugie światełko, więc śmigam dalej. Jakoś przed północą postanawiam na chwilę położyć się na wznak na przystanku, bo dac odpocząć plecom. Po chwili słyszę jakieś rozmowy i widze dwa poruszające się światełka. Pytają tylko czy to „nasi”, czy wszystko ok i po moim potwierdzeniu jadą dalej. Postanawiam do nich dołączyć i po krótkim pościgu jedziemy w trójkę polując na stację z hot dogami. W Kolbuszowej zajeżdżamy pod Orlen, który niestety okazuje się nieczynny. Robimy więc postój i pożywiamy się własnymi zapasami. Po około 10 km zajeżdżamy na stacje BP, gdzie czekają upragnione bułki w parówce i ciepła kawa / herbata. Przez ostatnie 200 km ciągle doskwiera mi ból nadwyrężonej mocnym początkiem nogi, dlatego postanawiam kupić ibuprom (ostatni raz jadłem cos przeciwbólowego kilka lat temu – unikam) i zjadam jedną tabletkę. W międzyczasie zjeżdżają się kolejni uczestnicy (m. in. Turysta, Emes), jednak ich postoje sa krótkie i wracają na trase przed nami. Poza Emesem, na którego chwilę czekamy i w czwórkę ruszamy dalej.

    Ból nogi trochę odpuszcza, na liczniku trochę ponad 400 km, a ja zdecydowanie odczuwam zastrzyk energii, więc postanawiam dalej jechać po prostu swoje. Kalkuluję czas i stwierdzam, że być może uda się złamać 23h, które przed startem były dla mnie wręcz absurdalnym wynikiem. Czuję się świetnie, a by dodatkowo poprawić motywację, za cel stawiam sobie dojście trzech osób, które wiem że sa w moim „zasięgu”. Poranek dodatkowo poprawia morale. Ostatnie 120 km jadę więc samotnie, sukcesywnie mijając każdego ze wspomnianej trójki. Na PK5 w Sandomierzu wysyłam tylko sms, robię zdjęcie i ruszam dalej. Na około 30 km przed metą czeka mnie jeszcze seria podjazdów. Przed ostatnim z nich (kilkaset metrów przed metą) wysyłam ostatniego sms:

    „Ostatni podjazd (do bazy) przede mna. Wciagne go z mila checia :)”

    Na mecie melduję się o godzinie 6:45 z czasem 22 godziny 35 minut, co daje mi 12 miejsce na 71 startujących w mojej kategorii.

    Średnia prędkość jazdy wyniosła 28,1 km/h (brutto 23,5km/h)

    Wynik grubo ponad wszelkie, nawet najbardziej ambitne założenia / plany :)

    Medal wręcza mi również zmęczona nocnym czuwaniem małżonka :)

    Podsumowując – było super! O dziwo nie miałem w zasadzie żadnego większego kryzysu (największy na PK2, po w zasadzie 200 km jazdy non-stop w szaleńczym tempie). Kryzysu snu również nie odczułem, a obawiałem się go najbardziej, bo lubię sobie dobrze pospać  Jednak adrenalina związana z jakąś tam rywalizacją zrobiła swoje. Zyskałem też kupę doświadczenia.
    Organizacja i klimat imprezy – cudo! Nie ma za bardzo do czego porównywać, jednak za bardzo nie ma się do czego przyczepić. Trasa bardzo urozmaicona i poprowadzona najczęściej bocznymi drogami o znikomym ruchu. Dodatkowo przecinała bardzo urokliwe rejony, Po prostu mój klimat! Bardzo dobrze czuję się na tego typu drogach.

    Link do Stravy:

    https://www.strava.com/activities/598816292

    Link do Endo:

    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/739962973

    Trochę więcej zdjęć:

    https://picasaweb.google.com/103328722292581463380/6294137714774026737#

    Wpadło oczywiście sporo nowych gmin do #zaliczgmine

    #byczysnarowerze #100km #200km #300km #400km #500km #rower #pokazmorde

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

  •  

    582 515 - 102 - 402 - 70 = 581 941

    Weekend z #rowerowykrakow.

    Piątek:
    Od samego rana przygotowania do wyjazdu. Pojechałem odebrać rower z serwisu i pożyczyć plecak od Marcina. W domu jeszcze tylko wczesny obiad i przed południem wyruszyłem w kierunku Krakowa.
    Zgodnie z planem @metaxy przejął mnie w okolicach Alwernii i bocznymi drogami poprowadził do Tyńca, który tym razem za sprawą barki okazał się nie taki znów trywialny. Potem burger na Kazimierzu i przez miasto prosto do siedziby Contoura, gdzie już czekała @wspodnicynamtb. Wieczór zleciał na zakupach, pogaduchach i próbie przespania się przed wyprawą.

    Sobota:
    Pobudka w środku nocy, kawa i jedziemy na miejsce zbiórki. Około 2:20 ruszamy w drogę do Warszawy w składzie @wspodnicynamtb, @metaxy, @kiwacz, @Cymerek, @regyam @bynon i ja. Kawałek za miastem dołącza do nas @darkemolt.
    Początek idzie dosyć opornie, tempo nie jest tak dobre, jak byśmy tego chcieli, jest zimno i nawet gubimy zaplanowaną trasę. Pierwszy normalny postój robimy w Pińczowie, a w Chmielniku @metaxy, @bynon i ja oddzielamy się, żeby zaliczać gminy i/lub nadkładać kilometry do życiówki.
    Z grupą ponownie spotykamy się w Starachowicach na ice cream breaku, ale tylko po to, żeby za chwilę znów się rozdzielić. Gminy i kilometry serious business ;)
    Drugi raz dopadamy ich w Macu w Radomiu. Chwilę później spotykamy ekipę #szosowawarszawa, która wyjechała po nas "kawałek" za Warkę. W kilkunastoosobowym peletonie i w słusznym tempie kierujemy się do Warki właśnie na kolejny postój. Tam też pogoda znacznie się pogarsza i kilka km za miastem zaczyna się ulewa, która towarzyszy nam do Góry Kalwarii.
    Na szczęście dalej jest już tylko lepiej. Wychodzi słońce i schniemy jadąc przez słynne Gassy i robiąc dodatkowe pętelki przez Okrzeszyn, żeby nasza trójka mogła cieszyć się z czwórki z przodu ;)
    Dalej warszawska ekipa prowadzi nas przez miasto, zaliczamy Agrykolę, robimy jakieś fotki i do Maca na dworcu, żeby jeszcze coś zjeść przed powrotem.
    W samym pociągu zamieszanie z biletami, ale głównie pogaduchy, lajki na fejsie, komentarze, kudosy na Stravie i nawet trochę spania.

    Niedziela:
    Po trudach dnia poprzedniego wypadałoby porządnie odespać, ale @wspodnicynamtb nie było to dane, bo "zmusiłem" ją wczesnym rankiem o 11 do poprowadzenia mnie przez Kraków w drodze powrotnej do domu.
    Nogi wydawały się całkiem w porządku, ale jednak nawet małe podjazdy wchodziły bardzo słabo. W okolicach zamku Lipowiec jeszcze mnie mocno zlało, ale po wczoraj takie atrakcje już nie robią na mnie wrażenia.

    Podziękowania dla całej krakowskiej ekipy. Świetnie było jechać w waszym towarzystwie!
    - @metaxy - Rowerowy terminator. Przez większość trasy na przedzie. "Odpoczywał" chyba tylko po to, żeby innym dać się wykazać, a nie, że potrzebował ;) Cieszę się, że w końcu mogłem cię poznać.
    - @wspodnicynamtb - Dzięki za ugoszczenie i nocleg!
    - @masash - Podziękowania za zorganizowanie ekipy powitalnej. Za dużo was tam było, że wszystkich wymienić, a też nie chciałbym nikogo przypadkiem pominąć. Dzięki!

    Życiówka poprawiona o 180 km. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem fundując sobie od razu taki przeskok... ;)

    Zdjęcia z trzech dni w kolejności chronologicznej.

    #100km (nr 34 i 35) #200km (nr 8) #300km (nr 1) #400km (nr 1)

    #rowerowyrownik #wykoptribanclub #szosa #rower
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: Warszawa.jpg

  •  

    588 132 - 401 = 587 731

    Takie tam żebrane #400km (2300m w górę), bo sobie #rowerowykrakow postanowił pojechać do Wawy, ale trochę naokoło. Start o 2:20 nad ranem, poza Krk dość zimno. Po drodze do Chmielnika na #100km dołączył do nas @darkemolt, który zrobił #200km. Część z nas @Cymerek @kiwacz @wspodnicynamtb @regyam zrobiła #300km, a @bynon i @Mortal84 razem ze mną #400km. Wszyscy z Krakusów (poza mną) wycieczki zrobili swoje życiówki dystansu, więc gratulacje i ukłony dla nich należą się jak psu buda.

    pokaż spoiler Kojarzę, że chyba ktoś wspominał jakie to ten #rowerowykrakow robi beznadziejne wypady, nic tylko Puszcza, Puszcza, płasko... A tu i góry w Czechach, Warszawa, Toruń, etc.


    W Radomiu McD i tam też dorwała nas #rowerowawarszawa (10 osób), z którą to już dojechaliśmy do Wawy przez Gassy, gdzie pokręciliśmy kółeczka w ramach żebrania brakujących 15km do 400km. Niestety poza @masash nie znam ludzi z nicków, ale wszystkim dzięki za jazdę. Gdzieś po drodze dołączyli do nas @cm123 i @snowak.

    Wycieczka częściowo w dwóch grupach, bo ja z @bynon i @Mortal84 odbijaliśmy na trochę dalsze warianty, bo #zaliczgmine.

    Tempo zdrowe, trochę ponad 29km/h, co na takim dystansie całkiem cieszy. Jak widać na jednym ze zdjęć przy ~400km tempo na prowadzeniu udało się trzymać ponad 40km/h, więc w nogach było jeszcze trochę rezerw.

    Powrót pociągiem (5h), gdzie przeprawa z konduktorami trwała ponad godzinę i trzeba było kupić nowe bilety, a te, które kupiliśmy wcześniej trzeba reklamować... Chore PKP, jak pragnę zdrowia chore...

    Za równo tydzień start wyprawy dookoła Polski, a ja w lesie... Roboty mnóstwo, planowania mnóstwo, tragedia... Ale damy radę!

    Strava i Endomondo.

    #metaxynarowerze #rower #szosa #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2016.06.04-full.JPG

    +: Stopa_Stefana, x........o +374 innych
  •  

    649 870 - 480 = 649 390

    Czyli druga próba dojazdu z Katowic nad Bałtyk na raz. I druga porażka, tym razem z winy sprzętu. Opis pierwszej tutaj:

    http://www.wykop.pl/wpis/17567301/760-231-520-759-711-katowice-tczew-zawsze-chcialem/

    Tym razem, nauczony już doświadczeniem, wyjechałem o 6 rano. Tak, aby nie zarywaćc niepotrzebnie drugiej nocy. Prognozy były lepsze niż ostatnio, więc i nastawienie bardziej pozytywne. W nocy miało być minimum 9-10 stopni, a nie jak ostatnio, gdy temperatura spadła do zaledwie 2-3.

    Początek trasy od Katowic do Częstochowy taki sam. Po 80 km melduję się na szybki postój w Maku na tortillę śniadaniową którą uwielbiam ;) Orientuję się, że średnią mam w granicach 31 km/h, co mnie mile zaskakuje, bo starałem się i tak nie nadwyrężać prawej nogi, ze wzgędu na ostatnie problemy. To chyba lekki wiatr mi sprzyjał.
    Kolejny cel pośredni to pierwsza nowa gmina do #zaliczgmine czyli Kluki. Dalej trochę kluczę na boki żeby skosić co nieco nowych gmin, oczywiście kosztem nadłożonego dystansu, jednak gminy serious business ;)
    Zgodnie z prognozami zbierają się chmury i wiatr wyraźnie się nasila, zmieniając kierunek na dla mnie boczny, lub w mordeczkę. Na szczęście tylko straszy i ostatecznie nie spada z nieba nic. I tak do wieczora, czyli przez jakieś 200 kolejnych km.

    Dalej kieruję się na DK91 sprawdzoną ostatnio, by w nocy nie błądzić i niepotrzebnie nie traskać się po dziurach. Dodatkowo nie chciałem zaliczać po ciemku nowych gmin, bo i tak bym nic w nich nie zobaczył, a zawsze staram się trochę pooglądać ;) Przed zmierzchem zbliżam się do Włocławka, gdzie zaplanowałem dłuższy postój. Wcześniej jednak zjeżdżam do centrum Kowala, które ominąłem ostatnio. Warto było, bo miasteczko całkiem przyjemne. Jedynie jakieś sebixy w BMW mnie zwyzywali od kurew jebanych, bo skęcając w lewo dojechałem do lewej krawędzi pasa i stwierdzili chyba że jadę środkiem ;) W biedzie zaopatruję się na prowiant do jazdy w nocy, bo pochłaniałem jedzenie ostro.
    Po wspomnianej przerwie, już po ciemku ruszam w kierunku Torunia. Dalej odbijam na DK 55 odbijając na Grudziądz. Gdzieś po drodze zakładam długie spodnie, bo robi się chłodno i wilgotno (na szczęści w ostatniej chwili przed wyjazdem wyrzuciłem z torby kurtkę przecidwszczową, a w jej miejsce wziąłem właśnie te kalesonki. Ryzyko się opłaciło ;)).
    W nocy wiatr wyraźnie osłabł i na szczęście zmienił kierunek na bardziej przychylny. Po 450 km mam dobrą jak dla mnie średnią około 28km/h. Zbliżam się do miejscowości Nowe i postanawiam wpaść na słynną stację z bufetem, gdzie ostatnio się poddałem przy pomiadorowej :) Niestety ostatnie 15 km odcinek jadę zamiast DK91, alternatywną drogą wzdłuż Wisły, przez Zajączkowo, Tryl itp. Widokowo trasa pewnie piękna (u mnie były gęste mgły i jeszcze ciemno), jednak stan nawierzchni tragiczny. (wołam @baya i @naprewde bo chyba beda kojarzyć ;)) Wkurzam się nieźle. Teraz tez wiem, że to był gwóźdź do trumny dla mojego napędu. Po stromym podjeździe na końcu odbijam w lewo na stację i zamawiam pomidorową, pieczywo i colę. Chyba na kilka sekund zasypiam przy stole. Po chwili ruszam dalej. Nastawienie pozytywne, słońce staje, robi się cieplej. Kryzys nocy mija i robi się pięknie. Myslę sobie: tym razem się uda! Mam dużo czasu do pociągu. Nie muszę się już spinać, a tylko podziwiać okoliczności wiosennego poranka.
    No i stało się! Na granicy województw czuje jak zaczyna mi pływać pedał. Początkowo nie wiem co się dzieje, bo po szybkiej inspekcji wszystko wydaje sie OK. Gdy odpada mi pedał i odkrywam co sie stało, już wiem, że z dalszej jazdy nici:

    https://www.endomondo.com/resources/gfx/picture/33245549/big.jpg

    Próbuję jeszcze trochę jechać jedną nogą, ale po chwili wypadają łożyska suportu i jest kaplica. Co za niefart! Dlaczego akurat tu i teraz?!
    Sprawdzam gdzie jest najbliższa stacja kolejowa i 10 km prowadzę rower po polnych drogach do celu, już nieźle zdemotywowany. Pod drodze urządzam sobie śniadaniowy piknik i krótką drzemkę na skraju pola przy drodze. Ze Smętowa, które mimo wszystko wspominam pozytywnie (pierwsza gmina zdobyta prowadząc rower ;)) dojeżdżam do Bydgoszczy pociągiem PR, a następnie do Katowic już IC.

    No i kolejny raz nie udało się dotrzeć do celu... ostatnio złe rozplanowanie czasu i pory wyjazdu, tym razem awaria. Choć źródłem tej awarii był mój błąd -> dokręciłem kilka tygodni wcześniej śrubę korby na maxa (bo sie odkręcała samoczynnie), a moment jaki tam jest przewidziany to zaledwie 0,8 - 1,6 Nm. Ja pewnie go przekroczyłem jakoś dwudziestokrotnie.
    Obawiam się, że wraz z wymianą korby i suportu, będę musiał wymienić łańcuch i kasetę. Myślałem nad zakupem nowej korby i przełożeniu do niej starych tarcz, by wykorzystac jeszcze ten napęd. Nowe założyłbym wraz z wymianą łańcucha i kasety w przyszłości, po pierwszych oznakach zużycia. Co myślicie?

    Ogólnie tym razem szło mi dużo lepiej. Średnia prędkość 4km/h wyższa niż ostatnio. Więcej i odważniej kładłem się na lemondce, dzięki czemu kark mi tak nie doskwierał (moja zmora na dłuższych dystansach). Bólu nogi udało się uniknąć.

    Tak więc mimo wszystko jestem zadowolony, bo jestem bogatszy o kolejne doświadczenia! :)

    Endo:

    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/731259407

    Strava:

    https://www.strava.com/activities/584248179

    #100km #200km #300km #400km #byczysnarowerze #rower

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: endomondo.com

  •  

    718 282 - 414 = 717 868

    TL;DR: Pojechałem sobie na #rower w kierunku na wykopowe #rowerparty u @kocurkolandia. ~754km w 3 dni.

    Wrzuciłbym cały weekend w jeden wpis, ale nie pomieszczą się zdjęcia, a zrobiłaby się z tego ściana tekstu. Więc linki do:
    soboty i niedzieli.

    Pobudka o 3, ale od razu mi się przysnęło, więc wyjechałem 4:30. Od samego początku przez całe 400km wmordewind, co psychicznie było męczące, bo kręci człek, a ledwo 25km/h. Apidura zapakowana ubraniami i żarciem, dwa bidony 750ml, a pierwsze #100km pod górkę.

    Planer trasy Stravy coś nie banglał, więc wyznaczyłem przez ridewithgps.com i było to najbardziej kretyńskie posunięcie. 3 razy puściło mnie przez piaszczyste, leśne drogi pożarowe (vide zdjęcie nr 7). Napęd zapiaszczony, prowadzenie roweru przez kilka km, średnia w plecy (ale to akurat pikuś) bleh. Jak widać w każdej #szosa trochę z przełaja...

    Potem już płaszczyzny, a w okolicy #200km wizyta na Końcu Świata. #300km w okolicach Kalisza, gdzie zwiedziłem sobie cmentarz żołnierzy radzieckich i droga na prom w okolicach Konina, który okazał się być nieczynny, więc gazem powrót, bo już noc. Gmina chwali się jak to korzystają z niego rowerzyści tylko zapomnieli napisać, że było to parę lat temu...

    #400km (nr 1) w Koninie i nocleg u koleżanki w Ślesinie. Kąpiel, kolacja, pogaduchy i o 1 w nocy można pójść spać, coby następnego dnia dojechać do Czernikowa pod Toruniem.

    Endomondo Strava

    #rowerowyrownik #metaxynarowerze
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2016.05.06-full.JPG

  •  

    760 231 - 520 = 759 711

    Katowice - Tczew
    Zawsze chciałem wsiąść na rower w Katowicach i dojechać nad morze na wschód słońca.
    Byłem blisko, ale niestety nie udało się do końca. Ale po kolei.
    Wyruszam  w sobotę o 2 w nocy. Kieruję się znaną mi z poprzednich wyjazdów  trasą do Częstochowy, gdzie wita mnie świt i najniższa temperatura wycieczki - zaledwie 2 stopnie. Banany wystawione na pęd powietrza robią się twarde ;)
    Dalej kieruję się na Ładzice, gdzie zaliczam pierwszą nową gminę do #zaliczgmine (w sumie 40 nowych). Następnie odwiedzam najbogatszą gminę w Polsce - Kleszczów (ładne ścieżki rowerowe) i po ominięciu terenu kopalni robię pierwszy większy postój, w macu w Bełchatowie.
    Po chwili odpoczynku obieram kurs na Włocławek. Wjeżdżam w brzydką aglomerację łódzką, skąd chcę uciec jak naszybciej. Tym sposobem trafiam na DK91, która okazuje się całkiem przyjazna do jazdy - bardzo szerokie pobocze i niewielki ruch  (większość leci autostradą A1).
    Dzień się powoli kończy, więc postanawiam nie kombinować i trzymam się tej drogi praktycznie do końca, bo próby wjechania na boczne alternatywne drogi kończą się trzaskaniem po dziurach, co po ciemku nie byłoby już wcale wskazane. Ucinam trochę trasy odbijając na Grudziądz.
    Za Włocławkiem, na około 320 km trasy łapie mnie spory kryzys. Robi się ciemno i zaczyna się robić zimno. Perspektywa jazdy jeszcze co najmniej 250 km w tych warunkach dobija mnie. Dodatkowo zaczyna boleć mnie prawe kolano (bardziej jakby ściegno przy nim) i nie odpuszcza do samego końca. Tempo wyraźnie słabnie. To lewa noga musi grać pierwsze skrzypce.
    Około 21 obliczam sobie, że aby zdążyć na mój pociąg pozostaje mi 7 godzin na 150 km jazdy. Na liczniku już prawie 400, ale próbuję podjąć tę walkę.
    Temperatura leci cały czas w dół. Ubieram wszystko co mam, ale nawet krótkie postoje mnie wychładzają. Często myślę by odpuścić. Ciepły pociąg i sen to moje  marzenie.
    Około 1 w nocy wpadam na stację BP niedaleko miejscowości Nowe, z zamiarem walnięcia szybkiej coli na pobudzenie. Okazuje się, że jest tam cały bufet obiadowy. Nie mogę się powstrzymać by nie kupić gorącej pomidorowej z makaronem. Siadam i już wiem, że z morza nici - nie zdążę. Pomidorowa wygrała :) Dobieram jeszcze flaczki i pieczywo.
    Od teraz obieram za cel Tczew. Jest 30 km bliżej, oraz mój pociąg jest tam pół godziny później. Po dłuższym odpoczynku ruszam. Noga boli jeszcze bardziej. Ostatnie 60 km to prawie same górki. Jadąc z Górnego Śląska, największe góry mam nad morzem ;)
    Przed wschodem słońca robi się jeszcze zimniej. Prawie zasypiam na kierownicy. Siadam na jakiejś  ławce i próbuję zdrzemnąć się chociaż kilka minut. Udaje się może kilka sekund, bo przeraźliwy chłód który przeszywa moje mokre plecy szybko zrywa mnie na nogi i jadę dalej.
    Na dworcu jestem niecałe pół godziny przed odjazdem. Wszystkie sklepy w pobliżu zamknięte, więc na podróż biorę 2 snickersy z automatu.

    Podsumowując - nie udało się dotrzeć nad sam Bałtyk, jednak satysfakcja z dystansu i tak ogromna. Pobiłem swoją życiówkę solo o 110 km.
    Myślałem, że będzie trochę łatwiej. Nad morze jest przecież "z górki" i płasko.
    Okazało się, że nie było to takim atutem. Długie płaskie proste były bardzo monotonne. Wiało głównie z boku, ze wschodu. Na sporych odcinkach bardziej od przodu. W nocy wiatr osłabł, jednak zmienił kierunek na bardziej północny i delikatnie, ale skutecznie gnębił. Generalnie można było poczekać na lepsze warunki i przede wszystkim cieplejsze noce z taką trasą :)
    Decyzja o odbiciu na Tczew była dobra, bo teraz wiem, że bym nie dał rady zdążyć do Gdańska.

    Tak sobie myślałem w pociągu, że chyba za bardzo się wciągnąłem w te długie trasy i odszedłem od mojej ulubionej turystyki. Zaliczyłem te gminy, ale co z tego, skoro gówno widziałem. Bo albo ciemno, albo szkoda czasu na zwiedzenie okolicy. Ostatni brevet też mi pokazał, że szkoda zdrowia na ściganie się i sięganie w skrajności swoich możliwości (mocna końcówka do mety). Fajnie było spróbować, ale trzeba się oszczędzać ;)
    Czas  wrócić do bardziej turystycznej formy pedałowania.
    Z drugiej strony fajne doświadczenie obserwować wachod słońca 2 razy w trakcie jednej wycieczki. Ale następnym razem ten drugi będzie już może nad Bałtykiem ;)

    Tym samym zamykam kwiecień z również rekordowym miesięcznym wynikiem 2214 km.

     Endo i wiecej zdjęć:
    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/715827234

    Strava:
     https://www.strava.com/activities/561547851

    #100km #200km #300km #400km #500km #byczysnarowerze #rower

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: endomondo.com

  •  

    22 222km (chyba #nieboperfekcjonistow) w 2015 roku na #rower, a dokładniej #szosa, co daje 61km dziennie. W pierwszym komentarzu widać jak wyglądał progres na przestrzeni lat. Kolejny rok bez ani jednego dnia bez treningu (jak będę miał chwilę czasu to wrzucę sklejony kalendarz z Endo). W tym roku udało się zrobić:

    - objechać Polskę wzdłuż granicy po wszystkich przygranicznych gminach (z wydatną pomocą Wykopków) 4810km w 29 dni,
    - 1x #700km 737km podczas bicia życiówki przejazdu za jednym razem,
    - 1x #400km podczas marcowego robienia 444km w ten sam sposób,
    - 9x #200km,
    - 91x #100km,
    - z tych nieco egzotyczniejszych rejonów pojeździć trochę rowerkiem po Islandii i Tajwanie
    - dołożyć 430 nowe gminy do #zaliczgmine.

    W 2016 druga wyprawa dookoła Polski (poglądową mapę wrzucę gdzieś w styczniu, bo trasa będzie już całkiem inna), próba Everestingu i życiówki 1000km na raz, a także mam nadzieję uda się przebiec maraton, ale bieganie ma u mnie bardzo niski priorytet. Może uda się zrobić parę km więcej sumarycznie, bo w 2015 miałem w zasadzie miesiąc wyjęty z jazdy z różnych powodów.

    Dzięki wszystkim, którzy mi pomagali czy to na wyprawie, czy jeździli ze mną wolniej czy szybciej na treningach. Szczególnie #rowerowykrakow i @cree który jeździł ze mną pierwsze półrocze oraz @Cymerek który jeździł drugie pół roku. Dzięki ludziom z równika za fajną, mobilizującą rywalizacje i gratki dla @oskar1100 który to wg mnie zrobił największy progres w ciągu tego roku.

    #metaxynarowerze - stay tuned!
    pokaż całość

    źródło: mapa.png

    +: J.............e, Nooamda +440 innych
  •  

    40 304 - 407 = 39 897

    Katowice - Praga

    W prawdzie od dłuższego czasu chodziło mi po głowie, by swoje 30 #urodziny uczcić w jakiś rowerowy sposób, jednak nie spodziewałem się że aura pozwoli mi walnąć taką trasę ;) W zasadzie miałem w planach coś podobnego na przyszły rok, no ale padło na ten :)
    Z niecierpliwością śledziłem prognozy pogody przez kilka ostatnich dni. Wprawdzie przyszło ochłodzenie, ale nie tak duże jak zapowiadano jeszcze 4-5 dni temu. Po ostatnich wietrznych dniach miało się uspokoić, a i kierunek tej bryzy miał być sprzyjający. Więc decyduję - atak na Pragę; )
    Planowałem wyjechać około godziny 3, więc ustawiam budzik na 2 i kładę się około 21. Jakos po północy, po dość nerwowych 3h budzę się i myślę czy nie jechać już. Wstaję i... wracam do łóżka, by po chwili stwierdzić, że wyjeżdżając troszkę wcześniej, bez większej spiny powinno się udać być na miejscu około północy 30 grudnia, czyli w dzień wspomnianych 30 urodzin.

    Ostatecznie wyjeżdżam o 1:45. Martwią mnie 2 rzeczy: przebitka przez Kotlinę Kłodzką (a więc i Sudety), oraz że temperatura przyszłej nocy spadnie poniżej zera, co przy sporym zmeczeniu może dać w kość. Ponieważ nie biorę żadnego plecaka czy torby,  na tę ewentualność przytraczam spakowany cienki polar do ramy.

    Jako pierwsze miasto pośrednie na cel obieram Nysę. Jedzie się elegancko bo ruch znikomy i cała droga dla mnie ;) Po dotarciu do nyskiego McD, po 140 km robię pierwszy dłuższy postój. Mniej więcej tutaj wita mnie świt i pierwsze widoki na pasmo sudetów.

    Ponieważ na trasie znajduje się kilka nowych gmin, mój wyjazd nie polega wyłącznie na ciśnięciu do celu, ale też staram się z grubsza obadać rynki itp.

    Dalej kieruję się na Kłodzko i Złoty Stok. Słoneczko świeci elegancko i widoki są przednie jak na tę porę roku. Za Złotym zaczynają się pierwsze większe górki. Nachylenia jednak nie są jakieś bardzo duże, więc jedzie się przyjemnie łykając kolejne długie podjazdy i zjazdy.

    Gdzy dojeżdżam do Kudowy - Zdrój, w okolice przejścia granicznego, słońce chyli się już ku zachodowi. Robię małe zakupy i wjeżdżam do Czech.

    Od tej pory do Pragi pozostaje mi nieco ponad 150 km nocnej jazdy. Na szczęście nie jest tak zimno jak zapowiadano. Jedynie postoje dłuższe niż 5 minut powodują że krew zaczyna wolniej krążyć i robi się  zimno.
    Początkowo jadę główną drogą numer 33 w kierunku Hradec Kralove, jednak narastająca ilość samochodów i przede wszystkim tirów powoduje że robi się niebezpiecznie, szczególnie na odcinkach bez pobocza.
    Gdy kolejny z debili wyprzedza mnie na trzeciego z olbrzymią prędkością, postanawiam odbić na boczne wiejskie drogi, choćby kosztem nadłożonego dystansu. Okazuje się, że również kosztem olbrzymiego spadku jakości nawierzchni.
    Po kilkudziesięciu km po zadupiach, okazuje się że znów trafiam na tę główną drogę. Na szczęście ruch jest już sporo mniejszy i jedzie się dobrze.
    Ogółem w Czechach chyba nie ma płaskich odcinków  dłuższych niż kilka km. Ciągła jazda góra - dół z jednej strony wybija z rytmu, z drugiej jednak nie daje popaść tak łatwo w znużenie :)
    Tabliczkę z napisem PRAHA mijam jeszcze 25 km przed celem głównym jakim było stare miasto. Ogrom tego miasta robi na mnie duże wrażenie. Ponieważ leży ono na wielu pagórkach, szczególnie nocą wydaje się być w każdym kierunku rozległe po horyzont.
    Ilość ciekawych miejsc i obiektów architektonicznych jest dla mnie nie do pojęcia, a widziałem pewnie zaledwie mały ułamek. Jest tego tyle, że odpuszczam sobie nawet robienie zdjęć, które i tak po ciemku wychodzą kiepsko.

    Wszystko fajnie pięknie, satysfakcja jest, ale trzeba przecież jeszcze jakoś wrócić do domu :)

    Po dotarciu na dworzec okazuje się, że jedyny sensowny pociąg do Cieszyna pojechał godzinę temu. Dowiaduję się, że kolejny jedzie dopiero o 6:43. W ogóle w godzinach 0:15 - 4 nie kursują ŻADNE pociągi. Tego w tak wielkim mieście się nie spodziewałem.
    Postanawiam coś przekąsic i trochę przeczekać na dworcu. Po chwili zostaję wyproszony z dworca, ponieważ we wspomnianych wcześniej godzinach jest on zamykany! Wkurzyłem się bo z braku ruchu zrobiło mi się zimno.
    Jakoś przekoczowałem wtrochę jeżdżąc po  mieście itp.
    Do Czeskiego Cieszyna jadę pendolino gdzie udaje mi się zdrzemnąć kilka razy po kilkanaście minut. W trakcie jazdy zacząłem też uskuteczniać ten wpis. Obecnie kończę go w małym lokalu po polskiej stronie Cieszyna w oczekiwaniu na pociąg. Tak więc jeszcze jestem w trasie ;)

    Z ciekawostek dodam, że przez całe ponad 400 km jazdy nie spotkałem ANI JEDNEGO kolarza.

    Podsumowując, tym przejazdem przekroczyłem 15 000 km na rowerze w 2015 roku. Bardzo udanym roku, bo zwiedziłem wiele ciekawych miejsc i przeżyłem sporo przygód. Dwukrotnie przekroczyłem #400km (raz Praga, raz Wiedeń). Dwa razy udało mi się dojechać z Katowic do Warszawy.
    Udało mi się 2 razy wyskoczyć w Polskę na ponad tydzień z namiotem u sakwami. Zaliczyłem sporo nowych gmin do #zaliczgmine

    No i #festive500 zaliczone w dwóch podejsciach ;)

    #rower #100km#200km #300km #400km #byczysnarowerze

    Z okazji urodzin dodaję też małe #pokazmorde :)

    Endo z zepsutymi danymi plus kilka zdjęć:
    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/650094867

    Strava : https://www.strava.com/activities/459297195

    Dzięki wszystkim za wspólne kręcenie na równiku w 2015 roku!! :)

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: endomondo.com

  •  

    260 618 - 737 = 259 881

    O dziwo udało się pobić życiówkę w jednym przejeździe. Trasa #krakow -> #gliwice -> #opole -> #wroclaw -> #kalisz -> #warszawa. Czas netto 28h 31min. 10 min snu w rowie zresetowało organizm zarówno wydolnościowo jak i zasypianie za kierownicą. Trasa dokładna w pierwszym komentarzu.

    Nie wyspałem się, bo mdliło mnie całą noc przed wyjazdem, nie dałem rady zjeść rano makaronu z tego samego powody, ale liczyłem, że w trasie przejdzie. Od startu upał (30 °C) i wmordewind od Niemca. Pierwsze 100km rzygania, ale zakładałem, że potem będzie tylko lepiej. Nie było, po 150km wizyta w aptece, dostałem jakiś lek i od 200km znaczna poprawa. 300km we Wrocku, cała noc jazdy i nad ranem niestety popsuły się plany, bo chciałem jechać nad morze odwiedzając po drodzę @KonniQ, ale front z deszczem przegonił mnie na wschód. Ostatnie 80km z @michnic - jednak obok siebie, więc bez draftingu, niemniej jednak miło było mieć z kim pogadać. Powrót pociągiem do Krakowa i jeszcze 8km do domu (czyli łącznie 745).

    Wracam do domu i o 1:30 nieoznakowana Insignia mnie zatrzymuje, panowie każą dmuchać - na pewno wyglądałem jak imprezowicz na kolarce i w stroju + Apidura z bagażami...

    W przyszłym roku pewnie do 1000 spróbuję podejść, bo gdyby nie senność, to nogi dawały jeszcze spokojnie radę. Dziś w zasadzie żadnych bolesności, trochę zmęczenia z niewyspania i nieco ciężkie nogi.

    #metaxynarowerze (są tam inne moje wypady) #100km #200km #300km #400km #500km #600km #700km (jakże miło rozdziewiczyć kolejny tag) #rower #szosa (ależ fura tagów) #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: 2015.08.29.jpg

  •  

    #100km #200km #300km #400km no i #500km. Pół królestwa i rentę królewny za łóżko i sen... A do Wawy jeszcze ponad 200km...
    #rower #szosa

    źródło: DSC_0587.JPG

  •  

    279 728 - 413 = 279 315

    Katowice – Wiedeń

    Udało mi się dojechać do Wiednia w ciągu jednego dnia :)

    Wyjechałem około 4 nad ranem, więc początkowo całkiem chłodno. Po początkowych problemach z nawigacją (nie ogarniała takiego długiego śladu), po 3 godzinach jazdy melduję się na granicy z Czechami, w Bohuminie. Pierwszy dłuższy postój zrobiłem w Ostravie. Dużym błędem był wjazd do centrum - straciłem kupę czasu i trochę nerwów by powrócić na moją trasę. Nauczka na przyszłość by omijać z daleka centa miast przy tego typu jeździe.

    Dalej był 240 km odcinek przez Czechy, czyli pagórkowato. Tu pozytywne zaskoczenie – super infrastruktura i wielka przyjemność z jazdy. Kilkadziesiąt km przejechałem po ścieżkach dla rowerów wzdłuż rzek. Jeśli drogi to w większości z poboczem. No i kultura jazdy zupełnie inna. Tylko raz samochód wyprzedził mnie niebezpiecznie blisko. Nikt nie wymuszał „bo rowerzysta to zdążę”, kierowcy czekali aż sobie spokojnie przejadę. W ten sposób #300 km przejeżdżam poniżej 12h netto, odcinkami również szutrowo.

    Czar prysł po wjechaniu do Słowacji. Tu zastał mnie zmrok i straszne dziury przeplatane muldami, więc prędkość mocno w dół. Od tej pory jechałem już ostrożnie by nie ryzykować poważniejszej awarii. Zdarzało się że nie było drogi którą miałem na mapie (wyznaczoną przez plannera Stravy z opcją USE POPULARITY) i wjeżdżałem w jakieś kałuże i błoto pośrodku niczego, w całkowitej ciemności. Myślałem wtedy „kurwa gdzie ja w ogóle jestem! 300 km od domu w jakichś krzakach pod Austriacką granicą. Ciekawe co zrobię jak mi lampka padnie :)”
    Rezygnując ze wskazówek nawigacji udaje mi się dotrzeć na przedmieścia Bratysławy. Pierwotnie planowałem z tego miejsca dojechać znaną mi już trasą rowerową wzdłuż Dunaju, m. in. przez piękny Hainburg, jednak pomyślałem że po ciemku to i tak bez sensu i końcowe 50 km przeleciałem dobrymi asfaltami mijając kilka ładnych, małych miejscowości. Do samego Wiednia dotarłem jakoś o 2 w nocy. Pokręciłem się po centrum, zjadłem i uciąłem ze trzy kilkunastominutowe drzemki, na rynku pod katedrą św. Szczepana ;) Odjazd autokaru miałem o godzinie 8:50, więc miałem jeszcze sporo czasu na ogarnięcie się w toalecie na nowym dworcu, poskładanie roweru itp. Kierowca początkowo odmawiał zabrania roweru, ale w końcu się zgodził kręcąc nosem (przekonałem go argumentem że przecież nie mam innego bagażu). Drugi z kierowców, już w Katowicach powiedział że następnym razem mnie nie zabierze z rowerem i żeby się oduczać takich przejazdów. Cóż…

    Rok temu uczciłem mój rok od #rzucampalenie tym przejazdem:

    http://www.wykop.pl/wpis/9406276/55-991-404-55-587-w-koncu-zrealizowalem-plan-na-40/

    W tym roku, na drugą rocznicę, postanowiłem zrobić coś podobnego i padło na Wiedeń. Pomimo że dystans podobny, to tym razem miałem trochę górek i chociaż były niewielkie, to skutecznie wybijały z rytmu (łącznie wyszło około 2500m w górę). Dodatkowo po wszystkim czuję się całkiem dobrze, więc uważam że postęp jest, co cieszy :)

    Na dystans 500 km w ciągu doby nie czułem się jeszcze gotowy, może za rok… :)

    Zgodnie z założeniami udało mi się w sirepniu pobić 3 rekordy:

    - w ciągu doby: 413 km
    - w ciągu tygodnia: 1002 km
    - w ciągu miesiąca: 1906 (jak dotąd)

    Jak ktoś ma ochotę czasem trochę poczytać wypocin, to zapraszam do obserwowania -> #byczysnarowerze

    Endo: https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/587711555

    #100km #200km #400km
    #rower #wyprawyrowerowe #turystyka

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

  •  

    10 019 - 607 = 9 412

    Każdy chce wiedzieć jak mi wczoraj szło, jak to jest przejechać jednego dnia pół Polski na rowerze. Mam z tym spory problem, bo było to najintensywniejsze 25 godzin mojego życia i ciężko mi jest zebrać wszystko w całość. Spróbuję więc po kolei. Będzie długo, chociaż krótko jak tylko potrafię.

    W piątek po dziewiętnastej położyłem się spać. Udało mi się zasnąć tak wcześnie bez problemu, widać podświadomość już wiedziała na co się szykować. Pobudka po godzinie 23 i śniadanie czy nie wiem jak to nazwać. Ale posiłek, owsianka, bueee nienawidzę i zawsze jem na siłę. Pakowanie ostatnich rzeczy i 00:05 ruszam w drogę. Noc cieplutka, chyba z 18 stopni. Wyjazd z Warszawy wiódł przez całe miasto, non stop czerwone światło. W efekcie na wyjeździe, średnia prędkość 24km/h. Słabo, ale teraz już będzie szybciej. Jest ciemna noc, jadę przez wsie, lasy, łąki, pola… tzn. tak mi się wydaje, bo widzę tyle, co lampka oświetla, a więc jakieś 2 metry na boki i z 10 metrów do przodu. Ale jedzie się przyjemnie, jest chłodno i żadnego ruchu ulicznego. Jedynie niepokojące były odgłosy łamanych gałęzi gdzieś w ciemności. Coś dużego widać miało za ciasno. Ja pędzę dalej, na spotkanie z porankiem. W międzyczasie chcę zjeść kanapeczkę i okazuje się, że wcale nie jest chłodno. Ręce mam zmarznięte i zdrętwiałe na tyle, że nie potrafię nimi operować. Z trudnością sięgam do tylnej kieszeni. Trudno, czekam więc na promienie słońca, za kilka godzin mnie rozgrzeją. Jasno zaczęło się robić po godzinie trzeciej, a świt wita mnie na trasie o 4:30, jestem godzinę od Łomży. Jedzie się dobrze, ale jest to główna trasa na mazury, więc jest spory ruch samochodów, w tym tirów. Za Łomżą, zjeżdżam z głównej trasy i teraz nikt mi nie przeszkadza. Nadal jest jeszcze chłodno, humor jak najbardziej dopisuje, kilometry pochłaniam. Przed samym Rucianym-Nida chcę przy cwaniakować i postanawiam trochę przyciąć trasę. I to jest pierwszy błąd, którego konsekwencje mają wpływ na przyszłe decyzje. Droga którą wybrałem, okazała się strasznie nierównym szutrem. 5km dało się we znaki. Zamiast zyskać, straciłem, ale jestem na etapie, że nie widzę jeszcze problemu. to dopiero 230 kilometr. W Rucianem organizuję sobie pierwszy postój. Zjadam pól kilograma arbuza i mleko skondensowane, uzupełniam bidony i ruszam dalej. Zaczyna robić się ciepło, a właściwie gorąco. Po niedługiej chwili jestem w Mikołajkach. Ładuję się na most, robię fotki, przejazd przez ryneczek i dalej w drogę. Ponownie wracam na ruchliwą szosę, która wiedzie do Giżycka. Zdecydowanie najbardziej malowniczy odcinek dnia. Jadę często nad brzegami jezior i patrzę jak ludzie bawią się w wodzie. Ja się gotuję, mimo że pędzę. Jest Giżycko. Jadę na Twierdzę Boyen, do portu i coś zjeść. Tracę chwilę bo szukam jakiegoś lokalu, kończę w budzie z kurczakiem z rożna. W sumie pyszniejszego kurczaka nigdy nie jadłem, więc polecam tego przy rondzie w centrum miasta. Jeszcze tylko wizyta w sklepie po wodę i dalej w do Sztynortu. Tu właśnie pojawia się pierwsza wątpliwość, czy wyrobię się do północy. Jest połowa drogi, mam tylko 10 minut zapasu, a wiadomo, że zmęczenie będzie narastało. Staram się jechać nieco szybciej, żeby budować bufor. Nie jest łatwo. Upał szaleje, na horyzoncie pojawiają się pierwsze chmury i wiatr zaczyna się wzmagać. Na szczęście, głowa jeszcze jest w dobrym nastroju, więc i noga podaje. Przez chwilę myślę, czy nie zostawić Sztynortu i jechać od razu do Węgorzewa. Nie. Błąd ze mianą trasy przed Rucianem, spowodował, że już nie zmieniam trasy. W drodze powrotnej z mostu w Sztynorcie, jadę na plażę i robię sobie przerwę w wodzie. No miłe to było, umyć się i ochłodzić trochę. Niestety, po restarcie, przez długie kilometry, nie potrafię odzyskać tempa. Droga zaczyna być męczarnią. Jestem w Węgorzewie. Powietrze staje się gęste i nagle zaczyna padać deszcz. Robię więc sobie przerwę na puszkę Coli, a w tym czasie pogoda stabilizuje się. Mogę jechać dalej, ale już trochę brakuje radości. Jak to mówią, nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Więc robi się gorzej. Przed Gierłożą, droga zamienia się bruk, po którym nie da się jechać. Ratuję się 20cm piaskowego pobocza, ale tracę sporo czasu i masę energii. Okazuje się, że na bruku pęka opakowanie jednego z żeli, więc muszę zrobić porządek. Do tego power bank przestaje ładować telefon. Mam 73% baterii, co wystarczy mi na 8-9 godzin. Jestem mocno zniechęcony do wszystkiego. To już prawdziwe zmęczenie. Przebijam się przez ten kawałek i już wiem, że nie mam czasu na żadne postoje. Przejeżdżam Gierłoż i Kętrzyn. Przed wyjazdem, mówiłem że Mazurskie górki mnie nie zabiją. Pomyliłem się. Droga do Mrągowa, jest jakimś cudem ciągłym podjazdem. Tu miałem już absolutnie dosyć. W Mrągowie zatrzymuję się na kawę i dużą kanapkę. Muszę jakoś odbudować morale. Dzwonię do Stacha, że mam problem z prądem, ustalamy jak to rozegrać. Wracam na trasę, jakby trochę świeższy. Górki skończyły się, do nogi wróciła moc, a słońce nie dokucza jakoś strasznie, bo je chmury blokują. Pędzę ile potrafię, a goni mnie ilość energii jaka pozostała w telefonie. Robi się strasznie nudno. Nie mogę włączyć muzyki ani zadzwonić, bo oszczędzam prąd. Zaczyna zmierzchać. Czuję coraz większy ból w kolanach, ale tylko jak schodzę z roweru, więc nie schodzę. Droga do Przasnysza dłuży się niemiłosiernie. Tylko te różowe słupy, pozwalają trochę oderwać się od monotonni. Mijam odcinek drogi, na którym leżą drzewa powyrywane z korzeniami, a towarzyszą im te słabsze, połamane. Zdjęć nie robię, bo mam tylko 5% baterii, a nie wiem kiedy uda się ją naładować. Tyłek zaczyna domagać się wolnego, już nie potrafię znaleźć wygodnej pozycji. Jestem w Przasnyszu, ustalam ze Stachem gdzie na niego czekam. Pan w sklepie podłączył mi telefon do prądu. Jest jakaś poprawa sytuacji. Niestety, ale przerwa była za długa. Po 20 minutach odpoczynku, nie mam ochoty na dalszą jazdę. Boję się, że zostanę gdzieś w polu i padnę na ryj. Mam ochotę usiąść na krawężniku i płakać. Bolą mnie kolana i dupa, a jeszcze 100km do domu. Namawiam Stacha, żeby trochę podjechał ze mną (on na motorze), żebym się rozkręcił, a dalej to już pójdzie. Towarzystwo, to jednak cudowna rzecz. Obok Stacha jedzie mi się łatwiej, jest ciężko, ale kręcę. Z Elizą ustalamy, że nie będę jechał do samego domu, zabierze mnie z Legionowa. Stachu chce ze mną jechać do samego końca. Pewnie i lepiej, bo byłem potwornie zmęczony i mogło stać się wszystko. Udaje się dojechać do mety. Jest radość i duma. 25 godzin na rowerze i 607km dystansu. Zadanie zdecydowanie mnie przerosło, ale się nie poddałem. Kolejna granica została przekroczona, ale dziś boję się jeszcze wyznaczać kolejną.

    Dzięki wielkie dla Stacha, bo mi niemal życie uratował. Dozgonna wdzięczność.
    Dziękuję też Elizie, że mnie z piekła wyrwała.
    Dziękuję również wszystkim za troskę, motywację, gratulacje i słowa uznania. Czytałem po drodze wasze wpisy i wiem, że bez nich nie dał bym rady. Nie spodziewałem się, że społeczność ze strony ze śmiesznymi obrazkami, może być tak zaangażowana w sprawy jakiegoś nikogo. To miłe i daje dużo do myślenia.

    #szejset nie udało się, będzie o co walczyć, bo już wiem jak to zrobić dobrze
    Oficjalnie rozdziewiczam tagi #500km oraz #600km. Zapraszam kolegów ich użycia, to przyjemnie uczucie

    #rower #szosa #wykopfocusclub #rowerowyrownik #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    +: k...........a, impa +295 innych
  •  

    411 273 - 444 = 410 829

    444,44km bo mogę, a ładnie wygląda, nie?

    Najpierw miała być setka po #krakow i okolicznych wiochach, potem 150 do Gran Frondo, potem była 22:00 i 200km na liczniku, więc po co spać jak można jeździć i tak wyszło "koło komina"... 2300m przewyższeń, 19h:50m jazdy.

    Zupełnie bez przygotowań, więc jakieś tam zmęczenie było z setek z poprzednich dni. Sporo przeszkadzała mi praca, bo musiałem ze 3 razy wrócić do domu (w tym raz na dwie godziny), gotowanie obiadu i kolacji, przymrozek w nocy - mięśnie potrafią się strasznie wychłodzić. Poza tym od 3 tyg. mam mnóstwo pracy i śpię po 3-5h, więc i tak już jestem zombie. Ostatnie dwie godziny w deszczu, ale trzeba było dokręcić.

    Od 200km nazwijny to eufemistycznie poważne problemy żołądkowe - nie ma to jak dobry timing. Przez to niezbyt mogłem jeść i były etapy kurczowego trzymania się pobliża mieszkania. Problemów zdrowotnych stricte związanych z wysiłkiem brak - poza lewym mięśniem czworobocznym, który już chyba do końca życia będzie mnie piekł żywym ogniem. Delikatnie czułem kolana. Mięśnie by jeszcze trochę spokojnie pokręciły, dlatego za miesiac atak na 500km. Zero obtarć, najwyraźniej mój patent działa.

    W rowerze korba ma luzy tak ogromne, że strzela, ociera o wszystko, piszczy jak darcie paznokciem po tablicy. A niecały miesiąc temu szosa była na generalnym remoncie, a 2 tyg. temu dostali m.in. to do poprawki, bo były już luzy. Poza tym wózek wchodził w szprychy, luzy w sterach, jedna szprycha nienapięta, piasta piszczała, zgrzytała i zatrzymywała się w palcach po tyg. od serwisu... Oj dostaną jutro opierdol. Wyobraźcie sobie jak wkurwia 400km pisków, trzasków i chrobotań.

    Z niezbyt ciekawych, ale jednak wydarzeń:
    - Żul oblał mnie piwem przy Zalewie Nowohuckim. Cholera wie dlaczego.
    - Już wiem "What does the fox say?". Szczeka, jak mały kundel z tłumikiem. Spotkałem kilka razy w nocy.
    - Koło 23 wczoraj jakiś szczawik by mnie strącił swoim Golfem na przejeździe rowerowym (gdzie miałem pierwszeństwo), darł ryja, strąbił mnie. Dogoniłem go, zatrzymałem, opierdoliłem. Ja rozumiem, że każdy może się zagapić, pomylić, ale kuźwa wypadałoby przepraszam, a nie darcie się na mnie.
    - Paliła się rudera przy Rondzie Barei.

    Ach no i tym wynikiem zrobiłem życiówkę i pobiłem (zapewne):
    - 420km chyba nie ujęte w równiku @michnic,
    - 404km wyprawę @byczys,
    - swoją poprzednią życiówkę 400km.
    Zachęcam do prób pobicia - będę miał motywację.

    Jeszcze dziś z 10km nocą na rozruszanie i będzie gites.

    #metaxynarowerze #rower #szosa #nieboperfekcjonistow #400km #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: 444,44.jpg

    •  

      @metaxy: to trochę bez sensu w czasie wysiłku, bo zaraz się znowu pospina.. chyba że właśnie boli bardzo i to pomaga.. generalnie rozciąganie powinno być przed i po wysiłku.. przed dynamiczne po statyczne.. spróbuj rozciągnąć dobrze jak już wrócisz do domu po wszystkim.. tylko tak jak mówię.. nie w dół nigdzie tylko do boku wyprostowany.. tak żeby kręgosłup był prosty i cała Twoja postawa. dociskasz lekko ręką, przytrzymujesz! nie dociskasz dynamicznie. to nie ma być ruch ;) powinieneś poczuć rozciągnięcie.. wtedy skupiasz się na 10 dobrych, głębokich oddechach.. spróbuj tak po każdej jeździe i zobaczysz.. zaszkodzić nie zaszkodzi a pomóc może.. pokaż całość

      +: j............e, k...........o
    •  

      @Sarza01: Bardzo boli i pomaga, a poza tym opóźnia pojawienie się bólu. Będę próbował też wg Twojej recepty.

      +: j............e, k...........o
    • więcej komentarzy (40)

  •  

    55 991 - 404 = 55 587

    W końcu zrealizowałem plan na #400km na rowerze w ciągu doby, który chodził mi po głowie od jakichś dwóch miesięcy :) Ponieważ w sobotę minął rok #bezpapierosa, stwierdziłem, że zrealizowanie tego planu w tym dniu będzie dobrym jego podsumowaniem :)

    Przy okazji moje story związane z #rower. Jeżdżę dopiero od dwóch lat. Rok temu rzuciłem palenie i zauważyłem znaczną poprawę wydolności w związku z tym. Może to będzie #motywacja dla innych. Tylko w tym roku pierwszy raz złamałem kolejno barierę 100 (w sumie 16 razy), 200, 300 i w końcu 400km. Dodatkowo przed rozpoczęciem przygody z rowerem, miewałem częste bóle kręgosłupa i bezdechy nocne (czy cos w tym stylu - po prostu budziłem się z uczuciem braku tlenu, szybkim oddechem i biciem serca). Na dzień dzisiejszy to wszystko minęło :)

    Wracając do wycieczki - padło na trasę Katowice - Poznań. Zależało mi na bezpośrednim pociągu powrotnym, oraz by pociąg rozpoczynał tam swój bieg. Ponieważ brakowało kilkudziesięciu kilometrów, zmodyfikowałem trasę tak, by zaliczyć kilka gminnych dziur do #zaliczgmine w województwach śląskim i opolskim.
    Planowałem wyjazd o godzinie 5:00. Rano trochę pizgało i musiałem zawrócić by zabrać drugi polar. Wiozłem też ze sobą śpiwór w przypadku niepowodzenia i przymusowego noclegu gdzieś na przystanku - na szczęście nie przydał się ;) Ostatecznie wyruszyłem o godzinie 5:30. Zajeżdzam na stację Bliska żeby dobić opony. Okazało się że sprężarka tylko upuszcza mi powietrze zamiast pompować. Start nieciekawy i trochę byłem zdemotywowany, ale później było już z górki.

    Pogoda idealna na rower. Jechałem w zasadzie tylko bocznymi drogami. Plusem był mały ruch i przyjemne widoki i zapachy ;) mijanych wiosek, minusem - często fatalna nawierzchnia, która mnie spowalniała. Nieźle mnie też wytrzęsło. A zdarzało się i tak:

    https://picasaweb.google.com/lh/photo/RPnIxKseyyBIZGwcPfXtpdMTjNZETYmyPJy0liipFm0?feat=directlink

    Pierwszy dłuższy postój i większy posiłek wypadł na 200km w miejscowości Kępno, gdzie stołowałem się w McDonald's.
    Równiez w tej "restauracji" miałem postój w okolicach 270 kilometra w Ostrowie Wlkp. Tutaj zastała mnie noc i pozostałe 130 km do celu pokonywałem po ciemku i w okolicach pól - we mgle. Ruch na szczęście niewielki, jednak często kierowcy oślepiali mnie długimi swiatłami i musiałem ich upominać strumieniem z mojej czołówki w oczy - w wiekszości przypadków pomagało;) jechałem w kamizelce więc nietrudno było mnie dostrzec z daleka. Na tym nocnym odcinku średnia prędkość sporo uciepiała. Sporo dziur wyłaniających się w ostatnim momencie przed kołem, więc trzeba było jechac ostrożnie.

    Najtrudniejsze było chyba ostatnie 50km, gdzie senność i zmęczenie dawały się we znaki. 400 km wybiło mi dokładnie na rynku w Poznaniu, gdzie dotarłem przed godziną 3 w nocy. Na miejscu sporo imprezowiczów, większośc już nieźle wstawiona:) Zjadłem i usiadłem przy piwku.

    https://picasaweb.google.com/lh/photo/DIoscEFpAnqutuQUja_lfNMTjNZETYmyPJy0liipFm0?feat=directlink

    Pociąg powrotny miałem o godzinie 6:28 (TLK "Hetman"). Oczywiście przedziału rowerowego brak... ryzykowałem wioząc nieprzypięty rower w korytarzu na końcu wagonu. We wrocławiu dosiadła się z rowerem pewna dziewczyna i spięła nam rowery razem :)

    Satysfakcja jest. Na dłuższy dobowy dystans raczej się nie porwę, a na pewno nie solo. Choć muszę przyznać że to uzależnia :)

    To mój najdłuższy wpis i dzieki wszystkim, którzy dotrwali do jego końca ;)

    Link do Endo:

    http://app.endomondo.com/workouts/404664696/6488624

    23 nowe gminy do #zaliczgmine

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów